Biskupi działają zgodnie z instrukcjami Watykanu

Podstawową cechą działania kościoła katolickiego jest zakłamanie. Dotyczy to oczywiście także pedofilii.

Opinia publiczna jest oburzona tuszowaniem pedofilii księży. Tymczasem obowiązkowe UTAJNIANIE tych przestępstw w kościele katolickim usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała wprawdzie druga wersja instrukcji ale ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu zawsze w ramach struktur kościelnych, bez ingerencji świeckiego wymiaru sprawiedliwości.
Datę 30 kwietnia 2001 nosi list apostolski Jana Pawła II oddający sprawy pedofilii do załatwiania wyłącznie przez Kongregację Nauki Wiary, której szefem był wówczas

Kardynał Ratzinger.

Znali się bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. List nie zmienił zasady zachowania milczenia. Pamiętam protesty organizacji katolickich z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii. Na początku filmu Sekielskich słyszymy przysięgę – zobowiązanie do milczenia – powtarzaną przez kobietę – ofiarę księdza pedofila. Tytuł filmu też do tego słusznie nawiązuje.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są wyłącznie świeckie, BEZ przedstawicieli Kościoła.
Te komisje powstały m.in. także dlatego, że często te przestępstwa się przedawniły mimo, że w wielu państwach europejskich przestępstwo to przedawnia się po 20 latach od uzyskania pełnoletności przez ofiarę. Powstały głównie dla ofiar i często doprowadzaly do kar więzienia oraz do istotnego zadośćuczynienia finansowego zwykle na koszt kościoła.
Ponieważ w Polsce kościół katolicki ma ogromny wpływ na tworzenie prawa, pedofilia przedawnia się u nas błyskawicznie. Dopiero od 2014 roku jest to 30 rok życia ofiary. Przedtem było 5 lat od uzyskania pełnoletności ofiary i to pod wpływem nacisków Unii Europejskiej, bo jeszcze przedtem było to 10 lat od przestępstwa, co było skandaliczne. Jest oczywiste, że człowiek 30 letni – o zrujnowanej psychice – rzadko jest wystarczająco silny na stawienie czoła machinie sądowej. W Szwajcarii pedofilia w ogóle się nie przedawnia (było referendum). I to rozwiązanie chyba jest najsłuszniejsze.
KSIĘŻA BARDZO RZADKO SĄ ARESZTOWANI W MOMENCIE DONIESIENIA. Często mają całe tygodnie na mataczenie i urabianie świadków. Nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle wyrok nie przekracza 2 lat dlatego, że taka kara umożliwia zwolnienie z odbywania kary z powodu złego stanu zdrowia. Skazany natychmiast ciężko choruje. Podejrzewam, że niektóre zabójstwa księży dokonane przez młodych ludzi były spowodowane właśnie bezkarnością księży-przestępców, co musiało budzić dodatkowo ogromną frustrację ofiar. Te przypadki powinny być starannie zrewidowane np. sprawa Dawida z Blachowni pod Częstochową.

Zgodnie z polskim prawem 

ofierze można zasądzić ZADOŚĆUCZYNIENIE FINANSOWE, ale polski kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – twierdzi, że ksiądz jest prywatną osobą fizyczną a nie funkcjonariuszem kościoła. A przecież jest nim i to w dodatku umundurowanym. To zadośćuczynienie jest tym bardziej ważne, że często ofiarami pedofilow kościelnych padają dzieci zaniedbane z rodzin dysfunkcyjnych, nie mające oparcia w rodzicach. Niedawny wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln zł jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania np w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakis czas przed sądem należnej podwyżki.

A we Francji

kościół katolicki ogłosił, że bedzie wypłacał zadośćuczynienia ofiarom księży pedofilów mimo kodeksowego przedawnienia. Trzeba podkreślić, że francuski kościół katolicki jest biedny jak mysz kościelna w porównaniu z kościołem polskim. Ustawa o rozdziale kościoła od państwa z 1905 r. upaństwowiła nawet budynki kościelne. Trzeba przyznać, że we Francji problem jest marginalny, bo czynnych katolików jest tylko ok. 7 proc. populacji.
Nie sposób nie poruszyć przy tej okazji sprawy nadużyć coraz częściej odprawianych praktyk nazywanych EGZORCYZMAMI. Nie wierzę, żeby nie dochodziło do ohydnych gwałtów gdy egzorcysta zamyka się w oddzielnym pomieszczeniu z młodą dziewczyną. W niektórych państwach egzorcyzmy są prawnie zakazane.

W Polsce należałoby wprowadzić wysokie kary

grzywny dla osób, które wiedzą o przestępstwach wobec dzieci a nie informują o tym prokuratury. Byłoby to skuteczniejsze niż obowiązujące teraz kary więzienia chyba nigdy nie zastosowane.
Histeryczne okrzyki prezesa o 30 latach więzienia dla sprawców to przesada.
Ważne, żeby kara była rzeczywiście egzekwowana. W państwach funkcjonujących prawidłowo od dawna odchodzi się od długich kar więzienia. Pomysłodawca zapomina o tym, że zresocjalizowany więzień ma wrócić do społeczeństwa a nie zdemoralizować się do końca. Jeszcze miałoby to od biedy sens gdyby odbywało się na koszt kościoła.
Zasady papieża Franciszka wyrażone w niedawnym liście pasterskim niestety nie przynoszą przełomu. Trudno było spodziewać się rewolucji. Franciszek nie działa w próżni a większość hierachów nie chce istotnych zmian. Uważają, że milczenie pomaga Kościołowi zachować nieskazitelny wizerunek. A bez OBOWIĄZKU oddawania sprawców pod świecki wymiar sprawiedliwości nie będzie żadnej ochrony dzieci.
Reasumując prawidłowe byłoby wzorowanie się na działalności wyłącznie ŚWIECKICH specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe pod rządami PiSu. Wyszłaby z tego karykatura, co widać po urzędowym spisie pedofilów stworzonym z inicjatywy Ziobry – nie ma w nim ani jednego przedstawiciela kleru. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem.
Po filmie KLER i po dokumencie Sekielskich być może znajdą się w nim nazwiska byłych księży. Trzeba dodać, że pedofile świeccy bywali skazywani – ostatnio rzadziej – na kary bardzo surowe, nieraz wieloletniego więzienia i przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Zdarzały się samobójstwa.

Uważam, że taką komisję

ze specjalnymi ustawowymi uprawnieniami zniesienia przedawnienia i ustaleniami solidnego zadośćuczynienia finansowego na koszt Kościoła mógłby powołać Rzecznik Praw Obywatelskich. Koszt funkcjonowania komisji powinien ponosić oczywiście Kościól.
Na koniec dodam, że głoszona przez kościół opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo w zasadzie tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że „sperma uderza im do głowy”.

Kościół nas zastrasza

Projekt „Świeckie Państwo” – działacze solidaryzują się z ofiarami nagonki
na domniemanych „wrogów Kościoła”, czują się zaszczuwani.

Informacja z konferencji prasowej Komitetu i osób wspierających, ul. Wiejska (pod Pomnikiem Armii Krajowej), środa, 8 maja.
Obywatelska Inicjatywa Ustawodawcza „Świeckie Państwo” zawiązała się w styczniu tego roku, a 19 marca została zarejestrowana przez Sejm – dzięki czemu mogła rozpocząć zbiórkę podpisów. Byliśmy zaniepokojeni wszechobecnymi w prasie doniesieniami o puchnącym majątku Kościoła oraz niektórych księży, finansowymi i prawnymi przywilejami Kościoła, takimi jak m.in. prawo zakupu ziemi rolnej czy prawo do nieograniczonych bonifikat ze Skarbu Państwa przy zakupie nieruchomości, a także skalą przysporzeń majątkowych na rzecz Kościoła dokonywaną przez państwo polskie. Stworzyliśmy więc projekt ustawy, która – gdyby przeszła – wymuszałaby jawność przychodów Kościoła i likwidowałaby niezasadne przywileje finansowe. Te same zapisy miałyby zastosowanie wobec innych związków wyznaniowych. Nasz projekt opiera się na znanej zasadzie „ufaj, ale sprawdzaj”. Uważamy, że uczciwy przejrzystości się nie boi, a obywatelom należy się rzetelna informacja o tym, co realnie dzieje się z majątkiem Kościoła.
Odzew jest spory. Dotychczas zebraliśmy kilkadziesiąt tysięcy podpisów. Niestety wykonywanie inicjatywy zaczyna wiązać się z coraz większymi trudnościami i osobistym ryzykiem dla zaangażowanych działaczy.
W reakcji na słowa Leszka Jażdżewskiego o tym, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu” Jarosław Kaczyński, prezes rządzącej partii i polska szara eminencja zapowiada, że „Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę”…
Policja wchodzi o 6 rano do mieszkania działaczki, aresztuje ją i zajmuje sprzęt elektroniczny, uznając, że domalowanie tęczy w aureoli Matki Boskiej Częstochowskiej spełnia znamiona art. 196 Kk o publicznym znieważeniu przedmiotu czci religijnej i obrażeniu tym samym uczuć religijnych (zagrożone karą więzienia do lat dwóch).
Wykonując naszą inicjatywę, w oczywisty sposób wchodzimy na grunt podatny na podobne, nie mieszczące się w potocznej wyobraźni interpretacje. Czy kiedy staramy się uatrakcyjnić zbiórkę, na przykład żartobliwe nawiązując do najnowszych „afer” znanych z gazet, narażamy się na podobne potraktowanie, jakiego doznała Elżbieta Podleśna? Czy w wyobraźni rządzących wciąż jeszcze korzystamy z zapisanych w Konstytucji obywatelskich praw czy już „podnosimy rękę na Kościół”? Zaczynamy się bać osób nagrywających nasze działania telefonami.
Co gorsza, przy całej społecznej przychylności radykalnie zwiększyła się też liczba aktów agresji na zbierających. Bywamy wyzywani i popychani, przeszkadza nam się zbierać podpisy. Wiemy, że w wytwarzanym przez władze klimacie przyzwolenia nastroje te będą eskalować.
Przypomnijmy, że nieposiadanie wyznania oraz publiczne głoszenie swoich poglądów, podobnie jak wolność sztuki, to prawa gwarantowane przez Konstytucję.
Warto też rozprawić się z pewnym mitem. Polskie społeczeństwo nie jest już w swojej większości katolickie, a systematycznie laicyzuje się.
• Badania Pew Research Center z 2018 r. pokazało, że Polska jest światowym liderem w spadku religijności ludzi młodych – „Religia jest „bardzo ważna” dla 40 proc. starszych i zaledwie dla 16 proc. młodych. To generacyjny spadek o 23 punkty procentowe.
• Rok do roku o kilka tysięcy spada liczba bierzmowań – w 2017 r. było to tylko 288,9 tysięcy, o 3 proc. mniej niż w roku 2016.
• Spada odsetek osób uczęszczających na niedzielne msze. To już tylko 38,3 proc. zobowiązanych (tj. osób po pierwszej komunii św.i nie obłożnie chorych), przy czym statystyczny wzrost uczestnictwa w ostatnim roku wynika z urealnienia podstawy – liczebności parafii przez odjęcie osób, które wyemigrowały. (Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC) W praktyce więc do kościoła chodzą mniej więcej co czwarty Polak i Polka.
• Dramatycznie spada zaufanie do Kościoła jako instytucji publicznej. W 2008 r. wyniosło rekordowe 81 proc., następnie zaczęło spadać. W 2016 r. wynosiło już tylko 70 proc., w 2017 r. – 61 proc., a w 2018 r. – 54 proc. (CBOS).
Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych
W Komitecie znaleźli się m.in. Marta Lempart (Ogólnopolski Strajk Kobiet), Paulina Piechna-Więckiewicz (Wiosna), prof. Joanna Senyszyn (SLD), Ryszard Kalisz, Magdalena Gałkiewicz (Zieloni, kandydatka KE do Parlamentu Europejskiego w okręgu łódzkim), Marcelina Zawisza (Razem), Krzysztof Pieczyński (aktor, stow. Polska Laicka). Pełnomocniczką Komitetu jest Bożena Przyłuska (Kongres Świeckości).

Kontakt:
Bożena Przyłuska, pełnomocniczka Komitetu, tel. +48 501 122 419
Agata Czarnacka, media,
tel. +48 698 686 784

Bigos tygodniowy

Dość wstrętne to widowisko, jak niektórzy liderzy Platformy Obywatelskiej odcinają się, jak zwykle tchórzliwie i asekurancko, od słów Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim 3 Maja. Tchórzostwo okazały też władze UW, którym nie przeszkadzały niegdysiejsze harce Ordo Iuris na terenie uczelni. Wiele się od nich nie oczekuje. Nie oczekuje się chwalenia Jażdżewskiego, a tylko zachowania milczącej neutralności. Taryfa ulgowa należy się natomiast Kosiniakowi z uwagi na ciężki elektorat elektorat i szczególną rywalizację z PiS. Uznanie natomiast dla Donalda Tuska, Leszka Millera i Katarzyny Lubnauer, że zachowali się przyzwoicie i od Jażdżewskiego się nie odcięli. No cóż, nie zawsze możemy swobodnie dobierać sobie partnerów do współpracy.

Nie mnie jednemu podobał się przedtuskowy suport Leszka Jażdżewskiego z „Liberté”, który mówił o klerze polskim m.in. jako o „opętanym walką o pieniądze i o wpływy”, jako o „czarnoksiężnikach krzyżem jak pałką zaganiających owieczki do zagrody” i mówił o nim jeszcze tak: „Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujemy się w końcu, że świnia to lubi”. Dodał też, że w Kościele kat. nikt się nie pożywi, poza nim samym. Czarna sotnia klerykalna zawyła po słowach Jażdżewskiego jak nożyce po uderzeniu w stół. Jednak gwoli sprawiedliwości i skrupulatności trzeba przypomnieć, że Jażdżewski nie powiedział nic ponad to, co na przestrzeni trzydziestu lat pisaliśmy my, dziennikarze i publicyści „Trybuny”, „Nie”, „Dziś”, „Bez dogmatu” czy „Faktów i mitów”. Tyle tylko, że my nie mieliśmy takiego jak Jażdżewski szczęścia, by wpisać się w stan społecznych nastrojów i społecznej świadomości. Wtedy Kościół kat. chroniła jeszcze garda bezkarności i duża skala społecznej naiwności, jak również dystansowanie się do prawdy o nim. Jesteśmy więc generacją prekursorów, ale mimo że trochę Jażdżewskiemu zazdroszczę łaski późnego urodzenia, to i tak kieruję do niego „dużą buźkę”. Poza tym, Kościele kat. i jego polityczni adherenci, nie unoście się tak. Jak mówi pismo: „Nie lękajcie się”, bo przecież „prawda was wyzwoli”. Chyba najbardziej zabolał klerykałów katolickich chrześcijański w końcu punkt widzenia zaprezentowany przez Jażdżewskiego, to że mówił o Kościele kat, że „zaparł się Chrystusa”. Oni to potraktowali jako sygnał wojny domowej, a te zawsze się najbardziej okrutne.

Kohorta policji wtargnęła w poniedziałek rano do Elżbiety Podleśnej, znanej antypisowskiej działaczki ulicznej, zatrzymała ją i przesłuchiwała przez kilka godzin. Dlaczego? Ano dlatego, że przygotowała plakat z wizerunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli. Jojo, przyłóż sobie lód do głowy! Oszalałeś?! Chcesz się zrehabilitować za potępienie incydentu w Pruchniku, za które spotkał cię hejt katolski? Żaden sąd nie uzna tego plakatu za „obrazę uczuć religijnych”. A poza tym ten paragraf trzeba znieść, żeby odebrać pretekst takim „jojowym” posunięciom. Szkoda, że coś zaćmiło Roberta Biedronia i odciął się od czynu Podleśnej. Może nie doczytał o co chodzi?

Niejaki Grzegorz Kucharczyk, profesor w Instytucie Historii w PAN nazwał krytyków Kościoła kat., religii i wiary „ośmieloną żulią”. Karnowscy namawiają do kontrofensywy przeciw „antykatolickiej inwazji lewactwa”, a poseł PiS Mosiński zgłasza do prokuratury wypowiedź Jażdżewskiego. Czarna sotnia klerykalna kontratakuje.

Dlaczego oni tak się wydzierają? Dlaczego, gdy słucham Dudy vel Adriana czy Młodego Morawieckiego, muszę obniżać skalę głośności w telewizorze? Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim przemawiał, Leszek Jażdżewski też bez krzyku powiedział kilka zdań prawdy. A tamci się darli jak stare prześcieradło. Bez sensu, bo przecież mają mikrofony.

Adrian wydzierał się, że „Unia Europejska to my. Każdy, kto kwestionuje obecność Polski w Unii Europejskiej szkodzi naszemu krajowi”. Jemu się wydaje, że jak mówi głośno tym swoim stentorowym głosem, to mówi do rzeczy? Moja ciotka mawiała: dobrze mówi, bo głośno. Wydaje mu się, że jest Dantonem na trybunie Konwentu? I czyżby zganił samego siebie? Bo jeszcze kilka miesięcy temu mówił „o wyimaginowanej wspólnocie”. Sam się wychłostał jak oficerska wdowa?

Nie wiem kto pierwszy wpadł na ten koncept, ale pomysł, by drugą turę strajku, tę od września, nauczyciele skoordynowali z innymi grupami zawodowymi i społecznymi szykującymi się do protestu – jest pomysłem wartym poważnego rozważenia. Taki protest solidarnościowy pominiętych mógłby mieć większą siłę presji niż samotny strajk nauczycieli, który poza tym, wznowiony jesienią, nie będzie już miał dynamicznego waloru nowości.

PiS prowadzi w większości sondaży przedwyborczych, ale jeśli wziąć pod uwagę te kolosalne pieniądze, które ta władza władowała w „socjal”, w tym w „piątkę Kaczyńskiego” ostatnim rzutem na taśmę, to praktycznie ani na jotę nie poprawili poziomu poparcia z dnia wyborów 2015 roku.

Szybkie wycofano się – po „bananowym proteście” – z cenzuralnego zdjęcia dzieł sztuki z ekspozycji przez dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie Miziołka. Założę się, że ten głupi krok był inicjatywą samego Miziołka. Chciał się przypodobać władzy, ale nie „wyczaił bazy”, „mądrości etapu”. Chyba, że nie wyczuł bazy także pierwszy cenzor państwa PiS Gliński, ale o takie durne posunięcie nawet jego nie podejrzewam.

Ciekawe iskrzenie między czołowym medialnym pisuarem z „Gapola” Sakiewiczem, a „Konfederacją” Brauna, Liroya, Korwina, Winnickiego. Sakiewicz nazywa ich „moczarowcami” i prawie bez ogródek piętnuje ich jako „ruską agenturę”, która w praktyce może odebrać zwycięstwo PiS i doprowadzić do powstania „pierwszego lewicowo-liberalnego rządu od 1989 roku”. Nie sposób nie zauważyć, że z konferencji prasowych tej grupki zniknęła fanatyczna antyaborcjonistka Godek. Może ci hipermęscy prawicowi mężczyźni, jakby wzięci z oper Wagnera, odesłali ją tam, gdzie miejsce baby – do rodzenia. Niech rodzi do woli. Byle zdrowo.

Pani Barbara Borowiecka z Australii opowiedziała przed kamerą o tym, co wyczyniał z nią, gdy była nastoletnią parafianką, ksiądz Henryk Jankowski. Co na to jego żarliwi obrońcy – Duda i Guzikiewicz? Może zmodyfikują usunięty pomnik kapelana „Solidarności” przez podniesienie mu sutanny i dodanie tego, co pod sutanną?

Czesław Bielecki, orędownik „idei” zburzenia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie został odznaczony przez Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Co do mnie, przyznałbym Bieleckiemu prawo do rozebrania Pałacu, pod jednym wszakże warunkiem: że dokona tego (dosłownie) sam, własnymi rękoma i z zachowaniem wszelkich przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy, czyli że nikogo (no: może poza sobą samym) nie naraziłby na niebezpieczeństwo.

Bigos tygodniowy

Pisiory i ich aparat propagandowy jednym głosem wołają, że w rozmowach wokół Srebrnej ich Prezes zachował się z krystaliczną uczciwością, nie złamał ani nie naruszył prawa. Święta prawda. Prezes rządzącej partii politycznej nie mógł ani naruszyć ani złamać prawa, ponieważ z nonszalancją satrapy przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tymczasem, aby naruszyć czy złamać prawo, trzeba wejść w nim w bliski kontakt. A gdy Prezes, który rządził krajem bez żadnego trybu przekonuje, że między partią PiS a spółką „Srebrna” i Instytutem im. Lecha Kaczyńskiego jest „chiński mur”, to trzymajcie mnie, bo rozpęknę się ze śmiechu.

Zmarł Jan Olszewski ( ur. 1930), półroczny premier RP (1991-1992), jeden z ojców Obozu Polskiej Paranoi Politycznej. Przy okazji pojawił się pomysł wystawienia mu pomnika. W reakcji na to ktoś wyskoczył z pomnikiem Mazowieckiego. Ja proponuję galerię pomników premierów wzdłuż krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Młodemu Morawieckiemu też już można wystawić. Będzie jak znalazł. Też w końcu kiedyś – po najdłuższym życiu – odejdzie do Domu Ojca.

Tenże Morawiecki sprowadził sobie na głowę kłopot czyli wiceministra Andruszkiewicza z podejrzeniami na karku. Składanie wieńców na pomniku faszoli z NSZ w Berlinie mu nie wystarczyło

Krystyna Pawłowicz za nic ma zalecenia Prezesa, by w roku wyborczym skorzystała z okazji i przymknęła japę. Po krótkim okresie wyciszenia Krycha znów szaleje na twitterze, gdzie, jak to ona, śmieszy, tumani i przestrasza. Miota się jakby w niej siedział Belzebub. Skoro prezes nad nią nie panuje, to może powinien wezwać egzorcystę?

Sąd uznał, że podpalacz, który podpalił biuro posłanki Kempy w Sycowie nie jest poważnym wariatem i wypuścił go z zakładu. Kazano mu się tylko odrobinę podleczać z doskoku.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy”. Trafne.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, to prawdziwie salomonowy sąd. Odrzucił skargę dwóch polskich gejów, którzy zawarli związek za granicą, na odmówienie im legalizacji tegoż związku w Ojczyźnie. Jednocześnie SA uznał, że z obecnej konstytucji nie wynika zakaz legalizacji związków jednopłciowego. I to wystarczyło, by kleroprawolstwo zawyło. A przecież stara zasada prawna mówi, że co nie jest zakazana, jest dozwolone.

Kler baby na stanowisku długo nie zdzierżył. Niedługo nacieszyła się szefostwem „Szlachetnej Paczki” Joanna Sadzik, które objęła po odejściu księdza Stryczka. Właśnie, po kilku tygodniach, ją odwołano i zastąpił ją ksiądz Babiarz Grzegorz. Babiarz za Stryczka? No, nie wiem czy to dobra zamiana. Poza tym ksiądz Babiarz jest prezesem Stowarzyszenia Wiosna, która prowadzi Szlachetną Paczkę. Ale to chyba nie ta Wiosna Biedroniowa, tylko jakaś inna?

Zwykle zarzekam się, że do wyników sondaży trzeba podchodzić z ostrożnością i dystansem, jednak mam do nich pociąg jak alkoholik do alkoholu, albo jak pszczoła do miodu. To silniejsze ode mnie. Oto według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Z sondażu dla radiozet.pl wynika, że Prawo i Sprawiedliwość może liczyć na 35,05 proc głosów, podczas gdy poparcie dla Platformy Obywatelskiej wyniosłoby 32,2 proc. Na podium znalazłaby się również Wiosna Roberta Biedronia, która może spodziewać się poparcia 12 proc. respondentów.
Do Sejmu wszedłby jeszcze tylko ruch Kukiz’15 z wynikiem zbliżonym do progu wyborczego – 5,76 proc. Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły progu wyborczego. SLD zdobyłoby niecałe 4-proc. poparcia, PSL – 3,27 proc., Wolność – 1,55 proc., Nowoczesna – 1,14 proc., a Razem – 0,15 proc., Ruch Narodowy – 0 proc.
Wniosek: lewico, do roboty!
Radiozet.pl opublikowało też sondaż dotyczący wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wynika z niego, że Koalicja Europejska (PO, Nowoczesna, SLD, PSL) wyprzedziłoby Prawo i Sprawiedliwość. Koalicja Europejska może liczyć na 42,07 proc. głosów, a PiS zdobyłoby 37,59 proc. poparcia ankietowanych. To pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie zajmuje pierwszej pozycji.
Lewico, do roboty!

Jeśli wierzyć słowom papieża Franciszka, papież Wojtyła nakazał kardynałowi Ratzingerowi schować do archiwum okazane mu dokumenty świadczące o nadużyciach seksualnych i ekonomicznych w Kościele. Jeśli by to było prawdą, to znaczy, że z premedytacją krył przestępców, ergo – był kryminalistą.

Polska jednym wielkim escape roomem. Pole grząskiego błota oddziela mieszkańców niedawno zamieszkanych bloków przy alei Polski Walczącej w Warszawie od najbliższego utwardzonego traktu. Czy o to Polska Walczyła?

Syn Józefa Kurasia „Ognia” chce zarobić milion złotych plus 50 tysięcy ekstra na zbrodniczej przeszłości swojego tatusia. Sąd jednak póki co oddalił pozew, acz uzasadnienie tej decyzji jest cokolwiek niejasne i zawiłe

A na kłopoty ze Srebrną, Andruszkiewiczem i ofensywą Biedronia PiS ma jak zwykle jedno, do bólu przewidywalne lekarstwo, a raczej probiotyk: zatrzymania przez ABW, ostatnio wśród byłych z Orlenu. Co za nudziarze!

Czynnik epsilon

…czyli PiS na krawędzi.

Ponad rok temu, w listopadzie 2017 roku, w tekście „Rządy PiS obali wstrząs moralny” poddałem w wątpliwość prognozy tych obserwatorów sceny politycznej, którzy w ocenie perspektyw tych rządów kierowali się niemal wyłącznie rolą płasko pojętego czynnika ekonomicznego. Ich argumentacja brzmiała z grubsza biorąc tak: „Dopóki jest dobra sytuacja gospodarcza, dopóki PiS rozdaje 500 plus i poszerza rozmaite formy świadczeń socjalnych, dopóki jest małe bezrobocie i mamy do czynienia z generalnym, choćby nawet niewygórowanym, wzrostem wynagrodzeń, słowem – dopóki rośnie konsumpcja, władza PiS nie tylko nie jest zagrożona, ale także rokowania na przyszłość są dla niej pomyślne, a łamanie konstytucji i naruszanie praw obywatelskich nie ma znaczenia dla szerokich kręgów ich wyborców”.
Nie zdarzyło mi się natomiast, by ktokolwiek z moich licznych rozmówców na tematy polityczne – zapytany przeze mnie o to, czy i gdzie upatruje potencjalnych źródeł osłabienia w przyszłości notowań PiS i rządu, a w dalszej konsekwencji utraty władzy przez reżym – postrzegał te przyczyny w czynnikach innych niż ekonomiczne. Byłem więc osamotniony w mojej intuicji, bo tylko do takiej rangi mogły aspirować moje prognozy. Intuicja ta jednak podpowiadała mi, że władzę PiS obali w przyszłości – przepraszam za nieco szumne sformułowania – wstrząs moralno-ideowy”.

Czynnik „epsylon”…

Wspomniany tekst konkludowałem taką prognozą: „I wtedy zdarzy się coś, co dziś poruszyłoby niewielu, ale co w nowych warunkach psychologicznych, w zestawieniu z innymi czynnikami, będzie niczym „wystrzał armatni pośród ciemnej nocy”, że użyję słów XIX-wiecznego, antycarskiego dysydenta rosyjskiego Piotra Czaadajewa. Co będzie tym strzałem i kiedy nastąpi, nie wiem. Ale on nastąpi. I nie będzie to ponowne pojawienie się Cugier-Kotki”. Nie dodałem tylko, że ów potencjalny wstrząs moralny można określić jako czynnik „epsylon”, grecką literę, którą zwykło się oznaczać niespodziewany, nieprzewidywany, zaskakujący czynnik losowy, przekreślający zaplanowany, zwyczajowy i przewidywany bieg zdarzeń i kierujące nim zazwyczaj prawidłowości. Mord na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu sprawił, że powróciłem do tamtego tekstu. Prognozowanie polityczne jest zajęciem obciążonym dużym ryzykiem błędu. Nie jest to może aż wróżenie z fusów, kart czy wróżbiarstwo w ogóle, ale po prawdzie aż tak bardzo nie jest od tej specjalności odległe. I to pomimo istnienia instrumentu, jakim są wyniki sondażowych badań opinii publicznej. Oto bowiem wyniki badania poparcia dla sił politycznych przeprowadzone już po zabójstwie Adamowicza, przeprowadzone przez pracownię Kantar Milward Brown, a ogłoszone 17.01.2019, pokazały następujący wynik: PiS – 30 proc., KO – 25 proc., Biedroń – 8 proc., a ogólny wynik anty-PiS (KO, Biedroń, PSL, SLD, Razem) kontra PiS ukształtował się w relacji 43 proc. do 30 proc.. Rządowe CBOS natychmiast zareagowało wynikiem „przykrywkowym”, wedle którego PiS ma poparcie na poziomie 39 proc., KO – 22 proc., a Kukiz ‘15 – 7 proc., a Biedronia nie ma w tym badaniu ogóle, tak jak w badaniu KMB nie ma na trzecim miejscu Kukiza. Co prawda już sama ta „zamiana miejsc” nakazuje nieufność w stosunku do wartości diagnostycznej obu wyników, ale mimo wszystko na więcej zaufania zasługuje niezależna pracownia KMB niż wprost podporządkowane rządowi CBOS. Zważywszy zatem, że wynik KMB zdaje się wskazywać na znaczący spadek notowań PiS (Zjednoczonej Prawicy) oraz powiększenie i utwierdzenie przewagi nad nią ze strony formacji opozycyjnych, należy się uważnie przyglądać tendencji w kolejnych wynikach badań ogłaszanych przez tę pracownię. Mimo tego sondażowego zamętu i nikłej na ogół – spowodowanej głównie błędami metodologicznym, co stale podkreśla prof. Radosław Markowski – wartości wyników sondażowych badań, powinnością publicysty politycznego nie jest rozkładanie rąk w geście bezradności, lecz robienie swego i nie ustawanie w próbach rozszyfrowywania znaków czasu dotyczących nie tylko dnia bieżącego, lecz najbliższej choćby przyszłości. Idąc za tym, samemu sobie podsuniętym wskazaniem, spróbuję taką prognozę sformułować, choćby w trybie ćwiczenia umysłowego.
Wydaje się, że przywołany wcześniej hipotetyczny „wstrząs moralny” właśnie zaczął się dokonywać i jest on rezultatem tragedii gdańskiej z niedzieli 13 stycznia 2019 roku. Prognozę tę wysnuwam z następujących przesłanek. Po pierwsze, ogromne znaczenie ma fakt, że mord na Pawle Adamowiczu został dokonany w momencie euforycznej kulminacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ukochanej przez miliony Polaków, z najrozmaitszych warstw społecznych i z wszystkich generacji, od dzieci po osoby w wieku podeszłym. Gdyby prezydent Gdańska został zabity w inny dowolny, powszedni dzień, w swoim gabinecie czy na ulicy, wydźwięk tego tragicznego zdarzenia byłby, jakkolwiek drastycznie to zabrzmi, znacząco słabszy. Morderca ugodził jednak jednocześnie, symbolicznie, w idola milionów Polaków, Jurka Owsiaka i w ich ukochaną Orkiestrę. Jeśli ten fakt dotrze w pełni do ich świadomości, a to się jeszcze do końca nie stało, od PiS może odwrócić się co najmniej tylu dawnych zwolenników, ilu będzie im brakowało do znaczącej wygranej, a być może nawet tylu, ilu będzie potrzebnych, by utrzymać pierwsze miejsce na podium. A jednocześnie gdański wstrząs przysporzy PiS wrogów pośród tych, którzy dotąd nie chodzili na wybory, ale którzy z całego serca, gorącym sentymentem przywiązani są do Orkiestry, tego wehikułu polskiej dobroczynności. Wielu ludzi być może po raz pierwszy uświadomi sobie niszczycielską siłę PiS, to, że tam, gdzie PiS się pojawia, zaraz pojawia się też nieszczęście. W ich umysłach może pojawić się, niekoniecznie świadomie, a raczej na ogół podświadomie, imperatyw, by zerwać ten fatalny pas transmisyjny zła i cierpienia. Podobna intuicja już się w kręgach bliskich PiS pojawiła. Publicysta radykalnie propisowskiego tygodnika braci Karnowskich „Sieci” i portalu w polityce.pl Marcin Fijołek stwierdził, że „narasta przekonanie iż tragedia w Gdańsku rozstrzygnęła wynik cyklu wyborczego, a przede wszystkim wyborów parlamentarnych”. Jacek Karnowski, który tę uwagę Fijołka przywołał, konstatuje to tak: „Jeśli PiS zaakceptuje ten postulat, choćby milcząco, choćby w nadziei, że to tylko na jakiś czas, przegra. Nie da się bowiem utrzymać władzy nie prezentując własnej opowieści o Polsce, zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości czy przyszłości”.

… i inne czynniki

Po drugie, sam wspomniany czynnik „epyslon” nie byłby wystarczający, gdyby nie inne: a) znaczące słabnięcie oddziaływania 500 plus, głównego zwornika wyborczego poparcia dla PiS, b) bardzo powolne, ale stałe słabnięcie tej partii od zeszłej jesieni, c) narastające wewnętrzne konflikty grupowe i personalne oraz sprzeczności natury ideologiczno-światopoglądowej, w tym w szczególności rozczarowanie oportunistyczną i defensywną, a nawet tchórzliwą, w oczach antyaborcyjnych fanatyków spod znaku Radia Maryja czy Kai Godek, polityką PiS, ale także niezadowolenie radykalnych nacjonalistów z defensywnego charakteru tej polityki ( m.in. wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN, zahamowanie „reformy” sądownictwa i przegranie bitwy o Sąd Najwyższy, z której PiS powróciło z „podkulonym ogonem”, d) oddziaływanie psychologiczne filmu „Kler”, który obejrzało ponad 5 milionów widzów i który nadwerężył w oczach milionów widzów autorytet Kościoła kat. głównego sojusznika PiS i całej Zjednoczonej Prawicy, e) bolesna porażka programu „mieszkanie plus” f) blamaż z blokadą podwyżki cen prądu, które rosną mimo grudniowej ustawy rządowej. To tylko część czynników, które nie sprzyjają PiS i jego rządowi. I jeśli jeszcze przed tragedią z 13 stycznia prawdopodobieństwo rozpisania przez PiS przedterminowych wyborów było spore, po tragedii w Gdańsku spadło ono niemal do zera. Organizowanie wyborów w atmosferze poruszenia emocjonalno-moralnego stawiającego PiS co najmniej na cenzurowanym, stworzyłoby dla obozu Kaczyńskiego śmiertelne zagrożenie. Podtrzymując konstytucyjny termin jesienny PiS stwarza sobie przynajmniej nieco większą szansę na to, że obecna gorączka emocjonalna osłabnie, a nastroje się wyciszą, choć opozycja może, i powinna – jakkolwiek by to cynicznie zabrzmiało – je podtrzymywać.

„Epsylon” w rękach opozycji

Nie zamierzam w ten sposób spisywać PiS na straty. Prawdopodobieństwo jego wygranej ciągle jest bardzo duże. Nie mniej jednak, pojawienie się wspomnianego czynnika „epsylon” w postaci tragedii gdańskiej z 13 stycznia 2019, wzmocnionego przez dodatkowe, wymienione wyżej czynniki, przesunęło prawdopodobieństwo wygranej PiS ze względnie bezpiecznej pozycji ze sporym „zapasem” – na krawędź, za którą tylko o milimetry czai się widmo przegranej lub wygranej tylko nominalnej, polegającej na uzyskaniu pierwszego wyniku, jednakże bez możliwości sformowania rządu, nawet w koalicji. I jeśli mimo czynnika „epsylon” i czynników dodatkowych, PiS nadal nie jest na z góry straconej pozycji, to z powodu chronicznej słabości i liberalnej, i ludowej i lewicowej opozycji. Jeśli jej liderzy nie wzniosą się ponad osobiste animozje i ambicje, jeśli nie pójdą do wyborów jednym blokiem przeciw PiS (ZP), to diabli wezmą, zarówno zrządzenie Opatrzności w postaci zesłania przez nią w ręce opozycji czynnika „epsylon”, jak i te czynniki, na które w pocie czoła zapracowali sami obecnie rządzący.

Bigos tygodniowy

Powiedzieć, że Adrian Niezłomny podpisał ustawę cofającą deformę Sądu Najwyższego, ale się nie cieszył, to nic nie powiedzieć. Z wściekłości i mściwości przetrzymał do ostatniej minuty moment złożenia podpisu czyli de facto moment wypicia piwa, które sam nawarzył. Jednak po podpisaniu nie zdzierżył i dostał ataku histerycznej, infantylnej agresji. Wykipiała z niego złość i upokorzenie. Krzyczał o „bezkarnej kaście” i „anarchii” sędziów. Wydzierał się, pretensjonalnie modulował głos, robił miny, przewracał oczami. Zachował się, jak to on, jak infantylny, histeryczny, katolicki maminsynek. Na koniec wydał dyspozycję, by najdłużej jak to możliwe zwlekać z publikacją ustawy. Zuch, mołodiec!

 

***

Strzeż się księdza, bo może być przyczyną wielu groźnych chorób. Do niezliczonych szkodliwych i niebezpiecznych przedmiotów, substancji itp. dołączyli księża. Wszyscy pamiętamy rozmaite ostrzeżenia, a to, że „zapałki w ręku dziecka to pożar”, a to tabliczki z trupią główką i napisem „baczność, urządzenie elektryczne”, a to że należy myć ręce przed posiłkiem i po wyjściu z toalety, a to, że należy chronić się przed ogniskami chorobotwórczych bakterii, starannie myć owoce i warzywa przed spożyciem, strzec się przed chorobami wenerycznymi i a to, że nie wolno przewozić środkami komunikacji publicznej substancji żrących, toksycznych, śmierdzących oraz przedmiotów odrażających. Okazuje się, że także kontakt z księdzem „może być przyczyną wielu groźnych chorób”, a osobie ukąszonej przez księdza może grozić „seria bolesnych zastrzyków”. Jeśli kto ma życzenie, można by to porównać do nazistowskich afiszy antysemickich o „wszach i tyfusie plamistym”. Do listy niebezpieczeństw dołączą księża diecezji płockiej, bo wszedł w życie specjalny kodeks biskupa Piotra Libery dotyczący pracy z nieletnimi. Zapracowali Wielebni na ten godny status. Gratulacje i powinszowania! Ale, ale, te przepisy sanitarne powinny wejść w życie w całej Polsce, bo kapłani przecież są równi wobec prawa.

 

***

Aliści, jeszcze nie ostygł film „Kler” i instrukcja Libery, a tu już klechy bezczelnie otworzyli mordy, zamiast skorzystać z okazji i trzymać je zamknięte szczelnie na kłódkę. I tak Głódź gdański wziął w obronę doszczętnie zdemoralizowanego prałata Jankowskiego, a Nycz warszawski obrażał się z powodu braku całkowitego zakazu aborcji. Im naprawdę się wydaje, że są jeszcze moralnymi autorytetami. „Kleru” na nich nie ma – obłudników. Natomiast w błazeńskim wywiadzie dla Polsat News, abp poznański Gądecki objawił dobre samopoczucie i po porównaniu filmu „Kler” do nazistowskiego „Żyda Süssa” stwierdził, że „film ten nie będzie miał wpływu na praktyki religijne Polaków, bo przywiązanie do nich jest oczywiste”. Biedny błazen chyba niczego nie czyta w tej swojej wieży z kości słoniowej. Nie wie, że polskie młode pokolenie jest światowym czempionem w tempie laicyzacji, czyli jego przywiązanie do religii gwałtownie topnieje, a poparcie dla prawa do wolnej aborcji do 12 tygodnia zwiększyło się z 18 procent na początku 2016 roku, po „czarnym proteście” wzrosło do 42 procent, a teraz zwiększyło się do 69 procent. Niech Gądecki podziękuje za to swoim sojusznikom, Kai Godek i Ordo Iuris.

 

***

Szef MSZ Czaputowicz pozazdrościł poprzednikowi Waszczykowskiemu głupawych wybryków i nazwał Francję „chorym człowiekiem Europy ciągnącym ją w dół”, przeciwstawiając jej pisowską Polskę jako „jasny punkt na mapie Europy ciągnący ją w górę”. To prawda, że Francja nie jest dziś jako kraj w zbyt dobrej formie, ale chciałbym, żebyśmy tu nad Wisłą byli już tak chorzy jak Francja. To – mimo wszystkich kłopotów – cywilizacja ciągle z innej niż Polska półki. Konie kują, a megalomańska żaba podstawia nogę.

 

***

Bracia Karnowscy to prawdziwi ekscentrycy. Widać też, że to i owo przeczytali z klasycznej literatury. Wyraźnie z „Folwarku zwierzęcego” Orwella zaczerpnęli ideę, która przyświeca formule ich nagrody dla „Człowieka wolności”. Tak jak u Orwella aparat represji nazywał się Ministerstwem Miłości, a aparat kłamliwej propagandy – Ministerstwem Prawdy, tak w roku 2016 tytułem „Człowieka Wolności” uhonorowali nagrodą „Sieci” prezesa PiS, w 2017 – Przyłębską, a w 2018 – ministra kultury Glińskiego. Jednak nie tylko ekscentryzm powoduje Karnowskimi. Oni wiedzą za Karolem Marksem, że „wolność jest uświadomioną koniecznością”.

 

***

Cokolwiek dziwny wyrok w sprawie niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” wydał krakowski sąd. Emocjonalną konfuzję i gorycz bogu ducha winnego, bardzo sędziwego kombatanta AK, który podał do sądu twórców serialu, można zrozumieć. Pokazano tam bowiem akowców jako antysemitów, a on antysemitą się nie czuje i pewnie nie jest. Jednak istnieją udokumentowane świadectwa, że postawy antysemickie w polskim podziemiu niepodległościowym w okresie okupacji, w tym tak licznej organizacji, jaką była AK, występowały. Świadczy o tym choćby sprawa mordu na ludziach akowskiego Biura Informacji Prasowej, Makowieckiego i Widerszala w czerwcu 1944 roku. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z fabularnym serialem, z fikcyjną, zmyśloną akcją, w której uprawnione są rozmaite ujęcia, uogólnienia czy uszczegółowienia zgodne z ideą artystyczną utworu. Równie dobrze można by bowiem podawać do sądu twórców „Stawki większej niż życie” za to, że postać hauptsturmführera Hermanna Brunnera stawia gestapo w świetle bardziej negatywnym niż na to zasługiwało, względnie że jest jako esesman pokazany zbyt sympatycznie, a autorów „Czterech pancernych i psa” oskarżać o pokazywanie sowieckich wrogów jako ciepłych sojuszników.

 

***

Nie po raz pierwszy ujawniają się tzw. „murzyńskie” cechy części narodu polskiego, przy czym „murzyńskość” należy tu rozumieć w aspekcie mentalnym, a nie koloru skóry. To archaiczna mentalność, która nakazywała kiedyś oszukiwanym plemionom afrykańskim przyjmowanie w dobrej wierze paciorków od białych kolonizatorów. Ten sam mechanizm powodował tymi, którzy przed laty, za rządu PO-PSL, uwierzyli złoty deszcz od arabskiego inwestora. Jeszcze wcześniej katolicki naród porzucił katolickich nudziarzy politycznych, Wałęsę i Mazowieckiego i uwierzył w syreni śpiew cudotwórcy z Peru, Stanisława Tymińskiego. Potem wierzył w rozmaitych stadionowych uzdrowicieli. Teraz ta naiwna „murzyńskość” (przepraszam wszystkich inteligentnych czarnoskórych) kazała poważnym, jak można by przypuszczać, działaczom i funkcjonariuszom z KS Wisła Kraków uwierzyć, jak w dobroczynną wartość ofiarowanych paciorków, w uczciwe intencje jakiegoś azjatyckiego kombinatora na milę cuchnącego szachrajem i kryjącego wizerunek jak przestępca w sądzie. Również niedawny pisowski ekspres z prądem w Sejmie i Senacie, to już przewidywalna i nudna nowa świecka tradycja.

 

***

I tak miałem nie wpuścić do mieszkania klechy łażącego po tzw. kolędzie, czyli za świeżą kasą na nowy rok, ale gdy zobaczyłem na klatce schodowej dwóch małoletnich (góra lat dziesięć) ministrantów-niewolników, pozostawionych przez niego bez opieki i wyczekujących na swojego pryncypała, właśnie obchodzącego lokale za kasą, nie wpuściłem go tym bardziej. Zastanawiam się od lat, czy w dobie czyhających na młodych ludzi(także tych ubranych w bielutkie komże) niebezpieczeństwa jest jakiś sens w ich narażania na niewłaściwe zachowania ze strony niektórych przedstawicieli naszego ultrakatolickiego społeczeństwa? Czy w ogóle jest jakiś sens aby klesze towarzyszyła (przed domem wiernego-wiernej) taka obstawa?

 

***

A już na koniec… Wszystkim PT Czytelnikom Bigosu tygodniowego życzę wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i do zobaczenia na łamach naszej gazety.

Bonne continuation!

O filmie Smarzowskiego „Kler” piszą i mówią dzisiaj niemal wszyscy.  Ale pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu.

 

Z drugiej strony emisja tego filmy jest niewątpliwie wydarzeniem ważnym, może nawet historycznym.
Trudno więc go pominąć na stronach mojego subiektywnego kalendarium politycznego. Wybrałem się więc na film Smarzowskiego „Kler”.
Do wrocławskiej Korony. Seans o 18:30. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Widownia poruszona. Po zakończeniu projekcji oklaski, powaga.
Stworzenie i pokazanie filmu „kler” jest niewątpliwie bardzo ważnym wydarzeniem społecznym i politycznym w Polsce.
Skoro na mnie, agnostyku, zrobiło to filmowe dzieło tak ogromne wrażenie, to mogę tylko próbować sobie wyobrazić jakie wrażenie robi ono na ludziach głęboko wierzących, zanoszących do konfesjonału wszystkie swoje bóle i troski, powierzających kapłanom wychowanie swoich dzieci. Jak ważnym jest to wydarzenie – tego dzisiaj nie sposób ocenić. Ale parę rzeczy jest pewnych.
Po pierwsze więc jest to film bardzo potrzebny. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale.
Po drugie, film nie jest oczywiście wierną fotografią polskiego kleru, ale wierną fotografią niektórych, bardzo ważnych problemów tej zbiorowości.
Po trzecie film jest niewątpliwie rodzajem hołdu i współczucia ofiarom księży – pedofilów.
Jest aktem społecznego ubolewania nad ich tragicznym losem. Ale też jest – mam taką nadzieję – skuteczną próbą przełamania zmowy milczenia najbliższych wokół dziecięcych dramatów. Zmowy, która skutecznie skrywała tą obrzydliwą patologię części duchowieństwa przez stulecia.
Po czwarte wreszcie film spełnił rolę szpilki, która publicznie przekłuła olbrzymi, nadmuchany do granic balon. Czar prysł, tabu zostało złamane. Mam więc nadzieję, że film „Kler” otworzył nowy rozdział nie tylko polskiego kina, ale polskiej sztuki, w którym o patologiach stanu kapłańskiego nie tylko będzie można, ale będzie trzeba mówić do bólu otwarcie i szczerze.
Pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu. Jest ich dużo, dużo więcej. Na drugi plan niewątpliwie wysuwa się kwestia duchowieństwo a dobra doczesne: pieniądze, nieruchomości, władza. Mam nadzieję, że te wątki będą kontynuowane. Tym bardziej, że przeczytałem gdzieś, że Smarzowski nosi się już ze scenariuszem filmu „Kler 2”. Bonne continuation!

 

Tekst ukazał się ba blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Uwag powyborczych gorąca porcja

Za wcześnie jeszcze na pełny bilans niedzielnych wyborów samorządowych. Przyjdzie na niego czas po ostatecznym uformowaniu się nowych struktur władzy samorządowej i po zawarciu wszelkich możliwych regionalnych koalicji. Jednak już teraz wypada poczynić kilka uwag bieżących. Jedno nie ulega wątpliwości: to nie są dla PiS dobre dni.

 

Po pierwsze, zostawiając na boku szczegóły i nie wdając się w potencjalny bieg zdarzeń i konsekwencji powyborczych, ani nie analizując poszczególnych segmentów tych wyborów (choćby klęska PiS w miastach z Warszawą, Łodzią i Poznaniem na czele i równolegle jego względny sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich) nie sposób jednak przede wszystkim nie zauważyć, że suma wyników ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich (KO – ok. 26 procent, PSL – ok. 13 procent i SLD – ok. 6 procent) wynosi ok. 45 procent, czyli o około 6 punktów procentowych przewyższa sumę wyników PiS (33 procent) i Kukiz (ok. 6 procent). Jakkolwiek ukształtują się ostateczne wyniki liczbowe, owa proporcja najprawdopodobniej zostanie zachowana. To jest dla wszystkich sił (nie tylko dla władzy) koronne memento. Po drugie, na krótko przed wyborami samorządowymi 21 października 2018 roku, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał przywrócenie do orzekania sędziów Sądu Najwyższego, którzy sławetną, jawnie łamiącą Konstytucję ustawą zostali przeniesieni w stan spoczynku.

 

Twardy orzech do zgryzienia

To już nie jest podlegający spekulacjom stan pełen wątpliwości i niejasności, stwarzający pisowskiej władzy możliwości lawirowania, pozorowania ruchów kompromisowych, przeciągania negocjacji z UE, lecz twardy wyrok nie pozostawiający żadnej awaryjnej furtki. W reakcji na wyrok TSUE pisowcy właściwie zaniemówili. Duda Andrzej milczy, Morawiecki Mateusz ograniczył się do zdawkowych ogólników o odwołaniu się od wyroku i nawet główni promotorzy czystki w sądownictwie, czyli Ziobro Zbigniew z przybocznymi Piotrowiczem i Astem et consortes dostroili się do tych reakcji czy raczej do ich braku. Jedynie szef MSZ Jacek Czaputowicz napomknął coś samotnie o zmianie ustawy o SN, ale nie wyjaśnił w jakim kierunku miałaby ona zmierzać. W sytuacji gdy wezwani przez I Prezes SN Małgorzatę Gesdorf sędziowie wracają ze stanu spoczynku do pracy, PiS naprawdę ma twardy orzech do zgryzienia i patrzy na to dość biernie, gryząc palce z bezsilności. Wariant radykalnego, buńczucznego, w klasycznym stylu pisowskim, odrzucenia wyroku TSUE raczej już nie wchodzi w rachubę, tym bardziej, że gdyby miało do tego dojść, już by doszło. Ta zwłoka w reakcji nie działa tu na korzyść PiS i każdy kolejny dzień bierności stawia władzę w coraz trudniejszej sytuacji. Na domiar wszystkiego, poziom natężenia emocji w walce politycznej w Polsce jest tak wysoki, że jakikolwiek kompromis będzie bardzo trudny do osiągnięcia, o ile nie niemożliwy. Do tego dochodzi ta oto dodatkowa, niezmiernie dla PiS kłopotliwa okoliczność, że tzw. reforma sądownictwa była i pozostaje dla niego celem koronnym i flagowym, nie mniej istotnym niż wprowadzenie 500 plus. Wycofanie się z niej a nawet pójście na daleko idące kompromisy oznaczałoby wywieszenie przez PiS białej flagi, a to może wywołać trudne do przewidzenia reakcje w szeregach elektoratu. Natomiast kompromis pozorny, „lipny”, nie jest do przyjęcia przez żadną ze stron konfliktu, nie wspominając już o tym, że żaden kompromis nie jest na rękę żadnej ze stron, bo tylko ostra polaryzacja służy politykom. Problem, przed którym w kwestii SN stoi PiS, to istna kwadratura koła, twardy orzech do zgryzienia.

 

Kilka „szklanych sufitów”

Niedzielne wybory samorządowe pokazały dowodnie, że nad obozem rządzącym (PiS i przystawki) rozpościera się praktycznie niemożliwy do przebicia „szklany sufit”. O ile po wyborach parlamentarnych z października 2015 roku władza PiS mogła liczyć na przyszły bonus wynikający w pierwszym rzędzie z efektu dotrzymania obietnicy, czyli wprowadzenia 500 plus, o tyle wynik wyborów samorządowych pokazał, że było to tylko pobożne życzenie. Biorąc pod uwagę to, że władza PiS rzuciła na te wybory wszystkie możliwe siły i środki (instrumenty administracyjne, pieniądze, propagandę TVP i Polskiego Radia, służby specjalne, krajowy tour premiera Morawieckiego, etc.), to owe 33 procent jest wynikiem nader skromnym. I nie zmienia tego faktu okoliczność, że specyfika wyborów samorządowych jest inna niż parlamentarnych. Jednak syndrom „szklanego sufitu” dotyka niestety także sił opozycyjnych. Podlega mu wyraźnie Koalicja Obywatelska, co jest tematem na osobne rozważania, ale zatrzymam się przy „bliskiej ciału koszuli”, czyli SLD. Jego wynik znacząco odbiega na niekorzyść od poziomu aspiracji wywołanych przez obiecującą koniunkturę sondażową trwającą od zeszłego roku. Stawia to przed działaczami Sojuszu konieczność przeanalizowania przyczyn tego stanu rzeczy i szybkiego podjęcia działań mających na celu znalezienie sposobu na przełamanie owej bariery. Nie wolno się jednak łudzić: będzie to piekielnie trudne.

 

Nieudana próba dobicia PSL

Ciekawy jest niezły (choć liczbowo słabszy niż cztery lata temu) wynik PSL. PiS-owi nie udało się osiągnąć celu, do którego zmierzało intensywnie, zwłaszcza w końcowej fazie kampanii wyborczej – definitywnego zniszczenia wpływów PSL na wsi. Powodów tego niepowodzenia jest zapewne kilka. Po pierwsze, ogólne rozczarowanie wsi polityką rolną rządu PiS. Po drugie i po trzecie, na co prawie nikt nie zwraca uwagi: są nimi negatywne dla rolników skutki ustawy ograniczającej handel ziemią, a także… zakaz handlu w niedzielę. Dopiero z pewnym opóźnieniem rolnicy, właściciele ziemi uświadomili sobie, jak dolegliwa jest dla nich ta ustawa, jak bardzo ubezwłasnowolniająca. Po drugie, wbrew ogólnemu wyobrażeniu, coniedzielne zakupy w centrach handlowych bynajmniej nie były obyczajem wyłącznie miejskim. W warunkach ogólnego postępu cywilizacyjnego na wsi, w tym wynikającej z nich powszechnej dostępności do aut osobowych, duża część rolników i mieszkańców wsi fundowała sobie w każdą niedzielę „rozrywkę” i ucieczkę od „wiejskiej nudy” w postaci wyprawy do najbliższego centrum handlowego. PiS im to odebrał i w tych wyborach także za to zapłacił.

 

„Kler” zrobił swoje?

Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden czynnik. Co prawda film „Kler” do znaczącej części mieszkańców wsi jeszcze nie dotarł, ale z jego ogólną wymową mogli przecież zapoznać się dzięki sugestywnym zwiastunom obficie serwowanym w telewizji i internecie. Wypada poważnie przyjąć tezę profesora Andrzeja Rycharda, który w efekcie „Kleru” upatruje jednej z przyczyn słabszego wyniku PiS. Hipoteza, że film ten „ukradł” PiS-owi co najmniej jeden procent poparcia bynajmniej nie jest „od czapy”. Ostatecznie PiS jest z „Klerem” mocno zblatowany, a tradycyjny ludowy antyklerykalizm nie obumarł. Jakie natomiast przyczyny wpłynęły na osłabienie wyniku PiS? Było ich wiele i to one stworzyły nastrój i stan wojny PiS ze wszystkimi na wielu frontach. Z czynników bezpośrednio poprzedzających trzeba jednak wymienić fatalny dla PiS efekt wniosku Ziobry do tzw. TK, wniosku zmierzającego do odebrania sędziom prawa zadawania pytań prejudycjalnych, a także bardzo niefortunną, zbyt agresywną końcówkę kampanii, w tym absurdalny spot dotyczący rzekomego zagrożenia uchodźcami, którego grubymi nićmi szyty sposób epatowania odbiorców obraził inteligencję nawet części osób umiarkowanie życzliwych PiS. Jaki będzie polityczny efekt osłabienia PiS? Wyhamowanie agresywnego impetu politycznego władzy. Bezradność w reakcji na wyrok TSUE jest tego wyraźnym zwiastunem. Dlatego trudno uwierzyć, by pomimo histerycznych wrzasków Krystyny Pawłowicz Kaczyński dał znak do rzucenia na sejmowy stół projektu kagańcowej ustawy skierowanej przeciw wolności mediów. Tyle uwag na gorąco, z gorącym kartoflem powyborczym w dłoni. Na bardziej dogłębne analizy przyjdzie czas, gdy nowy pejzaż samorządowy ostatecznie się ustabilizuje.

Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.

Głos lewicy

Pedofilia w kościele

Ten trudny temat poruszyła lewicowa działaczka Teresa Jakubowska:

Muszę dodać kilka komentarzy do twierdzeń czy wątpliwości, których pełno w mediach na ten temat.
Obowiązkowe utajnianie tych przestępstw w kościele katolickim zarówno przez ofiary jak i wszystkich zainteresowanych usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała druga wersja instrukcji ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu w ramach struktur kościelnych.
Obowiązującą dziś instrukcję wydała Kongregacja Nauki Wiary w roku 2001. Szefem kongregacji był wtedy Kardynał Ratzinger a papieżem Jan Paweł II. Znali sie bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. Instrukcja z 2001 r. także zobowiązuje do milczenia. Z inicjatywy JPII wprowadzono do dokumentu przedawnienie w chwili osiągnięcia przez ofiarę 28 roku życia. Takie przedawnienie pedofilii obowiązuje teraz w polskim prawie karnym. Termin jest oczywiście za krótki. W Europie stosuje sie zwykle 20 lat od uzyskania pełnoletniości przez ofiarę co też nie jest zawsze wystarczające. W Szwajcarii pedofilia w ogóle sie nie przedawnia (było referendum). Jest oczywiste, że treść tej instrukcji – jakkolwiek podpisana przez Ratzingera – została uzgodniona z papieżem. Pamiętam protesty organizacji z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii w kościele.
Także stanowisko papieża Franciszka nie jest jasne w tej sprawie, bo nie spowodował powstania nowych zasad postępowania rzeczywiście chroniących dzieci przed tego typu przestępstwami księży i zakonników. W każdym razie nie słychać, żeby zasada tajności miała być zniesiona. Wygląda na to, że Franciszek także nie chce pełnej jurysdykcji państwa i zrównania traktowania przestępców w sutannach równie surowo jak przestępców cywilnych.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są całkiem świeckie, bez przedstawicieli kościoła. Te komisje przyjmowały także zgłoszenia ofiar nawet wtedy gdy przestępstwo dawno się przedawniło. Powstały głównie dla ofiar i praktycznie zawsze doprowadzały do kar więzienia winnych oraz do zadośćuczynienia finansowego na koszt kościoła. Jak byłoby u nas – to widać po urzędowym spisie pedofilów gdzie nie ma ani jednego aktualnego czy byłego przedstawiciela kościoła. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem, zwłaszcza pod rządami PiS. To niesprawiedliwe i sprzeczne z prawem, tym bardziej, że pedofile świeccy przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Księża nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle krótkie, rzadko odbywają tę karę.
Najbardziej oburzający jest brak zadośćuczynienia finansowego. Kościół twierdzi, że ksiądz nie jest funkcjonariuszem a przecież jest nawet umundurowany. Poza tym kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – uważa, że jest za biedny na wypłacanie zadośćuczynienia ofiarom. Poznański wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta jest moim zdaniem za niska i powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania. Powinna być określona przynajmniej w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakiś czas przed sądem należnej podwyżki. Z tego co wyczytałam wynika, że ofiara nawet do pracy się nie nadaje. Powinna mieć chyba przyzwoitego kuratora.
Także osoby, które wiedzą o przestępstwach, których ofiarami są dzieci a nie informują o tym prokuratury, powinny być karane wysoką grzywną.
W związku z powyższym wydaje sie jedynie słuszne wzorowanie się na działalności specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe w aktualnej sytuacji politycznej. Wyszłaby z tego karykatura.
Trzeba także podkreślić, że wygłaszana czasem opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat, zresztą dopiero od XI wieku. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że sperma uderza im do głowy.