Kim jest nowy prezes IPN?

Nie tak miało wyglądać to głosowanie. W klubie Koalicji Obywatelskiej ogłoszono dyscyplinę, wszyscy mieli głosować przeciw. Człowieka, który przekształcił Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w kolejne centrum „jedynego słusznego patriotyzmu”, nie popierała również Lewica, dwójka senatorów niezależnych, część PSL. A jednak Karol Nawrocki zostanie prezesem IPN.

Z dyscypliny wyłamał się Antoni Mężydło (KO, do PO przyszedł w 2007 r. z PiS). Poza tym kandydata popieranego przez Zjednoczoną Prawicę poparli również Ryszard Bober i Jan Filip Libicki z PSL oraz Lidia Staroń, polityczka niezależna. – Ta decyzja Senatu jest dla mnie ogromnym zaszczytem i wielkim zobowiązaniem – oznajmił Nawrocki.

Do tej pory o gdańskim historyku najgłośniej było, gdy kierował gdańskim Muzeum II Wojny Światowej. Zadanie to powierzono mu, gdy PiS przejął władzę. W ocenie Nawrockiego wcześniejsza wystawa stała niedostatecznie pokazywała polski punkt widzenia. Zostało to zmodyfikowane, a wprowadzane zmiany bezskutecznie oprotestowywali twórcy pierwszej ekspozycji. Dyrektor muzeum „zasłynął” również wyrzuceniem ze swojej placówki artystów wykonujących piosenki wojenne podczas Nocy Muzeów w 2019 r. Rosyjski utwór „Ciemna dziś noc” nazwał bolszewicką piosenką.

Wcześniej efekty działalności Karola Nawrockiego na polu upamiętniania mogli oglądać gdańszczanie. Historyk przewodniczy Koalicji na Rzecz Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Gdańsku, walnie przyczynił się do powstania alei ich imienia w Gdańsku, poświęconego im pomnika oraz do wzniesienia pomnika Danuty Siedzikówny „Inki”. W latach 2014–2017 pełnił funkcję naczelnika Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej gdańskiego IPN. Jako naukowiec zajmował się dziejami opozycji antykomunistycznej w regionie elbląskim przestępczością zorganizowaną w ostatnich dekadach PRL, zbrodniami stalinowskimi w województwie gdańskim.

IPN i zbrodniarze niesłychani

Pion śledczy IPN walczy. Najczęściej ze zdrowym rozsądkiem.

Czas jakiś temu sąd w Dębicy zgodził się z prokuratorem Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Rzeszowie i uznał Mariana S. za winnego „zbrodni komunistycznej będącej jednocześnie zbrodnią przeciwko ludzkości”. Zbrodniczość Mariana S. polegała nie – jak komuś nieznającemu polskiego prawa mogłoby się wydawać – na przeprowadzaniu czystki etnicznej, masowej pacyfikacji wiosek i miast, tudzież pozbawianiu życia ludzi poprzez strzał w potylicę. 

Kat z bezpieki

Zbrodniarz Marian S. jesienią 1952 roku fizycznie i psychicznie znęcał się „nad pozbawionymi wolności co najmniej dwoma członkami Żołnierzy Wolnej Polski w celu zmuszenia ich do złożenia wyjaśnień określonej treści”. A co gorsza członków tej organizacji wielokrotnie przesłuchiwał o różnych porach. Zaś przesłuchania były nader długotrwałe. Poza tym swoje ofiary wyzywał „słowami wulgarnymi i obraźliwym””. Bił ich w twarz, kopał. Zmuszał do stania pod ścianą i uderzał po różnych częściach ciała. No i wypowiadał wobec nich groźby karalne.

Za takie bestialstwo sąd wymierzył ludobójcy „karę łączną 2 lat i 3 miesięcy pozbawienia wolności”. Znaczy to, że za zbrodnię przeciwko ludzkości facet dostał mniej niż można dostać za sformułowanie „polskie obozy śmierci”.

Nie bez znaczenia jest też w tym wszystkim taki drobiazg, że był to wyrok pierwszej instancji. Czyli zaskarżalny. I pewnie trafi do apelacji. Do czasu przejścia całej ścieżki proceduralnej tak ludobójca, jak i ewentualni świadkowie tego, co na UB wyprawiał Marian S. 66 lat temu, zdążą przejść w stan wiecznego spoczynku. Ale prokuratorzy IPN cały ten czas będą udowadniali przełożonym i światu swoją niezbędność.

Ludobójstwo w namiocie

– Nie ulega wątpliwości, że oskarżeni dopuścili się zbrodni komunistycznych – zbrodni przeciwko ludzkości, które nie podlegają przedawnieniu – mówił kilka tygodni temu sędzia z sądu rejonowego Warszawa Mokotów Robert Bełczącki o generałach MSW z lat 80. Władysławie Ciastoniu i Józefie Sasinie.

Sędzia nie omieszkał też dodać, że „o wymiarze kary zdecydowały wysoki stopień winy oskarżonych, szczególna waga naruszenia przepisów, znaczący stopień szkodliwości społecznej czynów i masowy charakter prześladowań”.

Wysoka kara dla godzących w ludzkość generałów to po dwa lata odsiadki. Zaś masowość eksterminacji skazanych i ich szkodliwość były zaiste przeogromne. Wszak IPN oskarżał Ciastonia i Sasina o bezprawne powołanie 304 opozycjonistów na ćwiczenia wojskowe. Na przełomie 1982 i 1983 roku powołani tak niecnie na ćwiczenia spędzili trzy miesiące na poligonie w Chełmnie. „Spali w namiotach i zlecano im na przykład kopanie rowów”. Ba, niektóre ofiary nieludzkich tych praktyk, zostały nawet powołane do odbycia dwuletniej służby wojskowej.

Proces Ciastonia i Sasina trwa już ponad trzy lata. W pierwszym procesie sędzia umorzyła sprawę. Uznała, że zarzucane czyny nie były zbrodnią komunistyczną i uległy przedawnieniu. Sprawa po rozpatrzeniu apelacji powróciła do pierwszej instancji. A potem znowu odwołanie… Czyli oskarżyciele z IPN będą mieli co robić.

Zbrodnia agenturalna

Zbrodniarzem przeciwko ludzkości Sąd Okręgowy ogłosił też byłego wiceprezesa PZN Andrzeja W. Jego przewiny prokurator ujął następująco: „w latach 80. jako oficer wydziału II Górnośląskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza wytwarzał fikcyjne dokumenty: zobowiązania do współpracy, pokwitowania odbioru pieniędzy oraz informacji od tajnych współpracowników”.  Konkretnie zaś polegało to zdaniem śledczych z katowickiego IPN na tym, że „Andrzej W. w celu osiągnięcia korzyści majątkowej i osobistej od lata 1986 r. do wiosny 1989 r. wykazywał w dokumentach, iż Jerzy M. był tajnym współpracownikiem zwiadu WOP. Była to nieprawda. Miał też poświadczyć nieprawdę w wielu dokumentach z okresu od wiosny 1986 r. do lata 1988 r. Wykazywał w nich, że tajny współpracownik zwiadu WOP Stanisław C. kontynuował w tym czasie współpracę. To również nie było prawdą”.

Dzięki tej machloi W. mógł się chwalić wynikami w pozyskiwaniu współpracowników i mieć pieniądze, które niby wypłacał tajniakom. I choć broniący zbrodniarza adwokat dowodził, że „Przestępstwo fałszowania dokumentów zawsze było ścigane, czy się nazywało zbrodnią komunistyczną, czy nie”, to nie przeszkodziło to w uznaniu go za kolejne wcielenie Berii czy Himmlera i skazaniu na… 14 miesięcy więzienia w zawieszeniu na rok.

Dekret przeciw ludzkości

Pierwszemu szefowi „odrodzonej „ policji Leszkowi L. udało się nie zostać 92 krotnym zbrodniarzem przeciwko ludzkości. I wcale nie chodziło o to, że IPN zarzucał b. komendantowi milicji w Wałbrzychu rozstrzelanie tylu członków „Solidarności”. Prokuratorom historycznym nie podobało się to, że 12 grudnia 1981 wydał on 92 decyzje o internowaniu „powołując się na przepisy nieistniejącego aktu prawnego w postaci dekretu z dnia 12 grudnia 1981 r. o ochronie bezpieczeństwa Państwa i porządku publicznego w czasie obowiązywania stanu wojennego”.

Sąd nie podzielił tego stanowiska. Argumentował, że „podpisy zostały złożone przez Leszka L. 12 grudnia 1981 r. Stan wojenny został wprowadzony dopiero kilka godzin po północy 13 grudnia, natomiast dokument w tej sprawie opublikowano dopiero 17 grudnia. W ocenie sądu oskarżony dysponował tylko projektem, pod którym złożył podpisy, a nie aktem prawnym. Sąd zwrócił także uwagę na obowiązujący wówczas w Polsce stan prawny, który znacząco różnił się od obecnego oraz obowiązującą wówczas Konstytucję PRL”. Czyli sąd uznał, że L. działał w błędzie. W którym działali zresztą wtedy wszyscy, choćby dlatego, że nie było internetu.

Dla ludzi znających orzecznictwo Sądu Najwyższego tak wyrok jak i argumentacja zaskoczeniem nie były. Sąd Najwyższy rozpatrując w 2015 roku kwestię uchylenia immunitetu sędziemu, który skazał działacza opozycji „za czyny z pierwszych dni stanu wojennego, gdy dekret o jego wprowadzeniu jeszcze nie obowiązywał”, uznał, że fakt, iż dekret o stanie wojennym, z dnia 13 grudnia, który w rzeczywistości był wydrukowany 17 grudnia, a kolportowany dzień później, wyszedł na jaw dopiero w kwietniu 1991 roku. Czyli, że przed 1991 rokiem nikt nie wiedział, że nie można było skazywać na jego podstawie. 

SN przywołał też swoje orzeczenie z grudnia 2007 roku, mówiące, że „sędziowie z lat 80. musieli stosować dekret o stanie wojennym z 1981 r. m.in. dlatego, że nie było wtedy mechanizmu oceny konstytucyjności ustaw. W ówczesnej konstytucji PRL nie było zakazu niedziałania prawa wstecz i sądy orzekające na podstawie dekretu o stanie wojennym nie były zwolnione z obowiązku stosowania ustaw retroaktywnych (czyli przewidujących działanie prawa wstecz)”.

Kreatorzy ludobójców

Od paru lat, każdy umiejący czytać pracownik IPN powinien zatem wiedzieć, że usiłowanie oskarżenia kogoś o zbrodnię z powodu daty publikacji dekretu o stanie wojennym, w sądzie nie przejdzie. No chyba, że jest to prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, który „oskarżył w dniu 10 kwietnia 2018 roku Zdzisława S. – byłego Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej w Białej Podlaskiej o popełnienie zbrodni komunistycznych stanowiących jednocześnie zbrodnie przeciwko ludzkości. Polegały one na wydaniu w dniu 12 grudnia 1981 roku w Białej Podlaskiej decyzji o internowaniach 17 działaczy legalnej opozycji”. W komunikacie prokuratury nie omieszkano dodać, że „Czyny zarzucane oskarżonemu zagrożone są karą pozbawienia wolności do lat 10”.  

Żeby było jasne – bicie zatrzymanych w trakcie przesłuchał jest przestępstwem. Uprzykrzanie życia ludziom mającym inne poglądy polityczne też. Tak samo niedopuszczalne jest wykonywanie przestępstw „zza biurka”. Szczególnie gdy popełniający te czyny są przekonani o bezkarności wynikającej z tego, że władza, której służą ich obroni. Jednak strzelanie do takich osób z armaty o nazwie zbrodnia przeciwko ludzkości, uwłacza czemuś tak podstawowemu jak sprawiedliwość. O logice nie wspominając. 

Jak i o tym, że sprawy takie, zamiast zarabiającego kilkanaście tysięcy zł prokuratora z IPN, mógłby prowadzić zwykły śledczy z uposażeniem trzykrotnie mniej podatnika kosztującym.

Bractwo Mundurowe

Wśród korespondentów wojennych, krąży opowieść o pewnym fotoreporterze. Mało kto wie czy wydarzyła się naprawdę. Nie jest to jednak istotnie, ponieważ historia – niezależnie czy prawdziwa, czy nie – przedstawia mechanizm obronny ludzi, którzy jeżdżą relacjonować jakieś tragiczne wydarzenia. Opisują, fotografują, nagrywają i jeśli mają odrobinę szczęścia, wracają cało do swoich domów. Podawana z usta do ust historia, stała się pewną wytyczną pracy większości takich reporterów. 

Obyty w dokumentowaniu najbardziej brutalnych zajść, pracownik jednaj z agencji, bez wahania jeździł wszędzie tam, gdzie coś się działo. Nikt nie musiał go namawiać. Wojny stały się jego rutyną, zbierał nagrody i wyszukiwał kolejne miejsca, w które mógłby pojechać. Wszystko szło sprawnie do momentu, gdy w pewnym momencie zabrakło rąk do pomocy rannym cywilom. Nie mógł nie zareagować – odłożył aparat i zaczął pomagać ratownikom przy przenoszeniu poszkodowanych. 

Gdy już się uporali – reporter się załamał – był to koniec jego kariery. Więcej na żadną wojnę już nie pojechał. 

Dopóki trzymał w rękach aparat, chował się za jego obiektywem – jak za murami emocjonalnego bunkra. Nie widział ofiar, tylko ujęcia, nie widział tragedii, tylko kadry. Aparat dawał dystans i chronił przed najbardziej okrutnymi obrazami. Gdy go jednak odłożył i przyłączył do pomocy, wszystkie te pozornie „zapomniane” zdarzenia wróciły, uderzając bezpośrednio w jego bezbronną psychikę.      

Historia ta przypomniała mi się podczas rozmowy z Andrzejem Dziedzicem, autorem i twórcą filmu dokumentalnego „Listy śmierci”. Rozmawialiśmy dosyć długo, opowiadał o realizacji tego dokumentu. Podczas pracy wszystko szło dobrze, nagrał potrzebne fragmenty, wypowiedzi, wsiadł w samochód i wracał do domu. W pewnym momencie, przejeżdżając przez las, wszystkie relacje, zdarzenia, historie, które opowiedzieli mu bohaterowie uderzyły w niego z ogromną – niemal fizyczną – siłą. Tak wielką, że musiał na dłuższą chwilę zjechać z drogi żeby ochłonąć. 

Świat jest nieprzewidywalny, a w związku z tym niekiedy niesie ze sobą zdarzenia, które teoretycznie nigdy nie powinny zaistnieć. Mimo, że również czasami jeżdżę w rejony walk – większych lub mniejszych konfliktów czy nawet wojen, jestem zdeklarowanym antymilitarystą i pacyfistą. 

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy kilka tygodni temu, zadzwonił telefon. Rozmówca się przedstawił i po krótkiej prezentacji, zaproponował mi honorowe członkostwo w kapitule Serca Bractwa Mundurowego, Byłych Pracowników Służb Mundurowych. W pierwszej chwili zwyczajnie mnie zatkało. Nagle w głowie tysiące sprzecznych myśli – ja i mundur? Bractwo Mundurowe i antymilitarysta? Owszem, jest we mnie wiele sprzeczności, jestem pacyfistą, ale jedną z moich pasji jest strzelectwo, zwłaszcza czarnoprochowe, strzelam jednak jedynie na koncesjonowanych strzelnicach i tylko do tarcz czy puszek. Nigdy do czegoś co żyje. 

Gdy zagłębiłem się działalność i przyczyny powstania tej organizacji, odeszły wszelkie wątpliwości i już bez żadnych wewnętrznych rozterek przyłączyłem się do ludzi, którzy resztką sił walczą nie tylko o swoje prawa, ale o sprawiedliwość dla rodzin tych, którzy w wyniku ustawy dezubekizacyjnej z 16 grudnia 2016 roku, zostali pozbawieni wszelkich świadczeń i przywilejów, a emerytury niektórym spadły nawet do lekko ponad pięciuset złotych. 

Według ustawy dotyczy to wszystkich, którzy między – 22. 07. 1944, a – 31. 07. 1990 roku  przynajmniej jeden dzień pracowali w służbie bezpieczeństwa. W praktyce okazało się, że według interpretacji IPN, nie chodziło wcale o prace w niesławnym UB, czy jej następczynię SB. 

Nagle ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego z tymi służbami, zwykli policjanci, osoby zajmujące się jedynie wydawaniem paszportów, wypisywaniem numerów PESEL, pogranicznicy – SG, WOP, pracownicy Służby Więziennej, funkcjonariusze BOR, UOP, strażacy – a nawet ci,  którzy zaciągnęli się do którejś z tych służb, już przewrocie i niemal rok po słynnym wystąpieniu znanej aktorki, mówiącej, że „skończył się w Polsce komunizm”. Nawet ci, którzy podjęli pracę dla rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego, także zaczęli odbierać dziwną korespondencję, jeśli tylko podpisali umowę o pracę przed – lub nawet 31 lipca 1990.

Nikt nie wiedział (i wciąż nie wie) jakimi kryteriami kieruje się IPN. Przecież była już weryfikacja, przeszli ustawę represyjną z 2009 roku. Ludzie zgłupieli i czekali w strachu, a każda wizyta listonosza powodowała przyśpieszone bicie serca. Nikt nie wiedział czy dostanie kopertę opatrzoną pieczęcią z napisem: „Instytut Pamięci Narodowej, Komisja ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu” – ci, którzy zdążyli przeczytać, dowiedzieli się, że zostali pozbawieni wszelkich uprawnień, za służbę na rzecz totalitarnego państwa. Kilkudziesięciu – nie zdążyło nawet przeczytać do końca. Zmarli przed ostatnim akapitem. Takich bezpośrednich – odnotowanych i zgłoszonych zdarzeń było kilkadziesiąt, potem fala samobójstw. Nie tylko indywidualnych, zdarzały się zbiorowe. Jak choćby małżeństwo z Włocławka. Może nie obawiali się, że będą korzystać z pomocy społecznej, być może znieśliby kolejne upokorzenia fundowane co chwilę przez obecną władzę, ale mieli jeszcze na głowie kredyt mieszkaniowy. Perspektywa eksmisji, na jedno z tych osiedli zwanych gettami, gdzie większość mieszkańców, to aresztowani przez nich przestępcy, doprowadziła do ostateczności. Nie mieli dzieci. Podali tabletki psu, a potem sami się nimi otruli. Nieskutecznie. Mężczyzna ocknął się pierwszy i sądząc, że tylko on przeżył podciął sobie żyły. Kobietę obudził pies. Nie zdążyła pójść w ślady męża. Jeszcze jest w szpitalu, a po wyjściu zamieszka na wspomnianym osiedlu, w budynku z jedną łazienką na piętrze i między ludźmi, których kilka lat wcześniej, aresztowała za pospolite przestępstwa.

Trudno oszacować liczbę ofiar tej ustawy. Nie wszystkie rodziny zgłaszają, nie wszyscy zmarli mieli rodziny.

Poza bezpośrednimi beneficjentami, zostawili rodziny, którym w normalnych warunkach należały się świadczenia po współmałżonkach, rodzicach. Wielu funkcjonariuszy zginęło na służbie. Ci ludzie mają niewielkie szansę na sprawiedliwość. Dotychczas z powodu śmierci wnioskodawcy, umorzono bisko 1400 postępowań, w których domagali się utraconych rent i emerytur. Rodzina już nie może wystąpić na drogę sądową.      

Stowarzyszenie, do którego się przyłączyłem, dokumentuje wszelkie przypadki śmierci wynikającej z tej zbrodniczej ustawy, organizuje „Zrzutki”, aukcje, imprezy połączone ze zbiórką pieniędzy dla rodzin tych, którzy walczyć już o siebie nie mogą. To oczywiście pomoc doraźna, zamierzamy zrobić wszystko, żeby sytuację odwrócić, ustawę wyrzucić do kosza, a winnych pociągnąć do odpowiedzialności. Być może prezes Szarek i jego zastępcy czytając to uśmiechają się pod nosem, powinni jednak pamiętać, że wśród pokrzywdzonych są też ludzie jeszcze wystarczająco młodzi i z doświadczeniem. Z racji zawodu potrafią zbierać, przechowywać i zabezpieczać dowody, by w odpowiednim czasie złożyć odpowiednie wnioski. W końcu wielu z nich pracowało w dochodzeniówce, często dzięki takiej mozolnej pracy łapali najgroźniejszych przestępców. 

Według agencji prasowej Press – Tour, taki precedens wydarzył się tylko w Polsce. Nawet w dawnym NRD, gdzie działał jeden z najokrutniejszych aparatów represji, niesławne Stasi, rozwiązano ten problem w sposób, którego nikt nie kwestionował. Od momentu przyłączenia Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Republiki Federalnej Niemiec, wszczęto kilka tysięcy postępowań karnych, w których skazanych blisko tysiąc osób. W tym funkcjonariuszy, pracowników wymiaru sprawiedliwości i polityków. Sam Erich Honecker, jak i wielu innych szefów aparatu w ostatnim momencie uciekli z kraju. Niemiecki Instytut założony przez Joachima Gaucka, czyli Urząd Pełnomocnika Federalnego ds. Materiałów Państwowej Służby Bezpieczeństwa NRD, przejął ponad sto kilometrów akt. Instytut uchodzi za modelowy w tej części Europy.  Do tej pory lustruje kandydatów na stanowiska rządowe.

Nasi krajowi politycy wraz z kierownictwem IPN nie miało „czasu”, by zająć się tym problemem hurtowo uznając, że weryfikacja się nie sprawdziła, wrzucono więc wszystkich do jednego worka. Może wydawało im się to bezpieczniejsze, niż rozlicznie pojedynczych osób. Kto wie jakie wypłynęłyby wtedy nazwiska ówczesnych tajnych współpracowników, a być może ich szefowie znają tych dawnych konfidentów z sejmowych ław, lub nawet są w jednym klubie parlamentarnym.

Lewica: zlikwidować IPN!

Zbiegiem okoliczności projekt ustawy w tej sprawie, zapowiadany od dawna, trafił do Sejmu właśnie w dniu, gdy głosowano nad obsadą stanowiska prezesa IPN.

Wskazany przez Kolegium IPN kandydat bez problemu uzyskał odpowiednią liczbę głosów. Karola Nawrockiego, związanego z gdańskim IPN, poparli nie tylko ludzie PiS.

Dla narodowo-katolickiej prawicy Nawrocki to kandydat idealny. Badacz historii Solidarności w regionie elbląskim, współautor pracy o zbrodniach stalinowskich w Gdańsku, człowiek, który przyłożył rękę do powstania pomnika „żołnierzy wyklętych” w tymże mieście. Który antykomunistą jest tak wielkim, że podczas Nocy Muzeów w 2019 r. wyprosił z budynku Muzeum II Wojny Światowej artystów śpiewających piosenki wojenne. Nie mógł znieść, że jedna z nich to radziecka „Cicha już noc” (choćby w polskim, autorstwa Tuwima, przekładzie). Jako dyrektor Muzeum Nawrocki zyskał już wcześniej sławę na cały kraj – media narodowe były zachwycone tym, jak „poprawił” wystawę stałą, czyniąc ją bardziej patriotyczną i polonocentryczną. Liberałowie z tego samego powodu byli szczerze oburzeni.

Lewica stoi na stanowisku, że IPN został absolutnie zdominowany przez prawicowych historyków i nie jest instytucją neutralnie badającą przeszłość. Do tego zwiększający się dystans czasowy od tej przeszłości sprawia, że w przekonaniu socjaldemokratów coraz mniej uzasadnione jest utrzymywanie kosztownego pionu śledczego. Zbrodnie stalinizmu wszak już oceniono. Projekt Lewicy zakłada, że IPN przekaże swoje archiwa do archiwów państwowych, a godne uwagi badania zapoczątkowane przez jego historyków będą kontynuowane w ramach PAN.

Międzynarodówka policji historycznej

PiS wmawia, że jego idee zarażają. Jeśli tak – to jedynie śmiechem.

Instytucją najbardziej na świecie zwalczającą zbrodniczość komunistyczną jest Instytut Pamięci Narodowej. Niestrudzenie pracuje nad tym liczący kilkudziesięciu prokuratorów pion śledczy. To dzięki tym ludziom postawiono przed sądem oskarżonego o 92 „zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości” byłego komendanta milicji, a potem szefa całej polskiej policji Leszka Lamparskiego. Wszak Lamparski w dniach 12-17 grudnia 1981 roku. powołując się na nieistniejący akt prawny, zbrodniczo internował 92 osoby. A za takie coś prokuratorzy historyczni wnioskowali dla niego o 10 lat więzienia.
Walkę z komunistycznym zbrodniarzem, w tym przypadku, IPN przegrał. Sąd Lamparskiego w całości uniewinnił.

Zbrodniarz to niesłychany

Tak samo prokuratorzy z IPN mieli z innymi komendantami wojewódzkimi milicji. Wszystkich oskarżano o dziesiątki „zbrodni komunistycznych, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości”. Wszystkim zarzucano bezprawne pozbawienie wolności dziesiątek osób. Bezprawne, bo na podstawie dekretu z 12 grudnia 1981 roku „o ochronie bezpieczeństwa Państwa i porządku publicznego w czasie obowiązywania stanu wojennego”. Tymczasem czujni prokuratorzy z IPN udowadniali przed sądami, iż w rzeczywistości ten akt nie został opublikowany 12 grudnia 1981 r. i według powszechnie przyjętych zasad prawnych nigdy nie obowiązywał.

Sądy stawały jednak na stanowisku, że o braku wydrukowania tego aktu komendanci nie wiedzieli i według nich akt ten obowiązywał. I zbrodniarzy, za zbrodniarzy nie uznawały.

Ale już Mariana S. – sąd za komunistycznego kryminalistę uznał. Za to, że jesienią 1952 roku, dopuścił się „zbrodni komunistycznej, która była jednocześnie zbrodnią przeciwko ludzkości” i polegała „na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad zatrzymanymi członkami organizacji niepodległościowej”. Zbrodniczość Mariana S. wtedy Funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, polegała na „wielokrotnych długotrwałych przesłuchaniach o różnych porach dnia i nocy. Wyzywania przesłuchiwanych słowami wulgarnymi i obraźliwymi, zmuszania do wielogodzinnego stania pod ścianą i uderzania w tym czasie po różnych częściach ciała”.

Bestialstwo to sąd wycenił karę łączną 2 lat i 3 miesięcy pozbawienia wolności.

Równie sadystyczni byli w ocenie sądu generałowie Ciastoń i Sasin. Zostali uznani winnymi zbrodni komunistycznych będących zbrodniami przeciwko ludzkości i skazani za nie na 2 lata więzienia. Konkretnie zaś IPN zarzucał im nieludzkie traktowanie opozycjonistów. Znaczy powoływanie ich do wojska w stanie wojennym.

Skazanie Andrzeja W., byłego oficera Wojsk Ochrony Pogranicza, IPN może zapisać jako swój sukces. Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach oskarżył go o to, że przez 2 lata, pod koniec lat 80-tych zbrodniczo poświadczał, że pokrzywdzony Jerzy M. był tajnym współpracownikiem Zwiadu WOP. A nie był. Andrzej W. jako ktoś, kto w ten sposób popełnił „zbrodnię komunistyczną będącą jednocześnie zbrodnia przeciwko ludzkości” dostał 14 miesięcy więzienia w rocznych „zawiasach”. No i musiał pisemnie przeprosić pokrzywdzonego.

Piebiak na tropie

Wiosną pion śledczy IPN skierował do sądów dyscyplinarnych wnioski o uchylenie immunitetów siedmiu sędziom i prokuratorom z okresu PRL. Mają one pozwolić na pociągnięcie ich do odpowiedzialności karnej. IPN jest pewien, że ci ludzie popełnili zbrodnię komunistyczną będącą zbrodnia przeciwko ludzkości. Bo dzięki ich działaniom co najmniej 10 osób zostało bezprawnie skazanych za opozycyjną działalność. „Surowe wyroki więzienia i przetrzymywanie w areszcie” – jak podkreślili prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej – „złamały życie wielu pokrzywdzonych, wśród których byli nawet uczniowie szkół średnich”.

O sprawie informował media znany dziś głównie z trollowania z Emilką i kandydowania do NSA, niegdysiejszy wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak. Głównie zaś mówił o sprawie sędziego G.-W., który w 1982 r. skazał pięciu opozycjonistów za udział w strajku w Stoczni Gdańskiej. Usłyszał za to zarzut przewinienia dyscyplinarnego, które ma „znamiona zbrodni komunistycznej i zbrodni przeciwko ludzkości”.

– Sędzia był komunistycznym działaczem w todze z łańcuchem na szyi – wykrzykiwał na konferencji prasowej Piebiak, który przecież winien wykazać się większą empatią w stosunku do osoby, która będąc sędzią po prostu robiła wszystko, by przypodobać się swojemu przełożonemu.
Ostatnią dużą zdobyczą IPN jest Roman S., były funkcjonariusz plutonu specjalnego ZOMO, który brał udział w pacyfikacji kopalni Wujek i od lat był poszukiwany wydanym na żądanie prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej Europejskim Nakazem Aresztowania, został zatrzymany na wczasach w Chorwacji. Facet od lat mieszkał w Niemczech i miał tamtejsze obywatelstwo.

Państwo niemieckie wcześniej wyśmiało i nakaz aresztowania i taki detal jak twierdzenia prokuratorów IPN, że pocisk, „który ugodził górnika kopalni Manifest Lipcowy dzień przed pacyfikacją kopalni Wujek, mógł pochodzić z broni przypisanej m.in. do Romana S”. Szczególnie bawiły Niemców twarde dowody w postaci sformułowań „mógł” i „m.in.”

Bo wychowany na prawdziwym prawie świat, od lat śmieje się i z polskich wyroków, ale nade wszystko z tego, że absolutne bzdury od lat wszędzie przedawnione u nas uchodzą za porównywalne z masowymi mordami, czy korzystaniem z komór gazowych.

Fucha na skalę światową

Od czego jednak mamy państwo i IPN. Państwo w osobie Tuska bowiem na życzenie IPN, w 2011 roku powołało organizację non-profit o nazwie Platforma Europejskiej Pamięci i Sumienia.

Organizacja wszędzie pisze o sobie, że jest pozarządowa. Interesujące to o tyle, że powstała na skutek porozumienia między premierem Czech, Tuskiem i Orbanem. Też wtedy premierami.

PEPiS stworzyły głównie wschodnioeuropejskie odpowiedniki IPN. Czyli instytucje państwowe. Z czasem doszlusowywały do nich stowarzyszenia i fundacje. Dlatego dziś Platforma to 57 różnych instytucji i organizacji. Zajmują się głównie opowiadaniem co każda ze składowych części robi.
Akt założycielski sprzed lat podpisywał też ówczesny szef IPN Łukasz Kamiński. Ten sam, który został skutecznie wysiudany ze stanowiska po objęciu władzy przez PiS. Ale tylko dlatego, że się źle kojarzył. Poglądy Kamińskiego, czy obecnego szefa IPN Szarka, są bowiem takie same. I dlatego, gdy opróżniała się synekura w postaci fotela przewodniczącego PEPiS, to IPN z radością rekomendował na tę fuchę Kamińskiego.
Tuż po objęciu fotela, nowy prezes zapowiadał, że kierowana przezeń instytucja wdroży europejski mechanizmem osądzenia sprawców zbrodni komunistycznych. Taki wzorowany na polskim.

– Idea wytoczenia procesu dotyczącego zbrodni komunistycznych – na wzór procesów norymberskich, dzięki którym przynajmniej w części osądzono zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej – pojawiła się już w pierwszych latach po 1989 r. Niestety, niewiele jest działań, które są realną próbą rozwiązania tego problemu – ubolewał Kamiński.

Totalitaryzm odradzany

A teraz się obudził, bo kończy mu się kadencja. I opowiada mediom, że jego organizacja międzynarodowa mocno ciśnie rządy, żeby w kwestii osądzenia komunizmu coś wreszcie zrobiły. Już nie chce trybunału, ale nagięcia istniejącego prawa.

– Czyli każde państwo, które podpisało stosowne konwencje – a jeśli się nie mylę wszystkie kraje europejskie je podpisały – jest uprawnione do tego, żeby ścigać każdą ze zbrodni przeciwko ludzkości niezależnie od tego, gdzie one byłyby popełnione – opowiada mediom i dodaje. – To mechanizm, który jest dostępny, choć nikt go do tej pory nie użył do ścigania sprawców zbrodni komunistycznych.

Trzeba wiedzieć, że media którym to opowiada są pisowskie, bo poza nimi nikt na świecie nie zdaje sobie sprawy z istnienia kierowanej przez Kamińskiego Platformy. Nikt też nie ma najmniejszego zamiaru kiwnąć palcem w łapaniu wskazywanych przez policje historyczne „zbrodniarzy przeciwko ludzkości”.

Nie wspominając o tym, że zainteresowani wiedzą, iż PEPiS, to międzynarodowa ekspozytura IPN. Instytucja, której poważnie nie traktują nawet historycy. Wszak gdy słyszą, że najważniejszym zadaniem Platformy jest „współpraca na rzecz rozpowszechniania wiedzy dotyczącej systemów totalitarnych i upamiętnianie ofiar zbrodniczych reżimów”, to wybuchają śmiechem.

Bo PEPiS dał się już światu poznać. Choćby poprzez to, że raz w roku przyznaje „nagrodę za wkład wniesiony w działania skierowane przeciwko odradzającym się reżimom totalitarnym”. Jej dotychczasowymi laureatami jest pięciu oponentów Putina i jeden taki, któremu nie podobał się Maduro.

Lista nieznanego esesmana

Co my robimy tą bazą? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

– Dzisiejszy dzień jest historyczny, ponieważ to jest dopiero początek – tą bazą rozpoczynamy realizację dużego projektu. Zaczynamy od KL Auschwitz, ale w dalszych planach mamy rozwinięcie tej bazy również o inne niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne – nie posiadał się ponad 4 lata temu z dumy prezes IPN Jarosław Szarek.
Baza, o której mówił to spis esesmanów, odbywających służbę w obozie Auschwitz-Birkenau. IPN chwali się, że to pierwsze i jedyne tego typu opracowanie na świecie. Ale najprawdopodobniej nie ostatnie.
– Mając bazę danych członków załogi KL Auschwitz będzie nam łatwiej rozmawiać z przedstawicielami różnych instytucji za granicą, które widząc rezultaty naszych działań, chętniej udostępnią nam swoje materiały – piał z radości IPN-owski prokurator Łukasz Gramza.

Różne instytucje za granicą na pewno zainteresuje esesman Adamczyk Joachim. Dzięki bazie IPN światowy dorobek intelektualny znacząco pójdzie w górę. Szczególnie dzięki kompletowi informacji dotyczących Adamczyka Joachima. Data urodzenia – brak danych. Miejsce urodzenia – brak danych. Obywatelstwo – brak danych. Wykształcenie – brak danych. Zawód – brak danych. Jakiekolwiek inne informacje – brak danych. Z jednym wyjątkiem. Adamczyk Joachim był SS-Schütze, znaczy szeregowym w dniu 21.09.1944.

– Opracowana baza jest dużym postępem – wyjaśniał prokurator Gramza na konferencji prasowej, dodając, że lista w znacznym stopniu pomaga w ustaleniu okoliczności hitlerowskich zbrodni.
Bo spis esesmanów jest tylko jednym z etapów śledztwa oświęcimskiego. Tego, które rozpoczęło się w 2011 roku i dotyczy zbrodni popełnionych przez Niemców na terenie obozu. Co prawda wcześniej też prowadzono śledztwo, ale rozpoczęło się po II wojnie światowej i trwało do 1954 r. kiedy rozwiązano Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Zaś kolejne tego rodzaju instytucje nie miały uprawnień oskarżających. A IPN ma. I jak widać, nie waha się z nich korzystać.
– Na użytek śledztwa IPN chce zdobyć jak największą wiedzę. Chce również, by społeczeństwo było świadome historii – twierdził prok. Waldemar Szwiec, naczelnik Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Krakowie.

Społeczna świadomość historii wzrośnie na pewno. I na dodatek będzie łatwa do zapamiętania. Tak jak wszystko co można wyczytać z IPN-owskiej listy o esesmanie zapisanym jako Abert. Wiele go łączy z Adamczykiem (Data urodzenia – brak danych. Miejsce urodzenia – brak danych. Obywatelstwo – brak danych. Wykształcenie – brak danych. Zawód – brak danych. Przynależność do NSDAP – brak danych. Przynależność do Allgemeine SS – brak danych. Numer w organizacji SS – brak danych. Zawodowa lub rezerwowa służba w SS – brak danych. Służba w SS-Verfügungstruppen, Totenkopfverbände, Waffen-SS – brak danych. Przynależność do innych organizacji – brak danych. Służba w wojsku do 1920 – brak danych. Służba w armiach innych państw – brak danych. Służba w Reichswerze, Wehrmachcie – brak danych. Ordery odznaczenia i medale – brak danych.), jednak tym co go wyróżnia jest brak imienia.

– Ta baza jest odpowiedzią na mówienie o „polskich obozach koncentracyjnych”. Proszę bardzo, pokazujemy załogę, kim była ta załoga funkcjonariuszy SS. Co więcej, pokazujemy to w internecie, w takiej skali, w jakiej nikt wcześniej tego nie zrobił – nie mógł się nachełpić prezes Szarek.
Lista powstała dzięki pracy prof. Aleksandra Lasika, historyka i socjologa z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Lasik miał te dane od 1982 roku, bo gromadził je do napisania doktoratu. A ponieważ w 2014 r. krakowski IPN powołał naukowca na biegłego w śledztwie dotyczącym zbrodni popełnionych w KL Auschwitz-Birkenau to Lesik wsiąkł na dobre w struktury Instytutu. Zaś jego dokonania naukowe przeszły najśmielsze oczekiwania. Teraz ma już dane ponad 25 tys. osób stanowiących załogi różnych obozów koncentracyjnych.

Jak choćby Adolfa Aloisa z Birkenbrück, o którym wiadomo, że od 11.10.1942 do 15.01.1943 miał stopień SS-Oberscharführera, a od 04.12.1943 do listopada 1944 SS-Hauptscharführera. No i jeszcze to, że ponieważ urodził się 15-01-1894, to najprawdopodobniej już nie żyje.
Ale fakt nieżycia przez esesmana Adolfa nie zwalnia śledczych z IPN od prowadzenia przeciw niemu śledztwa. Wszak zgodnie z ustawą o IPN – śmierć sprawcy nie tamuje biegu postępowania.
Lista liczy 8502 wpisy. Spośród wymienionych w niej osób, żyje może kilkadziesiąt. Najmłodszy esesman na liście, którego datę urodzin dało się znaleźć urodził się w 1928 r.
Baza pod tytułem „Załoga SS KL Auschwitz” powstała na potrzeby śledztwa i pierwotnie miała nie być publikowana. IPN-owska prokuratura uznała jednak, że ma być upubliczniona, „ponieważ daje możliwość lepszego poznania historii, służy celom edukacyjnym, wskazuje sprawców, ale pomaga też śledczym dotrzeć do ofiar i świadków”. A co najważniejsze, dane esesmanów przyspieszą to, na czym śledztwo w Auschwitz się koncentruje – „zlokalizowaniu wszystkich miejsc, w których wokół obozu i na jego terenie złożono popioły pomordowanych”.
Z całą pewnością pomoże w tym to, co widnieje w bazie i dotyczy esesmana o nazwie Adam. A w jego przypadku można mieć tylko niezachwianą pewność wynikającą z wiary w kompetencje IPN, że był esesmanem. Bo nie wiadomo o nim dokładnie nic. Nawet tego – czy Adam to imię, czy nazwisko.

Gdy IPN opublikował listę, sądzić można było, że brakujące dane będą wpisane jak najszybciej. Po czterech miesiącach nic się nie zmieniło. Równie dobrze baza mogłaby zatem liczyć kilkadziesiąt tysięcy imion, nazwisk, albo pseudonimów wziętych z kosmosu.
Teoria falsyfikacji Karla Poppera mówi, że aby obalić twierdzenie naukowe należy znaleźć choćby jeden przykład taki koncept obalający. Lista z Auschwitz takich przykładów na brak naukowej rzetelności IPN daje dziesiątki.

IPN uchodzi za wyrocznię w decydowaniu na podstawie resztek archiwów o przyszłości, teraźniejszości albo tylko dobrym imieniu tysięcy zmuszanych do lustracji osób – do których teraz doszła armia pracowników skarbówki – i można iść o każdy zakład, że polska policja historyczna w wyrokowaniu o esbeckości, jest tak samo rzetelna jak w przypadku esesmanów z Oświęcimia.

Za chwilę prezesa Szarka nie będzie, ale baza zostanie. I ko kres dni będzie świadczyć o tym, że Instytut Pamięci Narodowej, jest wszystkim potrzebny jak woda, powietrze, a nawet chleb. A, zeby było jeszcze śmieszniej, baza przez cztery lata się nie zmieniła. Nie doszedł do niej nikt z innego obozu. Widać esesman z Auschwitz-Birkenau zrobił swoje.

Instrument Polityki Nienawiści

Tak szewc Fabisiak odczytuje skrót IPN, który oficjalnie oznacza Instytut Pamięci Narodowej choć jest to pamięć mocno wybiórcza co jest cechą charakterystyczną sklerotyków oraz pacjentów dr Alzheimera.

IPN, podobnie jak i inne struktury śledcze, działa po cichu jedynie od czasu o czasu dając o sobie znać przy okazji celebrowania kolejnej rocznicy ku czci żołnierzy słusznie wyklętych za swoje zbrodnicze poczynania. Ostatnio IPN znalazł się w kręgu zainteresowania polityków i publicystów z duperelnego powodu – mianowicie ewentualnego powołania heilującego niegdyś osobnika na jedno z licznych kierowniczych stanowisk tej instytucji. I właśnie za to heilowanie opozycja domagała się odwołania decyzji co do mianowania Tomasz Greniucha, który ostatecznie sam wycofał swoją kandydaturę. Liberalna opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej wespół ze sprzyjającymi jej komentatorami czuła się wyraźnie zniesmaczona tym, że ktoś taki ma zostać powołany na kierownicze stanowisko w instytucji, które uznają oni za ważną i potrzebną. Świadczy o tym dysputa w sobotniej telewizyjnej „Loży prasowej”. Red. Adam Szostkiewicz z „Polityki” biadolił nad tym, że Greniuch miałby objąć „ważną funkcję w instytucji państwowej”. Jak zauważa szewc Fabisiak, panu Szostkiewiczowi najwyraźniej odpowiada model państwa w którym ważną rolę odgrywa skrajnie prawicowo upolityczniona struktura. Z kolei dla red. Andrzeja Stankiewicza taka nominacja wydała się zdumiewająca, podczas gdy byłaby ona przejawem konsekwencji w zakresie polityki kadrowej tego tworu preferującej ustawianie na mniej lub bardziej eksponowanych stanowiskach tych, których orientacja polityczna musi być zgodna z obsesyjnie antykomunistyczną strategią nie tylko rzeczonego instytutu, lecz całej rządzącej prawicy do spółki z opozycyjną Konfederacją.

Tymczasem cała ta pseudoafera uzmysławia to o czym nie wszyscy do tej pory wiedzieli. A mianowicie to jak zorganizowany jest IPN. Że posiada swoje placówki terenowe z rozbudowaną hierarchiczną strukturą wewnętrzną. Dowiedzieliśmy się bowiem, że pan Greniuch był dyrektorem departamentu opolskiej delegatury IPN. Ten fakt do tej pory jakoś umykał uwadze pryncypialnej liberalnej opozycji. Albo wynikało to z niedoceniania znaczenia funkcji o której nie mówi się publicznie albo też ze słabej zdolności niuchania haków na siłę rządzącą – wnioskuje szewc Fabisiak.
IPN jest jeszcze bardziej zurzędniczałą instytucją niż wszystkie ministerstwa. W samej jej centrali ulokowanych jest 5 biur, Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz Archiwum. Ponadto IPN ma 11 oddziałów umieszczonych akurat w tych miastach gdzie znajdują się sądy apelacyjne, co daje dużo do myślenia. Nie dość na tym, IPN utworzył sobie 7 delegatur w tym w 3 miastach powiatowych. W oddziałach i delegaturach usadowione są departamenty dzięki czemu pod względem rozmiarów administracji i będącej tego konsekwencją liczby stanowisk kierowniczych i dyrektorskich IPN bije na głowę wszystkie resorty co stawia go w uprzywilejowanej sytuacji tworząc zeń najpotężniejszy ośrodek władzy wykonawczej. Taka pozycja rzeczonej instytucji wynika ze strategii sił sprawujących władzę. Gdyby instytut zajmował się jedynie badaniami historycznymi wystarczyłoby Biuro Badań Historycznych tudzież wspomniane wyżej Archiwum. Tymczasem instytucję tę wyposażono w dodatkowe zadania o czym świadczy umiejscowienie w nim m. in. biura zajmującego się edukacją narodową. Jak widać, panującym w tym kraju nie wystarcza już indoktrynacja szkolna w wykonaniu ministra Czarnka i jego protegowanych z Ordo Iuris. Dlatego potrzebna jest dodatkowe narzędzie prania mózgów w postaci IPN – zauważa szewc Fabisiak. Gdyby instytucja ta zajmowała się – jak to wynika z jej statutu – faktycznie prowadzeniem śledztw w sprawie zbrodni popełnionych w okresie od 8 listopada 1917 r. do 31 lipca 1990 r. (a więc także po zmianie ustroju) to powinna się również zająć zbrodniami dokonanymi przez żołnierzy wyklętych. Jednak jest ona pozbawiona śladu cienia obiektywizmu w związku z czym doskonale się nadaje jako instrument prymitywnej i nachalnej propagandy. A jakie są skutki nachalnej indoktrynacji ma okazję przekonać się Kościół Katolicki – zwraca uwagę szewc Fabisiak.

Smród wokół IPN

Do łez bawi mnie fala oburzenia, która podniosła się po mianowaniu na stanowisko dyrektora wrocławskiego Oddziału IPN zadeklarowanego faszysty, miłośnika heilowania, szczerego wyznawcy belgijskiego nazistowskiego zbrodniarza Degrelle’a – Tomasza Greniucha.

Już trzeci dzień z rzędu widzę i słyszę jęki i popiskiwania dość nawet godnych szacunku osób z powodu tej kandydatury. Jaka to kompromitacja Polski i Polaków, jak źle świadczy to o samym Instytucie Pamięci Narodowej, źle się odbije na przyszłości Instytutu i temu podobne bzdurki. Bzdurki, bo wszystkie te wypowiedzi tracą moc i intelektualny blask, kiedy uświadomimy sobie niesłychany poziom hipokryzji ich autorów. Bo co, wczoraj się urodzili albo przylecieli z Księżyca? Nie wiedzą, czym od początku był IPN? Nie pamiętają, że to instytucja szantażu, kłamstw historycznych, represji i lżenia pamięci bohaterów historii Polski i ich potomków?

Nie pamiętają, że IPN powołano do życia głosami jednej z najbardziej nieudanych i prawicowo zideologizowanych koalicji partyjnych – AWS? Gdzie byli dzisiejsi oskarżyciele Greniucha i broniących go kumpli, kiedy w 2004 roku z IPN, raczej nieprzypadkowo, wyciekła tzw. lista Wildsteina, która dała początek całej kampanii szczucia na ludzi, którzy się na niej znaleźli?

Rozumiem, że nikomu z oburzonych nominacją Greniucha nie przeszkadzała też obrzydliwa intryga przeciwko kandydaturze prof. Chwalby? Brała w niej udział zasłużona dziś bardzo dziennikarka TVN, która opublikowała filmowy materiał o strasznej zbrodni, jaka było członkostwo w PZPR kandydata Chwalby, czego ten zresztą nigdy nie ukrywał. Podobna, jeśli chodzi o szuranie po moralnym dnie była nagonka wsparta na nieprawdziwym oskarżeniu Andrzeja Przewoźnika o współpracę z SB. Dzięki niej wygrał stanowisko prezesa IPN Janusz Kurtyka, prawicowy do szpiku kości. Warto pamiętać, że głosowała za tym człowiekiem cała wierchuszka PO: Tusk, Schetyna, Nowak (dziś w areszcie). To ten prezes rozpętał szaleństwo powszechnej lustracji, za którą, też warto przypomnieć, głosowało PO. Tylko dzięki TK proces ten został powstrzymany.

Pamięć szwankuje rozgniewanym na mianowanie Greniucha publicystom i historykom, skoro nie pamiętają podłej i kłamliwej argumentacji IPN przy demontażu kolejnych pomników i mogił, przy szkalowaniu pamięci polskich bohaterów walki z faszystami począwszy od Hiszpanii w 1936 roku, a skończywszy na partyzantach i bojownikach II wojny światowej. Nie pamiętają też burzenia pomników i mogił żołnierzy radzieckiej armii, która wyzwalała Polskę w latach 1944-45?

Monotonnie tak wyliczam nikczemne działania IPN i jego funkcjonariuszy przez te wszystkie lata, żeby pokazać, że mianowanie Greniucha nie było niespodzianką. Przeciwnie, to naturalna i spodziewana konsekwencja rozwoju tej coraz bardziej rozrośniętej i zamożnej instytucji. Od fałszywych oskarżeń, krzywdzenia ludzi niesłusznymi podejrzeniami, poprzez dzielenie polskiej krwi na lepszą i gorszą, aż do mianowania faszysty na eksponowane stanowisko w strukturze IPN. Byli ludzie o skrajnie prawicowych poglądach na stanowiskach mniej prestiżowych – jeden z nich dotarł w końcu do pierwszego szeregu. Normalna droga zepsutej i łajdackiej instytucji. Czego się spodziewali ci, co dzisiaj nie mogą znieść faktu, że Greniuch ma coś do powiedzenia?

Jeżeli coś od początku wygląda jak śmieć i cuchnie jak śmieć, to jest śmieciem. A oni udawali, że to bukiet fiołków, dopóki wysypisko ich nie przywaliło. I teraz jest już za późno.

Droga nacjonalisty albo brunatna pamięć narodowa

Dyrektorem Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu ma zostać dotychczasowy szef jego opolskiej delegatury, Tomasz Greniuch, podaje Gazeta Wyborcza. Jego biografia bez wątpienia mogłaby służyć za podręcznikowy wzór kariery dla wszystkich młodych i ambitnych prawicowych propagandzistów. A także za świetną ilustrację tego, dlaczego następny polski rząd powinien wypalić tę instytucję do gruntu.

O Greniuchu zrobiło się głośno, kiedy w 2019 roku został naczelnikiem delegatury Instytutu Pamięci Narodowej w Opolu. Wówczas media zainteresowały się jego przeszłością, wyróżniającą go nawet wśród funkcjonariuszy pisowskiego Ministerstwa Prawdy. Jako działacz (a potem kierownik) opolskiej brygady ONR był inicjatorem upamiętnienia „najazdu na Myślenice” – akcji Adama Doboszyńskiego, członka Stronnictwa Narodowego, który w 1936 r. wkroczył z bojówkarzami do tego podkrakowskiego miasteczka, rozbroił posterunek policji i splądrował żydowskie sklepy. W 2012 roku Greniuch organizował marsz z żądaniem delegalizacji SLD, przed którym obiecywał na Facebooku, że zapewni zapałki i kanister z benzyną. Pytał też, kto ma flagę SLD, a „w ostateczności może być jakiś ich działacz”. Sam szedł na nim z transparentem ,,Z komunistami się nie rozmawia, do komunistów się strzela”. Na kilku zachowanych fotografiach widać jak ochoczo podnosi dłoń w nazistowskim pozdrowieniu. W ONR zasłynął jako autor takich haseł jak: „Polska cała tylko biała”, ,,Tu jest Polska nie Izrael”, „Odliczajcie życia chwile, szykujemy dla was Chile” – nawiązującym do krwawego zamachu stanu gen. Pinocheta i mordu na demokratycznie wybranym prezydencie Salvadorze Allende. Na swoim facebookowym profilu niejednokrotnie wzywał do zbrojnego odebrania Ukrainie jej zachodnich ziem.

W 2013 roku swoje osiągnięcia praktyczne uzupełnił o traktat teoretyczny. Jego ,,Droga nacjonalisty” wprost nawiązuje tytułem do ,,Drogi Legionisty” rumuńskiego terrorysty i ideologa faszystowskiego Corneliu Zelea Codreanu. Pisze Greniuch: ,,Nacjonalizm jest strażnikiem tradycji chrześcijańskiej. Jest jedynym obrońcą naturalnego prawa Bożego. Prawo to ustanowiło między narodami granice, tak aby narody nie przemieszały się między sobą, aby zachowały odrębność”, „Nie wstydzimy się naszych poglądów, naszej tradycji. Dla nas salut rzymski, pozdrowienie aryjskiej Europy, wzniesiona ku słońcu prawica, nie jest gestem zamawiania piwa czy gestem szukania muchy na suficie”, „Degrelle [nazistowski kolaborant i dowódca belgijskiej dywizji SS, winny wielu zbrodni wojennych na Froncie Wschodnim – przyp. red] i Codreanu wytyczyli kierunek drogi, przeszły po niej tysiące młodych Europejczyków. Tysiące nacjonalistów podążyły śladami swoich mentorów. Wreszcie tysiące młodych dusz zapłonęły ogniem idei jasno oświetlając szlak, którym kroczyły, wskazują tym samym drogę innym zapaleńcom”. Homoseksualizm nazywa w książce ,,chorobą”, „dewiacją”, „zboczeniem”, a humanizm i prawa człowieka to według niego ,,rozwiązłość, demoralizacja, ludobójstwo”.

Greniuch doktoryzował się, a jakże by inaczej, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Swoim ,,mistrzem” nazywa Dariusza Ratajczaka – opolskiego ,,historyka” wydalonego z uczelni za propagowanie kłamstwa oświęcimskiego. W swojej pracy w IPN-ie zajmuje się ,,odkłamywaniem” zbrodni żołnierzy wyklętych i ,,przywracaniem należnej czci i miejsca w historii” bandziorom z Narodowych Sił Zbrojnych. W tym celu m. in.: wydał panegiryczny zbiór biografii żołnierzy NSZ pt. ,,Chrystus za nas, my za Chrystusa” i zorganizował konferencję ,,Żołnierze Wyklęci – moralni zwycięzcy”. W styczniu 2018 roku za swoją pracę został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Brązowym Krzyżem Zasługi.

Nie wiem, czy we wrocławskim IPN-ie ocenia się kompetencje kandydatów do pracy w oparciu o znalezione gdzieś w piwnicy z czasów Breslau instrukcje dla komisji rekrutacyjnej do SS, ale jeśli tak, to dobrze tłumaczyłoby nominację dla nowego dyrektora. Tomasz Greniuch od lat usilnie stara się, aby z nawiązką spełnić wszystkie kryteria wzorowego Aryjczyka i, podobnie jak wielu jego współpracowników z Instytutu, niestrudzenie kroczyć drogą wyznaczoną przez Degrelle’a, Codreanu czy Rajsa ,,Burego”. Żywię jednak szczerą nadzieję, że kres tego triumfalnego pochodu będzie w przypadku Greniucha oraz jego kolegów równie szybki i bezwzględny, jak w przypadku ich faszystowskich idoli.

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.