Nic się nie stało?

Ponad 5 milionów Polaków i Polek obejrzało film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, ponad 22 miliony odsłon miał dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Jednocześnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy zostało ujawnionych mnóstwo skandali pedofilskich z udziałem duchownych. Opinii publicznej przedstawiono wiele wiarygodnych informacji dotyczących systemowego ukrywania pedofilii przez najwyższych hierarchów Kościoła. W części mediów, także na łamach Portalu Strajk, przypominane są też niewygodne fakty związane z pontyfikatem Jana Pawła II – wyszło na jaw, że polski papież nie tylko nie walczył z pedofilią w Kościele, ale wręcz wspierał zbrodniarzy w sutannach.
Coraz bardziej powszechna jest również wiedza na temat nieprawidłowości finansowych dotyczących Kościoła i gigantycznych przywilejów podatkowych duchownych. Zwolnienia podatkowe księży, ulgi w przekazywaniu nieruchomości Kościołowi, niejasne interesy na splocie władzy politycznej i kościelnej – widzimy, że istnieje gigantyczna skala patologii, które niszczą polskie państwo i pokazują jego słabość. Mamy więc potężne afery, w które uwikłany jest praktycznie cały episkopat, mamy ofiary przestępstw Kościoła, mamy wiedzę na temat ich katów i mnóstwo dowodów w setkach konkretnych spraw. Mamy też olbrzymią wiedzę na temat niczym nieuprawnionych przywilejów kleru i instytucjonalne rozwiązania likwidacji tych przywilejów.
Co z tego wszystkiego wynika? Czy prokuratura zawitała do jakiegokolwiek biskupa? Czy powołano komisję mającą na celu wyjaśnienie, dlaczego od wielu lat ukrywane są przestępstwa duchownych? Czy liderzy największych partii odcięli się od Kościoła? Czy sam Kościół przeprosił za swoje zbrodnie? Czy po ujawnieniu gigantycznej skali patologii za pontyfikatu Jana Pawła II, jakiekolwiek ugrupowanie polityczne potępiło polskiego papieża? Odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi: NIE.
Ujawnienie przestępstw, patologii, nieprawidłowości w funkcjonowaniu Kościoła nie tylko nie doprowadziło do żadnych zmian instytucjonalnych, ale po chwilowej ciszy wręcz uruchomiło kampanię na rzecz… Kościoła. Politycy Prawa i Sprawiedliwości wciąż powtarzają, że Kościół katolicki stanowi fundament polskiej tożsamości i źródło wartości moralnych. Liderzy PiS-u, w tym premier i jego ministrowie, stoją u boku najbardziej ksenofobicznych księży, demonstracyjnie wspierając ich nienawistny przekaz. Sami liderzy episkopatu na kilkanaście dni zamilkli, ale teraz znowu co kilka dni słyszymy te same bzdury o „homopropagandzie” czy „ideologii gender”. W roli autorytetów występują duchowni, na których spoczywają udokumentowane zarzuty o krycie pedofilów. Po krótkim zamieszaniu spowodowanym filmem braci Sekielskich nabrali wiatru w żagle i dzisiaj już nie czują potrzeby, aby z czegokolwiek się tłumaczyć. Biskupi uważają się za bezkarnych, stojących ponad państwem i prawem, a świeckie organy ścigania robią wszystko, aby nie zepsuć im dobrego samopoczucia.
Również opozycja nie kwapi się do walki z patologiami kleru. Platforma Obywatelska pomija temat Kościoła i świeckiego państwa, PSL robi wszystko, aby upodobnić się do PiS-u i wsparcie dla Kościoła niesie na sztandarach. Szeroko pojęta lewica (Razem, SLD, Wiosna) owszem wykonała pewne gesty, gdy film Sekielskiego ujawnił nowe fakty o zacieraniu śladów przestępstw, ale ogólnie jednak rzecz biorąc ta strona sceny politycznej sprawia wrażenie, jakby nadmiernie nie interesowała się tymi sprawami.
Brak reakcji na zbrodnie, nadużycia i przywileje Kościoła, hołd wyrażony Janowi Pawłowi II przez prawie cały Sejm to dowód na skrajną degrengoladę polskiej klasy politycznej. Potępienie zbrodni i nadużyć kleru powinno dzisiaj połączyć wszystkich przyzwoitych ludzi niezależnie od barw partyjnych

Witos naszym wzorem

Odwieczna kontrola kleru nad polską wsią pod rządami postępowej Konstytucji dziś, w XXI wieku znów wróciła do łask.

Po tygodniach wewnętrznych dyskusji Polskie Stronnictwo Ludowe postanowiło się znów usamodzielnić się wyborczo. Moim zdaniem – słusznie. Poparcie tej partii na wsi od kilkunastu lat systematycznie spada na korzyść PiS, podejrzewam, że niemały na to wpływ mają biskupi i proboszcze. Niech więc PSL obliczy się na wsi, to tej partii dobrze zrobi.
Zaskoczyło mnie to, że ludowcy ratują swoją pozycję polityczną demonstrowaniem niechęci do aliansów wyborczych z lewicą (SLD i Wiosna), motywując to głębokim przywiązaniem do wartości chrześcijańskich i kościoła jako „wspólnoty”. Szukając pretekstu do odstąpienia od Koalicji Obywatelskiej jeszcze kilka dni temu sprzeciwiali się obecności w niej SLD. I chociaż jestem zwolenniczką zbudowania w tych wyborach odrębnego bloku lewicowego, ten stosunek ludowców do SLD nie po raz pierwszy ostro mnie zbulwersował: biurokraci z PSL (z których każdy miał w rodzinie swojego Mikołajczyka, albo księdza, albo…dziedzica) próbują ustawiać lewicę według własnego doraźnego interesu politycznego, chociaż to nie przez SLD stracili swą bazę społeczną na wsi na rzecz PiSu. Na marginesie dodam, że podobnie zachowała się Barbara Nowacka, kiedy postanowiła zasilić PO. Mówiła wtedy, że nie podoba się jej polityka historyczna SLD (wnuczka wysoce zasłużonego Budowniczego Polski Ludowej, z którego dorobku naukowego n.p. ja jestem dumna).
Prezes PSL, z pryncypialnym wyrazem twarzy zaciętego w sporze dziecka, najczęściej motywuje głoszone stanowisko obroną osławionych „wartości chrześcijańskich” , które – jakby nieco z wierzchu poskrobać – trącą homofobią i obłudą. Hasło to sugeruje, że lewica, a SLD w szczególności zagraża wyznawaniu tych wartości w praktyce, a tym samym spójności wspólnoty chrześcijańskiej, dowodzonej przecież w duchu „cywilizacji miłości” przez niemały pułk biskupów i arcybiskupów, ostatnio wołających o zrozumienie i tolerancję wobec pedofilów w sutannach. Głównym grzechem lewicy jest opowiadanie się za rozdziałem kościoła od państwa i sprzeciwianie się nieustannemu mieszaniu się kleru w politykę, zwłaszcza, że moralne uzasadnienie dla przyznania sobie takiego prawa przez kościół hierarchiczny zostało ostatnio mocno nadwątlone przez samych księży.
Lewica ma również poważne zastrzeżenia do ideologizacji polskiego szkolnictwa, sterowanego w kierunku podporządkowania systemu wychowania i nauczania dyktatowi kościoła hierarchicznego. Nie trudno przecież zauważyć, że w szkołach finansowanych przez państwo wiszą dziś krzyże, zawieszane zawsze powyżej godła Rzeczypospolitej (kto to ustala..?), jak się wobec powyższego czują „nie podzielający tej wiary” ? A kto by się tym przejmował ! Nie tylko z tego powodu lewica uważa, że klerykalizacja życia publicznego zaszła za daleko. Widzi to młodzież, która masowo odchodzi od kościoła, ale trend ten nie leży w polu zainteresowania PSL.
Z licznych wypowiedzi W. Kosiniaka –Kamysza i innych działaczy PSL wynika, że – podkreślany przy każdej okazji długi czas trwania w polityce polskiej – raczej nie sprzyja znajomości historii ruchu ludowego i emancypacji chłopstwa. A jest ona niezwykle ciekawa i trudno zaprzeczyć temu, że na przestrzeni minionych 130 lat ruch ludowy w walce o swoje prawa miał zawsze wsparcie lewicowego (postępowego) ruchu robotniczego. Przekonałam się o tym, kiedy na swój użytek przerobiłam tę historię na przykładzie Galicji z przełomu XIX i XX wieku, poszukując przyczyn nieukrywanej wrogości niedawnych działaczy ZSL wobec SLD na początku lat 90. A padały wobec nas zaskakująco wraże zarzuty, niektóre pamiętam doskonale.
Jak wiadomo, pod koniec XIX stulecia Polacy w Galicji mogli organizować się politycznie – działali tam legalnie socjaliści (Limanowski, Daszyński), endecja (przez jakiś czas Dmowski), a w latach 90. własne aspiracje polityczne ujawnili chłopi. Jednakże organizowanie się polskiego ruchu ludowego nie było zadaniem łatwym, ponieważ działacze chłopscy od początku natrafiali na zagorzały opór większości duchowieństwa oraz tych warstw społecznych, którym dalece odpowiadało, aby chłop „był niewolnikiem , tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”. Tak to widział Wincenty Witos, na którego dziś ludowcy lubią się powoływać, ale go nie czytają, a z jego książki p.t. „Moje wspomnienia” mogliby się dużo dowiedzieć o zmaganiach ówczesnych ludowców z poglądami i decyzjami księży, pełnymi „chrześcijaństwa”. Zaznaczam, że socjaliści nigdy nie należeli do przeciwników organizowania się chłopów, wręcz przeciwnie – ludowiec Jan Stapiński- gdyby żył- miałby wiele na ten temat do przekazania.
W kontekście tym przypomnieć należy, że w ówczesnych czasach księża byli najczęściej na wsi jedynymi wykształconymi ludźmi. Wielu z nich położyło znaczne zasługi w walce z plagą pijaństwa na wsi i w szerzeniu dobrych obyczajów. Nie zaniedbywali jednak przy tym wpajania chłopom posłuszeństwa wobec wszelkiej władzy jako pochodzącej od Boga. Nic więc dziwnego, że „po chrześcijańsku” kler chciał sobie podporządkować w sposób bezkompromisowy organizujący się ruch chłopski. Trzeba przyznać, że z powodów religijnych część chłopstwa ulegała sugestiom księży, szanse zdobycia głosów chłopskich miał przede wszystkim ten, za kim opowiadali się księża.
Co ciekawe, Maria i Bolesław Wysłouchowie na łamach „Przyjaciela Ludu” (wychodzącego od 1889 r.) postrzegali przywiązanie chłopów do religii jako obietnicy, że po ziemskiej tułaczce włościanin znajdzie się w końcu tam, „gdzie nie będzie ani głodu, ani zgryzot, ani podatków, ani prześladowań, ani starostów – ale będzie wieczysty wypoczynek po ciężkiej pracy” („Przyjaciel Ludu” z 3 czerwca 1906 r.) Wysłouchowie uważali, że pierwszym krokiem do organizowania się chłopów była zmiana ich mentalności, rozbudzenie świadomości klasowej oraz narodowej.

Ponad połowa ludności wiejskiej nie umiała czytać, ani pisać.

Wierzyła w gusła i zabobony, a do wszelkich nowinek, burzących odwieczny porządek odnosiła się niechętnie. Taka postawa chłopów ułatwiała stosowanie wobec nich niepohamowanego wyzysku ekonomicznego. Stąd m.in. brał się chłopski antyklerykalizm, gdyż poprzez wieki Kościół w oczach chłopów był instytucją sankcjonującą feudalny porządek i wyzysk.
Wśród księży znalazł się wówczas j e d e n wyjątek – ksiądz Stanisław Stojałowski, który na łamach wydawanych przez siebie pism – „Pszczółki” i „Wieńca” – sprzeciwiał się upośledzeniu społecznemu chłopów. Poglądy ks. Stojałowskiego cieszyły się popularnością wśród włościan, za to hierarchia kościelna uznała go za człowieka niebezpiecznego, który może zrewolucjonizować wieś, co nie leżało w interesie ekonomicznym kleru (a nuż chłopi zażądają reformy rolnej..?). Walka ks. Stojałowskiego z hierarchią zakończyła się rzuceniem na niego wielkiej klątwy na mocy dekretu Świętej Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji z dnia 5 lipca 1896 r. Był to celny cios, wymierzony nie tylko w księdza, ale w cały organizujący się ruch chłopski. Znękany ksiądz musiał zaprzestać swojej pro chłopskiej aktywności, zmarł w Krakowie 23 października 1911r, nad jego trumną przemawiał Wincenty Witos.
Pewnie nie bez przyczyny: znany był w owym czasie konflikt Witosa z biskupem tarnowskim – Leonem Wałęgą (1859-1933), który – bojąc się niekontrolowanego przez kler ruchu chłopskiego- zakazał nawet wiernym (znów pod karą kościelną) czytania pism „Przyjaciel Ludu” i „Piast”. Biskup atakował też w sposób niewybredny Witosa i innych działaczy ludowych, była to walka ostra i nieprzebierająca w środkach. Na „Przyjaciela Ludu” , a pośrednio na Polskie Stronnictwo Ludowe w 1903 r. została rzucona klątwa kościelna. Przypuszczam, że w duchu troski o „wartości chrześcijańskie”.
W zaciętej walce kleru z działaczami ruchu ludowego chodziło o niedopuszczenie na wieś postępowych haseł i organizacji politycznych, ponieważ groziły one zachwianiem pozycji księży wśród włościan. Księża tropili zaciekle nie tylko co bardziej znanych działaczy chłopskich, ale nawet zwykłych czytelników „Przyjaciela Ludu”. W 1895 r znana była w Galicji sprawa Jana Gila – chłopa z Grębowa (powiat tarnobrzeski), któremu za czytanie tej gazety miejscowy proboszcz odmówił przed śmiercią spowiedzi, a następnie nie pozwolił na wstawienie trumny z jego ciałem do kościoła! Na znak protestu miejscowi chłopi ufundowali w 1896 r. zmarłemu skromny pomnik na grobie, umieszczając na nim napis: „Bratu, co walczył i cierpiał za sprawę ludową – w szczerej wdzięczności Chłopi Polscy” (ciekawam, czy o Janie Gilu pamiętają jeszcze współcześni ludowcy..?). Współczesnym działaczom PSL, a w szczególności Wł. Kosiniak- Kamyszowi dedykuję następujące słowa Wincentego Witosa:
„Byłem zawsze zdania, że należy oddzielić bezwzględnie sprawy wiary i kościoła od interesów materialnych, wszelkich spraw polityki.” .
Budzeniu się świadomości narodowej mas chłopskich w sukurs mogła przyjść wówczas przede wszystkim oświata i świadome organizowanie się według własnych potrzeb i interesów.
Ale również samo kształcenie się chłopów odczuwane było przez kler jako niebezpieczeństwo. Mam przed sobą książkę, wydaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie w 1939 r. Nosi tytuł „Szkice z dziejów nauczycielstwa polskiego”. Autorzy tego opracowania m.in. opisują, jak ludowiec Jakub Bojko walczył w sejmie galicyjskim o pieniądze na oświatę wiejską, wypominając w wystąpieniu wygłoszonym 22 marca 1899 r. , że tnąc pieniądze na oświatę wsi klasy rządzące chciałyby chłopa wziąć krótko za cugle, aby on wolę rządzących wykonywał tak, jak niegdyś ustawy pańszczyźniane dyktowały, tj. „w pokorze i bez pomruku” . Autorzy książki wskazują wzorce, jaki chłopom i nauczycielom ludowym stwarzał socjalistyczny ruch robotniczy, który na czele z Bolesławem Limanowskim – ojcem socjalizmu polskiego – wspierał w Galicji walkę o oświatę na wsi i umacnianie postępowego nauczycielskiego ruchu zawodowego. A przecież walka o powszechną oświatę w języku polskim była wówczas najbardziej cennym przejawem patriotyzmu.

Dziś PSL, o dziwo, nie wypowiada się na temat sytuacji w polskim szkolnictwie

(w tym oświaty na wsi), nie upominali się twardo i otwarcie o polepszenie materialnych warunków pracy nauczycieli ( w tej sprawie dwa miesiące temu ludowcy kombinowali, jak przysłowiowy koń pod górę). Milczeli na temat zachowania się w czasie niedawnego strajku katechetów, poddanych władzy biskupów – bo nie przeszkadza im dualizm zarządzania szkołą. Najważniejsze, aby podkreślać zdystansowanie się od SLD i dbać o to, aby w przestrzeni publicznej wybrzmiało przywiązanie ludowców do „wartości chrześcijańskich”, a że po drodze temu i owemu działaczowi przydarzy się n.p. rozwód..? człowiek jest przecież ułomny…. Zastanawiam się także, czy obecność SLD w polityce polskiej może w jakikolwiek przeszkadzać ludowcom w osobistym respektowaniu przykazań Dekalogu, tak – aby w swej godności pamiętali na co dzień o tym, że nie należy kłamać, kraść, cudzołożyć, używać zbrodniczej przemocy wobec bliźniego swego i.t.d., wszystko zgodnie z dziedzictwem tradycji judeo – chrześcijańskiej…? (patrz: przykazania Dekalogu z ksiąg Mojżeszowych). Jako członkowi SLD nigdy by mi takie działanie nie przyszło do głowy. Ale tu nie o cnoty człowieka religijnego chodzi, tylko o całkiem ziemskie interesy. No cóż, odwieczna kontrola kleru nad polską wsią znów wróciła do łask. Ciekawe, jak by to skwitował Witos…

Bigos tygodniowy

Przed laty popularna była seria dowcipów o „szczytach”: głupoty, szybkości, powolności, refleksu, gapiostwa. N.p. szczytem bezczelności było wypróżnienie się na cudzą wycieraczkę, zapukanie do drzwi i zażądanie papieru toaletowego. Wygląda jednak na to, że rekord ten może zostać pobity przez PSL i PO. To pierwsze podobno ma nie godzić się na wejście do koalicji w której będzie SLD, czyli przebrzydli postkomuniści, ci sami, z którymi PSL współrządziło dwie kadencje, ale wtedy jakoś ich partner nie brzydził. Z kolei w PO pojawił się podobno koncept, by na listy koalicji nie dopuścić tych działaczy SLD, którzy należeli do PZPR. A jeszcze niedawno Miller i Cimoszewicz im nie przeszkadzali, choć byli kimś więcej niż szeregowymi członkami tejże. Okazuje się, że po 1989 roku mogły powstać dziesiątki lichych partii i partyjek, przez które przewinęły się setki rozmaitych marnych osób, kombinatorów, aferzystów, obłudników, głupców, fanatyków. Ale to nic. Odrażająca, brudna i zła jest oczywiście tylko jedna historyczna partia, nie istniejąca od prawie trzydziestu lat. Jeśli wspomniane pogłoski się potwierdzą to rekord bezczelności i absurdu z wycieraczką i papierem toaletowym zostanie pobity o kilka długości.

PiS odbyło trzydniowy wiec w Katowicach. Programowy. Jednak żadnej kolejnej obietnicy „do kieszeni” nie ogłoszono, bo widocznie mieszek nawet im opustoszał. W zamian, Młody Morawiecki obiecywał świetlaną przyszłość i pół miliona nowych drzew do końca roku. Obliczono, że aby to wykonać, trzeba by sadzić kilkaset drzewek na sekundę. Nie po raz pierwszy dało się zauważyć, że MM jest jednak mocno „wyjebany w kosmos”, jak mawiała – do niedawna, a może jeszcze mawia – młodzież.
PiS przypuścił ostry atak na niepokornych prokuratorów: Mariusza Krasonia, Dariusza Mazura i Łukasza Bilińskiego. W stosunku do tego pierwszego Ziobro i Święczkowski zastosowali represję w postaci odległej zsyłki w tempie instant. Za chwilę uderzą w sędziów. Z braku chleba, czyli kasy do dalszego rozdawania, będą przedwyborcze igrzyska pod hasłem walki z „nadzwyczajną kastą” .

Westerplatte wzięte. Po upływie 80 lat, po generale Eberhardtcie, zdobyli je szturmem ludzie cywila Kaczyńskiego. Jednak w lepszym stylu i tempie niż Niemiec. Wtedy bowiem Westerplatte broniło się siedem dni. Tym razem obrona trwała tyle, ile głosowanie w Sejmie, czyli kilka chwil.

Jak stare prześcieradło – czyli w swoim stylu – wydarła się Beata Szydło na Bartosza Arłukowicza za rzekomy pogardliwy rechot w stosunku do prostego człowieka z Węgrowa. Szydło podobno była w dzieciństwie tzw. chłopczarą, czyli szlajała się z chłopakami po podwórkach upodobniona do nich także krótkimi włosami. Widocznie jednak łaziła z chłopakami za mało, bo nie zauważyła że pomiędzy kumplami zdarza się takie wzajemne robienie z siebie jaj i rechotów. Toteż pan Andrzej z Węgrowa (dla Arłukowicza Andrzej) pojawił się po tych wrzaskach przed kamerą razem z Arłukowiczem i zapewnił, że nie tylko się nie obraził, ale też nie jest obrażonym wyborcą PiS.

Rozumiem irytację Wincentego Elsnera na przedłużające się „czekanie w przedpokoju Schetyny”, rozważającego czy wybrać do tanga SLD czy jednak PSL. Z drugiej jednak strony pojawia się coraz więcej głosów opartych na wyliczeniach, że nie byłoby źle, a może nawet lepiej dla wyniku wyborczego opozycji, gdyby zamiast jednego bloku przeciw PiS, powstał też drugi blok lewicowy.
„Waszym psim obowiązkiem jest tolerowanie wyśmiewania się z was. (…) Wbijcie to sobie do waszych zamordystycznych głów: nikogo nie interesuje, że czujecie się obrażani” – napisał publicysta Jakub Wencel do katolików obrażonych drwinami z mszy i Bożego Ciała. Podpisuję się pod tym. Jestem za prawem do nieograniczonych drwin, a innym przyznaje prawo do nieskrępowanego ze mnie jako ateisty.

Medioznawczyni Anna Karp, zwolenniczka PiS i ekspertka obecnej KRRiT stwierdziła, że trudno sobie nawet wyobrazić co by było, jaką skalę miałoby miejsce obrażanie religii katolickiej, gdyby PO nadal rządziła. Otóż nic by nie było. Panowałaby atmosfera znużenia, „ciamciaramcia” i nikt by nie był do takich drwin stymulowany. To dopiero przyjście do władzy PiS i jego ekstremalne wspieranie Kościoła kat. (z wyjątkiem niebezpiecznej kwestii aborcyjnej) sprowokowało tak silne antyklerykalne nastroje wśród szerokich kręgów młodego pokolenia. Miał rację Jarosław Marek Rymkiewicz, że Jarosław Kaczyński popchnął historię do przodu „gryząc żubra w dupę”.

Z frontu na Westerplatte: ktoś sobie zakpinkował, że PiS zrekonstruuje (skorupę) pancernika Schleswig-Holstein i ustawi go naprzeciw półwyspu, by pokazać jaka góra stali runęła na garstkę biednych Polaków. I okazało się, że w PiS to podchwycili i niektórzy poważnie taką rekonstrukcję i ekspozycję rozważają. Mnie by się to nawet podobało, tak jak jestem za rekonstrukcją Pałacu Saskiego. Argumenty mam na to dwa. Po pierwsze, Polska straciła w przeszłości dużo cennej substancji historycznej i lepsze rekonstrukcje (jak warszawska Starówka) niż pustki. Po drugie, ze Schleswigiem-Holsteinem zrobiłbym sobie słitfocię.
Aferka z terminem wyborów jesiennych. Młody Morawiecki wygadał się z terminem 13 października, na co obraził się Duduś, bo to przecież prezydent ogłasza termin wyborów. Wyszło więc na to, że znów nic od niego nie zależy. Wiedzą to „wszyscy” więc powinien wiedzieć i on, a też powinien się do tego przyzwyczaić. Ale Duduś ma niedojrzałą, infantylną osobowość katolickiego maminsynka (mówię to jako psycholog kliniczny z pierwszego wykształcenia) i jak to dziecko potrzebuje być utrzymywanym w fikcji. A że po raz kolejny pozbawiono go iluzji, więc wziął i się obraził.

Jakubowska Aleksandra („i czasopisma”), która sobie zrobiła zawód z oszalałej nienawiści do eks-kolegów z SLD, już pełną parę bryluje w prawackich mediach. Prowadzi swój program w jakiejś ich telewizyjce, a w nowym programie Rachonia Michała („Idziemy dalej” – ten zawsze umie spaść na cztery łapy) w TVPiS dyskutowała obok karka narodowego Kowalskiego Mariana z Lublina.

Krzywda dzieci na drugim planie

„Zainteresowanie i zaangażowanie w taki proces oczyszczania Kościoła jest niewielkie” – mówi ks. Wojciech Lemański w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ci, którzy w związku z wizytą abp. Charlesa Scicluny w Polsce liczyli na spektakularne decyzje w sprawie walki z pedofilią w polskim Kościele, np. rozwiązanie w stylu chilijskim, muszą być rozczarowani. Dymisji nie ma.
KS. WOJCIECH LEMAŃSKI: Nikt racjonalnie myślący nie oczekiwał tego. Te oczekiwania napompowali do niebotycznych rozmiarów dziennikarze, tytułując w ten sposób wizytę abp. Scicluny w gorącym okresie po emisji filmu “Tylko nie mów nikomu”. Szybka reakcja prymasa Polski, który przypomniał, że arcybiskup przybywa na zaproszenie wystosowane w zeszłym roku, powinna sytuację uspokoić.
Prymas swoje, dziennikarze swoje.
W Stolicy Apostolskiej nie ma takiej funkcji jak kardynał czy arcybiskup “do zadań specjalnych”. W wielu krajach taką funkcję pełni nuncjusz. Jeżeli są jakieś sprawy wymagające interwencji Stolicy Apostolskiej, to załatwia się je zazwyczaj poprzez nuncjusza. To nuncjusz przekazuje sygnały do Watykanu i ewentualnie z Watykanu do danego kraju. Dyplomacja watykańska ma to do siebie, że jest dyplomacją i zazwyczaj nie słyszymy o sprawach, które się za jej pośrednictwem dokonują. W tym przypadku zamiast kierować uwagę wiernych na nuncjusza skierowano ją na abp. Sciclunę i… rozpłynęło się.

Prawdą jest, że abp Malty ma opinię człowieka “do zadań specjalnych w sprawie pedofilii”, a w Polsce ten problem jest wciąż nierozwiązany, zatem będę się upierać, że można było się spodziewać pewnych ruchów ze strony Watykanu. Tym bardziej, że są ogromne wątpliwości, czy polski Kościół sam będzie w stanie poradzić sobie z tym problemem.
Poruszyła pani trzy kwestie. Zacznę od ostatniej. Nie ma wątpliwości, że Kościół w Polsce sam nie poradzi sobie z problemem pedofilii wśród duchownych. Żaden Kościół lokalny sam z siebie nie wygenerował takich rozwiązań. Oczywiście podejmowane są wysiłki, jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. Jednak żadna wspólnota lokalna sama z siebie nie podjęła tego problemu. Co do Kościoła w Chile, to radził sobie z tym problemem raczej gorzej przez wiele długich lat. Obecność abp. Scicluny w Chile była konsekwencją tego, że wierni tamtego Kościoła bardzo ostro i dobitnie powiedzieli papieżowi Franciszkowi, że na takie traktowanie tego problemu w ich Kościele oni się nie godzą. Papież wyraźnie opowiedział się po stronie episkopatu i księży oskarżanych o czyny pedofilskie. Dopiero gdy sprzeciw wiernych trwał, a nawet narastał, zdecydował się Franciszek wysłać jeszcze jedną kontrolę i to był właśnie abp Scicluna. Wcześniej różne procedury kościelne zawiodły. Sam Franciszek mówił, że te doniesienia o czynach pedofilskich nie są udowodnione. Dopiero później pod naciskiem społeczności chilijskiej odbyła się ta słynna konferencja, gdzie papież przeprosił za swoje słowa. Franciszek nie zdymisjonował Episkopatu Chile, tylko wezwał biskupów do Watykanu.
Inaczej przedstawia się sytuacja francuskiego kardynała Barbarina. Mamy nieprawomocny co prawda, ale wyrok sądu. Kardynał oddał się do dyspozycji papieża, a ten polecił kardynałowi, by sam podjął decyzję w tej sprawie. Niech kardynał sam rozsądzi, co będzie służyło Kościołowi w jego diecezji. Można i tak.

Czyli jeżeli sami wierni nie wymogą działania, to “święty Boże nie pomoże”? Nie przyjedzie nikt z Watykanu zrobić porządku w polskim Kościele, tak samo jak nikt z Brukseli nie obroni naszej demokracji i praworządności?
To jest dla wielu poczucie bezsilności. Zaraz po emisji filmu mieliśmy inicjatywę wiernych świeckich, aby cały polski episkopat podał się do dymisji. Pod inicjatywą w blisko 38-milionowym kraju podpisało się niewiele ponad dwa tysiące sygnatariuszy. A wiemy, że Polacy potrafią zebrać i 100 tys., i 300 tys., a nawet blisko milion podpisów pod różnymi inicjatywami. To znaczy, że zainteresowanie i zaangażowanie w taki proces oczyszczania Kościoła jest niewielkie. Wielu z nas ucieszyło, że kilka milionów Polaków poszło do kina na film “Kler”. Niektórzy myśleli – będzie przełom. Potem okazało się, że jest ponad dwadzieścia milionów wejść na film braci Sekielskich. Będzie się działo. Zdawało się, że wrażenie po filmie jest już tak piorunujące, że coś się musi wydarzyć. Stąd to wyznanie kardynała Nycza, że dziś wziąłby udział w filmie “Tylko nie mówi nikomu”. Stąd przeprosiny abp. Gądeckiego i podziękowania dla twórców filmu. Stąd przeprosiny prymasa Polaka. Sądzę, że obawiali się, że w ślad za obejrzeniem filmu mogą pojawić się działania, manifestacje, pozwy, wystąpienia kolejnych ofiar, żądania zadośćuczynienia. Mijały tygodnie i wszystko powoli przycichło. Gdy słuchamy analitycznej wypowiedzi abp. Scicluny, stojącego przy abp. Gądeckim, gdy słyszymy o procedurach, mechanizmach, zasadach i że trzeba uważać, aby nikogo nie skrzywdzić, to widać, że determinacja do przemiany osłabła.
Wydaje się, ze krzywda dzieci jest ciągle na drugim, jeśli nie na trzecim planie.

To źle świadczy nie tylko o polskim Kościele, ale i polskim społeczeństwie.
Na naród obrażać się nie można. Jest w wielu z nas rozczarowanie, zwłaszcza w takich sytuacjach jak ta z Tylawy, gdzie rodziny dziewczynek skrzywdzone przez księdza muszą się wyprowadzić z parafii. Parafianie stanęli po stronie księdza za radą biskupa. To tym bardziej bolesne, że akurat w tamtym przypadku fakty były bezsporne, a wyrok prawomocny. Mimo to postawa kurii i wiernych wskazuje, że nie nauczyliśmy się rozwiązywać tego typu problemów. Można by powiedzieć, że polski Kościół, bojąc się zarzutu współodpowiedzialności, z lękiem podejmuje najmniejsze nawet kroki. Niestety, na dzień dzisiejszy nie mamy zbyt wielu jasnych postaci, które moglibyśmy stawiać w tej sprawie za wzór. A może one są, tylko Kościół głośno o nich nie mówi, by inni nie wypadli blado na tym tle. A gdy pojawi się taki biskup jak płocki Libera, który jako pierwszy zwołuje konferencję prasową i opowiada o skali problemu i o krokach, jakie podjęto, aby pomóc ofiarom – więc gdy się taki pojawia i potem, gdy prosi o pół roku wyciszenia, odpoczynku, to natychmiast pojawia się masa komentarzy i pomówień, również ze strony katolickich publicystów.

W komunikacie po zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski z abp. Scicluną czytamy o programie duszpasterskim na lata 2019-2020, o potrzebie chronienia życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, o profanacji tęczową aureolą obrazu Matki Boskiej. Można też przeczytać, że biskupi “przestrzegają przed propagowaniem różnych ideologii wrogich prawu naturalnemu i wartościom chrześcijańskim, które usiłuje się wprowadzać do środowiska szkolnego pod pozorem edukacji seksualnej”. Czy episkopat nie powinien się jednak zajmować czym innym, np. problemem pedofilii w Kościele?
Episkopat może się skupiać, na czym zechce. Takie jest prawo każdego gremium. Ale wiele osób, a nawet środowisk przyjęło ten dokument jako próbę rozmycia problemu, który ciągle jest nierozwiązany.
Gdy pojawia się osoba, która z imienia i nazwiska opowiada, że została skrzywdzona przed kardynała Gulbinowicza, wygląda, że nic się w sprawie nie dzieje. Nikt się tą sprawą poważnie nie zajmuje. Polski Kościół ma wiele takich sytuacji jak były ksiądz Gil, ksiądz Kania, ksiądz z Tylawy, proboszcz z Tarchomina, ksiądz Mateusz z Warszawy, ksiądz Grzegorz z Łodzi, ksiądz kustosz Lichenia, ksiądz Jankowski z Gdańska. Chyba żadna z tych spraw nie została wystarczająco wyjaśniona we wszystkich jej aspektach. Pamiętamy, jak bp Libera opowiadał, że wnioskował o wydalenie ze stanu kapłańskiego pewnego księdza. Stolica Apostolska się do tego wniosku nie przychyliła. Może warto wyjaśnić wiernym, skąd taka decyzja, na jakiej podstawie, według jakich zasad. Przynajmniej tyle, tym bardziej, że to nie są kanonicznie zawiłe kwestie.

W filmie Sekielskich padają konkretne nazwiska biskupów: Nycz, Hoser, Gocłowski, Tyrawa, którzy kryli księży pedofilów. Czy nie powinni zostać przynajmniej odsunięci od stanowiska?
Na dzień dzisiejszy mamy bardzo dobrze udokumentowane świadectwa osób wykorzystywanych przez Degollado, którzy swoje zeznania przekazali kardynałowi Ratzingerowi, a przez niego także Janowi Pawłowi. I co? I nic. To wszystko pokazuje, że w Kościele nawet tak oczywiste przypadki rozstrzygają się przez wiele długich lat, mimo dowodów. Kardynał Barbarin z Francji potrafił pojechać do Watykanu i oddać się do dyspozycji papieża.
Żaden z polskich biskupów nie miał na tyle odwagi Podejrzewam, że spodziewaliby się, że papież mógłby taką dymisję przyjąć.
Ale żadnego biskupa ordynariusza papież zdymisjonować albo zmusić do złożenia dymisji nie może. Musiałby wytoczyć biskupowi proces, który toczyłby się latami i być może skończyłby się tak jak proces wytoczony nuncjuszowi na Dominikanie, abp. Wesołowskiemu. Najpierw długie gromadzenie dowodów, potem proces nie mógł ruszyć ze względu na stan zdrowia, aż w końcu oskarżony zmarł.

Chce mi ksiądz powiedzieć, że biskupi są bezkarni?
Tego nie powiedziałem, mówię tylko, że polscy biskupi nie zdecydowali się na tak odpowiedzialny krok jak kardynał Barbarin i chilijscy biskupi. Takiej decyzji nikt poza wiernymi nie wymusi i nie wyegzekwuje. Może polscy wierni jeszcze do takich działań nie dojrzeli.

Co czeka zatem polski Kościół?
Obawiam się że czekają nas lata stagnacji, niestety. Oczywiście możemy wziąć pod uwagę wyniki badań religijności młodszych i starszych w naszym kraju. Chyba wszyscy widzą, że pokolenie poniżej 40 lat będzie od Kościoła odchodziło. Można też powiedzieć, jak jeden z francuskich królów: “po nas choćby potop”.
Nie ma jednorodnego obrazu Kościoła. Czy to znaczy, że cały Kościół to szubrawcy albo święci? W Polsce mieliśmy świętych biskupów, jak Kozal, Łoziński, Pelczar, i takich, którzy schodzą z tej sceny w sposób, który nas zawstydza, jak abp. Wesołowski, Paetz, Wielgus.
Nie można mówić, że Kościół jest do cna zepsuty, bo tak nie jest, ale trudno nie przyznać, że w Kościele są ludzie zepsuci do podszewki.

A jak ksiądz czuje się w takim Kościele? Bo firmuje Kościół swoją osobą…
To mój Kościół. A z Kościołem trochę jak z rodziną. Jak jest dobrze, to dobrze, a gdy źle? Jak się ma ojca czy dziadka, który siedzi w więzieniu, to nie jest łatwo. Co wtedy zrobić? Są tacy, co wyprowadzają się z domu, zmieniają nazwisko. A te tysiące dzieci, które urodziły się w wyniku niemieckich czy sowieckich gwałtów? Nikt za człowieka takiego ciężaru nie poniesie. Czy taki początek przekreśla całe życie? Czy rodzimy się świętymi czy bandziorami?

Ksiądz ma wybór i może zrzucić sutannę.
Mogę, ale nie chcę, bo to jest mój Kościół. Staram się czynić dobro w Kościele i czasem mi się to nawet udaje.
Nazywanie trudnych rzeczy po imieniu, jakkolwiek Kościołowi może się to wydawać działaniem piątej kolumny, służy Kościołowi. Według mnie wyjdzie nam to na dobre. Im szybciej Kościół się oczyści, tym większa jest szansa, że w przyszłości ktoś w cieniu kolegiaty będzie szukał wytchnienia, a nie kolejnych ofiar.

Scicluna w Chile

– jak to naprawdę było – rozmowa z Patricią Mayorga

W styczniu 2018 r., podczas pielgrzymki Franciszka do Chile doszło do bezprecednsowych protestów antypapieskich (w tym do podpalenia kościołów), spowodowanych oburzeniem z powodu skandali pedofilskich i ich tuszowania. Papież potępił nadużycia i spotkał się z ofiarami, ale jego odpowiedź na pytania dziennikarzy chilijskich dotyczących biskupa, Juan Barrosa wywołały oburzenie i polemikę: „W dniu, w którym otrzymam dowody przeciwko niemu, wypowiem się. Na razie to oszczerstwa. Czy to jasne?”. Po powrocie do Rzymu papież w liście do biskupów chilijskich napisał: „…popełniłem poważne błędy w ocenie i postrzeganiu sytuacji, zwłaszcza z powodu braku prawdziwych i wyważonych informacji”, przeprosił oraz obiecał spotkać się z ofiarami Karadimy. Przede wszystkim jednak powierzył abp Sciclunie oraz hiszpańskiemu księdzu Jordi Bartomeu zbadanie sprawy. W wyniku tej specjalnej misji Scicluny, cały chilijski episkopat podał się do dymisji. O tym, jak do tego doszło rozmawiamy z Patricią Mayorga, chilijska dziennikarka, korespondentka zagraniczna dziennika „El Mercurio” i wiceprzewodnicząca Światowego Stowarzyszenia Kobiet Dziennikarek (AMMPE).

Agnieszka Zakrzewicz: Sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary, abp Charles Scicluna w 2018 r., przeprowadził w Chile dochodzenie dotyczące nadużyć seksualnych w tamtejszym Kościele, w wyniku którego cały chilijski episkopat podał się do dymisji. Jak do tego doszło?

Patricia Mayorga: Nikt w Chile, ani ofiary, ani katolicy, ani duchowni nie mogli przewidzieć trzęsienia ziemi, które wywołała pierwsza wizyta abp Charlesa Scicluny. Kiedy papież miesiąc wcześniej odwiedził Chile i pomimo wcześniejszego sceptycyzmu, zdał sobie sprawę, ze strasznej sytuacji jego Kościoła w tym kraju, postanowił powierzyć specjalną misję sekretarzowi pomocniczemu Kongregacji Nauki Wiary oraz katalońskiemu księdzu Jordi Bertomeu.

Czego spodziewano się po tej wizycie?

Początkowo abp Scicluna był przyjmowany nieufnie przez świeckich, którzy nie zostali wysłuchani przez papieża podczas jego wizyty apostolskiej w Chile, prosząc o zdymisjonowanie w diecezji Osorno, miasta w południowym Chile położonego ponad 800 kilometrów od Santiago, biskupa Juana Barrosa, oskarżonego o bycie pasywnym wspólnikiem nadużyć seksualnych popełnianych przez księdza Fernando Karadimę, wydalonego ze stanu kapłańskiego, we wrześniu ubiegłego roku. Biskup Osorno, którego sam Bergoglio postawił na czele archidiecezji w 2015, zawsze zaprzeczał wszystkim oskarżeniom i brał ostentacyjny udział w celebracjach papieskich podczas pielgrzymki Franciszka, co zostało bardzo źle przyjęte przez tamtejszą wspólnotę wiernych. Nikt więc – ani ofiary, ani media, ani niewierzący ani sami katolicy – nie wiązali żadnych nadziei z tą misją.

Co konkretnie wysłannik papieża zrobił w Chile?

W Chile, abp Scicluna przesłuchał setki ofiar nadużyć, a po powrocie sporządził gruby raport, który przedstawił papieżowi Franciszkowi, zawierający długą listę nadużyć seksualnych popełnionych przez duchownych: molestowanie ofiar, przenoszenie winnych z jednej do drugiej parafii bez żadnych sankcji, a także zniszczenie kompromitujących dokumentów przechowywanych w sejfach instytucji religijnych.

Jak papież Franciszek zareagował na to?

Po zapoznaniu się z raportem, w maju 2018, papież powołał do Rzymu całą chilijską Konferencję Episkopatu. Wręczył biskupom dokument mający skłonić ich do refleksji, który był naprawdę surowym oskarżeniem przeciwko chilijskiemu Kościołowi o bycie „elitarnym”, „utratę kierunku drogi”, „odejście od Ewangelii”. Po tym – wszystkich 34 przedstawicieli Episkopatu podało się do dymisji. Podkreślam – to nie papież czy abp Scicluna, zmusił chilijskich biskupów do dymisji. To chilijscy biskupi postawili Bergoglia po raz kolejny w trudnej sytuacji: „jeżeli któryś z nas jest winny, to znaczy, że wszyscy jesteśmy winni”. Nie wzięli odpowiedzialności na siebie, lecz cały problem przerzucili na papieża. Franciszek przyjął siedem rezygnacji. Bergoglio zaprosił do Watykanu ofiary Karadimy – Juan Carlos Cruza, James’a Hamiltona i José Andrésa Murillo, z którymi spotkał się w Domu św. Marty.

Abp Scicluna odbył dwie misje w Chile?

Tak. Po spotkaniu z chilijskimi biskupami, w czerwcu zeszłego roku, papież ponownie wysłał abp Sciclunę i ks. Bartomeu do Chile. Tym razem udali się do diecezji Osorno wraz z nowym biskupem, aby prosić parafian o przebaczenie inercji Kościoła. Przy tej okazji odbyło się szkolenie z duchownymi na Papieskim Uniwersytecie Katolickim, gdzie abp Scicluna powiedział jasno, że proces kanoniczny nie może w żadnym stopniu utrudniać ofiarom dochodzenia praw przed cywilnym wymiarem sprawiedliwości, podkreślił również, że Kościół powinien z nim współpracować w obronie własnych wartości.

Czy Scicluna spotkał się również z cywilnym wymiarem sprawiedliwości?

Podczas tej drugiej podróży, Scicluna spotkał się z chilijskim prokuratorem generalnym, który zwrócił się do Watykanu o raport, opracowany przez papieskiego wysłannika. Sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary, podkreślił, że współpraca z krajową prokuraturą jest dla Watykanu bardzo ważna, aby dać pozytywny sygnał, że nadużycia na małoletnich to nie tylko przestępstwa kanoniczne, ale także karne.

Jak te wszystkie wydarzenia zmieniły Chile?

Jak już powiedziałam, to było prawdziwe trzęsienie ziemi. W chilijskim Kościele podniosła się świadomość krzywdy wyrządzonej ofiarom i wiernym oraz pojawiła się wreszcie chęć zadośćuczynienie. To przynajmniej oficjalnie. Prawdziwa, szczera przemiana to jednak długi proces. Efektem tego wszystkiego jest na pewno postępująca laicyzacja społeczeństwa, które poprzez skandal nadużyć w Kościele, odwróciło się od niego.

Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.

Życie w Polsce przepełnia obłuda

Z LESZKIEM JAŻDŻEWSKIM, redaktorem naczelnym „Liberté”, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Nie milkną echa Pana wystąpienia, słynnego „supportu” z 3 maja w sali Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego. Co będzie dalej?
Uczestniczyłem w promocji książki Piotra Augustyniaka „Burzenie polskiego Kościoła”. Nawiązał podczas niej do klasycznego już eseju „Kapłan i błazen” Leszka Kołakowskiego, analizującego zjawisko dwóch ról społecznych: kapłana, który pilnuje spoistości wspólnoty i tradycji oraz błazna, który jest wobec tych wartości przekorny, krytyczny, nieraz szyderczy i który broni „człowieka poszczególnego” przed presją zbiorowości. Problem Polski polega na tym, że kapłani przejęli wszystko i dla błaznów nie ma nawet skrawka miejsca w przestrzeni oficjalnej. Dowiedziałem się, że ja też jestem błaznem, choć bez charakterystycznej czapeczki i dzwonków.
I jak Pan się czuje w tej roli?
To całkiem uczciwy, a przy tym interesujący zawód. Dzisiaj bardzo dużo mówi się o Polsce, ale co to znaczy być Polakiem? Bez odpowiedzi na to pytanie progres w Polsce nie będzie możliwy. Ja na przykład nie jestem niewrażliwy na pewne symboliczne atrybuty polskości. 1 sierpnia, kiedy o godzinie 17, o godzinie „W”, przez minutę wyją syreny i ludzie zatrzymują się na ulicach polskich miast, ja też się zatrzymuję i nie jestem wolny od pewnego wzruszenia. Mamy to po prostu jakby we krwi, a związane to jest m.in. z dziedzictwem romantyzmu, z poezją wieszczów. Jednak to nie znaczy, że nie są uprawnione pytania o sens tamtego zrywu i o to, jaki ma dziś dla nas sens spuścizna romantyczna, powstańcza w warunkach współczesnego społeczeństwa. To pytanie stało się szczególnie palące po 10 kwietnia 2010. Okazało się, że diagnoza Marii Janion o końcu romantycznego, mesjanistycznego paradygmatu okazała się przedwczesna i objawił się on na nowo, w zwyrodniałej formie „religii smoleńskiej”. Dlatego po 10 kwietnia Polska potrzebuje terapii psychologicznej „na kozetce”. Kościół katolicki odgrywa tu negatywną rolę, mimo swoich zasług w przeszłości, gdy przez pewien czas był przestrzenią wolności dla innych. Dziś Kościół konserwuje stare, anachroniczne, zadawnione polskie odruchy wyrosłe na klęskach narodowych, choć one są już nieaktualne, bo Polska jest dziś zupełnie inna, istnieje w innych warunkach, a młode pokolenie wolne jest od traumy klęsk narodowych. Jest to wykorzystywane przez tych, którzy czerpią z tego konserwowania korzyści polityczne dające im władzę. Obok Kościoła taką rolę spełnia też w dużym stopniu szkoła, krzewiąca „wartości” anachroniczne, zasklepiona w nich, stroniąca od tego, co niesie współczesny świat, o ile jest to sprzeczne lub co najmniej nie współgrające z narodowo-katolickim paradygmatem. Nic więc dziwnego, że polska szkoła, szkoła w wolnej Polsce, wychowała, pospołu z katechezą, pokolenie nacjonalistów. Trzeba więc po gombrowiczowsku spojrzeć krytycznie na naszą tradycję, zredefiniować bycie Polakiem w nowej epoce. Nie po to, żeby tradycję burzyć, ale żeby nie była jedyna, dominująca, by prawo do współistnienia obok niej i konkurowania z nią miały inne, nowe formy myślenia o kształcie współczesnej Polski. Trzeba krytycznie spojrzeć na polskie „kościoły” bo nie chodzi tylko o religię, o Kościół katolicki, ale o „kościoły” w sensie świeckim, jako zakonserwowane anachronizmy w myśleniu i działaniu. Musimy też stworzyć nowy język, język społeczeństwa posttraumatycznego. Wtedy władza czarnoksiężników, o której mówiłem, skończy się.
Prawicowe media i ośrodki w reakcji na Pana wystąpienie „zagotowały się” z oburzenia i nadal powtarzają znane fragmenty Pana wypowiedzi o „czarnoksiężnikach”, o „zapasach ze świnią w błocie”. Nietrudno jednak zauważyć, że także część strony opozycyjnej, liberalnej, przyjęła Pana wypowiedź sceptycznie, a nawet krytycznie.
Tak, media prawicowe przestraszyły się i próbowały mnie zapędzić do kąta, ale reakcja z „naszej strony” także była generalnie mało przychylna. Mówiono, że powiedziałem za mocno, niestosownie, w niewłaściwym momencie. Życie w Polsce przepełnia obłuda, poprawność, dlatego tak wielu było oburzonych, że powiedziałem coś prosto w twarz, bez ogródek. Panuje przekonanie, że nie można mówić zbyt ostro, otwarcie, bo to, po pierwsze, „nie uchodzi”, a po drugie, sprowokuje drugą stronę do kontrataku. Często też słyszę, że nie wolno działać zbyt szybko, że trzeba poczekać. Ale nie można całe życie czekać, więc proces wyzwalania się postępuje. Nie uważam, że „kapłanów” trzeba wyrzucić do lamusa, ale wolałbym żyć w Polsce, w której „błaznów” będzie więcej niż „kapłanów”, a co najmniej będzie między nimi równowaga. Pamiętajmy, że kapłanami byli faryzeusze, którzy ukrzyżowali Jezusa.
Dlaczego ten proces laicyzacji społeczeństwa tak długo trwa? Po 1989 roku wielu wierzyło, że nastąpi ona w ciągu dekady, tymczasem minęło już 30 lat a nadal jesteśmy „głęboko w lesie”. Krytyka Kościoła pojawiła się już na samym początku transformacji, powstały antyklerykalne pisma, demaskowano rozmaite grzechy kleru, w tym zachłanność materialną, były różne deklaracje o „nieklękaniu przed biskupami”, ale można było odnieść wrażenie, że to rzucanie grochem w ścianę, „kopanie się z koniem”. Dopiero teraz coś się otworzyło, coś się przełamało…
Na pełny optymizm jeszcze za wcześnie, prawdziwy przełom jeszcze przed nami. Wspomniane przez pana kręgi opiniotwórcze, tytuły prasowe krytyczne wobec Kościoła, jednak wykonały pracę, która nie pozostała bez wpływu na nastroje społeczne, choć po części używany przez nie język był ukształtowany w przeszłości. To wystarczało na stworzenie poczytnego pisma, ale nie na przełożenie tego na szersze poparcie społeczne. Słowem – nie było warunków zewnętrznych, które otwierałyby drogę do jakiegoś przełomu. Duch czasu temu nie sprzyjał. Teraz jednak powstała nowa sytuacja. Otóż żaden z poprzednich rządów, nawet prawicowych, nie zblatował się, nie skleił z Kościołem w tym stopniu, co obecny rząd PiS. Kościołowi szły na rękę rządy Platformy, nawet SLD starał się nie wchodzić w konfrontację z hierarchią i klerem, ale to, czego dopuszcza się obecna władza, to już jest ostentacyjne związanie „Tronu i Ołtarza”. Gdy więc PiS zbiera cięgi, to siłą rzeczy, równocześnie, rykoszetem obrywa Kościół. Do tego doszło ujawnienie afer pedofilskich, a także przebudzenie społeczne kobiet w obronie ich praw zagrożonych przez Kościół, wyrażone w „czarnych protestach”. Wreszcie zaistniały warunki, których wcześniej nie było.
Pana głośna wypowiedź była jak fala, która wyniosła Pana do dużej popularności. Czy zamierza Pan pozostać we wspomnianej roli „błazna”, czy też można spodziewać się przejścia do nowej, także pozapublicystycznej formy aktywności?
Jeśli ma pan na myśli zorganizowaną, na przykład partyjną aktywność polityczną, to przynajmniej obecnie jestem co do tego sceptyczny. Los formacji Janusza Palikota, czy słaby, zwłaszcza wobec wygórowanych nadziei, wynik Roberta Biedronia nakazuje ostrożność. Wolę pozostać przy roli „błazna”, czy określając to inaczej, trybuna ludowego. Jednak wznoszącej się fali nie wolno lekceważyć. Niech się fala wznosi. Widać wyraźnie, że prawica bardzo się jej boi.
Dziękuję za rozmowę.

Flaczki tygodnia

Platforma Obywatelska i Nowoczesna ocknęły się. Połączą swe kluby parlamentarne, czyli posiadane siły i środki. Powstaje koalicja Zjednoczonej Unowocześnionej Platformy Obywatelskiej, czyli ZUPO. Czas pokaże, czy Grzegorz Schetyna będzie skutecznym jednoczycielem polskiego demokratycznego centrum politycznego, czy tylko politycznym kanibalem. Czy nowa ilość ZUPO przyniesie nową jakość.

Czołowy polski gejzer polityczny, czyli przewodniczący i euro deputowany Robert Biedroń, wykonał kolejny śmig medialny. Zaproponował w mediach koalicję wyborczą Wiosny + SLD + Partia Razem + reszta lewicowych i progresywnych partii i stowarzyszeń.
Tym samym odsunął wiszące nad nim w mediach pytanie: Czy zrezygnuje z mandatu w Parlamencie Europejskim i poświęci się kampanii wyborczej do Sejmu RP jak to wcześniej obiecywał?
Albo: Kiedy zrezygnuje z mandatu euro deputowanego?

Gdyby zsumować procenty poparcia uzyskane w majowych, europejskich wyborach przez ewentualnych koalicjantów Roberta Biedronia, czyli ponad 8 procent SLD, ponad 6 procent Wiosny i ponad 1 procent bloku wyborczego Partii Razem, to taka koalicja może uzyskać w jesiennych wyborach ponad 15 procent.
To daje jej szansę na przekroczenie progu wyborczego do Sejmu RP. Nie daje szansy na posiadanie reprezentacji w Senacie RP.

Sojusz Lewicy Demokratycznej, uznany przez wszystkich, nawet narodowo-katolickich, komentatorów politycznych za jednego z wygranych w ostatnich, europejskich wyborach, ma niby komfortową sytuację. Ta partia, jeszcze niedawno uważaną za nieatrakcyjna polityczną starą pannę, ma teraz dwie propozycje mariażu.
Jedną od gejzera Biedronia, drugą od zjednoczeniowca Schetyny.
Sojusz jest teraz jak przysłowiowy osiołek. Wabiony przez dwa żłoby naraz. Oby nie zastygł między nimi.

„Podstawowym politycznym obowiązkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest powrót do polskiego parlamentu”, pisał na łamach „Trybuny” redaktor i wieloletni poseł SLD Piotr Gadzinowski.
„Flaczki Tygodnia” zgadzają się z tezą redaktora i posła. I kalkulują z kim polityczny mariaż SLD mógłby być dla Sojuszu bardziej efektywny.

Koalicja ZUPO + SLD + Zieloni + Inicjatywa Feministyczna + Inicjatywa Polska +lewicowi i progresywni sojusznicy + sojusznicy samorządowi może osiągnąć wynik znacznie przekraczający 35 procent poparcia. Dzięki niemu może ona skutecznie powalczyć o większość w Senacie RP i nawet pomarzyć o większości w Sejmie RP.
A przyszłym roku o swoim centro-lewicowym prezydencie RP.

Startując w tej dużej centro- lewicowej koalicji SLD może liczyć na własny klub parlamentarny w Sejmie RP i symboliczną reprezentację w Senacie RP.

Koalicja lewicowo- centrowa, czyli Wiosna + SLD + niedawna koalicja Partii Razem może liczyć na 15 procent poparcia. Przy większościowej ordynacji wyborczej i maksymalnej mobilizacji prawicowych i centrowych elektoratów, czyli wysokiej frekwencji, ma ona szanse na mały, wspólny klub parlamentarny w Sejmie RP.
I zerową reprezentację w Senacie RP.

Startując w dużej koalicji centro- lewicowej SLD może liczyć na wsparcie lub przynajmniej neutralność licznych pro demokratycznych mediów i pro demokratycznych środowisk. To na pewno ułatwi kandydatom SLD prowadzenie kampanii wyborczej.

Startując z małej koalicji lewicowo- centrowej SLD będzie musiało liczyć na siebie. Na wsparcie ze strony gardzącej starymi „postkomuchami z SLD” radykalnej lewicy trudno będzie mu liczyć. Może oni na czas wyborów zachowają milczącą neutralność.
Wtedy też SLD nie będzie mógł liczyć na wsparcie lub neutralność licznych opozycyjnych, ale nie lewicowych mediów. Pozostaną mu ogólnopolska gazeta „Trybuna”, portale internetowe strajk.eu, „Krytyka Polityczna”,lewica.pl, tygodniki „Fakty i Mity”, „Nie”. Nie wszystkie zawsze Sojuszowi przychylne.
Media lewicowe są w Polsce nieliczne. Bo ci tak silnie deklarujący swą lewicowość na Facebooku „prawdziwi lewicowcy” zwykle w realu nie kwapią się do kupowania i innego wpierania finansowego lewicowych mediów. W przeciwieństwie do pogardzanych przez nich „moherowych beretów”.
Warto przypomnieć, że lewicowa Partia Razem, pomimo corocznie otrzymywanych subwencji z budżetu państwa polskiego, przez ostatnie cztery lata o lewicowe media nie zadbała.
A centro-lewicowa Wiosna zbudowała swoją promocję na licznych, politycznych pielgrzymkach wielce popularnego w mediach Roberta Biedronia.

Robert Biedroń będzie musiał połączyć krajową kampanię wyborczą z obowiązkami euro deputowanego. Debiutującego w brukselsko- strasburskich strukturach tego parlamentu. Wbrew popularnej w Polsce opinii praca w Parlamencie Europejskim, uczciwa rzecz jasna, wymaga niemałego trudu i poświecenia jej wielu godzin czasu.
Zatem nie ma większych szans aby Robert Biedroń, ten podstawowy atut wodzowskiej Wiosny, jednocześnie uczciwie pracował w europejskim parlamencie, zwłaszcza w czasie kiedy tworzą się jego struktury na kolejną pięcioletnią kadencję, i śmigał politycznie w Polsce w kampanii wyborczej.

„Flaczki Tygodnia” mają serce po lewej stronie i lewicowy rozum też.
Serce „Flaczków” otwiera się ku małej koalicji lewicowo – centrowej. Bo jakże miło było by oddać głos na zgodną, wspólną, lewicową listę. Nawet na listę z tymi, którzy przez ostatnie lata regularnie pluli w mediach na SLD. Albo demonstracyjnie opuszczali szeregi Sojuszu, uważając, że SLD nie ma już przyszłości.
Ale skoro zawiera się koalicję wyborczą, to koalicjanci złą przeszłość odkreślają grubą kreską i patrzą przede wszystkim w świetlaną przyszłość.
Czyli w mały, wspólny lewicowy i opozycyjny klub parlamentarny.

Rozum uspakaja pikanie lewicowego serduszka „Flaczków” i rekomenduje dużą koalicję. Bo duży, zwłaszcza przy ordynacji większościowej, zyska więcej. Czyli SLD też. Bo wspólny start z ZUPO daje Sojuszowi szanse na własny, poselsko – senatorski klub parlamentarny.
Dzięki niemu SLD będzie mógł propagować i realizować w parlamencie swój lewicowy program.

Zatem „Flaczki” rekomendują w najbliższych wyborach parlamentarnych udział SLD w dużej, centro- lewicowej koalicji.

PS. Tytuł „Pożyteczny Idiota” narodowo-katolickiej prawicy zyskuje kolega Szymon Niemiec, aktywista LGBT i biskup samozwańczego „Ekumenicznego Kościoła Katolickiego”. Za odprawienie swej mszy w czasie Parady Równości. Dzięki pożytecznej dla PiS głupocie Szymona narodowo-katolickie media zyskały wielki i bardzo skuteczny argument do upowszechniania tezy, że opozycja, zwłaszcza lewicowa propaguje „parodie mszy świętych”, czyli szyderstwa i obrażanie katolików. Dzięki głupocie Szymona media narodowo-katolickie wciągają teraz opozycję w propagandową zasadzkę i skutecznie kompromitują idee ruchów LGBT.

Społeczeństwo dało się zniewolić

„U nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. ały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

KAMILA TERPIAŁ: „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich nie jest filmem o pedofilii. To jest film o tym, że gdy członkowie jakiejś instytucji mają za dużo władzy i poczucie bezkarności, mogą pozwalać sobie na wykorzystywanie najsłabszych. Podpisałby się pan pod takim stwierdzeniem?
ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Tak, to jest przede wszystkim film o władzy. Tam, gdzie w grę wchodzi cielesność i seksualność, zawsze o to chodzi. Ujmując rzecz w dużym skrócie – stosunek do ciała dotyka tego, co najgłębsze, najbardziej intymne w człowieku i jest modelem wszystkich innych stosunków: politycznych, kulturowych, moralnych czy mentalnych. Władza absolutna stwarza możliwość absolutnego zawładnięcia ciałem. Objawia się tu myślenie, że skoro mam pełnię władzy, to wszystko jest dozwolone. Można powiedzieć metaforycznie, że zniewolenie cielesne, które się bezkarnie dokonywało, jest wyrazem zniewolenia mentalnego i moralnego. Społeczeństwo polskie dało się zniewolić. Lecz to nie jest tak, że za to wszystko odpowiada sam tylko Kościół – odpowiadają za to także różne grupy społeczne i polityczni działacze, którzy pozwolili na taką władzę Kościoła nad duszami i ciałami.

Widzimy przejaw władzy absolutnej?
Ta przestępczość ma wymiar moralny, ale przede wszystkim jest to – jak mówił Jan Paweł II – „grzech strukturalny”. Ogromne znaczenie ma tu zarazem zadzierzgnięcie tak silnego mariażu ołtarza z tronem, i to z każdym tronem. Ale w ostatnich prawie czterech latach jest to widoczne wręcz drastycznie…

Kościołowi zaszkodzi taki mariaż?
Na krótką metę już szkodzi, ale bardziej jeszcze zaszkodzi także na dłuższą. Zwłaszcza że jest sojusz taki jest zawarty wbrew nauczaniu Kościoła powszechnego i Soboru Watykańskiemu II, który orzekł, że duchowni nie mogą wchodzić w „polityczne buty” i wspierać żadnych partii politycznych. Tymczasem kiedy przemawia abp Sławoj Leszek Głódź, bp Wiesław Mehring czy abp Józef Michalik, w gruncie rzeczy słyszymy aparatczyków partii rządzącej.

Ale na krótką metę obu stronom jest to na rękę.
Tak, oczywiście. Duchowni otrzymują bowiem za to apanaże, a partia wsparcie tak istotnej i ogromnej instytucji. Mamy przy tym do czynienia z błędnym kołem. Obie strony tego układu wzajemnie potęgują swoją moc, pazerność i dobrostan. I tak to trwa. Nie dotyczy to naturalnie wszystkich księży, ale niestety dominującej grupy w polskim Kościele. Jedyną szansą na zmianę jest twarde, ostre rozdzielenie państwa i Kościoła. I nie mówię o walce z Kościołem. Ale bez sensu jest też mówienie o przyjaznej separacji, tym bardziej że została ona przez rozmaitych polityków i duchownych naruszona, może nawet zdruzgotana – na rzecz właśnie wspomnianego mariażu.

Wpływ na te relacje może mieć sprawa pedofilii w Kościele?
Oczywiście. Nie znamy skali tego zjawiska, bo jak zwykle w przestępstwach seksualnych tzw. ciemna liczba jest większa.
Wiele ofiar i środowisk cały czas milczy, bo mówienie prawdy jednak skazuje na stygmatyzację. Ważne jest to, że stworzony został pewien system, który ma właściwości systemu mafijnego – „swój człowiek” może zrobić wszystko, a my go ochronimy.
To też pokazuje słabość państwa i prawa. W filmie braci Sekielskich pokazany jest między innymi przypadek kapelana więziennictwa, który udziela schronienia i pozwala na odprawianie mszy z dziećmi skazanemu już duchownemu. Buzuje w nim bezczelność, pycha i cynizm, bo wie, że włos mu z głowy nie spadnie. Nic w tej sprawie nie zrobili ani minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ani wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo. Dla wielu ludzi Kościoła nic zatem nie znaczy polskie prawo i tym samym tworzy się rodzaj państwa w państwie.
Kościół jeszcze długo nie będzie gotowy na poważne potraktowanie tej sprawy i wewnętrzne rozliczenie?
Gdyby był, to już działoby się coś ważnego… Na razie słyszymy tylko głosy i to często sprzeczne. Najbardziej krytyczni i niezależni w sądach są najczęściej jezuici i dominikanie, czyli członkowie zakonów, których zwierzchność jest w Rzymie.

Co zatem powinno się wydarzyć?
Powinno wkroczyć państwo. Prawo, prawo i jeszcze raz prawo. Niemożliwe są bowiem sytuacje, w których prawo nie będzie działać – na przykład wobec kogoś udzielającego świadomie schronienia przestępcy w sutannie. Nie może być po prostu tak, że oni czują się bezkarni! Nie może być też tak, że w szeregach partii rządzącej jest osoba (i to na czele sejmowej komisji sprawiedliwości), która chroniła – skazanego przecież za pedofilię – słynnego proboszcza z Tylawy, zresztą nadal aktywnego duchownego, także w Radiu Maryja. Nie rozumiem przy tym głosów nawołujących do tego, abyśmy nie byli antyklerykalni. Antyklerykalizm nie jest złem.
Antyklerykalizm to nie antyreligijność. W Polsce dokonano natomiast bardzo złowieszczego podstawienia – zrównano antyklerykalizm z antyreligijnością. Tymczasem można być człowiekiem głęboko religijnym i antyklerykałem.

Czym jest antyklerykalizm?
Jest postawą dotyczącą zwalczania nadmiernej pozycji kleru.

Może przyczynić się do uzdrowienia Kościoła?
Tak, antyklerykalizm jest uzdrawiający. Ale trzeba głośno mówić o tym, że nie ma równości między antyklerykalizmem i antyreligijnością. Polska religijność miesza przy tym porządku i utożsamia się z klerykalizmem. Nic dziwnego, skoro bierze się z tradycyjnego lenistwa umysłowego, także w sprawach wiary. Nawet ludzie wykształceni oddają więc wszystkie kwestie religijne w ręce „funkcjonariuszy kultu”, jak ich zwał Lejzorek Rojsztwaniec, i poprzestają na szczątkowej świadomości religijnej z epoki pierwszej komunii. Często przy tym w grę wchodzą tylko emocje. A tak się nie da. Jak mawiał święty Tomasz z Akwinu, jeśli się nie używa rozumu w sprawach wiary, to popada się w grzech.

Dlatego tak grzeszymy?
Polacy są tak naprawdę od całych pokoleń obojętni w sprawach wiary (choć nie w sprawach Kościoła).
Nie toczyły się u nas na przykład krwawe wojny o pojmowanie łaski, które prowadziły do wzajemnego wyrzynania się stron, jak we Francji czy Niemczech. Były, owszem, jakieś napięcia, ale nigdy nie ostateczne, bo mało kogo to obchodziło.
Sprawa pedofilii w Kościele coraz więcej osób zaczęła jednak obchodzić.
I zaczyna to przypominać spóźnioną wojenkę religijną, którą wiele państw ma już dawno za sobą. To ma związek również z tym, że u nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności.

Jaki wpływ ma na takie postawy katolicyzm?
Katolicyzm w Polsce nie jest tylko kwestią wiary, ale także tożsamości kulturowej i narodowej. W religijnym wymiarze katolicyzm w Polsce jest bowiem religią mniejszościową. Ot, około 37 proc. wiernych chodzi w niedzielę do Kościoła; ogromna liczba dzieci rodzi się w tzw. związkach niesakramentalnych; nikt nie przejmuje się naukami Kościoła w sprawach seksu przedmałżeńskiego, aborcji czy in vitro. Najłatwiej więc postawić sobie na czole stempelek „Polak-katolik” – i ma się sprawę „z głowy”.

Co mamy „z głowy”?
Naród jest wspólnotą wyobrażoną, zespołem wyobrażeń, które tworzymy i podzielamy. Mamy więc i takie wyobrażenie, że katolicyzm jest koniecznym składnikiem polskiej wspólnoty narodowej. To też wpływa na moją przynależność do szerszego porządku.
A gdzieś jest jeszcze słynna teza prof. Stefana Nowaka, że w Polsce za sprawą historii wspólnotowość spełnia się na dwóch poziomach – najwyższym, czyli narodowo-wspólnotowym, i najniższym, czyli bliskości rodziny, bliskich albo, co najwyżej, bardzo lokalnego układu. Środek jest więc pustawy, chociaż właśnie w nim spełnia się społeczeństwo obywatelskie.

Jaki ten podział ma wpływ na wybory?
Prawo i Sprawiedliwość apeluje umiejętnie i przebiegle do dwóch wspomnianych poziomów rozumienia wspólnoty, a to pozwala im łatwiej zawładnąć wyborcami. Opozycja mówi o środku, a on jest – niestety – kruchy, słaby i nie można na tym gruncie zbudować siły, która by zdołała mocno i brutalnie przeciwstawić się obecnej władzy. Trzeba byłoby zatem wejść w „grę” na najniższym i najwyższym poziomie. Ale opozycji liberalno-demokratycznej, z pewną nutą przy tym konserwatywną, słabo to wychodzi.

Ponad połowa Polaków uważa, że episkopat powinien się podać do dymisji. Pan zalicza się do tej grupy?
To nie rozwiązuje problemu. Nie powinno być odpowiedzialności zbiorowej, bo to jest tylko rozwiązanie zastępcze… Trzeba więc wskazywać na konkretne osoby, które z racji chronienia zła powinny odejść. Dlaczego mają odchodzić biskupi przyzwoici, chociaż może milczący albo bezsilni? Takie działanie byłoby wyszukaniem kozła ofiarnego. To jest klasyczna metoda, stosowana zresztą na przykład w komunizmie, kiedy w okresach kryzysu obwiniano o zło systemu tylko jego elity przywódcze. I rozprawiano się z nimi – jako właśnie kozłami ofiarnymi – po to, aby system mógł trwać nadal. Warto znowu wrócić tutaj do pojęcia „grzechu strukturalnego”, czyli współuczestnictwa i wspólnictwa państwa oraz szerokich grup obywateli.
Proboszcza z Tylawy bronili przecież nie tylko prokurator Stanisław Piotrowicz i abp Józef Michalik, ale także zwykli mieszkańcy wioski, którzy oskarżali ofiary.

To może konieczne są zmiany w prawie, zaostrzenie kar?
To są wszystko „kwiatki do kożucha”, rozwiązania pozorne. Prawdziwym rozwiązaniem będzie wyraziste oddzielenie państwa od Kościoła, przejrzenie wszystkich spraw związanych z wykorzystywaniem dzieci, ale także dotyczących choćby Komisji Majątkowej. To była przecież jedyna instytucja w państwie, od której decyzji nie można było się odwołać do sądu. A oznaczały one niebywałe wprost szafowanie dobrami – na rzecz Kościoła i jego ludzi. Władza łączy się przecież z władzą pieniądza, z posiadaniem rozlicznych dóbr. Kiedy zaś rozdawnictwo tych dóbr nie podlega kontroli publicznej, obywatelskiej, mamy w oczywisty sposób do czynienia i z niekontrolowaną władzą. Poprzez decyzje Komisji Majątkowej i arbitralnie serwowane dary polityków dokonało się więc na rzecz Kościoła zagęszczenie pewnych bogactw i pewnych nadmiernych prerogatyw.
Stan ten zawęźlił się w swoisty węzeł gordyjski, który trzeba rozciąć. Jak? Byłem przeciwnikiem konkordatu, ale jeżeli już on jest, to przede wszystkim trzeba powrócić do konkordatowej rzeczywistości – została ona bowiem w znacznej mierze poszerzona, przekraczając granice, które są bezpieczne dla demokratycznego państwa prawnego. Należałoby zatem dokonać rewizji owych nadmiernych działań i wyznaczyć na nowo granicę obecności Kościoła w państwie, odpowiadając chociażby na pytanie, czy symbole religijne mogą sobie wisieć ot tak w instytucjach świeckiego państwa, albo na pytanie, w jakiej mierze i czy w ogóle dygnitarze kościelni mogą brać udział w życiu instytucji państwowych, zwłaszcza szkoły, armii czy szpitalnictwa. To jest ogromna szara strefa, która powinna przestać być szara. Owszem, człowiek ma prawo manifestować swoją wiarę, ale w przestrzeni religijnej, nie każdej innej, wedle własnego upodobania i zachcenia. Dotyczy to szczególnie funkcjonariuszy publicznych, którzy powinni postępować wyłącznie według norm prawnych, nie religijnych. A jeśli im to nie odpowiada, nie muszą być funkcjonariuszami publicznymi.

Co mogłoby być punktem zwrotnym?
Nie wiem, co musiałoby się stać – pewnie jakiś rodzaj kulturowej apokalipsy? Mamy bowiem tu do czynienia z rozłożonym na lata procesem. Są w nim oczywiście i momenty przyspieszenia, drastycznego ujawnienia się zła, które wynika z zespolenia państwa i Kościoła. Sprawa pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie jest takim momentem przyspieszenia. Ale to cały czas jest proces, rozgrywający się w „długim trwaniu”. Tymczasem działania państw Zachodu w tej materii dokonywały się i w aktach swoistej rewolucji, i właśnie w „długim trwaniu”, powolnym dojrzewaniu do zmian, często niedostrzegalnym. Najważniejsze przy tym, aby rozpoczęła się debata na temat rzeczywistej historii Kościoła i religii w Polsce. Nie jest bowiem prawdą, że hierarchowie zawsze byli z narodem. A w tym zakresie karmieni jesteśmy często fałszywą opowieścią. Byli – to prawda – w Kościele ludzie, którzy heroicznie walczyli za kraj, jak ks. Stanisław Brzóska czy ks. Piotr Ściegienny. Ale byli też nędzni kolaboranci, lojaliści, agenci obcych mocarstw. Byli urągający wierze, moralności i Polsce szubrawcy, jak prymas Gabriel Podoski. I zdrajcy Rzeczpospolitej, którzy – jak biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski – zawiśli na szubienicy z wyroku narodowego trybunału. No i tacy rzecznicy Rzymu, którzy w imię jego interesów działali wbrew interesom polskim. Pamiętajmy też, że w Kościele katolickim nie przeprowadzono lustracji. Bardzo znamienne jest więc to, że oskarżeni o pedofilię duchowni byli często uwikłani w kwestię agenturalności. To powinno dać nam do myślenia. Potrzebna jest zatem gigantyczna praca.

Kto miałby ją zapoczątkować?
Raczej nie politycy… Sensowni ludzie Kościoła.

A może wierni, którzy powinni mieć wpływ na duchownych?
Tak. Kościół to są właśnie przede wszystkim wierni. Sobór Watykański II stwierdza przecież wyraźnie, że Kościół jako Lud Boży jest o wiele ważniejszy niż Kościół jako instytucja. W Polsce natomiast jest odwrotnie: społeczeństwo i jego elity oddały kwestie wiary w ręce kleru. A jeżeli Kościół polski ma się odrodzić, jeśli ma działać zgodnie z dobrem demokratycznego państwa i jego obywateli, nie zaś korporacyjnym interesem własnym, musimy domagać się stanowczo większego udziału Ludu Bożego w jego stanowieniu. Ludzie wierzący muszą więc powiedzieć: to my jesteśmy Kościołem. Ale to dotyczy wierzących. Natomiast, jeśli chodzi o nas wszystkich już, musimy jak najszybciej rozpocząć systematyczną pracę nad świadomością i edukacją. Aby w sposób jednoznaczny i pewny nadrobić nasze straty w drodze do dobrostanu oraz rozumnej, porządnej demokracji. Tymczasem tak wielu z nas umyka – bo to wydaje się łatwe – ku błędnym cieniom przeszłości. Na dodatek cieniom kalekim, fałszywym.

Świeckie państwo – instrukcja obsługi

W ramach Projektu Świeckie Państwo złożyliśmy wnioski do resortów i agencji rządowych o udostępnienie informacji publicznej w zakresie finansowania kościołów i związków wyznaniowych!
Wnioski zostały złożone do Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Prokuratorii Generalnej.
Podczas spotkania z dziennikarzami Anna-Maria Żukowska powiedziała:
W 2018 r. za pośrednictwem posła Jacka Protasiewicza złożyliśmy interpelacje poselską, która została napisana przez dr Pawła Boreckiego, który jest ekspertem od prawa wyznaniowego, kościołów i instytucji wyznaniowych. W tej interpelacji były zawarte pytania o źródła finansowania przez państwo Kościoła katolickiego oraz innych kościołów funkcjonujących w Polsce. Niestety, do dzisiaj nie doczekaliśmy się odpowiedzi, premier Mateusz Morawiecki wciąż przekłada termin jej udzielenia. Z tego powodu, wykorzystując prawo do informacji publicznej, zwróciliśmy się do 9 ministerstw oraz agencji o ujawnienie tego typu wydatków.
My obywatelki i obywatele chcemy wiedzieć, a także mamy prawo wiedzieć. Nie walczymy z kościołem, walczymy o jawność wydatków ponoszonych na kościół. Taka jawność jest jednym z podstawowych elementów obywatelskiej kontroli i dlatego takie wydatki powinny być jawne. Chcemy wiedzieć i między innymi dlatego przystąpiliśmy do obywatelskiego komitetu ustawy w sprawie jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidacji przywilejów podatkowych, podpisy pod tym projektem ustawy zbieramy do 19 czerwca 2019 r. Zachęcam do podpisywania się pod nim!
Szczegóły projektu
Obywatelski projekt ustawy zakłada transparentne i odbywające się według ścisłych reguł finansowanie kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidację ich przywilejów podatkowych.
Rozliczanie się z dochodów
1. Nałożenie na kościoły i związki wyznaniowe obowiązku informowania państwa oraz jego organów skarbowych o tym jakie są jego przychody. Informacje takie będą zbierane przez urzędy skarbowe i następnie przekazywane do Krajowego Administratora Skarbowego, który będzie tworzył łączne podsumowania i następnie publikował je w Biuletynie Informacji Publicznej.
2. Wprowadzenie obowiązku dla instytucji państwowych oraz samorządowych informowania za pomocą Biuletynu Informacji Publicznej o dotacjach, subwencjach i darowiznach w postaci pieniędzy lub nieruchomości, a przekazanych na rzecz kościołów i związków wyznaniowych. W tym celu wszystkie podmioty publiczne będą miały obowiązek przekazywania tego typu informacji do Krajowego Administratora Skarbowego, który opublikuje je w za pośrednictwem BIP-u.
Likwidacja ulg podatkowych
1. Zniesienie wszelkich ulg, bonifikat i preferencji związanych z zakupem nieruchomości od skarbu państwa.
2. Likwidacja możliwości odliczenie darowizn na rzecz kultu religijnego od przychodu. Nie ma żadnej podstawy, aby tego typu darowizny miały być odliczane od przychodu. Kult religijny to nie jest dobro publiczne wszystkich obywatelek i obywateli.
3. Zniesienie zwolnienia z podatku od dochodów z inwestycji kościoła, np. w nieruchomości pod wynajem.
4. Likwidacja Funduszu Kościelnego. Nie ma uzasadnienia, aby kler był dalej finansowany z budżetu państwa, aby dalej opłacane były z tego źródła składki do ZUS. Komisja Majątkowa zakończyła swoją działalność w 2011 roku i powód dla, którego te składki były opłacane już dawno się wyczerpał.