Myślenie w rozsypce

Nie wiedzieć czemu zdumiewa mnie, a przecież mogłem się już przez tyle lat przyzwyczaić,
głębia myśli niektórych publicystów, mieszcząca się na herbacianej łyżeczce.

Dominika Wielowieyska zaniepokojona do głębi stanem naszej lewicy, twierdzi, że jest ona w rozsypce („GW”, 23.04.2019) ponieważ „Strajk nauczycieli obnażył polityczną słabość i indolencję partii lewicowych, które nie potrafią wystąpić wspólnie z wyrazistym przekazem do swoich potencjalnych zwolenników”. Gros dalszych rozważań dotyczy partii Razem Adriana Zandberga i Wiosny Roberta Biedronia, przewija się Barbara Nowacka i Piotr Ikonowicz. Niejako usprawiedliwiając się autorka stwierdza: „Pomijam SLD, bo bardziej pasuje do Koalicji Europejskiej niż do formacji, której jedną z cech rozpoznawczych byłaby ostra krytyka wszystkich poprzednich rządów III RP”.
I mamy oto, jak na dłoni, najlepszy przykład klasycznego matactwa p. Wielowieyskiej i obłudy tytułu, uprawianych zresztą od lat w stosunku do Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jest kłamstwem,

że SLD nie był, bądź nie jest, krytyczny w stosunku do minionych rządów III RP, co nota bene spotykało się wielokrotnie z ostrą ripostą postsolidarnościowych środowisk politycznych. SLD potrafił być nawet krytyczny w stosunku do czasów, gdy sam sprawował władzę, co owocowało bardzo ostrymi wewnętrznymi sporami, zmianami kadrowym i wielokrotnym posypywaniu głowy popiołem.

Nie jest prawdą,

że SLD „rwał się” w szeregi Koalicji Europejskiej – było wręcz odwrotnie, bowiem często był upominany i Włodzimierz Czarzasty, i cala partia, że mają opory, właśnie z uwagi na krytyczną ocenę minionych rządów, i jeszcze do niej nie przystąpili. Dopiero pod wpływem rozlicznych nacisków, także ze strony historycznych już lewicowych liderów, ale również w obliczu zagrożenia naszej europejskiej przynależności ze strony PiS, Sojusz wszedł do KE, z wieloma zresztą zastrzeżeniami.

Tak więc ocena SLD,

jakby nie postąpił, zawsze jest negatywna ze strony gremiów „GW”, co w swej intelektualnej głębi godnie odpowiada powiedzeniu zrozpaczonej Solejukowej z serialu „Ranczo”: „Jak się nie odwrócę to d… zawsze z tyłu”.
Serdeczność autorki wobec SLD
wyraża również ten fragment tekstu: „Razem przejęło starą nazwę aliansu, w którym niegdyś prym wiodło SLD. I wyborcy być może wciąż myślą, że to partia Włodzimierza Czarzastego. Ciekawe, czy wynik 4 proc. się utrzyma, bo może wyborcy zorientują się, że Lewica Razem to jednak nie SLD”.
Warto nadto przypomnieć
p. Wielowieyskiej, że lewicowość partii nie jest zależna od uczestnictwa w takiej czy innej koalicji, ale zupełnie od czegoś innego. Również nie podlega koncesjonowanej kreacji polskich lewicowych partii w wykonaniu „GW”.
A wracając do początku cytowanego tekstu, to strajk nauczycieli miał tylko pośrednio charakter polityczny, uczestniczyli w nim także ludzie bardzo dalecy od lewicy, a wg przedstawionego rozumowania, obnażył on słabość również Platformy Obywatelskiej.

Myślenie ad absurdum

Z kopcącym ogarkiem, a nie z kagankiem oświaty podążają do bezrozumnego ludu słowa Cezarego Michalskiego pt. „Dlaczego lud przestał być rozumny”, w „Newsweeku” (23.04.2019), diagnozujące, że „Bez odbudowy publicznej edukacji i liberalnych mediów nasza demokracja nie ma szans na przeżycie”.
Rozważania na temat stanu polskiej demokracji nie są nowe acz jednocześnie bardzo spóźnione, bo toczyć się zaczęły dopiero po pierwszych doświadczeniach aktualnych rządów PiS. Przyczyn choroby poszukuje wielu, ostatnio na łamach internetowej „Kultury Liberalnej” (9.04.2019) , pod hasłem „Czas na radykalną reformę demokracji” ukazały się wywiad z Oliverem Bulloughem, autorem książki „Moneyland”: Bogactwo? To władza bez odpowiedzialności, a także rozmowa z Yaschą Mounkiem: Płacimy za błędy elit.

„Moneyland to wróg demokracji.

Istotą demokracji jest zasada mówiąca, że w procesie politycznym każdy jest traktowany tak samo. Dzięki Moneylandowi bogaci mogą wyłączyć się z zasad demokracji i nie muszą już słuchać tego, czego chcą inni ludzie. Jeśli jesteś bogaty, masz władzę, ale znika odpowiedzialność….Moneyland jest wrogiem każdego typu demokracji. Nie ma znaczenia, kto rządzi i jakie prawa wprowadzi, bo jeżeli jesteś wystarczająco bogaty, to i tak cię nie dotyczy.”
„Elity polityczne popełniły poważne błędy.
Wiele osób próbowało sprawić, by system polityczny stał się bardziej demokratyczny. Wiele osób próbowało także przełożyć popularne postulaty na działania rządu. Ale znaczna część elit myślała o swojej roli w kategoriach grupy, która powinna opierać się rzekomo irracjonalnym żądaniom opinii publicznej. To był po prostu błędny sposób postrzegania roli elit w demokracji.”
„Dawny system demokracji solidarnościowej
przekształcił się w demokrację uprzywilejującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowanie polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych” – pisał także, w połowie ubiegłego roku, Marek Beylin.

W porównaniu

do przytoczonych powyżej myśli diagnoza Michalskiego to opis skutków, a nie przyczyn ciężkiej i zaraźliwej choroby demokracji, nadto proponowane lekarstwa są nieskuteczne w jej aktualnym, krytycznym stanie, bowiem i one zostały zainfekowane, i to już stosunkowo dawno.
Autor unikając poszukiwania przyczyn stanu tej polskiej ułomności, przytacza różne przykłady z czasów narodzin liberalizmu, także casusy z odmiennych stron świata, nie rozumiejąc, że aktualny etap rozwoju kapitalizmu, wraz z jego globalizacją, niesie w sobie wszechogarniającą władzę kapitału, także nad całym życiem społecznym obywateli, a więc również nad dotąd, lepiej lub gorzej funkcjonującą demokracją, którą uważano powszechnie, pomimo jej rozlicznych wad, za najlepszy ustrój.

Mówiąc o zblatowaniu prasy

zapomina Michalski, że nastąpiło to nie wczoraj, ani nawet kilka lat temu, bowiem już w 1880 r. John Swinton, szkocko-amerykański dziennikarz i wydawca, w czasie jednego z bankietów, kiedy zaproponowano wzniesienie toastu za niezależną prasę, nie wytrzymał i wygarnął zebranym: «Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane… Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku… My, dziennikarze, jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!»
Ratunku należy szukać nie w liberalnej prasie, jak chce Michalski, ale w jej ideowej, politycznej, społecznej różnorodności, w ścieraniu się informacji, opinii i wartości, co zresztą, jak wszyscy wiedzą, przynosi i tak obraz daleki od oczekiwań.

Publiczna edukacja,

także u nas, ostała się dla przysłowiowego ludu, bo nie kto inny jak liberalne i postsolidarnościowe ekipy za wielki sukces uważały powstanie tzw. szkól społecznych, po czasie prywatnych, a krytykowana przez autora klerykalizacja systemu oświaty miała także tych samych autorów.
Dla wyjaśnienia: ad absurdum oznacza doprowadzenie rozumowania do niedorzeczności.

Myślenie pozaczasowe

Czytam w OKO.press: „Muzeum Narodowe w Warszawie cenzuruje polską historię sztuki. Po wizycie u ministra Glińskiego dyrektor Miziołek zdejmuje ze ściany prace dwóch światowej sławy artystek.” Zapewne i inne media z lubością przyniosą tę informację, bo stanowi kolejną szpilę w rządy PiS. Rozumiem, że takiej okazji nie można przegapić, ale w rzeczywistości nie jest to wydarzenie ani nowe, ani też szczególnie frapujące.
Nasz naród, wychowany na anty seksualnych wzorcach upowszechnianych, acz nie koniecznie przestrzeganych, przez katolickich pasterzy, już od dawna, zanim nastał PiS, rozlicznymi czynami i głosami dawał odpór wszystkiemu co nowe i nowoczesne, niezrozumiałe, a zapewne i groźne dla jego jestestwa, istnienia i godności.
W latach 70. sensację ale i nadzwyczaj słuszne, nie tylko społeczne, oburzenie wywoływał cykliczny Międzynarodowy Salon Fotografii Artystycznej „Venus”, organizowany przez Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne, co m. in. skutkowało oblaniem kwasem i zniszczeniem jednej z wystawionych prac.
Kilka dekad później Daniel Olbrychski, zapominając, że nie jest już Kmicicem, Tuhaj-bejem ani też Azją Tuhajbejowiczem, a zwykłym lanserem, szablą pokiereszował wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – głośnego i cenionego w świcie artysty – mówiąc „Tą wystawą pieprzy się dzieciom w głowach.”
Kolejny raz w Zachęcie chodziło o niesienie ulgi naszemu papieżowi, przygniecionemu meteorytem w ranach instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana. Posłanka Halina Nowina-Konopka skutecznie odwróciła uwagę ochrony, a Witold Tomczak sforsował barierki i usunął przygniatający Jana Pawła II głaz.
Wszystkie te wydarzenia, bez względu na to kto aktualnie dzierżył w kraju władzę, łączy obawa i strach Polaków przed odmiennym postrzeganiem świata z jego innymi wartościami i nowymi ideami. A, że Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje i podsyca takie właśnie zachowania strasząc Polaków czym się da (m. im. uchodźcy, LGBT, zawsze lewica, ostatnio euro) to też prawda.

Myślenie życzeniowe

Senator PiS Grzegorz Bierecki słowami o „oczyszczeniu Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej” daje przykład europejskich standardów ukraińskim sąsiadom. Rzecz dotyczy języka, który jest często jednym z atrybutów pojęcia naród, ale rządzący w Kijowie od czasów majdanowego przewrotu nie mogą żadną miarą sobie uświadomić, że na Ukrainie – tak się historycznie ułożyło – żyje wiele narodowości i każda z nich ma prawo do zachowania swojej kulturalnej, a więc i językowej odrębności. Dziwne to tym bardziej, że wpływowa i potężna ukraińska diaspora w Kanadzie doświadcza zarówno języka angielskiego jak i francuskiego, co wcale nie przeszkadza jej zachowywać swoją tożsamość.
W ostatnim czasie parlament w Kijowie uchwalił nową ustawę o jedynym, państwowym (oficjalnym) języku na Ukrainie, którym ma być ukraiński. Ma obowiązywać w mediach, miejscach publicznych. Każdy obywatel Ukrainy jest zobowiązany do znajomości języka państwowego. Ten akt ma oczywiście przede wszystkim na względzie eliminację z życia publicznego języka rosyjskiego, ale już dużo wcześniej poddano restrykcyjnymi zarządzeniami języki innych narodowości.
Obecnie prasa może być drukowana w języku innym niż ukraiński, o ile jest wydawana wersja ukraińska w tym samym nakładzie. Te zasady nie dotyczą jednak periodyków wydawanych w językach autochtonicznych Ukrainy (nalezą do nich Tatarzy krymscy, Krymczacy, Karaimi i Grecy znad Morza Azowskiego), zapewne dlatego, że na ich antyrosyjskość liczy władza. Oznacza to, że małe grupy etniczne są ważniejsze niż spore, inne skupiska narodowościowe.
Pomimo sympatii dla niepodległościowych dążeń Ukraińców zadziwia magiczna wiara w pozytywne skutki tej ustawy, a nadto uważam, że taką drogą to do Unii nie trafią, dodatkowo antagonizując społeczeństwo, któremu do narodowej czy państwowej jedności jest bardzo daleko.
Jednego mogą być jednak pewni – obecny polski godnościowy rząd, w przeciwieństwie od Victora Orbana, nie upomni się, w odróżnieniu od ekshumacji, o prawa żyjących na Ukrainie Polaków.

Poświąteczne pisanki

Wielkanocne jajka były, podobnie jak ikony, nie malowane, a mówiono, że pisane, i stąd ich nazwa. A w naszej prasie pisane słowa są często jak zgniłe, niemalowane jaja.

Zawiedzione jaja
Z wielu powodów nigdy nie byłem zwolennikiem prezydenta Trumpa, ale ze sporym zdziwieniem, a później z narastającymi wątpliwościami, przyjmowałem awanturę wkoło zarzucanej mu współpracy z Rosjanami w okresie jego kampanii wyborczej. Moje obiekcje pogłębiały się po każdej pozytywnej opinii Trumpa na temat Putina i szans na „dogadanie się” z Rosją, które zawsze wywoływały, także u nas, nadzwyczajną krytykę.
„Gazeta Wyborcza”, która w antyrosyjskiej szarpaninie propagandowej aktywnie uczestniczy od dawna, piórem Macieja Czarneckiego napisała: „Czwartkowa publikacja raportu o Russiagate przejdzie do historii. Nie tylko dlatego, że zakończyła niemal dwuletnie śledztwo specprokuratora Roberta Muellera, które dotyczyło jednej z najważniejszych spraw w amerykańskiej polityce, i pokazała, jak wiele za uszami ma Trump. Równie fascynujące było to, że stanowiła majstersztyk sztuki PR.”
Najważniejszą sprawą w raporcie prokuratora Muellera było stwierdzenie, że nie wykrył on dowodów na zmowę Trampa i Rosjan w celu wypaczenia kampanii, ale ten fakt, wkoło którego tyle było pisania i oszczerstw, okazuje się mało istotny dla autora. Natomiast prawdę niesie tytuł artykułu: „ O tym dniu będą pisać w podręcznikach” jako o klęsce propagandowych insynuacji i krętactw, także w wykonaniu „GW”.
Jaja paranaukowe
W świątecznym „Newsweeku” na temat tzw. szkodników prowadził Paweł Smoleński rozważania z bardzo utytułowanym prof. Włodzimierzem Borodziejem, który nie wiedzieć czemu, zapewne bez takiego zamiaru, zbliżył się w tej rozmowie do tytułowych bohaterów. Tekst zaczyna się od Lenina, który zdaniem Smoleńskiego nazywał pożytecznymi idiotami „zachodnich dziennikarzy którzy wychwalali bolszewicką Rosję, zamykając oczy na wszystko, co psuło wyidealizowany obraz ojczyzny proletariatu”.
W rzeczywistości Lenin napisał zupełnie coś innego: „Henderson [brytyjski polityk – Z.T.] jest tak głupi jak Kiereński i dlatego jest nam pomocny”, a więc była to opinia nie taka rzadka w świecie polityki. Nadto żaden z radzieckich przywódców nigdy nie używał określenia „pożyteczny idiota”, co nawet przyznaje Wikipedia, pisząc dalej: „Po II wojnie światowej określenie zostało przejęte przez antykomunistów – przede wszystkim amerykańskich – do określania osób i środowisk sympatyzujących z ZSRR i jego polityką”.
Profesor dopowiada: „To figura stara jak świat i polityka. Wszędzie łączą ich dwie cechy. W świetle kryteriów obiektywnych mówią i robią idiotyzmy. I nigdy się do tego nie przyznają.
Mamy wśród nich idealistów… Jest też gatunek idiotów, którzy myślą, że coś na tym ugrają… Bywają też cynicy, którzy realizują swoje interesy, ale udają idealistów… No i są ludzie na taką postawę skazani niejako profesjonalnie.”
Tak rzeczywiście było i jest, ale dlaczego w świetle tych wywodów, głównymi beneficjentami, według rozmówców, był tylko ZSRR a obecnie Rosja, był Stalin i na dokładkę Hitler, a dzisiaj jest nim Putin? Nikogo innego nigdy nie było, mimo, że ta „figura” jest stara jak świat ? Rozmówcom innych przykładów, poza Viktorem Orbánem, jako pożytecznym idiotą dla Putina, zabrakło ?
Otóż byli i są w nadmiarze, ale tak się ich obraźliwie nie nazywa, bo schlebiają i są ślepo zapatrzeni w politykę państw, polityków i wartości tzw. Zachodu, a ten z definicji niejako emanuje głównie dobrem, mądrością i wyjątkową szlachetnością.
Przychodzą na myśl politycy – pożyteczni idioci, którzy uwierzyli prezydentowi USA, że Saddam Hussein ma zdolną do użycia broń chemiczną, wyprawili się wspólnie na Irak i powiesili Saddama, chyba za karę, że znaleźli tylko bezużyteczne badziewie. Inni pożyteczni idioci, ale tylko dla jastrzębi z USA, twierdzą, że państwa bałtyckie są już frontowe – w stanie wojny z Rosją, a kolejni awanturę ze wschodnim sąsiadem uważają za polską rację stanu. Tłumaczyły w swoim czasie rodzime szkodniki, że amerykańska tarcza antyrakietowa w Redzikowie pod Słupskiem służyć ma wyłącznie zwalczaniu irańskiego zagrożenia, inni jeszcze wcześniej uznali neoliberalizm ekonomiczny za najlepszy wybór dla przyszłości Polski, a tłumy, także znanych naukowych, artystycznych i publicystycznych postaci twierdziły, że jak będziemy wolni, to jednocześnie bogaci, szczęśliwi i zdrowi. A dziś, kontynuują ten światły sposób widzenia naszych polskich spraw liczni, także często utytułowani, popierając m. in. PiS-owską naprawę sądownictwa.
Reasumując te paranaukowe ustalenia stwierdzić należy, że pożytecznym idiotą jest ten, który odważy się napisać lub mówić o Rosji cokolwiek dobrego, natomiast postacie wybitne i godne naśladowania piszą o tym kraju tylko źle, i to zapewne tylko z własnej woli. Należy jeszcze dołączyć Chiny, bo nie będą nam jakieś Huaweie lub Lenovy pod nos w galeriach handlowych podsuwać, sami komunizm kultywując.
Zaminowane kłamstwem jaja
Tym razem o rosyjskim podkładaniu miny w związku z II turą ukraińskich wyborów prezydenckich opowiada nieoceniony Wacław Radziwinowicz, ale i on sam ma wątpliwości, czy Kreml finansowo wspierał kontrkandydata Poroszenki (niedawno ta sama „Gazeta Wyborcza” donosiła, że kasa pochodziła od Kołomyjskiego, który ma porachunki z obecnym prezydentem). „Bo dla Moskwy – pisze autor – nie ma nic straszniejszego niż ewentualny sukces tej Ukrainy. Na Kremlu swego czasu bardzo się bano udanych reform, które przeprowadzał prezydent Micheil Saakaszwili. Putina i jego ludzi trwożyły wieści o tym, że w Gruzji udaje się walka z korupcją, podziemiem przestępczym, przebudowa policji”. Poczynania Saakaszwillego były tak doniosłe dla Gruzinów, że postawili go w stan oskarżenia za nadużycia władzy, także przy pomocy zreformowanej policji, i stąd biedak tuła się po dziś dzień po świecie poszukiwany międzynarodowym listem gończym. A samobójczą dla całego kraju minę, w walce o swoje interesy, podłożyli ukraińscy oligarchowie, naśladując, sprzed wieków, nasze rody magnackie nie tylko z Ukrainy.
Pisanki z nadzieją
Wśród licznych materiałów o minionej rocznicy Okrągłego Stołu, i nadchodzącej czerwcowych wyborów z 1989 roku, znalazły się także rozważania prof. Anny Wolff-Powęskiej („GW”. 13-14.04.2019), w których odnalazłem niespotykane gdzieś indziej treści. „Wolnościowe dążenia narodów środkowo-wschodnich były etapem w drodze „na Zachód”. Mimo że wszyscy liczyli na „normalizację”, jej rozumienie i to, jak do niej dojść, było przez różnych aktorów różnie postrzegane. Na końcowy efekt miały wpływ biografie opozycjonistów, ale też partyjnych reformatorów”. I dalej: „Poniewierane dziś hasło Gorbaczowa „Wspólny dom europejski” nie było wówczas czczym sloganem. Wyrażało tęsknoty umęczonych izolacją i życiem za drutami kolczastymi narodów… Większość ówczesnych głównych zachodnich aktorów wydarzeń jest dzisiaj zgodna: Polska potrzebowała i Wałęsy, i Jaruzelskiego. Rozmówcy tego drugiego, nazywanego przez Antoniego Macierewicza „komunistycznym katem Polski”, postrzegali w nim najpierw Polaka, potem komunistę.”
Odnajdują się wreszcie „partyjni reformatorzy” w miejsce komunistów tracących upragnioną władzę, Gorbaczow, którego nowe myślenie skierowane do świata zmieniło zasadniczo optykę widzenia zachodnich przywódców, i także Jaruzelski, pomiatany przez solidarnościowo-prawicowych polityków, który okazał się jednak Polakiem. I jak tu, po takich słowach z nadzieją nie spojrzeć w przyszłość, wierząc, że prawda wróci na tę ziemię, naszą ziemię.
Pisze dalej Pani Profesor: „mimo trwających wiele dekad i z rozmachem finansowanych badań sowietologicznych na Zachodzie nie wypracowano żadnego spójnego planu uwolnienia się od komunizmu. Żadne też rozliczenie z minionym systemem nie stworzyło modelu godnego naśladowania. Nauczyło jednak, że odsunięcie od uczestnictwa w budowie demokracji przegranych elit ustawiało je automatycznie na pozycji przeciwnika systemu”. Ta cała pseudonaukowa sowietologia przypominała wróżenie z fusów, co dowodnie okazało się w latach 1989-1990, ale myli się autorka w końcowej sentencji. Usilne, także ze sporym udziałem „Gazety Wyborczej”, odsunięcie polskiej lewicy od budowy demokracji wcale nie uczyniło jej wrogiem nowego ustroju, a jedynie przeciwnikiem tych, którzy ponownie chcą zostać jedynymi właścicielami Polski.
Pisanki optymistyczne?
Pisze prof. Jerzy Wiatr („Dziennik-Trybuna”, 12-14.04.2019) w tekście „Przezwyciężenie historycznych podziałów”: „Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on [Radosław Sikorski – Z. T.], że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku”.
W dalszej części Profesor, w pogłębionej analizie, przedstawił narodziny tego podziału i różne próby jego przezwyciężenia, które niestety – głównie, co należy podkreślić, nie za sprawą lewicy – spaliły na panewce. Autor kończy swoje rozważania takimi oto słowami: „Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.”
To wszystko prawda, acz rodzą się fundamentalne pytania: czy sukces Koalicji Europejskiej, bo jaki by nie był wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, to osiągnięciem dla niej zawsze będzie, przełożyć się może na skuteczną i wspólną kampanię wyborczą do polskiego parlamentu, mającą za swój główny cel odsunięcie PiS od władzy? I jeszcze drugie, w perspektywie ważniejsze pytanie: czy to historyczne przezwyciężenie podziałów oznaczać może traktowanie lewicy, przynajmniej przez część postsolidarnościowego układu, na prawach równego i przyjaznego partnera w rozwiązywaniu najważniejszych polskich spraw?
Takie piękne pisanki to tylko w Krakowie
Pisał już Rafał Skąpski o prawdziwym krakowskim socjaliście Andrzeju Kurzu, i o uroczystości z okazji Jego 70-letniej społecznej służby. Andrzeja poznałem na początku lat 60., podczas spotkania na studenckim zimowisku ZMS w okolicach Zakopanego. Młody, dobrze wykształcony, otwarty na świat i problemy młodych, uwiódł nas wtedy I sekretarz Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR. I takim pozostał ze swoją nadzwyczajną aktywnością, mądrością, ale i odwagą przez te następne dziesięciolecia wszędzie tam, gdzie zawodowo i społecznie przyszło mu pracować i działać. W Muzeum Miasta Krakowa, w którym odbyło się, pod patronatem prezydenta Krakowa prof. Jacka Majchrowskiego, to uroczyste spotkanie, kilka lat wcześniej miało miejsce równie ważne wydarzenie podczas którego wspominano postać też socjalisty, wieloletniego przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Krakowie, wyjątkowo zasłużonego dla rodzinnego miasta Zbigniewa Skolickiego. Co prawda, mimo wystąpień prof. Majchrowskiego nie przywrócono nazwy zabranej mu ulicy przez prawicowych oszołomów już na początku nowej, lepszej rzeczywistości, ale w dobrej pamięci pozostał.
Bo Kraków, mimo wszystko tak ma, że bliżej mu do prawdy i sprawiedliwszej oceny.

Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Do nauczycielki Kornhauser

Pani Agato, a może trzeba się było jednak nie odzywać? Ja przepraszam za zamieszanie, już nie będę więcej nalegać. Mam tylko jedną prośbę: jak już wróci Pani uczyć do szkoły, proszę podzielić się wysokością swoich zarobków i przyznać, czy to rzeczywiście takie kokosy. I tak dobrze, że nie błysnęła Pani żadną poradą życiową przebijającą Bronisława Komorowskiego – np. „wyjdź za głowę państwa, wtedy podwyżka nie będzie ci potrzebna”.

***

„Wyborcza” wywołała wilka z lasu – o tym, co powiedziała jedna pani drugiej pani w pokoju nauczycielskim krakowskiego liceum, deliberują dziś wszyscy: począwszy od dyrektora szkoły, przez przedstawicieli ZNP aż po rzecznika prezydenta. Pan dyrektor zarzeka się, że rozmowy Agaty Dudy z nauczycielkami z pewnością nie miały charakteru politycznego. Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, choć nie było go na miejscu i dyskusji nie słyszał, jest pewien, że „Wyborcza” pisze „jakieś bzdury”. Szefowa krakowskiego ZNP twierdzi natomiast, że rozmowy prezydentowej podczas wizyty w szkole, bez względu na to, czy była to wizyta prywatna, czy nie, nie mają znaczenia dla przygotowywanego protestu. Wszyscy wymienieni powyżej nie mają racji.
Fakty stoją po stronie gazety: była i rozmawiała. To akurat potwierdzają wszyscy. I raczej wątpliwe jest, że opowiadała o tym, jak zakwitły pierwsze przebiśniegi, a wredna koleżanka nakłamała prasie, że odwodziła nauczycieli od strajku. Sęk w tym, że pani Agata chyba znów zapomniała, że w jej wykonaniu prywatne jest polityczne. Tak samo jak polityczne było wcześniej jej milczenie, czy tego chciała czy nie. I nawet jeśli rzeczywiście jej „misja uspokajania szkół” to nadinterpretacja, a ona po prostu szepnęła coś off the record trzem osobom na uszko, to przekaz pozostaje ten sam: dajcie spokój, nic nie ugracie, nie macie nikogo po swojej stronie. To istotna informacja, może bez wpływu na kalendarz związkowych działań, toczących się swoim torem, ale na pewno nie bez wpływu na nauczycielskie morale. Wysyp rozlegających się zewsząd pełnych żalu pytań: „ale jak to nie macie na podwyżki, skoro mieliście na nowe obietnice? Skoro mieliście na TVP?” padających z nauczycielskich ust jest całkowicie zrozumiały.
Szczerze? Ciekawa jestem, jak potoczą się losy strajku w tej konkretnej szkole. Dyrektor, znajomy pani prezydentowej, wydaje się tak sterroryzowany, że gdyby mógł, najchętniej zaprzeczyłby wszystkiemu na zapas, łącznie z faktem, że Ziemia krąży wokół Słońca i przeprosiłby pisemnie rząd za to, że jego podwładni w ogóle żyją. Fakt pozostaje faktem: prywatnie czy nie prywatnie, pierwsza dama znów pokazała suwerenowi plecy.

Diabeł w szczegółach

Przepraszamy, że źle zrozumieliście umieszczoną przez nas grafikę. Ale z was matołki – tak mniej więcej brzmią moim zdaniem przeprosiny „Gazety Wyborczej”. I jeszcze ten prztyczek w nos: „Wspieramy żądania płacowe. Wie o tym każdy, kto czyta nas regularnie”. Czyli: ha! – nie czytacie, a się wypowiadacie. Ale z was matołki.

Ja czytałam. I pamiętam, jak Dominika Wielowieyska rok temu oburzała się protestem młodych lekarzy i udowadniała, że „głodówka powinna być zarezerwowana do obrony wartości fundamentalnych” (bo przecież lekarze walczyli tylko o swoje podwyżki, nie o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia i poprawę losu ludzi umierających w kolejkach i czekających latami na rehabilitację). Pamiętam, jak ta sama autorka udowadniała, że Kartę Nauczyciela trzeba wyrzucić do kosza, że to w ogóle grupa ociekająca przywilejami. „Ile realnie pracują nauczyciele? Tego nie wie nikt” – wywodziła. Szereg nowszych, życzliwszych tekstów Justyny Sucheckiej tego nie wymazuje. Pomijam już fakt, że na nieszczęsnej infografice nie zostały przedstawione realne wartości nauczycielskich podwyżek, o czym grzmią już od wczoraj sami pedagodzy. Mitycznych 16,1 proc. więcej na koncie w tym roku nikt nie zobaczy. Co najwyżej w rządowych komunikatach pani Zalewskiej i – jak się okazuje – na okładce „Wyborczej”.
Jak już decydujemy się na publikację oficjalnego oświadczenia, które ma złagodzić skutki oburzenia wywołane naszym wcześniejszym działaniem, to nie róbmy przynajmniej z odbiorcy kretyna.
„Tytuł o hojnym rozdawaniu naszych pieniędzy odnosi się do sobotniej konwencji”. Tere fere, gazeto. Nagłówek „Szczodra sobota” i trzy „główki” symbolizujące roszczeniowych beneficjentów rozdawnictwa znalazły się nawet na tej samej błękitnej tincie. Tworzyły więc graficzną całość. Skojarzenie zostało zbudowane i świadomie utrwalone (jakby ktoś sam z siebie tego nie powiązał, to dodano łopatologiczne podsumowanie: „Partia rządząca uległa naciskowi zarówno grup społecznych, jak i kalendarza wyborczego”). A to wszystko za „nasze pieniądze”. Wybaczcie państwo, ale to nie jest do obrony. Pozostaje bowiem jeszcze tak zwany drobny druczek. A tam pod trzema symbolami wojska, nauczycieli i pielęgniarek widniało „…a także: mundurowi, urzędnicy, pracownicy cywilni wojska, emeryci, ratownicy medyczni, skarbówka, pracownicy sądów”.
Czyli co, chcą nam państwo wmówić, że to wszystko również odnosiło się do mitycznej soboty, kiedy to na mitycznej konwencji PiS dał tym mitycznym grupom mityczne podwyżki? To absurd. Zarówno trzy zilustrowane, jak i reszta wymienionych maleńkimi literkami grup, walczy o „swoje” od miesięcy. Zestawianie tego na jednym tle z rzeczywistymi nowościami wyborczymi PiS BYŁO nie fair.
W opublikowanych przeprosinach nie padło żadne wyjaśnienie przyczyn, dla których to wszystko zmieszano jak bigos w jednym garnku i dlaczego ta ilustracja w ogóle poszła do druku. Ok, mogę jeszcze zrozumieć, że redakcja nie chciała wywlekać na wierzch swoich flaków, sypać nazwiskami odpowiedzialnych i zapraszać do swojej kuchni wszystkich oburzonych na grillowanie. Wtedy jednak należy zapewnić, że szybko naprawimy błąd, przeprosić za nieuważność, najszybciej jak się da skorygować informacje. Tymczasem co robi „GW”? Usiłuje nadbudowywać swoje intencje – to wy coś pokręciliście, my podwyżki w budżetówce popieramy, nie popieramy tylko sobotnich rewelacji. A „źle opisana grafika” wprowadziła „zamieszanie”. Tylko że niestety, drodzy państwo, zdradziło was to jedno małe słówko: „zarówno” (przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach). No więc nie, to nie my źle zrozumieliśmy. To wy źle zrozumieliście.
Płace w budżetówce w modelowym systemie są niższe niż w sektorze prywatnym, jednak gwarantują zatrudnionym przejrzystą drogę awansu zawodowego oraz stabilność zatrudnienia, której próżno szukać na prywatnym rynku. Tymczasem w polskich realiach nierzadko praca w budżetówce postrzegana jest jak wyrok – pensje zamrożone na kuriozalnych poziomach sprzed lat, chroniczne niedofinansowanie, które, jak ktoś zgrabnie napisał na Facebooku „kojarzy się z utknięciem w jakimś biednym urzędzie z Windowsem XP na komputerze”. Te podwyżki to nie jest rozdawnictwo, to nie jest roszczeniowość, to nie jest „naszym kosztem”.
Ps. W waszym zestawieniu zabrakło pracowników pomocy społecznej.
Ps 2. Beata Szydło już zdążyła zrobić z wtorkową okładką tour de TV. Echo korków szampana strzelających na Nowogrodzkiej słychać jeszcze dziś.

„Wyborcza” dała do pieca

Na lewicy są dwa typy odpowiedzi na blamaże „Wyborczej” i liberałów w ogóle – takie jak niedawna okładka nazywająca podwyżkę 100 zł brutto dla pielęgniarek „rozdawnictwem”:

1) Porąbało Was? Co wy robicie, chcecie pomóc PiS? Może to pomyłka? Może co innego mieliście na myśli? Ach tak, tu na pewno jakaś głębsza myśl za tym stoi! Na przykład: neoliberalny red. Gadomski, jako spec od ekonomii, wykrył zbliżający się światowy kryzys gospodarczy, na co lewicowy ponoć red. Danielewski wymyślił: to niech PiS dalej rządzi, niech ten kryzys spadnie na ich konto… Ale wtem, gdy rozum docierał już do granic fantazji, grom z jasnego nieba: o, patrzcie, jest sprostowanie! SPROSTOWANIE! Adam Michnik is my daddy!
Ci, którzy tak piszą, nie przecięli jeszcze pępowiny z Czerską. Ciągle ich boli to oddzielenie, chcieliby je jakoś przepracować, wejść w dialog, wystąpić w roli ogona, który zacznie sterować psem. Załagodzić rodzinne spiny. Nadaremnie.
2) Nie mój cyrk, nie moje małpy. Gnidami byliście, jesteście, będziecie. Sprzedaliście Polskę i dlatego teraz sami się tak słabo sprzedajecie. Taśmy na Was mamy kurwa co rano w kiosku od 30 lat. Kurski, przeproś za brata.
Ta druga grupa nie musi stawiać na złość kloca w salonie inteligenckiej ciotki Halinki, bo nigdy jej nie miała. Czas teraz przeciąć pępowinę z tymi z pierwszej grupy. Nie mamy z Wami wspólnych przodków.

Rewelacje Prezesa

Wojciech Czuchnowski i Iwona Szpala ujawniają rozmowy prezesa PiS dotyczące inwestycji wartej 1,3 mld dolarów.

Spółka Srebrna zamierzała postawić w Warszawie wieżowiec Srebrna Tower (albo: K-Tower). W tym celu prowadziła negocjacje z firmami austriackiego dalekiego krewnego Jarosława Kaczyńskiego. Inwestycja została przez Austriaka przygotowana, ale potem ją wstrzymano, a Gerald Birgfellner nie dostał zapłaty za pracę, jaką do tej pory wykonał.
Inwestycja prezesa PiS miała być zrealizowana z rozmachem. Wieżowiec, który miał nazywać się Srebrna Tower (bądź K-Tower od nazwiska prezesa) miał mieścić hotel, ekskluzywne apartamenty, fundację Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Wieżowiec miał być wysoki na 190 metrów i mieć znamienny kształt bliźniaczych wież (prawdopodobnie symbolizujących braterską więź). Jednak Srebrna wstrzymała w pewnym momencie inwestycję – ponoć ze względu na brak przychylności władz Warszawy. Postawienie wieżowca tłumaczyłoby determinację prezesa PiS, by wygrać najbliższe wybory parlamentarne, o czym zresztą sam mówił wprost. Na nagraniach słyszymy między innymi, jak negocjuje z Geraldem Birgfellnerem, swoim dalekim austriackim krewnym. Od maja 2017 spotkał się z nim około 16 razy. To historia jak z serialu sensacyjnego. „GW” podaje linki do nagrań audio oraz stenogramów z rozmów biznesowych dotyczących „dwóch wież” w Warszawie.
Austriak miał przygotować inwestycję i z umowy się wywiązał, ale z tego co słychać na taśmach – Srebrna już niekoniecznie. Całkowite wynagrodzenie Austriaka po wybudowaniu „dwóch wież” miało wynosić 3 procent wartości inwestycji, czyli około 9 milionów euro (około 39 milionów złotych) – piszą autorzy „Wyborczej”. „Projekt był utajniony, Birgfellner miał go prowadzić poprzez dwie spółki o nazwie Nuneaton (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością i spółka komandytowa) i K-Towers”. Wykonawca miał zadbać o to, aby budowa nie była na razie kojarzona ze spółką Srebrna, gdyż może to politycznie zaszkodzić partii rządzącej.
Austriak zadłużył się na wykonanie zlecenia w Pekao S.A. (jak podaje gazeta, prezes banku udzielił ogromnego kredytu „na telefon” od ludzi Kaczyńskiego – sam będąc zresztą „złotym dzieckiem” PiS). Teraz ma problem ze spłatą, bo Kaczyński ze swoimi zobowiązaniami zaczął się ociągać po wstrzymaniu inwestycji. Zapewniał dalekiego kuzyna, że nie ma wpływu na decyzje władz Srebrnej i że jedyną drogą, aby pieniądze wydobyć, jest droga sądowa. I z tej drogi właśnie Austriak postanowił skorzystać. „W ubiegły piątek prawnicy Birgfellnera – Roman Giertych i Jacek Dubois – wysłali do warszawskiej prokuratury zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego” – czytamy w „Wyborczej”, cytowanej od rana przez wszystkie ogólnopolskie media.
Co ciekawe, w nagraniach ujawnionych przez dziennik, regularnie przewija się nazwisko Jana Śpiewaka. Aktywista miejski miał być prawdziwym „wrzodem” dla inwestorów, ponieważ miał tworzyć przeszkody w planowaniu inwestycji – tej i pokrewnych, ponieważ blokował także budowę wieżowca na terenach należących do kurii, patrzył też na ręce ojcu Rydzykowi, który również wszedł na rynek inwestycji deweloperskich.
„Partia buduje wieżowiec”, „to nie do obrony”, „chodzi o medialny atak”, „to jest polityka” – słychać na nagraniach obawy, które artykułuje prezes. Czy się spełnią?
Jest już oświadczenie opublikowane przez rzeczniczkę partii. Beata Mazurek sugeruje, że „rewelacje GW to te same plotki i spekulacje, które słyszymy od lat”.

Kościół mówi ludzki głosem

Wigilijna „Wyborcza” publikuje rozmowę z księdzem Grzegorzem Strzelczykiem. Informatykiem w sutannie, z brodą drwala. To kapłan na miarę naszych czasów, i z Vetulanim pogada, a w autobusie koloratkę zdejmie, żeby być bliżej zwykłego człowieka. W rozmowie z Grzegorzem Wysockim mówi rzeczy mądre, refleksyjne, przestrzega przed wtrącaniem się współczesnych mężczyzn w feminizm, przed wchodzeniem w Schmittowską retorykę wojny. Docenia codzienną obecność, współistnienie w małych sąsiedzkich wspólnotach, bycie ze sobą na tyle, na ile to możliwe. Gdyby usiadł przy stole z ateistą, rozmawiałby z nim o tym, czy i kiedy istotniejsza jest sprawiedliwość, czy przebaczenie. Mam jednak pewien problem z księdzem Grzegorzem. Podobnego księdza Grzegorza spotkałam kiedyś w parafii moich dziadków. Miał dwa doktoraty, w tym jeden z filozofii. Właśnie pakował walizki – nie sprawdził się w podwarszawskiej Zielonce, bo ludzie nie rozumieli, co do nich mówi. Więc wysłano go do dalekiej Afryki, tam wprawdzie dalej nie będą go rozumieli, ale przynajmniej diecezja nie będzie się wstydzić za tego pryszczatego jeszcze szczyla, co pozjadał wszystkie rozumy i debatuje nad odcieniami szarości, relatywizuje kwestie, które trzeba po prostu przeliczyć, a potem sprawdzić, czy się zgadza. Mam problem z księżmi Grzegorzami, którzy biorą na siebie sprzątanie po polskim kościele. Bo to pięciu ochotników na krzyż z mopami w dłoniach, usiłujących ścierać hektolitry toksyn, które wylewa na zewnątrz międzynarodowy koncern. Mam problem, że z okazji świąt na siłę pokazuje się „inną twarz kościoła”. Oczywiście, świetnie, że na stu beznadziejnych trafi się jeden wybitny, który powie, że nie wolno oceniać moralnych wyborów bliźniego. Który jak siądzie ze mną, ateistką, do dyskusji, to przynajmniej będzie na tyle świadomy, żeby wiedzieć, że jak ucieknie w mechanizmy przemocowe, to przegra. Tylko że na koszulce tego pana z mopem nadal widnieje logo wielkiego koncernu. Koncernu, który dziś o północy odczyta listy pasterskie od swoich dyrektorów zarządzających. O czym będą te listy? Jak zwykle, o tradycji. A po nowym roku znowu posłuchamy sobie o tym, czemu in vitro to eksperymenty na ludziach, a nastolatka w szpitalu ma rodzić, a kościół potrzebuje cierpienia ofiar pedofilii. Ksiądz Grzegorz bezradnie rozkłada ręce, kiedy dziennikarz „Wyborczej” przytacza kolejne przykłady złej roboty korporacji: że za chwilę jakiś lekarz, powołując się na klauzulę sumienia, odmówi ratowania życia Jerzego Urbana; że księża nie wyobrażają sobie opcji utraty swoich przywilejów. Facet z mopem, jednym na cały terenowy oddział swojej firmy, wznosi oczy ku niebu: „no przecież można inaczej”. I ściera, ściera.
Drogi Panie, mam dla Pana świąteczną propozycję: zrzuć Pan tę firmową koszulkę, bo efekt tego wszystkiego będzie co najwyżej taki, że jeszcze parę wywiadów czy książek i wyślą Pana do tej nieszczęsnej Afryki, a ludzie czytający te wywiady będą się tylko niepotrzebnie łudzić, że Pańska firma zdobyła się na jakieś refleksje nad własną polityką. Pokażcie mi, drodzy prezesi tego liczącego 2 tysiące lat przedsiębiorstwa, że takich ludzi z mopami cenicie na tyle, żeby oddać im stery i posadzić na dyrektorskich stołkach w episkopacie, a nie wśród prostych maluczkich żyjących na prowincji, to wam uwierzę.

Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Post scriptum

Razem z red. Aleksandrą Bełdowicz chcemy podzielić się dziennikarskim sukcesem: po naszej publikacji „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, traktującej o seksistowskim „Blogu dla mężczyzn” prowadzonym przez dwóch adwokatów ze Szczecina, strona zniknęła z sieci – najwyraźniej w toku postępowania dyscyplinarnego, o wszczęciu którego zostałyśmy powiadomione.
Od tego czasu temat rozgrzał internet do czerwoności. Sprawą zainteresowała się – grubo po nas – szczecińska „Gazeta Wyborcza”, która niestety zapomniała wspomnieć, jakie medium przyczyniło się do wzięcia pod lupę działalności adwokatów Wojciechowskiego i Stopy po godzinach.
Od tego czasu zdążyłyśmy również otrzymać wiele oburzonych wiadomości od wielbicieli bloga płci obojga. Ostatnią z notek przed usunięciem z sieci również jego autorzy poświęcili właśnie nam: pytając, dlaczego nie podjęłyśmy z nimi dyskusji na argumenty, oni wszak powoływali się na różnego rodzaju dane – na przykład o mniejszej objętości kobiecego mózgu.
Pragniemy więc odpowiedzieć na wszystkie pytania i wyjść naprzeciw wątpliwościom: prośba o naukowe zbicie tezy o tym, że kobiety (Żydzi, czarnoskórzy, Azjaci, geje, wegetarianie – wstaw dowolne) jako grupa charakteryzują się określonymi cechami osobowości lub umysłu – jest, z całym szacunkiem, perfidną manipulacją i zawracaniem głowy.