Czy działalność polityczna reakcyjnych biskupów ma w Polsce przyszłość…?

Kiedy trzy ugrupowania lewicowe podjęły decyzję o wspólnym starcie w zbliżających się wyborach parlamentarnych, miód spłynął w moją lewicową duszę, bo długo czekałam na taką decyzję.

Żywię nadzieję, że ten alians przyniesie nową jakość na polskiej scenie politycznej, ponieważ polityka polska bez udziału lewicy przynosi trudno odwracalne straty w każdej dziedzinie działalności państwa. Natomiast polska prawica – zarówno w historii, jak i obecnie – zawsze stawiała interes własny ponad interes Rzeczypospolitej, nigdy nie szanując państwa, jego struktur oraz interesów ekonomicznych.
W czasach, kiedy upadał feudalizm i Europa wchodziła na drogę modernizacji (uwalnianie chłopów, ekonomiczne umacnianie się mieszczaństwa, budowa nowych struktur gospodarczych, wdrażanie osiągnięć pierwszej rewolucji naukowo-technicznej, pojawianie się nowoczesnych konstytucji), poprzez egoizm ówczesnych elit Polska chyliła się ku upadkowi. Ta cała polska magnateria – mimo zgromadzenia olbrzymiego bogactwa – nie chciała go w godzinie próby angażować w obronę niezależnego bytu naszej państwowości. Wielki polski uczony Tadeusz Korzon (1839-1918) w swoich dziełach opisywał nie tylko niebagatelny potencjał gospodarczy Rzeczypospolitej w dobie rozbiorowej (z udziałem mądrych głów w rodzaju Jana Staszica mielibyśmy szansę na nowoczesny rozwój w ramach własnego państwa!), ale i „niebaczną srogą chciwość przodków naszych”, bezrozumnie ograniczającą władzę centralną i jej zdolność kierowania sprawami państwa. I rzecz dziwna, elity świeckie i duchowne – przekupne i opierające się w I Rzeczypospolitej władzy królewskiej, unurzane w zgubne tradycje sarmackie potulnie szły pod but zaborców, szybko dostosowując swoje ambicje do obcych wymagań, byle zachować majątki (ordynacje) i wpływy. Wyjątki były rzadkie. Polski banał.
O roli kościoła w przechowaniu chwalebnych tradycji napisano już opasłe tomy, zwłaszcza w ostatnich latach. Nie znajdziemy natomiast wydawniczego zainteresowania opisami udziału Kościoła w „długiej i smutnej historii upadku” I Rzeczypospolitej. Na tle tej posuchy wyróżniła się wydana jeszcze w 1992r książka Andrzeja Wasilewskiego p.t. „Polski wariant”. Autor analizował w niej m.in. przedrozbiorowe procesy upadku Polski, zapadającej się w nicość przy pomocy swoich elit, które „dzień po dniu, kawałek po kawałku rujnowały podstawy jej suwerennego bytu”. A. Wasilewski przypomniał tę bolesną prawdę, że „nigdzie tak jak w Polsce demontaż suwerenności nie łączył się z manifestowaniem miłości do tradycji ojczystej. Zdumiewający proces unicestwiania państwa przebiegał tu w aurze samochwalstwa, nie pozwalającego uświadomić sobie rozmiarów dokonywanych publicznych spustoszeń”.
Autor podkreśla, że w upadającym państwie Kościół czuł się doskonale, dominował, pomnażał majątki i wpływy, „osiągając w dobie największego upadku kontrreformacyjny ideał – państwo wyznaniowe”. Państwo znajdowało się „w stanie bezwładu, a hierarchia kościelna dowolnie trzęsła wszelką dziedziną prywatną, czy publiczną /…/ uroczystości kościelne stały się namiastką życia państwowego, legitymizowały wszelkie tytuły władzy, kreowały i obalały obiegowe opinie, dawały wykładnię obowiązującego prawa, sankcjonując w miarę potrzeby bezprawie. Żaden państwowy akt nie mógł nabrać mocy, jeśli nie uświęcony został uroczystością kościelną. Toteż im bardziej rozprzęgało się pod Sasami państwo polskie, tym bardziej wzbierała fala celebracji kościelnych, zaświadczających, że wszystko, co się dzieje, dzieje się zgodnie z nakazem tradycji. Wystawne jak nigdy przedtem kościelne obrzędy wypełniały misje ustrojową, dającą błogosławieństwo schyłkowym porządkom”. Uff…..
Wasilewski uważa, że nie sposób zrozumieć długotrwałej niefrasobliwości państwowej obywateli tamtej Rzeczypospolitej, jeśli nie uwzględni się osobliwego piętna, jakie na sposobie myślenia wycisnęła „absolutna hegemonia Kościoła kontrreformacyjnego”, który sam mianował się najwyższym interpretatorem „tego, co rodzime, i tego, co obce, a osadziwszy się w roli mentora i mandatariusza narodowego dziedzictwa, wypełniał sobą całą przestrzeń państwową. Z tej pozycji wytrwale oduczał Polaków odróżniać racje państwa od interesów Kościoła– jeżeli Kościół rósł i prosperował, miało to również być gwarancją dobra ojczyzny”/../ W ten sposób kontrreformacyjna hierarchia na długie lata oswoiła Polaków ze swobodnym traktowaniem lojalności państwowej”.
Jak wiemy, Rzeczpospolita srogo wtedy zapłaciła za wyznaniowy patriotyzm swoich obywateli – powoli znikała z mapy Europy, ponieważ„nabożni przodkowie pozbawili się dojrzałości w stanowieniu o państwie”. Lud Warszawy wystawił należny rachunek elitom kościelnym ( i nie tylko) w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, o czym współczesny kler milczy jak zaklęty. O udziale biskupów w Targowicy – również. Kiedy nadarzy się okazja nie ukrywają za to swojej niechęci do Oświecenia (patrz: biskup Jędraszewski) i Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Dlaczego..? Ponieważ rewolucja z 1789r, a potem Wiosna Ludów z 1848 r. zmieniły w krajach europejskich podejście rządzących do roli i pozycji duchowieństwa w praktyce państwowej rozwijającego się kapitalizmu. W każdym kraju nieco inaczej emancypowano się spod władzy kościołów, czy kolejnych papieży, jednakże w większości państw europejskich już w XIX stuleciu uznano, że jest to decyzja nieodzowna, ponieważ nowoczesne państwo wyklucza dualizm władzy.
Książkę Andrzeja Wasilewskiego (1928-09) czytałam w roku jej wydania. Pamiętam, jak trudno było przywoływać wówczas w polityce podobne do używanych przez niego argumentów, aby nie być natychmiast posądzonym o „komunistyczne” zapędy i „atak na Kościół”. Wszak nowe „elity” potajemnie przygotowywały nam konkordat, za który przychodzi nam (społeczeństwu) dziś płacić i politycznie i ekonomicznie. Książkę tę wzięłam znów do ręki po ostatnim przemówieniu prezesa (poza Kościołem tylko nihilizm), podziwiając profetyczną zdolność autora do przewidywania rozwoju politycznych tendencji, widać, jak uważnie przeanalizował przyczyny upadku I RP, obserwując na bieżąco to, co się w Polsce działo wokół papieża i Kościoła.
A na naszych oczach z dnia na dzień rosły ambicje hierarchii i powtarzały się ze strony prawicy ciemniackie akty „zawierzania” siłom niebieskim polskiej nawy państwowej. Mentalność kontrreformacji zaszczepiona przed wiekami odezwała się znów w Rzeczypospolitej, której nowe elity umacniały swą pozycję poprzez sojusz tronu z ołtarzem. I znów w tym miejscu przytoczę słowa A. Wasilewskiego, który trafnie stwierdził, że protektorat Kościoła „zaszczepia rządzącym pychę i poczucie bezkarności, a jednocześnie przyczynia się do rozprzęgania państwa. Nie tylko dlatego, że do stanowisk władzy forsuje się ludzi z własnego naboru, bez względu na ich walory publiczne, ale także dlatego, że rozgrzesza ich z góry ze środków, jakie obiorą dla realizacji celów. Poniewieranie prawa, ignorowanie opinii, zmowy milczenia wokół skandalów publicznych, aroganckie podtrzymywanie oczywistych nieprawd, stają się powszechną praktyką państwowych organów, tym szkodliwszą, że in odore sanctitatis – w klimacie uświęcających ją wyższych celów”. Czekam tylko, kiedy Mateusz Morawiecki (uwaga – to polski premier!) rozpocznie rechrystianizację Europy. Ciekawe, kiedy i od kogo zacznie…..
A tak na marginesie: czy ktokolwiek potrafiłby dziś sobie wyobrazić publiczną krytykę, skierowaną przez hierarchów kościelnych pod adresem Prezydenta USA, lub sugestię moralno-prawną wobec deputowanych do Kongresu amerykańskiego….? Nawet sam A. Duda musiałby z żalem przyznać, że w Stanach Zjednoczonych świeccy politycy nie potrzebują kościelnego „supportu” w sprawach państwowych, choć zwyczajowo na wiarę i abstrakcyjnego Boga powołują się nader często. Nie ulega wątpliwości, że od marca 1789r. ze sprawami , wynikającymi z działalności publicznej , politycy amerykańscy potrafią radzić sobie sami, bez udziału czynnika konfesyjnego. Zresztą, akurat na terytorium Stanów Zjednoczonych, nie bez historycznych powodów katolicyzm nigdy nie był w politycznej modzie. Do Ameryki uciekali mieszkańcy kontynentu europejskiego, którzy na własnej skórze doznali władzy papieży: kiedy odkrywano kontynent amerykański pamięć o długotrwałych wojnach religijnych i działalności inkwizycji była całkiem świeża Ta ostatnia działała w różnych krajach europejskich do XIX wieku i uważana była jako kontrola sumień i poglądów ludzkich. I choć w roku 00 Jan Paweł II przeprosił w imieniu kościoła za działalność inkwizycji, to słuchając niektórych polskich biskupów nie mam wątpliwości, że pewne nawyki w postrzeganiu swej roli i świata zostały w ich myśleniu do dziś.
Nie tylko Stany Zjednoczone, ale również państwa europejskie wyzwalały się stopniowo spod władzy Watykanu i Kościoła. Przypomnijmy więc dla porządku, że najpierw w znanych okolicznościach historycznych wyrwał się spod władzy Watykanu król angielski – Henryk VIII (1491-1547). Później poczyniła swoje reformacja, zapoczątkowana w XVI na terenie Niemiec. Również w monarchii austro-węgierskiej w końcu XVIII w. cesarz Józef II Habsburg (1741-1790) unowocześnił stosunki państwo – kościół w kierunku nadania wyraźnej przewagi władzy świeckiej nad duchowną. Model ten uzyskał wówczas od imienia cesarza nazwę józefinizmu. W ramach c.k. Austrii procesy sekularyzacji najdalej zaszły na terenie Czech i Moraw, nie tylko na skutek reform Józefa II: niektórzy twierdzą, że czeski katolicyzm spłonął na stosie razem z Janem Husem w 1415r., a pamięć o tym wydarzeniu okazała się w Czechach wyjątkowo trwała, w każdym razie w maju 03r. parlament czeski odrzucił konkordat z Watykanem!
Walka o prymat władzy świeckiej nad duchowną w Polsce zaczęła się bardzo wcześnie, a symbolem tej walki był konflikt króla Bolesława II Śmiałego (1058-1079) z biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Spór króla polskiego z biskupem obrósł przez wieki legendą, przekazywaną już od 750 lat jako mit zmagań świętego kościoła z grzeszną władzą świecką. Jak wskazują liczne źródła historyczne, przebieg konfliktu był wyjątkowo ostry i zakończył się dramatem obu bohaterów: biskup poniósł śmierć z ręki króla, za co ten został wygnany z kraju. W tle tego dramatu tkwiła doktryna papieska, nakazująca uniezależnienie się Kościoła od władzy królewskiej i książęcej. Pod koniec XII w duchowieństwo polskie zaczęło podążać za wymaganiami tej doktryny, konsekwentnie emancypując się spod władzy państwowej. Stanisław ze Szczepanowa (lub Stanisław Szczepanowski) był pierwszym Polakiem, którego kościół uznał za świętego. Zmarł 11 kwietnia 1079 r., a kanonizowany został prawie dwieście lat później. Od tej pory czczony jest jako męczennik za słuszną sprawę, choć samo kanonizowanie Stanisława ze Szczepanowa służyło – jak to zwykle bywa – nie tyle ówczesnym celom religijnym, co politycznym. Przez wieki towarzyszyły tej decyzji silne sprzeciwy i wątpliwości, co do heroiczności biskupa krakowskiego. W szczególności ksiądz Piotr Skarga (1536-1612) w „Kazaniach sejmowych” wyraźnie głosił, że to monarcha jest w państwie źródłem prawa i nikt (nawet biskup) nie może mu się sprzeciwić.
Ze swej strony dodam, że żywotność politycznego kontekstu mitu św. Stanisława (spoczywającego w Katedrze Wawelskiej ) obowiązuje do dziś. Pamiętamy przecież, jak papież Jan Paweł II określił św. Stanisława „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”, co wskazywało jednoznacznie, kto w stosunkach wewnątrzpaństwowych powinien mieć przewagę. Nie dziwmy sięwięc zachowaniu większości polskich biskupów, powołanych do tej godności jeszcze przez Jana Pawła II, bo ideologią, która od lat charakteryzuje ich myślenie o państwie jest doktryna „katolickiego państwa narodu polskiego”. Dzisiaj pachnie to schizmą w Kościele. Pisałam o tym nie raz.
Powróćmy jeszcze na moment do dawnych dyskusji, jakie toczyły się w polskich środowiskach inteligenckich pod zaborami, które zabierały głos na temat pożądanego kształtu stosunków państwo – kościół, bo nie wszystkie kultywowały kontrreformacyjne ogłupienie, nawet w kręgach konserwatywnych. Np. pod koniec XIX w. w środowisku akademickim i politycznym Krakowa nadano tym dyskusjom szczególny impuls. I choć znane środowisko krakowskich „stańczyków” niechętne było zarówno rozwiązaniom zastanym (józefinizm, febronianizm, cezaropapizm), jaki i pomysłom liberalnym , to jednocześnie inspiracji szukano w pruskiej doktrynie państwa prawnego, która wywodziła się z myśli społeczno-politycznej Oświecenia. Doktryna ta zakładała, że państwo nie uznaje na swym terytorium „żadnej innej udzielnej zwierzchności, nawet w sferze duchowej”. Jej nadrzędnym przesłaniem była podległość prawu wszystkich dziedzin życia publicznego, co podważało rolę Watykanu w kształtowaniu polityki wyznaniowej w państwach narodowych.
W ramach tej dyskusji przedstawiciel „stańczyków” – Franciszek Kasparek stwierdził wówczas zdecydowanie, że kościół nie może być w żadnym razie „potęgą państwu równorzędną”, tym samym nie może wyłamywać się spod jego praw. Pisał m. in „nie konkordat, dwustronna umowa między władcą uniwersalnego kościoła, a władzą partykularnego państwa, lecz jedynie akt woli organów państwa powinien wytyczać granice działania kościoła”. W ślad za tym stanowiskiem obóz krakowskich konserwatystów był zwolennikiem wypracowania koncepcji koordynacji, która sugerowała ustalenie w państwie dziedziny władztwa kościoła, wymagającej jednakże porozumienia między władzami kościelnymi i politycznymi, co do jej zakresu. Tak więc nawet krakowscy konserwatyści w dobie rozbiorowej dawali wyraźnie w tych stosunkach przewagę państwu.
Jak wiemy, dla symboli postępu – wolności, równości i braterstwa – historia toczyła się ze zmiennym szczęściem. Odwrót od tendencji oświeceniowych i liberalno-demokratycznych nastąpił bez wątpienia w epoce faszyzmu, który w Polsce lat 30. bardzo podobał się endekowi Romanowi Dmowskiemu i ONR-owskiej Falandze. W faszyzacji Europy uczestniczyły przede wszystkim Niemcy, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja w okresie rządów Vichy, z czasem dołączyła Słowacja na czele z katolickim księdzem Jozefem Tiso ( w 1947r skazanym i powieszonym za zbrodnie wojenne). Odrębną uwagę należy poświęcić walkom na terenach Jugosławii, w szczególności faszystowskiej Chorwacji. We wszystkich tych państwach w okresie II wojny światowej kościół rzymskokatolicki sprzyjał, lub co najmniej godził się na krwawe porachunki z prawosławną cerkwią. Szczególną puentę nadał zbrodniczemu kontekstowi wojennemu na Bałkanach papież Jan Paweł II, otwierając w 1998 r. drogę do kanonizacji kardynała Alojzije Stepinaca – od 1931 r. arcybiskupa Zagrzebia, który w czasie wojny wywołał przymusową akcję (pod karą śmierci) nawracania prawosławnych Serbów na katolicyzm, popierał zbrodnie ustaszy Ante Pavelicia. W 1946 r. został w Jugosławii skazany na 16 lat więzienia (zm. w 1960 r.). W 2015 r. , na skutek protestów serbskiej Cerkwi, papież Franciszek wstrzymał jego proces kanonizacyjny.
Z wystąpień prezesa i niektórych biskupów wynika, że duch kontrreformacji odżył w Polsce na nowo. Niedawno znalazłam w internecie stronę katolickiej „Niedzieli”, na której ks. prof. Józef Krukowski wyjaśniał konstytucyjne zasady relacji państwo-kościół. Swój wywód rozpoczął od analizy art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997r, który w oryginale brzmi:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
Czy wiesz, Czytelniku, że ks. profesor (KUL) zmienił samowolnie tekst tego przepisu Konstytucji na potrzeby czytelników „Niedzieli”, nadając mu następujące brzmienie?
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, respektującym chrześcijańskie dziedzictwo Narodu”.
Dlaczego to zrobił…? Bo mógł (tekst wywodu ks. Krukowskiego pobrałam 13 sierpnia 19r ), bo ma poczucie, że w obecnej Polsce księżom wolno więcej, nawet „z marszu” dokonywać zamachu na literę Konstytucji.
Niedawno czytałam na łamach tygodnika „Polityka” tekst znanej dziennikarki, prezentującej pogląd, że na skutek ograniczeń wynikających z konkordatu niewiele możemy – jako ludzie świeccy– poprawić w stosunkach Państwo-Kościół. Otóż ja uważam inaczej: – możemy bardzo dużo i to w trybie odwołania się do ustaw, które mogą i powinny doprecyzować kwestię, gdzie przebiega granica autonomii i niezależności Kościoła, działającego na terytorium suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. To nigdy nie zostało ustalone! Przypomnę również, że pod koniec 1988r zakończone zostały prace nad konwencją, która miała uregulować stosunki Państwo – Kościół. Znajdujemy w niej następujące sformułowanie art. 2:
„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa stwierdza, że jest państwem świeckim (niekonfesyjnym), gwarantującym swobodę przekonań światopoglądowych i religijnych.
2.Stolica Apostolska uznaje tak pojętą świeckość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Z uzgodnionych planów wycofał się papież, a kilka lat później grupka prawicowych polityków wygotowała nam konkordat.

Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).

Uciekające owieczki

Instytucja kościoła w Polsce doświadczana jest w ostatnich dziesięcioleciach mocniej niż kiedykolwiek w historii.

Przemiany zachodzą zarówno w samym kościele jak i wśród wiernych. Badania pokazują, że w Kościele nie jest ich już tylu jak chociażby 40 lat temu. Zgodnie z danymi Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC w 1980 roku w niedzielnej mszy uczestniczyło 51 proc. społeczeństwa. W 2016 roku liczba ta spadła do 36,7 proc i… nadal spada. Analizując ogólnoświatową tendencję odchodzenia od kościoła Polska jest obecnie w światowej czołówce. Mimo tak niepodważalnych danych zarówno biskupi jak i przedstawiciele obozu rządzącego próbują wmówić swoim (słuchającym ich) poddanym, że jest inaczej i że Polska jest ostatnim bastionem wiary, o który należy walczyć.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu przedstawiciele kościoła występowali w roli autorytetu, który łagodził konflikty, był pośrednikiem między totalitarną czy autorytarną władzą a społeczeństwem. Całe lata był niezależną od rządu siłą, która odważnie stawała po stronie pokrzywdzonych, społecznie poszkodowanych. Jednak kiedy Polska wyszła już z ciężkiego pełnego opresji okresu swojej historii jego pozycja zmieniła się, a jego wpływ nie był już tak znaczący dla społeczeństwa. Kolejnym uderzeniem było pojawienie się internetu i mediów w każdej nawet najbardziej zapyziałej chatce. Ludzie bezpowrotnie przestali uznawać niedzielne kazanie za jedyny środek przekazu z którego mogliby dowiedzieć się czegoś o świecie, a kontakt ze sztuką przestał ograniczać się do naściennych kościelnych malowideł.
Dla hierarchów kościoła zagrożenie płynące z postępującej marginalizacji wiązało się nie tylko z faktem, że kościół jako instytucja przestał się rozwijać i być jedynym liczącym się medium, ale również dlatego, że jego przedstawiciele nie mieli już takiej siły wpływu na społeczeństwo jaką mieli wcześniej. Taki stan rzeczy nie pozwalał już bowiem dalej na zaspokajanie potrzeby władzy, blichtru i… budowania biznesu.
W czasach, kiedy szczytowy instytucjonalny rozwój polskiego katolicyzmu minął bezpowrotnie i kiedy już kościół sam przestał stanowić o sile polskiego narodu aby przetrwać hierarchowie musieli poszukać sojusznika. Okazał się nim człowiek, który doskonale zna polską demografię i który wie w jaki sposób przejąć wynikającą z niej większość wyborców. Jego partia na nowo więc dała kościołowi szanse odejścia od zapomnienia i pojawienia na salonach. Kościół otrzymał upragnioną władzę i siłę sprawczą. Zawiązany został pakt, który pozwala obojgu utrzymywać się na powierzchni. Na oczach wszystkich patria rządząca i kościelni hierarchowie uwinęli sobie bezpieczne gniazdko, z którego póki co żadna siła nie zdołała ich wykopać.
Polską rządzą obecnie ludzie, którzy czasy dostępu do swojej młodzieńczej siły, już dawno mają za sobą. Co więcej z każdym miesiącem utrwalają znany sobie feudalny model prowadzenia państwa praktykując średniowieczne metody siły i strachu na polskim społeczeństwie. .
Obserwując to co dzieje się w kościele i jak skutecznie uśmierca on sam siebie pojawia się pytanie jak długo będzie on otrzymywał przyzwolenie na swoje obecne działania.

Nic się nie stało?

Ponad 5 milionów Polaków i Polek obejrzało film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, ponad 22 miliony odsłon miał dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Jednocześnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy zostało ujawnionych mnóstwo skandali pedofilskich z udziałem duchownych. Opinii publicznej przedstawiono wiele wiarygodnych informacji dotyczących systemowego ukrywania pedofilii przez najwyższych hierarchów Kościoła. W części mediów, także na łamach Portalu Strajk, przypominane są też niewygodne fakty związane z pontyfikatem Jana Pawła II – wyszło na jaw, że polski papież nie tylko nie walczył z pedofilią w Kościele, ale wręcz wspierał zbrodniarzy w sutannach.
Coraz bardziej powszechna jest również wiedza na temat nieprawidłowości finansowych dotyczących Kościoła i gigantycznych przywilejów podatkowych duchownych. Zwolnienia podatkowe księży, ulgi w przekazywaniu nieruchomości Kościołowi, niejasne interesy na splocie władzy politycznej i kościelnej – widzimy, że istnieje gigantyczna skala patologii, które niszczą polskie państwo i pokazują jego słabość. Mamy więc potężne afery, w które uwikłany jest praktycznie cały episkopat, mamy ofiary przestępstw Kościoła, mamy wiedzę na temat ich katów i mnóstwo dowodów w setkach konkretnych spraw. Mamy też olbrzymią wiedzę na temat niczym nieuprawnionych przywilejów kleru i instytucjonalne rozwiązania likwidacji tych przywilejów.
Co z tego wszystkiego wynika? Czy prokuratura zawitała do jakiegokolwiek biskupa? Czy powołano komisję mającą na celu wyjaśnienie, dlaczego od wielu lat ukrywane są przestępstwa duchownych? Czy liderzy największych partii odcięli się od Kościoła? Czy sam Kościół przeprosił za swoje zbrodnie? Czy po ujawnieniu gigantycznej skali patologii za pontyfikatu Jana Pawła II, jakiekolwiek ugrupowanie polityczne potępiło polskiego papieża? Odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi: NIE.
Ujawnienie przestępstw, patologii, nieprawidłowości w funkcjonowaniu Kościoła nie tylko nie doprowadziło do żadnych zmian instytucjonalnych, ale po chwilowej ciszy wręcz uruchomiło kampanię na rzecz… Kościoła. Politycy Prawa i Sprawiedliwości wciąż powtarzają, że Kościół katolicki stanowi fundament polskiej tożsamości i źródło wartości moralnych. Liderzy PiS-u, w tym premier i jego ministrowie, stoją u boku najbardziej ksenofobicznych księży, demonstracyjnie wspierając ich nienawistny przekaz. Sami liderzy episkopatu na kilkanaście dni zamilkli, ale teraz znowu co kilka dni słyszymy te same bzdury o „homopropagandzie” czy „ideologii gender”. W roli autorytetów występują duchowni, na których spoczywają udokumentowane zarzuty o krycie pedofilów. Po krótkim zamieszaniu spowodowanym filmem braci Sekielskich nabrali wiatru w żagle i dzisiaj już nie czują potrzeby, aby z czegokolwiek się tłumaczyć. Biskupi uważają się za bezkarnych, stojących ponad państwem i prawem, a świeckie organy ścigania robią wszystko, aby nie zepsuć im dobrego samopoczucia.
Również opozycja nie kwapi się do walki z patologiami kleru. Platforma Obywatelska pomija temat Kościoła i świeckiego państwa, PSL robi wszystko, aby upodobnić się do PiS-u i wsparcie dla Kościoła niesie na sztandarach. Szeroko pojęta lewica (Razem, SLD, Wiosna) owszem wykonała pewne gesty, gdy film Sekielskiego ujawnił nowe fakty o zacieraniu śladów przestępstw, ale ogólnie jednak rzecz biorąc ta strona sceny politycznej sprawia wrażenie, jakby nadmiernie nie interesowała się tymi sprawami.
Brak reakcji na zbrodnie, nadużycia i przywileje Kościoła, hołd wyrażony Janowi Pawłowi II przez prawie cały Sejm to dowód na skrajną degrengoladę polskiej klasy politycznej. Potępienie zbrodni i nadużyć kleru powinno dzisiaj połączyć wszystkich przyzwoitych ludzi niezależnie od barw partyjnych

Biskupi działają zgodnie z instrukcjami Watykanu

Podstawową cechą działania kościoła katolickiego jest zakłamanie. Dotyczy to oczywiście także pedofilii.

Opinia publiczna jest oburzona tuszowaniem pedofilii księży. Tymczasem obowiązkowe UTAJNIANIE tych przestępstw w kościele katolickim usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała wprawdzie druga wersja instrukcji ale ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu zawsze w ramach struktur kościelnych, bez ingerencji świeckiego wymiaru sprawiedliwości.
Datę 30 kwietnia 2001 nosi list apostolski Jana Pawła II oddający sprawy pedofilii do załatwiania wyłącznie przez Kongregację Nauki Wiary, której szefem był wówczas

Kardynał Ratzinger.

Znali się bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. List nie zmienił zasady zachowania milczenia. Pamiętam protesty organizacji katolickich z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii. Na początku filmu Sekielskich słyszymy przysięgę – zobowiązanie do milczenia – powtarzaną przez kobietę – ofiarę księdza pedofila. Tytuł filmu też do tego słusznie nawiązuje.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są wyłącznie świeckie, BEZ przedstawicieli Kościoła.
Te komisje powstały m.in. także dlatego, że często te przestępstwa się przedawniły mimo, że w wielu państwach europejskich przestępstwo to przedawnia się po 20 latach od uzyskania pełnoletności przez ofiarę. Powstały głównie dla ofiar i często doprowadzaly do kar więzienia oraz do istotnego zadośćuczynienia finansowego zwykle na koszt kościoła.
Ponieważ w Polsce kościół katolicki ma ogromny wpływ na tworzenie prawa, pedofilia przedawnia się u nas błyskawicznie. Dopiero od 2014 roku jest to 30 rok życia ofiary. Przedtem było 5 lat od uzyskania pełnoletności ofiary i to pod wpływem nacisków Unii Europejskiej, bo jeszcze przedtem było to 10 lat od przestępstwa, co było skandaliczne. Jest oczywiste, że człowiek 30 letni – o zrujnowanej psychice – rzadko jest wystarczająco silny na stawienie czoła machinie sądowej. W Szwajcarii pedofilia w ogóle się nie przedawnia (było referendum). I to rozwiązanie chyba jest najsłuszniejsze.
KSIĘŻA BARDZO RZADKO SĄ ARESZTOWANI W MOMENCIE DONIESIENIA. Często mają całe tygodnie na mataczenie i urabianie świadków. Nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle wyrok nie przekracza 2 lat dlatego, że taka kara umożliwia zwolnienie z odbywania kary z powodu złego stanu zdrowia. Skazany natychmiast ciężko choruje. Podejrzewam, że niektóre zabójstwa księży dokonane przez młodych ludzi były spowodowane właśnie bezkarnością księży-przestępców, co musiało budzić dodatkowo ogromną frustrację ofiar. Te przypadki powinny być starannie zrewidowane np. sprawa Dawida z Blachowni pod Częstochową.

Zgodnie z polskim prawem 

ofierze można zasądzić ZADOŚĆUCZYNIENIE FINANSOWE, ale polski kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – twierdzi, że ksiądz jest prywatną osobą fizyczną a nie funkcjonariuszem kościoła. A przecież jest nim i to w dodatku umundurowanym. To zadośćuczynienie jest tym bardziej ważne, że często ofiarami pedofilow kościelnych padają dzieci zaniedbane z rodzin dysfunkcyjnych, nie mające oparcia w rodzicach. Niedawny wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln zł jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania np w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakis czas przed sądem należnej podwyżki.

A we Francji

kościół katolicki ogłosił, że bedzie wypłacał zadośćuczynienia ofiarom księży pedofilów mimo kodeksowego przedawnienia. Trzeba podkreślić, że francuski kościół katolicki jest biedny jak mysz kościelna w porównaniu z kościołem polskim. Ustawa o rozdziale kościoła od państwa z 1905 r. upaństwowiła nawet budynki kościelne. Trzeba przyznać, że we Francji problem jest marginalny, bo czynnych katolików jest tylko ok. 7 proc. populacji.
Nie sposób nie poruszyć przy tej okazji sprawy nadużyć coraz częściej odprawianych praktyk nazywanych EGZORCYZMAMI. Nie wierzę, żeby nie dochodziło do ohydnych gwałtów gdy egzorcysta zamyka się w oddzielnym pomieszczeniu z młodą dziewczyną. W niektórych państwach egzorcyzmy są prawnie zakazane.

W Polsce należałoby wprowadzić wysokie kary

grzywny dla osób, które wiedzą o przestępstwach wobec dzieci a nie informują o tym prokuratury. Byłoby to skuteczniejsze niż obowiązujące teraz kary więzienia chyba nigdy nie zastosowane.
Histeryczne okrzyki prezesa o 30 latach więzienia dla sprawców to przesada.
Ważne, żeby kara była rzeczywiście egzekwowana. W państwach funkcjonujących prawidłowo od dawna odchodzi się od długich kar więzienia. Pomysłodawca zapomina o tym, że zresocjalizowany więzień ma wrócić do społeczeństwa a nie zdemoralizować się do końca. Jeszcze miałoby to od biedy sens gdyby odbywało się na koszt kościoła.
Zasady papieża Franciszka wyrażone w niedawnym liście pasterskim niestety nie przynoszą przełomu. Trudno było spodziewać się rewolucji. Franciszek nie działa w próżni a większość hierachów nie chce istotnych zmian. Uważają, że milczenie pomaga Kościołowi zachować nieskazitelny wizerunek. A bez OBOWIĄZKU oddawania sprawców pod świecki wymiar sprawiedliwości nie będzie żadnej ochrony dzieci.
Reasumując prawidłowe byłoby wzorowanie się na działalności wyłącznie ŚWIECKICH specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe pod rządami PiSu. Wyszłaby z tego karykatura, co widać po urzędowym spisie pedofilów stworzonym z inicjatywy Ziobry – nie ma w nim ani jednego przedstawiciela kleru. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem.
Po filmie KLER i po dokumencie Sekielskich być może znajdą się w nim nazwiska byłych księży. Trzeba dodać, że pedofile świeccy bywali skazywani – ostatnio rzadziej – na kary bardzo surowe, nieraz wieloletniego więzienia i przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Zdarzały się samobójstwa.

Uważam, że taką komisję

ze specjalnymi ustawowymi uprawnieniami zniesienia przedawnienia i ustaleniami solidnego zadośćuczynienia finansowego na koszt Kościoła mógłby powołać Rzecznik Praw Obywatelskich. Koszt funkcjonowania komisji powinien ponosić oczywiście Kościól.
Na koniec dodam, że głoszona przez kościół opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo w zasadzie tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że „sperma uderza im do głowy”.

Kościół nas zastrasza

Projekt „Świeckie Państwo” – działacze solidaryzują się z ofiarami nagonki
na domniemanych „wrogów Kościoła”, czują się zaszczuwani.

Informacja z konferencji prasowej Komitetu i osób wspierających, ul. Wiejska (pod Pomnikiem Armii Krajowej), środa, 8 maja.
Obywatelska Inicjatywa Ustawodawcza „Świeckie Państwo” zawiązała się w styczniu tego roku, a 19 marca została zarejestrowana przez Sejm – dzięki czemu mogła rozpocząć zbiórkę podpisów. Byliśmy zaniepokojeni wszechobecnymi w prasie doniesieniami o puchnącym majątku Kościoła oraz niektórych księży, finansowymi i prawnymi przywilejami Kościoła, takimi jak m.in. prawo zakupu ziemi rolnej czy prawo do nieograniczonych bonifikat ze Skarbu Państwa przy zakupie nieruchomości, a także skalą przysporzeń majątkowych na rzecz Kościoła dokonywaną przez państwo polskie. Stworzyliśmy więc projekt ustawy, która – gdyby przeszła – wymuszałaby jawność przychodów Kościoła i likwidowałaby niezasadne przywileje finansowe. Te same zapisy miałyby zastosowanie wobec innych związków wyznaniowych. Nasz projekt opiera się na znanej zasadzie „ufaj, ale sprawdzaj”. Uważamy, że uczciwy przejrzystości się nie boi, a obywatelom należy się rzetelna informacja o tym, co realnie dzieje się z majątkiem Kościoła.
Odzew jest spory. Dotychczas zebraliśmy kilkadziesiąt tysięcy podpisów. Niestety wykonywanie inicjatywy zaczyna wiązać się z coraz większymi trudnościami i osobistym ryzykiem dla zaangażowanych działaczy.
W reakcji na słowa Leszka Jażdżewskiego o tym, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu” Jarosław Kaczyński, prezes rządzącej partii i polska szara eminencja zapowiada, że „Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę”…
Policja wchodzi o 6 rano do mieszkania działaczki, aresztuje ją i zajmuje sprzęt elektroniczny, uznając, że domalowanie tęczy w aureoli Matki Boskiej Częstochowskiej spełnia znamiona art. 196 Kk o publicznym znieważeniu przedmiotu czci religijnej i obrażeniu tym samym uczuć religijnych (zagrożone karą więzienia do lat dwóch).
Wykonując naszą inicjatywę, w oczywisty sposób wchodzimy na grunt podatny na podobne, nie mieszczące się w potocznej wyobraźni interpretacje. Czy kiedy staramy się uatrakcyjnić zbiórkę, na przykład żartobliwe nawiązując do najnowszych „afer” znanych z gazet, narażamy się na podobne potraktowanie, jakiego doznała Elżbieta Podleśna? Czy w wyobraźni rządzących wciąż jeszcze korzystamy z zapisanych w Konstytucji obywatelskich praw czy już „podnosimy rękę na Kościół”? Zaczynamy się bać osób nagrywających nasze działania telefonami.
Co gorsza, przy całej społecznej przychylności radykalnie zwiększyła się też liczba aktów agresji na zbierających. Bywamy wyzywani i popychani, przeszkadza nam się zbierać podpisy. Wiemy, że w wytwarzanym przez władze klimacie przyzwolenia nastroje te będą eskalować.
Przypomnijmy, że nieposiadanie wyznania oraz publiczne głoszenie swoich poglądów, podobnie jak wolność sztuki, to prawa gwarantowane przez Konstytucję.
Warto też rozprawić się z pewnym mitem. Polskie społeczeństwo nie jest już w swojej większości katolickie, a systematycznie laicyzuje się.
• Badania Pew Research Center z 2018 r. pokazało, że Polska jest światowym liderem w spadku religijności ludzi młodych – „Religia jest „bardzo ważna” dla 40 proc. starszych i zaledwie dla 16 proc. młodych. To generacyjny spadek o 23 punkty procentowe.
• Rok do roku o kilka tysięcy spada liczba bierzmowań – w 2017 r. było to tylko 288,9 tysięcy, o 3 proc. mniej niż w roku 2016.
• Spada odsetek osób uczęszczających na niedzielne msze. To już tylko 38,3 proc. zobowiązanych (tj. osób po pierwszej komunii św.i nie obłożnie chorych), przy czym statystyczny wzrost uczestnictwa w ostatnim roku wynika z urealnienia podstawy – liczebności parafii przez odjęcie osób, które wyemigrowały. (Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC) W praktyce więc do kościoła chodzą mniej więcej co czwarty Polak i Polka.
• Dramatycznie spada zaufanie do Kościoła jako instytucji publicznej. W 2008 r. wyniosło rekordowe 81 proc., następnie zaczęło spadać. W 2016 r. wynosiło już tylko 70 proc., w 2017 r. – 61 proc., a w 2018 r. – 54 proc. (CBOS).
Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych
W Komitecie znaleźli się m.in. Marta Lempart (Ogólnopolski Strajk Kobiet), Paulina Piechna-Więckiewicz (Wiosna), prof. Joanna Senyszyn (SLD), Ryszard Kalisz, Magdalena Gałkiewicz (Zieloni, kandydatka KE do Parlamentu Europejskiego w okręgu łódzkim), Marcelina Zawisza (Razem), Krzysztof Pieczyński (aktor, stow. Polska Laicka). Pełnomocniczką Komitetu jest Bożena Przyłuska (Kongres Świeckości).

Kontakt:
Bożena Przyłuska, pełnomocniczka Komitetu, tel. +48 501 122 419
Agata Czarnacka, media,
tel. +48 698 686 784

Bigos tygodniowy

Dość wstrętne to widowisko, jak niektórzy liderzy Platformy Obywatelskiej odcinają się, jak zwykle tchórzliwie i asekurancko, od słów Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim 3 Maja. Tchórzostwo okazały też władze UW, którym nie przeszkadzały niegdysiejsze harce Ordo Iuris na terenie uczelni. Wiele się od nich nie oczekuje. Nie oczekuje się chwalenia Jażdżewskiego, a tylko zachowania milczącej neutralności. Taryfa ulgowa należy się natomiast Kosiniakowi z uwagi na ciężki elektorat elektorat i szczególną rywalizację z PiS. Uznanie natomiast dla Donalda Tuska, Leszka Millera i Katarzyny Lubnauer, że zachowali się przyzwoicie i od Jażdżewskiego się nie odcięli. No cóż, nie zawsze możemy swobodnie dobierać sobie partnerów do współpracy.

Nie mnie jednemu podobał się przedtuskowy suport Leszka Jażdżewskiego z „Liberté”, który mówił o klerze polskim m.in. jako o „opętanym walką o pieniądze i o wpływy”, jako o „czarnoksiężnikach krzyżem jak pałką zaganiających owieczki do zagrody” i mówił o nim jeszcze tak: „Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujemy się w końcu, że świnia to lubi”. Dodał też, że w Kościele kat. nikt się nie pożywi, poza nim samym. Czarna sotnia klerykalna zawyła po słowach Jażdżewskiego jak nożyce po uderzeniu w stół. Jednak gwoli sprawiedliwości i skrupulatności trzeba przypomnieć, że Jażdżewski nie powiedział nic ponad to, co na przestrzeni trzydziestu lat pisaliśmy my, dziennikarze i publicyści „Trybuny”, „Nie”, „Dziś”, „Bez dogmatu” czy „Faktów i mitów”. Tyle tylko, że my nie mieliśmy takiego jak Jażdżewski szczęścia, by wpisać się w stan społecznych nastrojów i społecznej świadomości. Wtedy Kościół kat. chroniła jeszcze garda bezkarności i duża skala społecznej naiwności, jak również dystansowanie się do prawdy o nim. Jesteśmy więc generacją prekursorów, ale mimo że trochę Jażdżewskiemu zazdroszczę łaski późnego urodzenia, to i tak kieruję do niego „dużą buźkę”. Poza tym, Kościele kat. i jego polityczni adherenci, nie unoście się tak. Jak mówi pismo: „Nie lękajcie się”, bo przecież „prawda was wyzwoli”. Chyba najbardziej zabolał klerykałów katolickich chrześcijański w końcu punkt widzenia zaprezentowany przez Jażdżewskiego, to że mówił o Kościele kat, że „zaparł się Chrystusa”. Oni to potraktowali jako sygnał wojny domowej, a te zawsze się najbardziej okrutne.

Kohorta policji wtargnęła w poniedziałek rano do Elżbiety Podleśnej, znanej antypisowskiej działaczki ulicznej, zatrzymała ją i przesłuchiwała przez kilka godzin. Dlaczego? Ano dlatego, że przygotowała plakat z wizerunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli. Jojo, przyłóż sobie lód do głowy! Oszalałeś?! Chcesz się zrehabilitować za potępienie incydentu w Pruchniku, za które spotkał cię hejt katolski? Żaden sąd nie uzna tego plakatu za „obrazę uczuć religijnych”. A poza tym ten paragraf trzeba znieść, żeby odebrać pretekst takim „jojowym” posunięciom. Szkoda, że coś zaćmiło Roberta Biedronia i odciął się od czynu Podleśnej. Może nie doczytał o co chodzi?

Niejaki Grzegorz Kucharczyk, profesor w Instytucie Historii w PAN nazwał krytyków Kościoła kat., religii i wiary „ośmieloną żulią”. Karnowscy namawiają do kontrofensywy przeciw „antykatolickiej inwazji lewactwa”, a poseł PiS Mosiński zgłasza do prokuratury wypowiedź Jażdżewskiego. Czarna sotnia klerykalna kontratakuje.

Dlaczego oni tak się wydzierają? Dlaczego, gdy słucham Dudy vel Adriana czy Młodego Morawieckiego, muszę obniżać skalę głośności w telewizorze? Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim przemawiał, Leszek Jażdżewski też bez krzyku powiedział kilka zdań prawdy. A tamci się darli jak stare prześcieradło. Bez sensu, bo przecież mają mikrofony.

Adrian wydzierał się, że „Unia Europejska to my. Każdy, kto kwestionuje obecność Polski w Unii Europejskiej szkodzi naszemu krajowi”. Jemu się wydaje, że jak mówi głośno tym swoim stentorowym głosem, to mówi do rzeczy? Moja ciotka mawiała: dobrze mówi, bo głośno. Wydaje mu się, że jest Dantonem na trybunie Konwentu? I czyżby zganił samego siebie? Bo jeszcze kilka miesięcy temu mówił „o wyimaginowanej wspólnocie”. Sam się wychłostał jak oficerska wdowa?

Nie wiem kto pierwszy wpadł na ten koncept, ale pomysł, by drugą turę strajku, tę od września, nauczyciele skoordynowali z innymi grupami zawodowymi i społecznymi szykującymi się do protestu – jest pomysłem wartym poważnego rozważenia. Taki protest solidarnościowy pominiętych mógłby mieć większą siłę presji niż samotny strajk nauczycieli, który poza tym, wznowiony jesienią, nie będzie już miał dynamicznego waloru nowości.

PiS prowadzi w większości sondaży przedwyborczych, ale jeśli wziąć pod uwagę te kolosalne pieniądze, które ta władza władowała w „socjal”, w tym w „piątkę Kaczyńskiego” ostatnim rzutem na taśmę, to praktycznie ani na jotę nie poprawili poziomu poparcia z dnia wyborów 2015 roku.

Szybkie wycofano się – po „bananowym proteście” – z cenzuralnego zdjęcia dzieł sztuki z ekspozycji przez dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie Miziołka. Założę się, że ten głupi krok był inicjatywą samego Miziołka. Chciał się przypodobać władzy, ale nie „wyczaił bazy”, „mądrości etapu”. Chyba, że nie wyczuł bazy także pierwszy cenzor państwa PiS Gliński, ale o takie durne posunięcie nawet jego nie podejrzewam.

Ciekawe iskrzenie między czołowym medialnym pisuarem z „Gapola” Sakiewiczem, a „Konfederacją” Brauna, Liroya, Korwina, Winnickiego. Sakiewicz nazywa ich „moczarowcami” i prawie bez ogródek piętnuje ich jako „ruską agenturę”, która w praktyce może odebrać zwycięstwo PiS i doprowadzić do powstania „pierwszego lewicowo-liberalnego rządu od 1989 roku”. Nie sposób nie zauważyć, że z konferencji prasowych tej grupki zniknęła fanatyczna antyaborcjonistka Godek. Może ci hipermęscy prawicowi mężczyźni, jakby wzięci z oper Wagnera, odesłali ją tam, gdzie miejsce baby – do rodzenia. Niech rodzi do woli. Byle zdrowo.

Pani Barbara Borowiecka z Australii opowiedziała przed kamerą o tym, co wyczyniał z nią, gdy była nastoletnią parafianką, ksiądz Henryk Jankowski. Co na to jego żarliwi obrońcy – Duda i Guzikiewicz? Może zmodyfikują usunięty pomnik kapelana „Solidarności” przez podniesienie mu sutanny i dodanie tego, co pod sutanną?

Czesław Bielecki, orędownik „idei” zburzenia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie został odznaczony przez Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Co do mnie, przyznałbym Bieleckiemu prawo do rozebrania Pałacu, pod jednym wszakże warunkiem: że dokona tego (dosłownie) sam, własnymi rękoma i z zachowaniem wszelkich przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy, czyli że nikogo (no: może poza sobą samym) nie naraziłby na niebezpieczeństwo.

Bigos tygodniowy

Pisiory i ich aparat propagandowy jednym głosem wołają, że w rozmowach wokół Srebrnej ich Prezes zachował się z krystaliczną uczciwością, nie złamał ani nie naruszył prawa. Święta prawda. Prezes rządzącej partii politycznej nie mógł ani naruszyć ani złamać prawa, ponieważ z nonszalancją satrapy przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tymczasem, aby naruszyć czy złamać prawo, trzeba wejść w nim w bliski kontakt. A gdy Prezes, który rządził krajem bez żadnego trybu przekonuje, że między partią PiS a spółką „Srebrna” i Instytutem im. Lecha Kaczyńskiego jest „chiński mur”, to trzymajcie mnie, bo rozpęknę się ze śmiechu.

Zmarł Jan Olszewski ( ur. 1930), półroczny premier RP (1991-1992), jeden z ojców Obozu Polskiej Paranoi Politycznej. Przy okazji pojawił się pomysł wystawienia mu pomnika. W reakcji na to ktoś wyskoczył z pomnikiem Mazowieckiego. Ja proponuję galerię pomników premierów wzdłuż krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Młodemu Morawieckiemu też już można wystawić. Będzie jak znalazł. Też w końcu kiedyś – po najdłuższym życiu – odejdzie do Domu Ojca.

Tenże Morawiecki sprowadził sobie na głowę kłopot czyli wiceministra Andruszkiewicza z podejrzeniami na karku. Składanie wieńców na pomniku faszoli z NSZ w Berlinie mu nie wystarczyło

Krystyna Pawłowicz za nic ma zalecenia Prezesa, by w roku wyborczym skorzystała z okazji i przymknęła japę. Po krótkim okresie wyciszenia Krycha znów szaleje na twitterze, gdzie, jak to ona, śmieszy, tumani i przestrasza. Miota się jakby w niej siedział Belzebub. Skoro prezes nad nią nie panuje, to może powinien wezwać egzorcystę?

Sąd uznał, że podpalacz, który podpalił biuro posłanki Kempy w Sycowie nie jest poważnym wariatem i wypuścił go z zakładu. Kazano mu się tylko odrobinę podleczać z doskoku.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy”. Trafne.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, to prawdziwie salomonowy sąd. Odrzucił skargę dwóch polskich gejów, którzy zawarli związek za granicą, na odmówienie im legalizacji tegoż związku w Ojczyźnie. Jednocześnie SA uznał, że z obecnej konstytucji nie wynika zakaz legalizacji związków jednopłciowego. I to wystarczyło, by kleroprawolstwo zawyło. A przecież stara zasada prawna mówi, że co nie jest zakazana, jest dozwolone.

Kler baby na stanowisku długo nie zdzierżył. Niedługo nacieszyła się szefostwem „Szlachetnej Paczki” Joanna Sadzik, które objęła po odejściu księdza Stryczka. Właśnie, po kilku tygodniach, ją odwołano i zastąpił ją ksiądz Babiarz Grzegorz. Babiarz za Stryczka? No, nie wiem czy to dobra zamiana. Poza tym ksiądz Babiarz jest prezesem Stowarzyszenia Wiosna, która prowadzi Szlachetną Paczkę. Ale to chyba nie ta Wiosna Biedroniowa, tylko jakaś inna?

Zwykle zarzekam się, że do wyników sondaży trzeba podchodzić z ostrożnością i dystansem, jednak mam do nich pociąg jak alkoholik do alkoholu, albo jak pszczoła do miodu. To silniejsze ode mnie. Oto według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Z sondażu dla radiozet.pl wynika, że Prawo i Sprawiedliwość może liczyć na 35,05 proc głosów, podczas gdy poparcie dla Platformy Obywatelskiej wyniosłoby 32,2 proc. Na podium znalazłaby się również Wiosna Roberta Biedronia, która może spodziewać się poparcia 12 proc. respondentów.
Do Sejmu wszedłby jeszcze tylko ruch Kukiz’15 z wynikiem zbliżonym do progu wyborczego – 5,76 proc. Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły progu wyborczego. SLD zdobyłoby niecałe 4-proc. poparcia, PSL – 3,27 proc., Wolność – 1,55 proc., Nowoczesna – 1,14 proc., a Razem – 0,15 proc., Ruch Narodowy – 0 proc.
Wniosek: lewico, do roboty!
Radiozet.pl opublikowało też sondaż dotyczący wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wynika z niego, że Koalicja Europejska (PO, Nowoczesna, SLD, PSL) wyprzedziłoby Prawo i Sprawiedliwość. Koalicja Europejska może liczyć na 42,07 proc. głosów, a PiS zdobyłoby 37,59 proc. poparcia ankietowanych. To pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie zajmuje pierwszej pozycji.
Lewico, do roboty!

Jeśli wierzyć słowom papieża Franciszka, papież Wojtyła nakazał kardynałowi Ratzingerowi schować do archiwum okazane mu dokumenty świadczące o nadużyciach seksualnych i ekonomicznych w Kościele. Jeśli by to było prawdą, to znaczy, że z premedytacją krył przestępców, ergo – był kryminalistą.

Polska jednym wielkim escape roomem. Pole grząskiego błota oddziela mieszkańców niedawno zamieszkanych bloków przy alei Polski Walczącej w Warszawie od najbliższego utwardzonego traktu. Czy o to Polska Walczyła?

Syn Józefa Kurasia „Ognia” chce zarobić milion złotych plus 50 tysięcy ekstra na zbrodniczej przeszłości swojego tatusia. Sąd jednak póki co oddalił pozew, acz uzasadnienie tej decyzji jest cokolwiek niejasne i zawiłe

A na kłopoty ze Srebrną, Andruszkiewiczem i ofensywą Biedronia PiS ma jak zwykle jedno, do bólu przewidywalne lekarstwo, a raczej probiotyk: zatrzymania przez ABW, ostatnio wśród byłych z Orlenu. Co za nudziarze!

Czynnik epsilon

…czyli PiS na krawędzi.

Ponad rok temu, w listopadzie 2017 roku, w tekście „Rządy PiS obali wstrząs moralny” poddałem w wątpliwość prognozy tych obserwatorów sceny politycznej, którzy w ocenie perspektyw tych rządów kierowali się niemal wyłącznie rolą płasko pojętego czynnika ekonomicznego. Ich argumentacja brzmiała z grubsza biorąc tak: „Dopóki jest dobra sytuacja gospodarcza, dopóki PiS rozdaje 500 plus i poszerza rozmaite formy świadczeń socjalnych, dopóki jest małe bezrobocie i mamy do czynienia z generalnym, choćby nawet niewygórowanym, wzrostem wynagrodzeń, słowem – dopóki rośnie konsumpcja, władza PiS nie tylko nie jest zagrożona, ale także rokowania na przyszłość są dla niej pomyślne, a łamanie konstytucji i naruszanie praw obywatelskich nie ma znaczenia dla szerokich kręgów ich wyborców”.
Nie zdarzyło mi się natomiast, by ktokolwiek z moich licznych rozmówców na tematy polityczne – zapytany przeze mnie o to, czy i gdzie upatruje potencjalnych źródeł osłabienia w przyszłości notowań PiS i rządu, a w dalszej konsekwencji utraty władzy przez reżym – postrzegał te przyczyny w czynnikach innych niż ekonomiczne. Byłem więc osamotniony w mojej intuicji, bo tylko do takiej rangi mogły aspirować moje prognozy. Intuicja ta jednak podpowiadała mi, że władzę PiS obali w przyszłości – przepraszam za nieco szumne sformułowania – wstrząs moralno-ideowy”.

Czynnik „epsylon”…

Wspomniany tekst konkludowałem taką prognozą: „I wtedy zdarzy się coś, co dziś poruszyłoby niewielu, ale co w nowych warunkach psychologicznych, w zestawieniu z innymi czynnikami, będzie niczym „wystrzał armatni pośród ciemnej nocy”, że użyję słów XIX-wiecznego, antycarskiego dysydenta rosyjskiego Piotra Czaadajewa. Co będzie tym strzałem i kiedy nastąpi, nie wiem. Ale on nastąpi. I nie będzie to ponowne pojawienie się Cugier-Kotki”. Nie dodałem tylko, że ów potencjalny wstrząs moralny można określić jako czynnik „epsylon”, grecką literę, którą zwykło się oznaczać niespodziewany, nieprzewidywany, zaskakujący czynnik losowy, przekreślający zaplanowany, zwyczajowy i przewidywany bieg zdarzeń i kierujące nim zazwyczaj prawidłowości. Mord na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu sprawił, że powróciłem do tamtego tekstu. Prognozowanie polityczne jest zajęciem obciążonym dużym ryzykiem błędu. Nie jest to może aż wróżenie z fusów, kart czy wróżbiarstwo w ogóle, ale po prawdzie aż tak bardzo nie jest od tej specjalności odległe. I to pomimo istnienia instrumentu, jakim są wyniki sondażowych badań opinii publicznej. Oto bowiem wyniki badania poparcia dla sił politycznych przeprowadzone już po zabójstwie Adamowicza, przeprowadzone przez pracownię Kantar Milward Brown, a ogłoszone 17.01.2019, pokazały następujący wynik: PiS – 30 proc., KO – 25 proc., Biedroń – 8 proc., a ogólny wynik anty-PiS (KO, Biedroń, PSL, SLD, Razem) kontra PiS ukształtował się w relacji 43 proc. do 30 proc.. Rządowe CBOS natychmiast zareagowało wynikiem „przykrywkowym”, wedle którego PiS ma poparcie na poziomie 39 proc., KO – 22 proc., a Kukiz ‘15 – 7 proc., a Biedronia nie ma w tym badaniu ogóle, tak jak w badaniu KMB nie ma na trzecim miejscu Kukiza. Co prawda już sama ta „zamiana miejsc” nakazuje nieufność w stosunku do wartości diagnostycznej obu wyników, ale mimo wszystko na więcej zaufania zasługuje niezależna pracownia KMB niż wprost podporządkowane rządowi CBOS. Zważywszy zatem, że wynik KMB zdaje się wskazywać na znaczący spadek notowań PiS (Zjednoczonej Prawicy) oraz powiększenie i utwierdzenie przewagi nad nią ze strony formacji opozycyjnych, należy się uważnie przyglądać tendencji w kolejnych wynikach badań ogłaszanych przez tę pracownię. Mimo tego sondażowego zamętu i nikłej na ogół – spowodowanej głównie błędami metodologicznym, co stale podkreśla prof. Radosław Markowski – wartości wyników sondażowych badań, powinnością publicysty politycznego nie jest rozkładanie rąk w geście bezradności, lecz robienie swego i nie ustawanie w próbach rozszyfrowywania znaków czasu dotyczących nie tylko dnia bieżącego, lecz najbliższej choćby przyszłości. Idąc za tym, samemu sobie podsuniętym wskazaniem, spróbuję taką prognozę sformułować, choćby w trybie ćwiczenia umysłowego.
Wydaje się, że przywołany wcześniej hipotetyczny „wstrząs moralny” właśnie zaczął się dokonywać i jest on rezultatem tragedii gdańskiej z niedzieli 13 stycznia 2019 roku. Prognozę tę wysnuwam z następujących przesłanek. Po pierwsze, ogromne znaczenie ma fakt, że mord na Pawle Adamowiczu został dokonany w momencie euforycznej kulminacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ukochanej przez miliony Polaków, z najrozmaitszych warstw społecznych i z wszystkich generacji, od dzieci po osoby w wieku podeszłym. Gdyby prezydent Gdańska został zabity w inny dowolny, powszedni dzień, w swoim gabinecie czy na ulicy, wydźwięk tego tragicznego zdarzenia byłby, jakkolwiek drastycznie to zabrzmi, znacząco słabszy. Morderca ugodził jednak jednocześnie, symbolicznie, w idola milionów Polaków, Jurka Owsiaka i w ich ukochaną Orkiestrę. Jeśli ten fakt dotrze w pełni do ich świadomości, a to się jeszcze do końca nie stało, od PiS może odwrócić się co najmniej tylu dawnych zwolenników, ilu będzie im brakowało do znaczącej wygranej, a być może nawet tylu, ilu będzie potrzebnych, by utrzymać pierwsze miejsce na podium. A jednocześnie gdański wstrząs przysporzy PiS wrogów pośród tych, którzy dotąd nie chodzili na wybory, ale którzy z całego serca, gorącym sentymentem przywiązani są do Orkiestry, tego wehikułu polskiej dobroczynności. Wielu ludzi być może po raz pierwszy uświadomi sobie niszczycielską siłę PiS, to, że tam, gdzie PiS się pojawia, zaraz pojawia się też nieszczęście. W ich umysłach może pojawić się, niekoniecznie świadomie, a raczej na ogół podświadomie, imperatyw, by zerwać ten fatalny pas transmisyjny zła i cierpienia. Podobna intuicja już się w kręgach bliskich PiS pojawiła. Publicysta radykalnie propisowskiego tygodnika braci Karnowskich „Sieci” i portalu w polityce.pl Marcin Fijołek stwierdził, że „narasta przekonanie iż tragedia w Gdańsku rozstrzygnęła wynik cyklu wyborczego, a przede wszystkim wyborów parlamentarnych”. Jacek Karnowski, który tę uwagę Fijołka przywołał, konstatuje to tak: „Jeśli PiS zaakceptuje ten postulat, choćby milcząco, choćby w nadziei, że to tylko na jakiś czas, przegra. Nie da się bowiem utrzymać władzy nie prezentując własnej opowieści o Polsce, zarówno w odniesieniu do przeszłości, jak i teraźniejszości czy przyszłości”.

… i inne czynniki

Po drugie, sam wspomniany czynnik „epyslon” nie byłby wystarczający, gdyby nie inne: a) znaczące słabnięcie oddziaływania 500 plus, głównego zwornika wyborczego poparcia dla PiS, b) bardzo powolne, ale stałe słabnięcie tej partii od zeszłej jesieni, c) narastające wewnętrzne konflikty grupowe i personalne oraz sprzeczności natury ideologiczno-światopoglądowej, w tym w szczególności rozczarowanie oportunistyczną i defensywną, a nawet tchórzliwą, w oczach antyaborcyjnych fanatyków spod znaku Radia Maryja czy Kai Godek, polityką PiS, ale także niezadowolenie radykalnych nacjonalistów z defensywnego charakteru tej polityki ( m.in. wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN, zahamowanie „reformy” sądownictwa i przegranie bitwy o Sąd Najwyższy, z której PiS powróciło z „podkulonym ogonem”, d) oddziaływanie psychologiczne filmu „Kler”, który obejrzało ponad 5 milionów widzów i który nadwerężył w oczach milionów widzów autorytet Kościoła kat. głównego sojusznika PiS i całej Zjednoczonej Prawicy, e) bolesna porażka programu „mieszkanie plus” f) blamaż z blokadą podwyżki cen prądu, które rosną mimo grudniowej ustawy rządowej. To tylko część czynników, które nie sprzyjają PiS i jego rządowi. I jeśli jeszcze przed tragedią z 13 stycznia prawdopodobieństwo rozpisania przez PiS przedterminowych wyborów było spore, po tragedii w Gdańsku spadło ono niemal do zera. Organizowanie wyborów w atmosferze poruszenia emocjonalno-moralnego stawiającego PiS co najmniej na cenzurowanym, stworzyłoby dla obozu Kaczyńskiego śmiertelne zagrożenie. Podtrzymując konstytucyjny termin jesienny PiS stwarza sobie przynajmniej nieco większą szansę na to, że obecna gorączka emocjonalna osłabnie, a nastroje się wyciszą, choć opozycja może, i powinna – jakkolwiek by to cynicznie zabrzmiało – je podtrzymywać.

„Epsylon” w rękach opozycji

Nie zamierzam w ten sposób spisywać PiS na straty. Prawdopodobieństwo jego wygranej ciągle jest bardzo duże. Nie mniej jednak, pojawienie się wspomnianego czynnika „epsylon” w postaci tragedii gdańskiej z 13 stycznia 2019, wzmocnionego przez dodatkowe, wymienione wyżej czynniki, przesunęło prawdopodobieństwo wygranej PiS ze względnie bezpiecznej pozycji ze sporym „zapasem” – na krawędź, za którą tylko o milimetry czai się widmo przegranej lub wygranej tylko nominalnej, polegającej na uzyskaniu pierwszego wyniku, jednakże bez możliwości sformowania rządu, nawet w koalicji. I jeśli mimo czynnika „epsylon” i czynników dodatkowych, PiS nadal nie jest na z góry straconej pozycji, to z powodu chronicznej słabości i liberalnej, i ludowej i lewicowej opozycji. Jeśli jej liderzy nie wzniosą się ponad osobiste animozje i ambicje, jeśli nie pójdą do wyborów jednym blokiem przeciw PiS (ZP), to diabli wezmą, zarówno zrządzenie Opatrzności w postaci zesłania przez nią w ręce opozycji czynnika „epsylon”, jak i te czynniki, na które w pocie czoła zapracowali sami obecnie rządzący.

Bigos tygodniowy

Powiedzieć, że Adrian Niezłomny podpisał ustawę cofającą deformę Sądu Najwyższego, ale się nie cieszył, to nic nie powiedzieć. Z wściekłości i mściwości przetrzymał do ostatniej minuty moment złożenia podpisu czyli de facto moment wypicia piwa, które sam nawarzył. Jednak po podpisaniu nie zdzierżył i dostał ataku histerycznej, infantylnej agresji. Wykipiała z niego złość i upokorzenie. Krzyczał o „bezkarnej kaście” i „anarchii” sędziów. Wydzierał się, pretensjonalnie modulował głos, robił miny, przewracał oczami. Zachował się, jak to on, jak infantylny, histeryczny, katolicki maminsynek. Na koniec wydał dyspozycję, by najdłużej jak to możliwe zwlekać z publikacją ustawy. Zuch, mołodiec!

 

***

Strzeż się księdza, bo może być przyczyną wielu groźnych chorób. Do niezliczonych szkodliwych i niebezpiecznych przedmiotów, substancji itp. dołączyli księża. Wszyscy pamiętamy rozmaite ostrzeżenia, a to, że „zapałki w ręku dziecka to pożar”, a to tabliczki z trupią główką i napisem „baczność, urządzenie elektryczne”, a to że należy myć ręce przed posiłkiem i po wyjściu z toalety, a to, że należy chronić się przed ogniskami chorobotwórczych bakterii, starannie myć owoce i warzywa przed spożyciem, strzec się przed chorobami wenerycznymi i a to, że nie wolno przewozić środkami komunikacji publicznej substancji żrących, toksycznych, śmierdzących oraz przedmiotów odrażających. Okazuje się, że także kontakt z księdzem „może być przyczyną wielu groźnych chorób”, a osobie ukąszonej przez księdza może grozić „seria bolesnych zastrzyków”. Jeśli kto ma życzenie, można by to porównać do nazistowskich afiszy antysemickich o „wszach i tyfusie plamistym”. Do listy niebezpieczeństw dołączą księża diecezji płockiej, bo wszedł w życie specjalny kodeks biskupa Piotra Libery dotyczący pracy z nieletnimi. Zapracowali Wielebni na ten godny status. Gratulacje i powinszowania! Ale, ale, te przepisy sanitarne powinny wejść w życie w całej Polsce, bo kapłani przecież są równi wobec prawa.

 

***

Aliści, jeszcze nie ostygł film „Kler” i instrukcja Libery, a tu już klechy bezczelnie otworzyli mordy, zamiast skorzystać z okazji i trzymać je zamknięte szczelnie na kłódkę. I tak Głódź gdański wziął w obronę doszczętnie zdemoralizowanego prałata Jankowskiego, a Nycz warszawski obrażał się z powodu braku całkowitego zakazu aborcji. Im naprawdę się wydaje, że są jeszcze moralnymi autorytetami. „Kleru” na nich nie ma – obłudników. Natomiast w błazeńskim wywiadzie dla Polsat News, abp poznański Gądecki objawił dobre samopoczucie i po porównaniu filmu „Kler” do nazistowskiego „Żyda Süssa” stwierdził, że „film ten nie będzie miał wpływu na praktyki religijne Polaków, bo przywiązanie do nich jest oczywiste”. Biedny błazen chyba niczego nie czyta w tej swojej wieży z kości słoniowej. Nie wie, że polskie młode pokolenie jest światowym czempionem w tempie laicyzacji, czyli jego przywiązanie do religii gwałtownie topnieje, a poparcie dla prawa do wolnej aborcji do 12 tygodnia zwiększyło się z 18 procent na początku 2016 roku, po „czarnym proteście” wzrosło do 42 procent, a teraz zwiększyło się do 69 procent. Niech Gądecki podziękuje za to swoim sojusznikom, Kai Godek i Ordo Iuris.

 

***

Szef MSZ Czaputowicz pozazdrościł poprzednikowi Waszczykowskiemu głupawych wybryków i nazwał Francję „chorym człowiekiem Europy ciągnącym ją w dół”, przeciwstawiając jej pisowską Polskę jako „jasny punkt na mapie Europy ciągnący ją w górę”. To prawda, że Francja nie jest dziś jako kraj w zbyt dobrej formie, ale chciałbym, żebyśmy tu nad Wisłą byli już tak chorzy jak Francja. To – mimo wszystkich kłopotów – cywilizacja ciągle z innej niż Polska półki. Konie kują, a megalomańska żaba podstawia nogę.

 

***

Bracia Karnowscy to prawdziwi ekscentrycy. Widać też, że to i owo przeczytali z klasycznej literatury. Wyraźnie z „Folwarku zwierzęcego” Orwella zaczerpnęli ideę, która przyświeca formule ich nagrody dla „Człowieka wolności”. Tak jak u Orwella aparat represji nazywał się Ministerstwem Miłości, a aparat kłamliwej propagandy – Ministerstwem Prawdy, tak w roku 2016 tytułem „Człowieka Wolności” uhonorowali nagrodą „Sieci” prezesa PiS, w 2017 – Przyłębską, a w 2018 – ministra kultury Glińskiego. Jednak nie tylko ekscentryzm powoduje Karnowskimi. Oni wiedzą za Karolem Marksem, że „wolność jest uświadomioną koniecznością”.

 

***

Cokolwiek dziwny wyrok w sprawie niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” wydał krakowski sąd. Emocjonalną konfuzję i gorycz bogu ducha winnego, bardzo sędziwego kombatanta AK, który podał do sądu twórców serialu, można zrozumieć. Pokazano tam bowiem akowców jako antysemitów, a on antysemitą się nie czuje i pewnie nie jest. Jednak istnieją udokumentowane świadectwa, że postawy antysemickie w polskim podziemiu niepodległościowym w okresie okupacji, w tym tak licznej organizacji, jaką była AK, występowały. Świadczy o tym choćby sprawa mordu na ludziach akowskiego Biura Informacji Prasowej, Makowieckiego i Widerszala w czerwcu 1944 roku. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z fabularnym serialem, z fikcyjną, zmyśloną akcją, w której uprawnione są rozmaite ujęcia, uogólnienia czy uszczegółowienia zgodne z ideą artystyczną utworu. Równie dobrze można by bowiem podawać do sądu twórców „Stawki większej niż życie” za to, że postać hauptsturmführera Hermanna Brunnera stawia gestapo w świetle bardziej negatywnym niż na to zasługiwało, względnie że jest jako esesman pokazany zbyt sympatycznie, a autorów „Czterech pancernych i psa” oskarżać o pokazywanie sowieckich wrogów jako ciepłych sojuszników.

 

***

Nie po raz pierwszy ujawniają się tzw. „murzyńskie” cechy części narodu polskiego, przy czym „murzyńskość” należy tu rozumieć w aspekcie mentalnym, a nie koloru skóry. To archaiczna mentalność, która nakazywała kiedyś oszukiwanym plemionom afrykańskim przyjmowanie w dobrej wierze paciorków od białych kolonizatorów. Ten sam mechanizm powodował tymi, którzy przed laty, za rządu PO-PSL, uwierzyli złoty deszcz od arabskiego inwestora. Jeszcze wcześniej katolicki naród porzucił katolickich nudziarzy politycznych, Wałęsę i Mazowieckiego i uwierzył w syreni śpiew cudotwórcy z Peru, Stanisława Tymińskiego. Potem wierzył w rozmaitych stadionowych uzdrowicieli. Teraz ta naiwna „murzyńskość” (przepraszam wszystkich inteligentnych czarnoskórych) kazała poważnym, jak można by przypuszczać, działaczom i funkcjonariuszom z KS Wisła Kraków uwierzyć, jak w dobroczynną wartość ofiarowanych paciorków, w uczciwe intencje jakiegoś azjatyckiego kombinatora na milę cuchnącego szachrajem i kryjącego wizerunek jak przestępca w sądzie. Również niedawny pisowski ekspres z prądem w Sejmie i Senacie, to już przewidywalna i nudna nowa świecka tradycja.

 

***

I tak miałem nie wpuścić do mieszkania klechy łażącego po tzw. kolędzie, czyli za świeżą kasą na nowy rok, ale gdy zobaczyłem na klatce schodowej dwóch małoletnich (góra lat dziesięć) ministrantów-niewolników, pozostawionych przez niego bez opieki i wyczekujących na swojego pryncypała, właśnie obchodzącego lokale za kasą, nie wpuściłem go tym bardziej. Zastanawiam się od lat, czy w dobie czyhających na młodych ludzi(także tych ubranych w bielutkie komże) niebezpieczeństwa jest jakiś sens w ich narażania na niewłaściwe zachowania ze strony niektórych przedstawicieli naszego ultrakatolickiego społeczeństwa? Czy w ogóle jest jakiś sens aby klesze towarzyszyła (przed domem wiernego-wiernej) taka obstawa?

 

***

A już na koniec… Wszystkim PT Czytelnikom Bigosu tygodniowego życzę wszelkiej pomyślności w Nowym Roku i do zobaczenia na łamach naszej gazety.