Kubańska sieć

Od kilku dni wszyscy Kubańczycy mają u siebie sieć wifi, po roku pracy sektora informatycznego, bardzo żywego od kiedy stery kraju przejął prezydent Miguel Díaz-Canel. Z tej okazji dziennikarze zagraniczni pytali Ernesto Rodrigueza Hernandeza, wiceministra komunikacji, czy władze nie boją się takiej wolności: „Nasz naród broni i popiera Rewolucję we wszystkich dziedzinach, w realu i przestrzeni wirtualnej” – odpowiedział minister.

To, że wszyscy Kubańczycy mają dostęp do internetu nie znaczy, że wszyscy mają internet. Ale teraz, gdy jest już wifi, ludzie będą mogli podłączyć rutery i tworzyć prywatne sieci. Operator jest publiczny – Etecsa, trzeba u niego zarejestrować sprzęt. „Chcemy, żeby jak najwięcej ludzi mogło łączyć się z internetem” – mówił minister Hernandez. Na razie jest jednak pewien problem.
Za godzinę połączenia z internetem trzeba płacić jednego dolara, co jest na wyspie sumą bardzo wysoką, jeśli zważyć, że przeciętna pensja to ok. 50 dolarów. Pakiety też są drogie – najtańszy z 600 MB kosztuje 7 dolarów. Od wielu tygodni, wraz z rozszerzaniem się dostępu do internetu, trwają internetowe akcje pod tagiem #Bajenlospreciosdeinternet („Obniżcie ceny internetu”). Minister pociesza, że od kiedy wifi pojawiło się na wyspie (w 2013 r.), ceny spadły cztery razy i dalej będą spadać.
Na wyspie zamieszkałej przez ponad 11 milionów mieszkańców zbudowano 1400 hotspotów wifi. W tej chwili internet odbiera ok. 3, 3 milionów Kubańczyków, ale z tego tylko 800 tys. ma internet w domu. Hawana nie boi się rozszerzenia dostępu, ale jest trochę nieufna: „Technologie nie są apolityczne, jak usiłują nam wmówić” – mówił Hernandez. Jego zdaniem, mogą być „manipulowane”. Dlatego władze mają zamiar czuwać: dostęp do „niemoralnych” lub „nieodpowiedzialnych” stron internetowych może być utrudniony.

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Polska przed filmem i po filmie Ważny tunajt

Niedawno wróciłem z Madrytu, gdzie odwiedziłem m.in. miejscowe muzeum sztuki współczesnej. Jedna z ekspozycji tamże poświęcona była propagandzie okresu wojny domowej 1933-36 oraz latom poprzedzającym jej wybuch. W jednej z gazet republikańskich/socjalistycznych z tamtego okresu, natrafiłem na ciekawy fragment. Brzmiał on mniej więcej tak: „W Sewilli grupa robotników wychodzących z fabryki, napotkała na swojej drodze przechadzającego się księdza. Wobec tak oczywistej prowokacji…”
Parę dni temu w metrze, napotkałem na swojej drodze księdza, który podobnie jak ja, czekał na skład w stronę Młocin. Przypomniał mi się wtedy ten fragment, bo byłem świeżo po seansie filmu braci Sekielskich na wiadomy temat. Rozłożyłem go sobie na trzy razy. Nie dlatego, że nie mogłem przetrawić na raz tych wszystkich okropieństw. Ot, raz za późno zacząłem oglądać i usnąłem. Drugi raz przerwałem, bo ktoś zadzwonił domofonem do drzwi i dopiero za trzecim podejściem ukończyłem całość. Minęło już wówczas trochę czasu od premiery i mogłem jako tako prześledzić ton komentarzy, które wezbrały zaraz po opublikowaniu dokumentu w internetach.
Naturalnie, zgadzam się co do wymowy, że Sekielscy obnażają grzechy Kościoła mocno i bez pardonu, a Kościół polski i jego hierarchowie, miotają się jak zwierzyna w potrzasku, bo nie może im przejść przez usta słowo przepraszam, przynajmniej nie wszystkim. Jednakowoż, bardzo mocno mnie dziwi narracja powtarzana przez media elektroniczne i prasę na lewo od mediów rządowo-toruńskich, że oto mamy za przyczyną filmu braci S. zebrane dowody na kościelną pedofilię, o której wcześniej nikt nie słyszał ani nikt nie mówił. Komu jak komu, ale czytelnikom tej gazety, jak również gazety Urbana i periodyku byłego księdza Romana, chyba nie specjalnie trzeba przypominać, ileż to przypadków kościelnej pedofilii ujawniali na swoich łamach, jeden i drugi, na długo przed tym, kiedy Sekielski Tomasz począł zbierać w sieci pieniądze na realizację swojego projektu. Wszak to, z czym nas film Sekielskich zaznajamia, to dla nas, tej całej hałastry lewackiej, progresywnej, laickiej czy nawet liberalnej pokroju Liberté, sprawy doskonale znane i Ameryki nieodkrywające, a mimo wszystko lud lewicowy dziwi się, jakże to możliwe, że księża w Polsce molestują dzieci i gdyby nie film Sekielskich, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Bardziej jednak niż to udawane zdziwienie na pokaz, zirytowało mnie to, z czym chwilę po premierze filmu mieliśmy do czynienia w Sejmie.
Oto w trybie ekspresowym, do tego co prawda już zdążyliśmy za tej kadencji przywyknąć, ale jednak mimo wszystko – ekspresowym – nowelizuje się ustawę o karaniu za przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Wygląda to trochę tak, jakby do momentu opublikowania filmu Sekielskich w sieci, nikt z rządzących w Polsce nie wiedział, że coś takiego jak molestowanie występuje, a przynajmniej nie na taką skalę, co z kolei uzasadniać by miało zaostrzenie przepisów. Innymi słowy, było molestowanie małoletnich do filmu Sekielskiego, i to molestowanie zdecydowanie łagodniej należało karać, a po filmie rządzący uznali w jedną noc, że sposób molestowania drastycznie się zaostrzył, takoż trzeba równie drastycznie zaostrzyć za owo molestowanie kary. No i jak pomyśleli, tak zrobili, a efekty oczywiście przyjdą same, bo po zaostrzeniu kar, żaden pedofil, zwłaszcza w sutannie, nie zmolestuje już więcej żadnego pacholęcia, albo przynajmniej poważnie się nad tym zastanowi.
Pomijam przez grzeczność, że takie ekstraordynaryjne poprawianie ustaw nic dobrego polskiej legislaturze nie przyniesie, żeby nie napisać, że najzwyczajniej mocno ją popsuje. Nie uważam też, że cokolwiek zmieni tu komisja śledcza, bo, jak pokazały wszystkie dotychczasowe, jest to dla polskich posłów, darmowa winda autopromocji i darmowego czasu antenowego i tak samo byłoby i z tą. Niemniej, w ferworze ognistej dyskusji podczas debaty sejmowej na wiadomy temat, ciskania przez jednego z posłów bucikami w prezesa, co swoją drogą, było słabe jak barszcz, bo o nic innego tu nie chodziło, jak tylko o tani poklask, zadziwił mnie głos ministra sprawiedliwości, który komentując to, co się w Sejmie w ostatnich dniach wydarzyło… miał rację. Dyskusja na tak poważny temat, powinna być, nawet jeśli emocje nie pozwalają na chłodny osąd, prowadzona z taktem i wyczuciem, a nie jak kolejna karczemna jatka czarnych z białymi i niebieskimi. Naturalnie, powiedział tak pan minister, bo gdyby to on był w opozycji, pewnie robiłby tak samo jak ten od niemowlęcych bucików, a jego alter ego z rządu wytknąłby mu to samo, co jedynie pokazuje jak na dłoni, z towarzystwem jakiego autoramentu mamy dziś w polityce do czynienia.
Kiedy tak sobie stałem na stacji i przyglądałem się księdzu który czekał na metro, pomyślałem sobie, czy niedługo chodzenie przez duchownych po ulicy w stroju służbowym nie zacznie być powodem do wstydu, albo przynajmniej do obciachu. Mnie akurat nie trzeba przekonywać do tego, że tak jak w każdym zawodzie, tak i w tym są prymitywy, karierowicze i wyzyskiwacze, ale są również i ludzie przyzwoici i porządni, bo sam nawet kilku takich znam. Cóż jednak z tego, kiedy kierownictwo zakładu idzie w zaparte i nawet nie chce słyszeć o planie naprawczym. Chciałbym zobaczyć PR-ową strategię polskiego Kościoła na bieżący czas kryzysu. To musiałaby być bardzo krótka lektura. Ale jeszcze bardziej chciałbym zobaczyć agencję PR-ową, która podjęłaby się Kościoła owego reprezentowania…

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Wszystko na sprzedaż

Te fabryki nie mają kominów. Maszyn. Wielkich hal fabrycznych. „Fabrykom trolli” wystarcza internet.

To nie będzie miły tekst. Sympatyczny. Relaksujący. Poprawiający nastrój podczas rozpoczynających się świąt. Dlatego najlepsze życzenia świąteczne składam wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom już teraz. Na początku. Bo dalej będzie już tylko gorzej.

Fabryka trolli

Dwadzieścia lat temu, angielskie słowo „trolling” nie oznaczało nic złego. Wręcz przeciwnie. „I like to troll a happy song when I am down” – mogłem powiedzieć. Gdy jestem smutny, lubię zaśpiewać sobie wesołą piosenkę – to po polsku. Dziesięć lat temu, już prawie polskie słowo „troll” kojarzyło się z natrętną muchą. Robiącą wokół siebie dużo hałasu. I wtrącającą się do każdej internetowej dyskusji. Choć poza brzęczeniem, internetowy troll nie miał nic sensownego do powiedzenia.
Dzisiejszy troll potrafi być kimś. Może mieć nawet wpływ na wybór prezydenta tak potężnego kraju jak Stany Zjednoczone. Wielu z Państwa zapewne oglądało w telewizji lub w internecie „Fabrykę trolli”. Duńsko-szwedzki dokument – opisujący kulisy pracy petersburskiej firmy internetowej. „Film poświęcony jednemu z najpoważniejszych problemów współczesnego świata. Chodzi o rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które wywołują niepokoje społeczne oraz wprowadzają dezinformację wśród obywateli” – w taki sposób rekomendują „Fabrykę trolli” stacje telewizyjne. I nie ma w tych słowach cienia przesady. Bo troll z brzęczącej muchy przeistoczył się w chmarę szarańczy. Atakującej i niszczącej. Przede wszystkim debatę publiczną.

Wielkanocny troll

Nie, troll nie pojawił się wraz z internetem. Ma co najmniej dwa tysiące lat. Część z Państwa, w Wielkanoc odwiedzi kościoły. I takie usłyszy wytłumaczenie pustego grobu Chrystusa: „Niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: »Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali«” (Mt. 28, 11-13).
Zaś Ci z Państwa, którzy w wolne dni zagłębią się w lekturę „Quo vadis” Sienkiewicza, też przeczytają o starożytnych trollach. Kiedy to Tygellin i Chilon Chilonides przekonali cesarza Nerona, by winą za spalenie Rzymu obarczyć chrześcijan.
Zamieszkujący terytoria Wielkiej Brytanii Celtowie nie mówili po angielsku. Nie mogli więc powiedzieć o rozsiewanych w Cesarstwie Rzymskim nieprawdziwych plotkach tak jak my dzisiaj. Fake news. Ale przez tysiąclecia istota „fake newsów” nie zmieniła się. Diametralnie zmieniła się jedynie skala ich oddziaływania.

Kłamstwo powtarzane

Ileż trudu i czasu wymagało, by plotkę przekazać z ust do ust. Jednym z pierwszych, który wykorzystał możliwości mediów masowych do rozpowszechniania „fake newsów” był z pewnością Joseph Goebbels. Kilka fałszywych informacji powiedzianych do mikrofonu radiowego, trafiało w jednej chwili do milionów słuchaczy. A „kłamstwo powtórzone tysiąc razy stawało się prawdą”. To goebbelsowskie powiedzenie jest dzisiaj główną siłą napędową wszystkich „fabryk trolli” na świecie.
Gdy szokujący film o rosyjskiej „fabryce trolli” – wpływającej na wyborcze zachowania Amerykanów – stał się bestsellerem, władze USA nie mogły nie zareagować. W lutym dziennik „Washington Post” doniósł, że wojsko odcięło od internetu Agencję Studiów Internetowych, nazywaną „fabryką trolli”. Firmę finansowaną przez Jewgienija Prigożyna, oligarchę bliskiego Władimirowi Putinowi. Nie wnikając w szczegóły, jak to zrobiono – i tak to nic nie da. Tak jak wprowadzenie prohibicji nie spowodowało, że Amerykanie przestali pić.
Fabryki – a może wkrótce koncerny trolli – będą się rozwijały. Bo rozpowszechnianie fałszywych informacji, półprawd, nie do końca prawd – to doskonały biznes. W świecie, w którym wszystko jest na sprzedaż.

Reklama dźwignią

Wystarczy włączyć telewizor. Katar? Do gorącej wody wsyp proszek. Wypij. I możesz iść w góry. Ból? Żel ukoi go w pięć minut. Brak gotówki? Tylko parę kliknięć na komputerze. Stare auto pod domem? Nic prostszego. Właśnie jest promocja na nowe.
Nie przypadkiem pisząc o trollach, cytuję wszechobecne reklamy. Bo podobieństw jest sporo. Po pierwsze – pieniądze. Czas trolli internetowych – pożytecznych idiotów – działających za bóg zapłać, powoli mija. Pod każdym towarem sprzedawanym w internecie roi się od komentarzy. Że jest super i najlepszy. Lub odwrotnie: że do niczego się nie nadaje i zaraz popsuje. Możemy być pewni, że 90 procent komentarzy napisano służbowo. Producent zapłacił tym, którzy mają pisać dobrze. Konkurencja – pozostałym.
Drugie podobieństwo świata reklam i trolli, to siła sugestii. Kiedyś zakazano reklam oddziałujących na podświadomość. Emisji reklam, w których na ułamek sekundy pojawiały się obrazki, odnotowywane tylko przez podświadomość. Ale większość współczesnych reklam nadal w jakimś stopniu oddziałuje na naszą podświadomość. Gdy widzimy zwalonego z nóg grypą pacjenta. Łykającego tabletkę. I za chwilę – z uśmiechem na twarzy – przypinającego narty. Nie potrzeba słów. By zasugerować widzowi ozdrowieńczy skutek działania specyfiku.
Dokładnie tak samo działa fabryka trolli. Rosyjski troll nigdy nie pisał wprost: głosuj na Trumpa. Najczęściej wystarczał mem wpuszczony do sieci. Z Hilary Clinton, przyjaźnie pozdrawiającą tłumy po drugiej stronie granicy z Meksykiem. Z podpisem: gdy wygram – otworzę granicę. Wyobraźnia wyborcy dopowiadała resztę.

Made in Poland

Polska też ma swoje „fabryki trolli”. Kulisy pracy jednej z nich ujawnili parę tygodni temu dziennikarze „Superwizjera” TVN w reportażu „Farma trolli”. Firma HGA Media, którą pokazano w programie, jest właścicielem kilku portali internetowych, między innymi popularnego Pikio.pl. Odbiorcami treści serwowanych we wszystkich portalach kontrolowanych przez tę firmę jest ponad siedemdziesiąt siedem milionów osób miesięcznie. Do tego dochodzą liczne fanpage na Facebooku powiązane z dziennikarzami „fabryki trolli”.
Dziennikarzami? „Człowiek siedzi i wymyśla jakieś bzdury” – tak opisał swoją pracę zastępca redaktora naczelnego portalu newsweb.pl. „Dziennikarze to nad jednym tekstem trzy dni siedzą, a my piszemy po dziesięć dziennie” – przyznał wiceszef portalu.
Celem licznych tekstów fabrykowanych przez opisaną „farmę trolli” jest dyskredytowanie opozycji antypisowskiej. Krytyka działań Unii Europejskiej. Stymulowanie lęków przed uchodźcami. Przykład? Kaczyński ostrzegał kiedyś przed chorobami rzekomo przynoszonymi do Europy przez imigrantów. Temat podchwyciła „farma trolli”. Pisząc o „gigantycznych kleszczach”, które rzekomo zalały Niemcy wraz z falą uchodźców. Odnosząc się do tego tematu, niemiecki „Die Welt” zauważył, że TVP – polska telewizja publiczna – bardzo chętnie korzysta z materiałów wyprodukowanych w „fabrykach trolli”.
Naukowcy z Oxfordu jakiś czas temu przeanalizowali działalność polskiego Twittera. Oszacowali, że aż 1/3 wiadomości pochodzi z fałszywych kont. Jeden z autorów analizy, Robert Gowra wspomniał też o innej polskiej „fabryce trolli”. Obsługującej partie polityczne i mającej za zadanie dyskredytowanie politycznej konkurencji. Firma korzysta z 40 tysięcy fikcyjnych kont na Facebooku i Twitterze.
Takich firm jest z pewnością więcej. A rozpoczęty parę miesięcy temu maraton wyborczy jest dla „fabryk trolli” tym, czym okres przedświąteczny dla marketów. Jak to ogarnąć?

Trolle za kraty

Jeden z wrocławskich polityków lewicy sugerował, by wprowadzić do kodeksu karnego pojęcie „kłamstwa informacyjnego”. Słowem, by publikowanie „fake newsów” było przestępstwem ściganym przez prokuratorów. Jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania. Mamy już w kodeksie karnym artykuł 212, dotyczący zniesławienia. I już ten zapis jest kontrowersyjny. Wielu prawników jest zdania, że procesy o zniesławienie, pomówienie, poniżenie muszą pozostać domeną postępowań cywilnych. Tak też powinni reagować ci, których dotykają ewidentne kłamstwa produkowane przez „fabryki trolli”.
Jednak większość materiałów rozpowszechnianych przez „fabryki trolli” nie podpada pod paragrafy karne wprost. Na przykład memy. Wprowadzenie sankcji karnych za „kłamstwo informacyjne” mogłoby w konsekwencji doprowadzić do ograniczenia wolności słowa. Czy mem, na którym Jarosławowi Kaczyńskiemu dorysowano „dymek” i dopisano satyryczny tekst – to już „kłamstwo informacyjne”? Przecież słowa w „dymku” nigdy z ust Kaczyńskiego nie padły. Paragraf o „kłamstwie informacyjnym” mógłby się stać potężnym orężem prokuratury Ziobry. A co z rozlicznymi opowieściami Antoniego Macierewicza o rzekomym zamachu smoleńskim? Czy jak już PiS nie będzie rządził, dzisiejsza opozycja powinna Macierewicza za to ewidentne „kłamstwo informacyjne” wsadzić do więzienia? Myślę, że nie. Wystarczy machnąć ręką na takich jak on. Myśląc i oceniając samemu.

Wszystko na sprzedaż

Przez lata przyzwyczailiśmy się, że słowo pisane i treści przekazywane w radiu i telewizji są odzwierciedleniem rzeczywistości. Przynajmniej w jakimś stopniu. Że dziennikarzy obowiązuje jakaś etyka. Że piszący na Facebooku są tymi, za kogo się podają. W czasach, kiedy za kłamstwo płaci się tak samo jak za prawdę (a niekiedy znacznie lepiej), te zasady przestają obowiązywać. Nie oznacza to, że mamy zlikwidować konta na Facebooku. Przestać kupować gazety. Nie oglądać telewizji. Wręcz przeciwnie.
Wertujmy internet codziennie. Na Facebooku wymieniajmy się poglądami z prawdziwymi znajomymi. Oglądajmy zarówno TVN24, jaki i Polsat News i TVP Info. Mając świadomość, że hasło „cała prawda, całą dobę”, to wyłącznie slogan reklamowy. Prawda zwykle leży pośrodku. I ten prawdziwy środek musi w dzisiejszych trudnych czasach umieć znaleźć samodzielnie każdy z nas.
Tego też życzę na święta wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom.

Papier czytelnictwa nie czyni

Z tą doroczną aferą o to, że Polki i Polacy (a zwłaszcza Polacy) nie czytają, w zasadzie wszystko zostało powiedziane i wiadomo, po której jestem stronie (do czytelnictwa nie zachęca się snobizmem, zawstydzeniem i pogardą; kto nie chce mówić o polskiej pracy, powinien milczeć o polskiej książce; lepiej nie czytać wcale niż czytać chłam i idiotyzmy).
Ale jedna rzecz mnie nie przestaje zadziwiać wśród tych, którzy czytają, czytają dużo i pełno w ich lekturach o czytaniu, o tym, czym czytanie jest, o trybach lektur, o semiotycznym charakterze rzeczywistości, o zacieraniu się różnicy na mowę i pismo, czytanie i pisanie, czytanie i tworzenie:
Jak to możliwe, że po tych wszystkich lekturach wyciągacie nagle najbardziej tradycyjny, zgrany, niesproblematyzowany wskaźnik czytelnictwa – papierową książkę? W dobie social mediów, blogów, audiobooków, ebooków, ale przede wszystkim gier, komiksów, filmów, muzyki na przenośnych urządzeniach – całej masy rzeczy, które zakładają czytanie?
Podobnie jak marketing, komunikaty wyborcze, rozkłady jazdy, polecenia służbowe, maile…
Naszym problemem jest to, że czytamy cały czas, czytamy bez wytchnienia. To co jawi się jako zapaść czytelnictwa, jest zalewem tekstów, wobec którego nie można się zdystansować, który trudno przefiltrować. Gwałt na starej biednej książce jest być może jedynym gestem odmowy. Piszę to jako ktoś, kto robi w książkach w pracy i po pracy, książkami i o książkach myśli nieustannie, jak nie może zdobyć jakiejś książki, to wpada w amok. Dla mnie z kolei czytanie książki jest powiedzeniem „nie” byciu czytanym przez zewnętrzne moce, nad którymi nie panuję.

Przeszło 800 milionów internautów w Chinach

Z opublikowanego 28 lutego 2019 roku raportu Chińskiego Centrum Informacji Sieci Internetowej wynika, że do grudnia 2018 roku liczba użytkowników internetu wyniosła 829 milionów, w tym internauci mobilni stanowili 98,6 procent.

Według raportu, ponad 56 milionów to nowi chińscy internauci. Liczba użytkowników sieci wzrosła o 3,8 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Odnotowano 817 milionów internautów mobilnych, co oznacza wzrost ich liczby o 64,33 milionów. Używanie internetu przez telefony komórkowe w 2018 roku osiągnęło wartość 98,6 procent w porównaniu z 2017 rokiem, kiedy wartość ta wynosiła 97,5 procent. Jest to najczęściej wybierana droga połączenia się z internetem. Coraz więcej Chińczyków wybiera zakupy przez internet. Do końca ubiegłego roku liczba kupujących w sklepach internetowych w Chinach osiągnęła 610 milionów, wzrastając o 14,4 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Coraz popularniejsze jest zamawianie posiłków oraz zakup usług turystycznych – 400 milionów osób skorzystało z tego rodzaju oferty.
W 2018 roku wprowadzono oficjalnie „Ustawę o handlu elektronicznym”, która ma ważne znaczenie dla pobudzenia trwałego, zdrowego rozwoju branży.
Chińczycy przyzwyczajenie są do płatności za pomocą telefonów, tą metodą opłacono 67,2 proc. usług konsumpcyjnych.
Dojrzałość technologi internetowej pomaga w budowie rządu zorientowanego na usługi. Według raportu, liczba użytkowników usług rządowych online w Chinach osiągnęła 394 miliony, co stanowi 47,5 proc. wszystkich użytkowników internetowych. W 2018 roku chiński projekt „Internet + usługi rządowe” wspierał integrację online i offline oraz wzmacniał budowę jednolitej krajowej platformy udostępniania i wymiany danych.

Nieznośna lekkość zakupów internetowych

Rozwój handlu on line oraz mobilne metody płatności czasem bardzo skutecznie opróżniają nasze portfele, wpędzając nas w długi.

Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli.
Tak więc, możnaby powiedzieć, że Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają. Taki wniosek wydaje się płynąć z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska, z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Jesteśmy już „zaprzyjaźnieni” z tymi metodami. Chociaż, jak wynika z badania, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.).

Życie w kredycie

Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc., docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad jednej trzeciej Polaków.
Wzięto oczywiście pod uwagę również i osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nich wyciąga ją codziennie z portfela by robić zakupy, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt.
Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się.
Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Nie czytają, a kupują

Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z przeprowadzonego badania, w tym niekorzystnym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój handlu internetowego (e-commerce).
Przez zakupy online wydajemy bowiem więcej niż chcemy. Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje.
Chętnie robimy zakupy online, bo choć niezbyt bezpieczne, są jednak szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online.
Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online lub że internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz wielu plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni.
Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się początkowo wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane w trakcie badania.

Szkodliwe media społecznościowe

Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić – dodaje Krzysztof Krazue.
Tak więc, łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe.

Głos lewicy

Stop agresji

Marek Balt skomentował napaść na Magdalenę Ogórek:
Wypowiadam się jako osoba, która wielokrotnie była obiektem ataków. W Internecie pisano: „idziemy po ciebie”; pod moim domem pijani działacze jednej z partii po godzinie 22 wykrzykiwali różnego rodzaju obrzydliwe hasła. Moja rodzina i ja doświadczyliśmy aktów agresji. Bardzo współczuję Pani Ogórek, współczuję wszystkim ludziom, którzy są ofiarami tego typu aktów agresji.
Atmosfera w polityce i w Sejmie jest bardzo wysoka. Przemoc niczego nie rozwiązuje, a to co demokrację różni od anarchii to przemoc. Osobiście boję się narastanie spierali agresji i wszyscy powinni potępić tego typu działania. Nie przerzucajmy się odpowiedzialnością, ale w poszczególnych środowiskach powinniśmy tonować atmosferę. W SLD nie tolerujemy tego typu zachowań, jeżeli ktoś by wziął w czymś takim udział zostałby usunięty z partii.

Polska, o jakiej marzymy

Piotr Ikonowicz chyba nie gustuje w nowych mediach. Na Facebooku wymierzył prztyczek w nos Wirtualnej Polsce.
Oto spis tytułów najważniejszych wiadomości zamieszczonych na portalu „Wirtualna Polska”, powinno być „Polska Odmóżdżona”
Mocne słowa Tuska. „Perfidna i groźna forma przemocy”
Nowe fakty ws. ataku na Magdalenę Ogórek
Europoseł bije na alarm ws. Polski
Seks w Watykanie. Gazeta opisuje sprawę
Pijany traktorzysta zdemolował dom
Śnieg spadł z mostu. „Popękane szyby aut”
Rozjuszony dzik zaatakował w lesie. Ranni
Atak na Ogórek. Polityk PiS wyszedł z propozycją
Zaginęła 27-latka. Apel rodziny
Mord pod Gdańskiem. Atak nożem
Wzięli autostopowicza. Pożałowali
Australia. Celowo zatopili całe miasto
Chcą „włożyć kij w szprychy PiS”. Jest plan
Miller skomentował atak na Ogórek
Incydent przed TVP. „Zawodowy prowokator”
Szczególne okrucieństwo w Łodzi
Ze szpitali zniknęło 15 tys. łóżek
Dramat rodziny P. Szczęsnego. Pomyłka służb
Grupa kobiet rozbita. Zamknięto agencje
Pięć godzin ratowano samicę żubra

Kapitalizm 2018

Plusy i minusy zbadał Tymoteusz Kochan na Facebooku:
– totalna ch**za zmierzającego do zagazowania nas i zagłodzenia na starość kapitalizmu jest już tak oczywista, że praktycznie każda partia polityczna musi przyciągać elektorat obietnicami socjalistycznymi, czyt.: socjalem i świadczeniami społecznymi, gwarancją państwowych emerytur, darmowym transportem i kontrolą państwa nad prawie wszystkimi kluczowymi sektorami (energetyka, płace, komunikacja)…
Negatyw I:
– zaczadzeni kapitalizmem i ideologią rynkową właściciele i reprezentujący ich interesy politycy za jedyne sposoby uzyskiwania funduszy na ten ewentualny socjal uznają neoliberalne rozregulowywanie rynku i utrzymywanie niskich podatków dla kapitału i najbogatszych, plus robienie z kraju jednej wielkiej strefy ekonomicznej czyt. robienie sobie dobrze. Sprzedają to oczywiście pod hasłami „zgody narodowej” i „wspólnego interesu wszystkich Polaków”: i wielmożnych kulczyków i zarabiających najniższą krajową.
Negatyw II:
– podobnie zaczadzeni wiarą w american dream ludzie pracy nie chcą „upiora” socjalizmu i w myśl patriotycznego, i wdrukowanego w mózgi hasła przeczzzkomunom, chcą mieć socjalistyczny kapitalizm neoliberalny, z ciągłymi szansami na dostanie się do kręgu Świętych Najbogatszych i milionerów…
Więc nie mają tak do końca pewności, czy chcą przeżyć i przetrwać w relatywnym i solidarnym dobrobycie z socjalizmem aż do późnej starości, czy nie lepiej rzucić to wszystko i dorzucać opon do pieca, wychwalać wolny rynek i modlić się o pierwszy milion przed somsiadem, którego śmierć od smogu nigdy nie jest przecież jakoś szczególnie bolesna.

Polska nienawiścią stoi

Minutą spóźnienia uczcił pan prezes Jarosław Kaczyński pamięć prezydenta Pawła Adamowicza. Uczynił to podczas posiedzenia Sejmu RP, razem z asystującymi mu wicemarszałkami; Beatą Mazurek i Ryszardem Terleckim.
Ten widoczny objaw lekceważenia wywołał oburzenie opozycyjnych mediów. Nie pomogły tłumaczenia, że to lekceważenie tym razem nie było zamierzone. Wynikało jedynie z powszechnego bałaganu panującego w Sejmie. Zarządzanym przez prominenta PiS, marszałka Marka Kuchcińskiego. Śmierć prezydenta Adamowicza wywołała kolejną falę dyskusji w polskich mediach. O zdziczeniu obyczajów w naszej polityce i w mediach. O wszechpanującej „mowie nienawiści”. O konieczności zakończenia tej wojny polsko- polskiej. Debatę przesiąkniętą szczytnymi, pięknymi moralnymi zawołaniami oraz hipokryzją i obłudą. Nie jest to przecież pierwsza taka debata i nie po raz pierwszy słyszymy te gromkie wezwania do polityków i mediów. Aby pomni niedawnej tragedii złożyli śluby czystości politycznej. I raz na zawsze wyrzekli się mowy nienawiści i przemocy słownej. Bo słowna przemoc zawsze rodzi przemoc fizyczną.
Tak było już po śmierci papieża Jana Pawła II- go. Jego śmierć miała począć nowe „pokolenie JP2”, wolne od przemocy i nienawiści. Parę lat minęło i zamiast przełomu moralnego mamy liczne, biurokratyczne instytuty krzewienia „myśli Jana Pawła II- go”. Martwe ideowo i intelektualnie instytucje, żerujące na deficytowym budżecie państwa polskiego. Podobnie było też po katastrofie smoleńskiej. Ten bezprecedensowy wypadek lotniczy miał być początkiem narodowego otrzeźwienia i pojednania.
Otrzeźwieniem, czyli zerwaniem z tradycyjnym polskim „tupolewizmem”, czyli powszechnym lekceważeniem podstawowych norm i procedur bezpieczeństwa. Pojednaniem, czyli zakończeniem trwającej już wtedy wojny PiS i PO.
Lata minęły, lecz „tupolewizm” ma się w Polsce dobrze. Brak należytej ochrony prezydenta Adamowicza podczas gdańskiego koncertu WOŚP, był „tupolewizmu” kolejnym przejawem.
A po katastrofie smoleńskiej wojna PiS- PO rozgorzała na dobre. Przeszła w stan wojny totalnej.
Dlatego nie wierzę, że śmierć prezydenta Adamowicza doprowadzi do pokoju między PiS i PO. Wypleni z polskiej polityki i mediów obecną tam agresję i mowę nienawiści. Nienawiść jest przecież paliwem napędzającym polską politykę. I zwłaszcza polskie media. Polscy politycy uwierzyli, że najskuteczniej buduje się wspólnoty polityczne na nienawiści do konkurencyjnych ugrupowań. Do „komunistów i złodziei”, „zdradzieckich mord”, „watahy” i „szarańczy”.
Buduje się nie na wspólnocie idei, wartości lecz na strachu przed obcymi. Uchodźcami, muzułmanami, ruskimi. Nic tak skutecznie nie mobilizuje wyborców jak strach i nienawiść.
To strach i nienawiść wybierają nam rządzących w Polsce. To one nabijają kiesę właścicielom mediów. Media polskie skutecznie porzuciły polityczne debaty. Spory programowe i ideowe. Dziś przekaz musi być szybki, krótki i jednoznaczny. Miejsce debat zajęły telewizyjne „setki”, czyli stusekundowe wypowiedzi. A ostatnio dominujące, krótkie komunikaty zamieszczane na Twitterze.

Nie o hejt tutaj chodzi!

To co dzieje się w mediach i polityce wokół sprawy zabójstwa prezydenta Gdańska, to zwykła zadyma. Sprawę sprowadzono do tzw. hej tu, który zapełnia fora internetowe. Towarzyszy temu dyskusja wokół tzw. mowy nienawiści i jej konsekwencji w obszarze świadomości społecznej. Mówimy bezrozumnie o widocznych skutkach, a o przyczynach tych zjawisk panuje cisza.
Z hejtem spotykamy się od lat, jako jedną z pochodnych istnienia mediów społecznościowych, które otworzyły świat informacji dla przeciętnych ludzi, mających dostęp do Internetu. Nie jest to nowe zjawisko w stosunkach międzyludzkich. Wcześniej objawiało się ono w postaci plotki, pomówienia. Sfera społeczna istnieje dzięki relacjom wzajemnym pomiędzy ludźmi, a media, w tym szczególnie, w ostatnich latach nowe media, to ułatwiają. Wołanie o likwidację, bądź ograniczenie hejtu można uznać w tej sytuacji za naiwność, brak wiedzy, lub uczestnictwo w zaciemnianiu społecznego obrazu dziś, w istniejących uwarunkowaniach społecznych i politycznych.
Zastanowić się trzeba nad tym, dlaczego uruchomiono dziś tak powierzchowną dyskusję o stanie świadomości Polaków, bez prób sięgania do źródeł i przyczyn tego zjawiska. Przyczyny są dość złożone, ich analiza wydaje się konieczna. Sytuacja społeczna zmierza bowiem szybko do przesilenia, a ono może nie być dla Polski najlepszym rozwiązaniem, choć widać siły, które wyraźnie do tego dążą.
Jeśli spojrzymy na kształtowanie się współczesnej wizji Polski XXI wieku, to daje się zauważyć, że od 1976 roku (wydarzenia w Radomiu), mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, w którym wyłącznie jednym z epizodów był stan wojenny w grudniu 1981 roku czy też oddanie władzy przez PZPR w 1989 roku. Kraj i społeczeństwo jest przez kolejne ekipy polityczne, wywodzące się z różnych nurtów ideowych zarządzany kryzysowo, brak jest stabilizacji, jednej spójnej wizji rozwoju opartej o narodowy interes Polaków, tu i teraz.
Trzeba podkreślić, że na sytuację w Polsce ma zdecydowany wpływ sytuacja międzynarodowa i kształtowanie się świata pojałtańskiego, w ramach którego zarysowują się dwie przynajmniej koncepcje organizmu globalnego przyszłości: kontynuacja dotychczasowego jednobiegunowego organizmu z dominacją USA oraz budowa nowego, wielobiegunowego, zrównoważonego modelu opartego o kilka centrów cywilizacyjnych. Polska jest na linii frontu, stąd zapewne nasza sytuacja wewnętrzna wygląda tak, jak ją widzimy ostatnio.
Wracając do sytuacji aktualnej, trzeba podkreślić, że Polska targana jest koleją falą konfliktów społecznych i politycznych, których wynikiem może być nowy układ sił wewnętrznych po wyborach europejskich i parlamentarnych. Istnieje realna groźba dla rządzącej dziś koalicji prawicowej utraty władzy. Może to spowodować konieczność odejścia jednych ludzi i przyjścia innych, choć wśród rozumnej części społeczeństwa pojawia się pytanie: a co to zmieni?
Zauważyć trzeba, że jednym z głównych motywów walki o władzę w Polsce od dwóch dziesięcioleci nie jest czynienie dobrze i rozwój, ale władza sama w sobie, dająca dostęp do środków publicznych. Przykładów to potwierdzających jest wiele. Innym znaczącym elementem jest fakt, że kolejne ekipy rządzące w Polsce realizują wyłącznie wytyczne Konsensusu Waszyngtońskiego i jego linię neoliberalną w ekonomi i stosunkach społecznych. Dzieje się tak, mimo iż neoliberalizm w skali globalnej odchodzi w niesławie, pozostawiając po sobie ogromne rozwarstwienie i jednocześnie ogromny potencjał rewolucyjnego protest w całym świecie. Widać to również u nas. Jest on cynicznie wykorzystywany do walki politycznej, która zaczyna wylewać się na ulice.
Oceniając stan sytuacji w Polsce można zaryzykować tezę, że rządzące od kilkunastu lat kolejne ekipy polityczne nie są zdolne do wyprowadzenia kraju z narastającego kryzysu. Wywodzą się one z jednego pnia ideowo-politycznego, z jednej tradycji – przełomu sierpniowego. Narastający w Polsce konflikt jest ich dziełem. Zewnętrznie objawiane spory i różnice mają charakter pozorny, są często mylące dla elektoratu. Wielu rozumie je, jako cyniczną walkę o łupy.
Tak więc konkludując, nie o hejt tutaj chodzi, a o fundamentalne spory dotyczące sprawowania, utraty lub odzyskania władzy. Hejt jest pochodną szerszych procesów, którym ktoś patronuje i próbuje nimi zarządzać. Włączane jest w to społeczeństwo, narasta powszechna agresja, ukształtował się trwale w społecznej świadomości synonim „obcego”, z którym nie można już rozmawiać, a trzeba go zabić. To straszne zjawisko. Gdzie my jesteśmy, gdzie jest znaczący w historii Polski Kościół, który dziś stał się jedną ze stron konfliktu?
Polityka przestała być sztuką dialogu, kompromisu, szacunku do inaczej myślącego partnera, stała się polem konfrontacji i walki na śmierć i życie. Szkoda Polski.