Hiszpania przejmuje prywatną służbę zdrowia

Lewicowy rząd Hiszpanii w ramach ogłoszonego w niedzielę stanu wyjątkowego przejmie kontrolę nad prywatnymi placówkami medycznymi. Ponadto wszystkie prywatne podmioty, które produkują lub mają na stanie maseczki ochronne, preparaty odkażające i testy na koronawirusa mają obowiązek w ciągu 48 godzin o tym poinformować.

Centrolewicowy rząd Pedro Sancheza chce zrobić wszystko, by powstrzymać dalsze postępy epidemii. I nie ograniczył się do wezwania obywateli, by nie wychodzili z domów w absolutnie żadnym wypadku, chyba że potrzebują kupić żywność lub lekarstwa.
W wygłoszonym w niedzielę wieczorem oświadczeniu minister zdrowia Salvador Illa oznajmił, że wszystkie prywatne placówki medyczne zostaną podporządkowane potrzebom państwowego systemu służby zdrowia. Hiszpańskie media nie wahają się pisać – na wyrost – o „nacjonalizacji”, chociaż środek będzie tymczasowy: prywatne szpitale przejdą pod kontrolę regionalnych władz jedynie na czas stanu wyjątkowego, póki będzie trwała walka z koronawirusem. Na tym jednak nie koniec. Decyzją władz regionalnych dowolne obiekty, publiczne i prywatne, będą mogły zostać zaadaptowane na cele walki z epidemią.
Rząd wydał również specjalne polecenie wszystkim firmom, które produkują lub mają na stanie leki i sprzęt medyczny, a także ochronne maski i rękawiczki. Podmioty takie dostały 48 godzin (począwszy od niedzieli wieczorem) na poinformowanie władz publicznych o swoich zapasach i możliwościach produkcyjnych, pod groźbą mandatów. Łatwo się domyślić, że kolejnym krokiem może być rekwizycja i/lub przymusowe zwiększenie produkcji preparatów i przedmiotów ratujących życie. Do walki z epidemią zostaną zaangażowani również studenci ostatniego roku studiów medycznych; ich obowiązkowa rezydentura w szpitalach zostanie wydłużona.
Hiszpania zamierza również ograniczyć o 50 proc. liczbę wewnętrznych połączeń lotniczych i morskich, a nawet o 85 proc. – kursy państwowego przewoźnika kolejowego Renfe. O tym, co z transportem publicznym na skalę lokalną, zdecydują samorządy. Stan wyjątkowy w kraju potrwa co najmniej 15 dni.

Nieuleczalna fobia

Hiszpańska psycholożka od dawna propagowała swoje „leczenie” homoseksualistów. Nawet reklamowała swoje „sukcesy” w sieci. Została ukarana, ale niczego jej to nie nauczyło.
Sprawa ciągnie się od lat. Psychoterapeutka Elena Lorenzo Rego już w 2016 roku na podstawie przepisów, wprowadzonych przez władze hiszpańskie została oskarżona przez hiszpańską grupę LGBT Acropoli o stosowanie nienaukowych metod. Lorenzo utrzymywała, że znalazła sposób na leczenie homoseksualizmu.
„Heteroseksualność jest już w każdej osobie, wystarczy ją znaleźć w środku. Zmiana terapii jest sposobem na jej odkrycie ”- mówiła Lorenzo hiszpańskim mediom.
„Gej jest tożsamością społeczną i polityczną, homoseksualizm jest uwarunkowaniem psychologicznym. (…) Rozumiemy, że homoseksualizm nie polega na seksie, ale na tożsamości, poszukiwaniu siebie. Homoseksualizm staje się seksualizacją potrzeb emocjonalnych niespełnionych w dzieciństwie lub we wczesnym wieku” Jednocześnie przyznawała, że homoseksualizm nie jest chorobą, niemniej uważała, że okazuje pomoc tym, którzy chcą powrócić do heteroseksualności jej metodami.
Dziennikarka z katalońskiej gazety „Search” udała się do Lorenzo udając lesbijkę, a potem skonfrontowała otrzymane porady z innym psychologiem, który stwierdził, że przyniosłyby jej wymierne szkody.
Hiszpański Związek Psychologów był wobec Lorenzo bezradny, ponieważ nie była ona członkiem tej organizacji. Dopiero wniosek Acropoli dał jakiś efekt, ale nie na długo. Skazano Lorenzo na 20 tysięcy euro grzywny, ale przy pomocy organizacji katolickich udało się jej zebrać tę sumę w stosunkowo krótkim czasie. Wznowiła zatem zajęcia z początkiem lutego. Stowarzyszenie Acropoli ponownie zatem złożyło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na podstawie prawa o integralnej ochronie osób LGBT przed dyskryminacją ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową.
Głos zabrał nawet wiceprezydent wspólnoty autonomicznej Madrytu Ignacio Aguado, który stwierdził. że to homofobia jest chorobą wymagającą leczenia.

Gwałt, nie gwałt

Na ulice Barcelony wyszło kilka tysięcy wściekłych kobiet, by zaprotestować przeciwko zadziwiającej interpretacji sądu, że nie doszło do zgwałcenia 14-letniej dziewczyny.

W 2016 roku w miejscowości Manresa sześciu mężczyzn wykorzystało seksualnie 14 letnią dziewczynę, będącą pod wpływem alkoholu i narkotyków. Prokuratura oskarżyła ich o gwałt zbiorowy, w hiszpańskim prawie zagrożony karami do 20 lat więzienia. Sąd w Barcelonie orzekł jednak, że gwałtu nie było, ponieważ nieprzytomna ofiara nie okazała sprzeciwu, co wykluczało ze strony sprawców użycie przemocy.
Tak więc skazano ich jedynie za wykorzystanie seksualne i skazano na wyroki od 10 do 12 lat więzienia. Hiszpanki na ulicach protestują przeciwko zbyt niskiej, ich zdaniem, karze.
Sąd owszem, podniósł, że wiek ofiary nie mógł pozostać niezauważony dla sprawców, lecz jednocześnie odstąpił od zakwalifikowania tego jako gwałtu, ponieważ ofiara jako nieprzytomna nie mogła być ofiarą przemocy lub zastraszania, a przestępcy „mogli dokonać swoich czynów bez użycia jakiejkolwiek przemocy lub zastraszania, by pokonać opór, którego przecież nie było.”
Ofiara twierdziła, że co najmniej dwóch ze sprawców miało w rękach przedmiot przypominający broń, co miało wpływ na jej zachowanie i wyczerpywało znamiona przemocy, jednak sąd nie dał wiary jej zeznaniom , powołując się na luki w pamięci, które zostały udowodnione podczas procesu. Sędziowie uznali, że nie wiadomo, czy zeznania dziewczyny były jedynie „przebłyskami” niektórych scen lub też słowami zasugerowanymi przez otoczenie.
Specjalistka prawa karnego dr Patricia Faraldo, na której zdanie powołują się protestujące kobiety uważa, że interpretacja sądu o ciągłym pozostawaniu 14 latki w stanie nieprzytomności jest niepoprawna i nieprawdziwa.
W Hiszpanii, według danych prokuratury, rośnie liczba gwałtów zbiorowych.

Wszystko wiedzieli

Imam Abdelbaki as-Satty, który został w śledztwie uznany za głównego organizatora zamachu terrorystycznego w centrum Barcelony w 2017 r., był uważany przez hiszpańskie służby specjalne za informatora. Było tak aż do dnia, w którym 22-letni uczeń imama Junis Abouyaaqoub zabił 13 osób, wjeżdżając samochodem w tłum.

Wyniki swojego rocznego dziennikarskiego śledztwa dotyczącego okoliczności tragicznego zamachu w alei La Rambla opublikował dziennik Publico. Rzucają one cokolwiek nowe światło na oficjalną wersję wypadków, w myśl której ataku w tłumnie uczęszczanej alei dokonali młodzi salafici, nakłonieni do poświęcenia życia świętej wojnie przez 44-letniego Abdelbakiego as-Sattiego, imama z meczet Annour (Światło) w Ripoll. Sam imam zginął tego samego dnia w eksplozji w wynajmowanym domu, uznanej za przypadkowy wypadek.
Dziennikarze dotarli do informacji, z których wynika, że imam o salafickich sympatiach pozostawał w kontakcie z hiszpańskimi służbami specjalnymi odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo wewnętrzne. Kontakt z Centro Nacional de Inteligencia (CNI) utrzymywał za pośrednictwem ‚ślepej’ skrzynki mailowej – kierowane do niego wiadomości oraz jego odpowiedzi pozostawały w kopiach roboczych.
Zamach w Barcelonie miał miejsce 17 sierpnia 2017 r. Ze zrzutów ekranu, jakie pojawiły się na stronie Publico, wynika, że jeszcze pod koniec czerwca tego samego roku ‚opiekunowie’ skrzynki mailowej pytali imama, czy nie ma im nic do przekazania (a może nie może tego zrobić?). W tym samym czasie członkowie grupy terrorystycznej, którą miał kierować as-Satty, zdobywali już materiały wybuchowe, wytwarzali bomby i typowali cel ataku.
Hiszpańskie służby znały również dobrze trasę podejrzanych podróży wspólników imama do Belgii, Francji i Niemiec w grudniu 2016 r. i wiedziały, jakim samochodem wtedy poruszali się terroryści. Tego samego auta użyto do przeprowadzenia 17 sierpnia drugiego, mniej krwawego ataku w Cambrils, gdzie zginęła ‚tylko’ jedna osoba. Co najmniej dobrze orientowały się również, kto i jak często przemieszcza się między meczetem w Ripoll, gdzie imam-informator nawoływał do dżihadu, a Alcanar – miejscem, gdzie terroryści wytwarzali bomby i gdzie ostatecznie as-Satty zginął w wybuchu. Miały wreszcie możliwość podsłuchiwania rozmów as-Sattiego z członkami jego grupy.
Służbom, a prawdopodobnie także policji, doskonale były zatem znane terrorystyczne plany grupy skupionej wokół meczetu w Ripoll. Nie zrobiono nic, by je udaremnić.
Większość członków komórki terrorystycznej, która zorganizowała zamachy w Barcelonie i Cambrils, zginęła. Jeden z mężczyzn zginął w tym samym wybuchu, który pozbawił życia imama as-Sattiego. Pięciu kolejnych zastrzeliła policja na miejscu zamachu w Cambrils. Junis Abuyaaqoub uciekł po śmiertelnym potrąceniu przechodniów na La Rambli, ale został zastrzelony przez policję cztery dni później na drodze w Subirats. Nadal trwa śledztwo w sprawie czterech kolejnych terrorystów. Dalsze materiały ze śledztwa, tyle że dziennikarskiego, zamierza udostępniać również Publico.es.

Katalońska niepodległość…

a Marks i sprawa polska

Powoli dobiega końca przed hiszpańskim Sądem Najwyższym proces 12 przywódców katalońskich oskarżonych o bunt oraz defraudację publicznych pieniędzy na niepodległościowe referendum. Części z nich grozi kara nawet do 25 lat pozbawienia wolności. Wielu innych separatystycznych polityków i przedstawicieli administracji sądzi Wysoki Trybunał Sprawiedliwości Katalonii i hiszpański Trybunał Narodowy. Sprawa katalońskiego referendum i deklaracji niepodległości z 2017 roku stała się niewątpliwie jednym z największych kryzysów politycznych w Europie ostatniej dekady. Główne lewicowe media traktują ją jednak bardzo pobieżnie, zazwyczaj o niej nie wspominając lub uciekając od jednoznacznych deklaracji.
Wielu ludziom o lewicowych poglądach ciężko się zdecydować, jakie stanowisko zająć w tym sporze. Dużą nieufność budzą w nich hasła narodowe i separatystyczne niesione na sztandarach Katalończyków. Są to jednak obawy niesłuszne, w zasadzie wynikające z niewiedzy – kataloński ruch niepodległościowy nie ma bowiem w sobie nic z prawicowego nacjonalizmu czy faszystowskiej ksenofobii. Od swoich początków w II połowie XIX wieku był on i jest wyraźnie republikański, antymonarchistyczny, prospołeczny i nieodłącznie związany z silnym w regionie ruchem robotniczym. Katalończycy swoją walkę o wolność polityczną łączą z walką o sprawiedliwość społeczną, a na ich transparentach hasło wolności widnieje zawsze razem z równością i braterstwem. Właśnie dlatego dzisiaj walka o wolną Republikę Katalonii może być dla europejskiej lewicy dużą szansą i odegrać rolę taką, jaką w XIX wieku Karol Marks widział dla polskiego ruchu
niepodległościowego.
Filozof z Trewiru w licznych pismach i przemówieniach podkreślał swoje poparcie dla odrodzenia Polski. Widząc ogromną popularność ideałów rewolucyjnych wśród Polaków i ich zaangażowanie na wszystkich frontach Europy wyrażał przekonanie, że polska walka o oswobodzenie spod jarzma zaborców idzie w parze nieodłącznie ze sprawą klasy robotniczej. Tak pisał o zrywie z 1846 roku: Rewolucja krakowska dała całej Europie piękny przykład, utożsamiając sprawę narodową ze sprawą demokracji i z wyzwoleniem klasy uciśnionej (..) nie jest to już Polska feudalna, lecz Polska demokratyczna i od tej chwili wyzwolenie jej staje się kwestią honoru dla wszystkich demokratów europejskich.
Autor ,,Kapitału” z podziwem mówił o narodzie, który walczył i walczy nadal jako kosmopolityczny żołnierz rewolucji. Zdawał sobie jednak sprawę, że Polacy będą mogli zaangażować się w pełni w walkę klasy robotniczej dopiero wtedy, kiedy odzyskają własne państwo i nie będą musieli walczyć o przetrwanie. Dlatego mimo swojej internacjonalistycznej natury ruch socjalistyczny powinien wesprzeć polską walkę o niepodległość. Nie jest ona bowiem wyrazem reakcyjności, ale wstępem do pełnego wyzwolenia polskiego ludu.
Tak mówił podczas uroczystość ku czci powstania polskiego 22 stycznia 1863 r: Nie ma bynajmniej sprzeczności w tym, że międzynarodowa partia robotnicza dąży do odbudowania narodu polskiego. Przeciwnie: dopiero kiedy Polska znowu zdobędzie swą niepodległość, dopiero kiedy znowu będzie mogła sama o sobie stanowić jako naród niezawisły, dopiero wtedy może się znowu zacząć jej rozwój wewnętrzny i Polska będzie mogła samodzielnie uczestniczyć w dziele społecznej przebudowy Europy. Dopóki zdolny do życia naród znajduje się pod jarzmem obcego zaborcy, dopóty musi on kierować wszystkie swe siły, wszystkie swe dążenia, całą swą energię przeciwko wrogowi zewnętrznemu; dopóki zatem jego życie wewnętrzne jest sparaliżowane, dopóty nie jest on zdolny do walki o wyzwolenie społeczne.
Podobieństwa Katalończyków do ówczesnych polskich bojowników o wolność widać gołym okiem. Ruch robotniczy szybko zdobył sobie popularność w Katalonii, będącej jednym pierwszych zindustrializowanych regionów w Europie. Na jego czele stały zrzeszające milionowe masy pracownicze centrale związków zawodowych – anarchistyczna CNT i socjalistyczna UGT. Rodzący się w końcu XIX wieku kataloński ruch odrodzenia narodowego od początku znajdował się pod ich znaczącym wpływem, a większość organizacji niepodległościowych miała charakter wyraźnie lewicowy.
Ludność Katalonii nieraz dała świadectwo swojego przywiązania do ideałów rewolucyjnych i wolnościowych, nawet za cenę ofiary życia. Tak było m.in. podczas Tragicznego Tygodnia w Barcelonie w 1909 roku i w odpowiedzi na pucz wojskowy gen. Franco w 1936 roku. Spiskowcy, posiadający wtedy w mieście garnizon liczący aż 12 tys. żołnierzy, byli pewni zdobycia miasta. Nie przewidzieli jednak determinacji związków robotniczych. Oddolnie zorganizowane oddziały milicji przejęły magazyny z bronią, obroniły miasto przed wojskami puczystów i wzięły szturmem koszary, likwidując zagrożenie dla Barcelony.
Tak pisał o stolicy Katalonii George Orwell po przybyciu tam w grudniu 1936 roku: wygląd Barcelony był nieco wstrząsający i przytłaczający. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w mieście, gdzie klasa robotnicza znajdowała się u steru. Praktycznie każdy budynek, niezależnie od rozmiarów, został przejęty przez robotników i przyozdobiony czerwonymi flagami lub czerwono-czarną flagą anarchistów; na każdej ścianie został namazany sierp i młot oraz inicjały rewolucyjnych stronnictw. (…) Każdy sklep i kawiarnia posiadały napis, mówiący, że zostały skolektywizowane; nawet miejsca pracy pucybutów zostały skolektywizowane, a ich skrzynki pomalowane na czerwono-czarno. (…) Przede wszystkim, istniała wiara w rewolucję i przyszłość, uczucie nagłego wyłonienia się ery równości i wolności. Ludzkie istoty próbowały się zachowywać jak ludzkie istoty, a nie jak trybiki w kapitalistycznej maszynie.
Do legendy przeszła postać bohaterskiego prezydenta Generalitatu Lluísa Companysa, rozstrzelanego przez frankistów w 1940 roku.
Porażka republikanów w wojnie domowej nie oznaczała dla Katalończyków końca walki – kontynuowały ją zbrojnie organizacje terrorystyczne takie jak Front Wyzwolenia Katalonii czy Armia Czerwona Katalońsko – Wyzwoleńcza. Powstało także wiele tajnych stowarzyszeń edukacyjnych biorących za cel zachowanie katalońskiej kultury i języka, rugowanych ze szkół i życia publicznego przez reżim gen. Franco. Od czasu demokratycznych przemian w Hiszpanii i przywrócenia autonomii Katalonii w 1978 roku Katalończycy demokratycznie walczą o prawo do referendum, które miałoby zadecydować o przyszłości ich kraju. Pragną niepodległości lub przynajmniej przekształcenia Hiszpanii w dobrowolną federację suwerennych podmiotów, by rząd w Madrycie nie mógł gwałcić ich wolności i narzucać im niczego siłą, jak to było m.in.: w 2017 roku. Wtedy to hiszpańska policja brutalnie spacyfikowała pokojowych demonstrantów (rannych zostało ok. 800 osób), a madryckie Kortezy na wniosek prawicowego rządu Mariano Rajoya przegłosowały zawieszenie autonomii regionu i rozwiązanie lokalnego parlamentu.
W lokalnym życiu politycznym Katalonii wyraźną przewagę mają partie lewicowe, którym w prawie wszystkich wyborach przypadała większość mandatów w lokalnym parlamencie. Najważniejsze z nich to Republikańska Lewica Katalonii, Partia Socjalistów Katalonii i Candidatura d’Unitat Popular (CUP). Poważną rolę w regionie odgrywają także związki zawodowe oraz ruchy ekologiczne i lokatorskie, jak choćby Animalistyczna Partia Przeciwko Złemu Traktowaniu Zwierząt, Arran czy Barcelona en Comú. Tej ostatniej udało się mu w 2015 roku zdobyć największą liczbę miejsc w radzie miejskiej Barcelony, a jej przewodnicząca Ada Colau została burmistrzem miasta (pełniła tę funkcję do ostatnich wyborów samorządowych w Hiszpanii). W niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego w Katalonii na ugrupowania lewicowe oddanych zostało ponad
70 proc. głosów.
W żadnym kraju europejskim poglądy społeczeństwa i scena polityczna nie są w takim stopniu zdominowane przez lewicę, a ruch narodowowyzwoleńczy tak sprzężony z walką o sprawiedliwość społeczną. Sama ludność Katalonii nieraz pokazała zdolność do ogromnej mobilizacji w walce o swoje prawa, jak choćby we wrześniu 2018 roku, kiedy w barcelońskim marszu na rzecz uwolnienia więźniów politycznych wzięło udział ponad milion osób (na 7,5 mln ludności regionu).
Wyobraźmy sobie teraz, że Katalonia uzyskuje suwerenność i z wszystkich opisanych wyżej organizacji, ruchów i zwykłych zaangażowanych obywateli zostaje zdjęte jarzmo walki o wolność zewnętrzną. Nietrudno zobaczyć, jak wielkie prospołeczne siły zostałyby dzięki temu uwolnione i mogłyby skierować swoją energię na rzecz dzieła społecznej przebudowy Europy, o którym pisał Karol Marks. Wolna Republika Katalonii z bezsprzecznie dominującym żywiołem lewicowym miałaby ogromną szansę stanąć w awangardzie walki o lepszy i bardziej sprawiedliwy świat. W czasie, gdy w dużej części krajów Europy prawdziwa lewica znajduje się w odwrocie, taki bastion byłby dla niej dużym wsparciem. Zaś tak liczne katalońskie ruchy społeczne i środowiskowe, bez kłód rzucanych im pod nogi przez instytucje królewskiej Hiszpanii i ze wsparciem niezależnego rządu, będą mogły z jeszcze większą skutecznością (i nie tylko w samej Katalonii) walczyć o prawa pracowników, lokatorów czy ludzi zepchniętych na margines.
Może się okazać, że dla dużej części z tych organizacji (tych, które popierają katalońskie prawo do niepodległości) suwerenność Katalonii będzie jedyną szansą na przetrwanie. Bowiem skrajnie prawicowa partia VOX, zyskująca w Hiszpanii na popularności (w ostatnich wyborach zdobyła 11 proc. głosów) jako jeden ze swoich głównych postulatów głosi delegalizację wszystkich organizacji separatystycznych i zniesienia autonomii regionów. Plany takie zyskują niestety również coraz więcej zwolenników w najsilniejszej partii prawicy – Partii Ludowej. W dobie powszechnego kryzysu demokracji katalońskie referendum byłoby dla Europie promykiem nadziei, że władza rzeczywiście należy do obywateli, a narody mogą same decydować o swojej przyszłości.
Europejska lewica powinna udzielić wyraźnego poparcia katalońskiemu ruchowi narodowowyzwoleńczemu i planom referendum, na wzór wsparcia I Międzynarodówki dla polskiej niepodległości. Nikt inny bowiem nie wesprze Katalonii. W czasie kiedy zachodnie rządy i unijne instytucje są ślepe na łamanie tam praw człowieka i prześladowania polityczne, prawdziwie oddaje sytuację parafraza słów Marksa wypowiedzianych w kontekście Polski: Katalonia jednego tylko sprzymierzeńca w Europie posiada i posiadać może – klasę robotniczą. Niech żyje Katalonia!

Hiszpania po wyborach

Hiszpańskie wybory parlamentarne zapiszą się jako jedna ciekawszych rozgrywek politycznych w 2019 roku. Ta batalia nie znalazła swojego finału w niedzielę, kiedy najwięcej głosów zdobyła Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE), czyli dawna lewica, a obecnie zaledwie socjalliberalna partia elit. Mimo znakomitego wyniku i totalnej klęski głównego rywala – Partii Ludowej, przed premierem Pedro Sánchezem najtrudniejsze zadanie wciąż do wykonania. Nie wiadomo z kim PSOE zbuduje koalicję. Kluczowy etap gry dopiero się rozpoczyna.

Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza wygrała ze sporą przewagą nad przeciwnikami. Na stronie dziennika „El Pais” można znaleźć mapkę ukazującą zwycięzców w poszczególnych okręgach wyborczych. Niemal cały kraj, łącznie z Wyspami Kanaryjskimi i archipelagiem Balearów został pokolorowany na czerwono. Na PSOE zagłosowało 28,70 proc. obywateli, którzy poszli do urn. To prawie 7,5 miliona głosów. Trzy miliony więcej niż Partia Ludowa. Dwa miliony więcej niż w sama otrzymała w roku 2016.
Pedro Sánchez w czerwcu ubiegłego roku wykorzystał słabość przeciwnika. A właściwie – moment, w którym proces wewnętrznego rozkładu Partii Ludowej osiągnął poziom krytyczny. Sąd Najwyższy uznał wtedy, że formacja premiera Mariano Rajoya korzystała z łapówek otrzymywanych za zdobywanie publicznych kontraktów dla kilku przedsiębiorców. Tzw. „afera Gurtela” stała się symbolem korupcyjnej zgnilizny państwa hiszpańskiego i drastycznie obniżyła poziom zaufania do rządu. To nie było jednak tak, że Sánchez dopadł i wypunktował w narożniku odwiecznego rywala. Pomogła mu w tym Partia Podemos, zgłaszając wotum nieufności, które zostało przyjęte przez parlament głosami lewicy i regionalistów. Dysponując zaledwie 85 fotelami przez niemal rok PSOE rządziła krajem w ramach gabinetu mniejszościowego. Na tyle sprawnie, że obywatele postanowili dać mu mandat na kolejne cztery lata. Ale pamiętać trzeba, że drogę do władzy utorowała mu odważna inicjatywa Podemos.
W niedzielę lewicowa Hiszpanią zagłosowała, aby zatrzymać prawicę. Zarówno tą, z którą walczy od lat 80 – Partią Ludową, jaki i nową: agresywną i ksenofobiczną. Po raz pierwszy od czasów upadku dyktatury Franco, w kraju pojawiła się siła skrajnie prawicowa – VOX. Podczas kampanii szczuła na imigrantów, atakowała feministki i Unię Europejską. Największe poparcie zdobyła wśród elektoratu zamożnego, oraz w rejonie Almerii, gdzie pracuje mnóstwo słabo opłacanych robotników napływowych. Propaganda Abascala szczuje na nich miejscowych. Poza tym regionem skrajna prawica nie zdobyła jednak zaufania robotników. Lewica natomiast ostrzegała swoich wyborców przed VOX, co okazało się mocnym impulsem mobilizacyjnym.
– Sánchez dostał w tych wyborach głosy, które nie należą do niego – tłumaczy Angelina Kussy antropolożka, badaczka i doktorantka na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie. Angelina jest aktywistką komisji międzynarodowej Barcelona en Comú, czyli ugrupowania, które sprawuje władzę w stolicy Katalonii. Barcelona en Comu to platforma municypalistyczna, należąca do oddolnego, progresywnego ruchu globalnego, który dąży do oddania większej władzy miastom w odpowiedzi na fiasko polityk państw narodowych i w odpowiedzi na neoliberalizm, i skrajną prawicę.
Kussy podkreśla, że Sánchez wygrał, bo udało mu się przekonać społeczeństwo, że warto poprzeć silniejszego.
– Część wyborców Podemos zagłosowało na PSOE w obliczu zagrożenia ze strony partii VOX. Ciekawą sprawą jest to, że rodziny przy urnach wyborczych dogadywały się, kto zagłosuje na PSOE, a kto na Podemos, żeby „rozłożyć trochę głosy w obrębie rodziny” – wyjaśnia Kussy.
Po otrząśnięciu się z szoku po ogłoszeniu wyników wyborów, prawicowe media przystąpiły do realizacji programu redukcji szkód. Mizerny wynik reakcyjnych ugrupowań oznaczał koniec marzeń o zakończeniu rządów lewicy. Pojawił się jednak pomysł na umniejszenie skali jej zwycięstwa. W poniedziałek rano związany z prawicą dziennik „La Vanguardia” ogłosił, że Pedro Sánchez rozważa zawarcie koalicji z centroprawicową partią Ciudadanos (Obywatele), która zajęła trzecie miejsce w niedzielnej elekcji z wynikiem 15,84 proc. głosów, co przełoży się na 57 miejsc w Kortezach.
Obywatele pojawili się na hiszpańskiej scenie politycznej w 2014 roku. Wystartowali, z sowitym zastrzykiem kasy od bankowego kapitału, jako typowa partia liberalna, wskazująca na konieczność moralnej sanacji systemu partyjnego, co miało przekonać do niej zmęczonych korupcyjnymi skandalami wyborców Partii Ludowej oraz poszukującego nowej namiętności centrowego segmentu elektoratu PSOE. Plan się powiódł, bo Ciudadanos zyskali pozycję poważnej siły, cieszącej się poparciem kilkunastu, w porywach nawet 20 proc. głosujących. W ostatnich kilkunastu miesiącach partia skręciła w prawo ufając, że wyborcy nie będą mieć problemu z tym, że ich ugrupowanie jest jednocześnie liberalne, ale też ma cechy skrajnej prawicy. Przeliczyli się. W niedzielę część zgorszonych mieszczan przerzuciła swoją sympatie na PSOE.
Wizję koalicji PSOE-Ciudadanos można być uznać za bolesne majaki madryckiej oligarchii, gdyby nie postawa lidera PSOE, premiera Pedro Sáncheza. Zdaniem Macieja Szlindera, aktywisty Red Renta Basica i członka zarządu Partii Razem, przywódca hiszpańskich socjaliberałów rozważa nawiązanie współpracy z Obywatelami jako jedną z opcji. – To jest najgorszy wariant z możliwych, ale daje Sánchezowi większość. I on mógłby to chcieć zrobić. Ale byłoby to trudne do zaakceptowania nie tylko dla wyborców PSOE, ale także dla wyborców Ciudadanos. Dla nich PSOE jest partią, która rozmawia z komunistami i separatystami – wskazuje.
Nieco bardziej sceptyczna jest Angelina Kussy. Aktywistka zwraca uwagę na wartości, które pomogły Sánchezowi zwyciężyć wewnątrzpartyjną konkurencję. Obecny premier pokonał w walce o przywództwo Susanne Diaz,
– Ta polityczka reprezentowała typowo establishmentową, kacykistyczną, neoliberalną linię. Sánchez wygrał, bo był nową twarzą, kojarzoną z inaczej pojmowaną lewicowością – świeżą, bardziej socjalną. To jest właśnie oparcie Sáncheza w jego własnej partii – tłumaczy działaczka, sugerując, że premier ma zbyt dużo do stracenia.
Zdaniem Kussy o koalicji z Ciudadanos nie chcą słyszeć członkowie PSOE. Na wiecach wyborczych jasno dawali do zrozumienia, kogo widzą jako swoich sojuszników. Skandowali „Sí se puede” (tak, możesz), zachęcając swojego lidera do zbliżenia z Unidos Podemos. Jeśli chodzi o alians z centroprawicą, ich zdanie było równie jednoznaczne: „Con Riviera no” (Z Rivierą nie) Dla Sáncheza koalicja z Ciudandanos oznaczałaby frontalne wystąpienie przeciwko woli większości swoich wyborców, a także partyjnych towarzyszy. Według naszej komentatorki, takie rozwiązanie, choć dawałoby mu stabilną większość w Kortezach (180 foteli), a zatem umożliwiałoby prowadzenie polityki bez każdorazowego pytania o zgodę regionalistów czy socjaldemokratów z Podemos, byłoby jednak podeptaniem ideałów, a tego elektorat by mu nie wybaczył. – Jeśli Sanchez podejmie takie ryzyko, to jego wyborcy mogą w kolejnych wyborach zagłosować na Podemos – zauważa Angelina Kussy.
Albert Riviera, przewodniczący Obywateli podczas kampanii wyborczej wielokrotnie oskarżał PSOE o uległość względem ugrupowań separatystycznych. W jego ustach przedłużenie panowania Sáncheza miało oznaczać zagrożenie dla jedności Hiszpanii. Deklarował, że nie ma ochoty na romans z lewicą.
Angelina Kussy nie wierzy jednak w takie zapewnienia. – Wcześniej ślubował przed swoimi wyborcami, że nie będzie paktował z Partią Ludową. I bardzo szybko zmienił zdanie – wskazuje. W objęcia Sáncheza można go popchnąć trudna sytuacja, w jakiej znalazła się hiszpańska prawica. Perspektywa utworzenia koalicyjnego rządu jest niemożliwa. Trzy partie prawicy (PP, Vox i Ciudadanos wspólnie mogą liczyć jedynie na 148 mandatów, dlatego też perspektywa powstania koalicji prawicowo-lewicowej, z perspektywy Obywateli jest jedyną możliwością na utrzymanie się przy władzy.
Dr Judyta Wachowska z Zakładu Literatury Hiszpańskiej i Iberoamerykańskiej UAM wskazuje na inny, bardzo silny czynnik mogący przybliżyć połączenie umiarkowanych sił lewicy i prawicy. – Jest ogromna presja wielkiego kapitału na rozpoczęcie rozmów koalicyjnych pomiędzy PSOE a Ciudadanos – zauważa. Jej zdaniem, większość wyborców partii Sancheza to nie lewica prosocjalna i propracownicza. – Postępowe hasła, głoszone wcześniej przez socjalistów zostały przejęte i mocno rozwinięte przez Podemos. Zmiana przywódcy partii na Sáncheza była bardziej zmianą wizerunkową, możliwe, że teraz zobaczymy stare PSOE – mówi Wachowska, której zdaniem sojusz PSOE z Obywatelami jest dla partyjnego establishmentu oraz dla hiszpańskiej klasy średniej reprezentującej interesy ekonomiczne bardzo wygodny. To byłby kurs idący na hasła „stabilizacji i umiarkowania”, które pojawiły się już w powyborczy poniedziałek rano – tłumaczy Wachowska.
A może premier Sánchez spełni życzenie członków Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i zawiąże historyczną koalicje z młodszą siostrą z lewicy – formacją Unidas Podemos (do której należy także Zjednoczona Lewica – Izquierda Unida – Alberta Garzóna)?
Dr Jacek Drozda, specjalista od polityki iberyjskiej wskazuje, że taki wariant mógłby na dłuższy czas zatrzymać pochód radykalizującej się hiszpańskiej prawicy, ale niewiele zmieni jeśli chodzi o politykę państwa hiszpańskiego. Drozda nie ma dobrego zdania o kondycji tamtejszej lewicy – i starej i nowej. – Wzmocniona PSOE, której rychły upadek wieszczyli do niedawna apologeci „fioletowej lewicy” spod znaku Podemos, to wzmocnione elity hiszpańskiej burżuazji – wskazuje.
Drozda powątpiewa również w możliwość wpływu partii Pablo Iglesiasa na politykę koalicyjnego rządu. – Nie wydaje mi się, aby w jej obecnym kształcie Podemos była w stanie skierować ewentualny przyszły rząd bardziej na lewo. Jedynymi realnymi siłami postępu w sferze socjalnej i na płaszczyźnie demokratyzacji życia publicznego w państwie hiszpańskim są dziś siły regionalne, dla których Sánchez i Iglesias mają jedną propozycję: podporządkowanie się madryckiemu autorytarnemu centralizmowi – stwierdza, zaznaczając, że Iglesias i spółka nie mają pomysłu ani chęci stawienia czoła głównym patologiom systemu. – Radykalne podniesienie pensji minimalnej nie rozwiązuje problemu wciąż wysokiego bezrobocia, mafijnych układów na rynku nieruchomości, baniek spekulacyjnych,korupcji politycznej oraz przemocy policyjnej. A z tymi problemami będzie musiał zmierzyć się nowy rząd – zaznacza.
W normalnych warunkach najsensowniejszym oczywistym byłoby zawiązanie koalicji partii lewicowych – PSOE, Unidos Podemos i Republikańskiej Lewicy Katalonii (ERC). Podziały polityczne w Hiszpanii nie przebiegają jednak wyłącznie na linii lewica-prawica, ale również według kryterium podejścia do formy państwa. ERC jest formacją opowiadającą się za niepodległością swojego regionu. Jej politycy niesieni mocą społecznego poparcia, nie kwapią się do wstępowania w sojusz z twardą broniącą unitarnego modelu PSOE, czy nawet UP, której liderzy deklarują co prawda poparcie dla referendum niepodległościowego w Katalonii, jednak dla mieszkańców tego regionu nie są wiarygodną siłą polityczną, na co wskazuje Alfons Gregori i Gomis, Katalończyk mieszkający w Polsce oraz pracownik UAM. – Mając do wyboru poparcie dla lewicy, która może objąć władzę na poziomie krajowym, a poparciem dla lewicy katalońskiej, dążącej do stworzenia własnego państwa, Katalończycy wybrali to drugie – tłumaczy. Gomis jest zdania, że nie ma praktycznie żadnych szans na wejście ERC do rządu.
Inne rozwiązanie – koalicja PSOE, Unidos Podemos i tych ugrupowań regionalnych, które nie chcą rozbijać państwa. Szanse na to, że Sánchez zawrze sztamę z umiarkowanymi politykami z Katalonii, Kraju Basków, Nawarry, Walencji, Kantabrii oraz Wysp Kanaryjskich są jednak bardzo niewielkie. – To jest zlepek bardzo różnych formacji, trudno byłoby utrzymać nad nimi kontrolę. Sánchezowi opłacałoby się już bardziej zawiązać koalicję tylko z Podemos, a potem szukać poparcia wśród regionalistów przy poszczególnych głosowaniach – mówi Maciej Szlinder.
Co zatem jest obecnie najbardziej prawdopodobną możliwością? Utworzenie rządu mniejszościowego. Pedro Sánchez dzień po ogłoszeniu wyników wyborów oświadczył zresztą, że jego formacja jest gotowa do sformowania gabinetu złożonego wyłącznie z własnych polityków. Zostało to odebrane jako pokaz siły i gra na osłabienie pozycji negocjacyjnej potencjalnych koalicjantów, jednak w ostatecznym rozrachunku może okazać się najwygodniejszym rozwiązaniem dla PSOE. Największą zaletą takiego posunięcia byłoby utrzymanie wizerunkowej spójności, dla której największym zagrożeniem jest alians z katalońskimi separatystami, ale także, ze wspomnianych wyżej powodów – z Obywatelami. Rząd mniejszościowy, paradoksalnie, stawia PSOE na najbardziej podmiotowej pozycji z możliwych. Nie muszą dzielić się władzą.
– To będzie straszne świństwo – mówi Kussy. – Sanchez zyska możliwość zmuszania Podemos i ugrupowań regionalnych do popierania konkretnych ustaw pod szantażem powrotu prawicy lub nadejścia skrajnej prawicy w przypadku niewyrażenia poparcia dla jego pomysłów – wskazuje.
Lider PSOE jest doskonałym lawirantem. Mając w Kortezach jedynie 85 deputowanych rządził Hiszpanią przez ostatnich 10 miesięcy. W tym czasie jego formacja stała się liderem sondaży, a niektóre posunięcia władzy wzbudziły powszechne uznanie społeczne. – PSOE za Sáncheza jest kameleonem. Kiedy trzeba uchwalić budżet to partia zgadza się na postulat Podemos i podwyższa płacę minimalną. W momencie, gdy takiej presji nie ma, to PSOE spełnia życzenia Banku Santander – opowiada Angelina Kussy.
Decyzja o składzie nowego rządu nie zapadnie w najbliższych dniach. Sánchez poczeka do 25 maja, kiedy w Hiszpanii odbędą się wybory do europarlamentu, połączone z wyborami władz miejskich. Liderowi PSOE marzy się kolejne wielkie zwycięstwo, psychologiczne stłamszenie rywali, kolejna klęska Partii Ludowej i zwiększenie legitymizacji społecznej. Na wybory czeka również bardziej radykalna lewica, która liczy na potwierdzenie supremacji w dużych miastach: Madrycie, a także w stolicy Katalonii gdzie szykuje się przedłużenie panowania platformy Barcelona en Comú.
Jakże to wszystko byłoby prostsze, a rządy lewicy – niezagrożone, gdyby nie napięcie w jednym regionie. – Problem Katalonii jest do rozwiązania – zapewnia Szlinder. – Pogłębienie autonomii, stworzenie niezależności regionu bez formalnej niepodległości, na wzór tego jak funkcjonuje Kraj Basków, który dysponuje m.in. niezależnym budżetem poskutkowałby spokojem społecznym i uspokojeniem atmosfery na kilka lat – wskazuje polityk Razem, dodając, że takie posunięcie wywołało by jednak jazgot prawicowych ugrupowań i mediów, a także sprzeciw ze strony tej części wyborców PSOE, dla których szczególnie ważna jest obrona jedności państwa.
Podobnego zdania jest Angelina Kussy. – Gdyby Sánchez podczas nadchodzącej kadencji zarządził referendum, to większość Katalończyków zagłosowałaby przeciw niepodległości – tłumaczy. Dlaczego? Jej zdaniem akceleratorem nastrojów separatystycznych są rządy prawicy – to wtedy obywatele Katalonii tracą chęć do bycia częścią Hiszpanii.
Główną przeszkodą do neutralizacji napięcia jest proces liderów i liderek katalońskich organizacji niepodległościowych, którym stawia się poważne zarzuty i grozi nawet 27-letnimi wyrokami. Dla wyborców z regionu sprawa ta jest rzeczą najważniejszą. To coś więcej niż polityka. – W Katalonii pamiętamy, że w Madrycie w więzieniu siedzą więźniowie polityczni. Słyszymy co hiszpańskie stacje mówią o tym procesie. Stykamy się z kłamstwem. Oni próbują nas upokorzyć, my walczymy o honor jako wspólnota, która została zaatakowana – tłumaczy Alfons Gregori i Gomis, dodając, że PSOE poparła represje nałożone przez Madryt na katalońską autonomię. – Niewiele się różni podejście Sáncheza do oskarżonych Katalończyków od podejścia Partii Ludowej. Gomis nie stawia jednak znaku równości pomiędzy PSOE, a UP. – Unidos Podemos to pierwsza ogólnokrajowa siła polityczna, która powiedziała jasno, że Katalończykom trzeba dać prawo do wyrażenia woli w referendum niepodległościowym. Pierwsza, która nie odmówiła nam tego demokratycznego prawa. Dla nas jest to bardzo ważne i Podemos zachowała tutaj sporo sympatii. A dlaczego nie zagłosowaliśmy na nią? Bo mamy swoje partie lewicowe – śmieje się Alfons.
Pedro Sánchez nie może tej szansy zmarnować. Jeśli jego rząd nie wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom regionalistów i nie zbuduje stabilnego koalicyjnego gabinetu, wówczas w kolejnych wyborach możemy spodziewać się umocnienia pozycji VOX, która w regionalnym rządzie Andaluzji ma już 12 posłów. Dynamika przepływu elektoratu z Partii Ludowej i innych formacji do skrajnej prawicy jest bowiem niepokojąca. Jeśli jednak Sánchez zdecyduje się na alians z prawicą, wówczas, działając za pomocą odpowiednich instrumentów będzie mógł ją ostawić, odsuwając na wiele lat od władzy.
– To jest populistyczna polityka skierowana przeciwko równości społecznej i rasowej, to jest polityka wrogości wobec separatyzmu katalońskiego, wobec Europy, imigrantów, kobiet, LGBT+, NGO-sów, prawa o pamięci historycznej – ostrzega dr Judyta Wachowska, charakteryzując hiszpańską skrajną prawicę. Partia Abascala, który przez wiele długich lat był politykiem Partii Ludowej, promuje zamknięcie granic, łatwy dostęp do broni, polowania, walki byków i zakaz aborcji. Cały zestaw znany skądinąd z tutejszego podwórka. A on sam liczy na to, że wkrótce przejmie cały elektorat swojej byłej partii. – ostrzega dr Judyta Wachowska, charakteryzując hiszpańską skrajną prawicę.
Skąd się wzięła prawicowa ekstrema, w kraju, który ledwie 40 lat temu wyzwolił się z dyktatury prawicowego caudillo? Jacek Drozda uważa, że demony były obecne i oswajane. – Twierdzenie „w Hiszpanii po upadku Franco nie ma skrajnej prawicy” nigdy nie było prawdziwe, ponieważ przytulnym domem dla dziedziców hiszpańskiego faszyzmu były zarówno Partia Ludowa, jak i policja oraz wiele instytucji publicznych – zauważa analityk. – Wielki wzrost popularności powstałej w 2013 roku VOX jest owocem celowych ruchów obozu post-frankistowskiego, który musiał zreformować się po kompromitacji Mariano Rajoya i jego ekipy – wskazuje Drozda.

Zwycięstwo lewicy

Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) zwyciężyła w wyborach parlamentarnych w Hiszpanii. Ugrupowanie premiera Pedro Sancheza nie będzie miało jednak samodzielnej większości, nawet w koalicji z socjaldemokratycznym Unidos Podemos.

W tej sytuacji PSOE rozważa koalicje z udziałem UP i ugrupowań regionalnych, albo, co budzi sporo kontrowersji – z prawicową partią Obywatele.
To był najsłabszy wynik Partii Ludowej (PP) od jej powstania w 1982 roku. Formacja, która od upadku dyktatury Franco była główną prawicową siłą w hiszpańskim parlamencie zdobyła wczoraj zaledwie 66 mandatów (16,58 proc. głosów). Ludowcy zwyciężyli tylko w dwóch prowincjach północno-zachodnich – Salamance oraz Ourense, skąd pochodzi były premier Mariano Rajoy.
Główną przyczyną klęski PP jest pojawienie się rywala o ten sam elektorat, przedstawiającego bardziej radykalną wizję – skrajnie prawicowej VOX. Partia Santiago Abascala uzyskała wczoraj 24 mandaty (10,26 proc.). VOX jest pierwszą ekstremistyczną prawicą, która wprowadziła swoich deputowanych do Kortezów Generalnych.
Zgodnie z przedwyborczymi sondażami, najwięcej głosów i mandatów zdobyła socjalistyczna z nazwy, z w rzeczywistości socjalliberalna PSOE. Zaskoczeniem może być jednak skala zwycięstwa. 123 mandaty (28,70 proc.) to wynik wskazujący na to, że Hiszpanie lepiej oceniają rządy Sancheza, sprawującego władze od czerwca 2018, kiedy rząd Mariano Rayoja zdmuchnęła afera korupcyjna, niż jego prawicowych poprzedników.
Na dobrym wyniku PSOE straciła wyraźnie socjaldemokratyczna Unidos Podemos. Formacja, jeszcze niedawno przedstawiana jako nowa lewicowa jakość, oparta na oddolnym ruchu Indigados zespolonym ze socjalistyczną Izquierda Unida, w tych wyborach przekonała do siebie zaledwie 14,31 proc. głosujących, co dało jej 42 mandaty.
Ugrupowanie Obywatele (Ciudadanos), czyli pompowana przez wielki kapitał centroprawica głosząca hasła moralnej sanacji polityki otrzymało 15,84 proc. głosów, co przełoży się na 57 miejsc w zgromadzeniu.
Według dziennika „El Mundo, słaby wynik Unidos Podemos osłabia szanse tej formacji na objęcia władzy w koalicji z PSOE. Do uzyskania większości taki alians potrzebowałby wsparcia formacji regionalnych – katalońskich lub katalońskich i baskijskich, które, co pokazała sytuacja z lutego, kiedy Katalończycy nie pozwolili uchwalić budżetu, mają swoje interesy i twardo o nie walczą, co czyni je trudnymi partnerami.

Dzień Kobiet na świecie – w Atenach i w Madrycie

W Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet grecki ruch feministyczny w porozumieniu ze związkami zawodowymi zorganizował dziś premierowy, trzygodzinny strajk administracji publicznej i sektora prywatnego na rzecz równości z mężczyznami, którzy zarabiają średnio ponad 220 euro więcej. W Hiszpanii, gdzie strajki kobiece 8 marca mają już swoją tradycję, oprócz przerwania pracy doszło do wielkich manifestacji w Madrycie i innych miastach.

„Ósmego marca występujemy ze wspólnym strajkiem kobiet i mężczyzn w budżetówce i sektorze prywatnym, by zaprotestować przeciw dyskryminacji i seksizmowi wobec kobiet“ – mówiła na wiecu w Atenach Argyri Erotokritou, działaczka feministyczna lewicowego „Ruchu 8 Marca“. Wiec zwołany przez to stowarzyszenie zgromadził oprócz tysięcy Greczynek kobiety-uchodźczynie przebywające w Grecji , czasem od wielu lat. Je również dotykają krzyczące nierówności płacowe, kiedy uda im się gdzieś zatrudnić. „To sprzeczne z prawami człowieka“ – argumentowały manifestantki.
O ile w Grecji strajk ósmego marca był precedensem, w Hiszpanii, gdzie ruch kobiecy jest silniejszy, a problemy podobne, strajk i manifestacje w licznych miastach odbyły się już drugi raz z rzędu. W zeszłym roku mobilizacja była masowa – w strajku i marszach protestacyjnych wzięły udział miliony Hiszpanek i Hiszpanów. Dziś było tak samo: manifestacja w Madrycie jest olbrzymia, na ulice wyszły setki tysięcy ludzi. Popierają ją liczni aktywiści lewicy – strajkują nawet kobiety-ministrowie socjaldemokratycznego rządu Pedro Sancheza, najbardziej zresztą kobiecego w historii kraju.
W Hiszpanii różnica między zarobkami mężczyzn i kobiet wynosi ponad 14 proc. (to o dwa procent mniej niż średnia europejska), a w ciągu ostatnich 10 lat mężczyźni zabili blisko 559 swych partnerek. Te sprawy dotyczą w różnym stopniu wszystkich krajów Unii Europejskiej, więc do kobiecych protestów i marszów doszło w kilku innych krajach, m.in. w Niemczech, Portugalii, we Włoszech i Francji. Nie strajkowano tam, lecz „kwestia kobieca“ pozostaje żywa – kobiety wiedzą, że czeka je jeszcze długa walka.

Co dalej z Katalonią?

Hiszpański kryzys polityczny wywołany przeprowadzeniem w 2017 roku referendum w sprawie niepodległości Katalonii i ostrą reakcją prawicowego rządu na tę inicjatywę skłania do rozważenia ogólniejszego problemu, jak rozumieć zasadę samostanowienia narodowego w sytuacji, gdy zasadę tę przywołuje zbiorowość dotychczas nie będąca odrębnym państwem.

Warto na kryzys kataloński spojrzeć z szerszej perspektywy, gdyż sposób, w jaki będzie on rozwiązany (lub zamrożony) będzie miał konsekwencje dla przyjmowanej w świecie demokratycznym interpretacji fundamentalnej zasady samostanowienia.
Przypomnieć warto, że zasada ta ma w prawie międzynarodowym zaledwie stuletnią historię. Sformułował ją 8 stycznia 1918 roku w orędziu do Kongresu prezydent USA Woodrow Wilson, ale tylko w odniesieniu do narodów znajdujących się pod władzą państw, z którymi Stany Zjednoczone znalazły się w stanie wojny. Liga Narodów godziła werbalną akceptacje zasady samostanowienia z utrzymywaniem kolonialnego panowania w Azji i Afryce. Dopiero Karta Narodów Zjednoczonych podniosła tę zasadę do rangi powszechnie obowiązującego prawa, ale i ten akt nie precyzował, komu prawo to ma przysługiwać. W dzisiejszym świecie, w którym procesom integracji towarzyszą procesy odradzania się lub powstawania aspiracji zbiorowości nie będących państwami narodowymi, sprawa samostanowienia stanowi źródło poważnych konfliktów. W tym kontekście konflikt wokół przyszłości Katalonii ma znaczenie daleko wykraczające poza samą Hiszpanie.

Rzut oka na historię

Obecnego konfliktu między Katalonią i władzami centralnymi Hiszpanii nie da się zrozumieć bez uwzględnienia powikłanej historii. Region ten stanowił autonomiczną część Królestwa Aragonii, a po zjednoczeniu królestw Aragonii i Kastylii (1469) zachował własne prawa lokalne i tradycje, w tym własny język – zbliżony do hiszpańskiego, ale od niego odrębny. W XIX stuleciu pojawiły się zalążki katalońskiego ruchu narodowego, początkowo nie wychodzącego jednak poza postulaty zwiększonej autonomii regionalnej. Idea niepodległego państwa katalońskiego została sformułowana w 1914 roku w postaci tak zwanego Mancomunitat de Catalunya , ale nie miała wówczas masowego poparcia i została stłumiona przez rząd centralny. W 1931 roku, po obaleniu wojskowej dyktatury Miguela Primo de Riviery i ustanowieniu republiki, Katalonia otrzymała autonomię, zawieszoną trzy lata później, gdy regionalny premier Lluís Companys proklamował powstanie Republiki Katalońskiej. Władze centralne zareagowały usunięciem Companysa i czasowym zawieszeniem autonomii Katalonii. W czasie hiszpańskiej wojny domowej (1936-39) Katalonia była ostoją republikańskiego oporu przeciw faszyzmowi, co w konsekwencji prowadziło do poddania jej wyjątkowo surowemu reżymowi policyjnemu w okresie dyktatury generała Franco.
Demokratyzacja Hiszpanii rozpoczęta po śmierci dyktatora i kulminująca przyjęciem (w 1978 roku) demokratycznej konstytucji przyniosła restaurację katalońskiej autonomii. Regulujący te autonomie status Katalonii z 1979 roku nie wszystkich jednak zadowalał. Przez kolejne dziesięciolecia kataloński ruch narodowy skupiał się na postulatach rozszerzenia autonomii jednak bez oderwania się od Hiszpanii. Taki był między innymi sens przyjętego w 1981 roku manifestu katalońskich intelektualistów protestujących przeciw dyskryminacji języka katalońskiego. W 2003 regionalny rząd Katalonii przedstawił projekt nowego statutu autonomii i uzyskał dla niego poparcie przytłaczającej większości w parlamencie Katalonii. Status autonomii został jednak ocenzurowany uchwała Kortezów Hiszpanii, zwłaszcza w częściach dotyczących równorzędnego statusu języka katalońskiego i w sprawie uprawnień finansowych władz regionalnych.
Od tego czasu w Katalonii krystalizował się coraz wyraźniejszy podział na dwa skrzydła: radykalne (domagające się niepodległości) i umiarkowane (postulujące rozszerzenie kompetencji władz regionalnych). Niechętny stosunek władz centralnych do postulatów skrzydła umiarkowanego (także wtedy, gdy na ich czele rządu stali socjaliści) powodował stopniowe przesuwanie się opinii publicznej w stronę radykałów. W 2005 roku parlament Katalonii przyjął uchwałę stwierdzającą istnienie „narodu katalońskiego”, na co parlament hiszpański zareagował unieważnieniem terminu „naród” i zastąpieniem go przez mniej jednoznaczny termin „narodowość”. W 2010 roku hiszpański Sąd Najwyższy unieważnił kilka kluczowych artykułów Statusu Autonomii wprowadzonego cztery lata wcześniej w drodze kompromisu z władzami centralnymi. Zaostrzyło to sytuację i przyczyniło się do tego, że w wyborach przeprowadzonych w 2012 roku ugrupowania niepodległościowe zdobyły niewielką większość w parlamencie Katalonii. Nowy parlament przyjął (23 stycznia 2013 r.) deklarację niepodległości ustanawiająca zasadę, iż o przyszłości regionu mają zdecydować obywatele Katalonii. Akt ten nie przesądzał, jak ta przyszłość miałaby wyglądać, ale zrywał z zasadą nadrzędności decyzji podejmowanych na szczeblu ogólnopaństwowym.
Zdecydowany sprzeciw rządu centralnego zaostrzył sytuację. W październiku 2017 roku władze katalońskie przeprowadziły referendum, w którym ponad 90 procent głosujących opowiedziało si ę za niepodległością Katalonii. Wynik ten nie odzwierciedlał jednak rzeczywistego podziału, gdyż przeciwnicy niepodległości ogłosili bojkot referendum, uznanego za nielegalne przez rząd hiszpański. Mimo tego stanowiska Madrytu rząd Katalonii (kierowany przez premiera Carlosa Puidgemonta) ogłosił deklarację niepodległości, czego konsekwencją było przez rząd centralny zawieszenie autonomii Katalonii i uwięzienie kilkunastu czołowych polityków katalońskich. Były premier Puidgemont schronił się poza krajem a kolejne państwa europejskie odmawiają jego ekstradycji do Hiszpanii. Można było odnieść wrażenie, że historia się powtarza. Jednak układ sił wewnętrznych, a zwłaszcza międzynarodowych, powoduje, że tym razem Madrytowi trudniej jest spacyfikować kataloński ruch niepodległościowy niż w latach trzydziestych.
Rząd centralny znalazł się w potrzasku. W nowych wyborach przeprowadzonych w grudniu 2017 roku większość zdobyły trzy partie opowiadające się za niepodległością Katalonii, co świadczy o tym, że upór władz centralnych szczególnie szkodzi umiarkowanym. Postawienie polityków katalońskich przed sądem znalazło odpowiedź w masowych protestach ulicznych w Katalonii, zapewne z udziałem nie tylko zwolenników niepodległości.
Gdy w czerwcu 2018 roku upadł prawicowy rząd Mariano Rajoya i władze objął mniejszościowy rząd socjalistów z premierem Pedro Sanchezem na czele, wydawało się, że zarysowała się możliwość kompromisu. Na przeszkodzie stoi jednak radykalizm polityków katalońskich i zdecydowany opór większości Hiszpanów przeciw niepodległości Katalonii, w wyniku czego rząd socjalistyczny nie zdobył się na odważne podjęcie rokowań z demokratycznie wyłonionymi przywódcami Katalonii. Pozbawiony poparcia w Kortezach rząd Sancheza zdecydował się na wcześniejsze wybory. Odbędą się one pod znakiem rosnącej w siłę nowej, radykalnie nacjonalistycznej, partii Vox, co źle wróży przyszłym relacjom między władzami centralnymi i zbuntowanym regionem.

Perspektywy

Przyszłość Katalonii pozostaje zagadką. Nie sądzę, by rozbudzone aspiracje narodowe udało się stłumić. Z pewnością nie da się tego osiągnąć represjami. Hiszpania jest państwem demokratycznym, a więc nie będzie stosowała brutalnych represji w rodzaju tych, których doznawała Katalonia w okresie rządów Franco. Łagodne represje „w majestacie prawa” z pewnością nie złamią woli Katalończyków. Unia Europejska opowiada się za utrzymaniem jedności Hiszpanii, ale z pewnością nie będzie skłonna popierać masowych represji wobec Katalończyków. Każdy rząd hiszpański będzie więc zmuszony szukać rozwiązania innego niż proste stłumienie siłą katalońskiego ruchu narodowego. To jednak może okazać się bardzo trudne w wyniku popełnionych błędów. Kilka lat temu kompromis zakładający uznanie narodowej tożsamości Katalonii i jej pozostanie we wspólnym z Hiszpanami państwie było w zasięgu ręki. Przez nieustępliwość zmarnowano tę szansę.
Nie znaczy to jednak, by kompromis był niemożliwy. Uznanie prawa Katalonii do samostanowienia nie musi być jednoznaczne z jej oderwaniem się od Hiszpanii. Wielka Brytania uznaje prawo Szkocji do samostanowienia, ale Szkocja pozostaje w Zjednoczonym Królestwie w oparciu o własną decyzję, potwierdzoną w 2014 roku przez referendum. Korzysta jednak z bardzo daleko idącej autonomii i jest uznana za samodzielną część Zjednoczonego Królestwa – na równi z Anglią, Walią i Irlandią Północną. Przyjęcie podobnego rozwiązania w odniesieniu do Katalonii musiałoby zakładać uznanie istnienia narodu katalońskiego i przyjęcie wizji Hiszpanii jako wspólnego państwa Hiszpanów i Katalończyków. Trudne to, ale nie niemożliwe.
Czy Katalończycy są narodem? Jeśli przyjmiemy takie rozumienie narodu, jakie pod koniec XIX wieku sformułował francuski filozof Ernest Renan (1823-1892), narodem jest taka zbiorowość, która dąży do tego, by mieć własne państwo – całkowicie odrębne lub stanowiące część federacji. Umocnienie się katalońskiego ruchu niepodległościowego oznacza, że Katalończycy stali się narodem w renanowskim, a więc politycznym, znaczeniu tego słowa. Uznanie tego faktu nie musi prowadzić do rozbicia Hiszpanii. Przyjaciele tego pięknego kraju powinni mu życzyć, by kierujący nim politycy zdobyli się na odważną decyzję wyjścia naprzeciw aspiracjom narodowym Katalończyków i znalezienia mądrego kompromisu. W naszym wspólnym europejskim domu nie ma bowiem miejsca na rozwiązanie, które miałoby za sobą tylko siłę aparatu państwowego i pozbawione byłoby legitymizacji w postaci woli obywateli.

Król niemile widziany

Większość mieszkańców Katalonii straciła resztki szacunku do hiszpańskiego monarchy po jego agresywnych wypowiedziach pod adresem secesjonistów podczas próby ogłoszenia niepodległości w 2017 roku. Nastroje te zostały potwierdzone w niedzielę, kiedy Filip VI odwiedził stolicę regionu.

– Ten człowiek nie jest już dla nas nikim poważnym, nie domagamy się jego odejścia, bo to nie nasza sprawa – mówiła jedna z uczestniczek kilkutysięcznej demonstracji, która odbyła się w Barcelonie z okazji wizyty monarchy w Katalonii. Filip VI odwiedził zbuntowany region, mając nadzieje na stabilizację nastrojów i rozpoczęcie pojednania. Problem w tym, że zgoda w jego rozumieniu jest tożsama z kapitulacją Katalończyków i porzuceniem marzeń o niepodległości.
Na niedzielnej demonstracji można było można zobaczyć wiele transparentów wyśmiewających Jego Wysokość, m.in. „Zgniły Bourbon” czy „Oddaj koronę do lombardu”. Uczestnicy zgromadzenia spalili również plakat przedstawiający króla i zablokowali na kilkadziesiąt minut drogi w centrum Barcelony. Konwój, którym podróżował monarcha musiał w związku z tym zmienić trasę przejazdu do siedziby jednego z operatorów telefonii komórkowej, gdzie Filip VI udał się „w interesach”.
Wizyta Filipa VI rozwścieczyła Katalończyków również z innego powodu. „Szlachetnie urodzony” władca postanowił odwiedzić ich stolicę w bardzo newralgicznym momencie, gdy dwunastu katalońskich polityków, wcześniej zasiadających w rządzie lokalnym jest sądzonych w Madrycie. Wśród nich jest zastępca premiera poprzedniego gabinetu Oriol Junqueras, który zgodził się dotąd odpowiedzieć w nim tylko na pytania swojego adwokata, gdyż uważa, że jest więźniem politycznym. Grozi mu 25 lat więzienia. W poprzednią niedzielę w obronie Junquerasa i jego towarzyszy odbyła się w Barcelonie manifestacja, w której zdaniem organizatorów wzięło udział pół miliona osób.
Dlaczego Katalończycy nienawidzą króla? W październiku 2017 roku podczas wystąpienia w Oviedo Król Filip VI powiedział, że „Katalonia jest i pozostanie istotną częścią Hiszpanii XXI wieku”. Skrytykował katalońskie referendum jako „próbę secesji nie do przyjęcia” oraz oskarżył regionalistów o „działania przestępcze”. Zdaniem działaczy z Katalonii występ ten został odebrany przez ówczesny rząd Mariano Rajoya jako zielone światło do pacyfikacji niepodległościowej frondy.