Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Post scriptum

Razem z red. Aleksandrą Bełdowicz chcemy podzielić się dziennikarskim sukcesem: po naszej publikacji „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, traktującej o seksistowskim „Blogu dla mężczyzn” prowadzonym przez dwóch adwokatów ze Szczecina, strona zniknęła z sieci – najwyraźniej w toku postępowania dyscyplinarnego, o wszczęciu którego zostałyśmy powiadomione.
Od tego czasu temat rozgrzał internet do czerwoności. Sprawą zainteresowała się – grubo po nas – szczecińska „Gazeta Wyborcza”, która niestety zapomniała wspomnieć, jakie medium przyczyniło się do wzięcia pod lupę działalności adwokatów Wojciechowskiego i Stopy po godzinach.
Od tego czasu zdążyłyśmy również otrzymać wiele oburzonych wiadomości od wielbicieli bloga płci obojga. Ostatnią z notek przed usunięciem z sieci również jego autorzy poświęcili właśnie nam: pytając, dlaczego nie podjęłyśmy z nimi dyskusji na argumenty, oni wszak powoływali się na różnego rodzaju dane – na przykład o mniejszej objętości kobiecego mózgu.
Pragniemy więc odpowiedzieć na wszystkie pytania i wyjść naprzeciw wątpliwościom: prośba o naukowe zbicie tezy o tym, że kobiety (Żydzi, czarnoskórzy, Azjaci, geje, wegetarianie – wstaw dowolne) jako grupa charakteryzują się określonymi cechami osobowości lub umysłu – jest, z całym szacunkiem, perfidną manipulacją i zawracaniem głowy.

Niedopatrzenie

Pani redaktor Jolancie Kowalewskiej ze szczecińskiej „Gazety Wyborczej” należą się brawa za rozpowszechnienie oburzającego tematu, o którym dziś krzyczą media w całej Polsce. Oto dwóch adwokatów ze Szczecina założyło „Blog dla mężczyzn” – przerażający wykwit mizoginii stosowanej i seksizmu. Panowie udowadniają swoimi wpisami, że kobieta jest istotą niższą, pozbawioną uczuć, cyniczną, wykorzystującą naiwnych mężczyzn.

 

Wobec dwóch panów toczy się postępowanie dyscyplinarne. „Wyborcza” napisała o tym 28 października. Niestety „zapomniała” wspomnieć, że postępowanie to wszczęto na skutek mojej – oraz redaktor Aleksandry Bełdowicz interwencji.

Jako pierwsze nagłośniłyśmy temat na łamach portalu Strajk.eu, tekst ukazał się także w „Dzienniku Trybuna”.

Rozumiemy, że nie byłoby tak spektakularnie, gdyby „Wyborcza” zająknęła się choć słowem na temat naszej publikacji, a niedaj Pan Buk rzuciła nazwą lewicowego medium.

Oczywiście, każdy ma prawo „niezależnie” oburzyć się oburzającym tematem. Jednak dobry dziennikarski obyczaj nakazuje o sprawie choćby wspomnieć, zwłaszcza jeśli przyszło się „na gotowe”.
Ciekawa jest również reakcja dziekana szczecińskiej ORA, który w rozmowie z „GW” akcentował swoje oburzenie. Kiedy jednak zgłosiło się do niego niszowe lewicowe medium, nie był zbyt chętny do pociągnięcia kolegów po fachu do odpowiedzialności. Jasne – kiedy obszczeka cię ratlerek, nie szczególnie cię to rusza. Co innego, kiedy biegnie w Twoim kierunku wkurzony mastiff. Nadal jednak jesteśmy zdania, że włos by „Gazecie” ani autorce nie spadł z głowy, gdyby wspomniała o nas w swoim tekście. Siła mediów jest ogromna. Szkoda, że wybranych.

Kto odmieni oblicze

gościnnego, środowego salonu prof. Magdaleny Środy w „Gazecie Wyborczej” (12.09.2018) i sprawi, że na wyfroterowany parkiet dopuszczeni zostaną ciągle pomijani? Nie tylko u tej autorki, i w tym tytule.

 

Z poważnym oglądem sceny politycznej jest podobnie jak z nauką, która zdobywa prawdy niebanalne, do których trudno dotrzeć, ale zarazem interesujące, także użyteczne praktycznie. Sięga do głębszych poziomów rzeczywistości opisując istotne czynniki przemian, pomijając drugorzędne, nieodgrywające istotnej roli. Przynajmniej tak być powinno, ale zbyt często dominuje przekonanie, że na polityce, zdrowiu i czymś tam jeszcze, wszyscy się znają. A czym bardziej postać utytułowana i popularna, tym bardziej w tej pierwszej materii kompetentna.

 

O drobnych zmianach

na naszej scenie politycznej, które jednak cieszą, pisze prof. Środa:„ Barbara Nowacka weszła w związek (partnerski?) z Platformą Obywatelską i od razu formacja ta nabrała kolorów… Platforma, przynajmniej wizerunkowo, zacznie wstawać z kolan…” Niewątpliwie dzięki Nowackiej także „Grzegorz Schetyna na konwencji zaczął mówić jak nowoczesny polityk i to nie tylko dlatego, że korzystał z promptera”. Idą więc wielkie zmiany w PO, a pijarowcy napisali bossowi bardziej przystający do rzeczywistości tekst, co zresztą nie przeistacza w żadnym stopniu położenia klęczącej PO, ale jedynie jej wizerunek odmienia dla naiwnych.
„Gdyby Barbara Nowacka i liderka Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer trzymały sztamę, wpuszczając do Koalicji Obywatelskiej świeżość, lewicowość, nowoczesność i kobiecość… to – kto wie? – może zmieniłyby oblicze ziemi, tej ziemi”, Przypominając, że szeregi Platformy zasilali w swoim czasie czołowi politycy SLD, co nie przełożyło się na program i działalność tej partii, podejrzewam, że rozczaruje się Pani Profesor.
„Oblicze ziemi zamierza zmieniać również Robert Biedroń. Nie jestem w stanie zrozumieć jego krytyków” – pisze dalej M. Środa, gdyż „ ma energię, inicjatywę, urok, jest pracowity, a przede wszystkim lubi ludzi”. Ależ to zupełnie proste Pani Profesor, bowiem ważniejszy jest tu program Biedronia, nie tylko daleki ale i bardzo krytyczny wobec PO, która go serdecznie nie znosi, podobnie jak wszyscy pozostali liberałowie.
„Zapewne Inicjatywa Polska Nowackiej nigdy nie stanie się już niezależną partią” i to jest jedyna celna obserwacja tego tekstu, która i tak nie koniecznie stanie się faktem, bowiem mogą jednak nie wystarczyć dobre miejsca na listach wyborczych do samorządów, aby przytłumić lewicowe wartości młodych z IP.
Autorka, z racji stałych komentarzy na łamach „GW”, jest niewątpliwie bacznym obserwatorem sceny politycznej i stąd, aż dziw bierze, że wśród wymienianych zmian, które cieszą, nie dostrzegła konwencji SLD, w czasie której jej lider, nie z promptera, określił dwie niezależne siły i drogi dążące do odsunięcia PiS, co nota bene uważa za słuszne jedyny chyba wśród liberałów, Piotr Beniuszys („GW” z 4.09.2018).Oświadczył nadto Czarzasty, że nie ma wroga ani na lewicy, ale też wśród opozycji, zadeklarował wsparcie ruchu Roberta Biedronia oraz przedstawił lewicowe, socjaldemokratyczne wartości kreujące wizję państwa dla wszystkich.
A o Lewicy, wg Pani Profesor, jest nadal w dobrym tonie mówić tyle, co kot napłakał, czyli ile procent wyborców chce głosować na Inicjatywę Polska. I w ten sposób zmieniać oblicze, nie wspólnej, a tylko wyimaginowanej, swojej ziemi.

 

Natomiast Barbara Nowacka

na tytułowej stronie („GW”, 15-16.09.2018) wzywa: „Chcecie wygrać z PiS? Na lewo patrz!”. Ten bardzo obszerny wywiad z liderką Inicjatywy Polska wywołuje nadzwyczaj mieszane opinie. Niewątpliwie szereg wypowiedzi zasługuje na wnikliwą uwagę. A jednocześnie treść rozmowy, zaprzecza tytułowemu hasłu, bowiem zdaniem Nowackiej, nie da się aktualnie zbudować jednolitego frontu lewicy, a z partią Razem nigdy. „Oni [wyborcy – Z.T.) chcą realizacji programu i odsunięcia od władzy PiS, a nie kłótni o zawartości lewicowości w lewicowości”. Czyli na lewo patrz, to Platforma Obywatelska, albo jej lewicowe cząstki w postaci IP?
W tej wypowiedzi, łącznie z decyzją o przystąpieniu do Komitetu Obywatelskiego, kryją się przedziwne sprzeczności. Nowacka wypomina SLD „moc szyldu partyjnego” i różne poczynania, które traktuje jako bariery wspólnego działania, ale żadne z nich – podkreślam, żadne z nich – nie były nie do pokonania, i nie są warte aliansu z Platformą, której bezlitosnym krytykiem była do niedawna. Usprawiedliwia ten krok mówiąc: „Chcę postępowy program Inicjatywy wprowadzić do realnego życia ludzi. Oczywiście kompromisy nie są super-przyjemne i komfortowe, ego doskwiera, ale to polityka. Nie nastawiam się na przyjemność, chcę być skuteczna”. Z uwagi na zbieżność programu IP i SLD argument kuleje, a brak kompromisu z liczącym się na lewicy partnerem jednak zadziwia.
Okazuje się nadto, że Barbara Nowacka nie porozumiała się także z Robertem Biedroniem, z którym założyła fundację Instytut Myśli Demokratycznej, „Bo umawialiśmy się na nieco inny projekt. Na współpracę, a po powołaniu fundacji wszystko zostało dość szybko przesterowane na Roberta… Robert znalazł inną drogę do realizacji swojego celu”. Nie wróży mu zresztą sukcesu, bo: „Oczywiście wyobrażam sobie, że Robert przyciągnie Razem, ale gdy pojawi się tam też Czarzasty, Zandberg wybiegnie. Lub Biedroń nie wpuści na swoje listy zasłużonych działaczy SLD. Ja to nawet rozumiem”.
Z tym doskwierającym w polityce ego jest rzeczywiście kłopot ale porzucanie własnego logo pomysłem najlepszym zapewne też nie jest.

 

Na odmianę

Michał Sutowski – publicysta „Krytyki Politycznej” – szukający dróg odsunięcia PiS twierdzi, że „lewica polityczna powinna dziś uznać, że przeszłość oddzielamy grubą kreską. To znaczy: bierzmy odpowiedzialność za teraz i jutro, a nie za wczoraj. Wszystkich tych wyborców nie-PiS, którzy nie czują się przegranymi transformacji (a jest ich w tej grupie większość), nie należy zmuszać do przepraszania za porażki i sukcesy Balcerowicza”. Natomiast drugi ruch jest po stronie oświeconych liberałów, względnie obozu III RP. Muszą oni przyjąć do wiadomości prosty fakt, że kwestie nierówności, sprawiedliwego państwa i losu wykluczonych to nie pała do bicia po głowie Unii Wolności [raczej wszystkich solidarnościowych rządów, a na końcu Platformy Obywatelskiej – Z.T.], pożyteczny idiotyzm wobec PiS ani hipsterski socjalizm. To wyraz rosnących aspiracji różnych klas i środowisk, które połączyć może formuła: „Rzecz nie w tym, kto miał rację wtedy, ale w którym miejscu Polska jest dziś i jakiej Polski chcemy jutro”. I jeszcze: „wezwanie do wyrzeczenia się tych aspiracji zaraz po obaleniu PiS to plan wyborczego samobójstwa”.
Proponowana formuła solidaryzmu dobra była (i oby nigdy więcej) na lata śmiertelnego narodowego zagrożenia, a nie na czasy – nawet tak parszywe jak dziś – toczącego się politycznego sporu, w którym racje rozłożone są po wielu, a nie tylko po dwóch stronach. Akceptacja państwa opiekuńczego w Polsce – tak dla przypomnienia to przede wszystkim „wynalazek” i osiągnięcie socjaldemokracji, czyli lewicy – jest przez liberałów zbliżona do zera, bowiem zmusiła by ich do tego tylko groźba nowej, bolszewickiej rewolucji. Mieli zresztą okazję przez wiele lat swoich rządów, zaprzeczając wcześniejszym szumnym deklaracjom, zbudować ten kraj bardziej sprawiedliwie i mądrzej.
Nie jest też prawdą stwierdzenie o „rosnących aspiracji różnych klas i środowisk”, gdyż nawet minimalne oczekiwania od początku III RP nie były spełniane, a jawna niesprawiedliwość zamiatana pod dywan. Tak więc powyższy projekt wart jest tyle samo, co niedawny pomysł Rafała Wosia o sojuszu PiS – lewica.
Roszczenia polskiej lewicy, w tym także SLD, nie sprowadzają się jedynie do łaskawego podzielenia się kawałkiem tortu, a idą o wiele dalej, postulując odpowiedzialną politykę historyczną, państwo świeckie, trwałe członkostwo w Unii Europejskiej, przestrzeganie konstytucji, praworządność, społeczeństwo obywatelskie (w tym samorządy), prawa kobiet i prawa wolnościowe. A to już stanowczo za dużo nawet dla oświeconych liberałów, którymi mieni się także PO.
Dla wyjaśnienia dodam jeszcze, że współrządzące socjaldemokracja i chadecja, konkurując ale i wyrażając szacunek dla partnera, znajdują consensus w imię interesów wspólnego niemieckiego państwa, natomiast u nas ktoś ciągle chce ukraść Polskę dla siebie.

 

Ten stan rzeczy,

wyrażał się od samego początku III RP traktowaniem lewicy jako postkomunistów, których jedynym celem jest powrót do czasów PRL-u, bądź własne urządzenie się. Warto tu przypomnieć jakże charakterystyczną wypowiedź ówczesnego prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza, który już 19 września 1995 roku napisał: „Wiem dobrze, że zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego [w wyborach na prezydenta RP – Z.T.] przekreśla w praktyce perspektywę szybkiego przyjęcia do NATO. (…) Nie będzie wspierać wartości rodzinnych obóz polityczny, który nie chce uznać, że wartości moralne są podstawowym kośćcem społeczeństw, że chrześcijańska tożsamość narodu jest na dłuższą metę jedyną gwarancją jego przetrwania”. Można by zapewne znaleźć podobną opinię kolejnego oświeconego liberała na temat Leszka Millera, który nie gwarantował wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. A jeszcze wcześniej był Józef Oleksy rosyjskim szpiegiem Olinem, a dużo później do nieprawdopodobnych granic rozdmuchano tzw. Aferę Rywina. Dlatego zapewne, w myśl oświeconych liberałów, SLD wolno było mniej w demokratycznym porządku III RP.
W najnowszym wywiadzie dla OKO.press mówił Włodzimierz Czarzasty: „Czytam takie artykuły: „Musi się pojawić siła, która będzie miała osiem, dziesięć procent na lewicy, która zintegruje pozostałych”. Chciałem powiedzieć, że jest taka siła. Ona się nazywa Sojusz Lewicy Demokratycznej. Tylko ja jestem nieestetyczny, bo ja jestem postkomunistą.”
Kiedy wreszcie nastanie normalność, aby rzeczywiście zmienić oblicze ziemi, tej ziemi???

Głos Lewicy

Czym jest samorządność

– PiS nie rozumie tego czym jest samorządność, czym są samorządy. Jako absolutny skandal odbieram te wypowiedzi przy prezentacji niektórych kandydatów, kiedy wspominano, że jeżeli ten kandydat z PiS wygra to wtedy współpraca z rządem będzie układała się lepiej, że pieniędzy dla tych samorządów będzie więcej – oceniła konwencję wyborczą Prawa i Sprawiedliwości Katarzyna Piekarska.

– Wybierają ludzie i jeżeli wybiorą kandydata z innego ugrupowania niż PiS to obowiązkiem tego rządu jest to, żeby również współpracować z nim dla dobra tych małych ojczyzn – oświadczyła polityczka SLD w radiu TOK FM.

– Samorząd jest czymś innym niż parlament i mamy w nim mocno egzotyczne koalicje i dlatego ważne jest, aby wybierać takich radnych, którzy potrafią prowadzić dialog także z przedstawicielami innych ugrupowań – stwierdziła Piekarska.

 

Związki rządzą!

– Jeżeli ktoś jest lewicowcem i deklaruje się jako lewicowiec, to nie powinien flirtować z Platformą oraz Nowoczesną, ponieważ łamie sobie kręgosłup ideowy. Barbara Nowacka ma na lewicy o wiele więcej przyjaciół, niż w PO – oświadczył Krzysztof Gawkowski w programie „Fakty po Faktach”.

– Sojusz Lewicy Demokratycznej popełniał błędy, ale jest to partia na lewicy posiadająca realne szanse na wejście do parlamentu i jeżeli chcemy odsunąć PiS i partie prawicowe od władzy, to powinniśmy szukać porozumienia w rodzinie lewicowej – ocenił wiceprzewodniczący Sojuszu.

– Nie namawiam do małżeństwa, ale do związku partnerskiego, w którym wszyscy możemy mieć swoje zdanie – stwierdził Gawkowski.

 

Kościół wszędzie

– Nie zdarzają się uroczystości w mieście, w których nie uczestniczyliby biskupi. Kościół wpycha się wszędzie, szczególnie tam, gdzie można zarobić pieniądze – tłumaczył Andrzej Rozenek i przypomniał sprawę planowanej budowy wieżowca przy ul. Emilii Plater.

– On jest tam budowany, ponieważ jest to ziemia Kościoła. Gdyby to była ziemia zwykłego przedsiębiorcy, to nikt by się na to nie zgodził, bo jest to element wietrzenia stolicy i nie powinno się tam budować żadnych wysokich budynków – wyjaśnił kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy w radiu TOK FM. Dodał, że ponieważ jest to ziemia kościelna, „przymknięto oczy na wszystkie procedury”.

– Gdy zostanę prezydentem, nie będzie taryfy ulgowej dla żadnego wyznania. W przypadku wieżowca przy ul. Emilii Plater trzeba będzie sprawę jeszcze raz rozpatrzyć i zobaczyć, czy będzie można się z tego wycofać tak, by nie narażać miasta na duże koszty – podsumował kandydat.

 

Bez „Europejczyków” proszę!

Instytut Pamięci Narodowej ocenzurował napis na tablicy, która ma upamiętniać prof. Bronisława Geremka. IPN nie spodobało się określanie profesora mianem „Europejczyk” oraz uznanie go za „współtwórcę demokratycznej Polski” – tak donosi „Gazeta Wyborcza”.

Głaz z napisem upamiętniającym prof. Bronisława Geremka ma być odsłonięty 19 września na skwerku jego imienia przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Królewskiej w Warszawie. Jednak w ostatniej chwili napis na tablicy pamiątkowej zakwestionowało IPN-owskie biuro Upamiętnienia Walk i Męczeństwa (takie uprawnienia daje mu ustawa o IPN). Jego dyrektor Adam Siwek w przesłanym do Zarządu Terenów Publicznych piśmie stwierdził, że „należy wprowadzić w zaproponowanej inskrypcji kilka zmian”.

Danielewszczyzna

Polityk SLD odpowiada na sugestie redaktora „Gazety Wyborczej”, że Sojusz się skończył i myśli wyłącznie o tym, aby przetrwać w spokoju i względnym dostatku najbliższe lata.

 

Z reguły nie reaguję na gazetowe komentarze i pseudoanalizy. Szkoda czasu i zdrowia na przejmowanie się wykwitami wyobraźni ornitologów, którzy z obserwacji nieba wyciągają wnioski o mechanice latania (to myśl doktora Migalskiego, który jednak spróbował polatać). Potem poszczególnym ptakom przypisują nazwy konkretnych partii politycznych i odpowiadają na pytanie, kto wyżej poleci, a z upierzenia wyciągają wnioski o sile skrzydeł. Ja już z tego wyrosłem.
Jeśli zatem zareagowałem to dlatego, aby, aby skrócić męki tych pożal się Boże specjalistów od polityki, mapy politycznej, hierarchii wyników wyborczych itp. W tym także od koalicji, które mają obalić władzę PiS-u lub przeciwnie ją umocnić. Wydawało mi się, że rzecz rozumnie wyłożył Jacek Żakowski w poniedziałkowej (z 20 sierpnia) „Wyborczej”. Jednak nie wszyscy go czytają, a szkoda.
Nie przeczytał go także kolega redakcyjny Pan Michał Danielewski. Na drugiej – czyli autoryzowanej przez kierownictwo redakcji – stronie środowego (22 bm) wydania „Gazety” wydrukowano jego tekst pod tytułem: Wybory, lewica, problem”. Tekst, jak tekst, kolejne rozważania podszyte tzw. troską o lewicę, bowiem słusznie (ale nie odkrywczo) Pan Danielewski zauważa, że „bez lewicy w Sejmie odebranie władzy PiS-owi będzie niezmiernie trudne”.
Intencją autora jest wsparcie pomysłu Roberta Biedronia na stworzenie własnej formacji, której Pan Danielewski przewiduje świetlaną przyszłość. Nie będę z tym polemizował, Biedronia uważam za mądrzejszego niż jego medialni sojusznicy o nim sądzą.
Ale na tym tle Pan Danielewski wspomina o SLD. Partii, która przeprowadziła z PRL miliony ludzi do III Rzeczpospolitej, której wkładu w budowę III RP nie sposób podważyć. Dziś to partia po przejściach, która pomału, krok po kroku odbudowuje swoje wpływy, podkreślając m.in. to, że jest jedyną, wierną pokoleniu czasu przejściowego.
Nadal się liczy na scenie politycznej, a obecne kierownictwo próbuje aktywnie uczestniczyć w debacie publicznej, opierając się sekciarstwu z lewej, klerykalizmowi z prawej i pogardzie. Oto, co pisze o SLD Pan Danielewski: „Politycy administrujący masą upadłościową po SLD nie mają interesu, żeby cokolwiek zmieniać, póki żyją resztki ich elektoratu”.
To mną wstrząsnęło. Przy takim myśleniu PiS ma rzeczywiście świetlaną przyszłość. Jeśli Jarosław Kaczyński czyta tego rodzaju teksty, to zapewne śpi spokojnie. Tyle pogardy, ile jest ukryte w powyższym fragmenciku lokuje Autora w okolicach skrajnej prawicy, tuż przy ONR-ze. Może Pan Danielewski nie wie, że pogarda – i w jej następstwie wykluczanie całych grup społecznych – jest cechą twardej prawicy, z której wyrosło parę zjawisk, o których ludzkość mówi z bólem i wstydem. Tu jesteście wyjątkowo zgodni z PiS-em, które też wyklucza, ale i też stanął w obronie wykluczanych. Na szczęście robi to przede wszystkim w gębie, podobnym jest tu autorowi „Wyborczej”.
Panu Danielewskiemu do sztambucha (może nie wiedzieć o co chodzi, niech zapyta Mamy), trzy uwagi.
Pierwsza – 10 proc. SLD to ok. 2 miliony dorosłych ludzi, w tym milion aktywnych politycznie. Warto pamiętać.
Druga – we wszystkich krajach europejskich zasadnicze, twarde elektoraty to ludzie po 50-ce. Średnia wieku członków SPD to 52 lata, CDU – 58 lat. Nie widzę powodu, aby w Polsce było inaczej.
Trzecia – nie powstanie żadna koalicja ze skrywaną pogardą. SLD tej pogardy – mniej lub bardzie nasilonej – doświadczało od 1989 roku. Przywykło. Dopóki tzw. demokraci będą marudzić, że panna niezbyt piękna, nie dziewica, a i posag niezbyt obfity, to PiS będzie rządzić. A chyba nie to Panu chodzi?

A to ci historia!

W polskich warunkach nie sposób uwolnić się od niej. Powraca każdego dnia za sprawą publicystów,  znawców przedmiotu, różnych takich innych, a jeszcze częściej polityków.

 

Maciej Janowski pisząc w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej” o okresie średniowiecza zwraca uwagę, że „trzeba dokonać myślowego wysiłku, przyjąć, że ludzie w dawnych czasach, choć inni od nas, nie byli od nas głupsi. Trzeba odrzucić wiarę, że nasze czasy zjadły wszystkie rozumy, i uznać, że każda epoka może być oceniana tylko w swoich własnych kategoriach”. Ta opinia, skądinąd bardzo słuszna, nie jest akceptowana na pozostałych stronach tego tytułu gdy idzie o okres Polski Ludowej i ludzi którzy ją nie tylko tworzyli, wywianowali na uznawane przez cały świat państwo, ale także, w miarę istniejących warunków i możliwości, walnie przyczynili się do rozwoju tego kraju. Taka to i symetryczna polityka tego tytułu, w której brakuje „myślowego wysiłku”.

 

1000 lat temu nad Bugiem,

o czym przypomina we wspomnianym historycznym dodatku prof. Przemysław Urbańczyk, miała miejsce ważna w naszej historii bitwa. Nie wiem czy lead do tego tekstu jest autorstwa Profesora czy też redakcji – zresztą wszystko jedno – a jego początek brzmi następująco: „Świętujemy 22 lipca! Ale nie rocznicę tzw. Manifestu Lipcowego z 1944 r., lecz wydarzenie sprzed tysiąca lat!: 22 lipca 1018 r. armia Bolesława Chrobrego pokonała wojska ruskie księcia Jarosława Mądrego”.
Szczególne dopełnienie w postaci „tak zwany” napisano chyba zbyt pośpiesznie, bo w tym wypadku zawiera ono negatywną informację o wspomnianym Manifeście, a więc jego nazwę należało napisać małymi literami, gdyż nie był on, w tym rozumieniu, żadnym prawdziwym tego rodzaju aktem. Istnieje także drugie wytłumaczenie użycia „tak zwany”, które stosuje się dezawuując, pomniejszając czyjeś zasługi lub wartość czegoś. Z powyższego wynika niezbicie, że wartość wspomnianego Manifestu Lipcowego, nawet po siedemdziesięciu czterech latach, jest dziś na tyle duża, że należy ją nawet takimi kąśliwymi chwytami pomniejszać, albo wręcz usuwać ze świadomości naszego społeczeństwa. I to przy każdej, nadarzającej się okazji, nawet tak odległej jak czasy średniowiecza.

 

Szlachectwo zobowiązuje

to tytuł sporego tekstu w „GW”, nawiązującego do lat czterdziestych ubiegłego wieku, w których nowa władza (czytaj ludowa, albo komunistyczna – kto co woli) pozbawiła polskie wielkie ziemiaństwo dóbr i skazało je na życie o wiele mniej dostatnie. Pomysł takiego tematu nie jest nowy, bo już „Polityka” w ubiegłych latach siedemdziesiątych o byłych polskich rodzinach magnackich i dalszych losach tej grupy sporo napisała.
W tekście „GW” uderza nuta współczucia i żalu po ich starcie, a wręcz kuriozalnym jest następujący fragment: „Ich obecność na pewno zaktywizowałaby społeczność lokalną… Ale wiemy, jak było, A dzisiejsza władza, wzorem Lenina, chce się pozbywać nawet tych elit, które są. Tylko na kogo je wymieni? Pamiętajmy, że demokracje bez elit upadają.” Jak wszyscy dobrze wiemy z minionych dziejów magnackie i ziemiańskie rody aktywizowały społeczności lokalne mocno trzymając je za twarz, a i w Sejmie II RP nie dopuściły do przeprowadzenia, nawet częściowej reformy rolnej. Najlepszy dowcip tygodnia: wielcy posiadacze ziemscy jako elity postaw demokratycznych.
Ale jeszcze zabawniejszym jest sam tytuł, bowiem, nie odbierając niczego chlubnym wyjątkom, to szlachectwo zobowiązywało na ogół do nadzwyczajnej dbałości o swoje dobra. Potoccy z Łańcuta w czasie II wojny światowej nie byli prześladowani przez Niemców, a w zamku mieścił się sztab Wehrmachtu. Przed wkroczeniem Armii Czerwonej Alfredowi Potockiemu udało się uciec na Zachód i bardzo wiele dóbr zamkowych – za pozwoleniem Niemców – wywieźć. Opowiadano, że było to kilkanaście bądź kilkadziesiąt wagonów. A współcześnie Czartoryscy też zrobili niezły deal z wicepremierem Glińskim.
Na pocieszenie dodam, że potomkowie wielkich magnackich rodów, tak w PRL-u, jak też w III RP urządzili się nie najgorzej dzięki wykorzystaniu swoich atutów (wykształcenie, znajomość języków obcych i umiejętność zarządzania) oraz rodzinnym koneksjom, w odróżnieniu od autorki artykułu, która klęcząc na kolanach prowadziła z nimi rozmowy.

 

Lenin jako pożyteczny idiota

Tym razem to tytuł tekstu nie dziennikarki a znanego profesora-historyka Tomasza Nałęcza, który napisał: „Fatalne dla Polaków stanowisko ententy, pozostawiające ich w rosyjskiej strefie wpływów, zmieniła dopiero kolejna rewolucja w Rosji, tym razem bolszewicka, z listopada 1917 r. Nie chodzi tu o deklaracje składane w sprawie Polski przez bolszewików i ich lidera Lenina, tak bardzo nagłaśniane przez komunistyczną propagandę. Były one nic niewartym, agitacyjnym frazesem. Rzeczywistą strategię bolszewików pokazała agresja z 1920 r. zmierzająca do podboju Polski.” Przykro mi, Panie Profesorze, ale ten pański wywód ma jedynie propagandowy charakter. Pisze Pan, że rewolucja bolszewicka miała znaczenie dla suwerenności Polski, a następnie uważa jej deklaracje tylko za propagandę. Odnajduję tu najzwyklejszy brak logiki. Nadto należy wyjaśnić, że „rzeczywista strategia bolszewików” wcale nie zmierzała do podboju Polski, a do wywołania rewolucji w zrewoltowanych wtedy Niemczech. Polska była tylko na drodze ku temu zamierzeniu, a sprawa jest powszechnie znana; pisze o tym m. in. historyk Victor Sebestyn w pracy „Lenin”.
I jeszcze Nałęcz: „perspektywa bolszewickiego zwycięstwa w wojnie domowej zmusiła Zachód do poszukiwania we wschodniej Europie nowych sojuszników potrzebnych do szachowania Niemiec, a także jako wal chroniący przed ekspansją komunizmu. Zrodziło to niezwykle korzystną koniunkturę dla Polski, która miała wszelkie dane, by stać się najważniejszym sojusznikiem Zachodu w regionie. Tę dziejową szansę Polacy wykorzystali znakomicie. W szybkim tempie zbudowali sprawne, dobrze zorganizowane państwo, z rozległym terytorium i silną armią. Z powodzeniem odparło ono sowiecką agresję z 1920 r. zmierzającą do przywrócenia rosyjskiej dominacji.” Wszystko to prawie prawda tyle, że ponownie staliśmy się „przedmurzem chrześcijaństwa”, a znając późniejsze wydarzenia wyszliśmy na tej polityce naszych zachodnich sprzymierzeńców i sojuszników, jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Ale Pan profesor pisał przecież tekst tylko o idiocie Leninie.

 

Minister Beck miał rację

Pod takim tytułem, tym razem w „Sieci”, ukazał się tekst Romualda Szeremietiewa omawiający książkę „Ribbentrop – Beck”, stanowiącą druzgocącą krytykę wszystkich teorii na temat sensu zawarcia wspólnego przymierza Polski z III Rzeszą we wspólnym marszu przeciw Związkowi Radzieckiemu. Temat jest niejako przejrzały, bo tym irracjonalnym pomysłom dano już wcześniej odpór. Wracam do niego gdyż w ramach tzw. political fiction żadnemu autorowi rozważającemu tamten czas na myśl nie przyszło, że w zaistniałej wtedy międzynarodowej sytuacji, alternatywą nie był pakt Ribbentrop – Beck, a pakt Mościcki – Beneš.
Publicystom przesiąkniętym nienawiścią do dawnego ZSRR i współczesnej Rosji, a zadufanym w potęgę i znaczenie tamtej Polski nie mogło przyjść do głowy to rozwiązanie, być może nie najlepsze, ale możliwe, gdy związek Polski z Czechosłowacją, wspólnie zagrożonych przez hitlerowskie Niemcy, stanowił jedyną szansę jakiegoś skutecznego oporu. O bardzo poważnym przemyśle zbrojeniowym Czech (wykorzystanym później nadzwyczaj owocnie przez okupanta niemieckiego) pisze również Szeremietiew, a dodać jeszcze należy nieźle uzbrojoną, także w broń pancerną i transport, armię oraz poważne fortyfikacje na zachodniej granicy tego kraju. Wspólny wysiłek przemysłów obronnych oraz sztabów wojskowych, wraz z twardym, jednolitym politycznym odporem stanowiłby poważny orzech do zgryzienia przez agresora.
Wrogość rozpoczęta granicznymi sporami po I wojnie światowej, potem odmienna polska optyka międzynarodowa, wreszcie lekceważenie południowego sąsiada, budowały przez lata co najmniej chłodne stosunki. Czesi zapewne podobne uczucia odwzajemniali Polsce. Nie mogło to jednak stanowić barier nie do przekroczenia w sytuacji śmiertelnego niemieckiego zagrożenia. Zakończyła się ta szansa jak u nas zwykle: my tryumfalnie zajęliśmy w 1938 roku Zaolzie, a potem Hitler powybierał nas razem, jak ślepe kocięta.
I nadziwić się tylko nie można, że zabrakło wizji takiego właśnie polsko-czechosłowackiego paktu obronnego tak ówczesnym politykom jak też współczesnym autorom political fiction.
Szeremietiew poucza także: „Historyk powinien ustalić, co zdarzyło się w przeszłości, a zgromadzone fakty powiązać z sobą, przedstawiając cały przebieg procesu…rzetelne przedstawienie faktów ma zasadnicze znaczenie przy wyciąganiu wniosków z przeszłości. Nie można bowiem wyciągnąć prawidłowych wniosków, jeśli będziemy się posługiwać półprawdami albo niekompletną wiedzą. Rygory, jakim powinien się poddać historyk, czasem zdają się nie obowiązywać publicystów używających historii w prezentowaniu własnych poglądów i opinii.” Też bardzo mądra opinia i podobnie jak w „GW”, nie przestrzegana w „Sieci”, a sam autor w ramach political fantasy swój wywód na końcu powiązał z ukochanym w tym środowisku atakiem na współczesną Rosję.

 

Spółka Akcyjna Energa,

poza swoimi podstawowymi usługami na rzecz przemysłowych i indywidualnych odbiorców, aktywnie włączyła się w nurt historii reklamując swoją działalność następującym hasłem: „Patriotyzm źródłem dobrej energii”. Poza tą, nadzwyczaj mądrą i głęboką sentencją, możemy jeszcze pooglądać sylwetkę żołnierza-mańkuta, bo w lewej ręce trzyma broń, wysoko lecący polski bombowiec Łoś i nisko jakiś inny niemiecki samolot, oraz bunkier na pierwszym planie. Ciarki przechodzą po grzbiecie, gdy czytam jeszcze, że i Energa dba o historię przekazywaną od pokoleń.

Salonowcy w lupanarze

„Gazeta Wyborcza” to – jak wiadomo – ostoja i strażnica kultury politycznej i kultury w ogóle. To wzorzec (jak wzornik w Sèvre pod Paryżem dla metra w systemie miar i wag) dobrych obyczajów i dobrego smaku.

 

To istne ucieleśnienie Herbertowskiej potęgi smaku. Bezkompromisowo obnaża i piętnuje wszelkie prostactwo, prymitywizm i chamstwo. I wytrwale powtarza „warto być przyzwoitym”. W weekendowych wydaniach zamieszcza wywiady z intelektualistami i eseje tak wyrafinowane, tak subtelne, że aż głowa boli. Jest więcej niż opiniotwórcza, bo wzorotwórcza. Wyznacza standardy tak salonowe (i właśnie pod hasłem Salonu znienawidzona jest przez Łysiaka i jego fanów), że podobnie jak według szefa podwładni ustawiają zegarek, tak ludzie kulturalni orientują się według niej, jak wymawiać Ą i Ę, czy jeść nożem, czy widelcem. Słowem, Polak kulturalny oddycha i mówi Gazetą Wyborczą. Jest tu wytwornie, elegancko i subtelnie… o ile nie chodzi o Rosję.
W sobotę 7 lipca piłkarska drużyna Rosji (jakim prawem zaszła dalej niż nasze Orły?) – rozgrywała mecz w ćwierćfinale Mundialu. Z tej okazji Gazeta Wyborcza zamieściła w magazynie świątecznym pikantny i doprawdy przezabawny artykuł z gatunku ciekawostek. Artykuł na całe dwie strony: »Mundialowy seksualny zawrót głowy. Rosyjska dziewczyna szuka chłopaka.« Autor? A któż by inny? Niezawodny weteran walki na froncie rosyjskim, redaktor Wacław Radziwinowicz. Ma on do walki motywację silną i osobistą, bo państwo Putina postarało się, by wyłącznie źle mógł pisać o Rosji wyłącznie stąd, z Warszawy, a nie stamtąd, z Moskwy. Od dłuższego czasu Pan Redaktor ma status zdalnego korespondenta. Donosi on czytelnikom, co widzi w Rosji z Warszawy „na podglądzie”. A widzi sokolim okiem tylko panoptikum, mógłby zostać kustoszem Kunstkamery. Doniesienia są zawsze namiętne i pikantne, monotonnie przewidywalne; lecz tym razem korespondent-wygnaniec przeszedł samego siebie.
W wyeksponowanym nagłówku czytamy: »Rosjanie są obrażeni, że Rosjanki „puszczają się” z obcymi kibicami. Rosjanki odpowiadają: „Może i obcy, ale są uśmiechnięci, pachnący i grzeczni”«. W tekście wielokrotnie powtarza się wątek: cudzoziemcy czyściutcy, pachnący, szarmanccy; rosyjscy mężczyźni niedomyci, śmierdzący potem, prostacy. Ponadto – dowiadujemy się – to impotenci.
Rosjanie, Rosjanki. Chodzi o niektórych, niektóre, brzmi jak o wszystkich. Ot, takie wymowne, sugestywne niedopowiedzenie, kiedy ze zdania wynika więcej niż formalnie powiedziano.
Na dwóch stronach autor z lubością, z widocznym ubawieniem cytuje i komentuje dyskusję w rosyjskich gazetach i w internecie na temat puszczalskich „Nataszek”. Tych, jak wynika z tekstu, jest cały legion. A puszczają się z cudzoziemcami – jak się dowiadujemy – tak masowo i gorliwie, że np. w aptekach w szacownym centrum Moskwy raz po raz brakuje prezerwatyw.
Z przejęciem i zrozumieniem cytuje Pan Redaktor z internetowej strony „Komsomolskiej Prawdy” pewną 30-letnią blondynkę. »Opisuje ona wieczór, kiedy w sumie przypadkiem trafiła do klubu pełnego gości mistrzostw. I zachwyca się: „Nie zdążyłam jeszcze wejść do środka, a już zrozumiałam, że to jest to! Boże, gdzie ja byłam wcześniej? Cała wielka sala była pełna ślicznych, zadbanych, czarujących, dobrze pachnących mężczyzn. I oni się uśmiechają, mówią komplementy, chcą rozmawiać, proponują drinki. Uśmiechający się Amerykanie, wysocy Niemcy, inteligentni Belgowie. Panie! Jak pięknie.”
Oczywiste! Kibice, o ile to nie Rosjanie, ale przybysze z cywilizowanego świata, z istoty swej są – zwłaszcza po meczu i po dalszych wrażeniach w klubie, w pubie, na dyskotece – pachnący, trzeźwi, wytworni. Rosyjscy mężczyźni – jak wynika z tych miarodajnych impresji ich niektórych rodaczek spragnionych odmiany i przygody – to niechlujne, leniwe i chamowate brudasy. Inni nie istnieją, skoro nie o innych tu mowa. Pan Redaktor taktownie tylko powtarza słowa „Rosjanek” ze zbioru liczebnie nieokreślonego, nie wdając się w statystyczne niuanse. Brakuje tu jeszcze tylko – jak na gazetę z literackiego panteonu – cytatu z Lermontowa („Proszczaj, niemytaja Rossija”), choć w jego wierszu niezupełnie o to chodziło.
Z nieskrywaną satysfakcją Pan Redaktor relacjonuje rosyjską „kłótnię w rodzinie” – burzliwą krytykę, głosy potępienia rodaczek oskarżanych o urąganie narodowej godności. I ze wzruszającą empatią przytacza pyskate repliki tych „Nataszek”. »Zupełnie otwarcie, z fizjologicznymi detalami dowodzą, że Rosjanie to najgorsi, najbardziej nieporadni kochankowie w świecie.« No, prawdziwy dżentelmen. I opiekun milionów niespełnionych Rosjanek. Tak przejęty ich niedolą, że aż ślina mu kapie.
Gazeta Wyborcza mniema o sobie, iż praktykuje – pod każdym względem – arystotelesowską zasadę złotego środka; jakoby zawsze ma jednakowy dystans do skrajności ze wszelkich możliwych stron. W tej publikacji jakby z brukowca wziętej rzeczywiście znalazła się pośrodku. Pośrodku w skali żenady i niesmaku – między doktorem Goebbelsem z jego finezyjnymi receptami na filmy o Żydach a doktorem Kaczyńskim z jego wywodem o pasożytach i obrzydliwych chorobach roznoszonych przez uchodźców.
Bronisław Łagowski zebrał w jednym tomie („Polska chora na Rosję”) katalog przejawów wiadomej obsesji i fobii. Dorzucam mu ten kwiatek do kolekcji.

Kłamstwo wyborcze(j)

Paweł Wroński, w Gazecie Wyborczej, opisując dokonania ministrów obecnego rządu, a w tym dorobek byłego ministra Jurgiela, tego od rolnictwa, napisał: …stadniny koni w Janowie Podlaskim nie udało się zniszczyć ani hitlerowcom, ani komunistom… Udało się to dopiero ministrowi Jurgielowi. Można powiedzieć, Wyborcza bardzo często mijała się z prawdą pisząc o PRL, robiła to celowo i uznać to należy za normę. Sprawa jest jednak głębsza. Media liberalne atakują media rządowo-reżimowe, czyli też prawicowe, że te kłamią na zamówienie rządzących. Dlaczego kłamie redaktor Wroński? Bo jak pisze o PRL musi kłamać, ma to w genach.
Prawda jest taka, że owi komuniści ściągnęli resztki koni do Janowa, które hitlerowcy wywieźli do Niemiec i przez dziesiątki lat odbudowywali stado i obiekty stadniny. Wystarczyło zajrzeć do Internetu i tam wszystko jest napisane. Red. Wroński uznał, że stadnina ostała się tylko dlatego, że komunistom nie udało się jej zniszczyć. Walka dwóch skłóconych frakcji post styropianowych toczy się teraz na śmierć i życie, kiedy jednak przychodzi do opisu czasów PRL strony są zgodne w ocenie tamtych czasów. Red. Wroński potwierdził to dosadnie. I jak tu nie być symetrystą. Owi kłamcy mają pretensje, że SLD nie chce związywać antypisowskiej koalicji z PO czy kimś tam. Plują nam w twarz i mówią: chodźcie z nami. Dokąd?

Krótka pamięć

„Mundial zajął obywateli, a w tym czasie rząd podnosi VAT i wiek emerytalny” – martwi się losem Rosjan i Rosjanek dział biznesowy „Gazety Wyborczej”.

 

Dziennikarze z Czerskiej, podobnie zresztą, jak spece od gospodarki z innych tytułów postanowili zdemaskować kolejny niecny plan Kremla. Z depeszy, która zrobiłą futorę w polskich mediach dowiedzieliśmy się, że podczas gdy Putin z Miedwiediewem oklaskiwali piłkarzy Sbornej z trybuny honorowej, ich urzędnicy aplikowali społeczeństwu pakiet antyspołecznych reform.

I faktycznie, nie ma dobrych wiadomości dla przeciętnego Rosjanina. Komunikat ogłoszony w dniu pierwszego meczu mówi o podniesieniu głównej stawki podatku VAT z obecnego poziomu 18 proc. do 20 proc. od 1 stycznia 2019 r. Premier Dmitrij Miedwiediew tłumaczył wparwdzie, że takie rozwiązanie pozwoli wygenerować dodatkowych 600 mld rubli, czyli ok. 9,6 mld dolarów, które zostaną przeznaczone na program podobny do naszego 500 plus, podwyżkę płacy minimalnej w budżetówce, a także na inwestycje w służbę zdrowia i infrastrukturę, a więc na zmianach mają skorzystać przede wszystkich osoby o najniższym statusie materialnym, jednak takie tłumaczenie jest kompletnie niewiarygodne. Dlaczego? Wszystko przez system podatkowy i mechanizm redystrybucji dochodów, który w Rosji, podobnie zresztą jak w Polsce, nie ma nic wspólnego ze społeczną sprawiedliwością. W jednym i drugim kraju główne źródło dochodów budżetowych stanowi podatek od towarów i usług. W Rosji wpływy z podatku VAT stanowią ponad jedną trzecią ogólnych wpływów. W Polsce jest jeszcze gorzej, bo aż 44 proc. Dla bogatych VAT nie stanowi szczególnego problemu. Dla biednych – jest to poważne obciążenie w miesięcznym budżecie, bo jego wzrost oznacza wyższe ceny żywności i dóbr podstawowych.

Niewielkim pocieszeniem dla Rosjan może być zapewnienie premiera, że podwyżki nie obejmą ulgowych stawek VAT obowiązujących obecnie m.in na żywność dla dzieci i lekarstwa. Druga wiadomość dotyczy wieku emerytalnego. który obecnie wynosi 60 lat dla mężczyzn i 55 lat dla kobiet. Dla mężczyzn próg ten ma rosnąć stopniowo do 65 lat w 2028 roku, dla kobiet – do 63 lat w 2034 roku. W tym wypadku sprawa jest nieco bardziej złożona, bo średnia długość życia w Rosji ostatnio wyraźnie wzrosła, a więc podwyższenie progów uprawniający do poboru świadczeń jest w jakimś stopniu uzasadnione, choć też, co warto podkreślić – nie jest też absolutną koniecznością.

Rosja wydała na Mundial ponad 12 miliardów dolarów. To niebotyczna kwota, które z pewnością, co potwierdzają zresztą tamtejsi politycy i eksperci, nigdy się nie zwróci. Celem jest efekt propagandowy – piłkarskie święto ma pokazać siłę i zdolności organizacyjne państwa zmodernizowanego przez ekipę Władimira Putina. Żałosne są jednak pojękiwania i utyskiwania na ciężką dolę rosyjskich obywateli w wykonaniu dziennikarzy mediów głównego nurtu w Polsce. Dlaczego? Wystarczy przypomnieć sobie rok 2012, kiedy tuż przed piłkarskim Euro rząd PO podniósł wiek emerytalny polskim obywatelom, wydając jednocześnie miliardy na organizacje sportowych igrzysk. Ci sami dziennikarze klepali wówczas pacierze o ekonomicznej racjonalności takiej decyzji, a protestujacych przeciwko podwyżce związkowców z „Solidarności” przedstawiali jako ludzi nieodpowiedzialnych, którzy „chcą w Polsce drugiej Grecji”.

Ten sam liberalny ściek medialny wylał się również na komitet „Chleba Zamiast Igrzysk”, który w dniu inauguracji polskiej części Euro w Poznaniu zorganizował największą w tamtym roku demonstracje przeciwko antyspołecznym cięciom i oszczędnościom. Aktywiści słyszeli wówczas, że przynoszą Polsce wstyd, a psucie „atmosfery piłkarskiego święta” zakrawa na zdradę narodową. Tylko dlatego, że ośmielili się zauważyć, że podczas gdy na organizację turnieju piłkarskiego wydaje się miliardy złotych, w całej Polsce obcina się wydatki na realizację podstawowych potrzeb społecznych – zamykane są przedszkola, szkoły i domy kultury, wzrastają opłaty za żłobki, komunikację publiczną i mieszkania. Prywatyzuje się lub zamyka przychodnie, szpitale i zakłady pracy. Brakuje pieniędzy na walkę z bezrobociem, które wciąż rośnie. Znacznie podniesiono opłaty za żywność, gaz, prąd, paliwo, wodę i leki. Wszystko dlatego, że ktoś postanowił wybudować stadiony.

Tak więc, kiedy dzisiaj żurnaliści z Agory donoszą o tym, jak Putin ograbia swoich obywateli, warto im przypomnieć – sześć lat temu byliście tubą propagandową rządu, który czynił dokładnie to samo.