PiS przebija samo siebie

Kolejna konwencja wyborcza partii Jarosława Kaczyńskiego była w Lublinie. Prezes obwieścił budowę „państwa dobrobytu” osadzonego w bardzo sztywnych neotradycjonalistycznych ramach. To ma być coś jak Wielka Polska Katolicka Dobrobytu Narodu Polskiego.

Jarosławowi Kaczyńskiemu przypadła w udziale rola roztaczającego i nazywającego wizję, np. państwo dobrobytu. Ale też i zarysowanie fundamentów moralnych, socjalnych i kulturowych. Coś czego inne partie zupełnie nie rozumieją i nie robią; trochę próbuje tego teraz nowy konglomerat SLD-Wiosna-Razem, ale jednoznacznie lepsze wrażenie marketingowo robi Kaczyński, który, widać wyraźnie, niczego się nie boi i na nic nie musi uważać, po prostu obwieszcza, z odwagą, tupetem i przekonaniem.
Zaczął od ludzkiej godności oraz od zagadnienia wspólnoty i wspólnotowości. Tak właśnie kradnie lewicy grunt. Wyjaśnił już na samym początku swojego wystąpienia, że człowiek jest istotą społeczną i  od razu wskazał jaka formuła społecznego funkcjonowania interesuje go najbardziej; to trójkąt: rodzina, kościół, naród.
– Pierwsza z nich to rodzina o której była już tutaj mowa. Tak, rodzinę uważamy za komórkę społeczną o zupełnie fundamentalnym znaczeniu dla ciągłości pokoleń, dla przekazywania kultury cywilizacji, dla trwałości większych wspólnot – objaśniał Kaczyński; nie omieszkał, dla pewności, dokładnie zdefiniować rodziny: „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina” – rzecze Prezes Państwa. Dodał także, że rodzina jest dziś atakowana.
– Naród to wspólnota języka, kultury, historii, wspólnego losu, wspólnych osiągnięć cywilizacyjnych. Naród to podstawa istnienia i działania człowieka w warunkach naszej cywilizacji, tej najbardziej życzliwej człowiekowi cywilizacji, to podstawa organizacji, którą nazywamy państwem. Naród jest nam potrzebny, jest potrzebny Europie, jest potrzebny światu. Tu mówię nie o naszym narodzie, tylko o narodach. Ale dla nas narodem jest Polska, polskość i tą polskość cenimy bardzo wysoko – powiedział Kaczyński o narodzie i szybko, płynnie przeszedł do kwestii chrześcijańskiego fundamentalizmu.
Orzekł m.in., iż kościół katolicki „był i jest głosicielem i dzierżycielem jedynego, powszechnie znanego w Polsce systemu wartości”. Według Prezesa Państwa „poza nim [kościołem – przyp. red.], poza może jakimiś bardzo niewielkimi partykularnie funkcjonującymi systemami, mamy tyko nihilizm”.
– Każdy dobry Polak musi wiedzieć, jaka jest rola Kościoła, musi wiedzieć, że poza nim jest – jeszcze raz to powtarzam – nihilizm. I ten nihilizm my odrzucamy, bo nihilizm niczego nie buduje, nihilizm wszystko niszczy – dodał.
Konwencja PiS była więc niezwykle przewidywalna, co do przesłań i formuły; tym razem są one może odrobinę bardziej egalitarne, jest trochę więcej ukłonów typu „PiS chce być partią wszystkich Polaków”.  Kaczyński ewidentnie szykuje się na zwycięstwo i puszcza oko do lewicowych ekonomicznie wyborców, którzy tradycyjnie nie głosują lub się wahają na kogo oddać głos. Zapowiedziane zostały 13 i 14 emerytury oraz płaca minimalna na poziomie 4 tys zł w 2023 r.

Co jeszcze bym dodał

…do wystąpień liderów Lewicy na konwencji w warszawskiej Arenie Ursynów.

Przebieg tego ważnego politycznie wydarzenia zrobić musiał wrażenie na wszystkich w miarę obiektywnych – jeśli takowi jeszcze są – obserwatorach i komentatorach. Nie wspominam już sympatyków haseł padających podczas tego zgromadzenia i tych, którzy poszukując swojego politycznego stanowiska w nadchodzących wyborach parlamentarnych, odnaleźli je w niedzielne popołudnie. Wywołać musiał także co najmniej refleksję w szeregach pozostałych partii i koalicji, a w twardogłowych kręgach kościelnych kolejne, głębokie oburzenie.
Przede wszystkim
była widoczna szczególna atmosfera tego spotkania wywołana nie tyle aktywnością jej uczestników, co odwagą i gamą wypowiadanych, od dawna oczekiwanych, myśli potwierdzających trwały fundament zjednoczonej wreszcie polskiej lewicy. Ale równie liczącym się był nastrój spokoju, radości i powszechnego uśmiechu, jakże różny od ponurych pisowskich zgromadzeń obrońców oblężonej, w ich mniemaniu, twierdzy. I od konwentykli Platformy Obywatelskiej podczas, których niepewność i niejasność wypowiedzi oraz krętactwo Grzegorza Schetyny udziela się całej sali.
Nie ma także wątpliwości,
że liderzy Lewicy zdali ten egzamin na szóstkę. Różni przecież, tak jak i ich partie, które reprezentują, dobrze się dopełniali w prezentowanych treściach, sposobie argumentacji i rodzaju wystąpień, których kolejność też była właściwa. W nawiązaniu kontaktu ze słuchaczami, w jasności i pewności wypowiadanych myśli, w autentyczności samych mówców, z których bił optymizm i zapał młodości. Na tym tle wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego przypominają tyrady Władysława Gomułki (którego zresztą cenię, ale z innych powodów) z jego najgorszego okresu.
Zabrakło w gronie Adriana Zandberga, Włodzimierza Czarzastego i Roberta Biedronia Barbary Nowackiej, która niestety poprowadziła Inicjatywę Polską w nieznanym i jej zapewne dzisiaj kierunku. Niewątpliwy talent i doświadczenie polityczne, wykształcenie, charyzma lidera i świetna prezencja, również to, że jest kobietą, ale także i jej zwolennicy, dopełnili by obraz zjednoczenia lewicy.
Takie wydarzenia
jak wspomniana konwencja rządzą się oczywiście swoimi szczególnymi zasadami wśród, których dominują emocje, nastrój, wspólne doświadczanie oczekiwanych i akceptowanych treści. Sprzyja im i wywołuje także odpowiednia oprawa scenograficzna, światło i dźwięk.
Nie ma w nich, bo nie może być, pogłębionej analizy problemów, obszernych uzasadnień czy też szczegółowej ekonomicznej wyliczanki przychodów i wydatków. I abstrahując także od oczywistych i celowych niedomówień, bo nikt nie chce strzelić sobie w stopę bądź ułatwić atak politycznemu przeciwnikowi, są jednak kwestie, których niedopowiedzenie wywołać może niepożądane skutki.
Problemy wiary i Kościoła
są w naszym społeczeństwie niejednokrotnie zarzewiem poważnych podziałów, a w wykonaniu Kaczyńskiego, kreującego się na ich obrońcę, wręcz wyborem politycznym. Składają się na ten gordyjski węzeł pamięć państwowej ateizacji społeczeństwa w początkowych latach PRL, polityka PZPR pełna rozlicznych i sprzecznych czasem meandrów wobec Kościoła, rola jaka odegrał w okresie ustrojowych przemian i pozycję, jaką dzięki nim zyskał, ale także wykreowany obraz jego cnót oraz wielowiekowych zasług dla Polski i równie długa tradycja katolicka w społeczeństwie. Na to wszystko nakłada się jeszcze naturalny, szczególnie w kręgach mniej wykształconych, strach przed nowością, przed zmianą dotychczasowych zwyczajów i pojęć, wzmocniony bzdurami na temat in vitro, homoseksualizmu, i pseudo-obroną polskiej rodziny.
W zapomnienie odszedł ludowy antyklerykalizm, którego najlepszym przykładem są pisma Wincentego Witosa, oświatowa tradycja polskiej inteligencji i stosunek polskich socjalistów, którzy nigdy nie walczyli z wiarą, a z wszechpanoszoncą się hierarchią kościelną. I jeżeli do tych właśnie myśli i czynów słusznie nawiązuje Lewica, odwołując się także od europejskich standardów, to musi mieć świadomość, że rozbrajania tej bomby leżącej w systemie wartości i uczuciach wielu wyborców dokonywać należy nie saperskim sposobem, a chirurgicznymi poczynaniami z trwającym cały czas procesem wyjaśniania i tłumaczenia.
Zabrakło w słowach Biedronia, a może w dopełnieniach Zanberga czy Czarzastego jasnego stanowiska określającego stosunek Lewicy do wiary, ludzi wierzących i związków wyznaniowych. Hajt, który się rozpocznie w katolickich mediach, wspierany niewątpliwie przez państwowe publikatory i kolejne homilie arcybiskupów nie tylko Jędraszewskich, będzie wielka wodą na młyn dla PiS-u i strumyczkiem potwierdzającym decyzje PSL-u.
Jest więc konieczność aby tę wielką wodę skierować mądrymi wypowiedziami, a może i czynami, we właściwą stronę, czyli do rozróżnienia postaw religijnych od politycznych.
Diametralne różnice,
które dzielą Lewicę od pozostałej części opozycji, a także od ludzi politycznie niezdecydowanych bądź obojętnych, muszą jednocześnie determinować działania jednościowe, w których akcenty położone są na elementy wspólnotowe, ważne dla wszystkich i przez wszystkich możliwe do przyjęcia. Było oczywiście podczas minionej konwencji wiele słów możliwych do takiego odczytania, ale zabrakło jednoznacznego odniesienia się do kilku kwestii elementarnych – najważniejszych, które budować mogą nie tylko wspólny senatorski, antypisowski front, ale są możliwe do przyjęcia nawet dla szeregu zwolenników PiS. I jeżeli wielokrotnie zwrócono uwagę na liczne takie kwestie, to jednoznacznego wezwania niestety nie usłyszeliśmy.
Podobnie rzecz ma się z propozycją, przedstawioną niestety poza konwencją, a mogącą być właśnie na ujazdowskiej Arenie wyjątkowo aktywnym czynnikiem kreującym polską scenę polityczną: zobowiązanie wszystkich partii do nieprzystępowania po wyborach do koalicji ze Zjednoczona prawicą. Taka, ponad podziałami solidarność stanowiła by nadzwyczaj mocny sygnał dla wyborców.
Wiadomo, że Polacy
w licznych badaniach w zdecydowanej większości wypowiadają się za Unią Europejską i przynależnością do niej naszego kraju. PiS wcielając się w rolę fałszywego lisa musiał ukochać Unię przed eurowyborami. I ta narracja zadziałała i w swych różnych odmianach dalej się powtarza Wśród mocnych i stanowczych programowych wystąpień zbrakło oskarżenia PiS o powszechnie traktowanie Polaków jako „głupi lud”, który prowadzony do ubojni wierzy cały czas, że podąża na wspaniałe pastwisko, z ciągle rosnącymi, nowymi trzycyfrowymi plusami.
Ale nie tylko na europejskim tle brak było na konwencji przynajmniej kilku odniesień do pryncypiów polskiej polityki zagranicznej, o której wszyscy dobrze wiedzą, że ma niewiele wspólnego z polską racja stanu, ale niestety sporo z zasobnością naszych portfeli.
Czasem symbol, muzyka
mówi lepiej, donioślej, celniej i bardziej przekonywująco niż najlepszy orator. Tak też się stało i na konwencji Lewicy, gdy kończyło ją odśpiewanie hymnu na tle biało-czerwonych flag. Zjednoczona polska Lewica powróciła do swych tradycyjnych symboli i haseł: jedności spraw narodowych i kwestii socjalnych, wzbogaconych dziś o wolnościowe ogólnoludzkie wartości.

 

Flaczki tygodnia

Krowom po pięćset, świniom po sto. Pan prezes Kaczyński jest jak król Midas. Każdy ruch Jego Ust przemienia każdą partyjną konwencję w obiecane złote.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A kot to pies? Jak żyć panie prezesie, kiedy dzieli pan już nie tylko Polaków na lepszych i gorszych, ale też mieszkające w Polsce zwierzęta.

Psom też pan prezes niczego nie obiecał. I proszę panią rzecznik Mazurek aby nie mieszała ludziom w głowach informacjami, że policjanci już dostali. Za dużo seriali Patryka Vegi ogląda, a za mało Piketty-ego czyta.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Na sąsiedniej Ukrainie w pierwszej turze wyborów zwyciężył komik Zełenski. Pan prezes Kaczyński idzie drogą ukraińskiego komika i też chce wygrać tegoroczną pierwsza turę wyborów. Potęgując obietnice wyborcze do komicznych rozmiarów. Do granic śmieszności i ekonomicznego absurdu.
Trzeba stwierdzić, że ukraiński komik aż tak komicznych i kosmicznych, jak jego polski epigon, obietnic nie składa. Ale Zełenski to zawodowy komik. A pan prezes Kaczyński to komik amator.

Krowom po pięćset, świniom po sto. A nauczycielom paskami TVP info po oczach.
Z nauczycieli propagandziści z TVP już robią medialne, antypolskie świnie i żądne szmalu leniwe, też niepolskie, krowy. Polscy nauczyciele są dla elit i mediów związanych z PiS grupą zawodową gorszą od „komunistów i złodziei”, „żydów”, „muzułmańskich uchodźców”, „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”, „środowisk LGBT”, wszystkich razem wziętych.

W chwili gdy „Flaczki” idą do druku nie znamy wyniku zapowiadanych, ostatnich rozmów przedstawicieli rządu pana prezesa Kaczyńskiego z reprezentacją protestujących nauczycieli. Ale już słyszymy, że niektórzy liderzy NSZZ ”Solidarność” przechodzą na pozycje łamistrajków.

Pan prezes Kaczyński może „zagrać ostro”, jak lubi, i doprowadzić do wybuchu strajku nauczycieli. Aby zaraz potem szczuć zdenerwowanych uciążliwościami strajku rodziców na słusznie strajkujących polskich nauczycieli. Dzielić nauczycieli na tych „odpowiedzialnych” z „Solidarności” i „terrorystów” z ZNP. Wszystko po to, aby jeden z najważniejszych obecnie problemów, czyli naprawę edukacji narodowej, przykryć propagandowo kabaretowymi obietnicami wyborczymi.

Krowom po pięćset, świniom po sto. Tyle przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymi mniej ważnymi dla pana prezesa i jego kaczystów. Bo parlamentarzyści PiS, niezależnie od ich wyniku wyborczego, będą w Parlamencie Europejskim znowu opozycją. I tylko opozycją.

Opozycją totalną zapewne, krzykliwą, demonstracyjnie nie zginającą, napakowanych nienawiścią do „elit brukselskich”, karków. Ale stale przegrywającą. Bo nawet eurodeputowani Wiktora Orbána nie chcą być w jednej frakcji z eurodeputowanymi pana prezesa Kaczyńskiego.
Bo Węgrzy wolą czasem „zginąć swe karki”, aby uzyskać korzyści dla siebie i Węgier. A kaczyści naszczekają, naszczekają, ale żadnego konia z brukselskiej stajni nie ukradną. Bo nawet kraść z nimi nie chcą.

Zatem nie ma szans, żeby euro deputowani PiS załatwili w Parlamencie Europejskim większe dotacje dla polskich chłopów. W Parlamencie Europejskim taktyka „sztywnych”, napakowanych jak u dresiarzy, karków nie robi wrażenia. Tam liczą się głowy, a nie sztywne karki.
Najlepszym sprawdzianem skuteczności takiej dresiarskiej dyplomacji było głosowanie w czasie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. Wtedy PiS-owskie proste karki przegrały z europejskimi głowami stosunkiem 27 do 1.

Wynik eurowyborów będzie dla pana prezesa na tyle istotny, na ile będzie mógł pokazać swoje ewentualne zwycięstwo nad zjednoczoną w Koalicji Obywatelskiej opozycją. I w razie zwycięstwa śmielej wezwać do boju w najważniejszych w tym roku wyborach. Do polskiego parlamentu.

Skoro przed majowymi, mniej ważnymi wyborami, Najwyższa Władza Partyjna i Państwowa obiecuje polskim krowom po pięćset i polskim świniom po sto, to ile może obiecać tymże świniom i krowom przed jesiennymi, najważniejszymi wyborami?
Po tysiąc pięćset i po tysiąc sto? A może wszystkim, krowom i świniom po tysiąc pięćset od razu?
Aby tym razem nie dzielić polskich zwierząt hodowlanych na lepsze polskie krowy i gorsze polskie świnie. Nie antagonizować chłopskiego dobrostanu.

Po uzyskaniu tak wspaniałych obietnic wyborczych od pana prezesa polskie krowy i polskie świnie mogą przyjąć pasywną strategię. Zagłosować za kandydatami PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego. I czekać do usranej śmierci na obiecane im setki i pięćsetki.

Mogą też podbić stawki. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie głosować na PiS, albo nawet zagłosować na Koalicję Europejską. Wtedy przestraszony swym marnym wynikiem pan prezes Kaczyński ogłosi już nie „Piątkę Kaczyńskiego”, ale przynajmniej „Pięćdziesiątkę”, a może nawet i „Pięćsetkę Kaczyńskiego”. Dla wszystkich głosujących na PiS. Zatem warto nie głosować na PiS, żeby pana prezesa do skutecznego rozdawania pieniędzy zmusić.

Na koniec tego kabaretu warto przypomnieć.

Wszystkie obietnice wyborcze to kupowanie naszych głosów za nasze pieniądze.

Polskie krowy i polskie świnie może najpierw i dostaną te swoje setki, ale potem na pewno pojadą na rzeź.

Król Midas tak wszystko skutecznie zamieniał w złoto, czyli obietnice wyborcze, aż w jego królestwie nie było co jeść.

W bajce król Midas umarł z głodu. W realu panu prezesowi Kaczyńskiemu to nie grozi. Bo oprócz obiecywanego nam wyborczego złota, ma swoją Srebrną. Bo „władza zawsze się wyżywi”, jak mawia klasyk Jerzy Urban.

Selektywne obietnice

Trochę zapomniany francuski komediopisarz Jacques Deval mawiał sarkastycznie:
„Obiecuj tylko rzeczy niemożliwe-nie będziesz sobie czynił wyrzutów”.

Populistyczne,przedwyborcze obietnice złożone właśnie przez PiS będą kosztowały ok. 40 mld zł. rocznie i nie są uwzględnione w budżecie,który musi zostać znowelizowany i tak zapewne się stanie. Dla tej formacji bowiem podwójne tegoroczne wybory to rzeczywiście „stawka większa niż życie”. Ale warto pamiętać,iż są to obietnice selektywne i pod wieloma względami stojące w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem obecnych władz.
Opozycja zgłaszała np. od dawna postulat przyznawania dodatku 500+ na pierwsze dziecko, zwłaszcza dla matek samotnie wychowujących swe pociechy. Słyszała zawsze argument „nie ma na to pieniędzy” jeszcze kilka miesięcy temu! Teraz, jak deus ex machina, muszą się one znaleźć! Dodatkowo zwłaszcza SLD podnosiło argument braku kryterium dochodowego – tę samą kwotę otrzymują przecież osoby niezamożne, co biznesmeni lub politycy.
Potwierdza to tylko gorzką obserwację wybitnego poety rosyjskiego Jewgienija Jewtuszenki,iż „sprawiedliwość jest jak pociąg, który się zawsze spóźnia”.
Selektywność tych obietnic uwidacznia się zwłaszcza w tym,że nie dotyczą one kilku grup zawodowych,które od dłuższego czasu zasadnie, ale bezskutecznie, domagają się podwyżek. Mam na myśli: nauczycieli, pielęgniarki, czy opiekunów osób niepełnosprawnych. W tym ostatnim przypadku bezowocny okazał się nawet dramatyczny protest w Sejmie, a była premier Szydło,stojąca od roku na czele Komitetu Rady Ministrów ds. społecznych, nie raczyła nawet spotkać się z tymi osobami.
Casus nauczycieli jest szczególnie drastyczny. Żałosna, nieprzygotowana i chaotyczna reforma minister edukacji Anny Zalewskiej (słusznie określana mianem „deformy”) już wkrótce wyda swe zatrute owoce, gdy dwa roczniki skumulowane przypuszczą szturm na licea. Jak ironicznie napisał Przemysław Franczak na łamach „Polska. The Times” – Pani minister skutki swej decyzji będzie oglądać już „znad talerza muli w Brukseli”, a przecież za swoje „historyczne zasługi powinna trafić do siódmego kręgu edukacyjnego piekła i do końca życia pracować w stołówce w zespole szkół powiatowych”. W tej sytuacji, zapowiedziane, m.in. przez nauczycielskie związki zawodowe, protesty oraz strajki wydają w pełni zasadne.
Niektóre zapowiedzi wydają się kontrowersyjne. Np. planowane – w celu przyciągnięcia do urn młodych ludzi – zwolnienie osób do 26 roku życia z płacenia PIT-u może wywoływać wątpliwości konstytucyjne. Generalnie zaś dwukrotnie, w maju i jesienią, przekonamy się,czy tego typu decyzjami społeczno-gospodarczymi da się swoiście „kupić” elektorat.

Nie lubię ściemy

Podczas konwencji SLD delegatki i delegaci podjęli większością 111 głosów, przy 6 głosach wstrzymujących i 3 przeciwnych – w tym moim – decyzję o przystąpieniu do utworzenia Koalicji Europejskiej wraz z innymi ugrupowaniami opozycji parlamentarnej. Demokratycznie zdecydowaliśmy o formule naszej drogi do Parlamentu Europejskiego. Decyzja zapadła, pora ją realizować. Zgodnie z tym, co zapowiadałam, zawsze będę lojalnie broniła demokratycznie podjętych przez moje Koleżanki i Kolegów decyzji!

Spodziewałam się takiej decyzji i wiedziałam, że moje stanowisko, zwłaszcza po ostatnich sondażach i polityce Wiosny o niewchodzeniu w żadną lewicową koalicję, będzie odosobnione. Jednakże staram się być w podejmowanych decyzjach konsekwentna, więc, jako od dawna zdeklarowana zwolenniczka koalicji stricte lewicowej do wyborów do PE, nie mogłam oddać innego głosu. Moja koncepcja przegrała, bo być może była błędna i mądrość zbiorowa partii polega na tym, że balansuje skrajności. Czas pokaże, co się wydarzy. Jeśli Koalicja Europejska odniesie wyborczy sukces, to okaże się, że warto być pragmatycznym i konsensusowym.

Przed nami wyzwanie wynegocjowania jak najbardziej propracowniczych punktów programu wyborczego do #PE. Trzeba będzie walczyć o to pazurami, wiem. Ale Włodek Czarzasty to jest facet, który jest jedynym znanym mi politykiem – i nie mówię tego z oczywistych sympatii partyjnych – który jest w stanie stawiać i egzekwować warunki wobec Grzegorz Schetyna. Bo jest wprost niereformowalnym 😉 człowiekiem czynu, a nie gadaniny. Bo umie walnąć prawdą między oczy. Wreszcie, bo stoi za nim murem trzech premierów, z których dwóch – w tym jeden wówczas jako szef dyplomacji, wprowadziło Polskę do Unii Europejskiej.

Realnie patrząc, żeby w całej #UE wprowadzić europejską płacę minimalną, to i tak potrzebne są głosy nie tylko S&D, w którym są i będą nasi eurodeputowani, ale i głosy EPP. Obecnie w PE rządzi koalicja S&D z EPP właśnie. Zatem nie ma co się obrażać na rzeczywistość, tylko umieć się w niej odnaleźć. Uwarunkowania polityczne są takie, a nie inne. Mam nadzieję, że drogo sprzedamy tę naszą, dwudziestoletnią już w tym roku, czerwoną skórę. Że będzie warto, bo wprowadzimy do S&D posłów i posłanki, którzy i które zjeść się nie dadzą, bo przecież nikt nie będzie np. takim byłym premierom RP w kaszę dmuchał i z ich zdaniem trzeba się będzie w UE liczyć.

Nie lubię ściemy. Uważam, że wyborczyniom i wyborcom trzeba mówić prawdę. Zarówno o mankamentach i braku realności programów innych partii, jak i o backgroundzie podejmowanych przez własne ugrupowanie decyzji.
Decyzja, która zapadła, była jedyną możliwą. Są takie sytuacje, kiedy ma się niewielkie pole manewru. Trzeba wówczas prowadzić auto tak, żeby uniknąć wypadku. SLD nie jest rozpędzonym do 200 km/h najnowszym modelem S-klasy ze wszystkimi ABS-ami, systemami kontroli trakcji-i-bóg-wie-czego, i innymi takimi, a przede wszystkim z mocą 160 koni pod maską, który ucieknie na drodze przed każdym. Jesteśmy takim moim, używanym, Oplem Astrą. Popularnym modelem, który się super prowadzi, przez wiele lat nie zawodzi, który ma lub miała masa ludzi, a który jak ma nowe zimówki (wszyskich posiadaczy samochodów zachęcam!), to nawet pod górę minie mercedesa, który na opony poskąpił i nie umie złapać przyczepności (historia autentyczna). Ale kiedy mamy obok rozpędzone tiry, które dodatkowo się nawzajem próbują bez przerwy wyprzedzać, to żadna Astra H nie będzie próbowała wyprzedzania na trzeciego.