Jubileusz Eugeniusza Kabatca

90 lat ukończył Eugeniusz Kabatc, znakomity pisarz i Prezes Polskiej Sekcji Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC).

Była to okazja do uroczystego spotkania z Jubilatem, w minioną sobotę w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z licznym gronem przyjaciół i czytelników.

Spotkanie prowadził prezes Stowarzyszenia „Res Humana”, dr Zdzisław Słowik. Z laudacjami nacześć Jubilata i jego twórczości wystąpili: prezes Związku Literatów Polskich Marek Wawrzkiewicz, a także krytycy GrzegorzWiśniewski, Janusz Termer i Wacław Sadkowski.

Eugeniusz Kabatc został też uhonorowany nagrodami ZAiKS i Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek.

Dostojny Jubilat nie tylko przyjmował hołdy, siedząc na fotelu „jak król”, co sam zauważył z właściwym sobie ciepłym i subtelnym poczuciem humoru, ale przybył na spotkanie z egzemplarzami swojej najnowszej, świeżo wydanej przez „Res Humana” książki (już z datą 2020) „Popołudnia… wieczory…”, zbioru czarujących i mądrych gawęd filozoficznych na temat najrozmaitsze dotyczące naszej egzystencji.

„Dziennik Trybuna” składa Dostojnemu Jubilatowi najserdeczniejsze gratulacje i powinszowania oraz obiecuje, że niebawem opublikuje teksty zarówno o Jego najnowszej książce jak i o Jego twórczości.

JUBILAT TABKOWSKI

Pejzaż polityczny i kulturalny Krakowa – i nie tylko Krakowa – w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci trudno byłoby sobie bez niego wyobrazić. Obchodzący swe osiemdziesiąte urodziny Sławomir Tabkowski, doktor socjologii, pisarz polityczny, redaktor, wydawca, działacz społeczny, animator życia artystycznego, na bardzo wielu polach i w bardzo wielu sprawach odcisnął swe piętno nader wyraziście.

Jego dojrzałe życie „Okrągły Stół” (którego skądinąd był uczestnikiem) i ustrojowa transformacja podzieliły prawie dokładnie na dwie połowy. Zawsze człowiek lewicy, i w tej części swej życiowej drogi, która przypadła na okres Polski Ludowej, i w tej, która przebiegała w III RP, jednakowo potrafił znaleźć sobie ważne prospołeczne życiowe cele i z pożytkiem dla ogółu je realizować. W PRL, w której, jak sam napisał w swej wydanej przed kilkoma laty autobiografii, „nie chciał obalać czy zamieniać socjalizmu na inny ustrój, dążył do tego, aby był, jak to się później powszechnie mówiło, z ludzką twarzą”, był Sławomir Tabkowski energicznym szefem krakowskiego oddziału Krajowej Agencji Wydawniczej i przede wszystkim w nieprostych latach osiemdziesiątych naczelnym redaktorem wydawanej w 200 tysiącach egzemplarzy (i w tej ilości sprzedawanej!) „Gazety Krakowskiej”, redagowanej przezeń sprężyście i ciekawie, wobec swych partyjnych mocodawców lojalnej, ale nie bezkrytycznej; w niedługim, ale ważnym epizodzie warszawskim piastował funkcję kierownika Wydziału Polityki Informacyjnej Komitetu Centralnego PZPR oraz ostatniego szefa prasowego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch (który – przypomnijmy – realizował nie tylko funkcje propagandowe, lecz także rozległe zadania edukacyjne i kulturotwórcze, co o większości podmiotów, które przejęły jego majątek, powiedzieć raczej trudno). W III Rzeczypospolitej Tabkowski pierwotnie poświęcał się działalności dydaktycznej i badawczej; w ramach tej ostatniej niemało zdziałał dla miasta swej młodości – Nowego Sącza, między innymi jako autor poważnej monografii historyczno-prasoznawczej poświęconej periodykowi „Wiadomości Sądeckie”. Na początku nowego wieku wielce owocnie kierował zasłużonym krakowskim Polskim Wydawnictwem Muzycznym, radykalnie dynamizując jego pracę, przyspieszając edycję kolejnych tomów Encyklopedii Muzycznej, skutecznie chroniąc oficynę przed zgubną prywatyzacją i uruchamiając proces jej przekształcenia w państwową instytucję kultury, inicjując i patronując powołaniu do życia krakowskiego Festiwalu Muzyki Polskiej. A w latach ostatnich znów pokazał lwi pazur jako publicysta polityczny, zbierając następnie te swe felietony w świetnej książce „A dzwony dzwonią, dzwonią”…
Swą cytowaną tu już, a opublikowaną w 2014 roku autobiografię „Wspomnienia redaktora” kończył Tabkowski w tonacji pożegnalnej („ostatnie publiczne wystąpienie”), co spotkało się z falą gorących protestów. Jak dobrze, że te apele nasz Jubilat wziął sobie do serca – i życzmy Jemu i sobie, by i kolejnych jego publicznych wystąpień było jak najwięcej!

Drogi ku niepodległości

Prowadzili nas nimi przez czas zaborów, w zmartwychwstałym państwie, w okresie okupacji, wreszcie znowu w Polsce – nasi nauczyciele, profesorzy, wychowawcy.

 

11 listopada prawie wszystko odbędzie się, jak zwykle, czyli sporo maszerującego wojska, przemówienie prezydenta, składanie wieńców i tłum widzów. Tradycyjnie Święto Niepodległości sprowadzane jest od lat tylko do czynów i czasów walki zbrojnej, z pominięciem wszystkich pozostałych wysiłków Polaków na przestrzeni lat, którzy różnie, ale bardzo wymiernie, utrwalali marzenie o niepodległym państwie, a wyzwolony kraj odbudowywali i tworzyli bardziej dostatnim. Na honorowej trybunie i w pierwszym szeregu maszerujących zabraknie nauczycieli, którym należne są czołowe miejsca w paradzie niepodległości.

 

Maria i Antoni

z odmiennych stron ówczesnych, podzielonych ziem polskich, podążali ku wymarzonej Polsce. Ona, urodzona na kowieńskiej Litwie z rodzinnego domu wyniosła wspomnienia o dziadku, który w Powstaniu Styczniowym walczył o Polskę, a z nauk rodziców i starszego rodzeństwa znajomość ojczystego języka, bowiem w szkole uczono tylko po rosyjsku. On, z Galicji, będącej w pewnej mierze substytutem Polski, swojego pierwszego patriotycznego czynu dokonał rozbijając kałamarz pełen atramentu o portret Najjaśniejszego Pana, a później kradnąc, stacjonującym podczas Wielkiej Wojny Kozakom, nieupilnowaną pikę.
Gdy wybuchła Polska i stała się realnością, przepojeni wielkimi nadziejami na przyszłość i szukając swego aktywnego miejsca w dorosłym życiu, odnaleźli je w przyszłym nauczycielskim zawodzie. Ona ukończyła naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. Królowej Jadwigi w Wilnie, on, w byłym cesarsko-królewskim, Seminarium Nauczycielskim Męskim im. Jana Długosza w Starym Sączu. Pierwszą pracę podjęła na Wileńszczyźnie, on, nie znajdując zatrudnienia w Małopolsce, wyjechał w jej poszukiwaniu na Kresy Wschodnie.

 

Podstawowymi problemami

odrodzonego państwa, poza formalnym zjednoczeniem ziem polskich, była organizacja i ujednolicenie administracji, systemu prawa, finansów i podatków, a w równie ważnym stopniu oświaty. Wtedy w Polsce, wśród osób powyżej 10 lat 33% stanowili analfabeci, nauczaniem początkowym było objętych w województwach wschodnich tylko 35% dzieci, które na wsiach uczęszczały do szkół z jednym lub dwoma nauczycielami.

 

Żyli i pracowali

w niewyobrażalnie trudnych dziś do pojęcia warunkach: w chłopskiej izbie paliła się naftowa lampa, zimą woda zamarzała w stojącym w pomieszczeniu wiadrze, naukę odbywały połączone klasy w wynajętym od gospodarza pomieszczeniu – czasem bywała to tylko szkoła jednoklasowa. Zaniedbane i często zawszone dzieci przychodziły bez butów, wkoło bieda i nędza, widniejące nadal zniszczenia wojenne, niektórzy ludzie z braku domów mieszkali jeszcze w ziemiankach. Maria uczyła litewską, białoruską i polską dzieciarnię, u Antoniego w piątek do szkoły nie przychodziły dzieci Tatarów, w sobotę Żydów, a w niedzielę katolików i prawosławnych.
Należało przetrwać to wszystko co najgorsze z nadzieją na lepsze czasy, uczyć dzieci nie tylko czytać i pisać, ale i Polski tak dla nich czasem nieznanej, dalekiej, często obcej, bo wielu na pytanie „Kto ty jesteś ?” odpowiadało, że tutejszy. Należało zachować poważanie, godność, ale i moc przedstawiciela państwa polskiego, co na tych ziemiach oznaczało, że Antoni posiadał służbową broń, konieczną w czasach powojennego bandytyzmu i bezprawia, którą później polecono nosić schowaną. I należało także uczyć się i nadal doskonalić w zawodzie, by zdać praktyczny egzamin, potem otrzymać „Dekret ustalenia” na stałego nauczyciela publicznych szkół powszechnych. Ale nie tylko, bowiem w tamtym czasie nauczyciele uczyli się także nowopowstałej Polski na organizowanych, w okresie wakacji, licznych kursach dokształcających, połączonych ze zwiedzaniem historycznych miejsc, również polskiego wybrzeża i polskich Tatr.

 

W 1905 roku

powołano Związek Nauczycieli Ludowych, oczekujący od swoich członków „dokładania wszelkich starań, aby nauczać dzieci języka polskiego i w duchu polskim”. Zwołany w 1919 r. Ogólnopolski Zjazd Nauczycielski – w atmosferze demokratycznych reform tamtego czasu – opowiedział się za jednolitą i bezpłatną szkołą powszechną i wprowadzeniem 7-letniego obowiązku szkolnego. W 1930 powstał jednolity Związek Nauczycielstwa Polskiego, któremu już w tamtym okresie zarzucano lewicowość i krytycyzm ówczesnego stanu oświaty.

 

Radykalizacja

poglądów społecznych, ale i politycznych, następowała poprzez konfrontację z każdym kolejnym dniem. Kiedy na święta Maria przyjeżdżała do Wilna i szła na nabożeństwo, to doznania nauczycielskiej codzienności nakładały się na obecne w Katedrze bogactwo lejące się złotem i przepychem. I właśnie wtedy zaczęła rodzić się i umacniać refleksja o niesprawiedliwym świecie, o pięknych słowach i zaprzeczających im czynom. Antoni poglądy społeczne wyniósł z rodzinnego, kolejarskiego domu, bowiem liczni wokół należeli do Polskiej Partii Socjalistycznej, a robotnicze instytucje opieki i kultury były tam powszechne.
1 września po pierwszej lekcji, bo dopiero wtedy dotarła wiadomość, Maria powiedziała dzieciom, aby poszły do domu i nie wracały, bo rozpoczęła się wojna. Nastał czas zsyłek na Syberię, udziału w tajnym nauczaniu, współpracy z polskim ruchem oporu, wreszcie udziału Antoniego w akcji „Ostra Brama” w lipcu 1944 roku.

 

Straty osobowe

Polski w czasie II wojny światowej oszacowało ogółem na ok. 6 mln, zginęło 33% nauczycieli szkół niższego szczebla. Ginęli w działaniach wojennych, w obozach zagłady, w rezultacie pacyfikacji, egzekucji i likwidacji gett, w więzieniach, obozach, wskutek epidemii, wycieńczenia, złego obchodzenia, na skutek doznanych ran, okaleczeń, nadmiernej pracy. Walczyli wszędzie: we Wrześniu, na Zachodzie i Wschodzie, w podziemiu i powstaniach, prowadząc tajne konspiracyjne nauczanie.

 

Pociąg złożony z węglarek

– kolejny transport repatriacyjny – wlókł się niemiłosiernie wolno, a granicę przekroczył gdzieś przed Białymstokiem. Patrzyli oboje w zamyśleniu na wschód, ziemię, którą żegnali na zawsze, a jechali w nieznane, do nowej Polski i na nowe zachodnie ziemie.
W małym podsudeckim miasteczku Antoni został kierownikiem punktu etapowego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego; wysiedlał Niemców, na których czekały transporty na kolejowej bocznicy, i osadzał na gospodarstwach i w mieszkaniach przybywających tu Polaków z za Buga i centralnej Polski. Nabyta w szkole znajomość niemieckiego, łącznie ze szwabachą, znalazła zastosowanie. Był działaczem miejscowej PPS i kierownikiem szkoły rolniczej, a Maria nauczycielką w szkole powszechnej. Uczyli nowej Polski, zdecydowanie bliższej ich poglądom na sprawiedliwy świat.

 

Poderżnięcie gardła

Antoniemu obiecywał, gdy wróci, wysiedlany Hans, a histeria rozpoczętej zimnej wojny, wraz z nadejściem czasu stalinizmu zaważyła na ich powrocie do rodzinnego miasta Antoniego. Maria uczyła tu rzesze analfabetów, a do końca swej zawodowej drogi, języka rosyjskiego, nabytego w carskiej szkole. On ukochanej historii, geografii i biologii. Pasja społecznika skierowała go do Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, w którym organizował i wygłaszał dla okolicznych rolników pogadanki o najnowszych metodach gospodarowania i uprawy ziemi.
Już oboje na emeryturze, chętnie i często uczestniczyli w licznych imprezach organizowanych przez miejscowe ognisko ZNP, które skutecznie oparło się konkurencyjnej, nauczycielskiej Solidarności.

 

Pamięć,

szacunek, najgłębsze uznanie dla tysięcy nauczycieli – pionierów polskości na Kresach Wschodnich i Ziemiach Zachodnich, żołnierzy i wychowawców pokoleń, organizatorów życia społecznego i politycznego w dziejach naszego kraju – nie odnajdą się niestety w listopadowych obchodach niepodległości.