Kościoły pustoszeją

Kościół zdaje sobie sprawę, że przegrywa walkę o dusze Polaków. Właśnie opublikował dane, z których to jednoznacznie wynika.

Czy z tego wyciągnie właściwe wnioski — to raczej mało prawdopodobne. Raczej będzie się trzymał swojej „linii duszpasterskiej”, a polscy katolicy będą coraz rzadziej z tej oferty korzystali. A są to dane za rok 2018, w roku 2019 zapewne było jeszcze gorzej; w 2020 ta tendencja się raczej nie zmieni.
Dane na temat praktyk religijnych polskich katolików przedstawiono w siedzibie Episkopatu Polski. W prezentacji brali udział sami księża, co może nie dziwi, bo to oni głównie są odpowiedzialni, choć dane dotyczą świeckich, którzy są „obiektem analiz”.

Kto mówi

Sprawozdanie przeczytałem w biuletynie KAI, a więc znowu w organie KEP (Konferencji Episkopatu Polski). Lubię ten język, bo mi przypomina dzieciństwo i lata wczesnej młodości, gdy robiłem podobne sprawozdania dla ściennej gazetki w liceum, głównie na podstawie publikacji rządowych gazet (innych przecież nie było). Pamiętam, że w tych rządowych sprawozdaniach nie było ważne co, ale kto mówi.
Podobnie jest w sprawozdaniu KAI, gdzie czytam: „Prezentacja Rocznika Statystycznego Kościoła katolickiego w Polsce »Annuarium Statisticum Ecclesia in Polonia AD 2020« miała miejsce dziś w Sekretariacie KEP. W spotkaniu udział wziął sekretarz generalny KEP bp Artur Miziński, dyrektor ISKK ks. dr Wojciech Sadłoń i ks. prof. Grzegorz Sokołowski z Obserwatorium Społecznego we Wrocławiu”. Potem jest podobnie. Ks. Sadłoń podał do wiadomości, ks. Sokołowski stwierdził, a ks. bp Miziński podsumował.

A ja już bez przyporządkowania tym ważnym księżom podam po prostu jak sprawy wyglądają, a na końcu napiszę, co z tego wynika. A sprawy wyglądają tak:

Wskaźniki bez zmian

Wskaźnik dominicantes (uczestniczących w coniedzielnej Mszy św.) w 2018 r. wyniósł średnio 38,2 proc, communicantes zaś (przystępujących do Komunii Świętej) – 17,3 proc. Dane te wskazują, że obydwa współczynniki są niemal identyczne z danymi za rok 2017: odpowiednio było to wtedy 38,3 proc. dominicantes i 17 proc. communicantes. Najwyższy poziom wskaźnika dominicantes odnotowano tradycyjnie w diecezji tarnowskiej (71,3 proc.), rzeszowskiej (64,3 proc.) oraz przemyskiej (60,4 proc.), a najniższy w szczecińsko-kamieńskiej (24,2 proc.), łódzkiej (24,5 proc.) i koszalińsko-kołobrzeskiej (25 proc.).

Pojawiła się też nowa kategoria: Wskaźnik participantes – katolików angażujących się w życie parafii (poprzez przynależność do wspólnot i organizacji) – wynosi 8,1 proc.i różni się w poszczególnych regionach kraju.

Wsparcie państwa nie pomaga

Otóż wynika z tego tyle, że Kościół katolicki w Polsce mimo gigantycznego wsparcia państwa traci wpływy i coraz mniej ludzi mu ufa. Dodać do tego należy rosnący antyklerykalizm i wzrost dojrzałości religijnej Polaków z jednej strony oraz odchodzenie od instytucjonalnych form religii.
Na ten temat na rzeczonej konferencji nie było żadnej refleksji. Zresztą tak naprawdę od lat takiej refleksji w Kościele brak. A to, co się dzieje poza Kościołem księży nie interesuje. Zresztą chyba z wzajemnością, coraz mniej interesuje świeckich to, co się dzieje w księżowskiej instytucji.

Kościół – niewiarygodny mediator

Trwa ostry spór o zmiany w systemie sprawiedliwości. Dla PiS-u środowisko sędziów to układ, który trzeba szybko rozbić, dla opozycji pospiesznie procedowana ustawa dyscyplinująca środowisko sędziowskie to krok ku dyktaturze.

Po raz kolejny okazuje się jednak, że niezależnie od temperatury sporu politycznego istnieje granica konfliktu, po przekroczeniu której władza i duża część opozycji mówią jednym głosem. Tą granicą jest głos Kościoła katolickiego.

Ponad podziałami

Choć PiS prowadzi brutalną i bezpardonową nagonkę na sędziów, w dniu, w którym wprowadzano tzw. ustawę kagańcową, czołowi politycy Platformy Obywatelskiej, z kandydatką na prezydenta Małgorzatą Kidawą-Błońską i marszałkiem senatu Tomaszem Grodzkim na czele, postanowili pojednać się z obozem rządzącym i u boku kardynała Kazimierza Nycza podzielić opłatkiem z politykami PiS. Innymi słowy może PiS wprowadza dyktaturę i niszczy wymiar sprawiedliwości, ale gdy wysoki hierarcha kościelny przychodzi do Sejmu, wszelkie antagonizmy mają zniknąć i rozpłynąć się w ponadnarodowej zgodzie pod parasolem Kościoła.

Warto przy okazji przypomnieć, że kardynałowi Nyczowi zarzuca się, że ukrywał księży pedofilów i tuszował ich zbrodnie. Czy to przeszkadza władzy albo opozycji? Wręcz przeciwnie! Nycz był honorowym gościem parlamentarzystów różnych opcji i nikt nawet nie myślał, aby zgłosić wątpliwości, nie mówiąc już o wyproszeniu go z Sejmu.

Opłatek to jedynie świąteczny rytuał. Okazuje się jednak, że pojawiły się pomysły, aby Kościół był… mediatorem w sporze dotyczącym zmian w systemie sądowniczym. „Myślę, że do takiego wspólnego rozmawiania zawsze powinniśmy być gotowi, ja także” – tak prymas Polski, arcybiskup Wojciech Polak odpowiedział na pytanie, czy przedstawiciel polskiego Kościoła może włączyć się w spór dotyczący sądów w roli mediatora. Zapytany o stanowisko w tej sprawie szef warszawskich struktur Platformy Obywatelskiej, Marcin Kierwiński odpowiedział, że jest to idea godna rozważenia. Pozytywnie podeszli do niego też politycy PiS. Postulat, aby Kościół mediował przy kluczowych konfliktach społecznych, wraca jak bumerang. Pojawił się on między innymi przy okazji strajku nauczycieli i przychylnie odniósł się do niego nawet kojarzony z lewicą Sławomir Broniarz.

Kościół skompromitowany

Trudno zrozumieć, jak można dzisiaj rozważać mediację ze strony tak niewiarygodnej i skompromitowanej instytucji jak Kościół katolicki. W dniu, w którym arcybiskup Polak zaoferował uczestnictwo w rozmowach między rządem i opozycją, Watykańska Kongregacja Nauki Wiary przyznała, że w tym roku nastąpił masowy napływ doniesień przypadków pedofilii wśród duchowieństwa,także w Polsce. W ostatnich miesiącach wyszło na jaw mnóstwo nadużyć i przestępstw ze strony księży. Już ponad pół roku temu film braci Sekielskich ujawnił bulwersujące przypadki ukrywania przestępców seksualnych przez najwyższych urzędników kościelnych. Od tamtego czasu skala ujawnionych patologii radykalnie wzrosła. Jednocześnie coraz więcej wiemy o nadużyciach finansowych Kościoła, bezzasadnych przywilejach, traktowaniu przez polskie państwo księży jako obywateli lepszego sortu. Zarazem czołowi propagandziści kleru tacy jak Tadeusz Rydzyk czy Marek Jędraszewski regularnie używają mowy nienawiści, szczując i plując na feministki czy LGBT. Pomysł, aby ludzie z tego środowiska mieli mediować w tak ważnej sprawie jak przyszłość polskiego sądownictwa, jest kompromitujący. Tak dla władzy, jak i opozycji.

Zamiast włączać hierarchów kościelnych do dyskusji o przyszłości wymiaru sprawiedliwości, warto zastanowić się, dlaczego księża wciąż są bezkarni i nie odpowiadają za swoje podłe czyny.

Wojna zatęchłego tradycjonalizmu z rozumem

Jakiej wspólnoty Polacy potrzebują.

Kościół katolicki od czasu kontrreformacji jest kustoszem tradycyjnej świadomości zbiorowej polskiego społeczeństwa i bastionem konserwatyzmu obyczajowego. Jego zadaniem jest obrona ludu bożego przez zmianami, które przyniosło oświecenie, postęp nauki, zwłaszcza medycyny, wzrost autonomii i podmiotowości jednostki – wszystko dary nowoczesności. Jest stroną w wojnie kulturowej między tradycją a nowoczesnością, która w oczach narodowej i konserwatywnej prawicy przybiera wiele złośliwych form: relatywizmu, neomarksizmu, feminizmu, dechrystianizacji, seksualizacji czy szeroko rozumianego postępu. Ale Kościół i religia mają janusowe oblicze.

Gdzie diabeł nie mówi dobranoc

Dlaczego w gronie społeczeństw, które osiągnęły już wysoki poziom rozwoju społeczno-gospodarczego, powszechna religijność cechuje tylko irlandzkie (do niedawna), amerykańskie i polskie? W społeczeństwach o wysokim poziomie życia i utrwalonej demokracji spada religijność, rośnie za to odsetek niewierzących bądź tylko obojętnych religijnie. W istocie mamy tu do czynienia nie z zanikaniem religijności, lecz z procesem przemieszczania się religii do prywatnej sfery własnych przekonań i obyczajów, porzucania jej instytucjonalnych form. U podstaw tej tendencji leży kilka okoliczności. Względnie wysoki dochód społeczny rodzi konsumpcjonizm i związany z nim hedonistyczny stosunek do życia (życie jako użycie). W tej sytuacji śmierć staje się tylko kresem konsumpcji. Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, procedury in vitro, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny. Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, piece grzewcze piątej generacji. Potrzebę wspólnotowych działań mogą zaspokajać happeningowe manifestacje w sprawie reformy sądownictwa, ścieżek rowerowych czy jakości usług publicznych.
Te obserwacje potwierdza pozornie paradoksalna prawidłowość, że to właśnie laicyzacja społeczeństwa (mierzona odsetkiem niewierzących) koreluje z wysokim poziomem rozwoju społecznego (HDI). Jak stwierdza badacz kultów religijnych Phil Zuckerman, „kraje najbardziej zlaicyzowane, z największym odsetkiem ateistów i agnostyków, zaliczają się do najbardziej stabilnych i zdrowych, a ich obywatele cieszą się największymi swobodami”. Mylą się więc kościelni hierarchowie i ich polityczni promotorzy, kiedy utożsamiają laicyzację z rozpadem więzi społecznych, kresem cywilizacji jaką znamy, upadkiem solidarności międzyludzkiej.

Tymczasem w Polsce

Ale w Polsce muszą występować jakieś specjalne okoliczności, skoro prywatyzacja religii toczy się powoli, choć w przewidywanym kierunku. Do tych okoliczności z pewnością można zaliczyć dziedzictwo kontrreformacji (demonstracyjna religijność szlachty, jej niechęć do bawienia się naukami, Kmicic versus Kartezjusz), później wiara przed rozumem romantyków. Podczas zaborów Kościół stał się namiastką państwa, a przecież w fazie powstawania nowoczesnych narodów odgrywało ono dużą rolę. Poszerzało wolności obywatelskie, przejmowało majątki instytucji kościelnych. Dopiero od czasów Oświecenia świeckość państwa prowadziła do coraz większej niezależności nauki, szkolnictwa, debaty publicznej, rozstrzygania dylematów moralnych na gruncie dorobku nauki i etyki niezależnej od ingerencji kościołów. W rezultacie w ciągu dwóch, trzech wieków wiarę zastępowały stopniowo racjonalne przekonania, kontrolowane ostatecznie przez różnorodne wyniki eksperymentów i obserwacji. W historycznym rozwoju polskiej mentalności i etosu brakowało też racjonalności myślenia i działania, które gdzie indziej wnosiło mieszczaństwo. W Polsce stosunkowo duży odsetek ludności zamieszkuje obszary wiejskie i małomiasteczkowe. Religia w takich tradycyjnych społecznościach ma głównie charakter rytualny, podtrzymuje więź społeczną. Silna jest tu wciąż sankcja rozsiana wobec outsiderów. Wśród 42,7 proc. uczestniczących w roku 2015 w nabożeństwach znajdujemy rolników z województw podkarpackiego i małopolskiego, następnie osoby starsze, zwłaszcza kobiety, emerytów i rencistów, z podstawowym wykształceniem i średnio zamożne (Diagnoza społeczna 2015). Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła. W szkołach publicznych więcej jest lekcji religii niż biologii czy historii. Rodzina jest ważna w każdym systemie społecznym, gdyż reprodukuje stosunki społeczne i utrwala miejsce religii w życiu jednostki i całej wspólnoty. Tu dokonuje się zrytualizowany przekaz pamięci kulturowej. Ważnym zabiegiem, bliskim praniu mózgu, jest obrzęd uroczystego przyjmowania do wspólnoty religijnej. To wtedy wspólnota wdrukowuje emocjonalne symbole swojej religii. Trzeba później dużej samodzielności sądu, by przebić ten kokon. Polskie społeczeństwo przejawia też duży konformizm w myśleniu i w debacie publicznej. Wiąże się to z brakiem odwagi cywilnej. To efekt koniecznej lojalności w oporze przeciw zaborczej władzy, zwierania szeregów przeciwko wspólnemu wrogowi. Zarzut zdrady sprawy narodowej był wyjątkowo hańbiący (stąd „zdradzieckie mordy”). Długie tradycje ma masowe oddziaływanie religijne kościoła, zwłaszcza po 1945 roku (millenium chrztu, ruch pielgrzymkowy, oazowy). W czasie rewolucji 1904-1905 świadomość klas ludowych na wsi i w mieście przeorała ideologia endecji, silnie kojarząca polskość z katolicyzmem. W ostatnich dekadach dużą rolę odgrywa organizowany kult Papieża-Polaka, darzonego powszechnie uczuciem wzniosłości. Kościół podtrzymuje wizerunek męczennika, który przechował przez „ciemną noc komunizmu” depozyt wiary i tożsamości narodowej. Kościół ma też władzę nad miejscem pochówków, bo według NIKu na 15,5 tys. cmentarzy w Polsce tylko 1880 (12 proc.) to cmentarze komunalne. Za ten stan prawny odpowiedzialny jest postsolidarnościowy obóz rządzący. Wykreowane przez media pokolenie JP II jest teraz w PiSie, PO, Nowoczesnej, Kukiz 15, Konfederacji, formacjach radykalnej prawicy. Okazało się ono masą niesamodzielnych intelektualnie konserwatorów polskiego zaścianka. Kołyszą się na falach barki, stoją pod amboną kościoła łagiewnickiego lub tłoczą się na polach Jasnej Góry. Podczas hołdu toruńskiego premier bądź co bądź świeckiego państwa wzywał Maryję, by „wzięła w opiekę lud swój cały”, zwłaszcza polską energetykę, jej rozwój i unowocześnienie. Bo samodzielnie potrafi walczyć tylko z wiatrakami. Wróciła pełną gębą sienkiewiczowska Polska zdziecinniała.

Kościół narodowy

Z tej historycznej wirówki wyłonił się polski kościół instytucjonalny i polski katolik. W jego świadomości religia splata się z narodem, służąc mu pomocą w ciężkich czasach i dostarczając symbolicznej ikonosfery, którą Juliusz Mieroszewski nazwał „zakonem polskości”. Kościół stworzył swoisty departament Opatrzności Boskiej nad krajem, np. Jasna Góra jako centrum duchowe kraju, Polska jako Chrystus narodów. W tym celu powstały różne krzepiące mity, które pozwalały przetrwać traumę „ciężkich terminów”, których nie brakowało: intronizacja Chrystusa na króla Polski, Matka Boska mająca pieczę nad wojskiem, czym przypomina słowiańską Dziewannę-Dziwonię, boginię łowów i walki. W istocie chrzest Polski ograniczał się do najbliższego kręgu władcy, sieć parafii powstawała kilka wieków; św. Stanisław to zdrajca stanu, skazany na karę główną-głowną, czyli dekapitację; obrona Częstochowy dokonała się bez świętego obrazu, z przewagą ognia obrońców, z krajanami walczącymi po obu stronach itd. itd. Klęski powstań narodowych oswajał emocjonalnie terapeutyczny mit ofiary patriotyzmu na „ołtarzu Ojczyzny”, a przelana krew krzepiła wampiryczny polski patriotyzm. W rezultacie w wyjątkową misję Polski w dziejach może wierzyć ponad 80 proc. społeczeństwa. Kościół też chciałby mieć monopol wrażliwości na cierpienia, niedostatki i frustracje ludu bożego, choć nie słychać, by gorszyły go ekscesy wolnego rynku w Polsce, np. by upomniał się o sprawiedliwą płacę. Sam zaś zastępuje pomoc ubogim dobroczynnością, bo Caritas finansuje budżet państwa. Jego pomoc od wieków jest blankietowa: chętnie się pomodli o pomoc z nieba. Kościół zażyczył sobie od państwa, by wpisało do kodeksu karnego ściganie obrazy uczuć religijnych Teraz deforma Jarosława Gowina połączyła nauki o kulturze z naukami o religii, a teologia stała się dziedziną o statusie równym naukom humanistycznym czy społecznym, a więc naukom bądź co bądź odwołującym się do racjonalności poznawczej, opartej na intersubiektywności i adekwatności empirycznej. Hierarchowie Kościoła głoszą wartości wyższe, ale nie gardzą dobrami niższego rzędu (vide arcybiskup Leszek Głódź). Mają też dobre relacje z biznesem, często sponsorem kościelnych przedsięwzięć. Na dodatek, po uchyleniu rąbka sutanny, ujawnił się patologiczny skrzep celibatu, homoseksualizmu i homofobii. Kościół jako przewodnik duchowy rezerwuje dla siebie ostatnie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, zwłaszcza związanych ze sferą seksualną człowieka. Na dodatek przemawia w języku władzy zwierzchniej, uzurpując sobie uprawnienia do „prawdy” o moralności i „wartościach”. W razie potrzeby zbrojnym ramieniem wspiera go państwo (np. interwencja policji w kościele w Bełchatowie w sprawie 13-latka, podejrzanego o publiczne znieważenia ciała Chrystusa). W ten sposób tworzy w kulturowej wojnie wspólny front z konserwatystami, dla których naczelną wartością jest zachowanie wspólnoty etniczno-kulturowej: jej świętej wiary, tradycji, rodziny, obyczajów, błogosławionych mitów i bohaterów. Obrona dzięki jedynej prawdziwej wierze przed bezdusznym Zachodem i jego nowoczesną cywilizacją. Siły wrogie tak rozumianej wspólnocie to „zarazy” przypominające dawne duchy nieczyste w epoce polowań na czarownice. Z tymi diabelskimi mocami zawierają pakt zwolennicy edukacji seksualnej, uczestnicy parad równości czy postulujący przywrócenie świeckości państwa, słowem, lewacy spod znaku tzw. ideologii gender i LGBT. Kościół narodowy znalazł się obecnie pod presją wiernych, zwłaszcza kobiet, które chcą „odzyskać nasz Kościół”. Tym dążeniom sprzyja obecny pontyfikat papieża Franciszka, który wzywa do dialogu z innymi religiami i kulturami, do nawrócenia ekologicznego i przyznania większej roli świeckim kosztem kleru.

„Nie wszystek umrę”

Ale odczarowanie świata, które przyniosła nauka i technika nie zaszkodziło religii. Ta bowiem operuje na innym poziomie świadomości, inną potrzebę zaspokaja. Jej podstawową funkcją w życiu jednostki jest dostarczanie nadziei eschatologicznej, nadziei, że w jakiejś innej postaci będę trwał nadal. Filozofowie i antropologowie religii spierają się, czy lęk przed ziemskim kresem egzystencji biologicznej jest naturalny czy skonstruowany (B. Chwedeńczuk, R. Otto, R. Rappaport, B. Wolniewicz). Cóż, niektórzy potrzebują duchowej protezy, gdyż świadomość kresu żywota wprawia ich w „drżenie”. W religijnym obrazie śmierć ujęta jest w triadę: groza, nadzieja, nagroda, którą stanowi nowe lepsze życie „w nowym, wiecznym mieszkaniu”. Śmierć jest karą za moralną katastrofę ludzkości, dlatego wierzący ma mieć poczucie winy. Jednostka jest tu niepełnosprawna moralnie: podejrzana, nieczysta, wydrążona. Uzyskuje status osoby, godność, dzięki temu, że jest obrazem Boga. Jednak dopiero Kościół dzięki objawieniu i nauczaniu pozwala jednostce żyć według prawa naturalnego, co zwiększa jej szanse na zbawienie. Jak pisze filozof i teolog Tadeusz Bartoś, jednostka w dominującej religii jest nikim, „śmieciem, którego jedyną wartością jest bycie zbawionym”. Jednak pod wpływem współczesnej medycyny, bioetyki, opieki paliatywnej ostatnia faza życia staje się coraz bardziej jego dopełnieniem.

Korzyści w perspektywie wspólnotowe

Bilans nie jest prosty, ponieważ religia ma janusowe oblicze. Pomaga trwać wspólnocie niespokrewnionych ludzi, stanowi spoiwo społeczne. Kościół oferuje też wspólnocie możliwość integracji na podstawie uroczystych rytuałów, wszechobecności symboliki religijnej, także w urzędach i szkołach, wspólnych uniesień, uwznioślania odpowiednim obrządkiem i odpowiednią oprawą, także muzyczną, ważnych momentów w życiu każdego: od startu do mety. Religia według Immanuela Kanta jest wehikułem moralności, ta z kolei ma za zadanie temperować egoizm i oliwić grupową współpracę. Religia zatem jako ewolucyjna adaptacja pomaga funkcjonować wielkim grupom społecznym na gruncie wspólnej moralności. Np. monogamia służy obu stronom, ponieważ ułatwia maksymalizację przekazu rodzicielskich genów, m. in. dzięki opiece nad potomstwem, które długo pozostaje niesamodzielne. Religia tylko utwierdza w swojej dogmatyce to rozwiązanie ewolucji gatunku. Z tego punktu widzenia Kościół polski wpisał się we wcześniejsze słowiańskie obyczaje i wierzenia (pogański kult posągów i ikon, kult zmarłych, kult świętych gór, na czele z Jasną Górą, wcześniej również miejscem pielgrzymek). Na współczuciu i trosce oparty jest przekaz nauki Chrystusa: gotowość poświęcenia się dla innych, obdarzanie ich szacunkiem, potępienie gromadzenia bogactwa jako celu życia, poszanowanie prawdy i prawdomówności, umiejętność wybaczania, nawet wrogom, pacyfizm. Na uznaniu tych zasad jako wytycznych własnego postępowania polega istota ewangelicznego nawrócenia. Cnoty te mają charakter uniwersalny, dlatego poeta mógł z przekąsem ocenić rodaków: „już katolicy, ale jeszcze nie chrześcijanie” (J. Tuwim). Ale z kolei wspólnota zespolona węzłem religii, jak wskazywał Bertrand Russell, narażona jest na skostnienie, jeśli sojusz ołtarza i tronu wymusza zbyt dużą dyscyplinę i silne przywiązanie do tradycji. Sytuacji nie polepszają też liberalni reformatorzy, obdarzający jednostkę zbytnią autonomią, odpowiedzialni są bowiem za dezorganizację i atomizację społeczeństwa, jego sproszkowanie jak mówi Andrzej Szahaj. To rezultat za daleko posuniętego indywidualizmu i egoizmu.

Koszty poznawcze wierzącego

Narracja narodowo-religijna utrwalała się w kontrze do emancypacji intelektualnej i obyczajowej, którą przyniosło Oświecenie, z jego ideą uniwersalnych praw człowieka i obywatela, ideą równości i demokracji, z nadzieją na „wyjście człowieka z niepełnoletności”. Religia wprowadzając wątek ponadnaturalnych bytów wchodzi w konflikt z nauką. Zamiast naukowej wiedzy o dziejach kosmosu czy antropogenezie doktryny religijne oferują krzyżówki mitów i alegorii (wygnanie z raju, dzieworództwo). Kościół od czasów Konstantyna uczynił wrogiem racjonalizm kultury grecko-rzymskiej. Wysiłek Kościoła na tym polu przez tysiąclecie był na szczęście tylko częściowo skuteczny. Jest faktem, że w kulturze umysłowej Europy silniejsze jest dziedzictwo grecko-rzymskie i oświeceniowe, niż chrześcijańskie. Świadczy o tym autorytet naukowy Arystotelesa, a moralny Sokratesa czy Seneki. Ostatecznym źródłem sukcesu europejskiej nauki stała się metanorma, nakazująca ciągłe kwestionowanie jej wyników. Stąd podkreślany przez filozofów stan „niepewności i niepokój”, towarzyszący Europejczykom. Kultura europejska poddaje się nieustannemu kwestionowaniu i ten relatywizm przesądza o jej wyższości, sądził Ernest Gellner.

Co dalej?

I tu docieramy do najważniejszej kwestii. Mianowicie, istniejące dwa stulecia nowoczesne narody, oparte na wspólnej kulturze, języku, religii, często mające za przodków wychodźców z Eurazji odchodzą stopniowo w przeszłość. Wspólnoty współczesne to wspólnoty obywatelskie, organizmy pracy zbiorowej. Łączy je to, że każdy może zaspokoić swoje rozliczne potrzeby tylko wtedy, kiedy korzysta z wytworów pracy innych. Nikt tu nie jest samotną wyspą, chociaż zachowuje autonomię wyboru strategii życiowej. Bywa, że takie wspólnoty – jak w Skandynawii – dodatkowo spaja emocjonalna więź wyrażająca się we wzajemnym szacunku, solidarności, trosce. To zatem przede wszystkim wspólnoty życia i pracy, każdy z jej członków może decydować na równych prawach o wartościach, które razem warto, a niekiedy trzeba realizować. Dopiero wtórnie mogą się one różnicować na wspólnoty religijne, etniczne, obyczajowe, rasowe itd. Sprowadzanie członkostwa w takiej wspólnocie do wyznawania określonej religii, do kryteriów etniczno-religijnych powoduje, że coraz więcej Polek i Polaków zmuszonych jest do wewnętrznej emigracji, czują się bowiem jak obcy we własnym kraju. Nowym wyzwaniem w Europie jest budowa republikańskiej wspólnoty ponad członkowstwem w lokalnych i narodowych, małych i dużych ojczyznach. Wspólnoty takie integruje realizowanie wspólnych celów i wartości, np. utrzymanie jakości życia, zrównoważonego środowiska czy zachowanie eksponowanego miejsca we nowym wielobiegunowym ładzie światowym.

Rozmodlony Szczecin

W Szczecinie dzieją się niesamowite rzeczy, które są odbiciem tego, co dzieje się w całym kraju. Kościół + Państwo = Mafia.

W stolicy woj. zachodniopomorskiego tylko 24 proc. ludzi chodzi co niedzielę na katolicką mszę świętą, a mimo to władza hojnym gestem ciągle rozdaje ziemię Kościołowi na kolejne świątynie, które świecą pustkami i wcale nie są potrzebne. Ostatnio decyzją władz miejskich dano Kościołowi bez żadnego przetargu, za 0,3 proc. wartości (!), olbrzymią działkę na kolejny przybytek. Kościół jest w posiadaniu pieniędzy niewyobrażalnych dla przeciętnego obywatela i mógłby sobie tę działkę kupić, ale po prostu ją dostaje, dlaczego? Za walkę z tęczową zarazą?
Mieszkańcy pisali petycję, protestowali i protestują dalej…

Ale władze są na to głuche. Nie ma placów zabaw, nie ma domów kultury, nie ma boisk, ale za to na malutkim fragmencie ziemi jest szansa na największe zagęszczenie kościołów w całej Polsce.
Hierarchowie zdają się nie rozumieć, że kościoły nie mają właściwości automatycznego promieniowania. W okolicy nie wzrośnie wiara katolicka, choćby księża upchali po 30 obiektów sakralnych w dzielnicy.

Ciekawe rzeczy dzieją się też w lokalnej służbie zdrowia. W szpitalu wojewódzkim upycha się oddziały rehabilitacyjne i rehabilitację dzienną do coraz mniejszych pomieszczeń, a jednocześnie na gruntach przekazanych Kościołowi za 0, 1 proc. wartości katolicka instytucja robi sobie własny szpital rehabilitacyjny, gdzie w każdej sali wiszą oczywiście krzyże. A do tego zbija się tam jeszcze majątek świadcząc PŁATNE usługi medyczne, co jest po prostu absolutnie amoralne biorąc pod uwagę fakt, jak wiele miasto dopłaciło do tej „chrześcijańskiej” inwestycji.

I tak to się kręci. Kościół to firma, której wszyscy boją się sprzeciwić. A zamiast religii chodzi już głównie o handelek…

Flaczki tygodnia

Twierdził, że bolał go ząb i dlatego wypluł hostię, a potem schował ją do kieszeni. Zauważył to pan ksiądz. Kazał szybko uwięzić go, a potem wezwać policję.

Zanim policyjny patrol przybył pochwycony przez księży trzynastolatek został zatrzymany w księżowskim areszcie. Cóż z tego, że początkowo szarpał się i próbował ucieczki. Księża to nie ułomki, na pewno ze starszym chłopakiem też daliby sobie radę.

Kościelny patrol działał zdecydowanie. Próby ucieczki szybko wybito z głowy zatrzymanemu. Od razu też poddano go drobiazgowemu przesłuchaniu. Natchnięci misją obrony Kościoła energiczni księża wzięli podejrzanego trzynastolatka w ogień krzyżowych pytań.

 Nie było lekko. Już od początku trzynastolatek poszedł w zaparte. Podawał nieprawdziwe dane osobowe. Nie przyznał się, że przystąpił do komunii świętej bez wymaganej, wcześniejszej spowiedzi. Nie chciał wyjaśnić po co zdecydował się przyjąć hostię. Brak oczekiwanych odpowiedzi tłumaczył swym zdenerwowaniem i brakiem pamięci.

Śledztwo stanęło w martwym punkcie. Zdesperowani księżowscy śledczy stanęli przed nieuchronną alternatywą.

Mogli od razu poddać trzynastolatka stosownym, tradycyjnym w ich korporacji, torturom. Aby zmiękczony nimi wyśpiewał wszystko jak na Sądzie Ostatecznym i wreszcie przyznał się do zarzuconej mu zbrodni. 

Mogli też uznać autonomię polskiego kościoła kat. wobec państwa polskiego i przekazać złoczyńcę w ręce państwowych organów ścigania. Aby te zawodowo przejęły zatrzymanego i doprowadziły do wyjaśnienia tego niesłychanego ataku na kościół katolicki. Fundament duchowy i moralny IV Rzeczpospolitej.   

Zdecydowali się na plan B. Zadzwonili na policję.

Chwilę ich wahania bezwzględnie wykorzystał uwięziony trzynastolatek. Błyskawicznie połknął hostię, czyli koronny dowód zarzucanej mu zbrodni. Przedmiot zarzucanej mu świadomej, ohydnej profanacji religijnej.

Przybyła na miejsce zbrodni policja nie zatrzymała jednak potencjalnego profana. Nie użyła posiadanych środków bezpośredniego przymusu. A kiedy na plebanii pojawiła się osoba podająca się za matkę potencjalnego złoczyńcy, wówczas policjanci bez warunków wstępnych oddali go pod jej opiekę. 

Do powyższego zdarzenia doszło 28 października w kościele katolickim pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Marki Kościoła w Bełchatowie.

Nadzorująca bełchatowską parafię Archidiecezja Łódzka zachowała się jak trzynastolatek zatrzymany przez bełchatowskich księży.

„Przyznam, że nie znam tej sprawy, więc trudno mi się odnieść do niej i zająć jakiekolwiek stanowisko” powiedział mediom pan ksiądz Paweł Kłys, rzecznik prasowy kurii. Przypomniał, że „najświętszy sakrament to skarb Kościoła”, ale „To może być prozaiczny wypadek, każda taka sprawa jest rozważana indywidualnie”.

Dał sygnał, że hierarchia polskiego kościoła kat. chce bełchatowski incydent zbagatelizować i medialnie wyciszyć.

Milczeć nie zamierza Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Jego przedstawiciele uważają, że księża „odizolowali” nieletniego chłopca od rówieśników, zadawali mu pytania o życie prywatne i straszyli policją. Chłopiec trzy razy próbować się wyrwać z księżowskiego aresztu.

Zdaniem ekspertów Ośrodka wezwani policjanci zaczęli przesłuchiwać chłopca bez obecności psychologa i jego rodziców, łamiąc w ten sposób obowiązujące w Polsce prawo. Dlatego eksperci Ośrodka chcą ukarania zarówno policjantów, jak i księży, którzy „pastwili się nad dzieckiem”. Dodatkowo Ośrodek zapowiedział, że zwróci się do Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka o interwencję.

Pół wieku temu dwunastoletnie „Flaczki tygodnia” wstrzeliły z korkowca w czasie mszy świętej w częstochowskiej katedrze pod wezwaniem Świętej Rodziny. Bo „Flaczki” chciały w taki sposób zaimponować rówieśnikom. Bo weszły w okres buntu typowego dla nastolatków. Huknęło nieźle akurat w czasie „podniesienia”. A katedralne echo jeszcze zwielokrotniło moc korkowego ładunku.

Ówczesny proboszcz katedry pobłażliwie przyjął zaserwowaną mu, nieprawdziwą i niewiarygodną wersję o samozapłonie posiadanego przez „Flaczki” korkowca. Przyniesionego do kościoła na tradycyjną procesję po wielkanocnej mszy. I tamten ksiądz nie uwięził nastoletnich „Flaczków” w zakrystii. Pewnie też nie myślał o pilnym wzywaniu na pomoc organów Milicji Obywatelskiej.

Nie tylko dlatego, że nie ówczesny proboszcz nie uważał MO za bratnią mu, sprzyjającą kościołowi siłę państwowego porządku. On po prostu dobrze znał nas. Tych chłopaków z Mokrej, Stawowej i Armii Ludowej. Wiedział, że te małolaty, zwykle z biednych domów pochodzące, muszą sobie trochę porozrabiać. I lepiej niech mu strzelą z korkowca w kościele, nawet w czasie podniesienia,  niż zrobią to po drugiej stronie ulicy. W kinie „Bałtyk”.

Bo tam, po wystrzale w czasie seansu, wielka bijatyka byłaby murowana. A w katedrze jeden huk porządku mszy wielkanocnej nie zburzył.

Dzisiaj katoliccy księża nie znają, nie rozumieją nastolatków. I nie chcą ich zrozumieć. Zachowują się nie tylko jakby żyli w odrębnych, szklanych bańkach. Dzisiaj coraz częściej panowie księża traktują buntujących się parafian od razu jak wrogów ich kościoła. Agentów wrogich sił. 

Są tak konfrontacyjnie, nieufnie do ludzi nastawieni, że już sam widok chłopca chowającego hostię od razu budzi najpoważniejsze podejrzenia. O to że chce ukraść Ciało Chrystusa aby zbezcześcić je w czasie nadchodzącego, antykatolickiego „halloweenu”.

Tak jak kiedyś „podli Żydzi” kradli katolikom hostie aby ją profanować w czasie swych satanistycznych obrzędów.

Dzisiaj polski kościół kat. traktuje każdego nieposłusznego mu jak śmiertelnego wroga. Jak złego z  natury. Bez pomocy policji państwowej sam kościół zła swym dobrem nie zwycięży.

A może naprawdę bolał go ząb i dlatego wypluł hostię i schował ją do kieszeni. Aby uchronić Ją przed upadkiem na kościelną posadzkę. Przed taką profanacją Ciała Chrystusa…

Kościół idzie w zaparte

„Atak na kościół!” – już słychać rytualne wyparciowe wrzaski po publikacji TVN24 na temat mobberskich praktyk arcybiskupa Sławoja Głódzia.

Sławoj Leszek Głódź, obecnie metropolita gdański, a kiedyś biskup wojskowy zyskał sobie ksywę „Flaszka”. Zapewne nie bez powodu. Teraz chyba powstanie jakiś nowy pseudonim. Ujawniono, że znęcał się psychicznie nad innymi księżmi.
Telewizja TVN24 upubliczniła świadectwa księży, którzy zarzucają Głodziowi mobbing. Twierdzą, że doświadczyli poniżania i przemocy psychicznej ze strony metropolity gdańskiego. Jeden z mężczyzn miał nawet myśli samobójcze. O swojej sytuacji osoby pokrzywdzone przez arcybiskupa informowały dwóch nuncjuszy papieskich w Polsce, ale ich pisma pozostały bez odpowiedzi. W końcu sprawa dotarła do mediów. W reportażu Leszka Dawidowicza we wczorajszym (24 października) programie Czarno na białym padają bardzo mocne zarzuty.
– Przemoc, niszczenie, destrukcja – wyliczał jeden z rozmówców TVN24. To proboszcz z Trójmiasta; wyznał też, że miał z tego powodu myśli samobójcze.
– On potrafi publicznie człowieka zelżyć. (…) Księża są zwykłymi ludźmi. Nikt nie chce być publicznie upokarzany – podsumował.
Oto kilka innych wstrząsających fragmentów opowieści osób, które twierdzą, że były mobbowane przez Głodzia.
„Najbardziej jednak zapamiętałem zdanie, które przytoczyłem Ks. Arcybiskupowi podczas przesłuchania sub secreto – dupku jeden – jesteś gówno, jesteś jak to opakowanie, beczkę soli jeszcze musisz zjeść„.
„Pomijając cały szereg sytuacji, wymienię znamienną: kilka godzin po śniadaniu, podczas wprowadzenia relikwii św. Jana Pawła II do parafii w Kiezmarku (…) arcybiskup podszedł do mnie w zakrystii i nie wiadomo dlaczego skomentował poranny incydent, że źle jego zdaniem przyrządzonym jajkiem: nie potrafią jajka ugotować… – i tu dodał określenie cioty pierdolone. Zorientowałem się po kilku dniach, że posługa kapelana nie ma sensu. Poza tym po raz pierwszy usłyszałem, iż mam złożyć przysięgę, że wszystko co widzę i słyszę wewnątrz rezydencji, nigdy nie wyniosę na zewnątrz”.
„Ksiądz arcybiskup któregoś dnia przyniósł wagę, poprosił o wejście mnie i drugiego kierowcę, po czym powiedział: Jak przytyjesz kilogram, wypierdolę cię po roku.”
Pokrzywdzeni duchowni skarżyli się kolejno dwóm tzw. nuncjuszom apostolskim w Polsce czyli ambasadorom Watykanu. Salvatore Pennacchio oraz Celestino Migliore wiedzieli o sprawie, ale żaden z nich – jak twierdzą księża – nie kontaktował się z nimi, ani nie próbował nawet wyjaśniać sytuacji.
Ani obecny nuncjusz, ani sam Głódź nie odpowiedzieli na pytania, które postawili im dziennikarze TVN24.

Portal Gazeta.pl przypomina też, że metropolita gdański ma skłonności do przepychu i luksusu. W swojej rodzinnej wsi ma wielką posiadłość z pałacem. Ponoć sama działka warta jest ponad 1 mln zł. Również w obszarze znaczonym pseudnimem Głodzia obowiązuje zawsze towar wysokiej klasy. „Flaszka” – jak wynika z relacji rozmówców TVN24 – na imprezach polewał np. koniaki za 1 tys zł. I w ogóle imprezowicz z niego także pierwszorzędny. W 2013 r. dziennikarka Wprost w artykule pt. Cesarz Trójmiasta opisywała różne „barwne” ekscesy Głodzia. Np. o tym, że abp Głodź będąc pod wpływem alkoholu potrafił budzić w nocy kapelana i kazać mu grać na akordeonie.
Rozmówcy Magdaleny Rigamonti donosili o wielu potwornościach i niemoralnych zachowaniach tego człowieka.
„Ksiądz III służył u arcybiskupa. Był kapelanem. Przybocznym arcybiskupa. Kimś na każde zawołanie. I w kurii, w gdańskiej Oliwie, i w prywatnej rezydencji abp. Głodzia w Orunii, wyremontowanej przed dwoma laty, bogato wyposażonej, wystrojem przypominającej scenografię serialu Dynastia. Arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!. Rano na kacu wzywał go, żądając actimelka i krzycząc: Bądź moim actimelkiem!. Upokarzał, wyzywał go, pomstował na jego rodzinę przy swoich gościach, często słynnych politykach różnych opcji. – Wiem, że ludzie z kurii próbowali zrobić z niego kogoś niezrównoważonego. A on sobie świetnie radzi. Uczy w szkole, jest uwielbiany przez młodzież i ma normalnego zwierzchnika, lokalnego proboszcza. Nie chce mówić, rozmawiać z mediami, bo pewnie się obawia, że w ten sposób po raz kolejny wypowie posłuszeństwo metropolicie. Wiem jednak, że na liście przewinień arcybiskupa umieści swoje zeznania – wyjaśnia ksiądz IV i dodaje: – Bo o tym, że taka lista powstaje, jest coraz głośniej. Ksiądz II z kolei wypytuje mnie, czy wiem, że taka lista już raz powstała, w Warszawie-Pradze, gdzie Sławoj Leszek Głódź był arcybiskupem. Część tamtejszych proboszczów wysłała skargi na biskupa do Watykanu. Procedura jest taka, że prosi się oskarżanego, aby odniósł się do stawianych zarzutów. I na tym sprawa stanęła” – można m. in. przeczytać w artykule we Wprost.
Degrengolada etyczna Głodzia nie powinna być więc nowością dla opinii publicznej. Nie tylko z powodu wcześniejszych publikacji w tygodniu Wprost czy w Gazecie Wyborczej. Również w filmie braci Sekielskich pt. Tylko nie mów nikomu Głódź przedstawiony jest jako jeden z głównych macherów jeśli chodzi o tuszowanie przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom w polskim kościele katolickim.
„W materiale tym, obraz arcybiskupa metropolity gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia został zakłamany i zmanipulowany w oparciu o anonimowe relacje uczestników programu oraz przy wsparciu niektórych duchownych. Odbieramy to także jako systemowy atak wymierzony w duchowieństwo i wiernych archidiecezji gdańskiej” – piszą m.in. w oświadczeniu duchowni archidiecezji gdańskiej, które przesłali Polskiej Agencji Prasowej 26 października.
Dokument ten podpisali m.in. tzw. biskupi pomocniczy oraz dziekani wszystkich dekanatów. Materiał na temat brutalnego postępowania abp. Sławoja Leszka Głodzia wyemitowany w ubiegłotygodniowym programie Czarno na białym – reporterskim magazynie TVN24 – określili mianem „pełnej agresji narracji, odbiegającej od rzeczywistości”. Tłumacząc z kulturalno-klerykalnego na prosty polski – zdaniem gdańskiej hierarchii był to kłamliwy atak na kościół.

Tak dla seksedukacji

Kojarzenie lekcji o seksualności z promowaniem pedofili, bzdury o przymuszaniu do masturbacji i „przymusowej seksualizacji” dzieci – to tylko niektóre z kłamstw na temat edukacji seksualnej serwowanych społeczeństwu przez propagandę rządu PiS. Okazuje się jednak, że większość obywateli nie kupuje tej narracji. Pokazał to sondaż IBRiS przeprowadzony dla Dziennika Gazety Prawnej i RMF FM.

Walka z edukacją seksualną w szkołach to jedna z głównych płaszczyzn konfliktu społecznego, na którym partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje budować kapitał polityczny. Od drugiej połowy 2018 roku działa pisowskiej propagandy – TVP, media braci Karnowskich, stacje ojca Rydzyka i prawicowe tygodniki usilnie rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat charakteru szkolnych zajęć na temat życia seksualnego.
Społeczeństwo ma jednak swój rozum. Badanie ankieterów IBRiS wykazało, że 79,4 proc. respondentów uważa, że w szkole powinny być zajęcia związane z edukacją seksualną. 46,5 proc. opowiedziało się, by były prowadzone od podstawówki, a 32,9 proc. od szkoły średniej.
W opiniach pojawił się jednak rys konserwatywny. 60 proc. ankietowanych stwierdziło, że odpowiedzialność za uświadamianie dzieci spoczywa przede wszystkim na rodzicach. Dla prawie 30 proc. uczestników sondażu główną odpowiedzialność ponosić powinna szkoła. Wszyscy byli zgodni, że dzieci nie powinny czerpać wiedzy od rówieśników czy z internetu.
Z sondażu wynika, że PiS nie zdołał przekonać większości społeczeństwa do swoich pomylonych teorii. 80 proc. respondentów uważa, że antykoncepcja i nauka o współżyciu seksualnym nie mają nic wspólnego z namawianiem do seksu. Ponad 68 proc. ankietowanych ocenia, że takie lekcje nie zachęcają do przedwczesnego rozpoczęcia życia płciowego. Pisowską bajkę przyjęło 20 proc. ankietowanych, którzy są zdania, że lekcje wychowania „seksualizują” dzieci i stanowią zachętę do wczesnego współżycia.

Znieście im celibat

Tym razem sondaż, który już nie dotyczy wyborów parlamentarnych. Chodzi o kościół, a konkretnie o instytucję celibatu, która jest jednym z fundamentów katolickiej kultury.

Opracowanie statystyczne powstało na zamówienie redakcji dziennika SuperExpress. Wyniki badania, które przedstawiła pracownia Pollster są zachęcające. 66 proc. ankietowanych opowiada się za zniesieniem celibatu. Przeciwnego zdania jest jedynie 21 proc.
„Czy katoliccy księża powinni mieć możliwość zakładania rodzin? Dyskusja na ten temat powraca regularnie. Nawet w samym Kościele nie ma co do tego zgody – sprawę omawiano choćby podczas ostatniego synodu biskupiego w Amazonii” – czytamy w SuperExpressie.
Gazeta ta przytacza również badania prof. Józefa Baniaka, socjologa religii z Uniwersytetu Adama Mickiewicza sprzed kilku lat. Wykazały one, że spośród kilkuset przepytanych przez profesora księży 15 proc. miało dziecko, a aż 60 proc. miało doświadczenie związku z kobietą.
Warto w tym kontekście przypomnieć, iż w jednym z wrześniowych numerów dodatku Plus Minus do dziennika Rzeczposposlita pewien polski katolicki talib wspomniał o zjawisku „nowej reformacji”, która rodzi się w łonie kościołą powszechnego. Jako jeden z jej przejawów wskazuję się m.in. między innymi pomysł wyświęcania na księży żonatych mężczyzn w regionie Amazonii. Autorem tego tekstu jest nie kto inny, jak znany katolicki fundamentalista Tomasz Terlikowski.
„I nawet jeśli na początku zmiana dotyczyć będzie Amazonii, to raczej prędzej niż później zostanie ona przyswojona w całym Kościele katolickim, szczególnie że wielu niemieckich czy szwajcarskich biskupów tylko czeka na sygnał od synodu, by wyświęcić pierwszych żonatych na kapłanów. Nowa reformacja trwa i czas przyjąć to do wiadomości” – pisał Tomasz Terlikowski.

Nieprzyjazny rozdział od państwa

W pełni zdawaliśmy sobie sprawę z trudności jakie napotkamy. Wynikają one ze znikomej wiedzy w społeczeństwie o prawdziwym obliczu Kościoła katolickiego w realizacji jego zakulisowych wpływów, instytucjonalnego dostępu do władzy oraz braku informacji o skali otrzymywanych z różnych źródeł środków pieniężnych.

Przede wszystkim jednak z niedostatku wiedzy polityków i osób publicznych zajmujących się sprawami relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi o ich prawnych uwarunkowaniach.
Uważamy, że konstytucyjne postanowienia przyjęte w pięć lat po podpisaniu Konkordatu przyczyniły się w decydującej mierze do nadania Polsce ipso facto (faktycznego) charakteru państwa wyznaniowego, nawet jeżeli nie takie były zamiary jej twórców. Niestety, doprowadzili oni do sytuacji, w której pochodzące z demokratycznych wyborów władze państwowe zobowiązane są do dzielenia się sprawowana władzą z niedemokratyczną, hierarchicznie zorganizowaną działającą sekretnie i zakulisowo. Jest to więc współuczestnictwo we władzy, a wiec znacznie więcej niż tylko instytucjonalny do niej dostęp.
Art.25 Konstytucji, umieszczony w rozdziale I poświęconym państwu i jego instytucjom, co najmniej zrównuje z nimi instytucje wyznaniowe jeżeli wręcz nie przydaje im charakteru instytucji państwowych. Odwrócone zostało pierwszeństwo należne zasadzie pierwotnej tj. zasadzie wolności myśli, sumienia i wyznania indywidualnego człowieka i niezasadnie przyznane pierwszeństwo wolności kolektywnej kościołów i związków wyznaniowych która przecież jest pochodną wolności jednostki .Na marginesie wypada zauważyć, że art.53 ust.1 zubaża zasadę wolności indywidualnej ograniczając ją jedynie do wolności sumienia i wyznania, a w ust.2 precyzuje ją wyłącznie w zakresie wolności religii.
W konsekwencji nadrzędne potraktowanie wolności kolektywnej wzmacnia pozycję kościołów i związków wyznaniowych zrównanych z państwem w swej autonomii i niezależności i dodatkowo ubogaca przewidzianym w art.25 ust.3 obowiązkiem współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.
Cóż to za dobro wspólne ? Jak je zdefiniować ? Nie inaczej niż poprzez treść art.1 Konstytucji RP. Tym dobrem jest Rzeczpospolita – zgodnie bowiem z treścią tego przepisu stanowi ona dobro wspólne wszystkich obywateli !
Stąd logiczny wniosek wypływać musi, że współdziałanie obejmuje wszystkie sprawy jakie dla dobra wspólnego i dobra człowieka zostaną uznane za istotne. Jest to podstawowe uzasadnienie wagi i znaczenia komisji wspólnej rządu i episkopatu, w której pracach rząd jest reprezentowany jako instytucja działająca „in corpore” – w całości, chociaż praktycznie czynią to delegowani doń ministrowie. Art.25 ust.3 konstytuuje zasadę bilateralizmu jako zasadę współdecydowania władzy publicznej i kościoła w całym spektrum spraw, które dosyć swobodnie kościół może uznawać za istotne i mieszczące się w jego sferze autonomii i niezależności – w jego zakresie – jak stanowi przepis konstytucyjny czy też – w jego dziedzinie jak postanowiono w konkordacie. Jednocześnie art.25 ust.4 Konstytucji odsyła w zakresie stosunków państwa z Kościołem katolickim do konkordatu jako szczególnej, przewidzianej w Ustawie Zasadniczej formie regulacji relacji wzajemnych. Nie można przy tym nie zauważyć, że oba fundamentalne dla struktury prawnej państwa dokumenty są powiązane w wielu kwestiach komplementarnie. Konkordat w tych postanowieniach, które zostały na rzecz Kościoła zawarowane na tyle konkretnie by mógł twardo bronić przywilejów instytucji kościelnych (jak. np. prawo prowadzenia placówek oświatowych i wychowawczych ) nie ma potrzeby poszukiwania dodatkowego wzmocnienia, ale już w odniesieniu do katechezy szkolnej, która mogła być realizowana w różny sposób, w tym w sposób obciążający instytucje Kościoła, to dla zabezpieczenia jego interesów sięga się do przepisu konstytucyjnego o bezpłatnej edukacji publicznej, a w innych wypadkach, gdy reguły konkordatowe są sformułowane ogólnie czy nie dosyć jasno Kościół stara się je poszerzać jak np. w zakresie przywilejów finansowych (art.22 ust 2 przewidujący powstanie komisji, która może decydować o ewentualnych zmianach w istniejącym ustawodawstwie w odniesieniu do spraw finansowych instytucji i dóbr kościelnych) . Komisja taka jednak nigdy nie powstała co daje możliwość zgłaszania rządowi aspiracji do szczególnie dogodnego traktowania instytucji kościelnych.
Można zrozumieć, że twórcy Konstytucji byli pod presją zarówno polityczną jak i prawną wynikająca z Konkordatu, niemniej jednak również w szeregu innych postanowień Ustawy Zasadniczej widać, że wola domknięcia szerokich praw Kościoła została w pełni zrealizowana. Zgodnie z art.191 ust 1 pkt. 5 i ust. 2 kościoły i związki wyznaniowe otrzymały prawo do wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego w zakresie spraw objętych ich zakresem działania, a więc pytanie jakich konkretnie ?
Może we wszystkich dotyczących dobra człowieka i dobra wspólnego jak należałoby logicznie wywnioskować z wcześniej wspomnianego postanowienia. Nie znajdziemy bowiem za wyjątkiem szerokiego ujęcia w art.19 ust 2 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 1989 roku poświęconego czynnościom przy wypełnianiu funkcji religijnych, wskazówek dotyczących ustalenia zakresu spraw mieszczących się w owej autonomii i niezależności, nie znajdziemy w treści konstytucji odpowiednika art. 10 wyżej wspomnianej ustawy dotyczącego świeckiego statusu państwa i neutralności światopoglądowej. Zrezygnowano ze świeckości instytucji publicznych, zbyt szeroko określono treść wolności do ekspresji religijnej (art.53 ust.5) czy też zrezygnowano w art.48 z ograniczenia rodziców w wychowywaniu dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami w tym wypadku religijnymi. Ogólne postanowienie o stwierdzeniu uwzględnienia stopnia dojrzałości jest nieprecyzyjne i w mojej ocenie nie adekwatne do obecnego stanu rozwoju młodzieży, a ponadto zupełnie nie zauważa przepisu art.15 k.c. przyznającego takim małoletnim ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a więc również do kształtowania swojej świadomości i światopoglądu zgodnie z art. 47 Konstytucji RP. Wszystkie przytoczone tu przykładowo postanowienia znakomicie utrudniają możliwość dokonywania jakichkolwiek zmian w aktualnym porządku prawnym odnoszącym się do relacji z kościołami i związkami wyznaniowymi.
Osobnym problemem, który można jedynie zasygnalizować na potrzeby niniejszego tekstu jest problem recepcji prawa, czyli mówiąc potocznie jego przyswojenia, wprowadzenia do obowiązującego systemu prawa stanowionego przez państwo norm prawnych pochodzących z innych niż państwowy systemów prawnych. Obserwujemy z niepokojem, że proces ten dotyczy prawa wewnętrznego Kościoła katolickiego. Dokonuje się on w Polsce np. w drodze orzecznictwa Sądu Najwyższego bezpodstawnie rozstrzygającego spory przy zastosowaniu prawa kościelnego np. w zakresie ważności umów zawieranych przez kościelne osoby prawne. Jest to niezgodnie z zasadami prawidłowej recepcji prawa wymagającymi aprobaty władzy ustawodawczej dla uznania za prawo obowiązujące takich unormowań.
Podaje ten przykład nie tylko dlatego by przybliżyć skalę problemów i podejmowanych w ramach Kongresu Świeckości działań dla ich rozwiązania, ale przede wszystkim dlatego, że problemy te mają, a przynajmniej powinny mieć podstawowe znaczenie dla praktyki politycznej. Poza potrzebą szerokiej akcji edukacyjnej społeczeństwa tylko umiejętnie realizowane działania polityków mogą zmienić istniejący stan rzeczy i tylko dlatego, że przestaje funkcjonować przekonanie o wartościowym poparciu społecznym zapewnianym przez Kościół każdej kolejnej ekipie rządowej.
Kościół zerwał pakt o tzw. „przyjaznym rozdziale z państwem” stając się przyjacielem tylko jednej opcji politycznej i ta okoliczność nie powinna pozostać bez znaczenia!
Jako Kongres Świeckości zostaliśmy zaproszeni do udziału w wyborach i mogliśmy przedstawić naszych kandydatów w celu umieszczenia ich na listach wyborczych lewicy. Niestety, zarówno ilość uwzględnionych propozycji osobowych jaki i odległe miejsca na listach wyborczych nie są dla nas satysfakcjonujące, a zgłaszane uwagi programowe w tym przede wszystkim do tematyki jaką mieli poruszać kandydaci wypowiadający się o kwestiach relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi nie zostały uwzględnione w zadowalającym nas rozmiarze.
Tymczasem bieg spraw w Polsce wskazuje, że partia rządząca w koalicji z Kościołem w wypadku wygrania wyborów parlamentarnych będzie dążyła do zmiany obowiązującego prawa, a nawet Konstytucji RP. W wypadku uzyskania odpowiedniej większości w Sejmie będzie dążyła do wprowadzenia prawnego zabezpieczenia statusu Kościoła lub nawet do formalnego potwierdzenia prawnego wyznaniowego charakteru państwa. Leży to nie tylko w interesie Kościoła, ale i zabezpiecza interesy partii rządzącej.
Dodatkowo nie można też powiedzieć, aby sprzyjała nam sytuacja międzynarodowa. Kwestie stanowiące dla nas podstawowe znaczenie nie są zasadniczo objęte traktatami europejskimi, o Unii Europejskiej i o funkcjonowaniu Unii , a konflikt polskich władz z władzami UE w wielu kwestiach dotyczących pryncypialnych zasad ustrojowych powodować będzie raczej niechęć instytucji unijnych do rozszerzania sporu na temat przestrzegania zasad świeckości państwa.
W tym stanie rzeczy apelujemy do wszystkich sił politycznych i organizacji społecznych, obywatelskich i ludzi dobrej woli o współdziałanie i wspieranie w dostępnych formach w tym finansowe naszych działań, które będą skoncentrowane na prezentowaniu, popularyzacji i edukacji w sprawach świeckości państwa, którą utraciliśmy faktycznie, a istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że utracić możemy poprzez zmiany w obowiązującym prawie.
Tekst został wygłoszony na Kongresie Świeckości.

Sytuacja absolutnie wyjątkowa

W obliczu realnego zagrożenia rządami narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy, która w oficjalnie głoszonym programie wyklucza ze wspólnoty narodowej wszystkich, którzy nie podzielają wiary katolickiej, a swoje wartości moralne wywodzą z innych źródeł, a także tych których patriotyzm kształtuje się odmiennie od endeckiej, nacjonalistycznej jego wersji, wszystkie partie polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie uznające demokrację liberalną za obowiązującą stosownie do Konstytucji RP z 1997 roku, powinny popierać się w wyborach parlamentarnych. Jesteśmy bowiem w sytuacji absolutnie wyjątkowej.

Dalsze rządy prawicowej ultrakonserwatywnej prawicy w rzeczywistej chociaż nieformalnej koalicji z Kościołem katolickim grożą nie tylko ostateczną dewastacją instytucji demokratycznych w Polsce, ale i konstytucyjnym potwierdzeniem obecnego wyznaniowego charakteru państwa, co na długo uniemożliwiłoby podejmowanie jakichkolwiek działań na rzecz przywrócenia podmiotowości obywatelskiej niekonfesyjnej części społeczeństwa. Nie można także pominąć skali potencjalnych szkód jakie zostaną wyrządzone młodemu pokoleniu poprzez nachalną działalność misyjną, która będzie bez przeszkód realizowana w systemie edukacji publicznej. Dla całej laickiej i postępowej części społeczeństwa jest kwestią nie tylko związana z przestrzeganiem jej praw obywatelskich lecz i, a może przede wszystkim kwestią egzystencjalną mobilizacja w sprzeciwie wobec rządzących bo jest mało prawdopodobne by nie nastąpiło w państwie po wyborach zróżnicowanie praw cywilnych obywateli w zależności od wyznawanej religii czy bezwyznaniowości.
Środowiska świeckie, antyklerykalne, wolnościowe są w naturalny sposób zróżnicowane. Często wzajemnie zantagonizowane. Niezbyt skłonne do udzielania poparcia przedstawicielom konkurencyjnych środowisk, a nawet własnych nie mówiąc już o organizacjach innych niż światopoglądowe, rozmaitym ruchom społecznym i politycznym. Często taka postawa jest zrozumiała, zdarzają się oceny krytyczne środowisk religijnych jednakże sprzeciwiających się klerykalizacji kraju, często słuchać zarzuty wobec środowisk LGBT korzystających z aktywnego poparcia środowisk świeckich na organizowanych przez nich marszach i imprezach podczas gdy przedstawiciele tych środowisk rzadko wspierają wydarzenia organizacji ateistycznych czy walczących o świeckość państwa. To wszystko prawda, tylko w obliczu nadzwyczajnego zagrożenia dla nas wszystkich konieczne jest nawiązanie współpracy i udzielenie sobie pełnego poparcia. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreśla zresztą program lewicy mamy szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym jeżeli nie ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej to chociaż wprowadzenie do Sejmu RP kandydatów zgłoszonych na listy lewicy nr 3 występujących pod szyldem SLD. Możemy i pewnie mamy różne zastrzeżenia do liderów lewicy. Lękamy się czy znowu nie potraktują sprawy świeckości instrumentalnie jako towaru do wymiany mamy problemy z poziomem zaufania do nieznanych szerzej kandydatów zaludniających tworzone przez polityków listy, nie satysfakcjonuje nas ani liczba wprowadzonych przez Kongres Świeckości kandydatów ani przyznane im miejsca na listach, możemy także obawiać się o poziom merytoryczny przygotowania licznych kandydatów z trzech partii lewicy, którzy podjęli temat świeckości państwa przy widocznym braku wiedzy i doświadczenia w tej problematyce. Wszystko to może martwić, ale też nie możemy nie zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej. Głosi postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału instytucjonalnego państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych, obiecuje zdystansowanie i obojętność wobec religii i religijnych światopoglądów, nie będzie tworzyć systemu prawnego odzwierciedlającego religijna wizje świata. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego.
Celem nadrzędnym wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych niewątpliwie jest przywrócenie ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej, ale także powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła. Jest to zadanie trudne i mało prawdopodobne by w najbliższej kadencji można było odnieść w tej sprawie znaczące sukcesy. Potrzebna jest zatem intensywna praca edukacyjna, promocyjna i stałe eksponowanie problemów powodowanych realną pozycją kleru i Kościoła katolickiego w Polsce. To wymaga przełamania blokady i marginalizowania naszych środowisk przez media głównego nurtu, a to z kolei jest możliwe tylko poprzez współpracę parlamentarzystów stale eksponujących problematykę relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi w ramach dopuszczalnych form funkcjonowania w Sejmie czyli np. w parlamentarnym zespole przeciwdziałania klerykalizacji kraju. Nie było dotychczas dyskusji nad sposobami organizacji współpracy z różnymi organizacjami światopoglądowymi, społecznymi i obywatelskimi. Być może trzeba będzie otwarcie podjąć takie rozmowy i dążyć do konkretnych ustaleń zastępujących wzajemne „fochy”, niechęć czy osobiste animozje. Warto byłoby np. koordynować kalendarz organizowanych imprez, wymieniać się stanowiskami w najważniejszych sprawach, kłócić jak trzeba. Teraz jednak nie mamy na to czasu.
W wielu okręgach wyborczych mamy sprawdzonych działaczy na rzecz świeckości, w wielu także działaczy partii politycznych lewicy niosących hasła świeckości, we wszystkich okręgach mamy listy lewicy przynajmniej teoretycznie gwarantujące nam, że świeckość państwa jest jednym z tematów wiodących lewicy w tej kampanii wyborczej i możemy domagać się wręcz od tych kandydatów, którzy zdobędą poselski mandat realizowania naszych postulatów, udostępniania biur poselskich i infrastruktury na potrzeby naszej działalności. Głosujmy zatem na list lewicy, popierajmy w kampanii lewicowych kandydatów, ale działajmy ze świadomością, że najtrudniejsze zmagania dopiero przed nami po wyborach.