Matury: rząd PiS złamał prawo

Skierowanie nowelizacji ustawy oświatowej do parlamentu
bez przeprowadzenia konsultacji stanowi przykład totalitaryzmu
w działaniach obecnej ekipy. Nie pierwszy i nie ostatni.

Skrócona definicja mówi, że totalitaryzm to system rządów, w którym państwo kontroluje społeczeństwo i stara się nadzorować wszystkie aspekty życia publicznego oraz prywatnego na tyle, na ile to możliwe.
Charakterystycznymi cechami państw totalitarnych są: autokratyzm (w szczególności zasada wodzostwa), jak najszersze kontrolowanie przez aparat władzy życia obywateli, ingerencja w ich przekonania i zachowania oraz rozbudowana propaganda (często fałszująca obraz rzeczywistości).
Z powyższej definicji wynika aż nazbyt wyraźnie, że obecna ekipa zmierza do totalitaryzmu w Polsce (zmierza – bo choć próbuje, to jeszcze nie zdołała rozciągnąć kontroli nad społeczeństwem).

Władza nie chciała porozumienia

Najnowszym przykładem totalitaryzmu jest nie przeprowadzenie przez rząd PiS konsultacji publicznych, związanych z obecną nowelizacją prawa oświatowego.
Nowelizacja ta stwierdza, iż klasyfikacji uczniów i ich dopuszczania do matury mogą dokonywać dyrektorzy szkół – a nie, jak dotychczas, rady pedagogiczne szkół we współpracy z dyrektorami. Jeśli zaś dyrektor szkoły uzna, że z jakichś powodów nie może tego zrobić, to wtedy wójt, burmistrz czy prezydent miasta będzie musiał wyznaczyć nauczyciela, który dokona klasyfikacji i dopuszczenia uczniów.
Ta nowelizacja jest, typowym dla rządów PiS, przykładem centralizacji mogącej prowadzić do totalitaryzmu. Klasyfikowanie uczniów zostaje odebrane organowi kolegialnemu, mającemu największą wiedzę o swych podopiecznych (czyli radom pedagogicznym) – i przekazane urzędnikowi, który będzie o tym jednoosobowo decydować.
Rząd PiS tłumaczy, że musiał wprowadzić taką zmianę ze względu na strajk nauczycieli, grożący tym, iż uczniowie nie zostaną sklasyfikowani i nie będą mogli przystąpić do matur.
To oczywiście lipa. Rząd, gdyby chciał, mógłby już dawno zakończyć strajk nauczycieli w pięć minut, godząc się na ich postulaty, przecież całkowicie uzasadnione i w dodatku stopniowo przez nich ograniczane.
Rząd świadomie jednak dążył do zaognienia sytuacji, odrzucając wszelki kompromis, usztywniając swe stanowisko i prowokując nauczycieli.

Żeby strajkowali dłużej

Ze strony rządu PiS rozmowy z ZNP były wyłącznie grą pozorów, mającą przeciągnąć strajk jak najbliżej do chwili rozpoczęcia matur. Dzięki temu rząd i jego propagandyści mogli oskarżać nauczycieli, że igrają uczniowskim losem (co w rzeczywistości robił właśnie rząd) i napuszczać na nich opinię publiczną.
Rząd mógł zaś udać sprawnego, odpowiedzialnego decydenta, troszczącego się o uczniów i umiejącego szybko podjąć odpowiednią decyzję.
Tak więc, rząd zabrał się za administracyjne spacyfikowanie awantury, którą najpierw sam rozpętał i zaognił.
To typowe dla sposobu poszerzania swej władzy, stosowanego przez PiS: najpierw wywołuje się konflikt i przeciwstawia jedne grupy obywateli drugim, a potem uchwala przepisy, które – niby w celu zduszenia rozpętanego konfliktu – przyznają nowe uprawnienia urzędnikom.
Związek Nauczycielstwa Polskiego, w przeciwieństwie do rządu PiS, wykazał odpowiedzialność i zawiesił strajk, by można było przeprowadzić matury. Mimo to PiS oczywiście nie zrezygnował z wprowadzenia przepisów, ograniczających kompetencje rad pedagogicznych i zwiększających jednoosobową władzę dyrektorów szkół.
Bo w rzeczywistości PiS-owskim prominentom nie chodziło o stworzenie warunków dla przeprowadzenia matur, lecz o dalsze rozszerzenie swego panowania nad polską oświatą, uderzenie w ZNP oraz pokazanie nauczycielom kto tu rządzi.
Dążenie do totalitaryzmu uświęca środki. A takie drobiazgi jak łamanie prawa w ogóle nie zaprzątają uwagi PiS-owskiej ekipy rządzącej.

PiS nie będzie się pospolitować

Wspomnianym tu złamanym prawem są przepisy o konsultacjach publicznych. Ten rodzaj współuczestniczenia obywateli w decydowaniu o losach kraju zawsze był w Polsce traktowany po macoszemu, gdyż żadna władza nie paliła się do konsultowania czegokolwiek z mieszkańcami.
Szczególnie jednak, konsultacje są wraże dla PiS – którego liderzy uważają, że skoro zdołali wygrać wybory, to mogą robić w Polsce co im się żywnie podoba, bez pytania kogokolwiek o zdanie. PiS-owscy prominenci, jako grupa trzymająca władzę, nie chcą się więc pospolitować i zniżać do poziomu wysłuchiwania opinii swoich poddanych.
Mieliśmy w polskim prawie ustawę o konsultacjach społecznych, przyjętą, żeby było zabawniej, jeszcze „za komuny” w 1988 r. i uchyloną w 1995 r., za czasów wolnej Polski, przez koalicję SLD-PSL. Od tej chwili zasady przeprowadzania konsultacji są regulowane przepisami niższego rzędu, po to by każda władza mogła je swobodnie zmieniać wedle własnego uznania.
Obecnie, kwestie dokonywania konsultacji określa PiS-owski regulamin pracy Rady Ministrów, uchwalony przez nią samą i po raz ostatni zmieniony przez tąż Radę Ministrów w dniu 22 stycznia 2019 r.
Ale nawet w tych PiS-owskich przepisach, mających służyć utrwalaniu panowania obecnego rządu nad obywatelami, ostał się – zapewne przez niedopatrzenie jakichś urzędników – wyraźny zapis ustanawiający obowiązek przeprowadzania konsultacji.

To obowiązek rządu

O konsultacjach mówi par. 36 regulaminu pracy Rady Ministrów zatytułowany: „Przedstawienie projektu dokumentu rządowego do konsultacji publicznych”.
Stwierdza on co następuje: „Organ wnioskujący, biorąc pod uwagę treść projektu założeń projektu ustawy, projektu ustawy lub projektu rozporządzenia, a także uwzględniając inne okoliczności, w tym znaczenie projektu oraz przewidywane skutki społeczno-gospodarcze, stopień jego złożoności oraz jego pilność, przedstawia projekt do konsultacji publicznych, w tym może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska”.
Zajmijmy się najpierw pierwszą częścią tego długiego zdania. „Organ wnioskujący” to właśnie rząd (czyli Rada Ministrów), a przepis stanowi jednoznacznie, że „przedstawia” on projekt do konsultacji publicznych.
Nie jest tu napisane, że rząd „może przedstawić” projekt czy „ma prawo przedstawić” projekt, lecz, że właśnie przedstawia.
Oznacza to, że rząd nie ma wyboru – i musi przedstawić projekt do konsultacji publicznej, a jeśli tego nie robi, łamie prawo – tak jak właśnie złamał je rząd Mateusza Morawieckiego, nie kierując do konsultacji projektu nowelizacji prawa oświatowego.

Kłamstwo i nieuczciwość

Rządowi propagandyści kłamliwie tłumaczyli brak konsultacji tym, że nie było na nie czasu, gdyż nowe prawo, umożliwiające dyrektorom szkół dokonywanie klasyfikacji uczniów, trzeba było wprowadzić jak najszybciej. To kolejna lipa.
Cytowany paragraf 36 regulaminu pracy Rady Ministrów nic nie mówi, że pilność projektu pozwala na odstąpienie od konsultacji. Przeciwnie, stwierdza, iż rząd przedstawia projekt do konsultacji, uwzględniając takie okoliczności, jak m.in. jego pilność.
Czyli, oznacza to, że właśnie ze względu na pilność projektu, konsultacje należało przeprowadzić jak najszybciej.
Argument, iż brakowało czasu na konsultacje jest kłamliwy także i dlatego, że strajk nauczycieli nie zaczął się wczoraj, więc Rada Ministrów miała dość czasu na przygotowanie projektu i przeprowadzenie rzetelnych konsultacji. Nie chciała ich, bo PiS-owska władza nie lubi zniżać się do wysłuchiwania opinii swych poddanych. Zwłaszcza, gdy wiadomo, że te opinie byłyby jednoznacznie krytyczne, bo nikt kto jest uczciwy intelektualnie, nie mógłby poprzeć rządowego projektu nowelizacji prawa oświatowego.
Druga część zdania tworzącego par. 36 stanowi, że w ramach konsultacji publicznych rząd może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska.
Tu nie ma już obowiązku prawnego. Rząd może więc ale nie musi kierować projekt do organizacji społecznych i innych zainteresowanych. Wolno mu podjąć próbę przeprowadzenia konsultacji publicznych w jakiś inny sposób (choć trudno sobie wyobrazić,jaki) – ale przeprowadzić je musi, bo tak mu każe prawo.
Rada Ministrów dopuściła się złamania prawa, które sama ustanowiła. To także jeden z elementów budowy ustroju totalitarnego: gdy władza łamie przepisy przez siebie przyjęte, jeśli okazują się dla niej niewygodne.
Na PiS-owską większość parlamentarną i jej popleczników oraz na prezydenta Andrzeja Dudę spada zaś odpowiedzialność za przyjęcie nowelizacji, przygotowanej z naruszeniem prawa – ale robili to już tyle razy przy innych okazjach, że zdążyli przywyknąć. Polacy także zdołali się przyzwyczaić, że prominenci PiS postępują zgodnie z regułą: nie mamy waszych płaszczy i co nam zrobicie?

Lepiej zapomnijcie o konsultacjach

Z dekretu Jarosława: Ustawy w Polsce mają być przyjmowane szybko, sprawnie oraz bez zbędnych dyskusji, zabierających niepotrzebnie czas i sprzyjających jałowym sporom. I tak właśnie się dzieje.

 

Polski Sejm stał się maszynką do głosowania – ale produkty wychodzące z tej maszynki są kiepskiej jakości
Nieprzywiązywanie wagi do rzetelnego konsultowania pomysłów legislacyjnych – to zdaniem Obywatelskiego Forum Legislacji grzech główny w procesie stanowienia prawa w naszym kraju.
Projekty regulujące problemy skomplikowane lub wzbudzające zaniepokojenie wielu grup społecznych, są często zgłaszane jako projekty poselskie lub inicjatywy prezydenckie, co pozwala uchwalać je bez konsultacji, opiniowania i bez oceny skutków regulacji. Czyli w sposób niechlujny i nieodpowiedzialny, szkodliwy dla państwa oraz jego obywateli.

 

Piszcie na Berdyczów

Pracownicy Obywatelskiego Forum Legislacji krytycznie ocenili zwłaszcza następujące zjawiska :
•Stosowanie trybu odrębnego, czyli procedowanie ustaw bez konsultacji i opiniowania. Zastosowano go w pracach nad 22,5 proc. badanych projektów rządowych, upublicznionych na platformie Rządowego Centrum Legislacji.
•Krótki czas przeznaczony na konsultacje publiczne projektów, wynikający najczęściej ze złej organizacji pracy w ministerstwach – ale i ze świadomego zamysłu. Średni czas konsultacji wyniósł 13 dni. Kilkanaście projektów konsultowano krócej niż wymagane przepisami minimum czyli 14 dni.
•Brak odpowiedzi na otrzymane uwagi. W ostatnim półroczu indywidualnie na przesłane opinie i uwagi rząd odpowiedział jeden raz. W szeregu przypadków ministerstwa opublikowały tzw. Zestawienie zbiorcze uwag, w formie tabeli. Zdecydowana większość podmiotów, które brały udział w konsultacjach rządowych projektów ustaw, nie otrzymała w ogóle żadnej informacji zwrotnej.

 

Dla dobra władzy

Średni całkowity czas pracy nad projektem (od upublicznienia projektu do momentu podpisania przez Prezydenta) wyniósł 217 dni, natomiast średni czas od momentu wpłynięcia do Sejmu do jego uchwalenia wyniósł 88 dni.
Pośpiech i brak konsultacji publicznych w procesie legislacyjnym, eksperci uznają za nieuzasadniony merytorycznie.
„W ostatnich sześciu kwartałach wydłużył się czas pracy na poszczególnych etapach tworzenia ustaw, ale wciąż jest on krótki, a na niektórych etapach bardzo krótki. Duża liczba projektów poselskich oraz szybkie tempo prac skutkuje brakiem czasu na dokonanie właściwych analiz, przeprowadzenie szerokich konsultacji czy dyskusji w parlamencie. Ograniczenie debaty nad zjawiskami, jakie regulują ustawy i szybkie tempo ich procedowania, skutkujące najczęściej potrzebą szybkiej nowelizacji uchwalanych ustaw” – podkreślają autorzy ekspertyzy Obywatelskiego Forum Legislacji.
Ten pośpiech, choć nieuzasadniony merytorycznie, ma uzasadnienie polityczne. Rządzącej ekipie chodzi bowiem o to, by do minimum ograniczyć, czy wręcz uniemożliwić obywatelską dyskusję nad projektami ustaw ważnymi dla PIS, umacniającymi władzę obecnej ekipy – i przez to niejednokrotnie sprzecznymi z Konstytucją.

 

Nieważny? To konsultujemy

W obecnej polskiej praktyce parlamentarnej już się utarło, że najszerzej, najdłużej i najpełniej są konsultowane te projekty ustaw, które dla liderów PiS nie mają żadnego znaczenia z punktu widzenia sprawowania przez nich władzy.
– Nasz raport zwraca uwagę na błędy i zaniedbania powstałe w procesie legislacyjnym. Chcemy, żeby wnioski zawarte w nim skłoniły rządzących do zastanowienia się nad jakością stanowienia prawa w Polsce i do naprawy tej sytuacji. Prawo powinno być uchwalane w sposób transparentny, przejrzysty i zgodny z zasadami”_ – mówi Grażyna Kopińska z Fundacji im. Stefana Batorego, koordynująca prace OFL.
W sumie, po dwu i pół roku pracy rządu i parlamentu obecnej kadencji należy stwierdzić, że tworzone jest bardzo dużo ustaw, ale jest to trend zauważalny od kilkunastu lat.

 

Posłowie pracowici inaczej

Największa różnica pomiędzy sytuacją obecną a z czasów poprzednich rządów, dotyczy liczby ustaw wnoszonych do Sejmu przez posłów koalicji rządzącej – jest ich dwukrotnie więcej niż w poprzednich kadencjach – podkreślają autorzy ekspertyzy. Komunikatu.
Nie znaczy to oczywiście, że obecnie posłowie PiS są pracowitsi od ich poprzedników, zasiadającej w koalicji większościowej PO-PSL. Nic podobnego. Chodzi wyłącznie o to, że obecna ekipa kieruje do parlamentu swoje projekty ustaw jako projekty nie rządowe lecz poselskie. Zgodnie z polskim prawem, projekty poselskie nie wymagają konsultacji. W ten sposób władza ucina możliwość publicznej dyskusji nad projektami wielu ustaw – zwłaszcza tymi anty obywatelskimi, które musiałyby wywołać głośną krytykę, niewygodną dla rządzących.