Utytułowany jak Mueller

Thomas Mueller w minioną środę został najbardziej utytułowanym niemieckim piłkarzem w historii. Zdobyty z Bayernem Monachium Superpuchar Niemiec jest jego 27. trofeum w sportowej karierze.

W wygranym po dogrywce 2:1 meczu z FC Sevilla o Superpuchar Europy Mueller przebywał na boisku od pierwszego do ostatniego gwizdka arbitra, czyli ponad 120 minut. Mimo zmęczenia 31-letni gwiazdor bawarskiej jedenastki nie tryskał zadowoleniem, bo zdobyty właśnie Superpuchar Europy był 26. trofeum w jego karierze. Zrównał się tym samym w ich liczbie z starszym kolegą z Bayernu i reprezentacji Niemiec Bastianem Schweinsteigerem, który już jednak zakończył piłkarską karierę. A Mueller wręcz przeciwnie, w tym roku dorzucił do swojego dorobku aż pięć kolejnych sukcesów: mistrzostwo Bundesligi, Puchar Niemiec, Superpuchar Niemiec, zwycięstwo w Lidze Mistrzów i Superpucharze Europy. Wraz z poprzednimi dokonaniami ma teraz na koncie 27 trofeów: dwa triumfy w Lidze Mistrzów, dwa w meczach o Superpuchar Europy, 9 tytułów mistrza Niemiec, sześć zdobytych Pucharów Niemiec, sześć Superpucharów Niemiec, jedno Klubowe Mistrzostwo Świata i mistrzostwo świata z reprezentacją Niemiec. Jakby nie liczyć, wychodzi 27 „skalpów”, które już teraz zapewniają Muellerowi pozycję najbardziej utytułowanego niemieckiego piłkarza w historii. A przecież na tych osiągnięciach zapewne nie poprzestanie. Bayern w tym sezonie także będzie walczył o kolejne trofea, zaś Mueller pod wodzą trenera Hansiego Flicka ponownie stał się jednym z kluczowych graczy bawarskiej jedenastki.
W tym kontekście dziwi upór selekcjonera reprezentacji Niemiec Joachima Loewa, który dwa lata temu po nieudanym występie na mundialu w Rosji zrezygnował powoływania Muellera do kadry. A to przecież czołowy gracz mistrzowskiej drużyny z MŚ 2014 w Brazylii, a wcześniej brązowy medalista mundialu w RPA i król strzelców tego turnieju. Przez fanaberię Loewa stracił możliwość występów w narodowej drużynie w wieku 29 lat, mając na koncie sto rozegranych w niej meczów i 38 strzelonych goli.

Lewy zaczyna nowy sezon

W piątek 18 września niemiecka Bundesliga zainaguruje nowy sezon. Zgodnie z tradycją w meczu otwarcia wystąpi aktualny mistrz kraju. Przeciwnikiem Bayernu będzie drużyna Schalke Gelsenkirchen, a spotkanie na Allianz Arenie w Monachium odbędzie się z udziałem publiczności, chociaż będzie to obecność symboliczna – na trybunach mogących pomieścić 75 tysięcy widzów zasiądzie zaledwie 7,5 tysiąca fanów.

Przerwany w marcu z powodu wybuchu pandemii koronawirusa poprzedni sezon Bundesliga dokończyła przy pustych trybunach. Przed startem nowych rozgrywek niemal do ostatniej chwili trwały w tej sprawie negocjacje z władzami federalnymi i krajów związkowych. Politycy nie chcieli wyrazić zgody na otwarcie stadionów dla publiczności, bo w Europie pandemia Covid-19 znów zaczęła przybierać na sile. Wypracowano jednak kompromis i Bundesliga uzyskała warunkową zgodę na otwarcie trybun, ale tylko do 20 procent ich pojemności. W meczu otwarcia na Allianz Arenie Bayern nie mógł jednak wykorzystać dopuszczalnego limitu, bowiem w związku z dużą ostatnio liczbą wykrywanych w Monachium zakażeń premier Bawarii Markus Soeder i burmistrz Monachium Dieter Reiter wyrazili zgodę na wypełnienie trybun jedynie w 10 procentach. Piłkarzom Bayernu nie będzie więc dane zacząć nowego sezonu przy pełnej widowni.
Mecz z Schalke będzie pierwszą potyczką o stawkę zespołu trenera Hansiego Flicka od czasu sierpniowego triumfu w Lidze Mistrzów, nic zatem dziwnego, że spotkanie budzi ogromne zaciekawienie także dlatego, że ma dać odpowiedź na pytanie w jakiej formie i z jaką motywacją do nowego sezonu przystąpią Robert Lewandowski i jego koledzy, którzy w poprzednim sezonie wygrali przecież wszystko, co mieli do wygrania. Po takim sukcesie nawet topowe zespoły zaliczają czasem regres, a bawarska jedenastka na dodatek w przerwie między sezonami straciła Ivana Perisicia, Philippe Coutinho i Alvaro Odriozolę, a jeszcze może z niej odejść Thiago Alcantara. Nic dziwnego, że trener Flick w jednym z niedawnych wywiadów stwierdził, że po takich ubytkach przydałoby się dokonać kilku wzmocnień. Stanowisko władz Bayernu w tej kwestii jest jednak odmienne, co dobitnie wyraził emerytowany już wprawdzie, lecz wciąż wpływowy działacz bawarskiego potentata Uli Hoeness. „Nie potrzebujemy nowych piłkarzy. Spójrzcie na inne drużyny, ja nie widzę żeby dokonywały wielkich wzmocnień. FC Barcelona nie ma pieniędzy, Real Madryt nie ma pieniędzy, także Manchester City jest nieaktywny na transferowym rynku. My wygraliśmy Ligę Mistrzów i utrzymaliśmy kluczowych graczy. A nawet gdyby odszedł Thiago Alcantara, to przecież na jego miejsce mamy Kimmicha, Goretzkę i Muellera. Nie zapominajmy, że dla Bayernu gra również Corentin Tolisso” – stwierdził Hoeness.
Szefowie monachijskiego klubu nie kryją, że powodem powściągliwości w zatrudnianiu nowych graczy jest niepewna sytuacja powodowana przeciągającą się pandemią. Jeśli wierzyć doniesieniom niemieckich mediów, tylko z powodu gry przy pustych trybunach Bayern w poprzednim sezonie stracił 60 mln euro. Dlatego jedynym graczem z zewnątrz, który dołączył we wrześniu do zespołu, był pozyskany wcześniej z Manchesteru City Leroy Sane, który według medialnych doniesień kosztował Bawarczyków około 50 milionów euro. A Flick dostał polecenie, by sięgał po młodych graczy z zaplecza kadry, jak Joshua Zirkzee, Sarpreet Singh i Oliver Meier.
Takie stanowisko oznacza, że szefowie Bayernu są przekonani, iż w nowym sezonie Lewandowski będzie równie skuteczny jak w poprzednim. A przypomnijmy, że Polak w 47 występach strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst oraz zdobył trzy korony króla strzelców – w Lidze Mistrzów, Bundeslidze i Pucharze Niemiec. Za te osiągnięcia został uznany za piłkarza roku w Niemczech, a ostatnio w plebiscycie przeprowadzonym wśród fanów Bayernu został wybrany na najlepszego gracza tego klubu w minionym sezonie. „Lewy” otrzymał 51 procent głosów, a drugi w plebiscycie Alphonso Davies ledwie 16 procent. Dopiero trzecią lokatę fani przyznali ikonie bawarskiego klubu Thomasowi Muellerowi (dostał 14 procent głosów). Warto też wspomnieć, że w minionym sezonie Bayern przeprowadzał na swojej stronie internetowej głosowania na piłkarza miesiąca. Lewandowski triumfował w tych plebiscytach aż pięciokrotnie w dziesięciu edycjach.
Przebić te osiągnięcia w nowym sezonie będzie kapitanowi reprezentacji Polski piekielnie trudno. Ma tego świadomość, bo sam często podkreśla, że łatwiej jest wejść na futbolowy szczyt, niż się na nim utrzymać. Ale jednego chyba w jego przypadku możemy być pewni – na pewno będzie do tego dążył ze wszystkich sił.

Lewy piłkarzem roku w Niemczech

Robert Lewandowski po raz pierwszy w karierze został laureatem prestiżowego w Niemczech wyróżnienia, przyznawanego przez branżowy tygodnik „Kicker” tytułu „Piłkarza Roku”. W głosowaniu polski napastnik Bayernu Monachium zwyciężył z dużą przewagą nad drugim w zestawieniu kolegą z zespołu Thomasem Muellerem.

Lewandowski wygrał plebiscyt „Kickera” uzyskując 276 głosów elektorów, podczas gdy drugi Thomas Mueller otrzymał tylko 54 głosy, a trzeci Joshua Kimmich 49. Tuż za podium zajętym w całości przez graczy Bayernu Monachium uplasował się Kai Havertz z Bayeru Leverkusen oraz Timo Werner z RB Lipsk.
Za najlepszego trenera w Niemczech uznano, co nie jest niespodzianką, szkoleniowca Bayernu Hansiego Flicka, za nim znalazł się m.in. coach zespołu mistrza Anglii FC Liverpool Juergen Kloppa. Nas „Piłkarkę Roku” wybrano natomiast gwiazdę zespołu VfL Wolfsburg Dunkę Pernillę Harder.
Jeśli coś w wygranej „Lewego” może nas zaskakiwać, to chyba tylko to, że po 10 pełnych sukcesów sezonach spędzonych w Bundeslidze został dopiero teraz nagrodzony tytułem „Piłkarza Roku”. Ale jego wyczynów w minionym sezonie już nawet „Kicker” nie mógł nie docenić.

Bayern zdetronizował Real Madryt

Triumf Bayernu Monachium w Lidze Mistrzów zaowocował awansem niemieckiego klubu na pozycję lidera klubowego rankingu UEFA. Bawarczycy wyprzedzili w zestawieniu dwa hiszpańskie zespoły – Real Madryt i FC Barcelona. Z polskich zespołów w czołowej setce znalazła się tylko Legia Warszawa, która została sklasyfikowana jednak na odległym 90. miejscu.

Odniesione w minioną niedzielę w Lizbonie zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów w potyczce z Paris Saint-Germain (1:0) zapewniło Bayernowi nie tylko solidny przypływ gotówki (w sumie na udział w tej edycji mistrzowie Niemiec zarobili ponad 82 mln euro), ale też awans w klasyfikacji europejskich klubów. Ranking UEFA tworzony jest na podstawie wyników z ostatnich pięciu sezonów w europejskich pucharach. Każda drużyna otrzymuje dwa punkty za zwycięstwo oraz jeden punkt za remis. Z powodu pandemii koronawirusa zmieniono zasadę liczenia punktów za wyniki w Lidze Mistrzów. Zmiany w regulaminie regulowały zasady liczenia punktów za spotkaniach rozgrywanych bez rewanżów. zespoły, które odniosły w nich zwycięstwa w regulaminowym czasie gry lub dogrywce otrzymywały trzy punkty, dwa przyznawano za remis w dogrywce, a jeden punkt za porażkę w regulaminowym czasie gry lub w dogrywce. Przyznawano także dodatkowe punkty za awans do ćwierćfinału, półfinału oraz finału. Za kwalifikację do fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA nagradza czterema punktami bonusowymi, zaś za awans do rundy pucharowej daje pięć punktów bonusowych.
W poprzednim notowaniu po sezonie 2018/2019 Bayern zajmował trzecią lokatę, teraz z dorobkiem 136 punktów awansował na pierwsze miejsce przed Real Madryt (134 pkt) i Barcelonę (128 pkt). Kolejne lokaty w czołowej dziesiątce zestawienia zajęły: 4. Atletico Madryt (127 pkt), 5. Juventus Turyn (117 pkt), 6. Manchester City (116 pkt), 7. Paris Saint-Germain (113 pkt), 8. FC Sevilla (102 pkt), 9. Manchester United (100 pkt) i 10. FC Liverpool (99 pkt).
Daleko w tyle znalazło się także miejsce dla jednego z klubów PKO Ekstraklasy. W przeciągu ostatnich pięciu sezonów Legia Warszawa w ostatnich pięciu sezonach zdobyła w europejskich rozgrywkach zaledwie 17 punktów, co dało jej 90. pozycję w rankingu. To najwyżej z polskich klubów, bo kolejne ex aequo z dorobkiem 3,225 pkt sklasyfikowano na 299. miejscu. Są to: Piast Gliwice, Lechię Gdańsk, Cracovię, Jagiellonię Białystok, Górnik Zabrze, Arkę Gdynia, Zagłębie Lubin i Śląsk Wrocław.
Niemcy walczą o Lewego
Robert Lewandowski spełnił wreszcie swoje wielkie sportowe marzenie i do kolekcji swoich piłkarskich trofeów dołączył triumf w Lidze Mistrzów. Ma jednak jeszcze wielką szansę zgarnąć w tym roku drugi z wymarzonych laurów, czyli nagrodę dla piłkarza roku. Wiadomo już, że tytułu przyznawanego od 1956 roku przez „France Football” w tym roku nie dostanie, bo redakcja tego francuskiego tygodnika zrezygnowała z przyznawania „Złotej Piłki” w 2020 roku. I ostatnio potwierdziła, że zdania nie zmieni, chociaż jest z tego powodu powszechnie na całym świecie krytykowana. Ale plebiscyt „FF” to nie jedyne przecież wyróżnienie indywidualne w światowym futbolu. Nie mniejszą wartość i ciężar gatunkowy ma nagroda dla piłkarza roku przyznawana przez FIFA i wszystko wskazuje, że w tym roku dostanie ja właśnie Lewandowski. Takie przekonanie wyraził ostatnio m.in. prezydent Bayernu Monachium Herbert Hainer. „ Robert w pełni zasłużył na to, by zgarnąć nagrodę dla najlepszego piłkarza na świecie. Rozegrał znakomity sezon. Wygrał wszystko, a został najlepszym strzelcem w trzech rozgrywkach, w tym w Lidze Mistrzów, strzelił najwięcej goli w całym sezonie, a ponadto wykonał świetną robotę w finale z Paris Saint-Germain. Nie widzę nikogo, kto mógłby w tym roku odebrać Lewandowskiemu tytuł najlepszego piłkarza na świecie” – powiedział Hainer na łamach sportbild.bild.de.
Kapitan reprezentacji Polski został królem strzelców Bundesligi (34 gole), Pucharu Niemiec (sześć goli) i Ligi Mistrzów (15 goli), zatem w barwach Bayernu w minionym sezonie zdobył 55 bramek. Trudno zaprzeczyć, że są to mocne argumenty za przyznaniem mu nagrody „Piłkarza Roku FIFA”.
Utrzymać się na szczycie
Jeśli rzeczywiście „Lewy” ją dostanie, byłby to dopiero drugi wyłom w trwającej ponad dekadę dominacji Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo, którzy w ostatnich latach zgarniali niemal wszystkie indywidualne wyróżnienia. W 2018 roku wszedł im w paradę Chorwat Luka Modrić, któremu trochę na wyrost przyznano tytuł Piłkarza Roku FIFA” i „Złotą Piłkę” po zdobyciu przez zespół Chorwacji wicemistrzostwa świata w Rosji. Teraz przed szansą przełamania hegemonii Argentyńczyka i Portugalczyka stoi Lewandowski, mocno wspierany tym razem przez Bayern Monachium i całą niemiecka Bundesligę, której dla celów marketingowych taka indywidualna nagroda dla występującego w niej piłkarza jest bardzo potrzebna.
Wymuszona przez pandemię nietypowa forma dokończenia rozgrywek w Lidze Mistrzów przyniosła sukces zespołom z niżej dotąd cenionych Bundesligi oraz Lique 1. W półfinale doszło przecież do dwóch potyczek niemiecko-francuskich, a wcześniej z rywalizacji odpadły zespoły hiszpańskie, włoskie i angielskie, wśród których byli też finaliści Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu, czyli Tottenham i FC Liverpool).
W tej chwili trudno przewidzieć, czy w obecnej edycji Champions League Bayern Monachium zdoła powtórzyć sukces. Cytowany już wyżej prezes klubu uważa, że tak. „To może być początek nowej ery Bayernu. W ostatnich latach odmłodziliśmy zespół w ściśle ukierunkowany sposób. Dokonaliśmy zmian po czasach Arjena Robbena i Francka Ribery’ego. Mamy młody, utalentowany zespół, w którym nie brakuje też doświadczonych i klasowych zawodników, jak Manuel Neuer, Thomas Mueller i Robert Lewandowski. To naprawdę dobra mieszkanka i co najważniejsze, jeszcze nie wypalona. Dlatego jestem dobrej myśli także jeśli chodzi o wyniki w nowym sezonie” – zapewnia Herbert Hainer.
Piłkarze Bayernu dostali wolne do 7 września, a do gry wrócą już 11 września, w meczu 1. rundy Pucharu Niemiec z FC Dueren. Potem podopieczni Hansiego Flicka zagrają z Schalke w meczu inaugurującym 1. kolejkę Bundesligi, zaś później czeka ich mecz z FC Sevilla o Superpuchar Europy.

Lewandowski w grze o Ligę Mistrzów

W środę i czwartek rozegrano mecze 1/8 finału Ligi Europy, a w piątek i sobotę odbędą się zaległe rewanżowe spotkania w Lidze Mistrzów. Ostatni mecz w tej fazie rozgrywek, Liverpoolu z Atletico Madryt (2:3) rozegrano 149 dni temu. W piątek zmierzą się Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1) i Manchester City z Realem Madryt (2:1), a w sobotę Bayern Monachium z Chelsea Londyn (3:0) oraz FC Barcelona z SSC Napoli (1:1).

Tak właśnie zacznie się finisz najdziwniejszego sezonu w historii europejskich pucharów. Cztery zespoły zdążyły przed wybuchem pandemii wywalczyć awans do 1/4 finału, osiem w piątek i sobotę powalczy w rewanżach o cztery pozostałe miejsca. A potem wszyscy ćwierćfinaliści zjadą do Lizbony, gdzie od środy 12 do niedzieli 23 sierpnia odbędzie się finał tegorocznej edycji Champions League w wersji turniejowej. W związku z pandemią UEFA chciała ograniczyć podróże i na areny decydujących bojów o triumf w Lidze Mistrzów wybrała stadiony dwóch klubów z Lizbony – Benfiki i Sportingu. O awansie do kolejnej rundy zmagań rozstrzygać będzie tylko jeden mecz. Wszystkie starcia będą odbywać się przy pustych trybunach, co eliminuje jakąkolwiek przewagę związaną z pełnieniem roli gospodarza. Dozwolona będzie zmiana pięciu graczy oraz szóstego w przypadku dogrywki.
Do stolicy Portugalii każdy klub będzie mógł zabrać maksymalnie 80 ludzi, z czego 45 będzie miało dostęp do „strefy zero”, czyli boiska i jego najbliższych okolic. Mowa tu o 23 zawodnikach, ośmiu członkach sztabu szkoleniowego oraz 14 pracowników zaplecza technicznego drużyny. Każda z tych osób będzie musiała poddać się badaniom na koronawirusa na dwie doby przed pierwszym meczem, wszystkim będzie mierzona temperatura przed wejściem na stadion, rezerwowi będą musieli zakładać maseczki, a zespoły będą wjeżdżały na teren stadionu co najmniej w dziesięciominutowych odstępach. To powinno uchronić uczestników turnieju przed Covid-19, ale do Lizbony wybiera się nieokreślona jeszcze do końca liczba kibiców. Utrzymać ich w ryzach epidemicznych zarządzeń będzie bardzo trudno.
Wcześniej jednak kibiców czekają emocje w czterech zaległych meczach rewanżowych 1/8 finału. Najmniej spekulacji towarzyszy potyczce Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, bo zaliczka trzech goli z pierwszego spotkania w Londynie stawia bawarską jedenastkę w roli stuprocentowego faworyta. Nic dziwnego, że Robert Lewandowski, który na Stamford Bridge był bohaterem spotkania (zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabry’ego i sam strzelił londyńczykom gola), przed sobotnią potyczką na Allianz Arena w Monachium był dobrej myśli. Kpaitan reprezentacji Polski jest mocno zmotywowany, bo po tym jak Ciro Immobile sprzątnął mu sprzed nosa „Złotego Buta”, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich, chciałby powetować sobie tę stratę zdobyciem korony króla strzelców Ligi Mistrzów. A ma na to realne szanse, bo w tej chwili prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 11 goli. Z grona zawodników, którzy nadal grają w Champions League, najmniej do naszego piłkarz traci jego kolega z Bayernu Serge Gnabry oraz belgijski napastnik SSC Napoli Dries Mertens (obaj mają po sześć goli). Za ich plecami z dorobkiem pięciu trafień czają się jednak groźni konkurenci – Francuz Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City, Josip Ilicić z Atalanty Bergamo i Memphis Depay z Olympique Lyon. Ale biorąc pod uwagę, że w w fazie pucharowej tylko najlepsze zespoły rozegrają po trzy mecze, dogonić Lewandowskiego będzie piekielnie trudno. Zwłaszcza, że przecież on sam też będzie w grze, a ponieważ w tym sezonie prezentuje życiową formę, czego dowodem jest 51 zdobytych przez niego bramek we wszystkich rozgrywkach. „Lewy” jest najskuteczniejszym strzelcem w Europie i dystansuje pod względem liczby trafień nawet dotychczasowych hegemonów w tej „konkurencji”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.
Faworytem zaległych meczów w 1/8 finału, chociaż już nie takim murowanym jak Bayern, wydaje się być też Manchester City, bo trener tej drużyny, Pep Guardiola, raczej nie dopuści do roztrwonienia przez jego zespół przewagi wywalczonej na Santiago Bernabeu (2:1). Ale Realu Madryt nigdy nie należy lekceważyć. W pozostałych dwóch spotkaniach (Juventusu z Olympique Lyon i Barcelony z Napoli) szanse drużyn na wywalczenie awansu można uznać za równe.
Ale wytypowanie już dzisiaj triumfatora Ligi Mistrzów jest czystą loterią. I nie chodzi wyłącznie o to, że większość zespołów uważanych za faworytów znalazła się po jednej stronie turniejowej drabinki. Inną kwestią jest przygotowanie drużyn do gry. Francuskie zespoły (Paris Saint-Germain i Olympique Lyon przystąpią do rywalizacji po pięciu miesiącach przerwy w grze, ale po przejściu pełnego okresu przygotowawczego do nowego sezonu. Z kolei włoskie drużyny (Juventus i Atalanta) do zmagań w Champions League przystąpią praktycznie z marszu, bo Serie A rozgrywki zakończyła w miniony weekend. W podobnej sytuacji są też kluby hiszpańskie – Barcelona, Real i Atletico. Teoretycznie w najlepszej sytuacji znalazły się zespoły niemieckie – Bayern i RB Lipsk, które zakończyły sezon w Bundeslidze miesiąc temu, zdążyły posłać swoich graczy na krótkie urlopy, a po ich powrocie miały czas na przygotowanie ich do zmagań w Lidze Mistrzów. Bawarska jedenastka po pandemii byli w spektakularnej formie i z łatwością obroniła mistrzostwo Niemiec, wygrała też jedyny sparing po powrocie z wakacji (1:0 z Olympique Marsylia), ale w jakiej formie znajduje się teraz, przekonamy się dopiero w sobotę, gdy rozegra mecz z Chelsea. Fani Bayernu liczą, że trener Hansi Flick wykorzysta doświadczenie wyniesione z reprezentacji Niemiec, a to właśnie on jako asystent Joachima Loewa odpowiadał za przygotowanie niemieckiej kadry do mundial w 2014 roku.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że drużyny przystąpią do rywalizacji w zmienionych składach, bo przecież trwa letnie okienko transferowe. Z Paris-Saint Germain odeszli z tego powodu Edinson Cavani i Thomas Meunier, z RB Lipsk Timo Werner, a z Manchesteru City Leroy Sane. UEFA ponownie otworzyła okres rejestrowania zawodników do Ligi Mistrzów, ale z zastrzeżeniem, że do listy dopisać można wyłącznie graczy, którzy na początku lutego byli w drużynie. Wykorzystały to m.in. Manchester City, który zarejestrował wracającego do zdrowia Aymerica Laporte czy Barcelona, która liczy na Ousmane Dembele.
My rzecz jasna trzymamy kciuki za kwartet naszych piłkarzy, którzy pozostali jeszcze w grze o triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz Lewandowskiego, są to jeszcze Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli).

Klose potrenuje Lewego

Kadra Bayernu Monachium szykuje się do restartu rozgrywek 1. Bundesligi, ale wydarzeniem minionego weekendu w ekipie mistrzów Niemiec była wiadomość, że od lipca asystentem trenera Hansiego Flicka będzie 41-letni Miroslav Klose, najskuteczniejszy napastnik w historii reprezentacji Niemiec.

Urodzony w Opolu Miroslav Klose w 1987 roku jako dziewięcioletni chłopak wyemigrował z całą rodziną do Niemiec, gdzie został jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii reprezentacji tego kraju. Zadebiutował w niej 24 marca 2001 roku w meczu z Albanią i od razu strzelił swoją pierwszą bramkę. W sumie do 2014 roku rozegrał w niemieckich barwach aż 137 meczów i zdobył w nich 71 goli, co czyni go najskuteczniejszym strzelcem w historii piłkarskiej reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów. Przed nim przez kilka dziesięcioleci rekordzistą z dorobkiem 68 trafień był legendarny Gerd Mueller.
Imponująca jest też lista jego osiągnięć z niemiecką drużyną. W 2002 roku na mundialu w Korei i Japonii zdobył z nią wicemistrzostwo świata, a sam zdobywając w tym turnieju 5 bramek został wicekrólem strzelców. Cztery lata później w mistrzostwach świata rozegranych w Niemczech wywalczył z ekipa gospodarzy brązowy medal, ale z pięcioma bramkami na koncie został królem strzelców turnieju. Ponownie brązowy medal reprezentacja Niemiec zdobyła w 2010 roku w Republice Południowej Afryki, a Klose powiększył swój łączny bramkowy dorobek w światowych czempionatach o kolejne cztery trafienia. W 2012 roku znalazł się w kadrze na rozgrywany w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa Europy (Niemcy zdobyli w tym turnieju trzecie miejsce, a cztery lata wcześniej, na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii wywalczyli wicemistrzostwo). 7 września 2013 roku w wygranym 3:0 spotkaniu z Austrią w eliminacjach MŚ 2014 Klose strzelił gola i było to jego 68 trafienie w barwach niemieckiej reprezentacji, co oznaczało, że wyrównał rekord Gerda Muellera. 21 czerwca 2014 na mundialu w Brazylii w meczu Niemcy – Ghana zaliczył 15 bramkę i wyrównał rekord strzelonych goli w finałach mistrzostw świata należący do Brazylijczyka Ronaldo, ale już 8 lipca w słynnym spotkaniu Brazylia – Niemcy (1:7) zdobył jedną z bramek bramkę i z 16. trafieniami do dzisiaj jest samodzielnym rekordzistą w liczbie goli strzelonych w turniejach o mistrzostwo globu. Po rozegranym 13 lipca 2014 roku meczu finałowy z Argentyną, wygrany przez Niemców po dogrywce 1:0, mógł w wieku 36 lat świętować w końcu mistrzowski tytuł. Po tym spotkaniu zakończył reprezentacyjna karierę z imponującym dorobkiem 137 występów – lepszy od niego jest tylko Lothar Matthaeus, który rozegrał 150 meczów. W liczbie strzelonych goli jest jednak rekordzistą.
W swojej piłkarskiej biografii Klose ma też bogaty w sukcesy kilkuletni okres występów w Bayernie Monachium. Trafił do tego klubu z Werderu Brema latem 2007 roku jako król strzelców Bundesligi z sezonu 2005/2006 i piłkarz roku 2006 w Niemczech. W klubie z Bremy rozegrał łącznie 131 meczów, strzelił w nich 63 gole i zanotował 47 asyst. Ale dopiero w Bayernie mógł święcić największe klubowe sukcesy w swojej karierze – dwukrotnie zdobywał z bawarska drużyną mistrzostwo Niemiec i Puchar Niemiec, a po razie Superpuchar Niemiec i Puchar Ligi, zaś w sezonie 2009/2010 doszedł do finału Ligi Mistrzów, w którym Bayern przegrał z Interem Mediolan. W barwach monachijskiego klubu Klose we wszystkich rozgrywkach rozegrał 150 meczów, w których strzelił 53 gole i zaliczył 28 asyst.
W 2011 roku odszedł z Bayernu i podpisał kontrakt z Lazio Rzym. W barwach włoskiego klubu występował już do końca piłkarskiej kariery, którą zakończył oficjalnie 1 listopada 2016 roku. W Lazio rozegrał łącznie 171 meczów, w których strzelił 64 bramki i zaliczył 35 asyst.
Gdy tylko zawiesił buty na kołku, selekcjoner niemieckiej reprezentacji Joachim Loew natychmiast zaproponował mu posadę swojego asystenta, obok już współpracującego z nim w tej roli Hansiego Flicka. Obecny trener Bayernu Monachium nie miał nic przeciwko temu, bo Klose już wcześniej, u schyłku swojej reprezentacyjnej kariery, miał w kadrze Niemiec specjalny status i często uczestniczył w taktycznych naradach z Loewem i Flickiem. Ponoć potrafił zaskoczyć swoich szefów błyskotliwymi spostrzeżeniami i sugestiami.
Klose jeszcze jako aktywny zawodnik nie ukrywał, że zamierza zostać trenerem. Realizacji marzeń nie odkładał na później. Dlatego bez wahania przyjął ofertę Loewa, a w 2018 roku po ukończeniu odpowiednich kursów podjął pierwszą samodzielną pracę – poprowadził juniorską drużynę Bayernu U-17 i zaczął z nią osiągać bardzo obiecujące wyniki. Gdy Hansi Flick na poczaąku listopada ubiegłego roku przejął po Niko Kovacu pierwszy zespół bawarskiego potentata, a w następnych miesiącach umocnił swoją pozycje na tyle, że władze klubu podpisały z nim trzyletni kontrakt, od razu zaczął zabiegać o włączenie Klosego do swojego sztabu szkoleniowego. „Z Hansim znamy się dobrze z pracy w sztabie reprezentacji, więc ufamy sobie zawodowo i prywatnie. To dla mnie kolejny krok w mojej trenerskiej karierze. Chciałbym pomóc Bayernowi osiągnąć wytyczone cele dzieląc się w swojej pracy doświadczeniem jakie zebrałem przez lata na boisku” – podkreślił z kolei Klose.
Niemieckie media natychmiast zaczęły spekulować jak Klose ułoży sobie współpracę z Robertem Lewandowskim. Raczej nikt nie przewiduje komplikacji, nie tylko dlatego, że obaj są Polakami. Klose do tej pory w publicznych wypowiedziach oceniał „Lewego” bardzo dobrze, nawet potrafił przyznać, że pod względem piłkarskich umiejętności reprezentant Polski znacznie go przewyższa. „On jest wyjątkowy, łączy w swojej grze po trochu wszystko, co powinien mieć klasowy napastnik. Naprawdę trudno znaleźć u niego jakąś słabszą stronę” – komplementował Lewandowskiego w jednym z wywiadów. Czy będzie w stanie jeszcze ulepszyć maszynę do strzelania goli, jaką jest kapitan reprezentacji Polski? Będzie to trudne, bo Lewandowski to w tej chwili już w pełni ukształtowanym piłkarz, uważany za najlepszego na świecie na swojej pozycji, a niedocenianego poza Niemcami tylko dlatego, że Bayern w ostatnich latach nie odnosił sukcesów w europejskich pucharach, a reprezentacja Polski poziomem znacznie odstaje od europejskiej i światowej czołówki. Z pewnością jednak Klose będzie w stanie jakieś niuanse poprawić – może grę głową, może umiejętność wychodzenia na pozycję, a może dostrzeże coś, z czego nawet „Lewy” nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Przekonamy się o tym jeszcze w tym roku, bo Klose ma zacząć pracę w sztabie pierwszego zespołu od 1 lipca.