Chodź, pomaluj mój kod

Czy pięciokolorowa plakietka zmieni nasze nawyki żywieniowe i skłoni producentów do tego, by zaczęli unikać stosowania szkodliwych składników?

Niektóre europejskie organizacje konsumenckie łączą siły, by wspólnie domagać się jednolitego oznakowania żywności w całej Unii Europejskiej.
W związku z tym wystosowały petycję, mającą sprawić, by Komisja Europejska uznała francuskie oznakowanie Nutriscore za obowiązkowe na terenie UE.

Siedem za wszystkich

Organizacje konsumenckie apelują do mieszkańców państw unijnych:
„Chcemy jasnego, jednolitego oznakowania żywności w całej Europie. Poprzyj wspólną inicjatywę organizacji konsumenckich. Jeśli chcesz w łatwy i jasny sposób wiedzieć, co jesz, chronić swoje zdrowie i zachęcić przemysł spożywczy do ulepszenia składu swoich produktów, poproś Komisję Europejską o uczynienie Nutriscore obowiązkowym. Przyłącz się i udziel tu poparcia: www.pronutriscore.org. Aby Komisja Europejska zajęła się tym tematem, potrzeba miliona podpisów!”.
Do apelu dołączyła i polska Federacja Konsumentów. Na razie jednak daleko do europejskiej jednomyślności, gdyż petycję popiera raptem siedem organizacji konsumenckich, czyli wyraźna mniejszość – oprócz naszej, oczywiście francuska i belgijska, a także niemiecka, holenderska, hiszpańska oraz grecka.
Poza tym, nie wszystkie z tych organizacji można uznać za wyłączne reprezentantki konsumentów we własnych państwach.

Gra w kolory

Nutriscore to uproszczony, graficzny system oznaczania wartości odżywczej artykułów spożywczych. Ma on wygląd kolorowej etykiety, która przedstawia wartość odżywczą produktów w postaci pięciu barw. Barwom towarzyszą litery.
Skala Nutriscore podaje ocenę produktu spożywczego od ciemnozielonego koloru A (najlepsza) do czerwonego E (najgorsza). Wynik zależy od rodzaju występujących w niej składników.
Takie oznakowanie ma dostarczyć konsumentom prostej, zrozumiałej informacji, która zostanie wykorzystana przez nich w trakcie dokonywania zakupów.
Teoretycznie wygląda to tak, że każdy produkt otrzymuje ocenę wartości odżywczej, opracowaną przez ekspertów. Uwzględniane w ocenie są składniki odżywcze, których należy unikać (np. różne cukry i sole, nasycone kwasy tłuszczowe) oraz składniki korzystnie wpływające na zdrowie (np. błonnik, witaminy, białko).
Jeśli przeważają składniki korzystne dla ludzkiego organizmu, w pięciobarwnym kodzie jest więcej zieleni i jej odcieni. Jeśli więcej jest składników szkodliwych – przeważa czerwień i barwy czerwonopodobne.
Można więc od razu zobaczyć, które produkty warto jeść, a których należy unikać.

Dla tych, co nie czytają

Wszystko to jest oczywiście dość umowne. Na rynku są dziesiątki tysięcy różnych artykułów spożywczych i wiadomo, że ich skład nie jest badany przez żadne laboratoria niezależnych ekspertów.
Eksperci ci po prostu czytają (miejmy nadzieję, że wnikliwie) zestawienie składników umieszczone na opakowaniu danego produktu – i na tej podstawie wystawiają ocenę (miejmy nadzieję, że uzasadnioną i bezstronną), korzystając z kolorów, które umieszczają w pięciu okienkach kodu. Robią więc to samo, co każdy nieco bardziej rozgarnięty konsument, który jest w stanie na etykiecie przeczytać ze zrozumieniem skład jakiegoś artykułu spożywczego i zdecydować, czy jego zjedzenie będzie dobre dla zdrowia, czy nie.
Ponieważ jednak tych nierozgarniętych konsumentów, którzy nie mają ochoty niczego czytać i rozumieć, jest znacznie więcej, więc dla nich dobrą informacją będzie właśnie kolorowy kod, bazujący na prostych skojarzeniach: skoro przeważa czerwień – nie jedz, bo może być niezdrowe. Gdy jest więcej zieleni – możesz jeść śmiało.

Ma zalety i wady

Z różnych badań wynika podobno, że aż 82 proc. konsumentów europejskich nie rozumie gąszczu informacji na opakowaniach. Dotyczy to zapewne i Polski, gdzie wprawdzie etykiety wszystkich sprzedawanych produktów spożywczych zawierają informacje o wartości odżywczej i składzie produktu, ale są one napisane drobnym drukiem i w sposób niejasny dla dużej części tych, którzy zechcą się z nimi zapoznać.
Organizacje konsumenckie, popierające petycję w sprawie obowiązkowego stosowania wspomnianego kodu, chcą zatem doprowadzić do tego, że odczytywanie i rozumienie informacji dotyczących wartości odżywczej stanie się łatwiejsze. Dzięki temu na pierwszy rzut oka będzie można ocenić zalety i wady różnorodnego asortymentu produktów spożywczych.
Zależy im też na wprowadzeniu jednego oficjalnego systemu etykietowania – co pozwoliłoby uniknąć nieporozumień, na jakie narażeni są konsumenci europejscy ze względu na duże zróżnicowanie stosowanych systemów informacyjnych.
Organizacje konsumenckie utrzymują, że wprowadzenie oznakowania Nutriscore na produktach spożywczych może zagwarantować, iż konsumenci będą otrzymywali wysokiej jakości dane o ich wartości odżywczej. Pozwoli to lepiej zadbać o zdrowie i unikać chorób związanych ze spożywaniem wysoko przetworzonej żywności.
Bardzo trudno bowiem samemu zidentyfikować zdrowy produkt spożywczy na półkach, wypełnionych różnorodnymi artykułami w podobnym asortymencie. Nutriscore upraszcza zaś czytanie i rozumienie informacji o wartości odżywczej żywności.
Wielką wadą tego kodu jest jednak to, że nie uwzględnia on sztucznych dodatków do żywności (słodzików, barwników, konserwantów), uważanych za najbardziej szkodliwe składniki artykułów spożywczych. Wąska jest też skala kodu – jedynie pięć możliwości. No i sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna – co mają zrobić daltoniści?

Dobrowolny ale zalecany

Obecnie Nutriscore jest oficjalnym, ale dobrowolnym kodem wybranym przez parę państw unijnych (Francja, Belgia, Hiszpania). Tam można go więc dostrzec częściej niż w innych państwach UE.
Nie jest to oczywiście jedyny system znakowania żywności stosowany w Unii Europejskiej. Własne kody mają Wielka Brytania, kraje skandynawskie czy Holandia.
W 2016 r przeprowadzono w 60 supermarketach badanie porównawcze skuteczności kilku kodów znakowania żywności, które objęło w sumie ok. 300 tys. osób. Badanie wykazało, iż Nutriscore jest kodem najlepiej rozpoznawalnym i najbardziej wpływającym na wybory żywieniowe konsumentów. Osiągnął on najlepszy wynik w rzeczywistych warunkach zakupowych.
Pewną słabością tego badania jest to, że przeprowadzono je wyłącznie we Francji – a chodzi przecież o kod francuski, siłą rzeczy popierany przez francuskich klientów. Pojawiają się też opinie, że znaczenie systemów informacji żywieniowej w podejmowaniu wyborów przez konsumenta nie zostało należycie wykazane.
Tym niemniej Nutriscore został zalecony do stosowania na zasadzie dobrowolności przez Komisję Europejską oraz Światową Organizację Zdrowia.

Lepiej po dobroci

Siedem organizacji konsumenckich w krajach unijnych chce, by stosowanie tego kodu było obowiązkowe na obszarze całej UE. Ich zdaniem, dzięki temu konsumenci byliby bardziej świadomi dokonywanych przez siebie wyborów żywieniowych. To tylko drobna część unijnych organizacji konsumenckich, które jak widać, nie są zwolennikami stosowania tu przymusu. I mają rację.
Wszystko wskazuje bowiem na to, że dotychczasowa dobrowolność jest znacznie lepszym rozwiązaniem. Gdyby Nutriscore był obowiązkowy, znacznie zwiększyłyby się bowiem naciski korupcyjne koncernów spożywczych na ekspertów, zmierzające do tego, aby umieszczali oni jak najwięcej zieleni w pięciu okienkach kodu.
Generalnie, firmy spożywcze oczywiście nie są zwolennikami tego, ani jakiegokolwiek innego kodu oddającego skład ich produktów. Przybywa jednak stopniowo firm, które zobowiązują się do stosowania Nutriscore na wszystkich produktach swoich marek.
Przy dobrowolności korzystania z kodu korupcja też oczywiście jest możliwa – ale istnieją nieco większe szanse, że koncerny, chcąc się dobrze wyróżnić na tle konkurencji, będą stosowały uczciwe metody przedstawiania składu swoich wyrobów.
Organizacjom konsumenckim warto jednak zalecić, aby od czasu do czasu sprawdzały w swych laboratoriach, czy pięciokolorowy kod dobrowolnie stosowany przez jakiś koncern spożywczy na jego wyrobach, rzeczywiście odpowiada ich składowi i wartości odżywczej. Takie działania będą dużo ważniejsze niż zabieganie o przymus używania kodu Nutriscore.

Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Czar TVP

Sprawa protestu pod TVP Info jest wyłącznie kwestią estetyki. Odsuwając już na bok całą dyskusję spod znaku „prowokacja czy nie” – zaczajenie się o zmroku na wychodzącą z pracy kobietę, aby na nią pohukiwać, straszyć i biec za samochodem, a potem radośnie przybijać piątki, jest niesmaczne i jałowe.
Opieranie siły całego happeningu na hasłach, które raczej zwracać uwagę na konkretny problem (co protestujący robili podczas poprzednich protestów z większym powodzeniem), bazują na epitetach („spieprzaj kłamliwa babo obrzydliwa”), służy wyłącznie ulaniu się frustracji, ale niestety wkłada drugiej stronie do ręki długo wyczekiwaną broń. Niemniej zgadzam się z Ewą Siedlecką, że w trakcie protestu pod TVP nie zostały przekroczone granice debaty publicznej. Nikt nie ucierpiał, a nadmierny dramatyzm połączony z brakiem dobrego smaku nie jest jeszcze na szczęście wpisany do kodeksu karnego.
Jednak później rozpętano nieprawdopodobną nagonkę na dziesięcioro ludzi, którzy w zimowy wieczór przynieśli tabliczki z napisem „kłamczucha”. Nie „kurwa”, nie „szmata”. I nie jajka, pomidory, petardy czy noże, ale tabliczki.
Teraz ci ludzie po kolei tracą źródła utrzymania. Zostały upublicznione ich personalia, na szklanym ekranie zachęcano do „odwiedzania” ich w pracy. Elżbietę Podleśną już raz eskortowała do domu policja. „Spalimy ci dom” – grożono Piotrowi Łopaciukowi. Inni też dostają na messengerze życzenia śmierci. W momencie pisania tego tekstu trzy spośród dziesięciu osób już nie pracują. Hejt leje się też na ich byłych szefów, no, może za wyjątkiem Poczty Polskiej. Zatrudniona w niej od 25 lat Monika Twarogal została zwolniona jeszcze dwa dni przed emisją feralnych „Wiadomości”. Dobra zmiana najwyraźniej wzmaga czujność państwowych instytucji. Natomiast firmą, z której zwolniono Iwonę Wyszogrodzką, zainteresował się Urząd Skarbowy. To represje kosmicznie nieadekwatne do przewinienia. Lincz za kiepską estetykę protestu. Strzał z bazuki za prztyczka w nos.
Czy jeśli wysunę tezę, że pomiędzy materiałem Marcina Tulickiego z „Wiadomości” a wzmożeniem hejtu może istnieć korelacja, i że nie było to sypanie kwiatków, a stawianie pod pręgierzem, to skończę jak Adam Bodnar, pozwana za naruszenie dóbr osobistych? Zobaczymy. Nie przypominam sobie jednak, aby telewizja – nawet wtedy, kiedy u steru były w Polsce SLD, a potem PO – kiedykolwiek potępiła antykomunistycznych fanatyków, rok w rok wykrzykujących 13 grudnia pod oknami Wojciecha Jaruzelskiego, a później Jerzego Urbana słowa o wiele mniej cenzuralne niż „kłamczucha” i „obrzydliwa baba”. Kiedyś relacjonowałam jeden z takich protestów. Zwykle w sądzie na poparcie takich tez, jakie tam śmigały w powietrzu co minutę, trzeba mieć dowody, i to nie byle jakie. Nie słyszałam też, aby „medium z misją” popełniło obszerny reportaż śledczy i przedstawiło sylwetki tych, którzy gwizdali na Powązkach w rocznicę Powstania Warszawskiego. Pamiętacie książkę, w której jest mowa o równych i równiejszych zwierzętach? Znajduje się tam również inna cenna refleksja, która zagubionym może wytłumaczyć wiele polityczno-medialnych paradoksów: „ilekroć świnia spotyka na drodze inne zwierzę, to ostatnie musi ustąpić na bok”.
Jak tam pani Magdo, wystarczająco pomszczona?

Dwie strony polskiego medalu Wywiad

Z KONRADEM SZOŁAJSKIM, twórcą filmu dokumentalnego „Dobra zmiana” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

W którym momencie uświadomił Pan sobie, że „dobra zmiana” jest aż tak dobra, że warto czy trzeba zrobić o niej film?

Niemal od razu, już w pierwszych dniach rządów PiS, gdy przekonałem się, że dojdzie w kraju do wielkich zmian wpływających na życie ludzi. O filmie pomyślałem w grudniu 2015 roku, gdy w odpowiedzi na działania władz powstała fala oporu i ujawnił się – zapoczątkowany dużo wcześniej – obecny podział społeczeństwa. Wydało mi się to ważnym tematem, zwłaszcza dla filmu dokumentalnego, bo na fabułę na ten temat jest jeszcze za wcześnie, ona wymaga czasu i pewnego dystansu. W dokumencie można, a nawet trzeba działać niemal z miejsca, choćby tylko po to, żeby zarejestrować materiał do opowieści o dziejącej się na naszych oczach historii, a może nawet Historii pisanej przez wielkie „H”.

 

Rzeczywistość, którą Pan pokazał, jest bardzo spolaryzowana, podobnie jak spolaryzowane są postawy obu bohaterek. Z jednej strony bardzo aktywna działaczka Komitetu Obrony Demokracji z Warszawy, z drugiej starsza o pokolenie aktywistka „Klubów Gazety Polskiej” i Obrony Terytorialnej Kraju mieszkająca na prowincji. Czy tak ostre ukazanie przeciwności wynikało wyłącznie z zamysłu artystycznego czy też z niemożliwości ukazania w niedługim w końcu filmie dokumentalnym całej palety postaw społecznych, tego co „pomiędzy”?

I z jednego, i z drugiego, ale przede wszystkim z tego pierwszego. Żeby wyraziście i dosadnie pokazać widzom, co się u nas dzieje, trzeba było wskazać dwa główne, przeciwstawne sobie nurty. W przypadku zwolenniczki PiS chciałem – bez oceniania – zaprezentować jak to, co robi władza w centrum, przekształca się w działania jej zwolenników na dole. A w przypadku działaczki opozycji chodziło mi o przedstawienie wielkiej szybkości i dynamiki, z jaką narodził się opór przeciw tym rządom. Opór, który przynajmniej na początku wydawał się niezwykle potężną falą, a dziś mocno się rozmył. Jakby protestujący ludzie się zmęczyli, dostrzegli małą skuteczność swoich działań. Wielu chyba czeka na nowy pomysł, lidera zbawcę na białym koniu…

 

No właśnie, po tej pierwszej fali KOD osłabł, a obecnie dynamika bezpośrednich protestów ulicznych jest znacznie słabsza niż w latach 2015-2016, co sprawia, że w pewnym aspekcie ten dokument jest już cokolwiek historyczny. Czy skłania to Pana do kontynuacji pracy dokumentacyjnej, do rejestrowania tego, co się dzieje, a potem pokazania w nowym filmie tej zmieniającej się sytuacji?

Nie do końca zgodziłbym się z tezą, że film „Dobra zmiana” jest już historyczny. Pewnie jako dokumentalny zapis tego, co działo się przez ostatnie lata zostanie dla przyszłych pokoleń, w tym sensie wchodzi do historii, bo innych utworów dokumentalnych na ten temat za bardzo nie ma… Ale uważam, że jest jednak nadal bardzo aktualny, bo pokazuje proces, który się nie zakończył –i być może przyczyni się do tego, by jego uczestnicy zastanowili się, jak dalej mamy w Polsce żyć. Bohaterki, szczególnie Tita, przechodzą przecież ewolucję i ich droga jest w filmie pokazana: masowe protesty rzeczywiście zanikły, ale pojawiły się inne formy działania opozycji i to stan na dzisiaj. A Marta też nie składa broni i z całych sił pomaga „dobrej zmianie”.
A co do mnie, to nie wiem, co będzie mi dane. Mogę realizować swoje zamysły, ale w granicach realiów finansowych, a do produkcji profesjonalnego filmu potrzeba sporo pieniędzy. Może ja to będę w miarę możliwości robił, może także inni pójdą w moje ślady… Nie o to chodzi, żeby agitować, lecz aby zapisywać. Okazuje się, że temat i idea słynnej książki Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony” jest ciągle w Polsce aktualna, bo ciągle, gdy spoglądamy w przeszłość, widzimy w jej dokumentacji „czarne dziury”. Z tego punktu widzenia w PRL bywało znacznie lepiej. Gdy wybuchły strajki na Wybrzeżu i w kraju latem 1980 roku, nadzorowana przez KC PZPR, Wydział Prasy i cenzurę Wytwórnia Filmów Dokumentalnych wysłała ekipę na miejsce zdarzeń, gdy jeszcze nie było wiadomo, czy Stocznię Gdańską rozjadą czołgi czy też na rokowania ze strajkującymi przyjedzie wicepremier Jagielski. Dzięki temu mamy kapitalny dokument „Robotnicy ‘80”. I ja z taką myślą – zapisania obrazu świata – podjąłem się pracy nad moim dokumentem o „dobrej zmianie”.

 

Co było Pana podstawową ideą, myślą przewodnią przy realizacji tego filmu?

Chęć pokazania, że ten spór na dole został w ogromnym stopniu sprowokowany z góry, przez polityków. Ludzie „kupili” ich narrację i teraz sami budują i wzmacniają polityczną barykadę, zamiast myśleć samodzielnie, zamiast spróbować porozumieć się z sąsiadem, podać mu rękę, n.p. gdy trzeba wspólnie wybudować drogę, niezależnie od podziałów kreowanych przez polityków w Warszawie.

 

Nie ukrywam, że jestem po stronie przeciwniczki tej władzy, więc nie byłem w pełni obiektywnym widzem filmu. Dlatego tym, co wywarło na mnie najsilniejsze wrażenie w trakcie oglądania „Dobrej zmiany” było to, że ludzie tacy jak pani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” i OTK wybrała wraz ze swoim otoczeniem życie, z własnej i nieprzymuszonej woli, w ciasnej, immunizowanej nacjonalistycznej bańce świadomościowej, w ramach wyznaczanych przez wąsko pojmowany patriotyzm, praktyki religijne, kult smoleński i uprawianie ćwiczeń paramilitarnych. Sprawia to wrażenie, jakby ich nie interesowała cała rzeczywistość świata z jej bogactwem. Czy kontakty z tym kręgiem ludzi dały Panu odpowiedź na pytanie o przyczyny tego fenomenu?

Należę i to nie od dziś, do grupy społecznej kierującej się nieco innymi wartościami, może bardziej europejskimi, choć oczywiście szanuję polski patriotyzm i związane z tym poczucie narodowej tożsamości. Jestem jednak inny, bo trochę wychowywałem się zagranicą, poruszam się w bardziej kosmopolitycznym świecie artystycznym, także na Zachodzie – mam tam mnóstwo kontaktów zawodowych. Nie jest więc tak, że po 2015 roku nagle obraziłem się na tę nową Polskę, zmienianą przez rządy PiS, bo już od lat czułem się obywatelem Europy, świata. Sam więc zadawałem więc to pytanie, które Pan teraz sformułował… Otóż w życiu Marty, stronniczki PiS, jest chyba pewna konsekwencja. Jeśli się powiedziało „a”, to wtedy jest już trochę z górki i wypowiada się kolejne litery alfabetu. A pamiętajmy też, że wychował ją ojciec cichociemny, wielki patriota, weteran II wojny – i chciał z niej zrobić żołnierza…. Przywołam tu może także film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”. Jego bohater, porządny człowiek, prowadzi jakby trzy życia, idzie trzema drogami, a ich wybór jest trochę przypadkowy. On zaś stara się w każdej sytuacji zachować przyzwoicie, co nie zawsze mu się udaje. Dlatego uznałem, że muszę Martę z „KGP” potraktować przyjaźnie i obiektywnie, bo ona na swój sposób jest bardzo uczciwa i realizuje swój program w imię wyższych celów. Mamy w polityce mnóstwo karierowiczów, a znaczna część polityków to śliskie postacie, tworzące jakiś kuriozalny świat jakby rodem z Gogola. PiS to rozwinął, ale te zjawiska, te afery, miały miejsce pod rządami wszystkich formacji, także SLD, PO, PSL. Jest w Polsce coś takiego niedobrego, że wielu ludzi idzie do polityki z zamiarem, żeby się dorobić. Natomiast ja starałem się dobrać do tego filmu dwie osoby, które kierują się inną motywacją. Ani Marta „Tita” z KOD z Warszawy, ani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” z Gliwic, nie czerpią chyba żadnych korzyści ze swojej działalności, poza satysfakcją moralną; jeżdżą wysłużonymi samochodami i jeszcze dokładają do wszystkiego z własnej kieszeni; Marta troszczy się o swoich strzelców jak matka. Obie panie są więc uczciwe. Dla nich Polska nie jest „postawem sukna” do rozerwania. Wracając do Pana wcześniejszego pytania o myśl przewodnią tego filmu, to powiem, że starałem się takiej nie mieć, ale ona się wyłoniła niejako samoczynnie. Stanowi ją wotum nieufności wobec polityków i polityki. Gdyby obie Marty były sąsiadkami, być może by się lubiły i zrobiły coś wspólnie, ale politycy tak je podzielili, że odbierają świat manicheistycznie, jako walkę dobra ze złem, czarnego z białym. W Powstaniu Styczniowym też wszyscy chcieli dobrze: i margrabia Wielopolski, i Biali, i Czerwoni, a mimo to wszyscy pospołu zaplątali się w krwawy węzeł klęski. Moje bohaterki żyją w jakimś diabelskim kotle, w ramach narzuconych im z zewnątrz ról. Już Gombrowicz pisał o Polsce zaplątanej w jakieś absurdalne, tragikomiczne gry, o ludziach żyjących z „gębami” przylepionymi im przez innych. W „Eroice” Andrzeja Munka grany przez Edwarda Dziewońskiego „Dzidziuś” uważa, że Powstanie Warszawskie jest głupie i niepotrzebne, jednak wraca do niego w ostatniej scenie, powodowany romantycznym impulsem. Dlatego myślę, że w sytuacji zagrożenia zewnętrznego obie Marty stanęłyby razem do walki w obronie kraju, mimo że jedna z nich brzydzi się karabinem, a druga uczy wnuki strzelać. Jest gdzieś wspólny mianownik, choć gdy otworzy się publiczną telewizję, szczególnie programy informacyjne i publicystyczne, to leje się z niej nienawiść – chyba po to, żeby takie dwie kobiety nigdy nie mogły się porozumieć.

 

Politycy są w tym filmie nieobecni, bo Pan ich nie chciał, czy oni nie chcieli?

Oni nie chcieli. A proponowałem wielu znanym osobom, że pokażę ich z bliska, jak żyją – zarejestruję nie tylko to, co chcą mówić na tzw. setce, ale jak się zachowują w domu, z przyjaciółmi itd. Żeby przekazać prawdę, jaka by nie była. Jakoś ich przez to uczłowieczyć… Powstał kiedyś taki film o Havlu, na który się powoływałem. I wielu polityków z tzw. górnej półki ze mną z ciekawości rozmawiało, ale „off the record” i właściwie żaden nie był skłonny, by się otworzyć i pokazać, jaki naprawdę jest. Wyszło na to, że nasi politycy, zresztą nie tylko ci z PiS, są gotowi do występowania na konferencjach prasowych i na trybunie parlamentarnej, ale w sytuacji prywatnej już raczej nie chcą być filmowani. Wygląda chyba na to, że mają wiele do ukrycia… I to co powiem dalej, zabrzmi może trochę tabloidalnie, ale to są powszechnie znane fakty. Barwna historia romansu posła P. czy małżeńskich i pozamałżeńskich przygód wielu jego kolegów daje do myślenia. A rozmaite podejrzane biznesy i dile? Pompowanie publicznych środków do dziwnych fundacji i firm krzaków? Rozliczanie paliwa do samochodów, których posłowie nie mają? Premie otrzymywanie za… nic? Dobrze płatne posady w spółkach skarbu państwa? Trudno też nie zauważyć, że szczególnie ci co bardziej nabożni stróże moralności, ciągną ile się da, by utrzymać – często zmieniane – żony i kochanki, które w sytuacji tak zwanej „wpadki” szybko wysyłają na skrobankę do Niemiec. Więc chyba śladem „Kleru” powinien powstać teraz fabularny obraz pt. „Politycy”, z wątkiem aborcyjnym i korupcyjnym. Krytyczna wizja polskiego Kościoła katolickiego autorstwa Wojtka Smarzowskiego wyda się wobec takiej fabuły laurką… Zamawiam ten temat, że bynie mnie tu nikt nie wyprzedził! Tylko kto mi da na to pieniądze?… A już serio mówiąc, to wobec braku entuzjazmu ze strony partyjnych notabli, postanowiłem machnąć na nich ręką i zejść „na dół”.

 

Domyślam się, że Polski Instytut Sztuki Filmowej nie wsparł Pana filmu finansowo…

Oczywiście że nie, choć staraliśmy się o to. Jego realizację postawiliśmy więc sobie za punkt honoru. Bojaźń urzędników nie może przeszkodzić w realizacji ważnego społecznie przedsięwzięcia. I film wbrew decyzjom władz od kultury został zrealizowany – przy udziale koproducenta francuskiego i dzięki dotacji unijnej – programu Creative Europe MEDIA. Pomógł nam także Śląski Fundusz Filmowy… No i zwykli ludzie, którzy dorzucili się na końcu w ramach zbiórki crowdfundingowej. Bo ten film o polskim, dramatycznym podziale, naprawdę musiał powstać, wiedzieli o tym i Francuzi, i przedstawiciele śląskiego samorządu. A teraz chciałbym bardzo, żeby polscy widzowie ten obraz oglądali, by wzbudzał w nich refleksję na temat naszej wspólnej przyszłości – zarówno u zwolenników jak i u przeciwników „dobrej zmiany”. Bo bez kompromisu między tymi dwoma „plemionami” możemy wszyscy wpaść w kolejną czarną dziurę, a nikt rozsądny chyba nie chce jakiegoś „polskiego majdanu” czy powtórki stanu wojennego i beznadziejnego klinczu lat 80.?… Musimy się porozumieć, nauczyć wzajemnie słuchać. I budować dalej naszą młodą demokrację. Dlatego proponuję, żeby każdy, kto ma znajomego czy sąsiada o innych politycznych poglądach, zaryzykował – kupił bilety na film „Dobra zmiana” – i zaprosił „wroga” do kina. Może tak zacznie się między nimi poważny dialog?

 

Dziękuję za rozmowę.

Władysław Gomułka. Uwagi o symetryzmie

Żyjemy w ciężkich czasach. Niewątpliwie w Polsce bywało gorzej i straszniej, a nawet znacznie gorzej i zdecydowanie bardziej strasznie, ale od dwustu pięćdziesięciu lat nie było z pewnością głupiej i podlej. Oświecenie przyniosło pewien pozom kultury intelektualnej w uprawianiu polityki, który przekreślił na bardzo długo – chociaż, niestety, nie na zawsze – sarmacki, sejmikowy sposób uprawiania polityki, w którym ostentacyjna głupota i kpina z elementarnego zdrowego rozsądku stanowiły najlepsze narzędzie przenikania do prymitywnego, nie skażonego nawet cieniem racjonalizmu, świata wyobraźni szlacheckich wyborców.

 

Krach tradycyjnej edukacji, rozwój nowych mediów i kryzys społeczeństwa dobrobytu przyniosły ze sobą upragniony przez postmodernistów krach oświecenia. Efektem tego upadku jest nie tylko upadek racjonalnego zobiektywizowanego stylu argumentacji i tryumf bełkotu określanego jako „postprawda”, ale również nie mniej dotkliwy upadek czegoś co określano jako dobre obyczaje. Brak umiaru, jaskiniowy prymityw, i zwykłe chamstwo, trwale zagościły na politycznych salonach.

Ulubionym zajęciem post-oświeceniowych elit jest pisanie nowej historii. Najbardziej oczywistym i nieprześcignionym pisarzem nowej historii wydaje się Jarosław Kaczyński. Jako tzw. „zwycięzca” czuje się on nie tylko uprawniony, ale wręcz zobowiązany do tej działalności.

Gdy się uważnie przyjrzeć scenie politycznej, nową historię piszą nie tylko zwycięzcy. Pisanie nowej historii jak wszystko inne zdemokratyzowało się obecnie do tego stopnia, że każdy już może.
Najlepszym przykładem takiej pisaniny jest dokonanie tercetu Bartosz Węglarczyk, Piotr Olejarczyk i Radomir Szumelda.

Panu Węglarczykowi nie wystarcza już niestety tworzenie historii przez emitowanie głupawych reklam wzywających do debat z ONR-em w atmosferze poczucia narodowej wspólnoty wynikającej z prawa do fałszowania hymnu Rzeczypospolitej. Na Portalu Onet oklejonym jak słup wyborczy jego portretami kwitną ambitniejsze przedsięwzięcia. Możemy więc zapoznać się tu z wywiadem udzielonym przez p. Szumeldę p. Olejarczykowi.

Okazji dostarcza znany powszechnie lider „związkowy” Andrzej Gwiazda, zwracając się do przeciwniczki politycznej, działaczki Komitetu Obrony Demokracji jak do prostytutki, pytając „ile bierzesz za numer?”. W tradycyjnym rozumieniu jest to niewyobrażalnie wulgarne, ale zdaje odpowiadać standardom jego elektoratu.

Dyskretny urok odnotowania tego wydarzenia tkwi w namolnej próbie wpisania go w tzw. „wielką narrację” rozwijaną przez „gazetę Wyborczą”, zmierzającą do utożsamienia PiS z PZPR. Podkreśla to tytuł „Pytanie niczym w czasach PZPR. Andrzej Gwiazda do działaczki KOD: ile bierzesz za numer?”. Pisanie nowej historii w taki sposób przekracza wszelkie granice. To przekroczenie dotyczy autora wywiadu i redaktora portalu nawet wtedy, gdy prezentują poglądy polityka pana Radomira Szumeldy, lidera pomorskiego Komitetu Obrony Demokracji.

Jak już wspomniałem, Prezes stwierdził ostatnio, że „historię piszą zwycięzcy”, ale panowie Węglarczyk, Olejniczak i Szumelda do zwycięzców nie należą, a więc mogliby zachować minimum przyzwoitości.

W swoim już przeszło sześćdziesięcioletnim życiu nie pamiętam, żeby ktoś o pozycji porównywalnej do Andrzeja Gwiazdy w czasach rządów PZPR pozwolił sobie na podobny eksces. Co prawda, Władysławowi Gomułce zdarzyło sie ponoć określić poetę Szpotańskiego jako „człowieka o moralności alfonsa”, ale sądzę, że każdy sędzia który czytał utwory poety Szpotańskiego, by tow. Gomułkę uniewinnił. (Muszę przyznać, że poezje – jak go określają wielbiciele – „Szpota” potwierdzają jedynie, że miłość jest ślepa, i niestety czas jest dla niej wyjątkowo okrutny).

W publikacji nie pojawia się, co prawda, odniesienie do samego „Szpota”, ale nawiązania do metafory prostytucji politycznej, ale też jest to metafora, której historia jest bardzo stara i wbrew temu, co opowiada lider Szumelda, nigdy nie polegała na tym że, „jak ktoś się nie zgadza z władzą, to się prostytuuje”, ale na twierdzeniu, że ktoś w działaniach politycznych nie kieruje się dobrem publicznym, ale prywatnym interesem.

Na długo przed powstania PZPR określenia i metafory zbliżające politykę do prostytucji i różne oskarżenia z tym związane były chlebem powszednim polityki ale tego typu środki obrazowania miały zawsze pośredni charakter. Czymś innym jest twierdzenie, że polityk jest sprzedajny albo nawet, że jest agentem, czy też jego działalność ma charakter interesowny czy agenturalny, a czym innym zarzucanie komuś prostytucji jako takiej. Zwróćmy uwagę, że ktoś o moralności „alfonsa” nie jest „alfonsem” i Władysław Gomułka nie pytał poety Szpotańskiego, jak wycenia usługi prostytuujących się kobiet mających znajdować się pod jego opieką.

Polityczna prostytucja może przybierać postać korupcji wewnętrznej – sprzedawania się dla jakieś korzyści partii, która daje nadzieje na sukces (tzw. „transfery” – np. poseł Arłukowicz, czy liderka Nowacka – w sposób nieunikniony są zawsze niejednoznaczne). Można też korzystać z pieniędzy płynących z zagranicy. Tutaj sprawa jest równie złożona, ponieważ praktycznie żaden ruch polityczny nie jest na tyle izolowany, żeby nie wikłać się w jakieś międzynarodowe konteksty, a korzystanie ze wsparcia rodzi cały szereg wątpliwości. I rodzi cały szereg patologii.

Lider Szumelda ma głębokie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Jak stwierdza: „Czy to w mediach społecznościowych, czy to na manifestacjach w Warszawie, słyszeliśmy: Ile Soros wam płaci?. Ja im zawsze odpowiadałem, że jak patrzę na swoje 10-letnie auto i na moje skromne mieszkanie, to chyba nie jestem za bardzo opłacany”.

Współczując liderowi jego skromnej kondycji i życząc licznej progenitury, wypada jednak stwierdzić, że to, że się nie dorobił, jest jego indywidualnym pechem. Jako pracownik naukowy przez wiele lat obserwowałem i osobiście znam wielu szczególnie młodych ludzi, którzy się dorobili, albo przynajmniej wyszli z beznadziei śmieciówek dzięki grantom dobrodzieja Sorosa i Unii Europejskiej.

Za te pieniądze będziemy jeszcze długo płacić. W nauce wyrosło całe pokolenie łowców grantów, którzy napiszą wszystko za przyzwoite pieniądze. Będą apoteozować multikulturalizm i doprowadzać studia genderowe i feministyczne do najdalszych granic czystego absurdu, będą walczyć z islamofobią, homofobią, rozczulać się nad uchodźcami i zbrodnicza polityką Assada, omawiać szczegółowo wszelkie okoliczności martyrologii Pussy Riot, płynność ponowoczesności, ponowoczesność płynności, związki Marksa ze Spinozą, krzyżowanie piły z bobrem, itd. itp. nie będą natomiast potrafili w sposób przystępny i zrozumiały podjąć żadnego węzłowego tematu współczesności. Nie będzie ich interesowała różnica między prawdą a fałszem, co więcej jej negowanie będzie aksjomatem służenia szczodrym mecenasom. Kompromitacja tego życia intelektualnego wytwarzanego na zamówienie zagranicznych mecenasów, to tzw. „lewactwo”, które skutecznie ośmieszyło naukę, i sztukę otwierając wrota dla populistycznego bełkotu i oddając bez walki pola kultury masowej i najważniejszych ideologicznych dyskusji to efekt owego sponsoringu, którego pan Szumelda nie potrafi dostrzec.

Nie jest moim celem negowanie znaczenia problemów takich, jak napływ emigrantów zarobkowych określanych jako uchodźcy, kwestii równouprawnienia i poszanowania praw kobiet, gejów, lesbijek, zwierząt, ale sensowne wpisywanie ich w realne problemy współczesności (bez troski o to, żeby się sponsorzy nie obrazili). Granty stały się w Polsce alternatywą dla walki młodego pokolenia o swoje interesy, rozbiły i zdemoralizowały młodą naukę i kulturę.

Warto się jednak przyjrzeć, co zdemoralizowało KOD. A zdemoralizowało go to samo, co naukę. Jeżeli przyjrzymy się niesamowitej i zupełnie nieoczekiwanej karierze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jako matki Prawa i Sprawiedliwości to jest oczywiste, że owe podkreślane nieustannie podobieństwo odwrócić ma uwagę od rzeczywistych mechanizmów narodzin dzisiejszej rzeczywistości. Smutna prawda nie polega na tym, że jak się okazało jedni, ci szlachetni z KODu, walczyli o wolność, a ci drudzy, z PiSu walczyli o władzę, żeby ją zabrać PZPR-owi i sobie wreszcie porządzić.

Rzecz polega na tym, że obecnie skłócone elity walczyły o władzę nie pod hasłem walki o wolność, jak to głosi lider Szumelda, ale po hasłem realizacji postulatów niezadowolonych mas robotniczych. Organizacją, która niestety stoi u kolebki obecnego KOdu nie był żaden KOW (Komitet Obrony Wolności), jak to sobie wyobraża lider Szumelda ale KOR (Komitet Obrony Robotników). Ponura prawda wygląda tak, że nazwa została przy PO, ale robotnicy udzielili poparcia PiS.

Robotnicy, którzy decydowali o przyszłości w latach osiemdziesiątych, w latach dziewięćdziesiątych nie zostali potraktowani nawet jak przysłowiowa małpa, która dostaje banana, ale jak niegdyś popularny Murzyn, który zrobił swoje i który może odejść. Co więcej, żeby sobie za dużo nie myślał, Murzyn dostał solidnego kopniaka.

Korzenie klęski nie tkwią w zazdrości, jaką panowie Kaczyński, Gwiazda, Morawiecki-junior, czy Marek Suski, Krystyna Pawłowicz odczuwają wobec Władysława Gomułki, Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego czy Piotra Jaroszewicza. W zasadzie nie ma im czego zazdrościć. Korzenie klęski tkwią w kopniaku wymierzonym większości społeczeństwa przez Leszka Balcerowicza. W wielkopańskiej pogardzie, którą nowe władze okazały reszcie społeczeństwa.

Opowiadanie w kółko o PZPR i szukanie analogii i związków między nią a PiS-em jest maskowaniem rzeczywistej historii przez historię wymyśloną. Ma ono jednak jeszcze jeden bardzo niebezpieczny wymiar.

Stanowi wyraz liberalnego symetryzmu. Jest wyrazem myślenia nie o tym, jak zdobyć władzę, tylko jak ją sprawować po zdobyciu.

W czasach poprzedniej ofensywy faszyzmu w latach trzydziestych, po kolejnych klęskach różne siły polityczne zaczęły prowadzić politykę szerokich sojuszy określaną jako polityka Frontu Ludowego. Była to polityka alternatywna dla poprzednich symetryzmów: komunistycznego głoszącego, ustami tow. Stalina, że „socjaldemokracja jest siostrą faszyzmu” i liberalnego symetryzmu – właśnie głoszącego tożsamość totalitaryzmów: faszystowskiego i komunistycznego. Dodajmy dla symetrii, że nazizm i faszyzm miały i mają własną formułę symetryzmu: kosmopolityzm żydowskich bankierów i żydokomuny, i obecnie modny – marksistowski uniwersalizm realizowany rzekomo przez lewaków poprzez Unię Europejską, którą to ideę najpiękniej prezentuje nowa supergwiazda prawicy Jan Karoń na YouTube.

Już w punkcie wyjścia KOD reprezentuje ten symetryzm samą swoją nazwą. Zawiera ona walkę o demokrację ale w formule walki z „komuną”, a więc uderza zarówno w postkomunistyczną lewicę, jak i autorytarno-faszystowską prawicę. „Socjaldemokracja siostrą faszyzmu” – Tawariszcz Stalin wy bolszij uczonyj – jak śpiewał nieodżałowany Włodzimierz Wysocki. Chodzi po prostu o to, żeby się władzą, broń Boże, nie podzielić. Kogo się da kupić (jak p. Nowacką), co się nie da kupić, – to rozbić (wspierając partię Razem), zamieść i wyrzucić.

Jest to w istocie polityka liczenia „na drapane”. Może się uda i „suweren” będzie miał dosyć wygłupów Kaczyńskiego, zabawy w kotka i myszkę z Unią, itd. itp. Zadziała mechanizm ochrony nabytych przywilejów – ten kto daje, przestaje być potrzebny, a zaczyna być ciężarem. Przywilej wtedy jest rzeczywisty, kiedy zostaje potwierdzony przez innych. Tak więc 500 plus nie zawsze musi działać na rzecz PiS-u. Może Unia w końcu się obudzi i zacznie walczyć z faszyzmem? Może też nastąpi jakiś kryzys globalny, może to, może owo?

Tego rodzaju rozgrywka jest ryzykowna i skrajnie niebezpieczna. Prymitywny i głupi antykomunizm i ciągłe kopanie lewicy w twarz przez każdego Szumeldę, Olejarczyka, czy Węglarczyka w końcu się przeje. Może lewica się rozleci, może okrzepnie, ale PO, KOD i „Gazeta Wyborcza” niewiele będą z tego miały. Za to jad antykomunistycznej głupoty będzie demoralizował społeczeństwo jeszcze długo. Nie widzę powodu do ukrywania, że w ostatnich wyborach prezydenckich głosowałem na A. Dudę. Może zrobiłem błąd, ale miałem tak dosyć wygłupów B. Komorowskiego, że było mi już wszystko jedno. Między panami Jakim i Trzaskowskim nie widzę żadnej różnicy.

Z punktu widzenia lewicy kwestia utraty rządów przez PiS jest w sumie obojętna. Co prawda, dobrze by było żeby ten faszyzm się skończył, ale jeżeli Platforma przegra to może będzie więcej miejsca dla nas. I może skończy się ciągłe gadanie o Gomułce i Barei bo już nie będzie miał kto tych bredni opowiadać.

Nasz cel

…to zwycięstwo nad PiS dewastującym Polskę i jej demokratyczny system prawny.

 

Aby zwyciężyć, potrzebna jest silna motywacja i mobilizacja wszystkich możliwych do użycia sił i środków w decydującym starciu z przeciwnikiem. Partia rządząca nastawia przeciwko sobie nie tylko całe grupy społeczne, lecz i rodziny, a nawet poszczególne osoby. Wspiera ideologię faszyzmu i mobilizuje Kościół w misji zakłamywania świata i odwracania znaczenia słów. To nie są puste wyrazy, to wielkie niebezpieczeństwo dla naszego życia prywatnego i naszej rzeczywistości społecznej i międzynarodowej. PiS zdobył władzę na skutek manipulacji i bezprawnie zawłaszczył dla siebie wszystko, co mógł. Kieruje nas w stronę izolacji międzynarodowej i wojny. Problem jest jednak w tym, że tak niewielu z nas to rozumie i potrafi w fałszywym przekazie propagandowym, oferowanym Polakom na niewiarygodną skalę, wyłowić prawdziwy sens i drogę, którą idziemy ku zagładzie, ciemnocie i wstecznictwu. Nauczeni tragiczną historią, protestujemy pokojowo. Nie chcemy polskiej krwi na ulicach, mordobicia i ZOMOwskich pał. Walczymy przekazem do ludzi myślących, napisem „konstytucja”, okrzykami: „kłamiesz i będziesz siedział”. Naprzeciwko nas stają uzbrojone zwarte oddziały resortów siłowych, faszyści, urzędnicy władzy i masowa propaganda, uchodząca za katolicką i publiczną. Używają przeciwko nam wszystkich możliwych środków propagandowych. Najwyższe władze państwowe z lubością ubliżają nam, wspierając ruchy faszystowskie, zastraszając spisywaniem bez powodu przez policję. PiS-owska władza wywiera presję na sędziów i grozi im odpowiedzialnością za ferowanie wyroków zgodnych z Konstytucją RP; wyroków niewygodnych władzy, która ustawę zasadniczą gwałci każdego dnia. Zasadą stało się to, że nie ściga się członków PiS i osób wspierających, którzy nie tylko ubliżają, ale stosują przemoc fizyczną w stosunku do opozycji. To nie są żarty, to śmiertelna gra o zmianę systemu wartości, na jakich opiera się nasz kraj. To izolacja międzynarodowa Polski i rodzący się terror wewnętrzny ze strony tych, których Jarosław Kaczyński nazywa „rasą panów”, cokolwiek by to miało znaczyć. W tej sytuacji podjęcie walki przez społeczeństwo demokratycznego państwa prawa z rodzącą się dyktaturą PiSiewiczów wydaje się być konieczne i raczej nieuniknione.
Jeśli nie chcemy być niewolnikami tej dziwnej rasy kłamców, musimy podjąć walkę wszyscy, tym bardziej, że chodzi o walkę pokojową. Władza dysponuje tysiącami wysoko opłacanych członków służb, zapleczem technicznym i propagandowym, aby opozycję podsłuchiwać, kontrolować i skutecznie skłócać. Nie możemy ulegać wpływom tych, którzy nas dzielą, rozsiewają plotki i oskarżają. Mamy prawo do obywatelskiego sprzeciwu wobec niszczenia demokratycznego państwa prawa. Nie mamy doświadczenia, nie jesteśmy odporni na to działanie i większość z nas nie zdaje sobie nawet sprawy ze skali tego zniszczenia, jakie płynie ze strony obozu władzy, produkującego na masową skalę fałszywe lub wyolbrzymione problemy, dzielące i skłócające istotne grupy opozycyjne. (Inną sprawą, jest ego poszczególnych liderów, ale o tym innym razem). W tej sytuacji zbliża się bitwa o głosy wyborców. Bitwa, w której partia rządząca zmienia reguły i przygotowuje się do wygrania wyborów nawet za cenę fałszerstw. Naszym zadaniem jest niedopuszczenie do tego i wygranie wszystkich wyborów – zarówno tych do samorządów, parlamentu europejskiego, sejmu i senatu, jak również prezydenckich. Wygrać – to znaczy pozbawić PiS wpływu na nasze życie i osądzić tę partię za przestępstwa. Jeśli tego nie zrobimy, to za następne 4 lata (ba, nawet szybciej) będziemy mieli inną konstytucję, sankcjonującą dyktaturę wyznaniową i wschodni system wartości, tak różny od naszego – zachodniego. To nie są żarty, to nie gra, to cena naszej wolności. To śmiertelna rywalizacja, która dla rządzących znaczy tyle, co prawo do okradania obywateli na niebotyczną skalę, korzystania z wpływów i bezkarności, a w razie przegrania wyborów – osądzenia i groźby skazania nas za zdradę narodową. W tym kontekście każde dzielenie opozycji jest zbrodnią przeciwko demokracji. Szukajcie tego, co nas łączy, schowajmy animozje i fochy. PiS dostatecznie nas podzielił. Zwyciężyć możemy zespalając siły w decydujących starciach o przestrzeganie prawa i o sprawiedliwość w naszym wspólnym kraju.

Zachęcanie przez zawstydzanie

Destrukcja systemu prawnego dokonywana przez PiS nie cieszy się przesadnym poparciem Polaków. Mimo to protesty uliczne pozostają względnie nieliczne, a notowania partii Kaczyńskiego trzymają się jak zaklęte – z lekką tendencją wzrostową.

 

Sytuacja to powoduje rosnącą wściekłość środowisk liberalnych i demokratycznych, które wyraźnie nie mogą poradzić sobie ani z diagnozą sytuacji, ani z opracowaniem sensownego planu przeciwdziałania.
Strofowanie narodu
W przestrzeń publiczną płyną osobliwe przekazy, wzywające obywateli do czynu i wzmożenia. Można je podzielić na trzy zasadnicze warianty.

 

Wariant 1 – macie to wszystko, puste debile, dzięki nam

„Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna »furka«, »klamoty« z butiku, nierzadko własna »kawalerka«, a w niej sprzęt audiowizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nieobarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw »komunie« o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze”.
Lipcowy apel do polskiej młodzieży, zamieszczony na oficjalnej stronie KOD, podbił internety. Nie w taki sposób, o jaki chodziło autorom, ale jednak…
Trudno o przykład głębszego oderwania się od rzeczywistości. Podobny wizerunek młodego pokolenia, żyjącego naprawdę w świecie umów śmieciowych, wątpliwych perspektyw i ciągłej niepewności, powtarza się w różnych wariantach opozycyjnych apelów. Wariant „żyjecie dobrze dzięki naszemu poświęceniu” adresowany jest, co ważne, do ludzi z tej samej klasy społecznej – nowego mieszczaństwa, które w oczach KOD pogubiło się i podtopiło moralnie w oceanach sojowego latte.
Obraz bananowej młodzieży ma zapewne związek z lokalizacją warszawskich demonstracji – w pobliżu popularnych klubów i kawiarni. Uogólnienie obserwacji warszawki do całego pokolenia świadczy jednak o czymś gorszym – pokolenie zmęczonych „budowniczych III RP” najwyraźniej nie znalazło czasu i wspólnego języka, by porozmawiać z własnymi dziećmi i dowiedzieć się czegoś o ich faktycznych marzeniach i obawach.

 

Wariant 2 – jesteście, chamy, kupieni za pięć stówek

„Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska wiad. tvp 40 procentowy »narodzie« – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!” – wpis aktora Jacka Poniedziałka stał się również hitem internetu.
Nie o Poniedziałka tu jednak idzie. Przedstawiony fragment to zebrane w kilku zdaniach rozczarowanie polskiej liberalnej inteligencji polskim nieliberalnym ludem. Podobne, łagodniej wyrażone, rozczarowania można cytować setkami – padają z ust dawnych opozycjonistów (Frasyniuk, Celiński, Niesiołowski) i ludzi kultury.
Większość z nich uderza w tony litościwo-protekcjonalne (pogubieni, zbałamuceni, ofiary telewizyjnej propagandy itp.) – na tym tle jawnie pogardliwa diagnoza Poniedziałka jawi się jako krynica szczerości.
Jest to klasyczna postawa polskiego szlachcica-inteligenta wobec polskiego chłopa, ukształtowana przez doświadczenie powstania styczniowego i wcześniejszej rabacji galicyjskiej. Można zastanawiać się oczywiście, czy taki sposób opisu – uwiedzenie polskiego ludu przez PiS – jest prawdziwy, czy nie. Z pewnością antyelitarna krucjata PiS ma coś z ducha rabacji, ale pod względem politycznej strategii obrażanie się na stanowiącą większość społeczeństwa klasę ludową i jawne jej poniżanie jest praktyką samobójczą – również znaną w polskiej historii i wielokrotnie ćwiczoną.

 

Wariant 3 – ucieczka w świat bajek, czyli ku pokrzepieniu serc

„Mama nie przeczyta dziś bajki, musi biec pod sąd. Młode prawniczki postawiły się władzy”, „KOD ubrał Misia Uszatka w koszulkę z napisem »konstytucja«”, bohaterskie czyny Klementyny Suchanow polegające na sprayowaniu napisu „czas na sąd ostateczny”, przewożenie do Sejmu protestujących w bagażniku, opowieści o tym, że demokrację w Polsce uratują kobiety…
Czytając antypisowskie portale i gazety, można zanurzyć się w zupełnie alternatywnym świecie, pełnym krzepiących wieści, sympatycznych opowieści o dzielnych ludziach, wspomnień z protestów, pisanych w wysokim diapazonie apelów wydawców prasy. Ciepło, mile, przytulnie, swojsko – czyli w dobrym towarzystwie „wspaniałych ludzi”. To nic, że wedle wszystkich badań wśród popierających PiS przeważają kobiety – to nic, że młodzież uważa protestujących pod Sejmem rodziców i dziadków za wcielenie obciachu (dlaczego? Patrz: Wariant 1).
Środowiska opozycyjne zdają się nie dostrzegać postępującej infantylizacji we własnych szeregach. Śmiech jest w polityce bronią morderczą – w nieodpowiednich rękach może stać się również narzędziem samobójcy.

 

Licytacje demokratyczne

Kolejnym mechanizmem społecznym, znanym i opisanym, jest wewnętrzna dynamika w obrębie ruchu prodemokratycznego. Trwa tu niezwykle zacięta walka o przywództwo. Nałożenie wewnętrznej konkurencji na zasadniczą walkę z PiS prowadzi do posunięć bardzo dziwnych i zupełnie niezrozumiałych dla społeczeństwa. Weźmy przykład z Wrocławia – przez wiele tygodni trwały tu dwie konkurencyjne demonstracje w obronie sądów. Gdy jedną tworzył komitet z udziałem Nowoczesnej i SLD, drugą (zwykle dwie godziny później) organizował inny komitet z udziałem partii Razem. Ostatecznie oba środowiska skłóciły się na amen, co zaowocowało również wysypem bardzo podobnych kandydatek na prezydenta miasta i – co łatwo przewidzieć – zmarnowaniem oddanych na nie głosów.

 

Hybrydowa rewolucja – co robić?

Problemem opozycji jest dziś nie odpowiedź na pytanie, czy rządy PiS są złe i szkodliwe (oczywiście – są), lecz o zasadniczy wybór strategii walki z formacją Kaczyńskiego. Podstawowe odpowiedzi są dwie: wygrać wybory i przejąć władzę lub wszcząć rewolucję. Odpowiedź pierwsza oznacza jednak akceptację dzisiejszej Polski jako kraju demokratycznego, w którym wyborcze zwycięstwo jest możliwe. Czy tak jest, czas pokaże.
Wariant rewolucyjny zderza się z problem praktyki rządów populistycznych, która sama w sobie jest rozciągniętą w czasie rewolucją. Hybrydowa rewolucja typu populistycznego (Rosja, Węgry) ma to do siebie, że dla większość obywateli życie płynie zupełnie „normalnie” – ukazują się gazety, ludzie pracują i jeżdżą na wczasy, działa jakaś opozycja. Brak czynnika, który zdołałby wypchnąć tłumy na ulice. Zanika jedynie po cichu zasadnicza cecha demokracji – możliwość zmiany władzy w wyniku wyborów. Problem polega jednocześnie na tym, że hybrydowe wojny i rewolucje można prowadzić tylko z pozycji władzy – żadna opozycja nie jest w stanie działać na podobnych zasadach. Polska anty-PiS próbuje dziś działać po części w obrębie systemu demokratycznego, po część wychodząc na ulicę w trybie półrewolucyjnym, po części próbując PiS po prostu przeczekać.
Każda z tych strategii okazuje się, jak na razie, zawodna, a ich połączenie dezorientujące społeczeństwo.

 

Mimo opozycji…

Paliwem PiS, podobnie jak każdego współczesnego ruchu populistycznego, jest nienawiść do elit i chęć wywarcia na nich zemsty – mniejsza o to, za co i jak.
Bez zrozumienia tej niezwykle prostej prawdy anty-PiS skazany jest na klęskę. Oczywiście, większość polityków opozycji świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dominuje jednak asekurancka strategia przetrwania i przeczekania. Każdy inny wariant oznacza koniec marzeń o powrocie do sytuacji sprzed ostatnich wyborów.
Na razie opozycja parlamentarna i duża część pozaparlamentarnej prowadzi wobec społeczeństwa dziwaczną politykę zawstydzania, mającą rekompensować własne zaniedbania i brak jakiejkolwiek wizji.
Polakom wychodzącym na protesty w obronie demokracji należy się najwyższy szacunek – wielu z nich, w tym niżej podpisany, wychodzi jednak na protesty nie dzięki, lecz mimo apelów opozycyjnych elit.

Tako rzecze Zaratustra

„W obozie opozycji trwa festiwal pogardy” – donosi triumfalnie Niezależna.pl. I ma całkowitą rację.

 

Bo ani ostatnia wypowiedź Waltera Chełstowskiego („Duża, wystarczająca część obywateli Polski to głupcy”), ani Wojciecha Sadurskiego („nieoświecony plebs”), ani Tomasza Lisa („pan menel ma swego kandydata”) nie wskazują na to, żeby obrońcy demokracji przez ponad dwa lata rządów PiS jakoś szczególnie przybliżyli się do diagnozy, mogącej im wyjaśnić genezę rosnących wciąż słupków poparcia pomimo ewidentnej rozwałki kolejnych państwowych instytucji.
Współtwórca KOD z pychą, która, aż dziw, że nie rozsadziła wszerz facebookowego feeda, stwierdził, iż „jak w każdej dyktaturze” istnieje „rozumna mniejszość”. I on się do niej kwalifikuje.
Serio? Ludzie są „głupcami” bo rzucają niewolniczą robotę, która ledwo pokrywa koszty przejazdów? Bo nie palą się do pracy sprzątacza za połowę minimalnej przy założeniu poczynionym na gębę (bo przecież nie na piśmie), że mopa i płyny do szyb oraz podłóg mają zapewnić sobie z własnej kieszeni?
Że wolą konkretne 500 plus do ręki od obecnego przaśnego rządu niż obietnicę budowy boiska do nogi w 2053 r., kawałka obwodnicy w 2074 i stacji metra w 3062 od poprzedniego, zaopatrzonego w superdrogie zegarki? Bo wykorzystują okazję, która im się tu i teraz nadarza, żeby ułatwić sobie życie i z całego tego pisowskiego zamieszania mieć chociaż sprowadzone z Niemiec używane auto?
To ma świadczyć o „głupocie”? Głupotą jest udawanie, że zaskakują nas te mechanizmy i że zagadką jest, co też ludzi do takiego stanu doprowadziło (podpowiadam: „wstawali za późno i pracowali zbyt krótko” to nie jest poprawna odpowiedź).
Oczywiście, wiele działań reklamowanych dziś przez PiS jako prospołeczne jest religijno-nacjonalistyczną blagą. I jestem pewna, że widzi to naprawdę wielu beneficjentów pisowskich programów. Ale każdy z nas, żyjąc w tak chwiejnej rzeczywistości jak nasza i mając perspektywę zrobienia korzystnego dla siebie interesu nawet z niegodziwcem, zrobi go. I zrobi go (eureka!) tym bardziej, jeśli druga strona będzie publicznie wyzywać go od ciemniaków i hien.
Nadal kogoś dziwi ten „nagły” i „niespodziewany” trend, aby „krytykować elity”? Nadal zastanawiacie się, dlaczego ten „plebs, patologia i lenie” nie rwą się włączać w łańcuchy światła w obronie białych kołnierzyków i tóg sędziowskich – nawet jeśli to, co robi PiS, jest autentycznie szkodliwe? Ja chyba wiem. Ale KOD-owski Zaratustra Chełstowski zapewne dalej będzie zdziwiony po ogłoszeniu wyników wyborów w 2019. Tak samo jak zaskoczony będzie Andrzej Saramonowicz, że ci ludzie, których określił jako „niewiarygodnych kretynów, którym można wcisnąć każde gówno” (na przykładzie aplikacji „wiatrak”), nie poszli za nim na barykady i nie uznali go za polityczne objawienie roku.
Pozostaje zatem pogratulować wnikliwej analizy społecznej („głosują na PiS bo są niefajni, a my nie głosujemy na PiS bo jesteśmy fajni”) i czekać na dalsze sukcesy w budowaniu poparcia. Dzięki Wam PiS będzie rządziło jeszcze przez pół wieku. Przestanie dopiero wtedy, kiedy padawani prezesa skłócą się na tyle, żeby osłabnąć. A Wy nadal będziecie zaskoczeni. Nas wprawdzie nie już będzie wcale, bo nas pozamykają, ale przynajmniej będziemy wiedzieć, za co.

Szklane domy

Odpowiedź na felieton Doroty Wellman, oburzonej, że młodzi Polacy nie idą z KOD-em bronić demokracji.

 

Na utyskiwania Doroty Wellman na temat młodych, którzy „czekają aż im się odetnie Netflixa” żeby ruszyć tyłki w obronie demokracji, w przeciwieństwie do pokolenia 60-latków, którzy poświęcali się w całości walce z systemem – zdążyli już odpowiedzieć Jan Śpiewak i Adam Wajrak. Celną polemiką z uniwersalnymi zarzutami z katalogu zaangażowanych działaczy KOD jest również tekst Kai Puto w Krytyce Politycznej, choć powstał wcześniej niż felieton Wellman w „Wysokich Obcasach”. Jednak i ja chciałabym dorzucić swoje trzy grosze do tej medialnej awantury.
Po mediach społecznościowych krąży jeszcze ciągle wypowiedź Waltera Chełstowskiego o mądrym KODzie i głupiej reszcie, zresztą Zaratustra Opozycji nie daje za wygraną i produkuje kolejne obraźliwe tweety w tym samym duchu. Teraz, oprócz Zaratustry, jeszcze i Wróżka Dorota postanowiła powiedzieć nam, „jak jest”. Dziękujemy, o oświeceni! Wyjaśnijcie nam jeszcze tylko, czy to Wasz przywilej uderzył Wam do głów tak bardzo, że zaczęliście mieć pretensję do ludzi, którzy próbują normalnie żyć w rzeczywistości śmieciowego zatrudnienia i wypłaty na czas postrzeganej w kategoriach wyjątku i dziwu nad dziwy? „Seriale im się zachciewa oglądać!” – sarkacie. Tacy z nas bezczelni roszczeniowcy!
Krytykuje Pani martyrologiczne zacięcie PiS, ale sama wchodzi dokładnie w tę samą narrację, wzbogaconą na dodatek starczym marudzeniem z serii „kiedyś to było…”. Wasi rodzice byli internowani, a wasi dziadkowie to już w ogóle, jak te kamienie na szaniec szli. Czego od nas chcecie, żebyśmy się wszyscy gremialnie podpalili pod Pałacem Kultury? Zrobili drugie powstanie warszawskie? Wystarczająco, jak mawiał klasyk, godnie?!
Zna Pani piosenkę Georgesa Brassensa „Śmierć za idee”? „My o przedwczesny zgon nie chcemy się już starać”. Oczywiście, dostrzegam różnicę. Nie każe nam Pani umierać dosłownie. Ale proszę od nas nie wymagać, żebyśmy, zapieprzając w nisko płatnej pracy i łapiąc po drodze kolejne fuchy, których jutro może nie być – nie wkurzali się, że nie możemy spokojnie pojechać w weekend nad wodę albo włączyć telewizji (tak, tego osławionego Netflixa – w naszym wynajętym pokoju albo 17-metrowej kawalerce) żeby ktoś się do nas nie przyczepił, że śmiemy czasem jeszcze trochę korzystać z życia. W imię utrzymania tego porządku mamy się jeszcze dać pokroić, bo pani Wellman i Chełstowski mówią, że tak trzeba?
Pani pokolenie miało inne bolączki. Nie znało smartfonów, ale nie znało też śmieciówek. Absurdem jest mieć do nas pretensję, że żyjąc w XXI wieku, chcemy korzystać ze zdobyczy XX. Tak, chcemy. To zbrodnia?
I tak połowa z tego, co obiecywali nasi rodzice (uczcie się języków, trzaskajcie bezpłatne staże, zakładajcie firmy, a będziecie kąpać się w dobrobycie) okazała się picem na wodę, szklanymi domami z opowieści ojca Czarusia Baryki. Za tłumaczenie z tych języków, co żeśmy się ich tak zawzięcie uczyli, dostajemy złodziejskie stawki za stronę maszynopisu. Wie Pani, jak wygląda praca w gastronomii w Polsce? Na Wyspach kelnerka ma swój, kupiony za gotówkę, dom i samochód. My pracujemy po 16 godzin, pracujemy tak naprawdę na zapas, bo nie mamy tego komfortu, że 30 lat przesiedzimy w jednym zakładzie. I jeszcze jesteśmy szturchani z jednej strony, że przydałoby się nam dowalić bykowe, bo taka z nas wygodnicka klasa średnia i z drugiej, że jesteśmy leniwe kluchy, nie to co wy, bohaterowie.
Błąd popełnia Jan Śpiewak, tłumacząc się pani Dorocie w imieniu swojego pokolenia. Jeżeli nie wiedziała do tej pory, ilu „młodych” można spotkać na demonstracjach w obronie praw zwierząt, ilu na blokadach eksmisji, a ilu na upamiętnieniach Dąbrowszczaków, to już się zapewne i tak nie dowie. Robimy tyle, ile możemy. Jeżeli chcieliście nas zdemotywować do końca, to gratulacje, udało Wam się bez pudła. Teraz już mamy pewność, że Netflix bardziej wart jest obrony niż cały ten pełen wyzysku i nierówności system, który pragniecie utrzymać.

Prorocy z gniewnych lat

W kontekście śmierci wokalistki Maanam wywiązała się dyskusja cna temat autorytetów. I tego, czy wokalistę wspominać jako wokalistę czy już jako polityka.

 

Najbezpieczniej jest przyjąć, że twórca nie jest bogiem. Co więcej, nie ma żadnego obowiązku nim być i nic nam się od niego nie należy.
To publiczność pragnie pięknej opowieści o ludziach, którzy kochali bardziej, wolność rozumieli lepiej i ze swojej sceny pokażą nam, jak piękniej żyć. Artystów takie pragnienie często uwodzi. Starają się doskoczyć do poprzeczki, a kiedy ona zmienia kształt i kolor, zmieniają się wraz z nią. Lewica ma pretensję do Kory, że przeszła etap fascynacji kapitalizmem, że występowała z KOD-em przeciwko PiS-owi, że wspominał ją Lech Wałęsa, płacząc rzewnymi łzami. Ma też pretensję, że „prorocy gniewnych lat obrastają w tłuszcz” i na starość zasiadają w jury programów rozrywkowych, albo reklamują oferty zagranicznych banków.
Szczerze mówiąc, jest w tym pewna niekonsekwencja. Gdyby pozostali 20-letnimi buntownikami z gitarą, mielibyśmy do nich pretensję, że integrity oraz miłość własna przesłoniła im rzeczywistość. Kiedy ewoluują, też jesteśmy niezadowoleni. Może więc przyjmijmy, że tak jak nasi znajomi i przyjaciele, którzy poszli w różne strony (w poparcie dla PiS, głęboką wiarę, imprezy co noc), artyści po prostu wybrali życie dalej w tym samym świecie, wobec którego wcześniej się buntowali. Niezależnie od tego buntu i od tego, co do niego sobie dopowiedzieliśmy w warstwie symbolicznej, na starość też dopada ich Alzeimer albo dewocja. Łapią fuchy w przemyśle rozrywkowym, bo mają na utrzymaniu rodzinę albo psa, albo szereg innych powodów, których nie poznamy, a które tropi prasa plotkarska. Brzydko się starzeją, dziwaczeją. Jak ludzie. Warto okazać im wyrozumiałość, choćby ze względu na to, że to ich przeboje mamy wyryte w głowach, a nierzadko pomagały nam podjąć decyzję, by wstać rano z łóżka i żyć dalej.
Redaktor Łukasz Moll pisze o „Kazikach, Korach i Muńkach”, którzy zrobili z siebie polskich „nauczycieli wolności”. Nie sądzę, by to była trafna diagnoza. To my – publiczność, mamy pragnienie, by stawiać ich na cokołach. Ich głos był donośny i wyrazisty w określonym czasie, w określonym kontekście. Warto to odnotować, a resztę przerzucić na karb człowieczeństwa.
Niektórzy zmienili symbolikę. Jerzy Zelnik jest dziś artystą i autorytetem etatowtch katolików. Czy jego nową symbolikę mamy obowiązek przyjąć z rozpędu? Niekoniecznie. Ale „Faraon” dalej pozostanie dziełem epokowym, a ten pogubiony śniady chłopak dla wielu będzie stanowić reprezentację jego bohatera. Marek Kondrat reklamujący kredyty i pożyczki nie ma obowiązku tłumaczyć mi się, dlaczego w życiu zdarza mu się robić nie tylko rzeczy górnolotne. Czy gdyby poparł nielubianą przeze mnie partię polityczną, jego kreacje straciłyby na wartości artystycznej, stanowiłyby mniejszą inspirację? Z pewnością nie.
Kolejne pokolenia (również artystów) buntują się przeciw sobie. Kryształową legendę zyskują jedynie ci, którzy wcześnie odeszli i zamilknęli na zawsze. Być może dziś byliby szefami rad nadzorczych. Samo życie.