Coś więcej niż sztuka przetrwania

Trudno ocenić, czy czas teatru zastępczego, tworzonego online przemija i wracamy do względnej normalności. Pandemia trzyma się całkiem krzepko i końca ograniczeń nie widać. Jednak doświadczenia ostatnich kilku miesięcy dowodzą, że praca online może przynieść ciekawe odkrycia.

Nie mam na myśli emisji online spektakli wcześniej eksploatowanych na żywo, choć doceniam ich wartości edukacyjne i dokumentacyjne. Często gęsto to przedstawienia, które już nie istnieją w pierwotnej formie i tylko za pośrednictwem Internetu zyskują swoje nowe życie. To choćby przypadek – to tylko przykład, ale bardzo znamienny – „Bzika tropikalnego”, legendarnego spektaklu Grzegorza Jarzyny, który udostępnił TR Warszawa, gromadząc wcale pokaźne grono widzów. Podobnie postąpiło wiele teatrów w Polsce – na dobrą sprawę wszystkie teatry, które dysponowały nagraniami na odpowiednim poziomie (albo – jeszcze lepiej – przeniesieniami swoich spektakli do teatru telewizji), tą drogą podtrzymywały słabnącą siłą rzeczy więź z widzami. Pokazom tym oprócz często szczytnych intencji (misja!) towarzyszyło jednak przekonanie, że to raczej „teatr zastępczy”, a ten prawdziwy zacznie się po odmrożeniu obowiązujących ograniczeń.
Trudno dyskutować z takim poglądem. Nic nie zastąpi żywego teatru, a jego brak dotkliwie odczuwają nie tylko artyści teatru, ale i zagorzali widzowie. Jednak na obrzeżu „sztuki przetrwania” pojawiać się zaczęły poszukiwania, które mogą się okazać trwałym odkryciem, przekraczającym granice upowszechniania dorobku.
Na potencjał Internetu jako środka umożliwiającego przetworzenie formy teatralnej, filmowej i telewizyjnej wskazywał przed laty Robert Gliński. O tym etapie swoich pomysłów przypomniał niedawno w sondzie „Yoricka” na temat teatru w czasach pandemii. Na pytanie redakcji, w jakim kierunku podąży teatr po ustąpieniu pandemii odpowiedział: „10 lat temu chciałem stworzyć
teatr internetowy.
Proponowałem różnym platformom jednoaktówki Mrożka (bo śmieszne), Makbeta w 10-minutowych odcinkach (bo każdy będzie miał napięcie),  Chór sportowy Jelinek (bo o piłce nożnej). Nikt nie chciał. Uważałem, że przedstawienie w Internecie to szansa na nowy rodzaj teatru. Że to zupełnie co innego niż scena, i co innego niż teatr telewizji. Internet rządzi się inną dramaturgią, strukturą opowiadania i przede wszystkim inną wizualnością. Może teraz wrócę do tego pomysłu…”.
Koncepcja Glińskiego (choć nie wprost) nawiązywała do intuicji i tez Herberta Marshalla McLuhana. Sławny teoretyk komunikacji już w latach 60. ubiegłego wieku twierdził, że środek przekazu sam jest przekazem i widział w środku przekazu źródło jego formy. Jeśli wierzyć w intuicję McLuhana oznaczałoby, że Internet wymusza określoną formę przekazu, a więc wyznacza jej horyzonty estetyczne.
Wprawdzie Robert Gliński (jeszcze) nie spełnił swojej zapowiedzi powrotu do niegdysiejszego pomysłu teatru internetowego, ale zrobili to aktorzy warszawskiego Teatru Powszechnego, którym przed dziesięciu laty kierował. Przygotowali parę odcinków „Tragedii Króla Ryszarda III” w reżyserii Grzegorza Falkowskiego. Jak pisali sami twórcy, „to spektakl inspirowany motywami z „Ryszarda III” Williama Shakespeare’a oraz obrazami natury. Jest stworzony z konieczności za pomocą prób i nagrań online, dzięki komunikatorom internetowym, łączy formy etiudy filmowej i teatru internetowego”. Próba wypadła obiecująco. Udało się artystom wytworzyć atmosferę tajemnicy, zagrożenia, niepewności, a przy tym wydobyć urodę słowa Szekspira. Jak więc widać, idea „teatru internetowego” krąży i zaczyna zbierać owoce, przybierając zresztą rozmaite kształty.
Agnieszka Przepiórska jako jedna z pierwszych dostrzegła możliwość teatralizacji Internetu. Najwyraźniej zniecierpliwiona wymuszoną teatralną przerwą, przygotowała pod opiekuńczymi skrzydłami Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie
internetowy serial
„W związku z zaistniałą sytuacją”. O stronę literacką zadbała Zofia Papużanka, a sama aktorka wystąpiła w roli matki z dwojgiem dzieci rozdzielonej z mężem, który w czasach pandemii utknął gdzieś daleko w świecie. Opowieść o codziennym życiu w kwarantannie, w wymuszonej izolacji, inkrustowana humorem, była pierwszą próbą stworzenia zapisu bliskiego nowy doświadczeniom czasu epidemii. To nie była tylko fotografia, choć jeszcze nie wyrafinowana sztuka, ale na pewno żywy komentarz naszych dni.
Na horyzoncie pojawiło się kilka innych sposobów uprawiania internetowego teatru.
Rozmachem wyróżnił się spektakl online na żywo przygotowany pod reżyserką ręką Macieja Sobocińskiego przez artystów związanych od lat z ideą festiwali „Era Schaeffera”, odbywających się dzięki fundacji Aurea Porta. Sytuacja pandemiczna postawiła w tym roku pod znakiem zapytania przygotowanie normalnej edycji festiwalu, którą tymczasem zastąpił spektakl budowany na żywo – „Schaeffer Puzzle Play 2020”,
oparty na improwizacji
inspirowanej partyturami i scenariuszami teatralnymi Bogusława Schaeffera. Prawdopodobnie przedsięwzięcie spaliłoby na panewce, gdyby nie wcześniej zdobyte doświadczenie podczas kolejnych edycji „Ery Schaeffera”, Aktorzy i muzycy czują się w świecie Schaefferowskiego jazzu czy groteski jak u siebie w domu. Role wodzirejów – nawzajem nieznających wcześniej swoich zdań – reżyser powierzył Lidii Bogaczównie, mającej groteskę we krwi, i partnerującym jej aktorom, Izabeli Warykiewicz i Marcelowi Wiercichowskiemu – grają tak sugestywnie, że mimo fizycznego oddalenia tworzą zwichrowane taneczne trio. Nie tylko oni, ale wszyscy uczestnicy widowiska prezentują się jako zgrany zespół. Tymczasem aktorzy, muzycy, tancerze, pracują w różnych punktach Polski i świata, włączani do performansu z Nowego Jorku, Paryża, Hagi, Katowic, Krakowa i Warszawy, przywoływani z rozmaitych przestrzeni i odmiennych rejestrów estetycznych. A jednak improwizacje Michała Urbaniaka czy głosowa ekwilibrystyka Janusza Radka komponują się we fresk, w swoiste artystyczne przesłanie wolności, które zapisał Schaeffer w prostym zdaniu: „Teatr daje nam to, co nam świat zabiera”. Co nam daje, można sprawdzić za pośrednictwem strony internetowej fundacji Aurea Porta, gdzie performans pojawił się na żywo 4 lipca i jeszcze przez pół roku będzie dostępny.
Zasadą
osobno, ale razem
posłużył się również Maciej Englert, tworząc porywające czytanie na 16 telefonów komórkowych (plus jeden) „Szelmostw lisa Witalisa” Jana Brzechwy. O sukcesie tego „eksperymentu teatralnego w trybie zdalnym” warszawskiego Teatru Współczesnego przesądziła już obsada. Do udziału w ponad półgodzinnym spektaklu „telefonicznym” dyrektor Englert zaprosił największe gwiazdy Współczesnego na czele z Martą Lipińską i Krzysztofem Kowalewskim, zachęcił do udziału artystów przez lata związanych z teatrem (Maja Komorowska i Janusz Michałowski), a kluczowe role powierzył Andrzejowi Zielińskiemu (Narrator) i Borysowi Szycowi (Lis Witalis). Scenariusz, inscenizację zaplanował reżyser, aktorzy nagrali swoje fragmenty komórkami, a materiał zmontował Jan Sieczkowski. Powstała całość profesjonalne scalona, dająca wrażenie podporządkowania wszystkich elementów wytyczonemu celowi, niepozbawiona efektownych scen – jak choćby podglądanie ucztującego Lisa przez domniemaną jamę w prześcieradle czy deszcz egzemplarzy scenariusza, spadający na wykonawców na samym początku. Rzecz, oczywiście, bezbłędnie interpretowana w przedziwny sposób rymowała się z czasem pandemii, manipulacji i władzy zdobywanej podstępem. Bajka starego pana Brzechwy okazała się nie tylko zabawną, smakowitą opowiastką, ale i przestrogą przed czarodziejami, którzy zwłaszcza przed wyborami obiecują złote góry. Można to sprawdzać na nagraniu dostępnym do 25 lipca.
Z własną propozycją pojawił się na You Tubie Piotr Kondrat, który pokazał
monodram internetowy
„Noc Szekspira”. Można się było tego po nim spodziewać, jeśli pamiętać o wielu latach artystycznych zmagań Kondrata z dziełami Szekspira, najpierw z „Hamletem”, a potem innymi słynnymi postaciami: „Kupcem weneckim” czy błaznami z wielu dramatów (nie zawsze uważających się za błaznów) w monodramie „Siedmiu błaznów”. Echa tych spektakli odnaleźć można w „Nocy Szekspira”, ale nie jest to prosty montaż fragmentów już gotowych, ale wyraźne ich przetworzenie i złożenie w nową całość, której spoiwem są słowa Szekspira i oprowadzający po nich aktor, a w jednej osobie także scenarzysta, reżyser i wyczulony na teatralność słowa tłumacz. Co więcej, usytuowanie spektaklu głównie we wnętrzach domowych – z pokazaniem prywatnych schodów, a nawet śmietnika, przy którym ucztuje Shylock, bohater „Kupca weneckiego”, a z drugiej strony na scenie macierzystego teatru Piotra Kondrata, teatru dramatycznego w Radomiu. Aktor buduje oryginalny klimat tego spektaklu, rozpięty między domową prywatnością a dostojeństwem sceny, między opowieścią snutą na fotelu a światem teatru, który może pojawić się wszędzie. Teatr może też znaleźć medium w każdym stworzeniu – gościnnie w tym spektaklu wystąpił kot Pantani, który z kocią godnością „zagrał” ducha starego Hamleta. Ten żart tworzy swego rodzaju dystans do świata monodramu, ale nie unieważnia wcale powagi refleksji o drążącej świat człowieka „kropli zła”. Będzie się można o tym przekonać podczas emisji spektaklu w najbliższy czwartek, 16 lipca o godzinie 19.00 na stronie internetowej miasta Hel, w którym Piotr Kondrat wielokrotnie występował ze swymi monodramami podczas dorocznych festiwali „Teatr w Remizie” (w tym roku, jak większość festiwali odwołany).
Czy przywołane przez mnie odsłony teatru internetowego pozostaną tylko świadectwem czasu, czy też zaczątkiem nowej ścieżki teatralnej, zweryfikuje czas. Wygląda jednak na to, że teatr internetowy, czy ktoś tego chce, czy nie, stał się już faktem. To coś więcej niż sztuka przetrwania.