Diabeł w szczegółach

Przepraszamy, że źle zrozumieliście umieszczoną przez nas grafikę. Ale z was matołki – tak mniej więcej brzmią moim zdaniem przeprosiny „Gazety Wyborczej”. I jeszcze ten prztyczek w nos: „Wspieramy żądania płacowe. Wie o tym każdy, kto czyta nas regularnie”. Czyli: ha! – nie czytacie, a się wypowiadacie. Ale z was matołki.

Ja czytałam. I pamiętam, jak Dominika Wielowieyska rok temu oburzała się protestem młodych lekarzy i udowadniała, że „głodówka powinna być zarezerwowana do obrony wartości fundamentalnych” (bo przecież lekarze walczyli tylko o swoje podwyżki, nie o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia i poprawę losu ludzi umierających w kolejkach i czekających latami na rehabilitację). Pamiętam, jak ta sama autorka udowadniała, że Kartę Nauczyciela trzeba wyrzucić do kosza, że to w ogóle grupa ociekająca przywilejami. „Ile realnie pracują nauczyciele? Tego nie wie nikt” – wywodziła. Szereg nowszych, życzliwszych tekstów Justyny Sucheckiej tego nie wymazuje. Pomijam już fakt, że na nieszczęsnej infografice nie zostały przedstawione realne wartości nauczycielskich podwyżek, o czym grzmią już od wczoraj sami pedagodzy. Mitycznych 16,1 proc. więcej na koncie w tym roku nikt nie zobaczy. Co najwyżej w rządowych komunikatach pani Zalewskiej i – jak się okazuje – na okładce „Wyborczej”.
Jak już decydujemy się na publikację oficjalnego oświadczenia, które ma złagodzić skutki oburzenia wywołane naszym wcześniejszym działaniem, to nie róbmy przynajmniej z odbiorcy kretyna.
„Tytuł o hojnym rozdawaniu naszych pieniędzy odnosi się do sobotniej konwencji”. Tere fere, gazeto. Nagłówek „Szczodra sobota” i trzy „główki” symbolizujące roszczeniowych beneficjentów rozdawnictwa znalazły się nawet na tej samej błękitnej tincie. Tworzyły więc graficzną całość. Skojarzenie zostało zbudowane i świadomie utrwalone (jakby ktoś sam z siebie tego nie powiązał, to dodano łopatologiczne podsumowanie: „Partia rządząca uległa naciskowi zarówno grup społecznych, jak i kalendarza wyborczego”). A to wszystko za „nasze pieniądze”. Wybaczcie państwo, ale to nie jest do obrony. Pozostaje bowiem jeszcze tak zwany drobny druczek. A tam pod trzema symbolami wojska, nauczycieli i pielęgniarek widniało „…a także: mundurowi, urzędnicy, pracownicy cywilni wojska, emeryci, ratownicy medyczni, skarbówka, pracownicy sądów”.
Czyli co, chcą nam państwo wmówić, że to wszystko również odnosiło się do mitycznej soboty, kiedy to na mitycznej konwencji PiS dał tym mitycznym grupom mityczne podwyżki? To absurd. Zarówno trzy zilustrowane, jak i reszta wymienionych maleńkimi literkami grup, walczy o „swoje” od miesięcy. Zestawianie tego na jednym tle z rzeczywistymi nowościami wyborczymi PiS BYŁO nie fair.
W opublikowanych przeprosinach nie padło żadne wyjaśnienie przyczyn, dla których to wszystko zmieszano jak bigos w jednym garnku i dlaczego ta ilustracja w ogóle poszła do druku. Ok, mogę jeszcze zrozumieć, że redakcja nie chciała wywlekać na wierzch swoich flaków, sypać nazwiskami odpowiedzialnych i zapraszać do swojej kuchni wszystkich oburzonych na grillowanie. Wtedy jednak należy zapewnić, że szybko naprawimy błąd, przeprosić za nieuważność, najszybciej jak się da skorygować informacje. Tymczasem co robi „GW”? Usiłuje nadbudowywać swoje intencje – to wy coś pokręciliście, my podwyżki w budżetówce popieramy, nie popieramy tylko sobotnich rewelacji. A „źle opisana grafika” wprowadziła „zamieszanie”. Tylko że niestety, drodzy państwo, zdradziło was to jedno małe słówko: „zarówno” (przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach). No więc nie, to nie my źle zrozumieliśmy. To wy źle zrozumieliście.
Płace w budżetówce w modelowym systemie są niższe niż w sektorze prywatnym, jednak gwarantują zatrudnionym przejrzystą drogę awansu zawodowego oraz stabilność zatrudnienia, której próżno szukać na prywatnym rynku. Tymczasem w polskich realiach nierzadko praca w budżetówce postrzegana jest jak wyrok – pensje zamrożone na kuriozalnych poziomach sprzed lat, chroniczne niedofinansowanie, które, jak ktoś zgrabnie napisał na Facebooku „kojarzy się z utknięciem w jakimś biednym urzędzie z Windowsem XP na komputerze”. Te podwyżki to nie jest rozdawnictwo, to nie jest roszczeniowość, to nie jest „naszym kosztem”.
Ps. W waszym zestawieniu zabrakło pracowników pomocy społecznej.
Ps 2. Beata Szydło już zdążyła zrobić z wtorkową okładką tour de TV. Echo korków szampana strzelających na Nowogrodzkiej słychać jeszcze dziś.

„Wyborcza” dała do pieca

Na lewicy są dwa typy odpowiedzi na blamaże „Wyborczej” i liberałów w ogóle – takie jak niedawna okładka nazywająca podwyżkę 100 zł brutto dla pielęgniarek „rozdawnictwem”:

1) Porąbało Was? Co wy robicie, chcecie pomóc PiS? Może to pomyłka? Może co innego mieliście na myśli? Ach tak, tu na pewno jakaś głębsza myśl za tym stoi! Na przykład: neoliberalny red. Gadomski, jako spec od ekonomii, wykrył zbliżający się światowy kryzys gospodarczy, na co lewicowy ponoć red. Danielewski wymyślił: to niech PiS dalej rządzi, niech ten kryzys spadnie na ich konto… Ale wtem, gdy rozum docierał już do granic fantazji, grom z jasnego nieba: o, patrzcie, jest sprostowanie! SPROSTOWANIE! Adam Michnik is my daddy!
Ci, którzy tak piszą, nie przecięli jeszcze pępowiny z Czerską. Ciągle ich boli to oddzielenie, chcieliby je jakoś przepracować, wejść w dialog, wystąpić w roli ogona, który zacznie sterować psem. Załagodzić rodzinne spiny. Nadaremnie.
2) Nie mój cyrk, nie moje małpy. Gnidami byliście, jesteście, będziecie. Sprzedaliście Polskę i dlatego teraz sami się tak słabo sprzedajecie. Taśmy na Was mamy kurwa co rano w kiosku od 30 lat. Kurski, przeproś za brata.
Ta druga grupa nie musi stawiać na złość kloca w salonie inteligenckiej ciotki Halinki, bo nigdy jej nie miała. Czas teraz przeciąć pępowinę z tymi z pierwszej grupy. Nie mamy z Wami wspólnych przodków.

Rewelacje Prezesa

Wojciech Czuchnowski i Iwona Szpala ujawniają rozmowy prezesa PiS dotyczące inwestycji wartej 1,3 mld dolarów.

Spółka Srebrna zamierzała postawić w Warszawie wieżowiec Srebrna Tower (albo: K-Tower). W tym celu prowadziła negocjacje z firmami austriackiego dalekiego krewnego Jarosława Kaczyńskiego. Inwestycja została przez Austriaka przygotowana, ale potem ją wstrzymano, a Gerald Birgfellner nie dostał zapłaty za pracę, jaką do tej pory wykonał.
Inwestycja prezesa PiS miała być zrealizowana z rozmachem. Wieżowiec, który miał nazywać się Srebrna Tower (bądź K-Tower od nazwiska prezesa) miał mieścić hotel, ekskluzywne apartamenty, fundację Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Wieżowiec miał być wysoki na 190 metrów i mieć znamienny kształt bliźniaczych wież (prawdopodobnie symbolizujących braterską więź). Jednak Srebrna wstrzymała w pewnym momencie inwestycję – ponoć ze względu na brak przychylności władz Warszawy. Postawienie wieżowca tłumaczyłoby determinację prezesa PiS, by wygrać najbliższe wybory parlamentarne, o czym zresztą sam mówił wprost. Na nagraniach słyszymy między innymi, jak negocjuje z Geraldem Birgfellnerem, swoim dalekim austriackim krewnym. Od maja 2017 spotkał się z nim około 16 razy. To historia jak z serialu sensacyjnego. „GW” podaje linki do nagrań audio oraz stenogramów z rozmów biznesowych dotyczących „dwóch wież” w Warszawie.
Austriak miał przygotować inwestycję i z umowy się wywiązał, ale z tego co słychać na taśmach – Srebrna już niekoniecznie. Całkowite wynagrodzenie Austriaka po wybudowaniu „dwóch wież” miało wynosić 3 procent wartości inwestycji, czyli około 9 milionów euro (około 39 milionów złotych) – piszą autorzy „Wyborczej”. „Projekt był utajniony, Birgfellner miał go prowadzić poprzez dwie spółki o nazwie Nuneaton (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością i spółka komandytowa) i K-Towers”. Wykonawca miał zadbać o to, aby budowa nie była na razie kojarzona ze spółką Srebrna, gdyż może to politycznie zaszkodzić partii rządzącej.
Austriak zadłużył się na wykonanie zlecenia w Pekao S.A. (jak podaje gazeta, prezes banku udzielił ogromnego kredytu „na telefon” od ludzi Kaczyńskiego – sam będąc zresztą „złotym dzieckiem” PiS). Teraz ma problem ze spłatą, bo Kaczyński ze swoimi zobowiązaniami zaczął się ociągać po wstrzymaniu inwestycji. Zapewniał dalekiego kuzyna, że nie ma wpływu na decyzje władz Srebrnej i że jedyną drogą, aby pieniądze wydobyć, jest droga sądowa. I z tej drogi właśnie Austriak postanowił skorzystać. „W ubiegły piątek prawnicy Birgfellnera – Roman Giertych i Jacek Dubois – wysłali do warszawskiej prokuratury zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego” – czytamy w „Wyborczej”, cytowanej od rana przez wszystkie ogólnopolskie media.
Co ciekawe, w nagraniach ujawnionych przez dziennik, regularnie przewija się nazwisko Jana Śpiewaka. Aktywista miejski miał być prawdziwym „wrzodem” dla inwestorów, ponieważ miał tworzyć przeszkody w planowaniu inwestycji – tej i pokrewnych, ponieważ blokował także budowę wieżowca na terenach należących do kurii, patrzył też na ręce ojcu Rydzykowi, który również wszedł na rynek inwestycji deweloperskich.
„Partia buduje wieżowiec”, „to nie do obrony”, „chodzi o medialny atak”, „to jest polityka” – słychać na nagraniach obawy, które artykułuje prezes. Czy się spełnią?
Jest już oświadczenie opublikowane przez rzeczniczkę partii. Beata Mazurek sugeruje, że „rewelacje GW to te same plotki i spekulacje, które słyszymy od lat”.

Kościół mówi ludzki głosem

Wigilijna „Wyborcza” publikuje rozmowę z księdzem Grzegorzem Strzelczykiem. Informatykiem w sutannie, z brodą drwala. To kapłan na miarę naszych czasów, i z Vetulanim pogada, a w autobusie koloratkę zdejmie, żeby być bliżej zwykłego człowieka. W rozmowie z Grzegorzem Wysockim mówi rzeczy mądre, refleksyjne, przestrzega przed wtrącaniem się współczesnych mężczyzn w feminizm, przed wchodzeniem w Schmittowską retorykę wojny. Docenia codzienną obecność, współistnienie w małych sąsiedzkich wspólnotach, bycie ze sobą na tyle, na ile to możliwe. Gdyby usiadł przy stole z ateistą, rozmawiałby z nim o tym, czy i kiedy istotniejsza jest sprawiedliwość, czy przebaczenie. Mam jednak pewien problem z księdzem Grzegorzem. Podobnego księdza Grzegorza spotkałam kiedyś w parafii moich dziadków. Miał dwa doktoraty, w tym jeden z filozofii. Właśnie pakował walizki – nie sprawdził się w podwarszawskiej Zielonce, bo ludzie nie rozumieli, co do nich mówi. Więc wysłano go do dalekiej Afryki, tam wprawdzie dalej nie będą go rozumieli, ale przynajmniej diecezja nie będzie się wstydzić za tego pryszczatego jeszcze szczyla, co pozjadał wszystkie rozumy i debatuje nad odcieniami szarości, relatywizuje kwestie, które trzeba po prostu przeliczyć, a potem sprawdzić, czy się zgadza. Mam problem z księżmi Grzegorzami, którzy biorą na siebie sprzątanie po polskim kościele. Bo to pięciu ochotników na krzyż z mopami w dłoniach, usiłujących ścierać hektolitry toksyn, które wylewa na zewnątrz międzynarodowy koncern. Mam problem, że z okazji świąt na siłę pokazuje się „inną twarz kościoła”. Oczywiście, świetnie, że na stu beznadziejnych trafi się jeden wybitny, który powie, że nie wolno oceniać moralnych wyborów bliźniego. Który jak siądzie ze mną, ateistką, do dyskusji, to przynajmniej będzie na tyle świadomy, żeby wiedzieć, że jak ucieknie w mechanizmy przemocowe, to przegra. Tylko że na koszulce tego pana z mopem nadal widnieje logo wielkiego koncernu. Koncernu, który dziś o północy odczyta listy pasterskie od swoich dyrektorów zarządzających. O czym będą te listy? Jak zwykle, o tradycji. A po nowym roku znowu posłuchamy sobie o tym, czemu in vitro to eksperymenty na ludziach, a nastolatka w szpitalu ma rodzić, a kościół potrzebuje cierpienia ofiar pedofilii. Ksiądz Grzegorz bezradnie rozkłada ręce, kiedy dziennikarz „Wyborczej” przytacza kolejne przykłady złej roboty korporacji: że za chwilę jakiś lekarz, powołując się na klauzulę sumienia, odmówi ratowania życia Jerzego Urbana; że księża nie wyobrażają sobie opcji utraty swoich przywilejów. Facet z mopem, jednym na cały terenowy oddział swojej firmy, wznosi oczy ku niebu: „no przecież można inaczej”. I ściera, ściera.
Drogi Panie, mam dla Pana świąteczną propozycję: zrzuć Pan tę firmową koszulkę, bo efekt tego wszystkiego będzie co najwyżej taki, że jeszcze parę wywiadów czy książek i wyślą Pana do tej nieszczęsnej Afryki, a ludzie czytający te wywiady będą się tylko niepotrzebnie łudzić, że Pańska firma zdobyła się na jakieś refleksje nad własną polityką. Pokażcie mi, drodzy prezesi tego liczącego 2 tysiące lat przedsiębiorstwa, że takich ludzi z mopami cenicie na tyle, żeby oddać im stery i posadzić na dyrektorskich stołkach w episkopacie, a nie wśród prostych maluczkich żyjących na prowincji, to wam uwierzę.

Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Post scriptum

Razem z red. Aleksandrą Bełdowicz chcemy podzielić się dziennikarskim sukcesem: po naszej publikacji „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, traktującej o seksistowskim „Blogu dla mężczyzn” prowadzonym przez dwóch adwokatów ze Szczecina, strona zniknęła z sieci – najwyraźniej w toku postępowania dyscyplinarnego, o wszczęciu którego zostałyśmy powiadomione.
Od tego czasu temat rozgrzał internet do czerwoności. Sprawą zainteresowała się – grubo po nas – szczecińska „Gazeta Wyborcza”, która niestety zapomniała wspomnieć, jakie medium przyczyniło się do wzięcia pod lupę działalności adwokatów Wojciechowskiego i Stopy po godzinach.
Od tego czasu zdążyłyśmy również otrzymać wiele oburzonych wiadomości od wielbicieli bloga płci obojga. Ostatnią z notek przed usunięciem z sieci również jego autorzy poświęcili właśnie nam: pytając, dlaczego nie podjęłyśmy z nimi dyskusji na argumenty, oni wszak powoływali się na różnego rodzaju dane – na przykład o mniejszej objętości kobiecego mózgu.
Pragniemy więc odpowiedzieć na wszystkie pytania i wyjść naprzeciw wątpliwościom: prośba o naukowe zbicie tezy o tym, że kobiety (Żydzi, czarnoskórzy, Azjaci, geje, wegetarianie – wstaw dowolne) jako grupa charakteryzują się określonymi cechami osobowości lub umysłu – jest, z całym szacunkiem, perfidną manipulacją i zawracaniem głowy.

Niedopatrzenie

Pani redaktor Jolancie Kowalewskiej ze szczecińskiej „Gazety Wyborczej” należą się brawa za rozpowszechnienie oburzającego tematu, o którym dziś krzyczą media w całej Polsce. Oto dwóch adwokatów ze Szczecina założyło „Blog dla mężczyzn” – przerażający wykwit mizoginii stosowanej i seksizmu. Panowie udowadniają swoimi wpisami, że kobieta jest istotą niższą, pozbawioną uczuć, cyniczną, wykorzystującą naiwnych mężczyzn.

 

Wobec dwóch panów toczy się postępowanie dyscyplinarne. „Wyborcza” napisała o tym 28 października. Niestety „zapomniała” wspomnieć, że postępowanie to wszczęto na skutek mojej – oraz redaktor Aleksandry Bełdowicz interwencji.

Jako pierwsze nagłośniłyśmy temat na łamach portalu Strajk.eu, tekst ukazał się także w „Dzienniku Trybuna”.

Rozumiemy, że nie byłoby tak spektakularnie, gdyby „Wyborcza” zająknęła się choć słowem na temat naszej publikacji, a niedaj Pan Buk rzuciła nazwą lewicowego medium.

Oczywiście, każdy ma prawo „niezależnie” oburzyć się oburzającym tematem. Jednak dobry dziennikarski obyczaj nakazuje o sprawie choćby wspomnieć, zwłaszcza jeśli przyszło się „na gotowe”.
Ciekawa jest również reakcja dziekana szczecińskiej ORA, który w rozmowie z „GW” akcentował swoje oburzenie. Kiedy jednak zgłosiło się do niego niszowe lewicowe medium, nie był zbyt chętny do pociągnięcia kolegów po fachu do odpowiedzialności. Jasne – kiedy obszczeka cię ratlerek, nie szczególnie cię to rusza. Co innego, kiedy biegnie w Twoim kierunku wkurzony mastiff. Nadal jednak jesteśmy zdania, że włos by „Gazecie” ani autorce nie spadł z głowy, gdyby wspomniała o nas w swoim tekście. Siła mediów jest ogromna. Szkoda, że wybranych.

Kto odmieni oblicze

gościnnego, środowego salonu prof. Magdaleny Środy w „Gazecie Wyborczej” (12.09.2018) i sprawi, że na wyfroterowany parkiet dopuszczeni zostaną ciągle pomijani? Nie tylko u tej autorki, i w tym tytule.

 

Z poważnym oglądem sceny politycznej jest podobnie jak z nauką, która zdobywa prawdy niebanalne, do których trudno dotrzeć, ale zarazem interesujące, także użyteczne praktycznie. Sięga do głębszych poziomów rzeczywistości opisując istotne czynniki przemian, pomijając drugorzędne, nieodgrywające istotnej roli. Przynajmniej tak być powinno, ale zbyt często dominuje przekonanie, że na polityce, zdrowiu i czymś tam jeszcze, wszyscy się znają. A czym bardziej postać utytułowana i popularna, tym bardziej w tej pierwszej materii kompetentna.

 

O drobnych zmianach

na naszej scenie politycznej, które jednak cieszą, pisze prof. Środa:„ Barbara Nowacka weszła w związek (partnerski?) z Platformą Obywatelską i od razu formacja ta nabrała kolorów… Platforma, przynajmniej wizerunkowo, zacznie wstawać z kolan…” Niewątpliwie dzięki Nowackiej także „Grzegorz Schetyna na konwencji zaczął mówić jak nowoczesny polityk i to nie tylko dlatego, że korzystał z promptera”. Idą więc wielkie zmiany w PO, a pijarowcy napisali bossowi bardziej przystający do rzeczywistości tekst, co zresztą nie przeistacza w żadnym stopniu położenia klęczącej PO, ale jedynie jej wizerunek odmienia dla naiwnych.
„Gdyby Barbara Nowacka i liderka Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer trzymały sztamę, wpuszczając do Koalicji Obywatelskiej świeżość, lewicowość, nowoczesność i kobiecość… to – kto wie? – może zmieniłyby oblicze ziemi, tej ziemi”, Przypominając, że szeregi Platformy zasilali w swoim czasie czołowi politycy SLD, co nie przełożyło się na program i działalność tej partii, podejrzewam, że rozczaruje się Pani Profesor.
„Oblicze ziemi zamierza zmieniać również Robert Biedroń. Nie jestem w stanie zrozumieć jego krytyków” – pisze dalej M. Środa, gdyż „ ma energię, inicjatywę, urok, jest pracowity, a przede wszystkim lubi ludzi”. Ależ to zupełnie proste Pani Profesor, bowiem ważniejszy jest tu program Biedronia, nie tylko daleki ale i bardzo krytyczny wobec PO, która go serdecznie nie znosi, podobnie jak wszyscy pozostali liberałowie.
„Zapewne Inicjatywa Polska Nowackiej nigdy nie stanie się już niezależną partią” i to jest jedyna celna obserwacja tego tekstu, która i tak nie koniecznie stanie się faktem, bowiem mogą jednak nie wystarczyć dobre miejsca na listach wyborczych do samorządów, aby przytłumić lewicowe wartości młodych z IP.
Autorka, z racji stałych komentarzy na łamach „GW”, jest niewątpliwie bacznym obserwatorem sceny politycznej i stąd, aż dziw bierze, że wśród wymienianych zmian, które cieszą, nie dostrzegła konwencji SLD, w czasie której jej lider, nie z promptera, określił dwie niezależne siły i drogi dążące do odsunięcia PiS, co nota bene uważa za słuszne jedyny chyba wśród liberałów, Piotr Beniuszys („GW” z 4.09.2018).Oświadczył nadto Czarzasty, że nie ma wroga ani na lewicy, ale też wśród opozycji, zadeklarował wsparcie ruchu Roberta Biedronia oraz przedstawił lewicowe, socjaldemokratyczne wartości kreujące wizję państwa dla wszystkich.
A o Lewicy, wg Pani Profesor, jest nadal w dobrym tonie mówić tyle, co kot napłakał, czyli ile procent wyborców chce głosować na Inicjatywę Polska. I w ten sposób zmieniać oblicze, nie wspólnej, a tylko wyimaginowanej, swojej ziemi.

 

Natomiast Barbara Nowacka

na tytułowej stronie („GW”, 15-16.09.2018) wzywa: „Chcecie wygrać z PiS? Na lewo patrz!”. Ten bardzo obszerny wywiad z liderką Inicjatywy Polska wywołuje nadzwyczaj mieszane opinie. Niewątpliwie szereg wypowiedzi zasługuje na wnikliwą uwagę. A jednocześnie treść rozmowy, zaprzecza tytułowemu hasłu, bowiem zdaniem Nowackiej, nie da się aktualnie zbudować jednolitego frontu lewicy, a z partią Razem nigdy. „Oni [wyborcy – Z.T.) chcą realizacji programu i odsunięcia od władzy PiS, a nie kłótni o zawartości lewicowości w lewicowości”. Czyli na lewo patrz, to Platforma Obywatelska, albo jej lewicowe cząstki w postaci IP?
W tej wypowiedzi, łącznie z decyzją o przystąpieniu do Komitetu Obywatelskiego, kryją się przedziwne sprzeczności. Nowacka wypomina SLD „moc szyldu partyjnego” i różne poczynania, które traktuje jako bariery wspólnego działania, ale żadne z nich – podkreślam, żadne z nich – nie były nie do pokonania, i nie są warte aliansu z Platformą, której bezlitosnym krytykiem była do niedawna. Usprawiedliwia ten krok mówiąc: „Chcę postępowy program Inicjatywy wprowadzić do realnego życia ludzi. Oczywiście kompromisy nie są super-przyjemne i komfortowe, ego doskwiera, ale to polityka. Nie nastawiam się na przyjemność, chcę być skuteczna”. Z uwagi na zbieżność programu IP i SLD argument kuleje, a brak kompromisu z liczącym się na lewicy partnerem jednak zadziwia.
Okazuje się nadto, że Barbara Nowacka nie porozumiała się także z Robertem Biedroniem, z którym założyła fundację Instytut Myśli Demokratycznej, „Bo umawialiśmy się na nieco inny projekt. Na współpracę, a po powołaniu fundacji wszystko zostało dość szybko przesterowane na Roberta… Robert znalazł inną drogę do realizacji swojego celu”. Nie wróży mu zresztą sukcesu, bo: „Oczywiście wyobrażam sobie, że Robert przyciągnie Razem, ale gdy pojawi się tam też Czarzasty, Zandberg wybiegnie. Lub Biedroń nie wpuści na swoje listy zasłużonych działaczy SLD. Ja to nawet rozumiem”.
Z tym doskwierającym w polityce ego jest rzeczywiście kłopot ale porzucanie własnego logo pomysłem najlepszym zapewne też nie jest.

 

Na odmianę

Michał Sutowski – publicysta „Krytyki Politycznej” – szukający dróg odsunięcia PiS twierdzi, że „lewica polityczna powinna dziś uznać, że przeszłość oddzielamy grubą kreską. To znaczy: bierzmy odpowiedzialność za teraz i jutro, a nie za wczoraj. Wszystkich tych wyborców nie-PiS, którzy nie czują się przegranymi transformacji (a jest ich w tej grupie większość), nie należy zmuszać do przepraszania za porażki i sukcesy Balcerowicza”. Natomiast drugi ruch jest po stronie oświeconych liberałów, względnie obozu III RP. Muszą oni przyjąć do wiadomości prosty fakt, że kwestie nierówności, sprawiedliwego państwa i losu wykluczonych to nie pała do bicia po głowie Unii Wolności [raczej wszystkich solidarnościowych rządów, a na końcu Platformy Obywatelskiej – Z.T.], pożyteczny idiotyzm wobec PiS ani hipsterski socjalizm. To wyraz rosnących aspiracji różnych klas i środowisk, które połączyć może formuła: „Rzecz nie w tym, kto miał rację wtedy, ale w którym miejscu Polska jest dziś i jakiej Polski chcemy jutro”. I jeszcze: „wezwanie do wyrzeczenia się tych aspiracji zaraz po obaleniu PiS to plan wyborczego samobójstwa”.
Proponowana formuła solidaryzmu dobra była (i oby nigdy więcej) na lata śmiertelnego narodowego zagrożenia, a nie na czasy – nawet tak parszywe jak dziś – toczącego się politycznego sporu, w którym racje rozłożone są po wielu, a nie tylko po dwóch stronach. Akceptacja państwa opiekuńczego w Polsce – tak dla przypomnienia to przede wszystkim „wynalazek” i osiągnięcie socjaldemokracji, czyli lewicy – jest przez liberałów zbliżona do zera, bowiem zmusiła by ich do tego tylko groźba nowej, bolszewickiej rewolucji. Mieli zresztą okazję przez wiele lat swoich rządów, zaprzeczając wcześniejszym szumnym deklaracjom, zbudować ten kraj bardziej sprawiedliwie i mądrzej.
Nie jest też prawdą stwierdzenie o „rosnących aspiracji różnych klas i środowisk”, gdyż nawet minimalne oczekiwania od początku III RP nie były spełniane, a jawna niesprawiedliwość zamiatana pod dywan. Tak więc powyższy projekt wart jest tyle samo, co niedawny pomysł Rafała Wosia o sojuszu PiS – lewica.
Roszczenia polskiej lewicy, w tym także SLD, nie sprowadzają się jedynie do łaskawego podzielenia się kawałkiem tortu, a idą o wiele dalej, postulując odpowiedzialną politykę historyczną, państwo świeckie, trwałe członkostwo w Unii Europejskiej, przestrzeganie konstytucji, praworządność, społeczeństwo obywatelskie (w tym samorządy), prawa kobiet i prawa wolnościowe. A to już stanowczo za dużo nawet dla oświeconych liberałów, którymi mieni się także PO.
Dla wyjaśnienia dodam jeszcze, że współrządzące socjaldemokracja i chadecja, konkurując ale i wyrażając szacunek dla partnera, znajdują consensus w imię interesów wspólnego niemieckiego państwa, natomiast u nas ktoś ciągle chce ukraść Polskę dla siebie.

 

Ten stan rzeczy,

wyrażał się od samego początku III RP traktowaniem lewicy jako postkomunistów, których jedynym celem jest powrót do czasów PRL-u, bądź własne urządzenie się. Warto tu przypomnieć jakże charakterystyczną wypowiedź ówczesnego prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza, który już 19 września 1995 roku napisał: „Wiem dobrze, że zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego [w wyborach na prezydenta RP – Z.T.] przekreśla w praktyce perspektywę szybkiego przyjęcia do NATO. (…) Nie będzie wspierać wartości rodzinnych obóz polityczny, który nie chce uznać, że wartości moralne są podstawowym kośćcem społeczeństw, że chrześcijańska tożsamość narodu jest na dłuższą metę jedyną gwarancją jego przetrwania”. Można by zapewne znaleźć podobną opinię kolejnego oświeconego liberała na temat Leszka Millera, który nie gwarantował wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. A jeszcze wcześniej był Józef Oleksy rosyjskim szpiegiem Olinem, a dużo później do nieprawdopodobnych granic rozdmuchano tzw. Aferę Rywina. Dlatego zapewne, w myśl oświeconych liberałów, SLD wolno było mniej w demokratycznym porządku III RP.
W najnowszym wywiadzie dla OKO.press mówił Włodzimierz Czarzasty: „Czytam takie artykuły: „Musi się pojawić siła, która będzie miała osiem, dziesięć procent na lewicy, która zintegruje pozostałych”. Chciałem powiedzieć, że jest taka siła. Ona się nazywa Sojusz Lewicy Demokratycznej. Tylko ja jestem nieestetyczny, bo ja jestem postkomunistą.”
Kiedy wreszcie nastanie normalność, aby rzeczywiście zmienić oblicze ziemi, tej ziemi???

Głos Lewicy

Czym jest samorządność

– PiS nie rozumie tego czym jest samorządność, czym są samorządy. Jako absolutny skandal odbieram te wypowiedzi przy prezentacji niektórych kandydatów, kiedy wspominano, że jeżeli ten kandydat z PiS wygra to wtedy współpraca z rządem będzie układała się lepiej, że pieniędzy dla tych samorządów będzie więcej – oceniła konwencję wyborczą Prawa i Sprawiedliwości Katarzyna Piekarska.

– Wybierają ludzie i jeżeli wybiorą kandydata z innego ugrupowania niż PiS to obowiązkiem tego rządu jest to, żeby również współpracować z nim dla dobra tych małych ojczyzn – oświadczyła polityczka SLD w radiu TOK FM.

– Samorząd jest czymś innym niż parlament i mamy w nim mocno egzotyczne koalicje i dlatego ważne jest, aby wybierać takich radnych, którzy potrafią prowadzić dialog także z przedstawicielami innych ugrupowań – stwierdziła Piekarska.

 

Związki rządzą!

– Jeżeli ktoś jest lewicowcem i deklaruje się jako lewicowiec, to nie powinien flirtować z Platformą oraz Nowoczesną, ponieważ łamie sobie kręgosłup ideowy. Barbara Nowacka ma na lewicy o wiele więcej przyjaciół, niż w PO – oświadczył Krzysztof Gawkowski w programie „Fakty po Faktach”.

– Sojusz Lewicy Demokratycznej popełniał błędy, ale jest to partia na lewicy posiadająca realne szanse na wejście do parlamentu i jeżeli chcemy odsunąć PiS i partie prawicowe od władzy, to powinniśmy szukać porozumienia w rodzinie lewicowej – ocenił wiceprzewodniczący Sojuszu.

– Nie namawiam do małżeństwa, ale do związku partnerskiego, w którym wszyscy możemy mieć swoje zdanie – stwierdził Gawkowski.

 

Kościół wszędzie

– Nie zdarzają się uroczystości w mieście, w których nie uczestniczyliby biskupi. Kościół wpycha się wszędzie, szczególnie tam, gdzie można zarobić pieniądze – tłumaczył Andrzej Rozenek i przypomniał sprawę planowanej budowy wieżowca przy ul. Emilii Plater.

– On jest tam budowany, ponieważ jest to ziemia Kościoła. Gdyby to była ziemia zwykłego przedsiębiorcy, to nikt by się na to nie zgodził, bo jest to element wietrzenia stolicy i nie powinno się tam budować żadnych wysokich budynków – wyjaśnił kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy w radiu TOK FM. Dodał, że ponieważ jest to ziemia kościelna, „przymknięto oczy na wszystkie procedury”.

– Gdy zostanę prezydentem, nie będzie taryfy ulgowej dla żadnego wyznania. W przypadku wieżowca przy ul. Emilii Plater trzeba będzie sprawę jeszcze raz rozpatrzyć i zobaczyć, czy będzie można się z tego wycofać tak, by nie narażać miasta na duże koszty – podsumował kandydat.

 

Bez „Europejczyków” proszę!

Instytut Pamięci Narodowej ocenzurował napis na tablicy, która ma upamiętniać prof. Bronisława Geremka. IPN nie spodobało się określanie profesora mianem „Europejczyk” oraz uznanie go za „współtwórcę demokratycznej Polski” – tak donosi „Gazeta Wyborcza”.

Głaz z napisem upamiętniającym prof. Bronisława Geremka ma być odsłonięty 19 września na skwerku jego imienia przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Królewskiej w Warszawie. Jednak w ostatniej chwili napis na tablicy pamiątkowej zakwestionowało IPN-owskie biuro Upamiętnienia Walk i Męczeństwa (takie uprawnienia daje mu ustawa o IPN). Jego dyrektor Adam Siwek w przesłanym do Zarządu Terenów Publicznych piśmie stwierdził, że „należy wprowadzić w zaproponowanej inskrypcji kilka zmian”.

Danielewszczyzna

Polityk SLD odpowiada na sugestie redaktora „Gazety Wyborczej”, że Sojusz się skończył i myśli wyłącznie o tym, aby przetrwać w spokoju i względnym dostatku najbliższe lata.

 

Z reguły nie reaguję na gazetowe komentarze i pseudoanalizy. Szkoda czasu i zdrowia na przejmowanie się wykwitami wyobraźni ornitologów, którzy z obserwacji nieba wyciągają wnioski o mechanice latania (to myśl doktora Migalskiego, który jednak spróbował polatać). Potem poszczególnym ptakom przypisują nazwy konkretnych partii politycznych i odpowiadają na pytanie, kto wyżej poleci, a z upierzenia wyciągają wnioski o sile skrzydeł. Ja już z tego wyrosłem.
Jeśli zatem zareagowałem to dlatego, aby, aby skrócić męki tych pożal się Boże specjalistów od polityki, mapy politycznej, hierarchii wyników wyborczych itp. W tym także od koalicji, które mają obalić władzę PiS-u lub przeciwnie ją umocnić. Wydawało mi się, że rzecz rozumnie wyłożył Jacek Żakowski w poniedziałkowej (z 20 sierpnia) „Wyborczej”. Jednak nie wszyscy go czytają, a szkoda.
Nie przeczytał go także kolega redakcyjny Pan Michał Danielewski. Na drugiej – czyli autoryzowanej przez kierownictwo redakcji – stronie środowego (22 bm) wydania „Gazety” wydrukowano jego tekst pod tytułem: Wybory, lewica, problem”. Tekst, jak tekst, kolejne rozważania podszyte tzw. troską o lewicę, bowiem słusznie (ale nie odkrywczo) Pan Danielewski zauważa, że „bez lewicy w Sejmie odebranie władzy PiS-owi będzie niezmiernie trudne”.
Intencją autora jest wsparcie pomysłu Roberta Biedronia na stworzenie własnej formacji, której Pan Danielewski przewiduje świetlaną przyszłość. Nie będę z tym polemizował, Biedronia uważam za mądrzejszego niż jego medialni sojusznicy o nim sądzą.
Ale na tym tle Pan Danielewski wspomina o SLD. Partii, która przeprowadziła z PRL miliony ludzi do III Rzeczpospolitej, której wkładu w budowę III RP nie sposób podważyć. Dziś to partia po przejściach, która pomału, krok po kroku odbudowuje swoje wpływy, podkreślając m.in. to, że jest jedyną, wierną pokoleniu czasu przejściowego.
Nadal się liczy na scenie politycznej, a obecne kierownictwo próbuje aktywnie uczestniczyć w debacie publicznej, opierając się sekciarstwu z lewej, klerykalizmowi z prawej i pogardzie. Oto, co pisze o SLD Pan Danielewski: „Politycy administrujący masą upadłościową po SLD nie mają interesu, żeby cokolwiek zmieniać, póki żyją resztki ich elektoratu”.
To mną wstrząsnęło. Przy takim myśleniu PiS ma rzeczywiście świetlaną przyszłość. Jeśli Jarosław Kaczyński czyta tego rodzaju teksty, to zapewne śpi spokojnie. Tyle pogardy, ile jest ukryte w powyższym fragmenciku lokuje Autora w okolicach skrajnej prawicy, tuż przy ONR-ze. Może Pan Danielewski nie wie, że pogarda – i w jej następstwie wykluczanie całych grup społecznych – jest cechą twardej prawicy, z której wyrosło parę zjawisk, o których ludzkość mówi z bólem i wstydem. Tu jesteście wyjątkowo zgodni z PiS-em, które też wyklucza, ale i też stanął w obronie wykluczanych. Na szczęście robi to przede wszystkim w gębie, podobnym jest tu autorowi „Wyborczej”.
Panu Danielewskiemu do sztambucha (może nie wiedzieć o co chodzi, niech zapyta Mamy), trzy uwagi.
Pierwsza – 10 proc. SLD to ok. 2 miliony dorosłych ludzi, w tym milion aktywnych politycznie. Warto pamiętać.
Druga – we wszystkich krajach europejskich zasadnicze, twarde elektoraty to ludzie po 50-ce. Średnia wieku członków SPD to 52 lata, CDU – 58 lat. Nie widzę powodu, aby w Polsce było inaczej.
Trzecia – nie powstanie żadna koalicja ze skrywaną pogardą. SLD tej pogardy – mniej lub bardzie nasilonej – doświadczało od 1989 roku. Przywykło. Dopóki tzw. demokraci będą marudzić, że panna niezbyt piękna, nie dziewica, a i posag niezbyt obfity, to PiS będzie rządzić. A chyba nie to Panu chodzi?