Cyfryzacja niczym wsie potiomkinowskie

Podłączone ale faktycznie nie uruchomione – czy tak będzie wyglądać realizacja PiS-owskiego programu dostarczania szybkiego internetu do szkół?
W jednym z poprzednich wydań Trybuny przestawiliśmy stan informatyzacji polskich szkół na początku bieżącego roku szkolnego. W świetle enuncjacji osób za to odpowiedzialnych, przedstawiał się on raczej pozytywnie.
Szefowie i nadzorcy Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej na niedawnej konferencji prasowej opowiadali o sukcesach programu komputeryzacji szkół, stworzonego w 2017 r., który – mimo początkowych przejściowych trudności – realizowany jest prawidłowo i zapewni, że od września do końca tego roku ponad 4000 kolejnych szkół zostanie podłączonych do szybkiego internetu. „Jesteśmy zadowoleni z procesu cyfryzacji szkolnictwa” – mówił minister Marek Zagórski. Rzeczywistość naturalnie wygląda inaczej.
Szefowie OSE sprytnie wybrali termin swego spotkania z mediami, tak by choć o parę dni uprzedzić raport Najwyższej Izby Kontroli z realizacji programu cyfryzacji szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. I mieli rację, bo ustalenia kontroli NIK wyraźnie różnią się od pełnych samozadowolenia opowieści osób odpowiedzialnych za OSE.
Jak ustaliła NIK, program OSE jest realizowany z opóźnieniami i z niepełną skutecznością. W 2016 r. ponad 40 proc. szkół korzystało z dostępu do Internetu o niskiej przepustowości, zaledwie do 10 Mb/s. Tak wolne łącza utrudniały lub wręcz uniemożliwiały korzystanie z cyfrowych narzędzi edukacyjnych. Aby uczniowie i nauczyciele mieli swobodny dostęp do materiałów multimedialnych (scenariuszy zajęć, filmów, prezentacji, gier edukacyjnych) przepustowość powinna być co najmniej 10 razy większa (przynajmniej 100 Mb/s). I tym właśnie miała się zająć Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Koszty budowy i utrzymania OSE oszacowano na blisko 1,3 mld zł (do 2027 r.).
Cel OSE to zapewnienie szkołom do końca 2020 r. dostępu do szybkiego, bezpłatnego i bezpiecznego Internetu. Zgodnie z założeniami – realizowanymi pod hasłem „100 Mega na 100-lecie” – program ma pozwolić na wyrównanie szans edukacyjnych, wspomagać proces kształcenia, podnieść kompetencje cyfrowe uczniów i nauczycieli. Od początku jednak robiono to ślamazarnie.
„Podłączanie kolejnych szkół do OSE przebiega z opóźnieniami. Z pierwotnych planów podłączenia 1 500 lokalizacji w 2018 roku, 12 700 lokalizacji w 2019 roku i 19 500 lokalizacji w 2020 roku niewiele zostało” – stwierdza NIK. W 2018 r. przyłączono do OSE 366 szkół w 328 miejscach (czyli lokalizacjach). Do końca sierpnia 2019 r. usługi OSE zostały uruchomione w 2 575 miejscach. Stanowiło to zaledwie 20 proc. przyłączeń zaplanowanych do końca 2019 roku.
Na przełomie 2018 i 2019 operator OSE – Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa – wdrożył plan naprawczy. W wyniku reformy oświaty i likwidacji gimnazjów zmniejszyła się także liczba szkół (z ponad 30 tys. do ok. 23 tys.) co powinno pomóc w sprawniejszej realizacji programu. „Jednak nawet to nie wpłynęło na znaczący postęp prac” – zauważa NIK. W 2019 r. tempo przyłączania szkół do sieci OSE wprawdzie nieco przyspieszyło – nie na tyle jednak, aby wyeliminować ryzyko niepodłączenia wszystkich zaplanowanych szkół do OSE na koniec bieżącego roku.
Według danych zamieszczonych na stronie ose.gov.pl, do 13 stycznia 2020 r. Ogólnopolska Sieć Edukacyjna została doprowadzona do 5 779 szkół, czyli objęła 25 proc. szkół wstępnie planowanych do podłączenia na koniec 2020 r. Minister Cyfryzacji wskazał zaś w swoim stanowisku z 15 kwietnia 2020 r., że do 9 kwietnia br. do OSE było podłączonych 12 627 szkół. Tyle, że samo podłączenie jeszcze nie oznacza faktycznego uruchomienia!
NIK wykryła, że nie wszystkie szkoły wyposażone w urządzenia OSE miały uruchomione usługi OSE. Część z nich wciąż oczekiwała na udostępnienie szybkiego łącza do Internetu przez operatorów telekomunikacyjnych. Oznacza to, że cała sieć OSE zaczyna nieco przypominać pozorne wsie potiomkinowskie. W rezultacie opóźnienia – w sierpniu 2019 r. – „były tak znaczące, że nie mogły pozostać bez wpływu na całość projektu i termin jego
Teraz prace nieco przyspieszyły, wciąż jednak przebiegają wolniej niż planowano. Opóźnienia przy tego typu przedsięwzięciach się wprawdzie zdarzają. „Jednak w tym wypadku są na tyle duże, że nawet pomimo przyspieszenia – wciąż istnieje ryzyko niepodłączenia usług OSE do wszystkich zainteresowanych szkół do końca 2020 r.” – podkreśla NIK.
Jest kilka podstawowych przyczyn tych opóźnień. NIK wymienia między innymi to, że NASK zbyt późno dostrzegła niektóre zagrożenia i nie zawsze wystarczająco szybko i odpowiednio na nie reagowała np. takie jak niewystarczające zainteresowanie szkół przyłączeniem do OSE czy fluktuację kadr. Sprawnej realizacji prac nie sprzyjała rotacja pracowników NASK odpowiedzialnych za realizację OSE. W pierwszych dwóch latach (2017 i 2018) stan zatrudnienia był niedoszacowany. W realizację trzeba było zaangażować więcej pracowników niż zaplanowano. Z kolei planu zatrudnienia na rok 2019 (190 etatów) nie wypełniono nawet w połowie. Nie bez znaczenia dla tempa prac był też brak całościowego harmonogramu dla programu OSE, który ułatwiałby bieżące nadzorowanie zaawansowania programu.
W dodatku odpowiedzialny za projekt OSE Minister Cyfryzacji nie zadbał o to, by została sporządzona kompletna, jednolita dokumentacja inicjująca prace nad OSE. Minister nie zapewnił też sobie niezależnej oceny prawidłowości przygotowanej przez NASK koncepcji wykonania tej sieci oraz weryfikacji kosztorysu prac. „Tym samym, Minister Cyfryzacji nie wiedział, czy zaproponowany przez NASK sposób prac nad OSE i szacowane koszty są właściwe” – podkreśla NIK. Tak więc, szef resortu cyfryzacji przyjął wszystko na wiarę – bo wiara ma duże znaczenie w funkcjonowaniu PiS-owskiej administracji.
Błędy kryją się też w samych założeniach programu OSE. Jak wskazuje NIK, oferowane przez NASK warunki korzystania z Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej nie są dla szkół wystarczająco korzystne. NASK nie zagwarantował szkołom przede wszystkim należytego poziomu dostępności sieci.
Regularny, stały i bezpieczny dostęp do internetu jest podstawą wdrażania i rozwijania edukacji cyfrowej w szkołach. Tymczasem w podpisywanych umowach zapewniano dostępność sieci na poziomie 96 proc. w skali miesięcznej. W ocenie NIK, tak niskie wartości dostępności sieci OSE to zdecydowanie za mało, aby zapewnić możliwość nieprzerwanego, cyklicznego prowadzenia zajęć dydaktycznych, bez obaw o dostęp do kolejnych zaplanowanych materiałów czy choćby korzystania z elektronicznego dziennika.
96 proc. dostępności w skali miesięcznej oznacza bowiem, że sieć może być niedostępna przez 28 godzin i 48 minut w ciągu miesiąca, czyli ponad siedem godzin w każdym tygodniu. W niesprzyjających okolicznościach szkoła mogłaby więc zostać pozbawiona dostępu do sieci przez cały jeden dzień roboczy w każdym tygodniu.
W ocenie NIK zbyt długi jest także – przyjęty w umowach ze szkołami – czas na usunięcie przez NASK zarejestrowanych awarii OSE: aż 28 godzin roboczych, liczonych od 8.00 do 17.00. Zgodnie z zapisami umów usunięcie awarii może więc zająć nawet trzy dni robocze. Takie sytuacje mogłyby zupełnie zdezorganizować pracę uczniów i nauczycieli.
I niestety już dezorganizują, bo czasowe problemy w działaniu sieci OSE występowały dotychczas niemal w połowie badanych szkół (45 proc.), a w części (17 proc.) dostarczana prędkość internetu była niższa od zamówionej.
Tymczasem problemy w działaniu sieci OSE, nawet jeśli są niewielkie, często bardzo mocno utrudniają sprawne prowadzenie lekcji. W efekcie aż 41 proc. kontrolowanych szkół – już tych podłączonych do OSE – utrzymywało i opłacało równocześnie dodatkowe, komercyjne łącza internetowe.
To oczywiście podważa cały sens wyrzucania państwowych miliardów na nieskuteczną, Ogólnopolską Sieć (czy raczej siateczkę) Edukacyjną. Dyrektorzy, którzy zdecydowali się na utrzymywanie zapasowego łącza komercyjnego wyjaśniali, że nieprzerwany dostęp do Internetu jest dla szkoły bardzo istotny, między innymi dlatego, że nauczyciele posługują się elektronicznym dziennikiem lekcyjnym. Wskazywali także, że na łączności internetowej bazuje praca księgowości i sekretariatów.
Nie wiadomo, czy Ogólnopolska Sieć Edukacyjna rzeczywiście do końca roku podłączy ponad 4 tysiące szkół do szybkiego internetu. Ale nawet jak podłączy, będzie to w niemałej mierze działanie pozorne. Przezorni dyrektorzy, tak jak dotychczas powinni więc zadbać o dodatkowy, skuteczny dostęp do sieci dla swoich szkół.

Wciąż za mało szybkiego internetu

Nie jest wykluczone, że jeszcze we wrześniu zajdzie konieczność powrotu do zdalnego nauczania z powodu nasilenia się pandemii.

Rząd obiecuje, że w okresie od września do końca grudnia tego roku w prawie 4 tysiącach polskich szkół zostanie zainstalowany szybki, bezpieczny i bezpłatny internet. Wychodzi na to, że do takiego internetu będzie podłączanych po 1000 szkół miesięcznie.
Szybki internet dociera do szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej – czyli programu publicznej sieci telekomunikacyjnej, dającej placówkom oświatowym należyty dostęp do sieci. Nadzoruje go minister cyfryzacji Marek Zagórski, zaś operatorem OSE jest Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa, która obecnie działa jako instytut badawczy i rejestr domen internetowych.

– Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to kluczowy projekt z punktu widzenia modernizacji polskiej szkoły. Kiedy startowaliśmy, czyli we wrześniu 2017 r., tylko 10 proc. polskich szkół miało dostęp do szybkiego internetu. Do końca tego roku – zgodnie z planem – wszystkie szkoły z umowami będą miały dostęp do sieci – zapewnia minister Marek Zagórski.
A te umowy – na doprowadzenie internetu o odpowiednio wysokich parametrach – do tej pory z OSE podpisało 18,5 tysiąca szkół. Jak podaje resort cyfryzacji, dotychczas, w ciągu trzech lat 14,7 tysiąca placówek zostało już podłączonych do Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej – czyli po około 5 tys. rocznie. Teraz, wedle obietnic ministra cyfryzacji, szybki,bezpieczny i bezpłatny internet ma dotrzeć do prawie 4 tys. szkół w ciągu czterech miesięcy. Konieczne więc będzie wyraźne przyśpieszenie tempa wykonywanych prac, które w tym roku nie były tak dynamiczne jak w poprzednich latach.
Jak wyjaśnia dyrektor NASK dr. Kamil Sitarski, w okresie pandemii zaistniało wiele przeszkód w przyłączaniu szkół do OSE. – Część z tych przeszkód wiązała się z utrudnieniami w pracy szkół czy samorządów, a część z funkcjonowaniem operatorów telekomunikacyjnych. W okresie do marca do czerwca 2020 aż o 60 proc. spadły możliwości podłączeń szkół. Ale w niedługim czasie udało nam się powrócić do pierwotnego harmonogramu i już od sierpnia realizujemy podłączenia zgodnie z planem – powiedział dyrektor NASK.
OSE to nie tylko szybki, bezpłatny i bezpieczny internet w szkołach. To także sprzęt komputerowy, z którego mogą korzystać uczniowie i nauczyciele.

– W ramach naszej wspólnej inicjatywy- #OSEWyzwanie – 764 szkoły z całej Polski otrzymały mobilne pracownie komputerowe, czyli po 16 laptopów. Gdy ze względu na pandemię szkoły podjęły nauczanie zdalne, laptopy mogły być używane również w domach przez tych uczniów, którym brakowało sprzętu do nauki – powiedział szef NASK.

Niebawem do szkół dotrze z OSE kolejne 40 tysięcy szkolnych zestawów multimedialnych, czyli tablety z dostępem do internetu – obiecuje minister cyfryzacji Marek Zagórski.
Łącznie z OSE oraz z programów #ZdalnaSzkoła i #ZdalnaSzkoła plus do szkół trafił lub, wedle obietnic ministra wkrótce trafi, sprzęt o wartości około 400 mln zł
Ponadto, jak zapewnił minister Zagórski, dla wszystkich nauczycieli i uczniów dostępne są online materiały edukacyjne, które mogą przydać się podczas zdalnej edukacji.

– Już w marcu przygotowaliśmy portal GOV.pl/zdalnelekcje https://www.gov.pl/web/zdalnelekcje . Do czerwca skorzystało z niego 2,6 mln osób, które wygenerowały 67 mln odsłon. Opublikowaliśmy tam 3580 propozycji lekcji i 18660 materiałów edukacyjnych. W razie potrzeby – materiały na wrzesień są już gotowe – dodaje minister cyfryzacji, który przewiduje, że być może jeszcze we wrześniu zajdzie konieczność powrotu do nauczania zdalnego z powodu nasilenia się pandemii w Polsce.

Zapraszamy wszystkie szkoły, które do tej pory tego nie zrobiły, aby dołączyły do programu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Nadal można to zrobić – apelują szefowie ministerstwa cyfryzacji i NASK.
Apel jest istotny, bo w Polsce działa około 23 tys. szkół, z których prawie 8 tys. rozpoczęło tegoroczny rok szkolny bez odpowiedniego dostępu do internetu.

Gospodarka 48 godzin

Internetowe obietnice

Rząd obiecuje, że w przyszłości więcej procedur budowlanych będzie można załatwiać przez internet. Kiedy konkretnie? Nie wiadomo. W każdym razie ma się pojawić możliwość składania niektórych wniosków i dokonywania zgłoszeń w procesie budowlanym w postaci elektronicznej. Powinno się to stać dzięki zapowiadanej cyfryzacji czynności inwestycyjno – budowlanych, którą stopniowo ma wdrażać Główny Urząd Nadzoru Budowlanego. Przez internet będzie możliwe m.in. zgłoszenie robót budowlanych (z wyjątkiem tych zgłoszeń, do których konieczne jest dołączenie projektu zagospodarowania działki lub terenu albo projektu architektoniczno-budowlanego), złożenie wniosku o pozwolenie na rozbiórkę, zgłoszenie rozbiórki, wniosku o wydanie decyzji o konieczności wejścia do sąsiedniego budynku czy lokalu lub na teren sąsiedniej nieruchomości, zgłoszenie zmiany sposobu użytkowania obiektu budowlanego lub jego części. Do zgłoszenia czy wniosku w przyszłości mają wystarczyc jedynie kopie wymaganych załączników, zamiast oryginałów. Umożliwi to obywatelowi załatwianie częsci spraw bez wychodzenia z domu. W tym celu, w nieokreślonej na razie przyszłości, uruchomiony zostanie tzw. generator, nad stworzeniem którego pracuje GUNB. Z generatora (jeśli powstanie) będzie można korzystać za pośrednictwem rządowej strony internetowej. Na tej stronie za pomocą generatora obywatel wypełni wniosek, zgłoszenie czy zawiadomienie, załączy skan lub zdjęcie wymaganych dokumentów (o ile ich oryginał posiada w postaci papierowej) – i wszystko to wyśle przez internet. „Zaproponowane rozwiązania znacznie usprawnią proces budowlany w Polsce i sprawią, że inwestycje będą realizowane sprawniej i szybciej” – obiecuje rząd.

Minimalne nie dla każdego

Rada Ministrów chce ustalić minimalne wynagrodzenie za pracę w 2021 r. na poziomie 2 800 zł brutto (co oznacza 2062 złotych netto czyli „na rękę”). Oznacza to wzrost minimalnego wynagrodzenia, które w tym roku wynosi 2600 zł (1921 zł na rękę) o 7,7 proc. Wzrost ten jest wprawdzie nominalny, trzeba więc od niego odliczyć tempo wzrostu cen, ale różnica 141 złotych miesięcznie daje się zauważyć. W rezultacie w przyszłym roku minimalne wynagrodzenie będzie stanowić 53,2 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2021 r. Wprowadzenie wyższej płacy minimalnej spowoduje zwiększenie wydatków budżetu państwa o około 385,8 mln zł w przyszłym roku. Natomiast nowa minimalna stawka godzinowa w 2021 r. ma wynieść 18,30 zł (w 2020 r. było to 17 zł). Przyjęcie tej propozycji spowoduje zwiększenie wydatków budżetu państwa o ok. 2,5 mln zł. Problemem w Polsce już nie jest za niska kwota minimalnego wynagrodzenia, lecz to, że wiele osób zatrudnionych na ułamkach etatu czy na umowach śmieciowych nie ma szans na uzyskiwanie takich poborów.
Wzrost minimalnej płacy i stawki godzinowej, powodujący zwiększenie przyszłorocznych wydatków budżetowych o niespełna 390 mln zł jest niczym w porównaniu z kosztami waloryzacji rent i emerytur. Rada Ministrów zaplanowała, że wskaźnik waloryzacji emerytur i rent w 2021 r. wyniesie 103,84 proc. Zgodnie z polskim prawem, mniej już nie może wynieść. Koszt waloryzacji świadczeń emerytalno-rentowych i innych świadczeń z systemu powszechnego, rolniczego i mundurowego, przy takim wskaźniku oszacowano aż na 9,6 mld zł!. A przecież rząd podniesie renty i emerytury o najniższy, dopuszczalny ustawowo wskaźnik.

Rosną transakcje w sieci

Pod względem rozwoju sprzedaży w internecie, polski handel detaliczny przeskoczył siedem lat w siedem tygodni.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy.
W ciągu zaledwie kilku tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii, udział sprzedaży internetowej w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5 proc. na koniec 2019 r. do blisko 12 proc. w szczytowym momencie tego roku. Dla zobrazowania naszej skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone: analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal siedem lat.
Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online, wyraźnym liderem w naszym kraju była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z końca kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co powoduje unormowanie się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż.
Przykładowo, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10 proc. niż w marcu. W kategorii mebli oraz sprzętu RTV i AGD, spadek w porównaniu z marcem wyniósł ok. 20 proc., zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30 proc.
Jeżeli natomiast za poziom odniesienia przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego bieżącego roku, to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez Główny Urząd Statystyczny, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała jednak trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu – nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-handel nie miał wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.
Można zatem powiedzieć, że pandemia spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce. Jako całość, polska gospodarka osiąga przychody z e-handlu bardzo zbliżone do poziomu Unii Europejskiej.
Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm (bez podziału na sektor działalności oraz tego, czy odbiorca jest indywidualny czy biznesowy) Polska plasuje się dokładnie na europejskiej średniej wynoszącej 18 proc. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami naszego regionu. Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować trwale na poziomie ok. 8 proc. – w porównaniu z 5,4 proc. w 2019 r. To wyniki analizy ekspertów Santander Bank.
– Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się głównie detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki jak i handlu detalicznego ogółem, notowane w dobrych czasach. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – ocenia analityk Maciej Nałęcz
Jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieco poniżej średniej unijnej – 16 proc. polskich firm prowadzi sprzedaż w kanale internetowym w porównaniu do 20 proc. w UE.
– Dane te mogą oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie. Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej ktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty – mówi dyr. Małgorzata Nesterowicz z Santander Banku.
Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw wobec średniej europejskiej są między innymi produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory uczestniczące w dużej mierze we wzroście eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.
W Unii widoczne są bardzo duże różnice jeśli chodzi o handel w internecie. Na przykład, w branży budowlanej e-commerce stosuje zaledwie 6 proc. firm, a wśród firm z sektora nieruchomości ok. 11 proc. Na drugim biegunie znajdują się branże, dla których możliwość cyfrowego kontaktu z klientami jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.
Najbardziej rozwinięty pod względem handlu internetowego jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60 proc. europejskich hotelarzy i ponad 50 proc. operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują różne silne internetowe platformy sprzedażowe.
Trzecią najpowszechniej obecną w sieci branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza, co również można powiązać z funkcjonowaniem silnych podmiotów międzynarodowych rozwijajacych handel internetowy.
„Warto zauważyć, że wymienione tu branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C” – podkreślają eksperci z banku Santander, co mówiąc po ludzku, oznacza dość oczywiste stwierdzenie, że wspomniane branże prowadzą sprzedaż dla klientów indywidualnych.
Kolejne miejsca pod względem powszechności handlu internetowego na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z szczególnym uwzględnieniem motoryzacji, oraz sam przemysł motoryzacyjny (jedna z nowocześniejszych części europejskiego przemysłu jako takiego).
Według danych za pierwszą połowę lipca 2020 r. poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140 proc. wydatków z analogicznego okresu ubiegłego roku. To przesunięcie części wydatków konsumenckich do internetu może być naprawdę trwałe.

Coś więcej niż sztuka przetrwania

Trudno ocenić, czy czas teatru zastępczego, tworzonego online przemija i wracamy do względnej normalności. Pandemia trzyma się całkiem krzepko i końca ograniczeń nie widać. Jednak doświadczenia ostatnich kilku miesięcy dowodzą, że praca online może przynieść ciekawe odkrycia.

Nie mam na myśli emisji online spektakli wcześniej eksploatowanych na żywo, choć doceniam ich wartości edukacyjne i dokumentacyjne. Często gęsto to przedstawienia, które już nie istnieją w pierwotnej formie i tylko za pośrednictwem Internetu zyskują swoje nowe życie. To choćby przypadek – to tylko przykład, ale bardzo znamienny – „Bzika tropikalnego”, legendarnego spektaklu Grzegorza Jarzyny, który udostępnił TR Warszawa, gromadząc wcale pokaźne grono widzów. Podobnie postąpiło wiele teatrów w Polsce – na dobrą sprawę wszystkie teatry, które dysponowały nagraniami na odpowiednim poziomie (albo – jeszcze lepiej – przeniesieniami swoich spektakli do teatru telewizji), tą drogą podtrzymywały słabnącą siłą rzeczy więź z widzami. Pokazom tym oprócz często szczytnych intencji (misja!) towarzyszyło jednak przekonanie, że to raczej „teatr zastępczy”, a ten prawdziwy zacznie się po odmrożeniu obowiązujących ograniczeń.
Trudno dyskutować z takim poglądem. Nic nie zastąpi żywego teatru, a jego brak dotkliwie odczuwają nie tylko artyści teatru, ale i zagorzali widzowie. Jednak na obrzeżu „sztuki przetrwania” pojawiać się zaczęły poszukiwania, które mogą się okazać trwałym odkryciem, przekraczającym granice upowszechniania dorobku.
Na potencjał Internetu jako środka umożliwiającego przetworzenie formy teatralnej, filmowej i telewizyjnej wskazywał przed laty Robert Gliński. O tym etapie swoich pomysłów przypomniał niedawno w sondzie „Yoricka” na temat teatru w czasach pandemii. Na pytanie redakcji, w jakim kierunku podąży teatr po ustąpieniu pandemii odpowiedział: „10 lat temu chciałem stworzyć
teatr internetowy.
Proponowałem różnym platformom jednoaktówki Mrożka (bo śmieszne), Makbeta w 10-minutowych odcinkach (bo każdy będzie miał napięcie),  Chór sportowy Jelinek (bo o piłce nożnej). Nikt nie chciał. Uważałem, że przedstawienie w Internecie to szansa na nowy rodzaj teatru. Że to zupełnie co innego niż scena, i co innego niż teatr telewizji. Internet rządzi się inną dramaturgią, strukturą opowiadania i przede wszystkim inną wizualnością. Może teraz wrócę do tego pomysłu…”.
Koncepcja Glińskiego (choć nie wprost) nawiązywała do intuicji i tez Herberta Marshalla McLuhana. Sławny teoretyk komunikacji już w latach 60. ubiegłego wieku twierdził, że środek przekazu sam jest przekazem i widział w środku przekazu źródło jego formy. Jeśli wierzyć w intuicję McLuhana oznaczałoby, że Internet wymusza określoną formę przekazu, a więc wyznacza jej horyzonty estetyczne.
Wprawdzie Robert Gliński (jeszcze) nie spełnił swojej zapowiedzi powrotu do niegdysiejszego pomysłu teatru internetowego, ale zrobili to aktorzy warszawskiego Teatru Powszechnego, którym przed dziesięciu laty kierował. Przygotowali parę odcinków „Tragedii Króla Ryszarda III” w reżyserii Grzegorza Falkowskiego. Jak pisali sami twórcy, „to spektakl inspirowany motywami z „Ryszarda III” Williama Shakespeare’a oraz obrazami natury. Jest stworzony z konieczności za pomocą prób i nagrań online, dzięki komunikatorom internetowym, łączy formy etiudy filmowej i teatru internetowego”. Próba wypadła obiecująco. Udało się artystom wytworzyć atmosferę tajemnicy, zagrożenia, niepewności, a przy tym wydobyć urodę słowa Szekspira. Jak więc widać, idea „teatru internetowego” krąży i zaczyna zbierać owoce, przybierając zresztą rozmaite kształty.
Agnieszka Przepiórska jako jedna z pierwszych dostrzegła możliwość teatralizacji Internetu. Najwyraźniej zniecierpliwiona wymuszoną teatralną przerwą, przygotowała pod opiekuńczymi skrzydłami Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie
internetowy serial
„W związku z zaistniałą sytuacją”. O stronę literacką zadbała Zofia Papużanka, a sama aktorka wystąpiła w roli matki z dwojgiem dzieci rozdzielonej z mężem, który w czasach pandemii utknął gdzieś daleko w świecie. Opowieść o codziennym życiu w kwarantannie, w wymuszonej izolacji, inkrustowana humorem, była pierwszą próbą stworzenia zapisu bliskiego nowy doświadczeniom czasu epidemii. To nie była tylko fotografia, choć jeszcze nie wyrafinowana sztuka, ale na pewno żywy komentarz naszych dni.
Na horyzoncie pojawiło się kilka innych sposobów uprawiania internetowego teatru.
Rozmachem wyróżnił się spektakl online na żywo przygotowany pod reżyserką ręką Macieja Sobocińskiego przez artystów związanych od lat z ideą festiwali „Era Schaeffera”, odbywających się dzięki fundacji Aurea Porta. Sytuacja pandemiczna postawiła w tym roku pod znakiem zapytania przygotowanie normalnej edycji festiwalu, którą tymczasem zastąpił spektakl budowany na żywo – „Schaeffer Puzzle Play 2020”,
oparty na improwizacji
inspirowanej partyturami i scenariuszami teatralnymi Bogusława Schaeffera. Prawdopodobnie przedsięwzięcie spaliłoby na panewce, gdyby nie wcześniej zdobyte doświadczenie podczas kolejnych edycji „Ery Schaeffera”, Aktorzy i muzycy czują się w świecie Schaefferowskiego jazzu czy groteski jak u siebie w domu. Role wodzirejów – nawzajem nieznających wcześniej swoich zdań – reżyser powierzył Lidii Bogaczównie, mającej groteskę we krwi, i partnerującym jej aktorom, Izabeli Warykiewicz i Marcelowi Wiercichowskiemu – grają tak sugestywnie, że mimo fizycznego oddalenia tworzą zwichrowane taneczne trio. Nie tylko oni, ale wszyscy uczestnicy widowiska prezentują się jako zgrany zespół. Tymczasem aktorzy, muzycy, tancerze, pracują w różnych punktach Polski i świata, włączani do performansu z Nowego Jorku, Paryża, Hagi, Katowic, Krakowa i Warszawy, przywoływani z rozmaitych przestrzeni i odmiennych rejestrów estetycznych. A jednak improwizacje Michała Urbaniaka czy głosowa ekwilibrystyka Janusza Radka komponują się we fresk, w swoiste artystyczne przesłanie wolności, które zapisał Schaeffer w prostym zdaniu: „Teatr daje nam to, co nam świat zabiera”. Co nam daje, można sprawdzić za pośrednictwem strony internetowej fundacji Aurea Porta, gdzie performans pojawił się na żywo 4 lipca i jeszcze przez pół roku będzie dostępny.
Zasadą
osobno, ale razem
posłużył się również Maciej Englert, tworząc porywające czytanie na 16 telefonów komórkowych (plus jeden) „Szelmostw lisa Witalisa” Jana Brzechwy. O sukcesie tego „eksperymentu teatralnego w trybie zdalnym” warszawskiego Teatru Współczesnego przesądziła już obsada. Do udziału w ponad półgodzinnym spektaklu „telefonicznym” dyrektor Englert zaprosił największe gwiazdy Współczesnego na czele z Martą Lipińską i Krzysztofem Kowalewskim, zachęcił do udziału artystów przez lata związanych z teatrem (Maja Komorowska i Janusz Michałowski), a kluczowe role powierzył Andrzejowi Zielińskiemu (Narrator) i Borysowi Szycowi (Lis Witalis). Scenariusz, inscenizację zaplanował reżyser, aktorzy nagrali swoje fragmenty komórkami, a materiał zmontował Jan Sieczkowski. Powstała całość profesjonalne scalona, dająca wrażenie podporządkowania wszystkich elementów wytyczonemu celowi, niepozbawiona efektownych scen – jak choćby podglądanie ucztującego Lisa przez domniemaną jamę w prześcieradle czy deszcz egzemplarzy scenariusza, spadający na wykonawców na samym początku. Rzecz, oczywiście, bezbłędnie interpretowana w przedziwny sposób rymowała się z czasem pandemii, manipulacji i władzy zdobywanej podstępem. Bajka starego pana Brzechwy okazała się nie tylko zabawną, smakowitą opowiastką, ale i przestrogą przed czarodziejami, którzy zwłaszcza przed wyborami obiecują złote góry. Można to sprawdzać na nagraniu dostępnym do 25 lipca.
Z własną propozycją pojawił się na You Tubie Piotr Kondrat, który pokazał
monodram internetowy
„Noc Szekspira”. Można się było tego po nim spodziewać, jeśli pamiętać o wielu latach artystycznych zmagań Kondrata z dziełami Szekspira, najpierw z „Hamletem”, a potem innymi słynnymi postaciami: „Kupcem weneckim” czy błaznami z wielu dramatów (nie zawsze uważających się za błaznów) w monodramie „Siedmiu błaznów”. Echa tych spektakli odnaleźć można w „Nocy Szekspira”, ale nie jest to prosty montaż fragmentów już gotowych, ale wyraźne ich przetworzenie i złożenie w nową całość, której spoiwem są słowa Szekspira i oprowadzający po nich aktor, a w jednej osobie także scenarzysta, reżyser i wyczulony na teatralność słowa tłumacz. Co więcej, usytuowanie spektaklu głównie we wnętrzach domowych – z pokazaniem prywatnych schodów, a nawet śmietnika, przy którym ucztuje Shylock, bohater „Kupca weneckiego”, a z drugiej strony na scenie macierzystego teatru Piotra Kondrata, teatru dramatycznego w Radomiu. Aktor buduje oryginalny klimat tego spektaklu, rozpięty między domową prywatnością a dostojeństwem sceny, między opowieścią snutą na fotelu a światem teatru, który może pojawić się wszędzie. Teatr może też znaleźć medium w każdym stworzeniu – gościnnie w tym spektaklu wystąpił kot Pantani, który z kocią godnością „zagrał” ducha starego Hamleta. Ten żart tworzy swego rodzaju dystans do świata monodramu, ale nie unieważnia wcale powagi refleksji o drążącej świat człowieka „kropli zła”. Będzie się można o tym przekonać podczas emisji spektaklu w najbliższy czwartek, 16 lipca o godzinie 19.00 na stronie internetowej miasta Hel, w którym Piotr Kondrat wielokrotnie występował ze swymi monodramami podczas dorocznych festiwali „Teatr w Remizie” (w tym roku, jak większość festiwali odwołany).
Czy przywołane przez mnie odsłony teatru internetowego pozostaną tylko świadectwem czasu, czy też zaczątkiem nowej ścieżki teatralnej, zweryfikuje czas. Wygląda jednak na to, że teatr internetowy, czy ktoś tego chce, czy nie, stał się już faktem. To coś więcej niż sztuka przetrwania.

Tekst dla bardzo dorosłych! Letni seks z wirusem w tle

Jeśli wydaje ci się, że wiesz jak to się robi, to nie masz racji.
Szczególnie, że z powodu pandemii nie możesz mieć żadnych planów wakacyjnych.

Jakoś tak się dziwnie składa, że jak jest lato, to skłonności kopulacyjne narodu rosną. A swoje apogeum osiągają za granicą gdzie woda ciepła, a palma zielona. Ta palma otóż zaczyna bić niczym zegar w „Strasznym dworze”. A w tym roku jest straszniej niż kiedykolwiek. Książka i film o twarzach Greya zrobiły swoje. Seks już nigdy nie będzie tym, czym był. Niezbędna staje się zatem wiedza, co zrobić, by w kontakcie intymnym z zagranicznym partnerem lub partnerką nie narobić sobie obciachu.

  1. Ukwiał
    Zwłaszcza, że tak delikatne środki przymusu bezpośredniego forsowane przez wzmiankowanego Greya zostały twórczo rozwinięte. Jakieś klapsy i kajdanki są dobre może dla bzykaczy znad Wisły. Na prawdziwym macho, czy rasowej biczy, najmniejszego wrażenia w tym sezonie nie zrobią.
    Prawdziwym przebojem kurortów* stał się prolapsing. Jeśli zatem jakaś panna usłyszy od swego czekoladowego amanta delikatną sugestię, że ma pokazać tyłek, to winna wiedzieć, że nie chodzi o prymitywne wyskoczenie z ciuchów i pokazanie pośladków. Takim samym błędem będzie też konstatacja, że cud urody kochankowi chodzi o oswojony w Polsce seks analny. Pokazanie tyłka AD 2015 nakazuje coś więcej.
    Prośba o prolapsing wiąże się z tym, że należy wysunąć zgrabnie swój mięsień zwieracz odbytu na zewnątrz. Tworzy się wtedy coś na kształt ukwiału. O barwie czystej jak rubin i fakturze świeżo zroszonych deszczem płatków czerwonej róży. Satysfakcjonujące wysunięcie odbytu nie powinno być krótsze niż na 3-4 centymetry.
    Jednak jednorazowy pokaz swego bogatego wnętrza nie wystarczy. Ukwiał musi pulsować niczym meduza. Znikać w czeluściach odbytu, by po chwili, uzewnętrzniając się, znów zakwitnąć karminem swego kwiatostanu.
    Wysunięty w taki sposób mięsień służy jak się można domyślać do miłosnych figli, z których najpopularniejszym jest wnikanie weń męskością kochanka. Dla partnera konesera będzie też źródłem doznań organoleptycznych polegających mniej więcej na tym samym, co lizanie loda.
  2. W ustach mycie…
    Nieco rzadziej, acz wcale nie tak rzadko, zdarzyć się może, że wczasowiczka zostanie doproszona do wakacyjnego trójkącika. Wówczas prolapsing może zaowocować całkiem inną pieszczotą polegającą na wzajemnym dotykaniu się pań własnymi, wypadniętymi anusami.
    Zresztą prolapsing ewoluuje. Potrafi łączyć w sobie i pewne klasyczne, znane już nawet w naszym kraju, wątki, takie jak przemieszczanie męskości z czeluści anusa w świat zdominowany przez wargi i język, czyli do ust.
    Dzięki temu uzyskuje się dwojaki efekt. Partnerka czuje się jak prawdziwa, zdominowana przez samca kobieta, a po drugie wzwiedziona męskość winna po ustnej ablucji zakończonej połykiem, trafić w standardowe miejsce, które zaowocować może poczęciem nowego życia.
    Przenoszenie penisa z kiszki stolcowej do ust jest w tym sezonie numerem dwa. W wersji trójkąta karesy te dopuszczają, by członek penetrujący pupę jednej pani trafiał w usta drugiej i vice versa.
  3. Strużka namiętności
    Numer trzeci tych wakacji to poniekąd kontynuacja prolapsingu ubogacona elementami tradycyjnego pissingu. W wersji klasycznej polega on na oddawaniu uryny na partnera lub partnerkę. W wersji tyleż klasycznej co mocniejszej, tyle że wychodzącej w tym sezonie z mody, sikanie odbywało się wprost do ust partnera lub partnerki. No i musiało zostać zwieńczone dźwiękiem płukania przez tę osobę gardła. Rzecz jasna całość zamykało połknięcie zawartości.
    W tym roku sika się wprost w wypadnięty anus. Ten rodzaj lewatywy może mieć dwojaki finał. W wersji soft – partnerka pozbywa się zawartości okrężnicy do wanny lub w sedes. W wersji hard – na partnera, partnerkę, czy kogokolwiek innego. Istnieje rzecz jasna wersja superhard dla prawdziwych koneserów. W niej, wpompowana w pupę zawartość pęcherza, oczyszczając koniec układu pokarmowego panny zostaje wstrzyknięta w usta osoby biorącej udział w tym szale toaletowych uniesień. I oczywiście nieodzowny jest odgłos płukania gardła, o połknięciu zawartości nie wspominając.
  4. Otwór jest otwór
    Poza podium tegorocznych przebojów życia intymnego znalazła się pieszczota polegająca na sprawdzaniu stanu unerwienia i rozciągliwości cewki moczowej. I to zarówno męskiej, jak żeńskiej, albo i nijakiej takiej. Pewnym problemem, oprócz kwestii wrażliwości na ból, staje się w tym przypadku oprzyrządowanie. Przewodu, którym uryna opuszcza organizm człowieka nie można zapychać byle czym. Niewskazany jest na przykład zardzewiały drut, choć jego pomarszczona faktura może wśród koneserów wzbudzać swoiste pożądanie. Równie niewłaściwy, z przyczyn obiektywnych, jest również drut kolczasty (choć historia medycyny zna i takie jego zastosowania). Idealne są elementy przypominające wyglądem gwoździe, acz winny być powleczone szlachetną powłoką pochodzącą najlepiej z galwanizacji. Jeśli średnica nie przekroczy 5 milimetrów nie powinno być problemu z umiejscowieniem precjoza w cewce.
    Efekt jest zdumiewający. Odgłosy towarzyszące imisji znamionują uniesienie na najwyższym C. Oczy kochanka, lub kochanki wyrażają zaś jednoznaczną ochotę opuszczenia swego miejsca i wybicia się na absolutną niepodległość.
  5. Zamknij się!
    Wojażujące miłośnie po świecie Polki, które przyzwyczaiły już swoje języki do nieulegania odruchowi wymiotnemu w czasie dotykania ich migdałków podniebiennych męską żołędzią, powinny w tym sezonie o tej umiejętności zapomnieć. Numerem piątym tych wakacji jest ekstremalne głębokie gardło. I jak zwykle, ma ono kilka odmian. Najczęściej spotykane jest takie, że partnerka ma penisa wprowadzonego tak, by zablokował on jej dostęp powietrza do płuc tak z ust jak i z nosa. Amant uzyskuje to dzięki trzymaniu partnerki oburącz za głowę. Wśród osób stosujących ten rodzaj pieszczot istnieje rozdźwięk. Część uważa, że należy usunąć się z jamy gębowej w momencie, gdy partnerką wstrząsać zaczynają, nie znajdujące ujścia torsje. Dla innych właściwym momentem jest chwila, gdy partnerka zaczyna sinieć z braku powietrza.
    Nie trzeba chyba dodawać, że szczytem obciachu w wydaniu kobiety jest chęć użycia swego uzębienia w celu zasugerowania kochankowi, że czyni rzecz niewłaściwą.
    Inna ze szkół ekstremalnego głębokiego gardła ma za cel jedynie wywołanie w partnerce otwarcia się na zewnątrz z tym co znajduje się poniżej zwieracza żołądka. O istnieniu łączenia penetracji przełyku z takim drobiazgiem, że żołądź partnera penetrowała chwilę wcześniej jej anus, chyba nie trzeba wzmiankować.
  6. Co zszywacz złączy
    Nieodzownym gadżetem w czasie tegorocznych wakacji za granicą dla wielu mężczyzn stał się zszywacz tapicerski. To taki para pistolet, który jednocześnie wystrzeliwuje z siebie zszywkę jak i ją przybija. Dzięki temu urządzeniu niewieście pośladki mogą zostać przyozdobione dowolnym kształtem. Najczęściej wzór z wbijanych w nie zszywek przypomina serce. Świadczy to zapewne o romantyzmie stosującego tę formę pieszczot amanta. Z drogiej jednak strony, oboje partnerzy uzyskują nieocenione doznania tak w trakcie delikatnych nawet klapsów, jak i nade wszystko w przypadku posadzenia partnerki. Zarówno w czasie tych pierwszych jak i w momencie siadania, zszywki zagłębiają się bowiem pod skórę kobiety powodując interesującą formę stymulacji. Nie można też zapominać ile radości może przynieść obojgu partnerom wydłubywanie zszywek.
  7. Udeskowienie
    Od wielu sezonów depilacja okolic intymnych nie jest już wyłącznie domeną kobiet. Bezwłose worki mosznowe i pozbawione zarostu męskie wzgórki łonowe są równie trendy jak brody a’la drwal. Jednak tegorocznym przebojem stała się intrygująca pieszczota polegająca na uaktywnianiu końcówek nerwowych męskich genitaliów wskutek potraktowania ich młotkiem. Do realizacji tegoż karesu oprócz wzmiankowanego urządzenia niezbędne są również wyparzone wcześniej niewielkie gwoździe oraz kuchenna deska do krojenia. Kompletu akcesoriów winny dopełniać niewielkie obcęgi.
    Akcja seksualna stanowiąca fragment gry wstępnej polega zaś na tym, że na desce układa się mosznę oraz członka. Pierwsze gwoździe wbija się w skraj worka mosznowego, a zabawę kończy przybicie do deski napletka. Clou programu nadchodzi wówczas, gdy na skutek stymulacji psychofizycznej w wydaniu partnerki męskość ulega powiększeniu. Czasowa, bądź trwała impotencja uniemożliwia jednak, tak potraktowanemu kochankowi, osiągnięcia stanu zwanego w medycynie wytrzeszczem oczu. Ale jak wiadomo nie tylko z zakresu seksuologii, brak wzwodu nie jest w seksie specjalnie mile widziany.
    Panowie startujący do Skandynawek na wakacjach powinni również brać pod uwagę modyfikację tych przyjemności polegającą na zastąpieniu gwoździ zszywkami, a młotka – zszywaczem tapicerskim. Nie trzeba dodawać, że równie ekscytujący jak mocowanie do deseczki, staje się moment wyciągania gwoździ lub zszywek.
  8. Wiatry niespokojne
    Na nienotowaną dotąd skalę rozpowszechniło się tego lata coś, co funkcjonowało od zawsze, acz było niespodziewanym i nie zawsze pożądanym elementem towarzyszącym miłosnym uniesieniom. Bąki, czyli wydobywanie się z układu pokarmowego gazów, urosły do rangi samoistnego stymulanta. Zabawy znane dotąd ze skupisk mężczyzn, czyli więzień, poprawczaków, czy koszar trafiły do alkowy.
    Miłośnicy i miłośniczki takich klimatów dzielą się na dwie kategorie. Słuchowców i ludzi optujących za doznaniami węchowymi. Dla pierwszych najbardziej liczy się wirtuozeria i skala dźwięku. Drudzy, jak się można domyślać, optują za niestandardową wonią.
    Szczególną popularność zabawy tego typu uzyskały nie wiedzieć dlaczego wśród obywateli Stanów Zjednoczonych oraz naszych zachodnich sąsiadów.
  9. Szczotkowanie
    Odkrywanie na nowo czegoś, co jest nam bliskie i znane, nie ogranicza się jedynie do ludzkiej fizjologii. Udowadnia to zainteresowanie nowymi formami doznań erotycznych z wykorzystaniem sprzętów tak powszechnych i popularnych jak szczotka do butelek lub szczotka do sedesu. Tak jedna jak i druga stanowić mogą źródło czerpania satysfakcji seksualnej zarówno przez kochanka używającego onych przedmiotów jak i przede wszystkim kochankę będącą bezpośrednią odbiorczynią tej formy realizacji popędu seksualnego.
    O intensywności odczuć zaświadcza najdobitniej skala głosu partnerki. Skala, nie osiągalna w żadnym innym przypadku. Osobom małej wiary w możliwości kobiety, należy się wyjaśnienie, że zarówno jedna jak i druga szczotka nie znajdują większych przeszkód w pomieszczeniu się w standardowej waginie.
  10. Dowcipne kasztany
    Pod większość polskich strzech trafiło w ostatnich latach coś, co nosi nazwę kulki gejszy. Tak przynajmniej wynika ze statystyk opublikowanych przez dystrybutorów tego sprzętu w Polsce. Od miesiąca prawdziwą furorę, w krajach dysponujących kasztanowcami zaczęła robić ekologiczna modyfikacja tychże kulek. Wystarczy kawałek dobrej żyłki i kilka owoców kasztanowca. Owoce muszą charakteryzować się zaś nade wszystko kolcami.
    Po połączeniu kilku zielonych kulek, umieszcza się je tam gdzie kulki gejszy. Najmocniejsze doznania uzyskiwane są zarówno w momencie pakowania jak i wyciągania zabawki z dróg rodnych kobiety. W opinii znawców, dźwięki wydobywające się z ust tak pieszczonej partnerki powodują, że każdy stosujący ten rodzaj stymulacji mężczyzna czuje się o stokroć lepiej niż książkowo-filmowy Grey.
  • ranking przeprowadzono w oparciu o kilkanaście powszechnie dostępnych w internecie forów wakacyjnych dla dorosłych.

Aresztują cię przez internet, ale siedzieć pójdziesz naprawdę

Rzeczpospolita Kaczyńskiego zaczyna niepokojąco coraz bardziej przypominać antyutopie Orwella czy Huxleya. Obywatel ma coraz mniej praw, a w tle słychać gromkie zapewnienia władz, że to w celu obrony tych praw.

W projekcie Tarczy 4.0 proponuje się zmiany dotyczące tymczasowego aresztowania. To poważna, bo najbardziej dotkliwa forma środków zabezpieczenia wobec podejrzanego lub oskarżonego w toku procesu sądowego.

Przypomnieć należy, że w świetle polskiego – i nie tylko! – prawa człowiek jest niewinny do momentu, kiedy zapadnie prawomocny skazujący wyrok sądu. Zatem areszt, stosowany wobec człowieka formalnie niewinnego jest sprawą, do której należy podchodzić bardzo poważnie, bo dotyczy wolności jednostki.

Wspomniana „antykryzysowa” zmiana polegać ma na tym, że o tymczasowym aresztowaniu decydować miałby sędzia podczas posiedzenia sądu przeprowadzonego on-line.

W praktyce miałoby to wyglądać tak: sędzia połączy się przez internet z podejrzanym, któremu towarzyszyć będzie asystent prokuratora lub przedstawiciel służby więziennej. Obrońca, owszem, jest ciągle jeszcze przewidziany, ale również zdalnie. Sędzia może jednak uznać za stosowne wezwać go na salę rozpraw. Wtedy będą rozmawiać z podejrzanym wspólnie, z jednego łącza.

Obrońca, który chciałby porozmawiać ze swoim klientem na osobności, będzie mógł do niego zadzwonić i rozmawiać podczas przerwy, orzeczonej przez sędziego. Projekt nie mówi nic, co będzie, jeżeli sędzia tej zgody na kontakt nie udzieli, lub jeśli rozmowa adwokata z podejrzanym nie będzie miała gwarancji dyskrecji.

Co będzie, jeżeli łącze internetowe po którejś ze stron będzie słabe lub nastąpi uszkodzenie?

Można by zrozumieć tę formę, gdyby miała charakter tymczasowy i dotyczyła np. wyłącznie podejrzanego przebywającego na kwarantannie lub z potwierdzoną chorobą COVID-19. Jednak wiele wskazuje na to, że projekt tych zmian miałby być wprowadzony na stałe i zostać z nami także w tych szczęśliwych czasach, gdy nie będziemy już egzystować w cieniu koronawirusa.

– Ten sposób, jeżeli miałby zostać na stałe, jest głupi, krzywdzący i nieodpowiedzialny – powiedział mi znany warszawski adwokat. – To się może obrócić przeciwko każdemu obywatelowi. Jeżeli sędzia mając do wyboru podjąć nieco wysiłku albo nie podjąć go wcale tylko biernie przyklepać to, co znajduje się we wniosku o areszt, to proszę zgadnąć, co sędzia wybierze? Oprócz tego, co to znaczy, że obrońca będzie dzwonił do podejrzanego? Co z prawem do prywatności? To jest rozwiązanie, które się nie mieści w standardach jakiegokolwiek demokratycznego państwa i jakiegokolwiek rzetelnego procesu karnego.

Wolnych sądów tysiące obywateli broniły z dużym zaangażowaniem. W czasie pandemii protesty uliczne zostały poważnie ograniczone. Chyba jednak warto podnieść głowę w sprawie takich zmian, które mogą obrócić się przeciw każdemu z nas.

Propozycje dobre dla drobnych

Rozwój szybkiego Internetu, systemowe wspieranie inwestycji, dobrowolne składki na ZUS dla mikroprzedsiębiorców – tego potrzeba, aby szybko wyjść z kryzysu.
Pandemia koronawirusa dotknęła niemal wszystkie sektory gospodarki i zdążyła już stać się przyczyną szeregu sprzecznych ze sobą diagnoz i teorii. Jedno można stwierdzić na pewno – spowodowała ona dynamiczny wzrost komunikacji internetowej. Pandemia może też stać się szansą dla budowy powszechnego i szybkiego Internetu w Polsce.
W ciągu kilku tygodni, niemal wszystkie aspekty funkcjonowania bardzo wielu osób przeniosły się do świata wirtualnego. Życie gospodarcze i społeczne nie zatrzymało się – sieć udźwignęła wzrost ruchu dochodzący do kilkudziesięciu procent. Część zmian spowodowanych epidemią będzie jednak miała charakter trwały, podczas gdy przepustowość infrastruktury mobilnej powoli staje się niewystarczająca, tak samo jak zasięg szybkich łączy światłowodowych w kraju.

-Musimy to potraktować jako szanse, a nie zagrożenie i zbudować najlepszą infrastrukturę internetową w Europie, która stanie się naszą przewagą konkurencyjną. Pandemia pokazała nam, że w zasadzie nie ma przyszłości gospodarki bez Internetu – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Wynika z tego szereg znaczących konsekwencji. Przede wszystkim, jeśli nie będziemy mieli wystarczająco wydajnej infrastruktury telekomunikacyjnej, będziemy rozwijać się znacznie wolniej, niż wynikałoby to z naszego potencjału. Jeśli pokrycie tą infrastrukturą powierzchni kraju nie będzie zadowalające, wielu ludzi zostanie narażonych na wykluczenie informatyczne. Stąd oczywisty wydaje się podstawowy postulat: zróbmy wszystko, by zapewnić Polakom powszechny dostęp do szybkiego Internetu.
Punkt wyjścia dla dalszego rozwoju infrastruktury mamy specyficzny – z jednej strony egzamin związany ze wzrostem ruchu sieciowego został zdany, z drugiej w rankingu odwzorowującym poziom tzw. zdigitalizowania społeczeństwa, Polska konsekwentnie zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie.
Dostęp do łączy światłowodowych w Polsce poprawia się, lecz jest wciąż niewystarczający, zaś rekordowa liczba abonentów mobilnych usług szerokopasmowych powoduje wyczerpywanie się przepustowości istniejących instalacji. Dodatkowo, Polska musi sprawnie zaimplementować nowy standard sieci mobilnej, czyli 5G, co również będzie wymagało nakładów na infrastrukturę.
Eksperci ZPP przygotowali zestaw rekomendacji, mogących posłużyć rozbudowie infrastruktury telekomunikacyjnej w Polsce.

– W raporcie tym przedstawiliśmy szereg rekomendacji specyficznych dla infrastruktury telekomunikacyjnej, jednak co do swojej istoty nie odbiegają one od generalnych reguł wspierania inwestycji – mówi dyr. Jakub Bińkowski z ZPP.
Rekomendacje te sprowadzają się zatem przede wszystkim do zabezpieczenia konkurencyjności wewnątrz polskiego rynku, zapewnienia podstawowej przewidywalności regulacji prawnych, uproszczenia i uelastycznienia procedur, a także poniesienia przez państwo pewnego finansowego wysiłku, jako impulsu dla nowych inwestycji. Właśnie tego potrzeba, by w Polsce w ogóle ruszyły wszelkie inwestycje.
Eksperci ZPP podkreślają, że w ostatnich latach dokonano już szeregu działań służących rozwojowi infrastruktury informatycznej (choćby w ramach tzw. „megaustawy”, czy dzięki uruchomieniu środków z Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa) – jednakże z punktu widzenia skali wyzwania, jakie stoi przed Polską, konieczne jest dodatkowe zwiększenie wysiłków.

-Jako pierwsi rzuciliśmy hasło zwolnienia z wpłat na ZUS sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Również jako pierwsi domagaliśmy się zapewnienia płynności finansowej polskim firmom, a potem rozmrażania gospodarki. Teraz jako pierwsi rzucamy hasło jej odbudowy i wykorzystania kryzysu jako szansy do dokonania skoku cywilizacyjnego – powiedział Cezary Kaźmierczak.
Internet to kluczowy ale oczywiście nie jedyny instrument jaki trzeba wykorzystać do realizacji tego wielkiego zadania. W tym kontekście warto przypomnieć rozsądną propozycję, którą swego czasu wspierał lider Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz.
Postulował on, aby już od początku bieżącego roku płacenie składek na ZUS było dobrowolne dla małych firm: kto chce mieć wyższą emeryturę i korzystać z uspołecznionej służby zdrowia, ten płaci składki, a jeśli godzi się na niższą emeryturę i woli korzystać z leczenia prywatnego, to po prostu ich nie płaci.
Jest to propozycja ze wszech miar racjonalna, a przede wszystkim rozszerza zakres wolności obywatelskich – wciąż tak niewielki w naszym kraju. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Władysław Kosiniak-Kamysz potraktował pomysł dobrowolnych składek na ZUS jako chwyt propagandowy.
Do Sejmu trafił wprawdzie w grudniu poselski projekt ustawy wprowadzającej dobrowolność płacenia składek – ale nie słychać, aby szef ludowców próbował go wspierać. Tymczasem doraźne zawieszenie płacenia składek na ZUS, związane z epidemią koronawirusa, absolutnie nie załatwi problemów małych przedsiębiorców z rujnujących ich ZUS-em.
Zbliża się połowa roku, w którym, według Kosiniaka-Kamysza, dobrowolny, systemowy ZUS miał już stać się faktem. „Od przyszłego roku dobrowolny ZUS i koniec” – zapewniał Władysław Kosiniak-Kamysz we wrześniu ubiegłego roku na konwencji w Sandomierzu. No i co Panie prezesie?

Słup ogłoszeniowy w Internecie

Bez internetu nie wygrywa się kampanii wyborczej. Prawdę tę już dawno poznano w USA. Powoli przekonujemy się o tym także w Polsce.

Sądząc po liczbie plakatów i billboardów, które zdobiły polskie miasta i miasteczka podczas ostatnich wyborów, walka polityczna wciąż sprowadza się do jednej, prostej zasady: Wygrywa ten, kto obklei swoją podobizną więcej murów i słupów ogłoszeniowych niż pozostali. Jednak powoli, lecz nieubłaganie kampania wyborcza przenosi się z ulic do cyberprzestrzeni, a konkretnie do mediów społecznościowych. To zaś oznacza, że coraz większy wpływ na wyniki głosowania mają technologiczni giganci w rodzaju Twittera czy Facebooka.
Przyzwyczailiśmy się, że trendy w kampaniach wyborczych wyznaczają Amerykanie. To w USA w 1960 roku przeprowadzono pierwszą transmitowaną na żywo w telewizji debatę z kandydatami na prezydenta. Do tej pory uważa się, że to właśnie temu wydarzeniu John F. Kennedy zawdzięcza swoje wyborcze zwycięstwo, mimo że merytorycznie wypadł gorzej od Richarda Nixona. Jednak ci, którzy oglądali ich pojedynek, zapamiętali nie słowa, lecz przystojnego i pewnego siebie polityka Partii Demokratycznej oraz zmęczonego i spoconego wiceprezydenta. Mniejszość, słuchająca debaty w radiu, bezapelacyjnie wskazała na zwycięstwo Nixona. Wniosek był prosty: Kto wygrywa w telewizji, ten wygrywa wybory.
W 2008 roku powyższa reguła została zmodyfikowana. Barack Obama, niedoświadczony i szerzej nieznany senator, udowodnił, że ten wygrywa wybory, kto wygrywa w cyberprzestrzeni. Od początku wyścigu prezydenckiego zaangażował do niej osoby związane z przemysłem internetowym i mediami społecznościowymi. Podczas gdy jego przeciwnik z Partii Republikańskiej John McCain prowadził kampanię rodem z lat 80. minionego stulecia, Obama był pierwszym politykiem, który na szeroką skalę zastosował technologię XXI wieku. Internet stał się nie tylko kolejnym kanałem komunikowania politycznego, ale przede wszystkim udowodnił swoją przydatność jako przestrzeń do aktywizowania i zdobywania poparcia wyborców. “Każdy polityk, któremu umknie fakt, że żyjemy w erze post-partyjnej, z nową polityczną ekologią, gdzie łączenie ludzi podobnie myślących i tworzenie wspólnot jest banalnie proste, niedługo wypadnie z gry” – powiedział tuż po wyborze Obamy na prezydenta Andrew Rasiej, badający związki technologii i polityki.
Jego słowa potwierdził Donald Trump, który swoją kampanię wyborczą w 2016 roku oparł w dużej mierze na mediach społecznościowych. Inaczej jednak niż Obama, obecny prezydent chętnie posługiwał się w niej kłamstwem i agresją, potęgując polaryzację amerykańskiego społeczeństwa i mobilizując w ten sposób skrajny elektorat. Tym samym, internet pomógł Trumpowi narzucić mediom głównego nurtu wiodące tematy kampanii, sprowadzając Hillary Clinton do głębokiej defensywy. W konsekwencji showman wygrał wybory, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej nikt nie dawał mu większych szans.
Łącznie w 2016 roku Trump i Clinton wydali na reklamę na Facebooku 81 milionów dolarów. Na ponad rok przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, potencjalni kandydaci już przeznaczyli na ten cel ponad 63 miliony. Zapowiada się zatem rekordowa pod względem wydatków kampania prezydencka w Internecie, a to z kolei oznacza, że coraz większą rolę w polityce zaczną odgrywać prywatne przedsiębiorstwa z branży internetowej, w tym zwłaszcza Facebook i Google. Inaczej bowiem niż w świecie tradycyjnych mediów, gdzie możemy mówić o względnym pluralizmie, obecna cyberprzestrzeń została podzielona pomiędzy zaledwie kilka podmiotów, z których każdy posiada wystarczającą infrastrukturę i budżet, by wpływać na przebieg i wyniki wyborów.
Już teraz możemy przekonać się, że kampania w Internecie wcale nie jest uczciwsza i bardziej demokratyczna od tej prowadzonej na ulicach. W końcu w tej drugiej wystarczy tylko dobry pędzel, klej i kawałek muru. W cyberprzestrzeni natomiast wszystkie miejsca, gdzie chcielibyśmy się zareklamować należą do tego czy innego podmiotu prywatnego, który w zależności od sympatii i interesów udostępni je nam lub nie. Co więcej, może również wpłynąć na sposób, w jaki będziemy się reklamować, a także pomóc lub utrudnić dotarcie z naszą reklamą do większej liczby odbiorców. Boleśnie przekonał się o tym Joe Biden, wyrastający na głównego przeciwnika Donalda Trumpa w zbliżających się wyborach prezydenckich. Powtarzając swoją strategię sprzed czterech lat, Trump zaczął rozpowszechniać na Facebooku wideo, w którym kłamliwie oskarżał Bidena o bliskie związki z ukraińskimi politykami. Na nic zdały się protesty i dowodzenie, że wideo Trumpa to fake news. „Naszym zadaniem nie jest ocena co jest prawdą, a co kłamstwem” – stwierdził w odpowiedzi Mark Zuckerberg, właściciel Facebooka. Jak się jednak wkrótce potem okazało, wcześniej Facebook zablokował ponad sto reklam wyborczych, argumentując to tym, że nie spełniały one standardów firmy. Wśród odrzuconych znalazło się także wideo przygotowane przez sztab Trumpa, w którym Biden nazywany jest „skur****nem”. Innymi słowy, można kłamać, byleby przy tym nie przeklinać.
Dotychczasowe próby uregulowania sytuacji jeszcze bardziej ją skomplikowały. W tym miesiącu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) zadecydował, że państwa mają prawo żądać od Facebooka usunięcia wskazanych wpisów, zdjęć lub filmów nie tylko na terenie konkretnego państwa, gdzie zapadł wyrok, lecz również globalnie. Wszystko zaczęło się od skargi byłej liderki austriackiej Zielonej Alternatywy, Evy Glawischnig-Piesczek, która podała do sądu platformę Zuckerberga, żądając usunięcia negatywnych wobec niej komentarzy. Sprawa zakończyła się sukcesem polityczki, zaś TSUE rozszerzył interpretację austriackiego Sądu Najwyższego na wszystkie kraje, w których działa Facebook.
Decyzja TSUE tylko na pozór kończy czas wolnej amerykanki w mediach społecznościowych. Z jednej strony ułatwia walkę z fake newsami i mową nienawiści. Z drugiej jednak może prowadzić do ocenzurowania Facebooka i pozostałych platform. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić jak upolitycznione sądy żądają usunięcia postów krytycznych wobec władzy. Zagrożenie to dotyczy nie tylko państw autorytarnych, takich jak Rosja czy Chiny, które już regulują dostęp do informacji. Węgry pod wodzą Viktora Orbán, a po części także współczesna Polska dowodzą, że zapędy cenzorskie dosięgają także demokracji liberalnych i państw członkowskich Unii Europejskiej.
Romantyczne czasy kampanii wyborczych spod znaku plakatów i spotkań w remizach strażackich niechybnie odchodzą do lamusa. Politycy mogą zaklinać rzeczywistość, lecz jej nie zmienią. Każdy, kto chce odnieść sukces, musi przede wszystkim zdobyć cyberprzestrzeń. O tym komu się to uda zadecyduje nie tyle staromodny talent, co przede wszystkim przychylność internetowych gigantów. Przekonamy się o tym już za kilka miesięcy, podczas wyborów
prezydenckich.

Przyjdzie Facebook i was zje…

Dawno, dawno temu, w 2004 roku urodził się Facebook. Ojcem Facebook’a jest Mark Zukerberg, obecnie dyrektor generalny potężnej korporacji, a miejscem narodzin Uniwersytet Harvarda (w stanie Massachusetts USA). Sam twórca był studentem zdolnym, lecz kontrowersyjnym, zrobił imponującą karierę w branży mediów społecznościowych.

We wczesnym dzieciństwie Fb służył małolatom i młodzieży akademickiej do plotkowania na temat koleżanek i kolegów. Pewnie stąd nazwa, „Album buziek”. Jako dziecko przejawiał pewną skłonność do seksizmu. Zdarzały mu się także epizody romantyczne. Dorastał.
Obecnie to już dojrzała struktura. Posiada rodzeństwo, Twitter, Instagram i kilka innych. Należy do ekskluzywnej grupy „GAFA” (Google, Amazon. Fb, Apple), która podobno rządzi światem.
A ile osób korzysta z Fb? Według Zukerberga dziennie 1,52 mld i rośnie!
A z czego żyje Fb, bo przecież jest darmowy? Prawie w 100 proc. z reklamy.
Z powyższego wynika, że im więcej użytkowników tym Facebook’owi lepiej. Stworzył, więc cały pakiet algorytmów przeszukiwania i kojarzenia, których celem jest pewna forma manipulacji społeczeństwem, tworzy „bąble” środowiskowe, dzięki czemu mamy wrażenie, że otacza nas grupa o podobnych poglądach i zainteresowaniach, sugeruje znajomych. Podsuwa wydarzenia, dał nam system „laików”, które mają nas motywować i sycić naszą pychę albo, wpędzać w depresję.
A jak Fb syci się informacją, bez której nie byłby w stanie nami manipulować? Dajemy mu ją sami!
Wśród użytkowników Fb są ludzie mający potrzebę dzielenia się swoimi poglądami i komentarzami. Często jest to najbardziej dostępne medium komunikacji. Możemy organizować się wokół pewnych idei, namawiać do działania i organizować „happeningi”. W przypadku władzy opresyjnej to często jedyna metoda, bo mało jest takich zamordystów, którzy Facebook’owi podskoczą.
Sporo wielbicieli tego komunikatora tak mocno zatonęło w wirtualnym świecie, że wypisują, bez zastanowienia wszystko, co im wyobraźnia przyniesie. Piszą o tym, że mają kaca, co jedli, o udanym seksie, kłótni z bliskimi i o tym, że rozbili sobie kolano. Czasem ujawniają swoje dane poufne. Okraszają to wszystko fotkami, których w realu nikomu nie pokażą. Może to efekt samotności i wyalienowania a może deficytu emocjonalnego.
Pewnie duży wpływ na takie zachowanie ma kolejny wynalazek mediów elektronicznych o wdzięcznej nazwie „nick”, czyli nazwa osobowości, za którą możemy się ukryć. Jeżeli nie bardzo lubimy siebie, a w efekcie innych ludzi, to wypisujemy o nich okropne rzeczy, których nie mamy odwagi powiedzieć w oczy, ukryci za nickiem „sprawiedliwy”, „obywatel” czy „patriota”. Oczywiście poczucie anonimowości jest złudzeniem. Boleśnie przekonali się o tym „artyści”, którzy umieścili na Fb „reportaż” ze swojego nielegalnego wyczynu a rano usłyszeli pukanie do drzwi. Podobnie urządził się jeden sędzia antysemita.
Bo przecież ktoś to czyta i może wykorzystać w różnych celach, nie tylko marketingowych!
Media straszą nas programem „Pegasus” rzekomo posiadanym przez trzyliterowe służby. Ma on służyć do podglądania i podsłuchiwania obywateli. Sądzę, że takie narzędzie istnieje, bo żadna władza nie powstrzyma się od posiadania takiego fajnego gadżetu, ale zanim wyda na niego kasę, najpierw poczyta, co piszemy w internecie.
Szczególną grupą użytkowników Fb są ludzie „na świeczniku”, politycy celebryci działacze różnej maści itp. Już dosyć dawno przekonali się, że Internet może być areną walki z realnym lub wyimaginowanym przeciwnikiem. Polityk, osoba publiczna, ma wiele możliwości debatowania i interakcji ze społeczeństwem. Można publikować w prasie, może uczestniczyć w spotkaniach, może nawet książkę napisać. Ale po co się męczyć? Ma przecież ulubiony komunikator. To miejsce, gdzie może wypisywać zdania, które obawia się przedstawić na realnym forum, może odsądzać od czci i wiary przeciwników. Może to nawet zlecać innym. Powstały nowe profesje, „hejter” (obsmarowuje wskazane osoby, „lajker” (zachwyca się naszymi wpisami), „farma trolli” (zorganizowany zespół piszący „hejty” i tworzący „fejki” (nieprawdziwe wiadomości mające zdyskredytować kogoś lub coś).
Strach komputer włączyć!
Bardzo często taki sposób używania mediów społecznościowych obraca się przeciwko autorowi. Może go spotkać coś, co dla polityka jest katastrofalne, stanie się przedmiotem „beki”
Nie bądźmy „dzbanami”, używajmy, Facebooka z rozsądkiem, bo inaczej Facebook użyje nas, a może nawet zje.