To się czyta – rozwój literatury internetowej w Chinach

Kiedy Ziemia nagle zniknęła, zostało tylko dwóch ludzi – astronauta ze stacji Kunlun na Marsie oraz naukowiec ze stacji kosmicznej i robot – kot AI. Jak pokonają trudności i przeżyją na Marsie?

„Zginą na Marsie” pisarza tworzącego w internecie „Tianrui Shuofu” opowiada szaloną historię z gatunku fantastyki naukowej. Aby pokazać logikę oraz prawdopodobieństwo swojej historii, autor załączył blisko sto przypisów.
Autor „Zginą na Marsie”, Tianrui Shuofu wspomniał, że inspiracją do jego powieści był obraz astronauty obserwującego eksplozję Ziemi z powierzchni Księżyca. Rozważania na temat tego, co by się stało, gdyby zobaczył eksplozję Ziemi na obcej planecie rozbudziły jego wyobraźnię.
Można powiedzieć, że Tianrui Shuofu jest jedną z reprezentatywnych postaci chińskiej literatury internetowej w ostatnich latach. Jako pisarz urodzony po 1995 roku, Tianrui Shuofu podejmował wiele tematów literackich w gatunku fantasy historycznego, fikcji o tematyce gier komputerowych, science fiction itd. Na uczelni studiował biologię, jednak ze względu na swoje zainteresowania zajął się pisaniem literatury internetowej. Na początku miał wiele niepowodzeń, ale science fiction stała się kluczem otwierającym mu drogę do pisarstwa online. Jego główne dzieło „Zginą na Marsie” zdobyło nagrodę dla najlepszej literatury internetowej w 30. edycji Chińskiej Fantastyki Naukowej – „Galaxy Award”. Nagroda Chińskiej Fantastyki Naukowej jest najwyższym wyróżnieniem w tej dziedzinie. Jego późniejsze dzieło science fiction pt. „Brak głosu z Tytana”, również odbiło się szerokim echem wśród chińskich czytelników.
Według „Raportu rozwoju chińskiej literatury online 2020 r.” 80 proc. nowych pisarzy internetowych urodziło się po 1995 roku. Nowa generacja pisarzy urodzonych po roku 1990 stała się główną siłą napędową literatury internetowej.
Raport rozwoju chińskiej literatury online 2020 r., opracowany przez Chińską Akademię Nauk Społecznych i Stowarzyszenie Chińskich Pisarzy, przedstawia pełny obraz chińskiej literatury internetowej, będącej ważnym źródłem treści nie tylko dla chińskich czytelników ale także dla globalnej publiczności.
W 2018 i 2019 roku 21 proc. z 309 hitowych seriali telewizyjnych i filmów powstało w oparciu o literaturę internetową, a wśród 100 najpopularniejszych filmów i seriali telewizyjnych odsetek ten sięga aż 42 proc. .
Słowem kluczowym odnoszącym się do rozwoju chińskiej literatury online w 2020 roku była „zmiana”, w tym: zmiana autorów, zmiana czytelników literatury online oraz zmiana modeli biznesowych w tej dziedzinie. Jednocześnie nastąpiła poprawa perspektyw rozwoju kariery autorów literatury online i nieustanny dopływ inspiracji.
Jeśli chodzi o krajowy rynek, literatura internetowa utrzymała tempo wzrostu pod względem liczby pisarzy, czytelników, dochodów, podczas gdy wiele innych branż zmagało się z epidemią COVID-19.
W raporcie podano, że do końca 2020 roku Chiny miały 989 milionów użytkowników Internetu, z czego 467 milionów czytało literaturę online. W grudniu 2020 r. liczba czytelników literatury online była o 4,75 miliona większa niż w marcu 2020 r. W raporcie stwierdzono, że wartość całego cyfrowego rynku czytelniczego sięgnie 41,6 miliarda juanów (6,4 miliarda dolarów) w 2021 roku.
Około 80 procent nowych pisarzy online w 2020 roku to tak zwane pokolenie Z, czyli urodzone w latach 1995-2009. Pokolenie Z, znane jako generacja Internetu, stanowi również 60 procent wszystkich czytelników stron internetowych i użytkowników platform należących do ChinaLiterature Corp., jednej z wiodących firm w tej branży. W sumie 8,9 miliona pisarzy zarejestrowało się w China Literature w 2020 roku, o 800 tysięcy więcej w porównaniu z rokiem 2019.
Według raportu, tradycyjnie preferowane są romanse osadzone w starożytnych czasach oraz adaptacje powieści historyczno-fantastycznych, ale prace koncentrujące się na współczesnych realiach też zyskują popularność.
Jeśli chodzi o globalny rynek, do 2019 roku fani z 40 krajów i regionów położonych wzdłuż „Pasa i Szlaku” przetłumaczyli i przeczytali ponad 10 000 chińskich tytułów literatury online. W raporcie zacytowano dane iResearch, z których wynika, że ​​wartość zagranicznego rynku chińskiej literatury internetowej osiągnęła 460 milionów juanów.
Webnovel.com, wiodąca platforma dla zagranicznych czytelników w ramach China Literature, odnotowała łącznie ponad 73 miliony odwiedzin. Każdego dnia generowano tam blisko 50 000 komentarzy czytelników dotyczących ulubionych dzieł.
Znaczący wzrost odnotowano w przypadku autorów zagranicznych, którzy piszą oryginalne historie online, zbliżone stylem do chińskich powieści internetowych, których są fanami. Witryna Webnovel.com przyciągnęła już 100 000 zagranicznych pisarzy, którzy od kwietnia 2018 r. stworzyli ponad 160 000 utworów literatury online. Większość pisarzy zagranicznych pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej i Ameryki Północnej, a liczba pisarek jest nieco większa niż pisarzy płci męskiej.
Jak wspomniano powyżej, słowem kluczowym odnoszącym się do rozwoju chińskiej literatury online w 2020 roku był „zmiana”, zmiana pojawiła się także w systemie oceny autorów literatury online i ich utworów.
Literatura internetowa rozwija się w Chinach od 20 lat. Ranking autorów literatury internetowej w przeszłości odzwierciedlał głównie ogólny status autorów literatury internetowej w minionym okresie. Obecnie Index Pisarzy Literatury Online opublikowany przez Grupę Yuewen służy do oceny twórców literatury internetowej w różnych aspektach, w tym pod względem rozwoju IP i ekonomii fanów, dzięki czemu system pomiaru literatury internetowej jest bardziej zgodny z nowymi standardami w „Erze IP”.
W maju Grupa Yuewen opublikowała listę „pisarzy guru”(Dashen Zuojia) i listę „pisarzy platynowych”(Baijin Zuojia) 2021 roku (najlepszych autorów literatury online) oraz Indeks Pisarzy Literatury Online. Można powiedzieć, że są to najbardziej miarodajne listy rankingowe literatury internetowej.
Zastępca dyrektora Instytutu Badań nad Literaturą Internetową Stowarzyszenia Chińskich Pisarzy i dyrektor Międzynarodowego Centrum Badań nad Literaturą Internetową Uniwersytetu Pedagogicznego w Hangzhou, Xia Lie powiedział, że system wyboru „pisarzy guru” i „pisarzy platynowych” nie tylko odzwierciedla aktualne wyniki autorów literatury online oraz oceny dla tych autorów, ma także znaczenie dla opracowania kanonu literatury internetowej. Index Pisarzy Literatury Online jest również ważnym wskaźnikiem, który dynamicznie odzwierciedla sytuację branży literatury online. Index ten zapewnia skuteczne wsparcie dla badań w dziedzinie literatury online.

To właśnie miłość

Może to kogoś zdziwi, ale oprócz modlitwy, pracy, rozmyślania o życiu poczętym i związkach partnerskich oraz wolnych sądach, Polacy znajdują czas na miłość.

Kochamy się coraz bardziej, głębiej i mocniej. Częściowo dzięki polityce rodzinnej PiS, a częściowo za sprawą internetu pod każdą strzechą. Pandemia dała miłości podwaliny logistyczne, a internet pozwala je wykorzystywać.
Dzięki koronawirusowi mnóstwo osób zaczęło przesiadywać w domach. Dzięki sieci, żeby z kimś pogadać, nie muszą ruszać się z mieszkania. Tyle, że po jakimś czasie samo gadanie zaczyna być bez sensu. Przestrzegający dystansu poszerza zatem obszar zainteresowań, by trafić na portale łączące człowieka z człowiekiem. I niekoniecznie chodzi o fejsbuka. Jest mnóstwo portali służących wyłącznie rozkwitaniu miłości.
Początki zawsze są takie same. Zakłada się swój profil po to, by popatrzeć co robią inni. Po kilku wejściach widać, że robią to, o czym marzyło się przez całe życie, ale głupio było to zaproponować małżonkowi lub małżonce.
Poszukiwacz prawdziwej miłości przechodzi zatem do następnego etapu. Zaczyna poznawać ludzi. Na przykład panią, która od kilku lat, mimo posiadania ślubnego i gromadki latorośli, realizuje się miłośnie z panem również posiadającym rodzinę. Kochają się nieustannie, ale najmocniej dwa razy w tygodniu w porze obiadowej. Czasem ich miłość wręcz eksploduje i nie ogranicza się wyłącznie do nich, a dosięga drugą parę lub singli płci obojga. Szczytem romantyzmu staje się prezent urodzinowy dla pani, którym są trzej osobnicy płci męskiej, których zakochany partner zorganizował kochance miast banalnego bukietu. Osobników również dosięga strzała Amora i zakochują się jednocześnie w każdym z zakamarków jej ciała. Umożliwiającym sobie i jej zobaczenie gwiazd, motylków, nieba i piekła w jednym.
Można też natrafić w portalu na niewiastę z Krakowa, która zakochuje się na basenie w 17 letnim młodzieńcu. A właściwie w tej jego części, która pierwej zakochała się w niej, co udowodniła swoim, wykraczającym poza ramy kąpielówek, gabarytem. Wskutek tego pani przelała nań w przebieralni swoje uczucie zmaterializowane przez gruczoł ślinowy. Młodzian odwzajemnił miłość, przelewając z kolej w obręb jej ust to, co miał najcenniejszego.
Internetowy poszukiwacz, czy poszukiwaczka prawdziwej miłości, jeśli choć raz w życiu byli na publicznym basenie, już po takim kawałku widzą, że opowieść ta, to jawny kit. Tyle, że to nie koniec. Pani z Krakowa, będąc nauczycielką, zaprasza młodzieńca do siebie, by pomóc mu w przygotowaniach do egzaminu dojrzałości. Młodzieniec przybywa nie sam, ale ze swoją 16-letnią dziewczyną. Ciąg dalszy tej love story można przewidzieć. Pani idzie się rozebrać do łazienki, a gdy wraca, młodzież jest już bez przyodziewku. Dziewczyna okazuje się być dziewicą i oczywiście z powodu zapałania równoległym uczuciem do chłopaka i nauczycielki składa swój wianek w ofierze tej miłości. Nie tylko ten zresztą. Ten z tyłu również.
Jeśli na panią z Krakowa trafi kobieta, to po opisie tych miłosnych uniesień, dostanie propozycję wymiany swoich prywatnych fotek drogą e-mailową. Gdy już mail od pani z Krakowa przyjdzie, to dzięki dwóm prostym kliknięciom, okaże się, że zrobione dopiero co fotki mają 10 lat i są ściągnięte z internetu. Mało tego, ponieważ dzięki e-mailom można w prosty sposób odczytać IP nadawcy, a potem sprawdzić gdzie napisano maila, to okaże się, że pani z Krakowa jest z okolic Tucholi. I raczej nie jest panią. Po prostu 80 procent ludzi na portalach miłosnych łże.
Następne zatem co musi poszukiwacz prawdziwej miłości, to nauczyć się oddzielać nasienie od plew. Oraz, co bardzo ważne, umiejętnie chronić swoje dane.
Jeśli bowiem w portalu są zdjęcia z twarzą, do których dostęp mają tylko osoby znające hasło, to może być nieciekawie.
Choćby tak. Poszukiwacz miłości dostaje maila z fotami z adresu g.brzeczyszczykiewicz@pikus.pl. Z wcześniejszego klikania wiadomo, że nadawczyni sfotografowanych wdzięków ma na imię Grażyna, ale w portalu nosi ksywę ziuta31. Teraz wystarczy sprawdzić czy czeczywiście jej IP jest tych okolic, o których pisała. Jeśli się to potwierdza, to wystukujemy w fejsbooku lub naszej klasie Grażynę Brzęczyszczykiewicz z Piły i wyskakują nam foty z facjatą, którą znamy z gołych zdjęć. Panna jest zatem zweryfikowana. Ale dla kogoś, kto miałby ochotę na coś więcej, zaczyna się dopiero pole do popisu.
Na portalach społecznościowych ludzie podają miejsca gdzie pracują, mają profile swoich mężów i dzieci. Ktoś, kto zamiast prawdziwej miłości szukałby kogoś, kogo można szantażować, ma wolną drogę. Ma gołe foty z twarzą i namiary na męża, dzieci, kolegów męża i kolegów dzieci. I jeśli pani nie zechce zrobić tego, co taki zły człowiek chce, on nie zawaha się tych namiarów użyć.
Ubogacony wiedzą weryfikacyjną poszukiwacz, sprawdza teraz na potęgę znajomych z miłosnego portalu. Lustruje pozytywnie 45 letniego kamieniarza z zachodniopomorskiego, który po przerobieniu z 40 letnią żoną całej Kamasutry, odkryciu wpływu sikania żony na własną potencję seksualną, oraz uaktywnienie się receptorów doznań miłosnych w jej anusie, postanowił pójść krok dalej. Jako homofob i antysemita zauroczony tezami prezesa, a może z innego powodu, wykoncypował z małżonką, że odegra ona rolę pani, która świadczy obcemu usługi seksualne za gotówkę. Gotówką miało być 500 złotych. Chętny się znalazł i doszło do miłosnego zbliżenia pani kamieniarzowej z klientem. Mąż spotkanie filmował i fotografował, a klient niekoniecznie miał tego świadomość. Kamieniarzowej spotkanie się tak spodobało, że zastosowała rabat specjalny i jedyną gotówką, jaką wzięła było 100 zł na pokrycie kosztów paliwa. Kamieniarz też był wniebowzięty, o czym zaświadczają jego następne produkcje filmowe zamieszczane na miłosnym portalu.
Kolejne obserwacje poczynione w portalu sprowadzają się do stwierdzenia, że kobiety mają łatwiej, tak samo pary. Natomiast faceci muszą się bardzo starać. Nieważne zatem czy poszukiwaczka miłości ma 20 czy 60 lat. Nieistotne czy waży 50 czy 120 kilo. Jeśli jest kobietą, ma branie. Może przebierać w facetach młodszych o 30 lat lub o tyluż starszych. W facetach ze służb specjalnych, pracownikach naukowych lub studentach. Jednej, a właściwie dwóch rzeczy nie jest w stanie jednak bez spotkania kogoś takiego stwierdzić. Gabarytów i możliwości. O ile bowiem białogłowy z reguły zaniżają w profilach swój wiek o 5 lat i wagę o 7 kilo, to faceci przedłużają sobie strzałę Amora o 3 centymetry. Drugą męską ściemą jest czas, który są w stanie poświęcić na wysyłanie kobiety na miłosny Olimp. Zapewniając o swojej długodystansowości, osiągają z reguły czas przedłużonego sprintu. Tłumaczą to oczywiście seksapilem niewiasty, który tak na nich działa, że nie mogą się powstrzymać. Wśród białogłów bywałych w realnym korzystaniu z wdzięków internetowych kochanków, utarło się, że najlepsi są 20-latkowie i ci (co pewnie nie zaskoczy Agnieszki Wołk Łaniewskiej) po 50-ce. Młodsi to ciacha, ale szybkostrzelne i niewładające językami z migowym na czele. A co najciekawsze, większość z nich uskutecznia miłość, przyodziana oprócz lateksowej nakładki w złoty krzyżyk na łańcuszku. Starsi, po pierwsze wiedzą co i jak, a po drugie dzięki naukowcom z firmy Pfitzer, mogą zgłębiać miłosne czeluście przez parę godzin.
Z parami jest inaczej. Regułą jest, że propozycja rozszerzenia składu małżeńskiego łoża pada ze strony mężczyzny. Pada przeważnie po 10 latach trwania związku. Odpowiedzią żony jest z reguły zniesmaczenie, ale jeśli facet jest cierpliwy, to będzie drążył temat tak długo, że dla świętego spokoju małżonka się zgodzi. Jednak od zgody do grupowej realizacji droga jeszcze daleka. Namówiona małżonka musi teraz zobaczyć w co się pakuje, w związku z czym to ona zaczyna przedzierać się przez sekrety portali miłosnych. Trafia na postawione w takiej samej sytuacji kobiety i widząc, że nie jest sama, jak też, że miłosne uniesienia spotęgowane tłumem wcale nie muszą boleć, zaczyna działać.
Szczególnie jeśli wejdzie na internetowy kanał, gdzie pary pokazują na żywo co potrafią. Ośmielona widokiem normalnych ludzi oddających się bez skrępowania upojnościom uczuciowym, postanawia z nimi porozmawiać. Rozmowy kończą się wymianą adresów komunikatorów audio wideo takich jak Skype. A potem już jest z górki. Skoro inni mogą i sprawia im to frajdę, a w dodatku są normalni, to ja też. Po takiej konstatacji rozpoczyna się działanie. Najpierw wyszukiwanie potencjalnych obiektów miłosnego zauroczenia. Potem szybka lustracja mailem, Skype’m i w końcu komórką. Kolejnym krokiem jest spotkanie się we czwórkę, w kawiarni, by w końcu wylądować w poszerzonej wspólnocie małżeńskiej.
Dopiero tu zaczynają się prawdziwe problemy. I to wcale nie ze strony kobiety. Najczęściej nawalają panowie. Zamiast rzucać się od razu w wir emocji, dodają sobie odwagi alkoholem. I oczywiście, któryś przesadza. Nie zawsze jednak procenty stanowią problem. O wiele częściej jest nim niemoc wywołana komparatystyką penisową. Facet widząc, jak do jego ślubnej dobiera się ktoś, o stanowczo dłuższym potencjale miłosnym, doświadcza swoistej zapaści swojego kołczanu. W tej sytuacji, można być pewnym, że nigdy już nie zaproponuje małżonce wspólnego wypadu.
Wiele żon postawionych w takiej sytuacji, zakłada sobie potem swój własny, utajniony przed mężem profil, gdyż jak wiadomo z Romea i Julii, miłość nie znosi ograniczeń. Jako singielka-mężatka zaczyna realizować się uczuciowo na własną rękę i nie tylko rękę.
Czasem zdarza się jednak niewiasta, która przejmuje inicjatywę i oznajmia małżonkowi, że albo będą się spotykać z parami razem, albo ona będzie poszukiwała romantyczniejszej strony egzystencji samotnie. Na takie dictum panowie z reguły przystają. Jak choćby pan ze ściany wschodniej, który dzięki takiemu ultimatum jest zmuszony co tydzień obcować miłośnie z żoną faceta, który piętro wyżej uromantycznia jego ślubną. Pan ma z tego jednak pewne pożytki. Podróżuje z żoną i dziećmi po kraju. Korzystają bowiem z zaproszeń małżeństw i par z atrakcyjnych turystycznie okolic. W ciągu dnia realizują się z rodziną wycieczkowo, a wieczorami uczuciowo. Korzyść jest prosta, weekendowy wypad kosztuje ich tyle co paliwo. Żarcie i noclegi mają za free. Co prawda drugi raz w tym samym miejscu z reguły już nie są, a to z tej prostej przyczyny, że żona pana ze ściany wschodniej ma do uniesień miłosnych stosunek równie twórczy jak deska do prasowania, zaś jej mąż ma poważne problemy spowodowane brakiem znajomości kobiecej anatomii. Medycyna mogłaby to nazwać nawet dysclitorią, czyli absolutnym brakiem umiejętności znalezienia łechtaczki.
Nie tylko pary mogą dzięki internetowym kochankom układać sobie turystyczne przyjemności. W tej dziedzinie brylują głównie panie. Wystarczy, że rzucą w miłosnym portalu hasło, że będą przez tydzień w Świeradowie, by po chwili mogły przebierać w ofertach par i panów oferujących im miłość, szacunek i posłuszeństwo bez granic. Obiady, kolacje i imprezy taneczne nie wymagają zatem od takiej białogłowy żadnych nakładów finansowych.
Poszukiwaczki prawdziwych miłości czasem stawiają swoich kochanków w sytuacji analogicznej z tą, w której postawił milionera Jack Lemmon w ostatniej scenie „Pół żartem pół serio”. Jeśli bowiem para zna się tylko internetowo i telefonicznie, to często w sieciach komórkowych dochodzi do takich rozmów.
On: Hejka! Właśnie wysiadłem na Centralnym, spóźnił się ze Szczecina tylko kwadrans. Gdzie się spotkamy?
Ona: Ale muszę ci wcześniej coś powiedzieć. Ja nie mam 32 lat.
On: To nic. Gdzie będziesz?
Ona: Mam 45. Będę za godzinę w Złotych tarasach przy MC Donaldsie. Ale nie ważę 60 kilo…
On: Nie szkodzi. Jak będziesz ubrana?
Ona: Mam 95… i będę w takim brązowym futerku z wielką czerwoną torebką. Przy wejściu.
On: Wspaniale. Już idę i będę czekał.
Ona: To narka. A tak w ogóle to nie mam na imię Paulina tylko Adela. Buziaczki!
Wiadomo, że nikt nie jest doskonały. Wiedzą to także miłośniczki kochania. Ale żadna niedoskonałość, nie odstręczy kochanka, który już i tak pół dnia i nocy zmarnował, by zakosztować swej Izoldy.
Miłość pochodząca z sieci jest szybka. Nie ma czasu na trzymanie się za rączki i oglądanie gwiazd. Najczęściej spotykaną jej formą jest wylądowanie w alkowie przed pierwszą randką, lub w uniseksualnej toalecie w jej trakcie. Z alkową bezrobotny poszukiwacz miłości nie ma problemu. Żona lub mąż i dzieci w szkole lub przedszkolu, więc gniazdko miłości jest wolne. A jeśli nie jest, to ratunek przychodzi z sieci. Za 40 – 50 złotych można wynająć niekrępujący pokój na 2 – 3 godziny w większości polskich, dużych miast. Bo miłość udziela się także hotelarzom.
W portalach dla dorosłych zarejestrowanych są miliony rodaków. Dzięki nim uczucia mogą rozkwitać. Szczególnie wśród tych, którzy uważają, że seks z własną żoną, czy mężem, to kazirodztwo.

Internet za zamkniętymi drzwiami

Państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa apeluje do dorosłych, by zgłaszali przypadki publikacji treści erotycznych samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie.
Coraz częściej w sieci spotykane są intymne materiały foto lub wideo przedstawiające dzieci – i często wykonane są one przez nie same. Przypomnijmy, że w świetle polskiego prawa (ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka) za dziecko uznaje się istotę ludzką do chwili osiągnięcia pełnoletniości, czyli 18 lat. Taką osobę określa się też terminem prawnym: „małoletnia”.
Blisko co trzeci ankietowany polski nastolatek w badaniach Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej zadeklarował, że prowadził wideo rozmowy z osobami, których wcześniej nie znał, a co ósmy, że w trakcie takich rozmów dostał propozycję pokazania się bez ubrania. 25 proc. polskich nastolatków zadeklarowało, iż otrzymało czyjeś materiały erotyczne, a ponad 7 proc. – że wysłało komuś swoje. Taki wynik przynosi badanie NASK „Nastolatki wobec internetu” z 2014 r., jednak na podstawie tzw. technik projekcyjnych zastosowanych w kwestionariuszu badania, można wnioskować, że procent takich nastolatków jest znacznie wyższy.
W związu z tym państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa rozpoczął kampanię „Czy wiesz, co robią dzieci za zamkniętymi drzwiami?”, poruszającą problem wytwarzania oraz prezentowania w internecie i rozsyłania do innych osób intymnych obrazów lub filmów przez osoby małoletnie. Jak precyzuje NASK, chodzi tu o osoby małoletnie: „intencjonalnie angażujące się w erotyczną lub seksualną aktywność”. Eksperci Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej przekonują, że coraz więcej takich obrazów krąży w sieci – i za każdym z nich może stać krzywda dziecka.
Jak podkreśla państwowy instytut badawczy NASK: „Kampania ma zachęcać dorosłych użytkowników Internetu do zgłaszania przypadków publikacji treści erotycznych, samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie”.
W sformułowaniu tym instytut badawczy NASK użył określenia „osoba nieletnia”, a nie „małoletnia”. Chodzi tu konkretnie o rok różnicy, jest to jednak ważna różnica.
Nieletni to w świetle polskiego prawa karnego osoba poniżej 17 roku życia, która tylko w szczególnych przypadkach może odpowiadać za popełnienie przestępstwa. Do tych przypadków nie należy wytwarzanie materiałów pornograficznych przez nieletniego, z udziałem własnym czy innej osoby nieletniej – za co może jednak karnie odpowiadać osoba małoletnia (w tym przypadku, będąca pomiędzy 17 a 18 rokiem życia).
Dziecko (czyli człowiek poniżej 18 roku życia) może zatem zostać skazane za wytwarzanie i upowszechnianie materiałów zawierających to, co wolno mu robić. Zgodnie z polskim prawem, minimalny wiek, od którego dziecko ma prawo wyrażenia zgody na czynności seksualne z inną osobą wynosi w naszym kraju 15 lat.
Osoba pomiędzy 17 a 18 rokiem życia może więc legalnie już podejmować czynności seksualne, ale nie może ich utrwalać ani ujawniać w internecie, gdyż grozi jej za to odpowiedzialność z art 202 kodeksu karnego (publiczne prezentowanie treści pornograficznych). A jest ona niemała: od 1 roku do nawet 12 lat pozbawienia wolności. Nie dla każdego „intymność” znaczy dokładnie to samo. Ale większość z nas uznaje, że sprawy intymne, czyli związane z seksualnością, należą do sfery najbardziej prywatnej i powinno się je dzielić wyłącznie z najbliższymi osobami. Niestety, nie zawsze młode osoby w pełni zdają sobie sprawę ze znaczenia tego faktu. Albo z innych, zewnętrznych powodów, decydują się postąpić wbrew swojej potrzebie zachowania prywatności. Eksperci, którzy na co dzień zajmują się treściami szkodliwymi i nielegalnymi w Internecie, w tym materiałami przedstawiającymi seksualne wykorzystywanie dzieci, coraz częściej otrzymują zgłoszenia na temat materiałów z bardzo intymnymi treściami wideo i zdjęciami, na których dzieci zarejestrowały same siebie, a potem udostępniły je innym osobom – mówi Anna Rywczyńska, kierownik działu edukacji cyfrowej w państwowym instytucie badawczym NASK.
„Wśród tych zdjęć czy filmów znajdują się takie, gdzie dziecko jest całkowicie rozebrane, widać intymne części ciała lub wręcz jest w trakcie czynności seksualnych” – podkreśla instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. Mogą to być treści sextingowe, które młodzi przesyłają sobie nawzajem (np. jako dowód miłości, zaufania, element flirtu, zabawy).
Treści takiej korespondencji niekiedy „wypływają” i są upubliczniane wbrew początkowym intencjom pary – na skutek kłótni, pozyskania materiałów przez osoby postronne lub błędu w zabezpieczeniach. Zdarzają się jednak również materiały, które nastolatki przesyłają na prywatnych kanałach osobom nieznajomym lub publikują w szeroko dostępnych serwisach.
Według badań brytyjskiej organizacji Internet Watch Foundation, wśród znalezionych w Internecie materiałów o charakterze seksualnym wykonanych przez osoby nieletnie, 96 proc. treści przedstawiało te dzieci znajdujące się w domowym otoczeniu, przeważnie w pokojach lub sypialniach pełnych zabawek lub młodzieżowych dekoracji. 98 proc.zbadanych materiałów przedstawia dzieci w wieku 13 lat i mniej. Słowem, jest to raj dla pedofilów. W Polsce na razie nie ma podobnych statystyk. – Nie można uznawać, że materiały wytworzone samodzielnie zawsze są wykonane dobrowolnie. W wielu przypadkach są to materiały powstałe w wyniku procesu uwodzenia dziecka, szantażu, pod wpływem presji rówieśników lub środowiska bądź w wyniku podejmowania czynności przez nieletnich, którzy naśladując starszych, nie do końca rozumieją cały kontekst sytuacji – wyjaśnia Martyna Różycka, kierownik należącego do Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zespołu Dyżurnet.pl, zajmującego się reagowaniem na szkodliwe i nielegalne treści w sieci.
W 2019 r. Dyżurnet.pl przeanalizował 12 517 zawiadomień, z czego 2 295 (czyli 18 proc. analizowanych treści) zostało zakwalifikowanych jako treść pornograficzna z udziałem dziecka. Były to więc materiały bezsprzecznie nielegalne.
Eksperci Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zauważają, że coraz częściej wśród materiałów atrakcyjnych dla osób o pedofilskich skłonnościach znajdują się materiały samodzielnie wytworzone przez osoby małoletnie. W 2019 r. stanowiły one blisko 10 proc. treści zakwalifikowanych jako pornografia dziecięca. Trudno zrozumieć, co siedzi w głowach nastolatków, którzy samodzielnie wytwarzają pornografię dziecięcą z własnym udziałem, lecz jak wynika z badań NASK, jest to realny problem w Polsce.
Celem kampanii jest zwrócenie uwagi osób dorosłych na to, że nawet drobne działanie, takie jak zgłoszenie nadużycia do moderatora lub administratora serwisu, może zapobiec poważnym konsekwencjom dla dziecka. O ile bowiem młody autor czy autorka intymnego selfie może nie do końca zdawać sobie sprawę, jak poważny błąd popełnia, to dorośli powinni.
Publikowanie materiałów intymnych może prowadzić do nadużyć wobec dziecka, na przykład agresywnych i wulgarnych komentarzy, dalszej seksualizacji oraz przemocy polegającej na wymuszaniu dostarczania kolejnych filmów czy zdjęć. Intymne materiały są oczywiście atrakcyjne dla osób o pedofilskich skłonnościach.
Należy podkreślić, że według polskiego prawa utrwalanie i publikacja treści pornograficznych z udziałem osoby poniżej 18. roku życia są nielegalne. Nakłanianie przez dorosłych osoby nieletniej do prezentowania nagości również jest niezgodne z prawem.
„Wielką rolę mają tu do odegrania rodzice, którzy powinni poważnie traktować internetowe doświadczenia swoich dzieci, słuchać ich i interweniować zawsze wtedy, gdy dziecko czuje, że sobie nie radzi” – podkreśla instytut badawczy NASK. I wskazuje, że to często dorośli krzywdzą dzieci. Tym bardziej na pozostałych dorosłych, którym dobro dzieci leży na sercu, ciąży obowiązek reagowania, gdy dzieje się coś niepokojącego.
Zgłaszanie treści, w których osoby małoletnie są widoczne w seksualnym kontekście, prowadzi do weryfikacji, czy nie doszło do przestępstwa?. Prowadzi też przeważnie do usunięcia filmu czy zdjęcia z danego serwisu a czasem nawet z wyników wyszukiwania lub z dostępnych stron portalu społecznościowego. To ważne dla młodych osób, dla których oglądanie krępujących materiałów przez rodzinę czy przyjaciół może być źródłem cierpienia psychicznego.
„Dlatego, nawet jeśli nie jesteśmy pewni, czy osoba, którą oglądamy jest niepełnoletnia, czy tylko młodo wygląda, powinniśmy zgłosić materiał do sprawdzenia przez moderatora lub do zespołu Dyżurnet.pl” – apeluje instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa.

Cyfryzacja niczym wsie potiomkinowskie

Podłączone ale faktycznie nie uruchomione – czy tak będzie wyglądać realizacja PiS-owskiego programu dostarczania szybkiego internetu do szkół?
W jednym z poprzednich wydań Trybuny przestawiliśmy stan informatyzacji polskich szkół na początku bieżącego roku szkolnego. W świetle enuncjacji osób za to odpowiedzialnych, przedstawiał się on raczej pozytywnie.
Szefowie i nadzorcy Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej na niedawnej konferencji prasowej opowiadali o sukcesach programu komputeryzacji szkół, stworzonego w 2017 r., który – mimo początkowych przejściowych trudności – realizowany jest prawidłowo i zapewni, że od września do końca tego roku ponad 4000 kolejnych szkół zostanie podłączonych do szybkiego internetu. „Jesteśmy zadowoleni z procesu cyfryzacji szkolnictwa” – mówił minister Marek Zagórski. Rzeczywistość naturalnie wygląda inaczej.
Szefowie OSE sprytnie wybrali termin swego spotkania z mediami, tak by choć o parę dni uprzedzić raport Najwyższej Izby Kontroli z realizacji programu cyfryzacji szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. I mieli rację, bo ustalenia kontroli NIK wyraźnie różnią się od pełnych samozadowolenia opowieści osób odpowiedzialnych za OSE.
Jak ustaliła NIK, program OSE jest realizowany z opóźnieniami i z niepełną skutecznością. W 2016 r. ponad 40 proc. szkół korzystało z dostępu do Internetu o niskiej przepustowości, zaledwie do 10 Mb/s. Tak wolne łącza utrudniały lub wręcz uniemożliwiały korzystanie z cyfrowych narzędzi edukacyjnych. Aby uczniowie i nauczyciele mieli swobodny dostęp do materiałów multimedialnych (scenariuszy zajęć, filmów, prezentacji, gier edukacyjnych) przepustowość powinna być co najmniej 10 razy większa (przynajmniej 100 Mb/s). I tym właśnie miała się zająć Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Koszty budowy i utrzymania OSE oszacowano na blisko 1,3 mld zł (do 2027 r.).
Cel OSE to zapewnienie szkołom do końca 2020 r. dostępu do szybkiego, bezpłatnego i bezpiecznego Internetu. Zgodnie z założeniami – realizowanymi pod hasłem „100 Mega na 100-lecie” – program ma pozwolić na wyrównanie szans edukacyjnych, wspomagać proces kształcenia, podnieść kompetencje cyfrowe uczniów i nauczycieli. Od początku jednak robiono to ślamazarnie.
„Podłączanie kolejnych szkół do OSE przebiega z opóźnieniami. Z pierwotnych planów podłączenia 1 500 lokalizacji w 2018 roku, 12 700 lokalizacji w 2019 roku i 19 500 lokalizacji w 2020 roku niewiele zostało” – stwierdza NIK. W 2018 r. przyłączono do OSE 366 szkół w 328 miejscach (czyli lokalizacjach). Do końca sierpnia 2019 r. usługi OSE zostały uruchomione w 2 575 miejscach. Stanowiło to zaledwie 20 proc. przyłączeń zaplanowanych do końca 2019 roku.
Na przełomie 2018 i 2019 operator OSE – Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa – wdrożył plan naprawczy. W wyniku reformy oświaty i likwidacji gimnazjów zmniejszyła się także liczba szkół (z ponad 30 tys. do ok. 23 tys.) co powinno pomóc w sprawniejszej realizacji programu. „Jednak nawet to nie wpłynęło na znaczący postęp prac” – zauważa NIK. W 2019 r. tempo przyłączania szkół do sieci OSE wprawdzie nieco przyspieszyło – nie na tyle jednak, aby wyeliminować ryzyko niepodłączenia wszystkich zaplanowanych szkół do OSE na koniec bieżącego roku.
Według danych zamieszczonych na stronie ose.gov.pl, do 13 stycznia 2020 r. Ogólnopolska Sieć Edukacyjna została doprowadzona do 5 779 szkół, czyli objęła 25 proc. szkół wstępnie planowanych do podłączenia na koniec 2020 r. Minister Cyfryzacji wskazał zaś w swoim stanowisku z 15 kwietnia 2020 r., że do 9 kwietnia br. do OSE było podłączonych 12 627 szkół. Tyle, że samo podłączenie jeszcze nie oznacza faktycznego uruchomienia!
NIK wykryła, że nie wszystkie szkoły wyposażone w urządzenia OSE miały uruchomione usługi OSE. Część z nich wciąż oczekiwała na udostępnienie szybkiego łącza do Internetu przez operatorów telekomunikacyjnych. Oznacza to, że cała sieć OSE zaczyna nieco przypominać pozorne wsie potiomkinowskie. W rezultacie opóźnienia – w sierpniu 2019 r. – „były tak znaczące, że nie mogły pozostać bez wpływu na całość projektu i termin jego
Teraz prace nieco przyspieszyły, wciąż jednak przebiegają wolniej niż planowano. Opóźnienia przy tego typu przedsięwzięciach się wprawdzie zdarzają. „Jednak w tym wypadku są na tyle duże, że nawet pomimo przyspieszenia – wciąż istnieje ryzyko niepodłączenia usług OSE do wszystkich zainteresowanych szkół do końca 2020 r.” – podkreśla NIK.
Jest kilka podstawowych przyczyn tych opóźnień. NIK wymienia między innymi to, że NASK zbyt późno dostrzegła niektóre zagrożenia i nie zawsze wystarczająco szybko i odpowiednio na nie reagowała np. takie jak niewystarczające zainteresowanie szkół przyłączeniem do OSE czy fluktuację kadr. Sprawnej realizacji prac nie sprzyjała rotacja pracowników NASK odpowiedzialnych za realizację OSE. W pierwszych dwóch latach (2017 i 2018) stan zatrudnienia był niedoszacowany. W realizację trzeba było zaangażować więcej pracowników niż zaplanowano. Z kolei planu zatrudnienia na rok 2019 (190 etatów) nie wypełniono nawet w połowie. Nie bez znaczenia dla tempa prac był też brak całościowego harmonogramu dla programu OSE, który ułatwiałby bieżące nadzorowanie zaawansowania programu.
W dodatku odpowiedzialny za projekt OSE Minister Cyfryzacji nie zadbał o to, by została sporządzona kompletna, jednolita dokumentacja inicjująca prace nad OSE. Minister nie zapewnił też sobie niezależnej oceny prawidłowości przygotowanej przez NASK koncepcji wykonania tej sieci oraz weryfikacji kosztorysu prac. „Tym samym, Minister Cyfryzacji nie wiedział, czy zaproponowany przez NASK sposób prac nad OSE i szacowane koszty są właściwe” – podkreśla NIK. Tak więc, szef resortu cyfryzacji przyjął wszystko na wiarę – bo wiara ma duże znaczenie w funkcjonowaniu PiS-owskiej administracji.
Błędy kryją się też w samych założeniach programu OSE. Jak wskazuje NIK, oferowane przez NASK warunki korzystania z Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej nie są dla szkół wystarczająco korzystne. NASK nie zagwarantował szkołom przede wszystkim należytego poziomu dostępności sieci.
Regularny, stały i bezpieczny dostęp do internetu jest podstawą wdrażania i rozwijania edukacji cyfrowej w szkołach. Tymczasem w podpisywanych umowach zapewniano dostępność sieci na poziomie 96 proc. w skali miesięcznej. W ocenie NIK, tak niskie wartości dostępności sieci OSE to zdecydowanie za mało, aby zapewnić możliwość nieprzerwanego, cyklicznego prowadzenia zajęć dydaktycznych, bez obaw o dostęp do kolejnych zaplanowanych materiałów czy choćby korzystania z elektronicznego dziennika.
96 proc. dostępności w skali miesięcznej oznacza bowiem, że sieć może być niedostępna przez 28 godzin i 48 minut w ciągu miesiąca, czyli ponad siedem godzin w każdym tygodniu. W niesprzyjających okolicznościach szkoła mogłaby więc zostać pozbawiona dostępu do sieci przez cały jeden dzień roboczy w każdym tygodniu.
W ocenie NIK zbyt długi jest także – przyjęty w umowach ze szkołami – czas na usunięcie przez NASK zarejestrowanych awarii OSE: aż 28 godzin roboczych, liczonych od 8.00 do 17.00. Zgodnie z zapisami umów usunięcie awarii może więc zająć nawet trzy dni robocze. Takie sytuacje mogłyby zupełnie zdezorganizować pracę uczniów i nauczycieli.
I niestety już dezorganizują, bo czasowe problemy w działaniu sieci OSE występowały dotychczas niemal w połowie badanych szkół (45 proc.), a w części (17 proc.) dostarczana prędkość internetu była niższa od zamówionej.
Tymczasem problemy w działaniu sieci OSE, nawet jeśli są niewielkie, często bardzo mocno utrudniają sprawne prowadzenie lekcji. W efekcie aż 41 proc. kontrolowanych szkół – już tych podłączonych do OSE – utrzymywało i opłacało równocześnie dodatkowe, komercyjne łącza internetowe.
To oczywiście podważa cały sens wyrzucania państwowych miliardów na nieskuteczną, Ogólnopolską Sieć (czy raczej siateczkę) Edukacyjną. Dyrektorzy, którzy zdecydowali się na utrzymywanie zapasowego łącza komercyjnego wyjaśniali, że nieprzerwany dostęp do Internetu jest dla szkoły bardzo istotny, między innymi dlatego, że nauczyciele posługują się elektronicznym dziennikiem lekcyjnym. Wskazywali także, że na łączności internetowej bazuje praca księgowości i sekretariatów.
Nie wiadomo, czy Ogólnopolska Sieć Edukacyjna rzeczywiście do końca roku podłączy ponad 4 tysiące szkół do szybkiego internetu. Ale nawet jak podłączy, będzie to w niemałej mierze działanie pozorne. Przezorni dyrektorzy, tak jak dotychczas powinni więc zadbać o dodatkowy, skuteczny dostęp do sieci dla swoich szkół.

Wciąż za mało szybkiego internetu

Nie jest wykluczone, że jeszcze we wrześniu zajdzie konieczność powrotu do zdalnego nauczania z powodu nasilenia się pandemii.

Rząd obiecuje, że w okresie od września do końca grudnia tego roku w prawie 4 tysiącach polskich szkół zostanie zainstalowany szybki, bezpieczny i bezpłatny internet. Wychodzi na to, że do takiego internetu będzie podłączanych po 1000 szkół miesięcznie.
Szybki internet dociera do szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej – czyli programu publicznej sieci telekomunikacyjnej, dającej placówkom oświatowym należyty dostęp do sieci. Nadzoruje go minister cyfryzacji Marek Zagórski, zaś operatorem OSE jest Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa, która obecnie działa jako instytut badawczy i rejestr domen internetowych.

– Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to kluczowy projekt z punktu widzenia modernizacji polskiej szkoły. Kiedy startowaliśmy, czyli we wrześniu 2017 r., tylko 10 proc. polskich szkół miało dostęp do szybkiego internetu. Do końca tego roku – zgodnie z planem – wszystkie szkoły z umowami będą miały dostęp do sieci – zapewnia minister Marek Zagórski.
A te umowy – na doprowadzenie internetu o odpowiednio wysokich parametrach – do tej pory z OSE podpisało 18,5 tysiąca szkół. Jak podaje resort cyfryzacji, dotychczas, w ciągu trzech lat 14,7 tysiąca placówek zostało już podłączonych do Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej – czyli po około 5 tys. rocznie. Teraz, wedle obietnic ministra cyfryzacji, szybki,bezpieczny i bezpłatny internet ma dotrzeć do prawie 4 tys. szkół w ciągu czterech miesięcy. Konieczne więc będzie wyraźne przyśpieszenie tempa wykonywanych prac, które w tym roku nie były tak dynamiczne jak w poprzednich latach.
Jak wyjaśnia dyrektor NASK dr. Kamil Sitarski, w okresie pandemii zaistniało wiele przeszkód w przyłączaniu szkół do OSE. – Część z tych przeszkód wiązała się z utrudnieniami w pracy szkół czy samorządów, a część z funkcjonowaniem operatorów telekomunikacyjnych. W okresie do marca do czerwca 2020 aż o 60 proc. spadły możliwości podłączeń szkół. Ale w niedługim czasie udało nam się powrócić do pierwotnego harmonogramu i już od sierpnia realizujemy podłączenia zgodnie z planem – powiedział dyrektor NASK.
OSE to nie tylko szybki, bezpłatny i bezpieczny internet w szkołach. To także sprzęt komputerowy, z którego mogą korzystać uczniowie i nauczyciele.

– W ramach naszej wspólnej inicjatywy- #OSEWyzwanie – 764 szkoły z całej Polski otrzymały mobilne pracownie komputerowe, czyli po 16 laptopów. Gdy ze względu na pandemię szkoły podjęły nauczanie zdalne, laptopy mogły być używane również w domach przez tych uczniów, którym brakowało sprzętu do nauki – powiedział szef NASK.

Niebawem do szkół dotrze z OSE kolejne 40 tysięcy szkolnych zestawów multimedialnych, czyli tablety z dostępem do internetu – obiecuje minister cyfryzacji Marek Zagórski.
Łącznie z OSE oraz z programów #ZdalnaSzkoła i #ZdalnaSzkoła plus do szkół trafił lub, wedle obietnic ministra wkrótce trafi, sprzęt o wartości około 400 mln zł
Ponadto, jak zapewnił minister Zagórski, dla wszystkich nauczycieli i uczniów dostępne są online materiały edukacyjne, które mogą przydać się podczas zdalnej edukacji.

– Już w marcu przygotowaliśmy portal GOV.pl/zdalnelekcje https://www.gov.pl/web/zdalnelekcje . Do czerwca skorzystało z niego 2,6 mln osób, które wygenerowały 67 mln odsłon. Opublikowaliśmy tam 3580 propozycji lekcji i 18660 materiałów edukacyjnych. W razie potrzeby – materiały na wrzesień są już gotowe – dodaje minister cyfryzacji, który przewiduje, że być może jeszcze we wrześniu zajdzie konieczność powrotu do nauczania zdalnego z powodu nasilenia się pandemii w Polsce.

Zapraszamy wszystkie szkoły, które do tej pory tego nie zrobiły, aby dołączyły do programu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Nadal można to zrobić – apelują szefowie ministerstwa cyfryzacji i NASK.
Apel jest istotny, bo w Polsce działa około 23 tys. szkół, z których prawie 8 tys. rozpoczęło tegoroczny rok szkolny bez odpowiedniego dostępu do internetu.

Gospodarka 48 godzin

Internetowe obietnice

Rząd obiecuje, że w przyszłości więcej procedur budowlanych będzie można załatwiać przez internet. Kiedy konkretnie? Nie wiadomo. W każdym razie ma się pojawić możliwość składania niektórych wniosków i dokonywania zgłoszeń w procesie budowlanym w postaci elektronicznej. Powinno się to stać dzięki zapowiadanej cyfryzacji czynności inwestycyjno – budowlanych, którą stopniowo ma wdrażać Główny Urząd Nadzoru Budowlanego. Przez internet będzie możliwe m.in. zgłoszenie robót budowlanych (z wyjątkiem tych zgłoszeń, do których konieczne jest dołączenie projektu zagospodarowania działki lub terenu albo projektu architektoniczno-budowlanego), złożenie wniosku o pozwolenie na rozbiórkę, zgłoszenie rozbiórki, wniosku o wydanie decyzji o konieczności wejścia do sąsiedniego budynku czy lokalu lub na teren sąsiedniej nieruchomości, zgłoszenie zmiany sposobu użytkowania obiektu budowlanego lub jego części. Do zgłoszenia czy wniosku w przyszłości mają wystarczyc jedynie kopie wymaganych załączników, zamiast oryginałów. Umożliwi to obywatelowi załatwianie częsci spraw bez wychodzenia z domu. W tym celu, w nieokreślonej na razie przyszłości, uruchomiony zostanie tzw. generator, nad stworzeniem którego pracuje GUNB. Z generatora (jeśli powstanie) będzie można korzystać za pośrednictwem rządowej strony internetowej. Na tej stronie za pomocą generatora obywatel wypełni wniosek, zgłoszenie czy zawiadomienie, załączy skan lub zdjęcie wymaganych dokumentów (o ile ich oryginał posiada w postaci papierowej) – i wszystko to wyśle przez internet. „Zaproponowane rozwiązania znacznie usprawnią proces budowlany w Polsce i sprawią, że inwestycje będą realizowane sprawniej i szybciej” – obiecuje rząd.

Minimalne nie dla każdego

Rada Ministrów chce ustalić minimalne wynagrodzenie za pracę w 2021 r. na poziomie 2 800 zł brutto (co oznacza 2062 złotych netto czyli „na rękę”). Oznacza to wzrost minimalnego wynagrodzenia, które w tym roku wynosi 2600 zł (1921 zł na rękę) o 7,7 proc. Wzrost ten jest wprawdzie nominalny, trzeba więc od niego odliczyć tempo wzrostu cen, ale różnica 141 złotych miesięcznie daje się zauważyć. W rezultacie w przyszłym roku minimalne wynagrodzenie będzie stanowić 53,2 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2021 r. Wprowadzenie wyższej płacy minimalnej spowoduje zwiększenie wydatków budżetu państwa o około 385,8 mln zł w przyszłym roku. Natomiast nowa minimalna stawka godzinowa w 2021 r. ma wynieść 18,30 zł (w 2020 r. było to 17 zł). Przyjęcie tej propozycji spowoduje zwiększenie wydatków budżetu państwa o ok. 2,5 mln zł. Problemem w Polsce już nie jest za niska kwota minimalnego wynagrodzenia, lecz to, że wiele osób zatrudnionych na ułamkach etatu czy na umowach śmieciowych nie ma szans na uzyskiwanie takich poborów.
Wzrost minimalnej płacy i stawki godzinowej, powodujący zwiększenie przyszłorocznych wydatków budżetowych o niespełna 390 mln zł jest niczym w porównaniu z kosztami waloryzacji rent i emerytur. Rada Ministrów zaplanowała, że wskaźnik waloryzacji emerytur i rent w 2021 r. wyniesie 103,84 proc. Zgodnie z polskim prawem, mniej już nie może wynieść. Koszt waloryzacji świadczeń emerytalno-rentowych i innych świadczeń z systemu powszechnego, rolniczego i mundurowego, przy takim wskaźniku oszacowano aż na 9,6 mld zł!. A przecież rząd podniesie renty i emerytury o najniższy, dopuszczalny ustawowo wskaźnik.

Rosną transakcje w sieci

Pod względem rozwoju sprzedaży w internecie, polski handel detaliczny przeskoczył siedem lat w siedem tygodni.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy.
W ciągu zaledwie kilku tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii, udział sprzedaży internetowej w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5 proc. na koniec 2019 r. do blisko 12 proc. w szczytowym momencie tego roku. Dla zobrazowania naszej skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone: analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal siedem lat.
Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online, wyraźnym liderem w naszym kraju była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z końca kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co powoduje unormowanie się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż.
Przykładowo, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10 proc. niż w marcu. W kategorii mebli oraz sprzętu RTV i AGD, spadek w porównaniu z marcem wyniósł ok. 20 proc., zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30 proc.
Jeżeli natomiast za poziom odniesienia przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego bieżącego roku, to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez Główny Urząd Statystyczny, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała jednak trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu – nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-handel nie miał wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.
Można zatem powiedzieć, że pandemia spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce. Jako całość, polska gospodarka osiąga przychody z e-handlu bardzo zbliżone do poziomu Unii Europejskiej.
Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm (bez podziału na sektor działalności oraz tego, czy odbiorca jest indywidualny czy biznesowy) Polska plasuje się dokładnie na europejskiej średniej wynoszącej 18 proc. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami naszego regionu. Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować trwale na poziomie ok. 8 proc. – w porównaniu z 5,4 proc. w 2019 r. To wyniki analizy ekspertów Santander Bank.
– Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się głównie detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki jak i handlu detalicznego ogółem, notowane w dobrych czasach. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – ocenia analityk Maciej Nałęcz
Jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieco poniżej średniej unijnej – 16 proc. polskich firm prowadzi sprzedaż w kanale internetowym w porównaniu do 20 proc. w UE.
– Dane te mogą oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie. Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej ktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty – mówi dyr. Małgorzata Nesterowicz z Santander Banku.
Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw wobec średniej europejskiej są między innymi produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory uczestniczące w dużej mierze we wzroście eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.
W Unii widoczne są bardzo duże różnice jeśli chodzi o handel w internecie. Na przykład, w branży budowlanej e-commerce stosuje zaledwie 6 proc. firm, a wśród firm z sektora nieruchomości ok. 11 proc. Na drugim biegunie znajdują się branże, dla których możliwość cyfrowego kontaktu z klientami jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.
Najbardziej rozwinięty pod względem handlu internetowego jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60 proc. europejskich hotelarzy i ponad 50 proc. operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują różne silne internetowe platformy sprzedażowe.
Trzecią najpowszechniej obecną w sieci branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza, co również można powiązać z funkcjonowaniem silnych podmiotów międzynarodowych rozwijajacych handel internetowy.
„Warto zauważyć, że wymienione tu branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C” – podkreślają eksperci z banku Santander, co mówiąc po ludzku, oznacza dość oczywiste stwierdzenie, że wspomniane branże prowadzą sprzedaż dla klientów indywidualnych.
Kolejne miejsca pod względem powszechności handlu internetowego na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z szczególnym uwzględnieniem motoryzacji, oraz sam przemysł motoryzacyjny (jedna z nowocześniejszych części europejskiego przemysłu jako takiego).
Według danych za pierwszą połowę lipca 2020 r. poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140 proc. wydatków z analogicznego okresu ubiegłego roku. To przesunięcie części wydatków konsumenckich do internetu może być naprawdę trwałe.

Coś więcej niż sztuka przetrwania

Trudno ocenić, czy czas teatru zastępczego, tworzonego online przemija i wracamy do względnej normalności. Pandemia trzyma się całkiem krzepko i końca ograniczeń nie widać. Jednak doświadczenia ostatnich kilku miesięcy dowodzą, że praca online może przynieść ciekawe odkrycia.

Nie mam na myśli emisji online spektakli wcześniej eksploatowanych na żywo, choć doceniam ich wartości edukacyjne i dokumentacyjne. Często gęsto to przedstawienia, które już nie istnieją w pierwotnej formie i tylko za pośrednictwem Internetu zyskują swoje nowe życie. To choćby przypadek – to tylko przykład, ale bardzo znamienny – „Bzika tropikalnego”, legendarnego spektaklu Grzegorza Jarzyny, który udostępnił TR Warszawa, gromadząc wcale pokaźne grono widzów. Podobnie postąpiło wiele teatrów w Polsce – na dobrą sprawę wszystkie teatry, które dysponowały nagraniami na odpowiednim poziomie (albo – jeszcze lepiej – przeniesieniami swoich spektakli do teatru telewizji), tą drogą podtrzymywały słabnącą siłą rzeczy więź z widzami. Pokazom tym oprócz często szczytnych intencji (misja!) towarzyszyło jednak przekonanie, że to raczej „teatr zastępczy”, a ten prawdziwy zacznie się po odmrożeniu obowiązujących ograniczeń.
Trudno dyskutować z takim poglądem. Nic nie zastąpi żywego teatru, a jego brak dotkliwie odczuwają nie tylko artyści teatru, ale i zagorzali widzowie. Jednak na obrzeżu „sztuki przetrwania” pojawiać się zaczęły poszukiwania, które mogą się okazać trwałym odkryciem, przekraczającym granice upowszechniania dorobku.
Na potencjał Internetu jako środka umożliwiającego przetworzenie formy teatralnej, filmowej i telewizyjnej wskazywał przed laty Robert Gliński. O tym etapie swoich pomysłów przypomniał niedawno w sondzie „Yoricka” na temat teatru w czasach pandemii. Na pytanie redakcji, w jakim kierunku podąży teatr po ustąpieniu pandemii odpowiedział: „10 lat temu chciałem stworzyć
teatr internetowy.
Proponowałem różnym platformom jednoaktówki Mrożka (bo śmieszne), Makbeta w 10-minutowych odcinkach (bo każdy będzie miał napięcie),  Chór sportowy Jelinek (bo o piłce nożnej). Nikt nie chciał. Uważałem, że przedstawienie w Internecie to szansa na nowy rodzaj teatru. Że to zupełnie co innego niż scena, i co innego niż teatr telewizji. Internet rządzi się inną dramaturgią, strukturą opowiadania i przede wszystkim inną wizualnością. Może teraz wrócę do tego pomysłu…”.
Koncepcja Glińskiego (choć nie wprost) nawiązywała do intuicji i tez Herberta Marshalla McLuhana. Sławny teoretyk komunikacji już w latach 60. ubiegłego wieku twierdził, że środek przekazu sam jest przekazem i widział w środku przekazu źródło jego formy. Jeśli wierzyć w intuicję McLuhana oznaczałoby, że Internet wymusza określoną formę przekazu, a więc wyznacza jej horyzonty estetyczne.
Wprawdzie Robert Gliński (jeszcze) nie spełnił swojej zapowiedzi powrotu do niegdysiejszego pomysłu teatru internetowego, ale zrobili to aktorzy warszawskiego Teatru Powszechnego, którym przed dziesięciu laty kierował. Przygotowali parę odcinków „Tragedii Króla Ryszarda III” w reżyserii Grzegorza Falkowskiego. Jak pisali sami twórcy, „to spektakl inspirowany motywami z „Ryszarda III” Williama Shakespeare’a oraz obrazami natury. Jest stworzony z konieczności za pomocą prób i nagrań online, dzięki komunikatorom internetowym, łączy formy etiudy filmowej i teatru internetowego”. Próba wypadła obiecująco. Udało się artystom wytworzyć atmosferę tajemnicy, zagrożenia, niepewności, a przy tym wydobyć urodę słowa Szekspira. Jak więc widać, idea „teatru internetowego” krąży i zaczyna zbierać owoce, przybierając zresztą rozmaite kształty.
Agnieszka Przepiórska jako jedna z pierwszych dostrzegła możliwość teatralizacji Internetu. Najwyraźniej zniecierpliwiona wymuszoną teatralną przerwą, przygotowała pod opiekuńczymi skrzydłami Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie
internetowy serial
„W związku z zaistniałą sytuacją”. O stronę literacką zadbała Zofia Papużanka, a sama aktorka wystąpiła w roli matki z dwojgiem dzieci rozdzielonej z mężem, który w czasach pandemii utknął gdzieś daleko w świecie. Opowieść o codziennym życiu w kwarantannie, w wymuszonej izolacji, inkrustowana humorem, była pierwszą próbą stworzenia zapisu bliskiego nowy doświadczeniom czasu epidemii. To nie była tylko fotografia, choć jeszcze nie wyrafinowana sztuka, ale na pewno żywy komentarz naszych dni.
Na horyzoncie pojawiło się kilka innych sposobów uprawiania internetowego teatru.
Rozmachem wyróżnił się spektakl online na żywo przygotowany pod reżyserką ręką Macieja Sobocińskiego przez artystów związanych od lat z ideą festiwali „Era Schaeffera”, odbywających się dzięki fundacji Aurea Porta. Sytuacja pandemiczna postawiła w tym roku pod znakiem zapytania przygotowanie normalnej edycji festiwalu, którą tymczasem zastąpił spektakl budowany na żywo – „Schaeffer Puzzle Play 2020”,
oparty na improwizacji
inspirowanej partyturami i scenariuszami teatralnymi Bogusława Schaeffera. Prawdopodobnie przedsięwzięcie spaliłoby na panewce, gdyby nie wcześniej zdobyte doświadczenie podczas kolejnych edycji „Ery Schaeffera”, Aktorzy i muzycy czują się w świecie Schaefferowskiego jazzu czy groteski jak u siebie w domu. Role wodzirejów – nawzajem nieznających wcześniej swoich zdań – reżyser powierzył Lidii Bogaczównie, mającej groteskę we krwi, i partnerującym jej aktorom, Izabeli Warykiewicz i Marcelowi Wiercichowskiemu – grają tak sugestywnie, że mimo fizycznego oddalenia tworzą zwichrowane taneczne trio. Nie tylko oni, ale wszyscy uczestnicy widowiska prezentują się jako zgrany zespół. Tymczasem aktorzy, muzycy, tancerze, pracują w różnych punktach Polski i świata, włączani do performansu z Nowego Jorku, Paryża, Hagi, Katowic, Krakowa i Warszawy, przywoływani z rozmaitych przestrzeni i odmiennych rejestrów estetycznych. A jednak improwizacje Michała Urbaniaka czy głosowa ekwilibrystyka Janusza Radka komponują się we fresk, w swoiste artystyczne przesłanie wolności, które zapisał Schaeffer w prostym zdaniu: „Teatr daje nam to, co nam świat zabiera”. Co nam daje, można sprawdzić za pośrednictwem strony internetowej fundacji Aurea Porta, gdzie performans pojawił się na żywo 4 lipca i jeszcze przez pół roku będzie dostępny.
Zasadą
osobno, ale razem
posłużył się również Maciej Englert, tworząc porywające czytanie na 16 telefonów komórkowych (plus jeden) „Szelmostw lisa Witalisa” Jana Brzechwy. O sukcesie tego „eksperymentu teatralnego w trybie zdalnym” warszawskiego Teatru Współczesnego przesądziła już obsada. Do udziału w ponad półgodzinnym spektaklu „telefonicznym” dyrektor Englert zaprosił największe gwiazdy Współczesnego na czele z Martą Lipińską i Krzysztofem Kowalewskim, zachęcił do udziału artystów przez lata związanych z teatrem (Maja Komorowska i Janusz Michałowski), a kluczowe role powierzył Andrzejowi Zielińskiemu (Narrator) i Borysowi Szycowi (Lis Witalis). Scenariusz, inscenizację zaplanował reżyser, aktorzy nagrali swoje fragmenty komórkami, a materiał zmontował Jan Sieczkowski. Powstała całość profesjonalne scalona, dająca wrażenie podporządkowania wszystkich elementów wytyczonemu celowi, niepozbawiona efektownych scen – jak choćby podglądanie ucztującego Lisa przez domniemaną jamę w prześcieradle czy deszcz egzemplarzy scenariusza, spadający na wykonawców na samym początku. Rzecz, oczywiście, bezbłędnie interpretowana w przedziwny sposób rymowała się z czasem pandemii, manipulacji i władzy zdobywanej podstępem. Bajka starego pana Brzechwy okazała się nie tylko zabawną, smakowitą opowiastką, ale i przestrogą przed czarodziejami, którzy zwłaszcza przed wyborami obiecują złote góry. Można to sprawdzać na nagraniu dostępnym do 25 lipca.
Z własną propozycją pojawił się na You Tubie Piotr Kondrat, który pokazał
monodram internetowy
„Noc Szekspira”. Można się było tego po nim spodziewać, jeśli pamiętać o wielu latach artystycznych zmagań Kondrata z dziełami Szekspira, najpierw z „Hamletem”, a potem innymi słynnymi postaciami: „Kupcem weneckim” czy błaznami z wielu dramatów (nie zawsze uważających się za błaznów) w monodramie „Siedmiu błaznów”. Echa tych spektakli odnaleźć można w „Nocy Szekspira”, ale nie jest to prosty montaż fragmentów już gotowych, ale wyraźne ich przetworzenie i złożenie w nową całość, której spoiwem są słowa Szekspira i oprowadzający po nich aktor, a w jednej osobie także scenarzysta, reżyser i wyczulony na teatralność słowa tłumacz. Co więcej, usytuowanie spektaklu głównie we wnętrzach domowych – z pokazaniem prywatnych schodów, a nawet śmietnika, przy którym ucztuje Shylock, bohater „Kupca weneckiego”, a z drugiej strony na scenie macierzystego teatru Piotra Kondrata, teatru dramatycznego w Radomiu. Aktor buduje oryginalny klimat tego spektaklu, rozpięty między domową prywatnością a dostojeństwem sceny, między opowieścią snutą na fotelu a światem teatru, który może pojawić się wszędzie. Teatr może też znaleźć medium w każdym stworzeniu – gościnnie w tym spektaklu wystąpił kot Pantani, który z kocią godnością „zagrał” ducha starego Hamleta. Ten żart tworzy swego rodzaju dystans do świata monodramu, ale nie unieważnia wcale powagi refleksji o drążącej świat człowieka „kropli zła”. Będzie się można o tym przekonać podczas emisji spektaklu w najbliższy czwartek, 16 lipca o godzinie 19.00 na stronie internetowej miasta Hel, w którym Piotr Kondrat wielokrotnie występował ze swymi monodramami podczas dorocznych festiwali „Teatr w Remizie” (w tym roku, jak większość festiwali odwołany).
Czy przywołane przez mnie odsłony teatru internetowego pozostaną tylko świadectwem czasu, czy też zaczątkiem nowej ścieżki teatralnej, zweryfikuje czas. Wygląda jednak na to, że teatr internetowy, czy ktoś tego chce, czy nie, stał się już faktem. To coś więcej niż sztuka przetrwania.

Tekst dla bardzo dorosłych! Letni seks z wirusem w tle

Jeśli wydaje ci się, że wiesz jak to się robi, to nie masz racji.
Szczególnie, że z powodu pandemii nie możesz mieć żadnych planów wakacyjnych.

Jakoś tak się dziwnie składa, że jak jest lato, to skłonności kopulacyjne narodu rosną. A swoje apogeum osiągają za granicą gdzie woda ciepła, a palma zielona. Ta palma otóż zaczyna bić niczym zegar w „Strasznym dworze”. A w tym roku jest straszniej niż kiedykolwiek. Książka i film o twarzach Greya zrobiły swoje. Seks już nigdy nie będzie tym, czym był. Niezbędna staje się zatem wiedza, co zrobić, by w kontakcie intymnym z zagranicznym partnerem lub partnerką nie narobić sobie obciachu.

  1. Ukwiał
    Zwłaszcza, że tak delikatne środki przymusu bezpośredniego forsowane przez wzmiankowanego Greya zostały twórczo rozwinięte. Jakieś klapsy i kajdanki są dobre może dla bzykaczy znad Wisły. Na prawdziwym macho, czy rasowej biczy, najmniejszego wrażenia w tym sezonie nie zrobią.
    Prawdziwym przebojem kurortów* stał się prolapsing. Jeśli zatem jakaś panna usłyszy od swego czekoladowego amanta delikatną sugestię, że ma pokazać tyłek, to winna wiedzieć, że nie chodzi o prymitywne wyskoczenie z ciuchów i pokazanie pośladków. Takim samym błędem będzie też konstatacja, że cud urody kochankowi chodzi o oswojony w Polsce seks analny. Pokazanie tyłka AD 2015 nakazuje coś więcej.
    Prośba o prolapsing wiąże się z tym, że należy wysunąć zgrabnie swój mięsień zwieracz odbytu na zewnątrz. Tworzy się wtedy coś na kształt ukwiału. O barwie czystej jak rubin i fakturze świeżo zroszonych deszczem płatków czerwonej róży. Satysfakcjonujące wysunięcie odbytu nie powinno być krótsze niż na 3-4 centymetry.
    Jednak jednorazowy pokaz swego bogatego wnętrza nie wystarczy. Ukwiał musi pulsować niczym meduza. Znikać w czeluściach odbytu, by po chwili, uzewnętrzniając się, znów zakwitnąć karminem swego kwiatostanu.
    Wysunięty w taki sposób mięsień służy jak się można domyślać do miłosnych figli, z których najpopularniejszym jest wnikanie weń męskością kochanka. Dla partnera konesera będzie też źródłem doznań organoleptycznych polegających mniej więcej na tym samym, co lizanie loda.
  2. W ustach mycie…
    Nieco rzadziej, acz wcale nie tak rzadko, zdarzyć się może, że wczasowiczka zostanie doproszona do wakacyjnego trójkącika. Wówczas prolapsing może zaowocować całkiem inną pieszczotą polegającą na wzajemnym dotykaniu się pań własnymi, wypadniętymi anusami.
    Zresztą prolapsing ewoluuje. Potrafi łączyć w sobie i pewne klasyczne, znane już nawet w naszym kraju, wątki, takie jak przemieszczanie męskości z czeluści anusa w świat zdominowany przez wargi i język, czyli do ust.
    Dzięki temu uzyskuje się dwojaki efekt. Partnerka czuje się jak prawdziwa, zdominowana przez samca kobieta, a po drugie wzwiedziona męskość winna po ustnej ablucji zakończonej połykiem, trafić w standardowe miejsce, które zaowocować może poczęciem nowego życia.
    Przenoszenie penisa z kiszki stolcowej do ust jest w tym sezonie numerem dwa. W wersji trójkąta karesy te dopuszczają, by członek penetrujący pupę jednej pani trafiał w usta drugiej i vice versa.
  3. Strużka namiętności
    Numer trzeci tych wakacji to poniekąd kontynuacja prolapsingu ubogacona elementami tradycyjnego pissingu. W wersji klasycznej polega on na oddawaniu uryny na partnera lub partnerkę. W wersji tyleż klasycznej co mocniejszej, tyle że wychodzącej w tym sezonie z mody, sikanie odbywało się wprost do ust partnera lub partnerki. No i musiało zostać zwieńczone dźwiękiem płukania przez tę osobę gardła. Rzecz jasna całość zamykało połknięcie zawartości.
    W tym roku sika się wprost w wypadnięty anus. Ten rodzaj lewatywy może mieć dwojaki finał. W wersji soft – partnerka pozbywa się zawartości okrężnicy do wanny lub w sedes. W wersji hard – na partnera, partnerkę, czy kogokolwiek innego. Istnieje rzecz jasna wersja superhard dla prawdziwych koneserów. W niej, wpompowana w pupę zawartość pęcherza, oczyszczając koniec układu pokarmowego panny zostaje wstrzyknięta w usta osoby biorącej udział w tym szale toaletowych uniesień. I oczywiście nieodzowny jest odgłos płukania gardła, o połknięciu zawartości nie wspominając.
  4. Otwór jest otwór
    Poza podium tegorocznych przebojów życia intymnego znalazła się pieszczota polegająca na sprawdzaniu stanu unerwienia i rozciągliwości cewki moczowej. I to zarówno męskiej, jak żeńskiej, albo i nijakiej takiej. Pewnym problemem, oprócz kwestii wrażliwości na ból, staje się w tym przypadku oprzyrządowanie. Przewodu, którym uryna opuszcza organizm człowieka nie można zapychać byle czym. Niewskazany jest na przykład zardzewiały drut, choć jego pomarszczona faktura może wśród koneserów wzbudzać swoiste pożądanie. Równie niewłaściwy, z przyczyn obiektywnych, jest również drut kolczasty (choć historia medycyny zna i takie jego zastosowania). Idealne są elementy przypominające wyglądem gwoździe, acz winny być powleczone szlachetną powłoką pochodzącą najlepiej z galwanizacji. Jeśli średnica nie przekroczy 5 milimetrów nie powinno być problemu z umiejscowieniem precjoza w cewce.
    Efekt jest zdumiewający. Odgłosy towarzyszące imisji znamionują uniesienie na najwyższym C. Oczy kochanka, lub kochanki wyrażają zaś jednoznaczną ochotę opuszczenia swego miejsca i wybicia się na absolutną niepodległość.
  5. Zamknij się!
    Wojażujące miłośnie po świecie Polki, które przyzwyczaiły już swoje języki do nieulegania odruchowi wymiotnemu w czasie dotykania ich migdałków podniebiennych męską żołędzią, powinny w tym sezonie o tej umiejętności zapomnieć. Numerem piątym tych wakacji jest ekstremalne głębokie gardło. I jak zwykle, ma ono kilka odmian. Najczęściej spotykane jest takie, że partnerka ma penisa wprowadzonego tak, by zablokował on jej dostęp powietrza do płuc tak z ust jak i z nosa. Amant uzyskuje to dzięki trzymaniu partnerki oburącz za głowę. Wśród osób stosujących ten rodzaj pieszczot istnieje rozdźwięk. Część uważa, że należy usunąć się z jamy gębowej w momencie, gdy partnerką wstrząsać zaczynają, nie znajdujące ujścia torsje. Dla innych właściwym momentem jest chwila, gdy partnerka zaczyna sinieć z braku powietrza.
    Nie trzeba chyba dodawać, że szczytem obciachu w wydaniu kobiety jest chęć użycia swego uzębienia w celu zasugerowania kochankowi, że czyni rzecz niewłaściwą.
    Inna ze szkół ekstremalnego głębokiego gardła ma za cel jedynie wywołanie w partnerce otwarcia się na zewnątrz z tym co znajduje się poniżej zwieracza żołądka. O istnieniu łączenia penetracji przełyku z takim drobiazgiem, że żołądź partnera penetrowała chwilę wcześniej jej anus, chyba nie trzeba wzmiankować.
  6. Co zszywacz złączy
    Nieodzownym gadżetem w czasie tegorocznych wakacji za granicą dla wielu mężczyzn stał się zszywacz tapicerski. To taki para pistolet, który jednocześnie wystrzeliwuje z siebie zszywkę jak i ją przybija. Dzięki temu urządzeniu niewieście pośladki mogą zostać przyozdobione dowolnym kształtem. Najczęściej wzór z wbijanych w nie zszywek przypomina serce. Świadczy to zapewne o romantyzmie stosującego tę formę pieszczot amanta. Z drogiej jednak strony, oboje partnerzy uzyskują nieocenione doznania tak w trakcie delikatnych nawet klapsów, jak i nade wszystko w przypadku posadzenia partnerki. Zarówno w czasie tych pierwszych jak i w momencie siadania, zszywki zagłębiają się bowiem pod skórę kobiety powodując interesującą formę stymulacji. Nie można też zapominać ile radości może przynieść obojgu partnerom wydłubywanie zszywek.
  7. Udeskowienie
    Od wielu sezonów depilacja okolic intymnych nie jest już wyłącznie domeną kobiet. Bezwłose worki mosznowe i pozbawione zarostu męskie wzgórki łonowe są równie trendy jak brody a’la drwal. Jednak tegorocznym przebojem stała się intrygująca pieszczota polegająca na uaktywnianiu końcówek nerwowych męskich genitaliów wskutek potraktowania ich młotkiem. Do realizacji tegoż karesu oprócz wzmiankowanego urządzenia niezbędne są również wyparzone wcześniej niewielkie gwoździe oraz kuchenna deska do krojenia. Kompletu akcesoriów winny dopełniać niewielkie obcęgi.
    Akcja seksualna stanowiąca fragment gry wstępnej polega zaś na tym, że na desce układa się mosznę oraz członka. Pierwsze gwoździe wbija się w skraj worka mosznowego, a zabawę kończy przybicie do deski napletka. Clou programu nadchodzi wówczas, gdy na skutek stymulacji psychofizycznej w wydaniu partnerki męskość ulega powiększeniu. Czasowa, bądź trwała impotencja uniemożliwia jednak, tak potraktowanemu kochankowi, osiągnięcia stanu zwanego w medycynie wytrzeszczem oczu. Ale jak wiadomo nie tylko z zakresu seksuologii, brak wzwodu nie jest w seksie specjalnie mile widziany.
    Panowie startujący do Skandynawek na wakacjach powinni również brać pod uwagę modyfikację tych przyjemności polegającą na zastąpieniu gwoździ zszywkami, a młotka – zszywaczem tapicerskim. Nie trzeba dodawać, że równie ekscytujący jak mocowanie do deseczki, staje się moment wyciągania gwoździ lub zszywek.
  8. Wiatry niespokojne
    Na nienotowaną dotąd skalę rozpowszechniło się tego lata coś, co funkcjonowało od zawsze, acz było niespodziewanym i nie zawsze pożądanym elementem towarzyszącym miłosnym uniesieniom. Bąki, czyli wydobywanie się z układu pokarmowego gazów, urosły do rangi samoistnego stymulanta. Zabawy znane dotąd ze skupisk mężczyzn, czyli więzień, poprawczaków, czy koszar trafiły do alkowy.
    Miłośnicy i miłośniczki takich klimatów dzielą się na dwie kategorie. Słuchowców i ludzi optujących za doznaniami węchowymi. Dla pierwszych najbardziej liczy się wirtuozeria i skala dźwięku. Drudzy, jak się można domyślać, optują za niestandardową wonią.
    Szczególną popularność zabawy tego typu uzyskały nie wiedzieć dlaczego wśród obywateli Stanów Zjednoczonych oraz naszych zachodnich sąsiadów.
  9. Szczotkowanie
    Odkrywanie na nowo czegoś, co jest nam bliskie i znane, nie ogranicza się jedynie do ludzkiej fizjologii. Udowadnia to zainteresowanie nowymi formami doznań erotycznych z wykorzystaniem sprzętów tak powszechnych i popularnych jak szczotka do butelek lub szczotka do sedesu. Tak jedna jak i druga stanowić mogą źródło czerpania satysfakcji seksualnej zarówno przez kochanka używającego onych przedmiotów jak i przede wszystkim kochankę będącą bezpośrednią odbiorczynią tej formy realizacji popędu seksualnego.
    O intensywności odczuć zaświadcza najdobitniej skala głosu partnerki. Skala, nie osiągalna w żadnym innym przypadku. Osobom małej wiary w możliwości kobiety, należy się wyjaśnienie, że zarówno jedna jak i druga szczotka nie znajdują większych przeszkód w pomieszczeniu się w standardowej waginie.
  10. Dowcipne kasztany
    Pod większość polskich strzech trafiło w ostatnich latach coś, co nosi nazwę kulki gejszy. Tak przynajmniej wynika ze statystyk opublikowanych przez dystrybutorów tego sprzętu w Polsce. Od miesiąca prawdziwą furorę, w krajach dysponujących kasztanowcami zaczęła robić ekologiczna modyfikacja tychże kulek. Wystarczy kawałek dobrej żyłki i kilka owoców kasztanowca. Owoce muszą charakteryzować się zaś nade wszystko kolcami.
    Po połączeniu kilku zielonych kulek, umieszcza się je tam gdzie kulki gejszy. Najmocniejsze doznania uzyskiwane są zarówno w momencie pakowania jak i wyciągania zabawki z dróg rodnych kobiety. W opinii znawców, dźwięki wydobywające się z ust tak pieszczonej partnerki powodują, że każdy stosujący ten rodzaj stymulacji mężczyzna czuje się o stokroć lepiej niż książkowo-filmowy Grey.
  • ranking przeprowadzono w oparciu o kilkanaście powszechnie dostępnych w internecie forów wakacyjnych dla dorosłych.

Aresztują cię przez internet, ale siedzieć pójdziesz naprawdę

Rzeczpospolita Kaczyńskiego zaczyna niepokojąco coraz bardziej przypominać antyutopie Orwella czy Huxleya. Obywatel ma coraz mniej praw, a w tle słychać gromkie zapewnienia władz, że to w celu obrony tych praw.

W projekcie Tarczy 4.0 proponuje się zmiany dotyczące tymczasowego aresztowania. To poważna, bo najbardziej dotkliwa forma środków zabezpieczenia wobec podejrzanego lub oskarżonego w toku procesu sądowego.

Przypomnieć należy, że w świetle polskiego – i nie tylko! – prawa człowiek jest niewinny do momentu, kiedy zapadnie prawomocny skazujący wyrok sądu. Zatem areszt, stosowany wobec człowieka formalnie niewinnego jest sprawą, do której należy podchodzić bardzo poważnie, bo dotyczy wolności jednostki.

Wspomniana „antykryzysowa” zmiana polegać ma na tym, że o tymczasowym aresztowaniu decydować miałby sędzia podczas posiedzenia sądu przeprowadzonego on-line.

W praktyce miałoby to wyglądać tak: sędzia połączy się przez internet z podejrzanym, któremu towarzyszyć będzie asystent prokuratora lub przedstawiciel służby więziennej. Obrońca, owszem, jest ciągle jeszcze przewidziany, ale również zdalnie. Sędzia może jednak uznać za stosowne wezwać go na salę rozpraw. Wtedy będą rozmawiać z podejrzanym wspólnie, z jednego łącza.

Obrońca, który chciałby porozmawiać ze swoim klientem na osobności, będzie mógł do niego zadzwonić i rozmawiać podczas przerwy, orzeczonej przez sędziego. Projekt nie mówi nic, co będzie, jeżeli sędzia tej zgody na kontakt nie udzieli, lub jeśli rozmowa adwokata z podejrzanym nie będzie miała gwarancji dyskrecji.

Co będzie, jeżeli łącze internetowe po którejś ze stron będzie słabe lub nastąpi uszkodzenie?

Można by zrozumieć tę formę, gdyby miała charakter tymczasowy i dotyczyła np. wyłącznie podejrzanego przebywającego na kwarantannie lub z potwierdzoną chorobą COVID-19. Jednak wiele wskazuje na to, że projekt tych zmian miałby być wprowadzony na stałe i zostać z nami także w tych szczęśliwych czasach, gdy nie będziemy już egzystować w cieniu koronawirusa.

– Ten sposób, jeżeli miałby zostać na stałe, jest głupi, krzywdzący i nieodpowiedzialny – powiedział mi znany warszawski adwokat. – To się może obrócić przeciwko każdemu obywatelowi. Jeżeli sędzia mając do wyboru podjąć nieco wysiłku albo nie podjąć go wcale tylko biernie przyklepać to, co znajduje się we wniosku o areszt, to proszę zgadnąć, co sędzia wybierze? Oprócz tego, co to znaczy, że obrońca będzie dzwonił do podejrzanego? Co z prawem do prywatności? To jest rozwiązanie, które się nie mieści w standardach jakiegokolwiek demokratycznego państwa i jakiegokolwiek rzetelnego procesu karnego.

Wolnych sądów tysiące obywateli broniły z dużym zaangażowaniem. W czasie pandemii protesty uliczne zostały poważnie ograniczone. Chyba jednak warto podnieść głowę w sprawie takich zmian, które mogą obrócić się przeciw każdemu z nas.