Bonne continuation!

O filmie Smarzowskiego „Kler” piszą i mówią dzisiaj niemal wszyscy.  Ale pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu.

 

Z drugiej strony emisja tego filmy jest niewątpliwie wydarzeniem ważnym, może nawet historycznym.
Trudno więc go pominąć na stronach mojego subiektywnego kalendarium politycznego. Wybrałem się więc na film Smarzowskiego „Kler”.
Do wrocławskiej Korony. Seans o 18:30. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Widownia poruszona. Po zakończeniu projekcji oklaski, powaga.
Stworzenie i pokazanie filmu „kler” jest niewątpliwie bardzo ważnym wydarzeniem społecznym i politycznym w Polsce.
Skoro na mnie, agnostyku, zrobiło to filmowe dzieło tak ogromne wrażenie, to mogę tylko próbować sobie wyobrazić jakie wrażenie robi ono na ludziach głęboko wierzących, zanoszących do konfesjonału wszystkie swoje bóle i troski, powierzających kapłanom wychowanie swoich dzieci. Jak ważnym jest to wydarzenie – tego dzisiaj nie sposób ocenić. Ale parę rzeczy jest pewnych.
Po pierwsze więc jest to film bardzo potrzebny. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale.
Po drugie, film nie jest oczywiście wierną fotografią polskiego kleru, ale wierną fotografią niektórych, bardzo ważnych problemów tej zbiorowości.
Po trzecie film jest niewątpliwie rodzajem hołdu i współczucia ofiarom księży – pedofilów.
Jest aktem społecznego ubolewania nad ich tragicznym losem. Ale też jest – mam taką nadzieję – skuteczną próbą przełamania zmowy milczenia najbliższych wokół dziecięcych dramatów. Zmowy, która skutecznie skrywała tą obrzydliwą patologię części duchowieństwa przez stulecia.
Po czwarte wreszcie film spełnił rolę szpilki, która publicznie przekłuła olbrzymi, nadmuchany do granic balon. Czar prysł, tabu zostało złamane. Mam więc nadzieję, że film „Kler” otworzył nowy rozdział nie tylko polskiego kina, ale polskiej sztuki, w którym o patologiach stanu kapłańskiego nie tylko będzie można, ale będzie trzeba mówić do bólu otwarcie i szczerze.
Pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu. Jest ich dużo, dużo więcej. Na drugi plan niewątpliwie wysuwa się kwestia duchowieństwo a dobra doczesne: pieniądze, nieruchomości, władza. Mam nadzieję, że te wątki będą kontynuowane. Tym bardziej, że przeczytałem gdzieś, że Smarzowski nosi się już ze scenariuszem filmu „Kler 2”. Bonne continuation!

 

Tekst ukazał się ba blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Uwag powyborczych gorąca porcja

Za wcześnie jeszcze na pełny bilans niedzielnych wyborów samorządowych. Przyjdzie na niego czas po ostatecznym uformowaniu się nowych struktur władzy samorządowej i po zawarciu wszelkich możliwych regionalnych koalicji. Jednak już teraz wypada poczynić kilka uwag bieżących. Jedno nie ulega wątpliwości: to nie są dla PiS dobre dni.

 

Po pierwsze, zostawiając na boku szczegóły i nie wdając się w potencjalny bieg zdarzeń i konsekwencji powyborczych, ani nie analizując poszczególnych segmentów tych wyborów (choćby klęska PiS w miastach z Warszawą, Łodzią i Poznaniem na czele i równolegle jego względny sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich) nie sposób jednak przede wszystkim nie zauważyć, że suma wyników ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich (KO – ok. 26 procent, PSL – ok. 13 procent i SLD – ok. 6 procent) wynosi ok. 45 procent, czyli o około 6 punktów procentowych przewyższa sumę wyników PiS (33 procent) i Kukiz (ok. 6 procent). Jakkolwiek ukształtują się ostateczne wyniki liczbowe, owa proporcja najprawdopodobniej zostanie zachowana. To jest dla wszystkich sił (nie tylko dla władzy) koronne memento. Po drugie, na krótko przed wyborami samorządowymi 21 października 2018 roku, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał przywrócenie do orzekania sędziów Sądu Najwyższego, którzy sławetną, jawnie łamiącą Konstytucję ustawą zostali przeniesieni w stan spoczynku.

 

Twardy orzech do zgryzienia

To już nie jest podlegający spekulacjom stan pełen wątpliwości i niejasności, stwarzający pisowskiej władzy możliwości lawirowania, pozorowania ruchów kompromisowych, przeciągania negocjacji z UE, lecz twardy wyrok nie pozostawiający żadnej awaryjnej furtki. W reakcji na wyrok TSUE pisowcy właściwie zaniemówili. Duda Andrzej milczy, Morawiecki Mateusz ograniczył się do zdawkowych ogólników o odwołaniu się od wyroku i nawet główni promotorzy czystki w sądownictwie, czyli Ziobro Zbigniew z przybocznymi Piotrowiczem i Astem et consortes dostroili się do tych reakcji czy raczej do ich braku. Jedynie szef MSZ Jacek Czaputowicz napomknął coś samotnie o zmianie ustawy o SN, ale nie wyjaśnił w jakim kierunku miałaby ona zmierzać. W sytuacji gdy wezwani przez I Prezes SN Małgorzatę Gesdorf sędziowie wracają ze stanu spoczynku do pracy, PiS naprawdę ma twardy orzech do zgryzienia i patrzy na to dość biernie, gryząc palce z bezsilności. Wariant radykalnego, buńczucznego, w klasycznym stylu pisowskim, odrzucenia wyroku TSUE raczej już nie wchodzi w rachubę, tym bardziej, że gdyby miało do tego dojść, już by doszło. Ta zwłoka w reakcji nie działa tu na korzyść PiS i każdy kolejny dzień bierności stawia władzę w coraz trudniejszej sytuacji. Na domiar wszystkiego, poziom natężenia emocji w walce politycznej w Polsce jest tak wysoki, że jakikolwiek kompromis będzie bardzo trudny do osiągnięcia, o ile nie niemożliwy. Do tego dochodzi ta oto dodatkowa, niezmiernie dla PiS kłopotliwa okoliczność, że tzw. reforma sądownictwa była i pozostaje dla niego celem koronnym i flagowym, nie mniej istotnym niż wprowadzenie 500 plus. Wycofanie się z niej a nawet pójście na daleko idące kompromisy oznaczałoby wywieszenie przez PiS białej flagi, a to może wywołać trudne do przewidzenia reakcje w szeregach elektoratu. Natomiast kompromis pozorny, „lipny”, nie jest do przyjęcia przez żadną ze stron konfliktu, nie wspominając już o tym, że żaden kompromis nie jest na rękę żadnej ze stron, bo tylko ostra polaryzacja służy politykom. Problem, przed którym w kwestii SN stoi PiS, to istna kwadratura koła, twardy orzech do zgryzienia.

 

Kilka „szklanych sufitów”

Niedzielne wybory samorządowe pokazały dowodnie, że nad obozem rządzącym (PiS i przystawki) rozpościera się praktycznie niemożliwy do przebicia „szklany sufit”. O ile po wyborach parlamentarnych z października 2015 roku władza PiS mogła liczyć na przyszły bonus wynikający w pierwszym rzędzie z efektu dotrzymania obietnicy, czyli wprowadzenia 500 plus, o tyle wynik wyborów samorządowych pokazał, że było to tylko pobożne życzenie. Biorąc pod uwagę to, że władza PiS rzuciła na te wybory wszystkie możliwe siły i środki (instrumenty administracyjne, pieniądze, propagandę TVP i Polskiego Radia, służby specjalne, krajowy tour premiera Morawieckiego, etc.), to owe 33 procent jest wynikiem nader skromnym. I nie zmienia tego faktu okoliczność, że specyfika wyborów samorządowych jest inna niż parlamentarnych. Jednak syndrom „szklanego sufitu” dotyka niestety także sił opozycyjnych. Podlega mu wyraźnie Koalicja Obywatelska, co jest tematem na osobne rozważania, ale zatrzymam się przy „bliskiej ciału koszuli”, czyli SLD. Jego wynik znacząco odbiega na niekorzyść od poziomu aspiracji wywołanych przez obiecującą koniunkturę sondażową trwającą od zeszłego roku. Stawia to przed działaczami Sojuszu konieczność przeanalizowania przyczyn tego stanu rzeczy i szybkiego podjęcia działań mających na celu znalezienie sposobu na przełamanie owej bariery. Nie wolno się jednak łudzić: będzie to piekielnie trudne.

 

Nieudana próba dobicia PSL

Ciekawy jest niezły (choć liczbowo słabszy niż cztery lata temu) wynik PSL. PiS-owi nie udało się osiągnąć celu, do którego zmierzało intensywnie, zwłaszcza w końcowej fazie kampanii wyborczej – definitywnego zniszczenia wpływów PSL na wsi. Powodów tego niepowodzenia jest zapewne kilka. Po pierwsze, ogólne rozczarowanie wsi polityką rolną rządu PiS. Po drugie i po trzecie, na co prawie nikt nie zwraca uwagi: są nimi negatywne dla rolników skutki ustawy ograniczającej handel ziemią, a także… zakaz handlu w niedzielę. Dopiero z pewnym opóźnieniem rolnicy, właściciele ziemi uświadomili sobie, jak dolegliwa jest dla nich ta ustawa, jak bardzo ubezwłasnowolniająca. Po drugie, wbrew ogólnemu wyobrażeniu, coniedzielne zakupy w centrach handlowych bynajmniej nie były obyczajem wyłącznie miejskim. W warunkach ogólnego postępu cywilizacyjnego na wsi, w tym wynikającej z nich powszechnej dostępności do aut osobowych, duża część rolników i mieszkańców wsi fundowała sobie w każdą niedzielę „rozrywkę” i ucieczkę od „wiejskiej nudy” w postaci wyprawy do najbliższego centrum handlowego. PiS im to odebrał i w tych wyborach także za to zapłacił.

 

„Kler” zrobił swoje?

Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden czynnik. Co prawda film „Kler” do znaczącej części mieszkańców wsi jeszcze nie dotarł, ale z jego ogólną wymową mogli przecież zapoznać się dzięki sugestywnym zwiastunom obficie serwowanym w telewizji i internecie. Wypada poważnie przyjąć tezę profesora Andrzeja Rycharda, który w efekcie „Kleru” upatruje jednej z przyczyn słabszego wyniku PiS. Hipoteza, że film ten „ukradł” PiS-owi co najmniej jeden procent poparcia bynajmniej nie jest „od czapy”. Ostatecznie PiS jest z „Klerem” mocno zblatowany, a tradycyjny ludowy antyklerykalizm nie obumarł. Jakie natomiast przyczyny wpłynęły na osłabienie wyniku PiS? Było ich wiele i to one stworzyły nastrój i stan wojny PiS ze wszystkimi na wielu frontach. Z czynników bezpośrednio poprzedzających trzeba jednak wymienić fatalny dla PiS efekt wniosku Ziobry do tzw. TK, wniosku zmierzającego do odebrania sędziom prawa zadawania pytań prejudycjalnych, a także bardzo niefortunną, zbyt agresywną końcówkę kampanii, w tym absurdalny spot dotyczący rzekomego zagrożenia uchodźcami, którego grubymi nićmi szyty sposób epatowania odbiorców obraził inteligencję nawet części osób umiarkowanie życzliwych PiS. Jaki będzie polityczny efekt osłabienia PiS? Wyhamowanie agresywnego impetu politycznego władzy. Bezradność w reakcji na wyrok TSUE jest tego wyraźnym zwiastunem. Dlatego trudno uwierzyć, by pomimo histerycznych wrzasków Krystyny Pawłowicz Kaczyński dał znak do rzucenia na sejmowy stół projektu kagańcowej ustawy skierowanej przeciw wolności mediów. Tyle uwag na gorąco, z gorącym kartoflem powyborczym w dłoni. Na bardziej dogłębne analizy przyjdzie czas, gdy nowy pejzaż samorządowy ostatecznie się ustabilizuje.

Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.

Głos lewicy

Pedofilia w kościele

Ten trudny temat poruszyła lewicowa działaczka Teresa Jakubowska:

Muszę dodać kilka komentarzy do twierdzeń czy wątpliwości, których pełno w mediach na ten temat.
Obowiązkowe utajnianie tych przestępstw w kościele katolickim zarówno przez ofiary jak i wszystkich zainteresowanych usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała druga wersja instrukcji ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu w ramach struktur kościelnych.
Obowiązującą dziś instrukcję wydała Kongregacja Nauki Wiary w roku 2001. Szefem kongregacji był wtedy Kardynał Ratzinger a papieżem Jan Paweł II. Znali sie bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. Instrukcja z 2001 r. także zobowiązuje do milczenia. Z inicjatywy JPII wprowadzono do dokumentu przedawnienie w chwili osiągnięcia przez ofiarę 28 roku życia. Takie przedawnienie pedofilii obowiązuje teraz w polskim prawie karnym. Termin jest oczywiście za krótki. W Europie stosuje sie zwykle 20 lat od uzyskania pełnoletniości przez ofiarę co też nie jest zawsze wystarczające. W Szwajcarii pedofilia w ogóle sie nie przedawnia (było referendum). Jest oczywiste, że treść tej instrukcji – jakkolwiek podpisana przez Ratzingera – została uzgodniona z papieżem. Pamiętam protesty organizacji z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii w kościele.
Także stanowisko papieża Franciszka nie jest jasne w tej sprawie, bo nie spowodował powstania nowych zasad postępowania rzeczywiście chroniących dzieci przed tego typu przestępstwami księży i zakonników. W każdym razie nie słychać, żeby zasada tajności miała być zniesiona. Wygląda na to, że Franciszek także nie chce pełnej jurysdykcji państwa i zrównania traktowania przestępców w sutannach równie surowo jak przestępców cywilnych.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są całkiem świeckie, bez przedstawicieli kościoła. Te komisje przyjmowały także zgłoszenia ofiar nawet wtedy gdy przestępstwo dawno się przedawniło. Powstały głównie dla ofiar i praktycznie zawsze doprowadzały do kar więzienia winnych oraz do zadośćuczynienia finansowego na koszt kościoła. Jak byłoby u nas – to widać po urzędowym spisie pedofilów gdzie nie ma ani jednego aktualnego czy byłego przedstawiciela kościoła. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem, zwłaszcza pod rządami PiS. To niesprawiedliwe i sprzeczne z prawem, tym bardziej, że pedofile świeccy przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Księża nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle krótkie, rzadko odbywają tę karę.
Najbardziej oburzający jest brak zadośćuczynienia finansowego. Kościół twierdzi, że ksiądz nie jest funkcjonariuszem a przecież jest nawet umundurowany. Poza tym kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – uważa, że jest za biedny na wypłacanie zadośćuczynienia ofiarom. Poznański wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta jest moim zdaniem za niska i powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania. Powinna być określona przynajmniej w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakiś czas przed sądem należnej podwyżki. Z tego co wyczytałam wynika, że ofiara nawet do pracy się nie nadaje. Powinna mieć chyba przyzwoitego kuratora.
Także osoby, które wiedzą o przestępstwach, których ofiarami są dzieci a nie informują o tym prokuratury, powinny być karane wysoką grzywną.
W związku z powyższym wydaje sie jedynie słuszne wzorowanie się na działalności specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe w aktualnej sytuacji politycznej. Wyszłaby z tego karykatura.
Trzeba także podkreślić, że wygłaszana czasem opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat, zresztą dopiero od XI wieku. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że sperma uderza im do głowy.

Przerażające milczenie Wywiad

– Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

 

KAMILA TERPIAŁ: Jesteśmy już po obejrzeniu filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Widział pan go w warszawskim kinie Luna przy pełnej sali, ja też. Film bije rekordy popularności. Box Office jest najlepszy od 30 lat. Spodziewał się pan aż takiego zainteresowania i poruszenia?

STANISŁAW OBIREK: Nie spodziewałem się, chociaż z drugiej strony temperatura reakcji jeszcze przed premierą była pewnym przygotowaniem na to wydarzenie społeczne. Film odkleił się od samego filmu i stał się ważnym faktem społecznym. To nie jest tylko film kontrowersyjnego reżysera, ale przede wszystkim dotknięcie ważnej społecznie sprawy.

 

Napisał pan, że to film o słabościach polskiego społeczeństwa. Potrzeba nam takiego lustra, w które możemy spojrzeć?

Każde społeczeństwo potrzebuje takich wstrząsów, żeby dostrzec sprawy, które umykają refleksji. Warto to zobaczyć nawet w szerszym kontekście. Mamy tendencję postrzegania siebie jako ofiary, społeczeństwo gnębione przez innych, a mniej dostrzegamy siebie jako podmiot historii. Popkultura, jaką jest niewątpliwie film, stanowi krzywe zwierciadło, w którym możemy na przykład dostrzec, że to nie żaden wróg z Zachodu psuje nam demokrację, ale my sami w tym uczestniczymy. Niektórzy nazywają to pamięcią wielokierunkową, która polega na tym, że aby coś zobaczyć, potrzeba bodźca z zewnątrz. Michael Rothberg napisał na ten temat książkę, zatytułowaną właśnie tak – „Pamięć wielokierunkowa”, w której podaje wiele przykładów, jak taki bodziec działa. On otwiera nas na to, co oczywiste, ale my jednak tego nie widzimy. To są skomplikowane mechanizmy, ale akurat w tym wypadku zadziałały.

Zobaczyliśmy, że tajemniczy kler to nie jest zniewalająca społeczeństwo grupa trzymająca władzę. Wojciech Smarzowski zrobił film o społeczeństwie. W liście do Hebrajczyków jest zdanie, że „kapłan jest z ludu wzięty i do ludu posłany”. I film dokładnie to pokazuje – księża, którzy są pokazani w ostrym świetle, jako praktykujący 7 grzechów głównych, wyszli ze społeczeństwa, które na to pozwala i cały czas obdarza ich autorytetem, przymyka oczy na łamanie zasad współżycia społecznego.

 

W wielu przypadkach na łamanie prawa.

Prawa i moralności… W „Drogówce” ten sam reżyser pokazał wiele kryminalnych i mafijnych zachowań, które mają miejsce wewnątrz policji. W tym wypadku mamy jednak sytuację ostrzejszą, bo Kościół jest instytucją, która ma dbać o moralność, tworzyć wzorce zachowań i piętnować grzechy. W zachowaniu ludzi Kościoła i prawicowych mediów mamy cały czas do czynienia z napominaniem, grożeniem palcem i wskazywaniem, jak powinno być. Na tym polega paradoks. Okazuje się, że najbardziej korupcjogenną i grzeszną grupą społeczną są ludzie, którzy z urzędu powinni świecić przykładem i wzorem. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których ten film cieszy się takim powodzeniem. Ludzie zobaczyli w końcu coś, co do tej pory było tematem tabu.

 

Wojciech Smarzowski mówi wprost, że „musimy w końcu zobaczyć w księżach ludzi, a nie świętych”. Czyli udało się?

Tak, udało się! To zdanie jest pewnym kluczem do tego filmu. Dowiedziałem się niedawno, że Wojciech Smarzowski pochodzi z Podkarpacia, ja też pochodzę z tego rejonu i wiem, jak to wygląda na prowincji. Przypomnijmy, że tam właśnie działał biskup, który przekonywał, że to ofiary pedofilii kuszą księży, i prokurator, któremu udało się przekonać sąd, że pedofil jest właściwie niewinny i jest ofiarą pomówień. Polska wiejska i małomiasteczkowa jest szczególnie naznaczona niekrytykowaniem księży i Kościoła, który już w transformację wszedł jako niekwestionowany autorytet i „męczennik”.

Sam Kościół zresztą pielęgnuje mit męczennika, który przez okres zniewoleń i PRL-u przeniósł nienaruszalny depozyt wiary. Ten film tego właśnie dotknął, kazał spojrzeć na tych, którzy są wokół nas, obnażył kłamstwo, na które chcąc czy nie chcąc się godzimy. Chodzi nie tylko o społeczeństwo, ale także partie polityczne i inne struktury państwa, jak sądownictwo czy policja. Kordon bezpieczeństwa wokół księży trwał i jeszcze trwa…

 

Jak długo? Czy kiedyś uda się w końcu osiągnąć rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa?

Głosy są podzielone. Optymiści przekonują, że film Wojciecha Smarzowskiego włączył się w proces dekompozycji Kościoła, który trwa od kilku lat. Temat pedofilii przestał być w mediach tematem tabu już jakiś czas temu. Zaczyna się o tym głośno mówić, zapadają wyroki skazujące księży i Kościół jako instytucję. Media, które jeszcze kilka lat temu omijały ten problem szerokim łukiem, teraz już drążą temat. Nie mówię oczywiście o napastliwej publicystyce prawicowych mediów, które zamykają oczy na rzeczywistość i trwają w nieprzemakalnej mowie nienawiści. Ale problem zauważa na przykład jezuicki portal Deon.pl, dominikanie, niektórzy księża, a nawet biskupi.

 

Pan należy do tych optymistów?

Z natury jestem optymistą, ale jak wiemy młyny kościelne mielą wolno i zmiany tam zachodzące często są niedostrzegalne. Ale przecież trzeba zauważyć, że to nie jest tak, że ten film pojawił się w próżni. Zbiegło się to z pontyfikatem papieża Franciszka, który zmienił kurs z obronnego i krytykującego świat, na autokrytykę i autorefleksję. Jesteśmy po głębokim rachunku sumienia niektórych lokalnych Kościołów, jak chilijskiego, w którym cały episkopat podał się do dymisji. Ze strony Watykanu pojawiło się światło, że nie tylko wolno, ale trzeba to robić.

Od 20 lat trwa samooczyszczanie Kościoła amerykańskiego, dołączył do niego irlandzki czy niemiecki. W chwili globalnej wymiany informacji takie rzeczy się rozpowszechniają. Nawet uwzględniając polską specyfikę, szczególną rolę katolicyzmu w społeczeństwie, a może właśnie dzięki temu, nakaz rozliczenia się tej instytucji z błędami i przestępstwami, których dopuszczali się niektórzy księża, jest nakazem chwili. Niedawno odbyła się ogólnospołeczna akcja zawieszania dziecięcych bucików na ogrodzeniach wokół kurialnych budynków, aby zwrócić uwagę na pedofilię w Kościele, działa fundacja „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom księży pedofili.

To nie jest jeszcze powszechne ruszenie, ale sygnałów wskazujących na to, że Kościół przestał być „świętą krową” jest wiele. Dlatego jestem optymistą, wierzę, że coś się zmieni.

 

Powstanie raport o pedofilii w Kościele? W Irlandii to był kulminacyjny moment wyznania win.

Ten raport już powstaje. Fundacja „Nie lękajcie się” gromadzi materiały…

 

Pytam o raport samego Kościoła.

Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak zapowiedział, że taki raport powstanie. Niektórzy biskupi podają nawet konkretne dane. Taką deklarację złożył także rzecznik wpiskopatu ds. przeciwdziałania pedofilii w Kościele jezuita o. Adam Żak. Jestem jednak realistą i wiem, że Kościół robi pewne rzeczy tylko dlatego, że są na nim wymuszane. Dlatego wiele zależy od polityków, dziennikarzy i od nas wszystkich.

Myślę, że sam Kościół tego nie zrobi, bo nigdy niczego nie robił sam z siebie, ale jeżeli presja społeczna będzie wystarczająco silna, to nie będzie miał wyjścia.

 

Na razie alergicznie zareagował na film „Kler”. To jest przygnębiające.

Chciałem wspomnieć film „Spotlight” o raporcie dziennikarzy „The Boston Globe” na temat pedofilii w Kościele. Sam raport powstał na początku XXI wieku, a film kilkanaście lat później. To nie jest problem tylko polskiego społeczeństwa. Nawet w społeczeństwie amerykańskim, mimo tradycji dojrzałej demokracji, trudno było ten „system” złamać. Teraz jesteśmy już w innym momencie, nie ma już próby organizowania „miękkiego lądowania” odpowiedzialnym za to zło, jak to było w przypadku kardynała Bostonu Bernarda Law, który nie tylko nie poniósł prawnej odpowiedzialności, ale otrzymał od Jana Pawła II zaszczytne stanowisko w Rzymie.

Opór materii jest i będzie, ale to nie znaczy, że trzeba składać broń i się poddawać. Temu też służy nasza rozmowa, w której próbujemy pokazać, jak działają te mechanizmy. Przyznanie się do błędu, a zwłaszcza takiego, nigdy nie jest łatwe. Teraz to od nas zależy, czy pozwolimy, aby Kościół wymigał się od odpowiedzialności.

 

Z drugiej strony film pokazuje, że Kościół i duchowni mogą wszystko… Nawet teraz, przy takiej władzy, Kościół może dużo. Nie może pozostać nieprzemakalny na taką społeczną presję?

Użyłbym jednak słowa w czasie przeszłym – mógł dużo. Przy obecnym spleceniu Kościoła z władzą, zwłaszcza pewnej części Kościoła, możemy się temu przyjrzeć jako patologii, która przecież nie będzie trwała wiecznie. Możemy, a wręcz musimy przyglądać się także nadużyciom władzy usprawiedliwiającej, a nawet finansującej Kościół i potem z tego finansowania go nierozliczającej. Widzimy podwójne standardy, które stosuje władza wobec Kościoła i Kościół wobec władzy. To jest pewien moment, który jeszcze trwa, ale to, że powstał ten film, zobaczyło go już ponad milion widzów, dyskutujemy o nim, świadczy o tym, że ludzie potrzebują nowego języka, aby o tym mówić.

Sztuka takiego właśnie języka dostarcza: ośmiela, wskazuje, daje możliwości interpretacyjne i analityczne. Możemy już chyba mówić o Kościele po „Klerze”. Wydaje mi się, że tak teraz będziemy patrzeć na stosunki Kościół-państwo.

 

„Głęboko wierzę, że ten film może się przyczynić do głębokiej rewolucji w mentalności Polaków” – powiedział w jednym z wywiadów Arkadiusz Jakubik, który zagrał genialnie postać księdza Andrzeja Kukuły. Zgadza się pan z nim?

W całej rozciągłości. Ta postać pokazuje, także w filmie, że są osoby niejednoznacznie negatywne. A z tym zdaniem zgadzam się w stu procentach. Ostatnio także Jurek Owsiak powiedział, że to jest dla niego najważniejszy film 30-lecia. Nie oceniam artystycznie tego kina, ale ze względu na to, że po raz pierwszy dotknął funkcjonowania Kościoła w przestrzeni publicznej, i to w bardzo różnych aspektach.

Pedofilia jest przecież jednym z elementów, jest także korupcja, niejasne finanse, worki pieniędzy – to wszystko zostało pokazane z chirurgiczną precyzją.

 

Przeczytałam recenzję mojego kolegi dziennikarza, blisko związanego z Kościołem, i on twierdzi, że to bardzo bolesne, bo może palcem wskazać takich ludzi.

O tym mówił też były ksiądz Piotr Szeląg, który był konsultantem tego filmu. Pierwowzorów nie trzeba daleko szukać. Jest to genialnie podpatrzona kronika wypadków, wpadek wielu biskupów i księży. Wojciech Smarzowski nie potrafi udawać, że nie pada, jeżeli pada. Nie może być tak, że wobec biskupa czy księdza alkoholika będą stosowane inne normy oceny niż wobec zwykłych śmiertelników. To samo dotyczy nadużyć finansowych czy pedofilii.

 

Wojciech Smarzowski mówił, że po premierach w różnych miastach zgłaszali się do niego ludzie, aby opowiedzieć o tym, że byli molestowani przez księży. Arkadiusz Jakubik zadedykował go koledze-ministrantowi, który ponad 20 lat temu był molestowany przez księdza. Swoją historię przypomniał reżyser Andrzej Saramonowicz. Pan zna takie osoby?

Tak, znam, tych historii jest bardzo dużo, przypomnę głośną sprawę jezuity Krzysztofa Mądla, która była medialnie komentowana. Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. A o tym, jak bardzo jest to powszechne, świadczy to, jak wielu ludzi sobie to przypomina albo na nowo przeżywa.

Dla mnie o wiele trudniejszym i dramatyczniejszym zjawiskiem jest to, że molestowane dzieci nie miały tego komu powiedzieć. Rodzice nie wierzyli, stygmatyzowali dzieci, uważali, że to one są winne, albo po prostu milczeli. Nie było zdolności nazwania tego, było za to poczucie winy, wstydu i grzechu. Być może ten film da nowy język ofiarom i wzbudzi empatię.

 

To przerażające, że dorośli, rodzice, opiekunowie nie są w stanie obronić tych bezbronnych…

Przerażające jest to, że ludzie nie czują żadnej empatii, nawet w stosunku do dzieci. Są w stanie oskarżyć ofiary o to, że chcą tylko wydrzeć pieniądze i zaszkodzić Kościołowi. To jest rodzaj wzbudzania winy w ofierze, a o zbrodniarzach, przestępcach i pedofilach się zapomina.

Jeden z księży, który mnie molestował, popełnił samobójstwo po artykule w tygodniku „Nie” w latach 90. Byłem wstrząśnięty, gdy to przeczytałem, i dokładnie pamiętam, kiedy i gdzie. Byłem wtedy na lotnisku w Balicach i oglądając gazety na stoisku rzucił mi się w oczy krzyczący tytuł. Myślałem o jego ofiarach, bo artykuł był oparty na rozmowach z byłymi ministrantami, którzy byli ofiarami tego księdza. Jednak myślałem również o nich. Choć z nikim nie mam kontaktu, wiem, że takie doświadczenie potrafi naznaczyć na całe życie, czasem je po prostu złamać. Przecież ofiary też popełniają samobójstwa.

Dla mnie to jest bardzo poważny problem społeczny. Trzeba umożliwić ofiarom nazwanie tego, co się stało, oraz zaakceptowanie tego przez najbliższych i rodziny. To będzie sprawdzian dojrzałości społeczeństwa. Film pokazuje, że jesteśmy niedojrzałym społeczeństwem, które nie potrafi nazwać rzeczy, które są bolesne dla znacznej części jego samego. Jeżeli Wojciechowi Smarzowskiemu uda się pomóc w tym bolesnym i powolnym dojrzewaniu, to będzie należał mu się pomnik.

 

Jak bardzo trudno jest żyć z takimi wspomnieniami?

Garb bycia ofiarą księdza pedofila jest bardzo duży. Przerażająca jest też zmowa milczenia, wiele osób wie, że tak się dzieje, ale nie chce o tym mówić. I to nie tylko w kręgach kościelnych, chodzi też o autorytety naukowe, ludzi show-biznesu albo po prostu członka rodziny.

Tych „trupów w szafie” jest dużo. Nie chodzi o to, aby rozpocząć teraz polowanie na czarownice i aby dochodziło do społecznych, masowych linczów. Ale potrzebne jest elementarne rozliczenie i prewencja, bo to cały czas dzieje się na naszych oczach. „Bestie” są wypuszczane na żer, jak napisał jeden z autorów, który się tym tematem zajmuje zawodowo, tolerowane, przenoszone z parafii na parafie, to trzeba ukrócić i temu zapobiec.

 

Dużo pana, jako ofiarę, kosztowało to, aby zacząć o tym mówić?

Tak, to jest bardzo trudne i przykre, a nawet bolesne. Ciągle się zastanawiałem, czy coś ze mną było nie tak, że na to przyzwoliłem, że nie potrafiłem się przeciwstawić, uciec… Należę do milczącej większości, nie wracałem do tego przez dziesięciolecia. Dopiero taka rozmowa jak nasza czy emocje towarzyszące mi po obejrzeniu filmu „Spotlight” (bo wtedy powiedziałem o tym publicznie pierwszy raz w recenzji z tego filmu opublikowanej przez portal „Kultury Liberalnej”) spowodowały, że uznałem, że dla prawdy tego, co mówię, powinienem uwzględnić ten wstydliwy i bolesny fragment mojej biografii. Ale to zawsze jest bardzo trudne.

Chciałbym nie włączać tego w moją opowieść, ale to się stało. Uważam, że uczciwość intelektualna i duchowa domaga się tego, skoro tak było, to trzeba o tym powiedzieć.

 

Jak wiele zmieniłoby słowo przepraszam?

Sam nie wiem, ale mam wrażenie, że księża pedofile zatracili zmysł moralny, nie dostrzegają, jak wielkie spustoszenie za ich sprawą dokonuje się w psychice dziecka. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające.

 

A jednak zdecydował się pan wejść w te struktury.

To jest tajemnica wejścia i wyjścia… Myślę, że jedno i drugie było dobrą decyzją.

 

I mimo wszystko jest pan optymistą?

Nie chcę być optymistą za wszelką cenę. Uważam, że lepsza jest rozmowa, mówienie i nazywanie niż milczenie. Wspólnie uczymy się nowego języka i nazywania rzeczy przykrych i trudnych, ale jednak nazywania. To oznacza, że zdrowiejemy.

Koniec epoki

Na polskiej drodze rozwoju cywilizacyjnego ważną rolę odegrała sztuka filmowa. Rozbudzała ona emocje i otwierała oczy, które lepiej postrzegały przeszłość, ale i przyszłość. Moje pokolenie ma w swej pamięci kilka produkcji filmowych, które nie poszły w zapomnienie. Są to na pewno zaliczane do tzw. kultowych: „Popiół i diament” (1958), „Rejs” (1970), „Człowiek z marmuru” (1976), „Miś” (1980), Seksmisja (1983). Z logiki zdarzeń ostatnich dni wynika, że na liście tej znajdzie się również „Kler”. Filmy te wyszły z ręki wielkich polskich reżyserów, którzy potrafili mądrze i zrozumiale osadzić losy jednostki na tle epoki. Tak się składało, że filmy powstawały w momentach wielkich przełomów w życiu narodu, na styku epok. Nie wszyscy to rozumieli, ale nie ma na to rady. Logika rozwoju dopadała nas zawsze i zaskakiwała w momentach trudno przewidywalnych.

W mojej pamięci utrwalił się do dziś wyraźny obraz pierwszej projekcji filmu „Rejs” w kinie „Femina” w Warszawie, który oglądaliśmy w listopadzie 1970 roku z kolegami z grupy studenckiej. Reakcje sali i późniejsze komentarze nie budziły wątpliwości, film ten trafił w społeczne widzenie otaczającej nas, siermiężnej, trudnej do wytrzymania rzeczywistości. Później, bo już w grudniu mieliśmy trzy ważne, epokowe wydarzenia – podpisanie traktatu granicznego Polska – RFN, który zamykał problem bezpieczeństwa naszej granicy zachodniej, starcia zbrojne na Wybrzeżu, które odzwierciedlały konflikt dotyczący strategii rozwoju kraju i sporu o demokrację oraz zmianę ekipy rządzącej. Pamiętamy pojawienie się Edwarda Gierka i jego koncepcje modernizacyjne, zarówno w sferze przemysłowej, jak i społecznej, a także wielkie poparcie, jakie zyskał.

Przypomnienie to jest ważne, bowiem uświadamia, że na późniejszej, historycznej drodze rozwoju Polacy mieli tak wielkie wydarzenia, jak Sierpień 1980, stan wojenny i przełom 1989/1990, kiedy rozpoczęła się tzw. transformacja ustrojowa. Wszystko to odbywało się na tle wielkich przemian w świecie, znamionowanych przez trzecią rewolucję przemysłową (po silniku parowym i odkryciu zjawiska elektryczności), kiedy weszliśmy w komputeryzację. Dziś po trzydziestu latach stoimy na progu czwartej, najważniejszej – wejścia w erę cyfrową, co powoduje ogromne przyspieszenie w obiegu informacji i swoisty przełom w relacjach człowiek – maszyna. Nie chcę tutaj przeceniać zjawiska tzw. determinizmu technologicznego, niemniej jednak nie można nie zauważyć, że nowe technologie informacyjne już dziś zdominowały nasze życie i nasze myślenie.

Problem Polski, ale dotyczy to nie tylko naszego kraju, polega na tym, że żyjemy w społeczeństwie bardzo zróżnicowanym pod względem kulturowym i cywilizacyjnym. Jedną nogą jesteśmy w świecie maszyny parowej, co znamionuje narracja współczesna części naszej oficjalnej pedagogiki i mającego ogromny wpływ na opinie Kościoła. Drugą nogą jesteśmy w nowoczesnym świecie informacji, co przejawia się trzymanym w większości rąk smartfonem, stanowiącym często istotę życia i relacji z innymi ludźmi.

Film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego powstał na tle zarysowującego się coraz bardziej w Polsce konfliktu o charakterze cywilizacyjnym. Wynika on głównie z niezrozumienia przez część konserwatywnych elit, które występują we wszystkich obozach politycznych, logiki rozwoju i skutków, jakie nastąpiły w ostatnich latach w świadomości społecznej. Pokolenie „Nowego Millenium” weszło już dziś w dojrzałe życie, ma swoją wiedzę, doświadczenia, potrafi korzystać przy pomocy nowoczesnych narzędzi z wiedzy innych, również w skali globalnej. Potrafi ono oceniać, mimo nachalnej propagandy, świat wokół siebie i zjawiska w kraju na tle innych.

Ostatnie lata pokazują szczególnie w Polsce, niepotykane w innych krajach zjawiska klerykalizacji i podporządkowania praktyki działania państwa wpływom Kościoła. Instytucja ta pełniła w historii Polski różne role, nie można nie docenić znaczenia takich wielkich jego przedstawicieli, jak Stefan Wyszyński czy Karol Wojtyła. Nie można jednak nie zauważyć praktyk wzajemnych relacji między państwem i Kościołem dziś. Są one naganne w sensie społecznym i konstytucyjnym, wykraczają poza ustalenia obowiązującego Konkordatu. Niedopuszczalna staje się praktyka monetyzacji wiary i odnotowanych zjawisk patologicznych wśród kleru. Ze zjawiskami tymi próbuje walczyć papież Franciszek, przez co napotyka m.in. w Polsce na krytyczne opinie płynące ze środowiska kościelnych.

Film „Kler” tafia na podatny grunt, milion widzów w ciągu kilku dni prezentacji filmu w kinach, to swoisty rekord ostatnich lat. Świadczy on o randze problemów, które ukazuje. Film ten, jak można przypuszczać z naszych polskich doświadczeń, może być zwiastunem przełomu, zapowiadać konieczność nowego spojrzenia w Polsce na wiele odłożonych pod przysłowiowy dywan spraw.
Nie można filmu „Kler” nie zauważyć, zlekceważyć lub obśmiać. Będzie on miał bez wątpienia wpływ na decyzje obywateli przy kartkach wyborczych za dwa tygodnie.

Księże nieuku, przeczytaj

Raz jeszcze okazało się, że polscy księża katoliccy nie znają, lub nie chcą znać, obowiązującego w Polsce prawa. Ale lubią nim posługiwać się w obronie swych interesów. Czyli księżowskiej kasy.

Znany katolicki celebryta ksiądź Tadeusz Isakowicz-Zalewski zagrzmiał na Facebooku w stronę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„W imię jakich wartości podległa Panu instytucja z kieszeni polskich podatników/w tym katolików/opłaciła film „Kler”? Zwłaszcza, że tylu innym projektom odmówiono?” .
Dołączył się do akcji w Internecie upowszechniającej ulotkę o treści:
„Skandal w ministerstwie Kultury, a nie w Kościele. Minister Piotr Gliński dofinansował najnowszy ohydny film Wojciecha Smarzowskiego, który jednoznacznie i tendencyjnie pokazuje polski Kościół”.
Na to minister Gliński odparował na Twitterze: „Informuję, że NIE DALEM ANI GROSZA na ten cel. Był on natomiast finansowany decyzjami p. Odorowicz i Sroki – b. dyrektorek PISF, mianowanych przez poprzedników. Na których działania – zgodnie z prawem, niemieliśmy wpływu”.

W odciecz panu wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu ruszył prawicowy, poPiSowski tygodnik „Do Rzeczy”. Publikując artykuł „Kasa na „Kler” podpisany przez Agnieszkę Niewińską.
Dziennikarkę, która, podobnie jak ksiądz Isakiewicz-Zalewski, wprowadza w błąd opinię publiczną.
Redaktor Agnieszka Niewińska pisze, że „PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej, zasilił konto producentów „Kleru” kwotą 3,5 mln zł z wnioskowanych przez nich 4 mln zł. Całkowity koszt produkcji wnioskodawcy określili n blisko 10,5 mln zł”.

I dalej długo wyjaśniała, że „panie dyrektorki” Instytutu zostały mianowane przez poprzednich ministrów kultury. Co rzeczywiście prawda jest.

Prawdą też jest, że tylko jedna trzecia środków przeznaczonych na film „Kler” pochodziła z funduszy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytutu powołanego mocą ustawy o kinematografii z 2005 roku.
Jestem współautorem tej ustawy. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że katolicki celebryta ksiądz Isakiewicz-Zalewski i redaktor Niewińska nie piszą prawdy.
Pieniądze Instytutu nie pochodzą z „kieszeni polskich podatników”, czyli wszystkich obywateli RP. Pochodzą z podatków i dani płaconych przez wszystkie instytucje korzystające z polskich filmów i zarabiających na ich upowszechnianiu.

Płacą właściciele kin. W Polsce dominują zagraniczne korporacje. Amerykańskie, izraelskie, europejskie. Płaca stacje telewizyjne TVN, Polsat i TVP SA. TVN to kapitał z USA. Płacą telewizje płatne. HBO, „Canal+” i inne. Też zwykle należące do zagranicznych właścicieli. Płacą producenci sprzętu służącego do odtwarzania filmów, czyli kapitał azjatycki, europejski, amerykański. Płaci polskie Lotto.
Płacą, bo tak napisaliśmy wspomnianą ustawę, aby na polskie kino płacili wszyscy kapitaliści. Amerykańscy, żydowscy, azjatyccy i europejscy. I polscy też, bo to dla nich patriotyczny obowiązek i wielka przyjemność.
Zgodnie z obowiązująca ustawą Polski Instytut Sztuki Filmowej nie „daje” pieniędzy na produkcje filmów

tylko pożycza

ich producentom część planowanych kosztów produkcji. Zwykle do 50 procent kosztów.

Jeśli wyprodukowany film zarobi więcej niż jego koszty produkcji, to od razu

zwraca

pożyczone pieniądze od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niezwykle popularny film „Kler” pożyczone od Instytutu 3,5 miliona złotych szybko mu zwróci.

I te zwrócone miliony złotych Instytut będzie mógł pożyczyć na nowy projekt filmowy.
Na przykład na kolejny film o tak zwanych „żołnierzach wyklętych”. Tym razem bez gwarancji, że ten zrealizowany projekt pożyczkę zwróci. Bo do tej pory produkcje o tej tematyce nie cieszyły się taką popularnością jak teraz film „Kler”.

Zatem prawda jest taka.
• Producenci filmu „Kler” nie dostali pieniędzy z PISF tylko je pożyczyli.
• Pożyczone pieniądze pochodziły podatków i danin zapłaconych przez kapitalistów żydowskich, amerykańskich, azjatyckich, europejskich i polskich patriotów.
• Pożyczone pieniądze producent filmu „Kler” zwróci PISF.
• Instytut będzie mógł te pieniądze ponownie pożyczyć na kolejny projekt filmowy. O polskim papieżu albo o tak zwanych „wyklęciuchach”.

W ten sposób producenci i twórcy filmu „Kler” mogą wesprzeć nowy polski film o polskim papieżu.

 

PS. Ponieważ media komercyjne nie chcą informować, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa – proszę o upowszechnianie tej informacji. Kandyduję rzecz jasna z listy lewicy, czyli SLD – Lewica „Razem”.

Znaki

Nadchodzi noc, wieś coniedzielnym zwyczajem popije jeszcze wódeczki, zanim trafi między ciepłe piernaty, natomiast z wielkomiejskich kin wylewają się właśnie tłumy widzów, rozochoconych obejrzanym co dopiero filmem „Kler”.

 

Gdy tłumy dotrą do domów i „odpalą kompa” dowiedzą się na dodatek i tego, że poszukiwanym od lat „kretem” w Watykanie okazał się nie kto inny, a arcybiskup Głódź, który wprawdzie był – być może – nieświadomym współpracownikiem SB, ale jednak…
Słowem, po latach pokonkordatowych szaleństw (rezydencje, mercedesy, wykwintne jadło, 13 ha w prezencie dla każdej parafii, zwrot pałaców, kamienic, szpitali, typowanie wojewodów, prezydentów, dyrektorów, prezesów w zaciszu biskupich gabinetów) na polskie sługi winnicy Pańskiej – niczym meteory – spadają, zasłużone w znacznej mierze, kije-samobije. Po ujawnionych listach z nazwiskami księży, pełniących – obok posługi kapłańskiej – mało chwalebne funkcje TW SB, nadszedł czas na kwestie jeszcze bardziej obrzydliwe, czyli – seksualne wykorzystywanie dzieci.
Mogłabym mieć nieco satysfakcji – w latach 90-tych, gdy publiczne podważanie „kierowniczej roli” biskupów, proboszczów, wikarych skazywało dziennikarza na społeczną izolację i infamię, o wyżej opisanych kwestiach zdarzyło mi się pisać wiele razy. A okazji było aż nadto. Nigdy nie zapomnę samobójczyni z małej wsi po-PGR-owskiej z okolic Wschowy, Zofii Piszczyk, której miejscowy proboszcz odmówił pogrzebu. Odmówił nie przez to, że samobójstwo – w tym przypadku z głodu – jest czynem przez Kościół katolicki potępianym, ale przez to, że sąsiedzi wcale od zmarłej nie bogatsi, nie zdołali zebrać wystarczającej ilości pieniędzy, aby pogrzeb opłacić. A pieniądze proboszczowi były potrzebne, gdyż właśnie nabył… kilkuletniego mercedesa w kolorze jasnego miodu, co to pięknie się prezentował przed świeżo odnowioną plebanią, w słońcu, pod rozłożystą akacją…
Ileż tego było…
A ten miły wieczór w Pałacu Biskupim w Poznaniu, gdy abp Stroba goszcząc komendantów policji, szczypnął pieszczotliwie jednego w policzek, a drugiego pociągnął za ucho…
Ucho, tym razem już symboliczne, nieustannie nadwerężane, urwało się i dzban… Wiadomo.
Pytanie tylko: Co dalej? Nie z jakimś np. ks. Stryczkiem (nomen omen), a z tym, co pomagało wielu żłobić drogę, po której – wolniej lub szybciej – posuwali się od narodzin do śmierci? Co formowało ich sumienia, porządkowało życie osobiste, rodzinne, pozwalało przetrwać chwile najcięższe?
Z wiarą, z życiem religijnym, z chrześcijaństwem, w chwili, gdy instytucja, mająca je umacniać, na swe własne życzenie doznała tak potężnego wstrząsu?
1. Z dzieciństwa zachowałam trzy skromne przedmioty. Krzyż harcerski, pudełeczko po komunijnym różańcu i książeczkę do nabożeństwa. W tej ostatniej śmieszą mnie ślady użycia gumki do mazania i ołówka, którym pilnie podkreślałam grzechy, co to należało je wyznać księdzu na spowiedzi (z biegiem lat, ołówek wędrował ku charakterystycznym dla wieku przykazaniom). Gdzieś w głębi przetrwały jednak nazwy grzechów głównych, nigdy nie zamazała się też w pamięci treść 10 przykazań.
Podobnie jak nigdy nie wygasł ani zachwyt dla pięknie brzmiących kościelnych organów, łacińskich modlitw, woni kadzideł, śpiewu gregoriańskiego, potęgi chóralnych zmagań, ani wiara, już nie tyle w życie pozagrobowe i sąd ostateczny, co w istnienie łagodnych aniołów stróżujących, dobroć Matki Bożej czy św. Franciszka… I ilekroć ozwie się w jakimś znanym czy mało znanym mi człowieku zwykła dobroć albo choćby życzliwość, zawsze słyszę i widzę w tym dotknięcie Absolutu. Tak już mam. Ja – dawniej dziennikarz, piszący z pozycji antyklerykalnych.
2. Co będzie potem, po tej burzy, jaka przetoczy się przez Polskę wielkomiejską (na wsi, co drugi głośno już gada, że nie da na tacę… Resztę zdania pominę). No, coś będzie. I nie będzie to dobre, jak się dzisiaj można by spodziewać. A były przecież „znaki”…
3. W pobliskiej wiosce jest śliczny, poniemiecki kościółek wzniesiony na wzgórzu, tuż nad zawsze zielonym stawem. Nieopodal mieszka bogobojna rodzina B. Wierzący, praktykujący, żyjący wedle przykazań. Dziadkowie dobijają 90-tki, ich synowie i córki (liczna gromadka) – 60-tki, wnukowie (tych już trudno zliczyć) są w sile wieku, zatem rodzą się z nich jeszcze liczniejsze prawnuczęta. Ręce dziadka – jak splecione powrozy, ręce babki – jak kosteczki okryte siateczką zmarszczek. Gdy rodzina raz do roku stanie do fotografii, przedstawia się jak wielka korona drzewa, pełna świeżych pączków i liści, mocno oplatająca silny pień, co wrósł w ziemię dwoma mocnymi korzeniami.
Babka dba o miejscowy„kościółek”, sprząta, omiata, czyści liturgiczne sprzęty. I stara się nie dostrzegać młodego wikarego, jak ten drogim autem, w cywilu (dżinsy, modne skórzane buty i koszula, najnowszy trend) zajeżdża z nową jakąś panną, co zakonną siostrą z całą pewnością nie jest. Babka przeżyła też i taki moment, gdy jakiś dawny proboszcz sprzedał śliczną plebanię, zanurzoną w gąszczu piwonii i wysokich słoneczników, bo mu niepotrzebną była. Nowymi nabywcami okazali się… zielonoświątkowcy.
Z babką B-ową poszłyśmy kiedyś obejrzeć stare, od lat milczące organy. Ktoś powrzucał między drewniane piszczałki stare chorągwie, zatem zabrałyśmy je stamtąd, piszczałki ustawiłyśmy tak jak winny stać i po godzinie odkurzania, zdejmowania pajęczyn, udało się z nich wydobyć kilka prostych melodii. I wtedy Babka B-owa rozmarzyła się – przy dźwięku tych organów brała ślub, chrzciła kolejnych synów i córki, chowała swych rodziców i braci. Ileż by dała, aby stare, skromne, wiejskie organy znów wydały głos…
Jak się zorientowałam, było to bardzo kosztowne marzenie. I, aby nie rozwiać tych nierealnych projektów, nie pojechałam tam więcej.
Ale zanim wyjechałam, późnym popołudniem Babka B-owa zaprowadziła mnie do małej skrytki, pod chórem. Leżały tam pudła ze świecami, lichtarze, alby, komże, stare śpiewniki w czarnej oprawie.
Zaś na samym dole, na płóciennych noszach spoczywała gipsowa figura Chrystusa naturalnej wielkości. Raz do roku, na Wielkanoc, z wielkim trudem wydobywano ją z niszy i przenoszono do kościoła.
Widocznie nie czyniono jednak tego z należytą ostrożnością, bo figura w czasie przenosin doznała wielu zniszczeń. Odłamany kawałek palca, zagubiony fragment ucha, poorana szata, uszkodzony oczodół.
Długo stałam i patrzyłam.
I wreszcie przyszło mi na myśl, że coś bardzo ważnego dla wielu – jakoś tak, niepostrzeżenie, z winy i zaniedbania kustoszy dziedzictwa – przeminęło.
A nawet – skończyło się.
I że – tego jednak żal.

Smutna monachomachia naszych czasów

Krytycy, a raczej kręgi potępiające film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego odmawiają mu wiarygodności, określając go jako antyklerykalną czy nawet antykatolicką i antyreligijną agitkę propagandową, „atak na Kościół”.

 

Używają przy tym argumentu, według którego spiętrzenie w tym filmie katalogu najgorszych zjawisk z życia polskiego kleru, jednostronna kumulacja wyłącznie niemal jego przywar, ohydy i okropności, odbiera temu utworowi prawdę. Gdyby stosowanie tego rodzaju argumentu było uzasadnione, to większość dzieł literackich czy filmowych, zaliczanych do nurtu realizmu musiałaby zostać wykreślona z tego nurtu w sztuce.

 

Czym jest realizm?

Rolą dzieła sztuki nie jest jednak literalne dokumentowanie całego spektrum zjawisk w danym społeczeństwie i w poszczególnych jego warstwach, w jakiejś epoce. Nie byłaby bowiem powieścią realistyczną „Lalka” Bolesława Prusa, skoro jej bohaterem jest zdeklasowany szlachcic bogacący się jako kupiec, jego perypetie uczuciowe stanowią istotny składnik powieści, a spektrum zjawisk i postaci daleki jest od pełnej panoramy społecznej ówczesnego, bytującego pod zaborem rosyjskim społeczeństwa polskiego, a nawet tylko Warszawy schyłku XIX wieku. Już sam tylko całkowity niemal brak w fabule powieści jakichkolwiek znaków przemożnej przecież obecności rosyjskiej, mógłby podważyć realistyczną kwalifikację tej powieści. Nie można by też uznać za wielkie dzieło rosyjskiego realizmu krytycznego „Martwych duch” Mikołaja Gogola, bo zawarta w nim syntetaza ducha XIX-wiecznej Rosji wyłania się z dziwnej groteskowej opowieści z życia dziwadeł ludzkich na tamtejszej głuchej prowincji, a kupiecki koncept skupowania „martwych dusz” nijak się ma do rzeczywistych problemów narodu rosyjskiego tamtych czasów. Na podobnej zasadzie można by podważyć realizm „Ojca Goriot” Honoriusza Balzaca, gdyż z powieściowego pensjonatu pani Vauquer położonego w zaułku na ówczesnych peryferiach Paryża i z historii córek okrutnie traktujących swojego ojca, bynajmniej nie da się wywieść literalnej, spełniającej kryterium realizmu, panoramy duchowej i społecznej ówczesnej Francji, a jednak takie miejsce ma to dzieło w historii literatury powszechnej. Podobnie jest z „Klubem Pickwicka” Charlesa Dickensa, który w ramie silnie nasyconej groteską opowieści o wędrówce dziwacznych panów po wiktoriańskiej, prowincjonalnej Anglii pomieścił wiele charakterystycznych rysów społecznych, ekonomicznych i moralnych epoki. Podobnie jest z filmem. „M-morderca” Fritza Langa z 1930 roku, realistycznym kryminałem dotykającym wąskiej kwestii ścigania seryjnego – mordercy psychopaty, a mimo to uznanym za przeczucie zbliżającego się hitleryzmu. Dzieła włoskiego neorealizmu z „Ziemia drży” Luchino Viscontiego, „Rzymem, miastem otwartym” Roberto Rosseliniego czy „Złodziejami rowerów” Vittorio de Sica też dalekie były od reprezentatywności w ukazywania powojennego społeczeństwa włoskiego, a mimo to nie tylko nikt im nie odmawiał przynależności do realizmu, ale metoda według której zostały zrealizowane stała się na długie lata ważnym punktem odniesienia a nawet wzorem dla europejskiego kina. Podobnie było z amerykańskim „kinem drogi” przełomu lat 60-tych i 70-tych („Swobodny jeździec” Dennisa Hoppera, „Nocny kowboj” Johna Schlesingera czy „Strach na wróble” Jerry Schatzberga), których twórcy w formułę opowieści o wędrówkach włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa wpisali niepokoje całej ówczesnej Ameryki. A – by odwołać się na koniec do przykładów rodzimych – czyż dramatyczna historia prowincjonalnego przodownika pracy w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, daleka przecież od pełnej panoramy polski bierutowskiej, nie stała się, pars pro toto, odniesieniem do kluczowych problemów PRL na przestrzeni całego ówczesnego ćwierćwiecza? I czy odmawiano atrybutów realizmu, iście gogolowskiego, koronnemu dziełu nurtu „moralnego niepokoju”, „Wodzirejowi” Feliksa Falka, który smutną panoramę schorzeń Polski „przedsierpniowej” zawarł w historii prowincjonalnego pracownika frontu rozrywki estradowej i jego otoczenia? Realizm w sztuce to nie realizm reportażu, newsa dziennikarskiego, książkowej monografii naukowej czy opowieści dokumentalnej. Skrót jest w nim uprawniony, poza tym że zwyczajnie konieczny. Smarzowski jest wybitnie wrażliwym sejsmografem nastrojów, niepokojów czy przeczuć społecznych. Przeczuł zatem, że w katolickim polskim społeczeństwie dojrzał już imperatyw, by bez złudzeń spojrzeć na instytucję, z którą jego ciągle znacząca część jest mniej czy bardziej związana. Krytycy filmu pytają, dlaczego Smarzowski zajął się zepsuciem występującym akurat w konkretnej społeczności, w grupie zawodowej jaką jest kler, a nie w innej, skoro wybór – rzekomo – jest tak duży. A otóż zajął się już inną grupą: w „Drogówce” i niewykluczone, że zajmie się też kiedyś inną grupą, n.p. światem polskiego biznesu, dziennikarzami, prawnikami czy nauczycielami. Jest natomiast bardzo silny argument za tym, że celowe i uzasadnione było zajęcie się w pierwszym rzędzie klerem. Otóż ani biznesmeni, ani dziennikarze, ani nauczyciele, ani przedstawiciele żadnej innej profesji nie kreują się, głównie samozwańczo, przy biernej na ogół akceptacji społecznej, na „pierwszych w narodzie”, jako kapłani najważniejszego i masowego wyznania religijnego, na nauczycieli, wychowawców i przewodników milionów „owieczek”. Z tego to przecież tytułu kler uzyskał w Polsce po 1989 roku wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w systemie prawnym, wymiarze ekonomicznym oraz w wymiarze prestiżu społecznego. A – zgodnie ze znaną formułą – „komu wiele dane, od tego wiele się wymaga”. Moralność osobista właścicieli sklepów spożywczych, kolejarzy czy artystów nie rozstrzyga w końcu o kształcie społecznej budowli, a weryfikacji podlegają te grupy wtedy, jeśli ich przedstawiciele łamią prawo. Kler natomiast uważa się i przez wielu jest uważany za „sól ziemi” polskiej, drogowskaz moralny, a na dodatek przypisywana mu jest – w dużym stopniu przesadzona i zniekształcona – rola historycznego wspornika narodowej egzystencji.

 

Nie dajcie się zwieść  zwiastunowi tego filmu

To, co uderza już po kilkunastu minutach oglądania „Kleru”, to powód do kompletnego zaskoczenia, jakie może być udziałem kogoś, kto przed pójściem do kina oglądał w telewizji czy w sieci trailera (zwiastuna) tego filmu. Sklepany z nielicznych skrawków sprawia wrażenie, jakby „Kler” był zrealizowany (scena prześmiewczej piosenki odgrywanej przez bohaterów filmu, ostro balujących bawiących na parafii czy strzelanie z procy przy akompaniamencie nucenia: „Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”) w hipersatyrycznej stylistyce totalnej „szydery”, w stylistyce charakterystycznej dla takich pism jak tygodniki „Nie”, „Fakty i mity” czy francuski „Le Canard Enchainé”. Jednak ci, którzy spodziewali się po „Klerze” szampańskiej zabawy typu „głupi i głupszy” albo zjadliwej komedii środowiskowej, jakich dziesiątki powstają choćby w USA, mogą być zaskoczeni.

 

Wybitne kino społeczne

Film Smarzowskiego został zrealizowany w stylistyce i estetyce ascetycznej, dyskretnej, surowej, maksymalnie oszczędnej, w szarobrudnej, nieefektownej kolorystyce obrazu i w rytmie bynajmniej nie stymulującym emocji. Tempo filmu jest, jak na obecnie obowiązujące standardy, powolne (w niczym nie przypomina dynamicznego, pędzącego trailera), zastosowane zostały długie ujęcia, a montaż sprawia wrażenie jakby rozmyślnie nieco siermiężnego, wolnego od efektownych sztuczek. Dialogi dalekie są od stylistyki antyklerykalnych skeczów kabaretowych. Przez przeważającą część trwania filmu, jego akcji nie towarzyszy muzyka, co wzmaga odczucie realizmu i uwalnia od dodatkowej presji emocjonalnej na widza. Zrealizowany został w tonacji spokojnej, bez jakichkolwiek efekciarskich grepsów. Do tej poważnej tonacji dostroili się aktorzy (m.in. kapitalni Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, czy nie mniej wyborni Robert Więckiewicz, Stanisław Brejdygant, Joanna Kulig, Iwona Bielska). Grają swoje postacie serio, jak w dramacie społeczno-psychologicznym z prawdziwego zdarzenia, nie jak w satyrze. Jedynie biskupowi Mordowiczowi nadał grający go Janusz Gajos rys satyryczny, zastosowany jednak przez aktora w sposób bardzo delikatny, bez cienia szarży. Poświadczają to zresztą widzowie: podczas dwugodzinnego seansu nie było ani chichotu, ani jednego wybuchu śmiechu, o rechocie nawet nie wspominając. Stylistyka „Kleru” przypominała fragmentami skromne, wyciszone kino obyczajowe czechosłowackiego czy węgierskiego nurtu małego realizmu, jakie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robili choćby Milos Forman czy Marta Meszaros, polskie „kino moralnego niepokoju”, angielskie kino nurtu „młodych gniewnych”, Lindsaya Andersona, Karela Reisza czy Tony Richardsona czy społeczno-polityczne kino włoskie po neorealizmie Francesco Rosiego (n.p. „Ręce nad miastem” i „Szacowni nieboszczycy”) czy Damiano Damianiego (n.p.„Zeznanie komisarza policji przed prokuratorem Republiki”). „Kler” może też fragmentami budzić skojarzenia ze quasi-dokumentalną stylistyką „cinema verité” („kina prawdy”), jednego z nurtów kina europejskiego przełomu lat 60-tych i 70-tych. Smarzowski wykorzystał zresztą fragmenty dokumentalnych nagrań ze stanu wojennego czy pojawiający się w ciągu całego filmu motyw ukrytej kamery. Te asocjacje nie zmieniają zresztą faktu, że Smarzowski ma własną, indywidualną kaligrafię. „Kler” to film o ludziach nieszczęśliwych, samotnych, żałosnych, pogubionych na różne sposoby, ludziach w całej swej małości i złu nie pozbawionych rysów, odruchów dobroci i uczciwości. Ale i tak brzydkich i żałosnych, także z estetycznego punktu widzenia, jak otaczająca ich rzeczywistość. Dramatycznej tonacji filmu dopełnia finałowa, dramatyczna scena publicznego, na oczach tłumu wiernych i biskupa, samospalenia się księdza, jak się można domyśleć, w proteście przeciw złu panoszącemu się w jego instytucji. Wśród ateistów czy nawet tylko antyklerykałów ten film może nawet wywołać uczucie niedosytu czy nawet sprzeciwu: ani na jotę nie jest ani antyreligijny, ani nawet antyklerykalny. To dramat humanistyczny, którego bije prawda.

 

„Monachomachia” biskupa Krasickiego była weselsza

Tematyka „Kleru” może prowokować do skojarzeń z tradycjami artystycznymi związanymi z krytyką religii, Kościoła, kleru. W polskiej tradycji, w odróżnieniu od francuskiej, takich utworów jest niewiele. Poza „Matką Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Drewnianym różańcem” Ewy i Czesława Petelskich i „Urzędem” Janusza Majewskiego czy drugorzędnymi epizodami w kilku filmach, polskie kino nie tylko nie podejmowało, ale nawet nie dotykało tej problematyki. Może też się zdarzyć, że komuś przypomni się „Monachomachia” biskupa Ignacego Krasickiego, wydany przeszło dwa wieki temu, heroikomiczny epos, w którym w parodię „Iliady” Homera wpisana została wielopiętrowa drwina z przywar polskiego kleru zakonnego epoki saskiej. Ten archaiczny już dziś utwór, spetryfikowany przez stulecia jako lektura poczciwa, narodowa i prawie patriotyczna, przez dziesięciolecia także szkolna, nigdy tak naprawdę nie spełnił przewidzianej dla niego roli wyrzutu sumienia, choć dotykał spraw w Polsce akurat bardzo żywotnych i kluczowych. Jednak nawet krytyczna, satyryczna wymowa „Monachomachii” została złagodzona u samych początków i prześwietlona przez pogodną, słoneczną osobowość biskupa warmińskiego. Dlatego nawet jeśli komuś „Kler” skojarzy się z tamtym dziełem, to jako „monachomachia” naszych czasów, smutna, ponura, podła i nie pozostawiająca żadnych złudzeń. Odwracając oczy od „Kleru” i potępiając film, kler i wszyscy jego adherenci tracą okazję do spojrzenia w szczere zwierciadło, które mogłoby im pomóc. A widownia i tak masowo głosuje za „Klerem” swoją obecnością w kinach całej Polski. Niedługo być może już ponad milion Polaków zafunduje sobie długo w cichości serca wyczekiwaną odtrutkę od toksyn Kościoła katolickiego. W tym filmie jest wszystko, co miliony Polaków od dawna chciało pomyśleć i powiedzieć o Kościele, ale nie miało na to śmiałości i odwagi.

 

„Kler”, dramat społeczno-psychologiczny, film produkcji polskiej, Profil Film 2018, scenariusz (wspólnie z Wojciechem Rzehakiem) i reżyseria Wojciech Smarzowski, 133 min.

Uwaga: parazyty są odporne

Młody Morawiecki oświadczył, że „gdyby nie Kościół, Polski by nie było”. Wtóruje mu w tym front medialnych sługusów na prawicy, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich włącznie. A może byłoby i lepiej?

 

Może lepiej byłoby, gdyby nie było Polski takiej jaką mamy dziś, okupowanej przez kler gwałcący ciała jej dzieci i wspierający autorytarny, faszyzujący reżym, który rozpętał do ostatnich granic paroksyzm nacjonalistyczny?

 

Czy „Kler” zbawi ateistów i antyklerykałów?

Od kilkunastu dni przez Polskę, jak długa i szeroka, pędzi chyr, że Kościół kat. w Polsce jest na kwadrans przed upadkiem, że to końcówka jego potęgi, że już tylko czekać, a niedługo będziemy na Wisłą świadkami powtórki syndromu irlandzkiego, że jutrzenka swobody jest za najbliższym pagórkiem. To gorączkowe podniecenie ma swoje źródło głównie w dwóch faktach: orzeczeniu(nieprawomocnym) przez sąd miliona złotych odszkodowania od katolickiej instytucji kościelnej (Towarzystwo Chrystusowe) na rzecz poszkodowanej, za tolerowanie brutalnej pedofilii praktykowanej przez jednego z jej członków oraz w rozgłosie i powodzeniu frekwencyjnym filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Sam bardzo pragnę w to wierzyć, ale przestrzegałbym przed nadmiernym i pospiesznym optymizmem. Kościół kat. w Polsce odznacza się wyćwiczoną przez stulecia umiejętnością radzenia sobie nie z takimi jak obecne problemami, w tym umiejętnością mimikry i treningiem w obłudzie oraz w grze pozorów. Uprawia przy tym te praktyki z rutynowaną cierpliwością. Jest on, Kościół kat., jak niektóre gatunki parazytów i insektów, o których biolodzy mówią, że są bardziej niż ludzie uodpornione na najcięższe potencjalne katastrofy i kataklizmy, z nuklearną włącznie.

 

Nic nowego pod słońcem

Słabością całej tej dyskusji jaka ostatnio rozpętała się wokół Kościoła kat. w Polsce, afer pedofilskich i filmu „Kler” jest towarzyszący jej ton, z którego można by wywnioskować, że kiedyś Kościół ów był wspaniały, duchowy, szlachetny, rozsiewał dobro i „przez tak liczne wieki” podtrzymywał naród we wszystkich aspektach jego życia, będąc jego ober-dobrodziejem i tylko w ostatnich dziesięcioleciach popsuł się, po części z powodu gorszących wpływów zepsutego świata świeckiego. Tymczasem prawda jest taka, że Kościół kat. był przez stulecia w Polsce, Europie, i w niektórych krajach poza Europą, pasożytniczą naroślą na ciele społeczeństw. Straszliwy wyzysk chłopów odbywał się przez wiele stuleci. Na licznych karykaturach z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej można zobaczyć motyw wymizerowanego chłopa uginającego się pod uczepionym do niego opasłym cielskiem klechy, w sutannie czy w habicie, z mszałem lub pastorałem w dłoni. W Polsce przez stulecia uprawiany był ekonomiczny obyczaj pobierania „dziesięciny”, czyli przymusowego i brutalnie egzekwowanego podatku, który obciążał chłopów na rzecz kleru. Nie ma też powodu sądzić, że pedofilia to zjawisko w Kościele nowe, odprysk zepsutego, współczesnego świata. Nie ma powodów by wątpić w to, że setki tysięcy dzieci chłopskich (zapewne nie tylko chłopskich) było przez stulecia seksualnie wykorzystywanych przez proboszczów i opatów, skoro przez owe stulecia szlachta korzystała z upokarzającego obyczaju zwanego „ius prima noctis” („prawo pierwszej nocy”), pozwalającego „panu” „skorzystać” seksualnie, przed nocą poślubną, z nowo poślubionej przez chłopa żony, w trybie pierwszeństwa przed mężem. Tyle, że „prawo” z którego korzystał pan-szlachcic było przynajmniej jawne i niejako usankcjonowane, a kler zawsze działał poza prawem, w cieniu. Gdyby historycy wydobyli na jaw choćby część świadectw pokazujących to straszliwe spustoszenie w domenie seksualnej, jakiego dokonywali funkcjonariusze Kościoła kat. przez stulecia, głównie na polskiej wsi, choć rzecz jasna nie tylko, ujawniona prawda byłaby straszliwa. Kler pasożytował też przez stulecia na instytucjach państwowych, które we własnym interesie politycznym i klasowym wspierały jego działania. Jednym z licznych spektakularnych tego przykładów była Święta Inkwizycja, która skazywała niewinnych ludzi na tortury i śmierć cedując egzekucję swoich wyroków na instytucje świeckie, co było przebiegłą formą „umycia rąk”. Trwało to przez stulecia, a pierwszego przełomu dokonała dopiero Wielka Rewolucja Francuska. Jednak mimo tego wyłomu musiało upłynąć ponad sto lat do momentu, gdy Republika Francuska, jako pierwsza w świecie, dokonała ustawowego rozdziału Kościoła od Państwa (1905).

 

Polskie „libido ignorandi”

Różnica między Polską a innymi krajami jest jednak taka, że większość z nich już dawno (n.p. wspomniana Francja czy Meksyk), część stosunkowo niedawno (Hiszpania, Włochy), a część zupełnie niedawno (Irlandia) zerwały tę chorą narośl ze swojego ciała, a nad Wisłą dopiero zaczęły się procesy społeczno-psychologiczne, które do pewnego stopnia władzę Kościoła kat. i jego popleczników nadwerężą, choć wcale nie ma gwarancji, że odbędzie się to szybko. Struktura psychiczna i mentalna społeczeństwa polskiego jest tak dziwnie i trochę tajemniczo skonstruowana, że to, co wywołuje szybkie efekty w innych społeczeństwach, nad Wisłą może być nieporównywalnie trudniejsze do osiągnięcia. Być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest zakorzeniony w polskiej mentalności zakamieniały konserwatyzm typu chłopskiego, rodzaj opacznego, biologicznego „realizmu”, który zasadza się na faktycznym lekceważeniu, przechodzeniu do porządku dziennego nad światem idei i wartości oraz jednoczesnym, wynikającym z umysłowego lenistwa, trwaniu przy atawistycznych nawykach i w ustalonych przez wieki koleinach. Także „libido ignorandi” czyli pragnienie trwania w niewiedzy jest trwałym, przerażającym atrybutem polskiej psychiki. Przykładem owego „realizmu” jest polska wieś, w której trwaniu przy Kościele kat. i czołobitności wobec jego eksponentów towarzyszył w zgodnej, paradoksalnej symbiozie osławiony chłopski, czasem ostry antyklerykalizm.

 

Historyczny polski pech

Dlatego przestrzegałbym tych, którzy z wypłynięcia ropy pedofilskiej z niektórych klerykalnych czyraków, ze statystycznych danych pokazujących radykalne odchodzenie od Kościoła kat. w młodym pokoleniu czy z ogromnej frekwencji na „Klerze” już po kilku dniach jego wyświetlania w kinach, wyciągają pospieszne wnioski, że ostateczny upadek tej instytucji jest już „ante portas”, że puka do naszych wrót. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności historycznych sprawił bowiem, że u schyłku XVIII wieku ziemie katolickiej Polski znalazły się pod zaborami dwóch mocarstw innowierczych (prawosławna Rosja i protestanckie Prusy). Wskutek tego doszło do nieszczęśliwej interferencji ucisku narodowego i religijnego. Ta zbitka utrwaliła się w zbiorowej świadomości Polaków, przesłaniając nota bene nawet dziedzictwo zdrady narodowej ze strony kleru, do którego przynależy choćby udział biskupów w Konfederacji Targowickiej czy trwająca przez ponad sto lat postawa lojalistyczna większości kleru w stosunku do zaborców, n.p. w Królestwie Polskim. Mit kleru poświęcającego się dla sprawy narodowej w okresie niewoli ufundowany został na postawie takich nielicznych, wyjątkowych postaci jak n.p. księża Stanisław Brzóska czy Piotr Ściegienny. Na nadwerężenie tego mitu nie wpłynęło nawet wielkie artystyczne świadectwo biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, jakim była jego sławna „Monachomachia”, satyryczny, ale i odstręczający w swej ohydzie obraz trybu życia kleru zakonnego jako warstwy pasożytniczej i próżniaczej. Nie pomogła wielokrotnie przed laty wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy znakomita powieść Tadeusza Brezy „Urząd”, ukazująca Kościół kat. jako bezduszną, odhumanizowaną instytucję. Także dziś, mimo gigantycznej ekspansji nowych mediów, mit ten ma się zupełnie dobrze.

 

Nie karnawał, lecz długi marsz

Dlatego choć bardzo bym chciał, nie mogę łatwo poddać się triumfalistycznym nastrojom i nadziejom na rychłą klęskę Kościoła kat. w Polsce. Choć Kościół kat. jest dziś w opałach, to nie wykluczałbym, że potrafi tę burzę przeczekać i nie można być pewnym, że za rok wspomnienie obecnej gorączki nie będzie tylko bladym wspomnieniem, choć bardzo chciałbym się w tym względzie mylić. Przed zwolennikami laickiej, wolnej od władzy Kościoła, politycznego klerykalizmu i bigoterii Polski rysuje się nie szybka perspektywa karnawału i otwierania szampana, lecz długi i żmudny marsz. Nie należy dać się zwieść optymistycznym pozorom. Przed nami jeszcze dużo „potu, krwi i łez”.