Flaczki tygodnia

Twierdził, że bolał go ząb i dlatego wypluł hostię, a potem schował ją do kieszeni. Zauważył to pan ksiądz. Kazał szybko uwięzić go, a potem wezwać policję.

Zanim policyjny patrol przybył pochwycony przez księży trzynastolatek został zatrzymany w księżowskim areszcie. Cóż z tego, że początkowo szarpał się i próbował ucieczki. Księża to nie ułomki, na pewno ze starszym chłopakiem też daliby sobie radę.

Kościelny patrol działał zdecydowanie. Próby ucieczki szybko wybito z głowy zatrzymanemu. Od razu też poddano go drobiazgowemu przesłuchaniu. Natchnięci misją obrony Kościoła energiczni księża wzięli podejrzanego trzynastolatka w ogień krzyżowych pytań.

 Nie było lekko. Już od początku trzynastolatek poszedł w zaparte. Podawał nieprawdziwe dane osobowe. Nie przyznał się, że przystąpił do komunii świętej bez wymaganej, wcześniejszej spowiedzi. Nie chciał wyjaśnić po co zdecydował się przyjąć hostię. Brak oczekiwanych odpowiedzi tłumaczył swym zdenerwowaniem i brakiem pamięci.

Śledztwo stanęło w martwym punkcie. Zdesperowani księżowscy śledczy stanęli przed nieuchronną alternatywą.

Mogli od razu poddać trzynastolatka stosownym, tradycyjnym w ich korporacji, torturom. Aby zmiękczony nimi wyśpiewał wszystko jak na Sądzie Ostatecznym i wreszcie przyznał się do zarzuconej mu zbrodni. 

Mogli też uznać autonomię polskiego kościoła kat. wobec państwa polskiego i przekazać złoczyńcę w ręce państwowych organów ścigania. Aby te zawodowo przejęły zatrzymanego i doprowadziły do wyjaśnienia tego niesłychanego ataku na kościół katolicki. Fundament duchowy i moralny IV Rzeczpospolitej.   

Zdecydowali się na plan B. Zadzwonili na policję.

Chwilę ich wahania bezwzględnie wykorzystał uwięziony trzynastolatek. Błyskawicznie połknął hostię, czyli koronny dowód zarzucanej mu zbrodni. Przedmiot zarzucanej mu świadomej, ohydnej profanacji religijnej.

Przybyła na miejsce zbrodni policja nie zatrzymała jednak potencjalnego profana. Nie użyła posiadanych środków bezpośredniego przymusu. A kiedy na plebanii pojawiła się osoba podająca się za matkę potencjalnego złoczyńcy, wówczas policjanci bez warunków wstępnych oddali go pod jej opiekę. 

Do powyższego zdarzenia doszło 28 października w kościele katolickim pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Marki Kościoła w Bełchatowie.

Nadzorująca bełchatowską parafię Archidiecezja Łódzka zachowała się jak trzynastolatek zatrzymany przez bełchatowskich księży.

„Przyznam, że nie znam tej sprawy, więc trudno mi się odnieść do niej i zająć jakiekolwiek stanowisko” powiedział mediom pan ksiądz Paweł Kłys, rzecznik prasowy kurii. Przypomniał, że „najświętszy sakrament to skarb Kościoła”, ale „To może być prozaiczny wypadek, każda taka sprawa jest rozważana indywidualnie”.

Dał sygnał, że hierarchia polskiego kościoła kat. chce bełchatowski incydent zbagatelizować i medialnie wyciszyć.

Milczeć nie zamierza Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Jego przedstawiciele uważają, że księża „odizolowali” nieletniego chłopca od rówieśników, zadawali mu pytania o życie prywatne i straszyli policją. Chłopiec trzy razy próbować się wyrwać z księżowskiego aresztu.

Zdaniem ekspertów Ośrodka wezwani policjanci zaczęli przesłuchiwać chłopca bez obecności psychologa i jego rodziców, łamiąc w ten sposób obowiązujące w Polsce prawo. Dlatego eksperci Ośrodka chcą ukarania zarówno policjantów, jak i księży, którzy „pastwili się nad dzieckiem”. Dodatkowo Ośrodek zapowiedział, że zwróci się do Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka o interwencję.

Pół wieku temu dwunastoletnie „Flaczki tygodnia” wstrzeliły z korkowca w czasie mszy świętej w częstochowskiej katedrze pod wezwaniem Świętej Rodziny. Bo „Flaczki” chciały w taki sposób zaimponować rówieśnikom. Bo weszły w okres buntu typowego dla nastolatków. Huknęło nieźle akurat w czasie „podniesienia”. A katedralne echo jeszcze zwielokrotniło moc korkowego ładunku.

Ówczesny proboszcz katedry pobłażliwie przyjął zaserwowaną mu, nieprawdziwą i niewiarygodną wersję o samozapłonie posiadanego przez „Flaczki” korkowca. Przyniesionego do kościoła na tradycyjną procesję po wielkanocnej mszy. I tamten ksiądz nie uwięził nastoletnich „Flaczków” w zakrystii. Pewnie też nie myślał o pilnym wzywaniu na pomoc organów Milicji Obywatelskiej.

Nie tylko dlatego, że nie ówczesny proboszcz nie uważał MO za bratnią mu, sprzyjającą kościołowi siłę państwowego porządku. On po prostu dobrze znał nas. Tych chłopaków z Mokrej, Stawowej i Armii Ludowej. Wiedział, że te małolaty, zwykle z biednych domów pochodzące, muszą sobie trochę porozrabiać. I lepiej niech mu strzelą z korkowca w kościele, nawet w czasie podniesienia,  niż zrobią to po drugiej stronie ulicy. W kinie „Bałtyk”.

Bo tam, po wystrzale w czasie seansu, wielka bijatyka byłaby murowana. A w katedrze jeden huk porządku mszy wielkanocnej nie zburzył.

Dzisiaj katoliccy księża nie znają, nie rozumieją nastolatków. I nie chcą ich zrozumieć. Zachowują się nie tylko jakby żyli w odrębnych, szklanych bańkach. Dzisiaj coraz częściej panowie księża traktują buntujących się parafian od razu jak wrogów ich kościoła. Agentów wrogich sił. 

Są tak konfrontacyjnie, nieufnie do ludzi nastawieni, że już sam widok chłopca chowającego hostię od razu budzi najpoważniejsze podejrzenia. O to że chce ukraść Ciało Chrystusa aby zbezcześcić je w czasie nadchodzącego, antykatolickiego „halloweenu”.

Tak jak kiedyś „podli Żydzi” kradli katolikom hostie aby ją profanować w czasie swych satanistycznych obrzędów.

Dzisiaj polski kościół kat. traktuje każdego nieposłusznego mu jak śmiertelnego wroga. Jak złego z  natury. Bez pomocy policji państwowej sam kościół zła swym dobrem nie zwycięży.

A może naprawdę bolał go ząb i dlatego wypluł hostię i schował ją do kieszeni. Aby uchronić Ją przed upadkiem na kościelną posadzkę. Przed taką profanacją Ciała Chrystusa…

Kościół idzie w zaparte

„Atak na kościół!” – już słychać rytualne wyparciowe wrzaski po publikacji TVN24 na temat mobberskich praktyk arcybiskupa Sławoja Głódzia.

Sławoj Leszek Głódź, obecnie metropolita gdański, a kiedyś biskup wojskowy zyskał sobie ksywę „Flaszka”. Zapewne nie bez powodu. Teraz chyba powstanie jakiś nowy pseudonim. Ujawniono, że znęcał się psychicznie nad innymi księżmi.
Telewizja TVN24 upubliczniła świadectwa księży, którzy zarzucają Głodziowi mobbing. Twierdzą, że doświadczyli poniżania i przemocy psychicznej ze strony metropolity gdańskiego. Jeden z mężczyzn miał nawet myśli samobójcze. O swojej sytuacji osoby pokrzywdzone przez arcybiskupa informowały dwóch nuncjuszy papieskich w Polsce, ale ich pisma pozostały bez odpowiedzi. W końcu sprawa dotarła do mediów. W reportażu Leszka Dawidowicza we wczorajszym (24 października) programie Czarno na białym padają bardzo mocne zarzuty.
– Przemoc, niszczenie, destrukcja – wyliczał jeden z rozmówców TVN24. To proboszcz z Trójmiasta; wyznał też, że miał z tego powodu myśli samobójcze.
– On potrafi publicznie człowieka zelżyć. (…) Księża są zwykłymi ludźmi. Nikt nie chce być publicznie upokarzany – podsumował.
Oto kilka innych wstrząsających fragmentów opowieści osób, które twierdzą, że były mobbowane przez Głodzia.
„Najbardziej jednak zapamiętałem zdanie, które przytoczyłem Ks. Arcybiskupowi podczas przesłuchania sub secreto – dupku jeden – jesteś gówno, jesteś jak to opakowanie, beczkę soli jeszcze musisz zjeść„.
„Pomijając cały szereg sytuacji, wymienię znamienną: kilka godzin po śniadaniu, podczas wprowadzenia relikwii św. Jana Pawła II do parafii w Kiezmarku (…) arcybiskup podszedł do mnie w zakrystii i nie wiadomo dlaczego skomentował poranny incydent, że źle jego zdaniem przyrządzonym jajkiem: nie potrafią jajka ugotować… – i tu dodał określenie cioty pierdolone. Zorientowałem się po kilku dniach, że posługa kapelana nie ma sensu. Poza tym po raz pierwszy usłyszałem, iż mam złożyć przysięgę, że wszystko co widzę i słyszę wewnątrz rezydencji, nigdy nie wyniosę na zewnątrz”.
„Ksiądz arcybiskup któregoś dnia przyniósł wagę, poprosił o wejście mnie i drugiego kierowcę, po czym powiedział: Jak przytyjesz kilogram, wypierdolę cię po roku.”
Pokrzywdzeni duchowni skarżyli się kolejno dwóm tzw. nuncjuszom apostolskim w Polsce czyli ambasadorom Watykanu. Salvatore Pennacchio oraz Celestino Migliore wiedzieli o sprawie, ale żaden z nich – jak twierdzą księża – nie kontaktował się z nimi, ani nie próbował nawet wyjaśniać sytuacji.
Ani obecny nuncjusz, ani sam Głódź nie odpowiedzieli na pytania, które postawili im dziennikarze TVN24.

Portal Gazeta.pl przypomina też, że metropolita gdański ma skłonności do przepychu i luksusu. W swojej rodzinnej wsi ma wielką posiadłość z pałacem. Ponoć sama działka warta jest ponad 1 mln zł. Również w obszarze znaczonym pseudnimem Głodzia obowiązuje zawsze towar wysokiej klasy. „Flaszka” – jak wynika z relacji rozmówców TVN24 – na imprezach polewał np. koniaki za 1 tys zł. I w ogóle imprezowicz z niego także pierwszorzędny. W 2013 r. dziennikarka Wprost w artykule pt. Cesarz Trójmiasta opisywała różne „barwne” ekscesy Głodzia. Np. o tym, że abp Głodź będąc pod wpływem alkoholu potrafił budzić w nocy kapelana i kazać mu grać na akordeonie.
Rozmówcy Magdaleny Rigamonti donosili o wielu potwornościach i niemoralnych zachowaniach tego człowieka.
„Ksiądz III służył u arcybiskupa. Był kapelanem. Przybocznym arcybiskupa. Kimś na każde zawołanie. I w kurii, w gdańskiej Oliwie, i w prywatnej rezydencji abp. Głodzia w Orunii, wyremontowanej przed dwoma laty, bogato wyposażonej, wystrojem przypominającej scenografię serialu Dynastia. Arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!. Rano na kacu wzywał go, żądając actimelka i krzycząc: Bądź moim actimelkiem!. Upokarzał, wyzywał go, pomstował na jego rodzinę przy swoich gościach, często słynnych politykach różnych opcji. – Wiem, że ludzie z kurii próbowali zrobić z niego kogoś niezrównoważonego. A on sobie świetnie radzi. Uczy w szkole, jest uwielbiany przez młodzież i ma normalnego zwierzchnika, lokalnego proboszcza. Nie chce mówić, rozmawiać z mediami, bo pewnie się obawia, że w ten sposób po raz kolejny wypowie posłuszeństwo metropolicie. Wiem jednak, że na liście przewinień arcybiskupa umieści swoje zeznania – wyjaśnia ksiądz IV i dodaje: – Bo o tym, że taka lista powstaje, jest coraz głośniej. Ksiądz II z kolei wypytuje mnie, czy wiem, że taka lista już raz powstała, w Warszawie-Pradze, gdzie Sławoj Leszek Głódź był arcybiskupem. Część tamtejszych proboszczów wysłała skargi na biskupa do Watykanu. Procedura jest taka, że prosi się oskarżanego, aby odniósł się do stawianych zarzutów. I na tym sprawa stanęła” – można m. in. przeczytać w artykule we Wprost.
Degrengolada etyczna Głodzia nie powinna być więc nowością dla opinii publicznej. Nie tylko z powodu wcześniejszych publikacji w tygodniu Wprost czy w Gazecie Wyborczej. Również w filmie braci Sekielskich pt. Tylko nie mów nikomu Głódź przedstawiony jest jako jeden z głównych macherów jeśli chodzi o tuszowanie przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom w polskim kościele katolickim.
„W materiale tym, obraz arcybiskupa metropolity gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia został zakłamany i zmanipulowany w oparciu o anonimowe relacje uczestników programu oraz przy wsparciu niektórych duchownych. Odbieramy to także jako systemowy atak wymierzony w duchowieństwo i wiernych archidiecezji gdańskiej” – piszą m.in. w oświadczeniu duchowni archidiecezji gdańskiej, które przesłali Polskiej Agencji Prasowej 26 października.
Dokument ten podpisali m.in. tzw. biskupi pomocniczy oraz dziekani wszystkich dekanatów. Materiał na temat brutalnego postępowania abp. Sławoja Leszka Głodzia wyemitowany w ubiegłotygodniowym programie Czarno na białym – reporterskim magazynie TVN24 – określili mianem „pełnej agresji narracji, odbiegającej od rzeczywistości”. Tłumacząc z kulturalno-klerykalnego na prosty polski – zdaniem gdańskiej hierarchii był to kłamliwy atak na kościół.

Tak dla seksedukacji

Kojarzenie lekcji o seksualności z promowaniem pedofili, bzdury o przymuszaniu do masturbacji i „przymusowej seksualizacji” dzieci – to tylko niektóre z kłamstw na temat edukacji seksualnej serwowanych społeczeństwu przez propagandę rządu PiS. Okazuje się jednak, że większość obywateli nie kupuje tej narracji. Pokazał to sondaż IBRiS przeprowadzony dla Dziennika Gazety Prawnej i RMF FM.

Walka z edukacją seksualną w szkołach to jedna z głównych płaszczyzn konfliktu społecznego, na którym partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje budować kapitał polityczny. Od drugiej połowy 2018 roku działa pisowskiej propagandy – TVP, media braci Karnowskich, stacje ojca Rydzyka i prawicowe tygodniki usilnie rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat charakteru szkolnych zajęć na temat życia seksualnego.
Społeczeństwo ma jednak swój rozum. Badanie ankieterów IBRiS wykazało, że 79,4 proc. respondentów uważa, że w szkole powinny być zajęcia związane z edukacją seksualną. 46,5 proc. opowiedziało się, by były prowadzone od podstawówki, a 32,9 proc. od szkoły średniej.
W opiniach pojawił się jednak rys konserwatywny. 60 proc. ankietowanych stwierdziło, że odpowiedzialność za uświadamianie dzieci spoczywa przede wszystkim na rodzicach. Dla prawie 30 proc. uczestników sondażu główną odpowiedzialność ponosić powinna szkoła. Wszyscy byli zgodni, że dzieci nie powinny czerpać wiedzy od rówieśników czy z internetu.
Z sondażu wynika, że PiS nie zdołał przekonać większości społeczeństwa do swoich pomylonych teorii. 80 proc. respondentów uważa, że antykoncepcja i nauka o współżyciu seksualnym nie mają nic wspólnego z namawianiem do seksu. Ponad 68 proc. ankietowanych ocenia, że takie lekcje nie zachęcają do przedwczesnego rozpoczęcia życia płciowego. Pisowską bajkę przyjęło 20 proc. ankietowanych, którzy są zdania, że lekcje wychowania „seksualizują” dzieci i stanowią zachętę do wczesnego współżycia.

Znieście im celibat

Tym razem sondaż, który już nie dotyczy wyborów parlamentarnych. Chodzi o kościół, a konkretnie o instytucję celibatu, która jest jednym z fundamentów katolickiej kultury.

Opracowanie statystyczne powstało na zamówienie redakcji dziennika SuperExpress. Wyniki badania, które przedstawiła pracownia Pollster są zachęcające. 66 proc. ankietowanych opowiada się za zniesieniem celibatu. Przeciwnego zdania jest jedynie 21 proc.
„Czy katoliccy księża powinni mieć możliwość zakładania rodzin? Dyskusja na ten temat powraca regularnie. Nawet w samym Kościele nie ma co do tego zgody – sprawę omawiano choćby podczas ostatniego synodu biskupiego w Amazonii” – czytamy w SuperExpressie.
Gazeta ta przytacza również badania prof. Józefa Baniaka, socjologa religii z Uniwersytetu Adama Mickiewicza sprzed kilku lat. Wykazały one, że spośród kilkuset przepytanych przez profesora księży 15 proc. miało dziecko, a aż 60 proc. miało doświadczenie związku z kobietą.
Warto w tym kontekście przypomnieć, iż w jednym z wrześniowych numerów dodatku Plus Minus do dziennika Rzeczposposlita pewien polski katolicki talib wspomniał o zjawisku „nowej reformacji”, która rodzi się w łonie kościołą powszechnego. Jako jeden z jej przejawów wskazuję się m.in. między innymi pomysł wyświęcania na księży żonatych mężczyzn w regionie Amazonii. Autorem tego tekstu jest nie kto inny, jak znany katolicki fundamentalista Tomasz Terlikowski.
„I nawet jeśli na początku zmiana dotyczyć będzie Amazonii, to raczej prędzej niż później zostanie ona przyswojona w całym Kościele katolickim, szczególnie że wielu niemieckich czy szwajcarskich biskupów tylko czeka na sygnał od synodu, by wyświęcić pierwszych żonatych na kapłanów. Nowa reformacja trwa i czas przyjąć to do wiadomości” – pisał Tomasz Terlikowski.

Nieprzyjazny rozdział od państwa

W pełni zdawaliśmy sobie sprawę z trudności jakie napotkamy. Wynikają one ze znikomej wiedzy w społeczeństwie o prawdziwym obliczu Kościoła katolickiego w realizacji jego zakulisowych wpływów, instytucjonalnego dostępu do władzy oraz braku informacji o skali otrzymywanych z różnych źródeł środków pieniężnych.

Przede wszystkim jednak z niedostatku wiedzy polityków i osób publicznych zajmujących się sprawami relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi o ich prawnych uwarunkowaniach.
Uważamy, że konstytucyjne postanowienia przyjęte w pięć lat po podpisaniu Konkordatu przyczyniły się w decydującej mierze do nadania Polsce ipso facto (faktycznego) charakteru państwa wyznaniowego, nawet jeżeli nie takie były zamiary jej twórców. Niestety, doprowadzili oni do sytuacji, w której pochodzące z demokratycznych wyborów władze państwowe zobowiązane są do dzielenia się sprawowana władzą z niedemokratyczną, hierarchicznie zorganizowaną działającą sekretnie i zakulisowo. Jest to więc współuczestnictwo we władzy, a wiec znacznie więcej niż tylko instytucjonalny do niej dostęp.
Art.25 Konstytucji, umieszczony w rozdziale I poświęconym państwu i jego instytucjom, co najmniej zrównuje z nimi instytucje wyznaniowe jeżeli wręcz nie przydaje im charakteru instytucji państwowych. Odwrócone zostało pierwszeństwo należne zasadzie pierwotnej tj. zasadzie wolności myśli, sumienia i wyznania indywidualnego człowieka i niezasadnie przyznane pierwszeństwo wolności kolektywnej kościołów i związków wyznaniowych która przecież jest pochodną wolności jednostki .Na marginesie wypada zauważyć, że art.53 ust.1 zubaża zasadę wolności indywidualnej ograniczając ją jedynie do wolności sumienia i wyznania, a w ust.2 precyzuje ją wyłącznie w zakresie wolności religii.
W konsekwencji nadrzędne potraktowanie wolności kolektywnej wzmacnia pozycję kościołów i związków wyznaniowych zrównanych z państwem w swej autonomii i niezależności i dodatkowo ubogaca przewidzianym w art.25 ust.3 obowiązkiem współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.
Cóż to za dobro wspólne ? Jak je zdefiniować ? Nie inaczej niż poprzez treść art.1 Konstytucji RP. Tym dobrem jest Rzeczpospolita – zgodnie bowiem z treścią tego przepisu stanowi ona dobro wspólne wszystkich obywateli !
Stąd logiczny wniosek wypływać musi, że współdziałanie obejmuje wszystkie sprawy jakie dla dobra wspólnego i dobra człowieka zostaną uznane za istotne. Jest to podstawowe uzasadnienie wagi i znaczenia komisji wspólnej rządu i episkopatu, w której pracach rząd jest reprezentowany jako instytucja działająca „in corpore” – w całości, chociaż praktycznie czynią to delegowani doń ministrowie. Art.25 ust.3 konstytuuje zasadę bilateralizmu jako zasadę współdecydowania władzy publicznej i kościoła w całym spektrum spraw, które dosyć swobodnie kościół może uznawać za istotne i mieszczące się w jego sferze autonomii i niezależności – w jego zakresie – jak stanowi przepis konstytucyjny czy też – w jego dziedzinie jak postanowiono w konkordacie. Jednocześnie art.25 ust.4 Konstytucji odsyła w zakresie stosunków państwa z Kościołem katolickim do konkordatu jako szczególnej, przewidzianej w Ustawie Zasadniczej formie regulacji relacji wzajemnych. Nie można przy tym nie zauważyć, że oba fundamentalne dla struktury prawnej państwa dokumenty są powiązane w wielu kwestiach komplementarnie. Konkordat w tych postanowieniach, które zostały na rzecz Kościoła zawarowane na tyle konkretnie by mógł twardo bronić przywilejów instytucji kościelnych (jak. np. prawo prowadzenia placówek oświatowych i wychowawczych ) nie ma potrzeby poszukiwania dodatkowego wzmocnienia, ale już w odniesieniu do katechezy szkolnej, która mogła być realizowana w różny sposób, w tym w sposób obciążający instytucje Kościoła, to dla zabezpieczenia jego interesów sięga się do przepisu konstytucyjnego o bezpłatnej edukacji publicznej, a w innych wypadkach, gdy reguły konkordatowe są sformułowane ogólnie czy nie dosyć jasno Kościół stara się je poszerzać jak np. w zakresie przywilejów finansowych (art.22 ust 2 przewidujący powstanie komisji, która może decydować o ewentualnych zmianach w istniejącym ustawodawstwie w odniesieniu do spraw finansowych instytucji i dóbr kościelnych) . Komisja taka jednak nigdy nie powstała co daje możliwość zgłaszania rządowi aspiracji do szczególnie dogodnego traktowania instytucji kościelnych.
Można zrozumieć, że twórcy Konstytucji byli pod presją zarówno polityczną jak i prawną wynikająca z Konkordatu, niemniej jednak również w szeregu innych postanowień Ustawy Zasadniczej widać, że wola domknięcia szerokich praw Kościoła została w pełni zrealizowana. Zgodnie z art.191 ust 1 pkt. 5 i ust. 2 kościoły i związki wyznaniowe otrzymały prawo do wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego w zakresie spraw objętych ich zakresem działania, a więc pytanie jakich konkretnie ?
Może we wszystkich dotyczących dobra człowieka i dobra wspólnego jak należałoby logicznie wywnioskować z wcześniej wspomnianego postanowienia. Nie znajdziemy bowiem za wyjątkiem szerokiego ujęcia w art.19 ust 2 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 1989 roku poświęconego czynnościom przy wypełnianiu funkcji religijnych, wskazówek dotyczących ustalenia zakresu spraw mieszczących się w owej autonomii i niezależności, nie znajdziemy w treści konstytucji odpowiednika art. 10 wyżej wspomnianej ustawy dotyczącego świeckiego statusu państwa i neutralności światopoglądowej. Zrezygnowano ze świeckości instytucji publicznych, zbyt szeroko określono treść wolności do ekspresji religijnej (art.53 ust.5) czy też zrezygnowano w art.48 z ograniczenia rodziców w wychowywaniu dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami w tym wypadku religijnymi. Ogólne postanowienie o stwierdzeniu uwzględnienia stopnia dojrzałości jest nieprecyzyjne i w mojej ocenie nie adekwatne do obecnego stanu rozwoju młodzieży, a ponadto zupełnie nie zauważa przepisu art.15 k.c. przyznającego takim małoletnim ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a więc również do kształtowania swojej świadomości i światopoglądu zgodnie z art. 47 Konstytucji RP. Wszystkie przytoczone tu przykładowo postanowienia znakomicie utrudniają możliwość dokonywania jakichkolwiek zmian w aktualnym porządku prawnym odnoszącym się do relacji z kościołami i związkami wyznaniowymi.
Osobnym problemem, który można jedynie zasygnalizować na potrzeby niniejszego tekstu jest problem recepcji prawa, czyli mówiąc potocznie jego przyswojenia, wprowadzenia do obowiązującego systemu prawa stanowionego przez państwo norm prawnych pochodzących z innych niż państwowy systemów prawnych. Obserwujemy z niepokojem, że proces ten dotyczy prawa wewnętrznego Kościoła katolickiego. Dokonuje się on w Polsce np. w drodze orzecznictwa Sądu Najwyższego bezpodstawnie rozstrzygającego spory przy zastosowaniu prawa kościelnego np. w zakresie ważności umów zawieranych przez kościelne osoby prawne. Jest to niezgodnie z zasadami prawidłowej recepcji prawa wymagającymi aprobaty władzy ustawodawczej dla uznania za prawo obowiązujące takich unormowań.
Podaje ten przykład nie tylko dlatego by przybliżyć skalę problemów i podejmowanych w ramach Kongresu Świeckości działań dla ich rozwiązania, ale przede wszystkim dlatego, że problemy te mają, a przynajmniej powinny mieć podstawowe znaczenie dla praktyki politycznej. Poza potrzebą szerokiej akcji edukacyjnej społeczeństwa tylko umiejętnie realizowane działania polityków mogą zmienić istniejący stan rzeczy i tylko dlatego, że przestaje funkcjonować przekonanie o wartościowym poparciu społecznym zapewnianym przez Kościół każdej kolejnej ekipie rządowej.
Kościół zerwał pakt o tzw. „przyjaznym rozdziale z państwem” stając się przyjacielem tylko jednej opcji politycznej i ta okoliczność nie powinna pozostać bez znaczenia!
Jako Kongres Świeckości zostaliśmy zaproszeni do udziału w wyborach i mogliśmy przedstawić naszych kandydatów w celu umieszczenia ich na listach wyborczych lewicy. Niestety, zarówno ilość uwzględnionych propozycji osobowych jaki i odległe miejsca na listach wyborczych nie są dla nas satysfakcjonujące, a zgłaszane uwagi programowe w tym przede wszystkim do tematyki jaką mieli poruszać kandydaci wypowiadający się o kwestiach relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi nie zostały uwzględnione w zadowalającym nas rozmiarze.
Tymczasem bieg spraw w Polsce wskazuje, że partia rządząca w koalicji z Kościołem w wypadku wygrania wyborów parlamentarnych będzie dążyła do zmiany obowiązującego prawa, a nawet Konstytucji RP. W wypadku uzyskania odpowiedniej większości w Sejmie będzie dążyła do wprowadzenia prawnego zabezpieczenia statusu Kościoła lub nawet do formalnego potwierdzenia prawnego wyznaniowego charakteru państwa. Leży to nie tylko w interesie Kościoła, ale i zabezpiecza interesy partii rządzącej.
Dodatkowo nie można też powiedzieć, aby sprzyjała nam sytuacja międzynarodowa. Kwestie stanowiące dla nas podstawowe znaczenie nie są zasadniczo objęte traktatami europejskimi, o Unii Europejskiej i o funkcjonowaniu Unii , a konflikt polskich władz z władzami UE w wielu kwestiach dotyczących pryncypialnych zasad ustrojowych powodować będzie raczej niechęć instytucji unijnych do rozszerzania sporu na temat przestrzegania zasad świeckości państwa.
W tym stanie rzeczy apelujemy do wszystkich sił politycznych i organizacji społecznych, obywatelskich i ludzi dobrej woli o współdziałanie i wspieranie w dostępnych formach w tym finansowe naszych działań, które będą skoncentrowane na prezentowaniu, popularyzacji i edukacji w sprawach świeckości państwa, którą utraciliśmy faktycznie, a istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że utracić możemy poprzez zmiany w obowiązującym prawie.
Tekst został wygłoszony na Kongresie Świeckości.

Sytuacja absolutnie wyjątkowa

W obliczu realnego zagrożenia rządami narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy, która w oficjalnie głoszonym programie wyklucza ze wspólnoty narodowej wszystkich, którzy nie podzielają wiary katolickiej, a swoje wartości moralne wywodzą z innych źródeł, a także tych których patriotyzm kształtuje się odmiennie od endeckiej, nacjonalistycznej jego wersji, wszystkie partie polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie uznające demokrację liberalną za obowiązującą stosownie do Konstytucji RP z 1997 roku, powinny popierać się w wyborach parlamentarnych. Jesteśmy bowiem w sytuacji absolutnie wyjątkowej.

Dalsze rządy prawicowej ultrakonserwatywnej prawicy w rzeczywistej chociaż nieformalnej koalicji z Kościołem katolickim grożą nie tylko ostateczną dewastacją instytucji demokratycznych w Polsce, ale i konstytucyjnym potwierdzeniem obecnego wyznaniowego charakteru państwa, co na długo uniemożliwiłoby podejmowanie jakichkolwiek działań na rzecz przywrócenia podmiotowości obywatelskiej niekonfesyjnej części społeczeństwa. Nie można także pominąć skali potencjalnych szkód jakie zostaną wyrządzone młodemu pokoleniu poprzez nachalną działalność misyjną, która będzie bez przeszkód realizowana w systemie edukacji publicznej. Dla całej laickiej i postępowej części społeczeństwa jest kwestią nie tylko związana z przestrzeganiem jej praw obywatelskich lecz i, a może przede wszystkim kwestią egzystencjalną mobilizacja w sprzeciwie wobec rządzących bo jest mało prawdopodobne by nie nastąpiło w państwie po wyborach zróżnicowanie praw cywilnych obywateli w zależności od wyznawanej religii czy bezwyznaniowości.
Środowiska świeckie, antyklerykalne, wolnościowe są w naturalny sposób zróżnicowane. Często wzajemnie zantagonizowane. Niezbyt skłonne do udzielania poparcia przedstawicielom konkurencyjnych środowisk, a nawet własnych nie mówiąc już o organizacjach innych niż światopoglądowe, rozmaitym ruchom społecznym i politycznym. Często taka postawa jest zrozumiała, zdarzają się oceny krytyczne środowisk religijnych jednakże sprzeciwiających się klerykalizacji kraju, często słuchać zarzuty wobec środowisk LGBT korzystających z aktywnego poparcia środowisk świeckich na organizowanych przez nich marszach i imprezach podczas gdy przedstawiciele tych środowisk rzadko wspierają wydarzenia organizacji ateistycznych czy walczących o świeckość państwa. To wszystko prawda, tylko w obliczu nadzwyczajnego zagrożenia dla nas wszystkich konieczne jest nawiązanie współpracy i udzielenie sobie pełnego poparcia. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreśla zresztą program lewicy mamy szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym jeżeli nie ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej to chociaż wprowadzenie do Sejmu RP kandydatów zgłoszonych na listy lewicy nr 3 występujących pod szyldem SLD. Możemy i pewnie mamy różne zastrzeżenia do liderów lewicy. Lękamy się czy znowu nie potraktują sprawy świeckości instrumentalnie jako towaru do wymiany mamy problemy z poziomem zaufania do nieznanych szerzej kandydatów zaludniających tworzone przez polityków listy, nie satysfakcjonuje nas ani liczba wprowadzonych przez Kongres Świeckości kandydatów ani przyznane im miejsca na listach, możemy także obawiać się o poziom merytoryczny przygotowania licznych kandydatów z trzech partii lewicy, którzy podjęli temat świeckości państwa przy widocznym braku wiedzy i doświadczenia w tej problematyce. Wszystko to może martwić, ale też nie możemy nie zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej. Głosi postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału instytucjonalnego państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych, obiecuje zdystansowanie i obojętność wobec religii i religijnych światopoglądów, nie będzie tworzyć systemu prawnego odzwierciedlającego religijna wizje świata. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego.
Celem nadrzędnym wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych niewątpliwie jest przywrócenie ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej, ale także powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła. Jest to zadanie trudne i mało prawdopodobne by w najbliższej kadencji można było odnieść w tej sprawie znaczące sukcesy. Potrzebna jest zatem intensywna praca edukacyjna, promocyjna i stałe eksponowanie problemów powodowanych realną pozycją kleru i Kościoła katolickiego w Polsce. To wymaga przełamania blokady i marginalizowania naszych środowisk przez media głównego nurtu, a to z kolei jest możliwe tylko poprzez współpracę parlamentarzystów stale eksponujących problematykę relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi w ramach dopuszczalnych form funkcjonowania w Sejmie czyli np. w parlamentarnym zespole przeciwdziałania klerykalizacji kraju. Nie było dotychczas dyskusji nad sposobami organizacji współpracy z różnymi organizacjami światopoglądowymi, społecznymi i obywatelskimi. Być może trzeba będzie otwarcie podjąć takie rozmowy i dążyć do konkretnych ustaleń zastępujących wzajemne „fochy”, niechęć czy osobiste animozje. Warto byłoby np. koordynować kalendarz organizowanych imprez, wymieniać się stanowiskami w najważniejszych sprawach, kłócić jak trzeba. Teraz jednak nie mamy na to czasu.
W wielu okręgach wyborczych mamy sprawdzonych działaczy na rzecz świeckości, w wielu także działaczy partii politycznych lewicy niosących hasła świeckości, we wszystkich okręgach mamy listy lewicy przynajmniej teoretycznie gwarantujące nam, że świeckość państwa jest jednym z tematów wiodących lewicy w tej kampanii wyborczej i możemy domagać się wręcz od tych kandydatów, którzy zdobędą poselski mandat realizowania naszych postulatów, udostępniania biur poselskich i infrastruktury na potrzeby naszej działalności. Głosujmy zatem na list lewicy, popierajmy w kampanii lewicowych kandydatów, ale działajmy ze świadomością, że najtrudniejsze zmagania dopiero przed nami po wyborach.

Łgarstwa kościelno-rządowe

Prawo i Sprawiedliwość oraz Konferencja Episkopatu Polski mają ze sobą coraz więcej wspólnego: życie ponad prawem i ponad stan, rozbestwienie, bezczelne łgarstwa. Im wyższe stanowisko w hierarchii partyjnej i kościelnej, z tym większym nasileniem się ujawniają, bo są skutkiem negatywnej selekcji awansowej. Wśród szeregowych księży i kaczystów trafi się jeszcze porządny, skromny i prawdomówny, ale im wyżej, tym gorzej, bo zdemoralizowani wygryzają przyzwoitszych.

Premier Morawiecki jest liderem w konkurencji Pinokio+, gdyż ma sądowe poświadczenia, że łgał i nakazy sprostowania. W żadnym demokratycznym kraju nie mógłby pozostawać na stanowisku szefa rządu, ale Polska wciąż nie osiągnęła europejskiego standardu politycznej przyzwoitości. Z hierarchów kościelnych żaden takiego dokumentu nie ma, bo są traktowani jak święte krowy i nikt ich po prokuraturach i sądach nie ośmiela się ciągać. Obojętne, jaki kodeksowy przepis łamią, są bezkarni. To ich rozbestwia, a zarazem działa destrukcyjnie na całe społeczeństwo, które widzi, że z purpuratami nie można nie tylko wygrać, ale nawet podjąć równorzędnej walki. W mniejszym stopniu dotyczy to także szeregowych księży, bo to immanentna cecha państwa wyznaniowego, w którym Kościół nie tylko wywiera wpływ na stanowienie świeckiego prawa, ale się do niego bezkarnie nie stosuje. Najjaskrawszym przykładem jest bezkarność biskupów za ukrywanie kościelnej pedofilii.
Łgarstwa tronu i ołtarza nasilają się zwłaszcza podczas kampanii wyborczej. Tegoroczna odbywa się pod hasłem obrony polskiej rodziny przed demoralizacją, deprawacją i seksualizacją przez ideologię LGBT+. Choć nie ma takiej ideologii, a relatywnie najwięcej homoseksualistów jest wśród kleru, temat jest nośny, bo trzydzieści lat katechezy w szkołach wychowało pokolenie homofobów. Kaczyści i kler dmą w trąby nienawiści i nietolerancji do kilku milionów nieheteronormatywnych Polaków i odmawiają im praw człowieka. Łżą w żywe oczy, byle tylko wygrać wybory, bo to być albo nie być i dla PiS, i dla kościoła.
Wyborczym tematem nr 1 jest więc „tęczowa zaraza”. Wg katoprawicy, przynosi plagi, które dotykają dotykają każdej dziedziny życia. Ks. prof. Bortkiewicz uznał, że awaria oczyszczalni ścieków „Czajka” to kara boska za tęczową profanację w Płocku obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wprawdzie ścieki wylały się w Warszawie, ale Wisła w drodze do morza przepływa przez grzeszny Płock. Pominął milczeniem, że także przez bogobojne, homofobiczne tereny, które chcą być „wolne od LGBT”, bo katolicyzm wyznaje zasadę, że lepiej ukarać stu niewinnych niż pozwolić, aby uszedł choćby jeden grzesznik.
Kler pospołu z PiS mami wiernych rzekomymi zagrożeniami ze strony społeczności LGBT+ i wzywa do nienawiści. Są bezkarni, bo art. 256 kodeksu karnego przewiduje karę za publiczne nawoływanie do nienawiści, ale tylko „na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”. Osoby nieheteronormatywne są pozbawione ochrony, co tym bardziej wyzwala wobec nich agresję „prawdziwych Polaków-katolików”, których moralność została okaleczona przez kościół i PiS.

Czy działalność polityczna reakcyjnych biskupów ma w Polsce przyszłość…?

Kiedy trzy ugrupowania lewicowe podjęły decyzję o wspólnym starcie w zbliżających się wyborach parlamentarnych, miód spłynął w moją lewicową duszę, bo długo czekałam na taką decyzję.

Żywię nadzieję, że ten alians przyniesie nową jakość na polskiej scenie politycznej, ponieważ polityka polska bez udziału lewicy przynosi trudno odwracalne straty w każdej dziedzinie działalności państwa. Natomiast polska prawica – zarówno w historii, jak i obecnie – zawsze stawiała interes własny ponad interes Rzeczypospolitej, nigdy nie szanując państwa, jego struktur oraz interesów ekonomicznych.
W czasach, kiedy upadał feudalizm i Europa wchodziła na drogę modernizacji (uwalnianie chłopów, ekonomiczne umacnianie się mieszczaństwa, budowa nowych struktur gospodarczych, wdrażanie osiągnięć pierwszej rewolucji naukowo-technicznej, pojawianie się nowoczesnych konstytucji), poprzez egoizm ówczesnych elit Polska chyliła się ku upadkowi. Ta cała polska magnateria – mimo zgromadzenia olbrzymiego bogactwa – nie chciała go w godzinie próby angażować w obronę niezależnego bytu naszej państwowości. Wielki polski uczony Tadeusz Korzon (1839-1918) w swoich dziełach opisywał nie tylko niebagatelny potencjał gospodarczy Rzeczypospolitej w dobie rozbiorowej (z udziałem mądrych głów w rodzaju Jana Staszica mielibyśmy szansę na nowoczesny rozwój w ramach własnego państwa!), ale i „niebaczną srogą chciwość przodków naszych”, bezrozumnie ograniczającą władzę centralną i jej zdolność kierowania sprawami państwa. I rzecz dziwna, elity świeckie i duchowne – przekupne i opierające się w I Rzeczypospolitej władzy królewskiej, unurzane w zgubne tradycje sarmackie potulnie szły pod but zaborców, szybko dostosowując swoje ambicje do obcych wymagań, byle zachować majątki (ordynacje) i wpływy. Wyjątki były rzadkie. Polski banał.
O roli kościoła w przechowaniu chwalebnych tradycji napisano już opasłe tomy, zwłaszcza w ostatnich latach. Nie znajdziemy natomiast wydawniczego zainteresowania opisami udziału Kościoła w „długiej i smutnej historii upadku” I Rzeczypospolitej. Na tle tej posuchy wyróżniła się wydana jeszcze w 1992r książka Andrzeja Wasilewskiego p.t. „Polski wariant”. Autor analizował w niej m.in. przedrozbiorowe procesy upadku Polski, zapadającej się w nicość przy pomocy swoich elit, które „dzień po dniu, kawałek po kawałku rujnowały podstawy jej suwerennego bytu”. A. Wasilewski przypomniał tę bolesną prawdę, że „nigdzie tak jak w Polsce demontaż suwerenności nie łączył się z manifestowaniem miłości do tradycji ojczystej. Zdumiewający proces unicestwiania państwa przebiegał tu w aurze samochwalstwa, nie pozwalającego uświadomić sobie rozmiarów dokonywanych publicznych spustoszeń”.
Autor podkreśla, że w upadającym państwie Kościół czuł się doskonale, dominował, pomnażał majątki i wpływy, „osiągając w dobie największego upadku kontrreformacyjny ideał – państwo wyznaniowe”. Państwo znajdowało się „w stanie bezwładu, a hierarchia kościelna dowolnie trzęsła wszelką dziedziną prywatną, czy publiczną /…/ uroczystości kościelne stały się namiastką życia państwowego, legitymizowały wszelkie tytuły władzy, kreowały i obalały obiegowe opinie, dawały wykładnię obowiązującego prawa, sankcjonując w miarę potrzeby bezprawie. Żaden państwowy akt nie mógł nabrać mocy, jeśli nie uświęcony został uroczystością kościelną. Toteż im bardziej rozprzęgało się pod Sasami państwo polskie, tym bardziej wzbierała fala celebracji kościelnych, zaświadczających, że wszystko, co się dzieje, dzieje się zgodnie z nakazem tradycji. Wystawne jak nigdy przedtem kościelne obrzędy wypełniały misje ustrojową, dającą błogosławieństwo schyłkowym porządkom”. Uff…..
Wasilewski uważa, że nie sposób zrozumieć długotrwałej niefrasobliwości państwowej obywateli tamtej Rzeczypospolitej, jeśli nie uwzględni się osobliwego piętna, jakie na sposobie myślenia wycisnęła „absolutna hegemonia Kościoła kontrreformacyjnego”, który sam mianował się najwyższym interpretatorem „tego, co rodzime, i tego, co obce, a osadziwszy się w roli mentora i mandatariusza narodowego dziedzictwa, wypełniał sobą całą przestrzeń państwową. Z tej pozycji wytrwale oduczał Polaków odróżniać racje państwa od interesów Kościoła– jeżeli Kościół rósł i prosperował, miało to również być gwarancją dobra ojczyzny”/../ W ten sposób kontrreformacyjna hierarchia na długie lata oswoiła Polaków ze swobodnym traktowaniem lojalności państwowej”.
Jak wiemy, Rzeczpospolita srogo wtedy zapłaciła za wyznaniowy patriotyzm swoich obywateli – powoli znikała z mapy Europy, ponieważ„nabożni przodkowie pozbawili się dojrzałości w stanowieniu o państwie”. Lud Warszawy wystawił należny rachunek elitom kościelnym ( i nie tylko) w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, o czym współczesny kler milczy jak zaklęty. O udziale biskupów w Targowicy – również. Kiedy nadarzy się okazja nie ukrywają za to swojej niechęci do Oświecenia (patrz: biskup Jędraszewski) i Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Dlaczego..? Ponieważ rewolucja z 1789r, a potem Wiosna Ludów z 1848 r. zmieniły w krajach europejskich podejście rządzących do roli i pozycji duchowieństwa w praktyce państwowej rozwijającego się kapitalizmu. W każdym kraju nieco inaczej emancypowano się spod władzy kościołów, czy kolejnych papieży, jednakże w większości państw europejskich już w XIX stuleciu uznano, że jest to decyzja nieodzowna, ponieważ nowoczesne państwo wyklucza dualizm władzy.
Książkę Andrzeja Wasilewskiego (1928-09) czytałam w roku jej wydania. Pamiętam, jak trudno było przywoływać wówczas w polityce podobne do używanych przez niego argumentów, aby nie być natychmiast posądzonym o „komunistyczne” zapędy i „atak na Kościół”. Wszak nowe „elity” potajemnie przygotowywały nam konkordat, za który przychodzi nam (społeczeństwu) dziś płacić i politycznie i ekonomicznie. Książkę tę wzięłam znów do ręki po ostatnim przemówieniu prezesa (poza Kościołem tylko nihilizm), podziwiając profetyczną zdolność autora do przewidywania rozwoju politycznych tendencji, widać, jak uważnie przeanalizował przyczyny upadku I RP, obserwując na bieżąco to, co się w Polsce działo wokół papieża i Kościoła.
A na naszych oczach z dnia na dzień rosły ambicje hierarchii i powtarzały się ze strony prawicy ciemniackie akty „zawierzania” siłom niebieskim polskiej nawy państwowej. Mentalność kontrreformacji zaszczepiona przed wiekami odezwała się znów w Rzeczypospolitej, której nowe elity umacniały swą pozycję poprzez sojusz tronu z ołtarzem. I znów w tym miejscu przytoczę słowa A. Wasilewskiego, który trafnie stwierdził, że protektorat Kościoła „zaszczepia rządzącym pychę i poczucie bezkarności, a jednocześnie przyczynia się do rozprzęgania państwa. Nie tylko dlatego, że do stanowisk władzy forsuje się ludzi z własnego naboru, bez względu na ich walory publiczne, ale także dlatego, że rozgrzesza ich z góry ze środków, jakie obiorą dla realizacji celów. Poniewieranie prawa, ignorowanie opinii, zmowy milczenia wokół skandalów publicznych, aroganckie podtrzymywanie oczywistych nieprawd, stają się powszechną praktyką państwowych organów, tym szkodliwszą, że in odore sanctitatis – w klimacie uświęcających ją wyższych celów”. Czekam tylko, kiedy Mateusz Morawiecki (uwaga – to polski premier!) rozpocznie rechrystianizację Europy. Ciekawe, kiedy i od kogo zacznie…..
A tak na marginesie: czy ktokolwiek potrafiłby dziś sobie wyobrazić publiczną krytykę, skierowaną przez hierarchów kościelnych pod adresem Prezydenta USA, lub sugestię moralno-prawną wobec deputowanych do Kongresu amerykańskiego….? Nawet sam A. Duda musiałby z żalem przyznać, że w Stanach Zjednoczonych świeccy politycy nie potrzebują kościelnego „supportu” w sprawach państwowych, choć zwyczajowo na wiarę i abstrakcyjnego Boga powołują się nader często. Nie ulega wątpliwości, że od marca 1789r. ze sprawami , wynikającymi z działalności publicznej , politycy amerykańscy potrafią radzić sobie sami, bez udziału czynnika konfesyjnego. Zresztą, akurat na terytorium Stanów Zjednoczonych, nie bez historycznych powodów katolicyzm nigdy nie był w politycznej modzie. Do Ameryki uciekali mieszkańcy kontynentu europejskiego, którzy na własnej skórze doznali władzy papieży: kiedy odkrywano kontynent amerykański pamięć o długotrwałych wojnach religijnych i działalności inkwizycji była całkiem świeża Ta ostatnia działała w różnych krajach europejskich do XIX wieku i uważana była jako kontrola sumień i poglądów ludzkich. I choć w roku 00 Jan Paweł II przeprosił w imieniu kościoła za działalność inkwizycji, to słuchając niektórych polskich biskupów nie mam wątpliwości, że pewne nawyki w postrzeganiu swej roli i świata zostały w ich myśleniu do dziś.
Nie tylko Stany Zjednoczone, ale również państwa europejskie wyzwalały się stopniowo spod władzy Watykanu i Kościoła. Przypomnijmy więc dla porządku, że najpierw w znanych okolicznościach historycznych wyrwał się spod władzy Watykanu król angielski – Henryk VIII (1491-1547). Później poczyniła swoje reformacja, zapoczątkowana w XVI na terenie Niemiec. Również w monarchii austro-węgierskiej w końcu XVIII w. cesarz Józef II Habsburg (1741-1790) unowocześnił stosunki państwo – kościół w kierunku nadania wyraźnej przewagi władzy świeckiej nad duchowną. Model ten uzyskał wówczas od imienia cesarza nazwę józefinizmu. W ramach c.k. Austrii procesy sekularyzacji najdalej zaszły na terenie Czech i Moraw, nie tylko na skutek reform Józefa II: niektórzy twierdzą, że czeski katolicyzm spłonął na stosie razem z Janem Husem w 1415r., a pamięć o tym wydarzeniu okazała się w Czechach wyjątkowo trwała, w każdym razie w maju 03r. parlament czeski odrzucił konkordat z Watykanem!
Walka o prymat władzy świeckiej nad duchowną w Polsce zaczęła się bardzo wcześnie, a symbolem tej walki był konflikt króla Bolesława II Śmiałego (1058-1079) z biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Spór króla polskiego z biskupem obrósł przez wieki legendą, przekazywaną już od 750 lat jako mit zmagań świętego kościoła z grzeszną władzą świecką. Jak wskazują liczne źródła historyczne, przebieg konfliktu był wyjątkowo ostry i zakończył się dramatem obu bohaterów: biskup poniósł śmierć z ręki króla, za co ten został wygnany z kraju. W tle tego dramatu tkwiła doktryna papieska, nakazująca uniezależnienie się Kościoła od władzy królewskiej i książęcej. Pod koniec XII w duchowieństwo polskie zaczęło podążać za wymaganiami tej doktryny, konsekwentnie emancypując się spod władzy państwowej. Stanisław ze Szczepanowa (lub Stanisław Szczepanowski) był pierwszym Polakiem, którego kościół uznał za świętego. Zmarł 11 kwietnia 1079 r., a kanonizowany został prawie dwieście lat później. Od tej pory czczony jest jako męczennik za słuszną sprawę, choć samo kanonizowanie Stanisława ze Szczepanowa służyło – jak to zwykle bywa – nie tyle ówczesnym celom religijnym, co politycznym. Przez wieki towarzyszyły tej decyzji silne sprzeciwy i wątpliwości, co do heroiczności biskupa krakowskiego. W szczególności ksiądz Piotr Skarga (1536-1612) w „Kazaniach sejmowych” wyraźnie głosił, że to monarcha jest w państwie źródłem prawa i nikt (nawet biskup) nie może mu się sprzeciwić.
Ze swej strony dodam, że żywotność politycznego kontekstu mitu św. Stanisława (spoczywającego w Katedrze Wawelskiej ) obowiązuje do dziś. Pamiętamy przecież, jak papież Jan Paweł II określił św. Stanisława „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”, co wskazywało jednoznacznie, kto w stosunkach wewnątrzpaństwowych powinien mieć przewagę. Nie dziwmy sięwięc zachowaniu większości polskich biskupów, powołanych do tej godności jeszcze przez Jana Pawła II, bo ideologią, która od lat charakteryzuje ich myślenie o państwie jest doktryna „katolickiego państwa narodu polskiego”. Dzisiaj pachnie to schizmą w Kościele. Pisałam o tym nie raz.
Powróćmy jeszcze na moment do dawnych dyskusji, jakie toczyły się w polskich środowiskach inteligenckich pod zaborami, które zabierały głos na temat pożądanego kształtu stosunków państwo – kościół, bo nie wszystkie kultywowały kontrreformacyjne ogłupienie, nawet w kręgach konserwatywnych. Np. pod koniec XIX w. w środowisku akademickim i politycznym Krakowa nadano tym dyskusjom szczególny impuls. I choć znane środowisko krakowskich „stańczyków” niechętne było zarówno rozwiązaniom zastanym (józefinizm, febronianizm, cezaropapizm), jaki i pomysłom liberalnym , to jednocześnie inspiracji szukano w pruskiej doktrynie państwa prawnego, która wywodziła się z myśli społeczno-politycznej Oświecenia. Doktryna ta zakładała, że państwo nie uznaje na swym terytorium „żadnej innej udzielnej zwierzchności, nawet w sferze duchowej”. Jej nadrzędnym przesłaniem była podległość prawu wszystkich dziedzin życia publicznego, co podważało rolę Watykanu w kształtowaniu polityki wyznaniowej w państwach narodowych.
W ramach tej dyskusji przedstawiciel „stańczyków” – Franciszek Kasparek stwierdził wówczas zdecydowanie, że kościół nie może być w żadnym razie „potęgą państwu równorzędną”, tym samym nie może wyłamywać się spod jego praw. Pisał m. in „nie konkordat, dwustronna umowa między władcą uniwersalnego kościoła, a władzą partykularnego państwa, lecz jedynie akt woli organów państwa powinien wytyczać granice działania kościoła”. W ślad za tym stanowiskiem obóz krakowskich konserwatystów był zwolennikiem wypracowania koncepcji koordynacji, która sugerowała ustalenie w państwie dziedziny władztwa kościoła, wymagającej jednakże porozumienia między władzami kościelnymi i politycznymi, co do jej zakresu. Tak więc nawet krakowscy konserwatyści w dobie rozbiorowej dawali wyraźnie w tych stosunkach przewagę państwu.
Jak wiemy, dla symboli postępu – wolności, równości i braterstwa – historia toczyła się ze zmiennym szczęściem. Odwrót od tendencji oświeceniowych i liberalno-demokratycznych nastąpił bez wątpienia w epoce faszyzmu, który w Polsce lat 30. bardzo podobał się endekowi Romanowi Dmowskiemu i ONR-owskiej Falandze. W faszyzacji Europy uczestniczyły przede wszystkim Niemcy, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja w okresie rządów Vichy, z czasem dołączyła Słowacja na czele z katolickim księdzem Jozefem Tiso ( w 1947r skazanym i powieszonym za zbrodnie wojenne). Odrębną uwagę należy poświęcić walkom na terenach Jugosławii, w szczególności faszystowskiej Chorwacji. We wszystkich tych państwach w okresie II wojny światowej kościół rzymskokatolicki sprzyjał, lub co najmniej godził się na krwawe porachunki z prawosławną cerkwią. Szczególną puentę nadał zbrodniczemu kontekstowi wojennemu na Bałkanach papież Jan Paweł II, otwierając w 1998 r. drogę do kanonizacji kardynała Alojzije Stepinaca – od 1931 r. arcybiskupa Zagrzebia, który w czasie wojny wywołał przymusową akcję (pod karą śmierci) nawracania prawosławnych Serbów na katolicyzm, popierał zbrodnie ustaszy Ante Pavelicia. W 1946 r. został w Jugosławii skazany na 16 lat więzienia (zm. w 1960 r.). W 2015 r. , na skutek protestów serbskiej Cerkwi, papież Franciszek wstrzymał jego proces kanonizacyjny.
Z wystąpień prezesa i niektórych biskupów wynika, że duch kontrreformacji odżył w Polsce na nowo. Niedawno znalazłam w internecie stronę katolickiej „Niedzieli”, na której ks. prof. Józef Krukowski wyjaśniał konstytucyjne zasady relacji państwo-kościół. Swój wywód rozpoczął od analizy art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997r, który w oryginale brzmi:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
Czy wiesz, Czytelniku, że ks. profesor (KUL) zmienił samowolnie tekst tego przepisu Konstytucji na potrzeby czytelników „Niedzieli”, nadając mu następujące brzmienie?
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, respektującym chrześcijańskie dziedzictwo Narodu”.
Dlaczego to zrobił…? Bo mógł (tekst wywodu ks. Krukowskiego pobrałam 13 sierpnia 19r ), bo ma poczucie, że w obecnej Polsce księżom wolno więcej, nawet „z marszu” dokonywać zamachu na literę Konstytucji.
Niedawno czytałam na łamach tygodnika „Polityka” tekst znanej dziennikarki, prezentującej pogląd, że na skutek ograniczeń wynikających z konkordatu niewiele możemy – jako ludzie świeccy– poprawić w stosunkach Państwo-Kościół. Otóż ja uważam inaczej: – możemy bardzo dużo i to w trybie odwołania się do ustaw, które mogą i powinny doprecyzować kwestię, gdzie przebiega granica autonomii i niezależności Kościoła, działającego na terytorium suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. To nigdy nie zostało ustalone! Przypomnę również, że pod koniec 1988r zakończone zostały prace nad konwencją, która miała uregulować stosunki Państwo – Kościół. Znajdujemy w niej następujące sformułowanie art. 2:
„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa stwierdza, że jest państwem świeckim (niekonfesyjnym), gwarantującym swobodę przekonań światopoglądowych i religijnych.
2.Stolica Apostolska uznaje tak pojętą świeckość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Z uzgodnionych planów wycofał się papież, a kilka lat później grupka prawicowych polityków wygotowała nam konkordat.

Tymczasem w Watykanie…

Gdy polski kler nadal koncentruje się na walce z ideologią LGBT, z Watykanu napływają co chwila plotki sugerujące możliwość jeśli nie dekanonizacji Jana Pawła II, to przynajmniej zdjęcia go po cichu z pomnika. Teoretycznie dekanonizacja jest możliwa, jeśli udowodni się „wprowadzenie w błąd” papieża dokonującego tego aktu; dewojtylizacja Kościoła już postępuje żwawo. Na przestrzeni ostatniego roku miały miejsce trzy znamienne wydarzenia.

W błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano arcybiskupa Oscara Romero, zamordowanego 24 marca 1980 r. przez bojówkę Roberta D’Aubissona, który przeszedł przeszkolenie w tzw. „Szkole Ameryk”, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA, szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama. Romero był utożsamiany z ideami teologii wyzwolenia, jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości, związany politycznie z interesami USA rządzonym przez Ronalda Reagana, nic nie uczynił w tej sprawie. Akta zebrane w Salwadorze, potwierdzające męczeństwo Romero, leżały bez żadnej decyzji od 1990 do 1999 r. w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tymczasem podobny akt zabójstwa duchownego – sprawa ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego w 1984 r. – został niezwykle szybko uznany za męczeństwo.
Drugim ważnym epizodem będącym oznaką dewojtylizacji jest otwarcie w lutym 2019 r. procesu beatyfikacyjnego byłego generała jezuitów o. Pedro Arrupe. Od początku swego pontyfikatu Karola Wojtyła był skonfliktowany z Arrupe – zarówno na tle osobowości, jak i poglądów na rolę Kościoła i jezuitów, w tym stosunku do „teologii wyzwolenia”. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50. rodziły się „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i marzeniu o sprawiedliwości społecznej. Im był oddany Pedro Arrupe, człowiek głęboko oddany idei rozwojowi ludzkości i postępu. Gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z „obozem realnego socjalizmu” przeciwko prawicowym dyktaturom kreowanym z Waszyngtonu. Jezuici pod jego kierunkiem stali się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Tymczasem Karol Wojtyła nie był w stanie wyjść poza mentalność prowincjonalnego, polsko-lokalnego, zachowawczego proboszcza z Małopolski czy Podkarpacia. Charakteryzowały go ponadto skrajny antykomunizm i ludowo-masowa bezrefleksyjna religijność. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą wyraźnie mu było nie po drodze. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych i samodzielnie myślących. To też „zasługa” Jana Pawła II, który wolał popierać ultrakonserwatywne Opus Dei. Obecnym jednak generałem jezuitów jest Wenezuelczyk, Arturo Sosa Abascal. Czyżby miał nastąpić i w tej sprawie dewoltylizacyjny zwrot?
Trzecim elementem dewojtylizacji jest likwidacja Papieskiego Instytutu JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną, co nastąpi w roku bieżącym. W jego miejsce powstanie Papieski Instytut Teologiczny JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie i to jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel – filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem „otwarcie” na inne spojrzenia dot. zagadnień rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
A w Polsce wszystko, co dotyczy Jana Pawła II, jest dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją. Liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści absolutnie nie rozumieją tego co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z „Wesela” Wyspiańskiego: „.. Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach.

Między parezją a hipokryzją

Poniższe uwagi dedykuję holenderskiemu dziennikarzowi Ekke Overbeekowi, który jako pierwszy zaczął się dziwić różnicom polskiej i holenderskiej religijności.

Właśnie wróciłem z kilkudniowego pobytu w Lejdzie, gdzie próbowałem zrozumieć praktyczne i teoretyczne aspekty postsekularyzmu społeczeństwa holenderskiego. Jak wiadomo w wyobrażeniu większości polskich katolików należy ono do cywilizacji śmierci, by nie powiedzieć, że jest tej cywilizacji sercem. Już o tym pisałem po moich poprzednich pobytach w Amsterdamie, więc tym razem ograniczę się tylko do kilku uwag natury ogólnej.
Otóż wydaje mi się, że problemy z obecnością religii w przestrzeni publicznej, z jakimi borykamy się w naszym kraju (Holendrzy tego problemu nie mają, bo ludzie są religijni w sposób dyskretny i do jej wyrażania nie potrzebują wsparcia polityków) powinny być rozwiązywane przez ludzi religijnych. Z tego prostego powodu, że dla ludzi niereligijnych, a tym bardziej dla przeciwników religii jest rzeczą niezwykle trudną (a czasem wręcz niemożliwą) zrozumieć emocje i związane z nimi zachowania, których źródłem jest doświadczenie religijne. A więc z samej natury im obce.
Co gorsza, im głośniejsze głosy krytyki pod adresem instytucjonalnych form obecności religii w przestrzeni publicznej, tym radykalniejsze głosy jej obrońców (w polskich realiach ma to związek przede wszystkim z Kościołem katolickim, który dla wielu jest wręcz synonimem religii). A jak pokazują ostatnie miesiące — tym brutalniejsze stają się ataki niektórych przedstawicieli katolicyzmu na wymyśloną przez nich „cywilizację śmierci”. Przybiera ona różne kształty i oblicza, ale przeważnie staje się poręcznym narzędziem, by uciszać krytyków Kościoła, a zwłaszcza kleru.
Spirala emocji wydaje się nie do zatrzymania, a polityczny kontekst (zbliżające się wybory parlamentarne w październiku 2019) jedynie je potęguje. Moim zdaniem kres tej eskalacji emocji, słów, a coraz częściej i czynów, może przyjść tylko ze strony ludzi religijnych. To właśnie ludzie prawdziwie wierzący mogą i powinni udowodnić, że związki religii z mową nienawiści i z polityką są nie do pogodzenia z autentycznym rdzeniem religii, a w polskim kontekście z chrześcijaństwem i wyznawanym przez większość katolicyzmem.
Jak na razie tych głosów w Polsce brak. To oczywiście wcale nie oznacza, że ich nie ma. Po prostu nie są słyszalne w przestrzeni publicznej (a jak się pojawiają, to są skutecznie wyciszane przez hierarchów lub agresywnych publicystów, którzy uważają, że tylko oni mają monopol na określanie, co jest autentycznym katolicyzmem, a co się z nim rozmija).
To właśnie z tego powodu polskie społeczeństwo znalazło się na szybkiej ścieżce sekularyzacyjnej. Od razu chcę zaznaczyć, że mnie to nie martwi. Wręcz przeciwnie jestem bardzo rad, że coraz więcej polskich katolików zaczyna dostrzegać zgubne konsekwencje splotu upolitycznionej religii z ureligijnioną polityką oraz słów nasyconych agresją i nienawiścią, jakie padają ze strony ludzi Kościoła i polityków. To swoje rozumienie muszą przełożyć na konkretne decyzje wyborcze. I te decyzje nie odnoszą się tylko do wyborów politycznych, ale również wyborów konkretnego kościoła bądź wręcz odrzucenia instytucjonalnych form religii (jak ja to zrobiłem przed laty).
I na koniec uwaga o wspomnianym postsekularyzmie. Nawet jeśli to pojęcie jest problematyczne i niektórzy socjologowie religii wręcz kwestionują jego analityczną przydatność, to moim zdaniem ma ono przyszłość, zwłaszcza w Europie. Pozwala bowiem spojrzeć życzliwie i z empatią na ludzi niepodzielających moich poglądów czy przeświadczeń na temat religii. Michel Foucault jedną z ostatnich swoich książek (a właściwie wykładów wydanych pośmiertnie: Discourse & Truth: the Problematization of Parrhesia poświęcił pojęciu parezji. Również papież Franciszek chętnie go używa w swoich tekstach i przemówieniach. Warto je włączyć do swojego prywatnego słownika słów często używanych. Oznacza ono po prostu gotowość mówienia w sposób jasny i zdecydowany, niezależnie od okoliczności i możliwych konsekwencji, tego, co się naprawdę myśli. Jak wiadomo przeciwieństwem parezji jest hipokryzja.
Mam świadomość, że każde uogólnienie jest ryzykowne i często krzywdzące. Niemniej jednak pozwolę sobie na takowe. Może się mylę, ale mam nieodparte wrażenie, że większość polskich katolików zachowuje się tak jakby bliższe było im pojęcie hipokryzji niż parezji. U Holendrów jest odwrotnie, chętnie mówią, co myślą i dziwią się, jeśli człowiek ma dwie wersje prawdy, jedną na użytek publiczny i drugą na prywatny. Oczywiście chciałbym się mylić i chętnie zmienię zdanie. Może najbliższe wybory mi w tej zmianie pomogą.