Klienci banków siedzą w sieci

Bankierzy wychodzą z założenia, że klienci wykonują większość operacji samodzielnie i nie potrzebują już wsparcia konsultanta do zlecenia przelewu czy wypłaty gotówki.
Z bankowości mobilnej korzysta już 14,3 mln Polaków, z czego 12 mln używa do tego celu aplikacji w smartfonach (dane bardzo aktualne bo według stanu na koniec marca 2020 r.).
Coraz więcej osób całkowicie rezygnuje z obsługi swoich finansów przez komputer. Banki mają już 6,5 mln klientów „mobile only”. Bankowość mobilna cieszy się w Polsce coraz większą popularnością. Pokazują to dane, jakie co kwartał Bankier.pl i PRNews.pl zbierają z banków.
Pod terminem „bankowość mobilna” kryje się korzystanie z oferty banku na urządzeniach przenośnych – smartfonach i tabletach. Usługa ta cieszy się coraz większą popularnością wśród klientów banków. Wykorzystują w tym celu aplikacje mobilne, serwisy lite (to uproszczona, pozbawiona dużo ważących grafik wersja zwykłej bankowości internetowej) oraz tzw. bankowość RWD (czyli serwisy napisane w technologii Responsive Web Design, które dopasowują się do ekranu urządzenia, na którym są wyświetlane).
Liczba klientów korzystających z sieci rośnie. Najwięcej użytkowników bankowości mobilnej ma PKO Bank Polski – blisko 3,6 mln. W ciągu ostatniego roku przybyło mu 676 tys. osób korzystających z banku w smartfonie. Na drugim miejscu jest mBank z liczbą 2,3 mln klientów mobilnych. Rok wcześniej miał ich o 307 tys. mniej. Trzecie miejsce zajmuje ING Bank Śląski, który ma 2,1 mln użytkowników bankowości mobilnej.
Na dalszych pozycjach plasują się Bank Pekao i Santander Bank Polska (po 1,7 mln), Bank Millennium (1,5 mln), BNP Paribas (521 tys.), Alior Bank (502 tys.), Credit Agricole (207 tys.) oraz T-Mobile Usługi Bankowe (83 tys.). Nie wszystkie banki podały informację o liczbie użytkowników bankowości mobilnej. Nie zrobiły tego m.in. Nest Bank, Idea Bank czy Citi Handlowy.
Zdecydowana większość klientów korzysta z bankowości mobilnej za pomocą aplikacji. Jak wynika z danych zebranych po I kw. 2020 r., banki miały około 12 mln użytkowników aplikacji mobilnych. Co ciekawe, ponad połowa z nich jest mobile only – to osoby, które korzystają z bankowości elektronicznej wyłącznie na smartfonach i nie logują się już do standardowych systemów bankowości internetowej – swoje finanse obsługują wyłącznie w komórkach. Najwięcej takich klientów ma PKO Bank Polski – 1,7 mln. Na drugim miejscu pod tym względem jest ING Bank Śląski – 1 mln, a na trzecim mBank – 972 tys.
Bankowość mobilna staje się dla coraz większej grupy klientów podstawowym kanałem obsługi swoich finansów. Dostarczane przez banki aplikacje są poważną alternatywą dla tradycyjnej już bankowości internetowej. Zamiast banku w komputerze, za ich pomocą możemy otworzyć konto, zlecać przelewy, zakładać lokaty czy zaciągać i spłacać kredyty. Dodatkowo większość instytucji oferuje dziś płatności mobilne, które pozwalają płacić smartfonem za zakupy (Google Pay, Apple Pay, Blik).
Rosnąca popularność kanałów elektronicznych nie pozostaje bez wpływu na strategie banków. Coraz więcej instytucji inwestuje w placówki bezgotówkowe, czyli oddziały, które nie prowadzą obsługi transakcyjnej.
Banki wychodzą z założenia, że klienci wykonują większość operacji samodzielnie i nie potrzebują już wsparcia konsultanta do zlecenia przelewu czy wypłaty gotówki. To z kolei ma wpływ na poziom zatrudnienia i sieć placówek. Banki nie ukrywają, że wzrost popularności kanałów elektronicznych jest jednym z powodów ograniczenia etatów i liczby oddziałów.

Rząd PiS nie walczy z drożyzną

Za znaczący wzrost cen nie odpowiada koronawirus. Pandemii, której skutkiem były zwiększone zakupy na rynku detalicznym, nie można uznać za podstawową przyczynę wysokich wzrostów cen żywności i napojów bezalkoholowych.
Wskaźniki cen towarów i usług konsumpcyjnych Głównego Urzędu Statystycznego informują, że w marcu 2020 r. ceny detaliczne żywności i napojów bezalkoholowych (tzw. indeks ŻINB) wzrosły w porównaniu z miesiącem poprzednim o 0,8 proc.
Jest to bardzo szybkie tempo, a przy tym czterokrotnie szybsze niż wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem (czyli indeks CPI – consumer price index), który w marcu w porównaniu z lutym wzrósł o 0,2 proc. Jego utrzymanie oznaczałoby niemal 10 proc. wzrost cen żywności w skali roku.
W kwietniu nastąpiło zdecydowane wyhamowanie wzrostu wskaźnika cen ŻINB – do 0,3 proc (miesiąc do miesiąca), co było jednym z najniższych wzrostów miesięcznych w okresie styczeń 2019 – kwiecień 2020. Jednakże stabilizacja wzrostu cen tej grupy towarów na obecnym umiarkowanym poziomie, w kolejnych miesiącach nie jest pewna.
Po pierwsze, trudno obecnie prognozować skutki suszy, które zależą od opadów w maju i w czerwcu. Po drugie, nie wiadomo, jak się będzie kształtować sytuacja gospodarcza, w tym między innymi możliwy spadek wartości złotego co niemal automatycznie spowoduje wzrost cen żywności importowanej
Pandemii, której skutkiem były kilkudniowe zwiększone zakupy na rynku detalicznym, nie można uznać za podstawową przyczynę tak wysokich wzrostów cen żywności i napojów bezalkoholowych w marcu i kwietniu tego roku. Przede wszystkim dlatego, że systematyczny ich wzrost trwał od początku 2019 r.
I tak, o ile w styczniu 2019 r. wskaźnik ŻINB były zaledwie o 0,9 proc. wyższy niż w styczniu 2018 roku, a jego wzrost był równy wzrostowi wskaźnika CPI w tym okresie, to w kolejnych miesiącach te dwa wskaźniki zaczęły się „rozjeżdżać”. Wskaźniki CPI utrzymywały się na umiarkowanym poziomie (poniżej 3 proc.), natomiast wskaźniki ŻINB gwałtownie przyspieszyły: od lipca 2019 r. były na poziomie powyżej 6 proc., a w styczniu i lutym 2020 r. przekroczyły 7 proc. Ponieważ żywność i napoje bezalkoholowe stanowią aż 25 proc. wartości koszyka wskaźnika CPI, wzrost ich był w 2019 roku najważniejszym czynnikiem powodującym wzrost inflacji.
Ośmioprocentowy roczny wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych w marcu bieżącego roku i również roczny ponad siedmioprocentowy w kwietniu, był więc kontynuacją wyraźnie widocznej przez cały poprzedni rok tendencji. Wynikała ona zarówno ze wzrostu cen płaconych producentom rolnym, jak i ich podniesienia w przemyśle rolno–spożywczym i handlu detalicznym żywnością – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
W okresie styczeń 2019 – marzec 2020 nastąpił wzrost cen skupu podstawowych produktów rolnych: pszenicy, żyta, żywca wołowego, żywca wieprzowego, drobiu i mleka o 8,2 proc. proc., co częściowo wyjaśnia wzrost cen detalicznych żywności. Jednakże z tych sześciu produktów ceny jednego – żywca wieprzowego – wzrosły aż o 55 proc., natomiast z pozostałych pięciu uległy niewielkim zmianom, ale zbóż poważnie spadły – pszenicy o około 10 proc., a żyta aż o 20 proc.
Tak wysoki wzrost cen trzody chlewnej jest pozornie niezwykły, ale pierwsze miesiące 2019 roku to okres dna cyklu świńskiego i w konsekwencji bardzo niskich cen. Ich wzrost w kolejnej fazie cyklu jest więc normalną reakcją. Ceny płacone rolnikom w Polsce za trzodę chlewną były w tym okresie niemal identyczne jak przeciętne ceny na rynku unijnym.
Wzrost cen unijnych musiał silnie wpływać na ceny detaliczne wieprzowiny w Polsce, ponieważ byliśmy w 2019 r. jej wielkim importerem netto (import netto około 220 tys. ton, ujemne saldo obrotów około 650 mln USD).
W okresie styczeń 2019 – marzec 2020 wzrosły również płacone producentom ceny produktów rolnych nieznajdujących się w GUS-owskim koszyku sześciu podstawowych produktów. Największy był wzrost cen owoców, w tym przede wszystkim jabłek (wzrost cen hurtowych niektórych odmian nawet dwukrotny), wynikający zarówno z „klęski urodzaju” w 2018 roku i w konsekwencji niezwykle niskich cen jabłek płaconych producentom, jak i ze znacznie niższych zbiorów w 2019 r. Wzrosły również ceny warzyw.
Na wzrost wskaźnika ŻINB w okresie styczeń 2019 – marzec 2020 miały wpływ również artykuły żywnościowe wyprodukowane z surowców, których ceny w tym okresie nie wzrosły. Wzrost cen mógł zatem nastąpić w procesie przetwórstwa przemysłowego lub na etapie handlu detalicznego, a jego źródłem mógł być wzrost kosztów wytworzenia i/lub sprzedaży – albo próby zwiększenia opłacalności za pomocą zwiększenia marży brutto.
Odpowiedź wymagałaby szczegółowych informacji, które stanowią tajemnicę handlową producentów. Można jednak przypuszczać, że o wzroście cen zadecydował wzrost kosztów – wskazuje TEP.
W handlu żywnością trwa jednakże nieustannie ostra walka konkurencyjna między wielkimi sieciami, której efektem są niskie marże handlowe, mające niewątpliwy wpływ na wysokość cen w całym detalicznym handlu żywnością. Ich podniesienie na konkurencyjnym rynku jest często niemożliwe.
Walka konkurencyjna między sieciami handlowymi przenosi się również na negocjacje cenowe z producentami żywności. W negocjacjach tych sieci handlowe mają bardzo silną pozycję, której efektem są m.in. niskie marże w przemyśle rolno-spożywczym. W rezultacie, proces kształtowania cen we wszystkich segmentach rynku żywnościowego jest wysoce konkurencyjny i sprzyja relatywnie niskim cenom detalicznym żywności, zwłaszcza że przeciętny klient w Polsce zwraca szczególną uwagę na ceny – produkty o najniższych cenach na ogół najszybciej „schodzą z półek”.
System organizacji polskiego rynku żywności jest zatem ważnym, wymuszającym stabilizację cenową czynnikiem, znacznie skuteczniejszym niż groźby Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, który straszy kontrolą cen żywności.

Remisu nie będzie

W sensie gospodarczym, ogromna większość musi stracić na epidemii koronawirusa. Są jednak i tacy, którzy mogą wygrać.

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa to także szansa biznesowa. Jak w każdym kryzysie, będą wygrani i przegrani. Jedni stracą mniej, inni więcej, a niektórzy wykorzystają tę szansę do dynamicznego rozwoju.
Chciałbym, aby polskie firmy wykorzystały tę szansę do zbudowania przewagi konkurencyjnej – i zaistniały na rynkach globalnych.

Strategiczne miejsce

Kiedy kryzys zaczął się w Chinach, wiele firm zrozumiało, że zależność od chińskiego rynku może powodować problemy. Analitycy stwierdzili, że wiele globalnych firm będzie musiało zdywersyfikować swoje łańcuchy dostaw. Firmy opierające swój handel tylko na chińskich produktach z przerażeniem obserwowały topniejące stany magazynowe i komunikaty o zamykaniu granic i przedłużających się kwarantannach.
Dziś wiele biznesów zaczyna rozumieć zasadę pareto1 nie tylko w sprzedaży, ale również w zakupach.

Zaczynamy rozumieć że nie tylko zysk i niska cena są wyznacznikiem w biznesie, ale również coraz bardziej popularne wzornictwo, marka, szybkość realizacji zamówienia i dostawa, elastyczne podejście do klienta i jego obsługa.

Klienci są gotowi zapłacić więcej właśnie za dodatkową obsługę i wyjątkowe doznania. Sklepy internetowe już dawno wiedzą, że kluczem ich sukcesu jest obsługa klienta i szybkość realizacji zamówienia. Przewiduję, że właśnie te elementy biznesu zaczną decydować o większym potencjale oferty biznesowej, niż tylko najniższa cena.

Jako, że Polska gospodarka jest w dużej mierze oparta na firmach produkcyjnych, wytwarzających fizyczne produkty, mamy wykwalifikowanych pracowników i leżymy w strategicznym logistycznie miejscu na styku gospodarek wschodu i zachodu, powinniśmy wykorzystać ten trudny czas do budowy naszych biznesów. Jak ostatnio wykazali analitycy EY to nie wewnętrzna konsumpcja napędza Polską gospodarkę, a polski eksport.

Najgorsze pierwsze miesiące

Kluczowe dla uzyskania przewagi konkurencyjnej dla polskich przedsiębiorców będzie przetrzymanie pierwszych miesięcy kryzysu w odpowiedniej kondycji, tak aby w momencie wybudzania się globalnej gospodarki z kwarantanny byli gotowi do rozpoczęcia negocjacji i przyjęcia zamówień w nowo tworzonym łańcuchu dostaw i przepływów gospodarczych.

Kluczową rolę w tym przypadku ma nasz rząd, który musi zadbać o to, aby polskie przedsiębiorstwa w jak najmniejszym stopniu ucierpiały na kryzysie. Nasi politycy muszą zrozumieć, że dla dobra naszej przyszłości trzeba pomóc mniejszej grupie politycznej, jaką są przedsiębiorcy, a nie większej grupie wyborców, którymi są pracownicy.
Pamiętajmy, że w końcowym rozrachunku każda upadająca firma to utrata miejsc pracy i potencjału rozwojowego naszej gospodarki, czyli pośrednio budowy naszego dobrobytu. Szczególną opieką rząd powinien otoczyć średnie firmy, które są zbyt duże, aby szybko reagować na gwałtownie zmieniającą się sytuację ekonomiczną i zbyt małe, aby je ratować za wszelką cenę, jak w przypadku banków czy kopalni.

Politycy muszą przygotować narzędzia, które umożliwią pomoc państwa dla polskich biznesów, przedsiębiorcy, aby dostosować swoje firmy do spowolnienia gospodarczego oraz pracownicy, którzy powinni zrozumieć, że firmy, w których pracują są częścią ich życiowego ekosystemu i muszą o nie dbać tak jak ich właściciele.

Dzisiejszy czas będzie prawdziwym sprawdzianem dla polskiego biznesu, polskiej klasy politycznej i samych Polaków. Wierzę jednak, że to co się dzieje jest dla nas nie tylko samym zagrożeniem, ale również wielką szansą na rozwój.

Sebastian Sadowski-Romanov

  1. Zasada ta, sformułowana przez ekonomistę Vilfredo Pareto polega w uproszczeniu na tym, że 20 proc. sytuacji sytuacji powoduje 80 proc. efektów – na przykład 20 proc. klientów przynosi 80 proc. zysków.

Matka wszystkich PiS-owskich afer

Afera GetBack ma ogromne rozmiary i wyrządziła ogromne szkody Polakom i Polsce. Jest jednak tylko jedną z wielu afer finansowych PiS.

Choć to tylko jedna z wielu finansowych afer Prawa i Sprawiedliwości, to trzeba ją nazwać matką wszystkich PiS-owskich afer – tak ze względu na skalę oszustwa, jak i czas trwania.
Zaczęła się bowiem już w początkach rządów PiS, gdy firma ta, dzięki bliskim związkom z prominentami obozu rządzącego mogła liczyć na łagodne traktowanie przez wszelkie urzędy – i śmiało rozwijała oszukańczą działalność.
To przecież właśnie za rządów PiS, w latach 2016-2017 GetBack opanował większość rynku windykacji długów. Już w 2016 r, pod łaskawymi skrzydłami nowej władzy GetBack zrobiła przekręty na ponad 400 mln zł. Natomiast 9 marca 2017 Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt emisyjny GetBacku co było początkiem wprowadzania tej firmy na giełdę – z błogosławieństwem wszelkich urzędów, przejętych już w tym czasie przez PiS. Najwyższa Izba Kontroli NIK stwierdziła brak faktycznego nadzoru nad przygotowaniem dla zarządu giełdy opinii w sprawie dopuszczenia obligacji i akcji GetBack. do obrotu giełdowego. Opinie te zawierały znacznie zaniżoną wielkość zobowiązań Spółki i nie zostały zweryfikowane. To na ich podstawie zarząd giełdy uznał, że może dopuścić papiery wartościowe GetBack do obrotu i nie występują zagrożenia dla inwestorów.
Oznacza to, że dopuszczenie papierów wartościowych do obrotu na rynku było w rzeczywistości uzależnione od oceny sytuacji finansowej GetBack dokonanej przez jednego pracownika, przy braku kryteriów i nadzoru
Warto zauważyć, że afera GetBack jest znacznie większa i gorsza od afery AmberGold. Amber Gold doprowadziła do utracenia przez jej klientów (prawie 10 tys. ludzi) 850 mln zł. Afera GetBack, firmy cieszącej się sympatią PiS-owskiej władzy, ukradła ludziom aż 2,5 mld zł.
PiS usiłuje jednak wyciszyć aferę GetBack, a obecna ekipa lekceważy i krzywdzi ofiary tej piramidy finansowej. Przecież GetBack to była firma „swoja”, zaprzyjaźniona – sponsorowała prorządowe media oraz różne imprezy, gdzie nagradzano prezesa Kaczyńskiego i premiera.
Dlatego ofiary GetBacku się nie liczą. Władza uważa, że ma być cicho nad tą trumną.
Prominenci PiS nie zgodzili się więc na komisję śledczą dla zbadania afery GetBack. Ministerstwo Finansów nie pozwoliło na odliczenia od podatku części strat ofiar GetBacku. Władza odmówiła też stworzenia funduszu pomocy ofiarom, finansowanego z kar nakładanych na GetBack. PiS utajniło obrady sejmowej komisji debatującej nas tą aferą, wyproszono też reprezentantów poszkodowanych. Jak zwykle w podobnych sprawach, swoją nieskuteczność pokazał też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Gdy zaś pytano, dlaczego KNF nie skontrolowała w porę GetBack i zignorowała sygnały o noieprawidłowościach w działaniu tej spółki, nie udzielano odpowiedzi. Nie powiadomiono też prokuratury ani innych służb, nie wpisano GetBack na listę publicznych ostrzeżeń!
PiS chce wyciszyć tę aferę – tak jak i inne afery finansowe z udziałem prominentów swej ekipy. Chce też sprawić, aby także o ofiarach GetBack było cicho – inaczej niż w przypadku AmberGold, kiedy to krzywda ofiar została cynicznie wykorzystana przez PiS w walce politycznej. Ale nic nie zdejmie z prominentów PiS odpowiedzialności za aferę zaprzyjaźnionej z ich partią firmy GetBack. To opanowane przez nich urzędy ani nie chciały dostrzec, ani zapobiec przekrętowi, w którym Polacy stracili 2,5 mld zł.
I słusznie Najwyższa Izba Kontroli wskazuje, że najważniejsze instytucje państwa zaniedbywały swoje obowiązki. Gdyby zechciały postępować prawidłowo, straty Polaków byłyby o wiele mniejsze. sów publicznych. Słuszne też są pojawiające się wnioski, że do afery by nie doszło, gdyby nie bliskie relacje prominentów PiS z właścicielami GetBack. KNF w listopadzie 2017 r. wiedziała o działaniach tej firmy, ale niezareagowała. A w lutym 2018 r. PiS-owskie władze warszawskiej giełdy nagrodziły GetBack za …dobre wykorzystanie instrumentów finansowych. Dodajmy, że instrumenty te były stosowane z pożytkiem firmy, kosztem tysięcy Polaków.
Raport Najwyższej Izby Kontroli jasno pokazuje, że państwowe instytucje nadzorowane przez rząd Prawa i Sprawiedliwości nie ochroniły Polaków i zignorowały sygnały ostrzegawcze. Tak więc, przejęte przez PiS instytucje państwowe nie zapewniły skutecznej ochrony konsumentów przed niezgodną z prawem działalnością GetBack oraz podmiotów oferujących jej papiery wartościowe. „Ich działania były nieadekwatne do istoty i skali zagrożeń oraz nie w pełni rzetelne” – stwierdza NIK.
Zwłaszcza Komisja Nadzoru Finansowego jest odpowiedzialna za zaniechania. Przez pierwsze pięć lat działalności spółki nie przeprowadziła w niej ani jednej kontroli. Ograniczyła nadzór nad spółką do analizy zmian danych i procedur działania, a po zmianie przepisów od 2016 r. także jej sprawozdań, przy czym czynności te nie były dokumentowane. Nie zidentyfikowała także sygnałów wskazujących na nieprawidłowości. Do dziś ponad 9 tys. nabywców obligacji GetBack nie odzyskało zainwestowanych środków.
GetBack wykazywała bardzo dobre wyniki finansowe w celu przyciągnięcia inwestorów gotowych powierzyć jej pieniądze. Były to jednak wyniki sfałszowane. Spółka manipulowała wyceną pakietów wierzytelności lub na jakiś czas odsprzedawała je do innych podmiotów po zawyżonych cenach, aby wykazać zyski lub ukryć straty. Praktyki te dotyczyły zarówno pakietów nabytych przez spółkę na własny rachunek, jak i na rachunek funduszy inwestycyjnych. GetBack kupiła także akcje innej firmy windykacyjnej, wykazując ich zawyżoną wartość. Tak więc, dzięki sztucznie wykreowanym wynikom Spółka była przedstawiana jako atrakcyjny podmiot rynku finansowego, którego instrumenty generowały wyższe dochody dla inwestorów niż lokaty bankowe. Pracownicy firmy oferujący obligacje, w celu osiągnięcia jak najwyższej sprzedaży, wprowadzali ich nabywców w błąd. Oferta była często kierowana do osób starszych, zainteresowanych przede wszystkim bezpieczeństwem inwestycji. Aby ich przekonać sprzedawcy porównywali papiery wartościowe GetBack S.A. do pewnych lokat bankowych lub obligacji skarbowych.
Klienci byli też fałszywie informowani o gwarancjach zwrotu środków wraz z odsetkami oraz że GetBack jest podmiotem w pełni nadzorowanym przez KNF. W ocenie NIK, rzetelnie przeprowadzone kontrole pozwoliłaby na wykrycie nieprawidłowości. Nie było jednak woli, ani ochoty. PiS nie chciało krzywdzić swoich.

Porzućcie wszelką nadzieję

To typowo polskie: wszelkie urzędy i instytucje, mające chronić nasze bezpieczeństwo
finansowe, robią co tylko mogą – a wychodzi im tak jak zwykle.

Aby zwiększyć bezpieczeństwo klientów rynku ubezpieczeniowego potrzebna jest skuteczniejsza ochrona. Na razie bowiem instytucje odpowiedzialne za tę ochronę wykonują co prawda swoje zadania, jednak suma tych działań, delikatnie mówiąc, nie przekłada się na skuteczność ochrony Polaków.
Problemem, który – w powszechnej opinii – wzbudzał najwięcej kontrowersji była kwestia tzw. polisolokat i skrajnie niekorzystnych warunków, na jakich były one oferowane. Zawarto ponad 5 mln umów długoterminowych na łączną kwotę ponad 56 mld zł.

Możecie się skarżyć długo

Sprzedaż polisolokat, czyli polis na życie z elementem inwestycyjnym (tzw. ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym), wiązała się z wątpliwym pod względem prawnym i etycznym oferowaniem tych produktów przez ich sprzedawców.
Występowały przypadki wprowadzania klientów w błąd lub oferowania produktów dla nich nieodpowiednich. Umowy polisolokat były skomplikowane, co powodowało trudności w ich zrozumieniu przez przeciętnego obywatela.
Dodatkowo postanowienia umów zawierały zapisy, w wyniku których klienci decydujący się na rezygnację z umowy w trakcie jej trwania tracili większość wpłaconych środków, gdyż pobierano wysokie opłaty likwidacyjne.
Działania państwowych instytucji ochronnych ograniczyły wprawdzie ten proceder – ale tylko częściowo pomogły w rozwiązaniu problemów w umowach już zawartych.
Inną powszechną grupą problemów, na które najczęściej skarżyli się konsumenci, były kłopoty z uzyskaniem odszkodowań w związku z likwidacją szkód z ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej (głównie samochodów).
Klienci towarzystw ubezpieczeniowych wskazywali na nieprawidłowości, polegające na zaniżaniu lub odmowie wypłaty odszkodowań, niekorzystnej lub opieszałej likwidacji szkód, nieudostępnianiu przez ubezpieczycieli akt szkodowych.
Klientom często pozostawało dochodzenie swoich roszczeń w sądzie, jednak większość rezygnowała z tej żmudnej, skomplikowanej i kosztownej drogi uzyskania odszkodowania.

Współpracują bardzo niechętnie

Kontrolerzy NIK zbadali, czy podmioty odpowiedzialne za ochronę finansową mieszkańców, rzetelnie wypełniały obowiązki przeciwdziałania nieuczciwym praktykom na rynku ubezpieczeniowym.
Na przykład, czy na czas i skutecznie reagowały na problemy zgłaszane przez konsumentów oraz czy przedstawiały propozycje zmian ograniczających nieuczciwe praktyki i wzmacniających pozycję konsumentów na rynku ubezpieczeniowym.
Jednym z głównych problemów, na które wskazuje NIK jest brak współpracy, odpowiedniej do skali problemów, na jakie napotykają ubezpieczający się obywatele. Nie bez znaczenia jest także rozproszenie kompetencji, a co za tym idzie także odpowiedzialności za bezpieczeństwo konsumentów.
To, że współpraca pomiędzy urzędem Komisji Nadzoru Finansowego, Rzecznikiem Finansowym oraz Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zawsze była najlepsza, było spowodowane także ograniczeniami w przekazywaniu informacji przez KNF, wynikającymi ponoć z wymogu przestrzegania tajemnicy zawodowej.
Ograniczenia te zostały zniesione w końcu 2018 r. w wyniku zmiany przepisów dotyczących nadzoru nad rynkiem finansowym.

Czy potrzebny nam UOKiK?

Natomiast w UOKiK nie ustalono procedur monitorowania rynku ubezpieczeń. Monitoring ten prowadzono zatem w ograniczonym zakresie.
UOKiK zwykle reagował i analizował sytuację dopiero po licznych sygnałach docierających od niezadowolonych konsumentów, lub innych podmiotów np. Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego czy Rzecznika Finansowego.
„Takie podejście wiąże się z ryzykiem braku interwencji UOKiK w przypadku istotnych naruszeń interesów klientów zakładów ubezpieczeń” – zauważa NIK.
NIK zwraca także uwagę na długi czas rozpatrywania sygnałów zgłaszanych do UOKiK. Według przepisów, postępowanie wyjaśniające nie powinno trwać dłużej niż cztery miesiące, a w sprawach szczególnie skomplikowanych – pięć miesięcy. Tymczasem spośród 68 postępowań wyjaśniających, zbadanych przez NIK, tylko 13 przeprowadzono w terminie.
Najdłużej prowadzone postępowanie trwało ponad trzy lata. Opóźnienia mogą powodować, iż zostanie utracona możliwość wszczęcia postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.
Nie można tego bowiem zrobić jeżeli od końca roku, w którym zaprzestano ich stosowania upłynął rok. W UOKiK tłumaczono się oczywiście, że przyczyną przekroczenia terminów postępowań była konieczność zgromadzenia niezbędnego materiału dowodowego dotyczącego produktów o skomplikowanym charakterze, a także zasięganie opinii innych podmiotów. Na terminowość prowadzenia postępowań wpływ miały mieć również braki kadrowe.
W tej sytuacji warto rozważyć, czy rzeczywiście w Polsce konieczne jest istnienie takiej instytucji, jak UOKiK?
Funkcjonowanie UOKiK kosztuje drogo, czymkolwiek się on zajmuje, trwa to długo, zaś efekty są często w praktyce niemal żadne, lub w najlepszym razie znikome – czego przykładem mogą być pozorowane w istocie działania UOKiK, mające sprawiać wrażenie, że Polsce zależy na zablokowaniu gazociągu Nord Stream 2.

Nikłe efekty

Z kolei, zdaniem NIK, Rzecznik Finansowy i rzecznicy konsumentów, na ile mogli, właściwie wspierali konsumentów w sprawach indywidualnych. Problem w tym, że sformułowanie: „na ile mogli”, oznacza iż mogli bardzo niewiele.
NIK zwraca bowiem uwagę, że zarówno Rzecznik Finansowy, jak i rzecznicy konsumentów ze względu na swoje kompetencje mieli ograniczone możliwości doprowadzenia do rozstrzygnięcia sporów konsumentów z ubezpieczycielami.
Nie mogli na przykład nakazać firmom ubezpieczeniowym zmiany stanowiska. Dlatego konsumenci, aby dochodzić swoich praw często musieli występować na drogę sądową, na co jednak rzadko się decydowali, wiedząc, że jest to na ogół skazane na niepowodzenie.
W okresie od początku 2014 r. do końca kwietnia 2018 r. do Rzecznika Finansowego wpłynęło ponad 62 tys. wniosków klientów towarzystw ubezpieczeniowych, dotyczących nieuwzględnienia ich roszczeń.
Najważniejszymi przyczynami składania skarg przez obywateli było oddalenie roszczenia przez firmę ubezpieczeniową (blisko 44 proc.), spór co do wysokości odszkodowania (30 proc.), zagadnienia związane z naliczeniem i rozliczeniem składki (ponad 10 proc.) oraz opieszałość w postępowaniu odszkodowawczym (5 proc.).
Rzecznik Finansowy podjął interwencję w 84 proc. przypadków, w wyniku czego 19 proc. podjętych spraw zakończyło się pozytywnie dla klienta. Jak widać, także i pożytek z funkcjonowania Rzecznika Finansowego jest znikomy.
Tym bardziej, że jeszcze mniej efektywne było wsparcie, udzielane klientom przez rzeczników konsumentów reprezentujących ich przed sądem w prowadzonych postępowaniach. Wynikało to z długiego trwania postępowań sądowych.
NIK zwraca też uwagę na opieszałość i niechęć władz państwa w niektórych sprawach. I tak, Ministerstwo Finansów nie zaakceptowało propozycji udziału niezależnego rzeczoznawcy w procesie likwidacji szkód komunikacyjnych. Nie udało się także wypracować zasad ustalania wynagrodzenia firm odszkodowawczych, sposobu wypłacania uzyskanego odszkodowania i wymogów wobec osób świadczących takie usług. Minister Finansów nie przygotował też projektów rozwiązań mających umożliwić wdrożenie narodowej strategii edukacji finansowej. A przydałaby się, bo niestety, według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Polacy mają niskie kompetencje finansowe.

 

Chłam ciągle w modzie

Zdumiewające i niewytłumaczalne jest to, iż Polacy od lat dają się bezustannie nabierać i kupują różne badziewie, wciskane im na oszukańczych pokazach.

Trąbi się o tym od dziesięcioleci, a jednak wszelacy cwaniacy wciąż zarabiają na takich spotkaniach, chętnie je organizują i z powodzeniem namawiają ludzi do wydawania pieniędzy na bezwartościowe przedmioty.
W maju tego roku ukarane zostały dwie firmy, Vitaldream oraz Ram Polska które sprzedawały coś, co nazwano “aplikator pola magnetycznego”, Teraz wpadła kolejna firma, VGET, namawiająca ludzi do kupowania wyrobów u o nazwie VitronMed czy VitronMagnetic. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo w Polsce każdego dnia setki różnych podobnych firemek organizują takie pokazy połączone ze sprzedażą.
Wzmiankowana VGET działała m.in. w Suwałkach. Od miesięcy pojawiały się różne skargi, aż wreszcie pracownicy Urządu Ochrony Konkurencji I Konsumentów wcielili się w rolę tajemniczych klientów – i wzięli udział w jednej z organizowanych przez firmę prezentacji.
UOKiK ustalił, że firma zapraszała telefonicznie ludzi, zwykle starszych, na bezpłatne badania w ramach prelekcji tzw. Akademii Zdrowia albo akcji Zdrowa Polska. W trakcie prezentacji uczestnicy byli “badani” przy użyciu pudełka z ekranikiem i przyciskami, nazywanego AM Scanem, a przedstawiciele interpretowali wyniki tych badań i diagnozowali rzekome choroby. Po czym namawiali do zakupu wspomnianych VitronMedów czy VitronMagneticów, które miały pomóc w pozbyciu się wykrytych dolegliwości.
Oczywiście AM Scan nie jest wyrobem medycznym do oceny stanu zdrowia, a oferowane urządzenia nie leczą żadnych chorób. UOKiK stwierdził więc, że konsumenci byli wprowadzani w błąd, a informacja o ich rzekomych chorobach mogła wpływać na decyzję o zakupie.
– Na pokazy handlowe organizowane pod pozorem bezpłatnych badań przychodzą często osoby starsze. Łatwo takich ludzi przestraszyć złym stanem zdrowia i namówić do zakupu drogich produktów, które rzekomo miałyby im pomóc . Wywieranie presji na konsumentach i straszenie ich chorobami jest niezgodne z prawem oraz niemoralne – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
UOKiK nałożył na firmę VGET Polska karę w wysokości ponad 2,7 mln złotych. Zakazał jej także stosowania takich nieuczciwych praktyk. Ponadto firma musi listem poleconym poinformować o tych decyzjach wszystkich klientów, którym sprzedała te wyroby między 1 stycznia 2017 r. a 24 czerwca 2019 r.

Taksówkarze kontra niezrzeszeni

Pasażerowie chcieliby być wożeni tanio i w sposób oszczędzający ich czas.

W dyskusji o regulacji przewozów osobowych należałoby dopuścić do głosu najbardziej zainteresowanych – czyli pasażerów. To według różnych źródeł ponad kilka milionów Polaków, korzystających od czasu do czasu z taksówek czy quasi taksówek.
Ich stanowisko i opinie można poznać za sprawą najnowszego badania przeprowadzonego przez Forum Konsumentów. Okazuje się, że nie wszyscy pasażerowie pragną rezygnować z klasycznych dojazdów taksówkowych, ale na pewno chcą wolności wyboru usługi.
Ta wolność wyboru jest tym ważniejsza, że przewozy zamawiane przez aplikacje mobilne (chodzi w praktyce o Ubera i Bolta) są nieco tańsze i szybsze, a zdaniem większości klientów, także bardziej przewidywalne jeśli chodzi o cenę – a nawet i bardziej komfortowe niż te dokonywane konwencjonalnymi taksówkami.
Dyskusję na temat regulacji przewozów osobowych zdominowało stanowisko tradycyjnych taksówkarzy, najgłośniej i w sposb uciążliwy dla innych, artykułujących swoje interesy.
Bardzo słabo słyszalny jest natomiast głos milionów Polaków, korzystających regularnie z usług przewozowych dokonywanych samochodami osobowymi. Nie mają oni swojej zorganizowanej reprezentacji.
Na zapoznanie się z ich opinią pozwala opublikowane właśnie badanie przewozów osobowych, przeprowadzone pod koniec marca przez firmę Quality Watch.
– Z badania wynika, że konsumenci chcą wygody, użyteczności i prostoty korzystania z usług. Stawiają na jakość i dostępność „tu i teraz”. A nowoczesne rozwiązania to dla nich w tym przypadku przejazdy zamawiane przez aplikację mobilną – mówi Agnieszka Plencler, prezes Forum Konsumentów.
Ludzie wykonujący badanie przejechali ponad 800 km pojazdami korporacji taksówkowych oraz autami przewozów osobowych dostępnych poprzez aplikacje mobilne (były to kursy wykonywane w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie). Przeprowadzano także badanie internetowe na próbie 500 dorosłych osób.
Sprawdzano czas zamówienia i dotarcia samochodu do klienta, łatwość zamówienia, zachowanie kierowcy, wysokość cen, sposoby dokonywania płatności, opinie wyrażane przez korzystających z usług przewozowych.
Z badania wynika, że usługi oparte na aplikacji mobilnej działają nieco lepiej od tradycyjnych i są wyżej oceniane przez klientów.
Dzieje się tak między innymi dlatego, że stanowią one najszybszy sposób wezwania przejazdu. Zamówienie taksówki przez telefon trwa, jak podaje badanie, 1 minutę 51 sekund. Zamówienie taksówki przez przez aplikację mobilną: 1 min 32 sek. Natomiast zamówienie przez aplikację auta nie należącego do korporacji taksówkarskiej zabiera tylko 1 min 12 sek.
20 sekund to oczywiście nie jest różnica powalająca na kolana, ale są i inne.
Na pojazd zamawiany przez aplikację mobilną krócej się czeka (taksówka zamawiana przez telefon dojeżdża średnio 9 min, a auto z aplikacji 6 min).
Klienci wybierający przewoźnika nie będącego taksówkarzem, z góry znają cenę i nie obawiają się nieprzyjemnych niespodzianek. W przypadku taksówek na telefon w 18 proc. przypadków znana była oszacowana cena, w przypadku taksówek z aplikacji w 83 proc., natomiast w nietaksówkowym przewozie z aplikacji w 100 proc. Szacunek ceny był prawidłowy w 100 proc. w przypadku taksówek zamawianych przez telefon oraz przewozów osobowych z aplikacji, natomiast w przypadku taksówek z aplikacji w 90 proc.
Kurs autem osobowym z aplikacji jest tańszy niż taksówką na telefon. Kosztuje ona średnio 3,91 zł/km, podczas gdy auta z aplikacji 3,23 zł/km. To ok. 20 proc. różnicy.
W przejazdach „aplikacyjnych” rozliczenie nie zabiera dodatkowego czasu po dojechaniu na miejsce. Czas potrzebny na takie rozliczenie wynosi 27 sekund w przypadku aplikacji, 1 min 4 sek jeśli chodzi o gotówkę, natomiast 1 min 36 sek gdy płacimy kartą płatniczą (co potwierdza powszechną tezę, że korzystanie z kart płatniczych wydłuża czas przeprowadzania zakupów).
Nie jest też tak, że wyższy poziom usług panuje w taksówkach na telefon. To przejazdy z aplikacją oceniano lepiej: średnia ocena zadowolenia klientów z przejazdu to 4,45 dla taksówek na telefon oraz 4,71 dla samochodów z aplikacji. Kierowców tych pojazdów motywuje bowiem opcja recenzji w aplikacji, którą może im wystawić pasażer.
Badanie potwierdziło także, że przy przejazdach dokonywanych autami zamawianymi przez aplikacje, a nie będącymi taksówkami, występuje niekiedy bariera językowa między klientem a obcojęzycznym kierowcą. Ale z drugiej strony dla niektórych pasażerów oznacza to brak presji na prowadzenie rozmowy z taksówkarzem, co dla nich okazuje się zaletą, bo w tym czasie wolą odpocząć lub wykorzystać go na pracę.
Generalnie, starsi pasażerowie preferują tradycyjne taksówki na telefon. To ludzie starsi, w wieku powyżej 50 lat. 75 proc. respondentów z grupy wiekowej 51-64 lata korzysta z częściej z taksówek.
W przypadku grupy wiekowej 65 plus ten odsetek wynosi aż 94 proc. To zrozumiałe, że niezbyt znają się oni na aplikacjach w smartfonach, nie podoba im się też konieczność podawania danych osobowych i numerów kart w aplikacji.
Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, zwraca uwagę na to, że aplikacje taksówkowe oraz przewozy autami prywatnymi ułatwiają przemieszczanie się osobom, dla których zwykłe taksówki są za drogie. Ale to bynajmniej nie eliminuje z rynku taksówkarzy.
TOR badał to zjawisko w latach 2013 – 2016. Z wydanego w 2017 r. raportu wynika, że miastach, w których pojawiły się auta na aplikacje nie spadła liczba taksówek. Przeciwnie, liczba wydawanych licencji wzrastała: w Krakowie o ponad 8 proc, a we Wrocławiu i Warszawie o ok. 15 proc. Nie zanotowano pogorszenia sytuacji taksówkarzy. Mimo to walczą oni przeciwko poszerzaniu dostępu do rynku. W 2013 r. protestowali przeciwko temu, by w gminach powyżej 100 tys. mieszkańców kierowcy nie musieli zdawać egzaminów z topografii i prawa miejscowego. Trójmiasto ograniczyło te wymogi i nic złego się nie stało. Protestowali też gdy pojawił się w Polsce Uber – oficjalnie w trosce o bezpieczeństwo klientów. – Taksówkarze, a przynajmniej spora ich część, nigdy nie będą zadowoleni – mówi Adrian Furgalski.

 

Aptekarz nie lekarz

Polskie apteki mogłyby świadczyć dodatkowe usługi na rzecz pacjentów,
ale brakuje do tego woli, przepisów oraz pieniędzy.

Ci, którzy mieli okazję kupować coś w aptece w Wielkiej Brytanii, zapewne zauważyli pewne różnice w obsłudze i podejściu do klienta, w porównaniu z apteką w naszym kraju.
Czego zatem nie dowiemy się od polskiego farmaceuty – a od angielskiego już tak? Spróbował to ustalić newsrm.tv

Pod szerszą opieką

Realia brytyjskiej opieki farmaceutycznej zna Kinga Stojek, kierownik apteki w Londynie. Jak mówi, apteki w Wielkiej Brytanii oferują szereg usług farmaceutycznych, zaadresowanych do pacjenta. Ich lista jest ustalana w porozumieniu z NHS, czyli systemem służby zdrowia na Wyspach i finansowana głównie ze środków publicznych i polis zdrowotnych – choć czasem dodatkowo także i z prywatnych portfeli klientów.
W Wielkiej Brytanii farmaceuta to oczywiście człowiek sprzedający leki w aptece – ale nie tylko. Jego rola wykracza poza tę usługę. Zadaniem farmaceuty jest bycie opiekunem pacjenta – czyli osobą, do której w każdej chwili można się zwrócić o poradę w zakresie różnych aspektów choroby czy nawet drobnych dolegliwości.
Jakie są to dokładnie porady? Według Kingi Stojek, bardzo istotnym segmentem pracy brytyjskiego farmaceuty jest tzw. MUR, czyli przegląd leków pacjenta, konsultacje z nim i rozmowa o skutkach ubocznych przyjmowanych medykamentów.
Taka konwersacja, prowadzona w sposób nieskrępowany, możliwa jest z bardzo prostej przyczyny – 90 proc. aptek angielskich wyposażonych jest w specjalny pokój konsultacyjny.
Oczywiście, w polskiej aptece także każdy klient może zapytać farmaceutę o sugerowany przez niego lek na jakąś dolegliwość i bez problemu dowie się o ewentualnych skutkach ubocznych. Siłą rzeczy, nie będą to jednak rozmowy tak wyczerpujące jak te, które prowadzi się w gabinecie lekarskim – lub w pokoju konsultacyjnym angielskiej apteki.
Unikalny, w porównaniu z naszym krajem charakter, ma natomiast typowy dla służby farmaceutycznej na Wyspach program NMS.
Jest to opieka farmaceuty, prowadzona przez 3-4 tygodnie po zapisaniu choremu nowego, długoterminowego leku przez lekarza. Często korzystają z programu NMS na przykład pacjenci chorzy na cukrzycę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, astmę, zaburzenia krzepnięcia krwi czy nadciśnienie tętnicze. Rolą farmaceuty jest zwłaszcza monitorowanie – i niwelowanie – ewentualnych skutków ubocznych nowego leku.

Skierowanie do farmaceuty

Charakterystyczną dla Wielkiej Brytanii usługą jest także infolinia medyczna 111. Pacjenci, którzy w nagłej sprawie zadzwonią pod ten numer, są wysłuchani przez przeszkolony personel, po czym kierowani do apteki, lekarza ogólnego lub do szpitala.
Apteka wchodzi w grę oczywiście w niezbyt ciężkich przypadkach. Jeśli więc, zdaniem konsultanta na infolinii, pacjent powinien udać się po pomoc do apteki, pracownicy tej apteki, którą wskaże telefonujący, dostaną powiadomienie mailowe, by byli przygotowani na przeprowadzenie konsultacji medycznych z taką osobą.
W Polsce podobny system działa nieformalnie, bez żadnej infolinii. Każdy chory może pójść do apteki i powiedzieć: boli mnie to i to, proszę mi coś zapisać. Nie ma jednak gwarancji, czy zawsze otrzyma fachową poradę. W brytyjskich aptekach można także uzyskać poradę na przykład co do diety czy sposobów rzucenia palenia, zmierzyć sobie ciśnienie, dokonać przeglądu domowej apteczki i zdać leki, których termin ważności upłynął.
To samo można zrobić i w polskich aptekach, z jedną znaczącą różnicą – czyli mierzeniem ciśnienia. Teoretycznie, jest to usługa bezpłatna, która mogłaby być bez problemu dostępna w aptekach w naszym kraju.
W praktyce jednak, w polskich aptekach nie ma ogólnodostępnych ciśnieniomierzy dla pacjentów. Na mocy wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2015 r., niedozwolone jest zaś, aby takich pomiarów dokonywali pracownicy aptek, a co gorsza, by zawiadamiali powszechnie, że to robią. Jest to bowiem traktowane jako nielegalna reklama, polegająca na wyróżnianiu się niektórych aptek za pomocą dodatkowych usług.
Oczywiście, nie byłoby nielegalnej reklamy, gdyby apteka nie informowała o możliwości zmierzenia ciśnienia, lecz jedynie wykonywała bezpłatnie tę usługę, na wyraźne zapytanie i życzenie klientów. Tym jednak polscy aptekarze akurat nie są zainteresowani.
Można by też teoretycznie wprowadzić obowiązek bezpłatnego mierzenia ciśnienia przez wszystkie apteki w naszym kraju. Nikomu jednak na tym specjalnie nie zależy, a poza tym wielu aptekarzy na pewno zaprotestowałoby przeciw nakładaniu na nich takiego, dodatkowego obowiązku.

Zaszczep się w aptece

– Apteki brytyjskie prowadzą również sezonowe szczepienia – mówi Kinga Stojek, z czego wynika, że w praktyce są one jakby mini przychodniami medycznymi. Za wszystkie te dodatkowe usługi apteczne, pacjent w Wielkiej Brytanii nie ponosi żadnych, dodatkowych kosztów. Są one tam wpisane w filozofię działania aptek.
Gdyby nawet farmaceuci w Polsce rzeczywiście chcieli świadomie uczestniczyć w procesie leczenia pacjenta, to nie mają takiej możliwości prawnej. Nie są przecież lekarzami. Nie wszyscy farmaceuci zgadzają się z takimi ograniczeniami.
Karolina Banasiak, kierownik apteki w Warszawie, mówi: – Obecnie opieka farmaceutyczna nie jest prowadzona w takim wymiarze, jakbyśmy chcieli. Nie mamy możliwości dokonywania podstawowych pomiarów, typu ciśnienie krwi, glikemii, poziomu cholesterolu czy spokojnego udzielenia instruktażu jak korzystać ze sprzętów medycznych. Mamy nadzieję, że to się zmieni, bo chcielibyśmy w pełni uczestniczyć w procesie leczenia pacjentów. Włączenie farmaceuty jest niezwykle istotne, przede wszystkim, dla pacjenta – mielibyśmy możliwość konsultacji i udzielenia porad co do sposobu i pory stosowania leków. Na pewno przeniosłoby się to na zdecydowanie lepsze efekty kuracji w przypadku pacjentów.
Karolina Banasiak uważa, że można zacząć od małych kroków – dowóz leków, możliwość przedłużenia recept na leki przyjmowane na stałe i przegląd branych przez pacjenta leków. Taka opieka farmaceutyczna byłaby niezwykle potrzebna w przyszłości, co farmaceuci widzą w codziennych kontaktach z pacjentami.
Pytanie jednak, kto miałby za to płacić? Na pewno nie zechcą tego robić klienci aptek, a tym bardziej sami farmaceuci. Na trzeszczący w szwach budżet ochrony zdrowia także nie można liczyć.

Nie ma konsensusu i kasy

Czy więc nasz kraj ma szanse by zbliżyć się do standardów brytyjskich? Zapytany o to Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych mówi: – W Polsce farmaceuci robią co mogą w ramach swoich kompetencji, ale zinstytucjonalizowana opieka farmaceutyczna w naszym kraju nie funkcjonuje. O niej się dużo mówi, prowadzone są coraz to nowe dyskusje, ale niestety od lat ta kwestia nie może ruszyć z poziomu ministerialnego. Wydaje się, że brakuje konsensu środowiska – część korporacji aptekarskich zdaje się utrzymywać tę sytuację na takim poziomie.
Trzeba też zauważyć, że możliwość dodatkowej opieki farmaceutycznej bardzo blokuje wspomniany zakaz reklamy aptek, który w praktyce przekształcił się w jakikolwiek zakaz informowania pacjentach o usługach aptekarskich.
Były przypadki, gdy właściciele aptek byli karani za to, że wywieszali kartki z informacją o tym, że w ich zakładzie można zmierzyć sobie ciśnienie, wypożyczyć jakieś urządzenie czy w osobnym pokoju odbyć rozmowę z aptekarzem.
Na przeszkodzie wprowadzenia szerszej opieki farmaceutycznej w Polsce stoi również nadmierna ochrona danych osobowych czy brak opracowanych schematów postępowania. Ponadto, nie istnieją programy wspomagające prowadzenie usług przez aptekarzy.
Mówiąc dokładniej, jest jeden – to instruktażowy program Uniwersytetu Jagiellońskiego FONTIC: Farmaceutyczna Opieka w Nadciśnieniu Tętniczym i Cukrzycy typu drugiego. Nie funkcjonuje jednak żaden organ, który mógłby doprowadzić do wdrożenia go. Brakuje też możliwości jakiejkolwiek koordynacji działań związanych z opieką farmaceutyczną, nie ma systemu akredytacyjnego dla aptek i farmaceutów pragnących świadczyć dodatkowe usługi.
Ciągle nie ma ustawy o zawodzie aptekarza, co utrudnia dokładne sprecyzowanie relacji pacjent-farmaceuta-lekarz. A przede wszystkim zaś, nie ma i nie będzie
na to pieniędzy.

Porządki w portfelu

Banki bezlitośnie łupią nam skórę, ale możemy próbować jakoś się bronić.

Czasem warto sprawdzić ile naszych pieniędzy oddajemy niepotrzebnie bankom komercyjnym. Policzmy więc, ile płacimy za konto osobiste w naszym banku i czy przypadkiem nie warto przenieść środków do innego, który zaproponuje nam lepsze warunki, i możliwość korzystania z dodatkowych usług. Warto też zapoznać się z najnowszymi metodami płatności, które wcale nie muszą być droższe od dotychczasowych.
Nie należy zatem przyzwyczajać się do korzystania z tych samych rozwiązań i produktów oferowanych przez banki przez długie lata – lecz pomyśleć co możemy zyskać, decydując się na zmianę.
W Polsce skończyły się już czasy taniego oszczędzania. Obecnie zdecydowana większość banków wprowadziła dla swoich klientów opłaty za prowadzenie kont osobistych.
Aby nie ponosić kosztów związanych z korzystaniem z popularnego ROR-u, musimy spełnić określone warunki. Najczęściej jest to wymóg dokonywania regularnych transakcji kartą płatniczą na określoną kwotę w danym miesiącu.
Nawet jeżeli jesteśmy zadowoleni z oferty banku, w którym obecnie trzymamy swoje środki, nic nie stoi na przeszkodzie, by przejść do konkurencji. Nowi klienci mogą bowiem liczyć na specjalne warunki i skorzystanie z promocji.
– Są to promocje za otwarcie rachunku oraz tzw. moneybacki. Najczęściej otrzymujemy wtedy określoną kwotę w zamian za transakcje przeprowadzone na konkretną sumę przez pewien okres po założeniu konta – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Przykładowo, jeżeli w ciągu pierwszego miesiąca wydamy 1000 zł., to bank w ciągu następnych 30 dni zwróci nam 5 proc. wydatków, czyli 50 zł.
Jest to oczywiście zachęta do tego, byśmy wydawali jak najwięcej, ale nie dajmy się zwariować. Gdy bowiem wydamy np. tylko 500 zł, to bank wprawdzie zwróci nam jedynie 25 zł (albo nic, jeśli kwota od której zaczyna oddawać przekracza 500 zł) – ale w sumie li i tak skorzystamy na tym, że wydaliśmy o 500 zł mniej.
W każdym razie ofert tego typu jest wiele na rynku, a porównując je ze sobą i wybierając najlepsze, możemy zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych w skali miesiąca.
Polacy posiadają blisko 6 mln kart kredytowych. Chętnie sięgamy po to źródło finansowania, gdy nagle spadają na nas niespodziewane wydatki. Zaciągnięcie kredytu przy pomocy plastiku jest szybkie i wygodne, ale z takiej karty należy umiejętnie korzystać.
Banki oczywiście zachęcają do częstego korzystania z kart. Jeśli jednak chcemy się dać namówić, upewnijmy się czy bank, który wybraliśmy, oferuje jakieś bonusy za korzystanie z przyznanego limitu na karcie kredytowej.
Wiele z nich – ale nie wszystkie – nagradza posiadaczy kart punktami lojalnościowymi, które mogą oni wymieniać na zniżki w niektórych sklepach czy sieciach partnerskich.
– Dosłownie można „zarobić” za zaciągnięciu kredytu, trzeba tylko być dobrze zaznajomionym ze specjalnymi ofertami, które coraz częściej nie są proponowane tylko stałym klientom banków – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF.
Bankowość internetowa, z której już powszechnie korzystamy, umożliwia zapłacenie rachunku online w każdym momencie, z każdego miejsca na świecie. Ale otwierając rachunek osobisty lub ściągając na smartfona aplikację jakiegoś banku, możemy liczyć na więcej niż tylko podgląd stanu naszych finansów czy wykonywanie przelewów. Niektóre banki dają też dostęp do usług dodatkowych, takich jak np. wirtualny asystent finansowy pomagający kontrolować budżet domowy czy planować wydatki i ustalać „cele oszczędnościowe”. – Dzięki nim możemy założyć, jaką kwotę chcemy oszczędzić i w jakim czasie, a bank może nam podpowiedzieć, jaki produkt czy rozwiązanie dodatkowe wybrać, aby pomóc sobie w wytrwaniu w tym założeniu – dodaje Ewa Kozłowska. Niektóre banki oferują też swoim internetowym klientom możliwość wykupienia za pomocą szeregu kilku kliknięć ubezpieczenia na życie czy wejścia do jakiegoś funduszu inwestycyjnego. Przeważnie za korzystanie z takich opcji nie trzeba ponosić dodatkowych opłat.

Bankom wiedzie się coraz lepiej

Zysk netto sektora bankowego w Polsce w ubiegłym roku zmniejszył się o 2,3 proc. w porównaniu z 2016 r. Pierwszy kwartał 2018 r. wskazuje jednak na to, że wzrost tegorocznego zysku z powodzeniem nadrobi ubiegłoroczny spadek.

 

Pierwszy kwartał 2018 roku w bankach stał pod znakiem boomu na rynku kredytów hipotecznych. Dobiegający końca program „Mieszkanie dla młodych” spowodował duży wzrost zainteresowania takimi kredytami.
Ale bankowcy bili rekordy także na innych polach – zwiększyła się liczba kont, kart, klientów oraz aktywnych użytkowników kanałów elektronicznych.

 

Ubyło kart kredytowych

W ciągu minionego roku bankom w Polsce przybyło ponad milion klientów, a liczba prowadzonych kont wzrosła o 860 tys. do poziomu 31,5 mln. W pierwszym kwartale najwięcej nowych rachunków otwarto w ING Banku Śląskim (61 tys.), Banku Millennium (60 tys.) i PKO BP (54 tys.). Na koniec pierwszego kwartału z ofert ankietowanych banków korzystało ponad pół miliona obcokrajowców.
Banki obsługiwały blisko 26 mln kart debetowych i 5,8 mln kart kredytowych. W porównaniu do danych z końca ubiegłego roku oznacza to spadek o 14 tys. kart, kredytowych, a w porównaniu do danych z marca ubiegłego roku, spadek o 78 tys. kart. Największym wydawcą kart kredytowych w Polsce pozostaje PKO BP – obsługuje ich 859 tys
Bankowości internetowej używało aktywnie 16 mln klientów. Natomiast ze swojego banku w komórce korzystało 9,3 mln. Jest to o 400 tys. więcej niż kwartał wcześniej i aż o 2 mln więcej niż rok temu. Najwięcej mobilnych klientów miał PKO Bank Polski – 2,3 mln, drugie miejsce zajmował mBank – 1,7 mln, a trzecie ING Bank Śląski – 1,5 mln.
Takie są wyniki podsumowania stanu sektora bankowego, dokonanego przez serwisy Bankier.pl i PRNews.pl.

 

Marzenie o wyższych procentach

Wzrost popularności kanałów elektronicznych, co zrozumiałe, przełożył się ujemnie na liczbę oddziałów w naszym kraju. W ciągu minionego roku ubyło 483 placówek własnych banków, a zatrudnienie stopniało o 4,1 tys. etatów.
Banki obsługują coraz więcej klientów, a to przekłada się na wzrost sprzedaży produktów takich jak konta czy karty. Warto zwrócić uwagę, że dynamicznie rośnie liczba osób, które korzystają z bankowości mobilnej. Aż 2,5 mln to osoby „mobile only” – klienci, którzy obsługują swoje finanse wyłącznie za pomocą smartfonów. Ponad milion osób zainstalowało w swoim telefonie kartę HCE do płatności zbliżeniowych – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl i autor raportu „Polska bankowość w liczbach – I kwartał 2018”.
Czego przede wszystkim polscy klienci oczekują od banków? Skuteczne stawianie oporu hakerom i gwarancja bezpieczeństwa danych – to oczekiwania klientów wobec banków, które najbardziej zyskały na znaczeniu w ciągu ostatniego roku – wynika z badania przeprowadzonego przez Bankier.pl i PRNews.pl.
Jednak najczęstszym życzeniem klientów, podobnie jak przed rokiem, było wyższe oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych.