Flaczki tygodnia

„Polityka PiS: rok 2015 – wystarczy nie kraść, rok 2016 – my nie kradniemy, nam się to po prostu należy, rok 2017 – inni też kradli, rok 2018 – inni kradli więcej, rok 2019 – kradniemy ale zgodnie ze stanowionym przez nas prawem, rok 2020 – kradniemy, i co nam zrobicie?”. Taką wyliczankę znalazłem w Internecie.
Czy należy do niej dodać „Rok 2023 – rozkradliśmy co mogliśmy. Schowaliśmy ukradzione gdzie tylko mogliśmy. Teraz możemy oddać władzę”.

Pan poseł PiS i wiceminister klimatu Ireneusz Zyska od końca stycznia jest także pełnomocnikiem rządu ds. odnawialnych źródeł energii. Na to stanowisko powołał go premier Mateusz Morawiecki.
No i niech teraz ktoś z wrażej opozycji powie, że rząd nie zajmuje się tym, jakże ważnym problemem.
Warto dodać, że nominacja pana posła i wiceministera w jednym Ireneuszu Zysce wydłużył listę pełnomocników rządu i prezesa Rady Ministrów. Obecnie jest ich już czterdziestu czterech.
Pełnomocnicy rządu i pana premiera mają różne kompetencje. Są pełnomocnicy od prawa człowieka, od rozwoju gospodarczego, czyli problemów fundamentalnych, nigdy w pełni nie rozwiązywalnych. Jest też pełnomocnik ds. przygotowania Światowego Forum Miejskiego w Katowicach.
Rządowi pełnomocnicy mnożą się, bo pan premier Morawiecki przyjął bardzo wygodną taktykę. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem, kiedy zyskuje on rozgłos w mediach, to pan premier od razu powołuje specjalnego pełnomocnika ds. rozwiązania owego problemu. W randze wiceministra, żeby nadać mu i problemowi odpowiednio wysoką rangę. No i niech teraz ktoś zarzuci panu premierowi, że nie pracuje, nie rozwiązuje trapiących naród problemów.
Oczywiście każdy z tych 44 pełnomocników dostaje nie tylko stosowne do wagi problemu uposażenie z budżetu państwa. Każdy ma też grono opłacanych z budżetu współpracowników, czyli dodatkowych klientów politycznych związanych z PiS. Bo to co ich podnieca, to się nazywa kasa.

Oprócz wspomnianych 44 pełnomocników w randze wiceministrów aktualnie rząd pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego składa się z: jednego pana premiera Morawieckiego + 23 ministrów + 78 wiceministrów + 44 pełnomocników w randze wiece ministrów.
Jest to niewątpliwie największy rząd w trzydziestoletniej historii III i IV Rzeczpospolitej.
Liczebnie rzecz jasna.

Znana z notorycznego łamania prawa szefowa Kancelarii Sejmu RP pani minister Agnieszka Kaczmarska otrzymała w ubiegłym roku z budżetu państwa polskiego nagrody w łącznej wysokości ponad 45 tysiące złotych. Dwukrotnie nagrody przyznawał jej były marszałek Sejmu RP pan Marek Kuchciński, a raz obecna pani marszałek Elżbieta Witek.
Kiedy dziennikarze zapytali o powody tak szczodrych nagród, usłyszeli ,że „Zajmowanie stanowiska Szefa Kancelarii Sejmu wymaga wykorzystania zdolności organizacyjnych, doświadczenia, a także pełnego zaangażowania. Wiąże się to z koniecznością posiadania rozległej wiedzy związanej z parlamentaryzmem, poważnym ograniczeniem czasu prywatnego, koniecznością stałej gotowości do realizacji nowych zadań, brakiem możliwości ograniczenia czasu pracy do przyjętych norm”.
Przekładając to na polski, można rzec, że pani minister Kaczmarska tak silnie zaangażowała się w łamanie prawa dla realizowania interesów elit PiS, że te nędzne 45 tysięcy zwyczajnie się jej należały.

Rozkręcają się prezydenckie kampanie wyborcze. A ponieważ w IV Rzeczpospolitej mediokracja dominuje nad demokracją, to coraz częściej mamy w kampaniach przerosty form nad treściami.

„Przyszedł czas, by prezydentem Polski została kobieta z Ursusa; kocham Polskę i dlatego chcę być prezydentem Polski; prawdziwą prezydent”,
oświadczyła kandydatka Komitetów Obywatelskich Małgorzata Kidawa-Błońska.
„Chodź tygrysie, scena jest twoja”, tak zapowiedziała wystąpienie swojego męża w czasie konwencji PSL w Jasionce pani Paulina Kosiniak – Kamysz. Wcześniej pokazała, że na scenie, w błysku fleszy i przekazie kamer, wypada znakomicie.

Podczas obu sobotnich konwencji kandydaci posiłkowali się już nie tylko swoimi głowami, lecz przede wszystkim zaprzęgniętymi do kampanii wyborczej bliskimi.
Kidawa – Błońska pokazała Wyborcom swego męża reżysera filmowego, nadal przystojnego i w pełni sił twórczych, potem politycznych dziadków i pradziadków, już nieobecnych na tym łez padole, oraz kilka osób znanych z mediów, i poszkodowanych przez PiS.
Kandydat PSL, mąż pani Pauliny Kosiniak- Kamysz, zwany przez nią „Tygrysem”, dzielnie asystował swej, znakomicie wypadającej w medialnych przekazach Małżonce. I wspaniale odnalazł się w roli maskotki „Tygrysa” przebojowej pani Pauliny.
Nic zatem dziwnego, że telewizyjne przekazy obu konwencji od pewnego momentu przestawały być prezentacjami programów kandydatów na urząd prezydenta RP, a stawały się rankingami urody i elokwencji ich partnerów życiowych.
Teraz „Flaczki” czekają na medialne wybory najpiękniejszej kandydatury na Pierwszą Damę i Pierwszego Męża. Ekscytują się; czy poseł Krzysztof Śmiszek partner „chłopaka z Krosna” uzyska wyższe słupki poparcia od reżysera Kidawy- Błońskiego, małżonka „kobiety z Ursusa”? Czy obaj nawiążą równoległą walkę z pogromczynią „Tygrysa z Krakowa”?

Kampanie prezydenckie zaczynają coraz bardziej przypominać telewizyjne tańce z gwiazdami, bo kandydaci tak wiele Wyborcom obiecują, iż merytoryczna debata przestaje mieć sens. Suweren wie, że w Polsce prezydent nie rządzi, może on tylko rządy rządu blokować lub mu je ułatwiać. Zatem niech wygra najpiękniejsza Pierwsza Dama. Będzie przynajmniej przez na co w telewizorze popatrzeć przez najbliższe 5 lat.

PS. W zeszłą sobotę powstał w Olsztynie kolejny Klub Przyjaciół Mediów Lewicowych. Poczęto go w księgarni, podczas debaty olsztyńskiej Lewicy, czyli Wiosny, Razem i SLD, z twórczym udziałem redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego, wieloletniego parlamentarzysty SLD. Wspólne dziecko świecko pobłogosławił olsztyński poseł SLD Marcin Kulasek. Twórczego, długiego życia, życzą „Flaczki” olsztyńskiemu noworodkowi.

Jedyny postępowy kandydat

Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który rozumie współczesny świat i nie boi się nowoczesności. Robert Biedroń na konwencji w Słupsku 19 stycznia pokazał, że może być takim prezydentem.

Inaugurację kampanii Roberta Biedronia w Słupsku należy zaliczyć do udanych. Wydarzenie było pełne energii, świeże i nowoczesne. Za lewicowym kandydatem stoi dziś silny lewicowyprogram. Także za sprawą Adriana Zandberga i Włodzimierza Czarzastego poruszonych zostało wiele kluczowych dla Polski tematów, a dzięki Monice Fiugajskiej głos otrzymało też młode pokolenie.

Robert Biedroń to bez wątpienia jedyny postępowy kandydat z tych, którzy stanęli do wyborów. O swojej progresywności mówił zresztą wiele, słusznie zwracając uwagę na stojące przed Polską wyzwania związane z zagrożeniem klimatycznym, ale też wiele czasu poświęcając kwestii mieszkalnictwa, dostępu do darmowej i efektywnej służby zdrowia, tanich leków, czy zrównoważonego rozwoju.

Wyjść poza metropolie

Lewica potrzebuje silnego przekazu, który dotarłby również do mieszkańców mniejszych miast i wsi. Do tej pory był to bastion konserwatyzmu i PiS-u, który pozorując walkę z neoliberalizmem udawał rzecznika tych regionów. Kampania Biedronia na takich obszarach może więc przynieść ogromne korzyści – także w perspektywie kolejnych wyborów.

Za Robertem Biedroniem bez wątpienia stoi też cały program zjednoczonej Lewicy i jest to bardzo mocny punkt całej jego kandydatury. Zacytujmy główne tematy: to 7,2 proc. PKB na służbę zdrowia, budowa mieszkań na wynajem, gwarantowana emerytura w wysokości 1600 zł, przywrócenie niezależności sądów, nowoczesna gospodarka, zrównoważony rozwój całego kraju, przywrócenie znaczenia Polski za granicą. Starsze, niezbyt trafione postulaty Wiosny, sugerujące raczej wspieranie prywatnej służby zdrowia czy akcentujące troskę o przedsiębiorców (którymi akurat w Polsce opiekuje się niemal każdy polityk) zniknęły. Jest solidny, realistyczny pakiet socjaldemokratyczny.

Projekt prezydentury Biedronia to przede wszystkim wizja prezydentury bardzo aktywnej, to przeniesienie jego doświadczeń z samorządności na prezydencki pałac. Biedroń przekonywał, że będzie głową państwa, która poważnie traktuje dialog społeczny, pomaga rozwiązać konflikty, zaprasza do stołu strony o rozbieżnych interesach. Właśnie takiej prezydentury potrzeba nam teraz w kraju, gdzie urząd ten został sprowadzony do roli długopisu dla Jarosława Kaczyńskiego.

Kandydat z ludu

Robert Biedroń bardzo dużo mówił na konwencji o sobie. O swoich małomiasteczkowych korzeniach, o wczesnych i trudnych doświadczeniach zawodowych, czy o doświadczeniach emigracyjnych. To podkreślanie ludowego i pracowniczego pochodzenia na pewno odróżnia go od innych kandydatów, którzy prześcigają się w szukaniu powiązań z elitami i szlachtą. Odcięcie się od wyścigu na słynnych przodków i skupienie na doświadczeniach zbiorowych, robotniczych to bardzo dobra decyzja, która może przynieść mu dużo poparcia wśród niezadowolonych z narastających w Polsce nierówności. Lewicowy kandydat sam zresztą mówił o potrzebie stworzenia w Polsce równych szans i walce ze społecznym wykluczeniem. Brakowało tylko wątku podatkowego: byłoby wspaniale, gdyby Biedroń rozwinął kwestię równych szans i wytłumaczył, że progresja podatkowa to pomysł na to, by walczyć o równość w praktyce.

Zdecydowanie wybrzmiał też silnie proeuropejski wymiar kandydatury Biedronia, choć jego zachwyt nad tym, co zobaczył na emigracji był – zbyt słabo – tonowany odniesieniem do polskiego poczucia godności i narodowego patriotyzmu.

Słuszny euroentuzjazm…

Teraz czas na więcej Roberta Biedronia w roli polskiego męża stanu. Bo takiego, będącego trochę „ojcem narodu”, prezydenta chce dziś polskie społeczeństwo. I dlatego niezbyt to dobrze, że fragmenty poświęcone polityce zagranicznej wypadły gorzej.

Robert Biedroń jest bez wątpienia zwolennikiem europejskiej integracji i umocnienia europejskiej obronności w porozumieniu z Unią Europejską, jako naszym głównym sojusznikiem. To świetna wiadomość i to zwłaszcza w kontekście szans na uniezależnienie się Polski (i Europy) od niebezpiecznej, awanturniczej polityki Stanów Zjednoczonych. Sojusz z USA pośrednio krytykował też sam kandydat, kiedy zwracał uwagę na fakt, że o działaniach Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa PiS-owski rząd dowiaduje się dopiero z mediów. Były to potrzebne i mocne słowa, choć zabrakło tu na pewno sprzeciwu wobec obecności amerykańskich baz wojskowych na polskim terytorium.

… i zbędna rusofobia

Całkowicie zbędne wydaje się jednak dołączenie do politycznego wyścigu na rusofobię. Sceptycyzm wobec działań Kremla i krytyka tamtejszych, przecież nie lewicowych rządów są oczywiście bardzo potrzebne, ale ton, w którym kandydat na prezydenta przedstawiał Putina w roli jedynego złego był przesadny i niepotrzebny. To niepotrzebna kalka z liberałów, którzy własną niemoc w opisywaniu świata rekompensują budowaniem wizji wszechmogącego prezydenta Rosji.

Ale polską biedaszabelką nie należy też machać w kierunku ukraińskim – Ukraina i inne państwa regionu, jeśli tylko zechcą o to zawalczyć, mogą być wolne same z siebie. Nie potrzebują do tego polskiego neokolonializmu w duchu Giedroycia.

Lewicowy kandydat na prezydenta Polski powinien więc tworzyć warunki do współpracy ze wszystkimi sąsiadami i starać się o przyjaźń ze wszystkimi. Polska nie jest potęgą, ani krajem zdolnym do wypowiadania wojen światowym mocarstwom, a polscy politycy muszą też rozumieć przyczyny, dla których kremlowska narracja uległa nagłemu zaostrzeniu.

Lepiej poznać historię

Nieszczęśliwy był też dobór historycznych bohaterów. Giedroyć, Kuroń czy Piłsudski to nie są lewicowi bohaterowie! Jacek Kuroń aktywnie wspierał neoliberalne reformy Balcerowicza i tłumił związkowy opór – o czym możemy przeczytać m.in. w „Dekadzie przełomu” Michała Siermińskiego i co jest już raczej na lewicy wiedzą dość powszechną. Piłsudski to architekt zamachu stanu, dyktator i twórca politycznych więzień dla lewicowej opozycji (niedawno przypadała rocznica procesu brzeskiego!). Dlaczego nie odwołać się do Róży Luksemburg, Ignacego Daszyńskiego, Oskara Lange, Ludwika Krzywickiego czy Juliana Marchlewskiego? Lewica naprawdę musi ostatecznie zerwać z szukaniem swoich bohaterów na łamach „Gazety Wyborczej”! I dobrze, że podczas konwencji przemówił Włodzimierz Czarzasty, który stanowczo bronił dorobku PRL i zapowiedział, że nikt nie będzie polskim socjaldemokratom narzucał interpretacji przeszłości.

Charyzmatyczny i prospołeczny

A jednak mimo tych niedoróbek – Robert Biedroń jest lewicowym kandydatem. Dowodzi tego jego przywiązanie do spraw społecznych, do spraw ludzi pracy. Jako charyzmatyczny polityk daje też nadzieję, że do lewicowych spraw i recept przekonają się kolejni wyborcy. Wyrazista walka o świeckie państwo, o równość i tolerancję czy o ocalenie nas przed skutkami klimatycznej katastrofy są punktami, których nie poruszy nikt inny. Robert Biedroń może mówić o nich w sposób, który do jego kandydatury przekona nowy elektorat. Ten, który jest już zmęczony ciągłą hegemonią Jarosława Kaczyńskiego, a widzi, że Platforma Obywatelska przez lata w opozycji niczego się nie nauczyła i pozostała jedynie pustą partią władzy.

Będzie druga tura?

Czy Biedroń ma szanse na drugą turę? Z pewnością potrzebna mu jest i intensywna kampania wyborcza, i jeszcze bardziej radykalne hasła, które pozwoliłyby Robertowi Biedroniowi koncentrować na sobie uwagę mediów i opinii publicznej. Kampanię Lewica robić potrafi nieźle, co zobaczyliśmy w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi, gdy politycy z lewej strony sprawnie poruszali się po całym kraju i wrzucali kolejne tematy z programu do debaty. Do tego Biedroń ma niewątpliwy talent w robieniu na ludziach dobrego wrażenia, szybkim łapaniu kontaktu.

A naprawdę jest o co walczyć – nigdy wcześniej nikt w kampanii prezydenckiej nie mówił tak otwarcie o sytuacji głodujących emerytów i rencistów, o braku mieszkań i życiu w ścisku, czy o kolejkach do lekarzy i o lekach tak drogich, że ludzie biedni nie są już w stanie się leczyć. Taki prezydent byłby w Polsce zmianą o 180 stopni. Byłby trzęsieniem ziemi dla wszystkich neoliberalnych hegemonów, prawicowych klerykałów i rozmaitych rzeczników najbogatszych. I o takiego prezydenta warto się starać.

Biedroń na prezydenta!

Lewica wybrała kandydata na prezydenta Polski. Został nim Robert Biedroń, który oficjalnie ogłosił start w trakcie niedzielnej konwencji w Słupsku. W jej trakcie wypowiadali się też inni politycy lewicowej formacji. Publikujemy zatem to, co powiedzieli.

Polska potrzebuje prezydenta odważnego, który rozumie współczesny świat i nie boi się nowoczesności. Czas na zmianę! Czas na prezydenturę odwagi, otwartości i prawdziwej wspólnoty! Czas na Roberta Biedronia!
Kampania prezydencka rusza z ważnymi priorytetami:

  • 7,2 proc. PKB na służbę zdrowia,
  • Budowa mieszkań na wynajem,
  • Gwarantowana emerytura min. 1600 zł,
  • Przywrócenie niezależności sądów,
  • Nowoczesna gospodarka,
  • Zrównoważony rozwój całego kraju,
  • Przywrócenie znaczenia Polski za granicą.
    Kandydat na prezydenta RP Robert Biedroń
    Słupsk to miasto mojego życia. To tu dojrzewałem jako polityk, to tu odnalazłem wspólnotę. Nie ma chyba nikogo, kto by o Słupsku nie słyszał. Dziś Słupsk jest wzorem nowoczesnego miasta sukcesu. Oddłużyliśmy miasto, oddaliśmy kilkaset odnowionych mieszkań. Stworzyliśmy nowe inwestycje i miejsca pracy, miejsca w żłobkach i przedszkolach oraz udogodnienia dla seniorów. Słupsk ma dziś najczystsze powietrze w kraju!
    To będą wybory, w których zdecydujemy o tym, czy będziemy osamotnieni w Europie, rządzeni przez politycznych cyników. Czy zrobimy krok do przodu i staniemy się nowoczesnym, dumnym, europejskim państwem dobrobytu. Stoję przed Wami jako kandydat na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. To była najważniejsza decyzja, jaką podjąłem w życiu. Wierzę, że nasze marzenia są silniejsze niż lęk! Nie pochodzę z politycznej albo profesorskiej rodziny “z tradycjami”. Ale wierzę, że nie to jest warunkiem. Wierzę, że prezydentura może być dostępna dla ludzi takich jak my. Bo w końcu większość z nas nie ma rodziców profesorów, ani polityków. Czy prezydent wszystkich Polaków nie powinien mieć czegoś wspólnego z większością z nas? Znać problemów, z którymi się borykacie? Rozumieć, co to znaczy musieć ciężko pracować? Czekać miesiącami w kolejce do lekarza? Dziś każe nam się wybierać między różnymi rodzajami konserwatyzmu. A Polsce potrzeba innej ścieżki. Ścieżki, która biegnie przed siebie. Stoimy przed wyborem. Albo cywilizacja pogardy albo cywilizacja troski.
    Prezydent wszystkich Polek i Polaków powinien też wiedzieć, co nas łączy. To, co nas łączy to chęć życia we wspólnocie. Chęć wzajemnej pomocy, wsparcia i współpracy. Miejsce prezydenta jest wszędzie tam, gdzie trzeba bronić praw i interesów społeczeństwa, gdzie konieczne jest powstrzymywanie złych zapędów rządu. Prezydent musi mieć swój rozum i swój kręgosłup. Kiedy zostanę prezydentem, to premier i ministrowie, bez względu na opcję polityczną, będą moimi partnerami w pracy na rzecz Polski. Od tego zależy sukces polskiej dyplomacji, sprawność państwa, a przede wszystkim nasze bezpieczeństwo.
    Za chwilę do pałacu prezydenckiego trafi ustawa podporządkowująca sędziów jednej partii. Która pozwoli tej partii na ręczne sterowanie sędziami. Prezydent takiej ustawy nie może podpisać! Polska zasługuje na prezydenta niezależnego. Jako prezydent będę walczył o naprawę systemu opieki zdrowotnej. O dofinansowanie jej na europejskim poziomie – do 7,2 proc. PKB. Skrócimy kolejki, zapewnimy więcej lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych. Zacznijmy wreszcie ambitnie projektować nowy system ochrony zdrowia. Takim krokiem będzie moja reforma polityki lekowej. Będę walczył o ustawową gwarancję, że żaden lek na receptę, nie będzie kosztował więcej niż 5 zł.
    Chciałbym, żeby już za parę lat młodzi ludzie, którzy chcą się usamodzielnić lub założyć rodzinę mogli pójść do urzędu gminy, złożyć wniosek i po kilku miesiącach odebrać klucze do własnego mieszkania. Zrobię to z Wami.
    Razem będziemy bronić Konstytucji RP. Razem będziemy pilnować tego, by była ona przestrzegana od początku do końca. Obecny prezydent chwali się relacjami ze Stanami Zjednoczonymi, ale wszyscy widzieliśmy, jak było ostatnio. Polska dyplomacja o działaniach militarnych USA dowiaduje się z mediów.
    Dziś Polska stoi węglem, który się kończy – wbrew marzeniom obecnego prezydenta. Palimy więc węglem z Rosji. Te rekordowe pieniądze, które za niego płacimy idą min. na kłamliwą propagandę Putina przeciwko Polsce. Jako prezydent Polski w 2021 roku zorganizuję duży, europejski szczyt klimatyczny. Ale nie taki, jaki organizował obecny prezydent, na którym pokazuje się dekoracje z węgla.
    Czas na zmianę! Czas na prezydenturę odwagi, odpowiedzialności i rozsądku. Na prezydenturę otwartości i prawdziwej wspólnoty. Czas na dumę z naszego kraju! Czas na dumną Polskę!
    Wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty
    Prezydent Andrzej Duda zwrócił się do górników z apelem o oczyszczenie wymiaru sprawiedliwości. Jutro powie pan z historii takie zdanie: „ręka podniesiona na władzę, zostanie odrąbana”. Wie pan, dlaczego to mówię, panie prezydencie? Bo wiem, że Robert Biedroń dzisiaj wybrany jednomyślnie przez konwencję SLD na prezydenta, będzie gwarantował nam oraz elektoratowi Sojuszu Lewicy Demokratycznej prawdę o historii, z którą w tej chwili robią, co chcą. Na ziemiach odzyskanych walczyło 300 tys. żołnierzy polskich oraz zginęło 200 tys. żołnierzy radzieckich. Na ziemiach odzyskanych 754 saperów oczyściło z min 100 tys. kilometrów kwadratowych terenu, 100 tys. km dróg, 2439 mostów, 15 tys. miejscowości. Wiecie, dlaczego to mówię? Dlatego, że nie dam tych ludzi ośmieszać. Dlatego, że to nasza historia, dlatego, że zamiast śmiać się z tego czasu powinniśmy ludziom dziękować. Powinniśmy na tych terenach wybudować obiektywne Muzeum Ziemi Odzyskanych.
    PRL miał wiele błędów, ale też miał wiele plusów. To nie było państwo niezależne tak, jakby sobie wszyscy tego życzyli, ale to był członek ONZ, to było państwo, w którym nasi rodzice, nasi dziadkowie tworzyli naszą przyszłość, i nikt tego nie wygumkuje, nikt nie będzie Lewicy zarzucał, że mówimy o polityce i o historii w sposób nieobiektywny.
    Do roku 1956 było masę niepotrzebnych morderstw, masę niepotrzebnych świństw, masę niepotrzebnych gwałtów i różnych rzeczy, za które ludzie powinni się wstydzić. Ale to były tereny naszego kraju i to nasz kraj żył i przetrwał do tych czasów. Dlatego uważam, że szacunek dla naszych rodziców, szacunek dla naszych dziadków każe mówić Lewicy, że 1600 zł najniższej emerytury to jest to, co powinno być na pewno. Jeżeli PiS uważa, że chce tym ludziom pomóc, to powinien popierać nasze postulaty.
    Obiecałem 4 lata temu, że wprowadzę lewice do sejmu, zaprosiłem Adriana Zandberga i Roberta Biedronia i jesteśmy w Sejmie oraz Senacie, skonsolidowaliśmy lewicę. Robert podczas kampanii odpowiesz na każde pytanie, nie będziesz motał, jak zapytają czy jesteś za państwem świeckim powiesz, że jesteś za świeckim! Ludzie mają prawo do wiary, ale kler musi być traktowany jak każdy inny, nikt inny tego nie powie! Nie będziesz zmieniał zdania o 500+, nie jak Platforma, która zmienia zdanie, czy ważne czy nieważne w zależności od notowań. Robert nie będzie zmieniał zdania! Wejdziemy do 2 tury i pokonamy Andrzeja Dudę, a za 3,5 roku będziemy mieli lewicowy rząd!
    Poseł Adrian Zandberg
    Usłyszałem ostatnio w Sejmie: wy, lewica, jesteście jak z Żeromskiego – znowu chcecie budować szklane domy. To, zdaje się, miała być złośliwość. Ale to prawda! Lewica mówi otwarcie: chcemy lepszej Polski – nowoczesnej i przyjaznej dla zwykłych ludzi. Polski bez nienawiści. Polski, w której jest miejsce dla wszystkich. I mamy odwagę, żeby ruszyć do przodu. Żeby Polki i Polacy mogli żyć i pracować jak Europejczycy.
    Kiedy słucham pokrzykiwań pana prezydenta Andrzeja Dudę, to myślę, że on najchętniej budowałby więzienia. Przed nami wybory prezydenckie. Czego chcą nasi konkurenci? Trzeba powiedzieć to otwarcie – oni szklanych domów nie zbudują. Ani szklanych, ani żadnych innych! Młodzi ludzie martwią się o swoją przyszłość, ale martwią się też o swoich dziadków. Milion seniorów dostaje głodowe świadczenia. Z trudem wiążą koniec z końcem. A w Sejmie? PiS i PO głosują ręka w rękę przeciwko podniesieniu emerytur W 2020 roku do wielu polskich miast – Jastrzębia Zdroju, do Łomży, do Mielca – nie dojeżdża nawet jeden pociąg. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a w niejednej sprawie ciągle trwa u nas wiek dziewiętnasty! Rządzący traktuje zwykłe, ludzkie potrzeby jakby to był jakiś luksus, na który Polki i Polacy nie zasługują. Jest styczeń. W tym roku nie spadł jeszcze śnieg, ani tu w Słupsku, ani w większości polskich miast i miasteczek. Kryzys klimatyczny idzie wielkimi krokami. Musimy przebudować gospodarkę, zanim będzie za późno. Inaczej czekają nas susze, wyłączenia prądu, brak wody w kranach. Tu nie ma co czekać, Polska potrzebuje ekologicznego przełomu.
    Pani Małgorzata Kidawa-Błońska jest sympatyczna, ale najlepiej czuje się w swoim dworku. I chyba w ogóle nie ma ochoty się stamtąd ruszać, nie mówiąc o budowaniu czegokolwiek. A Polska potrzebuje zmiany. Prawdziwej zmiany. Dziś młodzi ludzie gnieżdżą się w przepełnionych mieszkaniach. Dzielą je na pokoje, bo nie stać ich na normalne, dorosłe życie. Połowa młodego pokolenia mieszka z musu z rodzicami Co robi rząd? W całej Polsce zbudowali kilkaset mieszkań, Robert Biedroń oddawał tyle do użytku w samym Słupsku To są prawdziwe wyzwania. To są problemy, które trzeba w końcu rozwiązać. Jesienią lewica weszła do parlamentu. Pokazaliśmy, że opozycja może mieć program i wizję. Teraz czas na następny krok! Wybory prezydenckie to jest następny krok. W maju tego roku możemy wybrać prezydenta, który pchnie Polskę do przodu. Polaków stać na wiele. Nie jesteśmy gorsi od Austriaków, od Holendrów czy od Duńczyków. Możemy rozwiązać problem drogich mieszkań!
    Polska potrzebuje prezydenta odważnego. Takie, który ma swoje zdanie i jasno o nim mówi. Prezydenta, który rozumie współczesny świat. Prezydenta, który nie boi się nowoczesności. Ale też prezydenta, który chce budować wspólnotę. Prezydenta, który skończy z jadem nienawiści. Prezydenta, który rozumie, co to jest współpraca i wrażliwość na drugiego człowieka W tym roku możemy wybrać takiego prezydenta. Bo takim prezydentem może być Robert Biedroń! W tej kampanii będzie się liczyć każda para rąk. Więc jeśli myślicie podobnie, dołączcie do nas. Dołóżcie swoją cegiełkę. Zmiana jest możliwa!
    Wicemarszałkini Senatu Gabriela Morawska-Stanecka
    Mamy się z czego cieszyć. Marzyliśmy o tym dniu. Na ten dzień czekaliśmy! Wreszcie, po latach, mamy naszego kandydata na prezydenta – Roberta Biedronia! Słupsk to miasto, o którym słyszała cała Polska. Miasto, które stało się symbolem, symbolem tego, że inna polityka jest możliwa. Że politycy mogą być z ludźmi. Że zamiast odgradzać się od ludzi barierkami, politycy mogą z nimi rozmawiać.
    Spotykamy się w wyjątkowym czasie, w czasie nadziei na lepsze jutro. Nadziei na Polskę, o której zawsze marzyliśmy. Polskę, w której wszyscy mogą czuć się u siebie. Bezpiecznie. Jak w domu! Ostatni rok dał nam nadzieję. Nadzieję na to, że da się zatrzymać wszystkie złe zmiany, które wprowadza PiS – zawłaszczanie państwa, łamanie Konstytucji, naruszanie wszelkich demokratycznych reguł. Odzyskanie Senatu to początek końca rządów PiS! Początek przywracania w Polsce praworządności. Bo to praworządność jest fundamentem, na którym oprzemy pozostałe, zapisane w Konstytucji prawa i wolności. Czas na prezydenta, który sprawi, że Polska stanie się nowoczesnym państwem dobrobytu – dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych! Mam nadzieję, że za 5 miesięcy będziemy mogli powiedzieć: Robert Biedroń jest naszym prezydentem! I tego będzie zazdrościła nam cała Europa!
    Prezydentka Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska
    Przyjechałam do Słupska z dalekiej i ukochanej Świdnicy. Robert Biedroń jest moim przyjacielem, ponieważ mamy podobne spojrzenie na świat – jest otwarty, ma wielkie serce, jest mądry i patrzy ponad horyzont. Takiego prezydenta chcę mieć w Polsce. Jako włodarz Słupska zaprosił progresywnych prezydentów miast z całej polski, żebyśmy pokazali inny samorząd, który nie otacza się barierami, a wychodzi na ulice rozmawiać z ludźmi. Wierze, że Robert będzie takim prezydentem Polski, jakim był prezydentem Słupska. Łączą nas wspólne marzenia o Polsce. Marzę o Polsce, z której będę dumna nie tylko w Świdnicy, Słupsku i Warszawie, ale też w Brukseli i Waszyngtonie. Marzy mi się Polska, w której sprawiedliwość społeczna polega na tym, żeby pomagać słabszym i wiem ze Robert Biedroń będzie to robił! Dziś, życzę Ci jak przyjaciółka przyjacielowi – niech moc będzie z Tobą, niech nie opuści Cię entuzjazm! Wierzę w Ciebie, my wierzymy w Ciebie, niech ta wiara pozwoli Ci dojść tam, gdzie zamierzałeś. Jesteśmy z Tobą!
    Prezydentka Słupska Krystyna Danilecka-Wojewódzka
    Słupsk wita bardzo serdecznie, a ja z dumą witam w mieście moim i Roberta Biedronia. W 2014 r. mieszkańcy powierzyli nasze miasto właśnie Robertowi. Był on szefem, który mnie inspirował, dlatego chciałam z nim współpracować – dlatego przyjęłam stanowisko wiceprezydentki. Robert zawsze chciał działać w drużynie i taką stworzył i tworzy dziś z Wami. Słupsk jest średnim miastem, ale Robert Biedroń zawsze mi powtarzał: „należy myśleć perspektywami sukcesu i rozwoju, a nie ograniczeniami”. Nad tym Robert pracował przez całą kadencję jako prezydent miasta. Słupsk znajdował się w stanie zapaści, z nieudanymi inwestycjami, ale zaczęliśmy szukać innych sposobów rozwoju miasta, wraz z ówczesnym prezydentem pozyskaliśmy 400 mln złotych. W miastach powojewódzkich jak nasze problemem jest zawsze mieszkaniówka – przywróciliśmy 500 mieszkań komunalnych i socjalnych, tyle rodzin odzyskało poczucie godności. Robert Biedroń sprawił, że Słupsk jest rozpoznawalny w Polsce i Europie. Po raz pierwszy w historii wszystkie licea z naszego miasta są w rankingu Perspektyw. Wyposażamy młodych ludzi w umiejętności przyszłości robisz kolejny krok po tej ważnej dla nas w Słupsku zmiany. Robert – byłeś w Słupsku w nieustannym dialogu – a tylko z tego możemy mieć mądre i odważne społeczeństwo. Powodzenia!
    Regionalna koordynatorka Przedwiośnia Monika Figuajska
    Ja jak wiele i wielu z Was, mam marzenia. Odebrać edukację, która przygotuje mnie do życia. Znaleźć pracę, w której nie będę zarabiać mniej tylko dlatego, że jestem kobietą, a jedyną formą zatrudnienia będzie śmieciówka. ki świat mamy budować i co pozostawimy w spadku przyszłym pokoleniom. Czy w ogóle będzie co zostawiać? Ziemia jest naszym wspólnym dobrem i wspólną odpowiedzialnością. Dobrem wspólnym wszystkich żywych istot, wzajemnie od siebie zależnych. Niestety, nie zważając na skutki, eksploatujemy zasoby i nie troszczymy się o całą – znacznie liczniejszą – resztę tych bytów, które żyją, czują, odchodzą, tak samo, jak my. Od ponad 10 lat mam stwierdzoną astmę oskrzelową. Już wtedy mówiono, że jedną z przyczyn jest smog. Mamy rok 2020. I wiecie co? Nic się przez 10 lat nie zmieniło, tzn. nie zmieniło się na lepsze, bo oddychamy coraz gorszym powietrzem. Rządzący przez ten cały czas chowali głowy w piasek, udawali, pomimo jednoznacznych danych i apeli naukowców i ekologów, że problemu nie ma.
    Uwierzyłam, że się da. Znalazł się polityk, który chciał mnie wysłuchać. Spełnić moje marzenia. Szansę na lepszą Polskę wskazał Robert Biedroń. Polityka dla młodych ludzi musi być bardziej otwarta. Bliska i łatwa w zrozumieniu. Polska edukacja musi zostać zmieniona. Nie chcemy lekcji religii w szkołach. Potrzebujemy rzetelnej edukacji ekologicznej i seksualnej. Ze specjalistami, nie księżmi. Chcemy dokładnie zaplanowanej przyszłości. Kiedy powstało Przedwiośnie, stworzono miejsce dla osób z chęcią zmieniania rzeczywistości. Spójrzcie jak dużo nas tu dzisiaj jest. W niespełna rok staliśmy się największą młodzieżówką w Polsce. Młodzi w końcu znaleźli swoje miejsce.

Czy niemożliwe będzie możliwym?

Niedzielne Konwencje SLD i Wiosny wybiorą Roberta Biedronia
kandydatem polskiej lewicy na prezydenta RP.

Jaki jest Rober Biedroń każdy może zobaczyć. Bo każdy decydujący się na kandydowanie w wyborach prezydenckich przestaje być osobą prywatną. Zwłaszcza w czasach polskiej mediokratycznej demokracji.

Wtedy bowiem media, zwłaszcza te nieprzychylne kandydatowi, skrupulatnie prześwietlają każdy szczegół jego życia. Czasem nawet życia przed narodzeniem kandydata, bo w IV Rzeczpospolite narodowo – katolickie media sprawdzają również pochodzenie i genealogię kandydatów.
Ze starannością godną entuzjastów ustaw norymberskich z 1935 roku.
Nie zdziwcie się zatem, kiedy zobaczycie w Internecie wszystkie głupie wypowiedzi Roberta Biedronia i jego udziały w głupszych programach telewizyjnych. Nietrudno takie znaleźć, bo mądrych telewizyjnych programów wielce nam brakuje.
Warto przypomnieć sobie, że każdy kto dłużej uczestniczy w polskim życiu publicznym też zdążył nieraz głupio się wypowiedział i też nieraz uczestniczył w przeróżnych „teledurniejach”.
Na szczęście nie każdy z nas kandyduje na prezydenta RP. Dlatego może zachować w swej niepamięci chwile swej minionej głupoty.
Kampania rusza i pomimo, iż każdy z nas może, i będzie mógł zobaczyć jak wygląda Robert Biedroń, to nie każdy jeszcze wie jakim Robert Biedroń dzisiaj jest.
Znam go od ponad dwudziestu lat. Zaczynał jako lewicowy aktywista. Związany z grupami organizującymi pierwsze Parady Równości i środowiskiem młodych polityków SLD.
Potem Robert Biedroń kilkakrotnie udowadniał, że możliwe jest coś, co wszyscy śmiertelnie poważni politycy i dyżurni znawcy polskiej sceny politycznej, uważali za niemożliwe.
Został wybrany pierwszym posłem na Sejm RP otwarcie deklarującym swą homoseksualną orientację.
Potem został pierwszym progresywnym prezydentem miasta Słupska. Uchodzącego wtedy za biedną, konserwatywną, prowincjonalną dziurę. Wtedy ponownie przekroczył polską, mentalną barierę.
Kiedy w zeszłym roku został wybrany posłem do Parlamenty Europejskiego było już mniej zdziwień. Widać opinia publiczna uznała, że Biedroń jest bardziej europejskim politykiem niż tym swojsko-polskim.
Teraz w swoim Słupsku rozpocznie kampanię prezydencką. Jako jedyny kandydat polskiej lewicy. Jedyny kandydat lewej strony polskiej sceny politycznej. Progresywny, mówiąc po europejsku.
Minimum, maksimum
Każdy krajowy realista polityczny nie postawi dolarów na Roberta Biedronia w politycznym wyścigu do prezydenckiego pałacu.
Każdy realista stwierdzi, że plan minimum dla polskiej lewicy to dobrze przeprowadzona kampania wyborcza. Promująca kandydata Biedronia i lewicowy program całej formacji.
Aby to czynić Robert Biedroń musi przekroczyć kolejną mentalną granicę.
Dotychczasowy gej i lidera lewicy musi przekształcić się w lidera lewicy. O znanej powszechnie homoseksualnej orientacji.
Promocja programu polskiej lewicy może okazać się w tej kampanii wyborczej ważniejsza od promowania samej osoby kandydującego. Robert jest wystarczająco rozpoznawalny jako barwny, śmigający polityk młodszej generacji.
Teraz Robert musi udowodnić też, że jest kandydatem wszystkich lewicowców w naszym kraju. Nie tylko młodych, śmigających.
Prominenci PiS nie ukrywają, że uczynią wszystko aby kampania wyborcza była jak najkrótsza. Aby pan prezydent Duda wygrał już w I turze wyborczej. Bo doskonale wiedzą, że w II turze ma wielkie szanse aby przegrać z wspólną kandydaturą zjednoczonej opozycji. A taka przegrana zablokowałaby szaleństwa polityczne elit PiS.
Plan minimum dla lewicy i Roberta Biedronia to skuteczne rozpropagowanie lewicowych idei w każdym zakątku naszego kraju. I uzyskanie dwucyfrowego wyniku przez tego naszego kandydat.
A potem wspólna walka wyborcza, wsparcie najlepiej ocenionego kandydata wspólnej opozycji demokratycznej z urzędującym panem prezydentem Andrzejem Dudą.
Plan maksimum to udział jedynego kandydata lewicy w drugiej turze wyborczej. I wspólna walka wyborcza opozycji z narodowo – katolicką konserwą polityczną.
Czy to co dzisiaj uznawane za niemożliwe, może już jutro okazać się możliwym?
Wszystko jest w naszych głowach i naszych rękach. W naszych kartach wyborczych.
Trzeba dziś przyjąć, że skoro „Roma locuta, causa finta”, to Robert Biedroń jest naszym jedynym kandydatem.
To oznacza, że popieramy go niezależnie od jego wcześniejszych błędów.
Bo lewicowi wyborcy nie mogą zachowywać się jak mazgaje polityczni. Dawać się rozgrywać i wodzić przez narodowo – katolickich prominentów PiS.
W 1990 roku Włodzimierz Cimoszewicz kandydując jako ten z góry skazany na porażkę pokazał lewicowy wyborcom, że jeszcze lewica w Polsce nie umarła.
W roku 1995 Aleksander Kwaśniewski dowiódł, że niemożliwe może być możliwym. Że warto wybierać przyszłość zamiast ekshumować polityczne trumny z poprzedniego wieku.
Teraz Robert Biedroń i jego sztab wyborczy mają szansę udowodnić, że inna polityka jest możliwa. I przyszłość Polski to zjednoczona lewica.
Redakcja „Trybuny” będzie jawnie i aktywnie popierać kandydata lewicy na prezydenta RP, czyli Roberta Biedronia.

PS. Ale już po wyborach prezydenckich okres ochronny dla Roberta Biedronia na naszych lamach skończy się.

Sepuku

Jesteśmy świadkami osobliwego wydarzenia. Partia polityczna, uważająca się za lewicową, popełnia otóż publicznie zbiorowe samobójstwo i to niemal nazajutrz po ogłoszeniu swojego triumfu w wyborach parlamentarnych. Jest to moment osobliwy, historyczny, godny uwagi i odnotowania. A nade wszystko godny analizy i wniosków.

Uczestniczyłem niedawno – trochę z przypadku – w obradach dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Członkowie RW, przewodniczący rad powiatowych wysłuchali informacji Sekretarza Generalnego SLD o przygotowaniach partii do przekształcenia się w nowy byt polityczny. Determinanty tego przekształcenia są dla kierownictwa SLD dwa: przeprowadzić je w ten sposób, aby nie stracić budżetowej dotacji, jaką SLD uzyskał z racji wyniku wyborczego oraz tak, aby nowa partia powstała z przekształconego w ten sposób Sojuszu była do zaakceptowania przez partię Biedronia „Wiosna”. Na pytanie „po co?” odpowiedz jest jedna, powtarzana od jakiegoś czasu jak mantra przez kierownictwo SLD i nowo wybranych posłów: „po to, aby za cztery lata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Przyznam, że oczekiwałem uzasadnienia w rodzaju: „chcemy rządzić, aby realizować nasz program, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa i gospodarki”.
Tymczasem dokument KW SLD „Polska jutra” jest, jak zaznaczają to sami autorzy, zbiorem postulatów. Trzeba powiedzieć postulatów z reguły słusznych i oczekiwanych, ale w sumie doraźnych. Są to postulaty na dziś i jutro. Autorzy w żaden sposób nie udowadniają, że potrafią myśleć strategicznie, że potrafią nie tylko trafnie zidentyfikować zagrożenia i wyzwania jakie stają przed Polską i Polakami, ale i znaleźć na nie skuteczne remedium. Ani słowem autorzy nie zająknęli się na kluczowy temat: „Polska w świecie jutra, Polska na arenie międzynarodowej”. Dokument ten nie wyczerpuje więc znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo. Żądza rządzenia jest jednak przeogromna i hasło „będziemy rządzić” ma w zamyśle autorów być najwyraźniej główną atrakcją nowej partii.
Polityka kierownictwa SLD jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Nic z tego. Sprawy idą w odwrotnym kierunku. Kultywowanie przez lata dojutrkowego pragmatyzmu doprowadziło do chemicznego wyprania SLD z poszukiwań koncepcyjnych, z wewnętrznej, permanentnej a nie doraźnej dyskusji programowej.
Tragiczne skutki tej polityki dały o sobie znać w całej pełni na wspomnianym zebraniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Zebranemu aktywowi przedstawiono następujący scenariusz. SLD zmieni swój statut, w tym swoją nazwę (co jeszcze w tym statucie – nie wiadomo) tak, aby możliwe dla „Wiosny” stało się dołączenie do tego nowego bytu politycznego. Ustalono już, że w nowej partii będzie dwóch współprzewodniczących i podobną strukturę zalecono na szczeblach niższych. Okazało się, że z nazwą nowej partii jest pewien kłopot, gdyż nazwa „Lewica” zostało już przez kogoś zastrzeżone, ale, jak powiedział obecny i prawdopodobnie przyszły Sekretarz Generalny, „jakoś sobie z tym poradzimy”. Charakterystyczna była odpowiedz Sekretarza Generalnego na pytanie „co z członkostwem i legitymacjami SLD”. Zdaniem M.Kulaska zostanie zachowana ciągłość członkostwa, nie będzie potrzeby formalnego wstępowania do nowej partii. A legitymacje? – a po co nam nowe legitymacje? – po co wydawać pieniądze na drukowanie kolejnych plastików? – pytał retorycznie sekretarz generalny SLD. Bez echa pozostało wystąpienie jednego z działaczy sygnalizującemu, że należy liczyć się z odejściami z partii – mimo tego, że wsparł go komentarz z sali „ – już odchodzą”.
Zanosi się więc na nową partię, której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.
Zanosi się również na to, że członkostwo w nowej partii nie będzie ewidencjonowane. Partię tworzyć więc będzie jakoś tam uformowany aktyw, działający w chmurze mniej lub bardziej zidentyfikowanych partyzantów. Mówiąc krótko tworzony jest nowy byt polityczny, nad którym unosi się chmara poważnych znaków zapytania.
Największym dramatem dolnośląskiego zebrania rady wojewódzkiej SLD było moim zdaniem wystąpienie jej przewodniczącego – dzisiaj już posła na Sejm. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. To wystąpienie zasługuje na szerszy komentarz.
Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.
Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc „świetlaną” przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.
W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno – organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”.

Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym.
Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.
To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy.
Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wartościową postawę Zandberga, polityka o charyzmie zdecydowanie górującej zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.
SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Nie mogę jednak zgodzić się z tezą, że dzieje się tak za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu.
Dzieje się tak, gdyż od wielu kadencji kierownictwa SLD nie były w stanie wypracować formuły nowoczesnej partii lewicowej, nie potrafiły zaszczepić młodym Polakom lewicowych idei, skupiając się na politycznym, doraźnym pragmatyzmie.
Włodzimierz Czarzasty postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji”, lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?
Dokonując przekształceń SLD nie idzie, jak 30 lat temu PZPR do konkretnego celu, konkretnej wizji nowej partii.
Czarzasty prowadzi SLD w nieznane. Ważne jest, że kapsuła z wąską, starannie dobraną załogą na minimum cztery lata zapewniła sobie polityczną egzystencję. Dla ludzi mojego pokroju, zwłaszcza dla tych z legitymacją SdRP nr 001 sytuacja jest jednak trudna.
Czy godzić się z upokarzającą rolą członka partii „drugiego sortu”, rolą zbędnego balastu, czy też honorowo samemu opuścić tą łódź? Póki co członkom SLD dedykuję wstępniak do noworocznego wydania „TAMY”, gazety wrocławskiej SdRP z grudnia 1991r:

Noworoczna przypowieść o odrzutowcach, Ewangelii i socjalizmie.
Jakże doskonałym urządzeniem jest nowoczesny odrzutowiec pasażerski. Jest on najszybszym i najbezpieczniejszym środkiem masowej komunikacji. Nie tylko z racji swojej wspaniałej konstrukcji, silnikom, komputerom, ale również dzięki lotniskom, urządzeniom radiolokacyjnym, naziemnej i satelitarnej kontroli lotów, dzięki całemu systemowi w którym współpracuje najnowocześniejszy sprzęt z dziesiątkami tysięcy wykwalifikowanych ludzi. Co to ma wspólnego z Ewangelią i socjalizmem? W Ewangelii zawarte są nauki Jezusa, ten zaś, jak wiadomo, nauczał przez analogie.
Jak to więc było z tymi odrzutowcami? Przecież nie od razu stały się one tak doskonałe. Początki dzisiejszych samolotów to nieporadne konstrukcje maniaków opętanych bezbożną ideą zbudowania latających maszyn cięższych od powietrza. Budowali swoje pokraczne urządzenia, rujnowali się majątkowo, ginęli. Narażali się na śmiech i drwiny maluczkich, którzy ich działania uznawali za poważenie się na prawa naturalne i boskie.
Realny socjalizm był też taką nieporadną próbą poważenia się na naturalne – wydawało się niewzruszalne, boskie wręcz prawa ekonomiczne. Nie wiem, czy bardziej odpowiada on tej śmiesznej konstrukcji, w której pilot machał drewnianymi skrzydłami naśladując lot kaczki, czy wielopłatom napędzanym siłą mięśni, którym nie dane było zaznać swobodnego lotu. Najpewniej były czymś na kształt owej machiny uwiecznionej na archiwalnych filmach, która wzbiła się w powietrze, przeleciała kilkadziesiąt metrów i rozbiła się w drobny mak.
Jedno jest oczywiste. Bez tych konstruktorów-szaleńców, bez ich wiary w słuszność swojego rozumowania, bez ich śmiesznych dzisiaj konstrukcji, bez ich ofiar – nie było by współczesnego lotnictwa. Tak samo bez realnego socjalizmu, bez PRL-u, nie będzie na świecie ustroju społecznej sprawiedliwości. A przecież taki ustrój będzie. Nowy, lepszy samolot wzbije się w przestworza! Nieprawdaż?
A więc do dzieła – konstruktorzy idealiści, naiwniacy, marzyciele. Nasza jest przyszłość!

 

Przed Konwencją SLD

14 grudnia Konwencja SLD zmieni statut partii. Jak? Na oficjalnej stronie SLD czytamy, że chodzi o: „zmiany w Statucie partii, które dadzą podstawę prawną do zmian organizacyjnych. Należy się spodziewać połączenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Partii Wiosna Roberta Biedronia, a także innych lewicowych struktur, które wyrażą taką wolę.” Ale o jakie konkretnie zmiany chodzi? Zmiana statutu to rzecz niebłaha. Jakie są konkretne propozycje tych zmian? Niestety, tutaj jasne odpowiedzi władz SLD się kończą. Spróbujmy to uporządkować na podstawie strzępków doniesień czy fragmentów wystąpień członków kierownictwa SLD.

Punktem wyjścia powinno być uznanie (potwierdzone przez M.Kulaska na posiedzeniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu w dniu 18.11.b.r.), że niezależnie od zabiegów formalnych, o których niżej, właściwie powinniśmy mówić o nowym podmiocie na polskiej scenie politycznej, który pojawi się po zakończeniu procesu integracji SLD i „Wiosna”.
Podstawowe pytanie, to to, czy w ogóle potrzebna jest zmiana statutu, a jeżeli tak, to w jakim zakresie? „Wiosna” startując w wyborach parlamentarnych pod szyldem SLD jakoś przełamała obrzydzenie postkomuszą formacją. Chyba, że jednym z warunków „Wiosny” przystąpienia do niby-koalicji wyborczej było to, że po wyborach połączenie tak, ale na innych zasadach. Połączenie się SLD z innym ugrupowaniem politycznym mogłoby skutkować uznaniem przez PKW wygaśnięcia podstaw do wypłacania SLD subwencji z tytułu wyniku wyborczego. Gdyby tylko chodziło o tą kwestię, to najprostszym rozwiązaniem byłoby rozbudowanie artykułu 15. Statutu, dopuszczającego istnienie wewnątrz SLD platform programowych. Oczywiście należałoby podnieść rangę i umocowanie platform, tak jak to miało miejsce w statucie SdRP, który dopuszczał istnienie wewnątrz partii nie tylko platform programowych, ale i politycznych. Jedną z takich platform mogła by być „Wiosna”. Taki kierunek byłby uzasadniony również zapowiadanym otwarciem partii na „inne lewicowe struktury, które wyrażą taką wolę”. Czy w tym kierunku pójdą zmiany – nie wiadomo.
Wiadomo natomiast, że nastąpi zmiana nazwy partii (M.Kulasek, tamże). Dlaczego zmiana nazwy? Komu ona przeszkadza? SOJUSZ lewicy jest nazwą jak najbardziej adekwatną do zapowiadanego profilu nowej partii. Czyżby było to również jeden z warunków „Wiosny”? Jeżeli tak, to na jakie jeszcze warunki Biedronia przystał Czarzasty?
Oczekiwania albo inicjatywa zmiany szyldu zazwyczaj związana jest ze zmianami treści, które ten szyld ma reprezentować. Jakie więc merytoryczne zmiany proponowane są w Statucie, tak, aby „Wiosna” mogła powiedzieć sakramentalne „tak”?
Ustalono (tamże), że nową partią kierować będzie dwóch współprzewodniczących i że sekretarzem generalnym będzie osoba wskazana przez SLD. Podobna struktura zalecana ma być do powielania na szczeblach terenowych i realizowana w miarę możliwości.
Największa zmiana w funkcjonowaniu SLD może jednak kryć się za odpowiedzią, jaką Sekretarz Generalny udzielił podczas wrocławskiego spotkania na pytanie: „Co z legitymacjami członkowskimi SLD? Czy nowa partia wydawać będzie nowe legitymacje?” M.Kulasek odpowiedział mniej więcej następująco: „Wasze legitymacje SLD zostaną, będziecie je mieli. Ale czy będziemy wydawać nowe legitymacje? A po co? Odchodzi się już od legitymacji członkowskich. Czy nie szkoda pieniędzy na drukowanie nowych plastików”.
Wniosek z powyższego jest bardzo daleko idący. Jeżeli nie będzie legitymacji, to nie będzie również ewidencji członków i obowiązkowych, regularnych składek członkowskich. Nowa partia odejdzie więc od europejskiego standardu partii politycznych i przejmując rozwiązania amerykańskie, gdzie partię stanowią zarządy oraz osoby funkcjonujące w życiu publicznym z nadania partii (u nas: radni, posłowie, prezydenci, wojewodowie itp.) To właśnie te gremia zabiegają o środki na działanie partii oraz mobilizują wyborców i woluntariat, aby wybierały ich na kolejne kadencje. Taki model partii ma swoich wyznawców w doradczych kręgach Zarządu Krajowego. Osobiście byłem świadkiem przedstawiania takiego modelu partii przez jednego z SLD-owskich guru 8 lat temu podczas jednej z debat w Warszawie o przyszłości demokracji. Był ten model w istocie bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie (choć nie zawsze) do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Jak widać – nie. Koncepcja SLD spotkała się na wspomnianej debacie ze spontaniczną i jednoznaczną ripostą przedstawiciela niemieckiej SPD, który przestrzegał przed takim rozwiązaniem. Jego zdaniem nie wpisuje się ono w europejskie standardy i w naszych warunkach prowadzi do upadku partii. Jak inaczej interpretować stanowisko obecnego i przyszłego Sekretarza Generalnego w kwestiach członkowskich? Obawy w stosunku do amerykańskiego modelu patii politycznej są uzasadnione nie tylko widocznym jego kryzysem w USA. Dwupartyjny model amerykański możliwy był po fizycznej likwidacji amerykańskich partii socjalistycznych po II wojnie światowej i zdominował na lata amerykańską scenę polityczną. W Polsce do politycznego duopolu jest daleko, tym bardziej, że sama lewica jest bardzo zróżnicowana i spora jej część odmawia SLD atrybutu lewicowości. Gdyby jednak doszło do „amerykanizacji” SLD, mielibyśmy do czynienia z groteskową sytuacją. Do tej pory członkowie wstępowali lub występowali do SLD. Jeżeli w nowej partii status członka partii zostanie faktycznie zmieniony, to będziemy mieli do czynienia z sytuacją, że to nie jeden czy drugi członek opuści partię, ale to partia wykreśli wszystkich swoich dotychczasowych członków.
W tej strategicznej sprawie władze SLD powinny być bardzo przejrzyste i jednoznaczne. Tym bardziej, że jesteśmy świadkami wielu zdarzeń, które zdają się potwierdzać przypuszczenie, że istotą tych zmian jest ostateczne zamknięcie karty pod tytułem SLD, a z nią i SdRP. Gdyby tak było w istocie, byłby to osobliwy wkład kierownictwa SLD w proces „dekomunizacji”. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji” lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?
Na wspomnianym zebraniu Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu charakterystyczna była wypowiedź jej przewodniczącego, posła Marka Dyducha, niegdyś założyciela SdRP w Wałbrzychu. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą, stawiając siebie za wzór do naśladowania stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej wiedzy, dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą, aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej, ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – to dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.
Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania jej przewodniczącego, który miast szukać dróg i sposobów na poszerzanie elektoratu partii z determinacją zmierza do zamknięcia karty pod tytułem SLD. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj jesteśmy być może świadkami aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się pod ręką nowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.
W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno- organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”. Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym. Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.  To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy. Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wyrazistą i wartościową postawę Adriana Zandberga, polityka charyzmą zdecydowanie górującym zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.
SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Jeżeli do samounicestwienia dojdzie to dlatego, że ta partia na to przez długie lata zapracowała. Dlatego też nie jestem przeciwnikiem łączenia SLD i „Wiosny”. Przy czym nie o nazwę nowej partii chodzi, ale o system ideowych wartości, z którymi będą identyfikować się jej członkowie (sympatycy?), a więc o redefinicję pojęcia „lewica”. Z pewnością kwestie obyczajowe – ważne przecież – nie mogą stać się głównym wyznacznikiem lewicowości we współczesnym świecie. Dlatego tak duże znaczenie będą miały te zmiany w statucie, które zmieniać będą również system wartości partii. Tak duże znaczenie będzie mieć też treść zapowiadanego na okoliczność połączenia obydwu partii Manifestu, pełniącego rolę deklaracji ideowo-programowej nowej partii. Niestety, o szczegółach proponowanych zmian nie wiemy jak dotąd nic. Wybieranym na wspomnianej Radzie Wojewódzkiej delegatom na grudniową Konwencję SLD, nie przedstawiono żadnych szczegółów proponowanych zmian statutu, poza ogólnikiem, że mają one służyć połączeniu się SLD z „Wiosną”. To moim zdaniem zdecydowanie za mało. Rzetelność i transparentność w tym historycznym dla lewicy momencie jest szczególnie istotna.

PiS przebija samo siebie

Kolejna konwencja wyborcza partii Jarosława Kaczyńskiego była w Lublinie. Prezes obwieścił budowę „państwa dobrobytu” osadzonego w bardzo sztywnych neotradycjonalistycznych ramach. To ma być coś jak Wielka Polska Katolicka Dobrobytu Narodu Polskiego.

Jarosławowi Kaczyńskiemu przypadła w udziale rola roztaczającego i nazywającego wizję, np. państwo dobrobytu. Ale też i zarysowanie fundamentów moralnych, socjalnych i kulturowych. Coś czego inne partie zupełnie nie rozumieją i nie robią; trochę próbuje tego teraz nowy konglomerat SLD-Wiosna-Razem, ale jednoznacznie lepsze wrażenie marketingowo robi Kaczyński, który, widać wyraźnie, niczego się nie boi i na nic nie musi uważać, po prostu obwieszcza, z odwagą, tupetem i przekonaniem.
Zaczął od ludzkiej godności oraz od zagadnienia wspólnoty i wspólnotowości. Tak właśnie kradnie lewicy grunt. Wyjaśnił już na samym początku swojego wystąpienia, że człowiek jest istotą społeczną i  od razu wskazał jaka formuła społecznego funkcjonowania interesuje go najbardziej; to trójkąt: rodzina, kościół, naród.
– Pierwsza z nich to rodzina o której była już tutaj mowa. Tak, rodzinę uważamy za komórkę społeczną o zupełnie fundamentalnym znaczeniu dla ciągłości pokoleń, dla przekazywania kultury cywilizacji, dla trwałości większych wspólnot – objaśniał Kaczyński; nie omieszkał, dla pewności, dokładnie zdefiniować rodziny: „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina” – rzecze Prezes Państwa. Dodał także, że rodzina jest dziś atakowana.
– Naród to wspólnota języka, kultury, historii, wspólnego losu, wspólnych osiągnięć cywilizacyjnych. Naród to podstawa istnienia i działania człowieka w warunkach naszej cywilizacji, tej najbardziej życzliwej człowiekowi cywilizacji, to podstawa organizacji, którą nazywamy państwem. Naród jest nam potrzebny, jest potrzebny Europie, jest potrzebny światu. Tu mówię nie o naszym narodzie, tylko o narodach. Ale dla nas narodem jest Polska, polskość i tą polskość cenimy bardzo wysoko – powiedział Kaczyński o narodzie i szybko, płynnie przeszedł do kwestii chrześcijańskiego fundamentalizmu.
Orzekł m.in., iż kościół katolicki „był i jest głosicielem i dzierżycielem jedynego, powszechnie znanego w Polsce systemu wartości”. Według Prezesa Państwa „poza nim [kościołem – przyp. red.], poza może jakimiś bardzo niewielkimi partykularnie funkcjonującymi systemami, mamy tyko nihilizm”.
– Każdy dobry Polak musi wiedzieć, jaka jest rola Kościoła, musi wiedzieć, że poza nim jest – jeszcze raz to powtarzam – nihilizm. I ten nihilizm my odrzucamy, bo nihilizm niczego nie buduje, nihilizm wszystko niszczy – dodał.
Konwencja PiS była więc niezwykle przewidywalna, co do przesłań i formuły; tym razem są one może odrobinę bardziej egalitarne, jest trochę więcej ukłonów typu „PiS chce być partią wszystkich Polaków”.  Kaczyński ewidentnie szykuje się na zwycięstwo i puszcza oko do lewicowych ekonomicznie wyborców, którzy tradycyjnie nie głosują lub się wahają na kogo oddać głos. Zapowiedziane zostały 13 i 14 emerytury oraz płaca minimalna na poziomie 4 tys zł w 2023 r.

Co jeszcze bym dodał

…do wystąpień liderów Lewicy na konwencji w warszawskiej Arenie Ursynów.

Przebieg tego ważnego politycznie wydarzenia zrobić musiał wrażenie na wszystkich w miarę obiektywnych – jeśli takowi jeszcze są – obserwatorach i komentatorach. Nie wspominam już sympatyków haseł padających podczas tego zgromadzenia i tych, którzy poszukując swojego politycznego stanowiska w nadchodzących wyborach parlamentarnych, odnaleźli je w niedzielne popołudnie. Wywołać musiał także co najmniej refleksję w szeregach pozostałych partii i koalicji, a w twardogłowych kręgach kościelnych kolejne, głębokie oburzenie.
Przede wszystkim
była widoczna szczególna atmosfera tego spotkania wywołana nie tyle aktywnością jej uczestników, co odwagą i gamą wypowiadanych, od dawna oczekiwanych, myśli potwierdzających trwały fundament zjednoczonej wreszcie polskiej lewicy. Ale równie liczącym się był nastrój spokoju, radości i powszechnego uśmiechu, jakże różny od ponurych pisowskich zgromadzeń obrońców oblężonej, w ich mniemaniu, twierdzy. I od konwentykli Platformy Obywatelskiej podczas, których niepewność i niejasność wypowiedzi oraz krętactwo Grzegorza Schetyny udziela się całej sali.
Nie ma także wątpliwości,
że liderzy Lewicy zdali ten egzamin na szóstkę. Różni przecież, tak jak i ich partie, które reprezentują, dobrze się dopełniali w prezentowanych treściach, sposobie argumentacji i rodzaju wystąpień, których kolejność też była właściwa. W nawiązaniu kontaktu ze słuchaczami, w jasności i pewności wypowiadanych myśli, w autentyczności samych mówców, z których bił optymizm i zapał młodości. Na tym tle wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego przypominają tyrady Władysława Gomułki (którego zresztą cenię, ale z innych powodów) z jego najgorszego okresu.
Zabrakło w gronie Adriana Zandberga, Włodzimierza Czarzastego i Roberta Biedronia Barbary Nowackiej, która niestety poprowadziła Inicjatywę Polską w nieznanym i jej zapewne dzisiaj kierunku. Niewątpliwy talent i doświadczenie polityczne, wykształcenie, charyzma lidera i świetna prezencja, również to, że jest kobietą, ale także i jej zwolennicy, dopełnili by obraz zjednoczenia lewicy.
Takie wydarzenia
jak wspomniana konwencja rządzą się oczywiście swoimi szczególnymi zasadami wśród, których dominują emocje, nastrój, wspólne doświadczanie oczekiwanych i akceptowanych treści. Sprzyja im i wywołuje także odpowiednia oprawa scenograficzna, światło i dźwięk.
Nie ma w nich, bo nie może być, pogłębionej analizy problemów, obszernych uzasadnień czy też szczegółowej ekonomicznej wyliczanki przychodów i wydatków. I abstrahując także od oczywistych i celowych niedomówień, bo nikt nie chce strzelić sobie w stopę bądź ułatwić atak politycznemu przeciwnikowi, są jednak kwestie, których niedopowiedzenie wywołać może niepożądane skutki.
Problemy wiary i Kościoła
są w naszym społeczeństwie niejednokrotnie zarzewiem poważnych podziałów, a w wykonaniu Kaczyńskiego, kreującego się na ich obrońcę, wręcz wyborem politycznym. Składają się na ten gordyjski węzeł pamięć państwowej ateizacji społeczeństwa w początkowych latach PRL, polityka PZPR pełna rozlicznych i sprzecznych czasem meandrów wobec Kościoła, rola jaka odegrał w okresie ustrojowych przemian i pozycję, jaką dzięki nim zyskał, ale także wykreowany obraz jego cnót oraz wielowiekowych zasług dla Polski i równie długa tradycja katolicka w społeczeństwie. Na to wszystko nakłada się jeszcze naturalny, szczególnie w kręgach mniej wykształconych, strach przed nowością, przed zmianą dotychczasowych zwyczajów i pojęć, wzmocniony bzdurami na temat in vitro, homoseksualizmu, i pseudo-obroną polskiej rodziny.
W zapomnienie odszedł ludowy antyklerykalizm, którego najlepszym przykładem są pisma Wincentego Witosa, oświatowa tradycja polskiej inteligencji i stosunek polskich socjalistów, którzy nigdy nie walczyli z wiarą, a z wszechpanoszoncą się hierarchią kościelną. I jeżeli do tych właśnie myśli i czynów słusznie nawiązuje Lewica, odwołując się także od europejskich standardów, to musi mieć świadomość, że rozbrajania tej bomby leżącej w systemie wartości i uczuciach wielu wyborców dokonywać należy nie saperskim sposobem, a chirurgicznymi poczynaniami z trwającym cały czas procesem wyjaśniania i tłumaczenia.
Zabrakło w słowach Biedronia, a może w dopełnieniach Zanberga czy Czarzastego jasnego stanowiska określającego stosunek Lewicy do wiary, ludzi wierzących i związków wyznaniowych. Hajt, który się rozpocznie w katolickich mediach, wspierany niewątpliwie przez państwowe publikatory i kolejne homilie arcybiskupów nie tylko Jędraszewskich, będzie wielka wodą na młyn dla PiS-u i strumyczkiem potwierdzającym decyzje PSL-u.
Jest więc konieczność aby tę wielką wodę skierować mądrymi wypowiedziami, a może i czynami, we właściwą stronę, czyli do rozróżnienia postaw religijnych od politycznych.
Diametralne różnice,
które dzielą Lewicę od pozostałej części opozycji, a także od ludzi politycznie niezdecydowanych bądź obojętnych, muszą jednocześnie determinować działania jednościowe, w których akcenty położone są na elementy wspólnotowe, ważne dla wszystkich i przez wszystkich możliwe do przyjęcia. Było oczywiście podczas minionej konwencji wiele słów możliwych do takiego odczytania, ale zabrakło jednoznacznego odniesienia się do kilku kwestii elementarnych – najważniejszych, które budować mogą nie tylko wspólny senatorski, antypisowski front, ale są możliwe do przyjęcia nawet dla szeregu zwolenników PiS. I jeżeli wielokrotnie zwrócono uwagę na liczne takie kwestie, to jednoznacznego wezwania niestety nie usłyszeliśmy.
Podobnie rzecz ma się z propozycją, przedstawioną niestety poza konwencją, a mogącą być właśnie na ujazdowskiej Arenie wyjątkowo aktywnym czynnikiem kreującym polską scenę polityczną: zobowiązanie wszystkich partii do nieprzystępowania po wyborach do koalicji ze Zjednoczona prawicą. Taka, ponad podziałami solidarność stanowiła by nadzwyczaj mocny sygnał dla wyborców.
Wiadomo, że Polacy
w licznych badaniach w zdecydowanej większości wypowiadają się za Unią Europejską i przynależnością do niej naszego kraju. PiS wcielając się w rolę fałszywego lisa musiał ukochać Unię przed eurowyborami. I ta narracja zadziałała i w swych różnych odmianach dalej się powtarza Wśród mocnych i stanowczych programowych wystąpień zbrakło oskarżenia PiS o powszechnie traktowanie Polaków jako „głupi lud”, który prowadzony do ubojni wierzy cały czas, że podąża na wspaniałe pastwisko, z ciągle rosnącymi, nowymi trzycyfrowymi plusami.
Ale nie tylko na europejskim tle brak było na konwencji przynajmniej kilku odniesień do pryncypiów polskiej polityki zagranicznej, o której wszyscy dobrze wiedzą, że ma niewiele wspólnego z polską racja stanu, ale niestety sporo z zasobnością naszych portfeli.
Czasem symbol, muzyka
mówi lepiej, donioślej, celniej i bardziej przekonywująco niż najlepszy orator. Tak też się stało i na konwencji Lewicy, gdy kończyło ją odśpiewanie hymnu na tle biało-czerwonych flag. Zjednoczona polska Lewica powróciła do swych tradycyjnych symboli i haseł: jedności spraw narodowych i kwestii socjalnych, wzbogaconych dziś o wolnościowe ogólnoludzkie wartości.

 

Flaczki tygodnia

Krowom po pięćset, świniom po sto. Pan prezes Kaczyński jest jak król Midas. Każdy ruch Jego Ust przemienia każdą partyjną konwencję w obiecane złote.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A kot to pies? Jak żyć panie prezesie, kiedy dzieli pan już nie tylko Polaków na lepszych i gorszych, ale też mieszkające w Polsce zwierzęta.

Psom też pan prezes niczego nie obiecał. I proszę panią rzecznik Mazurek aby nie mieszała ludziom w głowach informacjami, że policjanci już dostali. Za dużo seriali Patryka Vegi ogląda, a za mało Piketty-ego czyta.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Na sąsiedniej Ukrainie w pierwszej turze wyborów zwyciężył komik Zełenski. Pan prezes Kaczyński idzie drogą ukraińskiego komika i też chce wygrać tegoroczną pierwsza turę wyborów. Potęgując obietnice wyborcze do komicznych rozmiarów. Do granic śmieszności i ekonomicznego absurdu.
Trzeba stwierdzić, że ukraiński komik aż tak komicznych i kosmicznych, jak jego polski epigon, obietnic nie składa. Ale Zełenski to zawodowy komik. A pan prezes Kaczyński to komik amator.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A nauczycielom paskami TVP info po oczach.
Z nauczycieli propagandziści z TVP już robią medialne, antypolskie świnie i żądne szmalu leniwe, też niepolskie, krowy. Polscy nauczyciele są dla elit i mediów związanych z PiS grupą zawodową gorszą od „komunistów i złodziei”, „żydów”, „muzułmańskich uchodźców”, „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”, „środowisk LGBT”, wszystkich razem wziętych.

W chwili gdy „Flaczki” idą do druku nie znamy wyniku zapowiadanych, ostatnich rozmów przedstawicieli rządu pana prezesa Kaczyńskiego z reprezentacją protestujących nauczycieli. Ale już słyszymy, że niektórzy liderzy NSZZ ”Solidarność” przechodzą na pozycje łamistrajków.

Pan prezes Kaczyński może „zagrać ostro”, jak lubi, i doprowadzić do wybuchu strajku nauczycieli. Aby zaraz potem szczuć zdenerwowanych uciążliwościami strajku rodziców na słusznie strajkujących polskich nauczycieli. Dzielić nauczycieli na tych „odpowiedzialnych” z „Solidarności” i „terrorystów” z ZNP. Wszystko po to, aby jeden z najważniejszych obecnie problemów, czyli naprawę edukacji narodowej, przykryć propagandowo kabaretowymi obietnicami wyborczymi.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Tyle przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymi mniej ważnymi dla pana prezesa i jego kaczystów. Bo parlamentarzyści PiS, niezależnie od ich wyniku wyborczego, będą w Parlamencie Europejskim znowu opozycją. I tylko opozycją.

Opozycją totalną zapewne, krzykliwą, demonstracyjnie nie zginającą, napakowanych nienawiścią do „elit brukselskich”, karków. Ale stale przegrywającą. Bo nawet eurodeputowani Wiktora Orbána nie chcą być w jednej frakcji z eurodeputowanymi pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo Węgrzy wolą czasem „zginąć swe karki”, aby uzyskać korzyści dla siebie i Węgier. A kaczyści naszczekają, naszczekają, ale żadnego konia z brukselskiej stajni nie ukradną. Bo nawet kraść z nimi nie chcą.

Zatem nie ma szans, żeby euro deputowani PiS załatwili w Parlamencie Europejskim większe dotacje dla polskich chłopów. W Parlamencie Europejskim taktyka „sztywnych”, napakowanych jak u dresiarzy, karków nie robi wrażenia. Tam liczą się głowy, a nie sztywne karki.
Najlepszym sprawdzianem skuteczności takiej dresiarskiej dyplomacji było głosowanie w czasie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. Wtedy PiS-owskie proste karki przegrały z europejskimi głowami stosunkiem 27 do 1.

Wynik eurowyborów będzie dla pana prezesa na tyle istotny, na ile będzie mógł pokazać swoje ewentualne zwycięstwo nad zjednoczoną w Koalicji Obywatelskiej opozycją. I w razie zwycięstwa śmielej wezwać do boju w najważniejszych w tym roku wyborach. Do polskiego parlamentu.

Skoro przed majowymi, mniej ważnymi wyborami, Najwyższa Władza Partyjna i Państwowa obiecuje polskim krowom po pięćset i polskim świniom po sto, to ile może obiecać tymże świniom i krowom przed jesiennymi, najważniejszymi wyborami?
Po tysiąc pięćset i po tysiąc sto? A może wszystkim, krowom i świniom po tysiąc pięćset od razu?
Aby tym razem nie dzielić polskich zwierząt hodowlanych na lepsze polskie krowy i gorsze polskie świnie. Nie antagonizować chłopskiego dobrostanu.

Po uzyskaniu tak wspaniałych obietnic wyborczych od pana prezesa polskie krowy i polskie świnie mogą przyjąć pasywną strategię. Zagłosować za kandydatami PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego. I czekać do usranej śmierci na obiecane im setki i pięćsetki.

Mogą też podbić stawki. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie głosować na PiS, albo nawet zagłosować na Koalicję Europejską. Wtedy przestraszony swym marnym wynikiem pan prezes Kaczyński ogłosi już nie „Piątkę Kaczyńskiego”, ale przynajmniej „Pięćdziesiątkę”, a może nawet i „Pięćsetkę Kaczyńskiego”. Dla wszystkich głosujących na PiS. Zatem warto nie głosować na PiS, żeby pana prezesa do skutecznego rozdawania pieniędzy zmusić.

Na koniec tego kabaretu warto przypomnieć.

Wszystkie obietnice wyborcze to kupowanie naszych głosów za nasze pieniądze.

Polskie krowy i polskie świnie może najpierw i dostaną te swoje setki, ale potem na pewno pojadą na rzeź.

Król Midas tak wszystko skutecznie zamieniał w złoto, czyli obietnice wyborcze, aż w jego królestwie nie było co jeść.

W bajce król Midas umarł z głodu. W realu panu prezesowi Kaczyńskiemu to nie grozi. Bo oprócz obiecywanego nam wyborczego złota, ma swoją Srebrną. Bo „władza zawsze się wyżywi”, jak mawia klasyk Jerzy Urban.

Selektywne obietnice

Trochę zapomniany francuski komediopisarz Jacques Deval mawiał sarkastycznie:
„Obiecuj tylko rzeczy niemożliwe-nie będziesz sobie czynił wyrzutów”.

Populistyczne,przedwyborcze obietnice złożone właśnie przez PiS będą kosztowały ok. 40 mld zł. rocznie i nie są uwzględnione w budżecie,który musi zostać znowelizowany i tak zapewne się stanie. Dla tej formacji bowiem podwójne tegoroczne wybory to rzeczywiście „stawka większa niż życie”. Ale warto pamiętać,iż są to obietnice selektywne i pod wieloma względami stojące w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem obecnych władz.
Opozycja zgłaszała np. od dawna postulat przyznawania dodatku 500+ na pierwsze dziecko, zwłaszcza dla matek samotnie wychowujących swe pociechy. Słyszała zawsze argument „nie ma na to pieniędzy” jeszcze kilka miesięcy temu! Teraz, jak deus ex machina, muszą się one znaleźć! Dodatkowo zwłaszcza SLD podnosiło argument braku kryterium dochodowego – tę samą kwotę otrzymują przecież osoby niezamożne, co biznesmeni lub politycy.
Potwierdza to tylko gorzką obserwację wybitnego poety rosyjskiego Jewgienija Jewtuszenki,iż „sprawiedliwość jest jak pociąg, który się zawsze spóźnia”.
Selektywność tych obietnic uwidacznia się zwłaszcza w tym,że nie dotyczą one kilku grup zawodowych,które od dłuższego czasu zasadnie, ale bezskutecznie, domagają się podwyżek. Mam na myśli: nauczycieli, pielęgniarki, czy opiekunów osób niepełnosprawnych. W tym ostatnim przypadku bezowocny okazał się nawet dramatyczny protest w Sejmie, a była premier Szydło,stojąca od roku na czele Komitetu Rady Ministrów ds. społecznych, nie raczyła nawet spotkać się z tymi osobami.
Casus nauczycieli jest szczególnie drastyczny. Żałosna, nieprzygotowana i chaotyczna reforma minister edukacji Anny Zalewskiej (słusznie określana mianem „deformy”) już wkrótce wyda swe zatrute owoce, gdy dwa roczniki skumulowane przypuszczą szturm na licea. Jak ironicznie napisał Przemysław Franczak na łamach „Polska. The Times” – Pani minister skutki swej decyzji będzie oglądać już „znad talerza muli w Brukseli”, a przecież za swoje „historyczne zasługi powinna trafić do siódmego kręgu edukacyjnego piekła i do końca życia pracować w stołówce w zespole szkół powiatowych”. W tej sytuacji, zapowiedziane, m.in. przez nauczycielskie związki zawodowe, protesty oraz strajki wydają w pełni zasadne.
Niektóre zapowiedzi wydają się kontrowersyjne. Np. planowane – w celu przyciągnięcia do urn młodych ludzi – zwolnienie osób do 26 roku życia z płacenia PIT-u może wywoływać wątpliwości konstytucyjne. Generalnie zaś dwukrotnie, w maju i jesienią, przekonamy się,czy tego typu decyzjami społeczno-gospodarczymi da się swoiście „kupić” elektorat.