Morze, nasze morze…

W trwającej fecie 100-lecia, przed kulminacyjnymi obchodami Bitwy Warszawskiej (oj będzie się działo), nie pominięto setnej rocznicę zaślubin Polski z morzem, bo kampania prezydencka trwa.

Jako pierwszy na wysokości zadania, acz bez głębszego spojrzenia w nieodległą przeszłość i w nieco dalszą przyszłość, stanął „Newsweek” („Zaślubiam cię, morze”, 3-9.02.2020): „W dno wbito symboliczny słup graniczny, z dział odezwało się 21 salw armatnich, generał Haller wrzucił do wody pierścień. Znamienici goście podpisali okolicznościowy dyplom: „RP. MCMXX dnia 10 lutego na wieczystą pamiątkę odzyskania morza polskiego. Puck nad Bałtykiem.”
Pomimo tych podniosłych chwil, tak je wspominał mjr. Edward Ligocki: „Widok „masztów, żagli i dymów wielkich okrętów tylko potęgował rozgoryczenie. Gdańsk był wielkim, zamożnym, buzującym aktywnością ośrodkiem gospodarczym. Puck natomiast…
Brnęliśmy przez błoto puckie, a potem wprost przez łąki, do morza…Błotnisty brzeg gnijącej zatoki”, doszczętnie zamarzniętej, zarośniętej szuwarami i płytkiej, wyglądał… raczej jak „staw gdzieś na stepach”, a nie jak okno na świat dla 25-milionowego kraju.”
Oczywiście przy tej okazji
„Newsweek”, a za nim wszyscy inni, nie wspomniał nawet, że podobny akt miał również miejsce 75 lat temu. „Polscy żołnierze doszli do morza na zachód od Kołobrzegu…o poranku 9 marca…w rejonie wsi Grzybowo pięcioosobowy patrol z 3 kompanii 16 pułku piechoty 6 DP, dowodzony przez kpr. Leona Piworowicza. Po kilku godzinach…dołączyli do nich kolejni polscy żołnierze, którzy zatknęli biało-czerwoną flagę na dnie Bałtyku” (W. Kowalski, portal II wojna światowa).
Potem było kilka tradycyjnych uroczystości zaślubin z morzem, wśród nich najważniejsza w Kołobrzegu 18 marca 1945 roku: „„Przyszliśmy, morze, po ciężkim i krwawym trudzie. Widzimy, że nie poszedł na marne nasz trud. Przysięgamy, że cię nigdy nie opuścimy. Rzucając pierścień w twe fale, biorę z tobą ślub, ponieważ tyś było i będziesz zawsze nasze”. Te słowa, późnym popołudniem…wypowiedział stojąc na murze wschodniego pirsu kołobrzeskiego portu, 43-letni artylerzysta ze Stryjówki pod Tarnopolem, kpr. Franciszek Niewidziajło. Chwilę później w morskie fale poszybowała obrączka… Niemal w tym samym czasie, w Moskwie, 124 działa oddały 12 salw na cześć zdobywców Festung Kolberg” (Ł. Gładysiak, portal Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu).
Te symboliczne wydarzenia
kładą się długim cieniem porównań i wdrażania się w meandry naszego XX wieku.
Wtedy znany generał Józef Haller z pierścieniem z platyny, a tu jakiś kapral Franciszek Niewidziajło z obrączką z nie wiadomo czego, tam dostojni goście, a tu zapewne sowiccy oficjele w polskich mundurach, wówczas akt wzniosły pisany rzymskimi cyframi, a tu nawet bumaga nie została – taka to się siermiężna, ludowa Polska rodziła i okazała, w porównaniu do uwielbianej nadal przez niektórych, pańskiej II RP.
Wtedy 71 km (z Mierzeją Helską 147 km) granicy morskiej i skrawek wybrzeża na którym należało, na polach rybackiej wioski, wznieść miasto Gdynię z portem, aby zapewnić rzeczywisty dostęp do morza, no i jeszcze skromne plaże dla zamożnych. Potem 440 km granicy morskiej i 775 kilometrów wybrzeża, przywołanie do świetności leżącej w gruzach gdańskiej Starówki i odbudowa zniszczonego Kołobrzegu, zasiedlenie tych wielkich obszarów polskim żywiołem z przeludnionych wsi, ze Wschodu, z Wilna do Gdańska, a nawet z dalekiego chińskiego Harbinu do Szczecina. I jeszcze narodziny potężnego przemysłu stoczniowego i sporej żeglugi morskiej oraz powołanie uczelni wyższych w Gdańsku i Szczecinie. Nadto miliony odpoczywających nad Bałtykiem, także dzięki komunistycznym dziecięcym koloniom i Funduszowi Wczasów Pracowniczych.
Historia się powtarza,
w odmiennym wymiarze, nadto jej kreatorom potrafi sprawić spory zawód. Wśród ważnych oficjeli zaślubin w1920 roku zabrakło najwyższych państwowych dostojników z racji wielu ważniejszych spraw w kraju: horrendalnej inflacji i niebezpiecznych strajków. Dziś co prawda jacyś górnicy na Warszawę się szykowali, ceny pikują w górę, a wraz z nimi rosnące społeczne obawy, ale to nie są powody przerwania prezydenckiej kampanii. Wtedy na miejsce zaślubin wybrano Puck, bo dochodziła tam linia kolejowa, którą wykorzystała teraz Małgorzata Kidawa-Błońska jadąc tam w zabytkowym wagonie. To, łącznie z przebierańcami w mundury „błękitnej armii”, towarzyszącymi Andrzejowi Dudzie w Pucku, przypominało kolejną, bezrefleksyjną historyczną rekonstrukcję, jak to w tym gatunku bywa. Uczestniczące w tamtych uroczystościach mnogie wojsko nie potrafiło w 1939 roku obronić „wieczystego polskiego morza” i trzeba było pomocy naszego największego wroga, aby znów polską obecność nad Bałtykiem przywrócić. A uszczęśliwieni awansem społecznym, nie tylko liczni byli chłopi i pono świadoma, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, nie wiedzieć czemu w sierpniu 1980 roku wywiesiła na stoczniowej bramie swoje postulaty-żądania.
Można było
tę rocznicę, lepiej wykorzystać dla dobrej zmiany i reelekcji pana prezydenta Dudy, ale ograniczyła się tylko do jego pobytu w Pucku i Władysławowie, krótkiego okolicznościowego wystąpienia, odsłonięcia tablicy i złożenia wieńców. Premier Morawiecki mógłby przecież wesprzeć kampanię wyborczą i swoim znanym zwyczajem zapewnić, że tak wielkiego przemysłu stoczniowego produkującego najbardziej na świecie luksusowe jachty nikt poza Polską nie ma. Natomiast minister Błaszczak powinien dodać, że wzorem II RP z końca lat 30. też rozbudujemy naszą morską, militarną potęgę kupując, oczywiście w USA, dostosowany do Bałtyku i F-35, jakiś mniejszy lotniskowiec.
Można by przecież także ponownie rzucić do morza pierścień, obowiązkowo z wygrawerowanym orłem i z krzyżem na jego koronie, a później wszyscy tłumnie by zaśpiewali: „Morze, nasze morze! Wiernie ciebie będziem strzec.”
I tak to się zresztą już dzieje, bo PiS wygrał drugą w historii bitwę o Westerplatte i pierwszą wojnę o Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.
Ostrożność sztabowców PiS
była jednak w pełni uzasadniona, bowiem czymś innym jest pobyt pana prezydenta w ukochanej Małopolsce czy na Podkarpaciu , a zupełnie odmiennym, nawet tylko w okolicy Gdańska – tej jaskini Wałęsów, Adamowiczów i wszystkich im podobnych, którzy za swoją własność uważają Solidarność.
Widać zresztą było podczas telewizyjnej relacji wrogie panu prezydentowi transparenty i słychać było również wrogie okrzyki. A podczas ewentualnego spotkania, przy tej wzniosłej okazji, mogliby wygadywać na temat kiedyś polskiej, historycznej Stoczni Gdańskiej, która dziś należy do ukraińskiego oligarchy Siergieja Taruty. A jakby jeszcze, zupełnie nie na temat, zaczęli się znowu, w swój upierdliwy sposób, upominać o te ich, pono narodu, sądy i prawa oraz jakąś tam demokrację, która ma się przecież dobrze, bo mogą swobodnie gadać, to znowu należało by po raz kolejny tłumaczyć, że wara od suwerennej Polski jakiemuś tsue-owi, a jeśli chodzi o Komisję Wenecką, to jest prawdą, że zwyczaj zaślubin z morzem zapoczątkowali dożowie weneccy.
Ale jeszcze gorzej
gdyby do takiej dysputy włączyli się ci od narzekania na upały i zmieniający się klimat, na ten nasz polski węgiel i modę na smog, która przyszła zresztą ze zgniłego Zachodu. To dużo gorszy sort nawet od tych LGBT. Taki prof. Paweł Rowiński, wiceprezes Polskiej Akademii Nauk (kiedy wreszcie ten Gowin weźmie się solidnie za nich !!!), a jednocześnie czarnowidz podważający integralność terytorialną naszej ukochanej Ojczyzny, twierdzi: „Całkiem możliwe, że za życia naszych wnuków linia brzegowa Morza Bałtyckiego będzie przebiegała w okolicach Płocka. Tempo zmian klimatycznych, jakich jesteśmy świadkami w ostatnich latach, nie ma precedensu w dziejach ludzkości. To oczywiście przykład dość ekstremalny i wykraczający poza horyzont naszego życia, ale już z pewnością nie życia naszych wnuków, w ciągu najbliższych 100 lat.”
Miałby pan prezydent
jechać jeszcze w marcu do Kołobrzegu tak, jak w swoim czasie chodziły tam młode komunistyczne janczary, zwane ZMS-em, podczas rajdów „Szlakami zdobywców Wału Pomorskiego”? Albo może drogą niejakiego por. Jaruzelskiego, który właśnie tam i wtedy odznaczony został medalem „Zasłużonym na Polu Chwały”. On nigdy, choć coś wspominał o normalności dzisiejszego wielkiego polskiego wybrzeża, ale rodzi się pytanie, czy na taki bohaterski czyn zdobędzie się Kidawa-Błońska?
Dla przypomnienia
dalsze słowa tej znanej pieśni: „Mamy rozkaz cię utrzymać/ Albo na dnie, na dnie twoim lec/ Albo na dnie z honorem lec.” Czas najwyższy zrezygnować z tego wiecznie propagowanego, martyrologicznie-bohaterskiego przeświadczenia na rzecz odnowienia pojęcia naszego honoru, którym dziś, w skomplikowanym, nie tylko polskim, świecie, jest racjonalna, aktywna, krytyczna i odważna postawa. A wtedy nie tylko nie zaleje nas morze, ale przede wszystkim tsunami zaraźliwych idei oraz równych im ludzkich przyzwoleń i postępków.

Trzydzieści lat minęło

Miała być „Trybuna bez ludu”, „Trybuna ludzi”, „Trybuna lewicy”, „Wolna trybuna”, podobał się tytuł „Czarno na białym”, w końcu stanęło na „Trybunie”. Nie rozpatrywano tytułu „Trybuna kongresowa”, której nazwa powstała dla zaznaczenia politycznego przełomu, kiedy zjazd podjął decyzję o rozwiązaniu PZPR i rozpoczął się kongres założycielski nowej partii- Socjaldemokracji RP. Propozycje tytułu nowej gazety lewicy wymyślali dziennikarze, wyboru tytułu „Trybuna” dokonała Rada Naczelna Socjaldemokracji RP.

Było też trochę dyskusji o formacie. Stara „Trybuna Ludu” ukazywała się w rozmiarze 675×990 mm, co wiele lat temu było standardem nie tylko w polskiej prasie. „Trybuna Kongresowa” miała format połowy „Trybuny Ludu”.
W „Trybunie” wróciliśmy do starego formatu, dziś już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale zdaje się, że w małym formacie, na pierwszej stronie, kiepsko „siedziały” stałe elementy graficzne: nowe logo „Trybuny”, codzienny komentarz redakcyjny „Sto słów” i rubryka z listami od czytelników „Wolna trybuna”.
Ruszamy
Ruszyliśmy z „Trybuną” 12 lutego 1990. Tak, tak… minęło już trzydzieści lat. Piszę „ruszyliśmy”, my ruszyliśmy. My- to znaczy kto? Zespół redakcyjny „Trybuny”, w podtytule „Gazety Socjaldemokracji RP”. Jego trzon stanowili dziennikarze z prasy młodzieżowej, ze „Sztandaru Młodych” , „Itd”, ci którzy na swojej drodze zawodowej spotkali redaktora Aleksandra Kwaśniewskiego, w lutym 1990 przewodniczącego Rady Naczelnej Socjaldemokracji RP. Marek Siwiec był pierwszym redaktorem naczelnym, Stanisław Ćwik został jego zastępcą, piszący te słowa Dariusz Szymczycha kierownikiem działu politycznego i niebawem zastępcą Siwca, Krzysztof Pilawski komentował politykę, Iwona Konarska pisała o ochronie zdrowia i sprawach społecznych.
Wspomagał nas Zbysław Rykowski, rzecznik rządu Mieczysława F. Rakowskiego. Część zespołu „Trybuny Ludu” dostała wymówienia. Pozostali z nami młodzi dziennikarze i wybrani pracownicy działu zagranicznego, ekonomicznego, sportowego, technicznego- fachowcy w swoich dziedzinach.
Młodzi adepci
Potem – jak na ironię losu- część z nich zasiliła redakcję konserwatywnego „ Nowego Światu”. Dość szybko pojawili się młodzi adepci dziennikarstwa, wśród nich niestrudzony dziennikarz śledczy, późniejszy radny, Andrzej Golimont.
Jaką gazetę oddawaliśmy w ręce naszych czytelników? Prawdziwą, otwartą na zmiany, broniącą rzeczywistego dorobku, ale nie sentymentalną.
Wiedzieliśmy bowiem, że takiej Polski jaką przedstawiała „Trybuna Ludu” nie będzie, że zmiana jest nieuchronna, chodzi o to by ją zrozumieć i uczestniczyć w niej. Dlatego na łamach „Trybuny” nie było tematów tabu, czy udawanej jednomyślności.
Dylematy i pytania
Taka była polska rzeczywistość 1990 roku: wiele dylematów i pytań, mało odpowiedzi i gotowych rozwiązań, nadzieja w przyszłości i niepewność jutra.
Nie ukrywaliśmy, że wydajemy gazetę lewicową, ale jedni zarzucali nam, że „postkomunistyczną”, drudzy zaś wytykali nam „kapitulanctwo” oraz „małą wyrazistość”.
I o to właśnie szedł nieustający spór: czym jest lewicowość po 45 latach socjalizmu w Polsce.
Wprowadzaliśmy oryginalne i nowatorskie formy dziennikarskie. O codziennym autorskim komentarzu „Sto słów” już wspomniałem, ale wierzcie mi: i 30 lat temu, i dziś krótkie teksty, właśnie liczące około stu słów, pisze się trudniej niż wypracowania gazetowe.
Spory wokół ważnych spraw, co do których nie mieliśmy w redakcji podobnego zdania, prezentowaliśmy w rubryce „Dwugłos”. Dwa głosy, dwie opinie na jeden temat.
Cień Magdy
Pierwszą dekadę polskiej demokracji, jej kulisy, plotki, tajności opisywała zgrabnie Magda Cień w ukazującej się codzienne powieści politycznej zatytułowanej właśnie „Pierwsza dekada”. Kim jest Magda Cień nie mogę powiedzieć, chyba że Piotr Gadzinowski mnie do tego upoważni. Hitem sobotnio- niedzielnego wydania były „Notowania Trybuny”, fotografie polityków ze strzałkami pokazującymi ich ocenę, strzałki do góry, w dół lub w kierunku stabilizacji. Pamiętam, że budziły one wiele emocji, także na lewicy.
Zmiany adresu redakcji i przeprowadzki pokazują, że nie było łatwo. Zaczynaliśmy w budynku przy Placu Starynkiewicza, w którym mieściła się „Trybuna Ludu”. Po niespełna roku, w grudniu 1990, głównie z powodu nacisków ze strony Komisji Likwidacyjnej RSW przenieśliśmy się do… Ameryki, czyli w Aleję Stanów Zjednoczonych.
Wałęsa w Trybunie
Tu pod koniec listopada 1992 roku odwiedził nas Prezydent Lech Wałęsa. Zdenerwował go list czytelniczki , opublikowany w „Wolnej Trybunie” na 1. stronie gazety. Nie wierzył w autentyczność listu, w rozmowie telefonicznej ze mną zapowiedział, że wpadnie jutro i poważnie z nami pogada.
Nazajutrz była nie tylko autorka tego listu , ale też jej mąż, który pokłócił się bardzo z głową państwa.
Efekt medialny tej wizyty, jak na erę przed Internetem, był porażający i dla „Trybuny” pozytywny. Dlatego i dziś radzę dziennikarzom: warto zdenerwować prezydenta. Kolejny adres przeprowadzki to ulica Miedziana, Dom Słowa Polskiego. Wtedy docisnął nas kryzys finansowy i przez parę miesięcy pracowaliśmy w sześciu niedużych pokojach nad halą drukarni.
Rozbrat z…
Z czasem przenieśliśmy się do budynku biurowego DSP. Kto pamięta jeszcze stare techniki druku i towarzyszy sztuki drukarskiej, ten zrozumie, dlaczego na wspomnienie redagowania „Trybuny” w DSP łza mi się w oku kręci.
Gazeta to także tytuły artykułów. Chcę przypomnieć dwa. Relację z pierwszego- po Kongresie Założycielskim- posiedzenia Rady Naczelnej SdRP zatytułowaliśmy „Rozbrat z Nowym Światem”.
Kto dziś rozszyfruje tę grę słów? Rozbrat ( dokładniej Rozbrat 44a) to adres budynku, w którym mieściły się władze SdRP, Nowy Świat ( Nowy Świat 6/12) to adres KC PZPR. Rozbrat według Słownika Języka Polskiego PWN to „niezgoda między kimś a kimś lub niezgodność między czymś a czymś”. Poezja, nie tylko tytuł!
Nil gorzałki
Albo tytuł „Schnapsgate”- „Trybuna” jako jedna z pierwszych gazet dotarła do raportu NIK, w którym ujawniono nieprawidłowości w sprowadzeniu i handlu alkoholem w latach 1989-1990. Inne tytuły pisały „Rzeka alkoholu” albo „Afera alkoholowa”, my „Schnapsgate”, krótko i mocno. Ten tytuł zdaje się wymyślił Czarek Rudziński, kolega ze „starszej” części redakcji.
Dzień po dniu, numer po numerze „Trybuny” zyskiwaliśmy wiarygodność, nie tylko wśród czytelników o lewicowych przekonaniach.

Pełna „Kultura”

W październiku 1992 roku ukazał się wywiad z Jerzym Giedroyciem, historia jego powstania jest dosyć anegdotyczna. Dziennikarka Ewa Dobrowolna- Sadura powiedziała mi, że wybiera się turystycznie do Paryża. Zaproponowałem, by nie marnowała okazji i poprosiła o wywiad legendarnego redaktora legendarnej paryskiej „Kultury”.
I udało się. Jerzy Giedroyć udzielił wywiadu , skrytykował rządzących wówczas Polską, mówił: „na każdym odcinku nie ma żadnej koncepcji, nie ma żadnej myśli”. Na wywiad zareagowały wszystkie media, niektóre z irytacją i żalem wobec J. Giedroycia, że zdecydował się na wywiad dla „Trybuny”.
Dla mnie, jako dla ówczesnego redaktora naczelnego był to znak, że przekroczyliśmy Rubikon.

Z pozdrowieniami dla Czytelników
Dariusz Szymczycha,
redaktor naczelny „Trybuny”, 3.12.1991-22.07.1997.

Jubileusz Eugeniusza Kabatca

90 lat ukończył Eugeniusz Kabatc, znakomity pisarz i Prezes Polskiej Sekcji Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC).

Była to okazja do uroczystego spotkania z Jubilatem, w minioną sobotę w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z licznym gronem przyjaciół i czytelników.

Spotkanie prowadził prezes Stowarzyszenia „Res Humana”, dr Zdzisław Słowik. Z laudacjami nacześć Jubilata i jego twórczości wystąpili: prezes Związku Literatów Polskich Marek Wawrzkiewicz, a także krytycy GrzegorzWiśniewski, Janusz Termer i Wacław Sadkowski.

Eugeniusz Kabatc został też uhonorowany nagrodami ZAiKS i Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek.

Dostojny Jubilat nie tylko przyjmował hołdy, siedząc na fotelu „jak król”, co sam zauważył z właściwym sobie ciepłym i subtelnym poczuciem humoru, ale przybył na spotkanie z egzemplarzami swojej najnowszej, świeżo wydanej przez „Res Humana” książki (już z datą 2020) „Popołudnia… wieczory…”, zbioru czarujących i mądrych gawęd filozoficznych na temat najrozmaitsze dotyczące naszej egzystencji.

„Dziennik Trybuna” składa Dostojnemu Jubilatowi najserdeczniejsze gratulacje i powinszowania oraz obiecuje, że niebawem opublikuje teksty zarówno o Jego najnowszej książce jak i o Jego twórczości.

JUBILAT TABKOWSKI

Pejzaż polityczny i kulturalny Krakowa – i nie tylko Krakowa – w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci trudno byłoby sobie bez niego wyobrazić. Obchodzący swe osiemdziesiąte urodziny Sławomir Tabkowski, doktor socjologii, pisarz polityczny, redaktor, wydawca, działacz społeczny, animator życia artystycznego, na bardzo wielu polach i w bardzo wielu sprawach odcisnął swe piętno nader wyraziście.

Jego dojrzałe życie „Okrągły Stół” (którego skądinąd był uczestnikiem) i ustrojowa transformacja podzieliły prawie dokładnie na dwie połowy. Zawsze człowiek lewicy, i w tej części swej życiowej drogi, która przypadła na okres Polski Ludowej, i w tej, która przebiegała w III RP, jednakowo potrafił znaleźć sobie ważne prospołeczne życiowe cele i z pożytkiem dla ogółu je realizować. W PRL, w której, jak sam napisał w swej wydanej przed kilkoma laty autobiografii, „nie chciał obalać czy zamieniać socjalizmu na inny ustrój, dążył do tego, aby był, jak to się później powszechnie mówiło, z ludzką twarzą”, był Sławomir Tabkowski energicznym szefem krakowskiego oddziału Krajowej Agencji Wydawniczej i przede wszystkim w nieprostych latach osiemdziesiątych naczelnym redaktorem wydawanej w 200 tysiącach egzemplarzy (i w tej ilości sprzedawanej!) „Gazety Krakowskiej”, redagowanej przezeń sprężyście i ciekawie, wobec swych partyjnych mocodawców lojalnej, ale nie bezkrytycznej; w niedługim, ale ważnym epizodzie warszawskim piastował funkcję kierownika Wydziału Polityki Informacyjnej Komitetu Centralnego PZPR oraz ostatniego szefa prasowego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch (który – przypomnijmy – realizował nie tylko funkcje propagandowe, lecz także rozległe zadania edukacyjne i kulturotwórcze, co o większości podmiotów, które przejęły jego majątek, powiedzieć raczej trudno). W III Rzeczypospolitej Tabkowski pierwotnie poświęcał się działalności dydaktycznej i badawczej; w ramach tej ostatniej niemało zdziałał dla miasta swej młodości – Nowego Sącza, między innymi jako autor poważnej monografii historyczno-prasoznawczej poświęconej periodykowi „Wiadomości Sądeckie”. Na początku nowego wieku wielce owocnie kierował zasłużonym krakowskim Polskim Wydawnictwem Muzycznym, radykalnie dynamizując jego pracę, przyspieszając edycję kolejnych tomów Encyklopedii Muzycznej, skutecznie chroniąc oficynę przed zgubną prywatyzacją i uruchamiając proces jej przekształcenia w państwową instytucję kultury, inicjując i patronując powołaniu do życia krakowskiego Festiwalu Muzyki Polskiej. A w latach ostatnich znów pokazał lwi pazur jako publicysta polityczny, zbierając następnie te swe felietony w świetnej książce „A dzwony dzwonią, dzwonią”…
Swą cytowaną tu już, a opublikowaną w 2014 roku autobiografię „Wspomnienia redaktora” kończył Tabkowski w tonacji pożegnalnej („ostatnie publiczne wystąpienie”), co spotkało się z falą gorących protestów. Jak dobrze, że te apele nasz Jubilat wziął sobie do serca – i życzmy Jemu i sobie, by i kolejnych jego publicznych wystąpień było jak najwięcej!

Drogi ku niepodległości

Prowadzili nas nimi przez czas zaborów, w zmartwychwstałym państwie, w okresie okupacji, wreszcie znowu w Polsce – nasi nauczyciele, profesorzy, wychowawcy.

 

11 listopada prawie wszystko odbędzie się, jak zwykle, czyli sporo maszerującego wojska, przemówienie prezydenta, składanie wieńców i tłum widzów. Tradycyjnie Święto Niepodległości sprowadzane jest od lat tylko do czynów i czasów walki zbrojnej, z pominięciem wszystkich pozostałych wysiłków Polaków na przestrzeni lat, którzy różnie, ale bardzo wymiernie, utrwalali marzenie o niepodległym państwie, a wyzwolony kraj odbudowywali i tworzyli bardziej dostatnim. Na honorowej trybunie i w pierwszym szeregu maszerujących zabraknie nauczycieli, którym należne są czołowe miejsca w paradzie niepodległości.

 

Maria i Antoni

z odmiennych stron ówczesnych, podzielonych ziem polskich, podążali ku wymarzonej Polsce. Ona, urodzona na kowieńskiej Litwie z rodzinnego domu wyniosła wspomnienia o dziadku, który w Powstaniu Styczniowym walczył o Polskę, a z nauk rodziców i starszego rodzeństwa znajomość ojczystego języka, bowiem w szkole uczono tylko po rosyjsku. On, z Galicji, będącej w pewnej mierze substytutem Polski, swojego pierwszego patriotycznego czynu dokonał rozbijając kałamarz pełen atramentu o portret Najjaśniejszego Pana, a później kradnąc, stacjonującym podczas Wielkiej Wojny Kozakom, nieupilnowaną pikę.
Gdy wybuchła Polska i stała się realnością, przepojeni wielkimi nadziejami na przyszłość i szukając swego aktywnego miejsca w dorosłym życiu, odnaleźli je w przyszłym nauczycielskim zawodzie. Ona ukończyła naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. Królowej Jadwigi w Wilnie, on, w byłym cesarsko-królewskim, Seminarium Nauczycielskim Męskim im. Jana Długosza w Starym Sączu. Pierwszą pracę podjęła na Wileńszczyźnie, on, nie znajdując zatrudnienia w Małopolsce, wyjechał w jej poszukiwaniu na Kresy Wschodnie.

 

Podstawowymi problemami

odrodzonego państwa, poza formalnym zjednoczeniem ziem polskich, była organizacja i ujednolicenie administracji, systemu prawa, finansów i podatków, a w równie ważnym stopniu oświaty. Wtedy w Polsce, wśród osób powyżej 10 lat 33% stanowili analfabeci, nauczaniem początkowym było objętych w województwach wschodnich tylko 35% dzieci, które na wsiach uczęszczały do szkół z jednym lub dwoma nauczycielami.

 

Żyli i pracowali

w niewyobrażalnie trudnych dziś do pojęcia warunkach: w chłopskiej izbie paliła się naftowa lampa, zimą woda zamarzała w stojącym w pomieszczeniu wiadrze, naukę odbywały połączone klasy w wynajętym od gospodarza pomieszczeniu – czasem bywała to tylko szkoła jednoklasowa. Zaniedbane i często zawszone dzieci przychodziły bez butów, wkoło bieda i nędza, widniejące nadal zniszczenia wojenne, niektórzy ludzie z braku domów mieszkali jeszcze w ziemiankach. Maria uczyła litewską, białoruską i polską dzieciarnię, u Antoniego w piątek do szkoły nie przychodziły dzieci Tatarów, w sobotę Żydów, a w niedzielę katolików i prawosławnych.
Należało przetrwać to wszystko co najgorsze z nadzieją na lepsze czasy, uczyć dzieci nie tylko czytać i pisać, ale i Polski tak dla nich czasem nieznanej, dalekiej, często obcej, bo wielu na pytanie „Kto ty jesteś ?” odpowiadało, że tutejszy. Należało zachować poważanie, godność, ale i moc przedstawiciela państwa polskiego, co na tych ziemiach oznaczało, że Antoni posiadał służbową broń, konieczną w czasach powojennego bandytyzmu i bezprawia, którą później polecono nosić schowaną. I należało także uczyć się i nadal doskonalić w zawodzie, by zdać praktyczny egzamin, potem otrzymać „Dekret ustalenia” na stałego nauczyciela publicznych szkół powszechnych. Ale nie tylko, bowiem w tamtym czasie nauczyciele uczyli się także nowopowstałej Polski na organizowanych, w okresie wakacji, licznych kursach dokształcających, połączonych ze zwiedzaniem historycznych miejsc, również polskiego wybrzeża i polskich Tatr.

 

W 1905 roku

powołano Związek Nauczycieli Ludowych, oczekujący od swoich członków „dokładania wszelkich starań, aby nauczać dzieci języka polskiego i w duchu polskim”. Zwołany w 1919 r. Ogólnopolski Zjazd Nauczycielski – w atmosferze demokratycznych reform tamtego czasu – opowiedział się za jednolitą i bezpłatną szkołą powszechną i wprowadzeniem 7-letniego obowiązku szkolnego. W 1930 powstał jednolity Związek Nauczycielstwa Polskiego, któremu już w tamtym okresie zarzucano lewicowość i krytycyzm ówczesnego stanu oświaty.

 

Radykalizacja

poglądów społecznych, ale i politycznych, następowała poprzez konfrontację z każdym kolejnym dniem. Kiedy na święta Maria przyjeżdżała do Wilna i szła na nabożeństwo, to doznania nauczycielskiej codzienności nakładały się na obecne w Katedrze bogactwo lejące się złotem i przepychem. I właśnie wtedy zaczęła rodzić się i umacniać refleksja o niesprawiedliwym świecie, o pięknych słowach i zaprzeczających im czynom. Antoni poglądy społeczne wyniósł z rodzinnego, kolejarskiego domu, bowiem liczni wokół należeli do Polskiej Partii Socjalistycznej, a robotnicze instytucje opieki i kultury były tam powszechne.
1 września po pierwszej lekcji, bo dopiero wtedy dotarła wiadomość, Maria powiedziała dzieciom, aby poszły do domu i nie wracały, bo rozpoczęła się wojna. Nastał czas zsyłek na Syberię, udziału w tajnym nauczaniu, współpracy z polskim ruchem oporu, wreszcie udziału Antoniego w akcji „Ostra Brama” w lipcu 1944 roku.

 

Straty osobowe

Polski w czasie II wojny światowej oszacowało ogółem na ok. 6 mln, zginęło 33% nauczycieli szkół niższego szczebla. Ginęli w działaniach wojennych, w obozach zagłady, w rezultacie pacyfikacji, egzekucji i likwidacji gett, w więzieniach, obozach, wskutek epidemii, wycieńczenia, złego obchodzenia, na skutek doznanych ran, okaleczeń, nadmiernej pracy. Walczyli wszędzie: we Wrześniu, na Zachodzie i Wschodzie, w podziemiu i powstaniach, prowadząc tajne konspiracyjne nauczanie.

 

Pociąg złożony z węglarek

– kolejny transport repatriacyjny – wlókł się niemiłosiernie wolno, a granicę przekroczył gdzieś przed Białymstokiem. Patrzyli oboje w zamyśleniu na wschód, ziemię, którą żegnali na zawsze, a jechali w nieznane, do nowej Polski i na nowe zachodnie ziemie.
W małym podsudeckim miasteczku Antoni został kierownikiem punktu etapowego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego; wysiedlał Niemców, na których czekały transporty na kolejowej bocznicy, i osadzał na gospodarstwach i w mieszkaniach przybywających tu Polaków z za Buga i centralnej Polski. Nabyta w szkole znajomość niemieckiego, łącznie ze szwabachą, znalazła zastosowanie. Był działaczem miejscowej PPS i kierownikiem szkoły rolniczej, a Maria nauczycielką w szkole powszechnej. Uczyli nowej Polski, zdecydowanie bliższej ich poglądom na sprawiedliwy świat.

 

Poderżnięcie gardła

Antoniemu obiecywał, gdy wróci, wysiedlany Hans, a histeria rozpoczętej zimnej wojny, wraz z nadejściem czasu stalinizmu zaważyła na ich powrocie do rodzinnego miasta Antoniego. Maria uczyła tu rzesze analfabetów, a do końca swej zawodowej drogi, języka rosyjskiego, nabytego w carskiej szkole. On ukochanej historii, geografii i biologii. Pasja społecznika skierowała go do Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, w którym organizował i wygłaszał dla okolicznych rolników pogadanki o najnowszych metodach gospodarowania i uprawy ziemi.
Już oboje na emeryturze, chętnie i często uczestniczyli w licznych imprezach organizowanych przez miejscowe ognisko ZNP, które skutecznie oparło się konkurencyjnej, nauczycielskiej Solidarności.

 

Pamięć,

szacunek, najgłębsze uznanie dla tysięcy nauczycieli – pionierów polskości na Kresach Wschodnich i Ziemiach Zachodnich, żołnierzy i wychowawców pokoleń, organizatorów życia społecznego i politycznego w dziejach naszego kraju – nie odnajdą się niestety w listopadowych obchodach niepodległości.