Przeprosiny to za mało!

Szok! Niedowierzanie! Sensacja! Polski kler przyznał, że w jego szeregach miały miejsce przypadki seksualnego wykorzystywania dzieci!

 

A przecież jeszcze niedawno mówiono, że nagłaśnianie patologii seksualnych w Kościele to wynik ofensywy lewactwa, gejów i genderystów. A jednak w liście Episkopatu czytamy: „Stwierdzamy ze smutkiem, że również w Polsce miały miejsce sytuacje seksualnego wykorzystywania dzieci i młodzieży przez niektórych duchownych i osoby zaangażowane w Kościele”. Po wielu latach kłamstw manipulacji, wymigiwania się, Kościół wreszcie zgodził się, że księża pedofile istnieją. Dotychczas mnóstwo prawicowych komentatorów, w tym przedstawicieli partii rządzących zaczarowywało rzeczywistość i udawało, że pedofilii w szeregach Kościoła nie ma i nigdy nie było. Co prawda również w obecnym liście episkopat głównie użala się nad sobą i niewiele mówi o ofiarach, ale pierwszy krok został uczyniony.

Pojawiły się nawet przeprosiny wobec ofiar, co dotychczas rzadko zdarzało się duchownym. „Przepraszamy Boga, ofiary wykorzystania, ich rodziny i wspólnotę Kościoła za wszystkie krzywdy wyrządzone dzieciom i ludziom młodym oraz ich bliskim przez duchownych, osoby konsekrowane i świeckich pracowników kościelnych” – czytamy w liście. Warto być jednak konsekwentnym. Jeżeli jest wina, to warto by powiedzieć coś o materialnej karze. Do tego etapu nasi duchowni wciąż jednak nie dojrzeli.

„Prosimy Pana, aby dał nam światło, siłę i odwagę, by stanowczo zwalczać zepsucie moralne i duchowe, które jest zasadniczym źródłem wykorzystania seksualnego małoletnich”– piszą przywódcy polskiego Kościoła. Trudno ufać tej metodzie walki z przestępstwami seksualnymi. Kler modli się od lat i modlitwa nie zahamowała księży pedofilów ani nie powstrzymała hierarchii kościelnej przed ukrywaniem przestępców i przenoszeniem ich do innych parafii. Ponadto episkopat zaleca, aby modlić się tak za ofiary, jak i katów. „Prosimy wiernych świeckich, kapłanów, osoby konsekrowane oraz członków zakonów kontemplacyjnych o wzmożoną modlitwę i pokutę w intencji ofiar wykorzystania seksualnego i ich rodzin; za osoby duchowne żyjące niemoralnie i wyrządzające krzywdę dzieciom i młodzieży, a także za ludzi, których gorszące czyny księży głęboko ranią” – czytamy w liście. Episkopat poświęca zresztą więcej miejsca księżom pedofilom niż ich ofiarom, a wręcz daje wsparcie duchowe przestępcom. „Uznajcie otwarcie waszą winę, spełnijcie wymogi sprawiedliwości, ale nie traćcie nadziei na Boże miłosierdzie” – piszą autorzy listu. „Szczery żal otwiera drzwi Bożemu przebaczeniu i łasce prawdziwej poprawy. (…) Zbawcza ofiara Chrystusa ma moc przebaczenia nawet najcięższych grzechów i wydobycia dobra nawet z najstraszniejszego zła. (…) Uznajcie otwarcie waszą winę, spełnijcie wymogi sprawiedliwości, ale nie traćcie nadziei na Boże miłosierdzie”.

Z drugiej strony po latach bojów episkopat łaskawie zgodził się, żeby księża pedofile byli traktowani jako przestępcy, o których ofiary informują organy ścigania. „Prosimy osoby pokrzywdzone przez duchownych, aby zgłaszały doznaną krzywdę do przełożonych kościelnych oraz do odpowiednich organów państwowych” – czytamy w stanowisku episkopatu, chociaż poza tym jednym zdaniem nie ma nic więcej o ewentualnych karach dla księży pedofilów. Z drugiej strony kler tajemniczo ogłosił, że zaczął tworzyć rejestr księży pedofilów. „Aby dobrze rozpoznać przyczyny tych czynów i ocenić ich skalę, rozpoczęliśmy zbieranie potrzebnych danych” – czytamy w liście. Jaki jest cel zbierania danych i co z nimi uczyni episkopat, już nie wiemy. Można mieć też wątpliwości co do szczerości autorów listu, skoro dowiadujemy się z niego, że „episkopat Polski od szeregu lat podejmuje działania, których celem jest wyeliminowanie tych przestępstw wśród duchownych. (…) Każdy sygnał o ewentualnych czynach przestępczych jest obejmowany dochodzeniem wstępnym, a w przypadku potwierdzenia ich prawdopodobieństwa informowana jest Stolica Apostolska i prokuratura”. Jeżeli Kościół zamierza walczyć z pedofilią tak jak dotychczas, to trudno wierzyć w jakąkolwiek sprawiedliwość.
Niezależnie od całościowej oceny listu, nie ulega wątpliwości, że wielość modlitw nie ukryje jednego zasadniczego braku stanowiska episkopatu. Mianowicie nic się w nim nie mówi o rekompensacie finansowej kleru dla ofiar księży pedofilów. Kościół się modli, odkupuje, rozmawia z Bogiem, a nawet przyparty do muru zaczyna przepraszać, ale płacić wciąż nie chce.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.

Cerkexit

Wrze za naszą wschodnią granicą. W prawosławnych cerkwiach podległych moskiewskiemu patriarchatowi zakazano modlenia się za patriarchę Konstantynopola Bartłomieja. To trochę tak jakby w polskich kościołach księża wymówili posłuszeństwo papieżowi Franciszkowi.

 

Trochę, bo kościół prawosławny nie jest tak zhierarchizowany jak rzymsko-katolicki. Patriarcha Bartłomiej nie jest formalnie bezpośrednim zwierzchnikiem kościoła prawosławnego na całym świecie. Formalnie jest tylko pierwszym pośród równych, autokefalicznych, czyli niezależnych patriarchów. Ale ze względu na historyczne zasługi patriarchatu Konstantynopola dla utrzymania kościoła prawosławnego, dla zachowania jego tożsamości i jedności, autorytet tego patriarchatu jest w innych prawosławnych kościołach niepodważalny. A ściślej – był.
Bo oto największy na świecie kościół prawosławny kierowany przez patriarchę moskiewskiego zamroził relacje z patriarchatem konstantynopolitańskim. Kościołem liczebnie mniejszym, którego zwierzchnik, patriarcha Bartłomiej od wieków rezyduje w stambulskiej dzielnicy Fanar. Dodatkowo Synod cerkwi moskiewskiej zakazał swym wiernym modlitw w świątyniach podległych patriarchatowi konstantynopolitańskiemu. Czyli na terenie dzisiejszej Grecji i Turcji. Nawet na popularnej wśród wiernych górze Athos. To trochę tak jakby episkopat polskiego kościoła katolickiego zabronił wiernym modlić się w niemieckich lub francuskich kościołach. Traktować je wyłącznie jako obiekty turystyczne.
Wszystkie te decyzje to religijne retorsje za tomos, czyli dekret pozwalający ukraińskiemu kościołowi prawosławnemu na wyjście ze struktur moskiewskiego kościoła prawosławnego. Na taki ukraiński „cerkexit”.
Do tego roku na Ukrainie istniały trzy kościoły prawosławne. Największy, podległy patriarsze moskiewskiemu. I dwa mniejsze, konkurujące często ze sobą, ale niezależne od Moskwy. Ze „szklanym sufitem”, czyli bez błogosławieństwa patriarchy Bartłomieja.
Teraz ukraińskie kościoły łączą się ze sobą. Dzięki poparciu patriarchy Bartłomieja stworzą autokefaliczną nową cerkiew. Czyli ukraiński, w pełni niezależny od Moskwy, kościół prawosławny. Stworzą go nie tylko z wiernych i majątku tych dwóch odrębnych, wrogich nawet Moskwie, kościołów. Nowa ukraińska cerkiew chce przejąć też wszystkich ukraińskich wiernych i cały ukraiński majątek cerkwi moskiewskiej. I tu może zacząć się wojna. Religijna na razie.

 

Gra wyborcza

Tomosu patriarchy Bartłomieja nie byłoby, gdyby nie energiczne i skuteczne zabiegi dyplomacji prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki. To ona doprowadziła do unieważnienia pochodzącej z XVII wieku decyzji patriarchy konstantynopolitańskiego o podporządkowaniu kijowskiej cerkwi patriarsze moskiewskiemu.
Po co był prezydentowi Poroszence ten „Cerkexit”? Tak jak niedawno brytyjski premier Dawid Cameron zaproponował swym obywatelom „Brexit” aby poprawić swoje wyborcze notowania, tak teraz ukraiński prezydent Poroszenko uczynił podobnie.
W przyszłym roku na Ukrainie będą wybory prezydenckie. Notowania obecnego prezydenta słabną. Wszystkie sondaże nie dają mu szans na reelekcję. Dlatego zechciał on poprawić sobie popularność korzystając ze wzrostu ukraińskich patriotycznych, nacjonalistycznych wręcz, nastojów. Z silnej niechęci do Moskwy części ukraińskiego społeczeństwa. Uznał zapewne, że dzięki stworzeniu ukraińskiego kościoła prawosławnego, kolejnej instytucji niezależnej od wrogiej Moskwy, uzyska dodatkowe poparcie w nadchodzących wyborach. Skoro nie dało się dać Ukraińcom przysłowiowego chleba, to dostaną strawę duchową.
Czy ten ukraiński „Cerkexit” da też prezydentowi Poroszence ponowną prezydenturę – zobaczymy w przyszłym roku. Jednak geopolityczne konsekwencje tego „Cerkexitu”, tej gry wyborczej, mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne i wpłynąć na przyszłość naszych wschodnich sąsiadów.

 

Nie nasz cyrk?

Powstanie nowej, ukraińskiej cerkwi spotkało się z różnymi reakcjami hierarchów innych, autokefalicznych kościołów prawosławnych. Od postaw wyczekujących po pierwsze krytyki. Obawy, że oto w kościele prawosławnym może dojść do kolejnej schizmy, czyli rozłamu. Do nowego roku 1054, kiedy chrześcijaństwo podzieliło się na dwa konkurencyjne, a potem nawet wojujące ze sobą, kościoły. Obecny prawosławny i katolicki. Czy teraz dojdzie do kolejnego rozłamu ?
Przecież samo już opuszczenie moskiewskiej cerkwi przez ukraińskich wiernych sprawi, że cerkiew moskiewska przestanie być największą na świecie. To teraz nowa ukraińska cerkiew ma perspektywy posiadania największej grupy wiernych. To Kijów może być w przyszłości ważniejszym ośrodkiem prawosławia niż teraz Moskwa.
Może takim zostać, jeśli ten „Cerkexit” odbędzie się pokojowo. Jeśli nie będzie oporu władz Rosji. Jeśli dotychczasowi, uznający moskiewską zwierzchność, ukraińscy wierni bezkonfliktowo przejdą pod zwierzchnictwo nowego, kijowskiego patriarchy. Jeśli jednak część wiernych zechce pozostać przy patriarsze moskiewskim i dodatkowo zyska polityczne poparcie władz rosyjskich, to za naszą granicą zaiskrzy.
W Polsce, zwłaszcza obecnej, kiedy elity polityczne preferują zasadę „nasza chata z kraja”, problem ewentualnego rozłamu w sąsiednim kościele uważany jest za egzotyczny. I dla Polski nieistotny. Bo przecież to „nie nasz cyrk i małpy też nie nasze”.
Polskie społeczeństwo uważane jest za monolityczne religijnie społeczeństwo katolickie. Polskie elity polityczne i polskie media nie zauważają, albo nie chcą zauważać, obecności kościoła prawosławnego w Polsce. Autokefalicznego od moskiewskiego i przyszłego ukraińskiego, ale przecież nie hermetycznego od braci na wschodzie. W Polsce pracuje, studiuje, mieszka około miliona obywateli przybyłych z Ukrainy. I będzie ich jeszcze więcej, bo bez ukraińskich emigrantów polska gospodarka nie może się szybko rozwijać.
Ilu z nich to prawosławni? Ilu z nich należy do moskiewskiej cerkwi? Ilu zechce uznać nową autokefalię?
Polskie elity i media nie zajmują się problemem potencjalnych konfliktów religijnych za naszą wschodnią granicą. A tym bardziej w Polsce. Może dlatego, że katolicka wiara w naszym kraju jest bardzo płytka, bo polski katolicyzm ogranicza się do kultywowania tradycyjnych świąt, religijnych opraw ślubów i pogrzebów. O wojnie religijnej wśród Polaków mowy być nie może, bo nikt tu tak mocno nie wierzy, aby chciał za swą wiarę wojować.
W Wielkiej Brytanii wielu głosujących za „Brexitem” nie miało pojęcia o dalekosiężnych skutkach tej decyzji. W Polsce też początkowo uważano efekt brytyjskiego referendum za wewnętrzny problem Wielkiej Brytanii. Za coś egzotycznego.
Teraz za naszą wschodnią granicą zaczyna się nowy rozdział historii prawosławia. Może też nowy konflikt religijno-państwowy?
Cz znów zostanie przez polskie elity skwitowany refleksją: „Nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, bo przecież „nasza chata z kraja”?

Gdzie jest „pokolenie JP II”?

W największym państwie Ameryki Łacińskiej, w I turze wyborów prezydenckich, przygniatającą liczbę głosów uzyskał mizogin, rasista, homofob wielbiciel krwawych dyktatur latynoamerykańskich, admirator doktryny neoliberalnej w gospodarce i sprawach społecznych, entuzjasta prezydentury Trumpa – Jair Messias Bolsonaro. W Polsce sąd skazał Jerzego Urbana na karę ponad 120 tys. z art. 196 (obraza uczuć religijnych), za grafikę z Jezusem o zdziwionej twarzy. Szokuje wymiar kary pieniężnej, bo procesy tego typu odbywały się już nad Nergalem, Kozyrą czy Dodą, ale z taką nawiązką za obrazę uczuć religijnych opinia publiczna się nie spotkała. Te wydarzenia tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego.
Kult Jana Pawła II w Polsce zawsze miał wymiar groteskowy, infantylny i bałwochwalczo pogański. Serwilistyczne media niegdyś powołały do życia i nieustannie mieliły w różnych konfiguracjach retorycznych, termin „pokolenia Jana Pawła II”.Nadwiślański mainstream – od lewa do prawa (poprzez tzw. liberałów i mikroskopijne, co dziś widać, środowiska „katolików otwartych”) – nigdy nie zdobył się na racjonalne, zdystansowane, pozbawione ludyczności oraz bezrefleksyjnej manifestacyjności podejście do tego dorobku. Pęd ku coraz to nowym pomnikom papieża nosił i nosi cały czas znamiona idolatrii. Nawet dziś, kiedy sprawa pedofilii w Kościele tak ekscytuje opinię publiczną, o niechlubnej roli papieża Polaka (np. relacjach JP II z „umiłowanym synem” Marcialem Macielem Degollado) mówi się półgębkiem, jakby pobocznie.
Polscy bezkrytyczni entuzjaści tego pontyfikatu – ci tzw. liberalni również – przypisują mu fałszywie liczne zasługi, ignorując, że papież odrzucał wszystko to, co charakterystyczne dla demokratycznego i oświeceniowego porządku społecznego: pluralizm, tolerancję, prawa kobiet i mniejszości seksualnych, zdobycze socjalne świata pracy (encyklika „Laborem exercens”, niby najdonioślejsza w tej mierze praca papieża to powielenie tez Karola Marksa, zwłaszcza w kontekście antynomii pracy i kapitału, ale podlana religijnym, korporacjonistycznym w stylu Piusa XI, sosem). Był jawnym wrogiem zwiększenia roli kobiet w Kościele, zniesienia celibatu, osiągnięć genetyki, ginekologii czy seksuologii, a nawet wolności badań teologicznych. Od Vaticanum II nie było tylu prześladowanych przez Kongregację Doktryny i Wiary kapłanów.
Pacyfikacja ożywczego prądu teologii wyzwolenia, stłumienie w obrębie latynoamerykańskiego katolicyzmu tych idei i debaty, zaowocowało zwycięstwem wyznań ewangelikalnych rodem z USA, niesłychanie konserwatywnych światopoglądowo, często skrajnie neoliberalnych i uprawiających kult zysku, rywalizacji, konkurencji. To z tego typu wspólnot rekrutuje się elektorat ultraprawicowy, popierający rozwiązania à la Bolsonaro, bądź prawicowo-populistyczny Mariny Silvy de Lima.
Psycholog społeczny Jarosław Klebaniuk stwierdził w 2011 r. w rozmowie z Piotrem Szumlewiczem, że pokolenie JP II to medialny twór zakorzeniony bardziej w formie reklamowomentalnej niż w identyfikacji i przestrzeganiu papieskiego nauczania. Czyli emocjonalno-afektywny humbug podparty prawicowym, tradycjonalistycznym, niechętnym wszystkiemu co inne katolickim fundamentalizmem. A jednak pokolenie JP II istnieje. Nie w formie autoidentyfikacji, nie w przestrzeni dosłownej organizacji, ale w formie nieformalnych grup osób skłaniających się ku określonej wizji świata: ultra-zachowawczej, konserwatywnej, opartej o paternalistyczno-hierarchiczne wartości, które limitują ich decyzje i wybory bez względu na pozycję w drabinie społecznej, deklarowane poglądy polityczne, status majątkowy etc. To pokolenie jest w Platformie Obywatelskiej, Nowoczesnej, ale przede wszystkim w Prawie i Sprawiedliwości, Kukiz’15, ONR-ze, kibolach pielgrzymujących na Jasną Górę. Także i w różnych odłamach tzw. polskiej lewicy. Ono ma twarz byłego księdza Jacka Międlara, ks. prof. Dariusza Oko, ks. Romana Kneblewskiego, o. Tadeusza Rydzyka. O hierarchach, którzy otrzymywali od papieża birety i kapelusze szkoda nawet wspominać.

Głos lewicy

Pedofilia w kościele

Ten trudny temat poruszyła lewicowa działaczka Teresa Jakubowska:

Muszę dodać kilka komentarzy do twierdzeń czy wątpliwości, których pełno w mediach na ten temat.
Obowiązkowe utajnianie tych przestępstw w kościele katolickim zarówno przez ofiary jak i wszystkich zainteresowanych usankcjonowała instrukcja watykańska z 1922 r. pt „Crimen sollicitationis”. W roku 1962 powstała druga wersja instrukcji ciągle z zasadą pełnej tajności, pod groźbą ekskomuniki, obowiązującej wszystkie osoby biorące udział w postępowaniu w ramach struktur kościelnych.
Obowiązującą dziś instrukcję wydała Kongregacja Nauki Wiary w roku 2001. Szefem kongregacji był wtedy Kardynał Ratzinger a papieżem Jan Paweł II. Znali sie bliżej z czasów Soboru Watykańskiego II (1962-1965), kiedy to obaj robili wszystko żeby kościół katolicki zbytnio sie nie unowocześnił. Instrukcja z 2001 r. także zobowiązuje do milczenia. Z inicjatywy JPII wprowadzono do dokumentu przedawnienie w chwili osiągnięcia przez ofiarę 28 roku życia. Takie przedawnienie pedofilii obowiązuje teraz w polskim prawie karnym. Termin jest oczywiście za krótki. W Europie stosuje sie zwykle 20 lat od uzyskania pełnoletniości przez ofiarę co też nie jest zawsze wystarczające. W Szwajcarii pedofilia w ogóle sie nie przedawnia (było referendum). Jest oczywiste, że treść tej instrukcji – jakkolwiek podpisana przez Ratzingera – została uzgodniona z papieżem. Pamiętam protesty organizacji z różnych krajów kierowane do komisji watykańskiej d/s wyświęcenia papieża Polaka, m.in. dotyczące ukrywania pedofilii w kościele.
Także stanowisko papieża Franciszka nie jest jasne w tej sprawie, bo nie spowodował powstania nowych zasad postępowania rzeczywiście chroniących dzieci przed tego typu przestępstwami księży i zakonników. W każdym razie nie słychać, żeby zasada tajności miała być zniesiona. Wygląda na to, że Franciszek także nie chce pełnej jurysdykcji państwa i zrównania traktowania przestępców w sutannach równie surowo jak przestępców cywilnych.
To właśnie katolicki obowiązek utajniania tych przestępstw spowodował, że komisje, które powstały w kilku krajach były i są całkiem świeckie, bez przedstawicieli kościoła. Te komisje przyjmowały także zgłoszenia ofiar nawet wtedy gdy przestępstwo dawno się przedawniło. Powstały głównie dla ofiar i praktycznie zawsze doprowadzały do kar więzienia winnych oraz do zadośćuczynienia finansowego na koszt kościoła. Jak byłoby u nas – to widać po urzędowym spisie pedofilów gdzie nie ma ani jednego aktualnego czy byłego przedstawiciela kościoła. Było oczywiste, że tak będzie, bo kościół katolicki stoi w Polsce ponad prawem, zwłaszcza pod rządami PiS. To niesprawiedliwe i sprzeczne z prawem, tym bardziej, że pedofile świeccy przeżywają prawdziwą gehennę w więzieniu. Księża nawet wtedy gdy zostali prawomocnie skazani na więzienie, zwykle krótkie, rzadko odbywają tę karę.
Najbardziej oburzający jest brak zadośćuczynienia finansowego. Kościół twierdzi, że ksiądz nie jest funkcjonariuszem a przecież jest nawet umundurowany. Poza tym kościół katolicki – bezwstydnie bogaty – uważa, że jest za biedny na wypłacanie zadośćuczynienia ofiarom. Poznański wyrok z zadośćuczynieniem 1 mln jest wreszcie jakimś zwrotem ku normalności choć renta jest moim zdaniem za niska i powinna być określona w sposób uwzględniający długi czas wypłacania. Powinna być określona przynajmniej w wysokości dwóch rent minimalnych. Trudno sobie wyobrazić żeby osoba o tak zrujnowanej psychice domagała się co jakiś czas przed sądem należnej podwyżki. Z tego co wyczytałam wynika, że ofiara nawet do pracy się nie nadaje. Powinna mieć chyba przyzwoitego kuratora.
Także osoby, które wiedzą o przestępstwach, których ofiarami są dzieci a nie informują o tym prokuratury, powinny być karane wysoką grzywną.
W związku z powyższym wydaje sie jedynie słuszne wzorowanie się na działalności specjalnych komisji w państwach zachodnich co niestety nie jest możliwe w aktualnej sytuacji politycznej. Wyszłaby z tego karykatura.
Trzeba także podkreślić, że wygłaszana czasem opinia jakoby pedofilia występowała w kościele w takiej samej proporcji jak i w społeczeństwie świeckim jest zupełnie nieuprawniona, bo tylko księży i zakonników katolickich obowiązuje celibat, zresztą dopiero od XI wieku. A celibat powoduje, jak twierdził mój zmarły mąż, że sperma uderza im do głowy.

Przerażające milczenie Wywiad

– Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

 

KAMILA TERPIAŁ: Jesteśmy już po obejrzeniu filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Widział pan go w warszawskim kinie Luna przy pełnej sali, ja też. Film bije rekordy popularności. Box Office jest najlepszy od 30 lat. Spodziewał się pan aż takiego zainteresowania i poruszenia?

STANISŁAW OBIREK: Nie spodziewałem się, chociaż z drugiej strony temperatura reakcji jeszcze przed premierą była pewnym przygotowaniem na to wydarzenie społeczne. Film odkleił się od samego filmu i stał się ważnym faktem społecznym. To nie jest tylko film kontrowersyjnego reżysera, ale przede wszystkim dotknięcie ważnej społecznie sprawy.

 

Napisał pan, że to film o słabościach polskiego społeczeństwa. Potrzeba nam takiego lustra, w które możemy spojrzeć?

Każde społeczeństwo potrzebuje takich wstrząsów, żeby dostrzec sprawy, które umykają refleksji. Warto to zobaczyć nawet w szerszym kontekście. Mamy tendencję postrzegania siebie jako ofiary, społeczeństwo gnębione przez innych, a mniej dostrzegamy siebie jako podmiot historii. Popkultura, jaką jest niewątpliwie film, stanowi krzywe zwierciadło, w którym możemy na przykład dostrzec, że to nie żaden wróg z Zachodu psuje nam demokrację, ale my sami w tym uczestniczymy. Niektórzy nazywają to pamięcią wielokierunkową, która polega na tym, że aby coś zobaczyć, potrzeba bodźca z zewnątrz. Michael Rothberg napisał na ten temat książkę, zatytułowaną właśnie tak – „Pamięć wielokierunkowa”, w której podaje wiele przykładów, jak taki bodziec działa. On otwiera nas na to, co oczywiste, ale my jednak tego nie widzimy. To są skomplikowane mechanizmy, ale akurat w tym wypadku zadziałały.

Zobaczyliśmy, że tajemniczy kler to nie jest zniewalająca społeczeństwo grupa trzymająca władzę. Wojciech Smarzowski zrobił film o społeczeństwie. W liście do Hebrajczyków jest zdanie, że „kapłan jest z ludu wzięty i do ludu posłany”. I film dokładnie to pokazuje – księża, którzy są pokazani w ostrym świetle, jako praktykujący 7 grzechów głównych, wyszli ze społeczeństwa, które na to pozwala i cały czas obdarza ich autorytetem, przymyka oczy na łamanie zasad współżycia społecznego.

 

W wielu przypadkach na łamanie prawa.

Prawa i moralności… W „Drogówce” ten sam reżyser pokazał wiele kryminalnych i mafijnych zachowań, które mają miejsce wewnątrz policji. W tym wypadku mamy jednak sytuację ostrzejszą, bo Kościół jest instytucją, która ma dbać o moralność, tworzyć wzorce zachowań i piętnować grzechy. W zachowaniu ludzi Kościoła i prawicowych mediów mamy cały czas do czynienia z napominaniem, grożeniem palcem i wskazywaniem, jak powinno być. Na tym polega paradoks. Okazuje się, że najbardziej korupcjogenną i grzeszną grupą społeczną są ludzie, którzy z urzędu powinni świecić przykładem i wzorem. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których ten film cieszy się takim powodzeniem. Ludzie zobaczyli w końcu coś, co do tej pory było tematem tabu.

 

Wojciech Smarzowski mówi wprost, że „musimy w końcu zobaczyć w księżach ludzi, a nie świętych”. Czyli udało się?

Tak, udało się! To zdanie jest pewnym kluczem do tego filmu. Dowiedziałem się niedawno, że Wojciech Smarzowski pochodzi z Podkarpacia, ja też pochodzę z tego rejonu i wiem, jak to wygląda na prowincji. Przypomnijmy, że tam właśnie działał biskup, który przekonywał, że to ofiary pedofilii kuszą księży, i prokurator, któremu udało się przekonać sąd, że pedofil jest właściwie niewinny i jest ofiarą pomówień. Polska wiejska i małomiasteczkowa jest szczególnie naznaczona niekrytykowaniem księży i Kościoła, który już w transformację wszedł jako niekwestionowany autorytet i „męczennik”.

Sam Kościół zresztą pielęgnuje mit męczennika, który przez okres zniewoleń i PRL-u przeniósł nienaruszalny depozyt wiary. Ten film tego właśnie dotknął, kazał spojrzeć na tych, którzy są wokół nas, obnażył kłamstwo, na które chcąc czy nie chcąc się godzimy. Chodzi nie tylko o społeczeństwo, ale także partie polityczne i inne struktury państwa, jak sądownictwo czy policja. Kordon bezpieczeństwa wokół księży trwał i jeszcze trwa…

 

Jak długo? Czy kiedyś uda się w końcu osiągnąć rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa?

Głosy są podzielone. Optymiści przekonują, że film Wojciecha Smarzowskiego włączył się w proces dekompozycji Kościoła, który trwa od kilku lat. Temat pedofilii przestał być w mediach tematem tabu już jakiś czas temu. Zaczyna się o tym głośno mówić, zapadają wyroki skazujące księży i Kościół jako instytucję. Media, które jeszcze kilka lat temu omijały ten problem szerokim łukiem, teraz już drążą temat. Nie mówię oczywiście o napastliwej publicystyce prawicowych mediów, które zamykają oczy na rzeczywistość i trwają w nieprzemakalnej mowie nienawiści. Ale problem zauważa na przykład jezuicki portal Deon.pl, dominikanie, niektórzy księża, a nawet biskupi.

 

Pan należy do tych optymistów?

Z natury jestem optymistą, ale jak wiemy młyny kościelne mielą wolno i zmiany tam zachodzące często są niedostrzegalne. Ale przecież trzeba zauważyć, że to nie jest tak, że ten film pojawił się w próżni. Zbiegło się to z pontyfikatem papieża Franciszka, który zmienił kurs z obronnego i krytykującego świat, na autokrytykę i autorefleksję. Jesteśmy po głębokim rachunku sumienia niektórych lokalnych Kościołów, jak chilijskiego, w którym cały episkopat podał się do dymisji. Ze strony Watykanu pojawiło się światło, że nie tylko wolno, ale trzeba to robić.

Od 20 lat trwa samooczyszczanie Kościoła amerykańskiego, dołączył do niego irlandzki czy niemiecki. W chwili globalnej wymiany informacji takie rzeczy się rozpowszechniają. Nawet uwzględniając polską specyfikę, szczególną rolę katolicyzmu w społeczeństwie, a może właśnie dzięki temu, nakaz rozliczenia się tej instytucji z błędami i przestępstwami, których dopuszczali się niektórzy księża, jest nakazem chwili. Niedawno odbyła się ogólnospołeczna akcja zawieszania dziecięcych bucików na ogrodzeniach wokół kurialnych budynków, aby zwrócić uwagę na pedofilię w Kościele, działa fundacja „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom księży pedofili.

To nie jest jeszcze powszechne ruszenie, ale sygnałów wskazujących na to, że Kościół przestał być „świętą krową” jest wiele. Dlatego jestem optymistą, wierzę, że coś się zmieni.

 

Powstanie raport o pedofilii w Kościele? W Irlandii to był kulminacyjny moment wyznania win.

Ten raport już powstaje. Fundacja „Nie lękajcie się” gromadzi materiały…

 

Pytam o raport samego Kościoła.

Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak zapowiedział, że taki raport powstanie. Niektórzy biskupi podają nawet konkretne dane. Taką deklarację złożył także rzecznik wpiskopatu ds. przeciwdziałania pedofilii w Kościele jezuita o. Adam Żak. Jestem jednak realistą i wiem, że Kościół robi pewne rzeczy tylko dlatego, że są na nim wymuszane. Dlatego wiele zależy od polityków, dziennikarzy i od nas wszystkich.

Myślę, że sam Kościół tego nie zrobi, bo nigdy niczego nie robił sam z siebie, ale jeżeli presja społeczna będzie wystarczająco silna, to nie będzie miał wyjścia.

 

Na razie alergicznie zareagował na film „Kler”. To jest przygnębiające.

Chciałem wspomnieć film „Spotlight” o raporcie dziennikarzy „The Boston Globe” na temat pedofilii w Kościele. Sam raport powstał na początku XXI wieku, a film kilkanaście lat później. To nie jest problem tylko polskiego społeczeństwa. Nawet w społeczeństwie amerykańskim, mimo tradycji dojrzałej demokracji, trudno było ten „system” złamać. Teraz jesteśmy już w innym momencie, nie ma już próby organizowania „miękkiego lądowania” odpowiedzialnym za to zło, jak to było w przypadku kardynała Bostonu Bernarda Law, który nie tylko nie poniósł prawnej odpowiedzialności, ale otrzymał od Jana Pawła II zaszczytne stanowisko w Rzymie.

Opór materii jest i będzie, ale to nie znaczy, że trzeba składać broń i się poddawać. Temu też służy nasza rozmowa, w której próbujemy pokazać, jak działają te mechanizmy. Przyznanie się do błędu, a zwłaszcza takiego, nigdy nie jest łatwe. Teraz to od nas zależy, czy pozwolimy, aby Kościół wymigał się od odpowiedzialności.

 

Z drugiej strony film pokazuje, że Kościół i duchowni mogą wszystko… Nawet teraz, przy takiej władzy, Kościół może dużo. Nie może pozostać nieprzemakalny na taką społeczną presję?

Użyłbym jednak słowa w czasie przeszłym – mógł dużo. Przy obecnym spleceniu Kościoła z władzą, zwłaszcza pewnej części Kościoła, możemy się temu przyjrzeć jako patologii, która przecież nie będzie trwała wiecznie. Możemy, a wręcz musimy przyglądać się także nadużyciom władzy usprawiedliwiającej, a nawet finansującej Kościół i potem z tego finansowania go nierozliczającej. Widzimy podwójne standardy, które stosuje władza wobec Kościoła i Kościół wobec władzy. To jest pewien moment, który jeszcze trwa, ale to, że powstał ten film, zobaczyło go już ponad milion widzów, dyskutujemy o nim, świadczy o tym, że ludzie potrzebują nowego języka, aby o tym mówić.

Sztuka takiego właśnie języka dostarcza: ośmiela, wskazuje, daje możliwości interpretacyjne i analityczne. Możemy już chyba mówić o Kościele po „Klerze”. Wydaje mi się, że tak teraz będziemy patrzeć na stosunki Kościół-państwo.

 

„Głęboko wierzę, że ten film może się przyczynić do głębokiej rewolucji w mentalności Polaków” – powiedział w jednym z wywiadów Arkadiusz Jakubik, który zagrał genialnie postać księdza Andrzeja Kukuły. Zgadza się pan z nim?

W całej rozciągłości. Ta postać pokazuje, także w filmie, że są osoby niejednoznacznie negatywne. A z tym zdaniem zgadzam się w stu procentach. Ostatnio także Jurek Owsiak powiedział, że to jest dla niego najważniejszy film 30-lecia. Nie oceniam artystycznie tego kina, ale ze względu na to, że po raz pierwszy dotknął funkcjonowania Kościoła w przestrzeni publicznej, i to w bardzo różnych aspektach.

Pedofilia jest przecież jednym z elementów, jest także korupcja, niejasne finanse, worki pieniędzy – to wszystko zostało pokazane z chirurgiczną precyzją.

 

Przeczytałam recenzję mojego kolegi dziennikarza, blisko związanego z Kościołem, i on twierdzi, że to bardzo bolesne, bo może palcem wskazać takich ludzi.

O tym mówił też były ksiądz Piotr Szeląg, który był konsultantem tego filmu. Pierwowzorów nie trzeba daleko szukać. Jest to genialnie podpatrzona kronika wypadków, wpadek wielu biskupów i księży. Wojciech Smarzowski nie potrafi udawać, że nie pada, jeżeli pada. Nie może być tak, że wobec biskupa czy księdza alkoholika będą stosowane inne normy oceny niż wobec zwykłych śmiertelników. To samo dotyczy nadużyć finansowych czy pedofilii.

 

Wojciech Smarzowski mówił, że po premierach w różnych miastach zgłaszali się do niego ludzie, aby opowiedzieć o tym, że byli molestowani przez księży. Arkadiusz Jakubik zadedykował go koledze-ministrantowi, który ponad 20 lat temu był molestowany przez księdza. Swoją historię przypomniał reżyser Andrzej Saramonowicz. Pan zna takie osoby?

Tak, znam, tych historii jest bardzo dużo, przypomnę głośną sprawę jezuity Krzysztofa Mądla, która była medialnie komentowana. Ja sam byłem molestowany jako ministrant przez dwóch księży. Nie jest to dla mnie dramatycznie ważne, ale taki jest fakt. A o tym, jak bardzo jest to powszechne, świadczy to, jak wielu ludzi sobie to przypomina albo na nowo przeżywa.

Dla mnie o wiele trudniejszym i dramatyczniejszym zjawiskiem jest to, że molestowane dzieci nie miały tego komu powiedzieć. Rodzice nie wierzyli, stygmatyzowali dzieci, uważali, że to one są winne, albo po prostu milczeli. Nie było zdolności nazwania tego, było za to poczucie winy, wstydu i grzechu. Być może ten film da nowy język ofiarom i wzbudzi empatię.

 

To przerażające, że dorośli, rodzice, opiekunowie nie są w stanie obronić tych bezbronnych…

Przerażające jest to, że ludzie nie czują żadnej empatii, nawet w stosunku do dzieci. Są w stanie oskarżyć ofiary o to, że chcą tylko wydrzeć pieniądze i zaszkodzić Kościołowi. To jest rodzaj wzbudzania winy w ofierze, a o zbrodniarzach, przestępcach i pedofilach się zapomina.

Jeden z księży, który mnie molestował, popełnił samobójstwo po artykule w tygodniku „Nie” w latach 90. Byłem wstrząśnięty, gdy to przeczytałem, i dokładnie pamiętam, kiedy i gdzie. Byłem wtedy na lotnisku w Balicach i oglądając gazety na stoisku rzucił mi się w oczy krzyczący tytuł. Myślałem o jego ofiarach, bo artykuł był oparty na rozmowach z byłymi ministrantami, którzy byli ofiarami tego księdza. Jednak myślałem również o nich. Choć z nikim nie mam kontaktu, wiem, że takie doświadczenie potrafi naznaczyć na całe życie, czasem je po prostu złamać. Przecież ofiary też popełniają samobójstwa.

Dla mnie to jest bardzo poważny problem społeczny. Trzeba umożliwić ofiarom nazwanie tego, co się stało, oraz zaakceptowanie tego przez najbliższych i rodziny. To będzie sprawdzian dojrzałości społeczeństwa. Film pokazuje, że jesteśmy niedojrzałym społeczeństwem, które nie potrafi nazwać rzeczy, które są bolesne dla znacznej części jego samego. Jeżeli Wojciechowi Smarzowskiemu uda się pomóc w tym bolesnym i powolnym dojrzewaniu, to będzie należał mu się pomnik.

 

Jak bardzo trudno jest żyć z takimi wspomnieniami?

Garb bycia ofiarą księdza pedofila jest bardzo duży. Przerażająca jest też zmowa milczenia, wiele osób wie, że tak się dzieje, ale nie chce o tym mówić. I to nie tylko w kręgach kościelnych, chodzi też o autorytety naukowe, ludzi show-biznesu albo po prostu członka rodziny.

Tych „trupów w szafie” jest dużo. Nie chodzi o to, aby rozpocząć teraz polowanie na czarownice i aby dochodziło do społecznych, masowych linczów. Ale potrzebne jest elementarne rozliczenie i prewencja, bo to cały czas dzieje się na naszych oczach. „Bestie” są wypuszczane na żer, jak napisał jeden z autorów, który się tym tematem zajmuje zawodowo, tolerowane, przenoszone z parafii na parafie, to trzeba ukrócić i temu zapobiec.

 

Dużo pana, jako ofiarę, kosztowało to, aby zacząć o tym mówić?

Tak, to jest bardzo trudne i przykre, a nawet bolesne. Ciągle się zastanawiałem, czy coś ze mną było nie tak, że na to przyzwoliłem, że nie potrafiłem się przeciwstawić, uciec… Należę do milczącej większości, nie wracałem do tego przez dziesięciolecia. Dopiero taka rozmowa jak nasza czy emocje towarzyszące mi po obejrzeniu filmu „Spotlight” (bo wtedy powiedziałem o tym publicznie pierwszy raz w recenzji z tego filmu opublikowanej przez portal „Kultury Liberalnej”) spowodowały, że uznałem, że dla prawdy tego, co mówię, powinienem uwzględnić ten wstydliwy i bolesny fragment mojej biografii. Ale to zawsze jest bardzo trudne.

Chciałbym nie włączać tego w moją opowieść, ale to się stało. Uważam, że uczciwość intelektualna i duchowa domaga się tego, skoro tak było, to trzeba o tym powiedzieć.

 

Jak wiele zmieniłoby słowo przepraszam?

Sam nie wiem, ale mam wrażenie, że księża pedofile zatracili zmysł moralny, nie dostrzegają, jak wielkie spustoszenie za ich sprawą dokonuje się w psychice dziecka. Po tych doświadczeniach oddaliłem się od Kościoła i byłem przekonany, że to oddalenie będzie ostateczne. Stało się inaczej. Potem jako student zbliżyłem się do zakonu benedyktynów, a potem jezuitów. Decydując się na wejście do struktur kościelnych na nowo opowiadałem o tym, ale spotkałem się z absolutnym milczeniem. Tak jakby nic się nie stało. To było dla mnie najbardziej przerażające.

 

A jednak zdecydował się pan wejść w te struktury.

To jest tajemnica wejścia i wyjścia… Myślę, że jedno i drugie było dobrą decyzją.

 

I mimo wszystko jest pan optymistą?

Nie chcę być optymistą za wszelką cenę. Uważam, że lepsza jest rozmowa, mówienie i nazywanie niż milczenie. Wspólnie uczymy się nowego języka i nazywania rzeczy przykrych i trudnych, ale jednak nazywania. To oznacza, że zdrowiejemy.

Księże nieuku, przeczytaj

Raz jeszcze okazało się, że polscy księża katoliccy nie znają, lub nie chcą znać, obowiązującego w Polsce prawa. Ale lubią nim posługiwać się w obronie swych interesów. Czyli księżowskiej kasy.

Znany katolicki celebryta ksiądź Tadeusz Isakowicz-Zalewski zagrzmiał na Facebooku w stronę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„W imię jakich wartości podległa Panu instytucja z kieszeni polskich podatników/w tym katolików/opłaciła film „Kler”? Zwłaszcza, że tylu innym projektom odmówiono?” .
Dołączył się do akcji w Internecie upowszechniającej ulotkę o treści:
„Skandal w ministerstwie Kultury, a nie w Kościele. Minister Piotr Gliński dofinansował najnowszy ohydny film Wojciecha Smarzowskiego, który jednoznacznie i tendencyjnie pokazuje polski Kościół”.
Na to minister Gliński odparował na Twitterze: „Informuję, że NIE DALEM ANI GROSZA na ten cel. Był on natomiast finansowany decyzjami p. Odorowicz i Sroki – b. dyrektorek PISF, mianowanych przez poprzedników. Na których działania – zgodnie z prawem, niemieliśmy wpływu”.

W odciecz panu wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu ruszył prawicowy, poPiSowski tygodnik „Do Rzeczy”. Publikując artykuł „Kasa na „Kler” podpisany przez Agnieszkę Niewińską.
Dziennikarkę, która, podobnie jak ksiądz Isakiewicz-Zalewski, wprowadza w błąd opinię publiczną.
Redaktor Agnieszka Niewińska pisze, że „PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej, zasilił konto producentów „Kleru” kwotą 3,5 mln zł z wnioskowanych przez nich 4 mln zł. Całkowity koszt produkcji wnioskodawcy określili n blisko 10,5 mln zł”.

I dalej długo wyjaśniała, że „panie dyrektorki” Instytutu zostały mianowane przez poprzednich ministrów kultury. Co rzeczywiście prawda jest.

Prawdą też jest, że tylko jedna trzecia środków przeznaczonych na film „Kler” pochodziła z funduszy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytutu powołanego mocą ustawy o kinematografii z 2005 roku.
Jestem współautorem tej ustawy. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że katolicki celebryta ksiądz Isakiewicz-Zalewski i redaktor Niewińska nie piszą prawdy.
Pieniądze Instytutu nie pochodzą z „kieszeni polskich podatników”, czyli wszystkich obywateli RP. Pochodzą z podatków i dani płaconych przez wszystkie instytucje korzystające z polskich filmów i zarabiających na ich upowszechnianiu.

Płacą właściciele kin. W Polsce dominują zagraniczne korporacje. Amerykańskie, izraelskie, europejskie. Płaca stacje telewizyjne TVN, Polsat i TVP SA. TVN to kapitał z USA. Płacą telewizje płatne. HBO, „Canal+” i inne. Też zwykle należące do zagranicznych właścicieli. Płacą producenci sprzętu służącego do odtwarzania filmów, czyli kapitał azjatycki, europejski, amerykański. Płaci polskie Lotto.
Płacą, bo tak napisaliśmy wspomnianą ustawę, aby na polskie kino płacili wszyscy kapitaliści. Amerykańscy, żydowscy, azjatyccy i europejscy. I polscy też, bo to dla nich patriotyczny obowiązek i wielka przyjemność.
Zgodnie z obowiązująca ustawą Polski Instytut Sztuki Filmowej nie „daje” pieniędzy na produkcje filmów

tylko pożycza

ich producentom część planowanych kosztów produkcji. Zwykle do 50 procent kosztów.

Jeśli wyprodukowany film zarobi więcej niż jego koszty produkcji, to od razu

zwraca

pożyczone pieniądze od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niezwykle popularny film „Kler” pożyczone od Instytutu 3,5 miliona złotych szybko mu zwróci.

I te zwrócone miliony złotych Instytut będzie mógł pożyczyć na nowy projekt filmowy.
Na przykład na kolejny film o tak zwanych „żołnierzach wyklętych”. Tym razem bez gwarancji, że ten zrealizowany projekt pożyczkę zwróci. Bo do tej pory produkcje o tej tematyce nie cieszyły się taką popularnością jak teraz film „Kler”.

Zatem prawda jest taka.
• Producenci filmu „Kler” nie dostali pieniędzy z PISF tylko je pożyczyli.
• Pożyczone pieniądze pochodziły podatków i danin zapłaconych przez kapitalistów żydowskich, amerykańskich, azjatyckich, europejskich i polskich patriotów.
• Pożyczone pieniądze producent filmu „Kler” zwróci PISF.
• Instytut będzie mógł te pieniądze ponownie pożyczyć na kolejny projekt filmowy. O polskim papieżu albo o tak zwanych „wyklęciuchach”.

W ten sposób producenci i twórcy filmu „Kler” mogą wesprzeć nowy polski film o polskim papieżu.

 

PS. Ponieważ media komercyjne nie chcą informować, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa – proszę o upowszechnianie tej informacji. Kandyduję rzecz jasna z listy lewicy, czyli SLD – Lewica „Razem”.

Znaki

Nadchodzi noc, wieś coniedzielnym zwyczajem popije jeszcze wódeczki, zanim trafi między ciepłe piernaty, natomiast z wielkomiejskich kin wylewają się właśnie tłumy widzów, rozochoconych obejrzanym co dopiero filmem „Kler”.

 

Gdy tłumy dotrą do domów i „odpalą kompa” dowiedzą się na dodatek i tego, że poszukiwanym od lat „kretem” w Watykanie okazał się nie kto inny, a arcybiskup Głódź, który wprawdzie był – być może – nieświadomym współpracownikiem SB, ale jednak…
Słowem, po latach pokonkordatowych szaleństw (rezydencje, mercedesy, wykwintne jadło, 13 ha w prezencie dla każdej parafii, zwrot pałaców, kamienic, szpitali, typowanie wojewodów, prezydentów, dyrektorów, prezesów w zaciszu biskupich gabinetów) na polskie sługi winnicy Pańskiej – niczym meteory – spadają, zasłużone w znacznej mierze, kije-samobije. Po ujawnionych listach z nazwiskami księży, pełniących – obok posługi kapłańskiej – mało chwalebne funkcje TW SB, nadszedł czas na kwestie jeszcze bardziej obrzydliwe, czyli – seksualne wykorzystywanie dzieci.
Mogłabym mieć nieco satysfakcji – w latach 90-tych, gdy publiczne podważanie „kierowniczej roli” biskupów, proboszczów, wikarych skazywało dziennikarza na społeczną izolację i infamię, o wyżej opisanych kwestiach zdarzyło mi się pisać wiele razy. A okazji było aż nadto. Nigdy nie zapomnę samobójczyni z małej wsi po-PGR-owskiej z okolic Wschowy, Zofii Piszczyk, której miejscowy proboszcz odmówił pogrzebu. Odmówił nie przez to, że samobójstwo – w tym przypadku z głodu – jest czynem przez Kościół katolicki potępianym, ale przez to, że sąsiedzi wcale od zmarłej nie bogatsi, nie zdołali zebrać wystarczającej ilości pieniędzy, aby pogrzeb opłacić. A pieniądze proboszczowi były potrzebne, gdyż właśnie nabył… kilkuletniego mercedesa w kolorze jasnego miodu, co to pięknie się prezentował przed świeżo odnowioną plebanią, w słońcu, pod rozłożystą akacją…
Ileż tego było…
A ten miły wieczór w Pałacu Biskupim w Poznaniu, gdy abp Stroba goszcząc komendantów policji, szczypnął pieszczotliwie jednego w policzek, a drugiego pociągnął za ucho…
Ucho, tym razem już symboliczne, nieustannie nadwerężane, urwało się i dzban… Wiadomo.
Pytanie tylko: Co dalej? Nie z jakimś np. ks. Stryczkiem (nomen omen), a z tym, co pomagało wielu żłobić drogę, po której – wolniej lub szybciej – posuwali się od narodzin do śmierci? Co formowało ich sumienia, porządkowało życie osobiste, rodzinne, pozwalało przetrwać chwile najcięższe?
Z wiarą, z życiem religijnym, z chrześcijaństwem, w chwili, gdy instytucja, mająca je umacniać, na swe własne życzenie doznała tak potężnego wstrząsu?
1. Z dzieciństwa zachowałam trzy skromne przedmioty. Krzyż harcerski, pudełeczko po komunijnym różańcu i książeczkę do nabożeństwa. W tej ostatniej śmieszą mnie ślady użycia gumki do mazania i ołówka, którym pilnie podkreślałam grzechy, co to należało je wyznać księdzu na spowiedzi (z biegiem lat, ołówek wędrował ku charakterystycznym dla wieku przykazaniom). Gdzieś w głębi przetrwały jednak nazwy grzechów głównych, nigdy nie zamazała się też w pamięci treść 10 przykazań.
Podobnie jak nigdy nie wygasł ani zachwyt dla pięknie brzmiących kościelnych organów, łacińskich modlitw, woni kadzideł, śpiewu gregoriańskiego, potęgi chóralnych zmagań, ani wiara, już nie tyle w życie pozagrobowe i sąd ostateczny, co w istnienie łagodnych aniołów stróżujących, dobroć Matki Bożej czy św. Franciszka… I ilekroć ozwie się w jakimś znanym czy mało znanym mi człowieku zwykła dobroć albo choćby życzliwość, zawsze słyszę i widzę w tym dotknięcie Absolutu. Tak już mam. Ja – dawniej dziennikarz, piszący z pozycji antyklerykalnych.
2. Co będzie potem, po tej burzy, jaka przetoczy się przez Polskę wielkomiejską (na wsi, co drugi głośno już gada, że nie da na tacę… Resztę zdania pominę). No, coś będzie. I nie będzie to dobre, jak się dzisiaj można by spodziewać. A były przecież „znaki”…
3. W pobliskiej wiosce jest śliczny, poniemiecki kościółek wzniesiony na wzgórzu, tuż nad zawsze zielonym stawem. Nieopodal mieszka bogobojna rodzina B. Wierzący, praktykujący, żyjący wedle przykazań. Dziadkowie dobijają 90-tki, ich synowie i córki (liczna gromadka) – 60-tki, wnukowie (tych już trudno zliczyć) są w sile wieku, zatem rodzą się z nich jeszcze liczniejsze prawnuczęta. Ręce dziadka – jak splecione powrozy, ręce babki – jak kosteczki okryte siateczką zmarszczek. Gdy rodzina raz do roku stanie do fotografii, przedstawia się jak wielka korona drzewa, pełna świeżych pączków i liści, mocno oplatająca silny pień, co wrósł w ziemię dwoma mocnymi korzeniami.
Babka dba o miejscowy„kościółek”, sprząta, omiata, czyści liturgiczne sprzęty. I stara się nie dostrzegać młodego wikarego, jak ten drogim autem, w cywilu (dżinsy, modne skórzane buty i koszula, najnowszy trend) zajeżdża z nową jakąś panną, co zakonną siostrą z całą pewnością nie jest. Babka przeżyła też i taki moment, gdy jakiś dawny proboszcz sprzedał śliczną plebanię, zanurzoną w gąszczu piwonii i wysokich słoneczników, bo mu niepotrzebną była. Nowymi nabywcami okazali się… zielonoświątkowcy.
Z babką B-ową poszłyśmy kiedyś obejrzeć stare, od lat milczące organy. Ktoś powrzucał między drewniane piszczałki stare chorągwie, zatem zabrałyśmy je stamtąd, piszczałki ustawiłyśmy tak jak winny stać i po godzinie odkurzania, zdejmowania pajęczyn, udało się z nich wydobyć kilka prostych melodii. I wtedy Babka B-owa rozmarzyła się – przy dźwięku tych organów brała ślub, chrzciła kolejnych synów i córki, chowała swych rodziców i braci. Ileż by dała, aby stare, skromne, wiejskie organy znów wydały głos…
Jak się zorientowałam, było to bardzo kosztowne marzenie. I, aby nie rozwiać tych nierealnych projektów, nie pojechałam tam więcej.
Ale zanim wyjechałam, późnym popołudniem Babka B-owa zaprowadziła mnie do małej skrytki, pod chórem. Leżały tam pudła ze świecami, lichtarze, alby, komże, stare śpiewniki w czarnej oprawie.
Zaś na samym dole, na płóciennych noszach spoczywała gipsowa figura Chrystusa naturalnej wielkości. Raz do roku, na Wielkanoc, z wielkim trudem wydobywano ją z niszy i przenoszono do kościoła.
Widocznie nie czyniono jednak tego z należytą ostrożnością, bo figura w czasie przenosin doznała wielu zniszczeń. Odłamany kawałek palca, zagubiony fragment ucha, poorana szata, uszkodzony oczodół.
Długo stałam i patrzyłam.
I wreszcie przyszło mi na myśl, że coś bardzo ważnego dla wielu – jakoś tak, niepostrzeżenie, z winy i zaniedbania kustoszy dziedzictwa – przeminęło.
A nawet – skończyło się.
I że – tego jednak żal.

Smutna monachomachia naszych czasów

Krytycy, a raczej kręgi potępiające film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego odmawiają mu wiarygodności, określając go jako antyklerykalną czy nawet antykatolicką i antyreligijną agitkę propagandową, „atak na Kościół”.

 

Używają przy tym argumentu, według którego spiętrzenie w tym filmie katalogu najgorszych zjawisk z życia polskiego kleru, jednostronna kumulacja wyłącznie niemal jego przywar, ohydy i okropności, odbiera temu utworowi prawdę. Gdyby stosowanie tego rodzaju argumentu było uzasadnione, to większość dzieł literackich czy filmowych, zaliczanych do nurtu realizmu musiałaby zostać wykreślona z tego nurtu w sztuce.

 

Czym jest realizm?

Rolą dzieła sztuki nie jest jednak literalne dokumentowanie całego spektrum zjawisk w danym społeczeństwie i w poszczególnych jego warstwach, w jakiejś epoce. Nie byłaby bowiem powieścią realistyczną „Lalka” Bolesława Prusa, skoro jej bohaterem jest zdeklasowany szlachcic bogacący się jako kupiec, jego perypetie uczuciowe stanowią istotny składnik powieści, a spektrum zjawisk i postaci daleki jest od pełnej panoramy społecznej ówczesnego, bytującego pod zaborem rosyjskim społeczeństwa polskiego, a nawet tylko Warszawy schyłku XIX wieku. Już sam tylko całkowity niemal brak w fabule powieści jakichkolwiek znaków przemożnej przecież obecności rosyjskiej, mógłby podważyć realistyczną kwalifikację tej powieści. Nie można by też uznać za wielkie dzieło rosyjskiego realizmu krytycznego „Martwych duch” Mikołaja Gogola, bo zawarta w nim syntetaza ducha XIX-wiecznej Rosji wyłania się z dziwnej groteskowej opowieści z życia dziwadeł ludzkich na tamtejszej głuchej prowincji, a kupiecki koncept skupowania „martwych dusz” nijak się ma do rzeczywistych problemów narodu rosyjskiego tamtych czasów. Na podobnej zasadzie można by podważyć realizm „Ojca Goriot” Honoriusza Balzaca, gdyż z powieściowego pensjonatu pani Vauquer położonego w zaułku na ówczesnych peryferiach Paryża i z historii córek okrutnie traktujących swojego ojca, bynajmniej nie da się wywieść literalnej, spełniającej kryterium realizmu, panoramy duchowej i społecznej ówczesnej Francji, a jednak takie miejsce ma to dzieło w historii literatury powszechnej. Podobnie jest z „Klubem Pickwicka” Charlesa Dickensa, który w ramie silnie nasyconej groteską opowieści o wędrówce dziwacznych panów po wiktoriańskiej, prowincjonalnej Anglii pomieścił wiele charakterystycznych rysów społecznych, ekonomicznych i moralnych epoki. Podobnie jest z filmem. „M-morderca” Fritza Langa z 1930 roku, realistycznym kryminałem dotykającym wąskiej kwestii ścigania seryjnego – mordercy psychopaty, a mimo to uznanym za przeczucie zbliżającego się hitleryzmu. Dzieła włoskiego neorealizmu z „Ziemia drży” Luchino Viscontiego, „Rzymem, miastem otwartym” Roberto Rosseliniego czy „Złodziejami rowerów” Vittorio de Sica też dalekie były od reprezentatywności w ukazywania powojennego społeczeństwa włoskiego, a mimo to nie tylko nikt im nie odmawiał przynależności do realizmu, ale metoda według której zostały zrealizowane stała się na długie lata ważnym punktem odniesienia a nawet wzorem dla europejskiego kina. Podobnie było z amerykańskim „kinem drogi” przełomu lat 60-tych i 70-tych („Swobodny jeździec” Dennisa Hoppera, „Nocny kowboj” Johna Schlesingera czy „Strach na wróble” Jerry Schatzberga), których twórcy w formułę opowieści o wędrówkach włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa wpisali niepokoje całej ówczesnej Ameryki. A – by odwołać się na koniec do przykładów rodzimych – czyż dramatyczna historia prowincjonalnego przodownika pracy w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, daleka przecież od pełnej panoramy polski bierutowskiej, nie stała się, pars pro toto, odniesieniem do kluczowych problemów PRL na przestrzeni całego ówczesnego ćwierćwiecza? I czy odmawiano atrybutów realizmu, iście gogolowskiego, koronnemu dziełu nurtu „moralnego niepokoju”, „Wodzirejowi” Feliksa Falka, który smutną panoramę schorzeń Polski „przedsierpniowej” zawarł w historii prowincjonalnego pracownika frontu rozrywki estradowej i jego otoczenia? Realizm w sztuce to nie realizm reportażu, newsa dziennikarskiego, książkowej monografii naukowej czy opowieści dokumentalnej. Skrót jest w nim uprawniony, poza tym że zwyczajnie konieczny. Smarzowski jest wybitnie wrażliwym sejsmografem nastrojów, niepokojów czy przeczuć społecznych. Przeczuł zatem, że w katolickim polskim społeczeństwie dojrzał już imperatyw, by bez złudzeń spojrzeć na instytucję, z którą jego ciągle znacząca część jest mniej czy bardziej związana. Krytycy filmu pytają, dlaczego Smarzowski zajął się zepsuciem występującym akurat w konkretnej społeczności, w grupie zawodowej jaką jest kler, a nie w innej, skoro wybór – rzekomo – jest tak duży. A otóż zajął się już inną grupą: w „Drogówce” i niewykluczone, że zajmie się też kiedyś inną grupą, n.p. światem polskiego biznesu, dziennikarzami, prawnikami czy nauczycielami. Jest natomiast bardzo silny argument za tym, że celowe i uzasadnione było zajęcie się w pierwszym rzędzie klerem. Otóż ani biznesmeni, ani dziennikarze, ani nauczyciele, ani przedstawiciele żadnej innej profesji nie kreują się, głównie samozwańczo, przy biernej na ogół akceptacji społecznej, na „pierwszych w narodzie”, jako kapłani najważniejszego i masowego wyznania religijnego, na nauczycieli, wychowawców i przewodników milionów „owieczek”. Z tego to przecież tytułu kler uzyskał w Polsce po 1989 roku wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w systemie prawnym, wymiarze ekonomicznym oraz w wymiarze prestiżu społecznego. A – zgodnie ze znaną formułą – „komu wiele dane, od tego wiele się wymaga”. Moralność osobista właścicieli sklepów spożywczych, kolejarzy czy artystów nie rozstrzyga w końcu o kształcie społecznej budowli, a weryfikacji podlegają te grupy wtedy, jeśli ich przedstawiciele łamią prawo. Kler natomiast uważa się i przez wielu jest uważany za „sól ziemi” polskiej, drogowskaz moralny, a na dodatek przypisywana mu jest – w dużym stopniu przesadzona i zniekształcona – rola historycznego wspornika narodowej egzystencji.

 

Nie dajcie się zwieść  zwiastunowi tego filmu

To, co uderza już po kilkunastu minutach oglądania „Kleru”, to powód do kompletnego zaskoczenia, jakie może być udziałem kogoś, kto przed pójściem do kina oglądał w telewizji czy w sieci trailera (zwiastuna) tego filmu. Sklepany z nielicznych skrawków sprawia wrażenie, jakby „Kler” był zrealizowany (scena prześmiewczej piosenki odgrywanej przez bohaterów filmu, ostro balujących bawiących na parafii czy strzelanie z procy przy akompaniamencie nucenia: „Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”) w hipersatyrycznej stylistyce totalnej „szydery”, w stylistyce charakterystycznej dla takich pism jak tygodniki „Nie”, „Fakty i mity” czy francuski „Le Canard Enchainé”. Jednak ci, którzy spodziewali się po „Klerze” szampańskiej zabawy typu „głupi i głupszy” albo zjadliwej komedii środowiskowej, jakich dziesiątki powstają choćby w USA, mogą być zaskoczeni.

 

Wybitne kino społeczne

Film Smarzowskiego został zrealizowany w stylistyce i estetyce ascetycznej, dyskretnej, surowej, maksymalnie oszczędnej, w szarobrudnej, nieefektownej kolorystyce obrazu i w rytmie bynajmniej nie stymulującym emocji. Tempo filmu jest, jak na obecnie obowiązujące standardy, powolne (w niczym nie przypomina dynamicznego, pędzącego trailera), zastosowane zostały długie ujęcia, a montaż sprawia wrażenie jakby rozmyślnie nieco siermiężnego, wolnego od efektownych sztuczek. Dialogi dalekie są od stylistyki antyklerykalnych skeczów kabaretowych. Przez przeważającą część trwania filmu, jego akcji nie towarzyszy muzyka, co wzmaga odczucie realizmu i uwalnia od dodatkowej presji emocjonalnej na widza. Zrealizowany został w tonacji spokojnej, bez jakichkolwiek efekciarskich grepsów. Do tej poważnej tonacji dostroili się aktorzy (m.in. kapitalni Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, czy nie mniej wyborni Robert Więckiewicz, Stanisław Brejdygant, Joanna Kulig, Iwona Bielska). Grają swoje postacie serio, jak w dramacie społeczno-psychologicznym z prawdziwego zdarzenia, nie jak w satyrze. Jedynie biskupowi Mordowiczowi nadał grający go Janusz Gajos rys satyryczny, zastosowany jednak przez aktora w sposób bardzo delikatny, bez cienia szarży. Poświadczają to zresztą widzowie: podczas dwugodzinnego seansu nie było ani chichotu, ani jednego wybuchu śmiechu, o rechocie nawet nie wspominając. Stylistyka „Kleru” przypominała fragmentami skromne, wyciszone kino obyczajowe czechosłowackiego czy węgierskiego nurtu małego realizmu, jakie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robili choćby Milos Forman czy Marta Meszaros, polskie „kino moralnego niepokoju”, angielskie kino nurtu „młodych gniewnych”, Lindsaya Andersona, Karela Reisza czy Tony Richardsona czy społeczno-polityczne kino włoskie po neorealizmie Francesco Rosiego (n.p. „Ręce nad miastem” i „Szacowni nieboszczycy”) czy Damiano Damianiego (n.p.„Zeznanie komisarza policji przed prokuratorem Republiki”). „Kler” może też fragmentami budzić skojarzenia ze quasi-dokumentalną stylistyką „cinema verité” („kina prawdy”), jednego z nurtów kina europejskiego przełomu lat 60-tych i 70-tych. Smarzowski wykorzystał zresztą fragmenty dokumentalnych nagrań ze stanu wojennego czy pojawiający się w ciągu całego filmu motyw ukrytej kamery. Te asocjacje nie zmieniają zresztą faktu, że Smarzowski ma własną, indywidualną kaligrafię. „Kler” to film o ludziach nieszczęśliwych, samotnych, żałosnych, pogubionych na różne sposoby, ludziach w całej swej małości i złu nie pozbawionych rysów, odruchów dobroci i uczciwości. Ale i tak brzydkich i żałosnych, także z estetycznego punktu widzenia, jak otaczająca ich rzeczywistość. Dramatycznej tonacji filmu dopełnia finałowa, dramatyczna scena publicznego, na oczach tłumu wiernych i biskupa, samospalenia się księdza, jak się można domyśleć, w proteście przeciw złu panoszącemu się w jego instytucji. Wśród ateistów czy nawet tylko antyklerykałów ten film może nawet wywołać uczucie niedosytu czy nawet sprzeciwu: ani na jotę nie jest ani antyreligijny, ani nawet antyklerykalny. To dramat humanistyczny, którego bije prawda.

 

„Monachomachia” biskupa Krasickiego była weselsza

Tematyka „Kleru” może prowokować do skojarzeń z tradycjami artystycznymi związanymi z krytyką religii, Kościoła, kleru. W polskiej tradycji, w odróżnieniu od francuskiej, takich utworów jest niewiele. Poza „Matką Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Drewnianym różańcem” Ewy i Czesława Petelskich i „Urzędem” Janusza Majewskiego czy drugorzędnymi epizodami w kilku filmach, polskie kino nie tylko nie podejmowało, ale nawet nie dotykało tej problematyki. Może też się zdarzyć, że komuś przypomni się „Monachomachia” biskupa Ignacego Krasickiego, wydany przeszło dwa wieki temu, heroikomiczny epos, w którym w parodię „Iliady” Homera wpisana została wielopiętrowa drwina z przywar polskiego kleru zakonnego epoki saskiej. Ten archaiczny już dziś utwór, spetryfikowany przez stulecia jako lektura poczciwa, narodowa i prawie patriotyczna, przez dziesięciolecia także szkolna, nigdy tak naprawdę nie spełnił przewidzianej dla niego roli wyrzutu sumienia, choć dotykał spraw w Polsce akurat bardzo żywotnych i kluczowych. Jednak nawet krytyczna, satyryczna wymowa „Monachomachii” została złagodzona u samych początków i prześwietlona przez pogodną, słoneczną osobowość biskupa warmińskiego. Dlatego nawet jeśli komuś „Kler” skojarzy się z tamtym dziełem, to jako „monachomachia” naszych czasów, smutna, ponura, podła i nie pozostawiająca żadnych złudzeń. Odwracając oczy od „Kleru” i potępiając film, kler i wszyscy jego adherenci tracą okazję do spojrzenia w szczere zwierciadło, które mogłoby im pomóc. A widownia i tak masowo głosuje za „Klerem” swoją obecnością w kinach całej Polski. Niedługo być może już ponad milion Polaków zafunduje sobie długo w cichości serca wyczekiwaną odtrutkę od toksyn Kościoła katolickiego. W tym filmie jest wszystko, co miliony Polaków od dawna chciało pomyśleć i powiedzieć o Kościele, ale nie miało na to śmiałości i odwagi.

 

„Kler”, dramat społeczno-psychologiczny, film produkcji polskiej, Profil Film 2018, scenariusz (wspólnie z Wojciechem Rzehakiem) i reżyseria Wojciech Smarzowski, 133 min.

Mój kraj wpadł w ręce politycznych złoczyńców WYWIAD

Z profesorem nauk społecznych RADOSŁAWEM MARKOWSKIM, politologiem, socjologiem, specjalistą w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Od trzech lat mam coraz większe problemy z sondażami. Coraz mniej mówią mi o rzeczywistym poziomie poparcia dla sił politycznych, a coraz bardziej są narzędziem walki politycznej, pałką zamiast barometrem. No i zapewne źródłem dochodów pracowni badawczych. Są więc może przydatne politykom, zwłaszcza obozu rządzącego, ale nie wyborcom… Skąd ta ich niestabilność? Jednego dnia PiS ma według badań CBOS, w jednym sondażu 43 procent, trzecią siłą jest Kukiz ’15, a SLD jest pod progiem, a następnego dnia, w innym sondażu, czytam, że PiS ma 38 procent a Kukiz ’15 i SLD zamieniają się miejscami. I co biedny obserwator patrzący na takie wyniki ma myśleć?

W demokracji każdy obywatel ma prawo wiedzieć po pierwsze co sądzą na różne tematy ich współobywatele, a także co zamierzają czynić politycy. Niestety część dziennikarzy i tzw. intelektualistów publicznych głosi pogląd odnośnie do wyborów, nawiązujący do metafory rynku, że politycy to swoiste towary a my, konsumenci je kupujemy, przy czym kampanie to rodzaj promocji towarów. Nic bardziej błędnego niż ta metafora rynku. Oferty politycznej nie kupuje się jak czekolady, spodni czy auta. Trafna jest raczej metafora giełdy. Idąc na wybory inwestujemy swój czas, energię oraz wiedzę o politykach. I nasz ewentualny zysk czy strata zależą od tego, jak postąpią inni akcjonariusze. My nie możemy sami „kupić” sobie jakiegoś ugrupowania by rządziło, to wspólny wynik naszych decyzji powoduje, ze ktoś dochodzi do władzy. A teraz co do sondaży. Ponad dwadzieścia lat temu byłem wicedyrektorem CBOS. Wtedy badania były realizowane tak, ze trafialiśmy do ponad 80 procent wylosowanej próby; dzisiaj realizacja wynosi około 40proc., a i to jak się ma szczęście… I nie byłoby wielkiego problemu gdyby te 40 proc. było takie samo jak 60 proc. do którego docieramy mniej losowo. Ale nie jest. Co więcej, owa realizacja na poziomie 40 proc. nie jest równo rozłożona w kraju – mieszkańcy wielkich miast są w nich niedoreprezentowani, a mieszkańcy prowincji, wsi i np. ściany wschodniej nadreprezentowani. Problemem tych ośrodków jest to, że zatrzymały się na metodologii z lat siedemdziesiątych. By temu problemowi zaradzić na świecie stosowana jest metoda tzw. wielokrotnych imputacji, czyli sztucznego niejako dorzucania do badania cech osób, o których wiemy, że powinni się znaleźć w naszej próbie byśmy odpowiedzialni mogli mówić że próba jest reprezentatywna, a – z wyżej opisanych powodów technicznych – ich tam nie ma. Polskie ośrodki tego nie robią. Problem polega także na tym, że są one zdominowane przez socjologów, i socjologiczne przekonania o tym, jak wygląda społeczeństwo, podczas gdy na świecie są w nich także politolodzy i psycholodzy społeczni. I otóż ci socjolodzy ważą daną próbę według wieku, wykształcenia, płci, miejsca zamieszkania, a to nie ma wiele wspólnego ze społecznością polityczną – tą połową Polaków, która chodzi głosować. Zatem jeśli chcemy wiedzieć jak wygląda rzeczywiste poparcie dla partii politycznych powinniśmy „ważyć” – by użyć statystycznego żargonu – (niedoskonale zrealizowaną) próbę politycznie, a nie socjologicznie. Ci którzy głosują i ci którzy nie głosują, to są dwa różne zbiory – należy docierać do wspólnoty wyborczej, do tej połowy i na nich opierać prognozy wyników. W 2015 roku PiS dostało nieco ponad 37 procent ze wspomnianych 50 procent głosujących, obywateli. Inaczej: spośród 31 milionów osób uprawnionych do głosowania, otrzymało 5 mln 700 tysięcy głosów, czyli 18,6 procent Polaków uprawnionych do głosowania. A to oznacza, że 81 procent Polaków uprawnionych do głosowania nie poparło PiS albo aktywnie, popierając innych, albo biernie, nie popierając nikogo, nie idąc do wyborów. Mój aktualny szacunek jest taki, że z tych 5 mln 700 tysięcy zostało najwyżej około 5 mln 200 tysięcy. Nie należy wierzyć wynikom wspomnianych badań, dopóki nie przekonamy się, że badana jest owa wspólnota polityczna – czy konkretniej – wyborcza, a nie całe społeczeństwo i że dokonuje się owych imputacji, zastępowania poważnych luk w realizacji próby, a nie jedynie waży socjologicznie. Bez spełnienia tych warunków nie ma sobie co zaprzątać głowy takimi `wynikami`.

 

Poza metodologią badań, o której Pan mówi, w przestrzeni publicznej pojawiają się jednak także podejrzenia o manipulacje dokonywane w ośrodkach. To uzasadnione podejrzenie?

Choć nie wiem co jest gorsze, niechlujstwo czy manipulacja, to nie sądzę, aby dokonywano manipulacji poprzez proste dodawanie punktów do niektórych wyników. Co do znanych ośrodków obaw nie mam tym bardziej, że napisano wagony książek na temat tego jak można wpływać na wyniki badań innymi zabiegami, jak kolejność zadawania pytań, bądź stosowanie odpowiedniego słownictwa.

 

Po 2015 roku w przestrzeni publicznej pojawiła się jeszcze jedna hipoteza co do czynników zniekształcających wyniki badań: lęk przed takim deklarowaniem wyborczych preferencji, które mogłyby nie podobać się władzy. Czy to uzasadniona hipoteza?

Ośrodki wysyłają listy zapowiednie do wylosowanych, zapraszające ich do udziału w badaniu. Gdy odbiorca takiego zaproszenia zorientuje się, że firma, która się do niego zwraca, jest np. rządowa, a ten rząd zajmuje się także zastraszaniem różnych grup społecznych, to – rzecz jasna nie wszyscy – ale powiedzmy jakieś 10-20 procent bardziej lękliwych, albo takich, którzy mieszkają w rejonie w którym władza wyjątkowo parszywie się zachowuje, może obawiać się udzielania uczciwych odpowiedzi na temat swych politycznych preferencji. I nawet niekoniecznie muszą zadeklarować głosowanie na PiS, wystarczy, że ukryją to, że głosują na inną partię. W tej atmosferze, którą wytworzyła telewizja – nazywana dowcipnie – „publiczną” i cała machina propagandowa PiS, która demontuje demokrację w naszym kraju, która rozkłada trójpodział władz, ma za nic sądownictwo, która zastrasza, takie obawy są zasadne. Ja to zjawisko nazywam autorytarnym klientelizmem – tu pokazują marchewkę, tu cukierka, a tu kij. Klientelizm polega nie tylko na tym, że się daje, ale także na mechanizmie, zgodnie z którym ten, który daje, oczekuje później rewanżu w postaci poparcia w wyborach. Najlepszym przykładem nowinki techniczne w nowej ordynacji: przezroczysta urna, kamerka rejestrującą zachowanie ludzi (a kto wie co jeszcze – wszak można powiększenie zrobić!), bodygarda, który strzeże urny, jest działaniem psychologicznym mającym przekonać wyborów, że „władza patrzy”, jest formą pośredniego zastraszania.

 

Co by się nie powiedziało o sondażach, to jedno jest w nich stałe: PiS zawsze jest na pierwszym miejscu. Z Pana wypowiedzi dla mediów odnotowałem, że kilkakrotnie powtórzył Pan pogląd, iż PiS-owi nie wzrosło, mimo, że pisowskie media nieustannie pieją, że poparcie dla tej partii ciągle rośnie.

Gdyby „ciągle rosło” to by przekroczyli już 100 procent…ale nie zajmujmy się wyziewami – jak ich nazywam – „dziennikarzopodobnych wyrobów”, świadczących swe usługi w propagandowych tubach….Procenty to cudowna rzecz. Ta sama liczba 5 mln 700 tysięcy przy różnej podstawie procentowania,ma inny procentowy wyraz i co innego politycznie oznacza. Dziś PiS w liczbach bezwzględnych ma mniej więcej około 5 mln głosów, ale wynik wyborczy zależy od tego, ile mają pozostałe partie. Im mają więcej, tym te 5 milionów da PiS mniej mandatów. Warto przyglądać się Węgrom, gdzie opozycja jest słaba i rozbita. Orbán nawet podtrzymuje rozbicie opozycji, w tym socjalistów, Gyurcsaniego, bo to jest w jego żywotnym interesie. I w Polsce PiS nie będzie musiał nic robić żeby wygrać, jeśli po lewej stronie będzie tak jak jest. Lewica jest Polsce żywotnie potrzebna, lewica mądra, skoncentrowana na edukacji, prawach kobiet, sensownej redystrybucji czy transporcie publicznym. Proszę nie wierzyć opowieściom, że w Polsce dokonał się jakiś wyraźny zwrot konserwatywny. Nie dokonał się, jeśli pominąć werbalną autoidentyfikację na osi prawica-lewica. Jeśli jednak zapytać o szczegółowe poglądy, to 35 do 40 procent Polaków, tych ze wspólnoty politycznej, ma poglądy lewicowe i to zarówno w sferze ekonomicznej jak i kulturowej. Problem polega na tym, że lewica nie jest ich w stanie przekonać co do swego programu, jak i zdolności sprawczej – by ludzie uwierzyli, że dani politycy są godni zaufania, że spełnią swoje deklaracje, gdy do władzy dojdą. Plus całkowity brak przekonującego lidera. Tymczasem w Polsce mamy kuriozalną sytuację, w której 18,8 procenta poparcia uprawnionych do głosowania Polaków – w ordynacji proporcjonalnej – przekształciło się w 51 procent mandatów w Sejmie zagarniętych przez jedną partię. Takiej dysproporcjonalności Europa nie zna.
Ten wynik był proceduralnym wypadkiem przy pracy. Stało się tak, gdyż 17 procent głosów zostało wyrzucone do kosza, w tym blisko 8 procent zjednoczonej lewicy, prawie 4 procent dla Razem i jeszcze kilku pomniejszych. Podstawa procentowania się zmniejszyła i to sztucznie nabiło wynik PiS. A teraz, dlaczego opłaca się łączyć w bloki i koalicje wyborcze, w takiej ordynacji jaka dziś obowiązuje. W ostatnich wyborach „Nowoczesna” dostała 7,6. Z jednego procenta takiego wyniku uzyskuje się około trzy i pół mandatu. Platforma z wyniku 24,1 procenta uzyskała niemal 6 mandatów z jednego procenta. Gdyby wystąpiły razem, uzyskały by odpowiednio większą liczbę mandatów, bo PiS z wynikiem 37,6 dostał z jednego procenta 6,3 mandatu. Wracając do lewicy – Polsce bardzo potrzebna jest lewica socjaldemokratyczna a nawet socjalliberalna, ale nie można sobie pozwolić na kluby dyskusyjne ludzi bawiących się w politykę za publiczne pieniądze, którzy samodzielnie uzyskują po kilka procent i nic z tego nie wychodzi, a ludzki wysiłek się marnuje. Barbara Nowacka wykonała kilka ruchów w stronę Razem, SLD i innych, nic z tego nie wyszło, więc poszła do Koalicji Obywatelskiej decydując się na koalicje drugiego wyboru. Ludzie polskiej lewicy oczekują od pana Biedronia, Czarzastego, Zandberga, że pójdą pod jednym sztandarem. Kiedy na zachodnich kongresach mówię o tym, co się stało z lewicą w wyborach 2015 roku, nie mogą uwierzyć, że lewicowe ugrupowania nie poszły razem. Pytają: dlaczego? Przecież pójście razem było racjonalne; można było ustalić kto startuje i później podzielić mandaty wg `składowych` takiej koalicji, no ale do tego trzeba mentalnie wyjść z politycznej piaskownicy. Jest jednak jeszcze ważniejsze uzasadnienie dla tego, by małe partie, nieco odmienne programowo, poszły razem. Chodzi o to, że jak się dojdzie do władzy, tonie można realizować swojego widzimisię, ale trzeba uwzględniać różne interesy. Trzeba uczyć się tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, jak układać budżet, jak układać priorytety. Mądrość demokracji polega na tym, że rządy demokratyczne zawsze odbywają się za przyzwoleniem przegranych. W całej powojennej historii Europy zaledwie 20-30 procent rządów naprawdę miało większość. Reszta rządów, to są rządy mniejszościowe i zależą od tego czy przegrani uwierzą, że przestrzegane będą pewne reguły i że rządzący o wszystko zadbają. Mówimy o 50 procentowej frekwencji, ale rotacyjnie to nawet 80 procent Polaków bierze udział w wyborach. Polacy wchodzą, wychodzą i wracają na rynek wyborczy. Na przykład ogromna część tych, którzy dali SLD 41-procentowy wynik w 2001 roku, potem głównie zniechęcili się i zostali w domu, co dało efekt w postaci 11-procent dla SLD w 2005 roku. Tylko niewielka ich część rozproszyła się po innych partiach. Pośród tych, którzy odeszli od PiS są m.in. profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy do 2015 roku przez wiele lat ochoczo wspierali PiS i Kaczyńskiego, a potem zmienili zdanie. Chwała im, że dziś zachowują się jak reszta przyzwoitych obywateli i że mieli odwagę zmienić publicznie zdanie. Ale pytanie, czego oboje nie przeczytali, żeby nie przewidzieć tego, co stanie się po objęciu władzy przez PiS, nadal mnie nurtuje. To ważne bo status nauk społecznych jest poddawany w wątpliwość, gdy nie jesteśmy w stanie przewidywać i to był przykład tej niemocy….Wracam do lewicy. Zwyczajne doświadczenie życiowe podpowiada nam, że racjonalne oczekiwanie, żeby poszli do wyborów razem, jest nierealne. Wielką lekcję pokory dostały swego czasu, w roku 1993, środowiska wywodzące się z kościelnego zabobonu, te wszystkie ZChN-y, chadecje i tym podobne, które myślały, że pomoże im dziewica Maryja i że pięcioprocentowy próg im nie przeszkodzi. I wtedy 29 procent takich głosów poszło do kosza. Po czterech latach poszli po rozum do głowy, stworzyli AWS i dostali 33 procent jako wielka koalicja. Jeśli pan Czarzasty, pan Zandberg czy pan Biedroń tego nie rozumieją, to czarno to widzę. Ten, kto dobrze życzy lewicy, powinien tym panom postawić ultimatum. Przecież od 2005 roku lewica jest nieobecna w polskiej polityce jako licząca się siła polityczna. Zastępuje ją po części PiS, ale prawdziwa lewica mogłaby to robić lepiej, bez politycznego klientelizmu i bez oparcia się na kościelnym zabobonie.

 

Jednak zwykłe doświadczenie nie pozwala wierzyć w powstanie jednolitego bloku lewicy. Żadnych marzeń. Co wtedy?

Wtedy wyborcy o lewicowych poglądach powinni pokazać im czerwona kartkę, odesłać na zieloną trawkę i czekać na nowe rozdanie. Skoro te partyjki wbrew zdrowemu rozsądkowi nie chcą się połączyć, to zaciśnijcie raz zęby i nie głosujcie na nich, przecież i tak nie wejdą do parlamentu. Gdy odejdą oczyści się przedpole dla nowej, mądrej lewicy.

 

Nawet kosztem oddania pełni władzy PiS i wystawienia kraju na jego pastwę?

Ależ PiS i tak w takim stanie rzeczy ją zdobędzie, więc nie mamy nic do stracenia. Moja ojczyzna wpadła w ręce politycznych łobuzów, którzy patrząc na swoje wąsko pojęte interesy mają za nic międzynarodowe zobowiązania, przyjaznych europejskich sąsiadów i podatników tych krajów, którzy od wielu lat transferują gigantyczne pieniądze i pomagają nam wyjść z cywilizacyjnej zapaści. Mają za nic coś, co jest świętością demokracji, czyli konstytucję, więc nadrzędnym celem jest odsunięcie ich od władzy. A przecież PiS jeszcze w latach 2001-2005 był w miarę normalną partią konserwatywną o ciągotkach patriotyczno-nacjonalistycznych, ale takich jakie zdarzają się wszędzie. Dla dobra kraju, jego demokratycznej przyszłości i nowych pokoleń najważniejsze jest pozbawienie władzy i rozliczenie PiS, dlatego już dawno wzywałem wszystkie demokratyczne siły, żeby zebrały się pod jednym parasolem i ogłosiły, że choć różnią się we wszystkich sprawach, od obronności do polityki rodzinnej, by poszły razem do wyborów, aby odsunąć od władzy politycznych szkodników, a jednocześnie z góry zapowiedziały, że po roku ogłoszą przedterminowe pluralistyczne wybory i wtedy powróci normalne polityczne współzawodnictwo we wszystkich szczegółowych kwestiach. A jeśli jest to niemożliwe, to należy wykreować przynajmniej dwa obozy – jeden centrowo-liberalno-ludowo-demokratyczny (i to się poniekąd dzieje), a drugi lewicowo-zielony. W Szwecji cztery partie prawicowe o różnych programach, w normalnych warunkach rywalizujące, utworzyły blok, by stawić czoła tzw. Szwedzkim Demokratom, w rzeczywistości nacjonalistom. Bo tam prawdziwi demokraci sięgnęli po to, czym wyróżniać się powinien gatunek homo sapiens, czyli po zdolność używania rozumu.

 

Pojawiła się ostatnio teza, że jeśli lewica się nie zjednoczy, a Robert Biedroń i PSL wystąpią do wyborów samodzielnie, to PiS ponownie nie tylko wygra, ale uzyska samodzielną większość.

Biedroń pewnie (bo na razie o programie nic nie wiemy) wniesie do polityki coś, co nazywa się socjalliberalizmem. To takie rzadkie zwierzę, które jest połączeniem tego, co daje rynek, innowacyjność etc. z wrażliwością społeczną, ale nie tą w wersji uproszczonej – redystrybucyjną, klientelistyczną, natomiast inwestującą w słabszych, dającą im raczej wędkę niż rybę. Tymczasem, po pierwsze, co mnie w jego decyzji zaskoczyło to timing. Gdyby choć ogłosił swoją inicjatywę 5 listopada, po drugiej turze wyborów samorządowych, dziś zachowuje się tak jakby kandydował w wyborach samorządowych, czego przecież nie robi. Po drugie, w jego ostatnich wystąpieniach jest bardzo niewiele krytycyzmu PiS, za to uderzenia w opozycje, z PO na czele. A przecież w kraju, w którym połowa uprawnionych nie głosuje, nie trzeba wydzierać elektoratu istniejącym partiom. Wystarczy sięgnąć po zdemobilizowanych. Jest mnóstwo takich, którzy głosowali na lewicę, na liberałów czy na cywilizowanych konserwatystów, a potem się zniechęcili. Nie mogę się wypowiadać o motywach, ale obiektywnie jego timing jest sabotażowy w stosunku do opozycji, która jakoś próbuje sobie poradzić z problemem rozbicia i przywrócić jakiś ład. Dlaczego przeszkadza innym, skoro nie startuje? I nie wiem, czy on chce, jak niegdyś Palikot, czy później Kukiz, uzyskać 7-8 procent czy chce być polskim Macronem. Ale warunków dla macronizmu w Polsce nie ma, bo konfiguracja polityczna we Francji była kompletnie inna. Poza tym nie wiem, czy Robert Biedroń zdaje sobie sprawę, że brak mu maszynki wyborczej. Ma swoje zalety – wiedzę, pewien polityczny urok, ale potrzeba mu ludzi, sprzętu, dobrego sztabu i armii wolontariuszy, a to stworzyć jest bardzo trudno. Natomiast dobrze kalkuluje by najpierw wystartować w wyborach do Parlamentu UE. Co do PSL, to jest w przywołanej przez pana tezie coś na rzeczy. Może być tak, że to, czy PiS wygra wybory i w jakim rozmiarze, zależy od PSL. Co prawda, kierując się generaliami, wolałbym żeby PSL weszło do Koalicji Obywatelskiej, ale jeśli peeselowska „remiza” miałaby możliwość najwięcej wyrwać PiS-owi, to może lepiej, żeby startowali osobno. PSL, niezależnie od tego, czy wejdzie czy nie wejdzie do parlamentu, kilka procent PiS-owi odbierze. Pytanie czy będzie to9-10 czy 3-4 procent. Można się obawiać czy sam Kosiniak-Kamysz nie jest za bardzo wielkomiejski, a PSL za mało uwagi poświęca sprawom bliskim ziemi. Paradoksalnie to od przedstawicieli wsi może zależeć los tych wyborów.

 

Wnioskuję z tego, że przywołanego przeze mnie „logarytmu” krążącego po mediach nie warto traktować poważnie…

W ogóle nie należy poważnie traktować tego rodzaju „logarytmów”, zwłaszcza że do wyborów parlamentarnych jest jeszcze ponad rok. A czy ktoś trzy lata temu myślał, że ktokolwiek wygra z Bronisławem Komorowskim, który miał ponad 70 procent poparcia? W związku z tym wszystkie partie wystawiły kandydatów fikcyjnych, z góry przewidzianych do odstrzału, w tym PiS Dudę. A wygrał jeden tych do odstrzału. Inna sprawa, że w tym stanie „pewniactwa” Komorowskiego ani on nie miał powodu, by bardzo w tej kampanii pracować, ani też Platforma nie miała powodu by go bardzo wspierać. Jak wiadomo prezydenci drugiej kadencji – jako nie ubiegający się o reelekcję – są bardziej nieprzewidywalni, mniej sterowalni, więc Platforma uznała, że nie będzie nawet tego swojego prezydenta nadmiernie popierać, że może lepiej nich wygra ale niekoniecznie w pierwszej turze. Jednak to wszystko wymknęło im się z rąk.

 

Wyjdźmy jeszcze bardziej w przyszłość, w czas wyborów prezydenckich 2020 roku. Na razie mamy potwierdzenie ze strony Kaczyńskiego, że kandydatem Zjednoczonej Prawicy będzie ponownie Andrzej Duda. Jednak na horyzoncie pojawiają się też nazwiska Donalda Tuska i Roberta Biedronia. Jak widzi Pan tę perspektywę?

Do tego czasu zostały jeszcze prawie dwa lata, więc trudno cokolwiek przewidywać. Kluczowe jest to, czy na kandydowanie zdecyduje się Donald Tusk. Natomiast nie mam przekonania, że PiS będzie optować za Andrzejem Dudą. Biorę pod uwagę, że Kaczyński może go zamienić na Mateusza Morawieckiego. Ten, gdy objął urząd premiera, to poza kiksami w rodzaju deklaracji o potrzebie rechrystianizacji Europy, jako umysłowo kształtowanego przez Opus Dei, wydawał się, jako „bankier” człowiekiem jednak dość pragmatycznym. Okazał się jednak człowiekiem bardzo zideologizowanym, dla wielu to wielki zawód. Jednak wygląda na takiego, który ma apetyt na większą karierę, być może prezydencką. Nie wykluczałbym więc jego startu. Tym bardziej, że obecny prezydent proceduralny był potrzebny tylko do wspierania bezprawia politycznego i naiwnego brania za to osobistej odpowiedzialności. To jego zdjęcie u Trumpa rzeczywiście urąga godności mojego kraju. Razić może jego napuszony język, szumne słownictwo. Poza tym Duda nie ma zaplecza. W sprawie przyszłych wyborów prezydenckich kluczowa decyzja jest jednak w ręku Donalda Tuska.

 

W przestrzeni komentarzy politycznych dotyczących sytuacji politycznej w Polsce często pojawia się pogląd, że tylko kłopoty ekonomiczne mogą nadwerężyć poparcie dla PiS. Czy Pan widzi inne, pozaekonomiczne źródła ewentualnego spadku tego poparcia?

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłorocznych wyborach PiS wygra, to znaczy uzyska lepszy wynik niż inni. Pytanie jest takie: czy te 18 procent ze 100 procent głosujących, które głosuje na PiS, a co się przekształca – w zależności od frekwencji i losów innych partii – w 30-40 procentowy wynik wyborczy, przełożą się na taką liczbę mandatów, która ponownie da im samodzielne rządy. Jeśli tego nie uzyskają, a będą chcieli rządzić, to będą musieli wejść z kimś w koalicję …a tu może być problem. A co do pana pytania, to odpowiem tak: komunizm padł, to i kaczyzm padnie, pytanie tylko: kiedy. Jednak dla socjalizacji i demokratyzacji polskiego społeczeństwa byłoby lepiej, gdyby PiS przegrał dopiero po drugiej kadencji. Brzmi to cynicznie, wiem, ale wyjaśnię o co mi chodzi. Jeśliby utracili władzę pod wpływem trudności gospodarczych, pojawiłaby się narracja, że nieźle rządzili, coś tam zrobili, ale pokonał ich kryzys. To byłoby bazą do ich powrotu w przyszłości. Poza tym przegrani o tylko kilka procent będą bardzo dokuczliwą opozycją. Demokratyczny obywatel naszego kraju powinien życzyć sobie innego scenariusza – żeby PiS utracił władzę za łamanie konstytucji i by przegrał wyraźnie. Wielu myśli tak: może niech ten PiS nie pada jeszcze w 2019 roku, bo wolimy by, jeżeli już padnie, by nic po nim nie zostało. Żeby wyczyszczone zostały po nich te wszystkie nonsensy i fanaberie – pomniki, „żołnierze wyklęci”, iluzja smoleńska, kilka tysięcy niewyszkolonych facetów biegających po lasach jako „obrona terytorialne” w czasie, gdy sensowne inwestowanie w obronność to kwestia masowej rekrutacji zdolnych informatyków…etc. etc. . Oprócz tego, gdy PiS padnie, czeka nas gigantyczna praca posprzątania po nich, by przywrócić ład konstytucyjny i porządek demokratyczny, usunięcie ze stanowisk niekompetentnych karierowiczów o zerowym dorobku zawodowym zasiadających na ważnych stanowiskach, itd…

 

Mam swoją subiektywną tezę, że jeśli PiS ponownie wygra wybory z samodzielną większością, to będzie rządzić tak, że okres obecnej kadencji będziemy rzewnie wspominać jako okres poszanowania demokracji, prawa, niezawisłości sądów, konstytucji, wolności obywatelskich etc. Czy Pan podzieliłby te obawy?

Węgierski politolog Magyar Balint napisał głośną książkę o rządach Orbána, pt. „Węgry. Anatomia państwa mafijnego” (tytuł polskiego wydania). To rzecz nie o tym, że w państwie zbyt dużo do powiedzenia ma mafia, ani o tym, że państwo współdziała z mafią, lecz że samo funkcjonuje jak mafia. Balint twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji, bo tu władza zagarnia państwo i rozdaje synekuralne milionowe pensje „swoim”, ale jeszcze nie zabiera własności prywatnej, co dzieje się na Węgrzech. Niestety, wielkim rozczarowaniem dla wielu jest tu postawa Unii Europejskiej, bo według – mnie także – każdy kraj członkowski, który tak się zachowuje, a konkretnie: nie spełnia kryteriów na podstawie których został do tej demokratycznej wspólnoty przyjęty, powinien zostać z niej usunięty. Dosadniej – „na zbity pysk” wyrzucony i pozbawiony wsparcia finansowego. Mimo tego, w dłuższym okresie czasu, zwłaszcza po odsunięciu Trumpa, co jest coraz bardziej prawdopodobne, sytuacja się zmieni. Wracając do pana pytania – ta przyszła kadencja może pójść w stronę metod Erdogana czy Orbána, ale przy pewnej konfiguracji może być odwrotnie, jeśli Polacy będą nadal tak silnie obstawać przy Unii Europejskiej, a ta będzie bardziej stanowcza niż obecnie. Pojawiają się zarzuty (które jeszcze parę lat temu bym wyśmiał jako niedorzeczne) że PiS jest ekspozyturą Moskwy. I choć nadal wypada mieć wątpliwości czy PiS działa na zamówienie Moskwy, to nie można nie dostrzegać, że niemal wszystko co robi np. w polityce zagranicznej jest po myśli Putina. Najważniejsze: jest koniem trojańskim osłabiającym Unię. Co rusz jakieś posunięcie władzy PiS sprawia, że na Kremlu strzelają korki od szampana. Polska – za przeproszeniem – „dyplomacja” popsuła nawet nasze relacje z Ukrainą ku uciesze Putina i ochoczo kupuje węgiel z okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy, bezpośrednio wspierając istniejące tam marionetkowe, kontrolowane przez Kreml władze. A co do Macierewicza – po ukazaniu się książki Tomasza Piątka, w każdym cywilizowanym kraju minister obrony narodowej, zmuszony do tego przez własną partię, natychmiast wytoczyłby mu proces. A tu cisza, jeśli nie liczyć zakulisowego zastraszania Autora. Jako analityk polityki nie mam najmniejszej wątpliwości, że polityka PiS jest na rękę Rosji, a czy to wynik celowych działań czy efekt uboczny to już ma mniejsze znaczenie, bo w polityce liczy się funkcjonalizm działań a nie motywacja. Celowe działanie czy głupota polityczna? Ciągle mam nadzieję, że to drugie, ale skutek może być równie opłakany.

 

Nie mogę nie zapytać o taki czynnik polityczny jak Kościół katolicki…

To wielkie wyzwanie socjalizacyjne na następne dziesięciolecia, musimy Polaków przekonać, by traktowała tą instytucję tak jak na to zasługuje – jako prywatną instytucję o zasięgu międzynarodowym, na rzecz której zrzekliśmy się części suwerenności, a w odróżnieniu od EU, nic nie dostajemy w zamian. Co więcej, instytucja ta działa jak organizacja półświatka przestępczego – podatków nie płaci, zabrała nam mnóstwo dobra publicznego w postaci ziemi czy budynków, jako obywatele nic nie wiemy o jej finansach, zasobach, poza tym, ze ostatnie trzydziestolecie to wielki sukces nieskrępowanej zachłanności kościoła. Ta instytucja silnie wpływa na sytuację polityczną kraju, pośrednio kształtując mentalność poddanego – wierzącego w cuda i determinizm losu ludzkiego – a nie obywatela, szerząca pogardę dla nauki, medycyny i ludzkiego rozumu. O morale jej emisariuszy nie wspomnę, o wizji roli kobiety w 21 wieku propagowana przez ta instytucję też wstyd pisać. Jej hierarchia nie podjęła żadnej próby wyczyszczenia swoich brudów i nawiązania dialogu z nowoczesnością. To grajdoł ciemnogrodu, broniący nie dającego się obronić prestiżu tej instytucji. Ten fatalny stan zawdzięczamy także `mądrości’ lewicy, konkretnie SLD, który dla wyzbycia się „grzechu pierworodnego” dał Kościołowi katolickiemu rozległe koncesje. Na szczęście światełkiem w tunelu są twarde dane wskazujące na postępującą laicyzację społeczeństwa i to laicyzację na różnych poziomach.

 

Opublikowane kilka miesięcy temu wyniki międzynarodowych badań pokazują, że w sferze laicyzacji młodego pokolenia Polska jest światowym liderem…

W Polsce występuje powolny, ale stały trend sekularyzacyjny. Rządy PiS są prawdopodobnie jedną z ostatnich w Europie rewolt przeciwko nowoczesności i modernizmowi, które zwyciężają, stąd bezpośrednie zaangażowanie kościoła w popieranie tej partii. Z moich badań jasno wynika, że Polacy bardziej cenią wolność niż równość, bardziej postęp i nowoczesność niż tradycję, bardziej rywalizację na rynku niż solidaryzm. Moim zdaniem to, że Kościół katolicki tak jednoznacznie opowiedział się za PiS, nieuchronnie obróci się przeciwko niemu.

 

Zakładamy, że PiS kiedyś utraci władzę. Co ta nowa władza miałaby zrobić z pisowską spuścizną, z pisowskimi sędziami-dublerami, z pisowską KRS, z pisowskim Trybunałem Konstytucyjnym, z niektórymi ustawami? Pojawiają się groźby postawienia polityków PiS z prezydentem na czele przed Trybunałem Stanu, pojawia się okrzyk: „Będziecie siedzieć” pojawiają się pomysły uchwalenia aktu odnowy demokracji, ustawy-czapki niwelującej pisowskie zmiany. Co Pana zdaniem przyszła niepisowska władza powinna zrobić? Co po PiS?

W 1989 roku niektórzy mówili, żeby PRL wymazać gumką, ale nie sposób wymazać gumką tego, co trwało prawie pół wieku. Na pytanie, czy da się wymazać gumką cztery czy osiem lat musieliby odpowiedzieć prawnicy. Ja Trybunał Konstytucyjnym nazywam tzw. Trybunałem lub budynkiem TK. Prezydenta nazywam prezydentem proceduralnym, ale nie merytorycznym. Bo prezydentem jest ktoś, kto broni konstytucji, a on nigdy nie podjął się tego zadania, choć ciągle chciałbym mu dać szanse i zacząć nazywać go prezydentem, ale to on musi chcieć, jako obywatel jestem gotów mu odpuścić… Tak samo mówię nie o KRS, a o tzw. KRS. Prawnicy będą musieli określić, co uda się odkręcić niejako „od ręki”. Gorzej będzie z naprawieniem takich strat, jak choćby zniszczenie dorobku stadniny koni w Janowie Podlaskim, a przykładów takich jest tysiące…Po odsunięciu PiS od władzy, należy krok po kroku odkręcać to co można. szybko usunąć dublerów z TK i wiele podobnych rzeczy. W dalszej kolejności trzeba się zastanowić nad rozwiązaniem obrony władzy sadowniczej. Nie namawiam do naśladowania modelu tureckiego czyli do czasów kiedy wojsko broniło demokracji, ale po tym co się stało, może trzeba będzie pomyśleć o powołaniu jakiejś formacji obrony władz konstytucyjnych przed uzurpatorami, czegoś w rodzaju Gwardii Szwajcarskiej albo jednostek specjalnych. Gdy uzurpatorzy zechcą wejść do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, to będą musieli się zastanowić czy chcą ryzykować stracie z uzbrojonymi formacjami, które zgodnie z konstytucja maja za zadanie bronienie np. konstytucyjnego zapisu o kadencyjności jakiegoś urzędu. Bo dziś takie instytucje jak TK czy SN są z fizycznego punktu widzenia bezbronne. Wystarczy, że uzurpator wyśle policję z jakimś świstkiem papieru i już siła jest po jego stronie. Odsunąć od władzy to jedno, a zabezpieczyć kraj na przyszłość przed uzurpatorami, przed recydywą, to drugie. A co do hasła: „Będą siedzieć” – niektórzy zapewne trafią tam, gdzie ich miejsce. Nawiasem mówiąc, PiS wypłynęło na pomawianiu innych o złodziejstwo, a jakoś po niemal pełnej kadencji u władzy nie udało się nikogo posadzić, mimo, że mają po temu wszystkie instrumenty. Z całego domniemanego „złodziejstwa” i korupcji PO został do znudzenia wypominany zegarek Nowaka i ośmiorniczki. Ale mogą wpaść we własne sidła i prawo które tworzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Państwo demokratyczne musi mieć wolę i siłę osądzić tych, którzy je demontowali, ale cywilizowany sposób rozliczenia okresu po 2015 roku musi spełniać wszystkie wymogi uczciwego procesu i procedur państwa prawa. Wielu obawia się jednak, że gdy opozycja wróci do władzy, to znów okaże pobłażliwość; paradoksalnie pobłażliwość sprzeczną z prawem… To dla wielu byłby niewybaczalny błąd, a z moich obserwacji wynika, że jest tez powodem niechęci głosowania na opozycję, która część Polaków podejrzewa o niezdolność do podjęcia się rzetelnej naprawy Rzeczypospolitej. Ale ważniejsze niż same kary dla tych którzy sprzeniewierzyli się Konstytucji jest sam proces wyjaśnienia obywatelom co i w jaki sposób zostało naruszone i nie było respektowane. To musi być wielka inwestycja socjalizacji politycznej na przyszłość.

 

Jeszcze trzy lata temu nie zadałbym tego pytania, ale w międzyczasie moja wyobraźnia się poszerzyła. Czy PiS, jeśli przegra, odda władzę pokojowo?

To dobre pytanie. Już próbują manipulować ordynacją, a opanowanie Sądu Najwyższego może im ułatwić unieważnienie niekorzystnego dla nich wyniku wyborów.

 

A myśli Pan że zdobyliby się na zbrojną obronę przed oddaniem władzy?

Znając ich mentalność nie można tego wykluczyć. Już stosują zresztą przemoc fizyczną, pozwalając faszystowskim bojówkom bezkarnie bić kobiety. Ale – choć znów cynicznie to zabrzmi – taka decyzja choć być może kosztowna oznaczałaby ich całkowity koniec, więc chyba nic takiego nie nastąpi…

 

Dziękuję za rozmowę.