Izba się nie dała

Kolejne głosowanie w brytyjskiej Izbie Gmin i kolejna porażka premiera Borisa Johnsona. Po zablokowaniu opcji tzw. „twardego brexitu” posłowie uniemożliwili mu rozwiązanie parlamentu.

Najpierw stosunkiem głosów 328 do 301 Izba Gmin przyjęła wniosek opozycji ws ustalenia porządku obrad w środę. Za odebraniem premierowi Borisowi Johnsonowi sterowności zagłosowała również proeuropejska frakcja Partii Konserwatywnej. W następnym głosowaniu – w sprawie „twardego”, czyli bezumownego brexitu Izba Gmin poparła projekt ustawy umożliwiającej jego zablokowania i opóźnienie wyjścia z UE do 31 stycznia 2020 r. Za było 327 posłów, a przeciwko 299 z nich. W reakcji na to premier chciał doprowadzić do rozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów, co – należy przyznać – było posunięciem wielce ryzykownym, bo wymagającym nie tylko zwykłej większości, lecz większości kwalifikowanej 2/3 głosów. Ruch ten zakończył się jeszcze większą klęską – wniosek nie zdobył wymaganych 434 głosów, lecz tylko 298, czyli nawet o jeden mniej niż wyniosła liczba głosujących przeciwko krępującej działania premiera umowie w sprawie bezumownego opuszczenia Unii Europejskiej.
Sprawa „twardego brexitu” nie jest jeszcze przesądzona, ustawą zajmie się bowiem teraz Izba Lordów, która wszakże na jej procedowanie – zgłoszenie poprawek, przyjęcie bądź odrzucenie – mam bało czasu, w związku z zaplanowanym na 9 września zawieszeniem parlamentu. Zawieszenie parlamentu, do którego przekonał królową Elżbietę II, było z punktu widzenia premiera Johnsona posunięciem chytrym, gdyż uniemożliwiałoby przeciwnikom brexitu obstruowanie jego działań, jednak wobec tego, co w ostatnich dniach stało się w Izbie Gmin okazuje się dla niego straconą okazją, bo posłowie uprzedzili ewentualne pozaparlametarne posunięcia rządu.
Podziały w sprawie brexitu nie pokrywają się z podziałami partyjnymi – przeciwko rządowi głosuje także znacząca grupa rządzącej Partii Konserwatywnej – wyniki głosowań wskazują, że konserwatyści stracili większość.
Przeciwko przedterminowym wyborom głosowała tak znaczna grupa parlamentarzystów, gdyż zrodziła się obawa, że premier Johnson mógłby wyznaczyć termin wyborów po 31 października, kiedy to zgodnie z obecnymi ustaleniami Wielka Brytania opuści UE, co postawiłoby parlament przed faktem dokonanym. A na to Izba nie zamierza pozwolić. W sumie zatem strategiczny plan Johnsona, najwyraźniej zdecydowanego na doprowadzanie do „twardego” brexitu, gdyby jego szantaż wobec Brukseli się nie powiódł, zakończył się fiaskiem.

Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Nie usiądzie obok Trumpa

Jeremy Corbyn, szef brytyjskiej Partii Pracy (Labour Party) nie chce siedzieć przy jednym stole z prezydentem Stanów Zjednoczonych Donaldem Trumpem, oczekiwanym w Zjednoczonym Królestwie na początku czerwca. „Jeremy Corbyn nie skorzysta z zaproszenia na kolację państwową z Donaldem Trumpem” – zakomunikowała Labour. Przy okazji amerykański prezydent został skrytykowany, tak samo jak premier Theresa May, która go zaprosiła.

„Pani premier nie powinna rozwijać czerwonego dywanu wizyty państwowej, by uhonorować prezydenta, który drze żywotne układy międzynarodowe, popiera zaprzeczanie zmianom klimatycznym oraz używa rasistowskiej i antykobiecej retoryki” – oświadczył Corbyn. Dodał jeszcze, że „utrzymywanie ważnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi nie wymaga ceremonialnej pompy wizyty państwowej” i wyjaśnił, że jest jednak gotów spotkać się z Trumpem, by „porozmawiać o każdej interesującej kwestii”.
Theresa May zaprosiła przywódcę imperium amerykańskiego zaraz po objęciu stanowiska premiera w 2017 r., ale ogłoszona wówczas wizyta państwowa zmieniła się w zwykłą „wizytę roboczą” w lipcu zeszłego roku. Powodem były zapowiedzi dużych manifestacji przeciw wizycie Trumpa, ale rząd brytyjski podkreślał, że zaproszenie państwowe jest ciągle aktualne.
W przeciwieństwie do wizyty roboczej, wizyta państwowa w Londynie to z reguły przejazd ulicami miasta w karocy królowej i bankiety. Szczegółowy program Pałac Buckingham ma ogłosić później. Jeśli chodzi o manifestacje, niewiele się zmieniło: organizatorzy chcą „zalać stolicę setkami tysięcy demonstrantów”, by sprzeciwić się wizycie Trumpa. W zeszłym roku, gdy pojawił się z wizytą roboczą, w Londynie manifestowały dziesiątki tysięcy mieszkańców przeciw jego „mizoginii, homofobii i ksenofobii”.

May się ugina

We wtorek premier Wielkiej Brytanii zapowiedziała, że zamierza starać się o przedłużenie procesu rozwodu z UE w celu wypracowania ponadpartyjnego porozumienia. Zapowiedziała współpracę z Jeremym Corbynem.

Co na to lider Partii Pracy? Zapowiedział, że spotka się z szefową rządu, ponieważ „zdaje sobie sprawę z tego, że ma odpowiedzialność związaną z reprezentowaniem ludzi, którzy wsparli Partię Pracy w ostatnich wyborach, a także tych, którzy tego nie zrobili, ale oczekują pewności i bezpieczeństwa co do swojej przyszłości”. Powszechnie wiadomo, że Corbyn jest zwolennikiem miękkiego brexitu.
Partyjni koledzy premier May nie są zachwyceni takim obrotem sprawy. Twierdzą, że May oddała negocjacje w ręce opozycji. „To niebezpieczna próba odwrócenia brexitu przez dobicie targu z socjalistami” – stwierdził eurosceptyczny milioner Jacob Rees-Mogg. Podobne stanowisko wyraził Boris Johnson.
May stwierdziła, że „rząd szuka rozwiązania, które pomoże wyjść z Unii Europejskiej z umową. Podkreśliła jednak, że musi być ona zgodna z porozumieniem, które wynegocjowała już ze Wspólnotą”. Oraz, że „rozumie zmęczenie tych, którzy chcieliby już wyjść bez umowy”.
Wygląda więc na to, że w partii konserwatywnej znów szykują się konflikty – zwłaszcza, że oliwy do ognia dolała Szkocja, która chce pozostać w UE.
– Szkocka Partia Narodowa wykazała się gotowością do znalezienia kompromisu, aby przełamać ten impas, ale naszym priorytetem pozostaje zatrzymanie brexitu – stwierdził lider partii Ian Blackford. Ogłosił, że wkrótce podejmie kolejne próby wywalczenia niepodległości.
Emmanuel Macron tuż przed wtorkowym przemówieniem May nie szczędził złośliwości pod adresem Wielkiej Brytanii. Stwierdził, że zgoda Brukseli na dalsze opóźnienia nie powinna być brana za pewnik. – Jeśli Wielka Brytania nie będzie w stanie zaproponować w trzy lata po referendum rozwiązania mającego poparcie większości, to de facto sama wybierze, że chce wyjść bez porozumienia – stwierdził. Poparł go premier Irlandii Leo Varadkar.
Na razie nie znamy żadnych konkretów. Mamy jedynie deklarację May, że chce dalej pracować nad porozumieniem na bazie „starej” umowy – i że warunkiem przyjęcia nowego planu jest poparcie opozycji, co wydaje się w miarę optymistyczną wiadomością. Zwłaszcza że w głosowaniu 1 kwietnia Izba Gmin jednak najbardziej przychylała się do pozostanie z UE w unii celnej. Niestety wyniki poniedziałkowych głosowań nie były wiążące prawnie.
Komisja Europejska podtrzymuje tymczasem stanowisko, że zgoda na przełożenie daty brexitu na 22 maja jest uzależniona od zatwierdzenia umowy między Brukselą a Londynem do 12 kwietnia. Dalsze przesuwanie daty wyjścia Wielkiej Brytanii z UE nie będzie możliwa, gdyż Londyn nie chce organizować wyborów do Parlamentu Europejskiego, zatem musi opuścić Unię przed nimi. W takiej sytuacji premier May nie ma wyjścia – musi układać się choćby i Jeremym Corbynem, gdyż alternatywą jest brexit bezumowny.

Brexit odroczony?

Możliwe scenariusze

Nikt nie chce twardego Brexitu. Zarówno Bruksela, jak i brytyjski rząd i opozycja intensyfikują starania na rzecz uniknięcia scenariusza, w którym pod koniec marca Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską bez żadnego porozumienia. Najciekawszy pomysł pojawił się niedawno. Zakłada on przedłużenie okresu, w którym ustalone zostaną warunki do końca roku 2020.
Jeszcze niedawno taki wariant był forsowany i brany na poważnie wyłącznie przez fantazyjnych zwolenników pozostania Zjednoczonego Królestwa w europejskiej wspólnocie. Dziś jest jednym z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Grupa brukselskich polityków skupiona wokół sekretarza generalnego Komisji Europejskiej Martina Selmayra proponuje, aby dać Londynowi jeszcze 21 miesięcy na wynegocjowanie i przegłosowanie w Izbie Gmin warunków wystąpienia z Unii Europejskiej.

Zirytowani komisarze

Bruksela, podobnie jak brytyjska klasa polityczna i tamtejsze społeczeństwo, z wielkim niepokojem przyjmuje zbliżające się i rosnące z każdym dniem widmo twardego Brexitu. Katastrofa komunikacyjna, społeczna i gospodarcza dotknęłaby przede wszystkim Wielką Brytanię, jednak fala uderzeniowa dotarłaby również na kontynent, czego wszyscy chcą uniknąć. Stolica Unii Europejskiej ma również dosyć niestabilności i napięć wynikających z przedłużającego się stanu braku porozumienia pomiędzy głównymi siłami w brytyjskim parlamencie. Przypomnijmy, że kluczowe głosowanie w Izbie Gmin ws. umowy z Brukselą miało odbyć się najpóźniej 27 lutego, czyli w dziś. Tymczasem okazało się, że Theresa May, obawiając się kolejnej klęski i związanego z nią spadku poparcia dla jej rządu, postanowiła przenieść głosowanie na 12 marca, czyli zaledwie 17 dni przed ostateczną, wydawało się do dziś, datą Brexitu.
Co dokładnie proponuje Bruksela? Brexit zostaje odroczony na 21 miesięcy, a więc do czasu, gdy według wcześniejszego planu miał obowiązywać okres przejściowy, podczas którego strony miały uzgodnić warunki współpracy gospodarczej po opuszczeniu wspólnoty przez Londyn. Najnowszy plan unijnych polityków zakłada, że do tego czasu Wielka Brytania pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Wariant ten ma szanse znaleźć szeroką aprobatę w Brukseli, gdyż również do końca 2020 roku obowiązuje bieżący budżet UE, co sprawiłoby, że konieczność negocjowania z Londynem warunków podziału środków rozwiązałaby się sama.
– Jeśli liderzy widzą jakikolwiek sens w przedłużaniu negocjacji, co nie jest pewne, biorąc pod uwagę sytuację w Wielkiej Brytanii, (…) będą chcieli zapewnić rozsądny okres, który pozwoli na rozwiązanie pozostałych kwestii – powiedział „Guardianowi” jeden z dyplomatów UE.

Co siedzi w głowach brytyjskiej premier i jej współpracowników?

Jest to pytanie przewrotne. Część ministrów Partii Konserwatywnej rozważa otwarty bunt przeciwko swojej szefowej i dogadania się z opozycją w sprawie przegłosowania uchwały gwarantującej wykluczenie szkodliwego scenariusza Brexitu bez umowy (tzw. poprawka Cooper). Koncept ten zakłada możliwość wydłużenia członkostwa w UE nawet od trzech do dziewięciu miesięcy. Zgodnie z propozycją miałoby do tego dojść, jeśli do 13 marca premier nie udałoby się wypracować ostatecznej umowy ze Wspólnotą. „The Sun” podaje, że inicjatorami rewolty są: minister pracy i emerytur Amber Rudd, minister sprawiedliwości David Gauke, minister ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Greg Clark i minister ds. Szkocji David Mundell. Jakie są szanse na powodzenie tego przedsięwzięcia? Zdaniem komentatorów, raczej poniżej 50 proc. jednak w przypadku dalszej nieporadności szefowej rządu, mogą w kluczowym momencie wzrosnąć.
Inną rozważaną opcją jest złożenie rządowego projektu uchwały parlamentu, w której wyrażono by poparcie dla alternatywnej propozycji dotyczącej kontrowersyjnego mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (ang. backstop); dotychczas propozycja ta nie była przyjmowana przez unijnych negocjatorów. Downing Street liczy jednak, że taka decyzja Izby Gmin zwiększyłaby nacisk polityczny na unijne instytucje, aby dojść do porozumienia z Londynem.
Sama Theresa May rozważa również poproszenie strony unijnej o wydłużenie okresu na urzeczywistnienie Brexitu o dwa miesiące, a więc do końca maja. Ten wariant grozi jednak koniecznością udziału Zjednoczonego Królestwa w wyborach do europarlamentu. Premier chce za wszelką cenę uniknąć takiego scenariusza, bowiem o ile sondaże dają jej partii przewagę na Labour Party w wysokości 3-7 punktów procentowych, to podczas krótkiej, acz ostrej kampanii jej formacja mogłaby się znaleźć w głębokiej defensywnie. May chciałaby więc opóźnić Brexit, jednak nie na tak długo, by wiązało się to z koniecznością rozpisania elekcji.

Widmo katastrofy działa na wyobraźnie

Co jednak, jeśli Londynowi nie uda się uzyskać żadnego przedłużenia daty Brexitu? Wówczas Downing Street znajdzie się pod niewyobrażalną presją. May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie Brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty bez porozumienia.
Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania o północy z 29 na 30 marca automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE.

A Corbyn czeka

Jakie stanowisko zajmuje największa siła opozycyjna – Partia Pracy? Laburzyści są obecnie zajęci brutalnymi walkami frakcyjnymi, które zostały zainicjowane przez partyjnych liberałów, którzy domagali się dymisji Jeremy’ego Corbyna ze stanowiska szefa formacji. Tydzień temu z szeregów partii wystąpiło siedmioro deputowanych, mających na pieńku z przewodniczącym od dawna. W obliczu kuriozalnych oskarżeń o antysemityzm, głos laburzystów w sprawie Brexitu stał się mniej słyszalny. A jest on niezmienny – to Partia Konserwatywna odpowiada za bałagan związany z Brexitem i to ona powinna go posprzątać. Partia Pracy liczy na spadek zaufania społecznego do torysów i przejęcie władzy w najbliższych wyborach do Izby Gmin.

Kolejne referendum?

Co na to wszystko brytyjskie społeczeństwo? Większość obywateli i obywatelek uważa, że najlepszym rozwiązaniem byłoby…rozpisanie kolejnego referendum, w którym mogliby po raz kolejny wypowiedzieć się w sprawie opuszczenia przez ich kraj europejskiej wspólnoty. Dziennik „The Independent” zlecił badanie opinii publicznej, z którego jasno wynika, iż z uwagi na impas w Izbie Gmin i rosnący antagonizm pomiędzy głównymi siłami politycznymi, opcja drugiego referendum cieszył się największą popularnością wśród respondentów. Drugim życzeniem Brytyjczyków i Brytyjek jest po prostu pozostanie w Unii za wszelką cenę. Dalsze renegocjacje umowy znalazły się dopiero na trzecim miejscu.
Najmniejsze poparcie ma twardy Brexit. Aktywiści z kampanii „Put It To The People”, która forsuje idee pozostania w rodzinie zapowiedzieli, że w sobotę 23 marca br. na Park Lane w Londynie odbędzie się wielka demonstracja przeciwników Brexitu.

Rozłam czy oczyszczenie?

Nie potrafili znieść, że większość członków Labour Party wyraża obecnie propracownicze poglądy, postanowili się wystąpić z jej szeregów. Paradoksalnie, największy od 1981 roku rozłam w w brytyjskiej Partii Pracy może oznaczać jej wzmocnienie.

W dość infantylnym proteście trzasnęli drzwiami. Mowa o grupie siedmiorga deputowanych Partii Pracy, którzy ogłosili odejście z ugrupowania. W Izbie Gmin powstanie złożona z nich nowa frakcja. Na razie roboczo nazwali ją Niezależną Grupą.

Brytyjskie media piszą o „największym rozłamie od 1981 roku, jednak trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym w wyniku dzisiejszego odejścia formacja dowodzona przez Jeremy’ego Corbyna mogłaby w jakikolwiek sposób stracić. Zarówno lider tego rokoszu Chuka Ummuna, jak i pozostali buntownicy – Luciana Berger, Chris Leslie, Angela Smith, Mike Gapes, Gavin Shuker and Ann Coffey, zaliczali się do gwardii byłego przewodniczącego Eda Milibanda i wyznawali raczej wartości liberalne czy trzeciodrogowe niżeli prospołeczne. Odejście deputowanych wpłynie więc przypuszczalnie na konsolidacje laburzystów w ważnym dla nich momencie.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Ummuna był kontrkandydatem Corbyna na stanowisko szefa partii w 2015 roku. Mimo przegranej był wówczas przekonany, że zwolennik renacjonalizacji kolei oraz powrotu Labour do propracowniczych korzeni nie przetrwa długo na pozycji zarządczej. Wkrótce potem do Partii Pracy przystąpiło kilkadziesiąt tysięcy osób o poglądach zdecydowanie lewicowych, co zapewniło Cobrynowi spokojną możliwość realizacji planu. Chuka Ummuna natomiast kipiał żółcią, oskarżając swojego oponenta o prowadzenia ugrupowania w przepaść.
Ciekawą postacią jest również inna bohaterka tej historii- Luciana Berger – jedna z głównych proizraelskich lobbystek na łonie Labour, odpowiedzialna za brutalne ataki na Corbyna, któremu, wraz z konserwatywną prawicą próbowała przylepić łatkę antysemity, tylko dlatego, że ten ośmielił się krytykować politykę apartheidu wobec ludności palestyńskiej.

Kolejny z tych antymonów, Chris Leslie od trzech lat regularnie bił na trwogę, że Partia Pracy została przejęta przez „twardą lewicę”, której zarzucił m.in. „nieodpowiedzialne” podejście do negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Leslie powtarzał również na rzekomo nieodpowiedzialne podejście Corbyna do polityki obronnej i bezpieczeństwa, zarzucając mu utrzymywanie kultury nietolerancji i antysemityzmu, a także gotowość przedkładania wyjaśnień państw trzecich nad ustalenia brytyjskich służb specjalnych, nawiązując do publicznego kwestionowania przez Corbyna stanowiska brytyjskich służb po ubiegłorocznej próbie zabójstwa byłego pułkownika rosyjskiego wywiadu wojskowego Siergieja Skripala.

Jest całkiem możliwe, że po kolejnych wyborach Partia Pracy sięgnie po władzę. Ostatni sondaż, dla Observera daje formacji Jeremy’ego Corbyna 37 proc. poparcia. Na tyle samo może liczyć Partia Konserwatywna, która przypuszczalnie straci jeszcze wiele punktów procentowych po wiszącym w powietrzu Brexicie.

Corbyn w potrzasku

Żarty się skończyły. Wygląda na to, że Wielka Brytania opuści Unię, zaliczając najtwardsze lądowanie z możliwych.

Laburzyści pod wodzą Jeremy’ego Corbyna muszą w tej sprawie przestać chować głowę w piasek. Inaczej ostatecznie pożegnają się z marzeniami o władzy i przebudowie kraju.
Brytyjski parlament odrzucił projekt wyjścia z UE proponowany przez premier May. Kolejnego nie ma. Czas goni – Zjednoczone Królestwo ma czas do końca marca, by Radzie Europejskiej przedstawić warunki wyjścia z Unii, które zabezpieczą interesy mieszkańców Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że unijni biurokraci wiedzą jedno: trzymają Brytyjczyków w garści, bo ci nie mają żadnego pomysłu na swój kraj poza UE. Obie strony wiedzą już, że nie ma o czym rozmawiać. Ostatni rządowy projekt przewidywał mniej więcej takie stosunki z Londynu z Brukselą, jakie z Unią wiążą Norwegię i Szwajcarię. Są to elementy unii celnej i wspólnego rynku z poważnym ograniczeniem swobody przepływu ludności. Nie mogło to jednak usatysfakcjonować twardych nacjonalistów, którzy wyrzucili projekt do kosza z powodu tzw. backstopu: możliwości pozostawienia swobodnego ruchu między Irlandią a Irlandią Północną.
Szowinistyczne szaleństwo pcha więc Brytanię ku najgorszej z możliwych ewentualności: wyjścia bez żadnej umowy. Oznacza to prawdopodobnie gwałtowną zapaść w gospodarce i na rynku pracy. Dojdzie do tego polityczny problem z milionami imigrantów, którzy nagle staną się nielegalni w sensie ścisłym. Londyn ma już w zanadrzu nawet plan ewakuacji królowej z kraju w razie wybuchu gniewu społecznego.
Brexit laburzystów: kwadratura koła
W kropce znalazła się Partia Pracy, która do tej pory nie miała żadnego pomysłu na odnalezienie się w sytuacji brexitu. Kraj zdaje się skazany na taki los, że laburzyści przestali, jak się wydaje, grać już na przyśpieszone wybory, które z powodu nienawiści Brytyjczyków do May miały im dać władzę. Kierownictwo skupione wokół Jeremy’ego Corbyna szukało sposobów, by uniknąć odpowiedzialności za brexit, zwłaszcza w sytuacji, gdy wizja przewodniczącego pod tym względem znacząco rozmija się z nastrojami elektoratu.
Corbyn nie zdołał do tej pory przekonać “dołów” do tego, że opuszczenie Unii na lepszych warunkach niż proponują konserwatyści może być szansą na odnowę lewicowej polityki w kraju dzięki uwolnieniu Londynu od brukselskiego neoliberalizmu. Większość sympatyków Partii Pracy nie chce na razie słyszeć o niczym innym, tylko o pokrzyżowania planów nacjonalistów. Wielu z nich popiera ideę kolejnego referendum, które miałoby cofnąć decyzję głosowania z 2016 r. i powstrzymać brexit. Czołowi laburzyści, chowając głowy w piasek, tylko pogorszyli sytuację partii. Obecnie – odwrotnie niż rok temu – sondaże dają konserwatystom siedmiopunktową przewagę wyborczą nad laburzystami. Jest źle.
Prasa doniosła, że centrala związkowa branży transportowej TSSA sporządziła specjalny raport w sprawie brexitu, oparty na danych sondażowych, i przesłała go partii, a dokładnie frakcji Momentum, uznawanej za najtwardszych corbynistów. Dokument zawiera podobno jednoznaczny wniosek, że Labour wiele straci, jeżeli nie przyjmie postawy zdecydowanie przeciwnej wyjściu z Unii. Treść raportu nie pozostawia wątpliwości: w obecnej sytuacji zarówno poparcie rozwodu z UE, jak i otwarte przeciwstawienie mu się spowoduje u laburzystów straty. W drugim przypadku byłyby one po prostu mniejsze i doprowadziłyby podczas przyspieszonych wyborów do utraty 11 miejsc w parlamencie. Byłby to skutek rozczarowania części elektoratu pro-brexitowego, która do tej pory popierała Partię Pracy z powodu antyestablishmentowej retoryki Corbyna. Jeżeli ugrupowanie poprze brexit w ostrzejszej lub łagodniejszej postaci, straciłoby jednak aż 45 parlamentarzystów. Oznaczałoby to druzgocącą klęskę – prawdziwie czarny scenariusz, biorąc pod uwagę, że cały miniony 2018 r. ubiegł laburzystom pod znakiem dumnego marszu po władzę – ekipa Corbyna zachowywała się tak, jakby już ją miała na wyciągnięcie ręki.
Twardzi antybrexitowcy stanowią poważną siłę kadrową partii, co sami dobrze rozumieją i starają się to wykorzystać. Muszą jednak uważać, by nie przestrzelić. Ich awangarda to zdecydowani przeciwnicy Corbyna, od dawna chętni do pozbawienia go władzy. Elektorat Labour jest prounijny, a jednocześnie wierny przewodniczącemu, który z pełną determinacją odnawia partię w duchu socjalistycznym. Trudno więc oczekiwać, by najradykalniejsi przeciwnicy brexitu, zdecydowani jednocześnie kontynuować spuściznę Blaira, uzyskali jakiekolwiek poparcie dla swoich zapędów secesjonistycznych.
Takie zaś istnieją – na początku lutego donosił o nich “The Observer”. Powołując się na “liczne źródła w Partii Pracy” magazyn informował, że szereg posłów, poirytowanych brakiem zdecydowanego stanowiska organizacji w sprawie brexitu, zdecydowana jest opuścić szeregi laburzystów i założyć nową centrową, mocno prounijną partię. Wśród buntowników znaleźli się zdaniem dziennikarzy m.in. Angela Smith, Chris Leslie i Luciana Berger, czyli znani partyjni liberałowie, starający się pogrążyć Corbyna na różnych frontach, łącznie z podłączaniem się do nagonki w sprawie jego rzekomego „antysemityzmu” i ubolewaniem, że przewodniczący wątpi w sens puczu przeciwko „dyktatorowi Maduro” w Wenezueli. Kilka dni później prasa doniosła, że z opuszczeniem Labour na tle stosunku do brexitu liczy się Owen Smith, rywal Corbyna podczas ostatnich wyborów na przewodniczącego. Podejrzani nie potwierdzili tych doniesień, ani jasno im nie zaprzeczyli. Owen jednak dobitnie podkreślał, że ewentualność odejścia z partii należy w dzisiejszej sytuacji “zdecydowanie rozważyć”, sugerując, że kierownictwo partii zdradziło socjaldemokratyczne ideały, które jego zdaniem ucieleśnia Unia Europejska.
Bardzo wątpliwe, by „separatyści” spełnili swoje groźby, ponieważ po odejściu z partii zostaliby kompletnie „na lodzie”. Tym bardziej jeżeli doszłoby do tego, że zgodnie z sugestiami mediów, w nowej partii miałoby dojść do połączenia sił z dezerterami spośród konserwatystów i liberalnych demokratów. Twardy elektorat Partii Pracy uznałby to bezdyskusyjnie za zdradę. Brexit jest w ich oczach osią silnej polaryzacji politycznej: jest postrzegany jako ksenofobiczny projekt Torysów (choć nie do końca tak jest), a bunt przeciwko niemu i ideowe trwanie przy “projekcie europejskim” stanowi obecnie sedno laburzystowskiej tożsamości i nakazuje bić się o niego w szeregach partii.
“Rebielianci” nie narobią więc partii wielkich szkód, korzystając jednak ze wzmożenia nastrojów antybrexitowych czują się coraz pewniej. Na tyle pewnie, że ostatnio dziewięciu z 25 “ministrów” gabinetu cieni sprzeciwiło się poparciu pakietu poprawek, jakie Partia Pracy zaproponowała do nieszczęsnego projektu brexitu Theresy May, który nie odpowiadał nikomu i mógł prowadzić tylko do bezumownego wyjścia z UE. W odrzuceniu laburzystowskich poprawek betonowi antybrexitowscy połączyli więc siły z fanatycznymi torysowskimi i nacjonalistycznymi brexitowcami, gotowymi wypchnąć Brytanię z Unii zupełnie “na wariackich papierach”. Pełna polityczna determinacja, by koniecznie zaakcentować ideologiczną bezkompromisowość, doprowadziła więc – jak to często bywa – do paradoksu.
Najbardziej prounijna część elektoratu Labour to najmłodsi wyborcy, mieszczący się w studenckiej kategorii wiekowej. To oni właśnie najsilniej wierzą w Corbyna i stoją za masowym wzrostem liczebności partii po objęciu przez niego funkcji przewodniczącego. Co ciekawe, jest tak, mimo że ich idol – delikatnie mówiąc – nie podziela ich euroentuzjazmu. Media społecznościowe obiegł ostatnio materiał wideo sprzed dziesięciu lat, na którym Jeremy Corbyn pomstuje na UE jako na “wielkiego Frankensteina”, który ostatecznie doprowadzi Brytyjczyków do ruiny. Krytykując w ten sposób Traktat Lizboński ostrzegał wtedy przed “Imperium Europejskim”, które będzie skakać na każde skinienie NATO – jak przystało na socjalistę starej daty, dodał więc do tego sosu szczypty szczerego antymilitaryzmu. Szef Labour należy do pokolenia lewicowców od początku nieufnego wobec projektu Unii, którego fundamentem był traktat z Maastricht. Ich obawy raczej się sprawdziły: gospodarczy ustrój Unii, potwierdzony w Traktacie Lizbońskim, utrwalił nierówności, biedę i władzę kapitału w Wielkiej Brytanii, a plagi te sprowokowały nacjonalistów do coraz skuteczniejszego obarczania imigrantów winą za wszelkie zło trapiące mieszkańców UK.
Uzasadniona niechęć Corbyna do UE jako do neoliberalnego lewiatana jest znana i prowokuje ataki pod jego adresem ze strony członków partyjnej biurokracji nadal żywiącej sentyment do liberalnej doktryny Tony’ego Blaira i bezpiecznej symbiozy z biznesem. Eurosceptycyzm przewodniczącego nie powoduje jednak na razie widocznego buntu szerokich mas laburzystowskich. Dotyczy to również członków Momentum, które uchodzi za grupę “skrajnie lewicową” i na tej zasadzie można by domniemywać, że jako betonowi corbyniści będą nieugięcie stali na stanowisku “lewicowego brexitu”. Tymczasem nic podobnego: znaczna część z nich tworzy platformę “Inna Europa jest możliwa”, głoszącą ideę rekonstrukcji UE na lewicową modłę. Teraz domagają się odwołania z parlamentu tych liberalnych deputowanych, którzy akceptują Unię bezkrytycznie i postanowili na złość Corbynowi nie głosować za poprawkami własnej partii, pracując w ten sposób na bexit według May. Nie wygląda więc na to, by zagorzali zwolennicy Corbyna godzili się w obliczu wyjścia z Unii na odegranie roli bezwolnego stada lemingów – forsują własne stanowisko. Prawdopodobnie dochodzi w ten sposób do głosu dialektyka wzajemnego stosunku “góry” i “dołów”, kiedy szeregowi członkowie, świadomi tego, że w zamian za wcześniejsze poparcie “coś im się należy” oczekują, że teraz polityka kierownictwa odpowie na ich oczekiwania.
Pierwszy krok naprzód
Wiele wskazuje na to, że się nie pomylą. Wierchuszka coraz lepiej rozumie nastroje w partii i fakt, że w obliczu indolencji May skontrowanie projektu jej umowy wydaje się jedynym sposobem, by samemu się nie skompromitować. Corbyn postanowił więc po raz pierwszy zagrać odważniej i zaproponować jakąś konstruktywną wizję wyjścia z impasu. Nie jest to na razie nic radykalnego, ani nic bliskiemu jego sercu, stanowi za to na pewno wyjście naprzeciw oczekiwaniom większości elektoratu. Szef Labour wystosował list otwarty do premier, w którym oprócz krytyki jej projektu umowy z UE zawarł pięć warunków, które “ brexit musi spełnić, by uzyskać akceptację Partii Pracy w parlamencie. Są to: 1) “trwała i całościowa unia celna” wiążąca cały obszar Wielkiej Brytanii, 2) ścisły związek krajowej gospodarki z unijnym wspólnym rynkiem, oparty na “wspólnych instytucjach”, 3) “dynamiczne dostosowanie na obszarze praw i ochrony interesu obywateli” – chodzi przede wszystkim o zapewnienie praw pracowniczych co najmniej na poziomie gwarantowanym przez przepisy UE, 4) jasna deklaracja, że Wielka Brytania będzie uczestniczyć (nie wiadomo na ile aktywnie) w instytucjach unijnych i korzystać z funduszy UE, 5) jednoznaczna gwarancja uzgodnienia współpracy na obszarze przepisów bezpieczeństwa, m.in. europejskiego nakazu aresztowania.
Szału nie ma. Nadal wygląda to na korektę projektu May. Z drugiej strony przedstawione warunki idą na tyle daleko, że sprawiają wrażenie jakby Partia Pracy, owszem, akceptowała wyjście z Unii, ale tylko jedną nogą – bardziej nominalnie niż realnie. Sympatycy idei “lewicowego brexitu” mają powody do niezadowolenia, słusznie bowiem zauważa autor wstępniaka w Morning Star, że powyższe propozycje w żadnym stopniu nie kwestionują neoliberalnego charakteru Unii. Przekonanemu socjaliście nie godzi się brać “instytucji wspólnego rynku” za dobrą monetę. A przecież niecały rok temu Corbyn roztaczał wizję, zgodnie z którą ewentualne pozostanie w Unii musi się na jego kraju wiązać z gwarancjami umożliwiającymi politykę nacjonalizacji i wielkoskalowego interwencjonizmu, niemożliwą przy w obecnym kształcie ustrojowym UE.
Jak widać, przy panującej polaryzacji myślenie krótkoterminowe bierze górę, każąc się ustosunkować przede wszystkim bezpośrednio do budzącego emocje projektu May. Zwolennicy pozostania w UE, tak się jednak ostatnio zradykalizowali i skoncentrowali na promocji idei ponownego referendum, że wydawało się, iż zadowoli ich wyłącznie deklaracja pełnego powrotu na łono Unii. Nie atakują jednak Corbyna. Jak słusznie zauważa jeden z komentatorów, jest tak prawdopodobnie dlatego, że wszyscy zdają sobie sprawę, że warunki Corbyna są w istocie zaporowe i nie mają szansy zyskać akceptacji rządu, który stara się obecnie grać na poparcie nacjonalistów. Trudno więc na tej podstawie zwolennikom pozostania atakować Corbyna za “wysługiwanie” się May w wyprowadzaniu kraju z UE. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że czasu do skonstruowania dobrej umowy pozostało Wielkiej Brytanii bardzo mało, można interpretować ostatni ten ruch jako gotowość do zablokowania brexitu w ogóle, co jest jednak o tyle trudne, że w praktyce wymagałoby błyskawicznego rozpisania nowego referendum. De facto nadal więc mamy do czynienia z polityką walenia pięścią w stół na znak niezgody.
Zbudować nową Europę
Analityczka z London School of Economics rozsądnie zauważa, że praktycznie jedynym dobrym dla laburzystów wyjściem byłoby połączenie idei pozostania w UE – którą zwyczajnie muszą przyjąć ze względu na okoliczności – z przekształceniem jej w ruch na rzecz reformy Unii w duchu lewicowym, czyli zdecydowanego ograniczenia jej neoliberalnego charakteru, przede wszystkim dyktatu EBC narzucającego poszczególnym rządom politykę bezlitosnych cięć, praktycznie bez możliwości demokratycznego sprzeciwu. Brexit jest rodzajem “dopustu bożego”, wymogiem chwili, z którym trzeba sobie poradzić, by mieć to już za sobą. Jeśli jednak Partia Pracy rzeczywiście chce rządzić i to tak, by zmienić kraj, konieczne jest wykroczenie poza perspektywę, która obecnie wydaje się laburzystów paraliżować.
Głosy dochodzące z terenu całej Wielkiej Brytanii, przede wszystkim zaś z prowincji, w postaci reportaży, sondaży i badań socjologicznych mówią wyraźnie, że ludzie oczekują zmian, wobec których kwestia pozostania w UE lub jej opuszczenia jawi się jako sprawa drugorzędna. Deterioracja gospodarki i samej tkanki społecznej zaszła tak daleko, że niepewność w sprawie brexitu, niezależnie od ostatecznego wyniku, nakłada tylko na Brytyjczyków ryzyko pogłębienia ich postępującego ubóstwa, które stało się ostatnio tak oczywiste, że ma się nim zająć komisja ONZ ds. praw człowieka. Wzrost biedy, nierówności, niepewności materialnej i niemożności skutecznego wydźwignięcia się z niekończącego się kryzysu społecznego jest plagą, która trawi cały kontynent. Lewica w całej Europie szuka też sposobu na skuteczne przeciwstawienie się fali nacjonalizmu i ksenofobii. Lokalne rozwiązanie, którego poszukuje Partia Pracy, powinno zatem stać się programem dla Europy i na tym laburzyści powinni oprzeć swoją wizję sprzeciwu wobec brexitu. Opieranie się cynicznym propozycjom Theresy May może być tylko pierwszym – i nie ukrywajmy: najłatwiejszym – krokiem naprzód.
Inaczej niż sam Corbyn, wyborcy i szeregowi członkowie Labour widzą brexit jako projekt czysto nacjonalistyczny. Trudno odmówić im racji. Niezależnie od teoretycznej możliwości przekucia go w inicjatywę antykapitalistyczne, ksenofobia od początku określała jego polityczną praktykę. Nic dziwnego, że większość brytyjskiej lewicy czuje potrzebę przeciwstawienia się tendencjom izolacjonistycznym, za którymi nie kryją się żadne postępowe motywy, a ton całemu przedsięwzięciu nadaje twarda prawica. Owszem, obecne unijne przepisy o konkurencji i pomocy publicznej będą przeszkodą w dalekosiężnych planach gospodarczych Corbyna, jeżeli zastąpi on May na stanowisku premiera. Prawdą jest też, że obecność w Unii nie daje Brytanii jakiejkolwiek gwarancji poprawy sytuacji społecznej i gospodarczej, bo odkąd funkcjonuje w jej ramach wskaźniki makroekonomiczne i społeczne tylko się pogarszają. Lecz jednocześnie gwałtowne i bezumowne opuszczenie europejskich struktur może dodatkowo pogorszyć sytuację bieżącą. Nie wygląda również na to, by polityka “im gorzej tym lepiej” mogła przynieść oczekiwane korzyści społeczne – zwłaszcza w sytuacji, gdy postępowa formacja polityczna wykaże się indolencją i utraci wiarygodność.
Problem lidera laburzystów polega na tym, że stosunek Brytyjczyków do brexitu nie układa się według tych osi, które jemu odpowiadają. Część antyestablishmentowo nastawionych wyborców Partii Pracy, którzy są pryncypialnie za wyjściem z UE, to za mało, by przeforsować “lewicowy brexit”. Jakkolwiek socjalista Jeremy Corbyn nie znosi Unii – tego kapitalistycznego “Frankensteina” – musi na razie pogodzić się z dwiema rzeczami: uznać prounijne nastawienie swojej bazy społecznej, od której zależy politycznie, a która chce jednocześnie zmierzać w proponowanym przez niego kierunku uspołecznienia gospodarki. Oraz fakt, że poważne potraktowanie misji socjalizm to konieczność sprostania wyzwaniu poważniejszemu niż sam brexit – jest nim rzeczywisty przewrót klasowy i pozbawienie władzy „jednego procentu”, by tym samym naruszyć fundamenty kapitalizmu.
Brexit trzeba po prostu rozegrać tak, by euroentuzjastyczne nastroje móc spożytkować na rzecz postępowej polityki europejskiej. Trudno bowiem uciec od faktu, że pełne sprzężenie brytyjskiej gospodarki z europejskim kapitalizmem, coraz bardziej zależnym od łupienia mas przez elity finansowe, każe po raz kolejny przemyśleć sens budowy kapitalizmu w jednym kraju. Idee Corbyna są w końcu ideami dla Europy, a Europejczycy, umordowani neoliberalizmem, jak np. “żółte kamizelki”, chętnie za nimi pójdą.

Partia Pracy o Guaidó

Polityczka typowana na szefową dyplomacji w przyszłym rządzie Jeremy’ego Corbyna jest krytyczna wobec Maduro, za duży błąd jednak uznaje udzielanie poparcia Juanowi Guaidó. Stawia na dialog wewnętrzny, potępia próby rozwiązania kryzysu w Wenezueli za pomocą zewnętrznej interwencji, a ku temu niestety skłaniają się państwa UE.

Emily Thornberry, szefowa dyplomacji Wenezueli w laburzystowskim gabinecie cieni, skrytykowała rząd Theresy May i inne rządy europejskie za pośpieszne uznanie Juana Guaidó za demokratycznego przywódcę Wenezueli. Polityczka Partii Pracy skrytykowała rządy Nicolása Maduro, zasugerowała jednak, że pochopne udzielanie mandatu jego rywalowi bez pomysłu na to, co ma w Wenezueli nastąpić potem, jest dyplomatyczną nieodpowiedzialnością.
Zdaniem Thornberry kluczowe dla Wenezueli jest teraz zapewnienie warunków do przeprowadzenia nowych wyborów „we właściwym czasie”, a nie do odgórnego określania przez siły zewnętrzne, kto jest „właściwą stroną” konfliktu politycznego wewnątrz kraju.
– Nie wydaje mi się, żeby można było stawiać żądania bez wiedzy, co robić w następnej kolejności. Nie chodzi o przybieranie pozy, tylko o postępowanie w sposób realistyczny i praktyczny. – powiedziała.
Labourzystka twierdzi, że rozwiązanie kryzysu w Wenezueli musi mieć przede wszystkim charakter wewnętrzny i europejska dyplomacja musi temu sprzyjać. Tymczasem o swoim poparciu dla Guaidó, który ogłosił się „tymczasowym prezydentem”, zapewniły już rządy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Hiszpanii oraz Parlament Europejski. Brytyjska Partia pracy oficjalnie więc wyłamała się z tego szeregu.
– Potrzeba dialogu i taka propozycja padła na obszarze wewnętrznym i zewnętrznym – mówiła Thornberry nawiązując zapewne do propozycji prezydenta Maduro, by w tym roku ogłosić nowe wybory parlamentarne oraz obrad tzw. międzynarodowej grupy kontaktowej ds. Wenezuali – Potrzeba czasu i taka propozycja też padła. Musimy zobaczyć, co będzie dalej – to najlepszy sposób postępowania, w przeciwieństwie do powiedzenia: już wystarczy, uznajemy X, a nie Y. To nie jest sposób, w jaki należy traktować inne kraje, nawet znajdujące się w tak trudnej sytuacji jak Wenezuela.
Thornberry jednak, w przeciwieństwie do przewodniczącego Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna, opowiedziała się za częściowymi sankcjami wobec Wenezueli. Za właściwe uznała „wszelkie środki”, które mogą przynieść zmianę na lepsze, z wyjątkiem interwencji zbrojnej.
W oględny sposób skrytykowała okres rządów Maduro z lewicowych pozycji:
– Mogę również zagwarantować, że za rząd Partii Pracy nie będzie tolerował łamania praw człowieka tylko dlatego, że są one popełniane przez mniejsze i słabsze państwa, lub przez rządy, które chcą uchodzić za „socjalistyczne”, ale poprzez swoje działania sprzeniewierzyły się wszelkim socjalistycznym ideałom.
Podkreśliła jednak przede wszystkim, że jeżeli powstanie labourzystowski rząd, jego priorytetem w polityce zagranicznej będą prawa człowieka, a nie tak jak w przypadku rządu konserwatystów – krótkoterminowe interesy. Z ich powodu, zdaniem Thornberry, brytyjska dyplomacja uprawiana przez Torysów i poprzednie gabinety Partii Pracy zbyt tendencyjnie przymykały oczy na łamanie praw człowieka w liczących się krajach, które traktowane były jako strategiczni geopolityczni partnerzy Wielkiej Brytanii: w Turcji, Arabii Saudyjskiej i Egipcie.
W zeszłym tygodniu Jeremy Corbyn zamieścił na Twitterze stanowisko krytyczne wobec konserwatywnego ministra decyzji Jeremy’ego Hunta o poparciu dla Guaidó. Corbyn uznał ją za opowiedzenie się za interwencją zagraniczną w Wenezueli, za którą stoi USA.

Przegrana nie do końca

Przeciwko uchwale w sprawie umowy wynegocjowanej przez rząd Theresy May z UE określającej warunki Brexitu zagłosowało 432 posłów Izby Gmin przy zaledwie 202 głosach poparcia (większość wynosiła 230 głosów). Mówi się, że to najwyższa porażka urzędującego premiera w historii brytyjskiego parlamentaryzmu. Mimo to konserwatywna premier okazała się „niezatapialna” i jej rząd przetrwał głosowanie nad wotum nieufności.

Wniosek o wotum nieufności zapowiedział Jeremy Corbyn tuż po wtorkowym głosowaniu. Torysi jednak zwarli szeregi. Niespodziewane było także poparcie ze strony północnoirlandzkiej partii DUP.

Choć wydawać by się mogło, że po tak sromotnej klęsce i kompromitacji rządu los Theresy May był przesądzony, ale okazało się, że poparcie dla wotum nieufności wyraziło 306 posłów; przeciwko było 325 deputowanych Gdyby dziesięciu deputowanych DUP zagłosowało wraz z opozycją, to szefowa rządu przegrałaby jednym głosem. Jest to o tyle zrozumiałe, że upadek rządu May oznaczałby przedterminowe wybory, a te według wszelkiego prawdopodobieństwa by mogły skończyć się dla torysów niewesoło, nawet jeśli wielu z nich nie godzi się na umowę z UE. Poparcie DUP będzie jednak miało swoje konsekwencje, gdyż akurat DUP ma bardzo zasadnicze stanowisko wobec Brexitu i nie godzi się na żadne koncesje względem UE w sprawie granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii.

Po głosowaniu premier may zapowiedziała, że podejmie rozmowy ze wszystkimi partiami w sprawie znalezienia kompromisu w sprawie warunków Brexitu. Nie zamierza też z wychodzenia z Unii rezygnować – podkreśliła, że referendum obliguje Izbę i rząd do jego przeprowadzenia, zatem to, o czym można rozmawiać to warunki, nie zaś pytanie, czy wychodzić, czy zostać. Drugie referendum zatem się nie zapowiada.

Czas jednak ucieka i prawdopodobnie Wielka Brytania musiałaby zwrócić się do Brukseli o przedłużenie art. 50 – który jasno określa, ile czasu kraj opuszczający Wspólnotę i Bruksela mają na ustalenie zasad rozwodu. Zgodnie z nim Brexit ma się stać faktem 29 marca tego roku. Wniosek o przedłużenie art. 50 dałby obu stronom czas na porozumienie – czy to w przypadku negocjowania kolejnej umowy. Problem w tym, że Unia uważa, że warunki zostały ustalone i nie będzie się otwierać ponownie negocjacji w ich sprawie. A to oznacza Brexit bezumowny, czyli rozwiązanie dla Londynu bardzo niebezpieczne, którego konsekwencje trudno przewidzieć. Drugą ewentualnością byłaby decyzja o pozostanie Zjednoczonego Królestwa w UE, czyli ponowienie referendum – co oczywiście byłoby niemożliwe do przeprowadzenia w ciągu niewiele więcej niż dwa miesiące.

Do porzucenia samej idei Brexitu namawia Londyn przewodniczący rady europejskiej Donald Tusk, który zasugerował, że w tych okolicznościach Zjednoczone Królestwo powinno całkowicie go odpuścić. Można to odczytać jako sygnał zachęty do pozostania w Unii i że w takiej sytuacji, uznając iż zmieniają się warunki wstępne, Bruksela byłaby skłonna przychylniej spojrzeć na propozycje Londynu.

Przypomnijmy, że w przeszłości Bruksela wręcz naciskała na swoje państwa członkowskie w sprawach powtarzania referendów, jeśli ich wynik był nie po jej myśli.

 

Torysi jak Putin z bajki

Z publicznych pieniędzy finansowana była kampania oszczerstw w mediach społecznościowych, w których atakowano laburzystów za ich domniemane związki z Rosją i zarzucano im wysługiwanie się Kremlowi. Ministerstwo spraw zagranicznych, które dało na to pieniądze, wyraziło ubolewanie i przyznało, że tak ordynarna propaganda nie powinna mieć miejsca. Zapowiedziano śledztwo.

 

Brytyjska gazeta „Sunday Mail” ujawniła, że według otrzymanych przez nią dokumentów, finansowana przez konserwatywny rząd kampania w mediach społecznościowych oczernia laburzystów i ich przewodniczącego jako „pożytecznych idiotów Putina”. Jeżeli to prawda, jest to gruby skandal: pieniądze brytyjskich podatników wydawane są przez partię rządzącą na rozpowszechnianie pomówień wobec ich politycznych rywali, którzy – wiele na to wskazuje – mają realną szansę odebrać im władzę w kolejnych wyborach.

Chodzi o organizację pozarządową Institute for Statecraft (Instytut na rzecz państwowości), która otrzymała wsparcie finansowe w wysokości 2 mln funtów od brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. W ramach projektu, na który wydaje te środki, prowadzi m.in. program o nazwie Integrity Initiative, którego oficjalnym celem jest przeciwdziałanie „rosyjskiej propagandzie” w internecie. Informacja na stronie organizacji głosi, że od 2015 r. „Wielka Brytania i cały demokratyczny świat stały się celem masowej dezinformacji, przede wszystkim rosyjskiej”. W ramach projektu mającego zabezpieczyć suwerenność Zjednoczonego Królestwa prowadzony jest więc „think tank”, który grupuje wybranych dziennikarzy i aktywizuje sieciowych influencerów z całej Europy, by uświadamiali Brytyjczykom i mieszkańcom UE zagrożenie (jak sugerują, całkiem realne) ze strony Rosji, głównie za pośrednictwem social mediów.

Integrity Initiative korzystało jednak wielokrotnie ze swojego konta twitterowego, żeby atakować cieszącą się rosnącym poparciem Partię Pracy i jej szefa Jeremy’ego Corbyna. Corbyn i czołowi laburzyści byli regularnie atakowani przez II jako „agenci wpływu Rosji”. Głoszono, że krytyka systemu politycznego i gospodarczego świata zachodniego i sprzeciw wobec euroatlantyckiego imperializmu to w istocie część planu realizowanego przez Kreml, a Corbyn i jego towarzysze to marionetki Władimira Putina. Sam Corbyn musiał na początku roku zmierzyć z oszczerczymi atakami pod jego adresem, sugerującymi, że w latach 80. był radzieckim agentem. Kampania, którą opisuje „Sunday Mail”, utrzymana jest właśnie w tym duchu.

Integrity Initiative rozpowszechniała ma Twitterze m.in. artykuły, z których jeden twierdził o Corbynie, że „jego zwierzęca nienawiść do Zachodu pomogła Kremlowi”, a inny nosił tytuł „Najwyższy czas, by Corbyn zmierzył się ze swoim problemem dotyczącym Rosji”. Oczerniane były też inne czołowe postaci Partii Pracy, m.in. George Galloway, również oskarżano ich o działanie na rzecz Moskwy lub syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada.

„Sunday Mail” ustaliła, że siedziba Institute for Statecraft mieści się w szkockim hrabstwie Fife, na terenie na wpół zrujnowanego, nieczynnego młynu.
Minister spraw zagranicznych Alan Duncan wyraził ubolewanie i zapowiedział dochodzenie w tej sprawie. Przyznał, że w bieżącym roku podatkowym rząd przyznał IfS grant o wartości niemal 2 mln funtów, a publiczne pieniądze nie powinny iść na opisane powyżej cele.

Od czasu ujawnienia skandalu na stronie Integrity Initiative pojawiła się jedynie informacja, że program ten odznacza się „bezstronnością”.

W brytyjskiej debacie publicznej od dłuższego czasu panuje antyrosyjska panika. Ostatnio dziennik „Guardian” starał się dowieść, że Julian Assange, założyciel WikiLeaks, jest moskiewskim pionkiem. Jednak artykuł, który to sugerował, oparty był na bezpodstawnych domysłach i został wyśmiany nawet przez media pokrewne ideowo „Guardianowi”.