Zabawa w chowanego

Film braci Sekielskich „Zabawa w chowanego” jest dokumentem zrealizowanym z dużym profesjonalizmem i powiedziałbym, że ma – w sensie procesowym – znaczący walor dowodowy.

Nie wstrząsnął on mną w jakiś szczególny sposób. Rzeczywistość tę znam niestety z pracy zawodowej. Oczywiście, tego typu reportaże czy zdarzenia są zawsze i bezwzględnie ogromnie smutne. Krzywda dzieci, którzy dziś jako dorośli żyją z traumą zbrodni seksualnej dokonanej na ich osobach przez duchownych jest nie do naprawienia i nie do uleczenia. Nie ma także sprawiedliwej kary za czyny pedofilskie, gdyż sprawcy nie można oddać tego, co mu się słusznie należy, a ofierze przywrócić stanu psychicznego, integralności osobowościowej sprzed czynu kryminalnego. W tym sensie jest to zbrodnia sui generis (jedyna w swoim rodzaju), porównywalna chyba tylko z zabójstwem czy zgwałceniem, gdzie powrót do stanu „sprzed” jest po prostu niemożliwy.
Chcę poruszyć kwestię natury prawnokarnej, a mianowicie obowiązek zawiadamiania o przestępstwie z art. 200 kk (obcowanie płciowe lub inna czynność seksualna z małoletnim poniżej lat 15). Od niedawna – zgodnie z art. 240 par. 1 kk – istnieje ustawowy obowiązek zawiadomienia organów ścigania o karalnym przygotowaniu, usiłowaniu czy dokonaniu przestępstwa pedofilii. Niedopełnienie tego obowiązku prawnego jest przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat 3. Czy jest to jednak instrument wystarczający dla skutecznej walki z czynami seksualnymi, których ofiarami padają małoletni poniżej piętnastu lat życia? Uważam, że nie. Otóż art. 240 kk już w paragrafie 2 stanowi, że nie popełnia przestępstwa ten, kto zaniecha zawiadomienia organów ścigania (np. policja, prokuratura) mając dostateczną podstawę do przypuszczenia, że organ powołany do ścigania przestępstw wie już o popełnionym czynie zabronionym. Taka redakcja komentowanego przepisu stanowi „furtkę” dla omijania obowiązku denuncjacji. Łatwo bowiem wyobrazić sobie sytuację, kiedy to ktoś wiedząc o czynie pedofilskim, nie zawiadamia o nim urzędu prokuratorskiego, tłumacząc się następnie kłamliwie, że sądził, iż prokurator wie już, że doszło do przestępstwa. Drugą przesłanką wyłączającą obowiązek doniesienia jest fakt obawy przed własną odpowiedzialnością karną (np. zwolniony z obowiązku denuncjacji jest wspólnik w przestępstwie, pomocnik, podżegacz, sprawca kierowniczy czy polecający) lub odpowiedzialnością karną osoby najbliższej (np. matka, ojciec, brat, żona sprawcy, nie muszą zawiadamiać o fakcie przestępnym organów ścigania).
Gdy chodzi o obowiązek duchownych doniesienia o przestępstwie, to oczywiście należałoby sądzić, że polskie prawo karne obowiązek ten adresuje także i do nich. Jest to jednak wyobrażenie w znacznej części błędne.
Na gruncie prawa karnego procesowego istnieją – opisane w art. 178 kpk – tak zwane bezwzględne zakazy dowodowe. Nie mogą być one w żadnych warunkach uchylone, co oznacza, że osoby te co do tych okoliczności nie mogą zostać przesłuchane, a gdyby zostały wezwane w charakterze świadków, mają nie tylko prawo, ale i obowiązek odmowy złożenia w tym zakresie zeznań. Zakazu tego nie uchyla nawet zgoda wszystkich zainteresowanych osób. W orzecznictwie trafnie zauważa się, że ani osoba wnioskodawcy ani kierunek przesłuchania (na korzyść oskarżonego) nie pozwalają kategorycznie na obejście tego zakazu dowodowego (tak np. wyrok SA w Szczecinie z dnia 18 lutego 2015 r. – II AKa 270/14, LEX nr 1668674). W przywołanym przeze mnie art. 178 kpk czytamy, że nie wolno przesłuchiwać jako świadka duchownego odnośnie faktów, o których dowiedział się na spowiedzi.
Przepis ten stanowi regulację chroniącą duchownych, którzy dopuścili się przestępstw pedofilskich, a następnie wyznali ten fakt w sakramencie spowiedzi. Spowiednik nie jest zobowiązany do zawiadamiania o tym fakcie organów ścigania, ponadto zakazane jest odbieranie od niego zeznań w tym zakresie oraz przyjmowanie tychże zeznań, nawet wówczas, gdyby sam chciał co do powziętej w trakcie spowiedzi wiedzy zeznawać. Jest to zakaz dowodowy o charakterze bezwzględnym. Prokurator czy sąd nie może zwolnić duchownego z tajemnicy spowiedzi, nawet wówczas, gdyby sam oskarżony domagał się tego. W razie jednak złożenia zeznań przez duchownego w zakresie objętym zakazem, zeznania te nie mogą stanowić dowodu, a zatem nie mogą także kształtować faktycznej podstawy rozstrzygnięcia (np. wyroku). Należy uznać je jako nieistniejące.
Nie potrzeba wyjaśniać, że zakaz ten określony ustawą karną procesową stanowić może (i zapewne niejednokrotnie stanowi) prawnie usankcjonowany parasol ochronny dla przestępców w sutannach. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, że duchowny czy inna osoba w sakramencie spowiedzi (nawet symulowanym) wyznaje, że od 10 lat regularnie dopuszcza się czynów pedofilskich. Spowiednikowi nie wolno (nawet gdyby chciał) – mówiąc kolokwialnie – wyjść z tą sprawą poza konfesjonał. Nie pozwala na to ustawa. Ustawa nie pozwala na ujawnianie organom ścigania jakichkolwiek informacji uzyskanych w czasie spowiedzi, a więc nawet tego, że np. spowiadający się wyznaje przy spowiedzi, że za 20 min. zamorduje sto osób czy wysadzi w powietrze galerię handlową w godzinach szczytu.
Przepis ten jest w mojej ocenie głęboko ułomny. Tajemnica spowiedzi nie może obejmować najcięższych gatunkowo przestępstw i zbrodni, a konfesjonał nie może być azylem dla pospolitych przestępców. Wezwany na przesłuchanie spowiednik może – zapytany czy wie coś na temat przestępstw pedofilskich księdza X – odpowiedzieć: „Nic mi na ten temat nie wiadomo”. Postawiony zaś wobec dowodów, wskazujących jednak na pewną jego wiedzę co do okoliczności danego czynu, zawsze może odpowiedzieć prokuratorowi lub sądowi z uśmiechem na ustach: „Na podstawie art. 178 par. 2 kpk odmawiam odpowiedzi na wszelkie pytania. Oświadczam także, że zgodnie z gwarancją wyżej wskazanego artykułu nie będę zeznawał w tej sprawie”. Wobec takiego dictum duchownego prokurator i sąd pozostają absolutnie bezradni.
Tak zwane dobro sakramentu pokuty nie może przeważać ponad dobrem o niepomiernie wyższej wartości, jakim jest działalność wykrywcza organów ścigania i pociąganie do odpowiedzialności karnej sprawców jednych z najpoważniejszych w swoim ciężarze gatunkowym przestępstw. Dobrem o wartości oczywiście wyższej od tajemnicy sakramentalnej jest zadośćuczynienie ofiarom (zawsze niedostateczne) i zachowanie przed patologicznym działaniem sprawcy przyszłych ofiar. Tajemnica spowiedzi nie może być w żadnym razie traktowana instrumentalnie, tj. jako przywilej służący do – legalnego co gorsza – uchylania się od złożenia często kluczowych dla sprawy zeznań. Stoję zatem na stanowisku, że w tym zakresie winna istnieć ustawowa możliwość zwolnienia spowiednika przez organ procesowy z tajemnicy sakramentalnej z pełnymi konsekwencjami takiego zwolnienia, tj. pouczeniem o odpowiedzialności karnej pozbawienia wolności do lat ośmiu za składanie fałszywych zeznań, mówienie nieprawdy czy zatajanie prawdy (art. 233 par. 1 kk). Spowiednik winien także zostać objęty obowiązkiem zawiadamiania organów ścigania o najcięższych gatunkowo przestępstwach wymienionych w art. 240 kk, w tym przestępstwa pedofilii, zaś w razie braku takiego zawiadomienia pociągany do odpowiedzialności karnej, za zaniechanie
obowiązku denuncjacji.

Flaczki tygodnia

Mówimy – Gowin, a w domyśle – Kaczyński, mówimy – Kaczyński, a w domyśle – Gowin.

Trwa miesiąc gowinowski. Największe krajowe, dyżurne Autorytety Moralne, najsłynniejsi telewizyjni Komentatorzy odmieniają Gowina przez wszystkie przypadki polityczne. Jeszcze chwila, a polskie miasta i wszystkie wioski hosanna mu zaśpiewają, bo to będzie rok gowinowski.

A jeszcze niedawno tylko na sam dźwięk tego nazwiska te same Autorytety, ten sam gwiazdozbiór komentatorski pogardliwie wykrzywiał swe estetyczne usteczka. Co za miernota z tego Gowina, ach ta jego lizusowska mentalność, cóż za menda polityczna, co za ohydny karierowicz…
A po słynnej deklaracji pan wicepremiera,że „Głosowałem, ale się nie cieszyłem”, pojawił się nowy termin w polskim języku politycznym. Słynne „gowinowanie”.
Oznaczające lawirowanie między resztkami posiadanego sumienia i przyzwoitości a realizacją własnych interesów. Połączone z ucieczką od odpowiedzialności politycznej.

I kiedy wszystko wydało się już poukładane w „Dojnej Zmianie” to pan wicepremier Gowin zdecydował się zaprzeczyć samem sobie. Wbrew własnym wartościom, ideałom i utartym już stereotypie swej sylwetki, nagle przestał gowinować. Zechciał wybić się na niepodległość polityczną i zwykle człowieczeństwo, sprzeciwiając się jaśnie panu prezesowi.

Okazało się przy okazji, że ludzki wymiar w Prawie i Sprawiedliwości można osiągnąć jedynie sprzeciwiając się psycho dyktaturze
Kaczyńskiego.

To zmartwychwstanie polityczne Gowina, dokonane w okresie wielkanocnym, wielce zaskoczyło parlamentarną opozycję. Oto bowiem pojawiła się szansa pozbawienia PiS większości w Sejmie RP, czyli pozbawienia ich jaśniepańśkiej władzy. Może nie od razu, kiedyś tam, ale teraz przynajmniej zahamowania ich narastającej psycho dyktatury.

Problem w tym, że oferta przywracania demokracji w Polsce przyszła od polityka, który do tej pory przedkładał swą karierę nad wszystkie inne wartości. Nie wiemy też ilu wyznawców ma zmartwychwstaniec Gowin w swojej partii.
Czy wystarczy mu ich do zablokowania wyborów prezydenckich w maju tego roku w czasie najbliższego sejmowego głosowania?
Na razie więcej słyszymy o możliwości pozyskiwania potencjalnych Judaszów z szeregów partii Gowina i innych opozycyjnych klubów parlamentarnych przez elity PiS, niż solidarnościowych deklaracji wobec Gowina z szeregów partii, której nadal jest przywódcą.

Zauważcie też jak wielce zmienił się styl polskiej polityki. Jeszcze dwadzieścia, piętnaście lat temu sama informacja o korumpowania opozycyjnych parlamentarzystów przez obóz władzy wywołałaby gigantyczne wzburzenie mediów i przede wszystkim opinii publicznej. Powszechne żądania dymisji polityków uprawiających tak odrażający proceder.
Dziś przekupywanie parlamentarzystów traktowane jest jako jeden z licznych sposobów uprawiania polityki. Ocenianych jedynie wedle kryteriów skuteczności działania.
A przecież nie tak dawno jaśnie pan prezes Kaczyński przekonywał „ciemny lud”, że do „polityki idzie się nie dla pieniędzy”.

Zaplanowane przez elity PiS majowe wybory podzieliły opozycję. Na bojkotujących udział w niedemokratycznych wyborach i wzywających do udziału w głosowaniu. Podział taki powstał także na lewicy.

Aktywnymi zwolennikami bojkotu majowych wyborów są często obecni w mediach euro deputowani, byli premierzy Włodzimierz Cimoszewicz i Leszek Miller.
„Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że bojkot wyborów czy nieuczestniczenie w nich to kapitulacja. Kapitulacja jest wtedy, kiedy przyjmuje się warunki podyktowane przez Kaczyńskiego”, zadeklarował Leszek Miller.
Do udziału w wyborach, nawet tych niedemokratycznych, wzywają za to obecni liderzy zjednoczonej Lewicy. Zwłaszcza wicemarszałek Sejmu RP Włodzimierz Czarzasty.
Uważa on, że im wyższa będzie frekwencja wyborcza, tym mniejsze staną się szanse wygranej w pierwszej turze przez Andrzeja Dudę. Co zwiększa szansę na wspólnego kandydata opozycji w drugiej i pokonanie Dudy. Bojkot wyborów to jedynie ucieczka z pola walki, oddanie przyszłej prezydentury walkowerem.

„Flaczki Tygodnia” zachęcają wszystkich lewicowców do udziału w tych niedemokratycznych, nawet fałszowanych przez PiS wyborach.
„Flaczki” nie brzydzą się niedemokratycznych wyborów, bo nieraz w swej młodości w takich uczestniczyły. Wierząc, że wtedy nawet sam trening wyborczy przyda się potem w demokratycznych czasach.
„Flaczki” wielokrotnie uczestniczyły w misjach obserwujących zagraniczne wybory. Zwykle nieortodoksyjnie demokratycznych. I zawsze przekonywały się, że ogłaszane przez tamtejszą opozycje bojkoty wyborów nie skutkowały, nie obalały tamtych dyktatur.

„Flaczki” nie wierzą, intuicyjnie rzecz jasna, w obwieszczone już sondażowe zwycięstwo pana prezydenta Dudy w pierwszej turze wyborów.
Przeciwnie, „Flaczki” uważają, intuicyjnie również, że proponowany przez elit PiS sposób przeprowadzenia wyborów sprzyja mieszkańcom dużych miast. Czyli wyborcom innych kandydatów niż pan kandydat Duda.

Chociaż PiS to komżuchy, czyli partia popierająca polski kościół kat. to teraz hierarchia tegoż kościoła zaczyna dystansować się od dyktatorskich zapędów jej elit.
Hierarchowie zauważyli, podobnie jak Gowin, że psychodyktatorskie zapędy elit PiS prowadzą do bardzo ostrych podziałów wśród wiernych. Rozłamu wśród katolików. Jednoznacznie poparcie kościoła kat. dla PiS tym razem grozi odejściem wiernych od ołtarza. Kościół mieniący się powszechnym może szybko stać się kościołem jedynie wyborców tej partii.

Obserwując debaty o kolejnych rządowych „tarczach antykryzysowych” dostrzegły zdumione „Flaczki” powstanie nowego „socjalizmu” w naszym kraju. Przejawiającego się w żądaniu stworzeniu przez obecny rząd „państwa socjalnego”, równo i sprawiedliwie przyznającego pomoc poszkodowanym przez zarazę.
Ale pomocy tylko dla bankierów, wielkich przedsiębiorców i innych kapitalistów. Dla innych pracujących ten „socjalizm kapitalistów” będzie nieosiągalny.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej
Ryszard Grosset 3 MAJA 2020

Nasz prezydent z premierem dziś jak zwykle kłamią,
świętując konstytucję, którą co dzień łamią
i jak zwykle, niezmiennie, co dzień i „od święta”
pragną nas w dyktatury utopić odmętach.
Ale gniew już w narodzie narasta i siła,
co w historii niejeden reżim obaliła.
Miejcie się na baczności ,bo niedługo, rankiem
usłyszycie pod oknem „polską „Marsyliankę””.
A kiedy sprawiedliwość upomni się o was,
gdy nie będzie już gdzie się (i za kogo) schować,
swe czyny wam wspominać przyjdzie długie lata
w miejscu gdzie twarda prycza i żelazna krata.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Bicz boży

Nie wierzę, że już nie macie dość. Macie pewnie tak samo jak ja, a może nawet bardziej. Niech ten obłęd wreszcie się skończy. Ale chyba nie ma na to szans. Może więc lepiej będzie ludziom powiedzieć, że kiedy minie szczyt zachorowań i mniej ludzi pocznie trafiać do szpitali, to choroba, która wywróciła w tym roku świat do góry nogami, zostanie z nami na zawsze. I żeby zacząć się przyzwyczajać do jej obecności. Żyć względnie normalnie i czekać wymyślenia szczepionki. Kościół polski już jakby do tego dojrzewa. Lub może nie tyle Kościół, co taca.

Znajomi znajomego dopuścili się ongiś świętokradztwa. Nie jakiegoś wielkiego, ale zawsze. Proceder był efektem nudy, braku pracy i chwilowego, lepszego pomysłu na życie. Pod osłoną nocy przywłaszczyli sobie z magazynku przy zakrystii 10 metrów węża ogrodowego, grubego i mocnego, którym kościelny podlewał parafialny trawnik. Tylko to przedstawiało w menażerii kościelnego jakąś wartość. Nie bardzo jednak wiedzieli, co zrobić z łupem. Postanowili więc, że potną szlauch na mniejsze kawałki, nazwą je „bicze boże” i rozdadzą za darmo miejscowym chłopakom, którzy akuratnie szykowali się do rozprawy z chłopakami z sąsiedniej wsi na zabawie, dwie wsie dalej. Bicze boże doskonale się sprawdziły. Podobno niektórzy do dziś wspominają ich druzgocącą moc, kiedy patrzą w lustro na swój połamany kinol.

Kościół polski, w sam raz, na tydzień przed świętami, zadekretował, że w tegoroczną Wielkanoc wiernych w świątyniach będzie mogło być więcej. Nie 5 owieczek, a 50. I to właśnie przez wzgląd na tych 50, rząd planów Kościoła nie zniweczy, tak jak Bóg ojciec nie zniszczył Sodomy. Argument kościelno-rządowy jest jeden. Przecież to takie polskie, rodzinne święta; trzeba nie mieć serca, żeby zabronić ludziom przychodzić do świątyni, bo przeca, gdzie dwóch w imię moje, tam i Ja. Koronawirus? Proszę Was. Kto ma się zarazić, ten i się zarazi. Byli niedawno tacy, którzy siłą fizyczną chcieli otwierać drzwi kościołów, w imię Boże. Mieli nawet wsparcia jednego z eksministrów. Na szczęście jednak skończyło się na napince internetowej i do rebelii nie doszło. Za tydzień jednak ludzie do kościołów pójdą gromadniej. Nie we Włoszech, nie w Hiszpanii, Niemczech, ale w Polsce. Pójdą gromadniej i dadzą gromadniej na tacę. A jak wiadomo, w Święta portfele otwierają się Polakom szerzej i naród wtedy szczodrzejszy. Tylko to, Szanowni Państwo, jest prawdziwym powodem złagodzenia zakazu-brak kasy.

Kiedyś słyszałem opowieść, jak pewien artysta, na przełomie wieków mocno popularny, rzucał kosmiczne stawki za występy i ludzie płacili. Bo każdy chciał go zobaczyć i pochwalić się szwagrowi przy komunijnym obiedzie. Koleś żył wtedy jak król. Pił, ćpał i chędożył wszystko, co najdroższe. Nie liczył się kompletnie z kosztami życia ponad stan. Kiedy gwiazda artysty nieco przyblakła, grywał iwenty, najpierw dla dużych, a później dla mniejszych firm. Za połowę stawki. A kiedy pies z kulawą nogą nie chciał na niego przychodzić, sam rozsyłał mejle i dzwonił pod domach kultury, żeby dali zagrać, choćby na otwarciu komendy, bo nie ma za co płacić alimentów.

Tak to już jest, że kiedy widmo pustej kabzy zagląda do oczu, a oczy nie były nigdy nawykłe do widoku dna w szkatule, zaczyna się panika. W narodzie jest tak, że jak trwoga, to do Boga.

A jak w kościele trwoga, to na pomoc do rządu. Kiedy rząd z kościołem trwają w sojuszu, to zawsze się coś wymyśli. 50 osób to nie cały kościół, ale zawsze dobre i to na początek. Na ropę do mercedesa dla proboszcza. Jeśli jest jednak inaczej niż piszę, istnieje bardzo prosty sposób, żeby sprawdzić kościelne intencje. Wystarczy, żeby przewodniczący Episkopatu rozesłał po parafiach pismo, odczytywane z ambony, że cała taca z Wielkiego Tygodnia trafi na potrzeby walki z koronawirusem. Czy to na Caritas czy inną kościelną fundację; byleby później zobaczyć, ile na to poszło. Tyle i aż tyle. Inna rzecz, że nawet gdyby tak się stało, to kto rzetelnie wyliczy ile rzeczywiście w Wielkim Tygodniu zebrano na tacę. I nie tylko na tacę; do puszki, ile kupiono cegiełek itp. No ale to już kłopot, z którym Polska zmaga się od dawna i jakoś nikt nie kwapi się, żeby go rozwiązać.


Hun Attyla, zwany Biczem Bożym, zbudował potężne imperium, był postrachem Europy, a odszedł banalnie. Jedni powiadają, że został otruty, inni, że zalała go krew z nosa którą się udusił, a wersja najbliższa prawdy jest ponoć taka, że umarł na swoim ósmym weselu z przepicia i obżarstwa. Jeszcze za życia zaraza dziesiątkowała jego lud, a on trwał w siodle, gwałcił, rabował, plądrował i burzył. Końcówki, w myśl millerowskiego porzekadła, panie prezesie i panie biskupie, bywają u mężczyzn najważniejsze!

Damy radę!

Pisząc zeszłowtorkowy tekst byłam przekonana, że kiedy dzisiejszy będę mogła poświęcić rządowemu programowi ochrony przed skutkami epidemii. Bo przecież zapowiedzi były, prezydent nawet cudny tytuł wymyślił „Tarcza antywirusowa”. Niestety. Tytuł jest, treści brak.

Jest za to zapowiedź posiedzenia sejmu w najbliższy piątek. Sejm, kiedy to piszę nadal nie wiadomo w jaki sposób przeprowadzone będzie zgromadzenie 460 osób, w znacznej części z tzw. „grupy ryzyka ze względu na wiek” ma uchwalić ustawę, czyli tę „Tarczę”. W trybie ekstraordynaryjnym, bo ochrona ludzi tracących z dnia na dzień środki do życia jest absolutną koniecznością. Sejm, czyli ludzie, uchwalić, czyli najpierw się z treścią zapoznać, a następnie nad nią pracować, udoskonalić i uchwalić, a potem odesłać do Senatu. Jak? – pytam, i nie ja jedna to pytanie zadaję. Jest późny, poniedziałkowy wieczór. Projektu nie ma. A od tego co zostanie uchwalone zależy byt milionów ludzi. Bo niestety „dobrobyt” w Polsce rządzonej przez PiS jest dla znakomitej większości Polek i Polaków jak horyzont. Im oni bardziej próbują sięgnąć, tym on się oddala. Prawie połowa obywatelek i obywateli żyje z dnia na dzień i nie ma żadnych oszczędności. Żadnych! To ci co żyją od zlecenia, do zlecenia, samozatrudnieni, kosmetyczki, fryzjerzy, ale także młodzi dziennikarze, muzycy, aktorzy albo trenerzy, zwani czasem z angielska coach. Kołczem być jakoś się dawało gdy firmy zlecały rozmaite badania, szkolenia, imprezy. Firmy stanęły, widmo głodu zagląda w oczy milionom młodych z kredytami na głowach, za to bez żadnego zabezpieczenia. Więc trzeba tę Tarczę pilnie uchwalić – tylko nie wiadomo o niej zbyt wiele. Wiele wskazuje, że ochroni ona raczej banksterów niż prekariuszy. Wiadomo!

Z innych pewników za absolutnie udowodniony uważam też ten, że Jarosław Kaczyński nie jest żadnym wielkim strategiem politycznym, żadnym guru ani nawet zrozpaczonym po wielkiej stracie starszym panem o dobrym sercu. Kochającym zwierzęta, uczciwym, oddalonym od realiów i nieco smutnym. Jarosław Kaczyński w dwu wywiadach dla RMF i PAP ujawnił obrzydliwa twarz politycznego cynika i łotra. Kiedyś, gdy słyszałam opowieści o tym jak to on brata na śmierć …. prosiłam o niepowtarzanie głupich, niesprawdzonych i krzywdzących plotek. Teraz, kiedy prezes z zimną krwią chce posłać nas do urn wyborczych, a jednocześnie wszyscy, w tym także jego rząd powtarza – nie wychodźcie – bo tylko tak uchronicie siebie i innych, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi już objętych jest kwarantanną, wiem. To nie jest ogarnięty nieprzemijającą żałobą brat, to socjopata, dla władzy skłonny poświęcić wszystkich. I jak to często u socjopatów bywa – tchórz, kryjący się za plecami innych przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. Za plecami biskupów. Bo pytany o to czy należy teraz chodzić na mszę – tysiące osób podpisały petycje o zamkniecie kościołów, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się zakażeń, Kaczyński odpowiada cynicznie „Nie ma zakazu. Biskupi nie mówią: „nie chodźcie do kościoła”. Biskupi mówią, że „dajemy wam dyspensę”, to przecież nie jest wezwanie do niechodzenia, tylko stwierdzenie, że można nie chodzić.” Prezydenta – „uważa, że wybory powinny się odbyć. Bo gdyby uważał inaczej, to z całą pewnością podjąłby odpowiednie działania”. Rządu. Nawet niemądrych samorządowców, którzy zafundowali w kilku gminach wybory uzupełniające. Na szczęście frekwencja była niska. Skutki mogą być straszne, wirus ma 14 dniowy okres inkubacji. Za to dla prezesa te wybory, w których zdecydowało się wziąć udział w sumie pewnie kilkaset osób są dla Kaczyńskiego dowodem na to, że wybory prezydenckie nie tylko powinny się odbyć 10 maja, ale dla ich odłożenia w czasie przez wprowadzenie stanu epidemii „nie ma żadnych przesłanek”. Kłamie, oszukuje, drwi z politycznych konkurentów, dzieląc ich na „tych co naprawdę się liczą” i pozostałych i z nas wszystkich opowiadając o urnach wyborczych, które można by dostarczyć do osób w kwarantannie. A na koniec ujawnia – „oczywiście byłoby to – dodam – niezwykle niekorzystne, żeby prezydent i premier byli z różnych obozów politycznych i się spierali. Jest tak, że potrzebujemy dzisiaj wśród innych warunków skutecznego przeciwstawiania się kryzysowi, także politycznej stabilizacji”.
Władza, tylko władza w rękach ludzi mu całkowicie powolnych jest jedynym celem prezesa. Dążenie do podporządkowania wszystkiego i wszystkich za każdą, nawet najwyższą cenę, jest najważniejszą cechą osobowości socjopatycznej. Wszyscy i wszystkie jesteśmy w rękach socjopaty, który za swoje czyny i słowa nie poniesie żadnej odpowiedzialności. Jest przecież tylko jednym z 460 posłów, starszym panem lubiącym zwierzęta. Koszmar jak z najgorszego snu.

A jednak, choć dzisiaj jest trudno, przetrwamy. Wierzę w to, a umacniają moją wiarę nie szaleństwa i dyrdymały władzy, ale ludzie zwyczajni, a dziś niezwyczajni całkiem. Ci, a raczej te szyjące z oddaniem maseczki dla lekarzy, ci co docierają do opuszczonych i bezdomnych z zakupami i dobrym słowem. Ci co wpłacają by zapewnić sprzęt szpitalom i gotują dla medyków ciepłe posiłki. Ci co trwają na lekarskich i pielęgniarskich posterunkach. I ci, co na wezwanie stacji krwiodawstwa mimo zimna stali w długich kolejkach, żeby oddać krew potrzebną w szpitalach. Tak długo jak jest możliwe stanie 4 godziny pod stacją krwiodawstwa, żeby podzielić się z kimś całkiem nieznanym i obcym własną krwią, nikt nas nie pokona! Damy radę! Dbajcie o siebie i pamiętajcie #zostańwdomu.

Katedralny exodus

We Włoszech już zamykają kościoły. Bo to wszak, statystycznie rzecz biorąc, właśnie klienci Kościoła i świątyń są najbardziej narażoną na zachorowania grupą wiekową. Starsi, po 65 roku życia, osłabieni innymi chorobami.

Gdyby wziąć to na rozum, to w pierwszej kolejności właśnie msze, a nie wystawy, koncerty czy spotkania wyborcze powinny być zakazane. To w kościelnej kruchcie i ławie wirus koronnej grypy może drzemać najdłużej i razić najmocniej. Ale oczywiście w kościele rozum zwykle śpi.

Sam zresztą nie jestem zwolennikiem zakazywania komuś zrzeszania się w czyjekolwiek imię, jeno zostawienia decyzji do indywidualnego przemyślenia, bo ta cała wirusowa ruchawka jest, podług mnie, jedynie grubą, medialną pożywką. Jestem jednak sobie w stanie wyobrazić tanią prowokację, po której kościoły, i to nie tylko w Polsce, mogłyby opustoszeć, a to już mnie jakoś bardzo nie przeraża.

W „starej Europie” opustoszały zresztą już wcześniej. Tam można by spróbować z meczetami. Wiara, niezależnie w jakiego Boga, częstokroć nie starcza, żeby ujść z życiem przed epidemią czy mieczem Saracena.

Gdyby więc tak… do świątyni, w Polsce, czy gdziekolwiek indziej, tego czy innego obrządku, wszedł człowiek w maseczce. Zaczął kasłać, prychać, kichać, ocierać perliste krople wody z czoła, które miałyby imitować pot. Na koniec mógłby np. zwymiotować na posadzkę, żeby spotęgować efekt przerażenia.

W Polsce pewnie nie byłoby masowego exodusu z nabożeństwa. Ale już za tydzień wielu wiernych pozostałoby w domach. Nie wiem jak w meczetach. Coś jednak czuję, że mogłoby być podobnie.

Byłby to jednocześnie doskonały test gorliwości wiary oraz oddania się w zawierzenie np. Maryi Dziewicy. Oczywiście, nie pochwalam takich metod, ponieważ są oparte na szantażowaniu strachem innych, i w zasadzie niewiele się różnią od terrorystycznych praktyk z podrzucaniem mąki zamiast wąglika i pozostawianiu w dworcowych halach atrap bomb. Wszystko to, co zasadza się na strachu i lęku, nie może mieć ani prawa moralnego, ani formalnej legitymacji do tego, aby człowiek się temu podporządkowywał.

No chyba że zasadnicza służba wojskowa albo dyktat jednych używek nad drugimi. Tu państwo doskonale uporało się z problemem, i z bezprawia, za pomocą przemocy i represji, uczyniło prawo, penalizując jedne zachowania i postawy kosztem drugich.

Wracając jednak do meritum. Idę o zakład, że prędzej czy później, znajdzie się szaleniec, który sięgnie po taki właśnie oręż w wale z wszechpotęgą kościołów i, szerzej, religii.

Jakiś wojujący ateista, skrzywdzony przez księdza pedofila eks-ministrant, lub po prostu-zwykły wariat, pragnący rozgłosu. Naturalnie, cały czas, zwłaszcza w naszej ojczyźnie, częściej będzie się słyszeć głosy z ambon, że żele antybakteryjne i mycie rąk to daremny trud w porównaniu z boskim planem, który stwórca ułożył dla ludzkiego gatunku.

Ale skoro w mojej głowie wykiełkowała śmiała wizja, że kościoły opustoszeją, a przynajmniej na jakiś czas, a wraz z nimi, opustoszeją też tace, podobny obrazek rodzi się właśnie w tym momencie w wielu innych umysłach. Jestem tego pewien.

A Pan widzi, o ile jest, że to jest dobre!

Cenzura nie umiera

Urzędów cenzorskich u nas nie ma. Zastąpiły je interesy nadzorców i właścicieli mediów.

To Kościół katolicki w Polsce po raz pierwszy zastosował cenzurę na przełomie 1491 i 1492, zabraniając drukarzowi krakowskiemu Fiolowi wydawania ksiąg liturgicznych w języku cerkiewnosłowiańskim. Żeby było śmieszniej, zrobiono to grubo przed wydaniem w 1515 roku bulli papieskiej nakazującej palić wszystkie książki nie mające imprimatur władz kościelnych.
Państwo błyskawicznie przejęło cenzorskie zapędy czarnych i już w 1519 zastosowano po raz pierwszy cenzurę państwową, konfiskując z rozkazu królewskiego nakład Chronica Polonorum Macieja Miechowity. Rok później edykt królewski wprowadził zakaz przywożenia do Polski ksiąg Lutra.
Kościół nie dawał się dystansować. W okolicach powstania Chmielnickiego zakres cenzury poszerzył się o kwestie międzynarodowe. W 1650 r. legacja rosyjska, przybyła do Warszawy, domagała się surowego ukarania autorów opisujących zwycięstwa Władysława IV Wazy nad Moskwą w sposób dla niej obelżywy. Aby ułagodzić rosyjskich posłów, kat spalił na warszawskim rynku wydarte z inkryminowanych ksiąg strony, na których dopatrzyli się oni obrazy swego władcy, państwa i narodu. Od tej pory Rosjanie już na bieżąco monitorowali, co się w Polsce o nich pisze, od czasu do czasu każąc stronie polskiej to i owo spalić.
Po rozbiorach ziemie polskie przejęły w kwestii cenzury ustawodawstwo zaborców. W Królestwie Polskim na mocy konstytucji nie było początkowo cenzury prewencyjnej, wprowadził ją 1826 – niezgodnie zresztą z ustawą zasadniczą – namiestnik gen. J. Zajączek. Po powstaniu listopadowym wprowadzono cenzurę prewencyjną, a 1869 rozciągnięto na ziemie polskie ustawodawstwo obowiązujące w całej Rosji, w którym obok systemu prewencyjnego zastosowano również cenzurę represyjną. W dwu pozostałych zaborach, dominowała cały czas ta ostatnia.
W Galicji co prawda wydawano wieszczów, bo cenzura na kwestie polityczne przymykała oko, ale kwestie obyczajowe kontrolował Kościół. Choć z drugiej strony wcale źle nie było, skoro prawicowcy jeszcze w roku 1913 ubolewali, że młodzież czyta tak przewrotne książki jak przygody Sherlocka Holmesa i dzieła “wielkiego polskiego pornografa” Stefana Żeromskiego. Podpadła też książka dla dzieci “Myszy Króla Popiela” . Tym, że ubliżyła godności królewskiej faktem zjedzenia pomazańca bożego przez te gryzonie.
W II Rzeczypospolitej obowiązywała jedynie cenzura represyjna: wydawca zobligowany był do dostarczania prokuraturze i odpowiedniemu organowi administracji wskazanej liczby egzemplarzy danej pozycji. Istniały jednak indeksy książek zakazanych. Najsłynniejszym z nich było dzieło pod tytułem “Co czytać?” pióra ojca Mariana Pirożyńskiego. Skądinąd redemptorysty. Zakonnik dokładał przede wszystkim powieściopisarzom. Komu nie mógł przyczepić łatki, kwalifikował jego dzieła jako tylko “moralnie obojętne”. Wielkich pisarzy, których nie lubił, klasyfikował jako ludzi przegranych, bo swoje talenty obrócili na propagandę ateizmu. Dostało się Kornelowi Makuszyńskiemu, bo miał rzekomo “objawiać abominację do cnoty czystości”. Na punkcie seksu o. Pirożyński miał hopla. Oberwało się Parandowskiemu, bo to jego sztandarowa praca, to zdaniem zakonnika “rzekomo mitologia, a w istocie pornografia”. Typowym chłopcem do bicia był Żeromski, a szczególnie jego dzieło “Dzieje grzechu”. Nie darował i Reymontowi, głównie za schadzki Antka i Jagny wewnątrz stogu na polu.
Broniewskiemu wiersz „Do towarzyszy broni“, cenzura nakazała wyrywać z każdego egzemplarza. Reszta pozostawała bez zmian, a wiersz dalej widniał w spisie treści. Cenzorzy wkurzyli się na poetę, bo przewiózł się po zamachu majowym. Komuch Broniewski miał przerąbane i w PRL. Do 1989 był zapis na jego wiersz „Homo sapiens“. Przyczyną był Katyń, a szczególnie następujące wersy za które Broniewski dziś mógłby być wieszczem Rzeczpospolitej Smoleńskiej: „A druga bomba – w grób Smoleński!/Niechaj rycerze zmartwychwstaną i/świecąc każdy piersi raną,/świadectwo dadzą krwi męczeńskiej“.
Jednak największe przejścia z międzywojenną cenzurą miał rodak Karola Wojtyły – Emil Zegadłowicz. Większa część nakładu jego „Motorów“ została skonfiskowana zanim zdążyła na dobre opuścić drukarnię. Przetrwać miało tylko około dwustu egzemplarzy, zakopanych przez autora i rozesłanych do przyjaciół.
Po II wojnie światowej, na mocy dekretu z 1946 wprowadzono cenzurę prewencyjną, sprawowaną poprzez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Choć trzeba przyznać, że początek prawdziwej cenzury datować należy na rok 1951. Wtedy władza wydała „Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu Nr1”. Na przemiał poszły 563 książki dla dzieci i 1681 dla dorosłych.
PRL-owscy cenzorzy dawali szlaban każdemu. Od Andrzejewskiego, przez Broniewskiego, po Orwella czy wyszkowską plebanię Żeromskiego. Nie zdziwi zatem nikogo fakt, że na zakaz druku załapała się też książka piszącej dla dzieci Janiny Porazińskiej. Autorka popełniła bowiem opowiastkę pod tytułem „Wesoła gromada” o przygodach dzieci z czasu wojny polsko-bolszewickiej.
Zapis o uczuciach religijnych wbrew szerzonym dziś bzdurom o ówczesnej ateizacji chronił Kościół. Pornografia i erotyka były zakazane. Ale mimo to były w kraju miejsca, gdzie można było nielegalne książki poczytać. Po pierwsze w Komitecie Centralnym PZPR, a po drugie w zbiorach ksiąg zakazanych na polskich uczelniach. Świat zakazów pokręcił się zatem i wrócił do standardów z XVI wieku.
I w końcu nastała III RP. Cenzurę sprywatyzowano. Każdy, kto ma kasę, może pobiec do sądu i zażyczyć sobie nałożenia aresztu na książkę, film, czy nawet artykuł.
Jest zatem i współczesna lista „półkowników”. Beata Tyszkiewicz zablokowała sprzedaż swojej biografii z powodu niepochlebnego opisu jej rozwodu z Andrzejem Wajdą.
Z”Kapuścińskiego non-fiction” Artura Domosławskiego wyleciały rozdziały, które według wdowy przedstawiały go w niezbyt chlubnym świetle.
W 2005 r., sąd zakazał dystrybucji książki „Edyta Górniak: bez cenzury”. Wokalistkę wkurzył opisem jej romansu z Robertem Kozyrą i Piotrem Kraśką.
W 2010 r. wybuchł „Nocnik” Andrzeja Żuławskiego, a sąd stanął zdecydowanie po stronie racji Weroniki Rosati i książkę zaaresztowano.
„Mein Kampf” i „Manifest komunistyczny” też załapały się na współczesny indeks. Za rozpowszechnianie materiałów o treści komunistycznej i faszystowskiej.
A w większości mediów i tak nie liczą się poglądy autorów, tylko to, co akurat planuje ich właściciel.

Kościół kontra Wolność. Raport z frontu

Fenomen pojawiania się w krótkich odstępach kolejnych książek poświęconych – określając to eufemistycznie – roli Kościoła katolickiego w Polsce i jego konfrontacji ze społeczeństwem, jest efektem  zasadniczej zmiany, jaka dokonała się w ciągu ostatnich trzech lat.

Niedawno na tych łamach omawiałem „Krucjatę polską” Agaty Diduszko-Zyglewskiej. Wcześniej ukazały się także książki o kościelnej pedofilii, o korupcji finansowej i zbrodniach seksualnych w Watykanie. Ukazało się też kilka książek Agnieszki Graff (m.in. „Świat bez kobiet”), poświęconych relacjom między płcią, kobiecością, prokreacją, narodem a kościołem, a dużo wcześniej „Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji” Kazimiery Szczuki. Regularnie publikacje dotykające tych kwestii prezentuje Wydawnictwo Krytyki Politycznej.
„Żyjemy w kraju, gdzie państwem rządzi Kościół, a Kościół od dawna toczy gangrena. Podobno żyjemy w świeckim kraju, w którym panuje rozdział religii i państwa. Joanna Podgórska w swojej książce miażdżąco demaskuje to stwierdzenie i udowadnia, że Polska jest świecka tylko w teorii. W polskich szkołach jest siedem razy więcej lekcji religii niż historii czy chemii. Można sądownie zmusić dziecko do przyjęcia komunii. Z pieniędzy podatników, które miały być przeznaczone np. na walkę ze smogiem, sfinansowano budowę obiektów sakralnych. O aferach pedofilskich i ingerencji w politykę nawet już nie trzeba wspominać. Krzyż, który miał być symbolem miłosierdzia, już dawno spróchniał i nie ma nic wspólnego z istotą chrześcijaństwa. Stał się raczej złym widmem ucisku” – czytamy w nocie informacyjnej wydawnictwa.
Szybko, coraz szybciej
Joanna Podgórska – jak sama napisała we wstępie – „od 20 lat jako publicystka tygodnika „Polityka” śledzi zderzenie idei świeckiego państwa z Kościołem, który coraz bardziej desperacko walczy o swoje wpływy. Ta książka, to relacja z frontów tej walki”. Podgórska zwraca jednak uwagę, że podczas pisania książki, uzmysłowiła sobie dwa fakty. Po pierwsze, jak bardzo te fronty walki związane są ze sferą życia seksualnego. Po drugie, jak wielkie jest dziś tempo zmian („Coraz szybciej musiałam gonić za rzeczywistością”).
Rzeczywiście, co do pierwszej uwagi, to uderza, że Kościół prawie w ogóle lub w minimalnym stopniu nie zabiera głosu w odniesieniu do takich ważnych kwestiach społecznych jak alkoholizm, narkomania, korupcja, degradacja i prymitywizacja obyczajów oraz aspiracji społecznych, narastająca agresja itd., lecz rzeczywiście interesuje się głównie różnymi aspektami związany z płcią i prokreacją (aborcja, tzw. etyka seksualna, gender), a szczególnie drastyczna strefa nadużyć ze strony jego funkcjonariuszy zawiera się w słowie „pedofilia”. Co do zjawiska drugiego, czyli tempa zdarzeń wokół Kościoła kat, to istotnie, mniej więcej od roku 2016 (choć bardzo ważny był także rok 2010) uległo ono dynamicznemu przyspieszeniu. Od tego czasu do dziś, w ciągu tych niespełna czterech lat zdarzyło się więcej niż od 1989 roku, kiedy to dynamika zdarzeń była „żółwia”. I to mimo rozległego zjawiska, które wyrażało się w popularności takich pism jak „Nie” czy „Fakty i mity” oraz ich niewątpliwie formacyjnej roli.
„Myślę – napisała autorka we wstępie – że spokojnie można zaryzykować tezę, że Kościół katolicki, jaki w Polsce znamy, zaczyna zanikać. Nadal wydaje się potężny i wpływowy, ale pewnych procesów nie da się zatrzymać. Z jednej strony, jak pokazują kolejne badania opinii, polskie społeczeństwo coraz szybciej się sekularyzuje. Z drugiej, afery pedofilskie i reakcje na nie, rujnują autorytet Kościoła i odbierają mu prawo do moralnych pouczeń”.
Dodałbym do tego jeszcze jeden, trzeci aspekt, bunt młodego pokolenia kobiet i wsparcie go przez znaczącą część kobiet pokolenia średniego. „Czarny protest” z jesieni 2016 roku przybrał dynamikę, której niewiele było równych historii III RP. Dynamikę, której władza PiS, ale także prawicowi ultrasi się przestraszyli. Autorka zwróciła też uwagę na kontrast między pokoleniem młodych kobiet i młodych mężczyzn, których spora, zwłaszcza najgorzej wykształcona część zajęła na tym froncie walki miejsce agresywnych frustratów, wspierających najbardziej czarnosecinne, agresywne i wsteczne hasła, zasilając szeregi „narodowców” i kiboli.
„Część duchownych jest tego świadoma – kontynuuje Podgórska – rozumie nieuchronność zmian i próbuje się do nich przygotować. Część – niestety ta bardziej widoczna i głośniejsza – reaguje histerycznie. Brnie w zaprzeczenia, bije się cudze piersi, broni przez atak. Niepomna doświadczeń innych kościołów narodowych – z irlandzkim na czele – wierzy, że tą drogą da się coś osiągnąć. Wierzy, że Polska może pozostać odporna na wpływy świata. Wyspą, obmodloną, opasaną różańcem i zasiekami z biskupich pastorałów. Ten Kościół od pewnego czasu cierpi na syndrom oblężonej twierdzy”. Pokazując w kilku „obrazkach” obecny stan rzeczy w relacjach Kościół-Państwo, Podgórska zwraca uwagę, że do swojej obecnej pozycji Kościół doszedł stosując taktykę „salami”. „Odkrawał plasterek, odczekiwał aż opadnie wrzawa (protestów – przyp. KL) i upominał się o kolejny, kolejny i kolejny. I nigdy nie wycofywał się z raz zdobytych pozycji. Wydaje się, że ta technika właśnie przestaje działać”. A to z powodu coraz mocniejszego „wierzgania” społeczeństwa oraz dlatego, że Kościół „ma coraz większy problem sam ze sobą i z kontaktem z rzeczywistością”. Zakreśliwszy kontury mapy pola walki Podgórska przystąpiła do ukazania poszczególnych jego segmentów.
Katecheza czyli pyrrusowe zwycięstwo
W rozdziale „Neutralne, bo katolickie” przytacza szereg przypadków opresji, bezpośredniej, ale też pośredniej Kościoła, n.p. przez sądy, kiedy to dziecko rodziców mających przeciwstawne światopoglądy zostało zmuszone, wbrew swej woli do chodzenia na katechezę. W rozdziale „Katecheza” właśnie autorka opisała „klasyczny”, dość reprezentatywny przykład miejscowości Czernikowo pod Toruniem, gdzie miała (ma?) miejsce otwarta dyktatura księdza-proboszcza nad miejscową społecznością, dyktatura wyrażająca się w formach tak groteskowych, że godnych filmów Stanisława Barei, a jednak możliwa (także jako efekt lęku i konformizmu mieszkańców) w drugim dziesięcioleciu XXI wieku.
„Warszawa i Czernikowo to dwie skrajności. A jaka jest polska średnia?” – pyta autorka. Z obserwacji Podgórskiej wynika, że obrazowi średniej znacznie bliżej do Czernikowa niż do Warszawy. Przybliża nam autorka frazeologię katolicką, która dominuje w podręcznikach do religii, w programach szkolnych, frazeologię, od której cierpnie skóra, bo tak pełna jest nienawiści. Jednak nie tylko wyniki badań Pew Research Center, ale także Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wskazują, że polskie młode pokolenie ulega rekordowej w skali światowej laicyzacji. Za „bardzo ważną” uznało religię zaledwie 16 procent młodych ludzi. „Państwo spełniło niemal wszystkie oczekiwania Kościoła co do katechezy. Za chwilę może się jednak okazać, że w wojnie o religię w szkole odniósł on pyrrusowe zwycięstwo”.
„Naród cały…”?
W rozdziale „Narodowcy” ukazuje autorka alians części Kościoła kat. ze środowiskami „narodowymi”, kibolskimi, ich pełne agresji werbalnej i fizycznej zloty, nabożeństwa i pielgrzymki (m.in. na Jasną Górę) pod kierownictwem „duchowym” kapelana kiboli, księdza Romana nomen omen Kneblewskiego. Niechybnie jednak ci młodzi kibole należą do owych przywołanych wyżej 16 procent. „Pokolenie JP2, z którym wiązano tyle nadziei, okazało się bańką mydlaną. Gdy setki tysięcy młodych ludzi ze zniczami w rękach opłakiwało śmierć polskiego papieża w kwietniu 2005 roku, zaczęto mówić o duchowym odrodzeniu młodego pokolenia. Szybko okazało się jednak, że był to raczej flash mob, a nie religijny przełom”.
Pokolenie JP2 okazało się złudzeniem. Zaledwie pięć lat później młode pokolenie objawiło inną twarz. (…) młodzi pokazali twarz, której Kościół chyba się nie spodziewał. Po katastrofie prezydenckiego samolotu harcerze ustawili przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu drewniany krzyż. (…) Pod Pałacem (…) trwały dziwaczne, narodowo-katolickie jasełka. Było duszno od absurdu, martyrologii i fanatyzmu. Państwo, a także Kościół bezradnie się temu przyglądały. Wtedy młodzi skrzyknęli się przez media społecznościowe i zorganizowali „Akcję krzyż”. Jej inicjatorem był Dominik Taras, pracujący jako kucharz w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych”. Dodajmy, że nie tylko sama „Akcja krzyż” jako taka wzbudziła oburzenie fanatycznych środowisk katolickich. Stało się bowiem coś znacznie bardziej brzemiennego w skutkach i przełomowego. Wtedy po raz chyba pierwszy objawił się otwarcie obrazoburczy charakter kontrdemonstracji w stosunku do obrzędów religijnych i „świętości” narodowych. Ułożono krzyż z puszek po piwie, a jedno z haseł akcji brzmiało szyderczo: „Jest krzyż, jest impreza”, a obok haseł stricte antyklerykalnych pojawiły się szydercze hasła uderzające w sam rdzeń religijnego polskiego kodu.
Aborcja, seks, gender i pedofilia
Cztery ostatnie rozdziały pod tymi tytułami podejmują tematy, które, jak zauważyła autorka we wstępie, najsilniej „podniecają” Kościół katolicki i jego fanatycznych akolitów. Autorka obficie ilustruje je przykładami konkretnych doświadczeń, włącznie z głośnymi ofiarami klerykalnego terroru psychicznego, jak kobiety które zostały zmuszone do urodzenia chorych dzieci czy drastycznie schorzałych płodów (m.in. słynna ofiara ginekologa Chazana). Także w sferze modusu praktykowania życia seksualnego oraz anty-koncepcji. Kościół kat. pozostaje właściwie (tu nastąpiło tylko bardzo nieznaczne poluzowanie rygorów) na starych pozycjach świętego Alfonsa Liguori, założyciela zakonu redemptorystów w 1732 roku, który ustalał „najwłaściwszą pozycję przy wytrysku męskiego nasienia i jego przyjęcie przez srom niewieści”. Gender i pedofilia to dwa zagadnienia, które dołączyły stosunkowo niedawno do „klasycznych” tematów zakazu antykoncepcji i aborcji. Przy czym o ile zjawisko gender sprowokowało ofensywę ideologiczną Kościoła, o tyle pedofilia niespodziewanie dla niego samego stała się polem, na którym już poniósł i nadal ponosi ciężkie i trudne do powetowania straty, z powodów o których powszechnie wiadomo. Swoją książkę konkluduje Podgórska tak: „Po 1989 roku lekcję o świeckim państwie mamy nieodrobioną. Polski Kościół zastygł jak owad w bursztynie – przedsoborowy, anachroniczny, oderwany od rzeczywistości. Może z letargu wytrąci go potężny kryzys, jaki właśnie przeżywa”.
Ostatnimi czasy ukazuje się sporo publicystycznych książek, które dyskontują zdarzenia, o których media donosiły nawet kilka tygodni wcześniej. Jako zawodowy czytelnik prasy i obserwator mediów nie jestem fanem takich książek, bo w końcu co za dużo to niezdrowo. Dlatego po lekturze zwykle bez żalu puszczam je w dalszy obieg, „uwalniam”. „Spróchniały krzyż” Joanny Podgórskiej zaliczam do wyjątków i zachowam ją w swojej bibliotece domowej. Ta cenna książka jest bowiem niezwykle interesująco i kompetentnie oddanym zapisem dynamicznego procesu, jego swoistą, publicystyczną historią, syntezą. Będę do niej co pewien czas wracał, by skonfrontować zapis autorki z dalszym przebiegiem zdarzeń i jego dynamiką.

Joanna Podgórska – „Spróchniały krzyż”, Wielka Litera, Warszawa 2019, str. 286, ISBN 978-83-8032-370-4

Kościoły pustoszeją

Kościół zdaje sobie sprawę, że przegrywa walkę o dusze Polaków. Właśnie opublikował dane, z których to jednoznacznie wynika.

Czy z tego wyciągnie właściwe wnioski — to raczej mało prawdopodobne. Raczej będzie się trzymał swojej „linii duszpasterskiej”, a polscy katolicy będą coraz rzadziej z tej oferty korzystali. A są to dane za rok 2018, w roku 2019 zapewne było jeszcze gorzej; w 2020 ta tendencja się raczej nie zmieni.
Dane na temat praktyk religijnych polskich katolików przedstawiono w siedzibie Episkopatu Polski. W prezentacji brali udział sami księża, co może nie dziwi, bo to oni głównie są odpowiedzialni, choć dane dotyczą świeckich, którzy są „obiektem analiz”.

Kto mówi

Sprawozdanie przeczytałem w biuletynie KAI, a więc znowu w organie KEP (Konferencji Episkopatu Polski). Lubię ten język, bo mi przypomina dzieciństwo i lata wczesnej młodości, gdy robiłem podobne sprawozdania dla ściennej gazetki w liceum, głównie na podstawie publikacji rządowych gazet (innych przecież nie było). Pamiętam, że w tych rządowych sprawozdaniach nie było ważne co, ale kto mówi.
Podobnie jest w sprawozdaniu KAI, gdzie czytam: „Prezentacja Rocznika Statystycznego Kościoła katolickiego w Polsce »Annuarium Statisticum Ecclesia in Polonia AD 2020« miała miejsce dziś w Sekretariacie KEP. W spotkaniu udział wziął sekretarz generalny KEP bp Artur Miziński, dyrektor ISKK ks. dr Wojciech Sadłoń i ks. prof. Grzegorz Sokołowski z Obserwatorium Społecznego we Wrocławiu”. Potem jest podobnie. Ks. Sadłoń podał do wiadomości, ks. Sokołowski stwierdził, a ks. bp Miziński podsumował.

A ja już bez przyporządkowania tym ważnym księżom podam po prostu jak sprawy wyglądają, a na końcu napiszę, co z tego wynika. A sprawy wyglądają tak:

Wskaźniki bez zmian

Wskaźnik dominicantes (uczestniczących w coniedzielnej Mszy św.) w 2018 r. wyniósł średnio 38,2 proc, communicantes zaś (przystępujących do Komunii Świętej) – 17,3 proc. Dane te wskazują, że obydwa współczynniki są niemal identyczne z danymi za rok 2017: odpowiednio było to wtedy 38,3 proc. dominicantes i 17 proc. communicantes. Najwyższy poziom wskaźnika dominicantes odnotowano tradycyjnie w diecezji tarnowskiej (71,3 proc.), rzeszowskiej (64,3 proc.) oraz przemyskiej (60,4 proc.), a najniższy w szczecińsko-kamieńskiej (24,2 proc.), łódzkiej (24,5 proc.) i koszalińsko-kołobrzeskiej (25 proc.).

Pojawiła się też nowa kategoria: Wskaźnik participantes – katolików angażujących się w życie parafii (poprzez przynależność do wspólnot i organizacji) – wynosi 8,1 proc.i różni się w poszczególnych regionach kraju.

Wsparcie państwa nie pomaga

Otóż wynika z tego tyle, że Kościół katolicki w Polsce mimo gigantycznego wsparcia państwa traci wpływy i coraz mniej ludzi mu ufa. Dodać do tego należy rosnący antyklerykalizm i wzrost dojrzałości religijnej Polaków z jednej strony oraz odchodzenie od instytucjonalnych form religii.
Na ten temat na rzeczonej konferencji nie było żadnej refleksji. Zresztą tak naprawdę od lat takiej refleksji w Kościele brak. A to, co się dzieje poza Kościołem księży nie interesuje. Zresztą chyba z wzajemnością, coraz mniej interesuje świeckich to, co się dzieje w księżowskiej instytucji.

Kościół – niewiarygodny mediator

Trwa ostry spór o zmiany w systemie sprawiedliwości. Dla PiS-u środowisko sędziów to układ, który trzeba szybko rozbić, dla opozycji pospiesznie procedowana ustawa dyscyplinująca środowisko sędziowskie to krok ku dyktaturze.

Po raz kolejny okazuje się jednak, że niezależnie od temperatury sporu politycznego istnieje granica konfliktu, po przekroczeniu której władza i duża część opozycji mówią jednym głosem. Tą granicą jest głos Kościoła katolickiego.

Ponad podziałami

Choć PiS prowadzi brutalną i bezpardonową nagonkę na sędziów, w dniu, w którym wprowadzano tzw. ustawę kagańcową, czołowi politycy Platformy Obywatelskiej, z kandydatką na prezydenta Małgorzatą Kidawą-Błońską i marszałkiem senatu Tomaszem Grodzkim na czele, postanowili pojednać się z obozem rządzącym i u boku kardynała Kazimierza Nycza podzielić opłatkiem z politykami PiS. Innymi słowy może PiS wprowadza dyktaturę i niszczy wymiar sprawiedliwości, ale gdy wysoki hierarcha kościelny przychodzi do Sejmu, wszelkie antagonizmy mają zniknąć i rozpłynąć się w ponadnarodowej zgodzie pod parasolem Kościoła.

Warto przy okazji przypomnieć, że kardynałowi Nyczowi zarzuca się, że ukrywał księży pedofilów i tuszował ich zbrodnie. Czy to przeszkadza władzy albo opozycji? Wręcz przeciwnie! Nycz był honorowym gościem parlamentarzystów różnych opcji i nikt nawet nie myślał, aby zgłosić wątpliwości, nie mówiąc już o wyproszeniu go z Sejmu.

Opłatek to jedynie świąteczny rytuał. Okazuje się jednak, że pojawiły się pomysły, aby Kościół był… mediatorem w sporze dotyczącym zmian w systemie sądowniczym. „Myślę, że do takiego wspólnego rozmawiania zawsze powinniśmy być gotowi, ja także” – tak prymas Polski, arcybiskup Wojciech Polak odpowiedział na pytanie, czy przedstawiciel polskiego Kościoła może włączyć się w spór dotyczący sądów w roli mediatora. Zapytany o stanowisko w tej sprawie szef warszawskich struktur Platformy Obywatelskiej, Marcin Kierwiński odpowiedział, że jest to idea godna rozważenia. Pozytywnie podeszli do niego też politycy PiS. Postulat, aby Kościół mediował przy kluczowych konfliktach społecznych, wraca jak bumerang. Pojawił się on między innymi przy okazji strajku nauczycieli i przychylnie odniósł się do niego nawet kojarzony z lewicą Sławomir Broniarz.

Kościół skompromitowany

Trudno zrozumieć, jak można dzisiaj rozważać mediację ze strony tak niewiarygodnej i skompromitowanej instytucji jak Kościół katolicki. W dniu, w którym arcybiskup Polak zaoferował uczestnictwo w rozmowach między rządem i opozycją, Watykańska Kongregacja Nauki Wiary przyznała, że w tym roku nastąpił masowy napływ doniesień przypadków pedofilii wśród duchowieństwa,także w Polsce. W ostatnich miesiącach wyszło na jaw mnóstwo nadużyć i przestępstw ze strony księży. Już ponad pół roku temu film braci Sekielskich ujawnił bulwersujące przypadki ukrywania przestępców seksualnych przez najwyższych urzędników kościelnych. Od tamtego czasu skala ujawnionych patologii radykalnie wzrosła. Jednocześnie coraz więcej wiemy o nadużyciach finansowych Kościoła, bezzasadnych przywilejach, traktowaniu przez polskie państwo księży jako obywateli lepszego sortu. Zarazem czołowi propagandziści kleru tacy jak Tadeusz Rydzyk czy Marek Jędraszewski regularnie używają mowy nienawiści, szczując i plując na feministki czy LGBT. Pomysł, aby ludzie z tego środowiska mieli mediować w tak ważnej sprawie jak przyszłość polskiego sądownictwa, jest kompromitujący. Tak dla władzy, jak i opozycji.

Zamiast włączać hierarchów kościelnych do dyskusji o przyszłości wymiaru sprawiedliwości, warto zastanowić się, dlaczego księża wciąż są bezkarni i nie odpowiadają za swoje podłe czyny.

Wojna zatęchłego tradycjonalizmu z rozumem

Jakiej wspólnoty Polacy potrzebują.

Kościół katolicki od czasu kontrreformacji jest kustoszem tradycyjnej świadomości zbiorowej polskiego społeczeństwa i bastionem konserwatyzmu obyczajowego. Jego zadaniem jest obrona ludu bożego przez zmianami, które przyniosło oświecenie, postęp nauki, zwłaszcza medycyny, wzrost autonomii i podmiotowości jednostki – wszystko dary nowoczesności. Jest stroną w wojnie kulturowej między tradycją a nowoczesnością, która w oczach narodowej i konserwatywnej prawicy przybiera wiele złośliwych form: relatywizmu, neomarksizmu, feminizmu, dechrystianizacji, seksualizacji czy szeroko rozumianego postępu. Ale Kościół i religia mają janusowe oblicze.

Gdzie diabeł nie mówi dobranoc

Dlaczego w gronie społeczeństw, które osiągnęły już wysoki poziom rozwoju społeczno-gospodarczego, powszechna religijność cechuje tylko irlandzkie (do niedawna), amerykańskie i polskie? W społeczeństwach o wysokim poziomie życia i utrwalonej demokracji spada religijność, rośnie za to odsetek niewierzących bądź tylko obojętnych religijnie. W istocie mamy tu do czynienia nie z zanikaniem religijności, lecz z procesem przemieszczania się religii do prywatnej sfery własnych przekonań i obyczajów, porzucania jej instytucjonalnych form. U podstaw tej tendencji leży kilka okoliczności. Względnie wysoki dochód społeczny rodzi konsumpcjonizm i związany z nim hedonistyczny stosunek do życia (życie jako użycie). W tej sytuacji śmierć staje się tylko kresem konsumpcji. Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, procedury in vitro, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny. Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, piece grzewcze piątej generacji. Potrzebę wspólnotowych działań mogą zaspokajać happeningowe manifestacje w sprawie reformy sądownictwa, ścieżek rowerowych czy jakości usług publicznych.
Te obserwacje potwierdza pozornie paradoksalna prawidłowość, że to właśnie laicyzacja społeczeństwa (mierzona odsetkiem niewierzących) koreluje z wysokim poziomem rozwoju społecznego (HDI). Jak stwierdza badacz kultów religijnych Phil Zuckerman, „kraje najbardziej zlaicyzowane, z największym odsetkiem ateistów i agnostyków, zaliczają się do najbardziej stabilnych i zdrowych, a ich obywatele cieszą się największymi swobodami”. Mylą się więc kościelni hierarchowie i ich polityczni promotorzy, kiedy utożsamiają laicyzację z rozpadem więzi społecznych, kresem cywilizacji jaką znamy, upadkiem solidarności międzyludzkiej.

Tymczasem w Polsce

Ale w Polsce muszą występować jakieś specjalne okoliczności, skoro prywatyzacja religii toczy się powoli, choć w przewidywanym kierunku. Do tych okoliczności z pewnością można zaliczyć dziedzictwo kontrreformacji (demonstracyjna religijność szlachty, jej niechęć do bawienia się naukami, Kmicic versus Kartezjusz), później wiara przed rozumem romantyków. Podczas zaborów Kościół stał się namiastką państwa, a przecież w fazie powstawania nowoczesnych narodów odgrywało ono dużą rolę. Poszerzało wolności obywatelskie, przejmowało majątki instytucji kościelnych. Dopiero od czasów Oświecenia świeckość państwa prowadziła do coraz większej niezależności nauki, szkolnictwa, debaty publicznej, rozstrzygania dylematów moralnych na gruncie dorobku nauki i etyki niezależnej od ingerencji kościołów. W rezultacie w ciągu dwóch, trzech wieków wiarę zastępowały stopniowo racjonalne przekonania, kontrolowane ostatecznie przez różnorodne wyniki eksperymentów i obserwacji. W historycznym rozwoju polskiej mentalności i etosu brakowało też racjonalności myślenia i działania, które gdzie indziej wnosiło mieszczaństwo. W Polsce stosunkowo duży odsetek ludności zamieszkuje obszary wiejskie i małomiasteczkowe. Religia w takich tradycyjnych społecznościach ma głównie charakter rytualny, podtrzymuje więź społeczną. Silna jest tu wciąż sankcja rozsiana wobec outsiderów. Wśród 42,7 proc. uczestniczących w roku 2015 w nabożeństwach znajdujemy rolników z województw podkarpackiego i małopolskiego, następnie osoby starsze, zwłaszcza kobiety, emerytów i rencistów, z podstawowym wykształceniem i średnio zamożne (Diagnoza społeczna 2015). Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła. W szkołach publicznych więcej jest lekcji religii niż biologii czy historii. Rodzina jest ważna w każdym systemie społecznym, gdyż reprodukuje stosunki społeczne i utrwala miejsce religii w życiu jednostki i całej wspólnoty. Tu dokonuje się zrytualizowany przekaz pamięci kulturowej. Ważnym zabiegiem, bliskim praniu mózgu, jest obrzęd uroczystego przyjmowania do wspólnoty religijnej. To wtedy wspólnota wdrukowuje emocjonalne symbole swojej religii. Trzeba później dużej samodzielności sądu, by przebić ten kokon. Polskie społeczeństwo przejawia też duży konformizm w myśleniu i w debacie publicznej. Wiąże się to z brakiem odwagi cywilnej. To efekt koniecznej lojalności w oporze przeciw zaborczej władzy, zwierania szeregów przeciwko wspólnemu wrogowi. Zarzut zdrady sprawy narodowej był wyjątkowo hańbiący (stąd „zdradzieckie mordy”). Długie tradycje ma masowe oddziaływanie religijne kościoła, zwłaszcza po 1945 roku (millenium chrztu, ruch pielgrzymkowy, oazowy). W czasie rewolucji 1904-1905 świadomość klas ludowych na wsi i w mieście przeorała ideologia endecji, silnie kojarząca polskość z katolicyzmem. W ostatnich dekadach dużą rolę odgrywa organizowany kult Papieża-Polaka, darzonego powszechnie uczuciem wzniosłości. Kościół podtrzymuje wizerunek męczennika, który przechował przez „ciemną noc komunizmu” depozyt wiary i tożsamości narodowej. Kościół ma też władzę nad miejscem pochówków, bo według NIKu na 15,5 tys. cmentarzy w Polsce tylko 1880 (12 proc.) to cmentarze komunalne. Za ten stan prawny odpowiedzialny jest postsolidarnościowy obóz rządzący. Wykreowane przez media pokolenie JP II jest teraz w PiSie, PO, Nowoczesnej, Kukiz 15, Konfederacji, formacjach radykalnej prawicy. Okazało się ono masą niesamodzielnych intelektualnie konserwatorów polskiego zaścianka. Kołyszą się na falach barki, stoją pod amboną kościoła łagiewnickiego lub tłoczą się na polach Jasnej Góry. Podczas hołdu toruńskiego premier bądź co bądź świeckiego państwa wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, zwłaszcza polską energetykę, jej rozwój i unowocześnienie. Bo samodzielnie potrafi walczyć tylko z wiatrakami. Wróciła pełną gębą sienkiewiczowska Polska zdziecinniała.

Kościół narodowy

Z tej historycznej wirówki wyłonił się polski kościół instytucjonalny i polski katolik. W jego świadomości religia splata się z narodem, służąc mu pomocą w ciężkich czasach i dostarczając symbolicznej ikonosfery, którą Juliusz Mieroszewski nazwał „zakonem polskości”. Kościół stworzył swoisty departament Opatrzności Boskiej nad krajem, np. Jasna Góra jako centrum duchowe kraju, Polska jako Chrystus narodów. W tym celu powstały różne krzepiące mity, które pozwalały przetrwać traumę „ciężkich terminów”, których nie brakowało: intronizacja Chrystusa na króla Polski, Matka Boska mająca pieczę nad wojskiem, czym przypomina słowiańską Dziewannę-Dziwonię, boginię łowów i walki. W istocie chrzest Polski ograniczał się do najbliższego kręgu władcy, sieć parafii powstawała kilka wieków; św. Stanisław to zdrajca stanu, skazany na karę główną-głowną, czyli dekapitację; obrona Częstochowy dokonała się bez świętego obrazu, z przewagą ognia obrońców, z krajanami walczącymi po obu stronach itd. itd. Klęski powstań narodowych oswajał emocjonalnie terapeutyczny mit ofiary patriotyzmu na „ołtarzu Ojczyzny”, a przelana krew krzepiła wampiryczny polski patriotyzm. W rezultacie w wyjątkową misję Polski w dziejach może wierzyć ponad 80 proc. społeczeństwa. Kościół też chciałby mieć monopol wrażliwości na cierpienia, niedostatki i frustracje ludu bożego, choć nie słychać, by gorszyły go ekscesy wolnego rynku w Polsce, np. by upomniał się o sprawiedliwą płacę. Sam zaś zastępuje pomoc ubogim dobroczynnością, bo Caritas finansuje budżet państwa. Jego pomoc od wieków jest blankietowa: chętnie się pomodli o pomoc z nieba. Kościół zażyczył sobie od państwa, by wpisało do kodeksu karnego ściganie obrazy uczuć religijnych Teraz deforma Jarosława Gowina połączyła nauki o kulturze z naukami o religii, a teologia stała się dziedziną o statusie równym naukom humanistycznym czy społecznym, a więc naukom bądź co bądź odwołującym się do racjonalności poznawczej, opartej na intersubiektywności i adekwatności empirycznej. Hierarchowie Kościoła głoszą wartości wyższe, ale nie gardzą dobrami niższego rzędu (vide arcybiskup Leszek Głódź). Mają też dobre relacje z biznesem, często sponsorem kościelnych przedsięwzięć. Na dodatek, po uchyleniu rąbka sutanny, ujawnił się patologiczny skrzep celibatu, homoseksualizmu i homofobii. Kościół jako przewodnik duchowy rezerwuje dla siebie ostatnie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, zwłaszcza związanych ze sferą seksualną człowieka. Na dodatek przemawia w języku władzy zwierzchniej, uzurpując sobie uprawnienia do „prawdy” o moralności i „wartościach”. W razie potrzeby zbrojnym ramieniem wspiera go państwo (np. interwencja policji w kościele w Bełchatowie w sprawie 13-latka, podejrzanego o publiczne znieważenia ciała Chrystusa). W ten sposób tworzy w kulturowej wojnie wspólny front z konserwatystami, dla których naczelną wartością jest zachowanie wspólnoty etniczno-kulturowej: jej świętej wiary, tradycji, rodziny, obyczajów, błogosławionych mitów i bohaterów. Obrona dzięki jedynej prawdziwej wierze przed bezdusznym Zachodem i jego nowoczesną cywilizacją. Siły wrogie tak rozumianej wspólnocie to „zarazy” przypominające dawne duchy nieczyste w epoce polowań na czarownice. Z tymi diabelskimi mocami zawierają pakt zwolennicy edukacji seksualnej, uczestnicy parad równości czy postulujący przywrócenie świeckości państwa, słowem, lewacy spod znaku tzw. ideologii gender i LGBT. Kościół narodowy znalazł się obecnie pod presją wiernych, zwłaszcza kobiet, które chcą „odzyskać nasz Kościół”. Tym dążeniom sprzyja obecny pontyfikat papieża Franciszka, który wzywa do dialogu z innymi religiami i kulturami, do nawrócenia ekologicznego i przyznania większej roli świeckim kosztem kleru.

„Nie wszystek umrę”

Ale odczarowanie świata, które przyniosła nauka i technika nie zaszkodziło religii. Ta bowiem operuje na innym poziomie świadomości, inną potrzebę zaspokaja. Jej podstawową funkcją w życiu jednostki jest dostarczanie nadziei eschatologicznej, nadziei, że w jakiejś innej postaci będę trwał nadal. Filozofowie i antropologowie religii spierają się, czy lęk przed ziemskim kresem egzystencji biologicznej jest naturalny czy skonstruowany (B. Chwedeńczuk, R. Otto, R. Rappaport, B. Wolniewicz). Cóż, niektórzy potrzebują duchowej protezy, gdyż świadomość kresu żywota wprawia ich w „drżenie”. W religijnym obrazie śmierć ujęta jest w triadę: groza, nadzieja, nagroda, którą stanowi nowe lepsze życie „w nowym, wiecznym mieszkaniu”. Śmierć jest karą za moralną katastrofę ludzkości, dlatego wierzący ma mieć poczucie winy. Jednostka jest tu niepełnosprawna moralnie: podejrzana, nieczysta, wydrążona. Uzyskuje status osoby, godność, dzięki temu, że jest obrazem Boga. Jednak dopiero Kościół dzięki objawieniu i nauczaniu pozwala jednostce żyć według prawa naturalnego, co zwiększa jej szanse na zbawienie. Jak pisze filozof i teolog Tadeusz Bartoś, jednostka w dominującej religii jest nikim, „śmieciem, którego jedyną wartością jest bycie zbawionym”. Jednak pod wpływem współczesnej medycyny, bioetyki, opieki paliatywnej ostatnia faza życia staje się coraz bardziej jego dopełnieniem.

Korzyści w perspektywie wspólnotowe

Bilans nie jest prosty, ponieważ religia ma janusowe oblicze. Pomaga trwać wspólnocie niespokrewnionych ludzi, stanowi spoiwo społeczne. Kościół oferuje też wspólnocie możliwość integracji na podstawie uroczystych rytuałów, wszechobecności symboliki religijnej, także w urzędach i szkołach, wspólnych uniesień, uwznioślania odpowiednim obrządkiem i odpowiednią oprawą, także muzyczną, ważnych momentów w życiu każdego: od startu do mety. Religia według Immanuela Kanta jest wehikułem moralności, ta z kolei ma za zadanie temperować egoizm i oliwić grupową współpracę. Religia zatem jako ewolucyjna adaptacja pomaga funkcjonować wielkim grupom społecznym na gruncie wspólnej moralności. Np. monogamia służy obu stronom, ponieważ ułatwia maksymalizację przekazu rodzicielskich genów, m. in. dzięki opiece nad potomstwem, które długo pozostaje niesamodzielne. Religia tylko utwierdza w swojej dogmatyce to rozwiązanie ewolucji gatunku. Z tego punktu widzenia Kościół polski wpisał się we wcześniejsze słowiańskie obyczaje i wierzenia (pogański kult posągów i ikon, kult zmarłych, kult świętych gór, na czele z Jasną Górą, wcześniej również miejscem pielgrzymek). Na współczuciu i trosce oparty jest przekaz nauki Chrystusa: gotowość poświęcenia się dla innych, obdarzanie ich szacunkiem, potępienie gromadzenia bogactwa jako celu życia, poszanowanie prawdy i prawdomówności, umiejętność wybaczania, nawet wrogom, pacyfizm. Na uznaniu tych zasad jako wytycznych własnego postępowania polega istota ewangelicznego nawrócenia. Cnoty te mają charakter uniwersalny, dlatego poeta mógł z przekąsem ocenić rodaków: „już katolicy, ale jeszcze nie chrześcijanie” (J. Tuwim). Ale z kolei wspólnota zespolona węzłem religii, jak wskazywał Bertrand Russell, narażona jest na skostnienie, jeśli sojusz ołtarza i tronu wymusza zbyt dużą dyscyplinę i silne przywiązanie do tradycji. Sytuacji nie polepszają też liberalni reformatorzy, obdarzający jednostkę zbytnią autonomią, odpowiedzialni są bowiem za dezorganizację i atomizację społeczeństwa, jego sproszkowanie jak mówi Andrzej Szahaj. To rezultat za daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu.

Koszty poznawcze wierzącego

Narracja narodowo-religijna utrwalała się w kontrze do emancypacji intelektualnej i obyczajowej, którą przyniosło Oświecenie, z jego ideą uniwersalnych praw człowieka i obywatela, ideą równości i demokracji, z nadzieją na „wyjście człowieka z niepełnoletności”. Religia wprowadzając wątek ponadnaturalnych bytów wchodzi w konflikt z nauką. Zamiast naukowej wiedzy o dziejach kosmosu czy antropogenezie doktryny religijne oferują krzyżówki mitów i alegorii (wygnanie z raju, dzieworództwo). Kościół od czasów Konstantyna uczynił wrogiem racjonalizm kultury grecko-rzymskiej. Wysiłek Kościoła na tym polu przez tysiąclecie był na szczęście tylko częściowo skuteczny. Jest faktem, że w kulturze umysłowej Europy silniejsze jest dziedzictwo grecko-rzymskie i oświeceniowe, niż chrześcijańskie. Świadczy o tym autorytet naukowy Arystotelesa, a moralny Sokratesa czy Seneki. Ostatecznym źródłem sukcesu europejskiej nauki stała się metanorma, nakazująca ciągłe kwestionowanie jej wyników. Stąd podkreślany przez filozofów stan „niepewności i niepokój”, towarzyszący Europejczykom. Kultura europejska poddaje się nieustannemu kwestionowaniu i ten relatywizm przesądza o jej wyższości, sądził Ernest Gellner.

Co dalej?

I tu docieramy do najważniejszej kwestii. Mianowicie, istniejące dwa stulecia nowoczesne narody, oparte na wspólnej kulturze, języku, religii, często mające za przodków wychodźców z Eurazji odchodzą stopniowo w przeszłość. Wspólnoty współczesne to wspólnoty obywatelskie, organizmy pracy zbiorowej. Łączy je to, że każdy może zaspokoić swoje rozliczne potrzeby tylko wtedy, kiedy korzysta z wytworów pracy innych. Nikt tu nie jest samotną wyspą, chociaż zachowuje autonomię wyboru strategii życiowej. Bywa, że takie wspólnoty – jak w Skandynawii – dodatkowo spaja emocjonalna więź wyrażająca się we wzajemnym szacunku, solidarności, trosce. To zatem przede wszystkim wspólnoty życia i pracy, każdy z jej członków może decydować na równych prawach o wartościach, które razem warto, a niekiedy trzeba realizować. Dopiero wtórnie mogą się one różnicować na wspólnoty religijne, etniczne, obyczajowe, rasowe itd. Sprowadzanie członkostwa w takiej wspólnocie do wyznawania określonej religii, do kryteriów etniczno-religijnych powoduje, że coraz więcej Polek i Polaków zmuszonych jest do wewnętrznej emigracji, czują się bowiem jak obcy we własnym kraju. Nowym wyzwaniem w Europie jest budowa republikańskiej wspólnoty ponad członkowstwem w lokalnych i narodowych, małych i dużych ojczyznach. Wspólnoty takie integruje realizowanie wspólnych celów i wartości, np. utrzymanie jakości życia, zrównoważonego środowiska czy zachowanie eksponowanego miejsca we nowym wielobiegunowym ładzie światowym.