Trwa realizacja rosyjskiego scenariusza

Prominenci obozu prawicy świadomie osłabiają Polskę, narażają ją na utratę środków z Unii Europejskiej i demontują praworządność. Wypada zapytać, co im za to obiecano?
Najpierw Unia wstrzymała wypłatę środków z Funduszu Odbudowy, teraz grożą nam olbrzymie kary finansowe. W tym sporze chodzi przede wszystkim o orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 14 lipca 2021 r., w którym stwierdzono, iż Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego jest nielegalna. Komisja Europejska w sposób bardzo jednoznaczny wyznaczyła Polsce termin, aby do 16 sierpnia ostatecznie uregulować kwestie związane z wyrokiem TSUE, do tego czasu Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego musi przestać działać. Izba Dyscyplinarna wciąż działa, a odpowiedź rządu przesłana do Komisji Europejskiej została uznana za niesatysfakcjonującą
Kary nałożone za niewykonanie orzeczenia TSUE mogą sięgać mionów euro dziennie, ale nie będą za nie płacić Morawiecki i Ziobro, ale Polki i Polacy. Wysokość ewentualnych kar leży w gestii Trybunału Sprawiedliwości UE. Jeżeli rząd nie będzie chciał płacić, Komisja Europejska kary pieniężne będzie mogła potrącić Polsce z dotacji z budżetu UE.
Polska i Polacy stają się więc zakładnikami w wewnętrznej wojnie w obozie władzy. Ignorowanie postanowień i wyroków TSUE to jawne łamanie traktatów, podważające sens polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Zdaniem Lewicy, tzw. Zjednoczonej Prawicy wcale nie chodzi o suwerenność Polski, ale o bezkarność w rządzeniu naszym krajem. Według nich sytuacja ma wyglądać następująco – dajcie nam kasę oraz wolną rękę w tym co robimy w Polsce, a jak nie, to będziemy Wam droga Unio bruździć. To niebezpieczna gra, ponieważ prawica postawiła na szali ponad 700 mld złotych, które Polki i Polacy mogą otrzymać w najbliższych latach z Unii Europejskiej. – Harce Zbigniewa Ziobro zaczynają mieć wpływ na stan finansów publicznych naszego państwa. Przypomnę Turów, wyrok TSUE i potencjalne kary, które na dziś mogą wynieść ponad 200 mln złotych. Cały czas nie został zaakceptowany Krajowy Plan Odbudowy. To tego dochodzi kwestia Izby Dyscyplinarnej SN. Jak tlenu potrzebujemy dodatkowych miliardów na rozwój naszej gospodarki, wsparcie dla samorządów i przedsiębiorców. Wszyscy, którzy czekają na te pieniądze poczynili już pewne plany, aby wykorzystać środki z unijnych dotacji oraz pożyczek. A w obozie popękanej prawicy trwa burza, prężenie muskułów, aby pokazać kto jest twardszym zawodnikiem: Ziobro czy Morawiecki, a interes Polek i Polaków został zepchnięty na dalszy plan. Absolutnie nie może być tak, że inne państwa Unii Europejskiej otrzymują już pieniądze, a Polska tylko dlatego, że ma w swoim obozie takiego harcownika jakim jest minister Ziobro, tych pieniędzy nie widzi i co więcej nie wie, kiedy je zobaczy. Dość harców i wojenek, nie chcemy obudzić się z ręką w nocniku, bo wojna na prawicy na środki z Unii Europejskiej może trwać kolejne tygodnie czy miesiące – mówi pos. Tomasz Trela.
Lewica chce wiedzieć na jakim etapie są negocjacje w sprawie zatwierdzenia przez Komisję Europejską polskiego KPO i kiedy środki unijne popłyną do Polski. W tym celu na najbliższym posiedzeniu Sejmu klub parlamentarny Lewicy złoży wniosek, aby odbyć debatę na temat sytuacji negocjacyjnej pomiędzy polskim rządem o Komisją Europejską – i oczekuje pełnej informacji oraz dyskusji z premierem na ten temat. – Minister Zbigniew Ziobro stwierdza, że „UE się myli”, że „KE się myli”, że to „Komisja, a nie Polska narusza prawo”. Wypowiedź ministra Ziobro jest bezczelna, pełna manipulacji, arogancji i kłamstw. Te kłamstwa należy prostować. W żadnym kraju UE poza Polską nie wydarzyła się taka sytuacja, w której przerwano kadencje legalnie działającego konstytucyjnego organu. W żadnym kraju UE poza Polską politycy nie mają tak bezpośredniego wpływu na działalność wymiaru sprawiedliwości. O tym pan minister Ziobro zdaje się zapomniał, podobnie jak o tym, że jeżeli nawet w innych krajach członkowskich UE członków instytucji sądowych wybierają politycy, to działają one niezależnie i są chronione przed ingerencją polityków – twierdzi pos. Krzysztof Śmiszek.
Tymczasem prominenci z obozu władzy świadomie osłabiają Polskę i narażają ją na utratę środków z Unii Europejskiej. Wypada zapytać, wzorem Zagłoby, jakie kondycje od Rosjan im za to obiecano?.

Zakrzepica finansowa

Zapasy z zatorami płatniczymi trwają w naszym kraju od lat i jak zawsze pozostają mało skuteczne. Pandemia dodatkowo nasiliła ten problem.
Od kilkunastu miesięcy do obowiązków Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów należy również i zwalczanie zatorów płatniczych, które są zmorą naszej gospodarki. Bardzo dużo firm w Polsce zalega bowiem swoim kontrahentom ze spłatami należności, ci z kolei nie mogą zapłacić innym swym partnerom, a na końcu tego łańcucha często jest pracownik, który w związku z zatorami dostaje pensję z opóźnieniem lub tylko w części.
Za zator płatniczy standardowo uważa się przekroczenie terminu uregulowania długu powyżej 60 dni. Jest to jednak określenie mało precyzyjne, gdyż przedsiębiorstwa o dominującej pozycji na rynku często od razu narzucają swym partnerom bardzo długie terminy płatności – a więc taki zator w praktyce może pojawiać się nawet wtedy, gdy formalnie nie wystąpiły jeszcze żadne opóźnienia w spłacaniu należności.
Według różnych badań około 80 – 90 proc. polskich firm deklaruje problemy z przeterminowanymi płatnościami. Opóźnienie należności jest szczególnie dotkliwe dla małych podmiotów. Ich pozycja na tle większych partnerów jest bowiem za słaba, by móc skutecznie egzekwować należności.
Sytuację jeszcze pogorszyła pandemia koronawirusa. Według raportu „Polski mikro, mały i średni biznes w obliczu pandemii COVID-19” zaprezentowanego przez Price Waterhouse Cooper, ponad 90 proc. małych i średnich firm w Polsce odnotowało zakłócenia w bieżącej działalności wynikające ze społecznej izolacji i zmian zachowań konsumentów. – Jedna trzecia ankietowanych przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów o 50 proc. w stosunku do analogicznego okresu w 2019. Największy spadek przychodów z tej grupy odnotowały przedsiębiorstwa miko zatrudniające do 9 pracowników – wskazuje ekspert Dominik Kasperski.
Według danych rządowych, wielkość kosztów wynikających z zatorów płatniczych jest większa dla małych podmiotów, a mniejsza dla dużych, licząc te koszty jako odsetek ogółu poniesionych kosztów. Istotnym rezultatem zatorów płatniczych jest ograniczanie inwestycji oraz wprowadzania nowych produktów na rynek co stanowi hamulec rozwoju przedsiębiorstw i całej gospodarki. – Wśród przyczyn powstawania zatorów w płatnościach należy wskazać: przyzwyczajanie dłużników do kredytowania się u sprzedających (wymusza to konkurencyjność rynków), wymuszanie kredytów przez większych odbiorców, koniunktura gospodarcza, długie terminy egzekucji sądowej oraz obciążenia podatkowe. Skutki zatorów płatniczych są oczywiście negatywne. Należy do nich zaliczyć brak możliwości terminowego regulowania zobowiązań, co skutkuje łańcuchem negatywnych konsekwencji dla kolejnych przedsiębiorstw oraz zatory płatnicze kolejnych firm. Następnym skutkiem jest ponoszenie dodatkowych kosztów powiązanych z przeterminowanymi należnościami (windykacji wierzytelności czy weryfikacji finansowej kontrahentów przez wyspecjalizowane podmioty) – stwierdza ekspert Dominik Kasperski.
W ubiegłym roku weszła w życie ustawa o ograniczaniu zatorów płatniczych. Ustawa przewiduje między innymi maksymalnie 30-dniowy termin zapłaty dla podmiotów publicznych, liczony od dnia doręczenia faktury (z wyjątkiem podmiotów leczniczych) oraz maksymalnie 60-dniowy termin zapłaty w relacjach biznesowych, w których sprzedawcą jest mikro, mała lub średnia firma, a kupującym – znacznie większe przedsiębiorstwo. Istnieje też możliwość odstąpienia od umowy, gdy termin zapłaty wynosi więcej niż 120 dni. Wprowadzono wreszcie obowiązek zwalczania zatorów płatniczych przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz kary pieniężne od dla nierzetelnych przedsiębiorstw. Przy ustalaniu wysokości kary będzie brana pod uwagę wartość niezapłaconych faktur. Kary nie otrzymają dłużnicy, którzy spóźnili się z płatnością, ponieważ sami nie otrzymali pieniędzy od swoich kontrahentów. Wydłużanie terminów zapłaty zostało uznane za czyn nieuczciwej konkurencji.
Na razie trudno zauważyć istotniejsze efekty funkcjonowania tej ustawy. Zgodnie z przepisami, interwencja UOKiK w sprawach dotyczących zatorów płatniczych jest możliwa, jeśli w ciągu 3 kolejnych miesięcy suma wartości wszystkich świadczeń pieniężnych niespełnionych lub spełnionych po terminie przez przedsiębiorcę na rzecz jego kontrahentów przekracza 5 mln złotych. Sposób obliczenia kary reguluje ściśle ustawa i stanowi sumę kar jednostkowych za każde opóźnienie. Wysokość kar jednostkowych zależna jest od wysokości opóźnionego świadczenia, długości opóźnienia oraz wysokości odsetek ustawowych za opóźnienie w transakcjach handlowych.
W ostatnich miesiącach UOKiK wydał sześć decyzji dotyczących zatorów. W dwóch przypadkach nałożono kary finansowe, dwa podmioty uniknęły sankcji pieniężnej ponieważ spełniały ustawowe, obligatoryjne przesłanki do odstąpienia od kary. W dwóch pozostałych przypadkach UOKiK umorzył postępowania wobec spółek, bo ich zaległości nie przekraczały w okresie 3 kolejnych miesięcy, zapisanej w ustawie kwoty 5 mln zł.
Jedyne dwa rozstrzygnięcia, w których UOKiK nałożył kary finansowe za generowanie zatorów płatniczych, dotyczą spółek działających w branży motoryzacyjnej – Borg Automotive oraz Sitech.
Według ustaleń Urzędu spółka Borg ze Zduńskiej Woli, zajmująca się odkupem i dostarczaniem regenerowanych część samochodowych na europejski rynek wtórny, w okresie od lutego do kwietnia 2020 r. opóźniła się z zapłatą wynagrodzenia na rzecz 317 kontrahentów w łącznej wysokości ponad 8,6 mln zł. Największa kwota spełnionego po terminie świadczenia pieniężnego wobec jednego kontrahenta wynosiła ponad 1,3 mln zł. Nałożona przez UOKiK kara to ponad 14,5 tys. zł.
Druga decyzja dotyczy spółki Sitech należącej do koncernu Volkswagen i specjalizującej się przede wszystkim w produkcji metalowych stelaży siedzisk samochodowych. Tu skala nieprawidłowości jest znacznie większa. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że generowane przez przedsiębiorcę opóźnienia w okresie od lutego do kwietnia 2020 r. dotknęły nawet 433 polskich kontrahentów. Łączna kwota świadczeń pieniężnych, które spółka nie zapłaciła w terminie, wynosiła prawie 64 mln złotych (ponad 3 tysiące faktur). W skrajnych przypadkach partnerzy handlowi przedsiębiorcy musieli czekać na zapłatę należnego im wynagrodzenia nawet 119 dni. Sankcja nałożona przez Prezesa UOKiK wyniosła w tym przypadku ponad 358 tys. zł.
Prezes UOKiK zgodnie z obowiązującymi przepisami ma obowiązek odstąpić od wymierzenia kary pieniężnej, jeśli świadczenia pieniężne nieotrzymane lub otrzymane po terminie przez stronę postępowania są wyższe niż suma opóźnień, którą sama wygenerowała w badanym okresie trzech miesięcy. Taka sytuacja wystąpiła w postępowaniach prowadzonych przeciwko STS Logistics oraz Agrii Polska.
Ostatnie dwie decyzje, o umorzeniu postępowania, dotyczą firm Mondelez Europe ze Szwajcarii, która prowadzi w Polsce działalność za pośrednictwem oddziału oraz Viacon Polska. Obie firmy nie przekroczyły w okresie od stycznia do kwietnia 2020 r. pięciomilionowego progu opóźnień, dlatego prezes UOKiK umorzył wobec nich postępowania. – Celem naszych działań w sprawach związanych ze zwalczaniem zatorów płatniczych jest poprawa dyscypliny płatniczej polskich przedsiębiorców, zapewnienie stabilności rynku oraz ochrona małych i średnich firm – deklaruje prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Szef UOKiK chwali się, że nie przestaje interweniować u kolejnych podmiotów, co do których ma podejrzenia, że nadmiernie opóźniają się z zapłatą swoim kontrahentom. Przeprowadzone przez Urząd działania miały wykazać np. ryzyko powstania zatorów płatniczych w branży rolno-spożywczej (choć wydawałoby się, że w tej branży są one obecne już od lat).
Wytypowano też kolejne podmioty wobec których UOKiK wszczął postępowania w sprawie nadmiernego opóźniania się ze spełnianiem świadczeń pieniężnych. Są to: Ikea Industry Poland, Kuehne+Nagel, Pfeifer & Langen Polska, Kampol-Fruit, Polmlek Grudziądz, Przedsiębiorstwo Drobiarskie Drobex, Zakłady Drobiarskie Farmio i Real S.A.
Jednakże, w rzeczywistości, jak widać po omówionych tu decyzjach, kary wymierzono tylko dwa razy. Działanie UOKiK na rzecz zwalczania zatorów płatniczych należy zatem uznać za średnio skuteczne, zaś wspomniane kary – od których oczywiście można się odwoływać – są wręcz iluzoryczne, co podważa sens całej ubiegłorocznej ustawy mającej zwalczać zatory. Widzi to także i szef UOKiK. – Na podstawie doświadczeń uzyskanych w prowadzonych postępowaniach widzimy, że wartość nakładanych kar wynikających z ustawowego wzoru jest zbyt niska, zaś postępowania poważnie angażują zasoby Urzędu i przedsiębiorców – mówi prezes Tomasz Chróstny.
Podobno trwają wspólne prace UOKiK wraz z Ministerstwem Finansów i Ministerstwem Rozwoju, Pracy i Technologii nad zmianami legislacyjnymi mającym usprawnić prowadzenie postępowań oraz zwiększyć presję na terminowe i uczciwe rozliczanie się dużych przedsiębiorców z ich kontrahentami. Ale duży zawsze mógł i może więcej, więc nie należy oczekiwać, że te prace przyniosą jakiekolwiek realne efekty.

Znowu kara dla Biedronki

To zawsze dobrze brzmi, gdy urząd chwali się swoimi zdecydowanymi działaniami, ale może skromne siły inspekcji handlowej zajęłyby się realnymi problemami polskich konsumentów?
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył ponad 60 mln zł kary na firmę Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Biedronka miała wprowadzać klientów w błąd co do kraju pochodzenia warzyw i owoców, co zdaniem UOKiK „mogło zniekształcić ich decyzje zakupowe”. Te nieprawidłowości występowały w 28 proc. sklepów Biedronka skontrolowanych przez Inspekcję Handlową.
UOKiK wszczął postępowanie przeciw Jeronimo Martins Polska w maju 2020 r, czyli prawie rok temu. Powodem były ponoć skargi na błędne podawanie kraju pochodzenia warzyw i owoców w wielu sklepach sieci Biedronka. Trudno jakoś sobie wyobrazić, by klienci Biedronki zaczęli raptem masowo skarżyć się do UOKiK, że błędnie przedstawiono kraj pochodzenia kapusty czy cebuli, ale wypada przyjąć to tłumaczenie za dobrą monetę, bo trudno je zweryfikować.
W każdym razie wyniki kontroli Inspekcji Handlowej miały potwierdzić, iż rzeczywiście klientom nie brakowało powodów do narzekań na błędne nazwy państw, dostarczających warzywa i owoce do Biedronki. Mówiąc dokładniej, chodziło o to, że Biedronka dawała do zrozumienia, że są to polskie produkty, podczas gdy w rzeczywistości niekiedy zostały wyhodowane za granicą – i właśnie to wywołało jakoby wspomniane oburzenie klientów oraz ich skargi do UOKiK.
Wprawdzie nie wiadomo, jakie straty finansowe i inne ponieśli polscy klienci Biedronki, gdy okazywało się, że kupili warzywa myśląc, że są one polskie, gdy tymczasem czasami były one zagraniczne, ale UOKiK uważa to za wielkie wykroczenie. – Rzetelna informacja o oferowanych produktach to podstawowy obowiązek przedsiębiorcy i niezbywalne prawo konsumenta. Tymczasem w sklepach Biedronka konsumenci chcący kupić polskie ziemniaki, pomidory czy jabłka byli często wprowadzani w błąd. Nasze postępowanie wykazało, że w wielu przypadkach informacje na wywieszkach różniły się od tych na opakowaniach zbiorczych czy w dokumentach dostawy. Naruszenia te miały charakter systemowy i długotrwały. Dlatego nałożyłem na Jeronimo Martins Polska ponad 60 mln zł kary – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Podczas swego postępowania UOKiK wziął pod uwagę wyniki kontroli przeprowadzone przez Inspekcję Handlową w IV kwartale 2019 r., I i II kwartale 2020 r. oraz w lutym 2021 r. Od 1 lipca 2020 r. kontrole jakości handlowej żywności, w tym oznakowania krajem pochodzenia warzyw i owoców, prowadzi podległa Ministerstwu Rolnictwa Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.
Inspektorzy porównywali dane na sklepowych wywieszkach z tymi na opakowaniach zbiorczych lub jednostkowych oraz w dokumentach dostawy. Szczególną uwagę zwracali na owoce i warzywa, które były deklarowane jako polskie. Pod lupę wzięli podobno przede wszystkim takie, wobec których, jak wyjaśnia UOKiK istniało: „największe ryzyko podania błędnego kraju, ponieważ rosną zarówno w Polsce, jak i w innych państwach, np. ziemniaki, cebulę, kapustę, marchew, pomidory, jabłka, truskawki”.
Inspektorzy sprawdzili w sumie 263 sklepy Biedronka w całym kraju. W 73 z nich, czyli w 27,8 proc. skontrolowanych placówek, stwierdzili nieprawidłowe oznakowanie warzyw i owoców krajem pochodzenia. W tych sklepach w niektórych przypadkach nieprawidłowości sięgały „nawet” ponad 20 proc. sprawdzonych partii produktów – choć na zdrowy rozum, wydaje się, że 20 proc. to raczej niewiele.
UOKiK podaje przykład jednego z wykroczeń Biedronki. Otóż, na wywieszce przy stoisku był napis „Polska”, chociaż w rzeczywistości etykiety na warzywach pokazywały, iż czosnek sprzedawany 15 października 2019 r. w Biedronce w Łodzi pochodził z Hiszpanii, ziemniaki oferowane 19 lutego 2020 r. w Radymnie (podkarpackie) – z Francji, kapusta włoska sprzedawana 19 lutego 2020 r. w Kołobrzegu – z Francji, seler oferowany 12 maja 2020 r. przez market w Koszalinie – z Niderlandów, gruszki dostępne 24 lutego 2021 r. w Biedronce w Katowicach – z Holandii, a cebula szalotka, którą można było nabyć 24 lutego 2021 r. w sklepie w Bydgoszczy – z Francji.
Szczerze mówiąc, nie bardzo wiadomo, czego UOKiK się czepia. Skoro, jak słyszymy od lat, Inspekcja Handlowa jest nieliczna i niedoinwestowana, to może niech się zajmuje autentycznymi problemami, takimi, które mogą spowodować, że ktoś się zatruje albo straci pieniądze kupując produkty nie nadające się do spożycia. Jeśli na etykietach warzyw i owoców podawano prawdziwy kraj pochodzenia, to w czym problem, że przy stoiskach widniał napis „Polska”?. Jakby ktoś przyjrzał się temu, co kupuje, to przecież zorientowałby się, czy nabywa jabłko z kraju, czy zagraniczne.
UOKiK uważa jednak, że jego postępowanie przeciw Biedronce jest słuszne i uzasadnione. – Konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na kraj pochodzenia produktów. Wiele osób kieruje się w swoich wyborach patriotyzmem gospodarczym, bo chcą wspierać polskich producentów. Dla innych ważne są kwestie transportu żywności, który może mieć wpływ na ilość stosowanych pestycydów do jej zabezpieczenia czy też zagrażający środowisku ślad węglowy pozostawiany w trakcie przewozu. Dlatego prawdziwa i rzetelna informacja o kraju pochodzenia warzyw i owoców jest niezbędna do podjęcia świadomej decyzji o zakupie. W sklepach Biedronka konsumenci w tej kwestii narażeni byli na częste wprowadzenie w błąd, co jest nieuczciwą praktyką rynkową – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.
Urząd przytacza wyniki badań, z których wynika, że świadomość polskich konsumentów ponoć systematycznie wzrasta. W sondażu przeprowadzonym w 2020 r. przez niespecjalnie znane Stowarzyszenie PEMI (mówiąc dokładniej jest to stowarzyszenie PEMI „Podpis elektroniczny – Mobile – Internet” w likwidacji), zatytułowanym „Solidarność Konsumencka w dobie koronawirusa” aż 70 proc. respondentów wskazało, że weryfikuje kraj pochodzenia przed nabyciem produktu.
W rzeczywistości, ta rzekoma weryfikacja jest mocno ułomna, skoro, jak informuje UOKiK, klienci Biedronki kupowali warzywa i owoce myśląc, że są one polskie, mimo, że na ich etykietach były inne kraje pochodzenia. No to może trzeba patrzeć, co się kupuje?
Badanie stowarzyszenia PEMI w likwidacji miało też podobno wykazać, że to nie cena – tak jak dotychczas – stanowi najważniejsze kryterium wpływające na decyzje zakupowe konsumentów, a zaczyna być nim właśnie informacja o tym, skąd dany produkt pochodzi. UOKiK powołuje się także na badanie Ipsos „Moda na polskość” (mocno leciwe, bo z 2016 r.). Ma z niego wynikać, że 73 proc. Polaków stara się wspierać polską gospodarkę poprzez kupowanie produktów wyprodukowanych w naszym kraju. Przy tym kraj pochodzenia ma największe znaczenie przy wyborze żywności – aż 76 proc. ankietowanych wskazało, że wolałoby wybrać produkt polski od zagranicznego.
Polskim patriotom zakupowym należy więc poradzić: patrzcie proszę na etykiety nabywanych produktów, aby wasz patriotyzm nie okazał się chybiony.
Za wprowadzanie konsumentów w błąd co do kraju pochodzenia warzyw i owoców sprzedawanych w sklepach Biedronka, UOKiK nałożył na Jeronimo Martins Polska dokładnie 60 096 307 zł kary. Decyzja nie jest prawomocna, spółka może się odwołać do sądu i najprawdopodobniej to zrobi, bo ma spore szanse na zdecydowaną redukcję czy wręcz zniesienie tej kary. Dowiemy się jednak o tym za kilka lat, gdyż pod rządami PiS młyny sprawiedliwości w Polsce mielą wolno.
Po kontrolach oznakowania warzyw i owoców krajem pochodzenia prowadzonych przez Inspekcję Handlową w pierwszym półroczu 2020 r. prezes UOKiK wszczął w sierpniu 2020 roku również podobne postępowanie o naruszanie zbiorowych interesów konsumentów wobec sieci Kaufland Polska Markety. Obecnie jest ono w toku. Do prowadzonych na zasadzie franczyzy sieci Delikatesy Centrum, Intermarche i Stokrotka prezes UOKiK wystosował „wezwania do zmiany praktyk”. Ciekawe, jaki będzie efekt?

Będą kary dla szefów firm

W ramach rządowych działań wspierających polską gospodarkę w czasie pandemii, prezes UOKiK opublikował szczegółowe wyjaśnienia, wskazujące jak będzie ustalał wysokość kar pieniężnych dla menedżerów.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny przypomniał, że nie tylko firmom grożą sankcje za stosowanie praktyk ograniczających konkurencję – polskie przepisy dopuszczają nakładanie kar finansowych do wysokości 2 mln zł także na osoby zarządzające, które są odpowiedzialne za zawieranie porozumień ograniczających konkurencję.
Szef Urzędu ostrzegł, że jeżeli osoby zarządzające umyślnie doprowadziły na przykład do zawarcia zmowy cenowej lub podziałowej, to muszą ponieść konsekwencje finansowe swojego działania. Wpływ menedżera na powstanie naruszenia czy stopień szkodliwości jego działań lub zaniechań może oczywiście być różny. Dlatego w procesie ustalania wysokości kary zostaną uwzględnione wszystkie ważne czynniki tak, aby kara była sprawiedliwa
Wysokość osobistej kary finansowej dla menadżera będzie zatem ustalana w kilku etapach, które powinny uwzględniać zarówno okoliczności obiektywne, jak i subiektywne (czyli zależne od punktu widzenia prezesa UOKiK).
W pierwszej kolejności prezes UOKiK weźmie pod uwagę charakter naruszenia – jego wagę, skutki, a także skalę. Na tej podstawie ustali kwotę bazową, która będzie służyła dalszemu określeniu wysokości kary. Najdotkliwsze kary są przewidziane za dokonywanie ustaleń między konkurentami.
Prezes UOKiK zapowiedział jednak, że ma zamiar traktować w sposób surowy również niektóre kategorie porozumień dotyczących relacji między przedsiębiorcami działającymi na różnych szczeblach obrotu (na przykład producent – hurtownik, hurtownik – detalista).
Ważną przesłanką ustalenia wysokości kary będzie również wpływ menedżera na powstanie naruszenia: wysoki, średni lub umiarkowany. W następnym kroku prezes UOKiK uwzględni też okoliczności obciążające oraz łagodzące.
Do tych pierwszych należą na przykład: rola organizatora, znaczne korzyści uzyskane przez menedżera, wywieranie presji na inne osoby, a także dokonanie już wcześniej podobnego naruszenia. Okoliczności łagodzące to między innymi działanie pod przymusem oraz pójście na współpracę z UOKiK podczas postępowania.
Prezes Tomasz Chróstny oświadczył, że w tej chwili Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi postępowania, w których bada działania i zaniechania łącznie 19 osób zarządzających. Zapowiedział, że jeszcze w tym roku można się spodziewać wydania decyzji, wymierzających tym osobom kary finansowe.
Tak więc, ci zarządcy firm powinni się już przygotowywać na duże, raczej nieprzewidziane wydatki.

Dwa miliony euro dziennie kary za Izbę Dyscyplinarną?

Ta drakońskiej wysokości kara jest, jak się zdaje jedynym sposobem, który jest w stanie przemówić politykom PiS do rozsądku, bo u nich jest on ciasno związany z kieszenią. Czy Polskę stać na wojnę z UE?

Wspomniane dwa miliony euro dziennie to suma wymieniona w projekcie wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jeżeli krnąbrna Polska nie zawiesi działania Izby Dyscyplinarnej. Przypomnimy, że Izba Dyscyplinarna to w założeniu jeden z najskuteczniejszych narzędzi pisowskiej reformy wymiaru sprawiedliwości, który służyć ma dyscyplinowaniu niepokornych sędziów, którzy ośmielają się mieć odmienne i krytyczne zdanie wobec tego, co PiS wyczynia z zasadami prawa. 5 grudnia 2019 roku Sąd Najwyższy w pełnym składzie uchwalił, iż Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumieniu prawa UE i krajowego. Opanowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny zawiesił tę uchwałą, a Izba Dyscyplinarna pracuje dalej. Teraz przyszedł czas na ruch instytucji europejskich.
Projekt postanowienia wiceprezesa TSUE może wejść w życie już w przyszłym tygodniu. Nie podporządkowanie się Polski postanowieniu oznacza, że Polska będzie płacić tę gigantyczna karę.
Przecieki, najprawdopodobniej kontrolowane, o planowanych ruchach TSUE pojawiły się w sieciach społecznościowych już w zeszłym tygodniu. Teraz napisała o tym polskie media, w tym „Rzeczpospolita„.
Pytanie, co Polska teraz zrobi. Oficjalnie do 13 lutego ma czas, by Trybunałowi przedstawić swoje wyjaśnienia, ale to nie wstrzymuje wcześniejszych działań TSUE. Można domniemywać, że informacja o projekcie postanowienia i ogromnych sumach, jakie musiałoby płacić państwo polskie, ma służyć otrzeźwieniu i zmiękczeniu stanowiska strony polskiej przed mającymi nastąpić wyjaśnieniami. Do tej pory prawnicy, związani z władzą argumentowali, że sędziowie w Polsce mają wciąż gwarantowaną niezawisłość, nie ma zatem powodów do interwencji, a organizacja pracy sędziów to zakres kompetencji państw członkowskich, zatem organy unijne nie mają podstaw do interwencji.

Pod totalną kontrolą rządu

Polska wkracza w kolejny etap zwalczania nielegalnego przywozu i wywozu towarów. Nadzór jest coraz dokładniejszy i lepiej zorganizowany.

 

Na 4 miliony zgłoszeń dokonano 500 tysięcy kontroli, z czego w około 6 tysiącach przypadków stwierdzono uchybienia.
Takie są wyniki audytu funkcjonowania systemu monitorowania przewozu towarów wrażliwych, wykonanego przez Krajową Administrację Skarbową.

 

Brygada fiskusa rusza do akcji

Transport drogowy to szczególnie mocno nadzorowana gałąź gospodarki. Co więcej, jego monitorowanie jest stale ulepszane.
Najnowsze zmiany mają na celu wdrożenie systemu, którego nie można oszukać. A ponad 1400 funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej czuwa nad przestrzeganiem aktualnych regulacji. Towary wrażliwe są w Polsce na cenzurowanym, zaś Ministerstwo Finansów przypomina, że z dniem 1 października weszły w życie nowe przepisy.
W Polsce śledzenie przewozów towarów odbywało się dotychczas za pomocą systemu viaTOLL. Jego głównym zadaniem jest automatyczny pobór opłat za przejazd. Obok viaTOLL-u powstał SENT, czyli system elektronicznego nadzoru towarów, narzędzie do walki z nielegalnym wywozem i przywozem tytoniu, paliw płynnych, olejów i leków.
System monitorowania towarów wrażliwych od samego początku budził wiele kontrowersji, ale jest stale rozwijany. Obecnie opiera się o jedną ustawę i jej dwie nowelizacje oraz aż osiem rozporządzeń – a kolejne już w przygotowaniu.

 

Bliski koniec fikcyjnego handlu

Dlaczego to takie ważne? Dla przykładu, po wprowadzeniu monitoringu, analiza rynku paliwowego wykazała wzrost legalnej konsumpcji oleju napędowego o 5 proc., a benzyny o 7 proc. Ponadto, zanotowano także spadek eksportu oleju rzepakowego aż o 70 proc., a olejów do smarowania o 50 proc.
– Ta zmiana ma związek z popularnym do niedawna mechanizmem wywozu tych towarów i ubieganiem się o zwrot podatku. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie państw ościennych na oleje z Polski było w wielu przypadkach fikcyjne. Ukrócono również proceder obrotu lekami polegający na ich rzekomym wprowadzaniu na rynek polski, a w rzeczywistości na wywozie za granicę i sprzedaży z dużym zyskiem. Od czerwca 2018 r. obroty hurtowni, z których wywożono lekarstwa, znacząco spadły – komentuje Jakub Ordon, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
Kiedyś procedura zgłaszania towarów wrażliwych realizowana była jedynie za pomocą formularzy. Teraz SENT to interaktywne narzędzie, które będzie nadal ewoluować.

 

Wszystko będzie zarejestrowane

Nie jest to zbyt prosty system. Aż 43 strony – tyle liczy „Instrukcja użytkownika mobilnej aplikacji kierowcy SENT GEO”. Narzędzie jest dostępne do pobrania dla polskich przewoźników, którzy nie dysponują zewnętrznymi systemami lokalizacji. Muszą oni wówczas wyposażyć kierowcę pojazdu w smartfon lub tablet z połączeniem GPS oraz zainstalować aplikację.
Kierujący samochodem ciężarowym zobowiązany jest do ciągłego śledzenia, czy aplikacja stale łączy się z GPS-em.
Jeśli urządzenie się wyłączy – straci połączenie, a kierowca musi się zatrzymać, by to naprawić. W przeciwnym wypadku grozi mu nawet do 7,5 tysiąca zł kary. Dlatego zdecydowanie wygodniejszym rozwiązaniem będzie korzystanie z własnego zewnętrznego systemu lokalizacji, zaś aplikacja SENT GEO może stanowić rozwiązanie zapasowe.
Nowelizacja przepisów zakłada uzupełnienie systemu monitorowania przewozu towarów wrażliwych o nowe środki techniczne: lokalizator wraz z aplikacją, lub zewnętrzny system lokalizacji.
– Możliwe jest też łączenie samochodowych GPS-ów z SENT-em. Taka integracja systemów pozwala na aktualne przesyłanie niezbędnych danych – między innymi współrzędnych geograficznych, prędkości pojazdu, daty i godziny uzyskania tych informacji, celu podróży oraz numeru lokalizatora albo urządzenia zewnętrznego. Wszystko dzieje się bez udziału kierowcy. To wygodne i eliminuje „czynnik ludzki”, czyli ewentualne popełnianie błędów, a co za tym idzie możliwe nakładanie przez urzędników wysokich kar – komentuje ekspert Kamil Korbuszewski.

 

Nadszedł czas słonych kar

Za niedostosowanie się do nowych zapisów przewoźnikowi grozi kara 10 tysięcy zł. Kierowca może zaś zapłacić wspomniane 7,5 tysiąca zł za jazdę z niesprawnym lokalizatorem lub wyłączenie urządzenia w nieodpowiednim momencie. Ponadto, aż 100 tys. zł zapłaci przewoźnik w przypadku niedostarczenia zgłoszonego towaru do miejsca docelowego.
Przepisy nakładające kary pieniężne za niedopełnienie obowiązków weszły w życie 1 października i już teraz mogą ruszyć kontrole. Funkcjonariusze KAS zaczną jednak nakładać sankcje za wykroczenia od nowego roku.
Od czerwca 2019 r., w związku z rozporządzeniem Unii Europejskiej, każdy nowy pojazd ciężarowy świadczący usługi transportowe na terenie UE będzie musiał posiadać na pokładzie tachograf wraz z wbudowanym systemem GPS.
Dzięki podobnym urządzeniom dokładnie rejestrowane będzie położenie pojazdu co trzy godziny jazdy oraz w momencie jej rozpoczęcia i zakończenia. Tak zwane inteligentne systemy transportowe będą przesyłać informacje do odpowiednich instytucji.

Gdzie kierowca może spać?

Uwaga na nowe kary za spanie w kabinie tira. Kontrolerzy mogą je wymierzać nie tylko za złapanie delikwenta na spaniu w ciężarówce, ale także i wtedy, jeśli dojdą do wniosku, że czynił on tak do 28 dni wstecz.

 

Od grudnia 2017 roku na mocy wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w krajach unijnych obowiązuje bezwzględny zakaz spędzania w TIR-ze regularnych odpoczynków tygodniowych. Taka przerwa w pracy trwająca minimum 45 godzin powinna się odbywać w miejscu, gdzie zapewnione są warunki socjalne na równi z hotelowymi.
TSUE zauważył wówczas, że istnieje nieścisłość w dotychczasowym rozporządzeniu, ponieważ regulacja ta nie zawiera żadnego przepisu, który wyraźnie wskazywałby, w jaki sposób oraz gdzie kierowca ciężarówki powinien spędzać swój długi odpoczynek. Do tej pory praktyki były różne, a przewoźnicy – kreatywni w poszukiwaniu rozwiązań na rzecz omijania kłopotliwego nakazu.
– Jednym z pierwszych państw, które restrykcyjnie zaczęło stosować sankcje finansowe wobec firm przewozowych, jest Francja. Na mocy ustawy z 10 lipca 2014 r, kontrolerzy mogli nakładać na przewoźników karę w wysokości 1000 – 1500 euro. Szybko została ona uznana za zbyt niską, gdyż przedsiębiorcy woleli zapłacić mandat i nie przestrzegać wyznaczonych zasad. Podwyższono więc kary do 30 000 euro. Obecnie kontrolerzy wypisują mandaty w wysokości od 2000 do 4000 euro – mówi Jakub Ordon, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców
Przewoźnicy mieli do tej pory kilka sposobów na omijanie przepisów. Jednym z nich było na przykład „przerywanie odpoczynku” poprzez rejestrowanie tzw. innych prac, lub wykonywanie krótkich podjazdów na parkingach.
Jeżeli, po sprawdzeniu danych z tachografu (karty), okazywało się, że skrócony odpoczynek tygodniowy mógł być odbierany w danym czasie, nie wiązało się to z żadnym naruszeniem.
Patentem firm transportowych było również symulowanie odejścia od pojazdu np. do hotelu. Kierowcy wyjmowali karty cyfrowe z urządzeń rejestrujących, by przerwać ciągłość zapisu danych. Po 45 godzinach, wprowadzając kartę do „tacho”, dokonywali oni wpisów manualnych tak, by potwierdzić w cyfrowej ewidencji odpoczynek poza pojazdem.
– Takie metody omijania obowiązującego prawa były stosowane przez transportowców dość często. Co więcej, przepisy były traktowane przez samych kierujących jako znaczące utrudnienie, . Spędzając wymagany odpoczynek w kabinie, kierujący pojazdem ciężarowym oszczędzał pieniądze z ryczałtów noclegowym, za które musiałby sobie opłacić doby hotelowe – komentuje Jakub Ordon.
Znaleziono też trzeci sposób na ignorowanie przepisów. Kierowcy po prostu wyjeżdżali z Francji, by odbyć 45 godzin przerwy w pracy. Najczęściej wybieranymi miejscami były niemieckie i włoskie parkingi, ale także Holandia, Belgia, czy Anglia, a więc kraje, które nie wprowadziły wówczas do swoich lokalnych przepisów sankcji za złamanie nowej zasady.
Przez długi czas ta technika sprawdzała się w 100 proc. Francuscy urzędnicy nie ustalali, jak kierowca spędził swój odpoczynek, jeśli miejsce rozpoczęcie i zakończenia pracy było inne niż Francja.
Problem pojawił się, gdy do krajów Unii Europejskiej egzekwujących przepisy nakładające kary za spanie w kabinie podczas regularnego odpoczynku tygodniowego, dołączyły kolejno Niemcy, Belgia, Holandia, a nawet Włochy.
Do niedawna obowiązywała jeszcze zasada „złapany na gorącym uczynku”, czyli podczas kontroli kierujący pojazdem faktycznie musiał być w kabinie, by można było wymierzyć karę. Zasadę tę złamał w marcu br. francuski urzędnik. Zażądał on od kierowcy okazania dokumentów potwierdzających jego obecność w hotelu w lutym i marcu w czasie odbierania odpoczynku poza granicami Francji. Zgodnie z danymi z tachografu jego wypoczynek miał miejsce w Luksemburgu i Holandii, jednak bez zaświadczeń zapłaty za hotel. Karę więc wymierzono.
W ten sposób trafiony został i jeden z polskich przewoźników. Ukarano go za nieprzedstawienie dokumentu pokazującego, że kierowca faktycznie spędził regularny odpoczynek tygodniowy w hotelu na terenie Włoch. 275 euro zapłaci pracownik, a 1575 właściciel firmy transportowej.
Mimo iż, przepisy traktowane są przez samych kierowców jako kosztowne utrudnienie w pracy, takie rozwiązanie ma na celu podniesienie bezpieczeństwa na drodze. Koczowanie przez kilka dni w kabinie w upale czy mrozie, na parkingu, bez odpowiednich warunków socjalnych, to dosyć marny odpoczynek.