Tymczasem w Watykanie…

Gdy polski kler nadal koncentruje się na walce z ideologią LGBT, z Watykanu napływają co chwila plotki sugerujące możliwość jeśli nie dekanonizacji Jana Pawła II, to przynajmniej zdjęcia go po cichu z pomnika. Teoretycznie dekanonizacja jest możliwa, jeśli udowodni się „wprowadzenie w błąd” papieża dokonującego tego aktu; dewojtylizacja Kościoła już postępuje żwawo. Na przestrzeni ostatniego roku miały miejsce trzy znamienne wydarzenia.

W błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano arcybiskupa Oscara Romero, zamordowanego 24 marca 1980 r. przez bojówkę Roberta D’Aubissona, który przeszedł przeszkolenie w tzw. „Szkole Ameryk”, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA, szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama. Romero był utożsamiany z ideami teologii wyzwolenia, jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości, związany politycznie z interesami USA rządzonym przez Ronalda Reagana, nic nie uczynił w tej sprawie. Akta zebrane w Salwadorze, potwierdzające męczeństwo Romero, leżały bez żadnej decyzji od 1990 do 1999 r. w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tymczasem podobny akt zabójstwa duchownego – sprawa ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego w 1984 r. – został niezwykle szybko uznany za męczeństwo.
Drugim ważnym epizodem będącym oznaką dewojtylizacji jest otwarcie w lutym 2019 r. procesu beatyfikacyjnego byłego generała jezuitów o. Pedro Arrupe. Od początku swego pontyfikatu Karola Wojtyła był skonfliktowany z Arrupe – zarówno na tle osobowości, jak i poglądów na rolę Kościoła i jezuitów, w tym stosunku do „teologii wyzwolenia”. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50. rodziły się „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i marzeniu o sprawiedliwości społecznej. Im był oddany Pedro Arrupe, człowiek głęboko oddany idei rozwojowi ludzkości i postępu. Gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z „obozem realnego socjalizmu” przeciwko prawicowym dyktaturom kreowanym z Waszyngtonu. Jezuici pod jego kierunkiem stali się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Tymczasem Karol Wojtyła nie był w stanie wyjść poza mentalność prowincjonalnego, polsko-lokalnego, zachowawczego proboszcza z Małopolski czy Podkarpacia. Charakteryzowały go ponadto skrajny antykomunizm i ludowo-masowa bezrefleksyjna religijność. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą wyraźnie mu było nie po drodze. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych i samodzielnie myślących. To też „zasługa” Jana Pawła II, który wolał popierać ultrakonserwatywne Opus Dei. Obecnym jednak generałem jezuitów jest Wenezuelczyk, Arturo Sosa Abascal. Czyżby miał nastąpić i w tej sprawie dewoltylizacyjny zwrot?
Trzecim elementem dewojtylizacji jest likwidacja Papieskiego Instytutu JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną, co nastąpi w roku bieżącym. W jego miejsce powstanie Papieski Instytut Teologiczny JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie i to jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel – filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem „otwarcie” na inne spojrzenia dot. zagadnień rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
A w Polsce wszystko, co dotyczy Jana Pawła II, jest dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją. Liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści absolutnie nie rozumieją tego co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z „Wesela” Wyspiańskiego: „.. Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach.

Między parezją a hipokryzją

Poniższe uwagi dedykuję holenderskiemu dziennikarzowi Ekke Overbeekowi, który jako pierwszy zaczął się dziwić różnicom polskiej i holenderskiej religijności.

Właśnie wróciłem z kilkudniowego pobytu w Lejdzie, gdzie próbowałem zrozumieć praktyczne i teoretyczne aspekty postsekularyzmu społeczeństwa holenderskiego. Jak wiadomo w wyobrażeniu większości polskich katolików należy ono do cywilizacji śmierci, by nie powiedzieć, że jest tej cywilizacji sercem. Już o tym pisałem po moich poprzednich pobytach w Amsterdamie, więc tym razem ograniczę się tylko do kilku uwag natury ogólnej.
Otóż wydaje mi się, że problemy z obecnością religii w przestrzeni publicznej, z jakimi borykamy się w naszym kraju (Holendrzy tego problemu nie mają, bo ludzie są religijni w sposób dyskretny i do jej wyrażania nie potrzebują wsparcia polityków) powinny być rozwiązywane przez ludzi religijnych. Z tego prostego powodu, że dla ludzi niereligijnych, a tym bardziej dla przeciwników religii jest rzeczą niezwykle trudną (a czasem wręcz niemożliwą) zrozumieć emocje i związane z nimi zachowania, których źródłem jest doświadczenie religijne. A więc z samej natury im obce.
Co gorsza, im głośniejsze głosy krytyki pod adresem instytucjonalnych form obecności religii w przestrzeni publicznej, tym radykalniejsze głosy jej obrońców (w polskich realiach ma to związek przede wszystkim z Kościołem katolickim, który dla wielu jest wręcz synonimem religii). A jak pokazują ostatnie miesiące — tym brutalniejsze stają się ataki niektórych przedstawicieli katolicyzmu na wymyśloną przez nich „cywilizację śmierci”. Przybiera ona różne kształty i oblicza, ale przeważnie staje się poręcznym narzędziem, by uciszać krytyków Kościoła, a zwłaszcza kleru.
Spirala emocji wydaje się nie do zatrzymania, a polityczny kontekst (zbliżające się wybory parlamentarne w październiku 2019) jedynie je potęguje. Moim zdaniem kres tej eskalacji emocji, słów, a coraz częściej i czynów, może przyjść tylko ze strony ludzi religijnych. To właśnie ludzie prawdziwie wierzący mogą i powinni udowodnić, że związki religii z mową nienawiści i z polityką są nie do pogodzenia z autentycznym rdzeniem religii, a w polskim kontekście z chrześcijaństwem i wyznawanym przez większość katolicyzmem.
Jak na razie tych głosów w Polsce brak. To oczywiście wcale nie oznacza, że ich nie ma. Po prostu nie są słyszalne w przestrzeni publicznej (a jak się pojawiają, to są skutecznie wyciszane przez hierarchów lub agresywnych publicystów, którzy uważają, że tylko oni mają monopol na określanie, co jest autentycznym katolicyzmem, a co się z nim rozmija).
To właśnie z tego powodu polskie społeczeństwo znalazło się na szybkiej ścieżce sekularyzacyjnej. Od razu chcę zaznaczyć, że mnie to nie martwi. Wręcz przeciwnie jestem bardzo rad, że coraz więcej polskich katolików zaczyna dostrzegać zgubne konsekwencje splotu upolitycznionej religii z ureligijnioną polityką oraz słów nasyconych agresją i nienawiścią, jakie padają ze strony ludzi Kościoła i polityków. To swoje rozumienie muszą przełożyć na konkretne decyzje wyborcze. I te decyzje nie odnoszą się tylko do wyborów politycznych, ale również wyborów konkretnego kościoła bądź wręcz odrzucenia instytucjonalnych form religii (jak ja to zrobiłem przed laty).
I na koniec uwaga o wspomnianym postsekularyzmie. Nawet jeśli to pojęcie jest problematyczne i niektórzy socjologowie religii wręcz kwestionują jego analityczną przydatność, to moim zdaniem ma ono przyszłość, zwłaszcza w Europie. Pozwala bowiem spojrzeć życzliwie i z empatią na ludzi niepodzielających moich poglądów czy przeświadczeń na temat religii. Michel Foucault jedną z ostatnich swoich książek (a właściwie wykładów wydanych pośmiertnie: Discourse & Truth: the Problematization of Parrhesia poświęcił pojęciu parezji. Również papież Franciszek chętnie go używa w swoich tekstach i przemówieniach. Warto je włączyć do swojego prywatnego słownika słów często używanych. Oznacza ono po prostu gotowość mówienia w sposób jasny i zdecydowany, niezależnie od okoliczności i możliwych konsekwencji, tego, co się naprawdę myśli. Jak wiadomo przeciwieństwem parezji jest hipokryzja.
Mam świadomość, że każde uogólnienie jest ryzykowne i często krzywdzące. Niemniej jednak pozwolę sobie na takowe. Może się mylę, ale mam nieodparte wrażenie, że większość polskich katolików zachowuje się tak jakby bliższe było im pojęcie hipokryzji niż parezji. U Holendrów jest odwrotnie, chętnie mówią, co myślą i dziwią się, jeśli człowiek ma dwie wersje prawdy, jedną na użytek publiczny i drugą na prywatny. Oczywiście chciałbym się mylić i chętnie zmienię zdanie. Może najbliższe wybory mi w tej zmianie pomogą.

Klepanie nieprawdy

Nawet poważni naukowcy od polityki i znani dziennikarze z uporem powtarzają, że SLD, w sprawach obyczajowych jest konserwatywne.

Nie popierają tego żadnymi badaniami. Zresztą, badań jak prezentuje się elektorat SLD w tych sprawach, na tle innych elektoratów, jest niewiele, ale są. Zapoznałem się z kilkoma badaniami i mogę stwierdzić, że wyborcy SLD, w sprawach obyczajowych , stosunku do kościoła, spraw aborcyjnych itp. stoją zdecydowanie na lewo do elektoratów PO, PiS, PSL nie wymieniając prawicowego planktonu. Mogę to potwierdzić własnymi doświadczeniami, a trochę wyborców SLD znam. Być może nie są awangardą w tych sprawach, ale czy muszą? Jeżeli elektorat SLD jest konserwatywny to jaki jest elektorat PO, o PiS nie wspominając. Superkonserwatywny, megakonserwatywny czy ultrakonserwatywny? O tym komentatorzy wolą nie mówić.
Oni, niczym mantrę klepią, że SLD to konserwatyści. I tak bez końca. Oznacza to, że komentatorzy są leniwi i opowiadają rzeczy zasłyszane od innych. Ci inni też nie raczyli zastanowić się nad tym co mówią. I tak zamyka się błędne kółko klepiących zasłyszane opinie. Można powiedzieć – szanowni komentatorzy przestańcie być konserwatywni i leniwi na umyśle. Włączcie myślenie, to nic nie kosztuje.

Głos lewicy

Wykluczeni

Tymoteusz Kochan o tych, o których lewica powinna pamiętać zawsze i wszędzie:
Renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy to około 1.100 zł, podobnie renta socjalna. Emerytura to często 1200 złotych lub niewiele więcej… I mówimy tu przecież o osobach, które często są ciężko chore, potrzebują intensywnego leczenia, rehabilitacji i leków, a do tego muszą też przecież gdzieś spać, czy coś jeść.
Bycie niepełnosprawnym lub emerytem w Polsce praktycznie z góry już skazuje na biedę, wykluczenie, odbiera godność i zmusza do walki o elementarne przeżycie. Państwo daje tylko tyle, by nie umrzeć, a często nawet nie…
Wykluczenie w Polsce ma charakter odgórny i totalny. To nie jest normalne, że osoby niepełnosprawne i niezdolne do pracy są nędzarzami i żyją w uzależnieniu od rodziny, a same nie mają nawet pieniędzy na wyjście do kina/teatru raz w miesiącu. To nie jest normalne, że emeryci muszą wybierać, które leki kupić…
W tym samym czasie, kiedy państwo zajmuje się głównie przedsiębiorcami lub zbrojeniami zasłużeni pracownicy i osoby niepełnosprawne wyrzuca się na margines, bez żadnej nadziei.

Altruizm, głupcze!

Piotr Ikonowicz o istocie chrześcijaństwa:
Dla Chrystusa ideałem moralnym jest więc altruista – ktoś, kto potrafi wyżej stawiać dobro bliźnich niż własne – a celem Cywilizacja Miłości ceniąca nade wszystko i kształtująca postawę altruistyczną. Za najwłaściwszy środek dla krzewienia postawy miłości bliźniego chrześcijaństwo uznaje przy tym strategię idealistyczną – wychowanie i perswazję, a więc oddziaływanie na świadomość moralną ludzi. Aby osiągnąć Cywilizację Miłości, trzeba na co dzień praktykować altruizm – takie jest zasadnicze przesłanie chrześcijańskiej nauki społecznej.
Pewne wyjaśnienie tego, dlaczego koncepcja ta jest wadliwa, przedstawił Karol Marks. Gdyby społeczna teoria Ewangelii była prawdą, wówczas można by oczekiwać, że im bardziej chrześcijańska będzie świadomość ludzi, tym więcej miłości między nimi. Historia wszakże bynajmniej tego nie potwierdza. Zgoła przeciwnie: całkowitej dominacji chrześcijaństwa w średniowiecznej Europie towarzyszyło akurat pozbawienie ogromnej większości ludzi elementarnych swobód i praca przymusowa. Uznanie dla powszechnych praw człowieka i zniesienie przymusu pracy zbiega się natomiast z krachem ładu społecznego opartego na chrześcijaństwie i poważnym kryzysem Kościoła.

W obliczu zagrożenia

Kongres Świeckości w wyborach parlamentarnych

W obliczu realnego zagrożenia umocnieniem i kontynuacją rządów narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy i wobec sukcesywnej dewastacji instytucji demokracji parlamentarnej w naszym kraju oraz nasilającego sie antagonizmu różnych grup społeczeństwa wszystkie wolnościowe i postępowe ugrupowania polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie powinny dążyć do utworzenia jednolitego frontu walki z partią rządzącą i jej faktycznym, chociaż nieformalnym koalicjantem jakim jest Kościół katolicki . Kwestią dyskusyjną była natomiast konkretna decyzja czy front wyborczy powinien mieć formę koalicji łączącej odległe od siebie światopoglądy i wizje państwa demokratycznego czy raczej bardziej właściwe będzie utworzenie bloków obejmujących partie i organizacje obywatelskie o podobnym profilu ideowym ? Dzięki postawie PSL ,odmawiającego startu w wyborach razem z partiami lewicowymi, a także decyzją lidera PO o ograniczeniu koalicji do wypróbowanych partnerów, którzy w przeciwieństwie do SLD zadowolą się ograniczona reprezentacja na listach wyborczych, z nadzieją i rozbudzonymi oczekiwaniami powitaliśmy narodziny przedsięwzięcia wyborczego o roboczej nazwie „Lewica” , a sprowadzającego się do umieszczenia na listach SLD kandydatów partii Razem i Wiosna Roberta Biedronia.
Uznając, że w Polsce doszło do faktycznego zniszczenia demokracji parlamentarnej i rządów prawa, zlikwidowania trójpodziału władz i porządku konstytucyjnego ukształtowanego obowiązującą formalnie w dalszym ciągu Konstytucją RP z 1997 roku, organizacje tworzące porozumienie wyborcze SLD wezwane są do połączenia wysiłków nie tylko w ramach wspólnego przedsięwzięcia wyborczego, ale także do pełnej współpracy z innymi koalicjami, uznającymi demokrację liberalną za obowiązujący porządek organizacji państwa jako najlepiej odpowiadający konkurencyjnym różnicom ideowym istniejącym pomiędzy konserwatywnymi, a modernistycznymi wizjami współczesnego świata i Polski. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreślać będzie program lewicy utworzone koalicje wyborcze o różnej proweniencji maja szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej. Jednocześnie warto zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej, poprzez głoszony postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego. W wypadku wygrania wyborów parlamentarnych przez dotychczas rządzącą partię narodowo-wyznaniową możemy spodziewać się próby zmiany obowiązującej Konstytucji RP, albo też ustaw zwykłych gdyby nie zdołano zebrać odpowiedniej konstytucyjnej większości (2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby 460 posłów), która zagwarantuje Kościołowi katolickiemu panowanie ideologiczne, a realnie pozycję prawną i ekonomiczną tj. stałe finansowanie uniezależniającą od zmniejszającej się liczby wiernych w wyniku nieuchronnej sekularyzacji.
Wobec ukształtowania się bloku lewicowego pod szyldem SLD, nie tylko partie polityczne lecz także organizacje obywatelskie reprezentujące postępowe, pro-demokratyczne i pro-społeczne przekonania otrzymały wdzięczne pole do współdziałania . Zachowując swoją odrębność organizacyjno-ideową i program , z pełną świadomością podporządkowania się celowi nadrzędnemu jakim jest odsuniecie od władzy i pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej reprezentantów obecnej władzy, którzy dopuścili się łamania prawa, mogłyby wnieść do Sejmu ożywcze i wolne od partyjnej retoryki nawyków, świeże spojrzenie na bieg spraw w Polsce, aktywność wyniesioną z uczestniczenia w ulicznej opozycji ubiegłych lat oraz zdolność do organizowania przedsięwzięć i kampanii społecznych
ponad podziałami.
Celem nadrzędnym bowiem wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych poza przywróceniem ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła tj. świecki i praworządny charakter państwa. W zasadniczym stopniu decyduje on o możliwości usprawnienia życie obywateli, realizacji zasady równości i sprawiedliwości społecznej, a nawet ochronie klimatu. Nie ulega wątpliwości, że potrzebna jest natychmiastowa interwencja w zakresie organizacji i warunków funkcjonowania służby zdrowia, kwestii budownictwa mieszkaniowego, edukacji powszechnej i ochrony środowiska. a w dalszej kolejności kwestie związane ze równością praw, sprawami ekonomicznymi, wymiarem sprawiedliwości, jednakże w każdej z tych kwestii w mniejszym lub większym stopniu będą wymagały stanowczych działań nienormalne bo zaryglowane konstytucyjno-konkordatowym układem relacje z instytucja kościoła.
Ogromną rolę w uporządkowaniu systemu zabezpieczeń socjalnych byłoby znalezienie możliwego do zaakceptowania przez wszystkie organizacje tworzące lewicowe porozumienie wyborcze takiego sposobu polepszenia sytuacji ekonomicznej obywateli naszego kraju, która stanowiąc alternatywę dla populistycznego, chaotycznego rozdawnictwa jednocześnie realizowałaby spójne cele społeczne i gospodarcze. W odczuciu znacznej części społeczeństwa żyjącego z pracy najemnej jest zupełnie nieakceptowana sytuacja, w której nawet najniższe wynagrodzenia opodatkowane są podatkiem dochodowym, natomiast nawet największe transfery socjalne podatkowi temu nie podlegają. Zasadne i pilne jest powiększenie kwoty wolnej od opodatkowania skorelowanej z aktualnym minimum socjalnym, które stanowić powinno ej minimum kwoty wolnej od opodatkowania podatkiem dochodowym zapobiegając postępującemu ubożeniu najniżej zarabiających. W przyszłości kwota minimum socjalnego jako wolna od opodatkowania mogłaby stanowić punkt wyjścia do wprowadzenia obywatelskiego, gwarantowanego dochodu podstawowego jako alternatywa dla transferów socjalnych władzy.
Wiodąca dla znacznej części lewicowego elektoratu idea świeckiego państwa zakładającego przede wszystkim przeprowadzenie takich zmian prawnych, które stworzą tamę dla bezpośredniego instytucjonalnego dostępu Kościoła do rządów ułatwiłaby w przyszłości realizację zmian społecznych i ekonomicznych. Należy jednak przy tym pamiętać, że ustępstwa polityczne kreujące instytucjonalny dostęp kościoła do władzy uzyskane były już w okresie komunizmu w zamian za stabilizowanie sytuacji politycznej. Po jego upadku, poprzedzonym prawnym zawarowaniem w ustawach z 1989 roku pozycji kościoła i kleru, a także dzięki ukształtowanej przez lata zdolności Kościoła do prowadzenia działań zakulisowych, a także w obliczu trudności związanych z transformacją gospodarczą i kształtowaniem się systemu demokratycznego, politycy zdecydowali się na podzielenie się z kościołem suwerennością państwa. Przyjmując fikcję istnienia tzw. „przyjaznego rozdziału” zwaną też „separacją skoordynowaną” ustanowili w konstytucyjnym uregulowaniu art. 25 ust.3 i 4 zasadę bilateralizmu tj. współdziałania państwa z instytucją kościoła „dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Z uwagi na fakt, że stosownie do art.1 Konstytucji RP dobrem wspólnym jest Rzeczpospolita, to oznaczałoby że we wszystkich sprawach dotyczących naszego kraju wymagane jest współdziałanie rządu z kościołem na zasadach ustalonych w konkordacie. Stworzony w ten sposób rygiel konstytucyjno-konkordatowy wyłączałby możliwość wprowadzania zmian w relacjach państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi i na trwale przesądzał o wpływie Kościoła katolickiego na sprawy publiczne i społeczeństwo. Taki punkt widzenia, podzielany przez polityków legitymujących się solidarnościowym rodowodem byłby zasadny, gdyby nie konstytucyjne doprecyzowanie dotyczące autonomii i niezależności wzajemnej państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych. W sposób wyraźny rozgranicza ono spektrum działalności instytucji religijnych od aktywności państwa. Właśnie w tej sferze poza religijnej aktywności państwa leżą główne, a dostępne legislacyjnie możliwości kształtowania pozycji kościołów. Właśnie w niezależności i autonomii suwerennego państwa należy poszukiwać możliwości realizacji postulatu rozdziału z kościołami i związkami wyznaniowymi wykorzystując przy tym faktyczne przymierze Kościoła katolickiego z partią rządzącą. Trzeba przy tym zwróć uwagę, że zakończony został decyzją hierarchii kościelnej etap tzw. „przyjaznego rozdziału” państwa i Kościoła, wobec zadeklarowania przyjaźni tylko z jedną, a mianowicie rządzącą obecnie opcją polityczną. Przesądza to o możliwości poszerzenia sfery działania państwa w wypadku powodzenia wyborczego, które doprowadziłoby do zmiany władzy . Zasadnicza redukcja pozycji Kościoła katolickiego, który nie może być już traktowany jako wiarygodny partner innej niż obecna władzy ani nie zagwarantuje przyszłej władzy wartościowego wsparcia leży w jej żywotnym interesie. Tym bardziej, że proces odchodzenia od kościołów i związków wyznaniowych dużej liczby wiernych będzie postępował.
Nawet jeżeli opozycja polityczna nie wygra nadchodzących wyborów to utworzone bloki wyborcze będą miały niepowtarzalną okazje do konsolidacji i poprzez zaistnienie w organach władzy ustawodawczej będą mogły wykonać niezbędną pracę w zakresie edukacji społecznej, propagowania swoich programów i ofert politycznych koncentrując się podobnie jak obecnie rządząca partia, gdy była w opozycji, nad pracą ze społeczeństwem. Kongres Świeckości oczekuje włączenia jego postulatów i dorobku do oferty politycznej jak też stworzenia warunków i zapewnienia udziału w pracach podejmowanych dla uporządkowania relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi licząc że jego aktywiści będą uwzględnieni na listach wyborczych do Sejmu i Senatu.

Jedność Kościoła

Przez wiele lat liberalne media przekonywały opinię publiczną, że Kościół katolicki w Polsce jest podzielony. Po jednej stronie miał być ojciec Rydzyk i inni nienawistni księża, często blisko związani z Prawem i Sprawiedliwością, a po drugiej księża otwarci, broniący demokracji, pluralizmu i praw człowieka. Ta teoria od samego początku była naciągana, ale ostatnie tygodnie całkowicie zadają jej kłam.

Nazywając środowiska LGBT „tęczową zarazą”, arcybiskup Marek Jędraszewski użył retoryki nacjonalistycznych chuliganów i skrajnie prawicowych bojówek. Czy Kościół przywołał hierarchę do porządku? Wręcz przeciwnie! Kolejni wysoko postawieni biskupi wyrażają pełną solidarność z Jędraszewskim, podpisując się pod jego słowami. Jednym z nielicznych krytyków arcybiskupa był ksiądz Paweł Gużyński, który w trybie natychmiastowym został przywołany do porządku. Jego bezpośredni zwierzchnik w zakonie dominikanów, prowincjał Paweł Kozacki nakazał mu milczenie i trzytygodniową pokutę w jednym z klasztorów kontemplacyjnych. W swoim oświadczeniu zdecydowanie odciął się od krytycznych opinii Gużyńskiego na temat Jędraszewskiego i nakazał mu, aby pozostał wierny zasadzie jedności z Kościołem.
W tym samym czasie solidarność z LGBT wyraził ksiądz Łukasz Kachnowicz. Czy zrobił coś złego? Dla Kościoła najwyraźniej tak, ponieważ błyskawicznie zareagował metropolita lubelski, arcybiskup Stanisław Budzik, który go upomniał i nakazał podjąć pokutę.
Takich historii w ostatnich latach było mnóstwo. Kościół stanowczo dyscyplinował między innymi Stanisława Obirka, Tadeusza Bartosia, Adama Bonieckiego czy Wojciecha Lemańskiego. Wszędzie chodziło o krytyczne myślenie, obronę praw człowieka, hasła równości, miłosierdzia, tolerancji czy otwartości. Za każdym razem hierarchowie kościelni reagowali szybko i ostro. Żadnych działań dyscyplinujących nie było wobec nienawistnych, ksenofobicznych księży takich jak Tadeusz Rydzyk, Marek Jędraszewski, Tomasz Brussy, Ignacy Dec. Kościół nie nakłada żadnych kar ani na księży ukrywających pedofilów, ani na duchownych używających mowy nienawiści. Wyraża z nimi solidarność i utożsamia się z nimi.
Czas wreszcie skończyć z fantazją, że Kościół ma postępowe skrzydło, które go zmieni od wewnątrz. Cały jest zgniłą, zdemoralizowaną, ksenofobiczną instytucją niezdolną do samooczyszczenia.

Antropologiczny fałsz współczesnego katolicyzmu

Nie tak dawno pisałem o konsekwencjach religijno-politycznych pewnego dekretu cesarza Teodozjusza. Pozwolę sobie nawiązać do tamtego felietonu, przywołując jeszcze raz rzeczony dekret, który opatrzyłem krótkim komentarzem: Teodozjusz wprowadził pewien obowiązujący do dzisiaj paradygmat, który można określić jako ekskluzywizm religijny. W praktyce oznaczało to niszczenie, a gdy to się nie udawało to ośmieszanie zastanych kultów i wprowadzanie jedynej słusznej religii.

Oto jak brzmiał stosowny dekret z 380 roku „wielkiego chrześcijańskiego cesarza”:
Chcemy widzieć wszystkie ludy, które podlegają miłościwej władzy Naszej Łaskawości, żyjące w wierze, jaką przekazał Rzymianom Apostoł Piotr i którą głosi się tak jak niegdyś także dzisiaj, i którą wyznaje, jak każdy wie, papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii […]. Nakazałem, żeby ten tylko, kto przestrzega tego prawa, mógł przybrać imię katolika, a wszyscy inni jako nierozumni i szaleni byli napiętnowani hańbą nauki heretyckiej. Winni oni spodziewać się przede wszystkim pomsty Bożej, a następnie naszej kary stosownie do decyzji, którą powzięliśmy z natchnienia niebieskiego.
I tak już zostało, przynajmniej w krajach dość późno przecież nawróconych na religię cesarza Teodozjusza, jak chociażby Polska.
Powód jest tragicznie aktualny. Chodzi mianowicie o konsekwencje skandalicznego sformułowania abpa Marka Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”.
Wbrew oczekiwaniom liberalnych środowisk związanych z Kościołem katolickim i liczących na potępienie mowy nienawiści krakowskiego metropolity, ta mowa nie tylko nie nadszarpnęła reputacji Jędraszewskiego, ale uczyniła z niego nowego bohatera. Stał się wręcz symbolem niezłomnego rycerza broniącego wartości chrześcijańskich i jedynego sprawiedliwego, który miał odwagę jasno powiedzieć, co myśli. W obronie Jędraszewskiego ruszyły największe autorytety konserwatywnego katolicyzmu, już nie tylko polskiego.
Oto co napisał kardynał Duka z Pragi: „Jako prymas Czech, przewodniczący Konferencji Biskupów Czeskich, arcybiskup Pragi i kardynał Kościoła rzymskokatolickiego przyłączam się do deklaracji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski i wzywam do podobnego kroku przedstawicieli episkopatów Słowacji i Węgier”.
Nieoceniony o. Rydzyk stwierdził: „Ks. abp Marek Jędraszewski powiedział – ja mogę tak porównać sobie z historii, może za mało jej znam – ale powiedział tak, jak kardynał Wyszyński kiedyś powiedział komunistom: »non possumus«, nie możemy dalej tak”.
Znacznie subtelniej i, by tak rzec, historiograficznie, swoje poparcie wyraził kardynał Zenon Grocholewski, który nie dostrzega w treści wygłoszonego 1 sierpnia kazania „nic niewłaściwego, lecz, przeciwnie, realistyczne odczytanie rzeczywistości oraz poczucie odpowiedzialności, którym się Ksiądz Arcybiskup kierował, broniąc prawdy i dobra oraz prawa Bożego wobec narzucającej się obecnie ideologii”.
Lista popierających hierarchów i polityków jest naturalnie znacznie dłuższa. Więc na zasadzie pars pro toto przywołam jeszcze autorytatywne dla polskiego katolicyzmu oświadczenie abpa Gądeckiego, który napisał, że:
Fala krytyki, która dotknęła metropolitę krakowskiego, arcybiskupa i profesora, a także reakcje pracodawców wobec osób wyrażających swoją dezaprobatę wobec ideologii LGBT+, świadczą o zakorzenionym w pewnych środowiskach totalitaryzmie światopoglądowym, polegającym na usuwaniu poza sferę obszaru wolności ludzi myślących inaczej.
Osobliwie brzmi przy tym stwierdzenie Gądeckiego, że „osoby przynależące do środowisk tzw. mniejszości seksualnych są naszymi braćmi i siostrami, za których Chrystus oddał swoje życie i które również chce doprowadzić do zbawienia”. Oraz jeszcze jedno dookreślenie: „Szacunek dla konkretnych osób nie może jednak prowadzić do akceptacji ideologii, która stawia sobie za cel przeprowadzenie rewolucji w zakresie społecznych obyczajów i międzyosobowych relacji”.
Już tylko brakuje płomiennego wsparcia papieża Franciszka. Czy może się pojawić? Tego bym nie wykluczał; wszak Franciszek już wielokrotnie wypowiadał się na temat zagrożeń związanych z „ideologią gender”.
Skąd ta jednomyślność we frontalnym ataku na środowiska LGBT ze strony przedstawicieli katolicyzmu, chyba nie tylko fundamentalistycznego czy konserwatywnego, ale dosłownie całego?
Odpowiedź jest dość prosta. Posłużę się wyjaśnieniem „głównego bohatera tęczowej zarazy”.
Otóż w Radiu Maryja Jędraszewski wyjaśniał, że używając słów „tęczowa zaraza” miał na myśli ideologię, a nie ludzi „którzy tę ideologię głoszą”. – Nie ma on żadnych wątpliwości, że istnieje coś takiego, jak ideologia LGBT. Jego zdaniem „Jest to pewien określony system myślenia, pewien określony system wartości – trzeba by powiedzieć antywartości – który przede wszystkim jest antychrześcijański, który odrzuca jednoznacznie przesłanie chrześcijańskie o Bogu, który stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo jako kobietę i mężczyznę, który ich powołał do życia małżeńskiego, do płodności małżeńskiej. To wszystko jest odrzucane bardzo systematycznie i w sposób – nie bójmy się tego powiedzieć
– totalitarny”.
No więc pisząc o „antropologicznym fałszu współczesnego katolicyzmu” nie mam na myśli konkretnych katolików, którzy są ludźmi pełnymi dobrej woli, tylko „ideologię katolicką”, która wyklucza każdego, kto nie podziela jej przekonań i systemu dogmatycznego stworzonego na przestrzeni ostatnich dwóch tysięcy lat. Jest to system ściśle połączony z władzą polityczną, którą wspiera o tyle, o ile pomaga mu osiągnąć jego ideologiczne cele.
Do połowy wieku XX, a dokładnie mówiąc do Soboru Watykańskiego II, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia swoich celów w sposób bezwzględny, zgodnie z wytycznymi sformułowanymi przez cesarza Teodozjusza w 380 roku w dekrecie przywołanym na początku tych uwag. Jednak ze względu na postępującą utratę wpływów politycznych, religijnych i kulturowych, wypracował nową strategię „dialogu” i „aggiornamento” czyli dostosowywania się do zmieniających się warunków kulturowych. W praktyce oznaczało to zadowolenie się stanem posiadania i zgodę na możliwość odchodzenia z szeregów katolicyzmu tych, którym przestarzały i coraz bardziej egzotyczny światopogląd katolicki przestał odpowiadać.
Jednak enklawy katolicyzmu wojowniczego i fundamentalistycznego pozostały nawet w kręgach najbardziej liberalnych. Tymi enklawami są prawa rozrodcze i model rodziny.
Jest to o tyle ciekawe, że najbardziej zaciekłymi obrońcami „tradycyjnego modelu rodziny”, czyli związku mężczyzny i kobiety, są mężczyźni żyjący samotnie bądź w związkach homoseksualnych (vide znakomita książka francuskiego socjologa Frederica Martela „Sodoma”).
Nie sposób wytłumaczyć tego przedziwnego paradoksu inaczej jak tylko błędem epistemologicznym bądź wręcz fałszywą antropologią. Sprawa wymaga naturalnie głębszego namysłu, do czego — jak ufam — niebawem nadarzy się okazja. Obecną gorącą debatę uważam bowiem tylko za preludium do frontalnej konfrontacji dwóch antropologii. Jednej, fałszywej, reprezentowanej przez współczesny katolicyzm i drugiej, prawdziwej, reprezentowanej przez krytyczne myślenie, uwzględniające dane nauk szczegółowych, zwłaszcza antropologii, etnografii, socjologii, psychologii, a nawet
neurobiologii.

Kto broni Jędraszewskiego?

Wicemarszałek Sejmu, szef klubu PiS Ryszard Terlecki i wicemarszałek Senatu Marek Pęk byli obecni na wiecu poparcia dla arcybiskupa Jędraszewskiego, by solidaryzować się z nim i jego słowami skierowanymi przeciw środowiskom LGBT.

Na wiecu w Krakowie było obecnych około 3 tysięcy ludzi. Modlono się ponad godzinę. Poparcie dotyczyło słów Jędraszewskiego, który podczas homilii, wygłoszonej w krakowskim Kościele Mariackim w 75. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego powiedział: „Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi. Co wcale nie znaczy że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. (…) Nie czerwona, ale tęczowa”. Słowa te wzbudziły sprzeciw wielu środowisk, choć, co ciekawe, nikogo nie uraziło nazwanie lewicowych środowisk „czerwoną zarazą” , natomiast fala oburzenia dotyczyła określenia tym samym obelżywym słowem środowisk LGBT. W każdym razie krytyka ta wywołała reakcję, której symbolem był krakowski wiec. Jak napisano na profilu „Naszego dziennika” w Twitterze, był to „wyraz wsparcia i wdzięczności dla ks. abp Marka Jędraszewskiego za odważne głoszenie Ewangelii”, choć nigdzie w Ewangelii nie ma zachęcania do nienawiści wobec osób LGBT.
Nie mogło zabraknąć redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza i szefa klubów tego periodyku Ryszarda
Kapuścińskiego.
Odczytano „Odezwę polskich katolików do władz duchownych i świeckich”, w której opisano rzekome ataki środowisk antyklerykalnych wymierzone w katolików, a szczególnie w kapłanów. Padły sformułowania o „agresywnych atakach” i „ohydnych bluźnierstwach i profanacjach”. Poparcie dla nienawistnych wezwań Jędraszewskiego nazwano w dokumencie „zobowiązaniem wobec dziedzictwa Jana Pawła II’, przez wielu obserwatorów oskarżanego o ukrywanie pedofilskich przestępstw w Kościele katolickim.
Dobrze się stało, że na krakowskim wiecu byli obecni prominentni politycy partii rządzącej. To przynajmniej jasno określa ich hierarchię wartości i stosunek do mniejszości.

Czarna zaraza

Kościół od wieków zwalcza tylko to, czego zwalczanie pasuje duchownym.

Dla heteryków płci obojga, istnienie geja czy lesbijki, powinno być przyjmowane z radością. Lesbijka nie odbije wszak heteryczce usidlonego przez nią faceta. Takoż homoseksualny mężczyzna – sam się eliminuje z grona konkurentów nakierowanego na baby macho. Logice tej przeciwstawia się u nas Kościół. I wie co robi.
Jedyne sensowne badania orientacji seksualnej księży katolickich przeprowadzono parę lat emu w Stanach Zjednoczonych. Wyszło z nich, że prywatnie, przeciwko seksowi z innym facetem nie miałby nic co drugi. Naukowców mocno to zaskoczyło, bo w Ameryce gejów i panów biseksualnych jest góra 20 procent. Znaczy wśród księży tęczowość jest mocno nadreprezentowana.
Polscy duchowni według wyrywkowych badań, aż tak ugejowieni nie są. Pociągiem do własnej płci charakteryzuje się ledwie co trzeci facet noszący nad Wisłą, Odrą i Bugiem koloratkę.
Najciekawiej jednak jest w centrali katolicyzmu, czyli w Stolicy Piotrowej. Watykanolodzy o uznanych nazwiskach obczaili, że popędem do własnej płci charakteryzuje się tam 80 proc. księżowskiej, prałatowskiej, biskupiej i kardynalskiej populacji.
Mogłoby się wydawać, że skoro tak jest, to duchowieństwo katolickie winno stać w awangardzie tolerancji dla odmienności seksualnych. A nie stoi, a nawet przeciwko tęczowej zarazie, szczuje miłych, młodych, krótko ostrzyżonych ludzi o niewybujałej inteligencji.
Wytłumaczenie jest tyleż banalne co proste. Chodzi o konkurencję w doborze homoseksualnym. Przez setki lat jedynym miejscem, gdzie gej mógł dokonać coming out’u był konfesjonał. I jak spowiednikiem był inny gej, to…
Od kilku dziesięcioleci monopol się załamał. Są kluby gejowskie, jest internet i tolerancja społeczna dla homoseksualizmu też jest. A nawet laicyzacja, powodująca, że gejów w konfesjonałach zrobił się niedostatek. Homoś w koloratce nie ma dopływu świeżych partnerów i sam musi wyjść z plebanii, czy pałacu biskupiego w miasto lub w sieć. To z kolei, w wypadku posiadania przezeń przełożonych zorientowanych inaczej, grozi dekonspiracją i obciachem.
Jeszcze gorzej, w związku z ekspansją „gender” jest w małych miasteczkach i na wsiach. Jeszcze niedawno nikt nawet nie pomyślałby, że do księdza na plebanię przychodzą młodzi ludzie nie po to, żeby napić się wódki. A teraz najbardziej ciemny lud wie, co to homoseksualizm i, że jest częstszy niż można pomyśleć.
Oczywiście facetolubnemu księdzu włościanie łomotu nie spuszczą, ale ich podśmichujki przełożą się raz – na brak posłuszeństwa, dwa – na mniejsze datki z tacy. A to niefajne jest.
Walka z pedalską zarazą jest tak naprawdę pierwszą od kilkuset lat batalią Kościoła katolickiego. Opowieści o tym jak duchowieństwo potykało się czerwoną zarazą, u ludzi znających historię i dokumenty, budzi śmiech. Bo jeśli w kraju, w którym cement, piach i stal zbrojeniowa, były na talony, a w najmniejszych nawet wsiach budowało się kościoły gabarytów Lichenia, to chyba coś z tą walką z komunizmem i komunizmu z Kościołem, jest nie tak.
Gdyby do tego dodać, że w PRL dla SB kapowało najwyżej 100 tys osób, co daje jakieś promile społeczeństwa. Zaś w przypadku duchowieństwa odsetek ten wynosił 30 proc., to walka Kościoła z czerwoną zarazą jawi się nader interesująco. Nie wspominając już o tym, że w ramach wojny z nieludzkim marksizmem, księża o najdziwniejszych skłonnościach czuli się bezpiecznie i mogli rżnąć dzieci, staruszki, czy co tylko chcieli. Zwalczana przez Kościół władza zapewniała im bowiem dyskrecję.
Kościół lubi też opowiadać, jaki to był nieujarzmiony w czasach zarazy brunatnej. I jakoś nie wspomina o katolickiej przybudówce Hitlera w postaci rządzonej przez faszystów i księży Słowacji ks. Tiso. Tej z której pozbyto się, przy braku niemieckiej okupacji niemal wszystkich Żydów.
Wsadzono ich do pociągów i wysłano niedaleko. Do Auschwitz. Oczywiście w ramach walki Kościoła jezusowego z narodowym socjalizmem.
Księża i biskupi Chorwaccy błogosławiący strażnikom z Jasenovaca i wszystkim innym obcinającym nożami głowy prawosławnym i Żydom, też dowodzą, że katolicyzm znaczy godność człowieka.
Tak jak wyposażenie przez Watykan dr Mengele i kilku tysięcy zbrodniarzy nazistowskich w lewe paszporty do Ameryki Południowej.
Jak widać opowieści hierarchów o heroizmie i nieugiętości Kościoła wobec totalitarnych ideologii XX wielu, to bajki. W tym czasie Kościół od dawna miał wybite zęby i nauczył się tak lawirować, żeby mieć kasę i wpływ na jak najwięcej tego, co mogło mu dać świeckie państwo.
Prawdziwą wojnę o panowanie, kościół przegrał w XVI wieku. Wykończyła go wewnętrzna konkurencja. Byli księża i biskupi, czy pomazańcy Boży chcieli ugrać coś dla siebie, a nie dla papiestwa i krok po kroku odrywali dla siebie kolejne połacie katolicyzmu.Watykanowi odpadało rządzenie władcami czyli państwami. Odrywać zaczęto od Kościoła szkolnictwo dające rząd dusz. Nauka wyzwoliła się z okowów biblijnego kanonu i jęła udowadniać, że to co dotąd uchodziło za dzieło Boże, to zwykłe prawa natury.
Kościół się nie poddawał. Działała tajna policja i sąd w jednym, czyli inkwizycja. Płonęły stosy, na innowierców ruszały kolejne katolickie krucjaty i nic.
Po absolutnej klęsce katolicyzmu w XVIII wieku, Kościół stał się ostoją oportunizmu i włazidupstwa. Nauczył się kolaborować i dogadywać z każdym. Kanony wiary w tym wszystkim były najmniej istotne. Liczyć zaczęła się kasa. I takie wpływy, które tę kasę zabezpieczały.
Agonia Kościoła katolickiego trwała 250 lat. Ale tak naprawdę to jego potęga runęła w połowie XIV wieku. Chrześcijaństwo po wielu wiekach absolutnego władania Europą zabiła zaraza. Epidemie czarnej śmierci, czyli dżumy i ospy. Też zresztą czarnej. To wtedy owieczki przekonały się, że księża pieprzą jak potłuczeni i wbrew temu co mówią, nie mają wpływu na to, co się dzieje. Wymierały klasztory, szlag trafiał księży, biskupów i kardynałów. Depozytariusze Boży odwalali kitę dokładnie tak samo, jak co trzeci ówczesny Europejczyk.
Czarna zaraza odebrała księżom boskość, a przy okazji rozwaliła struktury ówczesnych państw tak, że mógł się zacząć czas odchodzenia od średniowiecznej dogmatyki.
Był wszakże jeden wyjątek. Mapy XIV wiecznej zarazy pokazują, że epidemia prawie nie dotknęła terenów dzisiejszej Polski. Ziemie między Tatrami i Bałtykiem oraz Odrą i Bugiem pozostały dla zabójczej dla Kościoła, czarnej zarazy – białą wyspą.
Jędraszewski i reszta Episkopatu sądzą, że od tej pory nic się
nie zmieniło.

Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).