Ideał służby zdrowia – szukanie pacjenta

Składanie wizyt lekarzom nie jest moim ulubionym zajęciem. Ale cóż zrobić – w miarę upływu lat muszę ich odwiedzać coraz częściej, tracąc dodatkowy czas na zapisywanie się do wirtualnych kolejek, a potem na siedzenie w fizycznych kolejkach, przed gabinetami.

Te ostatnie dają mi jednak trochę satysfakcji. Aktywizują bowiem zawodową skłonność do badań skali i przyczyn tego organizacyjnego „zjawiska”.

W kolejce

Kolejka fizyczna na ogół się nudzi, więc rozmawia. Podsłuchuję – bo odzywa się we mnie zakorzeniona natura donosiciela, zwanego teraz sygnalizatorem. Informacje o chorobach, opinie o lekarzach, i administracji przychodni, przeplatają się z wyjaśnianiem przyczyn wizyt. Jestem względnie nowoczesnym sklerotykiem, więc mam smartfon i robiłem w nim notatki z kilkunastu takich wizyt, w trzech przychodniach. Co z nich wynika?
Do lekarzy tzw. pierwszego kontaktu jedna trzecia pacjentów „na coś” zachorowała (zaziębienie, grypa, żołądek), chce wiedzieć na co i dostać pomoc w postaci „jakiś” leków.
Także jedna trzecia leczy się u tego lekarza na „choroby przewlekłe”, chce mu powiedzieć jak się czuje i dostać kolejne recepty. Dlaczego nie korzysta z możliwości załatwienia recept w recepcji? Bo „panie w recepcji” robią to niechętnie, najczęściej i tak biegną do jakiegoś lekarza, aby je podpisał. Trwa to dłużej i nie daje przyjemności pogawędzenia z lekarzem i innymi pacjentami w kolejce.
Około 20 proc. leczy się u innego lekarza, ale ktoś im powiedział, że ten jest lepszy zawodowo, albo bardziej uprzejmy. Chcą to sprawdzić.
I pozostali – to wepchnięci dodatkowo w kolejkę jako „nagłe przypadki”, albo kombatanci. Reszta patrzy na nich „wilkiem”, bo wydłużają im czas oczekiwania.
W kolejkach do specjalistów jest inna sytuacja. Połowa oczekujących wie czego chce i są to z reguły pacjenci „komercyjni”, czyli tacy, którzy zapłacili za wizytę 80, 100 albo 120 zł. Druga połowa ma skierowanie od „lekarza pierwszego kontaktu” i liczy na dokładniejszą informację, co właściwie im dolega i jak to leczyć. Uczestnicy tej grupy wyczekali się kilka tygodni, albo kilka miesięcy, a nawet lat w kolejkach „wirtualnych”, najczęściej byli już jednak w „międzyczasie” na płatnych wizytach i obecną traktują jako wstęp do dalszego, bezpłatnego leczenia.
Zapewne mam skłonności do przesady, ale wydaje mi się, że co najmniej 30proc. „kolejkowiczów” mogło by bez uszczerbku dla zdrowia zrezygnować z wizyty, na którą oczekują. Ale wizyta nic nie kosztuje, pracującym może pozwolić na uzyskanie zwolnienia, a emerytom daje możliwość nawiązania towarzyskich kontaktów i wymiany informacji, o czekających ich jeszcze chorobach i nieudolności naszej służby zdrowia.

Kilka złotych minus

Naprawą służby zdrowia kolejne rządy zajmują się deklaratywnie od wielu lat. Rezultaty są dalekie od oczekiwań i zostawiają nas w tyle za większością krajów UE – także za naszymi najbliższymi sąsiadami. Gorzej – wtajemniczeni specjaliści twierdzą, że organizacyjna sprawność służby zdrowia, jest lepsza nawet na formalnie dalekiej od UE Białorusi.

Dlaczego??

Przede wszystkim dlatego, że boimy się niepopularnych rozwiązań. Temat symbolicznej odpłatności za medyczne „usługi” wracał kilkakrotnie, ale był natychmiast wytłumiany przez rządzące ekipy. Ciągle przecież zbliżają się jakieś wybory i nie można drażnić elektoratu groźbą zwiększenia wydatków, zwłaszcza w sytuacji, w której rozdaje się pieniądze w ramach różnych „obietnic +”.
Nie szukajmy dalekich przykładów i zajrzyjmy do braci Czechów. Obywatel płaci tam za każdą wizytę u lekarza około – w przeliczeniu – 4,50 zł. Dwa razy tyle, czyli ok. 9 złotych płaci za każdy dzień pobytu w szpitalu – aż do pewnego limitu , po którym, za uzasadniony dalszy pobyt płaci „system,” – czyli w naszym przypadku NFZ.
Po roku od wprowadzenia tych rozwiązań w 2008 roku, kolejki do lekarzy właściwie zniknęły i osiągnięto nieznany u nas w publicznej służbie zdrowia stan „poszukiwania pacjenta”. W przygranicznych miejscowościach i w Pradze czekają z utęsknieniem nawet na pacjentów z Polski i Niemiec.
Narażam się oczywiście współobywatelom, ale uważam , że w naszej sytuacji 4,50 to za mało. Sądzę, że u nas powinno się płacić minimum 6 złotych za wizytę u „lekarza pierwszego kontaktu” lub innego internisty i 10 zł. za wizytę u specjalisty. Pobyty w szpitalu – też 10 zł. za dzień, do 10 dni. Potem komisja lekarska z danego szpitala powinna zdecydować, czy można pacjenta zwolnić do domu, czy też konieczne jest dalsze jego leczenie szpitalne. Jeśli tak – opłatę za następne dni powinien pokrywać NFZ. Można oczywiście wprowadzać ulgi lub zwolnienia z tych opłat dla niektórych grup pacjentów, ale nie powinno to naruszać podstaw systemu.
To zapewne wymaga dodatkowej dyskusji, ale uważam, że wpływy z tych opłat powinny w połowie zasilać fundusze systemu, a w połowie pozostawać na kontach pobierających opłatę przychodni i szpitali. Kierownictwa tych jednostek powinny mieć swobodę decyzji o przeznaczeniu tych środków, także na podwyższanie poziomu płac personelu medycznego. Może to być dodatkowym elementem konkurencji mobilizującym do poszukiwania pacjentów, i nieco zahamować tendencje młodych lekarzy, do zarobkowych przeprowadzek za granicę.
Ale czeski system ochrony zdrowia zarabia nie tylko na wizytach konsultacyjnych i pobytach szpitalnych. Podobnych rozmiarów wpływy uzyskuje z opłat za wystawianie recept. Za każdą wystawioną receptę pobiera się opłatę w wysokości prawie 3 złotych. To byłoby „małe piwo”. ale wprowadzono zasadę, że recepta może być tylko na jeden lek. Jeśli np. emeryt musi zażywać 7 leków, to dostaje siedem recept i płaci za nie ok. 21 złotych. Może nie co miesiąc, bo – tak jak u nas – można dostać receptę na dwa czy trzy opakowania, ale w każdym razie jest to już znaczący wydatek.
Czeski system opłat za recepty jest – moim zdaniem – zbyt biurokratyczny. Sądzę, że powinniśmy do tej części problemu podejść inaczej. Można przecież – niestety znowu denerwując suwerena – wprowadzić opłatę na „fundusz zdrowia” w wysokości np. 1 zł. od każdej sprzedaży leku na receptę. Obliczyłem na paru konkretnych przykładach. Byłby to dla pacjenta wydatek roczny 50 – 60 złotych. Jednorazowo wydaje się dużo, ale w „rozbiciu” na 12 miesięcy nie powinno nikogo przerażać.

Szersze spojrzenie

Odważna decyzja o wprowadzeniu niewielkiej odpłatności za wizyty u lekarzy i pobyty w szpitalu powinna – moim zdaniem – pozwolić także na rezygnację z „zasady”, że do specjalisty musimy iść ze skierowaniem od internisty. Eo ipso – musimy najpierw czekać na wizytę u internisty, a potem u specjalisty. Bez sensu. Jeśli będziemy płacić drożej za wizytę u specjalisty– to raczej nikt nie będzie się o nią starał, jeśli nie będzie miał pewności, że jest mu ona naprawdę potrzebna.
Po wprowadzeniu odpłatności w publicznej służbie zdrowia do zmniejszenia kolejek może się też przyczynić konkurencyjna aktywizacja licznych w Polsce korporacji medycznych. Dzisiaj także przejmują one podstawową opiekę lekarską nad dużymi grupami pracowników, których pracodawcy decydują się na wykupienie „pakietów”, w praktyce eliminujących konieczność korzystania z placówek „publicznej” służby. Z ich usług korzysta także część lepiej sytuowanych przedstawicieli „wolnych zawodów”, a także bogatszych emerytów. Trudno się dziwić – ich placówki są lepiej zorganizowane, wizyty odbywają się punktualnie, nie trzeba czekać na EKG czy pobranie krwi.
Korporacje medyczne mają jednak – moim zdaniem – niewybaczalny grzech na sumieniu. Prywatnie u większości tych firm można wykupić „pakiet”, jeśli się nie ma więcej niż 80 lat. Pacjenci powyżej tego wieku nie są już dla nich interesujący, bo (zapewne) mogą częściej chorować, domagać się wizyt domowych i badań laboratoryjnych. Ale – jakby tego nie tłumaczyć – jest to jednak rodzaj wykluczenia określonej grupy obywateli. Nieubłagany upływ czasu powoduje, że w tej grupie są obecnie wszyscy, jeszcze uporczywie i bezczelnie żyjący, kombatanci II Wojny. Zarówno ci „z zachodu” jak i „ze wschodu”, a także partyzanci i uczestnicy Warszawskiego Powstania. Nie ma ich wielu i jeszcze mniej jest wśród nich ludzi dobrze sytuowanych, którzy z usług korporacji chcieli by korzystać. Ale są tacy, próbują i odbijają się od ściany. Panie i Panowie Prezesi korporacji medycznych – wiem, że „biznes to biznes”, ale z moralnego i „patriotycznego” punktu widzenia wygląda to bardzo brzydko. A w zestawieniu z hurrapatriotycznym nastawieniem obecnie rządzącej ekipy – wręcz tragicznie.
Wprowadzenie niewielkiej odpłatności za usługi medyczne w publicznej służbie zdrowia wymaga oczywiście szerokiej dyskusji i przygotowania społecznego. Słyszę czasem głosy, że może to nie być zgodne z Konstytucją. Nie zgadzam się z tym poglądem. Artykuł 68 pkt. 2 Konstytucji mówi, ze „obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”. Konstytucja nie wspomina o odpłatnościach, czyli mogą być one jednym z warunków ustalonych ustawą. Jeśli wszyscy będą musieli ponosić drobne opłaty za usługi medyczne, to dostęp nadal będzie „równy”.

PiS nie przejmuje się brakiem lekarzy

Rząd się zawsze wyleczy – najprawdopodobniej z takiego założenia wychodzą działacze obecnej ekipy, tak chętnie robiący oszczędności budżetowe na zdrowiu Polaków. I są tego efekty, bo umieralność rośnie.

Pediatrzy, specjaliści chorób wewnętrznych i anestezjolodzy otwierają polską listę 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania. O trudnościach w ich rekrutacji mówi co piąta placówka medyczna.
Generalnie, 72 proc. szpitali w naszym kraju poszukuje pielęgniarek, 68 proc. – lekarzy a 13 proc. położnych.

Geriatrów nie szukają

Trudności w rekrutowaniu pediatrów zgłasza 23 proc. polskich szpitali, tyle samo mówi o problemach w pozyskiwaniu specjalistów chorób wewnętrznych, a 21 proc. sygnalizuje trudności w rekrutowaniu anestezjologów.
Oprócz nich na liście specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania są specjaliści chorób płuc – 7 proc., neurolodzy – 8 proc. i ginekolodzy – 10 proc.
Ponadto, w sferze dużego zainteresowania polskich szpitali znajdują się ortopedzi, traumatolodzy, okuliści, otorynolaryngolodzy, psychiatrzy, radiolodzy, chirurdzy naczyniowi i lekarze medycyny pracy.
Ciekawe, że w tym badaniu niedoborów lekarzy, przygotowanym przez Manpower, w ogóle nie występują lekarze geriatrzy, których ponoć w Polsce jest skandalicznie mało. Z drugiej zaś, strony nie brak opinii, że pojęcie „lekarz geriatra” jest w ogóle niepotrzebne , bo ludzie starsi chorują przecież na takie same choroby jak ci w sile wieku, choć nie zawsze w ich przypadku choroby te mają taki sam przebieg, jak w przypadku osób młodszych.
W polskich szpitalach brakuje także farmaceutów czy fizjoterapeutów, dla których bardziej atrakcyjna jest praca w lecznictwie otwartym (jeżeli można w ogóle mówić o atrakcyjności, bo fizjoterapeuci są bardzo nisko opłacani).

Władza nic z tym nie robi

Jak zauważa prof. Jarosław J. Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, nasze szpitale potrzebują również personelu niemedycznego, a zwłaszcza informatyków, dla których inne branże są znacznie bardziej interesujące.
– Niedawno pojawił się również problem z rekrutacją menedżerów szpitali, co ma związek z dużą rotacją na stanowiskach dyrektorskich – dodaje prof. Fedorowski.
Brak lekarzy takich deficytowych specjalności jak choroby wewnętrzne, pediatria, dermatologia, okulistyka, psychiatria czy geriatria staje się obecnie jedną z najistotniejszych systemowych przyczyn wydłużania się średniego czasu oczekiwania na świadczenia medyczne. Problem będzie narastać, bo rządzące Prawo i Sprawiedliwość nic z tym nie robi i nawet nie ma takiego planu.
Warto przywołać też opinię Najwyższej Izby Kontroli, która zwraca uwagę na narastający problem tworzącej się luki pokoleniowej wśród personelu lekarskiego.
Ponad 55 proc. lekarzy to osoby w wieku powyżej 45 roku życia. W niektórych specjalnościach luka pokoleniowa jest tak duża, że istnieje coraz bardziej realne zagrożenie braku ciągłości udzielania świadczeń medycznych.
– Z raportów pokontrolnych wynika, że niektóre szpitale mają już tak duże trudności z pozyskaniem lekarzy specjalistów, że zmuszone będą wkrótce zaprzestać wykonywania niektórych świadczeń z powodu braku wykwalifikowanej kadry – mówi ekspert Jacek Kopacz.

Wszędzie ich brakuje

Jeśli chodzi o inny personel, to część placówek potrzebuje położnych (13%), techników elektroradiologów, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego (7%) oraz diagnostów laboratoryjnych i laborantów (7%). Wyniki badania Manpower nie wskazują natomiast na brak dietetyków (którzy mają niewielkie pole do popisu przy ubogiej szpitalnej diecie) oraz pielęgniarek oddziałowych.
Jeśli natomiast chodzi o stanowiska niemedyczne, to szpitale obecnie najbardziej potrzebują przedstawicieli personelu pomocniczego takiego jak salowe, pomoc kuchenna, sanitariusze, pracownicy pralni (38%), a także pracowników działów administracji, na przykład punktu rejestracji pacjentów, archiwum, działu kadr i księgowości (38%).
Wszystkie placówki w Polsce, może z wyjątkiem największych klinik uniwersyteckich mają trudności z pozyskiwaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Problemy kadrowe szpitali są zjawiskiem ogólnopolskim, choć znacznie bardziej odczuwają je mniejsze miasta.
– Trudności dotyczą szczególnie szpitali ogólnych pierwszego i drugiego poziomu zabezpieczenia, a ich przyczyny wynikają z niedostatecznego finansowania szpitali oraz warunków pracy personelu. Znaczenie ma także infrastruktura, bo łatwiej pozyskać kadrę dla szpitali nowo budowanych i dobrze wyposażonych, niż do szpitali o gorszych warunkach lokalowo-sprzętowych – mówi prof. Jarosław J. Fedorowski.

Specjalistom dziękujemy?

Generalnie, w Polsce odnotowujemy trudności w pozyskiwaniu kadr medycznych w całym systemie opieki zdrowotnej. Na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej studentów, jednak dużą grupę stanowią obcokrajowcy, którzy po zakończeniu nauki zaraz wracają do swoich krajów.
Co gorsza, wciąż rośnie także liczba absolwentów, którzy widząc, jak wyglądają realia polskiej opieki medycznej , decydują się na emigrację.
Zdumiewające jest, że przy tak dużym niedoborze lekarzy, w Polsce jest bardzo duży brak miejsc specjalizacyjnych, czym także rząd PiS się nie przejmuje. – Korzystają na tym kraje sąsiadujące z Polską, głównie Niemcy i Czechy, które są dobrze przygotowane, aby wykorzystać potencjał młodych lekarzy i pielęgniarek, stwarzając im warunki do nauki i pracy w zawodzie – dodaje ekspert Jacek Kopacz.
Jak rozwiązać problem niedoborów w polskiej służbie zdrowia? Eksperci wskazują, że poprawa sytuacji kadrowej polskich szpitali wymaga wielostronnych działań.
– Musimy znacznie poprawić finansowanie tych placówek, szybciej decydować się na modernizację i budowę obiektów, inwestować w wielofunkcyjne poradnie przyszpitalne a także wprowadzać nowe rozwiązania organizacyjne, takie jak na przykład oddziały wieloprofilowe, gdzie pracować będą szpitalni lekarze pierwszego kontaktu, koordynatorzy opieki oraz edukatorzy zdrowotni. Ponadto, powinniśmy ograniczyć rozmiary pracy związanej z uzupełnianiem dokumentacji medycznej, przy jednoczesnej inwestycji w informatyzację – wskazuje prof. Jarosław J. Fedorowski.

Żaden kraj tego nie wytrzyma

Przede wszystkim jednak, potrzebne jest też aktywne działanie rządu – tymczasem, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości dostęp do opieki medycznej i jej jakość pogorszyły się we wszelkich możliwych aspektach. Widać to niestety w rosnącej śmiertelności Polaków.
Oczywiste jest, że niedoboru lekarzy – bo on w Polsce jest najbardziej dotkliwy – nie da się zlikwidować wyłącznie poprzez podnoszenie ich zarobków. Zawsze będzie bowiem sporo krajów, w których lekarzom płaci się znacznie lepiej niż u nas.
Dlatego trzeba poważnie zastanowić się nad tym, co zrobić, by utrudnić młodym lekarzom emigrację zarobkową z Polski – bo zachętami płacowymi do pozostania u nas, nie przebijemy wielu innych państw, znacznie bogatszych od naszego. A skoro zachętami nie dorównamy, konieczne jest nagromadzenie utrudnień, które nie pozwolą na łatwą i szybką emigrację zarobkową z Polski.
Słowo „utrudnienia” jest tu jak najbardziej na miejscu. Żadne państwo nie wytrzyma bowiem finansowo na dłuższą metę sytuacji, gdy młodzi ludzie, wykształceni za darmo na całkiem niezłych uczelniach, będą wkrótce po studiach wyjeżdżać za granicę, by swoją energię , pracowitość i kwalifikacje sprzedawać tym, którzy nie wyłożyli nawet grosza na ich edukację.
Szczególnie dotkliwe jest to w przypadku młodych lekarzy, którzy ukończyli u nas – powtórzmy, za darmo – bardzo kosztowne, sześcioletnie studia. Nie wolno dopuścić, by to czego się nauczyli, wywozili za granicę i tam rozwijali swą karierę zawodową. Trzeba ich zatrzymać w Polsce. Nie jest to myśl nowa. Już ładnych kilka lat temu napomykał o tym prof. Michał Kleiber. Problem jednak, jak to zrobić, bez naruszania demokracji i wolności obywatelskich?

Zatrzymać ich przymusem

Cóż, nie ma co uciekać od niemiłego być może, ale niezbędnego stwierdzenia – otóż, absolwentów studiów medycznych trzeba zatrzymać w Polsce przymusem. Tyle, ze nie może to być przymus administracyjny lecz finansowy. Konieczne jest więc doprowadzenie do tego, by młodzi lekarze nie emigrowali z Polski z obawy przed bolesnymi konsekwencjami finansowymi.
Wbrew pozorom, stworzenie takiego systemu, powiedzmy to szczerze, bicia po kieszeni, byłoby dość proste. Otóż, studia medyczne w Polsce muszą być płatne.
Każdy, kto się na nie dostanie powinien zapłacić za nie z kieszeni swoich rodziców, albo z kredytu na studia, zaciągniętego zaraz po immatrykulacji. Taki kredyt możnaby zwrócić – ale można też byłoby odpracować go w kraju.
Do dyskusji pozostaje, ile lat lekarz powinien pracować w Polsce, by kredyt na studia medyczne mógł zostać uznany za spłacony. Logiczne wydaje się, że powinna to być wielokrotność czasu studiów.
Tak więc, jeżeli ktoś za swe studia medyczne zapłacił kredytem, to na przykład po 12 latach (bo okres sześcioletni wydaje się zdecydowanie za krótki) pracy w szpitalu czy przychodni (albo i we własnym gabinecie) w Polsce, dostałby zaświadczenie, że już nic nie jest winny państwu z tytułu darmowego studiowania – i mógłby sobie jechać do pracy tam gdzie chce. 37 lat to jak na lekarza, jeszcze nie jest za późny wiek, by zdążyć dorobić się za granicą.
Zawsze w takich sytuacjach może pojawić się być jakiś odsetek oszustów – czyli ludzi, którzy zapłacą za studia kredytem,ale go nie odpracują, ani nie spłacą – i zaraz po studiach prysną za granicę aby tam pracować. Trzeba jasno powiedzieć, że w ten sposób dopuszczą się przestępstwa wyłudzenia. Będą mogli oczywiście pracować za granicą , nikt im przecież tego nie uniemożliwi – lecz gdyby wróciliby do Polski, musieliby stanąć przed sądem.
Medycyna to bardzo kosztowne studia, więc takie rozwiązania kredytowe powinny objąć przede wszystkim właśnie ten kierunek. Oczywiste jest jednak, że podobny system odpracowywania kredytów mógłby działać i w przypadku wszelkich innych studiów, których absolwenci zaraz wyjeżdżają z Polski, by budować swą karierę za granicą.

SORry

O tym, jak bardzo dla władzy korzystne okazało się nadmuchanie tematu „strasznych LGBT dewiantów” okazuje się teraz, gdy cała Polska mówi o śmierci 39-latka w sosnowieckim szpitalu. Mężczyzna zmarł w kolejce, po 9 godzinach – jak twierdzi rodzina – z winy bezczynności personelu.
Do szpitala skierował go lekarz pierwszego kontaktu już wtedy podejrzewając zator w nodze, który mógł zagrażać życiu pacjenta.
Minister Szumowski milczy jak zaklęty. Głos zabrał – w najbardziej lakoniczny, jak się dało sposób – wiceminister zdrowia Krzysztof Król. Stwierdził w krótkich żołnierskich słowach, że „wiele emocjonalnych doniesień w tej sprawie jest nieprawdziwych” i że „na SOR każdy ma poczucie pilności swojego stanu”. Próbował trochę grać starym numerem z „tymi wszystkimi ludźmi, co przychodzą na SOR z gorączką i katarem”, ale w przypadku 39-latka sprawa miała się trochę inaczej, bo najpierw prawidłowo poszedł po poradę do swojego lekarza rodzinnego, więc stanęło na „no tak, analiza zdarzenia musi być tutaj bardzo szczegółowa”. Upierał się jednak, że „z pewnością nie było tak, że pacjent siedział na krześle 9 godzin bez pomocy”.
A teraz
czas na akcent osobisty. Dwa lata temu spędziłam na SOR dokładnie 9 godzin – i owszem, co jakieś dwie godziny ktoś pobierał mi krew i sprawdzał, czy żyję. Przywiozła mnie karetka z dwoma ratownikami w środku. Kiedy ratownicy zjawili się w moim mieszkaniu, sarkali, że „mam się więcej nie diagnozować przez internet” i że „to na pewno nie jest wyrostek”. Do karetki kazali mi schodzić na piechotę, bez wózka, bez pomocy, mimo bólu. Żartowali: i po co mi to było, i tak będę czekać w kolejce jak wszyscy. I cóż – mieli całkowitą rację. Pielęgniarka podstawiła mi wózek po 9 godzinach, kiedy już mdlałam, i zapewne czekałabym na korytarzu jeszcze dłużej, aż wszystkie procedury się przemielą, gdyby w międzyczasie nie zmienił się lekarz dyżurny. Bo ten nowy, świeży, względnie szybko złapał się za głowę i zarządził: „ludzie, na oddział i operować!”. Kiedy doszłam do siebie, napisałam skargę. Ale w odpowiedzi dostałam tylko wzruszenie ramionami – przecież w końcu otrzymała pani pomoc, żyje, oddycha, wyrostek wycięty, no więc o co ci, babo, właściwie chodzi? Generalnie o to, że ten konkretny zabieg nie jest w XXI wieku jakimś wielkim halo. A mimo to służba zdrowia nie dała rady ogarnąć tego banalnego tematu bez narażenia pacjenta na dodatkowe, niepotrzebne cierpienie, na poniżające traktowanie, bez wywoływania poczucia winy, że w ogóle przyszło mi do głowy wezwać pomoc. Ale fakt, daliście radę mnie ciachnąć na czas. 39-letniego Krzysztofa – nie.
SOR
nie może stawać się rosyjską ruletką dla każdego, kto nie otrzyma na wejściu mitycznej czerwonej opaski, która oznacza, że tylko minuty dzielą cię od przejścia na tamten świat. Osoba dokonująca wstępnej selekcji również nie jest Duchem Świętym. Nie wie, ile osób aktualnie wyczekuje pod drzwiami, nie jest też w stanie wyczytać ze szklanej kuli, po jakim czasie i jak drastycznie może pogorszyć się stan pacjenta z zielonym. Pan X może zacząć słabnąć po 2 godzinach, pan Y być może wytrzyma 8.
Naczelna Izba Lekarska twierdzi, że Ministerstwo Zdrowia, planując budżet na 2019 rok, wzięło pod uwagę wskaźnik PKB za 2017. A to oznacza 10 miliardów złotych mniej niż wynosiłby rzeczywisty limit wydatków – czyli 4,92 procent. Tak, SORy działają tak jak działają dlatego, że wszystko rozbija się o kasę. Że pracuje tam garstka ludzi, którzy podczas niekończących się dyżurów muszą się dwoić i troić. Angażować sto procent uwagi na oddziale, na SOR i na przykład na bloku operacyjnym. Nieczułość wobec pacjenta? Internauci już wiedzą: to ona zabiła Krzysztofa. Tylko że ona również, jak wszystko, ma swoje przyczyny.
Ma swoje korzenie w przepracowaniu, w niewyspaniu, w ciągłym lęku o jutro, w opijaniu się hektolitrami kawy, bo kiedy dyspozytor gdzieś kieruje, nie można powiedzieć „pierdolę, nie jadę”. Na końcu tego łańcucha są pacjenci. Tak, również ci z gorączką i katarem, którzy często nie mają innej szansy na uzyskanie pomocy ambulatoryjnej i zrobienie badań. W przychodni „na macankę” nie da się stwierdzić na pewno, czy mamy do czynienia z zapaleniem pęcherza czy kamicą nerkową. Takich ludzi też kieruje się na SORy, gdzie wkurzeni, przemęczeni, źle wynagradzani są wszyscy: od pani rozdającej opaski i mierzącej ciśnienie, przez pielęgniarkę biegająca pomiędzy 60 oczekującymi osobami aż po lekarza dyżurnego, który po wielu godzinach pracy bez przerwy już nie widzi na USG zapalenia wyrostka i najchętniej wysłałby delikwentkę z bolącym brzuchem na kopach do domu.
Zgadzam się, że żaden pacjent nie powinien ponosić z tego tytułu konsekwencji. Ale czas przestać się oszukiwać: dopóki system ochrony zdrowia będzie niedofinansowany leżał i kwiczał, a SOR będzie robił za sortownię odsiewającą pacjentów, dla których nie ma ambulatoryjnej alternatywy, pacjenci będą te konsekwencje ponosić. I będą umierać. Raz przez niedopatrzenie pani z opaską, raz przez to, że lekarz nie zmienił skrajnie przemęczonego kolegi na czas. Raz przez to, że chirurg akurat ciął kogoś innego na bloku.
Czekając
w środku nocy na USG gdzieś na fafnastym piętrze, zobaczyłam jednego z „moich” ratowników, tego bardziej niemiłego. Leżał na podłodze, żeby złapać chociaż 5 minut snu. Wszyscy jesteśmy ofiarami tego cholernego systemu.

Dlaczego Polacy umierają przed czasem?

„Dobra zmiana” spowodowała, że w naszym kraju brakuje leków. Przez ostatnie lata nikt się tym nie przejmował, a liczba zgonów rosła.

Umieralność Polaków w ostatnich kilku latach wzrosła. W styczniu bieżącego roku zmarło o jedną trzecią osób więcej niż w tym samym miesiącu roku ubiegłego.
W efekcie rosnącej liczby zgonów skróci się być może przeciętna długość życia w Polsce. Obecnie Polacy żyją średnio o trzy lata krócej w porównaniu ze średnią wyliczoną dla Unii Europejskiej.

Nie ma się czym leczyć

W sprawie czynników powodujących obecny wzrost umieralności, nietrudno o zgodę – główną winę ponosi stan zdrowia polskiej ludności. Niepokojąco zły – lecz i pogarszający się w minionych kilku latach.
Przyczyny faktu, że osłabienie kondycji zdrowotnej Polaków nastąpiło tak gwałtownie, jawią się dość niewyraźnie.
Ważne miejsce zajmuje hipoteza, iż winę za zwiększoną umieralność ponosi skokowe pogorszenie jakości powietrza przed kilku laty. Wiele wskazuje na to, że jest to rzeczywiście przyczyna istotna – ale na pewno nie jedyna.
Dramatyczne pogarszanie się stanu zdrowia Polaków należy traktować łącznie z – również dramatyczną i radykalną – zmianą na gorsze, jaką stał się ostatnio, zwłaszcza w ubiegłym roku, katastrofalny brak lekarstw w Polsce. Także leków ratujących życie.

Pora umierać

Już w roku 2016 apteczne zamówienia lekarstw w hurtowniach były realizowane terminowo średnio nie więcej niż w 39 procentach. Po dwóch latach, już tylko 14 procent zamówień miało szanse na normalną realizację. Rok bieżący zapowiada się jeszcze gorzej.
Będzie gorzej zwłaszcza w wyniku decyzji Ministerstwa Zdrowia o wstrzymaniu importu znacznej liczby medykamentów, produkowanych za granicą.
Których leków konkretnie nie będzie się już importowało? – tego trudno się na razie dokładnie dowiedzieć – i ani pacjent, ani lekarz nie bardzo wie, gdzie tych danych poszukiwać.
Również apteki niewiele potrafią powiedzieć na ten temat, a urzędnicy ministerstwa i hurtownie leków udzielają odpowiedzi wyraźnie wykrętnych.
Wydaje się, iż wstrzymanie importu obejmie w znacznej mierze te same leki, których wykaz zamieszcza Obwieszczenie Ministra Zdrowia z dnia 14 stycznia 2019 r.
Figuruje na tej liście 338 „produktów leczniczych i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego”, o których powiedziano tylko tyle, że będą „zagrożone niedostępnością”. Z jakiego powodu będą nią zagrożone i w jakim stopniu, nie wiadomo.
Jak w tej sytuacji ratować zdrowie i życie ludzi, którzy czasami bez tych brakujących specyfików nie mogą się obejść, żadne ministerialne obwieszczenie nie informuje.

Brakuje i będzie brakować

Z wyrywkowych na razie informacji, można wywnioskować, że ministerialna blokada importu dotyczy niemałej liczby leków, także tych koniecznych do ratowania życia.
Między innymi, zaprzestaje się importu preparatów na bazie gamma-globuliny, zdolnych przedłużyć życie nawet o kilkadziesiąt lat, człowiekowi choremu na przykład na białaczkę limfatyczną – umożliwiając mu normalną egzystencję i pracę.
Jeszcze w 2018 r. można było taki preparat dostać w polskich aptekach bez trudu, choć już kosztował bardzo dużo. W roku obecnym, kiedy gamma-globulina stała się już zupełnie niedostępna, zdany na nią człowiek niezamożny musi się liczyć z rychłą śmiercią.
Istnieje niebezpieczeństwo, że coraz więcej osób umrze także w wyniku ograniczeń w dostępności insuliny, leków na chorobę Parkinsona, onkologicznych, przeciwzakrzepowych.
Brakuje w Polsce nawet penicyliny benzatynowej, jedynego skutecznego środka do leczenia kiły nabytej i wrodzonej, na którą zapadalność znowu rośnie, i to podobno dramatycznie. Brak tego antybiotyku w roku 2019 wynika z faktu, że 12 stycznia także i jego import został wstrzymany.

Tylko dla wybranych

Wbrew pozorom, położenia chorych potrzebujących zagranicznych leków, nie poprawi tak zwany import docelowy.
Jest to, istniejąca już od dość dawna regulacja, która pozwala lekarzowi składać w Departamencie Polityki Lekowej Ministerstwa Zdrowia, odpowiednie zapotrzebowanie na leki dla wybranych chorych, potwierdzone pisemnie przez konsultanta z danej dziedziny medycyny.
Informacje o zakresie skuteczności tych procedur są wszakże tak skąpe i niepewne, iż wśród większości lekarzy i pacjentów przyjęła się opinia o fikcyjnym lub prawie fikcyjnym charakterze tej drogi: panuje przekonanie, że w rzeczywistości korzystają z niej co najwyżej niektórzy chorzy, leczeni długoterminowo w szpitalu.
Czasochłonne biurokratyczne procedury w połączeniu z opieszałym działaniem urzędników sprawiają, że przy najlepszej choćby woli lekarzy nie są oni w stanie pomóc w ten sposób znaczniejszej liczbie pacjentów.
Innych możliwości jednak nie ma, gdyż ze względu na zawrotnie wysokie ceny leków w hurtowniach zachodnich, prywatny ich import nie wchodzi praktycznie w grę. Pominąwszy, rzecz jasna, ludzi majętnych lub zaprzyjaźnionych z majętnymi.
Dla przykładu, jedna ampułka Privigenu, czyli 100 gramów wspomnianej gamma-globuliny, kosztuje w aptece niemieckiej prawie tysiąc euro.
Jeśli zważymy, że niejeden chory, by się nie pożegnać z życiem przedwcześnie w dłuższych lub krótszych mękach, potrzebuje rocznie 10 do 12 takich ampułek, nie zdziwimy się, iż takich chorych takich opanowuje czasem rozpacz. Samopoczucie bliskich, którzy nie potrafili się dorobić odpowiedniego majątku, by chorego, będącego w takim położeniu, móc finansowo wspomóc i uratować, jest nietrudne do odgadnięcia. Także dla wielu polskich lekarzy jest to stan rzeczy przyprawiający o głęboką frustrację.

Rząd umywa ręce

Wielką szkodę pacjentom – i lekarzom poszukującym brakujących leków – przynosi też dezinformacja. W szczególności, chodzi o nieprawdziwe informacje hurtowników o medykamentach, rzekomo w handlu dostępnych, a w rzeczywistości zeń wycofanych. Nie pomagają też wymijające i pokrętne odpowiedzi, których udziela Ministerstwo Zdrowia.
Sporo złudnych nadziei stworzyły wyjaśnienia, szukające przyczyn braku leków w aptekach i hurtowniach.
Najpierw pojawiały się, usprawiedliwiające rząd i polityków, rewelacje o zawiązanej przez polskich aptekarzy i hurtowników wielkiej mafii lekowej, która co cenniejsze leki w przemyślny sposób kradnie dla ich zyskownego sprzedawania zagranicą.
Następnie – w pierwszych miesiącach 2018 r. i później – rządowe media ogłaszały triumfalne doniesienia o rozbiciu polskiej mafii lekowej, dzięki czemu „leki wracają do aptek!”. A o wszystkich tych odkryciach i sukcesach władz, Polak dowiadywał się właśnie w czasie, w którym władze te pracowały pilnie nad kolejną blokadą importu, skracającą nasze życie. Nad blokadą importu także tych leków, które ratują życie.
Trudno nie zapytać: jaki jest główny powód tej tragicznej sytuacji? Tego dramatycznego braku leków, jak i ogólnego niedorozwoju opieki medycznej w Polsce?
Niezwykle ważne są tu przyczyny systemowe. Należy do nich przede wszystkim bezradność oszukiwanej ludności wobec egoizmu i wszechwładzy polityków oraz władz państwowych. Ale chodzi także o słabość państwa, które nie potrafi zorganizować w miarę sprawnego systemu zaopatrywania aptek w medykamenty. Słabość również i w stosunku do kapitału, który jest ze swej natury nastawiony na wyzysk – i ma inne priorytety, niż angażowanie się w normalizację sytuacji na polskim rynku leków.
Wygląda na to, że poziom umieralności w Polsce jest w niemałym stopniu zależny od moralności społecznej, współtworzącej obecny system.

Abba ojcze!

„Piątka” Morawieckiego, „Piątka Kaczyńskiego” – cuda na kiju: elektryki, mieszkania za pół darmo, PKS-y jak nowe, elektronika, innowacyjność, 100 mostów na stulecie, promy, jak domy, śmigłowce jak torpedowce, 500 na drugie dziecko, 500 na pierwsze…

Do jesiennych wyborów na pewno jeszcze czymś nas obdarują – na przykład po pięćset dla każdego ojca, który utrzymywał matkę swoich dzieci nie mniej niż 30 lat. Jest jednak taka dziedzina naszego życia, o której władza milczy we wszystkich znanych sobie językach. Zdrowie, mianowicie. A jest się czym pochwalić – w konkurencji „Wydatki na ochronę zdrowia” zajmujemy w krajach Unii drugie miejsce. Drugie! Co prawda od końca, ale zawsze. Za nami jest tylko Łotwa, ale co to za konkurencja – im nawet do dwóch milionów brakuje 100 tys. obywateli. Naprawdę mamy z czego być dumni! Pan premier zaś, który przy byle okazji pod adresem Prezesa, PiS-u i swoim własnym wystrzeliwuje milion pochwał na minutę, o tym akurat milczy. Tymczasem w raportach Najwyższej Izby Kontroli ten sukces PiS-u zapisany jest złotymi głoskami.
– Czas oczekiwania pacjentów na udzielenie świadczenia wydłużył się w przypadku większości analizowanych oddziałów, pracowni, zakładów i poradni.
– Nadal występują znaczące dysproporcje w dostępie do świadczeń pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ, w konsekwencji pacjenci w poszukiwaniu lekarzy specjalistów muszą jeździć do sąsiednich województw.
– Udział wydatków bezpośrednich, ponoszonych przez pacjentów, w wydatkach na ochronę zdrowia ogółem był wysoki, i w Polsce w 2015 r. wynosił 23,2 proc., podczas gdy przykładowo we Francji – 6,8 proc., Niemczech – 12,5 proc., w Czechach – 13,7 proc., a w Słowacji – 18,4 proc.
– W 2016 r. polscy pacjenci musieli płacić z własnej kieszeni na ochronę zdrowia jeszcze więcej – wydatki te wzrosły do 23,4 proc. wydatków ogółem, podczas gdy np. wydatki Szwedów spadły z 15,2 proc. w 2015 r. do 14,9 proc. w 2016 r. W ten sposób pogłębiają się nierówności społeczne w dostępie do świadczeń zdrowotnych… Czyż to nie sukces? Płacić coraz więcej za coraz mniej! Toż panu Morawieckiemu już tylko z tego tytułu Nobel z ekonomii się należy. Taki skromnych człowiek – ciągle nam powtarza, jak skutecznie zaciska pętlę na szyjach VAT-owskich oszustów, a o naszych szyjach milczy. One od macochy, czy co? Przecież płacimy uczciwie. Nasze składki na ubezpieczenia zdrowotne to już prawie 95 procent wszystkich dochodów NFZ… Na szczęście nad wszystkim pieczę trzyma pan Prezes. Nawet jak pan Morawiecki o czymś zapomni, nawet, jak się panu Szumowskiemu coś nie uda, to pan Prezes, to dostrzeże i krzywdę naszą naprawi. Tak się zresztą stało dopiero co. Radosną nowinę ogłosiła pani Szydło: 13 emerytura, która będzie wypłacona w maju, to „prezent od Prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego!” Emeryci są zachwyceni. Będą mogli wyleczyć jeden ząb. A jak dobrze pójdzie, to i półtora! Albo na dwa miesiące zaopatrzyć się w pielucho majtki. No, chyba, że ktoś ma kanalizację bardziej zdefektowaną, to na miesiąc. Przez miesiąc będą mogli pożyć, jak za króla Sasa: jeść, pić i popuszczać. Abba ojcze!

Przepracowany jak lekarz

39-letni kardiolog i internista z Łodzi zmarł w swoim gabinecie pod koniec weekendowego dyżuru. Państwowa Inspekcja Pracy bada, czy nie doszło do narażenia jego życia i zdrowia. Mężczyzna rozpoczął dyżur w piątek o godz. 16.00. Miał go zakończyć w niedzielę o 8.00. Nie doczekał. Oprócz Pleszewskiego Centrum Medycznego, gdzie pojawiał się w weekendy, zatrudniony był w jeszcze czterech innych miejscach.
Egzotyczne doniesienia z dalekiej Japonii o nadgorliwcach, którzy zmarli po kilkudziesięciu godzinach pracy bez przerwy, to już nie sensacje, to rzeczywistość polskiej służby zdrowia, gdzie zasłabnięcia na dyżurach są na porządku dziennym, a zgony lekarzy zdarzają się coraz częściej.
Zmarły w Pleszewie lekarz przyjmował pacjentów również w Łodzi, Bełchatowie, Zgierzu i Łęczycy. W samym regionie łódzkim zmarło już na dyżurach dwóch chirurgów ze szpitala Bonifratrów, a także medycy z Centralnego Szpitala Klinicznego i w szpitala w Pabianicach.
W 2016 roku 44-letnia anestezjolog zmarła po czterech dniach pracy bez przerwy w szpitalu w Białogardzie. W 2011 roku zmarł anestezjolog z Głubczyc, który zdążył przepracować pięć dyżurów z rzędu. W 2017 pod Krakowem zasłabła – i zmarła pomimo reanimacji – 26-letnie rezydentka.
W 2013 roki problem wypalenia zawodowego dotyczył 40 procent polskich lekarzy zgodnie z wynikami kontroli Naczelnej Izby Lekarskiej. W 2019 lekarz to w Polsce najwyraźniej zawód wysokiego ryzyka. Ponieważ jednak zgony pacjentów mogą być pośrednio, jakby to powiedzieć, powiązane ze zgonami pacjentów, zamiast „trzynastek” i innych przedwyborczych cudów, warto by zainwestować w tych, którzy narażają swoje życie aby ratować nasze.

Nierówni lekarze

„The Guardian” donosi o najnowszych badaniach różnic w zarobkach ze względu na pochodzenie lekarzy w Wielkiej Brytanii. NHS Digital, czyli urząd statystyczny funkcjonujący przy tamtejszej służbie zdrowia zebrał dane o 750 tysiącach pracowników. Okazuje się, że zarobki ciemnoskórych lekarzy są niższe od zarobków białych o 10 tys. funtów rocznie, zaś różnica pomiędzy zarobkami pielęgniarek to 2,7 tys. funtów.

 

Eksperci cytowani przez „Guardiana” podkreślają, że to badanie o największym zasięgu w historii brytyjskiej służby zdrowia. Jego wyniki dają do myślenia: okazuje się, że nie tylko lekarze, pielęgniarki i położne są dyskryminowane ze względu na kolor skóry. Np. menedżerowie szpitali i klinik również zarabiają mniej jeśli są czarnoskórzy: to różnica rzędu prawie 6 tys. funtów rocznie.
Poza tym częściej wobec nich wszczynane są postępowania dyscyplinarne. A jeśli już postępowanie faktycznie kończy się karą, to jest ona niestety surowsza. Czarnoskórzy pracownicy częściej również doświadczają innych form dyskryminacji – np. są częściej kontrolowani. Podobnie rzecz ma się z Hindusami oraz pracownikami arabskiego pochodzenia.

Chaand Nagpaul, szef Brytyjskiego Towarzystwa Medycznego skomentował nierówności: – Ciemnoskórzy lekarze nadal podlegają dyskryminacji, której nie wolno akceptować. To niebywałe, że w Wielkiej Brytanii, w XXI w. istnieje tak wielka przepaść między białymi i czarnymi lekarzami, chociaż, bez względu na pochodzenie, opiekują się pacjentami na tym samym poziomie. Nikogo te dane nie oburzają tak jak mnie – czarnoskórej kobiety, która całe życie przepracowała w brytyjskiej służbie zdrowia jako pielęgniarka – dodała Donna Kinnair, szefowa Królewskiego Instytutu Pielęgniarstwa.

Sprawdzajcie

Bulwersują się samorządy zawodowe i stowarzyszenia prawnicze pomysłami Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczącym tajemnic zawodowych. Do tej pory było tak, że mógł z niej zwolnić tylko niezawisły sąd. Po proponowanych zmianach wystarczy już tylko prokurator. To oczywisty skandal i zamach na jedną z podstawowych zasad zawodów zaufania publicznego. Słusznie przypomniano, że nie chodzi jedynie o samą tajemnicę, a o wynikające z tego podważanie innych, fundamentalnych zasad wolności i praw obywatelskich, takich jak prawo do rzetelnego procesu czy prawa do prywatności.

 

Ja bym się jednak tak nie denerwował. Od dawna już dyskrecja niektórych grup zawodowych stała się dziurawa jak sito, zaś media pełne są informacji, zdjęć i filmów, które naruszają najbardziej intymne regiony ludzkiej godności. Wszystko to, a jakże, w towarzystwie wielkich słów o prawie do informacji i wiedzy. Nikt wprawdzie nie wyjaśnił, czemu do pełni mojego obywatelskiego szczęścia potrzebne są zdjęcia zwłok znanych osób, najchętniej z najazdem na rany, twarze i oberwane kończyny, albo obrazy morderstw na żywo i w kolorze. Nie ma co gadać, my, media, mamy poważny wkład w budowanie rzeczywistości, w którym nic nie jest zakryte, nie ma żadnych tabu, jest tylko jedno wielkie akwarium, a my jesteśmy jak te gupiki, obserwowane przez cały świat z ciekawością, ale i lekkim obrzydzeniem.

Ale oczywiście popierać trzeba sprzeciw wobec pomysłów ekipy Ziobry. Bo tej władzy chodzi o inne rzeczy.

Oni nie chcą upraszczać postępowań, ani zwiększać ich skuteczności, ale chcą być depozytariuszami najcenniejszej waluty świata – informacji. Tajemnica adwokacka, lekarska, jeżeli przestanie być tajemnicą da upolitycznionemu prokuratorowi do ręki oręż o niewyobrażalnej sile. I o to idzie – mieć w ręku broń na obywatela. Przykład Kościoła katolickiego, który wie wszystko, jest dla nich nęcącym obrazem. Przy okazji – ciekawe dlaczego projekty Ministerstwa Sprawiedliwości nie obejmują tajemnicy spowiedzi, hę?

Trochę o coś jeszcze innego chodzi w przypadku tajemnicy dziennikarskiej. Nie idzie przecież o to, jakie dowody ma dziennikarz na swoje słowa czy opinie. Nie, rzecz w tym, by dotrzeć do informatorów. Aktywność dziennikarza można przyhamować różnymi sposobami, ale odcięcie go od źródeł informacji to śmierć tego zawodu i kontrolnej roli mediów. A może przede wszystkim zastraszenie społeczeństwa do tego stopnia, by nikomu nawet przez chwilę nie zamarzyło się wykazać się wolą sprzeciwu na otaczającą nas rzeczywistość.

Jest tylko jedna na tej drodze podporządkowania sobie ludzi przeszkoda. Za to poważna. Jest nią milczenie i gotowość ponoszenia kar, przewidzianych przez reżim za odmowę złamania obietnicy, że wszystko, co nam jest powierzane z ufnością nie ujrzy światła dziennego. Ani to łatwe, ani bezpieczne. Nie ma jednak innej drogi, by udowodnić coraz bardziej autorytarnej władzy, że nie wszystko jest w zasięgu ich lepkich rąk.

„Cie choroba”

Media nie tak dawno rozpisywały się o chorobie Prezesa. Fakt, jakiś czas nie było widać Prezesa w mediach i w publicznych wystąpieniach, no a co ważne nie był też na oddaniu do użytku, czyli odsłonięciu pomnika jego skądinąd słynnego brata.

 

Domysły, co do rodzaju choroby były różne, ale przeważał domysł choroby kolana, choć nie było żadnego oficjalnego komunikatu co do choroby i jej rodzaju. Cóż w pewnym wieku kolana i inne stawy bolą, szczególnie tym, co to w latach młodych nie żłopali mleka. Tak czy siak, choroba była, był szpital, było wyjście ze szpitala, co wścibskie, a nieprzychylne Prezesowi media wyniuchały, a teraz to chyba jakaś rehabilitacja czy inna rekonwalescencja trwa, choć oficjalnie nic nie wiadomo. Też nie wiadomo, czy już po tej chorobie, czy jest jakieś zwolnienie lekarskie i w ogóle, wszystko tajne jakieś. A sprawa chyba była poważna, bo i zaczęto w niektórych kręgach na wszelki wypadek, dzielić skórę na niedźwiedziu, czyli typować następcę Prezesa wśród potencjalnych kandydatów, co było dość zabawne w swej wymowie.

 

Cóż Prezes, nie Prezes,

jak każdemu trzeba życzyć zdrowia, czy też powrotu do zdrowia i tyle. Ale co innego w tym jest istotne.
Bo to nie wiadomo, a przynajmniej dla ogółu, co to za choroba, czy pacjent to pracownik, który to opłaca wszystkie składki i ubezpieczenia, czy może to emeryt, który prawie nic nie płaci, czy też tzw. poseł etatowy, czy kim tam jeszcze jest. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, czy był u lekarza pierwszego kontaktu, czy dostał skierowanie na leczenia, no i czy czekał w kolejce do lekarzy, w kolejce do szpitala, nie mówiąc o takich tam duperelach jak to, jak się do tego szpitala udał; piechotą, tramwajem, taxi, czy limuzyną rządową, no a jeśli tak, to dlaczego?

 

Lekarz politycznego kontaktu

No, a co najistotniejsze w tym wszystkim, to w jakim to szpitalu pacjent był, czy to był szpital normalny dla ludu pracującego miast i wsi, czy w szpitalu dla wybranych, z czym to ta opcja podobno związkowa, a teraz nam panująca tak walczyła zaciekle z tzw. komuną?

 

Kabaret

Tak czy owak, wszystko to razem nadaje się do mistrzowskiego przedstawienia, przez mistrzów prześmiewców, satyryków, jak ten który, nomen omen, prezentował właśnie „Cie choroba”, ale już takich dzisiaj nie ma, nie licząc kilku błaznów przy dworze. Co ciekawe, od pewnego czasu, tak w zasadzie to dzisiaj nie ma u nas czasopism satyrycznych. Nie ma, bo teraz, po zmianach i dobrej zmianie, to życie stało się satyrą. Cie choroba.