Polska demokracja w niebezpieczeństwie!

Niebezpieczeństwo utraty demokracji w naszym kraju nasila się. Rząd i koalicja rządząca nie potrafili utworzyć podstawy prawnej dla przesunięcia wyborów prezydenckich na czas bezpieczny dla obywateli, nie zagrażający ich życiu i zdrowiu w trakcie trwania epidemii. Decyzję o zaniechaniu organizacji wyborów w dniu 10 maja podjęli prezesi dwóch partii nie pełniący oficjalnych funkcji państwowych. Ta sprawa z pewnością znajdzie się na kartach historii obok innych niechlubnych polskich rozwiązań prawnych, jak na przykład liberum veto.

Polska Partia Socjalistyczna popiera stanowisko Lewicy, że właściwym rozwiązaniem dla odsunięcia w czasie wyborów jest wprowadzenie stanu klęski żywiołowej.

Uchwalona przez Sejm i podpisana już przez prezydenta ustawa o wyborach korespondencyjnych łamie zasady konstytucyjne i powszechnie uznawane normy legislacyjne. Przyjęta ordynacja wyborcza stwarza kolejne zagrożenie dla demokracji. Ustawa powierzyła przeprowadzenia wyborów rządowi zamiast Państwowej Komisji Wyborczej. Ograniczyła czynne prawo wyborcze Polonii. Nie wprowadziła niezależnej kontroli liczenia głosów i ewidencji pakietów wyborczych, których wydrukowano o 3 miliony więcej niż jest uprawnionych do udziału w wyborach. Kontrola społeczna jest niezbędną częścią demokracji.

Anarchizacja prawa konstytucyjnego przez większość parlamentarną budzi niepokój wszystkich Polek i Polaków. Kraj potrzebuje zdecydowanego działania całej klasy politycznej dla budowy zaufania do instytucji państwa, do stabilności systemu prawnego i do budowy prawa uznawanego jako sprawiedliwe i chroniące wolność obywateli. Takie zasady obowiązują w Unii Europejskiej, do której należymy.

Polska Partia Socjalistyczna woła na alarm! Włączamy się do współpracy wszystkich partii dla przygotowania nowej ordynacji wyborczej i przeprowadzenia uczciwych wyborów. Wzywamy obywatelki i obywateli szanujących prawo i demokrację do powszechnego wsparcia tych działań!

Początek marzeń o końcu świata

Żył sobie na przełomie wieków kaznodzieja C.T. Russel. Był baptystycznym szołmenem, ale ostatecznie zakotwiczył przy jednym z większych graczy na religijnej scenie. Russel miał ten ujmujący dar, że z lubością przewidywał co rusz koniec świata. Kolejne niepowodzenia wcale go nie zniechęcały. Przeciwnie. Russel wciąż przewidywał, a ludzie coraz mocniej mu zawierzali. Po grób.

Najpierw, podług wyliczeń Russela, Chrystus miał przyjść na Ziemię w 1874 r., ale nie przyszedł, bo Russel źle przetłumaczył pisma. Ponoć był już obecny, ale niewidzialny. To jednak trochę za mało jak na kogoś, kto wie, kiedy skończy się świat. W 1878 r., wszyscy żywi i umarli wyznawcy teorii Russella mieli być porwani do niebios przed Pana, ale dalej nic z tego nie wyszło. W 1893 r. Russell sugerował, że koniec może nastąpić nie później niż w 1905 czy 1907 r. W międzyczasie była jeszcze data 1881, ale ciągle pudło. Dalej Russel stawiał na 1914. Fakt, dla wielu ta data mogła być początkiem końca, ale ludzkość, na złość Russelowi, przerwała. Następna data końca – 1918 r. – miała być już ponoć solidnie udokumentowana obliczeniami, niestety Russellowi nie było dane niej doczekać, bo wcześniej sam zakończył żywot w 1916 r. A ludzie wciąż go słuchali i wierzyli w jego czary-mary.

Jarosław Kaczyński, choć końca świata nie prorokuje, niezmiernie się lubuje w końca świata wzniecaniu. Dla wielu jego wrogów zetknięcie się z nim, to częstokroć prawdziwy początek dni ostatnich. Mało tego, dla wielu jego apologetów, obcowanie z prezesem jest nieuświadomioną koniecznością własnego końca.

Jarosław Kaczyński rozmontował system wyborczy jak nikt w historii Polski, choć wielu się to marzyło. Podeptał kodeks wyborczy. Zasiał chaos, nad którym nikt w rządzie nie panuje. W zeszły łykend sytuacja na tyle nabrzmiała, że nawet Molibdenowy Mateusz miał mieć wszystkiego dość i na Nowogrodzkiej jął ciskać papierami krzycząc, żeby zabrać go już z tych kolonii, bo to nie na jego nerwy. Wcale się mu nie dziwię. Miała być permanentna prosperita i dostatek, a tu nie wiadomo, czy uda się wyjść z tego kabaretu z resztką godności. Poza tym, Mateusz i cała cwana ale inteligenta część rządowych ław, czują podskórnie, że tego bałaganu nie da się dłużej pudrować i że ludzie to widzą. A jak widzą, to prędzej czy później stracą cierpliwość i pogonią z Sejmu w cholerę.

Najbardziej jednak nadziwić się nie mogę, jak ten pęd Jarosława do chaosu i
niepokoju, może przetrawić w swoich trzewiach zwykły człowiek, który na co dzień popiera rządzącą partię; gdzie w jego środku, obok salcesonu, chleba z masłem i mizerii znajdzie się miejsce na katolicko-narodowy bigos, który mu Jarosław serwuje dzień w dzień, dodając doń za każdym razem kolejnych, zupełnie niestrawnych przypraw. Toż to na dłuższą metę nie do wytrzymania. Zbiera się na womitację na samą myśl. A jednak lud zbożny wytrzymuje. I wierzy Jarosławowi, że zaprowadzi go ku szczęśliwości, tak jak wierzył Russelowi, że już za chwileczkę, już za momencik, wszystko przestanie się kręcić i nastąpi upragniony koniec trosk i mąk.

Dawno już straciłem rachubę, co też znowu towarzystwo wyprawia z wyborami przez kopertę, bo odrzuciłem ich ideę na samym starcie. Cokolwiek niekonsekwentnym byłoby więc, gdybym interesował się czymś, co z gruntu rzeczy uważam za poroniony pomysł, w dodatku przepchnięty kolanem, łamiący poszanowanie dla praw, tak ludzkich jak i przyrodzonych, jak choćby to, żeby nie narażać ludzi na niepotrzebny stres, kiedy ci sobie tego nie życzą. No, ale jak mawia prezydent Andrzej, skoro można wyjść do sklepu, można też pójść do lokalu wyborczego. Teraz nawet już nie będzie trzeba donikąd chodzić, bo lokal przyjdzie do nas.

Dumam więc sobie dalej, ileż to jeszcze człowiek pisowski musi znieść razów w swoją ludzką godność i inteligencję, bo wszak każdy jakąś ma, żeby zrozumieć, jak wielką krzywdę funduje Polsce i Polakom Jarosław Kaczyński swoim zachowaniem. Czy z każdym dniem nie narasta w człowieku pisowskim frustracja, że to wszystko, to jakaś piramidalna mistyfikacja, jakiś sen wariata; że nie można przecież tak bezceremonialnie traktować ludzi i sprowadzać ich do roli białkowego interfejsu, bezrozumnej tłuszczy. I im dłużej dumam, tym bardziej czarna wizja mnie oplata. Że…nie. Nie narasta. Oni mu po prostu bezgranicznie ufają. Jak wierni Russelowi w 1914 r. Prawdziwej wiary nie zburzy żadna wątpliwość.

Nasz przyjaciel listonosz

Oczywiście nie pamiętam jak nazywał się listonosz, którego spotkałem jako pierwszego w swoim życiu. Zaś ten, którego dobrze zapamiętałem z dzieciństwa na pewno nie był pierwszym.

Panowie w uniformach budzili respekt jak u każdego dziecka. Prym wiedli niewątpliwie strażak, kominiarz, ale także elektryk, który co prawda nie miał specjalnego stroju, miał za to raki – nakładane na buty metalowe półobręcze wyposażone w ostre kolce. Dzięki nim, z pomocą specjalnego jeszcze pasa, mógł wdrapywać się na sam wierzchołek drewnianego słupa elektrycznego, aż tam gdzie były umieszczone porcelanowe izolatory, do których mocowano druty wysokiego napięcia. Tak mi imponowała jego praca, że pytany kim chciałbym zostać gdy dorosnę, najczęściej odpowiadałem, iż właśnie takim panem, który wspina się po słupach elektrycznych.

Później nieco zaimponował mi listonosz. Niekoniecznie chciałem nim być w przyszłości, ale w jakimś sensie podziwiałem jego pracę, widząc że jest szanowany przez tych, którym przynosi emeryturę, wszelkiego rodzaju przesyłki pocztowe, dobre i smutne wiadomości, którymi odbiorcy często dzielili się z listonoszem. Ten, który niemal codziennie odwiedzał nasz dom przynosił emeryturę dziadka Witolda i prenumerowaną przez niego prasę; pamiętam nieistniejące już w większości tytuły – Poznaj Świat, Poznaj Swój Kraj, Widnokręgi, Problemy, Świat, Przekrój… Przynosił także sporo listów z kolorowymi znaczkami, w tym od rozrzuconej (w konsekwencji II wojny) po świecie rodziny: Eugenii Korfantowej z USA, Neli Tomaszewskiej z Australii oraz Ireny i Tadeusza Sągajłłów z Londynu. Ci ostatni przysyłali także na każde święta paczuszkę z trudno wówczas w Polsce osiągalnymi delicjami: figi, daktyle, oliwa, czekolada, kawa… Zaś w okolicy Barbórki dziadek otrzymywał życzenia, w których tytułowany był „Szanownym Panem Prezesem” i „Nestorem polskiego górnictwa”.

Ten sam listonosz przyniósł mi przesyłkę z Polskiego Radia, nagrodę w konkursie historycznym dla dzieci. Po 60 latach pamiętam, iż zagadki w tej audycji zadawał Kazimierz Wichniarz, a otrzymana książka to „Szwedzi w Warszawie” Walerego Przyborowskiego.

Nasz pan listonosz bywał zapraszany na herbatę, a w dniu w którym przynosił emeryturę dziadka otrzymywał kilkuzłotową końcówkę z kwoty przekazu. Między listonoszem a moją rodziną wytworzył się rodzaj intymnej relacji, zbudowane zostało zaufanie; on wiedział w równym stopniu co adresaci, od kogo i jak często przychodzą listy, przekazy i innego rodzaju przesyłki. Odbiorcy zaś byli ufni, że listonosz wiedzę tę zatrzymuje dla siebie, bo przecież jeśli kogoś to interesowało, to wiedzę tę mógł posiąść i zapewne posiadał wcześniej. Listonosz był więc i jest nadal dla mnie osobą godną zaufania, godną wejścia w krąg osób bliskich, choć przecież obcych. Z listonoszem, bardziej niż na przykład ze sprzedawczynią w sklepie, czy pracownikami urzędów, wymieniamy się mniej lub bardziej okazjonalnymi wypowiedziami, czy uwagami nie tylko o pogodzie. Wtedy, przed sześćdziesięciu laty, było to więcej – rozmowy o zdrowiu, o rodzinie, choć bardziej listonosza niż naszej. O naszej wiedział on zapewne więcej z kopert, które przynosił, widząc kto do kogo pisał listy. Więcej wiedzy dostarczać mogły kartki pocztowe, z rosyjska zwane otkrytkami. Na kartkach tych, dziś już znacznie rzadziej używanych, treść korespondencji była dostępna dla każdego. Nie twierdzę, że nasz listonosz czytał treść tych kartek, ale nawet mimochodem jakaś część korespondencji, z założenie nie tajonej przecież przez nadawcę, w końcu świadomie wybrał tę formę, mogła być listonoszowi znana.

Tak czy siak, był listonosz kimś w rodzaju niemal domownika, osoby bliskiej, zaufanej, dopuszczanej do pewnych rodzinnych tajemnic, jak choćby wysokość emerytury dziadka, czy częstotliwość otrzymywanych listów zza żelaznej, jeszcze wtedy, kurtyny. A wówczas, sześćdziesiąt lat temu miało to pewne znaczenie. Taki stosunek do listonosza, utrwalony w dzieciństwie, pozostał mi do dziś. Nie chciałbym go zmieniać.

Gdy piszę ten felieton, nie wiem jeszcze w jakiej rzeczywistości znajdę się 10 maja. To niebywałe, że na mniej niż tydzień przed datą wyborów społeczeństwo nie wie nic o tym czy w ogóle i w jakiej konwencji odbędą się wybory. To znaczące, że informację o ewentualnej dymisji rezydenta Pałacu Prezydenckiego, niezależnie od tego czy prawdziwej czy nie, dementuje wicepremier. Pisałem poprzednio, że w praktyce politycznej PiS łamane są nie tylko zasady trójpodziału władzy, ale też zacierane kompetencje pomiędzy poszczególnymi ośrodkami władzy. Wicepremier wystąpił bowiem jako rzecznik prezydenta, lub nawet rzecznik prezesa. No ale skoro zastępuje już Państwową Komisję Wyborczą… I teraz ten właśnie wicepremier ma zadanie zmusić zaprzyjaźnionego pana listonosza by kontrolował on mój stosunek do obowiązków obywatelskich. By wymusił na mnie oczekiwane przez władzę zachowanie wobec naruszanego i manipulowanego prawa wyborczego.

Bądźmy jednak życzliwi dla listonoszy, bo jak wieść niesie, oni akurat nie palą się do pomysłu wykorzystania ich jako pośrednika pomiędzy głosującym a… No właśnie, a kim? Bo do tej pory, głosując zawsze od kiedy nabyłem do tego prawo, wiedziałem do kogo trafi mój głos, kto weźmie do ręki wypełnioną przeze mnie kartę do głosowania. Teraz nie wiem, a podejrzenia są jak najgorsze. Dopóki się ich nie pozbędę, branie udziału w tak przygotowanych wyborach budzi moją głęboką odrazę.

Bezbrzeżna pogarda władzy

– W tej chwili w parlamencie nie dyskutuje się poszczególnych poprawek, tylko wszystko leci w pakietach. To ułatwia zaszywanie w nich niedemokratycznych rozwiązań – mówi Ewa Łętowska, profesor nauk prawnych, w latach 2002-2011 sędzia Trybunału Konstytucyjnego, w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim (Strajk.eu).

Jaki był grzech pierworodny zbliżających się wyborów prezydenckich?

Jeżeli mówić o grzechu pierworodnym, to musielibyśmy się cofnąć co najmniej o rok, kiedy zaczęto grzebać w Kodeksie Wyborczym. Ale nie idźmy aż tak daleko. Wydarzenia gwałtownie przyspieszyły właśnie teraz.
Gdy wybuchła epidemia, tłem konfliktu stała się możliwość przeprowadzenia wyborów jako zdarzenia masowego, ułatwiającego transmisję wirusa z jednej strony, a zaleceniami sanitarnymi mówiącymi o konieczności izolacji ludzi z drugiej. Otóż z przyczyn politycznych, których nie chcę już teraz komentować – są przecież szeroko znane – mamy nadciągające wybory, w których szanse urzędującego prezydenta na reelekcje są bardzo wysokie.

Zastanawiająca jest ta wysoka pozycja urzędującego prezydenta.

Wobec jakiegokolwiek kryzysu władza autorytarna  zawsze ma poparcie ludzi, którzy się po prostu boją i chcą, żeby władza wszystko ogarniała. A zatem kandydat urzędujący ma większe szanse. Natomiast z powodu nieuchronnego kryzysu gospodarczego, ale jeszcze większego z powodu nieudolnej walki ze skutkami epidemii i  jej chaotycznością (polska specjalność)  za czas jakiś będziemy mieli z pewnością do czynienia z kryzysem władzy. I to się obróci przeciwko rządzącym, przeciwko  establishmentowi. Szanse Andrzeja  Dudy wówczas zmaleją. Dlatego establishment tak prze do wyborów prezydenckich teraz, ponieważ liczy na to, że w pierwszym rzucie, w majowych wyborach urzędujący prezydent uzyska dobry wynik.

To polityka i jej uwarunkowania. A prawo?

Patrząc na to od strony prawnej, mamy do czynienia ze stanem nadzwyczajnym, chociażby ze względu na obostrzenia, które nas dotykają, a które są typowe dla stanu klęski żywiołowej. Jednak stany nadzwyczajne, regulowane w Konstytucji, mają tę cechę szczególną, że w czasie ich istnienia nie odbywają się żadne wybory. Kadencja ciał, które są wybierane, ulega stosownemu przedłużeniu. Tak samo byłoby z wyborami prezydenckimi. Ale przełożenie w czasie jest niedogodne politycznie, o czym wspominałam, stąd parcie na majowy termin, który zbiega się z wysokim zagrożeniem sanitarno-epidemiologicznym. To jest tło tych wszystkich nerwowych ruchów i bardzo niedobrych z punktu widzenia legislacyjnego posunięć. Seria zdarzeń wokół prawa wyborczego byłaby wręcz komiczna, gdyby nie była jednym wielkim skandalem.

To mocne sformułowanie.

Dokonuje się  nagłych, fragmentarycznych zmian w prawie wyborczym bez właściwych procedur. One nakazują we właściwym czasie przedstawienie projektu, odbycie zasady kilku czytań, przedyskutowanie sprawy, mówiąc krótko, potrzeba czasu i spokojnego namysłu. A u nas się wszystko robi na chybcika, na kolanie, bardzo często w przyspieszanym głosowaniu pod osłoną nocy i pod presją czasu. Na dodatek zaszywa się w proponowanych projektach ustaw bardzo poważne zmiany w przepisach pakietowych, dotyczących innych spraw.

Ale może nadzwyczajna sytuacja wymaga nadzwyczajnych rozwiązań?

Nie, ponieważ te pakiety  służą moralnemu szantażowi. W jakimś pakiecie są umieszczone sprawy poświęcone ratowaniu słabnącej gospodarki na skutek epidemii, a jednocześnie zaszywa się w nim niekonstytucyjną, bardzo złą zmianę prawa wyborczego. Wtedy szantażuje się opozycję i ewentualnych krytyków takim oto tokiem rozumowania: „jesteście przeciwko ratowaniu gospodarki, skoro jesteście przeciwko temu pakietowi”. Proszę zwrócić uwagę –w tej chwili w parlamencie nie dyskutuje się poszczególnych poprawek, tylko wszystko leci w pakietach. To ułatwia zaszywanie w nich niedemokratycznych rozwiązań. Takie jajo  z niespodzianką.

Ale jest jeszcze Senat, w którym można temu się dokładnie przyjrzeć. Czy tam wykorzystuje się tę szansę?

W tej chwili w Senacie (Senat wykorzystuje swoją ustawową prerogatywę i dyskutuje uważnie ten projekt) nadrabiają to, czego nie zrobiono w Sejmie: robi się przesłuchania, zamawia ekspertyzy. I ujawniają się na skutek tego różne tajemnice związane z tymi wyborami.

Na przykład dotyczące rzekomo bezpiecznych wyborów korespondencyjnych. To okazało się nieprawdą. Bo nieprawdą jest, że te wybory zostały tak uregulowane, żeby zapewnić brak kontaktu między listonoszem a adresatem przesyłki. Mają one polegać na doręczaniu pakietów wyborczych poprzez wrzucanie do skrzynek  anonimowych przesyłek i owszem, to zapewnia brak kontaktów, ale jednocześnie  w systemie prawnym wisi nieuchylony przepis Kodeksu Wyborczego, który wymaga, by przy głosowaniu korespondencyjnym kwitować imiennie pobranie tego pakietu. Czyli gdzieś teoretycznie powinien nastąpić między listonoszem a wyborcą kontakt bezpośredni. Lub na poczcie, jeżeli listonosz zostawi awizo. Wynika z tego, że to bezpieczeństwo, o którym propaganda tak wiele mówi jako o motywie powszechnie wprowadzonego modelu pocztowego, po prostu nie istnieje. A wszystko poprzez niechlujstwo ustawodawcze.  Albo zatem kontakt wyborcy z listonoszem (więc nie ma bezpieczeństwa sanitarnego), albo brak kontaktu i wtedy każde doręczenie jest wadliwe i będzie podstawą do protestu wyborczego.

I jest coś równie ważnego. Podczas prac nad projektem ustawy, które toczą się w Senacie, wezwano na przesłuchania przedstawiciela związku zawodowego listonoszy. Ten związkowiec powiedział (mało kto na to zwrócił uwagę, ale ja owszem), że te pakiety wyborcze wrzuca się tak, jak druki reklamowe, czyli bez nawet zaadresowania imiennego do skrzynek, a na liście z PESEL-ami odhacza się fakt wrzucenia.

A skąd Poczta Polska ma tę listę numerów PESEL?

W mojej ocenie, listę PESEL Poczta Polska uzyskała z naruszeniem przepisów prawa, ponieważ listy wyborcze, zawierające inne dane i umożliwiają pełniejsza nad tym kontrolę, mają  organy samorządowe. One odmówiły wydania tych list…

Słusznie?

Jak najbardziej, ponieważ wszystkie ewentualnie wydane obecnie dyspozycje, dotyczące wydania, kwestii drukowania kart, dysponowania tymi kartami i rozsyłania ich gdziekolwiek odbywają się bez jakiejkolwiek prawnej podstawy.

Jak to?

Podstawa spoczywa w tej chwili w Senacie i jest jeszcze nieuchwalona. To już nie jest jedynie dezynwoltura ustawodawcza, to jest autokracja folwarczna. Z tym właśnie mamy do czynienia.

Czy ktoś powinien za to ponieść odpowiedzialność?

Oczywiście, że tak. Jeżeli ktokolwiek podejmuje decyzje, na podstawie których następuje wypłata pieniędzy publicznych, to musi mieć prawną podstawę. Nie jest usprawiedliwieniem, że kazał tak robić zwierzchnik. Jeżeli wykonawca nie weźmie na piśmie dyspozycji od zwierzchnika, to oczywiste jest, że będzie za to odpowiadał. Bo inaczej to jest absolutnie bezprawna działalność. Dlatego zresztą w którymś z pakietach  zmian prawa pozaszywano przepisy zwalniające urzędników od odpowiedzialności. No i nie byłoby to wszystko możliwe, gdyby wcześniej nie zadbano o ręczne sterowanie prokuraturą.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że jest jakaś gra do jednej, w danym wypadku obywatela, bramki.

Jestem wyborcą, coś ode mnie zatem zależy. Niedużo, ale jednak. Cała ta sytuacja pokazuje bezbrzeżną pogardę, jaką okazuje mi władza jako wyborcy i obywatelowi. To, co jest kośćcem prawa czyli Konstytucja, jest kompletnie lekceważone. Kompletnie się nie liczę jako partner umowy, którą ze mną zawarto uchwalając Konstytucję czy inne ustawy. Jedna strona umowy po prostu prawo łamie.

To się kłóci z elementarną zasadą podmiotowości obywatela w społeczeństwie. Powiem szczerze, że: „nie na to żeśmy się umawiali”.

Sytuacja rzeczywiście wygląda patowo, więc dużych możliwości ruchu nie mamy.

Społeczeństwo  obywatelskie  musi Polskę sobie na nowo budować. Bo na bazie tego, co myśmy do tej pory konstruowali okazało się, że wszystko zostało kompletnie zlekceważone, zasady wyrzucone przez jedną stronę na śmietnik, a my, czyli obywatele, mamy ich jednak przestrzegać.

Czy to, o czym Pani Profesor mówi, to jest podstawa do wezwania do jakiejś formy obywatelskiego nieposłuszeństwa?

To każdy musi to rozstrzygać we własnym sumieniu. Dostrzegam bardzo wiele elementów takiego działania oddolnego. To Owsiak i jego WOŚP, która wspomagała niewydolną służbę zdrowia. Różne NGO’sy robią to, czego państwo nie umie lub dać nie chce. Ludzie zaczynają sobie zakładać obywatelskie media, organizują różne działania i to jest właśnie forma obywatelskiego nieposłuszeństwa, sprzeciwu wobec sposobu funkcjonowania państwa.

Trudno chyba mówić w takiej sytuacji  o wyborach czteroprzymiotnikowych.

Naruszany jest każdy z przymiotników wyborczych. Powszechność? Całe grupy wyborców pozbawione są możliwości głosowania.  Cała Polonia i ludzie przebywający w różnych formach odosobnienia. Równość? Ci, którzy kandydują, nie mają równych możliwości organizowania sobie kampanii wyborczej. Nieprawda, że każdy może sobie organizować kampanię. Może, tylko czy uda mu się z tym dopchać do mediów?  A poza tym – przy tej dystrybucji kart do głosowania, ci, którzy mieszkają nie tam, gdzie są zameldowani, będą pominięci. Bezpośredniość? W wyborach bezpośrednich wybiera wyborca i miedzy nim a aktem wyboru pośrednika nie ma. A tutaj między wyborcą i ostatecznym policzeniem głosów jest taki łańcuch, że nie ma żadnych gwarancji, czy nie włączy się w to jakiś elektor-uzurpator. I to on wykorzysta czyjś pakiet.  Tajność? Nie ma jej, bo nie o to chodzi, że są oddzielne karty na poświadczenie i na kartę wyborczą. Chodzi o gwarancje obiegu dokumentów wyborczych. Doszliśmy do stanu, że do każdego przymiotnika nie ma żadnych gwarancji. Nie o to chodzi, czy ktoś naprawdę fałszuje wybory, tylko to, że są ku temu realne ogromne możliwości.   Już chyba lepiej byłoby te karty drukować sobie z internetu lub dostarczać z gazetami. Taki sam poziom  powagi, zabezpieczenia i gwarancji.

Ale przyzna Pani, że wszyscy bez wyjątku aktorzy tego spektaklu nie są w stanie udźwignąć swoich ról. Opozycja miota się w swych deklaracjach, nie wie czego chce…

Ja chcę uniknąć mówienia kto jest cacy, a kto jest be. Powiem jedno: teatr polityki wymaga pewnej powagi, traktowania na serio własnej roli. Nie można co pięć minut mówić czego innego, raz rozszerzać wybory korespondencyjne, raz znosić i znów przywracać, wyłączać kompetencje PKW i oddawać je  jakiemuś ministrowi. Ale nie można również mówić czegoś takiego, co ja słyszałam od marszałka Terleckiego. Otóż on,  komentując perspektywy  jakiegoś  głosowania w sejmie powiedział o tym lekceważąco, że „może komuś się zatnie komputer albo wyłączą światło”. To ja najmocniej przepraszam, jeżeli organ tego parlamentu tak lekko traktuje akt, który jest emanacją woli tego ciała, to jakie ja mam gwarancje, że inaczej traktuje swoją rolę podczas kierowania pracami parlamentu? To jest niepoważne. A brak powagi skutkuje brakiem zaufania. Ja nie mam zaufania, ono zostało zniszczone w sposób całkowity.

Powstaje fundamentalne pytanie: bojkotować czy nie?

Proponuję nie używać słowa „bojkot”. To nie jest dobre słowo w odniesieniu do aktu wyborczego. To nie jest gra na nosie, ani w podchody . To jest bardzo poważna sprawa, kiedy człowiek musi podjąć decyzję: czy jeszcze chce uwierzytelniać tę farsę swoja własną obecnością,  czy też wierząc, że jednak nie będzie cudów nad urną, chce grać (celowo używam tego słowa) na obniżenie szans jednego z kandydatów. To kwestia decyzji: czy się wybiera zasady, czy pragmatyzm.

Przed moimi oczami rozgrywa się spektakl, który jest złym spektaklem. Ten spektakl budzi moją niechęć. Jeżeli jestem na złych przedstawieniach i koncertach, to po prostu z nich wychodzę.

Jeszcze nie rozmawialiśmy o Sądzie Najwyższym i jego ewentualnej roli w tym spektaklu…

A to jest bardzo ciekawe pytanie, bo seria tych nieszczęśliwych posunięć legislacyjnych doprowadziła do tego, że w miejsce Izby Pracy i Spraw Publicznych, która dawniej tym się zajmowała, w tej chwili oceną wyborów zajmie się nowopowstała Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. To izba nowa,  w stosunku do której istnieje wiele zastrzeżeń związanych ze sposobem rekrutacji, otrzymania rekomendacji dla sędziów, którzy tam zasiadają. Na tej Izbie cieniem legło uzyskanie rekomendacji z neo-KRS, która jest organem powołanym i  pracującym wadliwie.

Zastanawia się Pani, jak się zachowają sędziowie tej Izby, gdy dojdzie do oceny wyborów?

Bywały w historii takie wypadki, że ktoś, kto miał problemy ze swoja prawomocnością, w godzinie próby dźwigał się na szczyty swoich możliwości moralnych i zawodowych. Są tego przykłady w literaturze. Myślę, że tam jest wielu dobrych, bardzo dobrych prawników, których kariery miałam okazje śledzić czasami z bardzo bliska. Uczestniczyłam przecież w procesach kwalifikacyjnych, pisałam recenzje ich prac. Ceniłam walory intelektualne tych ludzi. Tyle tylko, że wtedy oceniałam poziom intelektualny. Nie oceniałam charakteru, poziomu odpowiedzialności, odporności na to, z czym oni się w tej chwili stykają i umiejętności zareagowania na ewentualne błędy, które ich w życiu spotkały. Ale tego, czy i jak przejawią te cechy, dowiemy się już niedługo. To jest jak w Piśmie Świętym: po owocach ich poznacie.

To dobra pointa.

Wybory będą latem

Zagłosujemy w lipcu, może w czerwcu, ale na pewno korespondencyjnie. Może nawet na tych samych kandydatów. Kaczyński z Gowinem się dogadali, Lewica pyta: ile nas to wszystko kosztowało?

Poseł Krzysztof Śmiszek oznajmił w Sejmie, że jego klub parlamentarny złoży do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez premiera Mateusza Morawieckiego oraz wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Chodzi o ustalenie, kto i ile pieniędzy publicznych wydał na przygotowania do wyborów, których 10 maja i tak nie będzie.
– To, co się wydarzyło musi się spotkać z reakcją, także reakcją prawną. Przez tygodnie, bez podstawy prawnej, PiS organizowało wybory, PiS zlecało wydatkowanie środków publicznych na druk materiałów wyborczych – oznajmił polityk krótko po głosowaniu, w którym – zgodnie z ustaleniami Kaczyńskiego i Gowina – odrzucono senackie weto wobec ustawy o głosowaniu korespondencyjnym 236 głosami przeciwko 213.

Dogadali się

Posłowie Porozumienia i Prawa i Sprawiedliwości głosowali w zupełnej zgodzie. Poparli scenariusz, który wczoraj wieczorem ogłosili liderzy obu partii: 10 maja nie będzie żadnego głosowania, Sąd Najwyższy uzna je za nieważne (bo niebyłe), a marszałek Sejmu ogłosi nowy termin. Byle zdążyć przed 6 sierpnia, kiedy skończy się kadencja Dudy. I – to już wniosek nieoficjalnym – byle je przeprowadzić, dopóki poparcie społeczne dla urzędującego prezydenta ciągle jest wysokie, a opozycja skłania się ku bojkotowi wyborów.

Gdy wszelkie próby „negocjacji z Gowinem”, jakie podejmowała Koalicja Obywatelska, spektakularnie się zawaliły, Lewica może z gorzką satysfakcją powiedzieć: a nie mówiliśmy?

– Miała być odrzucona ustawa, dzięki Gowinowi nie została. Miały być przesunięte o rok wybory, bo Gowin to obiecał – nie zostały. Po trzecie miał być wprowadzony stan klęski żywiołowej, nie został. Gowin miał zostać marszałkiem Sejmu, nie został. Po piąte miał rozbić rząd PiS – nie rozbił. Nie uczestniczyliśmy od początku w tej paradzie oszustów. Bo z oszustami się nie gada – podsumował całą sytuację przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty.

Mamy klęskę żywiołową!

Z kolei jeszcze przed decydującym głosowaniem przedstawiciele Lewicy zadeklarowali, że są gotowi rozmawiać z PiS, ale na temat wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Socjaldemokraci od początku kryzysu epidemicznego podkreślają, że taka klęska już ma miejsce i przyjęcie stosownych rozwiązań byłoby po prostu uznaniem stanu faktycznego.
– Rozmawialiśmy z premierem Mateuszem Morawieckim o pierwszych Tarczach Antykryzysowych, czy też współpracowaliśmy z prezydium Sejmu w sprawie zdalnego głosowania. Lewica od początku tej kadencji mówiła, że w przypadkach trudnych i kryzysowych dla Polski, chce rozmawiać. Chcemy rozmawiać o wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej i przeniesieniu wyborów na bezpieczny czas, pokazaliśmy niedawno konkretne daty, kiedy należałoby to zrobić – powiedział na konferencji prasowej Krzysztof Gawkowski, nawiązując do innego publicznego wystąpienia polityków Lewicy, w którym posłowie i posłanki pokazywali rozsądny i wykonalny kalendarz wyborczy.

Absurd goni absurd

Na stronie Państwowej Komisji Wyborczej ciągle tyka zegar, odliczający czas do… startu głosowania 10 maja. A część obserwatorów pyta: czy drugą turę, do której „z automatu” przejdą wszyscy kandydaci, też trzeba będzie anulować? I co z pakietami wyborczymi, które pełną parą drukowano w ostatnich dniach?

Robert Biedroń, kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich, chce postawić Mateusza Morawieckiego przed Trybunałem Stanu – za całokształt wyborczych posunięć. Z kolei Jacek Sasin, który odpowiadał za druk pakietów wyborczych, przekonuje, że nic się nie stało i karty do głosowania, które już powstały, przydadzą się w nowym terminie. Takie będziemy mieć święto demokracji.

Czy ktoś chroni nasze dane osobowe?

W dniu 2 maja br. posłowie na Sejm RP Hanna Gill-Piątek oraz Marek Rutka, złożyli wniosek o przeprowadzenie kontroli przez Najwyższą Izbę Kontroli w związku z bezczynnością Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Poczta Polska S.A. bez żadnej kontroli organów władzy publicznej otrzymała dostęp do 30 mln bazy rekordów danych PESEL oraz spisy i rejestry wyborców z części gmin. Pomimo wielu interwencji poselskich, w tym opisywanej na łamach „Dziennika Trybuna” interwencji posłanki Lewicy Hanny Gill-Piątek, Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych przejawia kompletną obojętność na ten fakt. Do reakcji nie przekonuje go też ogromne zainteresowanie mediów tematem wyborów i społecznej zaniepokojenie – ludzie zwyczajnie boją się, że ich dane mogłyby wpaść w niepowołane ręce! Spokojnemu przyglądaniu się przygotowaniom do takiego głosowania nie sprzyjają również doniesienia a to o pracowniku firmy kompletującej pakiety wyborcze, który zaraził się koronawirusem, a to o kartach, które w Głogowie wypadły na chodnik i musiała je zbierać policja…

W przekonaniu sejmowej Lewicy prezes UODO w takiej sytuacji powinien stanowczo zabrać głos,, a jednak zwyczajnie chowa głowę w piasek.
– Dlatego też składamy wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o kontrolę działań dotyczących ochrony danych osobowych Polek i Polaków będących w posiadaniu Poczty Polskiej S.A. oraz jej agentów – powiedziała posłanka Hanna Gill-Piątek

Poczta nie jest od wyborów

– Poczta Polska nie ma żadnych ustawowo określonych zadań w realizacji wyborów na urząd Prezydenta RP. Póki nie otrzyma takich uprawnień, samorządowcy mogą spać spokojnie. Postępują słusznie i w niekontrolowany sposób nie udostępniają spisu i rejestru wyborców pracownikom Poczty Polskiej S.A. – dodał poseł Marek Rutka.
W liście do prezesa NIK Mariana Banasia posłowie podkreślają, że powstał już szereg opinii prawnych, w myśl których pozyskiwanie, przetwarzanie i dalsze udostępnianie danych przez Pocztę Polską jest zwyczajnie bezprawne.

Oni i my

„Oni” to oczywiście tytuł książki Teresy Torańskiej. W rozmowach przeprowadzonych z przegranymi politykami minionej epoki Torańska pokazała, jak i co myślą po latach twórcy „stalinizmu” i doprowadziła do zaistnienia w świadomości czytelniczek i czytelników ukrytych dotąd przed nimi faktów historycznych. Przede wszystkim udowodniła jednak, na czym polega alienacja władzy. Jak długo, nawet po oddaniu władzy „władca” postrzega rzeczywistość w sposób zupełnie inny niż reszta ludzi.

„Oni”, bo przecież nie my. „Oni” są od nas całkiem inni. Inaczej żyją, inaczej myślą, mają inne niż my marzenia i priorytety. Nic „nas” i „onych” nie łączy. Żadnych wspólnych celów, żadnej wspólnej prawdy. Torańska, pisząc „Onych”, wierzyła (nie ona jedna zresztą), że kiedy „my” zbiorowym wysiłkiem pokonamy „onych”, Polska będzie inna, a polityka tworzona przez „nas” stanie się „służbą dla społeczeństwa i pomyślności wszystkich”.
Trzydziestolecie III RP pokazało, jak bardzo złudna była ta nadzieja.

Okazało się, że wielu z „nas” podejrzanie szybko stało się kimś zupełnie do „nas” niepodobnym. Coraz trudniej było mieć przekonanie, że powierzony dzięki karcie wyborczej mandat zaufania jest rękojmią działania na naszą, obywateli i obywatelek rzecz, a nie wyłącznie poświadczeniem zdobycia na cztery lata nieźle płatnej roboty.

Co było jednak robić? Skoro zdecydowaliśmy się na tę demokrację, to trzeba było jakoś ją uprawiać. Często-gęsto przymykając oczy i zakrywając nosy. Gdy było bardzo źle, część z nas miała jeszcze chęć i wiarę w możliwość korygowania postępowania „nas/onych” i wychodziła na ulice: protestując, przygotowując obywatelskie projekty ustaw i starając się jakoś tam „uczestniczyć w demokracji”. Nie było nas zbyt wielu, bo jakże mocną trzeba mieć wiarę, żeby tyle razy doznając rozczarowania, wciąż umieć ufać w swoją obywatelską sprawczość…

Jednak cokolwiek by nie mówić, nigdy dotąd politycy nie stali się tak bardzo „onymi” jak teraz, kiedy jako wspólnota, o ile taką jeszcze choć trochę stanowimy, potrzebujemy zjednoczenia wobec realnego zagrożenia podstaw bytu. Żaden z polskich polityków obecnych w parlamencie, a więc obdarzonych przez „nas” mandatem zaufania, nie potrafi lub nie chce zauważyć, jak bardzo to, czym się teraz zajmuje, jest nam obce.

My staramy się chronić zdrowie i życie swoje i bliskich, drżymy przed utratą pracy, tracimy poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na lepsze jutro. „Oni” grają w grę pod tytułem „czy w Polsce 10 maja będą wybory?” i „czy można zaufać Gowinowi?”. A cóż nas to obchodzi? Zajęci naprawdę ważnymi sprawami nie pójdziemy na żadne wybory. Nie weźmiemy udziału w farsie, która nie ma (dla nas) żadnego znaczenia.

Usiłowaliśmy dać o tym znać już na początku. Wołaliśmy że tzw. „specustawy” są drogą donikąd, bo tylko poświadczają bezprawie. Powtarzaliśmy do znudzenia, że przecież jest prawo, że obowiązuje Konstytucja. Nikt nie słuchał. Odprawiali te swoje tańce w zdalnych głosowaniach, pokrzykując na siebie nawzajem. Co to ma niby z „nami” wspólnego?

Niech mi ktoś wytłumaczy jak czterolatce, dlaczego opozycja, mając po raz pierwszy od pięciu lat szansę na realne odebranie PiS-owi części władzy, walczy sama ze sobą? Naprawdę ktoś dorosły wierzy, że (potencjalne) wybory korespondencyjne, w których Konstytucję zastąpiła decyzja premiera, Kodeks wyborczy podmieniono na rozporządzenie premiera (jeszcze niewydane), a PKW zastąpił wicepremier Sasin z pomocą Poczty Polskiej, można uznać za ważne na tyle, żeby brać w nich udział, choć znakomita większość społeczeństwa sygnalizuje, że głosować nie ma zamiaru?

Jeśli ktoś to rozumie, proszę – niech mi wytłumaczy, dlaczego niby tak ważne jest narażanie mojego zdrowia dla faceta, któremu zdaje się, że jest tak „niezłomny” jak Mikołajczyk, co wzywał do uczestniczenia w wyborach, choć przecież wiedział, że komuniści mogą je sfałszować. Kosiniak-Kamysz zapomniał, że, po pierwsze, Mikołajczyk wówczas był ministrem w rządzie, dysponował dużym stronnictwem politycznym, po drugie, liczył na wsparcie „świata”, zaś o determinacji komunistów przekonał się dopiero po, a nie przed wyborami. Bo to były pierwsze sfałszowane wybory. Raz się można dać nabrać, ale żeby to powtarzać i jeszcze się z tego powodu nadymać jak balon?

Niech mi ktoś objaśni, dlaczego mam rezygnować z tej odrobiny bezpieczeństwa jakie daje mi zamknięcie się we własnym domu, żeby głosować na Roberta Biedronia, który nigdy z własnej wygody i bezpieczeństwa nie zrezygnował. Ma facet pewną i dobrze płatną robotę na pięć lat, z której już raz, mimo obietnic, nie odszedł. On niczym nie ryzykuje, a mnie namawia? Notowania w prezydenckich rankingach nigdy nie dawały mu szansy na sukces. Więc nawet satysfakcji z „mój wygrał” nie mam co oczekiwać. Gdyby ogłosił: „wycofuję się, bo wiem, że uczestnictwo w oszustwie jest legitymizacją oszustwa” – mogłabym zacząć mu znowu ufać. Dlatego, że znowu chce być „nami” a nie „onymi”. Ale tak? A niby po co?

Albo gdyby Kidawa-Błońska, której sondaże poleciały na łeb na szyję, wróciła sama do siebie i otwarcie wezwała nas do bojkotu bezprawia, a nie potulnie godziła się na Budkowe występy, mogłabym pomyśleć, ona czuje to co my i potrafi stanąć po naszej stronie. Gdyby, jeśli, dlaczego…

Prawnicy, konstytucjonaliści, epidemiolodzy i politycy z prawa i z lewa głośno mówią „nie wezmę udziału w tej farsie”. „Onych” to nie obchodzi. Mają swoja grę, swoje tańce, swoje ważne sprawy.

A jedyne, co nam dotąd udowodniła tzw. klasa polityczna, to to, że rację mieli ci z nas, którzy wybierając ich co cztery lata do tej śmiesznej roboty, pytali tylko o jedno – ile dacie? Brali, co dawano, i nic ich więcej nie obchodziło. Dlatego ćwierć wieku od tamtych czerwcowych wyborów wygrał w cuglach Jarosław Kaczyński. W myśleniu o polityce i rządzeniu państwem najbardziej podobny do tych, którym głosu udzieliła kiedyś Teresa Torańska.

PS. Pomysł majowych wyborów według pisowskich reguł jako nic niemający wspólnego z demokratycznym procesem wyborczym zaopiniowała OBWE oraz RPO Adam Bodnar. Z usługi korespondencyjnej na pewno nie skorzystają: prof. Marin Matczak, prof. Monika Płatek, redaktorzy Adam Michnik i Sławomir Sierakowski, Agnieszka Romaszewska, Leszek Miller i oczywiście niżej podpisana.

Dane osobowe zagrożone?

Posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek wnioskuje do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych o przeprowadzenie kontroli udostępniania i przetwarzania danych osobowych w związku z organizacją wyborów korespondencyjnych.

Do 23 kwietnia 2020 r. włodarze 2477 gmin w Polsce otrzymali żądanie udostępnienia rejestru i spisu wyborców przez Pocztę Polską S.A. na podstawie art. 99 ustawy z dnia 16 kwietnia 2020 r. o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Publiczny operator pocztowy otrzyma 30 mln rekordów zawierających dane osobowe wyborców (imię i nazwisko, nr PESEL, adres zamieszkania, data urodzenia). Jest to bez wątpienia jedna z największych baz danych w Polsce. Duża część autorytetów prawniczych stoi na stanowisku, iż żądania Poczty Polskiej S.A. o przekazaniu rejestru i spisy powszechnego wyborców są pozbawione podstaw.

Dane dla każdego

Kto będzie miał dostęp do jednej z największych w Polsce bazy danych? Jak się okazuje, szansę ma każdy. „Agentem pocztowym może zostać każdy przedsiębiorca – osoba fizyczna lub prawna, który zobowiązuje się w ramach umowy agencyjnej do zawierania umów na świadczeniu usług w imieniu Poczty Polskiej S.A.” – za stroną internetową Poczty Polskiej. Dlatego posłanka Lewicy zawnioskowała do prezesa UODO o przeprowadzenie pilnej kontroli.

– Już raz Poczta Polska S.A w podejrzany sposób otrzymała dane osobowe – szczególnie wrażliwe – osób będących w kwarantannie bez żadnej podstawy prawnej – przypomniała Hanna Gill-Piątek. Posłanka razem z grupą innych posłów Lewicy wystosowała w tej sprawie interpelację. – Doręczyciele i pracownicy bezpośrednio stykający się z przesyłkami, którzy jednocześnie mają wgląd do wykazu adresów osób znajdujących się w kwarantannie, mogą łatwo powiązać informacje i de facto mają w ten sposób dostęp do danych wrażliwych. W jaki sposób obywatele są zabezpieczeni przed nadużyciami związanymi z ewentualnym niewłaściwym użyciem tych danych? – czytamy w niej.

Wielki przeciek?

Teraz na cito 30 mln rekordów z danymi Polek i Polaków ma być przesyłanych w plikach tekstowych przez gminy do Poczty Polskiej. Nie wiemy kto ma mieć do nich dostęp, czy są powielane, w jaki sposób są przekazywane podwykonawcom Poczty Polskiej. Instytucje kontrolne państwa prawa abdykowały, dostęp do informacji publicznej został wstrzymany dla mediów i obywateli. Zostało jedynie kilkuset posłów opozycji. Część z nich niestety zajęta jest teraz paktowaniem z Gowinem – stwierdziła posłanka. Gill-Piątek oczekuje, że UODO sprawdzi, jak wygląda przekazywanie danych osobowych agentom pocztowym przez Pocztę Polską S.A. Chodzi wszak o setki podmiotów.

Pocztyliada

Wiele wskazuje na to, że Zjednoczona Prawica doprowadzi do osadzenia, w maju, kandydata Dudę na stolcu prezydenckim. Celowo nie używam słowa „wybory”, gdyż proponowane rozwiązania zastąpienia tego, tak ważnego dla demokracji aktu, opisanego w Konstytucji RP, jako czteroprzymiotnikowe wybory powszechne, PiS-owską „POCZTYLIADĄ”, to skandal.

To, co proponuje poseł Kaczyński, przypomina wczesnośredniowieczną inwestyturę duchowną. Pastorał i pierścień biskupi wręczał udzielny książę, za co wymagał od biskupa lojalności. Niepokorni, na co kandydatowi Dudzie radziłbym uważać, źle kończyli, przykładowo arcybiskup Canterbury Tomasz Becket czy też biskup krakowski Stanisław ze Szczepanowa.

Jedyną demokratyczną formę wyborów opisuje Konstytucja RP, Każdy z nas, posiadający czynne prawo wyborcze ma prawo oddać swój głos. Powinien to zrobić osobiście w swoim punkcie wyborczym a za przebieg liczenie głosów i organizację odpowiada Państwowa Komisja Wyborcza na podstawie kodeksu wyborczego. O prawidłowości aktu wyborczego orzeka Sąd Najwyższy. Inne drogi nie ma! W mojej opinii nawet odstępstwa od tej zasady obecne w naszym prawie budzą uzasadnione wątpliwości.

Czy można przeprowadzić legalne wybory 10 maja? Czy Marszałek Witek ma prawo, w zależności od widzimisię posła Kaczyńskiego, przesuwać je o tydzień lub dwa? NIE!!!

Nie, bo w trakcie epidemii stanowią one zagrożenie zdrowia i życia obywateli. Nie, bo nie można dokonać w wymaganym terminie czynności związanych z wyborami określonych prawem. Nie, bo niemożliwa jest kampania kandydatów z zachowaniem równych szans. Nie, bo wskutek ograniczeń wynikających z ustawy epidemicznej, nierozważnie popartej przez partie opozycyjne, niemożliwa jest bezpośrednia debata wyborców i kandydatów. Nie, bo nie możemy prezentować naszych poglądów poprzez zgromadzenia.

Zjednoczona Prawica mimo wszelkich racjonalnych argumentów prze do tych majowych wyborów za wszelką cenę. Argumentuje to zapisem konstytucji. To jednak hipokryzja, gdyż poprzednio nie miała problemów z jej naginaniem i falandyzacją. Próba zastąpienia wyborów bezpośrednich „pocztyliadą” też jest sprzeczna z zapisami Konstytucji RP. Celem nie jest przestrzeganie prawa, lecz żądza władzy.

Wybory trzeba zawiesić, bo są one w tych warunkach niewykonalne. Musi to zrobić Sejm RP, bo ma największy mandat społeczny. Amerykanie mają takie pojęcie prawne „ręka boga”. Działa ono wtedy, gdy stosowanie prawa z przyczyn wyższych i obiektywnych jest niemożliwe.

Jest taka anegdota historyczna. Napoleon I Bonaparte wydał dekret o obowiązkowym salucie armatnim na jego powitanie przez władze miejskie. Jedno z małych francuskich miasteczek nie wykonało tego dekretu, gdyż nie było armat. Mimo dekretu Cesarza Francuzów salutu nie było, „ręka boga”.
Wielu polityków partii opozycyjnych nawołuje do ogłoszenia stanu wyjątkowego. Uważam, że to zbędne i niebezpieczne. Nie spodziewałem się, że kiedyś to napiszę. Argument PiS, że nie ogłasza się stanu klęski żywiołowej tylko po to, żeby przesunąć wybory o trzy miesiące, jest zasadny. Daliśmy rządowi poprzez zgodę moim zdaniem pochopną na ustawę pandemiczną, która znacznie ogranicza nasze prawa. Pod jej dyktat władza przemyca regulacje niemające nic wspólnego z epidemią: ograniczenia informacji publicznej, rozszerzenie uprawnień prokuratury, procedowanie w sejmie zmian w prawie łowieckim itp. Jeżeli dostarczymy rządowi tak represyjnego narzędzia, jak stan wyjątkowy, możemy się obudzić w monarchii, gdzie włada Jarosław I ponury i namaszczony przez niego (w ramach inwestytury) Rydzyk. Roli dla pana kandydata Dudy nie widzę.

Mamy także projekt utrzymania prezydentury pana Dudy w wersji „lajtowej” autorstwa pana prezesa Gowina. Polega on na zmianie konstytucji RP umożliwiającej przedłużenie kadencji o dwa lata. Grzebanie w ustawie zasadniczej jest niebezpieczne, bo może powodować zmiany szkodliwe dla demokracji, a poseł Kaczyński wraz z PiS jest do tego zdolny. Korygowanie Konstytucji jest możliwe jedynie w tzw. momencie konstytucyjnym, wtedy, kiedy wszyscy obywatele mają wolę takiej zmiany i mogą to potwierdzić w powszechnym referendum. Poza tym kadencyjność funkcji państwowych uwieńczona demokratycznymi wyborami pozwala nam na ocenę i ewentualną wymianę funkcjonariusza, wydłużanie kadencji lub zwiększanie ilości okresów kadencyjnych pozbawia nas tego fundamentalnego prawa.

Mam nadzieję, że żadnej partii opozycyjnej nie przyjdzie do głowy paktowanie w tej sprawie.

Cóż, więc się stanie w dniu zakończenia misji obecnego prezydenta?
W mojej opinii na czas „bezprezydencia” należy powołać ciało lub osobę, która do momentu możliwego do przeprowadzenia wyborów będzie w ograniczonym zakresie pełnić tę funkcję. Prawa i obowiązki Prezydenta są ograniczona a ich zakres niewielki. Najważniejsze jest zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi, na szczęście mamy pokój. Myślę, że taki stan nie zagrozi w znaczącym stopniu ciągłości państwa.

Jeżeli jednak dojdzie do próby zmiany konstytucji, to należy powrócić do sposobu wybierania prezydenta na wzór II RP. Zgodnie z konstytucją marcową: Prezydent był wybierany na 7-letnią kadencję przez Zgromadzenie Narodowe bezwzględną większością głosów. Wg Konstytucji kwietniowej wyboru miało dokonać Zgromadzenie Elektorów.
Jeżeli weźmiemy pod uwagę zakres obowiązków prezydenta, a jest on przedstawicielem władzy wykonawczej, to mandat wynikający z wyborów powszechnych jest nieproporcjonalnie wielki. Taki mandat posiada najwyższa władza ustawodawcza, czyli Sejm RP, bo przecież Polska jest demokracją parlamentarną.

Samozaoranie

Mówił, prosił, łagodził, a na koniec, jak trzeba było się postawić i wyjść z garnituru, żeby na powrót przywdziać kitel, został w ancugu, w którym powiozą go do trumny.

Minister Szumowski, ostatnia nadzieja białych z PiS-u, właśnie roztrwonił wszystko co mógł ze swojego wirusowego pijaru. Kiedy patrzę na tę postać, zaczynają mną targać uczucia cokolwiek ambiwalentne. No bo z jednej strony, wcale mi nie żal, że kolejny polityk prawicy poddaje się samozagładzie. Im mniej prawicowych poglądów na świecie, tym lepiej dla ludzkości. Z drugiej jednak strony, to cały czas człowiek. Momentami nawet nie głupi.

Na początku walki z koronawirusem zdawał się być wyważony i koncyliacyjny, później było już tylko gorzej. Co wystąpienie ministra, to i groza coraz większa. Zakazujemy tego, zamykamy tamto, likwidujemy śamto-w trosce o dobro obywatela. Najpierw lockdown na miesiąc, na pół roku, na rok, a na koniec minimum dwa lata. Tako rzecze pan minister. W chwili, kiedy świat cywilizowany zastanawia się nad jak najszybszym z zarazy wyjściem, minister polski wydłuża nam żywot w zamknięciu, jak sąd, który cofa przedterminowe zwolnienie osadzonemu.

Czemu, pomyślałby ten czy ów. Czy dlatego, że najgorsze dopiero nadejdzie, albo tak się o nas rząd z ministrem troszczą, bo przecież chcą dla nas jak najlepiej. Nic bardziej mylnego. Gdy przychodzi co do czego i minister musi wydać rekomendację odnośnie wyborów, dziwnym trafem jego opinia spina się z czasem obowiązywania obostrzeń, które sam chwilę wcześniej prorokował. Dwa lata. To niby ten czas, kiedy ludzkość wynajdzie szczepionkę i dopiero wówczas, bez przeszkód, będzie można zagłosować osobiście. Jeśli jednak naród chce głosować wcześniej, on, minister, zaleca listonosza i pocztę. Wcześniej minister po prostu się mylił. Miał niepełne dane. Sytuacja była dynamiczna. Dziś wie z pewnością, że dwa lata i ani roku mniej.

Dwa lata. A czemu nie dwadzieścia lat? Kto ministrowi powiedział, że praca nad szczepionką potrwa dwa lata. Przecież szczepionka na zwykłą grypę jest dostępna od dawna, ale i tak ludzie na nią umierają, bo się społeczeństwo nie szczepi. Co to za idiotyczne argumenty, na miły Bóg. Doprawdy, cały ten niewydarzony rząd, ma rodaków za idiotów, dokładnie tak, jak to w przypływie rozbrajającej szczerości opowiadał Morawiecki na taśmach od „Sowy”, gdy był prezesem banku. Dowodzi to też tego, że towarzystwo nie ma żadnego konkretnego planu wyjścia z epidemii, a wszystko co plecie premier z Szumowskim, to gadanina oparta o pisaninę palcem po pisaku.

Dobrze spuentował to niedawno Szczepan Twardoch: premier na czwartkowej konferencji odwołał bzdurne zakazy które wcześniej na nas nałożył, bo coś musiał odwołać. Nie powiedział niczego, co by mogło jakoś człowieka uspokoić lub pozwolić mu zaplanować choćby swój domowy budżet. Innymi słowy: nie wiedzą chłopcy i dziewczęta z rządu nic, jak John Snow. I prędko się nie dowiedzą. Ostatni bowiem z ich bandy, w którym ludzie widzieli jeszcze krztę profesjonalnego podejścia, właśnie sam się zaorał.

To o czym piszę, świadczy przede wszystkim o jednej rzeczy, i to wcale nie o tym, że Szumowski okazał się człowiekiem bez kręgosłupa, za to w masce.
Sytuacja polityczna z którą mamy dziś w Polsce do czynienia pokazuje jak na dłoni, że PiS jako partia, a Kaczyński jako jej lider, mają naprawdę gdzieś i Polskę i Polaków. Liczy się partyjny interes i reelekcja miałkiego jak kluski prezydenta. Za wszelką cenę. Za cenę ludzkich dramatów. Za cenę dobrostanu ojczyzny. A nawet za cenę ludzkiego życia.

Nic nie jest dla nich ważniejsze niż partia i rządzenie dla rządzenia. Choćby wybitym do nogi narodem. Byleby trwać. Lejcy nie popuścić i nie oddać za nic w świecie. Bo kiedyś przyjdzie wreszcie odbicie i nastaną znowu złote lata. Lub przynajmniej srebrne. Albo chociaż „Srebrna”. Honor et partia!