Egzorcysta

Jarosław Kaczyński założył kolejną maskę. Nie mówi o „zamachu smoleńskim”. Zrezygnował z kariery dewelopera budującego wieżowce. Został egzorcystą!

To samo od tysięcy lat. W każdym zakątku świata. Neron nie zawahał się podpalić Rzymu. By móc wskazać poddanym wroga numer jeden. Chrześcijan. Rzekomo winnych całemu złu. Niemieccy faszyści też nie mieli wątpliwości. Kto odpowiada za wielki kryzys lat trzydziestych. Żydzi. Żydowscy bankierzy. Sklepikarze. Fabrykanci. Nie kto inny jak politycy byłej Jugosławii przekonali swoich obywateli. Że ich dotychczasowi sąsiedzi to wrogowie. Podobnie jak Hutu i Tutsi w Rwandzie.
Duchowni od stuleci dzielnie sekundowali władcom w dzieleniu społeczeństw. Na stosach ginęły tysiące kobiet. Winne rzucanym urokom. Zarazom. Nieurodzajom. Bo każda religia, oprócz swojego boga, musi też mieć swojego szatana.
Polska nie jest białą plamą na mapie napuszczania jednych na drugich. Kto w Kielcach naopowiadał gawiedzi o Żydach pijących krew polskich dzieci? Kto przez lata wbijał do głów – również szaleńców – że to „wina Tuska”? Nie było Tuska. Winnym okazał się Adamowicz.

Divide et impera

Dziel i rządź. Ta maksyma też ma dwa tysiące lat. Jarosław Kaczyński tylko potrafił ją zgrabnie wprowadzić do polskiej rzeczywistości. „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO” – krzyczał w 2006 roku. I w gruncie rzeczy nieważne, gdzie jest „tu”? A gdzie „tam”? Kim są „oni”? Najważniejsze jest przekonanie o istnieniu wroga. „Są już objawy cholery, pierwotniaki, pasożyty” – straszył konsekwencjami przyjęcia imigrantów z Syrii. To był październik 2015 roku. Dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi.
Strach przed piekłem. Przed chorobami przynoszonymi przez przybyszów z Afryki. Przed modlącymi się do nie naszego Boga. Przed czarno i śniadoskórymi. Większość społeczeństw Europy dawno poradziła sobie z tymi strachami. Nie Polska. Ksenofobiczna. Zaściankowa. Chłonna na wszystko co dzieli. Nadal jest doskonałym poletkiem doświadczalnym prawicowych polityków. I wspierających ich księży. Szczególnie, gdy zbliżają się wybory.
Do plejady wyborczych strachów PiS-u anno domini 2019 dołączyły 2 miliony polskich gejów i lesbijek. Tak, takie są szacunki. Warto o nich pamiętać. Bo słowo „mniejszość” może sugerować jakiś liczbowy margines społeczeństwa. Tymczasem w każdej trzydziestoparo osobowej klasie to statystycznie dwójka uczniów lub uczennic.
Koniec końców, nie dziwię się Kaczyńskiemu. Że próbuje nas podzielić. Zawsze takim był. I pozostanie. Niezależnie od nakładanych masek.

LGBT+

Dziwię się natomiast prezydentowi Trzaskowskiemu. Każdy doświadczony polityk powinien umieć przewidywać konsekwencje swoich działań. I słów – to do wiceprezydenta Rabieja. To był błąd. Wiadomo, że prawica Kaczyńskiego po kilku wizerunkowych wpadkach znalazła się w opałach. I na gwałt potrzebowała tematu zastępczego. Który – mówiąc językiem Kurskiego – ciemny lud kupi.
Kto zna deklarację LGBT+, podpisaną przez Trzaskowskiego? Kto czytał wielostronicowe zalecenia WHO, którymi tak żonglują politycy PiS? Oni sami też nie czytali. Ale wizja przedszkolanki instruującej trzylatka, jak powinien się masturbować – działa na wyobraźnię. Że nieprawdziwa? Co to ma za znaczenie? Ważne, że działa.
W całej rozciągłości popieram to, co w deklaracji LGBT+ napisano. A Trzaskowski to co napisał, mógł robić. Każdy prezydent powinien działać na rzecz obywateli i obywatelek swojego miasta. Również bez podpisywania w świetle kamer czegokolwiek. Na tym polega polityka.
Równie dużo złego – i to samemu środowisku LGBT – wyrządził wywiad Pawła Rabieja opublikowany w Gazecie Prawnej. Mojemu koledze z Koalicji Europejskiej zwracam uwagę, że istnieje coś takiego jak autoryzacja tekstu. Pozwala nie tylko poprawić błędy. Ale również jeszcze raz przemyśleć publikowane treści. Nie ma prywatnych wypowiedzi publicznego polityka.
Temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne niefortunnie zbiegł się w czasie z wypowiedziami biskupów o pedofilii w Kościele. Obawiam się, że w podświadomości niektórych mógł się pojawić zbitek pojęć: gej-pedofil. Oczywiście absurdalny. Ale do straszenia idealny. Nie przypadkiem przed ostatnimi wyborami po ulicach Wrocławia jeździła laweta z homofobicznym tekstem: „pedofilia występuje do 20 razy częściej wśród homoseksualistów”.

Związki partnerskie

Są tematy, które da się załatwić jednym głosowaniem w Sejmie i podpisem prezydenta. Do takich można zaliczyć podniesienie kwoty wolnej od podatku. Wystarczy znaleźć pieniądze, które zrekompensują ubytki podatkowe. Poza tym, wszyscy są za. I są sprawy, które poprzedzać musi długotrwała (niekiedy liczona w latach) praca u podstaw.
Kawałek drogi już za nami. Żaden z polityków nie śmie zakazać parady równości. A jak śmie – jak prezydent Lublina – to go zaraz każdy sąd sprowadzi do pionu. Widziałem i słyszałem rechot posłanek i posłów (również Platformy Obywatelskiej), będący reakcją na pierwsze pojawienie się Roberta Biedronia na mównicy sejmowej. Dzisiaj to już prehistoria. Nawet w zdominowanym przez prawicę parlamencie.
Rośnie poparcie dla związków partnerskich. W niedawnym sondażu IPSOS dla OKO.press 56 proc. Polek i Polaków nie widzi niczego złego we wprowadzeniu do polskiego prawodawstwa instytucji związków partnerskich. Z których mogłyby korzystać zarówno pary hetero jak i homoseksualne. Prowadząc w Sejmie projekt ustawy o związkach partnerskich, zwracałem uwagę na pewien absurd. Przedsiębiorcom prawo pozwala na rozliczne formy działalności. Społecznicy mają fundacje i stowarzyszenia. Tylko dwójka kochających się ludzi – zakładająca rodzinę – nie ma wyboru. Ślub, albo… nic.
Jestem przekonany, że w przyszłym Sejmie zebranie większości dla przegłosowania ustawy o związkach partnerskich nie będzie już takim problemem jak w trakcie mojej kadencji. Pod warunkiem, że odsuniemy PiS od władzy.

Adopcja?

Czy w przyszłości Polska umożliwi parom homoseksualnym adopcję dzieci? Nie wiem. W sondażu IPSOS zaledwie co szósty respondent (18 proc.) jest w stanie to zaakceptować . Nota bene, równie mała jest akceptacja wprowadzenia w Polsce waluty euro. Dlatego w przewidywalnym horyzoncie czasowym żaden Sejm nie będzie w stanie przegłosować ani jednego, ani drugiego. Jakie jest moje zdanie w sprawie adopcji dzieci przez pary homoseksualne?
Nie, nie popełnię błędu Rabieja, dając PiS-owi kolejną porcję tak koniecznego „paliwa”. Jedno jest pewne. Potrzeba rozmowy. Spokojnej . Rzeczowej. Z udziałem ekspertów. A nie polityków. Dla których liczy się wyłącznie wyborczy „urobek”. Niepokojące jest to, że ostatni sondaż może sugerować, że „egzorcyzmy” uprawiane przez prawicę nad środowiskiem LGBT w konsekwencji osłabią Koalicję Europejską. Trafiając też rykoszetem w Roberta Biedronia. I o to Kaczyńskiemu chodziło. Nie o czyjekolwiek dobro.

Egzorcysta

„Błagamy Cię gorąco, poślij swoich Aniołów, aby strąciły do czeluści piekielnych, wszystkie te złe duchy, które mają być strącone” – modli się codziennie 150 polskich egzorcystów. Polska jest potęgą. Żaden europejski kraj nie może pochwalić się tak wielką liczbą seansów egzorcystycznych. I skutecznością. Portal modlitwy.info.pl napisał, że każdorazowe odmówienie modlitwy, której fragment przytoczyłem, skutkuje strąceniem do czeluści piekielnych aż 50 tysięcy złych duchów.
Jarosław Kaczyński pozazdrościł takiej skuteczności. „Wara od naszych dzieci” – krzyczał podczas niedawnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości. Święcie wierząc, że tą partyjną „modlitwą” uratuje polskie rodziny. Uratuje nasze dzieci. Przed pedofilami. Przed gejami i lesbijkami. Czyhającymi, by je adoptować.
Tylko czy warto z takim gościem w ogóle dyskutować?

Poważnie

Wiele hejtu wylało się na moją głowę, gdy na Facebooku poddałem w wątpliwość sens prowadzenia debaty o podpisanej przez Trzaskowskiego deklaracji LGBT+. O wywołanym przez wiceprezydenta Rabieja temacie adopcji dzieci przez pary gejów i lesbijek. „Debaty” z PiS-em. Na dwa miesiące przed wyborami.
Bójmy się nie gejów. Nie lesbijek. Nie nauczycieli, którzy w szkołach będą uczyli nasze dzieci wychowania seksualnego. Najbardziej obawiajmy się takich ludzi jak Kaczyński. Który zrobi wszystko dla zachowania swoich wpływów i władzy. Dlatego w roku 2019 nie legalizacja związków partnerskich powinna być tematem numer jeden. Nie takie czy inne deklaracje LGBT. Zapewniam, że cały klub poselski Sojuszu Lewicy Demokratycznej poprze ustawę o związkach partnerskich. Że w szkołach dzieci i młodzież będzie się uczyła trzeźwego spojrzenia na czekające ich życie seksualne.
Ale najpierw musimy pozbyć się egzorcysty.

Można być katolikiem bez księży

Z ks. Wojciechem Lemańskim rozmawia Justyna Koć (woadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W Środę Popielcową, która rozpoczyna Wielki Post, opublikował ksiądz na swoim profilu w portalu społecznościowym wpis: „Lepsze jest opanowanie języka, niż post o chlebie i wodzie”. Do kogo ksiądz kierował te słowa, a może do siebie?
KS. WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, inaczej bym tego nie opublikował. Zresztą to nie moja twórczość, znalazłem u jednego ze znajomych i podałem dalej. Przyznam, że nie opanowałem umiejętności tworzenia memów. Raz w tygodniu piszę niedzielny felieton na kanwie Ewangelii. Czasem w morzu wpisów, gdy zauważę coś ciekawego, filozoficznego, ponadczasowego, ku refleksji i zastanowieniu, ku przestrodze, to podaję dalej. Uznałem, że Środa Popielcowa to taki dzień, że można sobie dać na wstrzymanie, zwłaszcza gdy jest się katolikiem, a szczególnie katolickim księdzem. Jak pani na pewno zauważyła, tego dnia komentarzy z mojej strony nie było. Zamieściłem jeszcze post o Europejskim Dniu Sprawiedliwych, ponieważ wypadł w tym roku tego dnia. Holocaust i jego ofiary leżą mi na sercu. Myślę, że okres Wielkiego Postu powinien być również czasem refleksji nad tym, co się pisze w mediach społecznościowych.’

Przed okresem Wielkiego Postu komentował ksiądz, publikował i podawał dalej treści, mówiąc delikatnie, nie po linii Kościoła i obecnej władzy.
A pani wie, jaka jest dziś linia Kościoła i władzy?

Na pewno podawanie i komentowanie tekstów o pedofilii w Kościele po linii polskiego Kościoła nie jest.
No właśnie, mówi pani nie o Kościele, ale o polskim Kościele i to tylko pewnym wymiarze tego Kościoła, który moglibyśmy nazwać hierarchicznym. Dziś jestem bardziej pesymistyczny w moich ocenach. Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że wiele racji mają ci, którzy mówią o Kościele toruńskim i łagiewnickim, otwartym i zachowawczym, konserwatywnym.

Skostniałym?
Nie chcę stosować tu pejoratywnych określeń, ale dziś powiedziałbym, że patrząc na Kościół w ten sposób, myliłem się. To, co nazywamy Kościołem otwartym, według mnie w Polsce istnieje właściwie w wymiarze śladowym. Daleko mi do postawy niektórych polskich duchownych, którzy mają „usta pełne uogólnień”, gdy mówią o Kościele we Francji, w Niemczech, na Wyspach Brytyjskich, w Skandynawii czy w USA. Jestem pełen uznania dla tego, co tamtym Kościołom udało się osiągnąć wobec wyzwań, które przecież również i nas nie ominą. Powiedziała pani, że moje komentarze są pod prąd Kościołowi czy władzy. Pewnie trochę tak. Władzy, w tym wydaniu, w jakim działa dzisiaj, zwłaszcza jeżeli chodzi o jej patologie, jestem przeciwny. W przypadku Kościoła mam na myśli postawę zachowawczą, bezradność, milczenie, kiedy trzeba krzyczeć.

Nie boi się ksiądz, że zostanie znowu ukarany?
Ale za co? Dorośli ludzie powinni zadać sobie pytanie, kiedy jest pora, aby stali się odpowiedzialni za to, co robią, mówią. Jeśli ktoś uważa, że trzeba poczekać na czas „bezpieczny”, to może się okazać, że ten czas nigdy nie nadejdzie. Znam z historii ludzi Kościoła, którzy byli taką ością w gardle, zadrą, kimś kto mówił to, o czym wielu boi się nawet myśleć. Jestem katolickim księdzem, więc takim wzorcem jest dla mnie Jezus z Nazaretu. Ale są również współczesne wzorce w Kościele, duchownych godnych naśladowania, których śladem chciałbym iść, ks. Bozowski, Zieja, Twardowski, Popiełuszko, w Niemczech ks. Bernard Lichtenberg, w Czechach ks. Halik. Jest ich sporo, choć w swoim czasie stanowili nieliczną garstkę.
Długo ksiądz był w sporze ze swoimi przełożonymi, skończyło się to nałożeniem w 2014 roku suspensy przez abp. Hosera, która zdjęta została dopiero pół roku temu. Hierarchowie liczyli po cichu, że ksiądz zrzuci w końcu sutannę, ale tak się nie stało. Dlaczego?

Bo mnie sutanna nie uwiera, nie pali. Pojawiały się oczywiście wątpliwości, czy aby to, co mnie niepokoi i bulwersuje, o czym piszę, co mówię, gdzie się pojawiam – czy to jest właściwie. Szukałem takiego zewnętrznego papierka lakmusowego, aby nie opierać się tylko na własnym przeczuciu i ocenie. Pewnie panią zaskoczę, ale spotykałem się w tamtym czasie z wieloma biskupami i księżmi. Wszystkie te spotkania zachowałem w dyskrecji, choć nie było ze strony rozmawiających ze mną takiego wymogu. Proszę mi uwierzyć, że chyba we wszystkich rozmowach, a byli to również znani biskupi, słyszałem, że rozumieją moją postawę i nie dostrzegają jakichś poważnych błędów. Niektórzy dodawali uwagę: może ma ksiądz rację, ale nie w tym czasie, nie publicznie.

Koniunkturalizm?
Myślę, że oni inaczej niż ja rozumieją dobro Kościoła. Zresztą im dłużej trwa ten stan, tym bardziej wydaje mi się, że to nie ja byłem w błędzie. Że to, o czym wtedy publicznie mówiłem, dziś wraca jako nierozwiązany problem.

Pedofilia w kościele?
Także.

Upadek mitu prałata Jankowskiego? Obserwujemy ten dramatyczny spór o pomnik.
Ja nigdy osobiście nie spotkałem księdza Jankowskiego. Kiedy on po raz pierwszy, wysłany przez biskupa Kaczmarka, pojechał do stoczni, zresztą w dość dziwnych okolicznościach, gdy bp Kaczmarek pytał się I sekretarza partii o pozwolenie, ja przygotowywałem się do matury. Potem pamiętam nasze mocne zderzenie, takie symboliczne, gdy w 2001 roku wypłynęła na nowo sprawa Jedwabnego za przyczyną książki Jana Tomasza Grossa. Przygotowywałem wówczas wielkanocną dekorację Grobu Pańskiego, który zawierał odniesienia do pogromów Żydów w Jedwabnem.

Za którą potem dostał ksiądz po głowie.
Ja tego tak nie odbierałem. Byłem wówczas przekonany, że podobnych dekoracji, nawiązujących do tamtego wydarzenia, będzie w Polsce mnóstwo.

Srodze się ksiądz pomylił.
Na to wygląda. Z tego, co mi wiadomo, były tylko dwie: w kościele świętej Brygidy w Gdańsku i ta moja na obrzeżach Otwocka.
Tamta instalacja, którą firmował ksiądz Jankowski, była pracą prymitywnego prostaka-antysemity. Ja tam nie dostrzegłem żadnej głębszej myśli, był za to wyraźnie antysemicki wydźwięk. Moja instalacja była próbą chrześcijańskiego odczytania tamtej tragedii. Zaowocowało to telefonem z KPRM z zaproszeniem, abym pojechał na uroczystości do Jedwabnego. Znów było we mnie przekonanie, że będzie tam nas, księży i biskupów, wielu. Przyjąłem zaproszenie, wyruszyliśmy autokarem z parkingu przy Torwarze. Gdy się rozejrzałem, okazało się, że w autokarach jest wiele pustych miejsc. Dla mnie to było mocne przeżycie. Uwierzyłem księdzu prymasowi Glempowi, który mówił, że nie był świadomy wydarzeń w Jedwabnem. Wierzyłem, że musimy się z tą prawdą zmierzyć – to Polacy mordowali Żydów. Myślałem, że skoro prymas to mówi, to tak się stanie. Niestety, okazało się, że tego zamiaru wystarczyło na bardzo niewiele. Żaden z biskupów, nawet ten wyznaczony w episkopacie do kontaktów z Żydami, nie pojechał do Jedwabnego. Miejscowy biskup też się nie pojawił. Blisko 20 lat później nie jest dużo lepiej.

Nie rozliczyliśmy się z tym problemem?
Wydaje mi się, że wtedy był dobry czas, aby się z tym problemem naszych relacji z Żydami, zarówno czasów wojny, jak i czasów powojennych zmierzyć. Wiele wskazywało wówczas na to, że społeczeństwo jest gotowe, aby podjąć ten trud, niestety szybko okazało się, że nie ma odważnych, mądrych przewodników, którzy zdecydowaliby się społeczeństwo poprowadzić do tych trudnych miejsc. Burmistrz wyemigrował do Stanów, miejscowi Sprawiedliwi nadal pozostali w ukryciu, mimo że zmieniali się proboszczowie, żaden na to miejsce nie wyruszył. Zmienił się biskup i też do tych mogił nie podążył. Sąsiednie miejscowości – Szczuczyn, Radziłów, Bzury – do dzisiejszego dnia czekają. To przykre, że innych pouczamy i strofujemy, a sami nie radzimy sobie z tymi strasznymi pamiątkami czasów wojny i bezpośrednio powojennych.

Dlaczego Kościół nie umie sobie z tym poradzić? Kościół, który miłuje najbardziej tego ułomnego, biednego, grzesznika?
Bo jest bardziej polski niż katolicki. To zresztą powiedział szczerze proboszcz parafii w Jedwabnem. Mówił, że on nie ma nic przeciwko temu, żebym przyjeżdżał i modlił się na tym miejscu, ale on nie pójdzie ze mną, bo musi potem żyć wśród tutejszej społeczności. Chyba go rozumiem. Ale i wiem, co bym zrobił, gdybym był na jego miejscu. Proboszcz w Jedwabnem swoim zachowaniem nie odbiega od postawy proboszczów innych miejscowości. Słuszność tej diagnozy potwierdził biskup łomżyński, który kiedyś odpowiedział na list naszej społeczności „Starszym Braciom w wierze”, która próbuje te trudne sprawy po katolicku, po chrześcijańsku rozważać. Przy okazji dnia judaizmu jeździmy do takich miejsc. Wysyłamy też listy do biskupa łomżyńskiego i lokalnych proboszczów, że przyjeżdżamy, aby się pomodlić za zamordowanych. Biskup odpisał nam, że żaden katolicki ksiądz nie będzie się modlił w tych miejscach, bo Żydzi szkalują Polskę. Jeżeli miejscowy biskup daje taki sygnał proboszczom, to się nie dziwię, że księża wiedzą, co nie jest mile widziane. Myślę, że znaczenie może mieć również to, o czym pani wspomniała – tam przyjeżdża ksiądz Lemański. Oni wiedzą, co go spotkało, więc może lepiej nie ryzykować.

Może to trochę infantylne, ale czy rolą Kościoła nie jest właśnie pomoc wiernym w przeżyciu, zrozumieniu takich trudnych doświadczeń?
Ani to infantylne, ani naiwne. Taka jest rola edukacyjna Kościoła, który nie tylko ma katechizować i nauczać prawd wiary, ale ma również pomagać człowiekowi odnaleźć się w realiach, w których dane jest mu żyć. Kościół w Polsce z tym zadaniem sobie nie radzi. Myślę o zaszłościach relacji chrześcijańsko-żydowskich przed wojną, w czasie wojny i w czasach powojennych. Mówię tu też o reakcji episkopatu na pogrom na Plantach w Kielcach, kiedy biskupi nie tylko nie zareagowali, ale jeszcze „natarli uszu” biskupowi częstochowskiemu, który jako jedyny zachował się wtedy po chrześcijańsku i po ludzku uczciwie. Dziś Kościół w podobny sposób nie radzi sobie z problemem uchodźców. Jak się raz człowiek ukryje przed odpowiedzialnością, to potem łatwiej mu przed tą odpowiedzialnością uciec po raz drugi, trzeci i czwarty. Choćby taka bardzo współczesna sytuacja – opozycyjna aktywistka poszła zamówić mszę świętą za cywilne ofiary żołnierzy wyklętych. Najpierw przyjęto tę intencję, potem ją zmieniono, a na koniec tłumaczono, że to była prowokacja. Jeżeli modlitwa w kościele za zamordowane kobiety, dzieci, starców jest prowokacją, to po co nam taki Kościół?

Ten sam mechanizm ucieczki przed odpowiedzialnością działa w przypadku pedofilii?
To jest chyba inne zagadnienie, chociaż strategia wyparcia, przeczekania jest i tu dostrzegalna. Jeśli chodzi o cały zestaw problemów, takich jak molestowanie dzieci i dorosłych, przemoc w rodzinie, gwałt małżeński, to są to problemy, z którymi nasz świat mierzy się stosunkowo od niedawna. I dobrze, że wreszcie się z tymi problemami mierzy. Czasem wygląda jakby trochę przerysowywał. Nie chcę powiedzieć, że jesteśmy tu przewrażliwieni, ale uczymy się właściwych reakcji. Widać to choćby w komentarzach. Czytam ostatnio, że jakiś duchowny został skazany za pedofilię na 7,5 roku więzienia, komentarze pod tą informacją są w stylu: dlaczego tak mało, takiego należałoby wykastrować, albo nawet że powinien dostać karę śmierci. Trochę jak z akcją #MeToo, która moim zdaniem była potrzebna, ale w niektórych środowiskach prowadziła do tego, że łatwo było rzucić oskarżenie na podstawie plotki, pomówienia, domniemania, a potem już ruszała lawina.

To normalne, że to wahadło odchyla się w drugą stronę, gdy przez wiele lat sprawy były zamiatane pod dywan.
Kościół w reagowaniu na tego rodzaju wyzwania jest wyraźnie spóźniony, zresztą jak my wszyscy. Nie nadążamy za przemianami, które dokonują się na naszych oczach. Kościół nie nadąża z reagowaniem na wyzwania naszych czasów. Kiedyś reakcja po kilku latach to była błyskawiczna reakcja. Dziś dla wielu to dowód na brak reakcji. Świat zrozumiał, że ma do rozwiązania problem, Kościół też zobaczył, że świat się obudził i próbuje coś z tym problemem robić. A polski Kościół? Też próbuje, ale robi to tak nieporadnie, że wielu uważa, że nic nie robi.

A nie jest tak?
Nic to byłoby wtedy, gdyby polski ksiądz pedofil z Dominikany nie został skazany i osadzony w więzieniu. To byłoby nic, gdyby tamten ksiądz nadal był księdzem, gdyby abp Paetz nadal normalnie bierzmował, publicznie odprawiał, celebrował jako biskup senior.

To są udowodnione ponad wszelką wątpliwość przypadki, z którymi nawet Kościół nie mógł dyskutować. Ale jeżeli papież przy przekazaniu raportu o pedofilii w polskim Kościele całuje dłoń Marka Lisińskiego, szefa fundacji „Nie lękajcie się”, ofiarę księdza pedofila, a polski episkopat słowami rzecznika komentuje, że każdy, kto został ochrzczony, może zwrócić się do Ojca Świętego, to dla mnie to jest owo „nic”.
Nie podoba mi się taka wypowiedź rzecznika KEP. Nie tylko ta jedna wypowiedź. Należy jednak uznać skuteczność podejmowanych wysiłków. Spóźnione, niewystraszające, nieskuteczne, to prawda. Ale wreszcie coś się zaczyna dziać. Uważam, że parasol ochronny nad ludźmi Kościoła w Polsce, jakkolwiek jest od dawna rozłożony, to jednak, dziękować Bogu, trochę tych bolesnych kulek gradowych przepuszcza. Słynny przypadek bronionego przez pana Piotrowicza księdza z Tylawy pokazuje, że ten ksiądz jednak został skazany. Oczywiście gdyby się działo 10 razy tyle, 100 razy tyle, to też byłoby to za mało, a dzieje się niewiele. Wspomnę jeszcze o tym „nic”. Jeżeli mówimy o czynach, których skutki są do dzisiejszego dnia, ale które miały miejsce 40 lat temu, a ksiądz, dziś 80-letni starzec, jest u schyłku swojego życia, to nie ma prawnej możliwości, by postawić go przed sądem. Natomiast można by odbyć jakąś procedurę kanoniczną, czyli tę wewnątrzkościelną, ale przy uczestnictwie osób skrzywdzonych, tak aby mogły zabierać głos, aby miały poczucie, że ich relacja doprowadziła do uznania go za winnego ich krzywdy. Uważam, że Kościół robi ogromny błąd, że w obliczu tego ogólnoświatowego skandalu nie proponuje takiego wyjścia do przodu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w archiwach SB, które ma obecnie IPN, było sporo doniesień na księży pedofilów, a może nawet biskupów, które nigdy nawet nie otarły się o sąd tylko dlatego, że był to doskonały materiał do szantażu i tworzenia siatki współpracowników w gronie księży.

Przeglądał ksiądz raport fundacji „Nie lękajcie się”?
Oczywiście.

Widział ksiądz zatem nazwiska tuszujących pedofilię w Kościele. Arcybiskupi Hoser, Jędraszewski, Gocłowski, Głodź, nazwiska z najwyższej półki.
Ja bym się zdecydował na procedurę o której mówił bp Czaja. Aby w związku z tymi wymienionymi nazwiskami biskupów osobom zainteresowanym, skrzywdzonym czy fundacji „Nie lękajcie się” dać wgląd w akta, aby sami mogli stwierdzić, jak było naprawę z tymi przenosinami z parafii do parafii, z traktowaniem doniesień do kurii, z recydywą księży pedofilów. Niestety, Kościół tego nie robi. Wiem o jednym przypadku, gdy biskup, który dowiedział się o tym, że jeden z jego księży krzywdził dzieci, pojechał osobiście do ofiar i ich rodzin. Zaproponował i udzielił pomocy. To pokazuje, że nawet w dzisiejszych warunkach jak się chce, to można.

Czy polski Kościół czeka to samo, co Kościół irlandzki?
Oby tak. Kościół w Irlandii nie „odszedł” od Kościoła. Irlandczycy, gdy pytamy, kim są, sami mówią o sobie, że są katolikami. Oczywiście nie wszyscy, ale naprawdę bardzo wielu z nich. Do kościołów przestali chodzić, przestali się spowiadać przed księdzem, przestali słuchać swoich biskupów, ale z Kościoła nie odeszli. Podobnie w Niemczech, gdzie ta deklaracja jest równie jednoznaczna, bo związana z wymiarem podatkowym. W Niemczech na niedzielne nabożeństwa chodzi około 10 proc. katolików, pozostałe 90 proc. płaci podatek kościelny właśnie dlatego, że się utożsamia z Kościołem. Nie rezygnują z przynależności do Kościoła, a jednocześnie nie utożsamiają się z kościelną hierarchią. Powiedziałem oby, bo Kościół w Irlandii oczyszcza się z tego, co było dla niego rakową naroślą. To, że papież Benedykt XVI zdecydował się przed laty napisać list do wiernych w Irlandii, ponad głowami biskupów i kapłanów, wiele nam mówi. Mam nadzieję, że za jakiś czas Polacy zrozumieją, że to, czy będzie w Polsce 30 tysięcy księży, czy tylko 3 tysiące, to nie ma większego znaczenia. Można być katolikiem bez księży. Dla niektórych to niewyobrażalne, ale naprawdę możliwe.

Bigos tygodniowy

Przeżarty pedofilią katolicki kler polski nie skorzystał z okazji by pokornie zamknąć gębę na kłódkę i przyłączył się do szczucia na LGBT. Biskupi oświadczyli na konferencji Episkopatu, że „masturbacja to zachowanie samotniczo-ipsacyjne”. Nie sposób wątpić, że biskupi znają tę ipsację z autopsji. Episkopat utożsamił swoją religię z orientacją heteroseksualną. Można by użyć parafrazy, że Kościół kat. jest heteroseksualny w formie i pedofilny w treści.

W zeszłym tygodniu biskupi ogłosili jakieś niewiele mówiące statystyki, liczby, cyferki pokazujące praw dobnie zaledwie czubek góry lodowej. Do tego abepy Gądecki i Jędraszewski jak zwykle popisali się na konferencji klerykalną mową-trawą odwracającą kota ogonem. Nawet bez słowa „przepraszam”. Widać, że ciągle nie mogą pogodzić się z nadzieją, że uda się im wyjść z pedofilnej afery psim swędem. Lecz to próżny trud. Już nie da się tego ukryć pod korcem. Po tych występach szefa i wiceszefa Episkopatu, publicysta katolicki Szymon Hołownia napisał: „Nie trzeba gejów, wilczych oczu Tuska z Junckerem i Sorosem, kartkówek z masturbacji i islamistycznych kaznodziejów, laicyzację zrobimy sami”. Krążyło kiedyś takie powiedzenie: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”.

Jednak ten kiks szefów Episkopatu został przysłonięty przez burzę anty-LGBT, którą wywołał Najwyższy Prezes swoim buńczucznym okrzykiem: „Wara od naszych dzieci!”. Dał tym okrzykiem hasło do boju całej katolickiej kołtunerii polskiej. Jej rozjuszony tłumek zebrał się nawet pod warszawskim Ratuszem.

„Do niedawna rozważania o Polsce, w której nie będzie już rządzić PiS, mogły uchodzić za mrzonki lub śmiałe, lecz naiwne marzenia. Ale już nie dzisiaj. Najnowsze sondaże wskazują, że, że Polacy zobaczyli, dokąd ich prowadzi polityka rządzących. A to oznacza – tak jak w komunizmie – utratę legitymizacji dla sprawowania władzy. To początek końca. Można zacząć realistycznie myśleć o odgruzowywaniu Polski z toksycznej spuścizny po rządach PiS i jego usłużnych akolitów”. (prof. Roman Kuźniar)

A dla kontrastu inna opinia. Robert Tekieli w Gapolu lewituje jak fakir: „Mamy prawo oczekiwać, że obóz rządzący jest w stanie obronić polską rodzinę, polski naród i Kościół przed falą lewicowej przemocy. Do tego potrzebna jest wygrana w wyborach parlamentarnych, pozwalająca na napisanie nowej konstytucji i powołanie Trzeciej Niepodległej. Jeśli Jarosław Kaczyński zabezpieczy nas takimi zapisami w ustawie zasadniczej, które uniemożliwią na przyszłość wprowadzenie lewicowej ideologii, pustoszącej Zachód, zapewni sobie spoczynek na Wawelu obok swego brata. I będzie wspominany przez następne stulecia, tak jak dziś wspominamy Marszałka”. Wieczne odpoczywanie swoją drogą, ale czy jest na sali lekarz?

Pisowscy politycy i pisowscy propagandyści uparcie twierdzą, że pisowska narracja TVP i Polskiego Radia to uprawniony element równowagi w sferze medialnej, zdominowanej przez media liberalno-lewicowe. Problem w tym, że media liberalno-lewicowe są prywatne. Otóż, podobnie prywatny jest znaczący sektor mediów prawicowo-nacjonalistyczno-klerykalnych i do nich nie mam pretensji. Natomiast TVP i PR są mediami
p u b l i c z n y m i czyli powinny odzwierciedlać pełne spektrum poglądów całego społeczeństwa, a nie służyć jednej, rządzącej dziś partii. Warto przy tym przypomnieć, że swoje „Warto rozmawiać” Pospieszalski zaczął za rządów SLD, w kwietniu 2004 i przetrwał cała pierwszą kadencję rządów PO-PSL, Czy można sobie wyobrazić jakąś audycje publicystyczną prowadzoną dziś w TVP przez jakiegoś lewicowego czy liberalnego publicystę. Nie. To science fiction.

À propos, w TVP nastąpiły roszady kadrowe. Wygląda na to, że Adrian upchnął w zarządzie TVP swoich protegowanych, „wściekłą” pisówkę Marzenę Paczuską i Piotra Pałkę. Nowym szefem TVP Info, głównej pisowskiej szczujni propagandowej został Krystian Kuczkowski. Podobno to ofensywa Adriana z Młodym Morawieckim przeciw Kurskiemu. Podobno chcą w TVP więcej pluralizmu, a mniej propagandy. Akurat. Zwyczajnie czują się tam niedopieszczeni, więc wepchali swoich ludzi, by to odwojować. Będzie to więc raczej nowa pałka na opozycję niż dobra zmiana bez cudzysłowu. Jednoczesnie Adrian klepnął 1,2 miliarda złotych na pisowskie szczujnie medialne, z TVPiS na czele.

Na łamach francuskiego dziennika „Le Monde” ukazał się tekst zatytułowany „Żądamy dekanonizacji Jana Pawła II”. Jego autorkami są dwie działaczki katolickie: pisarka i redaktorka „Témoignage chrétien” Christine Pedotti oraz publicystka i biblistka Anna Soupa. Mało dbam o jego świętość, ale że był to kabotyn pierwszej wody, to nie ulega wątpliwości.

Związek Nauczycielstwa Polskiego szykuje się do strajku i to jest poważane działanie. Tymczasem oświatowa „Solidarność” odstawia komiczny teatrzyk w postaci „okupacji” Małopolskiego Kuratorium. Sprzyja mu nawet tamtejsza kuratorka Barbara Nowak, jak powiedział Paweł Rabiej: „homofobka i dewotka”, która ich serdecznie ugościła. I tak sobie pisiorska kuratorka z pisiorską przybudówką współegzystują ku chwale pisowskiej ojczyzny.

Pojawiły się dwa wyniki sondażowe. W jednym Koalicja Europejska ma niewielką przewagę nad PiS, a w drugim odwrotnie. W sukurs PiS-owi w te pędy ruszył CBOS i ogłosił dziwaczny, nonsensowny wynik nie uwzględniający istnienia Koalicji Europejskiej i badający poparcie dla wyodrębnionych partii. PiS ma w tym sondażu 44 procent, PO – 20 procent, a Kukiz – 7 procent. Pozostałe partie łącznie z SLD i Wiosną są pod kreską. A przecież to sondaże przedwyborcze, w których nie ma pojedynczych partii, ale koalicja, która dostała premię za jedność ponad podziałami. Jasne, że do żadnego sondażu nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi, ale CBOS mocno przegina ze swoimi manipulacjami. Cóż za bełtanie w głowach i partyjne manipulacje uprawia CBOS za pieniądze podatników!

Sąd wydał korzystny dla Jerzego Urbana wyrok w sprawie publikacji „karykaturalnego wizerunku nawiązującego do wizerunku Jezusa, z mało inteligentnym wyrazem twarzy”. Tymczasem pisowscy cenzorzy kultury przebudzili się w Lublinie. Po czterech latach od premiery, Katolickie Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów w tym mieście (jak się bierze emeryturę po katolicku?) dopatrzyło się antypolskich i antykatolickich treści w inscenizacji mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” w lubelskim teatrze im. Osterwy. Z kolei radny PiS Ryba dopatrzył się w przedstawieniu opartym na baśniach braci Grimm „skandalicznej ironii z Matki Bożej i Pana Jezusa”. To naprawdę są obsesjonaci.

List otwarty

do prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca
w sprawie powstającego w rzeszowskim Teatrze Maska spektaklu „#chybanieja” w reżyserii Pawła Passiniego. List zainicjowany przez Forum Przyszłości Kultury podpisało już ponad 100 przedstawicieli środowiska teatru i kultury.

Szanowny Panie Prezydencie,
Środowisko teatralne i ludzie kultury z najwyższym niepokojem śledzą napływające od kilku dni informacje związane z Pana działaniami i publicznymi wypowiedziami w sprawie powstającego w rzeszowskim Teatrze Maska spektaklu „#chybanieja” w reżyserii Pawła Passiniego. Cieszy nas, że po kilku dniach niepewności dyrekcja teatru potwierdziła kontynuację prac nad przedstawieniem, wypełniając tym samym swoje zobowiązania wobec twórców i publiczności. Nie zamyka to jednak sprawy, bo Pana działania są wyrazem jawnego naruszenia prawa regulującego relacje instytucji kultury i organizatorów, a jako takie skutkują naruszeniem praw konstytucyjnych nas wszystkich.
Jak wynika z wiadomości przekazanych opinii publicznej przez twórców spektaklu i dyrekcję teatru, usiłował Pan wstrzymać pracę nad spektaklem za pomocą przekazanej dyrekcji ustnej decyzji. Słyszymy także, że stało się to po interwencji Kurii Rzeszowskiej. Choć Kuria zaprzecza takim doniesieniom, naszej uwadze nie może ujść bezpośredni kontekst tych wydarzeń: Jednym z wątków przedstawienia jest problem pedofilii w Kościele katolickim, tymczasem biskup Diecezji Rzeszowskiej, Jan Wątroba, znalazł się na przekazanej Papieżowi Franciszkowi przez Fundację „Nie lękajcie się” liście hierarchów, którzy ukrywali przypadki pedofilii. Spektakl dotyka więc niezwykle ważnej społecznie i trudnej kwestii – z tej racji zasługuje na szczególną ochronę i wsparcie ze strony instytucji, w której toczy się praca, a także władz publicznych.
Pana publiczne wypowiedzi w tej sprawie odsłaniają zatrważające niezrozumienie obowiązków i roli władz samorządowych wynikających z Ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. Narusza Pan autonomię programową instytucji artystycznej, próbując dopuścić się aktu cenzury prewencyjnej.
Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak w tym kontekście rozumie Pan konstytucyjny nakaz działania w granicach i na podstawie prawa (art. 7), konstytucyjny zakaz cenzury prewencyjnej (art. 54) oraz konstytucyjną wolność twórczości artystycznej (art. 73)?
Jest to dla nas sprawa najwyższej wagi.
Mając poczucie wspólnej odpowiedzialności za stan spraw publicznych, który zależy od determinacji obywateli do tego, by bronić demokratycznego ładu i swoich praw, oraz wypełniając konstytucyjny obowiązek troski o dobro wspólne (art. 82), domagamy się na podstawie art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (j. t. Dz. U. z 2016 r. poz. 1764 ze zm.) w trybie informacji publicznej pełnego wyjaśnienia tej sytuacji, przesłania skanów wszelkich dokumentów (decyzje, zarządzenia, inne) dotyczących ingerencji Prezydenta w tę sprawę i wskazania podstaw prawnych podjętych przez Pana działań. Kultura jest dobrem wspólnym, jej nieodzowną część stanowi zagwarantowana przez prawo autonomia instytucji kultury i konstytucyjna wolność twórczości artystycznej. Naruszanie którejkolwiek z tych wartości narusza prawa nas wszystkich.
Prosimy nasz list otwarty potraktować jako wniosek z art. 241 kodeksu postępowania administracyjnego i odnieść się do wszystkich poruszonych w nim zagadnień.

Kontrreformacja trwa nadal

Popatrzmy na obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”: Batory siedzi zblazowany, choć z nagą szablą i spod półprzymkniętych powiek przygląda się upokorzonym Ruskim. Z lewej – hetman wielki koronny Jan Zamojski, a z prawej – legat papieski Antonio Possevino (oczywiście, nie tylko o Inflanty chodzi,
ale i o jedynie słuszną wiarę rzymską).

Podobnie ma się rzecz z malowidłem Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Nad Polakami – na obłoku w białej szacie i niebieskim płaszczu – Maryja Dziewica. No i oczywiście na czele ks. Ignacy Skorupka z krzyżem w dłoni, piętnujący bolszewików, nie symbolami polskości (jak przystałoby na obronę niepodległości kraju), lecz jednoznacznym atrybutem Kościoła rzymskiego. Tak więc skojarzenia są jasne i czytelne: po jednej stronie azjatycka, prawosławna, pisząca cyrylicą dzicz o komunistycznej proweniencji, z nami natomiast (jak zawsze) – siły niebieskie, Kościół (ks. Skorupka jest symbolem stanu duchownego), siły wzniosłe, absolutnie dobre i intencjonalnie czyste. Chodzi o walkę dobra ze złem, a dobrem tu jest oczywiście katolicyzm rzymski w trydenckiej wersji.
A nam jak najsnadniej do państwa moskiewskiego przyjść
aniż inszym do tamtych Indów, każdy to baczyć może.
A dostawszy tego moglibyśmy też potężnością i bogactwem
i każdym narodom i królestwom w chrześcijaństwie dorównać.
Paweł PALCZOWSKI (1609)
Na polską myśl i charakter narodowy, na miejscową kulturę, na jej irracjonalizm, na mentalność i pojmowanie świata nie Reformacja i Oświecenie (oraz to co w ich wyniku nastąpiło) wywarły głównie wpływ (jak na Zachodzie), ale zwycięstwo Kontrreformacji. Wyznaczyła ona ramy naszej kultury w każdym aspekcie, przede wszystkim – religijne, jurydyczne, polityczne i społeczne. Wraz z wyborem Zygmunta III Wazy (1587) na króla, stajemy się egzemplifikacją idei kontrreformacyjnych, wyznaczających (poprzez króla i rządzące elity wraz z istniejącą strukturą społeczną i mentalnością szlachty polskiej) centralne miejsce w imperializmie katolickim, w jego parciu na Wschód i jego re-katolicyzacji. Na ów trend nałożył się polsko-katolicko-oligarchiczny (czyli magnacko-szlachecki) kolonializm, obecny przede wszystkim na ziemiach współczesnej Ukrainy środkowej i wschodniej oraz Białorusi i Litwy. Polska ekspansja na Wschód miała wówczas wymiar zarówno ekonomiczny, polityczny jak i religijny (niebywale wzmocniony właśnie ideologią kontrreformacyjną, co musiało owocować oprócz antynomii ekonomicznych i społecznych także konfliktami na tle religijno-kulturowym). Degrengolada I RP, rozbiory, 123 lata braku niepodległości, a przez to kształtowanie się nowoczesnego narodu (i jego atrybutów) w cieniu kontrreformacyjnego Kościoła rzymskiego po dziś wyciskają piętno na tzw. charakterze narodowym Polek i Polaków. I to bez względu na proweniencję społeczną, polityczną, kulturową, wykształcenie etc.
Dziś egzemplifikuje to się tym, co dla nadwiślańskich elit ma być zasadniczą ideą niesioną na Wschód w postaci tzw. kanonów cywilizacji Zachodu, których my mamy być głównym i jedynie-prawdziwym przedstawicielem: demokracja, wolność, prawa człowieka, indywidualizm, neoliberalizm oraz takaż wersja przedsiębiorczości (oczywiście w imieniu korporacji zachodnich, najlepiej – amerykańskich), tzw. wartości chrześcijańskich – de facto; katolickich.
Ta nachalna promocja naszego, polskiego rozumienia pojęć demokracji i wolności obywatelskich, (cech, będących w świecie uważanym za cywilizowany efektem Reformacji i Oświecenia, których polskie społeczeństwo nie doświadczyło, a na drobnej części naszych elit, które ledwo ich liznęły, nie zostawiło głębszego śladu) jest tyle megalomańska, co szkodliwa z punktu widzenia pragmatyki czy strategii politycznej. Prof. Andrzej de Lazari stwierdza: „…Nie jesteśmy dla Rosjan autorytetem i nie mamy im czym zaimponować. Przestańmy ich nauczać i pouczać”. Ten passus rozciągnąć można swobodnie z Rosjan na mieszkańców całego Wschodu Europy.
Jeśli w sposób bezwarunkowy uznajemy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka (na dodatek we współczesnej wersji neoliberalnej) – służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość – i jako przepełnieni neoficką megalomanią nuworysze (ciągłe podkreślanie po 1989 roku tzw. powrotu do Europy czyli kompleks niższości wobec Zachodu) ponowoczesny wymiar Kontrreformacji w naszym nadwiślańskim wydaniu staje się faktem. Wzmacniają go obecne w nas od zawsze megalomania, paternalizm (zwłaszcza wobec INNEGO, stojącego niżej cywilizacyjnie i kulturowo według nas, a pochodzącego ze Wschodu), mitomania, katolicki mesjanizm i połączona z nim tromtadracja oraz napuszenie. Gdy do tego dodać jeszcze dziwaczne połączenie antykomunizmu, rusofobii, kontrreformacyjnej megalomanii i wspomnianego paternalizmu, z jednoczesnym pańskim stylem bycia katolickich elit na dalekich Kresach I RP (emanacja mentalności tzw. ziemiaństwa i czci dla kultury dworku) łatwo pojąć jak i czemu na zasadzie sprzężenia zwrotnego oraz procesów społeczno-kulturowych nastąpiło kompletne pomieszanie i wymieszanie antynomicznych zdawałoby się pojęć: z jednej strony wszyscy poczuli się sukcesorami tradycji pańskiej, szlacheckiej, nosicielami idei złotej wolności i liberum veto (wystarczy posłuchać każdego przesiedleńca z Kresów – każdy przed 1939 r. był posesjonatem, panem, utracił w wyniku Jałty niesłychane dobra i własności, choć cywilizacyjna zapaść, bieda i ubóstwo tamtych terenów były przysłowiowe), a z drugiej – znaczna część inteligencji będącej niejako sukcesorem klasy Panów Braci Herbowych zakaziła się tą chłopską, folwarczną niechęcią do INNOŚCI, do mądrości, do nietradycyjnych i nieszablonowych sposobów myślenia. Konserwatyzmem, tradycyjnością, uśpieniem rozumu i leniwością umysłu. Typowymi produktami polskiej Kontrreformacji.
Kontrreformacja trwa ciągle w polskich umysłach, świadomości, decyzjach politycznych, spojrzeniu na otaczający świat i ludzi. Od przeszło 300 lat. Zawirowania – najszerzej pojęte – z jakimi mamy do czynienia na Wschodzie Europy oraz postawa wobec nich polskich elit świadczą o tym najlepiej. Bo zdjęliśmy co prawda żupany, odpięliśmy karabele, zrzuciliśmy z grzbietów kontusze, ale mentalność i umysły pozostały w nas post-sarmackie czyli kontrreformacyjne, kolonialne, folwarczne i paternalistyczno-pańskie.

Całość tekstu poświęconego tym (i nie tylko) zagadnieniom znaleźć można w artykule mego autorstwa pt. „Wszyscyśmy z kontrreformacji”,www.sprawynauki.edu.pl nr 2 / 187 / 2014.

Polak, Żyd – dwa bratanki

Czy Polacy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”? Prędzej z przekazu kościoła katolickiego, tak bardzo miłującego bliźnich. Dalej jest noc.

Wypowiedź ministra spraw zagranicznych Izraela o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” wywołała w Polsce szeroką falę oburzenia. Politycy od prawa do lewa w tym oburzeniu się zagotowali żądając kategorycznie przeprosin, nie stroniąc od określeń wypowiedzi Katza jako haniebne, niedopuszczalne itp. Zarówno wypowiedź izraelskiego polityka jak i reakcja polskich elit politycznych mają miejsce w czasie ważnych kampanii wyborczych w obydwu krajach. Obawiam się przeto, że naturalna dla kampanii wyborczych skłonność polityków do stosowania ostrej kreski, uproszczonego, dosadnego języka doprowadzi do zagubienia w tym tumulcie, w tym hałasie pokrzykiwania i potupywania sedna problemu.
Wypowiedź ministra spraw zagranicznych Izraela o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” wywołała w Polsce szeroką falę oburzenia. Politycy od prawa do lewa w tym oburzeniu się zagotowali żądając kategorycznie przeprosin, nie stroniąc od określeń wypowiedzi Katza jako haniebne, niedopuszczalne itp. Zarówno wypowiedź izraelskiego polityka jak i reakcja polskich elit politycznych mają miejsce w czasie ważnych kampanii wyborczych w obydwu krajach. Obawiam się przeto, że naturalna dla kampanii wyborczych skłonność polityków do stosowania ostrej kreski, uproszczonego, dosadnego języka doprowadzi do zagubienia w tym tumulcie, w tym hałasie pokrzykiwania i potupywania sedna problemu.
Przez 300 lat w Bazylice Katedralnej w Sandomierzu prezentowany był olbrzymich rozmiarów obraz namalowany na zlecenie kapituły katedralnej, przedstawiający porywanie chrześcijańskich dzieci przez Żydów, mordowanie ich i „przerabianie na macę”.
Obraz ukryto dopiero w 2006 r. ale przez 3 stulecia, umocniony autorytetem Kościoła, kształtował świadomość ludu bożego. Czy wszystkie polskie dusze zostały zatrute tym przekazem? Czy wszyscy Polacy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”? Z pewnością nie wszyscy, ale z pewnością wielu.
W kilka tygodni po złożeniu poselskiego ślubowania w 1993 r. dowiedziałem się, że nazwisko moje znalazło się na słynnej „Liście Wrzodaka” – wykazie posłów na Sejm, będących według autora listy pochodzenia żydowskiego. Zdziwienie i zaskoczenie moje i mojej rodziny było ogromne, ale ponieważ znalazłem się w bardzo dobrym, szanowanym przeze mnie towarzystwie, pomimo absurdalności tej informacji, nie protestowałem. Lista do niedawna osiągalna była w Internecie – dzisiaj jej już nie ma. Jest za to dostępna „Lista Raczkowskiego – czyli świecznikowych osób i ich pochodzenie”. Oczywiście chodzi wyłącznie o pochodzenie żydowskie.
Brak reakcji władz na antyżydowskie ekscesy, skandal po ujawnieniu zbrodni w Jedwabnem, brak jakiejkolwiek (poza usiłowaniami dezawuowania) reakcji na monumentalną monografię Barbary Enkelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” wskazują, że problem istnieje.
Naukowa badania opinii Polaków o Żydach prowadzone są w Polsce od bardzo dawna – nijak jednak wyniki tych badań nie przekładają się na decyzje polityczne. Warto więc może przypomnieć, że jeszcze niedawno (lata 90-te) ponad 50 proc. Polaków deklarowało niechęć do Żydów, a tylko 15 proc. sympatię. Co ciekawe, wyniki zauważalnie zmieniły się po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, ale i tak, jeszcze w 2008 r. około 1/3 Polaków Żydów nie lubiła. (A. Sułek, „Zwykli Polacy patrzą na Żydów”, Nauka, 2010).
A oto synteza wyników sondażu w Warszawie: „Sondaż przeprowadzony wśród warszawskich, wydawałoby się kosmopolitycznych, licealistów mówi, że aż ponad 60 proc. z nich zdecydowanie nie chciałoby, by ich dziewczyna lub chłopak byli Żydami. 45 proc. młodzieży twierdzi też, że nie chciałoby nikogo o żydowskich korzeniach w swojej rodzinie, a podobny odsetek zarzeka się, iż nie chce Żydów w sąsiedztwie.”
Nieodparcie więc narzuca się pytanie: co przez 29 lat po demokratycznej transformacji ustrojowej zrobiono w Polsce, aby przed tą nacjonalistyczną, antyżydowską (ale przecież nie o Żydów tu chodzi) trucizną uchronić młode pokolenia, których przyszłość i powodzenie nierozerwalnie związane są z koniecznością współistnienia z przedstawicielami innych kultur? Nie zrobiono praktycznie NIC. Nic nie zrobiły rządy, nic nie zrobił Kościół – poza oczywiście gestami i czysto propagandowymi zabiegami, mającymi na celu uspokojenie międzynarodowej opinii publicznej i prezentowanie „właściwego” wizerunku Polski w świecie.
Zamiast więc miotać groźby i obelgi pod adresem izraelskiego ministra, właściwą reakcją polskich polityków powinno być zaproponowanie poważnego, długofalowego programu, który wyrwie Polaków z zatrutych czeluści nacjonalizmu. Że można coś konkretnego zrobić niech przykładem będzie Luksemburg – urzędowo jak najbardziej katolicki kraj. W tym oto państwie zniesiono niedawno naukę religii w szkołach zastępując ją lekcjami „Życie i społeczeństwo”, skupiającymi się na wartościach wspólnego współistnienia. Można.
Polecam to rozwiązanie naszym politykom – szczególnie tym po lewej stronie sceny.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołanie na puszczy”.

Ojciec rodziny

Bynajmniej nie chodzi o Rodzinę Radia Maryja. Aczkolwiek ojciec Rydzyk również jest laureatem zaszczytnej nagrody im. błogosławionego Jerzego Ciesielskiego – „ojca rodziny”. Tak jak Bogdan Chazan, Marek Jurek i Wanda Półtawska.

Najwyraźniej tu w Warszawie przegapiliśmy moment, kiedy Politechnika Krakowska zaczęła być katolicką uczelnią. Pocieszam się jednak, że nie jestem sama w swojej ignorancji. Ludzie z Małopolski również zostawiają w internecie pełne zdziwienia komentarze pod artykułami mówiącymi o tym, że nagrodę „Ojca Rodziny” bł. Jerzego Ciesielskiego otrzymał w obecności rektora tej uczelni prof. Bogdan Chazan. To nie wszystko. Laureatami tego zaszczytnego wyróżnienia, które wymyśliła sobie redakcja katolickiego „Źródła” zostali również tak zasłużeni „ojcowie rodzin” jak Tadeusz Rydzyk czy Wanda Półtawska.
Kim był Jerzy Ciesielski? Absolwentem politechniki, bratem późniejszego jej rektora oraz… znajomkiem Karola Wojtyły. Jak na ojca rodziny pisanego wielką literą i godnego swojej własnej statuetki – nie miał tej rodziny szczególnie licznej, bo dorobił się jedynie trójki potomstwa. Pewną wskazówkę może stanowić fakt, że zginął w katastrofie statku wraz z dwójką swoich młodszych dzieci. I najzupełniej szczerze – nie mi wnikać w sposób, w jaki kościół katolicki dobiera sobie swoich błogosławionych czy świętych, wolałabym jednak, aby robił to nie mieszając w to państwowych uczelni wyższych. Tymczasem rektor Politechniki Krakowskiej, Jan Kazior, nie tylko daje Bogdanowi Chazanowi, symbolowi przemocy wobec kobiet, platformę do wygłaszania tez stojących w sprzeczności z dzisiejszymi standardami medycyny, ale również sam wygłasza płomienne przemówienie o tym, że zadaniem jego uczelni jest wychowywanie i przekazywanie „istotnych” wartości. Istotnie – tegoroczny laureat określił je nad wyraz konkretnie: aby przyjmując młodych lekarzy na studia, a potem do pracy, pozwolić im dokładnie na to samo okrucieństwo, z którego w 2014 roku zasłynął Chazan na całą Polskę.
Prócz tego w laudacji abp Jędraszewskiego, równie płomiennej jak przemówienie rektora, usłyszeliśmy cytat z Levinasa nawiązujący do Holokaustu, który w głowach Niemców „narodził się z obojętności” na los drugiego człowieka – i to prof. Chazan właśnie w tej ciemnej dobie ma być tym, który się owej śmiertelnej obojętności przeciwstawia. Byliśmy więc świadkami kpiny zarówno z nauki, akademickiej powagi technicznej uczelni, norm nowoczesnej medycyny, jak i de facto samej idei ojcostwa. Chyba że do puli wliczymy nagrodzonemu profesorowi wszystkie ciąże, które swego czasu przerwał. Wtedy rzeczywiście miałby szansę na wynik godny Ojca Wirgiliusza. Prócz tego wszystkiego byliśmy również świadkami kpiny z prawa, ponieważ w sprawie Chazana nadal toczy się postępowanie przed warszawskim sądem.
W kraju, w którym minister nauki i szkolnictwa wyższego słyszy głosy mrożonych embrionów, najwyraźniej na porządku dziennym jest sytuacja, w której rektor politechniki ogłasza, że w pakiecie z dyplomem z transportu, gospodarki przestrzennej i materiałoznawstwa powinno się dostawać elementy teologii. W takim razie niech finansuje się z biskupich ściep na tacę i zmieni patrona z Kościuszki na Polaka wszech czasów.

Bigos tygodniowy

Pisiory i ich aparat propagandowy jednym głosem wołają, że w rozmowach wokół Srebrnej ich Prezes zachował się z krystaliczną uczciwością, nie złamał ani nie naruszył prawa. Święta prawda. Prezes rządzącej partii politycznej nie mógł ani naruszyć ani złamać prawa, ponieważ z nonszalancją satrapy przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tymczasem, aby naruszyć czy złamać prawo, trzeba wejść w nim w bliski kontakt. A gdy Prezes, który rządził krajem bez żadnego trybu przekonuje, że między partią PiS a spółką „Srebrna” i Instytutem im. Lecha Kaczyńskiego jest „chiński mur”, to trzymajcie mnie, bo rozpęknę się ze śmiechu.

Zmarł Jan Olszewski ( ur. 1930), półroczny premier RP (1991-1992), jeden z ojców Obozu Polskiej Paranoi Politycznej. Przy okazji pojawił się pomysł wystawienia mu pomnika. W reakcji na to ktoś wyskoczył z pomnikiem Mazowieckiego. Ja proponuję galerię pomników premierów wzdłuż krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Młodemu Morawieckiemu też już można wystawić. Będzie jak znalazł. Też w końcu kiedyś – po najdłuższym życiu – odejdzie do Domu Ojca.

Tenże Morawiecki sprowadził sobie na głowę kłopot czyli wiceministra Andruszkiewicza z podejrzeniami na karku. Składanie wieńców na pomniku faszoli z NSZ w Berlinie mu nie wystarczyło

Krystyna Pawłowicz za nic ma zalecenia Prezesa, by w roku wyborczym skorzystała z okazji i przymknęła japę. Po krótkim okresie wyciszenia Krycha znów szaleje na twitterze, gdzie, jak to ona, śmieszy, tumani i przestrasza. Miota się jakby w niej siedział Belzebub. Skoro prezes nad nią nie panuje, to może powinien wezwać egzorcystę?

Sąd uznał, że podpalacz, który podpalił biuro posłanki Kempy w Sycowie nie jest poważnym wariatem i wypuścił go z zakładu. Kazano mu się tylko odrobinę podleczać z doskoku.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy”. Trafne.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, to prawdziwie salomonowy sąd. Odrzucił skargę dwóch polskich gejów, którzy zawarli związek za granicą, na odmówienie im legalizacji tegoż związku w Ojczyźnie. Jednocześnie SA uznał, że z obecnej konstytucji nie wynika zakaz legalizacji związków jednopłciowego. I to wystarczyło, by kleroprawolstwo zawyło. A przecież stara zasada prawna mówi, że co nie jest zakazana, jest dozwolone.

Kler baby na stanowisku długo nie zdzierżył. Niedługo nacieszyła się szefostwem „Szlachetnej Paczki” Joanna Sadzik, które objęła po odejściu księdza Stryczka. Właśnie, po kilku tygodniach, ją odwołano i zastąpił ją ksiądz Babiarz Grzegorz. Babiarz za Stryczka? No, nie wiem czy to dobra zamiana. Poza tym ksiądz Babiarz jest prezesem Stowarzyszenia Wiosna, która prowadzi Szlachetną Paczkę. Ale to chyba nie ta Wiosna Biedroniowa, tylko jakaś inna?

Zwykle zarzekam się, że do wyników sondaży trzeba podchodzić z ostrożnością i dystansem, jednak mam do nich pociąg jak alkoholik do alkoholu, albo jak pszczoła do miodu. To silniejsze ode mnie. Oto według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Z sondażu dla radiozet.pl wynika, że Prawo i Sprawiedliwość może liczyć na 35,05 proc głosów, podczas gdy poparcie dla Platformy Obywatelskiej wyniosłoby 32,2 proc. Na podium znalazłaby się również Wiosna Roberta Biedronia, która może spodziewać się poparcia 12 proc. respondentów.
Do Sejmu wszedłby jeszcze tylko ruch Kukiz’15 z wynikiem zbliżonym do progu wyborczego – 5,76 proc. Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły progu wyborczego. SLD zdobyłoby niecałe 4-proc. poparcia, PSL – 3,27 proc., Wolność – 1,55 proc., Nowoczesna – 1,14 proc., a Razem – 0,15 proc., Ruch Narodowy – 0 proc.
Wniosek: lewico, do roboty!
Radiozet.pl opublikowało też sondaż dotyczący wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wynika z niego, że Koalicja Europejska (PO, Nowoczesna, SLD, PSL) wyprzedziłoby Prawo i Sprawiedliwość. Koalicja Europejska może liczyć na 42,07 proc. głosów, a PiS zdobyłoby 37,59 proc. poparcia ankietowanych. To pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie zajmuje pierwszej pozycji.
Lewico, do roboty!

Jeśli wierzyć słowom papieża Franciszka, papież Wojtyła nakazał kardynałowi Ratzingerowi schować do archiwum okazane mu dokumenty świadczące o nadużyciach seksualnych i ekonomicznych w Kościele. Jeśli by to było prawdą, to znaczy, że z premedytacją krył przestępców, ergo – był kryminalistą.

Polska jednym wielkim escape roomem. Pole grząskiego błota oddziela mieszkańców niedawno zamieszkanych bloków przy alei Polski Walczącej w Warszawie od najbliższego utwardzonego traktu. Czy o to Polska Walczyła?

Syn Józefa Kurasia „Ognia” chce zarobić milion złotych plus 50 tysięcy ekstra na zbrodniczej przeszłości swojego tatusia. Sąd jednak póki co oddalił pozew, acz uzasadnienie tej decyzji jest cokolwiek niejasne i zawiłe

A na kłopoty ze Srebrną, Andruszkiewiczem i ofensywą Biedronia PiS ma jak zwykle jedno, do bólu przewidywalne lekarstwo, a raczej probiotyk: zatrzymania przez ABW, ostatnio wśród byłych z Orlenu. Co za nudziarze!

List do Prymasa

Po rozmowie red. Moniki Olejnik z o. Ludwikiem Wiśniewskim („Kropka nad i”, środa 23 stycznia br.), Redakcja uznała za celowe przypomnienie istotnych fragmentów „listu otwartego” do Prymasa Polski (ukazał się Trybunie 17-19 listopada 2017).

Do Jego Ekscelencji Ks. Prymasa Polski (list otwarty)

„Potrzebne jest … jasne stanowisko Episkopatu. Jest to, jak się wydaje obowiązek Biskupów. Odkładanie tego obowiązku, wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania”. Odpowiedź – … „musimy formować sumienia. Nie jestem powołany do podejmowania zmian politycznych”.

Ekscelencjo, Księże Prymasie Polski!

…Pozwoli Jego Ekscelencja, że zacytuję ten fragment listu za TP – W naszym państwowym życiu wystąpiły w ostatnich latach niepokojące zjawiska, które jednak nie doczekały się moralnej oceny Kościoła. Są to takie kwestie jak nieposzanowanie Konstytucji, brak szacunku dla obywateli >gorszego sortu<, a szczególnie problem tzw. zbrodni smoleńskiej, który najbardziej podzielił nasz naród. Na te trudne tematy wypowiadali się niektórzy hierarchowie. Wypowiedzi te były jednak dość często dla wielu ludzi niezrozumiałe, a nawet gorszące. Potrzebne jest w tych kwestiach jasne stanowisko Episkopatu. Jest to, jak się wydaje obowiązek Biskupów. Odkładanie tego obowiązku, wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania. I odpowiedź Ks. Prymasa – No dobrze, tylko pozostaje otwarte pytanie, jakimi mamy robić to metodami. Ja uważam, że przede wszystkim musimy formować sumienia. Nie jestem powołany do podejmowania zmian politycznych.
Pytanie Jego Ekscelencji o metody podejmowania i rozwiązywania problemów, które podnosi o. Ludwik sprawiło, że na wywiad spojrzałem przez pryzmat Prymasa Tysiąclecia i nauczania Papieża-Polaka (są aktualne, ale i uniwersalne) oraz działalności Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, przez dekadę lat 80. ubw. współprzewodniczyli kardynał Franciszek Macharski i Kazimierz Barcikowski, członek Rady Państwa. IPN wydał w 2002 książkę pt. „Działalność Komisji”…skąd cytuję – „Dyskutowano także nad zagadnieniami dotyczącymi aktualnej sytuacji politycznej w kraju, a zwłaszcza o stosunku władz i hierarchii kościelnej do opozycji politycznej, aktywnej w latach osiemdziesiątych. Posiedzenia przedstawicieli Rządu i Episkopatu często stanowiły okazję do wymiany poglądów na temat spraw o charakterze globalnym…, które rzutowały na pozycję Polski w bloku krajów socjalistycznych”… może warto skorzystać z doświadczenia Rady… Ks. Prymas, na postawione pytanie jednocześnie odpowiada, iż uważa, że przede wszystkim musimy formować sumienia. Dalej mówi, że fundament życia społecznego powinno się tworzyć w jedności i dialogu. Proszę nie poczytać mi za wyraz arogancji takie refleksje. Przecież Kościół „formuje sumienia” wiernych ponad 2 tys. lat, tak zapewne będzie czynił do skończenia świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Stąd logicznie rzecz biorąc, czy podczas, w toku tego „formowania” nie jest możliwa rozumna rozmowa, skuteczny dialog z „władzą chrześcijańską”, świecką? Czyżby – w latach 80. ubw. – Papieżowi, Episkopatowi, Biskupom było „łatwiej” rozmawiać i dyskutować z władzą złożoną z agnostyków, ateistów, bezwyznaniowców i heretyków? Świadczy o tym wspomniany przykład „Komisji Wspólnej”. Z głębokim westchnieniem można skonstatować jak wiele dobrego, dziś zapomnianego, wówczas wspólnymi siłami uczyniono. Tam, na „Komisji” w kwietniu 1982 r. rozmawiano o zmianach w Konstytucji, wprowadzających zapis o powołaniu Trybunałów: Konstytucyjnego i Stanu. Wtedy można było!…Z „pnia” tamtej Solidarności, jej ideałów i dążeń wywodzi się dzisiejsza władza ustawodawcza i wykonawcza, proces „formowania sumień” trwa ponad 35 lat, z tego 28 w III RP. I co – Episkopat, Biskupi nie chcą, albo nie potrafią z nią rozmawiać. Choć ją tak hołubią, okazuje im afront, lekceważenie? A może nie wierzą w uczciwy dialog, uznali że byłby jałowy, pozorny. Może wszystko co dzieje się w Polsce po 1989 r. jest „polityką”, o której mówi Ekscelencja, a doświadczenie „Komisji Wspólnej” jest wyłącznie negatywne w obecnej wizji Kościoła i należy tego unikać?…
Jego Ekscelencja mówi – Spotkałem się z uwagami ze strony części opinii publicznej, że mój głos na Jasnej Górze dotyczący poszanowania Konstytucji mógł być odczytany jako głos przeciwko partii rządzącej. Nic bardziej mylnego… Prymas nie wypowiada się po stronach politycznego sporu, tylko przypomina fundamenty, społeczną naukę Kościoła, upomina się o kształtowanie wspólnego dobra. Drogi Ks. Prymasie – ja też tak myślę jak ta część opinii publicznej, gdyż zwracała uwagę na słowa, myśli, które odnosiły się bezpośrednio do ludzi, do konkretnych ludzi z imienia i nazwiska. Tam na Jasnej Górze byli czołowi, decydujący przedstawiciele partii rządzącej. Osobiście widział ich Ks. Prymas tuż przed ołtarzem, ich reakcje wyrazem twarzy na wypowiadane oceny, słowa. Zaś „cała partia” słuchała homilii przed telewizorami. Ja zapamiętałem min. takie myśli – Potrzeba, aby serca zwaśnione, pokłócone, rozgoryczone, Bóg uzdrowił i uczynił gotowymi do pomocy, do współdziałania z innymi. To piękna i głęboka myśl, jakże ludzka! Skłania do pytania – dlaczego to Pan Bóg ma „uzdrawiać” te serca? Przecież to nie ON, Bóg – Stwórca je „zwaśnił”, „pokłócił”? Tego „dzieła” dokonał człowiek – ludzie obecnej władzy, którzy tam, na Jasnej Górze „wiernie i czujnie” patrzyli Ks. Prymasowi w oczy. Po co więc wzywać Pana Boga „nadaremno”? Nie ośmielę się zapytać, czy dostrzegł Ks. Prymas u tej elity cień rumieńca poczucia wstydu oraz odpowiedzialności za głębokie podziały społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, o których pisał o. Ludwik… Irytuje Ks. Prymasa społeczny odbiór jasnogórskiej homilii, jako głos przeciwko partii rządzącej. Proszę wybaczyć – tak, nie był to „głos przeciw”, a ojcowskie napomnienie za różnice zdań i opinii wśród elity kierownictwa partii rządzącej. Powinna uważniej słuchać, wczuwać się by zrozumieć, że Ks. Prymas od lat jest architektem nowego „fundamentu społecznej nauki Kościoła”, który przestając być w Polsce powszechnym, zmienia się w „kościół partyjny”, o jakim mówi publicznie ks. bp Tadeusz Pieronek… Rozumiem – zabolała Ks. Prymasa Polski rzeczowa ocena biskupa z Krakowa, ale może „prawda was wyzwoli”.
W całej rozciągłości podzielam ocenę o. Ludwika, że szczególnie problem tzw. zbrodni smoleńskiej, który najbardziej podzielił nasz naród. Podstawą tego „podziału”, w ocenie przytłaczającej większości Polaków jest szukanie winnych, nie tylko na drodze prawnej, faktograficznej, która ośmiesza nas w Europie, ale i moralnej, np. „to wy zamordowaliście mojego brata”. Wybiórcze honorowanie osób, nie mówiąc o „miesięcznicach”, które są bulwersujące. Milcząca postawa Biskupów, wobec ekshumacji tragicznie zmarłych, stała się przyzwoleniem o wielu wymiarach. Wątpliwej wartości racje polityczne władzy o dokonywaniu ekshumacji łatwo podważyły naukę Kościoła o pośmiertnym bycie człowieka. Jakby dla jego „zbawienia” miało znaczenie, czy w trumnie spoczywają szczątki jednej czy kilku osób(np. bp Tadeusza Płoskiego). Co zatem mają myśleć wierni o „zbawieniu” spalonych w obozach koncentracyjnych (niektórzy, „jednak” np. M. Kolbe, E. Stein są świętymi), rozstrzelanych i „zakopanych” w masowych grobach; zmarłych naturalną śmiercią, pochowanych na „wiekowych” cmentarzach, dla przykładu Powązki, gdzie ich prochy naturalnie zmieszały się, może też z ludźmi innych wyznań? Czy nie są dowodem skarlenia polskiego katolicyzmu, kształtowanego przez obecny Episkopat… Śmiem zapytać – dlaczego z milczeniem Episkopatu spotkały się słowa abp Leszka Sławoja Głódzia –„kto nie żyje, niech odpoczywa w spokoju” – dot. gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Chwilową sensację medialną, zobrazowano zdjęciami obu generałów i b. Biskupa Polowego WP, komentując że „broni zbrodniarzy”… Na Powązkach ówczesny Prezydent RP, prezydent Aleksander Kwaśniewski, pod wpływem „publiki” wskazywał, że dziś te krzyki wydobywają się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Za naruszanie powagi obiektu sakralnego, nieprzyzwoite krzyki, podczas mszy, nie było słów potępienia, Episkopat milczał. Czy te myśli nie mają ponadczasowego znaczenia, nie odnoszą się do wszystkich zmarłych, nie skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji? Czy chrześcijanie, którym Ks. Prymas „formuje sumienia” nie mają przebaczać win?… Trwająca budowa „kościoła partyjnego” jest Ks. Prymasa odpowiedzią…

„Narastająca nienawiść”…

O. Ludwik w liście napisał – Odkładanie tego obowiązku (zajęcia stanowiska przez biskupów – GZ), wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania. Nie trudno zauważyć, iż represyjna ustawa z grudnia 2016 r., obniżająca emerytury b. funkcjonariuszom MSW i niektórym żołnierzom-emerytom WP, była inspiracją dla o. Ludwika…Zanim weszła w życie od 1 października był czas na poznanie jej treści, uświadomienie, iż potępianie zbiorowe, pogarda wszystkich są amoralne. Był czas na wyjaśnienie sobie następstw, „w ciszy gabinetu”, bez rozgłosu, bez sensacji i przekonania ludzi władzy do cofnięcia ustawy, która dosłowną, imienną krzywdę wyrządza 40 tys. emerytów. Wśród nich są tacy, którzy po okresie PRL wrócili na „łono Kościoła”. Znana „gruba kreska” Tadeusza Mazowieckiego zachęciła grupę generałów WP i służb, np. Policji, WOP, do udania się na Jasną Górę. Krytykę niektórych, spektakularnych „nawróceń” tonowano potrzebą przyznania się i przeproszenia za „moralne grzechy i winy” kadry MSW i Wojska, na niewiele się to zdało. Służba, praca w PRL, kontynuowana w III RP to grzech śmiertelny. Nie tylko o. Ludwik zwracał uwagę, różne osoby informowały biskupów, księży iż wyrządza krzywdę ogólną, społeczną, pogłębia nienawiść i waśnie, sieje rządzę odwetu, zemsty wśród Polaków. Przecież dziś, tu i teraz Episkopat jest zdolny ocenić, że ludzie władzy są rozumni i dobrze wiedzą, że emerytura nie jest przywilejem. Prawicowa prasa wypisywała takie, jakże chrześcijańskie zawołania-„szkoda, że nie wisicie”„esbecy wyją, trzeba im zabrać wszystko, niech gniją”, to „policja polityczna”. Jestem po lekturze prasy, gdzie przeczytałem, iż udokumentowane są 23 przypadki zgonów: zawały serca, udary mózgu, samobójstwa, jako następstwa tej ustawy. A może powinienem być „wrażliwy” na nauczanie Kościoła, jak posłowie uchwalający tę ustawę i chłodno stwierdzić – no cóż, pewnie „zagryzło ich sumienie”. Czytam, że płk Marek Lipert, po 29 latach służby w BOR, stracił 85 proc. emerytury, Trybuna z 2.10.br; gen. Gromosław Czempiński, „Przegląd” nr 4. z 2017, ma obniżoną emeryturę. Podczas jednego ze spotkań poznałem taki fakt. Wiele lat w sekretariacie MSW, a konkretnie gen. Czesława Kiszczaka pracowała Barbara Karaśkiewicz, żona oficera WP. Od 1 października br. ma obniżoną emeryturę do 1070 zł., choruje na mocno zaawansowaną cukrzycę, po kilku ciężkich operacjach jest mąż, też ma obniżoną emeryturę. Tak sobie myślę – jaka szkoda, że wtedy nie myślała o emeryturze. Przecież mogła od czasu do czasu pokruszyć czerwoną szminkę i wsypać gen. Kiszczakowi do herbaty. Jako elegancka, szykowna pani, mogłaby mu powiedzieć np. tak – „pijcie towarzyszu ministrze taką wzmocnioną herbatę, byście byli jeszcze bardziej przekonujący w czekającej was rozmowie (dziś czytaj-zdradzaniu) z towarzyszami radzieckimi”. Wtedy nie było komórek, ukrytych kamer, by zrobić zdjęcie takiej herbaty. A tak – niech cierpi ona i mąż, 40 tys. osób, których ustawa objęła, niech oni wszyscy wyją z bólu i rozpaczy, gdy zabraknie im na leki łagodzące cierpienie. Jest coś jeszcze – poczucie moralnej krzywdy, odrzucenia, upokorzenia. Nie trzeba wielkiej znajomości ludzkiej psychiki by to zrozumieć – co myślą rodziny, dzieci, wnuki tych emerytów, ich znajomi i przyjaciele, że ojciec, dziadek, wujek, znajomy był „zdrajcą, złodziejem”, babcia, mama zaś „esbecką wdową”. My sami to „zakazane mordy”, ten gorszy sort, to zapada w pamięć, odkłada się boli emerytów, ich rodziny. „Żaden człowiek, nie ma prawa poniżać drugiego”, dziękuję Ks. Prymasowi za te słowa. To wezwanie do obrony zwykłego człowieczeństwa. Nie bądźmy obojętni na los emerytów. My też będziemy starzy i chorzy. Dziś nikt nam nie zapewni, że za 20-40 lat nie okaże się, iż służba i praca w III RP zasługuje na potępienie. Co wtedy? Do kogo pójdziemy – na groby tych, których dziś los nas nie obchodzi, nie mamy czasu by się zastanowić nad ich „winą”, podstawą obelg słanych pod ich adresem z mediów, nad milczącą postawą Episkopatu. Co im powiemy – „przepraszam”, wtedy będzie nam „lżej, łatwiej”. Co chcielibyśmy powiedzieć dziś rodzinom, których ojcowie, dziadkowie, mężowie targnęli się na własne, dobiegające końca życie? O czym myśleli, stojąc 1 Listopada nad ich grobami…
Jan Paweł II w swoim nauczaniu min. wyjaśnia – że chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie chodzi o człowieka >abstrakcyjnego<, ale rzeczywistego, o człowieka >konkretnego<, >historycznego<. Chodzi o człowieka >każdego<. …Kolejny raz pali mnie wstyd, bo do Głowy Kościoła w Polsce, do Biskupów nie powinienem kierować pytania jak rozumieją, jak odnoszą te słowa do siebie, do nauczania stosowania Ewangelii w codziennym życiu. Czy przez swoje milczenie wobec podnoszenia krzywdzących skutków tej ustawy w aspekcie prawnym i szczególnie ludzkim, Biskupi nie mają moralnego poczucia winy. Nie chcę kolejny raz irytować Ks. Prymasa określeniem „wina” mając na myśli papieskie rozumienie słowa „brat”. Powtórzę znane – może „prawda was wyzwoli”…

Z poważaniem
Gabriel Zmarzliński

Po ponownym przeczytaniu tego „Listu”, w Redakcji pojawiło się pytanie: kiedy władze RP – tym razem z inicjatywy Episkopatu, po tragedii w Gdańsku, apelu o. Ludwika o „postawienie kropki” – unieważnią tę hańbiącą ludzkie pojęcie sprawiedliwości – ustawę?

Fundamentaliści krzyczą, laicyzacja postępuje

Z DOROTĄ WÓJCIK, prezeską zarządu Fundacji Wolność od Religii rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Na stronie internetowej Fundacji Wolność od Religii można znaleźć obraz rozległej i wszechstronnej działalności. Zauważyłem, że znaczący segment waszej aktywności, to interwencje w sferze oświaty, w szkołach, w kuratoriach, przeciw wszelkim formom klerykalizacji tej sfery, od nadawania szkołom religijnych i klerykalnych patronów po rozmaite formy klerykalizacji szkół, wyrażające się głównie w postaci faworyzowania obrzędów religijnych kosztem dydaktyki i narzucania treści i znaków o charakterze religijnym? Czy właśnie to, co w tym względzie dzieje się w szkołach, jest obiektem waszego największego zainteresowania?
Rzeczywiście szkolnictwo stało się obszarem, w którym działamy najwięcej. Nie było to zamierzone. Większość wiadomości, które otrzymujemy wynika z problemów, jakie zrodziło wprowadzenie religii do szkół. W odpowiedzi w 2013 roku zaczęliśmy projekt antydyskryminacyjny pod roboczą nazwą „Religia i etyka w szkole”. Podjęliśmy starania o dofinansowanie tej inicjatywy z funduszy EOG i rok później kontynuowaliśmy pod nazwą „Dyskryminacja dzieci niewierzących i nieuczestniczących w lekcjach religii” (Równość w Szkole) w ramach otrzymanego grantu z programu „Obywatele dla demokracji”. Wówczas powstała strona projektu rownoscwszkole.pl, na której umieściliśmy informacje dla rodziców, wzory pism pomocnych przy interwencjach, zapisy aktów prawnych, na które rodzice i uczniowie mogą się powoływać oraz rekomendacje dla szkół. I tak projekt „Równość w Szkole” stał się stałym i znaczącym obszarem działalności Fundacji. Strona o tej nazwie na Facebooku ma ponad 9 tys. fanów. Obecność religii w szkole jest źródłem niezadowolenia rodziców, także tych wierzących. Co roku w czerwcu i we wrześniu otrzymujemy po kilkanaście wiadomości dziennie sprzeciwiających się praktykom związanym z organizowaniem mszy na zakończenie i rozpoczęcie roku szkolnego. A praktyki są coraz gorsze. To już nie katecheci i księża zapraszają na katechezie. Dyrektorzy wielu szkół uczynili z obecności w kościele obowiązek dla uczniów i dla nauczycieli. Szkoły informują na swoich stronach internetowych o mszach, o tym że nauczyciele są zobowiązani zaprowadzić uczniów do kościoła i odpowiadają za ich bezpieczeństwo. Zdarza się, że informują że udział jest obowiązkowy, że spotkanie z wychowawcą lub rozdanie świadectw odbędzie się „jak ksiądz skończy mszę”. Czasem msza odbywa się w sali gimnastycznych. Zdarza się, że sprawdzana jest obecność uczniów. Początek roku szkolnego to dodatkowo wymuszanie na rodzicach oświadczeń o nieuczęszczaniu ich dzieci na religię katolicką. To religia wpisywana w plan zajęć już od 1-go września, podczas gdy o etykę rodzice każdego roku muszą się często upomnieć. To plany lekcji, w których religia jest pomiędzy językiem polskim a matematyką, chociaż jedna trzecia klasy na nią nie uczęszcza i będzie musiała „karnie” siedzieć w bibliotece lub kręcić się po korytarzu szkolnym. Szkoły bronią się rękami i nogami przed rzetelnym informowaniem rodziców i uczniów o możliwości udziału w lekcjach religii i/lub etyki. Milczą z nadzieją, że nikt się na nią nie zechce zapisać. Dyrektorzy nie postrzegają etyki jako równoprawnego i wartościowego przedmiotu nauki. Zdarza się, że ksiądz katolicki dopytuje przez dziennik elektroniczny rodziców uczniów nieuczęszczających na religię, czy zapiszą dziecko na etykę, bo dyrektor szkoły nie wie, czy powierzyć mu prowadzenie tych zajęć w szkole, co jest sytuacją absurdalną, a w efekcie niewierzący rodzic nie ma jak uchronić dziecka przed kontaktem z doktryną katolicką. W ubiegłym roku zresztą Minister Edukacji Anna Zalewska chciała zmienić rozporządzenie dotyczące nauki religii umożliwiając katechetom, w tym osobom duchownym pełnienie funkcji wychowawcy klasy.

Jakie są praktyczne skutki waszych interwencji? W jakim stopniu te interwencje przynoszą oczekiwane rezultaty? Z jakimi spotykanie się reakcjami ze strony szkół i innych instytucji, u których interweniujecie?
Nasz główny cel, ale też w zasadzie sukces, to wzmocnienie asertywności rodziców i uczniów w obszarze ich praw i wolności. Rodzice mają bardzo duży wpływ na to, co dzieje się w szkołach. Jeśli nikt nie zgłasza sprzeciwu wobec klerykalizacji, indoktrynacji i dyskryminacji, wówczas szkoły uzyskują przyzwolenie. Wspieramy rodziców w redagowaniu pism, wskazujemy podstawę prawną. Również interweniujemy jako fundacja, szczególnie kiedy rodzice żyją w małych społecznościach i nie chcą narażać dzieci na ostracyzm czy szykany. Dzięki tym e-mailom, pismom rodziców i fundacji, dyrekcje zmieniają plany zajęć tak, aby religia była na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej. Kiedy zwracamy uwagę dyrekcji, że zaprosiła do przemówienia na obowiązkowym apelu katolickiego duchownego, który zaintonował modlitwę otrzymujemy zapewnienie, że sytuacja nie będzie się powtarzać. Często nasza argumentacja jest uwzględniana, w szkołach odbywają się kontrole kuratorium lub organu prowadzącego. Zdarza się oczywiście również, że jesteśmy ignorowani np. dyrektorzy nie odpowiadają na nasze pisma. Pamiętam, że kiedyś napisaliśmy do żłobka z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego dzieci otrzymały dyplomiki na koniec roku z religii, ale dyrekcja żłobka nie odbierała pism fundacji. Ostatecznie sprawa trafiła do Urzędu Miasta jako organu prowadzącego i dopiero stamtąd, po kontroli, otrzymaliśmy odpowiedź. W kolejnych latach zajęć religijnych w żłobku już nie było. Czasami dyrektorzy, ale również kuratorzy i ministrowie edukacji (przed rządami PiS nie było dużo lepiej), silą się na wytłumaczenie niewytłumaczalnego, na usprawiedliwianie krzywdy wyrządzanej dzieciom należącym do mniejszości czy ich rodzicom. W ubiegłym roku np. powracało jak echo stanowisko minister edukacji Zalewskiej, że szkoła nie jest świecka, tylko publiczna. Ekwilibrystyka. W ubiegłym roku bardzo dużo czasu poświęciliśmy sprawie Tuszowa Narodowego, w którym wójt powiesił przy wejściu do wszystkich szkół tablice mojżeszowe. Wymieniliśmy kilkanaście pism z wszystkimi instytucjami stojącymi na straży prawa w Polsce. Tablice niestety wiszą nadal.

Dużą część interwencji podejmujecie w reakcji na otrzymywane sygnały z zewnątrz. Jakie problemy dominują w tych zgłoszeniach?
Większość problemów dotyczy religii w szkole, ale otrzymujemy również zgłoszenia od oburzonych mieszkańców że przedstawiciele władz, burmistrzowie, wójtowie traktują stronę internetową urzędu jak tablicę ogłoszeń lokalnej parafii. W ubiegłym roku pisaliśmy do wójta w Górze Kalwarii z pytaniem, na jakiej podstawie prawnej wywiesił na budynku ogromny wizerunek Chrystusa. Pisaliśmy również, w odpowiedzi na zgłoszenia mieszkańców do wojewody małopolskiego, który wysłał instrukcję do dyrektorów publicznych szpitali, jak mają promować w szpitalach uroczystą beatyfikację jakiegoś świętego. Poproszono fundację o to, aby zapytać dyrektorkę szpitala w Krakowie, w jakim celu udała się z pracownikami na pielgrzymkę do Watykanu i ile wydała na ten cel ze środków publicznych. Zapytaliśmy i okazało się, że to ponad 7 tysięcy złotych.
Jakie jeszcze formy aktywności, poza interwencjami, stosujecie w waszej działalności?
Nasza działalność to również doroczne kampanie społeczne, poprzez które staramy się wzbudzać debatę publiczną i zwracać uwagę społeczeństwa na istotne kwestie. W 2018 roku umieściliśmy w ponad dwudziestu miastach w Polsce alarmujące billboardy z pytaniem „Polska państwem wyznaniowym?”. Na pewno jednak zostaliśmy najbardziej zapamiętani z naszej pierwszej kampanii billboardowej „Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę.” odnoszącej się do mylnego łączenia moralności człowieka z jego religijnością.

Art. 25 Konstytucji nie zawiera określenia „rozdział” Kościoła od Państwa, a jedynie formułę o „niezależności i autonomii”. Czy jest Pani za formułą jednoznacznego rozdziału? I za ewentualną renegocjacją konkordatu?
Myślę, że gdyby nawet wpisać do Konstytucji treść art. 10 ust. 1 obowiązującej przecież ustawy o gwarancjach wolności sumienia z 1989 roku, który wprost definiuje Polskę jako państwo świeckie, to byłoby tak jak z tą „świecką szkołą”. Znalazłoby się wielu, którzy za wystarczająco świeckie uznają państwo, w którym prezydent tańczy na imprezie organizowanej przez popularnego redemptorystę lub rozpoczyna urzędowanie od katolickiej mszy. Konstytucja już dziś nakazuje organom władzy centralnej i samorządowej oraz instytucjom publicznym: urzędom, szkołom, szpitalom, wojsku i policji, zachowywać bezstronność światopoglądową, a mimo tego Sejm coraz częściej uchwala prawo pisane pod dyktando polskich biskupów oraz osób o fundamentalistycznych przekonaniach. Samo zapisanie „rozdziału” nie zmieni obserwowanych praktyk. Należałoby stworzyć katalog czynności i praktyk związanych z wolnością myśli, wyznania i sumienia, zakazanych politykom i urzędnikom. Należałoby również wprowadzić zagadnienie świeckości do edukacji, rozmawiać o tym, czym charakteryzuje się ustrój demokratyczny, jakie zagrożenia stwarza państwo wyznaniowe. Podpisanie konkordatu okazało się korzystne wyłącznie dla Kościoła i jest to umowa szkodliwa dla polskich obywateli, których pozbawia szeregu praw. To konkordatem zasłania się Kościół, uniemożliwiając realizację prawa do zapomnienia, które wynika z prawa do ochrony danych osobowych. To konkordat pozwala Kościołowi odmówić wydawania dokumentów np. prokuraturze w sprawach dotyczących pedofilii. I chociaż w konkordacie jest zapis gwarantujący jedynie, że państwo pozwala na organizowanie lekcji religii w szkołach, to w praktyce doszło do tego, że samorządy ze środków publicznych finansują ewangelizację i katechizację dzieci, co wydaje się być obowiązkiem – misją związków wyznaniowych. Nie jest to z pewnością zachowanie bezstronności światopoglądowej przez państwo. Przeciwnie – rodzi wiele problemów, które zniknęłyby gdyby religia była nauczana przy kościołach. Polska powinna wypowiedzieć umowę z Watykanem. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, w którym i politycy, i społeczeństwo zdefiniują, na czym ma w praktyce polegać „niezależność i autonomia” państwa polskiego od Watykanu, od instytucji wyznaniowych, które kierują się własnymi interesami.

Jak ocenia Pani Inicjatywę 25 Barbary Nowackiej? Czy jest ona, Pani zdaniem, wystarczająca, czy może zbyt minimalistyczna i zaledwie cząstkowa, n.p. w tym, że nie proponuje wyprowadzenia religii ze szkół, a jedynie zaprzestanie lub przynajmniej ograniczenie finansowania katechezy przez budżet państwa?
Doceniam wszelkie inicjatywy podejmowane na rzecz równości praw osób wierzących i niewierzących czy realizacji prawa do wolności od religii. Zanim jednak Barbara Nowacka przedstawiła własne propozycje zmiany prawa na rzecz świeckości państwa, Fundacja Wolność od Religii współorganizowała Kongres Świeckości skupiający kilkanaście organizacji m.in. ateistycznych. W 2017 roku opublikowaliśmy Manifest Świeckości, idący jednak szerzej niż propozycja Barbary Nowackiej, zawierający m.in. postulat wypowiedzenia konkordatu. Manifest podpisało 8 ugrupowań politycznych w tym Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej, partia Razem, Zieloni oraz SLD. Na przełomie stycznia i lutego Kongres Świeckości ponadto ma przedstawić projekt ustawy o jawności przychodów kościołów oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych. Kościół jest instytucją z olbrzymim kapitałem i wpływami. Wie jak bardzo religia w przedszkolach i szkołach publicznych pozwala mu kształtować umysły Polek i Polaków, co z kolei przekłada się na strefę jego wpływów we wszystkich obszarach życia publicznego. Indoktrynowanie umysłu 3-latka wizją piekła i nieba, wizją dobrych katolików i złych pogan, których trzeba nawracać za pieniądze publiczne, jest dla Kościoła wymarzoną sytuacją. Proszę sobie wyobrazić, ilu uczniów zapisałoby się w wieku lat 15 na religię, gdyby, po pierwsze, mogli sami o tym zdecydować a po drugie, gdyby zajęcia odbywały się w sobotę w salce przykościelnej.

Siedzibą waszej Fundacji jest Lublin, miasto ściany wschodniej, gdzie Kościół katolicki ma duże wpływy, większe niż np. w Warszawie czy Łodzi. Tu działa choćby Katolicki Uniwersytet Lubelski, a więc jest to strefa niełatwa dla takiej organizacji jak wasza. Czy odczuwacie to na co dzień? N.p. czy kierowany są pod waszym adresem hejt czy groźby?
Tak, to prawda. W Lublinie mamy KUL, który jest uczelnią finansowaną ze środków publicznych. W Lublinie zarejestrowała się również, niedługo po naszej pierwszej kampanii billboardowej, Fundacja Ordo Iuris, która dysponuje kilkunastomilionowym budżetem. Rzadko, ale otrzymujemy maile z wyzwiskami i telefony z groźbami, nie doświadczyliśmy jednak – na szczęście – jakiejś szczególnie dramatycznej formy przemocy. Działamy tak naprawdę na terenie całego kraju i bardziej odczuwamy wzmożony opór przeciwko klerykalizacji państwa, spowodowany polityką partii rządzącej, która podejmuje się chrystianizacji kraju, łamiąc wprost Konstytucję. Reakcja na to wydaje się jednak odwrotna do zamierzonej. Polacy coraz dotkliwiej doświadczają przejawów państwa wyznaniowego i coraz odważniej – także w szkołach – występują przeciwko temu. Przykładem są również czarne protesty.

Co było tym najważniejszym impulsem, który skłonił Panią i współpracowników do założenia Fundacji Wolność od Religii?
Dla mnie było to dobro moich dzieci. Chciałam, aby mogły żyć w kraju, w którym dziecko rodziców niewierzących jest traktowane tak samo jak dziecko katolickie, w którym nigdy nie stracą poczucia bezpieczeństwa z powodu braku wyznania i w którym nie doświadczą żadnej formy przemocy religijnej, również symbolicznej. Kiedy moje dzieci poszły do przedszkola zdałam sobie sprawę jak mocno opresyjne jest państwo, jak bardzo uznało, że wierzący obywatele są lepsi od tych niewierzących. Zdałam sobie sprawę z fasadowości tej bezstronności władz i świeckości zapisanej w ustawach. Demokracja liberalna dla większości polskich polityków dziś i wczoraj to ustrój, w którym wolność niewyznawania religii polega na tym, aby wychodzić na korytarz w szkole w czasie gdy za pieniądze podatników inni uczniowie uczą się katechizmu.

Jak ocenia Pani obecne tempo i poziom laicyzacji w Polsce. Z jednej strony mamy do czynienia takimi sygnałami jak raport Pew Research Center, według którego młode pokolenie w Polsce jest światowym czempionem laicyzacji, z drugiej, nawet film „Kler” czy rozgłos wokół pedofilii wśród księży, nie skłania wielu osób do wzięcia rozbratu z instytucjonalną religią. Co Pani zdaniem jest źródłem takich postaw uporczywego trwania przy „kruchcie”? I jak ocenia Pani reakcję kleru na ujawnianie wszelakich haniebnych praktyk, w tym pedofilskich?
Obecnie ledwo 23 procent Polek i Polaków uczestniczy w niedzielnych mszach, większość uprawia seks przedmałżeński i z roku na rok coraz więcej młodych ludzi rezygnuje ze ślubu kościelnego. Na religię w szkołach też chodzi coraz mniej dzieci. Przy tak postępującej racjonalizacji postaw społecznych można spodziewać się tego, że 3-letni przedszkolak pozbawiony formowania religijnego w instytucji publicznej będzie zdecydowanie mniej podatny na wpływ katolickich hierarchów w przyszłości. Kościół obecnie chce za wszelką cenę utrzymać istniejący porządek, ponieważ już nawet teraz traci wiernych, a katolicyzm staje się coraz bardziej fasadowy. Z drugiej strony 800 godzin religii katolickiej w cyklu edukacji potrafi solidnie uformować katolickich obywateli. Katolicyzm jest obecnie jeszcze wzmocniony przez treści zawarte w podręcznikach szkolnych napisanych przez PiS. Mamy na przykład wychowanie do życia w rodzinie już od czwartej klasy szkoły podstawowej, które sądząc po podstawie programowej można uznać za trzecią godzinę religii w tygodniu. Mimo wszystko, trudno przy takim dostępie do wiedzy spodziewać się od młodzieży większej religijności. Fakt, są pozbawieni w procesie edukacji możliwości ćwiczenia umysłu w myśleniu krytycznym jednak wydaje się, że coraz częściej pozostają przynajmniej religijnie obojętni.
W Polsce ma miejsce także formalne występowanie z Kościoła katolickiego.

Czy FWoR ma wiedzę o skali tego zjawiska? I jaki jest najmniej kłopotliwy i najmniej czasochłonny sposób dokonania tego w sposób formalny, bo są osoby, które od podjęcia tej drogi odstręczają dokuczliwe bariery biurokratyczne stawiane przez urząd kościelny?
W tej sprawie państwo abdykowało. Obywatel raz ochrzczony zgodnie z dogmatem Kościoła należy do niego na wieki wieków. Jest to ewidentne pogwałcenie prawa do swobodnego zrzeszania się, czyli zapisywania i wypisywania się z każdej organizacji. O przywrócenie tego prawa walczą niewierzący skupieni wokół portalu wystap.pl – od lat procesują się w tej sprawie. Jest też kościelna droga wystąpienia z Kościoła i wielu ludzi korzysta z aktu apostazji, ale jak duża jest skala tego zjawiska, to wie tylko sam Kościół. Odchodzenie od katolicyzmu odbywa się w Polsce raczej w sposób bierny. Większość ochrzczonych nie chodzi na msze, nie przestrzega religijnych dogmatów i w zasadzie ograniczają się do ich prywatnej wiary w boga. Fundamentaliści krzyczą coraz głośniej, a laicyzacja postępuje pomimo to, a może nawet dzięki temu, jeszcze szybciej.

Czy wierzy Pani, że polski laicyzm doczeka się swojej wiosny, czyli przewalczenia dominacji religii katolickiej w życiu publicznym i społecznym?
Mam nadzieje, że dożyję tych czasów. Zauważam, że coraz więcej katolików, również wśród moich znajomych, z niepokojem obserwuje, że mamy w przestrzeni publicznej coraz więcej praktyk charakterystycznych dla państwa wyznaniowego. Nie bez przyczyny miliony ludzi poszły do kin na „Kler”. Być może od tego właśnie w Polsce zaczęła się ta rewolucja i będziemy mieli efekt domina.

Dziękuję za rozmowę.

Fragmenty statutu Fundacji Wolność od Religii:
„Fundacja Wolność od Religii została powołana z chęci podejmowania działań związanych z informowaniem opinii publicznej w kwestiach dotyczących ateizmu, promowaniem konstytucyjnej zasady rozdziału Kościoła i Państwa, a także zapobiegania praktykom dyskryminacyjnym wobec mniejszości bezwyznaniowej. (…)
Misja i cele: Ochrona praw mniejszości bezwyznaniowej oraz obrona przed religią. Wizja: Polska w której rozdział Państwa od Kościoła nie jest wyłącznie teoretyczny. Polska, w której władza zachowuje bezstronność w sprawach światopoglądowych. Polska, w której wyznanie jest sprawą prywatną każdego obywatela. Polska, w której edukacja publiczna pozbawiona jest indoktrynacji (na rzecz myślenia krytycznego i kształtowania postaw obywatelskich). (…)