Instrument Polityki Nienawiści

Tak szewc Fabisiak odczytuje skrót IPN, który oficjalnie oznacza Instytut Pamięci Narodowej choć jest to pamięć mocno wybiórcza co jest cechą charakterystyczną sklerotyków oraz pacjentów dr Alzheimera.

IPN, podobnie jak i inne struktury śledcze, działa po cichu jedynie od czasu o czasu dając o sobie znać przy okazji celebrowania kolejnej rocznicy ku czci żołnierzy słusznie wyklętych za swoje zbrodnicze poczynania. Ostatnio IPN znalazł się w kręgu zainteresowania polityków i publicystów z duperelnego powodu – mianowicie ewentualnego powołania heilującego niegdyś osobnika na jedno z licznych kierowniczych stanowisk tej instytucji. I właśnie za to heilowanie opozycja domagała się odwołania decyzji co do mianowania Tomasz Greniucha, który ostatecznie sam wycofał swoją kandydaturę. Liberalna opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej wespół ze sprzyjającymi jej komentatorami czuła się wyraźnie zniesmaczona tym, że ktoś taki ma zostać powołany na kierownicze stanowisko w instytucji, które uznają oni za ważną i potrzebną. Świadczy o tym dysputa w sobotniej telewizyjnej „Loży prasowej”. Red. Adam Szostkiewicz z „Polityki” biadolił nad tym, że Greniuch miałby objąć „ważną funkcję w instytucji państwowej”. Jak zauważa szewc Fabisiak, panu Szostkiewiczowi najwyraźniej odpowiada model państwa w którym ważną rolę odgrywa skrajnie prawicowo upolityczniona struktura. Z kolei dla red. Andrzeja Stankiewicza taka nominacja wydała się zdumiewająca, podczas gdy byłaby ona przejawem konsekwencji w zakresie polityki kadrowej tego tworu preferującej ustawianie na mniej lub bardziej eksponowanych stanowiskach tych, których orientacja polityczna musi być zgodna z obsesyjnie antykomunistyczną strategią nie tylko rzeczonego instytutu, lecz całej rządzącej prawicy do spółki z opozycyjną Konfederacją.

Tymczasem cała ta pseudoafera uzmysławia to o czym nie wszyscy do tej pory wiedzieli. A mianowicie to jak zorganizowany jest IPN. Że posiada swoje placówki terenowe z rozbudowaną hierarchiczną strukturą wewnętrzną. Dowiedzieliśmy się bowiem, że pan Greniuch był dyrektorem departamentu opolskiej delegatury IPN. Ten fakt do tej pory jakoś umykał uwadze pryncypialnej liberalnej opozycji. Albo wynikało to z niedoceniania znaczenia funkcji o której nie mówi się publicznie albo też ze słabej zdolności niuchania haków na siłę rządzącą – wnioskuje szewc Fabisiak.
IPN jest jeszcze bardziej zurzędniczałą instytucją niż wszystkie ministerstwa. W samej jej centrali ulokowanych jest 5 biur, Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz Archiwum. Ponadto IPN ma 11 oddziałów umieszczonych akurat w tych miastach gdzie znajdują się sądy apelacyjne, co daje dużo do myślenia. Nie dość na tym, IPN utworzył sobie 7 delegatur w tym w 3 miastach powiatowych. W oddziałach i delegaturach usadowione są departamenty dzięki czemu pod względem rozmiarów administracji i będącej tego konsekwencją liczby stanowisk kierowniczych i dyrektorskich IPN bije na głowę wszystkie resorty co stawia go w uprzywilejowanej sytuacji tworząc zeń najpotężniejszy ośrodek władzy wykonawczej. Taka pozycja rzeczonej instytucji wynika ze strategii sił sprawujących władzę. Gdyby instytut zajmował się jedynie badaniami historycznymi wystarczyłoby Biuro Badań Historycznych tudzież wspomniane wyżej Archiwum. Tymczasem instytucję tę wyposażono w dodatkowe zadania o czym świadczy umiejscowienie w nim m. in. biura zajmującego się edukacją narodową. Jak widać, panującym w tym kraju nie wystarcza już indoktrynacja szkolna w wykonaniu ministra Czarnka i jego protegowanych z Ordo Iuris. Dlatego potrzebna jest dodatkowe narzędzie prania mózgów w postaci IPN – zauważa szewc Fabisiak. Gdyby instytucja ta zajmowała się – jak to wynika z jej statutu – faktycznie prowadzeniem śledztw w sprawie zbrodni popełnionych w okresie od 8 listopada 1917 r. do 31 lipca 1990 r. (a więc także po zmianie ustroju) to powinna się również zająć zbrodniami dokonanymi przez żołnierzy wyklętych. Jednak jest ona pozbawiona śladu cienia obiektywizmu w związku z czym doskonale się nadaje jako instrument prymitywnej i nachalnej propagandy. A jakie są skutki nachalnej indoktrynacji ma okazję przekonać się Kościół Katolicki – zwraca uwagę szewc Fabisiak.

Smród wokół IPN

Do łez bawi mnie fala oburzenia, która podniosła się po mianowaniu na stanowisko dyrektora wrocławskiego Oddziału IPN zadeklarowanego faszysty, miłośnika heilowania, szczerego wyznawcy belgijskiego nazistowskiego zbrodniarza Degrelle’a – Tomasza Greniucha.

Już trzeci dzień z rzędu widzę i słyszę jęki i popiskiwania dość nawet godnych szacunku osób z powodu tej kandydatury. Jaka to kompromitacja Polski i Polaków, jak źle świadczy to o samym Instytucie Pamięci Narodowej, źle się odbije na przyszłości Instytutu i temu podobne bzdurki. Bzdurki, bo wszystkie te wypowiedzi tracą moc i intelektualny blask, kiedy uświadomimy sobie niesłychany poziom hipokryzji ich autorów. Bo co, wczoraj się urodzili albo przylecieli z Księżyca? Nie wiedzą, czym od początku był IPN? Nie pamiętają, że to instytucja szantażu, kłamstw historycznych, represji i lżenia pamięci bohaterów historii Polski i ich potomków?

Nie pamiętają, że IPN powołano do życia głosami jednej z najbardziej nieudanych i prawicowo zideologizowanych koalicji partyjnych – AWS? Gdzie byli dzisiejsi oskarżyciele Greniucha i broniących go kumpli, kiedy w 2004 roku z IPN, raczej nieprzypadkowo, wyciekła tzw. lista Wildsteina, która dała początek całej kampanii szczucia na ludzi, którzy się na niej znaleźli?

Rozumiem, że nikomu z oburzonych nominacją Greniucha nie przeszkadzała też obrzydliwa intryga przeciwko kandydaturze prof. Chwalby? Brała w niej udział zasłużona dziś bardzo dziennikarka TVN, która opublikowała filmowy materiał o strasznej zbrodni, jaka było członkostwo w PZPR kandydata Chwalby, czego ten zresztą nigdy nie ukrywał. Podobna, jeśli chodzi o szuranie po moralnym dnie była nagonka wsparta na nieprawdziwym oskarżeniu Andrzeja Przewoźnika o współpracę z SB. Dzięki niej wygrał stanowisko prezesa IPN Janusz Kurtyka, prawicowy do szpiku kości. Warto pamiętać, że głosowała za tym człowiekiem cała wierchuszka PO: Tusk, Schetyna, Nowak (dziś w areszcie). To ten prezes rozpętał szaleństwo powszechnej lustracji, za którą, też warto przypomnieć, głosowało PO. Tylko dzięki TK proces ten został powstrzymany.

Pamięć szwankuje rozgniewanym na mianowanie Greniucha publicystom i historykom, skoro nie pamiętają podłej i kłamliwej argumentacji IPN przy demontażu kolejnych pomników i mogił, przy szkalowaniu pamięci polskich bohaterów walki z faszystami począwszy od Hiszpanii w 1936 roku, a skończywszy na partyzantach i bojownikach II wojny światowej. Nie pamiętają też burzenia pomników i mogił żołnierzy radzieckiej armii, która wyzwalała Polskę w latach 1944-45?

Monotonnie tak wyliczam nikczemne działania IPN i jego funkcjonariuszy przez te wszystkie lata, żeby pokazać, że mianowanie Greniucha nie było niespodzianką. Przeciwnie, to naturalna i spodziewana konsekwencja rozwoju tej coraz bardziej rozrośniętej i zamożnej instytucji. Od fałszywych oskarżeń, krzywdzenia ludzi niesłusznymi podejrzeniami, poprzez dzielenie polskiej krwi na lepszą i gorszą, aż do mianowania faszysty na eksponowane stanowisko w strukturze IPN. Byli ludzie o skrajnie prawicowych poglądach na stanowiskach mniej prestiżowych – jeden z nich dotarł w końcu do pierwszego szeregu. Normalna droga zepsutej i łajdackiej instytucji. Czego się spodziewali ci, co dzisiaj nie mogą znieść faktu, że Greniuch ma coś do powiedzenia?

Jeżeli coś od początku wygląda jak śmieć i cuchnie jak śmieć, to jest śmieciem. A oni udawali, że to bukiet fiołków, dopóki wysypisko ich nie przywaliło. I teraz jest już za późno.

Droga nacjonalisty albo brunatna pamięć narodowa

Dyrektorem Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu ma zostać dotychczasowy szef jego opolskiej delegatury, Tomasz Greniuch, podaje Gazeta Wyborcza. Jego biografia bez wątpienia mogłaby służyć za podręcznikowy wzór kariery dla wszystkich młodych i ambitnych prawicowych propagandzistów. A także za świetną ilustrację tego, dlaczego następny polski rząd powinien wypalić tę instytucję do gruntu.

O Greniuchu zrobiło się głośno, kiedy w 2019 roku został naczelnikiem delegatury Instytutu Pamięci Narodowej w Opolu. Wówczas media zainteresowały się jego przeszłością, wyróżniającą go nawet wśród funkcjonariuszy pisowskiego Ministerstwa Prawdy. Jako działacz (a potem kierownik) opolskiej brygady ONR był inicjatorem upamiętnienia „najazdu na Myślenice” – akcji Adama Doboszyńskiego, członka Stronnictwa Narodowego, który w 1936 r. wkroczył z bojówkarzami do tego podkrakowskiego miasteczka, rozbroił posterunek policji i splądrował żydowskie sklepy. W 2012 roku Greniuch organizował marsz z żądaniem delegalizacji SLD, przed którym obiecywał na Facebooku, że zapewni zapałki i kanister z benzyną. Pytał też, kto ma flagę SLD, a „w ostateczności może być jakiś ich działacz”. Sam szedł na nim z transparentem ,,Z komunistami się nie rozmawia, do komunistów się strzela”. Na kilku zachowanych fotografiach widać jak ochoczo podnosi dłoń w nazistowskim pozdrowieniu. W ONR zasłynął jako autor takich haseł jak: „Polska cała tylko biała”, ,,Tu jest Polska nie Izrael”, „Odliczajcie życia chwile, szykujemy dla was Chile” – nawiązującym do krwawego zamachu stanu gen. Pinocheta i mordu na demokratycznie wybranym prezydencie Salvadorze Allende. Na swoim facebookowym profilu niejednokrotnie wzywał do zbrojnego odebrania Ukrainie jej zachodnich ziem.

W 2013 roku swoje osiągnięcia praktyczne uzupełnił o traktat teoretyczny. Jego ,,Droga nacjonalisty” wprost nawiązuje tytułem do ,,Drogi Legionisty” rumuńskiego terrorysty i ideologa faszystowskiego Corneliu Zelea Codreanu. Pisze Greniuch: ,,Nacjonalizm jest strażnikiem tradycji chrześcijańskiej. Jest jedynym obrońcą naturalnego prawa Bożego. Prawo to ustanowiło między narodami granice, tak aby narody nie przemieszały się między sobą, aby zachowały odrębność”, „Nie wstydzimy się naszych poglądów, naszej tradycji. Dla nas salut rzymski, pozdrowienie aryjskiej Europy, wzniesiona ku słońcu prawica, nie jest gestem zamawiania piwa czy gestem szukania muchy na suficie”, „Degrelle [nazistowski kolaborant i dowódca belgijskiej dywizji SS, winny wielu zbrodni wojennych na Froncie Wschodnim – przyp. red] i Codreanu wytyczyli kierunek drogi, przeszły po niej tysiące młodych Europejczyków. Tysiące nacjonalistów podążyły śladami swoich mentorów. Wreszcie tysiące młodych dusz zapłonęły ogniem idei jasno oświetlając szlak, którym kroczyły, wskazują tym samym drogę innym zapaleńcom”. Homoseksualizm nazywa w książce ,,chorobą”, „dewiacją”, „zboczeniem”, a humanizm i prawa człowieka to według niego ,,rozwiązłość, demoralizacja, ludobójstwo”.

Greniuch doktoryzował się, a jakże by inaczej, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Swoim ,,mistrzem” nazywa Dariusza Ratajczaka – opolskiego ,,historyka” wydalonego z uczelni za propagowanie kłamstwa oświęcimskiego. W swojej pracy w IPN-ie zajmuje się ,,odkłamywaniem” zbrodni żołnierzy wyklętych i ,,przywracaniem należnej czci i miejsca w historii” bandziorom z Narodowych Sił Zbrojnych. W tym celu m. in.: wydał panegiryczny zbiór biografii żołnierzy NSZ pt. ,,Chrystus za nas, my za Chrystusa” i zorganizował konferencję ,,Żołnierze Wyklęci – moralni zwycięzcy”. W styczniu 2018 roku za swoją pracę został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Brązowym Krzyżem Zasługi.

Nie wiem, czy we wrocławskim IPN-ie ocenia się kompetencje kandydatów do pracy w oparciu o znalezione gdzieś w piwnicy z czasów Breslau instrukcje dla komisji rekrutacyjnej do SS, ale jeśli tak, to dobrze tłumaczyłoby nominację dla nowego dyrektora. Tomasz Greniuch od lat usilnie stara się, aby z nawiązką spełnić wszystkie kryteria wzorowego Aryjczyka i, podobnie jak wielu jego współpracowników z Instytutu, niestrudzenie kroczyć drogą wyznaczoną przez Degrelle’a, Codreanu czy Rajsa ,,Burego”. Żywię jednak szczerą nadzieję, że kres tego triumfalnego pochodu będzie w przypadku Greniucha oraz jego kolegów równie szybki i bezwzględny, jak w przypadku ich faszystowskich idoli.

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Fałszywy „wyklęty”

Przed krakowskim sądem trwa proces Stanisława M., oskarżonego o wyłudzenie od skarbu państwa 350 tys. zł. 83-latek wymyślił męczeńską opowieść o „żołnierzu wyklętym”, prześladowanym przez władze PRL ze sobą w roli głównej.

Stanisław M. twierdził w listach do IPN, że w 1954 roku został zwerbowany do tajnej organizacji wywrotowej „Polska Walcząca”. – Moja działalność w początkowej fazie Polski Walczącej polegała na rozrzucaniu ulotek, zrywaniu komunistycznych haseł, malowaniu własnych haseł na murach i kamienicach oraz oblewaniu pomników i urzędów państwowych farbą lub innymi chemikaliami – deklarował.

Dowódcą M. w podziemnej organizacji miał być mjr Wacław Szczerbakowski. Instytut Pamięci Narodowej, mimo dokładnej kwerendy, nie znalazł żadnej wzmianki o takim żołnierzu, który, według opowieści, miał operować na terenie Małopolski.

Stało się coś niezwykłego – sąd uznał, że mężczyzna faktycznie działał w antykomunistycznej organizacji. Za podstawę uznano wyłącznie zeznania rzekomego kombatanta. M. poszedł dalej – wywalczył najpierw 101 tys w ramach rekompensaty za wyrok z 1959 roku, a następnie za kolejny, skazujący go za posiadanie broni bez zezwolenia – tutaj skapnęło mu aż ćwierć miliona. To i tak niewielkie kwoty, w porównaniu z oczekiwaniami M. , który wnosił o prawie 4 mln zł.

Kiedy M. cieszył się już zdobytym majątkiem, a także rosnącym prestiżem wśród kombatantów powojennego podziemia i wypowiedziami w mediach relacjonujących uroczystości ku jego czci, ktoś ponownie przejrzał jego akta. A potem poinformował prokuraturę, za co „wyklęty” został skazany w 1959 roku. Okazało się, że wraz z dwoma kumplami dokonał napadu rabunkowego z bronią na sklep Samopomocy Chłopskiej w Baczynie koło Suchej Beskidzkiej, przy „użyciu pistoletów wojskowych” sterroryzowali sprzedawczynię Anastazję S. i klientów. Zabrali kasę, wódkę, czekolady konserwy i cukierki, towary za 10 tys. zł, po czym zbiegli. Cztery miesiące później wspólnie przeprowadzili napad na listonoszkę. Roman P. pogroził jej pistoletami i zabrał 145 500 zł. I nie było wątpliwości – to nie było „zdobywanie pieniędzy na organizację”.

Prokuratura Rejonowa Kraków – Śródmieście Wschód wystosowała do sądu akt oskarżenia w związku z wyłudzeniem przez M. 350 tys. w postaci niezależnych odszkodowań i zadośćuczynienia z tytułu uznania za nieważne orzeczeń sądowych. Mężczyźnie grozi również wyrok za składanie fałszywych zeznań. Teoretycznie mógłby spędzić w więzieniu 10 lat. Siedzieć jednak nie pójdzie, z uwagi na wiek.

Wyzwolili, nie wyzwolili?!

Prezes IPN, Jarosław Szarek, kilka dni temu udzielił jedynie słusznej reprymendy ambasadzie Rosji w Polsce, która, na Twitterze, ośmieliła się stwierdzić, że: ” Armia Czerwona w styczniu 1945 roku wyzwalała Polskę od hitlerowców”.

Chodzi o to, że wedle IPN-u, o żadnym wyzwoleniu nie może być mowy, gdyż było to .. zniewolenie Polski i Polaków. Pan prezes, pospołu z tym swoim pożal się boże instytutem, głosi, że Rosja (ZSRR) nie wyzwalała nas w latach 1944 – 1945 od hitlerowców, za to: „ponownie niewoliła”. I zwłaszcza to „ponownie” dowodzi osobliwego przypadku amnezji nie od dzisiaj p. Szarka i mu podobnych. Wypada tu zapytać prezesa Szarka, i całej rzeszy podzielających jego opinie o ruskim zniewoleniu po II wojnie, gdzie i na jakich tajnych kompletach – skoro była ruskie zniewolenie, więc okupacja – zdawali matury, kończyli studia i robili doktoraty ? Warto tu dodać, że poczucie zniewolenia przez Ruskich nie należało w tamtym czasie pośród Polonusów – o ile mi wiadomo – do powszechnych; wpisanych w myślenie ogółu, czy też większości Polaków okrutnie doświadczonych i zmęczonych wojną.

Nie da się zakwestionować przywoływanych przez profesora Szarka powszechnie znanych faktów, obciążających stalinowskie władze za określone zbrodnie i występki popełnione na Polakach w finale wojny oraz po niej. Rzecz w tym, że nie sposób ich w pełni i racjonalnie objaśnić i komentować – w żadnym razie usprawiedliwiać – ignorując historycznie mocarne pogmatwania dziejowe, na które mieliśmy wpływ zerowy. Scenariusze powojennych zmian systemowych i granicznych kreśliły w Europie militarne realia przebiegu frontów II wojny oraz postępujące za nimi rozstrzygnięcia zwycięskich mocarstw. Sfanatyzowani nacjonalistycznie historycy, piszący od nowa polską historię, umocowani teraz przy głosie, czynią ten głos urzędowo obowiązującym w polityce i w nauczaniu młodzieży. Wygarniając powojennym władzom w Polsce terror komunistyczny, w wyniku którego śmierć poniosło 50 tys. osób, p. Szarek zapomniał dodać, że ponad połowa tej liczby to ofiary „chłopców z lasu”, w dużej części niewinni cywile, w tym kobiety a nawet dzieci. No, ale myślenie jest tutaj proste jak ruska pepesza: gdyby nie komuna, to tej krwawej nawalanki polsko – polskiej by przecież nie doszło, co, wg IPN, czyni w całości winnymi za to komunistów. Jest swoistą ciekawostką, że tzw. powojenne podziemie zabiło znacznie więcej Polaków, niźli to polskie i antyhitlerowskie Niemców w okresie sześciu lat okupacji. Jakież to wyniosłe i patriotyczne, chciałoby się rzec.

Wszystko po to, aby przypodobać się niedouczonym prostakom i napinać przed Rosją wątłe muskuły, oraz wiecznie popędzać do historycznego kąta „komuchów”. I to niestety działa. Polska prawica kompletnie zatraciła zdolność szerszego rozumienie, czym była II wojna, zwłaszcza dla Polski i Polaków, przy tym nie potrafi (nie chce) ogarnąć, co było zasadniczym celem wojny, po stronie Hitlera, potem antyhitlerowskich aliantów. Kultywujemy wąskie, nacjonalistyczne do bólu podejście do tematu. Wyzwolenie? Tak, byle nie ruskie, przy tym, przy zachowaniu przedwojennej geografii, co akurat da się emocjonalnie zrozumieć. Może wreszcie ci z IPN, i ich polityczni poganiacze i nadzorcy zrozumieją, że głównym celem koalicji sił anglo-amerykańskich i radzieckich było pokonanie Hitlera. Możliwie szybko i za każdą cenę, bez oglądania się na koszty ludzkie i materialne.

W obrębie takiego priorytetu – innego nie było i być nie mogło – tzw. sprawa polska kolebała się na marginesie celów wojennych mocarstw; nie ważyła prawie nic. Przestańmy się wiecznie obrażać z tego powodu i wypinać na rolę dożywotniej ruskiej ofiary II wojny, a dla co niektórych – o głupoto – kto wie, czy nie większej od tej hitlerowskiej. Spróbujmy w końcu pojąć, że w przypadku naszej sponiewieranej ojczyzny, zagrożonej wdrożeniem przez okupanta okrutnego planu wynarodowienia i fizycznej eksterminacji Słowian (Generalplan Ost), stanowiącego swoistym wariant „Endlosung” – tym razem nakierowanego nie na Żydów, lecz na nierasowych Polaków, Rosjan i Ukraińców – wyzwolenie było dla nas kwestią kluczową i naglącą, bez oglądania się na to, z której strony nadejdzie. Polakom było w większości obce kombinowanie, jak wywinąć się od ruskiego wyzwalania; czekać na nadejścia Andresa i Amerykanów. Jasne, że byli i są nadal tacy, którym ruskie oswobodzenie nie pasowało. Ci, i ich współcześni naśladowcy, mogą dziś liczyć na szczodrość wydawniczo – wspomnieniową IPN-u. Takich wydawnictw pojawia całkiem sporo. Należą w demokracji do uprawnionych.

Na szczodrość wydawniczą, nawet marginalną, nie mogą za to liczyć ci z I i II Armii Wojska Polskiego, co tyko dowodzi prawoskrętnej amnezji i tradycyjnej głupoty akuszerów takiej wybiórczości. Polityka „dwóch wrogów”, uprawiana przez polskie podziemie, stała się w jakimś momencie irracjonalnym rojeniem, niebezpiecznym bujaniem w obłokach. Urzędowo obowiązujący, modny w co niektórych kręgach pogląd, głoszący o ponownym zniewoleniu Polski i Polaków – zastąpienie niemieckiej okupacji przez ruską, więc uczynienia obu presji równoważnymi – jest niepoważny i obraźliwy nie tylko dla Rosjan, lecz przede wszystkim dla rozumu. Ci potępiacze ruskiego wyzwolenia są zaślepieni do tego stopnia, że mają za nic wszystko to, co pozytywnego wydarzyło się w Polsce po przegonieniu okupanta niemieckiego. Brną w myślenie, że było to wyłącznie jedno pasmo nieszczęść sprokurowanych przez Ruskich i ich polskich pomagierów – czyt. komunistów. I taką optykę wciskają niedouczonym. Nie zauważają, że po okrutnym, sześciomilionowym upuście polskiej krwi objawiły się takie „drobiazgi” jak: wygaszenie kominów krematoriów oraz to, że wrócił polski język, polskie szkoły, polskie uczelnie i polskie urzędy. Były też inne inne mnogie i niebanalne zyski, przy tym oczywiste, doraźne i perspektywiczne straty związane z oderwaniem od wzorców zachodnich. Ale rzecz należy ważyć całościowo i widzieć ją w twardych realiach epoki.

Mając na uwadze geopolityczne, dziejowe pogmatwania tamtego czasu, wypadałoby zauważyć, że owo ówczesne „per saldo” wcale nie należało do najgorszych. Jasne, że mogło być lepiej, ale dyskutowanie na ten temat, i niekończące się wypominanie przy tym win ruskich i tych polskich, ma siedemdziesiąt lat po wojnie wyłącznie akademicki charakter, jest więc – poza przydatnością do politycznej nawalanki – bez większej wartości dla praktyki. Przy tym historycznie szkodliwe. Do tego, ruscy sprawcy tamtych nieszczęść – Stalin, Beria i cała reszta – dawno smażą się w piekle. Nie uchodzi młodemu pokoleniu Rosjan wbijać ich nieustająco do głowy, bo ich wina w tym żadna. Zresztą i tak nas nie zrozumieją, i nie łudźmy się, że pod naciskiem polskiej prawicy zmienią zdania o kluczowej roli Armii Czerwonej w wyzwalaniu od hitlerowskiego nieszczęścia Europy, w tym Polski.

Nie ma takiej sprawy w kwestiach ocen historycznych, w której nie można by się wspólnie dogadywać. Ale to my, nie kto inny, przystępując do hurtowej demolki materialnych znaków pamięci – pomników – po radzieckich wyzwolicielach, czyniąc to w sposób opity chorą demagogią, z wykasowaniem wyobrażenia politycznych następstw takiej głupoty, odcięliśmy sobie drogę do dialogu. A w każdym razie uczyniliśmy ją bardzo trudną. Zresztą wszystko to wpisuje się w rusofobicznego hopla Polaków, nieustannie podsycanego przez prawicową propagandę. Kreml zapewne też nie pozostaje bez winy, wszak podaliśmy mu na talerzu twarde, pomnikowe argumenty dla wzmożenia swojej propagandy. Czasami wygląda do tak, jakby ta pasowała obu stronom. Jakkolwiek jest, nie wolno dać się ogłupiać. Przez IPN zwłaszcza.

Kogo nie szczepimy?

Drogi czytelniku, zanim przeczytasz poniższy tekst musisz wiedzieć, że to tylko moja sarkastyczna reakcja na propagandową histerię wywołaną przez ostatnie wydarzenia związane ze szczepieniami.

Cały czas liczę naiwnie, iż polskie władze potraktują szczepienia poważnie. W przeciwieństwie do propozycji zawartej w niniejszym tekście, który jest tylko logicznym wnioskiem wyciągniętym z zachowania wielu osób, które uważają, iż mają coś ważnego w tej sprawie do powiedzenia. A więc zanurzymy się w oparach absurdu ….

Rozliczne komentarze użytkowników portali społecznościowych a także stanowcze reakcje władz państwowych oraz TVP wyraźnie pokazują, iż zdaniem wyżej wymienionych podmiotów najważniejsza nie jest maksymalizacja liczby zaszczepionych. Ważne jest ustalenie listy tych, których szczepić nie należy.

Dlatego władze państwowe powinny natychmiast powołać Nadzwyczajną Komisję Kontroli Szczepień Narodowych, w skrócie Nadkomkonszczepnar. Najważniejsze są kadry i dlatego na szefa Komisji z tytułem Naczelnego Komisarza proponuję ministra Michała Wosia, a na jego zastępcę Pana Jana Śpiewaka. Obaj wydają się szczególnie zasłużeni w tropieniu tych, których szczepić nie należy.

W pierwszym etapie działalności Komisja powinna zawiesić program szczepień. Ponieważ dalsze utrzymywanie sytuacji, w której na przykład zaszczepieni w grupie seniorów są ludzie reprezentujący patointeligencję lub łżeelity, jest niedopuszczalne. Następnie Komisja powinna rozliczyć dotychczas zaszczepionych oraz Leszka Millera. Za niezbędne należy uznać publiczne przesłuchania wyżej wymienionych zbrodniarzy szczepionkowych. Przesłuchania należy oczywiście transmitować w TVP. Z zastrzeżeniem, iż materiał będzie zmontowany, jako że taki Miller może jeszcze coś Komisji odpyskować. Dla członków Komisji, jako materiał szkoleniowy należy wykorzystać filmy dokumentalne z okresu rewolucji kulturalnej w Chinach, w których można obejrzeć chińskich studentów rozliczających swoich profesorów z braku rewolucyjnego zapału.

Po zakończeniu pierwszego etapu Komisja będzie mogła przystąpić do ustalenia listy osób, których w żadnym przypadku nie należy szczepić. Skorzystać trzeba z doświadczenia systemu punktów za pochodzenie, który obowiązywał w PRL-u przy egzaminach na studia wyższe. Tyle, że tym razem będzie to system punktów ujemnych, które będą eliminowały z listy do szczepienia. Punkty ujemne Komisja będzie przyznawała za wykształcenie oraz za zasługi na polu kultury i nauki. Dodatkowo Komisja we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej zbadać powinna wszystkich chętnych do szczepienia pod kątem ich działalności w okresie minionych 60 lat, a także zanalizować postępowanie przodków tych osób do trzeciego pokolenia. W ten sposób skonstruowana zostanie lista osób, których szczepić, pod żadnym pozorem, nie należy.

Po ustaleniu listy osób, które nie zasługują na prawo do szczepienia Komisja w etapie trzecim może ustalić kolejność osób do szczepienia. Na podstawie analizy wpisów w portalach społecznościowych wydaje się, że pierwszeństwo powinno przysługiwać osobom, które przynajmniej trzy razy odmówiły udziału w szczepieniu. Dodatkowym kryterium oceny będzie aktywność w mediach społecznościowych polegająca na krytykowaniu patointeligencji i łżeelit.

Wydaje się także zasadne, aby członkowie Komisji, w ramach rekompensaty za społeczną pracę, mieli do dyspozycji pulę talonów na szczepienie poza kolejnością. Jest to o tyle ważne, iż powszechnie wiadomo, że entuzjazm w gromieniu patointeligencji i łżeelit może w członkach Komisji szybko wygasnąć. Dlatego trzeba mieć dla nich także marchewkę, która w sprzyjających warunkach może stać się również kijem.

Biorąc pod uwagę konieczność starannego prowadzenia prac Komisji, należy oczekiwać, że jej działania, w optymistycznym wariancie, zakończą się około grudnia bieżącego roku. Wtedy będzie można rozpocząć w Polsce w pełni przygotowany program szczepień. O ile oczywiście jeszcze kogoś będzie można zaszczepić. Jeśli komuś to nie odpowiada niech jedzie do Izraela.

Pandemia chaosu

W odróżnieniu od wielu zabierających głos publicznie osób szewc Fabisiak nie ma zwyczaju wypowiadania się w sprawach na których się nie zna. Dlatego też nie odnosi się do celowości nowo wprowadzonych jak też dotychczas obowiązujących obostrzeń, choć co do niektórych ma jednak wątpliwości z czysto logicznego punktu widzenia. I również dlatego, że są one wprowadzane w sposób chaotyczny i chyba nie do końca przemyślany.

Taką wątpliwość budzi choćby zakaz poruszania się w Sylwestra akurat od godz. 19 a nie jakiejś innej. Jak zauważa szewc Fabisiak, obliguje to ludzi chcących spędzić wspólnie noworoczną noc do tego, żeby zacząć drinkować już na 5 godzin przed wybiciem godz. 24. Trzeba doprawdy mieć mocny łeb aby nie uwalić się przed nastaniem Nowego Roku. W niektórych krajach wprowadzono już godzinę policyjną i to nie tylko w sylwestrową noc. Polskie władze cierpią jednak na kompleks stanu wojennego i dlatego też źle kojarzącą się policyjną godzinę zastąpiły łagodniej brzmiącym sformułowaniem zakaz przemieszczania się choć i tak na jedno to wychodzi. Fakt ten po swojemu skomentował Donald Tusk wskazując na bardziej liberalne podejście władz PRL wobec swobód obywatelskich przypominając, że w stanie wojennym 31 grudnia odpuszczono godzinę wówczas milicyjną za to PiS ją wprowadza. Szewc Fabisiak uważa, że można a nawet należy mieć krytyczny stosunek do obozu rządzącego, jednakże krytyka na poziomie intelektualnym adwersarza ośmiesza samego krytykującego. Inne bowiem były przesłanki zakazu poruszania się w stanie wojennym, gdy nie było epidemii, zaś inne obecnie, co powinien wiedzieć również czołowy chadecki europejski polityk.

Wątpliwości wywołuje też niespójny logicznie dotychczasowy zakaz przebywania w hotelach osób prywatnych przy dopuszczeniu do hotelowej gościny podróżujących służbowo. Zamiast zniesienia zakazu władze postanowiły go rozszerzyć na wszystkich gości pognębiając tym samym jeszcze bardziej branżę hotelarską. Wygląda na to, że decydenci zdecydowali się na ten krok po obejrzeniu pewnego programu w TVN24. Pokazano tam jak w praktyce wygląda przestrzeganie tych fikcyjnych ograniczeń. Pani z córką mówiła do kamery, że przyjechała do miejscowości wczasowej służbowo. Sprawdzić się tego nie da, ponieważ – jak z kolei powiedziała właścicielka jednego z hoteli – wyjazd służbowy nie musi być udokumentowany, wystarczy jedynie oświadczenie. Swoją drogą jakiż to mózgowiec doszedł do wniosku, że osoby podróżujące prywatnie mogą roznosić wirusa a ci, co jeżdżą służbowo nie – zastanawia się szewc Fabisiak.

Wśród nowo wprowadzonych obostrzeń znalazło się m. in. zamknięcie stoków wykorzystywanych do zjeżdżania na nartach. Jak w tej sytuacji czuje się prezydent Andrzej Duda? Czy zastanawia się nad tym po kiego grzyba dzwonił do wicepremiera Gowina by w ostrych słowach domagać się otwarcia stoków i wyciągów? Czy ten tak istotny dla prezydenta fakt wywoła u niego umiejętność refleksji nad swoją faktyczną pozycją w państwie? Teoretycznie Duda mógłby obejść zakaz i pojawić się na stoku tak jak swego czasu Kaczyński na cmentarzu. Co jednak wolno było posłowi mogącemu zabierać głos w Sejmie w żadnym trybie, to chyba jednak nie nikomu innemu z głową państwa włącznie. Pozbawiony możliwości uprawiania sportów narciarskich Andrzej Duda został sprowadzony do pozycji uczniaka, który ferie ma spędzać w domu. I w taki oto sposób objawia się w RP równość obywateli wobec prawa – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak. Kolejne nowe obostrzenie to wymóg kwarantanny dla osób przyjeżdżających do Polski transportem zorganizowanym. Wynikałoby z tego, że kwarantanna nie będzie dotyczyć tych osób, które przekroczą granicę transportem, który zorganizowany nie jest. Czyli jakim? Prywatnym samochodem, furmanką, dorożką, karetą gdyby do Polski chciałaby się wybrać jakaś europejska królowa czy też na piechotę wysiadając tuż przed granicą z transportu zorganizowanego? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Rząd chwali się wprowadzeniem kolejnych finansowych ułatwień dla branż, które tracą dochody z powodu koronawirusa. Nie wnikając w detale komu, ile i za co szewc Fabisiak zauważa, że wsparcie finansowe, wprawdzie z innej puli ale jednak, otrzymuje też telewizja zwana publiczną (podobieństwo do domu też opatrzonego takim przymiotnikiem czysto przypadkowe). Jako żywo, TVP jeśli dołuje finansowo to bynajmniej nie z powodu epidemii. Dołowała już przedtem zanim pojawiły się pierwsze oznaki wirusa. Ponadto, skoro emituje reklamy, to de facto działa jak telewizja komercyjna i tak też powinna być traktowana. Jednak rzeczona telewizja stanowi wraz z IPN narzędzie prania mózgów i dlatego też, podobnie jak instytutowi, to dofinansowanie z państwowej kasy po prostu się należy – szewc Fabisiak parafrazuje słowa pewnej pani wypowiedziane wówczas, gdy była jeszcze premierem. Należy się w odróżnieniu od politycznie niesłusznych samorządów, którym nie należy się ani złotówka.