Biskupi emeryci – jak żyć?

Jesienią ub. roku ukazał się ciekawy artykuł autorstwa Marcina Wójcika pt.: Kościół sp. z o.o….) i temat szybko ucichł. A szkoda, bo dowiedzieliśmy się w nim, z czego żyją podstawowe jego komórki, co jest wiedzą raczej notoryjną (ludowi znaną). Ale niewiele wiemy, jak żyją zarządy i rady owej spółki, także po odejściu na zasłużoną emeryturę. A ponieważ zajmuję się finansami, niestety niekościelnymi, to temat wydaje się interesujący.

Emerytowany ksiądz profesor, zapytany: Ile pieniędzy ma polski Kościół?, powiada: To wie tylko Pan Bóg! Ujawnianie tajemnicy finansowej to poważne nadużycie, ale cóż począć! – To biedny emeryt! Dodajmy jednak: przyrównanie do spółki z o.o. jest mało adekwatne, bowiem tam, oprócz Boga, o finansach musi wiedzieć wielu śmiertelników!

Temat wydaje się interesujący, bo dowiadujemy się, że kilka znanych postaci odesłano na przymusową emeryturę, więc pojawił się problem: jak żyć? Pytanie ważne, bo zadają je emeryci, tyle, że kto miałby odpowiedzieć, skoro Franciszek tematu unika, a władza Najwyższa też umywa ręce. Ale wyjaśnijmy, owi włodarze średniego szczebla to erudyci, którzy, w przeciwieństwie do ludu, posiedli dziejowe mądrości, by uzmysłowić sobie, że z tym wiekuistym błogostanem pewności nie ma, więc w życiu doczesnym nie wypada otaczać się jedynie tzw. res pauperem (rzeczy liche). A swoją drogą ciekawe, że wśród owych ”uczonych w piśmie” nie spotkamy wielu profesorów! Niemniej jednak warto się uczyć, o czym z żalem mówi kolega, któremu zachorowali pracownicy (czytaj: poszli na L4), więc biznes leży, więc z rozrzewnieniem wspomina:, jako młody i głupi nie skorzystałem z propozycji! Dziś byłbym biskupem z podwójną emeryturą, i miałbym gdzieś zmartwienia o czyjeś chorobowe! Ale są też dobre wieści, odnalazły się daniele abpa, ale pojawił się problem następny, zaginął gdzieś drugi hierarcha.

Ci, co nic nie mają, rzadko zasługują na chwałę, o czym zaświadczył o. Dyrektor, dostąpiwszy łaski napotkania śp. Stanisława. Od tego czasu kłaniam się w pas każdemu tułaczowi; a nuż ma choćby jedną, nawet używaną gablotę. Niestety, widać na takie dary zasługują jedynie ludzie niezłomnej wiary.

Wiemy, zatem, że do szczęścia nie tylko doczesnego, niezbędne są dobra materialne, czego doświadczamy powszechnie. Dlatego należy pamiętać o taryfikatorach, stojących kopertach, o podziale parafii na „miedziane, mieszane i papierowe” itd. Mniej zorientowanym wyjaśniam: to taki korporacyjny slang – podział parafii według zamożności i hojności wiernych (np. papierowe – to dochodowe, miedziane – same miedziaki). Brak wiedzy możemy uzupełnić czytając komentarze internautów, np.: „ … Kościół katolicki jest najstarszą formą, Piramidy Finansowej”, u której podstaw, jako tak zwane pracownice mrówki, albo pszczółki robotnice, występują: księża, zakonnice, mnisi itp., zobowiązani swą pracą przysparzać wpływów finansowych. A z wpływów tych najwięcej korzystają biskupi i kardynałowie, na luksusowe życie w swych pałacach, rezydencjach!!!” Są też komentarze o wstrzemięźliwości, idei ubóstwa wspomaganiu potrzebujących itp., Ale skoro komentujemy finanse, to tematu ubóstwem zajmować się nie wypada. Wypada natomiast wyjaśnić znaczenie „stojących kopert”. Rozumienie tego terminu, dość powszechne w czasach minionych, w społeczeństwie powoli zanika, choć funkcjonuje nadal, co potwierdzam.In film „Kler”. Tradycje trzeba kultywować, a slang korporacyjny też warto znać, bo możemy nie rozumieć prostych rozmów np. przy obiedzie, czego przykładem jest niżej opisana przygoda.

Za czasów rządów Platformy i PSL, znalazłem się niespodzianie na odświętnym obiedzie w jednej z warszawskich parafii, znanej ze szczególnego uwielbienia miłościwie nam panujących, nawet bardziej cywilnych niż kościelnych. Byłem tam uważany za „ziomala”, (bez sprawdzenia, – co dziś byłoby niemożliwe), więc tematy poruszane przy stole były dość swobodne, ogólnie „luźno” związane z religią. Niewiele obeznany w temacie i środowisku, jako korporacyjny klon, zagaiłem naiwnie gospodarza: „Dużo pracy chyba w parafii, bo tylu księży!?

Proboszcz na to szczerze: „ Nie tak dużo; tych kilkunastu wikarych muszę trzymać, bo nie mam, co z nimi zrobić. Aby wysłać na jakąś parafię, trzeba dać 300 tys. złotych, a za parafię w Warszawie to nawet 2-3 razy tyle. Ja takich pieniędzy nie mam, oni też, dlatego tu są. Chyba odruchowo wyraziłem zdziwienie, więc ksiądz perorował dalej: „każda parafia jest wyceniona, ile ma przynieść dochodu, a nabywca np. „papierowej” parafii, jako proboszcz, dla zachowania poprawnych stosunków z kurią, przy każdej wizycie winien zapewnić kopertę raczej „stojącą”. Jeśli nie, to, jako marny władca dusz, wysyłany jest na parafię „miedzianą”. A jak młody – to na misje do ciepłych krajów”. Rozmowa toczyła się w miłej i przyjaznej atmosferze, a wśród słuchaczy chyba, jako jedyny nie kumałem zanadto, pewnie też reagowałem dziwnie, bo spytano mnie czy aby smakuje obiad. Potwierdziłem, że bardzo i wróciłem do konsumpcji, bo dania były znakomite.

Nie uczestniczyłem więcej w podobnych uroczystościach, czy obiadach w tak dostojnym składzie, ale zarządca tejże parafii opowiadał wszystko z taką swobodą, otwarcie i bez cienia zakłopotania, że nie pozostawało cienia wątpliwości, iż owe zwyczaje i korpojęzyk są raczej powszechne. Ponieważ podobne wątki opowiadają inni, chciałbym uwierzyć, że opisany przykład jest w polskim Kościele wynaturzeniem, a nie normą. Wygląda na to, że takie zachowania nie są grzeszne, co potwierdza Tadeo Rydzyk, bo … kto nie grzeszy? Według tego przedsiębiorcy np. pedofilia jest niby grzechem, ale raczej lekkim, czego nie rozumieją nieprzyjazne media.

Dla porównania – w kościołach chrześcijan protestantów podobne zjawiska raczej nie występują, mimo iż społeczeństwa, w których one funkcjonują, są z reguły bogatsze, a księża/ pastorzy posiadając rodziny, nie muszą traktować seksu i pieniędzy, jako szczególnego przywileju i nagrody za wypełnianie „ misji” wyznaczonej przez szefów, od której odwołać się niepodobna nawet do Franciszka. A instancja najwyższa równie nieskuteczna! Albo w ogóle jej nie ma, o czym oświeceni hierarchowie są w większości przekonani.

Kościół w odwrocie

Rok temu doczekaliśmy historycznej chwili. Biskup opolski Andrzej Czaja wyznał w komunikacie do wiernych, że z braku personelu redukuje parafie.

„W aktualnej sytuacji rażącego deficytu duszpasterzy (wyświęcę siedmiu, potrzebuję szesnastu), by zaradzić potrzebom 400 parafii w naszej diecezji, w najbliższych latach, podobnie jak to już w kilku miejscach się dokonało, jestem zmuszony połączyć ze sobą mniejsze parafie” – ubolewał hierarcha. Oznajmiający tym samym, że Kościół nie wyrabia.

Mszoodprawiacze

Przez ostatnie 30 lat liczba nowych probostw urosła o 15 procent. Nigdy nie było problemów ani z ich obsadzeniem, ani z namówieniem wiernych na zrzutkę na nowy kościół i wypasioną plebanię. Do seminariów garnęły się tysiące młodych mężczyzn. Jeszcze 20 lat temu wikariusze z paroletnim stażem opowiadali, że na objęcie fuchy proboszcza nie mają w najbliższych 15 latach szans, bo przed nimi w kolejce jest jeszcze pięciu lub sześciu.
Parafii diecezjalnych, czyli nie zakonnych, jest dziś w Polsce prawie 9 700. Diecezjalnych księży zaś prawie 25 tys. Wychodziłoby po 2,5 klechy na parafię. To jednak mylące. 3 tysiące polskich księży diecezjalnych nie pracuje w Polsce. Są oddelegowani głównie do krajów Europy Zachodniej, gdzie deficyt osób w koloratkach występuje od lat. Z tych, co są u nas, z parafiami nie ma nic wspólnego 2 proc. księży funkcjonujących w szkolnictwie seminaryjnym i na uczelniach katolickich. Tyle samo duchownych zajmuje się robieniem dobrze biskupom, pracując bezpośrednio w diecezjach. Kolejne 12 proc. stanu osobowego kleru diecezjalnego, to dożywający swoich dni emeryci i renciści. Do odprawiania mszy w parafiach zostaje zatem góra 18 tysięcy księży – niecałych dwóch na probostwo.

Wszystkie te dane można łatwo pozyskać w materiałach Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Konia jednak z rzędem temu, kto zrozumie jakim cudem, w każdym oficjalnym wystąpieniu księży statystyków pada stwierdzenie, że „w parafiach zaangażowanych duszpastersko jest ponad 20,5 tys. księży”.

Mało ich, mało ich…

Jeszcze 20 lat temu, każdego roku wyświęcano średnio 600 księży rocznie. Od 10 lat systematycznie spada liczba chętnych do seminariów. Rośnie za to procent takich, którzy z zostaniem księdzem dają sobie siana już po paru miesiącach bycia klerykiem. Efekt jest taki, że w drugiej dekadzie XXI wieku populacja księży w Polsce wzrastała przeciętnie o 340 osobników rocznie. Oczywiście przy tendencji malejącej.

Ponieważ ksiądz też człowiek, to od lekarza, czy dekarza, w postrzeganiu ekonomii się nie różni. Dlatego większość, tuż po święceniach zaczyna się dowiadywać, co zrobić, żeby załapać się na robotę w jakimś kraju „starej Unii”. Udaje się to po paru latach większości chcących. Na polskim „rynku pracy duszpasterskiej” zostaje – jak nieoficjalnie mówią wysoko postawieni księża – co trzeci wyświęcony młodzian.

Ponieważ diecezja, diecezji nierówna, to większość księży chce pracować tam, gdzie wiernych jest dużo i nie skąpią grosza na kościół. Jest zatem kilka biedniejszych biskupstw, gdzie pogłowie księży się umniejsza. Parafie muszą być obskakiwane jednoosobowo przez proboszcza, bo wikariusze błyskiem przechodzą na swoje obejmując wakujące parafie. Proces ten postępuje, bo większość księży ma już swoje lata. Średnia wieku kleru w Polsce wynosi ok. 52 lat – tyle co pielęgniarek. W odróżnieniu jednak od nich, księżom Kościół każe pracować znacznie dłużej. Kanoniczny wiek przejścia księdza na emeryturę to ukończone 75 lat. Co prawda w tych diecezjach, które nie mają problemu z wakatami, biskupi ustalili go na 70 lat, albo nawet – jak w archidiecezji katowickiej – 65 lat. Ale ten stan już długo nie potrwa. Kościół na darmozjada przecież łożył nie będzie. Szczególnie, że taki dziadek będzie miał co robić.

Duszpasterz z czarną skórą

Z powodu braku rąk do pracy, biskupi jak mogą starają się odmawiać delegowania za granicę. Ale gdy młodzi księża wystarają się o odpowiednie poparcie czynników watykańskich, to nawet biskup nic nie może. Na Zachodzie pogłowie księży to dramat. W Hiszpanii średnia wieku duchownych dobija przecież do 70-tki. We Francji, Austrii i Niemczech tak samo. Polska, ze swymi malejącymi wyświęceniami, i tak dokłada do puli europejskiej co roku jedną czwartą nowych kapłanów katolickich. Po naszych księży łapę wyciągają i zza Oceanu. Bo tam po dekadach afer porobiło się tak, iż przeciętny wiek księdza katolickiego wzrósł z 37 lat w roku 1970 do 58 lat – dziś.

Polscy biskupi bronią się jak mogą i udowadniają, że i u nas zaczyna być krucho z księżmi. Mimo tego, że co piąty ksiądz w Europie jest Polakiem, to statystyki zaczynamy mieć takie jak gdzie indziej. Średnio, w krajach naszego kontynentu na jednego księdza przypada 2000 ochrzczonych – nie mylić z praktykującymi. W Paryżu jest to 1190, w Londynie 790. Tymczasem w pełnym kościołów Krakowie – 720. Zaś w Łodzi aż 1900, a w Szczecinie 1500.

Szykującego się już wkrótce dramatu kadrowego Kościoła w Polsce, dowodzi ubiegłoroczny zaciąg do seminariów diecezjalnych. Jak podaje Katolicka Agencja Informacyjna, przyjęto do nich 324 mężczyzn. O 91 mniej niż rok wcześniej. Pamiętać trzeba, że najwyżej co drugi kleryk zostanie potem wyświęcony.

A nawet jeśli, to zawsze może sutannę potraktować jak Tymoteusz Szydło. Czyli iść na „urlop”. Albo nawet ją rzucić na stałe. Od kilkunastu lat, każdego roku robi tak przeciętnie prawie 60 księży. Jeśli te trendy się utrzymają, to już za parę lat polski Kościół będzie miał zerowy bilans przyrostu kapłanów.

Biskupom zostaną dwa wyjścia. Oba złe. Pierwszym będzie import księży z zagranicy. Co jednak zrobią polscy wierni, dla których nawet abp Polak to Żyd, gdy mszę będzie odprawiał im Ukrainiec albo Białorusin? Albo co gorsza proboszczem gdzieś na Podkarpaciu zostanie czarnoskóry?
Biskupi znają swoje owieczki i wiedzą, że na takie eksperymenty sobie pozwolić nie mogą, ale drugie wyjście jest jeszcze gorsze. Diecezje mogą oddać parafie w ręce polskich zakonników.

Co będzie dla biskupów nader niemiłe, bo zakony episkopatowi i biskupom nie podlegają, a poza tym, całą kasę z owieczek zagospodarują same.
Wbrew temu, co się wydaje laikom Kościół diecezjalny i podległe swoim generałom zakony to światy tyleż odległe, co mocno się nielubiące. Dość przypomnieć ile lat trwała wojna między Episkopatem a redemptorystami. Zakończona tym, że Tadeusz Rydzyk na własną rękę kupił sobie przychylność większości biskupów.

Efektywność posługi

Wpuszczanie zakonników zastosował początkowo i biskup Czaja. Jak napisał „udało się też przekazać kilka parafii zgromadzeniom zakonnym i im powierzyć troskę duszpasterską o wiernych w nich”.
Doświadczenia chyba miał nie najlepsze, skoro teraz wybrał opcję podporządkowania dwóch parafii jednemu proboszczowi, ale za to swojemu.

Pilotażowi Czai bacznie przyglądają się i księża i Episkopat. Pierwsi wietrzą większą kasę dla siebie i dwie plebanie do prywatnego użytku. Biskupów bardziej interesuje to jak eksperyment odbije się na finansach. Mniej parafii to teoretycznie tyle samo ślubów, pogrzebów i hajsu z tacy, przy „niższych kosztach osobowych”. Efektywność duszpasterstwa winna zatem mocno wzrosnąć udowadniając, że katolicyzm zawsze spada na cztery łapy.

Bigos tygodniowy

Jak informuje Bank Ochrony Środowiska, „polski złoty był we wtorek 13 lipca 2021 r. najsłabszą walutą w zestawieniach z dolarem amerykańskim. Tendencja osłabiania się złotego jest niestety kontynuowana. Środa i czwartek przyniosły bowiem dalsze osłabienie złotego w stosunku do głównych walut świata”.


Karbowy w todze sędziego „Trybunału Przyłębskiej”, zrugał jak uczniaka przedstawiciela Rzecznika Praw Obywatelskich. Stało się to podczas posiedzenia TeKa Przyłębskiej. w sprawie relacji między Konstytucją a prawem unijnym. Chyba nie połapał się, że nie uczestniczy w rozprawie słusznie minionego kolegium do spraw wykroczeń w sprawie o kradzież roweru i nie zwraca się do jakiegoś żulika złodziejaszka, ale w sprawie, w której – poniekąd – ważą się losy Polski. Jak wynikało z jego chamskiej wypowiedzi nie podobały się mu „fantazje snute” przez przedstawiciela RPO. Pomijając nonsens takiego zarzutu, warto przy okazji zauważyć, że „fantazja”, to kategoria przekraczająca najwyraźniej możliwości przetworzenia jej przez jego nieskomplikowany umysł. „Chamował” też „sędzia” Piotrowicz, ale to już klasyka.


W reakcji na wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zawieszającego ostatecznie działalność tzw. „Izby Dyscyplinarnej” Sądu Najwyższego, PiS-banda przyjęła postawę wrogiego nieprzejednania w stylu: „nie oddamy ani guzika”. Najbardziej kwieciście, bo z użyciem poezji ujął stanowisko PiS-bandy przebrany za publicystę funkcjonariusz frontu jej propagandy, niejaki Grzybowski, częsty komentator TVPiS. Swoją rozmowę z zadającą mu pytania niewiastą-prezenterką zakończył cytatem fragmentu z wiersza Adama Asnyka: „Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,/Mężom przystoi w milczeniu się zbroić…”. Tym samym, przy okazji, wniósł swój wkład w debatę wokół „cnót niewieścich”. Poczęstowana tym cytatem telewizyjna PiS-niewiasta grzecznie podziękowała mu za rozmowę.


Dobiegający 90-tki Zygmunt Cudok, ojciec pewnego księdza starającego się o parafię we Włoszech, odbierał telefony w rodzaju: „Jeżeli chce iść do Włoch musi zrobić jeszcze jeden krok. Ściągnąć gacie, sprawa będzie wyjaśniona. Jeżeli tego nie uczyni, nie będzie już kapłanem, nie będzie odprawiał mszy i będziecie wyśmiani w całej naszej diecezji. Chciał wojny, będzie ją miał”. „Proszę nie zapominać, że to my mamy władzę. A wasz syn, odrzutek społeczeństwa, śmieć, nie ma żadnej władzy. Jeżeli przyjmie naszą propozycję (…), przejdzie formację, to wtedy my zaopiniujemy pozytywnie, odkręcimy sprawę.” „Uciekł, to chory człowiek. Trzeba zamknąć go jak najszybciej. Tylko chory człowiek nie pokazuje majtek w naszym stanie. Takich trzeba eliminować. A wy staruchy módlcie się o dobrą śmierć, bo my nawet wam pogrzebu nie zorganizujemy. Proszę tylko przekazać, jeżeli jutro zadzwoni do nas, do mnie (…), i ze mną szczerze porozmawia, bo jeszcze ja mogę go wybronić, zmienić bieg sytuacji.”„Biskupowi odmówił, mnie może nie odmówić. Pokaże, co ma pokazać, zabawimy się, będzie wolny. I wyjedzie do Italii. (…) Proszę zapamiętać, że ja mogę wszystko zmienić. Jeżeli nie, zniszczymy go raz na zawsze.”


„Ja ich zaraz kurwa ugruntuję” – napisała Kasia Nosowska w reakcji na rewelacje przybocznego Czarnka o „ugruntowywaniu cnót niewieścich” i „zepsuciu kobiet”.


A propos Czarnka. Do tej pory znany był tylko jako fundamentalista i fanatyk religijny, ale dość prostodusznie szczery. Teraz dołączył do Towarzystwa Kłamczuchów „Pinokio”. Stwierdził oto, że problem z chodzeniem młodzieży na religię jest w Warszawie i Poznaniu, ale poza tym jest dobrze. A oto procenty uczniów uczęszczających w innych diecezjach: warmińska – 30 proc., łódzka – 23,8 proc.; szczecińsko-kamieńska – 20,5 proc.; gliwicka – 19,2 proc., sosnowiecka – 19,2 proc., gnieźnieńska – 16,5 proc. Są, owszem, regiony, gdzie na religię uczęszcza niemal 100 proc. dzieci i młodzieży: w pelplińskiej – 99,2 proc., oraz rzeszowskiej i przemyskiej – 97,9 proc., ale poza tym Czarnek ściemnia.


Słowacka piosenkarka Karin Ann zrobiła TVPiS w balona. Kończąc piosenkę śpiewaną na żywo w ramach „Pytania na śniadanie”, wyciągnęła tęczową tkaninę i owinęła się nią. Wprost trudno sobie wyobrazić paniczne piekło jakie w tym momencie zapanowało na Woronicza. Jakie tam się musiało odbyć straszenie, a może i karanie. No i żeby nie dopuścić do powtórki, która mogłaby się zdarzyć na zasadzie naśladownictwa, zapewne wprowadzą teraz opóźniarkę emisji.


Policja zaaresztowała Matkę Boską z wrocławskiej pizerii. Matka Boska obraziła „uczucia religijne”, bo u jej stóp była golaska Modiglianiego. Staremu, jak to Bigos, Bigosowi, zapachniało młodością, bo pamięta zaaresztowanie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w 1966 roku, w czasach Władysława Gomułki.


Z trójki Girzyńskiego, która odebrała większość sejmową klubowi PiS, został już tylko Girzyński. Po wchłonięciu Czartoryskiego do swojej „partii republikańskiej”, karbowy-odkurzacz Bielan wchłonął też posłankę Janowską. Czas pędzi coraz szybciej, kiedyś takie „nawrócenia” nie następowały w tempie „instant”.


Jakiś dziaders z Koalicji Obywatelskiej przypieprzył się do posłanki Klaudii Jachiry za noszenie w Sejmie sukienki w kwiatki, w której wygląda jak „ o ugruntowanych cnotach”. Czyżby w KO zachowały się jeszcze jakieś złogi łagiewnickie?


Świerzyński Sławomir z – nomen omen – „bayer full”, który ma od lat proces o naruszenie praw autorskich, tak oto nawiązał do technik przyjmowania komunii w pandemii: „Ja Ciało Chrystusa przyjmuję na kolanach i do ust”. Hm, no tak… Ale czy całe Ciało, czy tylko którąś z jego części?


Krąży – nieoficjalnie – pogłoska, że Kaczor podobno postawił Gowinowi ultimatum: albo zagłosuje razem z PiS za „lex anty-TVN”, znane też jako „lex Suskie”, albo straci funkcję wicepremiera, a Porozumienie zostanie być może nawet wyrzucone z koalicji rządzącej. Czyżby ojciec chrzestny postawił zbuntowanemu członkowi mafii propozycję nie do odrzucenia?

Odpływając na chwałę

Czasami to aż serce pęka, kiedy się patrzy, jak polski Kościół katolicki odrywa się od społeczeństwa i rozdyma w swojej mydlanej bańce, w której żyje od dekad. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie martwiło, ale dla przyzwoitości i czystości sumienia, może warto by podpowiedzieć rządzącym, żeby zwrócili kościelnym hierarchom uwagę, że król jest nagi, stary, gruby i obleśny.

Kompletnie nieatrakcyjny. Zwłaszcza dla młodych. Starzy mają świadomość, że czas obszedł się z nimi różnie, i sutanna potrafi ukryć sporo, ale dla młodzieży to dziś żadna okoliczność łagodząca. Czy to ksiądz, czy katecheta, czy pan od fizyki, wszyscy oni mogą być nudni jak flaki z olejem, a z ich lekcji można wynosić co najwyżej hemoroidy. Nie dziwią więc statystyki, z których dowiadujemy się, że młodzież szkolna i licealna masowo wypisuje się z lekcji religii. W Warszawie tylko od września na Woli z lekcji religii wypisało się ponad 900 uczniów. Na Pradze-Południe – ponad 700, na Białołęce – ponad 500, na Ursynowie – ponad 300. O ostatnim exodusie młodych katolików z lekcji katechezy poinformowała na dniach jedna z kieleckich gazet. Z danych Urzędu Miasta wynika, że skala tego zjawiska jest naprawdę ogromna. Spośród prawie 6,5 tys. licealistów z udziału w lekcjach religii zrezygnowało już ponad 2 tys. uczniów. Z kolei w kieleckich szkołach podstawowych z lekcji religii rezygnuje niewielu uczniów. Czemu tak się dzieje? A no bo w ogólniaku można już decydować o sobie, a w podstawówce jest wszak komunia i bierzmowanie, a bez tego ksiądz nie dopuści do ołtarza na ślub czy chrzciny, a to przecież taka ładna uroczystość. Biały welon, organy, schludnie to wygląda na pamiątkowym obrazku. Czysty pragmatyzm. Czy Kościół dostrzega ten rozdźwięk?

Skłamałbym, gdyby napisał że nie. Są w zawodzie księża i katecheci, którzy doskonale wiedzą, że piątkami i dwójkami miłości do Pana Boga nauczyć nie sposób. Wiedzą też, że programy katechez są tak skonstruowane, że prócz nauki pacierzy, ciężko jest znaleźć czas na to, czego młody człowiek dziś w wierze poszukuje. Trudno też im odpowiadać na coraz trudniejsze pytania, a częstokroć, trudno też bronić swojej własnej wiary, crosowanej z praktyką codzienności. Co bardziej wrażliwy mógłby się zasromać, że być może lekarstwem na bolączki katechetów mogłaby być zmiana podejścia w metodyce przedmiotu; z bogobojnej oazy na swobodną wymianę myśli, w kierunku poznania innego, nie tylko katolickiego, punktu widzenia na świat, rolę człowieka, zło czy dobro. Nic bardziej mylnego. Nie tak dawno temu, arcybiskup katowicki Skworc, na spotkaniu z nauczycielami wyznającymi katolickie wartości, zaapelował do rządzących, aby lekcje religii były obowiązkowe. I już. Problem rozwiązany. Młodzi nie chcą chodzić na religię-no to od dziś nie będą mieli wyjścia. Pan Bóg tak mocno Was ukochał, że nie możecie odrzucić tej miłości, a my Wam to zapewnimy. Mamy do tego przychylnych urzędników, a jak oni nie pomogą, to Armię Boga, znaczy Ordo Iuris i Kaję Godek.

Ale oczywiście, trzeba kuć czerwone, póki gorące i iść za ciosem. W trakcie ostatniej pielgrzymki parlamentarzystów polskich na Jasną Górę, mszy św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej przewodniczył abp Wacław Depo, który chwalił wprowadzony ostatnio w Polsce przez rząd PiS zakaz wykonywania aborcji w przypadku, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenie płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. A potem się towarzystwo nie może nadziwić, że młodzi protestujący nie mają respektu dla świętości i malują sprejem po plebaniach. Wstyd i obraza boska. Gdyby jednak częściej młodzieży i dzieciom mawiać na religii, kiedy jeszcze na nią chadzały, że to ludzie są Kościołem, a nie budynki, pałace i spiżowe bramy, to może coś by z tego wyszło. Gdyby Kościół zechciał rzeczywiście zatroszczyć się o człowieka, miast o synekury dla siebie, może nie byłby dziś własną, pokraczną karykaturą.

Idąc w stronę bazyliki św. Piotra ulicą Via Conziliazione, parę lat temu, wdepnąłem w ludzką kupę. Skąd wiem, że w ludzką? Po prostu wiem. Nieopodal, w podcieniach, dostrzegłem śpiącego na kartonach bezdomnego. Kupa mogła należeć do niego, ale równie dobrze, do innego z setki żebraków koczujących w arkadach przy bazylice i wzdłuż ulicy doń prowadzącej. Nie było nań wolnej przestrzeni, której by nie zagospodarowali. Dziwić to jednak nie powinno. Biedacy byli na świecie od zawsze. Zawsze też, na odpustach czy po sumie, żebrali pod kościołami. I choć czasy się zmieniły, ludziom w Europie żyje się dostatniej i dłużej, to żebracy nadal są pod Kościołem i długo jeszcze pod nim pozostaną. A młodzi ludzie mają oczy i mózgi i potrafią z nich korzystać. Nawet bez nieobowiązkowych jeszcze katechez.

Czarna zaraza

Kościół od wieków zwalcza tylko to, czego zwalczanie pasuje duchownym.

Dla heteryków płci obojga, istnienie geja czy lesbijki, powinno być przyjmowane z radością. Lesbijka nie odbije wszak heteryczce usidlonego przez nią faceta. Takoż homoseksualny mężczyzna – sam się eliminuje z grona konkurentów nakierowanego na baby macho. Logice tej przeciwstawia się u nas Kościół. I wie co robi.

Jedyne sensowne badania orientacji seksualnej księży katolickich przeprowadzono parę lat emu w Stanach Zjednoczonych. Wyszło z nich, że prywatnie,przeciwko seksowi z innym facetem nie miałby nic co drugi. Naukowców mocno to zaskoczyło, bo w Ameryce gejów i panów biseksualnych jest góra 20 proc.. Znaczy wśród księży tęczowość jest mocno nadreprezentowana.

Polscy duchowni według wyrywkowych badań, aż tak ugejowieni nie są. Pociągiem do własnej płci charakteryzuje się ledwie co trzeci facet noszący nad Wisłą, Odrą i Bugiem, koloratkę.

Najciekawiej jednak jest w centrali katolicyzmu, czyli w Stolicy Piotrowej. Watykanolodzy o uznanych nazwiskach obczaili, że popędem do własnej płci charakteryzuje się tam 80 proc. księżowskiej, prałatowskiej, biskupiej i kardynalskiej populacji.

Mogłoby się wydawać, że skoro tak jest, to duchowieństwo katolickie winno stać w awangardzie tolerancji dla odmienności seksualnych. A nie stoi, a nawet przeciwko tęczowej zarazie, szczuje miłych, młodych, krótko ostrzyżonych ludzi o niewybujałej inteligencji.

Wytłumaczenie jest tyleż banalne co proste. Chodzi o konkurencję w doborze homoseksualnym. Przez setki lat jedynym miejscem, gdzie gej mógł dokonać coming out’u był konfesjonał. I jak spowiednikiem był inny gej, to…
Od kilku dziesięcioleci monopol się załamał. Są kluby gejowskie, jest internet i tolerancja społeczna dla homoseksualizmu też jest. A nawet laicyzacja, powodująca, że gejów w konfesjonałach zrobił się niedostatek. Homoś w koloratce nie ma dopływu świeżych partnerów i sam musi wyjść z plebanii, czy pałacu biskupiego w miasto lub w sieć. To z kolei, w wypadku posiadania przezeń przełożonych zorientowanych inaczej, grozi dekonspiracją i obciachem.

Jeszcze gorzej, w związku z ekspansją „gender” jest w małych miasteczkach i na wsiach. Jeszcze niedawno nikt nawet nie pomyślałby, że do księdza na plebanię przychodzą młodzi ludzie nie po to, żeby napić się wódki. A teraz najbardziej ciemny lud wie, co to homoseksualizm i, że jest częstszy niż można pomyśleć.

Oczywiście facetolubnemu księdzu włościanie łomotu nie spuszczą, ale ich podśmichujki przełożą się raz – na brak posłuszeństwa, dwa – na mniejsze datki z tacy. A to niefajne jest.

Walka z pedalską zarazą jest tak naprawdę pierwszą od kilkuset lat batalią Kościoła katolickiego. Opowieści o tym jak duchowieństwo potykało się czerwoną zarazą, u ludzi znających historię i dokumenty, budzi śmiech. Bo jeśli w kraju, w którym cement, piach i stal zbrojeniowa, były na talony, a w najmniejszych nawet wsiach budowało się kościoły gabarytów Lichenia, to chyba coś z tą walką z komunizmem i komunizmu z Kościołem, jest nie tak.
Gdyby do tego dodać, że w PRL dla SB kapowało najwyżej 100 tys osób, co daje jakieś promile społeczeństwa. Zaś w przypadku duchowieństwa odsetek ten wynosił 30 proc., to walka Kościoła z czerwoną zarazą jawi się nader interesująco. Nie wspominając już o tym, że w ramach wojny z nieludzkim marksizmem, księża o najdziwniejszych skłonnościach czuli się bezpiecznie i mogli rżnąć dzieci, staruszki, czy co tylko chcieli. Zwalczana przez Kościół władza zapewniała im bowiem dyskrecję.

Kościół lubi też opowiadać, jaki to był nieujarzmiony w czasach zarazy brunatnej. I jakoś nie wspomina o katolickiej przybudówce Hitlera w postaci rządzonej przez faszystów i księży Słowacji ks. Tiso. Tej z której pozbyto się, przy braku niemieckiej okupacji niemal wszystkich Żydów.
Wsadzono ich do pociągów i wysłano niedaleko. Do Auschwitz. Oczywiście w ramach walki Kościoła jezusowego z narodowym socjalizmem.

Księża i biskupi Chorwaccy błogosławiący strażnikom z Jasenovaca i wszystkim innym obcinającym nożami głowy prawosławnym i Żydom, też dowodzą, że katolicyzm znaczy godność człowieka.

Tak jak wyposażenie przez Watykan dr Mengele i kilku tysięcy zbrodniarzy nazistowskich w lewe paszporty do Ameryki Południowej.

Jak widać opowieści hierarchów o heroizmie i nieugiętości Kościoła wobec totalitarnych ideologii XX wielu, to bajki. W tym czasie Kościół od dawna miał wybite zęby i nauczył się tak lawirować, żeby mieć kasę i wpływ na jak najwięcej tego, co mogło mu dać świeckie państwo.

Prawdziwą wojnę o panowanie, kościół przegrał w XVI wieku. Wykończyła go wewnętrzna konkurencja. Byli księża i biskupi, czy pomazańcy Boży chcieli ugrać coś dla siebie, a nie dla papiestwa i krok po kroku odrywali dla siebie kolejne połacie katolicyzmu.

Watykanowi odpadało rządzenie władcami czyli państwami. Odrywać zaczęto od Kościoła szkolnictwo dające rząd dusz. Nauka wyzwoliła się z okowów biblijnego kanonu i jęła udowadniać, że to co dotąd uchodziło za dzieło Boże, to zwykłe prawa natury.

Kościół się nie poddawał. Działała tajna policja i sąd w jednym, czyli inkwizycja. Płonęły stosy, na innowierców ruszały kolejne katolickie krucjaty i nic.

Po absolutnej klęsce katolicyzmu w XVIII wieku, Kościół stał się ostoją oportunizmu i włazidupstwa. Nauczył się kolaborować i dogadywać z każdym. Kanony wiary w tym wszystkim były najmniej istotne. Liczyć zaczęła się kasa. I takie wpływy, które tę kasę zabezpieczały.

Agonia Kościoła katolickiego trwała 250 lat. Ale tak naprawdę to jego potęga runęła w połowie XIV wieku. Chrześcijaństwo po wielu wiekach absolutnego władania Europą zabiła zaraza. Epidemie czarnej śmierci, czyli dżumy i ospy. Też zresztą czarnej. To wtedy owieczki przekonały się, że księża pieprzą jak potłuczeni i wbrew temu co mówią, nie mają wpływu na to, co się dzieje. Wymierały klasztory, szlag trafiał księży, biskupów i kardynałów. Depozytariusze Boży odwalali kitę dokładnie tak samo, jak co trzeci ówczesny Europejczyk.

Czarna zaraza odebrała księżom boskość, a przy okazji rozwaliła struktury ówczesnych państw tak, że mógł się zacząć czas odchodzenia od średniowiecznej dogmatyki.

Był wszakże jeden wyjątek. Mapy XIV wiecznej zarazy pokazują, że epidemia prawie nie dotknęła terenów dzisiejszej Polski. Ziemie między Tatrami i Bałtykiem oraz Odrą i Bugiem pozostały dla zabójczej dla Kościoła, czarnej zarazy – białą wyspą.

Jędraszewski i reszta Episkopatu sądzą, że od tej pory nic się nie zmieniło.

Czy papież jest godzien

Aktywiści partii Razem i niektórzy posłowie Lewicy, podjęli akcję – Jan Paweł II jest niegodzien być patronem placów, ulic, itp. Trzeba nazwy tych ulic zmienić na inne. Akcja, nim rozwinęła się, została zamieciona pod dywan.

Polski papież cieszy się obecnie w kraju olbrzymią popularnością i taka akcja nie została poważnie potraktowana.

Szeregowy katolik, zapytany pod kościołem, co właściwie zawdzięcza świętemu papieżowi, odpowie, że Jan Paweł II wielkim Polakiem był, walczył z komuną i po świecie dużo podróżował. Tylko nieliczni mogą coś wspomnieć o jego np. encyklikach.

Niestety polski papież nie przygotował kościoła na nowe czasy i to aż nazbyt widać w Polsce. Nasz kościół jest konserwatywny, zapatrzony w przeszłość i żyjący dostatnio.

Ocena roli kościoła przez Polaków jest cofnięta, w stosunku do Europy, o kilkadziesiąt lat i to teraz właśnie widać. Można napisać, że to uwstecznienie kościoła w Polsce jest spowodowane zarządzaniem nim przez polskiego papieża.

Dopiero teraz, zaczynają się otwierać oczy i uszy naszym obywatelom – katolikom, że coś jest nie tak, że byli trzymani w nieświadomości i było im z tym dobrze, bo przecież papież świętym jest. Natomiast biskupi i cała hierarchia to tacy półświęci. Ostatnie wydarzenia pokazują, że kościół jest tak samo grzeszny jak każdy człowiek, a czasami jego grzechy są większe. To, na razie, nie mieści się w głowie większości katolików.

Muszą to przemyśleć, uświadomić sobie, że kościół nie jest taki święty, a papież Polak o tym także doskonale wiedział, choć kardynał Dziwisz wszystkiego zapiera się. Im bardziej się zapiera, tym mniej staje się wiarygodny.

Na zamianę ślepego i posłusznego myślenia na trzeźwy osąd Kościoła katolickiego trzeba czasu.

Za ileś lat to nastąpi. Trudno dzisiaj powiedzieć, ile lat upłynie, by Polacy zaczęli inaczej postrzegać swoich duchowych przewodników w sutannach, a oni zrozumieją, że są sługami ludzi, a nie panami wydającymi z ambony polecenia swoim tępym poddanym.

Odnoszę wrażenie, że tempo zmian w świadomości znacznie ostatnio przyspieszyło.

Zatem najpierw rozsądne samouświadomienie, a potem decyzje o zmianach nazw ulic i usuwaniu pomników. A i potem sądzę, że papież jednak pozostanie patronem wielu ulic. Z prostego powodu – nie mamy za wielu Polaków znanych na świecie. Będzie także polski papież znakiem historii, a takie znaki są potrzebne i cywilizowane społeczeństwa ich nie usuwają.

Ze smutkiem obserwowałem, jak po 1990 roku do jednego worka wrzucono ludzi niegodnych z bardzo zasłużonymi. Rugowano z pamięci i z pomników jednych i drugich. Z PRL zrobiono czarną, niegodną pamięci, dziurę. Brali w tym udział politycy styropianowi, a zniszczenia dokańczają poststyropianowi.

Pamiętam także jak w PRL udawano, że takiego Piłsudskiego w ogóle nie było. Teraz pada żądanie pozbawienie godności ich głównego patrona.
Tak to historia zatoczyła koło i z pomników chce strącać kolejnych luminarzy minionych czasów.

Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

Jak Kuba Bogu, tak Kuba Bogu

Nie pytaj co Kościół może dać tobie. Pomyśl co ty możesz dać Kościołowi.

Od 30 lat, ilekroć władza świecka chce coś od Kościoła, to słyszy, cichsze lub głośniejsze nie. To cichsze jest zawsze wstępem do targowania się. A ponieważ negocjacje z Kościołem zawsze sprowadzają się do niewytłumaczalnych rozsądkiem żądań, to państwo i samorządy starają się od Kościoła niczego nie chcieć.
I miast dyskutować z proboszczem o zamianie kawałka działki przeszkadzającej w budowie drogi, czy ulicy, wójtowie wolą żeby nowa arteria była nawet o parę kilometrów dłuższa, bo to i tak wyjdzie per saldo taniej.

Mocni Głódziem

Czasem jednak nie da się i prezydent, burmistrz, czy wójt musi o coś Kościół poprosić. Tak porobiło się na okoliczność tegorocznego podwójnego rocznika w liceach. Duże miasta stanęły w obliczu fizycznego braku sal lekcyjnych. Sytuację rozwiązałaby zgoda na jedną w tygodniu, zamiast dwóch lekcję religii.
Wiceprezydent Warszawy, Renata Kaznowska, na początku roku skrobnęła prośby do biskupa Romualda Kamińskiego z diecezji warszawsko-praskiej oraz jego sąsiada zza Wisły kardynała Kazimierza Nycza. Od obu przyszło zapewnienie, że dyrektorzy, którzy zgłoszą problemy, dostaną zgodę na odstępstwo od dwóch godzin religii tygodniowo w klasach pierwszych. 109 dyrektorów szkół wystąpiło więc do biskupów o dyspensę z jednej religii. I widać wielu było w kuriach podpadniętych, bo tylko 83 szkoły dostały błogosławieństwo dla jednej godziny nauki paciorka.
Wydział Edukacji Urzędu Miasta Łodzi napisał zaś do abp Grzegorza Rysia, a ten zgodził się bez mrugnięcia okiem.
W Gdańsku, z Głódziem tak łatwo nie poszło. Już podczas oficjalnego spotkania z katechetami, purpurat kategorycznie odmówił zgody na zmniejszenie liczby lekcji religii w szkołach. Wszyscy wiedzieli, że „flaszka” jest cięty na prezydent Dulkiewicz, więc wzięli się na sposób. Do kurii napisali zatem uniżone prośby dyrektorzy liceów. I, o dziwo, na ośmiu składających wnioski ośmiu dostało zgodę.

Niezgoda księdza arcybiskupa

Jacka Majchrowskiego do wynegocjowania zmniejszonej religii obligowała uchwała Rady Miasta Krakowa. Puścił zatem do Jędraszewskiego list z czołobitnym sformułowaniem, iż „zgoda Księdza Arcybiskupa przyczyniłaby się do poprawy warunków nauki krakowskich uczniów”. No i takim błagalnym passusem: „Jeszcze raz zapewniam, że miałaby ona charakter jednorazowej decyzji w związku z absolutnie wyjątkową sytuacją rocznika uczniów, którego ona dotyczy”.
Jędraszewski nawet nie pofatygował się odpowiedzieć. Wytypował do tej roli dyrektora Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitalnej w Krakowie księdza Andrzeja Kieliana. A ten poszedł na całość i napisał, że „Z dotychczasowych wypowiedzi i oświadczeń wynika, iż zarówno Małopolskie Kuratorium Oświaty, jak i krakowski Magistrat zapewniają, że oświata w Krakowie i całej Małopolsce jest dobrze przygotowana na nadchodzącą zwiększoną rekrutację do klas pierwszych szkół ponadpodstawowych. (…) Nie było także do tej pory żadnych sygnałów dotyczących ograniczenia ilości godzin religii. Władze miasta zgodnie zapewniały od początku bieżącego roku, że nie będą występować do Kurii w tej sprawie”. Co znaczyło mniej więcej tyle, żeby Majchrowski spadał na drzewo.
Burmistrz Ustrzyk Dolnych niczego się chyba o Kościele nie nauczył na KUL-u. Ani nawet w czasie swojej całej poprzedniej kadencji. Pewnie stąd szukając oszczędności w gminie wpadł na pomysł zmniejszenia godzin lekcji religii w szkołach. Z rachunku wyszło mu bowiem, że jak religii w podległych mu szkołach będzie o połowę mniej, to on burmistrz zapłaci za nią nie 500 tysięcy, ale tylko 200. Nieświadom co robi, napisał w tej sprawie list do metropolity przemyskiego, Adama Szala.
Zamiast odpowiedzi dostał list pasterski Szali, obowiązkowo odczytywany w kościołach całej diecezji. Z listu wynikało, co wierni mają myśleć o tych, co chcą umniejszyć liczbę godzin religii w szkole. I „którzy – jak to ujął Szala – propagują ideologie sprzeczne nie tylko z wiarą katolicką, ale godzące również w ogólnie przyjęte normy społeczne i wartości narodowe. Bo to właśnie tacy „chcą ograniczenia, a następnie wyrugowania lekcji religii ze szkół”. Jak się można domyślać, burmistrz Ustrzyk, szans na oszczędności zatem nie ma.

Święty geszeft

Prezydent Suwałk dwa lata prowadził rozmowy  z biskupem Jerzym Mazurem w sprawie kamicy przy Kościuszki 6. Kiedyś była tam szkoła rolnicza, potem przedszkole, a w końcu nauczycielskie kolegium języka polskiego. Kilkanaście lat temu miasto przekazało zabytkową nieruchomość Parafii św. Aleksandra z przeznaczeniem na dom pomocy. Kościół nie włożył w nieruchomość ani złotówki, więc z budynku zrobiła się ruina. Miasto sto razy powinno budynek, ze względu na niedotrzymanie przez Kościół słowa, odebrać. Ale nie z biskupami takie numery… Stąd po wyczerpujących negocjacjach stanęło na tym, że zniszczony budynek wróci do miasta, ale w zamian za to Suwałki sprzedadzą parafii ponad hektarową działkę za 1 proc. jej wartości.
W związku z czym deal z Kościołem zakończył się dla Suwałk wymierna stratą na gruncie i koniecznością wpompowania w ruinę kamienicy, w której ma być żłobek ponad 8 mln zł.
Suwalski przykład pokazuje najdobitniej, jak to jest gdy władza publiczna chce czegoś od Kościoła.
Wie coś o tym Jacek Majchrowski. Uczył się wszak jako prezydent na trzech metropolitach krakowskich. I na każdym dealu z nimi płynął. W sumie na grube miliony złotych. Bo tylko za nieruchomość przy ul. Totus Tuus w Krakowie wartą 2,8 mln netto Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!” zapłaciło 56 tys. zł! I jak widać po relacjach z Jędraszewskim takie robienie metropolicie dobrze to Krakowowi nie dało.
Dlatego nie ma się co dziwić, że gdy niedawno Jędraszewski zwrócił się do prezydenta krakowa o działkę po byłym motelu Krak, bo chce tam postawić kościół, to miasto pokazało mi środkowy palec i plan zagospodarowania stanowiący, że będzie tam park.

Proście, a będzie wam darowane

Inne miasta i wsie niczego się jednak w doświadczeń tych dużych nie uczą. Bo co miał z tego warszawski Ratusz, że wartą 19 mln zł działkę, otrzymała w użytkowanie wieczyste Archidiecezja Warszawska. Za nic. A teraz mogła stać się jej właścicielem na mocy pisowskich przepisów niemal za darmo. Co ma prezydent Lublina Żuk z tego, że tamtejsza kuria łyknęła kiedyś, wycenioną na ponad 550 tys. zł działkę przy ul. Nałkowskich za 55 zł. Dostała bowiem wynoszącą 99.99 proc. bonifikatę.
Co oprócz kłopotów ma były burmistrz Koprzywnicy, którego proboszcz poprosił o podłączenie kościoła do miejskiego systemu miejskiego ogrzewania. Oczywiście za free.
W wyborze mu to nie pomogło, a teraz jego następczyni proboszczowi śle rachunki, zaś na ex burmistrza poszczuła prokuraturę.
Proboszcz z Katowic zwrócił się rok temu do radnego z prośbą o sfinansowanie w całości remontu organów. Potrzebował pół miliona złotych. Radny napisał do prezydenta miasta, by ten zabezpieczył środki w nowym roku budżetowym. W normalnym kraju pismo takie wzbudziłoby śmiech i zajęło miejsce w koszu na makulaturę. Ale jesteśmy w Polsce. I dlatego w tegorocznym budżecie na organy poszła pierwsza transza środków. Znaczy 121 tysięcy zł. Na następny rok ma pójść więcej.
Mająca 2 kościoły parafia z gminy Krobia poprosiła miejscowy samorząd o przysługę finansową. I proszę. Kościół w Krobi dostanie 10 tys. zł na przebudowę dachu przebudowanego 10 lat temu, zaś kościół w Domachowie nawet 70 tys zł. A inne parafie z tej gminy nie poprosiły, więc pewnie dlatego nic nie dostają.
W kościele w Grzegorzowicach w gminie Waśniów w powiecie ostrowieckim rozpoczął się remont organów. Koszt prac to 123 tysiące złotych, a parafii liczącej niespełna tysiąc wiernych nie było stać na zebranie takiej kwoty. W normalnej instytucji szef takiej placówki pobiegłby do przełożonych. Ale w Kościele tak nie jest i wszyscy o tym wiedzą. Proboszcz miast do kurii, zwrócił się zatem o pomoc do lokalnych samorządów. Urząd Gminy w Waśniowie i Starostwo Powiatowe w Ostrowcu Świętokrzyskim użaliły się nad niedolą klechy i wyasygnowały po 20 tysięcy złotych. Kolejne 37 tysięcy złotych dołożył konserwator zabytków.
Pod Przemyślem są Maćkowice. A w nich pałac z dużym parkiem. Pałac ma kształt litery H, część środkowa i wschodnia ma dwie kondygnacje, natomiast część zachodnia trzy kondygnacje. Według wyceny rzeczoznawcy zatrudnionego przez gminę budynek wraz z działkami o łącznej powierzchni ponad 4,5 he jest wart niecały milion zł.
Pałac wpadł w oko kurii przemyskiej. Ale śmieszna i tak cena, była dla hierarchy za wysoka. Biskup poprosił zatem radę gminy Żurawica, żeby zrobiła dobry uczynek. I rada posłuchała. Dzięki temu kuria stanie się właścicielem hektarów i pałacu za 20 proc. wyceny. Znaczy za 199 tys zł.
W Szczecinie prośba Kościoła obniżyła wartość działki na Gumieńcach z 1 548 tys zł do 3 550 zł. W Rybniku 2,8 ha Kościół dostał za 500 zł. Bo poprosił.
W Głogówku też poprosił i dostał nawet 7 – arową działkę. I to mimo tego, że burmistrz nie mógł jej sprzedać. Gmina nienależną jej kasę oddała. Dla burmistrza prokuratura wnioskuje o 3 lata odsiadki, ale Kościół na bezprawnie nabytych włościach już prowadzi swoje biznesy.

Wszystkie te sytuacje pokazują, że jak Kościół coś chce, to dostaje. Ale jak władza czegoś chce od Kościoła, to dostaje odeń po łapach.
Z jednym małym wyjątkiem. Pana Mateusza Morawieckiego, do którego gdy był jeszcze bankowcem zwrócili się przedstawiciele kurii wrocławskiej i zaproponowali za bezcen sprzedaż 15 hektarów. Czyż to nie piękny przykład zupełnej bezinteresowności?

Czy działalność polityczna reakcyjnych biskupów ma w Polsce przyszłość…?

Kiedy trzy ugrupowania lewicowe podjęły decyzję o wspólnym starcie w zbliżających się wyborach parlamentarnych, miód spłynął w moją lewicową duszę, bo długo czekałam na taką decyzję.

Żywię nadzieję, że ten alians przyniesie nową jakość na polskiej scenie politycznej, ponieważ polityka polska bez udziału lewicy przynosi trudno odwracalne straty w każdej dziedzinie działalności państwa. Natomiast polska prawica – zarówno w historii, jak i obecnie – zawsze stawiała interes własny ponad interes Rzeczypospolitej, nigdy nie szanując państwa, jego struktur oraz interesów ekonomicznych.
W czasach, kiedy upadał feudalizm i Europa wchodziła na drogę modernizacji (uwalnianie chłopów, ekonomiczne umacnianie się mieszczaństwa, budowa nowych struktur gospodarczych, wdrażanie osiągnięć pierwszej rewolucji naukowo-technicznej, pojawianie się nowoczesnych konstytucji), poprzez egoizm ówczesnych elit Polska chyliła się ku upadkowi. Ta cała polska magnateria – mimo zgromadzenia olbrzymiego bogactwa – nie chciała go w godzinie próby angażować w obronę niezależnego bytu naszej państwowości. Wielki polski uczony Tadeusz Korzon (1839-1918) w swoich dziełach opisywał nie tylko niebagatelny potencjał gospodarczy Rzeczypospolitej w dobie rozbiorowej (z udziałem mądrych głów w rodzaju Jana Staszica mielibyśmy szansę na nowoczesny rozwój w ramach własnego państwa!), ale i „niebaczną srogą chciwość przodków naszych”, bezrozumnie ograniczającą władzę centralną i jej zdolność kierowania sprawami państwa. I rzecz dziwna, elity świeckie i duchowne – przekupne i opierające się w I Rzeczypospolitej władzy królewskiej, unurzane w zgubne tradycje sarmackie potulnie szły pod but zaborców, szybko dostosowując swoje ambicje do obcych wymagań, byle zachować majątki (ordynacje) i wpływy. Wyjątki były rzadkie. Polski banał.
O roli kościoła w przechowaniu chwalebnych tradycji napisano już opasłe tomy, zwłaszcza w ostatnich latach. Nie znajdziemy natomiast wydawniczego zainteresowania opisami udziału Kościoła w „długiej i smutnej historii upadku” I Rzeczypospolitej. Na tle tej posuchy wyróżniła się wydana jeszcze w 1992r książka Andrzeja Wasilewskiego p.t. „Polski wariant”. Autor analizował w niej m.in. przedrozbiorowe procesy upadku Polski, zapadającej się w nicość przy pomocy swoich elit, które „dzień po dniu, kawałek po kawałku rujnowały podstawy jej suwerennego bytu”. A. Wasilewski przypomniał tę bolesną prawdę, że „nigdzie tak jak w Polsce demontaż suwerenności nie łączył się z manifestowaniem miłości do tradycji ojczystej. Zdumiewający proces unicestwiania państwa przebiegał tu w aurze samochwalstwa, nie pozwalającego uświadomić sobie rozmiarów dokonywanych publicznych spustoszeń”.
Autor podkreśla, że w upadającym państwie Kościół czuł się doskonale, dominował, pomnażał majątki i wpływy, „osiągając w dobie największego upadku kontrreformacyjny ideał – państwo wyznaniowe”. Państwo znajdowało się „w stanie bezwładu, a hierarchia kościelna dowolnie trzęsła wszelką dziedziną prywatną, czy publiczną /…/ uroczystości kościelne stały się namiastką życia państwowego, legitymizowały wszelkie tytuły władzy, kreowały i obalały obiegowe opinie, dawały wykładnię obowiązującego prawa, sankcjonując w miarę potrzeby bezprawie. Żaden państwowy akt nie mógł nabrać mocy, jeśli nie uświęcony został uroczystością kościelną. Toteż im bardziej rozprzęgało się pod Sasami państwo polskie, tym bardziej wzbierała fala celebracji kościelnych, zaświadczających, że wszystko, co się dzieje, dzieje się zgodnie z nakazem tradycji. Wystawne jak nigdy przedtem kościelne obrzędy wypełniały misje ustrojową, dającą błogosławieństwo schyłkowym porządkom”. Uff…..
Wasilewski uważa, że nie sposób zrozumieć długotrwałej niefrasobliwości państwowej obywateli tamtej Rzeczypospolitej, jeśli nie uwzględni się osobliwego piętna, jakie na sposobie myślenia wycisnęła „absolutna hegemonia Kościoła kontrreformacyjnego”, który sam mianował się najwyższym interpretatorem „tego, co rodzime, i tego, co obce, a osadziwszy się w roli mentora i mandatariusza narodowego dziedzictwa, wypełniał sobą całą przestrzeń państwową. Z tej pozycji wytrwale oduczał Polaków odróżniać racje państwa od interesów Kościoła– jeżeli Kościół rósł i prosperował, miało to również być gwarancją dobra ojczyzny”/../ W ten sposób kontrreformacyjna hierarchia na długie lata oswoiła Polaków ze swobodnym traktowaniem lojalności państwowej”.
Jak wiemy, Rzeczpospolita srogo wtedy zapłaciła za wyznaniowy patriotyzm swoich obywateli – powoli znikała z mapy Europy, ponieważ„nabożni przodkowie pozbawili się dojrzałości w stanowieniu o państwie”. Lud Warszawy wystawił należny rachunek elitom kościelnym ( i nie tylko) w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, o czym współczesny kler milczy jak zaklęty. O udziale biskupów w Targowicy – również. Kiedy nadarzy się okazja nie ukrywają za to swojej niechęci do Oświecenia (patrz: biskup Jędraszewski) i Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Dlaczego..? Ponieważ rewolucja z 1789r, a potem Wiosna Ludów z 1848 r. zmieniły w krajach europejskich podejście rządzących do roli i pozycji duchowieństwa w praktyce państwowej rozwijającego się kapitalizmu. W każdym kraju nieco inaczej emancypowano się spod władzy kościołów, czy kolejnych papieży, jednakże w większości państw europejskich już w XIX stuleciu uznano, że jest to decyzja nieodzowna, ponieważ nowoczesne państwo wyklucza dualizm władzy.
Książkę Andrzeja Wasilewskiego (1928-09) czytałam w roku jej wydania. Pamiętam, jak trudno było przywoływać wówczas w polityce podobne do używanych przez niego argumentów, aby nie być natychmiast posądzonym o „komunistyczne” zapędy i „atak na Kościół”. Wszak nowe „elity” potajemnie przygotowywały nam konkordat, za który przychodzi nam (społeczeństwu) dziś płacić i politycznie i ekonomicznie. Książkę tę wzięłam znów do ręki po ostatnim przemówieniu prezesa (poza Kościołem tylko nihilizm), podziwiając profetyczną zdolność autora do przewidywania rozwoju politycznych tendencji, widać, jak uważnie przeanalizował przyczyny upadku I RP, obserwując na bieżąco to, co się w Polsce działo wokół papieża i Kościoła.
A na naszych oczach z dnia na dzień rosły ambicje hierarchii i powtarzały się ze strony prawicy ciemniackie akty „zawierzania” siłom niebieskim polskiej nawy państwowej. Mentalność kontrreformacji zaszczepiona przed wiekami odezwała się znów w Rzeczypospolitej, której nowe elity umacniały swą pozycję poprzez sojusz tronu z ołtarzem. I znów w tym miejscu przytoczę słowa A. Wasilewskiego, który trafnie stwierdził, że protektorat Kościoła „zaszczepia rządzącym pychę i poczucie bezkarności, a jednocześnie przyczynia się do rozprzęgania państwa. Nie tylko dlatego, że do stanowisk władzy forsuje się ludzi z własnego naboru, bez względu na ich walory publiczne, ale także dlatego, że rozgrzesza ich z góry ze środków, jakie obiorą dla realizacji celów. Poniewieranie prawa, ignorowanie opinii, zmowy milczenia wokół skandalów publicznych, aroganckie podtrzymywanie oczywistych nieprawd, stają się powszechną praktyką państwowych organów, tym szkodliwszą, że in odore sanctitatis – w klimacie uświęcających ją wyższych celów”. Czekam tylko, kiedy Mateusz Morawiecki (uwaga – to polski premier!) rozpocznie rechrystianizację Europy. Ciekawe, kiedy i od kogo zacznie…..
A tak na marginesie: czy ktokolwiek potrafiłby dziś sobie wyobrazić publiczną krytykę, skierowaną przez hierarchów kościelnych pod adresem Prezydenta USA, lub sugestię moralno-prawną wobec deputowanych do Kongresu amerykańskiego….? Nawet sam A. Duda musiałby z żalem przyznać, że w Stanach Zjednoczonych świeccy politycy nie potrzebują kościelnego „supportu” w sprawach państwowych, choć zwyczajowo na wiarę i abstrakcyjnego Boga powołują się nader często. Nie ulega wątpliwości, że od marca 1789r. ze sprawami , wynikającymi z działalności publicznej , politycy amerykańscy potrafią radzić sobie sami, bez udziału czynnika konfesyjnego. Zresztą, akurat na terytorium Stanów Zjednoczonych, nie bez historycznych powodów katolicyzm nigdy nie był w politycznej modzie. Do Ameryki uciekali mieszkańcy kontynentu europejskiego, którzy na własnej skórze doznali władzy papieży: kiedy odkrywano kontynent amerykański pamięć o długotrwałych wojnach religijnych i działalności inkwizycji była całkiem świeża Ta ostatnia działała w różnych krajach europejskich do XIX wieku i uważana była jako kontrola sumień i poglądów ludzkich. I choć w roku 00 Jan Paweł II przeprosił w imieniu kościoła za działalność inkwizycji, to słuchając niektórych polskich biskupów nie mam wątpliwości, że pewne nawyki w postrzeganiu swej roli i świata zostały w ich myśleniu do dziś.
Nie tylko Stany Zjednoczone, ale również państwa europejskie wyzwalały się stopniowo spod władzy Watykanu i Kościoła. Przypomnijmy więc dla porządku, że najpierw w znanych okolicznościach historycznych wyrwał się spod władzy Watykanu król angielski – Henryk VIII (1491-1547). Później poczyniła swoje reformacja, zapoczątkowana w XVI na terenie Niemiec. Również w monarchii austro-węgierskiej w końcu XVIII w. cesarz Józef II Habsburg (1741-1790) unowocześnił stosunki państwo – kościół w kierunku nadania wyraźnej przewagi władzy świeckiej nad duchowną. Model ten uzyskał wówczas od imienia cesarza nazwę józefinizmu. W ramach c.k. Austrii procesy sekularyzacji najdalej zaszły na terenie Czech i Moraw, nie tylko na skutek reform Józefa II: niektórzy twierdzą, że czeski katolicyzm spłonął na stosie razem z Janem Husem w 1415r., a pamięć o tym wydarzeniu okazała się w Czechach wyjątkowo trwała, w każdym razie w maju 03r. parlament czeski odrzucił konkordat z Watykanem!
Walka o prymat władzy świeckiej nad duchowną w Polsce zaczęła się bardzo wcześnie, a symbolem tej walki był konflikt króla Bolesława II Śmiałego (1058-1079) z biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Spór króla polskiego z biskupem obrósł przez wieki legendą, przekazywaną już od 750 lat jako mit zmagań świętego kościoła z grzeszną władzą świecką. Jak wskazują liczne źródła historyczne, przebieg konfliktu był wyjątkowo ostry i zakończył się dramatem obu bohaterów: biskup poniósł śmierć z ręki króla, za co ten został wygnany z kraju. W tle tego dramatu tkwiła doktryna papieska, nakazująca uniezależnienie się Kościoła od władzy królewskiej i książęcej. Pod koniec XII w duchowieństwo polskie zaczęło podążać za wymaganiami tej doktryny, konsekwentnie emancypując się spod władzy państwowej. Stanisław ze Szczepanowa (lub Stanisław Szczepanowski) był pierwszym Polakiem, którego kościół uznał za świętego. Zmarł 11 kwietnia 1079 r., a kanonizowany został prawie dwieście lat później. Od tej pory czczony jest jako męczennik za słuszną sprawę, choć samo kanonizowanie Stanisława ze Szczepanowa służyło – jak to zwykle bywa – nie tyle ówczesnym celom religijnym, co politycznym. Przez wieki towarzyszyły tej decyzji silne sprzeciwy i wątpliwości, co do heroiczności biskupa krakowskiego. W szczególności ksiądz Piotr Skarga (1536-1612) w „Kazaniach sejmowych” wyraźnie głosił, że to monarcha jest w państwie źródłem prawa i nikt (nawet biskup) nie może mu się sprzeciwić.
Ze swej strony dodam, że żywotność politycznego kontekstu mitu św. Stanisława (spoczywającego w Katedrze Wawelskiej ) obowiązuje do dziś. Pamiętamy przecież, jak papież Jan Paweł II określił św. Stanisława „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”, co wskazywało jednoznacznie, kto w stosunkach wewnątrzpaństwowych powinien mieć przewagę. Nie dziwmy sięwięc zachowaniu większości polskich biskupów, powołanych do tej godności jeszcze przez Jana Pawła II, bo ideologią, która od lat charakteryzuje ich myślenie o państwie jest doktryna „katolickiego państwa narodu polskiego”. Dzisiaj pachnie to schizmą w Kościele. Pisałam o tym nie raz.
Powróćmy jeszcze na moment do dawnych dyskusji, jakie toczyły się w polskich środowiskach inteligenckich pod zaborami, które zabierały głos na temat pożądanego kształtu stosunków państwo – kościół, bo nie wszystkie kultywowały kontrreformacyjne ogłupienie, nawet w kręgach konserwatywnych. Np. pod koniec XIX w. w środowisku akademickim i politycznym Krakowa nadano tym dyskusjom szczególny impuls. I choć znane środowisko krakowskich „stańczyków” niechętne było zarówno rozwiązaniom zastanym (józefinizm, febronianizm, cezaropapizm), jaki i pomysłom liberalnym , to jednocześnie inspiracji szukano w pruskiej doktrynie państwa prawnego, która wywodziła się z myśli społeczno-politycznej Oświecenia. Doktryna ta zakładała, że państwo nie uznaje na swym terytorium „żadnej innej udzielnej zwierzchności, nawet w sferze duchowej”. Jej nadrzędnym przesłaniem była podległość prawu wszystkich dziedzin życia publicznego, co podważało rolę Watykanu w kształtowaniu polityki wyznaniowej w państwach narodowych.
W ramach tej dyskusji przedstawiciel „stańczyków” – Franciszek Kasparek stwierdził wówczas zdecydowanie, że kościół nie może być w żadnym razie „potęgą państwu równorzędną”, tym samym nie może wyłamywać się spod jego praw. Pisał m. in „nie konkordat, dwustronna umowa między władcą uniwersalnego kościoła, a władzą partykularnego państwa, lecz jedynie akt woli organów państwa powinien wytyczać granice działania kościoła”. W ślad za tym stanowiskiem obóz krakowskich konserwatystów był zwolennikiem wypracowania koncepcji koordynacji, która sugerowała ustalenie w państwie dziedziny władztwa kościoła, wymagającej jednakże porozumienia między władzami kościelnymi i politycznymi, co do jej zakresu. Tak więc nawet krakowscy konserwatyści w dobie rozbiorowej dawali wyraźnie w tych stosunkach przewagę państwu.
Jak wiemy, dla symboli postępu – wolności, równości i braterstwa – historia toczyła się ze zmiennym szczęściem. Odwrót od tendencji oświeceniowych i liberalno-demokratycznych nastąpił bez wątpienia w epoce faszyzmu, który w Polsce lat 30. bardzo podobał się endekowi Romanowi Dmowskiemu i ONR-owskiej Falandze. W faszyzacji Europy uczestniczyły przede wszystkim Niemcy, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja w okresie rządów Vichy, z czasem dołączyła Słowacja na czele z katolickim księdzem Jozefem Tiso ( w 1947r skazanym i powieszonym za zbrodnie wojenne). Odrębną uwagę należy poświęcić walkom na terenach Jugosławii, w szczególności faszystowskiej Chorwacji. We wszystkich tych państwach w okresie II wojny światowej kościół rzymskokatolicki sprzyjał, lub co najmniej godził się na krwawe porachunki z prawosławną cerkwią. Szczególną puentę nadał zbrodniczemu kontekstowi wojennemu na Bałkanach papież Jan Paweł II, otwierając w 1998 r. drogę do kanonizacji kardynała Alojzije Stepinaca – od 1931 r. arcybiskupa Zagrzebia, który w czasie wojny wywołał przymusową akcję (pod karą śmierci) nawracania prawosławnych Serbów na katolicyzm, popierał zbrodnie ustaszy Ante Pavelicia. W 1946 r. został w Jugosławii skazany na 16 lat więzienia (zm. w 1960 r.). W 2015 r. , na skutek protestów serbskiej Cerkwi, papież Franciszek wstrzymał jego proces kanonizacyjny.
Z wystąpień prezesa i niektórych biskupów wynika, że duch kontrreformacji odżył w Polsce na nowo. Niedawno znalazłam w internecie stronę katolickiej „Niedzieli”, na której ks. prof. Józef Krukowski wyjaśniał konstytucyjne zasady relacji państwo-kościół. Swój wywód rozpoczął od analizy art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997r, który w oryginale brzmi:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
Czy wiesz, Czytelniku, że ks. profesor (KUL) zmienił samowolnie tekst tego przepisu Konstytucji na potrzeby czytelników „Niedzieli”, nadając mu następujące brzmienie?
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, respektującym chrześcijańskie dziedzictwo Narodu”.
Dlaczego to zrobił…? Bo mógł (tekst wywodu ks. Krukowskiego pobrałam 13 sierpnia 19r ), bo ma poczucie, że w obecnej Polsce księżom wolno więcej, nawet „z marszu” dokonywać zamachu na literę Konstytucji.
Niedawno czytałam na łamach tygodnika „Polityka” tekst znanej dziennikarki, prezentującej pogląd, że na skutek ograniczeń wynikających z konkordatu niewiele możemy – jako ludzie świeccy– poprawić w stosunkach Państwo-Kościół. Otóż ja uważam inaczej: – możemy bardzo dużo i to w trybie odwołania się do ustaw, które mogą i powinny doprecyzować kwestię, gdzie przebiega granica autonomii i niezależności Kościoła, działającego na terytorium suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. To nigdy nie zostało ustalone! Przypomnę również, że pod koniec 1988r zakończone zostały prace nad konwencją, która miała uregulować stosunki Państwo – Kościół. Znajdujemy w niej następujące sformułowanie art. 2:
„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa stwierdza, że jest państwem świeckim (niekonfesyjnym), gwarantującym swobodę przekonań światopoglądowych i religijnych.
2.Stolica Apostolska uznaje tak pojętą świeckość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Z uzgodnionych planów wycofał się papież, a kilka lat później grupka prawicowych polityków wygotowała nam konkordat.

Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).