Słup ogłoszeniowy w Internecie

Bez internetu nie wygrywa się kampanii wyborczej. Prawdę tę już dawno poznano w USA. Powoli przekonujemy się o tym także w Polsce.

Sądząc po liczbie plakatów i billboardów, które zdobiły polskie miasta i miasteczka podczas ostatnich wyborów, walka polityczna wciąż sprowadza się do jednej, prostej zasady: Wygrywa ten, kto obklei swoją podobizną więcej murów i słupów ogłoszeniowych niż pozostali. Jednak powoli, lecz nieubłaganie kampania wyborcza przenosi się z ulic do cyberprzestrzeni, a konkretnie do mediów społecznościowych. To zaś oznacza, że coraz większy wpływ na wyniki głosowania mają technologiczni giganci w rodzaju Twittera czy Facebooka.
Przyzwyczailiśmy się, że trendy w kampaniach wyborczych wyznaczają Amerykanie. To w USA w 1960 roku przeprowadzono pierwszą transmitowaną na żywo w telewizji debatę z kandydatami na prezydenta. Do tej pory uważa się, że to właśnie temu wydarzeniu John F. Kennedy zawdzięcza swoje wyborcze zwycięstwo, mimo że merytorycznie wypadł gorzej od Richarda Nixona. Jednak ci, którzy oglądali ich pojedynek, zapamiętali nie słowa, lecz przystojnego i pewnego siebie polityka Partii Demokratycznej oraz zmęczonego i spoconego wiceprezydenta. Mniejszość, słuchająca debaty w radiu, bezapelacyjnie wskazała na zwycięstwo Nixona. Wniosek był prosty: Kto wygrywa w telewizji, ten wygrywa wybory.
W 2008 roku powyższa reguła została zmodyfikowana. Barack Obama, niedoświadczony i szerzej nieznany senator, udowodnił, że ten wygrywa wybory, kto wygrywa w cyberprzestrzeni. Od początku wyścigu prezydenckiego zaangażował do niej osoby związane z przemysłem internetowym i mediami społecznościowymi. Podczas gdy jego przeciwnik z Partii Republikańskiej John McCain prowadził kampanię rodem z lat 80. minionego stulecia, Obama był pierwszym politykiem, który na szeroką skalę zastosował technologię XXI wieku. Internet stał się nie tylko kolejnym kanałem komunikowania politycznego, ale przede wszystkim udowodnił swoją przydatność jako przestrzeń do aktywizowania i zdobywania poparcia wyborców. “Każdy polityk, któremu umknie fakt, że żyjemy w erze post-partyjnej, z nową polityczną ekologią, gdzie łączenie ludzi podobnie myślących i tworzenie wspólnot jest banalnie proste, niedługo wypadnie z gry” – powiedział tuż po wyborze Obamy na prezydenta Andrew Rasiej, badający związki technologii i polityki.
Jego słowa potwierdził Donald Trump, który swoją kampanię wyborczą w 2016 roku oparł w dużej mierze na mediach społecznościowych. Inaczej jednak niż Obama, obecny prezydent chętnie posługiwał się w niej kłamstwem i agresją, potęgując polaryzację amerykańskiego społeczeństwa i mobilizując w ten sposób skrajny elektorat. Tym samym, internet pomógł Trumpowi narzucić mediom głównego nurtu wiodące tematy kampanii, sprowadzając Hillary Clinton do głębokiej defensywy. W konsekwencji showman wygrał wybory, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej nikt nie dawał mu większych szans.
Łącznie w 2016 roku Trump i Clinton wydali na reklamę na Facebooku 81 milionów dolarów. Na ponad rok przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, potencjalni kandydaci już przeznaczyli na ten cel ponad 63 miliony. Zapowiada się zatem rekordowa pod względem wydatków kampania prezydencka w Internecie, a to z kolei oznacza, że coraz większą rolę w polityce zaczną odgrywać prywatne przedsiębiorstwa z branży internetowej, w tym zwłaszcza Facebook i Google. Inaczej bowiem niż w świecie tradycyjnych mediów, gdzie możemy mówić o względnym pluralizmie, obecna cyberprzestrzeń została podzielona pomiędzy zaledwie kilka podmiotów, z których każdy posiada wystarczającą infrastrukturę i budżet, by wpływać na przebieg i wyniki wyborów.
Już teraz możemy przekonać się, że kampania w Internecie wcale nie jest uczciwsza i bardziej demokratyczna od tej prowadzonej na ulicach. W końcu w tej drugiej wystarczy tylko dobry pędzel, klej i kawałek muru. W cyberprzestrzeni natomiast wszystkie miejsca, gdzie chcielibyśmy się zareklamować należą do tego czy innego podmiotu prywatnego, który w zależności od sympatii i interesów udostępni je nam lub nie. Co więcej, może również wpłynąć na sposób, w jaki będziemy się reklamować, a także pomóc lub utrudnić dotarcie z naszą reklamą do większej liczby odbiorców. Boleśnie przekonał się o tym Joe Biden, wyrastający na głównego przeciwnika Donalda Trumpa w zbliżających się wyborach prezydenckich. Powtarzając swoją strategię sprzed czterech lat, Trump zaczął rozpowszechniać na Facebooku wideo, w którym kłamliwie oskarżał Bidena o bliskie związki z ukraińskimi politykami. Na nic zdały się protesty i dowodzenie, że wideo Trumpa to fake news. „Naszym zadaniem nie jest ocena co jest prawdą, a co kłamstwem” – stwierdził w odpowiedzi Mark Zuckerberg, właściciel Facebooka. Jak się jednak wkrótce potem okazało, wcześniej Facebook zablokował ponad sto reklam wyborczych, argumentując to tym, że nie spełniały one standardów firmy. Wśród odrzuconych znalazło się także wideo przygotowane przez sztab Trumpa, w którym Biden nazywany jest „skur****nem”. Innymi słowy, można kłamać, byleby przy tym nie przeklinać.
Dotychczasowe próby uregulowania sytuacji jeszcze bardziej ją skomplikowały. W tym miesiącu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) zadecydował, że państwa mają prawo żądać od Facebooka usunięcia wskazanych wpisów, zdjęć lub filmów nie tylko na terenie konkretnego państwa, gdzie zapadł wyrok, lecz również globalnie. Wszystko zaczęło się od skargi byłej liderki austriackiej Zielonej Alternatywy, Evy Glawischnig-Piesczek, która podała do sądu platformę Zuckerberga, żądając usunięcia negatywnych wobec niej komentarzy. Sprawa zakończyła się sukcesem polityczki, zaś TSUE rozszerzył interpretację austriackiego Sądu Najwyższego na wszystkie kraje, w których działa Facebook.
Decyzja TSUE tylko na pozór kończy czas wolnej amerykanki w mediach społecznościowych. Z jednej strony ułatwia walkę z fake newsami i mową nienawiści. Z drugiej jednak może prowadzić do ocenzurowania Facebooka i pozostałych platform. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić jak upolitycznione sądy żądają usunięcia postów krytycznych wobec władzy. Zagrożenie to dotyczy nie tylko państw autorytarnych, takich jak Rosja czy Chiny, które już regulują dostęp do informacji. Węgry pod wodzą Viktora Orbán, a po części także współczesna Polska dowodzą, że zapędy cenzorskie dosięgają także demokracji liberalnych i państw członkowskich Unii Europejskiej.
Romantyczne czasy kampanii wyborczych spod znaku plakatów i spotkań w remizach strażackich niechybnie odchodzą do lamusa. Politycy mogą zaklinać rzeczywistość, lecz jej nie zmienią. Każdy, kto chce odnieść sukces, musi przede wszystkim zdobyć cyberprzestrzeń. O tym komu się to uda zadecyduje nie tyle staromodny talent, co przede wszystkim przychylność internetowych gigantów. Przekonamy się o tym już za kilka miesięcy, podczas wyborów
prezydenckich.

Przyjdzie Facebook i was zje…

Dawno, dawno temu, w 2004 roku urodził się Facebook. Ojcem Facebook’a jest Mark Zukerberg, obecnie dyrektor generalny potężnej korporacji, a miejscem narodzin Uniwersytet Harvarda (w stanie Massachusetts USA). Sam twórca był studentem zdolnym, lecz kontrowersyjnym, zrobił imponującą karierę w branży mediów społecznościowych.

We wczesnym dzieciństwie Fb służył małolatom i młodzieży akademickiej do plotkowania na temat koleżanek i kolegów. Pewnie stąd nazwa, „Album buziek”. Jako dziecko przejawiał pewną skłonność do seksizmu. Zdarzały mu się także epizody romantyczne. Dorastał.
Obecnie to już dojrzała struktura. Posiada rodzeństwo, Twitter, Instagram i kilka innych. Należy do ekskluzywnej grupy „GAFA” (Google, Amazon. Fb, Apple), która podobno rządzi światem.
A ile osób korzysta z Fb? Według Zukerberga dziennie 1,52 mld i rośnie!
A z czego żyje Fb, bo przecież jest darmowy? Prawie w 100 proc. z reklamy.
Z powyższego wynika, że im więcej użytkowników tym Facebook’owi lepiej. Stworzył, więc cały pakiet algorytmów przeszukiwania i kojarzenia, których celem jest pewna forma manipulacji społeczeństwem, tworzy „bąble” środowiskowe, dzięki czemu mamy wrażenie, że otacza nas grupa o podobnych poglądach i zainteresowaniach, sugeruje znajomych. Podsuwa wydarzenia, dał nam system „laików”, które mają nas motywować i sycić naszą pychę albo, wpędzać w depresję.
A jak Fb syci się informacją, bez której nie byłby w stanie nami manipulować? Dajemy mu ją sami!
Wśród użytkowników Fb są ludzie mający potrzebę dzielenia się swoimi poglądami i komentarzami. Często jest to najbardziej dostępne medium komunikacji. Możemy organizować się wokół pewnych idei, namawiać do działania i organizować „happeningi”. W przypadku władzy opresyjnej to często jedyna metoda, bo mało jest takich zamordystów, którzy Facebook’owi podskoczą.
Sporo wielbicieli tego komunikatora tak mocno zatonęło w wirtualnym świecie, że wypisują, bez zastanowienia wszystko, co im wyobraźnia przyniesie. Piszą o tym, że mają kaca, co jedli, o udanym seksie, kłótni z bliskimi i o tym, że rozbili sobie kolano. Czasem ujawniają swoje dane poufne. Okraszają to wszystko fotkami, których w realu nikomu nie pokażą. Może to efekt samotności i wyalienowania a może deficytu emocjonalnego.
Pewnie duży wpływ na takie zachowanie ma kolejny wynalazek mediów elektronicznych o wdzięcznej nazwie „nick”, czyli nazwa osobowości, za którą możemy się ukryć. Jeżeli nie bardzo lubimy siebie, a w efekcie innych ludzi, to wypisujemy o nich okropne rzeczy, których nie mamy odwagi powiedzieć w oczy, ukryci za nickiem „sprawiedliwy”, „obywatel” czy „patriota”. Oczywiście poczucie anonimowości jest złudzeniem. Boleśnie przekonali się o tym „artyści”, którzy umieścili na Fb „reportaż” ze swojego nielegalnego wyczynu a rano usłyszeli pukanie do drzwi. Podobnie urządził się jeden sędzia antysemita.
Bo przecież ktoś to czyta i może wykorzystać w różnych celach, nie tylko marketingowych!
Media straszą nas programem „Pegasus” rzekomo posiadanym przez trzyliterowe służby. Ma on służyć do podglądania i podsłuchiwania obywateli. Sądzę, że takie narzędzie istnieje, bo żadna władza nie powstrzyma się od posiadania takiego fajnego gadżetu, ale zanim wyda na niego kasę, najpierw poczyta, co piszemy w internecie.
Szczególną grupą użytkowników Fb są ludzie „na świeczniku”, politycy celebryci działacze różnej maści itp. Już dosyć dawno przekonali się, że Internet może być areną walki z realnym lub wyimaginowanym przeciwnikiem. Polityk, osoba publiczna, ma wiele możliwości debatowania i interakcji ze społeczeństwem. Można publikować w prasie, może uczestniczyć w spotkaniach, może nawet książkę napisać. Ale po co się męczyć? Ma przecież ulubiony komunikator. To miejsce, gdzie może wypisywać zdania, które obawia się przedstawić na realnym forum, może odsądzać od czci i wiary przeciwników. Może to nawet zlecać innym. Powstały nowe profesje, „hejter” (obsmarowuje wskazane osoby, „lajker” (zachwyca się naszymi wpisami), „farma trolli” (zorganizowany zespół piszący „hejty” i tworzący „fejki” (nieprawdziwe wiadomości mające zdyskredytować kogoś lub coś).
Strach komputer włączyć!
Bardzo często taki sposób używania mediów społecznościowych obraca się przeciwko autorowi. Może go spotkać coś, co dla polityka jest katastrofalne, stanie się przedmiotem „beki”
Nie bądźmy „dzbanami”, używajmy, Facebooka z rozsądkiem, bo inaczej Facebook użyje nas, a może nawet zje.

Z władzą przez internet

Relacje urzędników z obywatelami i przedsiębiorstwami w coraz większym stopniu przenoszą się do sieci. Okazuje się, że pod tym względem nasz kraj wypada wcale nienajgorzej.

W tym roku został opublikowany raport Organizacji Narodów Zjednoczonych, poświęcony zagadnieniom relacji urząd – obywatel – przedsiębiorstwo na płaszczyźnie internetowej. Raport opracowuje Wydział Instytucji Publicznych i Zarządzania Cyfrowego Departamentu do spraw Społecznych i Ekonomicznych Sekretariatu ONZ, w tym także Indeks i Ranking 2018, w którym Polska zajęła 33. miejsce.
Indeks (EGDI – E-Governemnt Development Index) publikowany jest co dwa lata od 2001 r. i obejmuje wszystkie 193 kraje członkowskie ONZ. Prace prowadzone są od trzech lat w trybie monitoringu realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) przyjętych przez Zgromadzenie Ogólne ONZ we wrześniu 2015 r. Chodzi tu o cele 15 i 16, w których kwestie e-government są szczególnie akcentowane.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składają się trzy subindeksy i kilkunastu wskaźników (mierników oceny) dotyczących różnych aspektów e-government. Indeks jest średnią arytmetyczną tych wskaźników.
Badanie dotyczy urzędów publicznych, zarówno centralnych jak i lokalnych w płaszczyźnie internetowej, w relacji do obywateli, przedsiębiorstw i innych instytucji. W Polsce przyjęły się już terminy tele-praca czy tele-medycyna, lecz tele-urząd wciąż nie. Więc pozostajemy przy angielskim e-government.

Polska very-high

Wspomniane trzy subindeksy, które składają się na podstawowy Indeks EGDI to:
1. Infrastruktura telekomunikacyjna (TII), do którego dane zbierane są przez Międzynarodową Unię Telekomunikacyjną,
2. Kapitał Ludzki (HCI), do którego dane pod kątem głównie umiejętności zastosowań ICT są czerpane z zasobów UNESCO,
3. Usługi publiczne on-line, do którego dane zbierane są w niezależnym specjalnym badaniu statystycznym prowadzonym przez departament do spraw Społecznych i Ekonomicznych ONZ. Warto odnotować, że tylko 100 krajów było w stanie dostarczyć odpowiednie kompletne dane.
Na Indeks Infrastruktury telekomunikacyjnej składają się takie mierniki oceny jak (w przeliczeniu na 100 mieszkańców) liczba osób posługujących się aktywnie internetem, w tym szerokopasmowym, liczba telefonów komórkowych i stacjonarnych.
Na Indeks Kapitał ludzki składają się z kolei takie mierniki, jak: wskaźniki skolaryzacji na wszystkich poziomach kształcenia, liczba lat spędzonych w szkole, alfabetyzacja.
Przyjęto, że kraje osiągające Indeksy na poziomie 0,75 – 1,00 zaliczone są do grupy very-high, do której zalicza się obecnie 40 krajów, w tym Polskę. W rankingu 2003 r. do tej grupy zaliczona były zaledwie 10 krajów, a w 2014 r. już 29. Średnia światowa Indeksu to obecnie 0,55.
W 40 stolicach państw członkowskich prowadzone były także pilotażowe badania e-government, w którym na 9. miejscu zakwalifikowano Warszawę.

Powrót do przeszłości sprzed 10 lat

W 2008 r. zajmowaliśmy 33. miejsce, w 2012 r. niestety dopiero 47. Ale już w Indeksie 2014 r. – 42, a w 2016 r. – 36 no i wreszcie w 2018 r. – 33. Postęp był więc w ostatnich pięciu latach wyraźny.
Czołówka rankingu to: Dania, Australia i Republika Korei Płd.
Wartość Indeksu dla Danii wynosi 0,9150. Wartość Indeksu dla Polski wynosi 0,7926. Taki jest obecnie dystans do najlepszych pod względem zastosowań internetu w usługach publicznych. Wyższą wartość Indeksu osiągamy w zakresie usług on line – 0,9306 i kapitału ludzkiego – 0,8668, zaś niskie w zakresie infrastruktury telekomunikacyjnej – 0,5805.
Rosja zajmuje miejsce bezpośrednio przed nami.
W Europie liderami w zakresie e-government są Dania i Szwecja (5. miejsce). Spośród nowych krajów UE przed nami jest tylko Estonia (16) z wartością Indeksu w wysokości 0,8486. Za nami: pozostałe nowe kraje UE: Słowenia (37), Litwa (40, spadła z 23 w 2016 r.), a w końcu stawki Rumunia (67). Słowacja zajmuje wprawdzie w 2018 r. 49 miejsce, ale awansowała z 67 w 2016 r.
Indeks i pełny raport można znaleźć: www.publicadministration.un.org/egovkb/en-us/Reports/UN-E-government – Survey-2018

Kubańska sieć

Od kilku dni wszyscy Kubańczycy mają u siebie sieć wifi, po roku pracy sektora informatycznego, bardzo żywego od kiedy stery kraju przejął prezydent Miguel Díaz-Canel. Z tej okazji dziennikarze zagraniczni pytali Ernesto Rodrigueza Hernandeza, wiceministra komunikacji, czy władze nie boją się takiej wolności: „Nasz naród broni i popiera Rewolucję we wszystkich dziedzinach, w realu i przestrzeni wirtualnej” – odpowiedział minister.

To, że wszyscy Kubańczycy mają dostęp do internetu nie znaczy, że wszyscy mają internet. Ale teraz, gdy jest już wifi, ludzie będą mogli podłączyć rutery i tworzyć prywatne sieci. Operator jest publiczny – Etecsa, trzeba u niego zarejestrować sprzęt. „Chcemy, żeby jak najwięcej ludzi mogło łączyć się z internetem” – mówił minister Hernandez. Na razie jest jednak pewien problem.
Za godzinę połączenia z internetem trzeba płacić jednego dolara, co jest na wyspie sumą bardzo wysoką, jeśli zważyć, że przeciętna pensja to ok. 50 dolarów. Pakiety też są drogie – najtańszy z 600 MB kosztuje 7 dolarów. Od wielu tygodni, wraz z rozszerzaniem się dostępu do internetu, trwają internetowe akcje pod tagiem #Bajenlospreciosdeinternet („Obniżcie ceny internetu”). Minister pociesza, że od kiedy wifi pojawiło się na wyspie (w 2013 r.), ceny spadły cztery razy i dalej będą spadać.
Na wyspie zamieszkałej przez ponad 11 milionów mieszkańców zbudowano 1400 hotspotów wifi. W tej chwili internet odbiera ok. 3, 3 milionów Kubańczyków, ale z tego tylko 800 tys. ma internet w domu. Hawana nie boi się rozszerzenia dostępu, ale jest trochę nieufna: „Technologie nie są apolityczne, jak usiłują nam wmówić” – mówił Hernandez. Jego zdaniem, mogą być „manipulowane”. Dlatego władze mają zamiar czuwać: dostęp do „niemoralnych” lub „nieodpowiedzialnych” stron internetowych może być utrudniony.

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Polska przed filmem i po filmie Ważny tunajt

Niedawno wróciłem z Madrytu, gdzie odwiedziłem m.in. miejscowe muzeum sztuki współczesnej. Jedna z ekspozycji tamże poświęcona była propagandzie okresu wojny domowej 1933-36 oraz latom poprzedzającym jej wybuch. W jednej z gazet republikańskich/socjalistycznych z tamtego okresu, natrafiłem na ciekawy fragment. Brzmiał on mniej więcej tak: „W Sewilli grupa robotników wychodzących z fabryki, napotkała na swojej drodze przechadzającego się księdza. Wobec tak oczywistej prowokacji…”
Parę dni temu w metrze, napotkałem na swojej drodze księdza, który podobnie jak ja, czekał na skład w stronę Młocin. Przypomniał mi się wtedy ten fragment, bo byłem świeżo po seansie filmu braci Sekielskich na wiadomy temat. Rozłożyłem go sobie na trzy razy. Nie dlatego, że nie mogłem przetrawić na raz tych wszystkich okropieństw. Ot, raz za późno zacząłem oglądać i usnąłem. Drugi raz przerwałem, bo ktoś zadzwonił domofonem do drzwi i dopiero za trzecim podejściem ukończyłem całość. Minęło już wówczas trochę czasu od premiery i mogłem jako tako prześledzić ton komentarzy, które wezbrały zaraz po opublikowaniu dokumentu w internetach.
Naturalnie, zgadzam się co do wymowy, że Sekielscy obnażają grzechy Kościoła mocno i bez pardonu, a Kościół polski i jego hierarchowie, miotają się jak zwierzyna w potrzasku, bo nie może im przejść przez usta słowo przepraszam, przynajmniej nie wszystkim. Jednakowoż, bardzo mocno mnie dziwi narracja powtarzana przez media elektroniczne i prasę na lewo od mediów rządowo-toruńskich, że oto mamy za przyczyną filmu braci S. zebrane dowody na kościelną pedofilię, o której wcześniej nikt nie słyszał ani nikt nie mówił. Komu jak komu, ale czytelnikom tej gazety, jak również gazety Urbana i periodyku byłego księdza Romana, chyba nie specjalnie trzeba przypominać, ileż to przypadków kościelnej pedofilii ujawniali na swoich łamach, jeden i drugi, na długo przed tym, kiedy Sekielski Tomasz począł zbierać w sieci pieniądze na realizację swojego projektu. Wszak to, z czym nas film Sekielskich zaznajamia, to dla nas, tej całej hałastry lewackiej, progresywnej, laickiej czy nawet liberalnej pokroju Liberté, sprawy doskonale znane i Ameryki nieodkrywające, a mimo wszystko lud lewicowy dziwi się, jakże to możliwe, że księża w Polsce molestują dzieci i gdyby nie film Sekielskich, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Bardziej jednak niż to udawane zdziwienie na pokaz, zirytowało mnie to, z czym chwilę po premierze filmu mieliśmy do czynienia w Sejmie.
Oto w trybie ekspresowym, do tego co prawda już zdążyliśmy za tej kadencji przywyknąć, ale jednak mimo wszystko – ekspresowym – nowelizuje się ustawę o karaniu za przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Wygląda to trochę tak, jakby do momentu opublikowania filmu Sekielskich w sieci, nikt z rządzących w Polsce nie wiedział, że coś takiego jak molestowanie występuje, a przynajmniej nie na taką skalę, co z kolei uzasadniać by miało zaostrzenie przepisów. Innymi słowy, było molestowanie małoletnich do filmu Sekielskiego, i to molestowanie zdecydowanie łagodniej należało karać, a po filmie rządzący uznali w jedną noc, że sposób molestowania drastycznie się zaostrzył, takoż trzeba równie drastycznie zaostrzyć za owo molestowanie kary. No i jak pomyśleli, tak zrobili, a efekty oczywiście przyjdą same, bo po zaostrzeniu kar, żaden pedofil, zwłaszcza w sutannie, nie zmolestuje już więcej żadnego pacholęcia, albo przynajmniej poważnie się nad tym zastanowi.
Pomijam przez grzeczność, że takie ekstraordynaryjne poprawianie ustaw nic dobrego polskiej legislaturze nie przyniesie, żeby nie napisać, że najzwyczajniej mocno ją popsuje. Nie uważam też, że cokolwiek zmieni tu komisja śledcza, bo, jak pokazały wszystkie dotychczasowe, jest to dla polskich posłów, darmowa winda autopromocji i darmowego czasu antenowego i tak samo byłoby i z tą. Niemniej, w ferworze ognistej dyskusji podczas debaty sejmowej na wiadomy temat, ciskania przez jednego z posłów bucikami w prezesa, co swoją drogą, było słabe jak barszcz, bo o nic innego tu nie chodziło, jak tylko o tani poklask, zadziwił mnie głos ministra sprawiedliwości, który komentując to, co się w Sejmie w ostatnich dniach wydarzyło… miał rację. Dyskusja na tak poważny temat, powinna być, nawet jeśli emocje nie pozwalają na chłodny osąd, prowadzona z taktem i wyczuciem, a nie jak kolejna karczemna jatka czarnych z białymi i niebieskimi. Naturalnie, powiedział tak pan minister, bo gdyby to on był w opozycji, pewnie robiłby tak samo jak ten od niemowlęcych bucików, a jego alter ego z rządu wytknąłby mu to samo, co jedynie pokazuje jak na dłoni, z towarzystwem jakiego autoramentu mamy dziś w polityce do czynienia.
Kiedy tak sobie stałem na stacji i przyglądałem się księdzu który czekał na metro, pomyślałem sobie, czy niedługo chodzenie przez duchownych po ulicy w stroju służbowym nie zacznie być powodem do wstydu, albo przynajmniej do obciachu. Mnie akurat nie trzeba przekonywać do tego, że tak jak w każdym zawodzie, tak i w tym są prymitywy, karierowicze i wyzyskiwacze, ale są również i ludzie przyzwoici i porządni, bo sam nawet kilku takich znam. Cóż jednak z tego, kiedy kierownictwo zakładu idzie w zaparte i nawet nie chce słyszeć o planie naprawczym. Chciałbym zobaczyć PR-ową strategię polskiego Kościoła na bieżący czas kryzysu. To musiałaby być bardzo krótka lektura. Ale jeszcze bardziej chciałbym zobaczyć agencję PR-ową, która podjęłaby się Kościoła owego reprezentowania…

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Wszystko na sprzedaż

Te fabryki nie mają kominów. Maszyn. Wielkich hal fabrycznych. „Fabrykom trolli” wystarcza internet.

To nie będzie miły tekst. Sympatyczny. Relaksujący. Poprawiający nastrój podczas rozpoczynających się świąt. Dlatego najlepsze życzenia świąteczne składam wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom już teraz. Na początku. Bo dalej będzie już tylko gorzej.

Fabryka trolli

Dwadzieścia lat temu, angielskie słowo „trolling” nie oznaczało nic złego. Wręcz przeciwnie. „I like to troll a happy song when I am down” – mogłem powiedzieć. Gdy jestem smutny, lubię zaśpiewać sobie wesołą piosenkę – to po polsku. Dziesięć lat temu, już prawie polskie słowo „troll” kojarzyło się z natrętną muchą. Robiącą wokół siebie dużo hałasu. I wtrącającą się do każdej internetowej dyskusji. Choć poza brzęczeniem, internetowy troll nie miał nic sensownego do powiedzenia.
Dzisiejszy troll potrafi być kimś. Może mieć nawet wpływ na wybór prezydenta tak potężnego kraju jak Stany Zjednoczone. Wielu z Państwa zapewne oglądało w telewizji lub w internecie „Fabrykę trolli”. Duńsko-szwedzki dokument – opisujący kulisy pracy petersburskiej firmy internetowej. „Film poświęcony jednemu z najpoważniejszych problemów współczesnego świata. Chodzi o rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które wywołują niepokoje społeczne oraz wprowadzają dezinformację wśród obywateli” – w taki sposób rekomendują „Fabrykę trolli” stacje telewizyjne. I nie ma w tych słowach cienia przesady. Bo troll z brzęczącej muchy przeistoczył się w chmarę szarańczy. Atakującej i niszczącej. Przede wszystkim debatę publiczną.

Wielkanocny troll

Nie, troll nie pojawił się wraz z internetem. Ma co najmniej dwa tysiące lat. Część z Państwa, w Wielkanoc odwiedzi kościoły. I takie usłyszy wytłumaczenie pustego grobu Chrystusa: „Niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: »Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali«” (Mt. 28, 11-13).
Zaś Ci z Państwa, którzy w wolne dni zagłębią się w lekturę „Quo vadis” Sienkiewicza, też przeczytają o starożytnych trollach. Kiedy to Tygellin i Chilon Chilonides przekonali cesarza Nerona, by winą za spalenie Rzymu obarczyć chrześcijan.
Zamieszkujący terytoria Wielkiej Brytanii Celtowie nie mówili po angielsku. Nie mogli więc powiedzieć o rozsiewanych w Cesarstwie Rzymskim nieprawdziwych plotkach tak jak my dzisiaj. Fake news. Ale przez tysiąclecia istota „fake newsów” nie zmieniła się. Diametralnie zmieniła się jedynie skala ich oddziaływania.

Kłamstwo powtarzane

Ileż trudu i czasu wymagało, by plotkę przekazać z ust do ust. Jednym z pierwszych, który wykorzystał możliwości mediów masowych do rozpowszechniania „fake newsów” był z pewnością Joseph Goebbels. Kilka fałszywych informacji powiedzianych do mikrofonu radiowego, trafiało w jednej chwili do milionów słuchaczy. A „kłamstwo powtórzone tysiąc razy stawało się prawdą”. To goebbelsowskie powiedzenie jest dzisiaj główną siłą napędową wszystkich „fabryk trolli” na świecie.
Gdy szokujący film o rosyjskiej „fabryce trolli” – wpływającej na wyborcze zachowania Amerykanów – stał się bestsellerem, władze USA nie mogły nie zareagować. W lutym dziennik „Washington Post” doniósł, że wojsko odcięło od internetu Agencję Studiów Internetowych, nazywaną „fabryką trolli”. Firmę finansowaną przez Jewgienija Prigożyna, oligarchę bliskiego Władimirowi Putinowi. Nie wnikając w szczegóły, jak to zrobiono – i tak to nic nie da. Tak jak wprowadzenie prohibicji nie spowodowało, że Amerykanie przestali pić.
Fabryki – a może wkrótce koncerny trolli – będą się rozwijały. Bo rozpowszechnianie fałszywych informacji, półprawd, nie do końca prawd – to doskonały biznes. W świecie, w którym wszystko jest na sprzedaż.

Reklama dźwignią

Wystarczy włączyć telewizor. Katar? Do gorącej wody wsyp proszek. Wypij. I możesz iść w góry. Ból? Żel ukoi go w pięć minut. Brak gotówki? Tylko parę kliknięć na komputerze. Stare auto pod domem? Nic prostszego. Właśnie jest promocja na nowe.
Nie przypadkiem pisząc o trollach, cytuję wszechobecne reklamy. Bo podobieństw jest sporo. Po pierwsze – pieniądze. Czas trolli internetowych – pożytecznych idiotów – działających za bóg zapłać, powoli mija. Pod każdym towarem sprzedawanym w internecie roi się od komentarzy. Że jest super i najlepszy. Lub odwrotnie: że do niczego się nie nadaje i zaraz popsuje. Możemy być pewni, że 90 procent komentarzy napisano służbowo. Producent zapłacił tym, którzy mają pisać dobrze. Konkurencja – pozostałym.
Drugie podobieństwo świata reklam i trolli, to siła sugestii. Kiedyś zakazano reklam oddziałujących na podświadomość. Emisji reklam, w których na ułamek sekundy pojawiały się obrazki, odnotowywane tylko przez podświadomość. Ale większość współczesnych reklam nadal w jakimś stopniu oddziałuje na naszą podświadomość. Gdy widzimy zwalonego z nóg grypą pacjenta. Łykającego tabletkę. I za chwilę – z uśmiechem na twarzy – przypinającego narty. Nie potrzeba słów. By zasugerować widzowi ozdrowieńczy skutek działania specyfiku.
Dokładnie tak samo działa fabryka trolli. Rosyjski troll nigdy nie pisał wprost: głosuj na Trumpa. Najczęściej wystarczał mem wpuszczony do sieci. Z Hilary Clinton, przyjaźnie pozdrawiającą tłumy po drugiej stronie granicy z Meksykiem. Z podpisem: gdy wygram – otworzę granicę. Wyobraźnia wyborcy dopowiadała resztę.

Made in Poland

Polska też ma swoje „fabryki trolli”. Kulisy pracy jednej z nich ujawnili parę tygodni temu dziennikarze „Superwizjera” TVN w reportażu „Farma trolli”. Firma HGA Media, którą pokazano w programie, jest właścicielem kilku portali internetowych, między innymi popularnego Pikio.pl. Odbiorcami treści serwowanych we wszystkich portalach kontrolowanych przez tę firmę jest ponad siedemdziesiąt siedem milionów osób miesięcznie. Do tego dochodzą liczne fanpage na Facebooku powiązane z dziennikarzami „fabryki trolli”.
Dziennikarzami? „Człowiek siedzi i wymyśla jakieś bzdury” – tak opisał swoją pracę zastępca redaktora naczelnego portalu newsweb.pl. „Dziennikarze to nad jednym tekstem trzy dni siedzą, a my piszemy po dziesięć dziennie” – przyznał wiceszef portalu.
Celem licznych tekstów fabrykowanych przez opisaną „farmę trolli” jest dyskredytowanie opozycji antypisowskiej. Krytyka działań Unii Europejskiej. Stymulowanie lęków przed uchodźcami. Przykład? Kaczyński ostrzegał kiedyś przed chorobami rzekomo przynoszonymi do Europy przez imigrantów. Temat podchwyciła „farma trolli”. Pisząc o „gigantycznych kleszczach”, które rzekomo zalały Niemcy wraz z falą uchodźców. Odnosząc się do tego tematu, niemiecki „Die Welt” zauważył, że TVP – polska telewizja publiczna – bardzo chętnie korzysta z materiałów wyprodukowanych w „fabrykach trolli”.
Naukowcy z Oxfordu jakiś czas temu przeanalizowali działalność polskiego Twittera. Oszacowali, że aż 1/3 wiadomości pochodzi z fałszywych kont. Jeden z autorów analizy, Robert Gowra wspomniał też o innej polskiej „fabryce trolli”. Obsługującej partie polityczne i mającej za zadanie dyskredytowanie politycznej konkurencji. Firma korzysta z 40 tysięcy fikcyjnych kont na Facebooku i Twitterze.
Takich firm jest z pewnością więcej. A rozpoczęty parę miesięcy temu maraton wyborczy jest dla „fabryk trolli” tym, czym okres przedświąteczny dla marketów. Jak to ogarnąć?

Trolle za kraty

Jeden z wrocławskich polityków lewicy sugerował, by wprowadzić do kodeksu karnego pojęcie „kłamstwa informacyjnego”. Słowem, by publikowanie „fake newsów” było przestępstwem ściganym przez prokuratorów. Jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania. Mamy już w kodeksie karnym artykuł 212, dotyczący zniesławienia. I już ten zapis jest kontrowersyjny. Wielu prawników jest zdania, że procesy o zniesławienie, pomówienie, poniżenie muszą pozostać domeną postępowań cywilnych. Tak też powinni reagować ci, których dotykają ewidentne kłamstwa produkowane przez „fabryki trolli”.
Jednak większość materiałów rozpowszechnianych przez „fabryki trolli” nie podpada pod paragrafy karne wprost. Na przykład memy. Wprowadzenie sankcji karnych za „kłamstwo informacyjne” mogłoby w konsekwencji doprowadzić do ograniczenia wolności słowa. Czy mem, na którym Jarosławowi Kaczyńskiemu dorysowano „dymek” i dopisano satyryczny tekst – to już „kłamstwo informacyjne”? Przecież słowa w „dymku” nigdy z ust Kaczyńskiego nie padły. Paragraf o „kłamstwie informacyjnym” mógłby się stać potężnym orężem prokuratury Ziobry. A co z rozlicznymi opowieściami Antoniego Macierewicza o rzekomym zamachu smoleńskim? Czy jak już PiS nie będzie rządził, dzisiejsza opozycja powinna Macierewicza za to ewidentne „kłamstwo informacyjne” wsadzić do więzienia? Myślę, że nie. Wystarczy machnąć ręką na takich jak on. Myśląc i oceniając samemu.

Wszystko na sprzedaż

Przez lata przyzwyczailiśmy się, że słowo pisane i treści przekazywane w radiu i telewizji są odzwierciedleniem rzeczywistości. Przynajmniej w jakimś stopniu. Że dziennikarzy obowiązuje jakaś etyka. Że piszący na Facebooku są tymi, za kogo się podają. W czasach, kiedy za kłamstwo płaci się tak samo jak za prawdę (a niekiedy znacznie lepiej), te zasady przestają obowiązywać. Nie oznacza to, że mamy zlikwidować konta na Facebooku. Przestać kupować gazety. Nie oglądać telewizji. Wręcz przeciwnie.
Wertujmy internet codziennie. Na Facebooku wymieniajmy się poglądami z prawdziwymi znajomymi. Oglądajmy zarówno TVN24, jaki i Polsat News i TVP Info. Mając świadomość, że hasło „cała prawda, całą dobę”, to wyłącznie slogan reklamowy. Prawda zwykle leży pośrodku. I ten prawdziwy środek musi w dzisiejszych trudnych czasach umieć znaleźć samodzielnie każdy z nas.
Tego też życzę na święta wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom.

Papier czytelnictwa nie czyni

Z tą doroczną aferą o to, że Polki i Polacy (a zwłaszcza Polacy) nie czytają, w zasadzie wszystko zostało powiedziane i wiadomo, po której jestem stronie (do czytelnictwa nie zachęca się snobizmem, zawstydzeniem i pogardą; kto nie chce mówić o polskiej pracy, powinien milczeć o polskiej książce; lepiej nie czytać wcale niż czytać chłam i idiotyzmy).
Ale jedna rzecz mnie nie przestaje zadziwiać wśród tych, którzy czytają, czytają dużo i pełno w ich lekturach o czytaniu, o tym, czym czytanie jest, o trybach lektur, o semiotycznym charakterze rzeczywistości, o zacieraniu się różnicy na mowę i pismo, czytanie i pisanie, czytanie i tworzenie:
Jak to możliwe, że po tych wszystkich lekturach wyciągacie nagle najbardziej tradycyjny, zgrany, niesproblematyzowany wskaźnik czytelnictwa – papierową książkę? W dobie social mediów, blogów, audiobooków, ebooków, ale przede wszystkim gier, komiksów, filmów, muzyki na przenośnych urządzeniach – całej masy rzeczy, które zakładają czytanie?
Podobnie jak marketing, komunikaty wyborcze, rozkłady jazdy, polecenia służbowe, maile…
Naszym problemem jest to, że czytamy cały czas, czytamy bez wytchnienia. To co jawi się jako zapaść czytelnictwa, jest zalewem tekstów, wobec którego nie można się zdystansować, który trudno przefiltrować. Gwałt na starej biednej książce jest być może jedynym gestem odmowy. Piszę to jako ktoś, kto robi w książkach w pracy i po pracy, książkami i o książkach myśli nieustannie, jak nie może zdobyć jakiejś książki, to wpada w amok. Dla mnie z kolei czytanie książki jest powiedzeniem „nie” byciu czytanym przez zewnętrzne moce, nad którymi nie panuję.

Przeszło 800 milionów internautów w Chinach

Z opublikowanego 28 lutego 2019 roku raportu Chińskiego Centrum Informacji Sieci Internetowej wynika, że do grudnia 2018 roku liczba użytkowników internetu wyniosła 829 milionów, w tym internauci mobilni stanowili 98,6 procent.

Według raportu, ponad 56 milionów to nowi chińscy internauci. Liczba użytkowników sieci wzrosła o 3,8 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Odnotowano 817 milionów internautów mobilnych, co oznacza wzrost ich liczby o 64,33 milionów. Używanie internetu przez telefony komórkowe w 2018 roku osiągnęło wartość 98,6 procent w porównaniu z 2017 rokiem, kiedy wartość ta wynosiła 97,5 procent. Jest to najczęściej wybierana droga połączenia się z internetem. Coraz więcej Chińczyków wybiera zakupy przez internet. Do końca ubiegłego roku liczba kupujących w sklepach internetowych w Chinach osiągnęła 610 milionów, wzrastając o 14,4 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Coraz popularniejsze jest zamawianie posiłków oraz zakup usług turystycznych – 400 milionów osób skorzystało z tego rodzaju oferty.
W 2018 roku wprowadzono oficjalnie „Ustawę o handlu elektronicznym”, która ma ważne znaczenie dla pobudzenia trwałego, zdrowego rozwoju branży.
Chińczycy przyzwyczajenie są do płatności za pomocą telefonów, tą metodą opłacono 67,2 proc. usług konsumpcyjnych.
Dojrzałość technologi internetowej pomaga w budowie rządu zorientowanego na usługi. Według raportu, liczba użytkowników usług rządowych online w Chinach osiągnęła 394 miliony, co stanowi 47,5 proc. wszystkich użytkowników internetowych. W 2018 roku chiński projekt „Internet + usługi rządowe” wspierał integrację online i offline oraz wzmacniał budowę jednolitej krajowej platformy udostępniania i wymiany danych.

Nieznośna lekkość zakupów internetowych

Rozwój handlu on line oraz mobilne metody płatności czasem bardzo skutecznie opróżniają nasze portfele, wpędzając nas w długi.

Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli.
Tak więc, możnaby powiedzieć, że Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają. Taki wniosek wydaje się płynąć z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska, z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Jesteśmy już „zaprzyjaźnieni” z tymi metodami. Chociaż, jak wynika z badania, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.).

Życie w kredycie

Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc., docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad jednej trzeciej Polaków.
Wzięto oczywiście pod uwagę również i osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nich wyciąga ją codziennie z portfela by robić zakupy, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt.
Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się.
Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Nie czytają, a kupują

Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z przeprowadzonego badania, w tym niekorzystnym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój handlu internetowego (e-commerce).
Przez zakupy online wydajemy bowiem więcej niż chcemy. Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje.
Chętnie robimy zakupy online, bo choć niezbyt bezpieczne, są jednak szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online.
Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online lub że internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz wielu plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni.
Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się początkowo wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane w trakcie badania.

Szkodliwe media społecznościowe

Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić – dodaje Krzysztof Krazue.
Tak więc, łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe.