Spotkanie Trzech (Część II) – Konferencja w Pułtusku

Anonsowałem w poprzednim tekście – „Spotkanie Trzech – zmarnowana szansa” – zwrócenie Państwu uwagi na skutki niewykorzystania szansy, jaką to spotkanie było.

Dotarły do mnie po tym tekście różne, głównie krytyczne sygnały. Sprowadzały się do „zubożenia oferty” Solidarności, przed i po tym spotkaniu. Faktycznie, celowo nie pisałem o jej propozycjach, odkładając do późniejszego tekstu. W ten sposób niejako (ze wstydem przyznaję), chciałem „podlizać się” Czytelnikom, sugerującym rozważną krytykę działań Solidarności w okresie od porozumień sierpniowych do stanu wojennego. Mają tu wiele racji. Dlaczego? Warto dostrzegać postawy i zachowania tzw. szeregowych członków Solidarności. Prawdą jest – wielu spośród nich uległo „wzniosłym” apelom i gromkim okrzykom działaczy zakładowych i terenowych (niektórych cytowałem w poprzednim tekście). To ich „zapał” do „walki z komuną” – głównie poprzez nieustanne strajki i protesty – gasił Lech Wałęsa, jeżdżąc po kraju jesienią 1981 r. Pamiętamy jego bezsilność w stwierdzeniu – „ja jeden strajk ugaszę, a 10 ekip jeździ i nowe rozpala”. Dziś, z dozą „słusznej racji” można mówić – miał to, do czego sam nawoływał. Ale oddajmy sprawiedliwość – w porę zrozumiał swoją pomyłkę, którą wcześniej już wskazywali doradcy, np. prof. Karol Modzelewski, Tadeusz Mazowiecki, szczególnie po I Zjeździe Solidarności (napiszę o nim nieco później). Sprawiedliwość też oddajmy przytłaczającej większości członków, którzy nie poparli strajków we wrześniu i październiku, ze zrozumieniem podeszli do racji i argumentów władzy (cytowałem wcześniej przykład kolejarzy), a potem do stanu wojennego. Wielu spośród nich boleśnie dotknęło znane powiedzenie – „jedni się tłoczą na świeczniku, inni przy śmietniku”, gdy po 1989 r. ekipy Solidarności obejmowały w Polsce władzę i metodą nędzy i biedy milionów Polaków wzmagały nienawiść do „słusznie minionego okresu”. Jeśli uznał ktoś tę ocenę reformy Balcerowicza za krzywdzącą – poważnie radzę wycieczkę do Czech, na Słowację, Węgry, gdzie też zrzucano „jarzmo komunizmu”, a gospodarczo kraje te dalece lepiej wyszły na tym od nas. Dlaczego tak się stało – zechciejcie Państwo przypomnieć sobie, czyich słuchaliśmy rad, jak „komuszą” gospodarkę sprzedawaliśmy, czytaj rozdawaliśmy, marnotrawiliśmy. Na czym np. polegało uwłaszczenie? Kto, które partie polityczne będące i zmieniające się przy – powiem brzydko – „korycie władzy” stały się nowobogackimi, mając od tego czasu „słusznie dobrych” członków. Jeśli ktoś poczuł się tymi słowami dotknięty – proszę, niech zastanowi się, zapyta, za czyje pieniądze został zbudowany i utrzymywany gmach KC PZPR? – w dużej części ze składek członków PPR, PZPR. Czyją własnością stał się po 1989 r. – przecież nie SLD! Kto uwłaszczył się (zawłaszczył), Wydawnictwo RSW Prasa-Książka-Ruch – przecież nie SLD! Czy mam podawać inne przykłady i głupio dowodzić, iż wszystko było, jest „w porządku”? O skali marnotrawstwa uwłaszczeniowego i sprzedaży „za psi grosz”, piszą: prof. Paweł Bożyk, Grzegorz Kołodko oraz Andrzej Karpiński z Zespołem. Książka pt. „Od uprzemysłowienia w PRL do deindustrializacji kraju”, to „kompendium głupoty” niszczenia gospodarki, naukowo zbadane i udowodnione. Gdyby Redakcja zechciała niektóre przykłady przedrukować – byłyby powodem do chwały dla budowniczych i wstydu dla „reformatorów”. Kłaniam się Zespołowi Autorskiemu – dziękuję za lekcję „gospodarczego patriotyzmu i myślenia” dla nas – Polaków. Jednocześnie dla Czytelników mam taką zachętę – sięgnijcie pamięcią, by znaleźć i przypomnieć sobie otrzeźwiające głosy, że nie była to „gospodarka komusza”, a podniesiona z guzów i ciężko wypracowana rękoma milionów Polaków, partyjnych i bezpartyjnych, wierzących i niewierzących, z tysięcy „spalonych wsi i głodujących miast”.

„Oferty” Solidarności

Z poprzedniego tekstu Państwo pamiętają, że Lech Wałęsa – w swoim stylu – poddał krytyce propozycje Generała o utworzeniu Rady. Zapewnił o „dobrych radach” ale panna „S”, ani sama ani nie chciała ich wdrażać, a raczej – delikatnie mówiąc – przeszkadzała władzy w realizacji 21 postulatów. Taka jest prawda, znana od blisko 40 lat. Solidarność naciskana przez Kościół oraz władzę, wreszcie zgłosiła (znowelizowany, sprzed kilkunastu tygodni) pomysł Społecznej Rady Gospodarki Narodowej. Co było istotnego? Była reprezentacją tylko członków Solidarności. Dlaczego o stanie i rozwoju gospodarki miał decydować taki „skład” – kto zechce wyjaśnić nawet dziś? Rada ta, wyposażona w specjalny status – w zamyśle kierownictwa Solidarności – miała: kontrolować działania rządu i administracji terenowej, z jednoczesnym prawem weta wobec ich decyzji; dysponować prawem rozpisania referendum w najtrudniejszych sprawach; wezwać władzę do zgody na przeprowadzenie wolnych wyborów parlamentarnych, a przy sprzeciwie – wybrać „drugi parlament”.
Kuriozalność pomysłu widać gołym okiem. O powody do korzystania z takich „praw” było wówczas bardzo łatwo. A co weto oznaczało w praktyce, jak nie ubezwłasnowolnienie rządu, władzy, paraliż administracji? Byłoby formą zalegalizowania istniejącej dwuwładzy: legalna władza oraz Solidarność. Ten specjalny status dodatkowo stawiał Radę w randze „nadrządu”. Solidarność zgłaszając ten pomysł – w przypadku jego odrzucenia – zastrzegła możliwość ogłoszenia strajku generalnego.
Jak Państwu podoba się ten pomysł, nawet po blisko 40 latach? Redaktor Naczelny Trybuny, Pan Piotr Gadzinowski napisał (1-3 marca br.), że„Rada Dialogu Społecznego, niedawne miejsce negocjacji reprezentantów mas pracujących, właścicieli firm i polskiego rządu, stała się ciałem martwym”. Dziś sprawujący władzę wywodzą się ze „słusznego pnia”, mają usta pełne demokracji i „dobra narodu” – niech więc zastosują w praktyce ten pomysł, jakże „genialny” na tamte lata. A może wypraktykują pomysł RPN. Przecież wyposażenie w inicjatywę ustawodawczą dzisiejszej „Rady Dialogu”… nie byłoby grzechem a ubogacaniem naszej demokracji Kto taką inicjatywę zgłosi i zaakceptuje? – może Państwo zabawią się w „towarzyskie zakłady”.

Konferencja w Pułtusku

Próby ponownego zorganizowania Spotkania Trzech, „po latach”, były czynione kilka razy. Zainspirowali go w 20 rocznicę (2001 r.), Prezesi: Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych RP; Związku Inwalidów Wojennych RP oraz Związku Żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Powtórzył tę inicjatywę Instytut Badań Naukowych im. Edwina Rozłubirskiego i Związek Żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, która przyjęła formę konferencji naukowej. Odbyła się w Pałacu Staszica, 3 listopada 2005 r. – w obu przypadkach z udziałem Generała (bez Prymasa i już b. Prezydenta RP Lecha Wałęsy, który pytany o absencję odparł, że „jacyś kombatanci coś chcieli”, ale nie miał czasu). Uczestniczyli, m.in. członkowie rządów z dekady lat 80. z Mieczysławem Rakowskim, wśród nich przedstawiciele ZSL, SD i kilkunastu uczonych. Ale prof. Leon Kieres, wówczas prezes IPN, nie znalazł czasu, zbytnio nie kryjąc swej niechęci (ujawnił prezes Instytutu Badań… płk Zbigniew Kumoś) „Trybuna” i „Przegląd” opublikowały obszerne omówienia.
Rok 2010, 9 października, Pułtusk. Rektor Akademii, prof. Adam Koseski – witając wszystkich zaproszonych, wyraził ubolewanie z braku osób, które wówczas – jak powiedział – „miały głos ważący” (Józef Glemp i Lech Wałęsa). Trudno też, jako Rektorowi Akademii Humanistycznej – było zrozumieć „stałą niechęć” (mimo ponawianej prośby) uczonych IPN, „nowocześnie badających” naszą przeszłość.
Podczas Konferencji zabrali głos i złożyli wystąpienia (układ alfabetyczny) – Andrzej Celiński, Zbigniew Ciećkowski, Stanisław Długosz, Andrzej Gąszczołowski, Joanna Hanson, Wojciech Jaruzelski, Bogusław Kołodziejczak, Marceli Kosman, Kazimierz Łastawski, Aleksander Merker, Włodzimierz Nawrocki, Andrzej Palimąka, Franciszek Puchała, Andrzej Strabel, Tadeusz Szaciło, Kazimierz Szarski, Jan Widacki, Gabriel Zmarzliński. Kierując się koniecznością, jaką są ramy tekstu, prezentację ograniczam do kilku wypowiedzi. Osoby, którym tu swoiście „nie udzieliłem głosu” – serdecznie przepraszam
Jako pierwszy zabrał głos gen. Wojciech Jaruzelski. Na wstępie Generał oświadczył, iż „odczuwa dyskomfort strzelca do pustej bramki, a właściwie dwóch pustych bramek. Absencja zaproszonych przedstawicieli IPN jest też bardzo wymowna… dziś żałuję szczególnie, iż nie udała się – co podkreślę – kolejna próba, aby po latach, podzielić się wiedzą z pierwszej ręki, skonfrontować i zweryfikować nasze oceny, znaleźć wspólną wykładnię. Nieobecni nie mają racji. Ale niestety, rację ma biologia, która dawała nam chyba ostatnią szansę”. Przypomniał, że „wciąż bije się w piersi, ubolewa, przeprasza. Polska Ludowa nie była czarną dziurą w historii. Miała ustrojowe wady wrodzone, ciężkie błędy popełnione, ale też niewątpliwy dorobek”. I postawił pytanie – „czy porozumienie w ówczesnych realiach wewnętrznych i zewnętrznych dawało gwarancję? Nie dawało. Stwarzało jednak taką możliwość. Mądrość etapu polegała na tym, aby spróbować wykorzystać każdy zysk na czasie, zdjąć rosnące napięcie, zahamować rozkład gospodarki… zwłaszcza, że alternatywą była wielowymiarowa katastrofa”.
Generał Tadeusz Szaciło przypomniał ówczesną sytuację wewnętrzną, poddając krytycznej ocenie odrzucenie przez Kierownictwo Solidarności apelu 35 intelektualistów. Wtedy – „Porozumieniu nie sprzyjała międzynarodowa atmosfera wokół Polski. USA i niektóre państwa Europy Zachodniej, organizacje pozarządowe zdecydowanie wsparły Solidarność politycznie, materialnie i finansowo. USA były zainteresowane w demontażu socjalizmu w Polsce i w innych krajach – w Solidarności dostrzegły siłę, która jest w stanie tego dokonać. Nie nawoływały więc do umiaru w żądaniach i sensu prowadzenia rozmów… Z tego właśnie powodu socjaldemokratyczny rząd RFN na czele z Kanclerzem Helmutem Schmidtem nie akceptował amerykańskiej polityki wobec Polski. Wymownym tego świadectwem była wizyta w Polsce, Ministra Spraw Zagranicznych RFN Hansa Dietricha Genschera, w dniach 19-20 marca 1981r. Jednak społeczeństwo zachodnioniemieckie na tle stosunku do spraw polskich było podzielone… Z kolei kraje socjalistyczne, paktowanie z Solidarnością oceniały jako największy błąd. Naciski na rozwiązanie siłowe szły po linii partyjnej, rządowej i wojskowej”. Co Państwo Czytelnicy o tym myślicie?
Stanisław Długosz, wystąpienie rozpoczął przypomnieniem raportu CIA z czerwca 1981, w brzmieniu – „Ekonomiczna kondycja Polski będzie w najbliższych sześciu miesiącach pogarszać się z powodu złych zbiorów, niskiej wydajności pracy, skróconego tygodnia pracy, trwającego ekonomicznego dryfu. Nie można wykluczyć szybkiego i drastycznego spadku standardu życiowego – zdolnego wywołać takie zaburzenia, które mogą spowodować sowiecką interwencję. Oceniamy, że Sowieci… interweniować będą siłami co najmniej 30 dywizji” – dziś chciałoby się zapytać, co USA uczyniły, by do tej interwencji nie doszło. Następnie dość szeroko przedstawił skutki zapowiedzianej blokady w sferze dostaw surowców i płatności za dostarczone towary. Podkreślił, że „eksperci polscy jak i eksperci ZSRR doskonale zdawali sobie sprawę, że oba wyżej wymienione warunki nie mogły być spełnione przez stronę polską z uwagi na ówczesną gospodarczą i społeczną sytuację. Koncepcja blokady gospodarczej i sprzężonym z nią ryzykiem interwencji wojskowej miała na celu wywarcie bezwzględnego nacisku na ówczesne polskie władze, by przywróciły „socjalistyczny porządek” naruszony przez Solidarność w Polsce, która według prof. Zbigniewa Brzezińskiego była kluczem do kontrolowania przez ZSRR Europy Wschodniej… wiedziano powszechnie, że ze strony państw zachodnich w 1982 r. nie pojawi się dla Polski żadna znacząca pomoc towarowa lub finansowa”. A co o tym Państwo Czytelnicy myślicie?
Profesor Jan Widacki, mówiąc o kilku aspektach wewnętrznych, dążył do uzyskania odpowiedzi na pytanie – czy porozumienie było możliwe. W konkluzji, m.in. stwierdzał, że w 1981 r. „polski romantyzm z polskim pozytywizmem pracą organiczną, w rzeczywistość przekuć nie było możliwe”.
Generał Franciszek Puchała – gruntowną oceną sytuacji strategiczno-operacyjnej w roku 1981 wokół Polski, niejako „otworzył oczy”, na skalę grozy i skalę „sojuszniczej pomocy”. Mówił, iż „służąc wśród bardzo doświadczonych oficerów obserwowałem ich nastroje. Okres poprzedzający stan wojenny był dla kadry SG WP, IC MON oraz dowództw OW i RSZ niezwykle trudny i stresogenny, pełen trosk, obaw, dylematów i wątpliwości. Zdawano sobie sprawę, że niekontrolowane wystąpienia wielu tysięcy zdesperowanych ludzi mogą przerodzić się w poważne zamieszki, w których działa prawo tłumu i jego agresja”. I dalej – „Z aplauzem spotkało się powołanie Generała na stanowisko Prezesa Rady Ministrów w 1981 r. Exposé i apel o 90 spokojnych dni oficerowie przyjęli z dużym zadowoleniem. Określano je jako nieco „dramatyczne, ale programowo wyważone, a zarazem stanowcze”. Natomiast bardzo źle przyjęto informację o nominacji na stanowisko I Sekretarza KW PZPR w Warszawie Stanisława Kociołka”. Kończąc wystąpienie stwierdził – „na zachowania i postawy kadry wpływały coraz to nowe zdarzenia. Tuż po Spotkaniu Trzech, oficerowie SG WP w dniu 9 listopada 1981 r. z wielkim zaskoczeniem odebrali informację o absencji płk Ryszarda Kuklińskiego w służbie. Był kolegą wielu z nich, aktywnym członkiem komisji ideologicznej Komitetu PZPR w IC MON i co najważniejsze – uczestnikiem całego procesu przygotowań, do ewentualnego wprowadzenia stanu wojennego. Gdy dezercja okazała się faktem, oficerowie wyrażali zdumienie, że zrobił to tak hołubiony, faworyzowany, a nawet przeceniany przez przełożonych oficer”. Z uwagi na wiąż pomijane, by nie powiedzieć lekceważone kwestie polityczno – militarne, referat gen. Franciszka Puchały wymaga odrębnej prezentacji.
Profesor Stanisław Kwiatkowski m.in. dokonał interesującej analizy kalendarza działań Solidarności w 1981 r. – jej apologetów zachęcam do odświeżenia pamięci. Profesor przypomniał wypowiedzi prasy socjalistycznej i zachodniej, przed i po Spotkaniu Trzech. Dla milionów Polaków istotna jest ocena tego Spotkania– „było faktem, którego nie sposób zakwestionować. Tym, którzy są zainteresowani wykreśleniem go z pamięci, udało się z powodzeniem przysłonić go zmową milczenia, zbyć upominających się o prawdę, odsunąć w zapomnienie. Stąd zapewne przypominanie b. działaczom Solidarności o zaprzepaszczonych szansach (w różnych rocznicowych obchodach) musi uwierać jak wyrzuty sumienia, nie pasuje do przyjętej w propagandzie wersji historii lat 80., do opowiadań o wojnie z narodem, dyktatorze Jaruzelskim i podobnych mitów”. Także, nie mniej istotna odpowiedź na pytanie-„dlaczego nie podjęto nawet próby dogadania się z Jaruzelskim? Przez wszystkie kolejne rocznice jakoś nikt z tamtego kierownictwa Solidarności nie chce wiarygodnie odpowiedzieć na to pytanie. Wręcz przemilcza się Spotkanie Trzech, przecież ważne historyczne wydarzenie! Unika się dyskusji na ten temat, albo stosuje dziwne tłumaczenia i zwykłe wykręty. Że chodziło tylko o czysty chwyt osłonowy i propagandowy a to, że ówczesne władze z Jaruzelskim na czele były przekonane, że może uda się tą drogą spacyfikować Solidarność i przynajmniej częściowo ją kontrolować… Kaczyński wspomina o jeszcze innej przyczynie odrzucenia oferty Generała. Że są tacy, którzy twierdzą, jakoby Geremek i spółka od początku torpedowali całe przedsięwzięcie, gdyż przewidziano w nim zbyt wielką rolę Kościoła. Sprawa ta do dzisiaj nie jest wyjaśniona – według Kaczyńskiego czeka na rzetelne opracowanie przez historyków”. W końcowej części referatu, Profesor powiedział – „Dziś nie wypada wątpić w intencje Generała w sprawie powołania Rady Porozumienia Narodowego. Zweryfikował czas, ziściły się w następnych latach. W ocenie motywacji Generała, liczy się rezultat końcowy. Z dzisiejszej perspektywy patrząc – widać cały proces stopniowo narastającej demokratyzacji w latach 80., dochodzenia do pluralizmu politycznego. Bagatelizuje się, kwestionuje lub przemilcza ten kilkuletni proces i jego uwarunkowania”.
Andrzej Celiński – wyraził nadzieję, że konferencja nie jest sądem nad „głupościami” polskimi i korzystając z obecności Generała m.in. pytał, dlaczego do tego spotkania doszło. Dlaczego doszło do stanu wojennego w 1981 r. a nie doszło w 1989. Podzielił się ocenami krytycznymi władzy i spotkania w KKS. Generał „na gorąco” odpowiedział na te pytania.
Profesor Marceli Kosman – istotę i sens Spotkania Trzech, postrzega jako ogniwo w procesie ewolucji ustrojowej. Stąd proces ten zobrazował swoistym „przeglądem” życiorysu Generała, uwieńczonym Okrągłym Stołem i godnością Prezydenta Polski. Wieloletnie badania naukowe nad istotą i filozofią sprawowania władzy w Polsce, w tym i Generała, opublikowane w kilku poczytnych pracach – wsparł ocenami kilku wybitnych historyków (też z poznańskiego środowiska naukowego), m.in. prof. Gerarda Labudy, Andrzeja Chwalby, Tadeusza Manteuffla, Aleksandra Gieysztora, Stanisława Herbsta, Andrzeja Skrzypka czy Karola Modzelewskiego. Przypomniał, że kilku z nich było członkami Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Że Generał cenił i często korzystał z ich dorobku naukowego. Profesor zobrazował to kilkoma cytatami. Czytając to wystąpienie Profesora, poleciłbym je wielu „piaskowym znawcom” naszych dziejów i dokonań Generała, a którzy mienią się „historykami” (nazwiska z litości pominę). Może „coś” nauczyliby się z reguł bezstronności postępowania badacza-naukowca. To m.in. oni spowodowali, że o Spotkaniu Trzech „cicho w piśmiennictwie spod znaku „polityki historycznej”…W tej koncepcji nie ma miejsca na eksponowanie faktów przemawiających za dążeniem ówczesnego przywódcy państwowego do pokojowych przemian ustrojowych w Polsce czasami nazywanymi zniewoleniem i odzyskaną wolnością. Tymczasem matadorzy owego baśniowego obrazu z ochotą obarczają Generała odpowiedzialnością za wyolbrzymiany z biegiem czasu do apokaliptycznych rozmiarów ponury stan wojenny, skrzętnie pomijając rzecz zasadniczą: to przecież Wojciech Jaruzelski był głównym architektem pokojowych przeobrażeń ustrojowych, które zostały rozpoczęte wkrótce po jego zawieszeniu i wprowadzane były stopniowo, aż do końcowego akordu, jaki nastąpił 4 czerwca 1989 r.” Dziękuję serdecznie Profesorowi za ten tekst.
Profesor Kazimierz Łastawski – wewnętrzne dylematy Polski 1981 r., których bieg podsycany z zewnątrz-zdaniem Profesora-zmierzał do rozwiązania siłowego, czemu sprzyjały różne siły i „zaszłości”, niwecząc szanse na pokojowe współdziałanie. Tak, np. „władze najwyraźniej dostrzegały rosnące zagrożenia. W trudnej sytuacji społecznej próbowały tworzyć front wszystkich środowisk opowiadających się za stabilizacją państwa. Poszukiwały wsparcia stronnictw sojuszniczych, kombatantów i branżowego ruchu związkowego. W złożonej sytuacji politycznej silniej eksponowały wartości polskiej wspólnoty narodowej, aniżeli treści ideologiczne. Czyniły wysiłki, by doprowadzić do porozumienia i oddalić groźbę konfliktu bratobójczego. Wśród ogniw władzy występowały również kręgi zachowawcze, ale nie miały one wpływu na strategię działania rządu. Zaś – „w opozycji sytuacja była złożona, z wyraźną nieufnością wobec władzy. Największe atuty sprzyjające kierownictwu NSZZ Solidarność to: bezkompromisowość zachowań wielu młodych działaczy; rozwijająca się moralna krucjata przeciwko siłom „totalitarnej” władzy; nasilająca się konfrontacyjno-powstańcza atmosfera w wielu środowiskach kraju. Na korzyść wielomilionowego Związku NSZZ Solidarność, oddziaływało naturalne „zużycie się” władzy w latach PRL-u, a zwłaszcza jej obciążenie trudnymi kryzysami społeczno-politycznymi… Większość ekspertów i kierownictwa Solidarności usiłowała utrzymać linię umiarkowaną, ale… radykalne hasła zdobywały większy poklask, aniżeli kompromisowe i umiarkowane stanowisko. Po początkowych postulatach ekonomicznych wśród działaczy związku rozwinęły się coraz dalej idące żądania polityczne, zmierzające faktycznie do przejęcia władzy, Wałęsa miał wówczas coraz większe trudności z powstrzymywaniem ambicji politycznych wpływowych radykałów. Inicjatywa trójstronnego spotkania znalazła zrozumienie i poparcie u Prymasa Glempa, ale napotykała radykalne nastroje części duchowieństwa i sprzeciwy wśród wojowniczych ogniw Solidarności. Z uwagi na wielość aspektów i Profesora sztukę oceny, tekst zasługuje na wnikliwe przestudiowanie. Dziękuję!
Pułkownik dr Andrzej Gąszczołowski – referat uczynił „spojrzeniem” na Spotkanie Trzech, jako instrument „polityki historycznej”. Inaczej mówiąc – historii PRL, pisanej „od nowa”. Stąd Spotkanie w badaniach naukowych jest „białą plamą” lub tematem do „czarnej legendy” PRL i prokuratorsko-medialnych wyroków na Generała. To jednowymiarowa klisza: totalitaryzm, zdrada, władza z obcego nadania, komunizm. Jako mit założycielski lustracyjno-dekomunizacyjnego szaleństwa, stoi na straży stereotypu, że stan wojenny to „grom z jasnego nieba”. Dlatego wg Autora – „Nie dopuszcza bezstronnych, wyważonych ocen, tym bardziej uznania, czy dopatrzenia się dobra w myśli politycznej gen. Wojciecha Jaruzelskiego. W tym świetle patriotycznie umotywowana idea z 4 listopada 1981 r. nie pasuje do stereotypu i ma zostać wymazana z pamięci, wykluczona z dyskursu historyczno-politycznego”. Tu Autor cytuje kilka jakże wówczas trafnych, ale i po blisko 40 latach aktualnych sugestii i myśli, m.in. Mieczysława Rakowskiego i prof. Jerzego Wiatra. Autor z estymą odnosi się do środowiska Wielkopolan, którzy okazali zrozumienie i poparcie idei RPN, a później dla stanu wojennego, ratującego przed „większym złem”. Oddaje należny szacunek i uznanie wielu wielkopolskim działaczom reformatorskiego ruchu socjalistycznej odnowy, m.in. Edwardowi Skrzypczakowi, Janowi Kołodziejczakowi, gen. Edwardowi Łukasikowi, prof.: Wacławowi Wilczyńskiemu, Henrykowi Łowmiańskiemiu, Alfonsowi Klafkowskiemu oraz Zdzisławowi Krasińskiemu. Będę wielce rad, Jeśli Panowie i Autor tekstu – przyjmą moje wyrazy wdzięczności i poważania.
Uczestnicy Konferencji z nieskrywaną ciekawością słuchali informacji o postawie prof. Feliksa Siemieńskiego, znanego poznańskiego prawnika, który początkowo sceptycznie odnosił się do Spotkania Trzech i idei RPN. Profesor, w Czempiniu (1996 r.), podczas spotkania Generała z Czytelnikami wygłosił z uznaniem przyjęty pogląd, że „ gdyby nie stan wojenny, to doszłoby do walk bratobójczych i interwencji zewnętrznej.” Dlatego ekstremę „S” nazwał „faktycznymi twórcami stanu wojennego: to oni są winni tej sytuacji, jaka wówczas zaistniała, że stan wojenny musiał być wprowadzony. Oni też przede wszystkim powinni dziękować gen. Jaruzelskiemu, że stan wojenny. Jemu też, a nie tylko Lechowi Wałęsie należało przyznać Pokojową Nagrodę Nobla.”
Niezwykle interesujące było wystąpienie Generała, które kończyło Konferencję, jako oficjalną debatę, przenosząc ją na długie godziny w kuluary i na środowiskowe spotkania.
Uczestników, tej pamiętnej Konferencji, których nie cytuję fragmentów wypowiedzi, raz jeszcze przepraszam, za brak „publicystycznego miejsca”. Podniesione przez Panów kwestie szczegółowe, a które z konieczności pominąłem są ważkim źródłem uzupełniającym wiedzę o przedmiocie tej publikacji i tym okresie naszej historii. Wszystkich z Państwa Czytelników gorąco zachęcam do pozyskania książki o tej Konferencji. Naprawdę warto.

Na zakończenie

Pokłosiem konferencji jest książka-„Spotkanie Trzech. Ostatnia szansa porozumienia” (Wyd. AH Pułtusk, 2012). Rektor Akademii, prof. Adam Koseski w tekście „Do Czytelnika”, podkreślił, że stawiane pytania „nie pozwalają na obojętne pominięcie dorobku Konferencji (…) skłaniają do zastanowienia się nad stanem Polski dziś, w 2012 r. (także w 2019 – moje, GZ)… Odpowiedzi nie są jednoznaczne, nawet przeciwstawne. Czy nie kryje się w nich złożoność historycznego czasu i ludzkich przeżyć, doznań? A zatem zachęta, wręcz intelektualny przymus, by sięgnąć po tę książkę i poznać ten istotny, ważny epizod współczesnej polskiej historii”. To przecież ważna część, może epizod naszych życiorysów, dorobku przydatnego dla przyszłościowo myślących naszych dzieci, naszej młodzieży.
Dziękując Panu Profesorowi, Jego Magnificencji – za przygotowanie Konferencji, jej naukową i organizacyjną oprawę, proszę o przyjęcie słów uznania od wielu jej uczestników i Czytelników książki, z którymi utrzymuję kontakty.

Spotkanie Trzech – zmarnowana szansa (Część I)

Jako inicjator i gospodarz spotkania przedstawiłem obszernie ocenę sytuacji. Była to ocena gorzka. Lech Wałęsa podzielił te niepokoje. Choć przyczyny, adresatów zagrożeń widział głównie w obszarze władzy. Prymas z właściwym sobie spokojem próbował równoważyć argumenty. Kluczowy temat – poszukiwanie, znalezienie płaszczyzny, na której można byłoby na zasadach autentycznego partnerstwa współdziałać, budować porozumienie w sprawach zasadniczych dla kraju. Jako organizacyjna formuła – Rada Porozumienia Narodowego, a w przyszłości również Front Porozumienia. Prymas przyjął ten kierunek z pełną aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę… A więc droga otwarta. Zaproponowałem też pilne powołanie komisji, grupy inicjatywnej, która przedstawiłaby odpowiednie propozycje co do składu Rady oraz ewentualnych dalszych działań. Chodziło mi o to, aby „kuć żelazo póki gorące”.

gen. Wojciech Jaruzelski („Przegląd” z 6 listopada, 2000 r.)

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Rada Porozumienia Narodowego! „Prymas przyjął ten kierunek z aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę … A więc droga otwarta”. Pytania nasuwają się same – dlaczego nie powstała ta Rada, kto lub co stanęło na przeszkodzie, jak zachowywali się nasi sąsiedzi – ze Wschodu i Zachodu. Jakie były skutki, następstwa tej, zmarnowanej szansy. Kto za nią odpowiada. Warto postawić jeszcze jedno pytanie – od tej inicjatywy minęło już 38 lat, czy wszystkie niuanse i wątpliwości zostały wyjaśnione?

Myśli o Radzie…

W poprzednim tekście („Początek drogi” („DT”, 15-17 lutego, 2019 r.) zawarłem sugestię, iż Spotkanie Trzech wymaga odrębnego omówienia. Pisałem, iż słowo „porozumienia” zostało zawarte w nazwie „Protokołu” z 31 sierpnia 1980 r. Po blisko 40 latach nasuwa się pytanie – czy było to słowo-ozdobnik? Czy wówczas i dziś należy go odczytywać tylko jako „zwykły” warunek realizacji podpisanych 21 postulatów? Zastanówcie się Państwo-czy „porozumienie” obowiązywać miało tylko stronę rządową, a Solidarność uzyskała „wolną rękę” w swoim postępowaniu? „Nowy” premier, gen. Wojciech Jaruzelski w exposé akcentował konieczność „atmosfery spokoju społecznego… konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił… Czas ten (apel o 90 dni – moje, GZ) pragniemy uczynić okresem szerokiego dialogu społecznego”. Jaki ten „spokój” był od lutego do grudnia 1981 r., „jak rozumiano” w Kierownictwie Solidarności „porozumienie” – pisałem w „Początku drogi”.
Bez obawy o uchybienie prawdzie, można powiedzieć, iż dążenie władzy i Kościoła, głównie obu Prymasów Polski (kard. Stefana Wyszyńskiego, abp Józefa Glempa) i Episkopatu do uzyskania obustronnego porozumienia trwało przez cały 1981 r., praktyczne efekty okazały się nikłe. Uprawnione jest więc pytanie – kiedy pojawiła się myśl o Radzie Porozumienia Narodowego? Rozmawiając kilka razy – głównie podczas przygotowywania mowy obrończej przed Sądem, gen. Wojciech Jaruzelski, nie był w stanie podać dokładnej daty. Może ktoś – po latach – uznać to za formę wykrętu. Nic podobnego. Proszę wziąć pod uwagę, iż bieżące sprawy, głównie strajki i ich zagraniczne echa nieustannie od kilku miesięcy były na uwadze rządu. Różne oceny, wnioski były zgłaszane przez członków rządu: Stanisława Cioska – ministra ds. związków zawodowych, gen. Czesława Kiszczaka – dysponował bieżącą „wiedzą tajemną”, rzecznika rządu, Jerzego Urbana – mającego bieżącą, „krajową i zagraniczną wiedzę prasową”, przewodniczących Komisji (pisałem wcześniej), którzy do pewnego stopnia pełnili rolę „straży pożarnej”, gasząc wciąż powstające strajki. Taki szczegół: wicepremier Janusz Obodowski negocjował z NSZZ Solidarności kolejarzy, by nie podejmowali strajku, argumentując gospodarczymi i społecznymi skutkami. Wszystko – jak mi mówił – było „dogadane”. Późnym wieczorem zadzwonił przewodniczący związku kolejarzy – skruszonym głosem prosił, błagał, by go premier zrozumiał. „Co się stało? – pyta. Otóż otrzymał polecenie z Gdańska, że mają strajkować, bo jeszcze dotąd tego nie robili. Zaklinał się, że jak „najłagodniej” zastrajkują. Co Państwo o tym myślicie? Taka obserwacja sprzed kilku dni – TVP pokazywała Bogdana Lisa, w związku z akcją wokół Centrum Solidarności. Tenże Pan, w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), pisze – „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981 r., widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Chcielibyście wtedy Państwo być na „rządowym stanowisku” i prowadzić negocjacje ze strajkującymi zakładami pracy? Przenieście się więc myślą i wyobraźnią w tamten „romantyczny czas”, zachęcam do „historycznego relaksu”. Życzę dobrego samopoczucia.
Opierając się na pamięci Generała, znanych członków władz i dostępnych materiałach źródłowych, można wiarygodnie stwierdzić, że idea porozumienia narodowego-pisałem wyżej, pojawiła się w sierpniu 1980 r. (porozumienia) i w lutym 1981 r. (exposé premiera). Na swój sposób „żyła” w różnych działaniach władzy i Kościoła, czym swoiście „dokuczała” kierownictwu Solidarności. Zaś koncepcja Rady kształtowana była po IX Zjeździe Partii (lipiec 1981 r.), zgłoszona przez premiera, przedstawiającego delegatom stan państwa, w tym realizację idei porozumienia narodowego. Stąd można wnioskować, że była dyskutowana, „obgadywana” od lipca, a szczególnie we wrześniu – październiku. Krótko mówiąc – nie sposób podać dokładnej daty, był to proces kształtowania zarysu kompetencji, roli w bieżącej, gorącej atmosferze, choć jesień i zbliżała się mroźna zima.

Dylematy i koncepcja Rady

Dylemat – problem: jak z tej pętli: Solidarność – strajki-władza – „obserwacja zagranicy” wyjść? Szukanie rozsądnego rozwiązania było kwestią nadrzędną (podczas jednej z rozmów Generał powiedział: „sprawą narodową, sprawą życia i śmierci”), choć takich określeń nie zamierzał używać przed Sądem („są zbyt patetyczne, mogą być odebrane pokrętnie, zostawmy to na późniejszy czas” – mówił). Ścierały się różne poglądy i opcje, nawet przeciwstawne, choćby takie: Zbyt duże uprawnienia tej Rady, będą dublować lub ograniczać zadania już wspomnianych Komisji, po co takie ciało? Czy jako organ pomiędzy rządem a Komisjami – przecież na ich czele stali wicepremierzy – więc po co? Nadać Radzie kompetencje polityczne – jaki zakres i usytuowanie, np. pomiędzy Sejmem a rządem? Tu pojawiała się kwestia składu Rady, na co wyczulone były stronnictwa polityczne. Warto byłoby zapytać o tamtą atmosferę, o owe wizje wyjścia z sytuacji Panów Profesorów: Józefa Kozioła (b. ZSL), Józefa Musioła, wówczas wiceministra sprawiedliwości (b. SD). A związki branżowe, liczebnie mniejsze i nie wchodzące w skład Solidarności – także sygnalizowały potrzebę „widzenia ich”, nie tylko jako „teoretyczny dowód”, ale realny fakt w pluralizmie związkowym, który rząd wciąż urzeczywistniał. „Szło to jak po przysłowiowej grudzie” – z goryczą mówił Generał. Solidarność patronowała związkom przez siebie inicjowanym, np. twórczym, do tego krytycznym wobec władzy i dyskretnie popieranym przez Kościół. Inne były opluwane, jako „komusze”. Czy Państwo o „statecznym wieku” tego nie pamiętają, jakie stąd wnioski na dziś i jutro?
Kolejny dylemat – czynić z Rady organ doradczy o perspektywicznym znaczeniu, „ubrany” we wzniosłe określenia? To fasada, nikt tego nie przyjmie, a stanie się „źródłem” krytyki Solidarności, która na władzy nie zostawiała przysłowiowej „suchej nitki”. Co więcej – od miesięcy wiadomo, iż Solidarność lekceważy „innych”, tzn. ZSL, SD, związki katolickie, wobec niej często i słusznie krytyczne. (Wałęsa wyrażał się o nich jako o „hodowcach kanarków”). Może zechce rozmawiać z rządem, ale sama, z udziałem Kościoła, który ją osłaniał i wspierał. PZPR też – krytycznie patrzyła na Kościół, co wiernym przypominają biskupi, – temat wciąż aktualny! Jak mówił Generał: „Kościół był przeciwnikiem, ale i zwolennikiem” Znajdźcie Państwo z tego „salomonowe” wyjście!

Właśnie Kościół

Generał i krąg najbliższych osób, „postawili” na Kościół, jako siłę moralną i autorytet mogący przekonać Solidarność do – nie wiadomo, który już raz – rzeczowych rozmów. Stąd 14 października 1981 r. Józef Czyrek, szef MSZ składa wizytę w Watykanie. Rozmawia z Janem Pawłem II. Obok zapoznania Papieża z aktualną sytuacją w kraju, mówi o pomyśle Rady Porozumienia Narodowego (RPN). Jej pomysł był „konkretem” na tyle zachęcającym, by Papież angażował swój autorytet, „młodego” Prymasa i Kościoła. Nie mogła to był „idea mglista” czy „zbiór życzeń”, jak próbują od lat dowodzić „znawcy”. Była to więc racjonalna myśl! Przecież „zgoda” Kościoła na przekonanie Solidarności, Wałęsy do udziału w Radzie, to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy. W tym momencie to swoisty „pstryczek”, afront dla Solidarności, którą Kościół od początku popiera, ochrania, czasami hołubi To jest cel główny wizyty! – pozyskać dla niej poparcie, „błogosławieństwo” Papieża, jak pisze Generał. Nie chodzi tu o formalne uznanie, ma mieć praktyczny, konkretny wymiar, tj. działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Józefa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Co dalej?
21 października Generał (od 3 dni I Sekretarz KC), rozmawia z Prymasem. Po rozmowie Józefa Czyrka z Papieżem, rozmówcy są przygotowani na wyjaśnienie sobie różnych wątpliwości, obaw, itp. Efekt – Prymas zgadza się rozmawiać i przekonać Wałęsę do spotkania. Podczas spotkania – odnosząc się do sytuacji w kraju oraz do wypowiadanych ocen, zgłasza do grupy inicjatywnej Andrzeja Micewskiego. Z myślą o Radzie, jej statusie i programie, proponuje: Stanisława Stommę, Andrzeja Wielowieyskiego, Stefana Sawickiego, Michała Pietrzaka i Jerzego Turowicza. Podając te nazwiska, z uznaniem należy ocenić, że Prymas „wyszedł przed szereg”, dalej nawet niż władza. Są więc podstawy, by widzieć tu znaczącą rolę Papieża. Czy po blisko 40 latach nie dostrzegacie Państwo złożoności tej sytuacji? Proszę zauważyć – z jednej strony „beton w łonie władzy”, przeciwny rozmowom z Kościołem. Zaś po stronie Kościoła – oględnie mówiąc – duża ostrożność w „paktowaniu z diabłem”– czytaj: władzą! Łatwo się pogubić i popełnić błąd w ocenach.

Z czym na Spotkanie…

Wracam do zasadniczej kwestii – z czym władza, a z czym Solidarność przyszły na spotkanie w dniu 4 listopada 1981 r.?
Generał – w imieniu władzy – przedstawił koncepcję Rady Porozumienia Narodowego (RPN) oraz komisji, grupy inicjatywnej, mającej przygotować jej działanie. Ta koncepcja była od kilku dni znana: 21 października poznał ja prymas Polski w rozmowie prywatnej z Generałem, a 30 października przedstawił ją na forum Sejmu, gdzie m.in. oświadczył: „Proponuję powołanie RPN, która jak najszybciej przystąpiłaby do rozpatrzenia i uzgodnienia programu frontu – jego roli, struktury i zasad działania w życiu polityczno-społecznym. Zapraszam do udziału w tej Radzie Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne, związki zawodowe, organizacje społeczne, naukowe i twórcze. Zwrócę się do obywateli cieszących się w społeczeństwie wysokim autorytetem, o udział w pracach Rady. Liczę na poparcie tej inicjatywy ze strony kierownictwa Kościoła. Kraj nasz możemy ratować i wyprowadzać z kryzysu przez wspólne działanie”. Kościół wyraził aprobatę i poparcie, podobnie Sejm. Podczas spotkania, które przeszło do historii jako „Spotkanie Trzech”, Generał wyeksponował rolę Rady jako „poważnej, reprezentatywnej instytucji społeczno – politycznej. Na jej forum byłby prowadzony niczym nie skrępowany dialog, poszukiwano by rozwiązań odpowiadających wyzwaniom czasu. Rada będzie ciałem opiniodawczym, wyposażonym jednak w inicjatywę ustawodawczą”.
Prerogatywy Rady wymagały uzgodnienia nie tylko jej składu personalnego, ale i społeczno-zawodowego, właśnie z myślą o możliwie szerokiej reprezentacji społeczeństwa. Stąd propozycja powołania grupy, komisji inicjatywnej. Generał zaproponował, by składała się z 7 osób, po jednej z: PZPR (Kazimierz Barcikowski), ZSL, SD, Solidarności, związków branżowych, środowisk twórczych oraz Kościoła (bp Bronisław Dąbrowski). Przyglądając się tej propozycji, można zauważyć zarys przewagi liczebnej na korzyść Solidarności. Stronę rządową, władzy reprezentowaliby przedstawiciele: PZPR, ZSL i SD – w sumie 3 osoby. Zaś Solidarność – jej przedstawiciele, środowisk twórczych oraz Kościoła, który od początku był duchowym opiekunem, moralnie wspierał i bronił ją, starał się patrzeć realistycznie na ówczesną rzeczywistość. Często napominał, przestrzegał jej działaczy przed pochopnymi zachowaniami i czynami. Tu zachęcam Państwa do sięgnięcia po odpowiednie rozdziały w książce Generała „Pod prąd”. Pozostają związki branżowe. Mogły wówczas – obok Kościoła – pełnić rolę przysłowiowego języczka u wagi. Nie twierdzę, że zawsze opowiadałyby się za władzą. Panująca niemal wszechobecna krytyka jej działania, różne błędy i zaniedbania, głównie ogniw terenowych, nie oddziaływały zachęcająco.
Koncepcja Rady: pole do dyskusji, do wymiany poglądów, możliwość „niczym nie skrępowanej dyskusji” oraz posiadanie „inicjatywy ustawodawczej” to dobrze czy nie, to dużo czy mało? Oczywiście, jedni powiedzą, że mało, nic, inni, że to „coś” godne uwagi. Wyraźnie opowiadam się za tym „coś”. Dlaczego? Bo skonkretyzowane, określone różnymi ramami propozycje padały i były podejmowane w pracach wspomnianych komitetów – nie oceniam z jakim skutkiem. W koncepcji Rady chodziło o podejmowanie nie tylko spraw, problemów i dolegliwości codziennych, ale o szersze aspekty, spojrzenie przyszłościowe, w tym na uwarunkowania międzynarodowe. Stąd właśnie projekcja wyposażenia Rady w inicjatywę ustawodawczą. Nie zapominajmy, kto mocą ówczesnej Konstytucji taką inicjatywą dysponował (Sejm, rząd). Przecież Rada byłaby ciałem pozakonstytucyjnym, nie spotykanym w bloku socjalistycznym. To odniesienie wyraźnie podkreślam, gdyż wielu historyków i polityków w ogóle nie dostrzega różnorakich uwarunkowań zewnętrznych, albo taktuje je wybiórczo, niemal koniunkturalnie.
Inicjatywa ustawodawcza Rady pozwalała Solidarności, tworzącym ją związkom zawodowym, na przedkładanie Sejmowi projektów różnych ustaw reformujących gospodarkę i życie społeczne kraju, włącznie z nowelizacją Konstytucji i ordynacji wyborczej. Na owe czasy była to niebagatelna nowość! Rada z takimi kompetencjami byłaby ważnym czynnikiem, argumentem w ręku związków zawodowych. Poprzez uczestnictwo w pracach Rady, jako główna siła opozycyjna, stałaby się faktycznym podmiotem życia publicznego. Solidarność byłaby pierwszą, oficjalną opozycją polityczną w bloku socjalistycznym. Nikt rozsądny nie zaprzeczy, że postrzeganie jej jako siły destrukcyjnej, „kontrrewolucyjnej” utraciłoby taką wymowę i znaczenie. Nasi sąsiedzi taką „polską rzeczywistość” – zapewne nie bez obaw i najgorszych podejrzeń – musieliby przyjąć za fakt! Chyba, że sami zdecydowaliby się na „inne rozwiązanie”. Dlaczego więc ideę porozumienia i Spotkanie Trzech, wciąż skrywa całun milczenia, skoro taka wiadomość w społeczeństwie uzyskała 77 proc. poparcia? A czy dziś, po 30 latach transformacji ustrojowej, Rada z podobnymi kompetencjami nie byłaby ważnym krokiem, czynnikiem na drodze pogłębiania demokratycznych norm życia publicznego? Pytanie – kto taką inicjatywę zgłosi i zaakceptuje.
Lech Wałęsa, podczas spotkania po Spotkaniu mówił tak: „W dniu 4 listopada spotkaliśmy się w gmachu rządowym przy ulicy Parkowej w Warszawie. Rozmowa trwała około godziny, a jej jedynym tematem była propozycja porozumienia, przygotowana przez stronę partyjno-rządową. Każdy z nas przedstawił swoje stanowisko. Dużo było mowy, pretensji do siebie, o to co złego się dzieje w kraju. Powiedziałem, że władza nie robi tego, co ustalone, że związek ma dobre rady, że coś z tym trzeba zrobić, strajki trzeba przerwać, że kompromis potrzebny. Na to była zgoda, tylko jak to zrobić. Premier mówił o jakiejś komisji czy grupie, zgłosił nawet swojego reprezentanta. Prymas też zgłosił księdza biskupa Bronisława Dąbrowskiego, widziałem, że zgadza się, ale ja się wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się. Wtedy premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący. Moim zdaniem był na podsłuchu, już w zasadzie prawie się nie odzywał. Zrozumiałem wówczas, że to koniec rozmów z nami. Zastanawiałem się, co dalej, czując, że nieuchronnie zbliża się czarne widmo. Nie wiem, czy gdyby były dalej rozmowy, to coś by pomogły, bo za dużo było różnic, może trzeba było sprawdzić władze, może Kościół by pomógł”. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz! Zwróćcie uwagę – „dużo było pretensji do siebie”; „wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się”; „premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący”. Bo między bajki można włożyć wymysł z „podsłuchem”. Czy dziś, zapomniana już ocena o. Ludwika Wiśniewskiego – „Udomowiliśmy nienawiść i pogardę” – z historycznego dystansu nie skłania do refleksji, opamiętania w podejrzliwości, wyciągnięcia logicznych wniosków?

Zachodnia prasa przed i po Spotkaniu

„Le Monde” z 1 listopada: „Polsce grozi anarchia w dosłownym znaczeniu”. Wysłannik „L’ Humanite” cytował Bronisława Geremka, który oświadczył: „Szanse osiągnięcia porozumienia nadal istnieją, ale jeśli do niego dojdzie, to w tym miesiącu. Potem będzie za późno” (1 listopada). Nazajutrz gazeta napisała, że najbliższe dni pozwolą ocenić wynik polityki otwarcia zaprezentowanej Sejmowi przez gen. Jaruzelskiego. Podstawowym założeniem tej polityki jest oferta współpracy złożona Solidarności. Zdaniem korespondenta „Le Matin” Wałęsa i jego Prezydium nie mają już tyle siły, żeby zatrzymać dziki ruch bazy. Obecnie wszystko zależy od regionalnych kierownictw związku, które robią, co mogą, by umocnić naruszoną jedność. Ale wyłom już uczyniono. 3-4 listopada, w sytuacji bardzo napiętej, obradowała Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, która po raz kolejny zwróciła się do związkowców o przerwanie akcji protestacyjnych, jako że stan napięcia i dzikie strajki trwały nadal w wielu regionach kraju. Korespondent „Le Monde” doliczył się 65 konfliktów lokalnych i, jak ocenił, „wystarczy dmuchnąć, by połowa kraju zapłonęła, a Polska pogrążyła się w chaosie”.
„Les Echos”: „Solidarność płaci wyraźnym zmniejszeniem panowania nad bazą za swoje „ekscesy” i „nieustępliwość”, przywódcy związkowi zaczynają się liczyć z narastającym krytycyzmem przeciwko Solidarności. Daje o sobie znać „młodzieńczy błąd związku, który koncentruje się raczej na sprawach ideologicznych, nie nawiązując specjalnie do realiów codziennie zajmujących życie przeciętnego człowieka”. W tym kontekście, dziennik rozważał strategię Jaruzelskiego wobec groźby starcia obu stron konfliktu i rozpadu systemu. Zdaniem specjalnego wysłannika gazety, Generał próbuje „przystosować ów system do nowej sytuacji. Ale taki proces można realizować jedynie etapami”.
„Neue Kronen Zeitung” z 2 listopada: „Polsce grozi teraz totalny chaos. Sytuacja wymyka się całkowicie spod kontroli. Wczoraj strajkowało 350 tys. Polaków, co jest większą liczbą niż w sierpniu 1980 r. Gwałtownie pogorszyła się sytuacja polityczna”.
„Los Angeles Times”, 3 listopada: „Polska zmierza do tragedii i całkowitej katastrofy”.
„La Stampa” z 5 listopada: „Gen. Jaruzelski ma dziś, de facto, wszelkie cechy jedynego człowieka w Polsce, który jest w stanie uratować to, co do uratowania pozostało. (…) Nie ma jednak alternatywy dla drogi wybranej przez Jaruzelskiego, Glempa i Wałęsę”.
„Le Soir”, nazajutrz, po Spotkaniu Trzech zachowania obu liderów oceniła tak: Wałęsy „umiarkowana postawa wobec władz przysporzyła mu wiele ostrej krytyki ze strony radykałów w kierownictwie Solidarności, którzy pragną, by niezależny związek prowadził teraz grę na całego. Dla generała alternatywa jest więc jasna: albo modus vivendi z Wałęsą, albo konfrontacja z radykałami, przy nieuniknionych tragicznych konsekwencjach”.
„Le Figaro”. „Być może więc realizuje się właśnie prawdziwe przymierze narodowe, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj z kryzysu”
„La Republika”. „Obserwatorzy w Warszawie mówią o tym, iż rodzi się polski kompromis historyczny” „Już teraz można ocenić spotkanie jako zwrot historyczny (…) powstaje nowa sytuacja. (…) Przede wszystkim jednak jest to dowód oprzytomnienia” .

W Polsce po Spotkaniu

List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981): „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”.

Andrzej Rozpłochowski (Śląsk): „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”.
Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu: „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
KC PZPR, 28 listopada. Na plenarnym posiedzeniu oceniono sytuację jednoznacznie: „Są dla Polski i Polaków tylko dwie drogi. Jedna wiedzie wprost do zguby przez dalsze strajki, chaos, anarchię i bezprawie – do konfrontacji. Druga prowadzi do porozumienia narodowego, ocalenia przed najgorszym. Ku tej drodze skłaniały się różne środowiska. Idea utworzenia Frontu Porozumienia Narodowego zyskiwała coraz liczniejsze głosy poparcia”. Omówiono stan rozmów na ten temat i przyczyny zahamowań. „Są siły, którym idea ta stała się solą w oku, czynią one wszystko, by ją storpedować, zatruć atmosferę…Obecnego stanu utrzymywać dłużej nie można, proces rozkładowy musi być zatrzymany. Inaczej nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji, do stanu typu wojennego” – podsumował Generał. Plenum uznało za konieczne – właśnie w obronie zalążków porozumienia – nadanie biegu projektowi ustawy o nadzwyczajnych środkach przeciwdziałania anarchii i strajkom, który rząd skierował do Sejmu miesiąc wcześniej.
Radom-3 grudnia. Zwołano wspólne posiedzenie Prezydium KK i przewodniczących Zarządów Regionalnych. W przyjętym „Stanowisku” najważniejsze zdanie brzmiało: „W tej sytuacji dalsze pertraktacje na temat porozumienia narodowego stały się bezprzedmiotowe”. Po odblokowaniu przez siły porządkowe budynku WOSP w Warszawie – sytuację uznano za konfrontacyjną. „Utrzymanie się obecnego stanu grozi Związkowi konfrontacją i trzeba się do niej przygotować”. Wyliczono także żądania, od których związek „nie odstąpi”, co oznaczało, że we wszystkich spornych sprawach postanowiono utrzymać twardy, bezkompromisowy kurs, a „na ewentualne uchwalenie przez Sejm nadzwyczajnych uprawnień dla rządu, Związek odpowie 24-godzinnym ogólnopolskim strajkiem okupacyjnym. W przypadku, gdy rząd, korzystając z przyznanych mu przez Sejm uprawnień, zastosuje środki nadzwyczajne, ogniwa Związku i wszystkie załogi winny przystąpić do strajku powszechnego” („Tygodnik Solidarność” nr 37 z 11 grudnia 1981 r.).
Posiedzenie w Radomiu odbyło się przy drzwiach zamkniętych. Rzecz niebywała w dotychczasowej praktyce. Nie wpuszczono dziennikarzy, nie było konferencji prasowej, rzecznik nie wydał żadnego oświadczenia. „Nadchodzi czas generalnych rozstrzygnięć” – powiedział Lech Wałęsa. Zapytany, jak widzi ideę Frontu Porozumienia Narodowego, odpowiedział: „Decyzja jest na nie. Nie ma porozumienia, bo nie ma się z kim porozumiewać”. Oznaczało to zapowiedz konfrontacji. Wałęsa mówił o tym wprost: „Konfrontacja jest nieunikniona i konfrontacja będzie. Trzeba to ludziom już uświadamiać (…). Żadna zmiana systemu nie może obejść się bez targania się po szczękach” („Przed 13 grudnia”, KiW 1983, s. 41).
Zarząd Regionu Gdańskiego, posiedzenie 30 listopada – 1grudnia: „rozważano sprawy, które będą prawdopodobnie decydować o losach naszego kraju. Atmosfera posiedzenia była napięta i dramatyczna, choć opinie i oceny były właściwie jednoznaczne: dosyć ustępstw”. Relację w tygodniku „Samorządność” (nr 2 z 7 grudnia 1981 r.), zatytułowano: „Wobec prowokacji – dosyć ustępstw”. Autorzy: W. Duda i D. Tusk pisali: „Konfrontacja z władzą jest nieunikniona. Takie zdanie miał również Lech Wałęsa. Nie damy sobie zabrać prawa do strajku, nie ma co rozmawiać z tą władzą – zrywamy rozmowy – stwierdził przewodniczący. Pytano o czas konfrontacji i taktykę związku. Wałęsa odpowiedział zdecydowanie, że taktykę znamy – okupacja zakładów pracy, warty robotnicze i mądrość społeczna (…) Podejmiemy ostateczną konfrontację z władzą w kwietniu lub w maju. Część dyskutantów była przekonana, że czas walki nastąpi wcześniej”.
Wicepremier Jerzy Ozdowski – znany działacz katolicki, m.in. powiedział: „Jeśli Solidarność nawet w tej chwili przeciwstawia się idei porozumienia, są przecież inne ugrupowania, jest przede wszystkim Kościół i szerokie kręgi społeczeństwa dojrzałego i rozsądnego, które myślą poważnie o ocaleniu Ojczyzny. Sądzę, że poważna praca nad ratowaniem porozumienia powinna polegać na tym, żeby bardzo szybko w zwięzłej formie ogłosić tezy programu porozumienia i wyraźnie te tezy poddać pod dyskusję, traktując je jako prawną bazę zbliżenia wszystkich ludzi, którym jeszcze zależy na ratowaniu pokoju. Równocześnie trzeba pracować nad drugim scenariuszem – przyjęcia władzy przez dyktaturę wojskową”.
Arcybiskup Bronisław Dąbrowski, „Rozmowy watykańskie” (Instytut Wydawniczy PAX – 2001 rok) – pod datą 22 grudnia 1981 roku, znajduje się relacja złożona Papieżowi Janowi Pawłowi II przez Sekretarza Episkopatu Polski – zacytuję najistotniejsze fragmenty (str. 239-240): „Solidarność (…) odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4.listopada 1981 roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.)”.
O skutkach tej – zmarnowanej szansy, wyeksponowanych na konferencji naukowej w Pułtusku oraz wnioskach z dystansu prawie 40 lat – napiszę niebawem.