Chłam ciągle w modzie

Zdumiewające i niewytłumaczalne jest to, iż Polacy od lat dają się bezustannie nabierać i kupują różne badziewie, wciskane im na oszukańczych pokazach.

Trąbi się o tym od dziesięcioleci, a jednak wszelacy cwaniacy wciąż zarabiają na takich spotkaniach, chętnie je organizują i z powodzeniem namawiają ludzi do wydawania pieniędzy na bezwartościowe przedmioty.
W maju tego roku ukarane zostały dwie firmy, Vitaldream oraz Ram Polska które sprzedawały coś, co nazwano “aplikator pola magnetycznego”, Teraz wpadła kolejna firma, VGET, namawiająca ludzi do kupowania wyrobów u o nazwie VitronMed czy VitronMagnetic. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo w Polsce każdego dnia setki różnych podobnych firemek organizują takie pokazy połączone ze sprzedażą.
Wzmiankowana VGET działała m.in. w Suwałkach. Od miesięcy pojawiały się różne skargi, aż wreszcie pracownicy Urządu Ochrony Konkurencji I Konsumentów wcielili się w rolę tajemniczych klientów – i wzięli udział w jednej z organizowanych przez firmę prezentacji.
UOKiK ustalił, że firma zapraszała telefonicznie ludzi, zwykle starszych, na bezpłatne badania w ramach prelekcji tzw. Akademii Zdrowia albo akcji Zdrowa Polska. W trakcie prezentacji uczestnicy byli “badani” przy użyciu pudełka z ekranikiem i przyciskami, nazywanego AM Scanem, a przedstawiciele interpretowali wyniki tych badań i diagnozowali rzekome choroby. Po czym namawiali do zakupu wspomnianych VitronMedów czy VitronMagneticów, które miały pomóc w pozbyciu się wykrytych dolegliwości.
Oczywiście AM Scan nie jest wyrobem medycznym do oceny stanu zdrowia, a oferowane urządzenia nie leczą żadnych chorób. UOKiK stwierdził więc, że konsumenci byli wprowadzani w błąd, a informacja o ich rzekomych chorobach mogła wpływać na decyzję o zakupie.
– Na pokazy handlowe organizowane pod pozorem bezpłatnych badań przychodzą często osoby starsze. Łatwo takich ludzi przestraszyć złym stanem zdrowia i namówić do zakupu drogich produktów, które rzekomo miałyby im pomóc . Wywieranie presji na konsumentach i straszenie ich chorobami jest niezgodne z prawem oraz niemoralne – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
UOKiK nałożył na firmę VGET Polska karę w wysokości ponad 2,7 mln złotych. Zakazał jej także stosowania takich nieuczciwych praktyk. Ponadto firma musi listem poleconym poinformować o tych decyzjach wszystkich klientów, którym sprzedała te wyroby między 1 stycznia 2017 r. a 24 czerwca 2019 r.

Taksówkarze kontra niezrzeszeni

Pasażerowie chcieliby być wożeni tanio i w sposób oszczędzający ich czas.

W dyskusji o regulacji przewozów osobowych należałoby dopuścić do głosu najbardziej zainteresowanych – czyli pasażerów. To według różnych źródeł ponad kilka milionów Polaków, korzystających od czasu do czasu z taksówek czy quasi taksówek.
Ich stanowisko i opinie można poznać za sprawą najnowszego badania przeprowadzonego przez Forum Konsumentów. Okazuje się, że nie wszyscy pasażerowie pragną rezygnować z klasycznych dojazdów taksówkowych, ale na pewno chcą wolności wyboru usługi.
Ta wolność wyboru jest tym ważniejsza, że przewozy zamawiane przez aplikacje mobilne (chodzi w praktyce o Ubera i Bolta) są nieco tańsze i szybsze, a zdaniem większości klientów, także bardziej przewidywalne jeśli chodzi o cenę – a nawet i bardziej komfortowe niż te dokonywane konwencjonalnymi taksówkami.
Dyskusję na temat regulacji przewozów osobowych zdominowało stanowisko tradycyjnych taksówkarzy, najgłośniej i w sposb uciążliwy dla innych, artykułujących swoje interesy.
Bardzo słabo słyszalny jest natomiast głos milionów Polaków, korzystających regularnie z usług przewozowych dokonywanych samochodami osobowymi. Nie mają oni swojej zorganizowanej reprezentacji.
Na zapoznanie się z ich opinią pozwala opublikowane właśnie badanie przewozów osobowych, przeprowadzone pod koniec marca przez firmę Quality Watch.
– Z badania wynika, że konsumenci chcą wygody, użyteczności i prostoty korzystania z usług. Stawiają na jakość i dostępność „tu i teraz”. A nowoczesne rozwiązania to dla nich w tym przypadku przejazdy zamawiane przez aplikację mobilną – mówi Agnieszka Plencler, prezes Forum Konsumentów.
Ludzie wykonujący badanie przejechali ponad 800 km pojazdami korporacji taksówkowych oraz autami przewozów osobowych dostępnych poprzez aplikacje mobilne (były to kursy wykonywane w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie). Przeprowadzano także badanie internetowe na próbie 500 dorosłych osób.
Sprawdzano czas zamówienia i dotarcia samochodu do klienta, łatwość zamówienia, zachowanie kierowcy, wysokość cen, sposoby dokonywania płatności, opinie wyrażane przez korzystających z usług przewozowych.
Z badania wynika, że usługi oparte na aplikacji mobilnej działają nieco lepiej od tradycyjnych i są wyżej oceniane przez klientów.
Dzieje się tak między innymi dlatego, że stanowią one najszybszy sposób wezwania przejazdu. Zamówienie taksówki przez telefon trwa, jak podaje badanie, 1 minutę 51 sekund. Zamówienie taksówki przez przez aplikację mobilną: 1 min 32 sek. Natomiast zamówienie przez aplikację auta nie należącego do korporacji taksówkarskiej zabiera tylko 1 min 12 sek.
20 sekund to oczywiście nie jest różnica powalająca na kolana, ale są i inne.
Na pojazd zamawiany przez aplikację mobilną krócej się czeka (taksówka zamawiana przez telefon dojeżdża średnio 9 min, a auto z aplikacji 6 min).
Klienci wybierający przewoźnika nie będącego taksówkarzem, z góry znają cenę i nie obawiają się nieprzyjemnych niespodzianek. W przypadku taksówek na telefon w 18 proc. przypadków znana była oszacowana cena, w przypadku taksówek z aplikacji w 83 proc., natomiast w nietaksówkowym przewozie z aplikacji w 100 proc. Szacunek ceny był prawidłowy w 100 proc. w przypadku taksówek zamawianych przez telefon oraz przewozów osobowych z aplikacji, natomiast w przypadku taksówek z aplikacji w 90 proc.
Kurs autem osobowym z aplikacji jest tańszy niż taksówką na telefon. Kosztuje ona średnio 3,91 zł/km, podczas gdy auta z aplikacji 3,23 zł/km. To ok. 20 proc. różnicy.
W przejazdach „aplikacyjnych” rozliczenie nie zabiera dodatkowego czasu po dojechaniu na miejsce. Czas potrzebny na takie rozliczenie wynosi 27 sekund w przypadku aplikacji, 1 min 4 sek jeśli chodzi o gotówkę, natomiast 1 min 36 sek gdy płacimy kartą płatniczą (co potwierdza powszechną tezę, że korzystanie z kart płatniczych wydłuża czas przeprowadzania zakupów).
Nie jest też tak, że wyższy poziom usług panuje w taksówkach na telefon. To przejazdy z aplikacją oceniano lepiej: średnia ocena zadowolenia klientów z przejazdu to 4,45 dla taksówek na telefon oraz 4,71 dla samochodów z aplikacji. Kierowców tych pojazdów motywuje bowiem opcja recenzji w aplikacji, którą może im wystawić pasażer.
Badanie potwierdziło także, że przy przejazdach dokonywanych autami zamawianymi przez aplikacje, a nie będącymi taksówkami, występuje niekiedy bariera językowa między klientem a obcojęzycznym kierowcą. Ale z drugiej strony dla niektórych pasażerów oznacza to brak presji na prowadzenie rozmowy z taksówkarzem, co dla nich okazuje się zaletą, bo w tym czasie wolą odpocząć lub wykorzystać go na pracę.
Generalnie, starsi pasażerowie preferują tradycyjne taksówki na telefon. To ludzie starsi, w wieku powyżej 50 lat. 75 proc. respondentów z grupy wiekowej 51-64 lata korzysta z częściej z taksówek.
W przypadku grupy wiekowej 65 plus ten odsetek wynosi aż 94 proc. To zrozumiałe, że niezbyt znają się oni na aplikacjach w smartfonach, nie podoba im się też konieczność podawania danych osobowych i numerów kart w aplikacji.
Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, zwraca uwagę na to, że aplikacje taksówkowe oraz przewozy autami prywatnymi ułatwiają przemieszczanie się osobom, dla których zwykłe taksówki są za drogie. Ale to bynajmniej nie eliminuje z rynku taksówkarzy.
TOR badał to zjawisko w latach 2013 – 2016. Z wydanego w 2017 r. raportu wynika, że miastach, w których pojawiły się auta na aplikacje nie spadła liczba taksówek. Przeciwnie, liczba wydawanych licencji wzrastała: w Krakowie o ponad 8 proc, a we Wrocławiu i Warszawie o ok. 15 proc. Nie zanotowano pogorszenia sytuacji taksówkarzy. Mimo to walczą oni przeciwko poszerzaniu dostępu do rynku. W 2013 r. protestowali przeciwko temu, by w gminach powyżej 100 tys. mieszkańców kierowcy nie musieli zdawać egzaminów z topografii i prawa miejscowego. Trójmiasto ograniczyło te wymogi i nic złego się nie stało. Protestowali też gdy pojawił się w Polsce Uber – oficjalnie w trosce o bezpieczeństwo klientów. – Taksówkarze, a przynajmniej spora ich część, nigdy nie będą zadowoleni – mówi Adrian Furgalski.

 

Aptekarz nie lekarz

Polskie apteki mogłyby świadczyć dodatkowe usługi na rzecz pacjentów,
ale brakuje do tego woli, przepisów oraz pieniędzy.

Ci, którzy mieli okazję kupować coś w aptece w Wielkiej Brytanii, zapewne zauważyli pewne różnice w obsłudze i podejściu do klienta, w porównaniu z apteką w naszym kraju.
Czego zatem nie dowiemy się od polskiego farmaceuty – a od angielskiego już tak? Spróbował to ustalić newsrm.tv

Pod szerszą opieką

Realia brytyjskiej opieki farmaceutycznej zna Kinga Stojek, kierownik apteki w Londynie. Jak mówi, apteki w Wielkiej Brytanii oferują szereg usług farmaceutycznych, zaadresowanych do pacjenta. Ich lista jest ustalana w porozumieniu z NHS, czyli systemem służby zdrowia na Wyspach i finansowana głównie ze środków publicznych i polis zdrowotnych – choć czasem dodatkowo także i z prywatnych portfeli klientów.
W Wielkiej Brytanii farmaceuta to oczywiście człowiek sprzedający leki w aptece – ale nie tylko. Jego rola wykracza poza tę usługę. Zadaniem farmaceuty jest bycie opiekunem pacjenta – czyli osobą, do której w każdej chwili można się zwrócić o poradę w zakresie różnych aspektów choroby czy nawet drobnych dolegliwości.
Jakie są to dokładnie porady? Według Kingi Stojek, bardzo istotnym segmentem pracy brytyjskiego farmaceuty jest tzw. MUR, czyli przegląd leków pacjenta, konsultacje z nim i rozmowa o skutkach ubocznych przyjmowanych medykamentów.
Taka konwersacja, prowadzona w sposób nieskrępowany, możliwa jest z bardzo prostej przyczyny – 90 proc. aptek angielskich wyposażonych jest w specjalny pokój konsultacyjny.
Oczywiście, w polskiej aptece także każdy klient może zapytać farmaceutę o sugerowany przez niego lek na jakąś dolegliwość i bez problemu dowie się o ewentualnych skutkach ubocznych. Siłą rzeczy, nie będą to jednak rozmowy tak wyczerpujące jak te, które prowadzi się w gabinecie lekarskim – lub w pokoju konsultacyjnym angielskiej apteki.
Unikalny, w porównaniu z naszym krajem charakter, ma natomiast typowy dla służby farmaceutycznej na Wyspach program NMS.
Jest to opieka farmaceuty, prowadzona przez 3-4 tygodnie po zapisaniu choremu nowego, długoterminowego leku przez lekarza. Często korzystają z programu NMS na przykład pacjenci chorzy na cukrzycę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, astmę, zaburzenia krzepnięcia krwi czy nadciśnienie tętnicze. Rolą farmaceuty jest zwłaszcza monitorowanie – i niwelowanie – ewentualnych skutków ubocznych nowego leku.

Skierowanie do farmaceuty

Charakterystyczną dla Wielkiej Brytanii usługą jest także infolinia medyczna 111. Pacjenci, którzy w nagłej sprawie zadzwonią pod ten numer, są wysłuchani przez przeszkolony personel, po czym kierowani do apteki, lekarza ogólnego lub do szpitala.
Apteka wchodzi w grę oczywiście w niezbyt ciężkich przypadkach. Jeśli więc, zdaniem konsultanta na infolinii, pacjent powinien udać się po pomoc do apteki, pracownicy tej apteki, którą wskaże telefonujący, dostaną powiadomienie mailowe, by byli przygotowani na przeprowadzenie konsultacji medycznych z taką osobą.
W Polsce podobny system działa nieformalnie, bez żadnej infolinii. Każdy chory może pójść do apteki i powiedzieć: boli mnie to i to, proszę mi coś zapisać. Nie ma jednak gwarancji, czy zawsze otrzyma fachową poradę. W brytyjskich aptekach można także uzyskać poradę na przykład co do diety czy sposobów rzucenia palenia, zmierzyć sobie ciśnienie, dokonać przeglądu domowej apteczki i zdać leki, których termin ważności upłynął.
To samo można zrobić i w polskich aptekach, z jedną znaczącą różnicą – czyli mierzeniem ciśnienia. Teoretycznie, jest to usługa bezpłatna, która mogłaby być bez problemu dostępna w aptekach w naszym kraju.
W praktyce jednak, w polskich aptekach nie ma ogólnodostępnych ciśnieniomierzy dla pacjentów. Na mocy wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2015 r., niedozwolone jest zaś, aby takich pomiarów dokonywali pracownicy aptek, a co gorsza, by zawiadamiali powszechnie, że to robią. Jest to bowiem traktowane jako nielegalna reklama, polegająca na wyróżnianiu się niektórych aptek za pomocą dodatkowych usług.
Oczywiście, nie byłoby nielegalnej reklamy, gdyby apteka nie informowała o możliwości zmierzenia ciśnienia, lecz jedynie wykonywała bezpłatnie tę usługę, na wyraźne zapytanie i życzenie klientów. Tym jednak polscy aptekarze akurat nie są zainteresowani.
Można by też teoretycznie wprowadzić obowiązek bezpłatnego mierzenia ciśnienia przez wszystkie apteki w naszym kraju. Nikomu jednak na tym specjalnie nie zależy, a poza tym wielu aptekarzy na pewno zaprotestowałoby przeciw nakładaniu na nich takiego, dodatkowego obowiązku.

Zaszczep się w aptece

– Apteki brytyjskie prowadzą również sezonowe szczepienia – mówi Kinga Stojek, z czego wynika, że w praktyce są one jakby mini przychodniami medycznymi. Za wszystkie te dodatkowe usługi apteczne, pacjent w Wielkiej Brytanii nie ponosi żadnych, dodatkowych kosztów. Są one tam wpisane w filozofię działania aptek.
Gdyby nawet farmaceuci w Polsce rzeczywiście chcieli świadomie uczestniczyć w procesie leczenia pacjenta, to nie mają takiej możliwości prawnej. Nie są przecież lekarzami. Nie wszyscy farmaceuci zgadzają się z takimi ograniczeniami.
Karolina Banasiak, kierownik apteki w Warszawie, mówi: – Obecnie opieka farmaceutyczna nie jest prowadzona w takim wymiarze, jakbyśmy chcieli. Nie mamy możliwości dokonywania podstawowych pomiarów, typu ciśnienie krwi, glikemii, poziomu cholesterolu czy spokojnego udzielenia instruktażu jak korzystać ze sprzętów medycznych. Mamy nadzieję, że to się zmieni, bo chcielibyśmy w pełni uczestniczyć w procesie leczenia pacjentów. Włączenie farmaceuty jest niezwykle istotne, przede wszystkim, dla pacjenta – mielibyśmy możliwość konsultacji i udzielenia porad co do sposobu i pory stosowania leków. Na pewno przeniosłoby się to na zdecydowanie lepsze efekty kuracji w przypadku pacjentów.
Karolina Banasiak uważa, że można zacząć od małych kroków – dowóz leków, możliwość przedłużenia recept na leki przyjmowane na stałe i przegląd branych przez pacjenta leków. Taka opieka farmaceutyczna byłaby niezwykle potrzebna w przyszłości, co farmaceuci widzą w codziennych kontaktach z pacjentami.
Pytanie jednak, kto miałby za to płacić? Na pewno nie zechcą tego robić klienci aptek, a tym bardziej sami farmaceuci. Na trzeszczący w szwach budżet ochrony zdrowia także nie można liczyć.

Nie ma konsensusu i kasy

Czy więc nasz kraj ma szanse by zbliżyć się do standardów brytyjskich? Zapytany o to Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych mówi: – W Polsce farmaceuci robią co mogą w ramach swoich kompetencji, ale zinstytucjonalizowana opieka farmaceutyczna w naszym kraju nie funkcjonuje. O niej się dużo mówi, prowadzone są coraz to nowe dyskusje, ale niestety od lat ta kwestia nie może ruszyć z poziomu ministerialnego. Wydaje się, że brakuje konsensu środowiska – część korporacji aptekarskich zdaje się utrzymywać tę sytuację na takim poziomie.
Trzeba też zauważyć, że możliwość dodatkowej opieki farmaceutycznej bardzo blokuje wspomniany zakaz reklamy aptek, który w praktyce przekształcił się w jakikolwiek zakaz informowania pacjentach o usługach aptekarskich.
Były przypadki, gdy właściciele aptek byli karani za to, że wywieszali kartki z informacją o tym, że w ich zakładzie można zmierzyć sobie ciśnienie, wypożyczyć jakieś urządzenie czy w osobnym pokoju odbyć rozmowę z aptekarzem.
Na przeszkodzie wprowadzenia szerszej opieki farmaceutycznej w Polsce stoi również nadmierna ochrona danych osobowych czy brak opracowanych schematów postępowania. Ponadto, nie istnieją programy wspomagające prowadzenie usług przez aptekarzy.
Mówiąc dokładniej, jest jeden – to instruktażowy program Uniwersytetu Jagiellońskiego FONTIC: Farmaceutyczna Opieka w Nadciśnieniu Tętniczym i Cukrzycy typu drugiego. Nie funkcjonuje jednak żaden organ, który mógłby doprowadzić do wdrożenia go. Brakuje też możliwości jakiejkolwiek koordynacji działań związanych z opieką farmaceutyczną, nie ma systemu akredytacyjnego dla aptek i farmaceutów pragnących świadczyć dodatkowe usługi.
Ciągle nie ma ustawy o zawodzie aptekarza, co utrudnia dokładne sprecyzowanie relacji pacjent-farmaceuta-lekarz. A przede wszystkim zaś, nie ma i nie będzie
na to pieniędzy.

Porządki w portfelu

Banki bezlitośnie łupią nam skórę, ale możemy próbować jakoś się bronić.

Czasem warto sprawdzić ile naszych pieniędzy oddajemy niepotrzebnie bankom komercyjnym. Policzmy więc, ile płacimy za konto osobiste w naszym banku i czy przypadkiem nie warto przenieść środków do innego, który zaproponuje nam lepsze warunki, i możliwość korzystania z dodatkowych usług. Warto też zapoznać się z najnowszymi metodami płatności, które wcale nie muszą być droższe od dotychczasowych.
Nie należy zatem przyzwyczajać się do korzystania z tych samych rozwiązań i produktów oferowanych przez banki przez długie lata – lecz pomyśleć co możemy zyskać, decydując się na zmianę.
W Polsce skończyły się już czasy taniego oszczędzania. Obecnie zdecydowana większość banków wprowadziła dla swoich klientów opłaty za prowadzenie kont osobistych.
Aby nie ponosić kosztów związanych z korzystaniem z popularnego ROR-u, musimy spełnić określone warunki. Najczęściej jest to wymóg dokonywania regularnych transakcji kartą płatniczą na określoną kwotę w danym miesiącu.
Nawet jeżeli jesteśmy zadowoleni z oferty banku, w którym obecnie trzymamy swoje środki, nic nie stoi na przeszkodzie, by przejść do konkurencji. Nowi klienci mogą bowiem liczyć na specjalne warunki i skorzystanie z promocji.
– Są to promocje za otwarcie rachunku oraz tzw. moneybacki. Najczęściej otrzymujemy wtedy określoną kwotę w zamian za transakcje przeprowadzone na konkretną sumę przez pewien okres po założeniu konta – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Przykładowo, jeżeli w ciągu pierwszego miesiąca wydamy 1000 zł., to bank w ciągu następnych 30 dni zwróci nam 5 proc. wydatków, czyli 50 zł.
Jest to oczywiście zachęta do tego, byśmy wydawali jak najwięcej, ale nie dajmy się zwariować. Gdy bowiem wydamy np. tylko 500 zł, to bank wprawdzie zwróci nam jedynie 25 zł (albo nic, jeśli kwota od której zaczyna oddawać przekracza 500 zł) – ale w sumie li i tak skorzystamy na tym, że wydaliśmy o 500 zł mniej.
W każdym razie ofert tego typu jest wiele na rynku, a porównując je ze sobą i wybierając najlepsze, możemy zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych w skali miesiąca.
Polacy posiadają blisko 6 mln kart kredytowych. Chętnie sięgamy po to źródło finansowania, gdy nagle spadają na nas niespodziewane wydatki. Zaciągnięcie kredytu przy pomocy plastiku jest szybkie i wygodne, ale z takiej karty należy umiejętnie korzystać.
Banki oczywiście zachęcają do częstego korzystania z kart. Jeśli jednak chcemy się dać namówić, upewnijmy się czy bank, który wybraliśmy, oferuje jakieś bonusy za korzystanie z przyznanego limitu na karcie kredytowej.
Wiele z nich – ale nie wszystkie – nagradza posiadaczy kart punktami lojalnościowymi, które mogą oni wymieniać na zniżki w niektórych sklepach czy sieciach partnerskich.
– Dosłownie można „zarobić” za zaciągnięciu kredytu, trzeba tylko być dobrze zaznajomionym ze specjalnymi ofertami, które coraz częściej nie są proponowane tylko stałym klientom banków – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF.
Bankowość internetowa, z której już powszechnie korzystamy, umożliwia zapłacenie rachunku online w każdym momencie, z każdego miejsca na świecie. Ale otwierając rachunek osobisty lub ściągając na smartfona aplikację jakiegoś banku, możemy liczyć na więcej niż tylko podgląd stanu naszych finansów czy wykonywanie przelewów. Niektóre banki dają też dostęp do usług dodatkowych, takich jak np. wirtualny asystent finansowy pomagający kontrolować budżet domowy czy planować wydatki i ustalać „cele oszczędnościowe”. – Dzięki nim możemy założyć, jaką kwotę chcemy oszczędzić i w jakim czasie, a bank może nam podpowiedzieć, jaki produkt czy rozwiązanie dodatkowe wybrać, aby pomóc sobie w wytrwaniu w tym założeniu – dodaje Ewa Kozłowska. Niektóre banki oferują też swoim internetowym klientom możliwość wykupienia za pomocą szeregu kilku kliknięć ubezpieczenia na życie czy wejścia do jakiegoś funduszu inwestycyjnego. Przeważnie za korzystanie z takich opcji nie trzeba ponosić dodatkowych opłat.

Bankom wiedzie się coraz lepiej

Zysk netto sektora bankowego w Polsce w ubiegłym roku zmniejszył się o 2,3 proc. w porównaniu z 2016 r. Pierwszy kwartał 2018 r. wskazuje jednak na to, że wzrost tegorocznego zysku z powodzeniem nadrobi ubiegłoroczny spadek.

 

Pierwszy kwartał 2018 roku w bankach stał pod znakiem boomu na rynku kredytów hipotecznych. Dobiegający końca program „Mieszkanie dla młodych” spowodował duży wzrost zainteresowania takimi kredytami.
Ale bankowcy bili rekordy także na innych polach – zwiększyła się liczba kont, kart, klientów oraz aktywnych użytkowników kanałów elektronicznych.

 

Ubyło kart kredytowych

W ciągu minionego roku bankom w Polsce przybyło ponad milion klientów, a liczba prowadzonych kont wzrosła o 860 tys. do poziomu 31,5 mln. W pierwszym kwartale najwięcej nowych rachunków otwarto w ING Banku Śląskim (61 tys.), Banku Millennium (60 tys.) i PKO BP (54 tys.). Na koniec pierwszego kwartału z ofert ankietowanych banków korzystało ponad pół miliona obcokrajowców.
Banki obsługiwały blisko 26 mln kart debetowych i 5,8 mln kart kredytowych. W porównaniu do danych z końca ubiegłego roku oznacza to spadek o 14 tys. kart, kredytowych, a w porównaniu do danych z marca ubiegłego roku, spadek o 78 tys. kart. Największym wydawcą kart kredytowych w Polsce pozostaje PKO BP – obsługuje ich 859 tys
Bankowości internetowej używało aktywnie 16 mln klientów. Natomiast ze swojego banku w komórce korzystało 9,3 mln. Jest to o 400 tys. więcej niż kwartał wcześniej i aż o 2 mln więcej niż rok temu. Najwięcej mobilnych klientów miał PKO Bank Polski – 2,3 mln, drugie miejsce zajmował mBank – 1,7 mln, a trzecie ING Bank Śląski – 1,5 mln.
Takie są wyniki podsumowania stanu sektora bankowego, dokonanego przez serwisy Bankier.pl i PRNews.pl.

 

Marzenie o wyższych procentach

Wzrost popularności kanałów elektronicznych, co zrozumiałe, przełożył się ujemnie na liczbę oddziałów w naszym kraju. W ciągu minionego roku ubyło 483 placówek własnych banków, a zatrudnienie stopniało o 4,1 tys. etatów.
Banki obsługują coraz więcej klientów, a to przekłada się na wzrost sprzedaży produktów takich jak konta czy karty. Warto zwrócić uwagę, że dynamicznie rośnie liczba osób, które korzystają z bankowości mobilnej. Aż 2,5 mln to osoby „mobile only” – klienci, którzy obsługują swoje finanse wyłącznie za pomocą smartfonów. Ponad milion osób zainstalowało w swoim telefonie kartę HCE do płatności zbliżeniowych – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl i autor raportu „Polska bankowość w liczbach – I kwartał 2018”.
Czego przede wszystkim polscy klienci oczekują od banków? Skuteczne stawianie oporu hakerom i gwarancja bezpieczeństwa danych – to oczekiwania klientów wobec banków, które najbardziej zyskały na znaczeniu w ciągu ostatniego roku – wynika z badania przeprowadzonego przez Bankier.pl i PRNews.pl.
Jednak najczęstszym życzeniem klientów, podobnie jak przed rokiem, było wyższe oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych.

Dobry zwyczaj – mniej pożyczaj

Od 1 marca 2018 roku mieliśmy już dziesięć niedziel z ograniczeniami w handlu. Pora więc na krótkie podsumowanie.

 

Okazuje się, że ograniczenie niedzielnego handlu przynosi pozytywne konsekwencje w nieoczekiwanych dziedzinach.
Oto z danych uzyskanych przez Polski Związek Instytucji Pożyczkowych wynika, że ograniczenie to ma ujemny wpływ na sprzedaż kredytów i pożyczek, udzielanych w całości przez internet.
PZIP informuje, że spadek zapytań o pożyczkę wynosi od 1 marca około 15 proc, w porównaniu do taki samych dni roku poprzedniego.

 

Niedziele wolne od zadłużania się

Dla PZIP, ów spadek pożyczek to naturalnie nie to dobra wiadomość, ale dla potencjalnych pożyczkobiorców – jak najbardziej. Im rzadziej korzystają oni bowiem z usług firm pożyczkowych, tym więcej pieniędzy zostaje im w kieszeni, gdyż są to pożyczki dużo droższe od kredytów bankowych.
Ponadto, spadek wartości i ilości pożyczek udzielanych przez internet siłą rzeczy poprawia bezpieczeństwo, bo zmniejsza się zagrożenie utraty środków za sprawą ataków hakerskich.
Ograniczenie handlu w niedzielę ma więc wpływ na wiele sektorów gospodarki – a w tym także i na sektor pozabankowego kredytu konsumenckiego.
– Na bieżąco weryfikujemy aktywność konsumentów na rynku pożyczkowym. Biorąc pod uwagę okres od wprowadzenia zakazu handlu w niedziele, trend zmniejszenia popytu na pożyczki w niedziele zaczyna się pogłębiać i różnice pomiędzy niedzielami handlowymi i niehandlowymi rosną. – stwierdza Bartosz Pundyk z branżowej bazy informacji pożyczkowej Credit-Check. Co trzeci wniosek składany jest mobilnie, przez telefon lub tablet, bardzo często poza domem konsumenta.

 

Pod wpływem chwili

Jak sprawdzono, część klientów instytucji pożyczkowych zaciąga zobowiązania na kupno jakichś towarów już podczas samych zakupów – na przykład, nie mogąc się oprzeć chęci skorzystania z zauważonych promocji cenowych (co przeważnie robią panie). Dzięki szybkiej pożyczce chcą także wybrać produkt lub usługę o wyższym standardzie.
To właśnie ta grupa klientów odpowiedzialna jest za spadek liczby wniosków o kredyty w niedziele niehandlowe. Nie mając okazji do niedzielnych zakupów, nie mają też potrzeby zaciągania pożyczki, zwłaszcza w sytuacji, gdy ma ona charakter krótkoterminowy i udzielana jest w ciągu kilkunastu minut.
I tu pojawia się jeszcze jeden nieoczekiwany i korzystny skutek ograniczeń niedzielnego handlu – ubywa bowiem okazji do robienia nieodpowiedzialnych zakupów, dokonywanych pod wpływem chwili, bez zastanowienia, często zupełnie zbędnych.
– Spadek zainteresowania kredytem w niedziele niehandlowe to naturalna konsekwencja nowych przepisów, która dodatkowo potwierdza tezę, że większość klientów instytucji pożyczkowych zaciąga zobowiązania na szybki, konkretny cel, np. naprawę pralki, zakup mebli czy zakończenie remontu mieszkania. Kiedy sklepy są zamknięte, zaspokojenie tych potrzeb przez część klientów przekładana jest na później, a z tym także i decyzja o wzięciu kredytu. Wielu klientów deklaruje, że korzysta z kredytu pozabankowego z powodu nagłych wydatków, np. koniecznej naprawy samochodu. Dla zobowiązań zaciąganych na ten cel zakaz handlu w niedzielę nie ma znaczenia – wskazuje Artur Więckowski z PZIP, ekspert portalu chwilowo.pl.

 

Pomoc 500 plus

W ostatnich latach stopniowo zmienia się sytuacja klientów instytucji pożyczkowych. Wyraźna poprawa sytuacji gospodarstw domowych nie pozostała bez wpływu na rynek kredytowy. Widać spadek popytu na pożyczki najdroższe i najbardziej ryzykowne.
Skoro ludzie mają trochę więcej pieniędzy za sprawą uruchomienia programu 500+, to nie muszą tak często ratować się „chwilówkami”. Zwiększenie zdolności finansowej kredytowej klientów pozwala im na wybieranie tańszych i dogodniejszych pożyczek – albo na zaciąganie kredytów bankowych oraz wzrost zakupów robionych za gotówkę.