Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *