Igrzyska Tokio 2020/21: Liczna ekipa sportowców LGBTQ

Na igrzyskach olimpijskich w Tokio wystartuje więcej sportowców LGBTQ, niż łącznie startowało we wszystkich poprzednich letnich igrzyskach. Będzie ich niemal trzy razy tylu, co pięć lat temu w Rio De Janeiro.

Co najmniej 157 zadeklarowanych homoseksualistów, lesbijek, biseksualistów, transpłciowców, queerów i niebinarnych sportowców zamierza wystąpić w Tokio podczas przełożonych na ten rok z powodu pandemii Covid-19 letnich igrzysk olimpijskich. To ponad dwukrotnie więcej niż w 2016 roku na Igrzyskach w Rio i więcej niż we wszystkich dotychczas rozegranych olimpiadach.
Wedle informacji udostępnionych przez portal outsports.com, w 2012 roku w Londynie wystąpiło 23 olimpijczyków LGBTQ, a w 2016 w Rio De Janeiro wzięło udział 56 sportowców przyznających się do odmienności seksualnej.
„Możliwość konkurowania z najlepszymi na świecie w największych międzynarodowych zawodach multisportowych pokazuje, jak daleko zaszliśmy, jeśli chodzi o tolerancję w sporcie. Mam nadzieję, że biorąc udział w tegorocznych igrzyskach, będę mógł pokazać społeczności LGBTQ, że także w sportowej rywalizacji możemy osiągnąć wszystko, czego tylko pragniemy” – powiedział kanadyjski pływak Markus Thormeyer.
Sportowcy LGBTQ zgłoszeni do rywalizacji w igrzyskach w Tokio reprezentują 27 krajów i wystąpią w 30 dyscyplinach sportu. Najwięcej przedstawicieli mniejszości seksualnych ma olimpijska reprezentacja Stanów Zjednoczone – w kadrze tego kraju znalazło się 30 sportowców LGBTQ. Kolejne pod względem liczebności kraje to Kanada (16), Wielka Brytania (16), Holandia (16), Brazylia (14), Australia (12) i Nowa Zelandia (10).
Swoich przedstawicieli wśród sportowców LGBTQ ma także Polska. O swoim homoseksualizmie publicznie powiedziała mistrzyni świata i Europy w żeglarstwie Jolanta Ogar, swoją przynależność do środowiska LGBTQ zadeklarowała tęż publicznie reprezentantka Polski w strzelectwie Aleksandra Jarmolińska.

Feministki i przyszłość Tunezji

Rewolucja Arabskiej Wiosny rozpoczęła się w grudniu 2010 roku w Tunezji.

Ta wielka mobilizacja społeczna domagała się praw człowieka i praw socjalnych, płacy wystarczającej na godne życie i powszechnej sprawiedliwości społecznej. Pracownicy głównego tunezyjskiego związku zawodowego, Tunisian General Labor Union (UGTT), byli głównymi uczestnikami protestów, które miały miejsce na długo przed 2011 rokiem. W tym samym czasie kobiety z Tunezyjskiego Stowarzyszenia Kobiet Demokratycznych (ATFD) stanowiły znaczącą opozycję wobec reżimu przez całe lata dziewięćdziesiąte i nowe tysiąclecie, walcząc o równe prawa płci przeciwko państwowemu islamizmowi i konserwatyzmowi.
W toku demokratycznej transformacji Tunezji kobiety zapewniły sobie istotne osiągnięcia. To m.in. ustawy zwiększające prawa polityczne i zakres prawnej ochrony kobiet – np. ustawa 58, uchwalona w 2017 r., która kryminalizuje przemoc wobec kobiet. Pomimo tego tunezyjskie kobiety, osoby LGBTQ+ i aktywiści młodzieżowi nadal doświadczają powszechnej przemocy policyjnej i represji.
Przedstawiamy wywiad z Hendą Chennaoui – czołową tunezyjską feministką i działaczką na rzecz praw kobiet, skupiającą się na walkach społecznych, aktywizmie queer, oporze obywatelskim i nierównościach ekonomicznych.
Czy tunezyjskie protesty z 2021 r. są kontynuacją protestów z lat 2010-2011?
Tak, można powiedzieć, że mamy do czynienia z kontynuacją. Podobnie jak poprzednie ruchy, obecni protestujący domagają się reform sądowniczych i gospodarczych, a także większych swobód obywatelskich. Chcą też ochronić zdobycze rewolucji, takie jak wolność słowa i prawo do oddolnego organizowania się w życiu politycznym.
Byłam świadkiem każdej demonstracji od stycznia i zauważyłam ciągłość w ich stosunku do propagandy zarówno ze strony rządu, jak i mediów. Tym razem nowością, choć nie jest to dla mnie zaskoczeniem, jest intersekcjonalność ruchu. Hasła dotyczące praw kobiet i LGBT+ można usłyszeć obok postulatów sprawiedliwości społecznej. Świadczy to o dojrzałości protestów w Tunezji: pokolenie zjednoczone zarówno na poziomie oddolnym, jak i politycznym i bojowym, wywodzące się z klasy robotniczej i niższej, tworzy zjednoczony front głoszący te same żądania.
Jak władze tunezyjskie, a w szczególności policja, zareagowały na najnowszą mobilizację?
Policja zawsze stosuje te same metody represji, takie jak samowolne aresztowania i terroryzowanie całych społeczności i dzielnic. Jesteśmy świadkami torturowania dzieci w ośrodkach zatrzymań i brutalnych przesłuchań młodych protestujących. Od połowy stycznia do połowy lutego aresztowano co najmniej 1000 młodych ludzi. Procesy polityczne są wykorzystywane jako narzędzie do straszenia ich rodzin i społeczności.
Żaden z tunezyjskich przywódców politycznych nie mówi o tej przemocy. Nikt nie potępia tych praktyk ani nie ostrzega, że sprawcy zostaną ukarani zgodnie z przepisami, które uznają przemoc podczas demonstracji za przestępstwo. Policja nęka działaczy LGBTQ+, feministki i młodzież, a często osoby te są liderami i liderkami w swoich społecznościach, zwłaszcza w biednych rejonach. Celują w nich, aby uciszyć potencjalnych liderów ruchu.
Jest to niebezpieczny rozwój sytuacji i zagrożenie dla wolności, które zostały wywalczone przez rewolucję, takich jak prawo do organizowania się i demonstrowania. Pogłębi to tylko frustrację wielu Tunezyjczyków. Żyjemy w poważnym kryzysie gospodarczym, nie tylko z powodu pandemii, ale z powodu lat dyskryminacji i złego zarządzania.
Jakie nowe postulaty wysuwają tunezyjskie feministki?
Feministki były na pierwszej linii frontu ostatnich protestów, używając politycznych sloganów, które wzywają do sprawiedliwości społecznej dla wszystkich Tunezyjczyków, potępiają korupcję i popierają uznanie męczenników rewolucji. Obecnie organizacje takie jak Tunezyjskie Stowarzyszenie Kobiet Demokratycznych (ATFD) oraz subalternatywne ruchy feministyczne skupiają się szczególnie na sprawiedliwości ekonomicznej, takiej jak równość kobiet i mężczyzn w zakresie prawa spadkowego.
Jakie prawa osiągnęli aktywiści LGBTQ+ po rewolucji 2011 roku?
Nowe pokolenie młodych aktywistów LGBTQ+ promuje wizję intersekcjonalną. Angażują się w walkę LGBTQ+, ale jednocześnie są zaangażowani w wiele różnych walk społecznych i politycznych. Jest to bardzo odmienne w porównaniu z przeszłością.
Te nowe doświadczenia wynikają częściowo z nieustrukturyzowanej natury ruchu. Za ruchem nie stoi żadna partia polityczna; wyrósł on raczej z tradycji budowanej stopniowo od 2007 roku. W poprzednich latach nie byliśmy przyzwyczajeni do tego, by bojownicy LGBTQ+ brali udział w demonstracjach politycznych. Ale krok po kroku ruch ten nabierał doświadczenia i obecnie doszliśmy do punktu, w którym to ruch LGBTQ+ legitymizuje lewicowe bojówki polityczne, takie jak Front Ludowy. To nadaje nowy wymiar protestom we wszystkich krajach arabskich.
Ta intersekcjonalność jest widoczna zarówno na ulicach, jak i w sposobie formułowania żądań politycznych. Liderzy ruchów feministycznych i LGBTQ+ byli szczególnie widoczni podczas demonstracji w styczniu i lutym, w wyniku czego stali się celem ataków policji. Szczególnie wymowny jest przypadek Ranii Amdouni. Amdouni jest znaną polityczną i LGBTQ+ bojowniczką, która stała się celem represji i nienawiści.
Dlaczego sprawa Ranii Amdouni jest tak istotna?
Rania jest znana policji, ponieważ jest aktywistką queer. Bierze udział we wszystkich demonstracjach, a podczas ostatnich protestów była szczególnie widoczna. Wrogość wobec niej zaczęła się rok temu. Po śmierci innej działaczki Liny Ben Mhenni, Rania niosła jej trumnę razem z innymi kobietami, co jest zabronione przez prawo islamskie. Wzbudziło to gniew konserwatystów, którzy po pogrzebie zaczęli wysyłać jej groźby śmierci.
Rania należała również do grupy młodych ludzi wezwanych do sądu po demonstracji zorganizowanej przed parlamentem w listopadzie ubiegłego roku. Demonstracja ta była skierowana przeciwko projektowi ustawy, który po raz pierwszy został zaproponowany w 2015 roku, a który zwiększyłby bezkarność sił bezpieczeństwa. Niektórzy deputowani, partie polityczne i działacze społeczeństwa obywatelskiego postrzegali ten projekt ustawy jako antykonstytucyjny, ale był on silnie wspierany przez policję.
Nękanie Ranii trwało przez wiele miesięcy. Policja zachęcała obywateli do fizycznego atakowania Ranii i jej przyjaciół na ulicach tylko dlatego, że są homoseksualistami. Rania zgłaszała to władzom, ale jak dotąd nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Od stycznia ubiegłego roku wiedzieliśmy już, że Rania zostanie aresztowana przez policję. Wielokrotnie była nękana przez policję i zatrzymywana bez żadnego powodu – żądano od niej tylko dokumentów, wyśmiewano jej wygląd fizyczny i seksualność, grożono jej. Ta sytuacja bardzo ją zmęczyła, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Była wyczerpana tym pozornie niekończącym się nękaniem.
27 lutego, podczas zgłaszania tych gróźb i naruszeń na posterunku policji, została formalnie oskarżona o „podważanie moralności publicznej”. Podczas procesu miała silne wsparcie ze strony swoich towarzyszek, feministek, odmieńców i bojowników oraz szerszego społeczeństwa obywatelskiego. Czekałyśmy na jej uniewinnienie, ponieważ nie popełniła żadnego przestępstwa. Sądzono ją na podstawie niejednoznacznego i arbitralnego prawa pochodzącego z dawnego reżimu Ben Alego, które pozwalało sędziom na różne interpretacje. Ku naszemu zaskoczeniu, została skazana na sześć miesięcy więzienia.
Rania padła ofiarą wszelkiego rodzaju dyskryminacji, ponieważ jest „inna”, ponieważ jest sierotą, z powodu swojej orientacji seksualnej i z powodu ubóstwa. Zamiast więzienia, zasługuje na nagrodę za bycie dobrą, zaangażowaną obywatelką. A jej przypadek nie jest wyjątkowy. Wiele feministek czy aktywistów LGBTQ+ było aresztowanych, torturowanych, a nawet policja groziła ich rodzinom.
Tak surowe represje są dowodem na to, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych jest zaniepokojone intersekcjonalnością tych ruchów społecznych, zaniepokojone tak dużą różnorodnością wśród demonstrującej młodzieży. Dlatego władze zareagowały tak agresywnie. Są one świadome, że sytuacja jest krytyczna i że ten ruch, łącząc tak wiele różnych grup, ma prawdziwie historyczny potencjał.

Materiał ukazał się pierwotnie na stronie RoarMag. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Tęczowy Poznań

Aktywista Grupy Stonewall Mateusz Sulwiński, cytowany przez „Gazetę Wyborczą” woła: „Mamy prawo do tej przestrzeni. Mamy prawo do tego miasta. A jeśli ktoś uważa inaczej, może wypierdalać”. Ta deklaracja została przyjęta przez zebranych z niesłychanym entuzjazmem.

BNP Paribas oddał do dyspozycji sejf, w którym zebrani mają przechowywać to, co chcieliby z siebie wyrzucić, a co mogli napisać na kartkach. Słowa czy złe wspomnienia mają być przechowywane w sejfie do czasu aż „Polska zniknie z listy najbardziej homofobicznych krajów na świecie”.

Poznańska GW relacjonowała: „My się po prostu kochamy – mówi Monika Tichy ze stowarzyszenia Lambda Szczecin i całuje w usta swoją osobę partnerską. – To jest coś, czego dzieci nie powinny widzieć? W dupie to mam. Potrzebujemy radykalnej zmiany. Ta kultura nie obroniła dzieci przed pedofilią. Musimy ją zastąpić naszą kulturą”.

Uczestnicy Marszu wyrażali nadzieję, że niedługo polski parlament będzie składał się w większości z ludzi tolerancyjnych wobec środowisk LGBT. I wówczas zacznie w Polsce obowiązywać nowe prawo, uwzględniające postulaty osób nieheteronormatywnych.

Na trasie przemarszu solidaryzowali się z uczestnikami aktorzy Teatru Polskiego w Poznaniu. Marsz Równości w Poznaniu potrwa do godzin nocnych.

Niezasadne zatrzymanie

Zatrzymanie Marty Puczyńskiej, aktywistki kolektywu antyrepresyjnego Szpila, było niezasadne – orzekł Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. Policja zatrzymała działaczkę 8 października 2020 r., podejrzewając, że to właśnie ona wypisała na elewacji gmachu MEN imiona młodych ludzi, którzy popełnili samobójstwo z powodu homofobii i transfobii panującej w ich otoczeniu.

Za swój gest protestu Marta Puczyńska może pójść do więzienia na czas od 9 miesięcy do 8 lat. Prokuratura postawiła jej bowiem zarzut zniszczenia zabytku i uznała, że aktywistka działała z niskich pobudek (dopuściła się czynu chuligańskiego), rażąco lekceważąc porządek prawny.

Na razie jednak w sprawie działaczki jest jedna dobra wiadomość: Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał, że jej zatrzymanie 8 października 2020 r. było niezasadne. Nakazał również zwrócić jej tablet, telefon i komputer, które zostały wówczas jej odebrane przez policję jako możliwe dowody w sprawie. Orzekł też o uchyleniu środków zapobiegawczych: nadzoru policji i poręczenia majątkowego.

Marta Puczyńska działa w kolektywie Szpil(a), który podczas masowych protestów kobiet jesienią 2020 r. i na początku 2021 r. udzielał pomocy prawnej osobom zatrzymanym i tym, które otrzymały wezwania na komisariaty, uświadamiał obywatelkom, jakie są ich prawa, przypominał, co wolno, a czego nie wolno policji.

Po tym, gdy na budynku MEN pojawiły się imiona Milo, Wiktora, Kacpra, Dominika, Zuzi i Michała oraz napis „Twoje dziecko LGBT+”, ówczesny minister edukacji Dariusz Piontkowski zwołał konferencję prasową, na której kipiał z oburzenia. Nie zwracał uwagi na przesłanie całej akcji, lecz oburzał się nad faktem pisania po ścianie zabytkowego i zapisanego w historii Polski budynku (w przedwojennym gmachu ministerstwa w Alei Szucha podczas hitlerowskiej okupacji znajdowała się siedziba Gestapo i SD). Sprawców nazywał grupą idiotów i barbarzyńcami. – To nie wandalizm, to memento – odpowiedziała mu wówczas posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.

Orzeczenie sądu jest nieprawomocne.

LGBTQ to nie patologia

Polskiej policji przypomnieii o tym lewicowi parlamentarzyści.

Chodzi o podręcznik pt. „Patologie społeczne – wybrane zagadnienia”, przygotowany z myślą o kształceniu policjantów. Społeczność LGBTQ znalazła się w nim w jednej kategorii z narkomanią i żebractwem.
W obronie ludzi, którzy już nie raz padli ofiarą nagonki w prawicowych mediach i nie wspominają dobrze swoich spotkań z policją, wystąpili posłowie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Krzysztof Gawkowski.
– Społeczność LGBTQ nie jest ideologią, nie jest też patologią. Są to konkretne osoby, które w obecnej Polsce są narażone w sposób szczególny na krzywdę, przemoc i dyskryminację. Według Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego osoby transpłciowe i osoby niebinarne są szczególnie narażone na agresję – podkreśliła posłanka Lewicy. Przypomniała także o inicjatywach swojego klubu na rzecz tej społeczności, w tym o nowelizacji Kodeksu karnego, wprowadzającej kary za przemoc z nienawiści do mniejszości seksualnych. Projekt ma nadany numer druku sejmowego, ale nie jest procedowany.

– Odpowiedź Komendanta Głównego Policji będzie stanowić o dobrym imieniu polskiej policji, która powinna starać się o jak najwyższy poziom wykształcenia swoich funkcjonariuszy. Mamy nadzieję na szybką odpowiedź i reakcję ze strony generała Jarosława Szymczyka. – podsumował Gawkowski.

Lewica znaczy empatia i postęp

Siła transfobicznych ataków jest niestety coraz większa i jako socjalista czuję się zobligowany do wypowiedzi na ten temat.

Przede wszystkim ogromna jest skala przemocy, w duchu silnie konserwatywnej i ultrakatolickiej. Otóż ogromna liczba polityków, komentatorów i innych nie może się pogodzić się z tym, że płeć kulturowa (i ta realnie dostrzegalna w społeczeństwie) jest konstruktem społecznym; jest po prostu społeczną rolą; jest zbiorem i sumą wzorców i zachowań; jest niczym innym, jak po prostu określonym „cosplayem”. Tak, kobietą jest się wtedy, kiedy po prostu się nią czujesz. Tak samo mężczyzną itd.

Czy to boli biblijne, prawicowe dupska??? Boli… I ma boleć.

Stąd konserwatyści zarówno z prawa, jak i z lewa, próbują na siłę wmówić nam, że płeć biologiczna jest święta/w jakiś sposób ważniejsza i robiąca z ciebie lepszą kobietę/lepszego mężczyznę. Że to geny i stan twojego krocza krótko po narodzeniu decydują o byciu kobietą, czy mężczyzną; że stan natury jest nadrzędny wobec stanu kultury, samopoczucia, tożsamości, zachowań… I macie się z tym pogodzić, bo przecież „osoby z macicami” to szczyt upadku kultury i cywilizacji zachodniej…

To oczywiście kłamstwo i kompletna bzdura. Uprzywilejowanie, czy też nadrzędność płci biologicznej względem płciowej tożsamości jednostki ma tyle samo sensu, co panowanie mężczyzn nad kobietami, bo ci średnio mają więcej tkanki mięśniowej. Żyliśmy wiele tysiącleci w społeczeństwie bardzo bliskim stanowi natury (tym samym, w którym śmiertelność noworodków biła wszelkie rekordy), a potem jeszcze wiele stuleci w dyktaturze kleru i potężnej konserwy. Jest więc zrozumiałe, że wyjście poza dogmaty tych instytucji i poza fetysz biologizmu zajmie nam trochę czasu.

Lewica musi jednak dawać przykład, bo lewica to postęp.

Nie ma na lewicy miejsca dla wyśmiewania tożsamości płciowej, porównywania ludzi do śmigłowców, czy cementowania konserwy z jej dogmatami o wrodzonej płci. Proszę więc wszystkich na lewicy – także tych, którzy uważają to za problemy trzeciorzędne i mało istotne – by wykazali się zwyczajną empatią, szacunkiem do ludzkich wyborów i nie brali udziału w tych histerycznych próbach obrony porządku naturalnego. Tylko tyle i aż tyle

Religia jako spoiwo polskiej sceny politycznej

W apelu Kongresu Świeckości z początku 2017 roku skierowanym do wszystkich współobywateli, środowisk opiniotwórczych, organizacji społecznych i politycznych o zdecydowany sprzeciw wobec postępującej klerykalizacji kraju zawarte zostało następujące sformułowanie:

„Uważamy, że państwo nie powinno angażować się w zaspokajanie roszczeń Kościoła do wyłączności w kształtowaniu wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa. Konfesyjnie zdefiniowany system wartości nie może być narzucany zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu, ponieważ oceny moralne dokonywane z tak jednowymiarowej perspektywy są krzywdzące dla wszystkich, którzy podstawy etyczne swojego życia opierają na równie mocnych, choć innych niż wyznaniowe podstawach.”

Odnosząc się wprost do rządzącego podówczas jak i obecnie układu politycznego wyraziliśmy oburzenie działaniami hierarchów Kościoła katolickiego przyjmującego „…rolę politycznego gracza – sojusznika i faktycznego, choć nieformalnego koalicjanta rządzącej formacji politycznej, za wspieranie której uzyskuje ogromne korzyści materialne pochodzące ze środków publicznych oraz uregulowania prawne pozwalające na dalsze nieskrępowane poszerzanie wpływu” zmierzającego do podporządkowania wszystkich sfer działalności państwa i aktywności jego obywateli regułom i rytuałom wyznania katolickiego.

Patrząc z perspektywy już ponad trzyletniego okresu systematycznego umacniania narodowo-katolickiej władzy i propagowanego przez nią wzorca tożsamościowego jaki powinien obowiązywać członka narodowej wspólnoty nie sposób nie zauważyć, że sytuacja polityczna w Polsce jak i stosunku społeczne uległy dalszemu dramatycznemu pogorszeniu. Dewastujący wpływ upolitycznionego religijnego fundamentalizmu na państwo i stosunki społeczne, utożsamianie polskości z wyznaniem katolickim i towarzysząca temu niechęć, a nawet jawna wrogość wobec osób LGBTQ+, ateistów czy innowierców spowodował wykluczenie tych grup społecznych z uczestnictwa w życiu publicznym. Wzrastają antagonizmy już nie tylko pomiędzy zwolennikami głównych sił politycznych, ale i pomiędzy różnymi środowiskami w ramach zróżnicowanych sił społecznych i politycznych. W sposób oczywisty tworzy to zagrożenie dla spójności państwa. Coraz częściej na ulicach miast manifestowany jest sprzeciw wobec różnych form nienawiści skierowanych obecnie głównie wobec środowisk LGBTQ+ przebiegający w konfrontacji z organami porządku publicznego, których działania cechuje narastająca skala agresji i przemocy. Wzniecanej przez obóz rządzący wobec przeciwników politycznych wrogości towarzyszy bogoojczyźniana narracja wywiedziona z doktryny religijnej w jej archaicznym, dosłownym przekazie wspieranym licznymi wystąpieniami hierarchii Kościoła katolickiego. Wszystko to razem prowadzi do smutnego wniosku, że kraj położony w środku Europy, niedawno aspirujący do uczestnictwa w rozwiniętej cywilizacji i kulturze zachodnioeuropejskiej stał się poligonem cywilizacyjnej „cofki” zafundowanej przez ultrakonserwatystów i katolickich nacjonalistów.

Jak to było możliwe i dlaczego Kościół katolicki postanowił zablokować rozwój cywilizacyjny kraju?

Religia była i jest w dalszym ciągu w Polsce podstawową forma świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa treści i form życia duchowego, a religijna wizja świata pomimo systematycznej utraty atrakcyjności dla części społeczeństwa w dalszym ciągu jest uporczywie propagowana zarówno w systemie edukacji publicznej jak i funkcjonowaniu instytucji publicznych jak chociażby szpitale nie skrępowane konstytucyjnym obowiązkiem przestrzegania bezstronności w sprawach religijnych. Wprowadzenie religii do sfery publicznej w 1989 roku było konsekwencją życzenia Kościoła katolickiego odejścia od laickiego modelu państwa. Kościół w pełni świadomy swojej silnej pozycji w społeczeństwie i państwie, wspomagany przez autorytet papieża, dyskontujący często przesadnie wyolbrzymiane zasługi walki z komunizmem zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będzie musiał zderzyć się ze skutkami społecznymi demokratycznego systemu rządzenia i nieuchronnym procesem laicyzacji. Samo panowanie w sferze światopoglądowej w zderzeniu ze współczesnością mogło nie wytrzymać próby czasu. W tej sytuacji przeciwdziałanie procesom osłabiającym jego pozycję i wpływy mogło wynikać jedynie z prawnego ich zagwarantowania i siły ekonomicznej jaką dawało pozyskanie majątku nieruchomego oraz stałych przysporzeń finansowych. Jak słusznie ktoś zauważył wprowadzenie religii do sfery publicznej miało nadać jej przymiot obiektywnej samo-oczywistości i konieczności funkcjonowania z nią w społeczeństwie i państwie przez wszystkich obywateli w tym niewierzących nawet w czasie wolnym i bez względu na osobisty wybór przekonań religijnych, światopoglądowych czy filozoficznych. W ten sposób każdy obywatel jest zmuszony odnosić się do religii w każdym aspekcie swojej aktywności, nawet jeżeli nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek wyznaniem. Praktycznie, żyjąc w Polsce, zmuszony jest konfrontować się z religią i jej reprezentantami zarówno w szkole własnych dzieci, w urzędzie i w szpitalu nie tylko z symboliką religijna ale i funkcjonariuszem Kościoła, a często też we własnym miejscu pracy unikając natarczywego towarzystwa katechety na wyższych uczelniach i w wielu innych sytuacjach .W sposób oczywisty narusza to podstawowe prawa do wolności człowieka, a mianowicie wolności od religii jak i nieujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Uzasadnieniem wprowadzania religii do sfery publicznej, a przede wszystkim szkolnictwa była rzekomo dążenie państwa do realizacji zasady pluralizmu światopoglądowego, poszerzania przestrzeni wolności m.in. poprzez równouprawnienie wyznań religijnych i umacnianie postaw tolerancji, otwartości i poszanowania różnorodności. Takie właśnie cele miała realizować m.in. szkoła publiczna, do której wprowadzona została katecheza. W efekcie wprowadzenia lekcji religii do planu zajęć szkolnych, jako przedmiotu nieobowiązkowego, osiągnięty został rezultat zupełnie odmienny od założonego. W pokoleniu wykształconym w systemie edukacji publicznej w ostatnich trzydziestu latach, poza ogólnym spadkiem poziomu nauczania wynikającym także z różnych innych niż katecheza czynników, nastąpił radykalny wzrost postaw ksenofobicznych, rasistowskich, przejawów nietolerancji i religijnego fanatyzmu. Uzewnętrzniane ich następuje w manifestacjach politycznych, imprezach partyjnych, ceremoniach religijnych towarzyszących wydarzeniom organizowanym przez partie i ruchy polityczne odwołujące się wprost do tradycji nacjonalistycznej i religijnej. Okazuje się, że w XXI wieku skutecznie przywoływane są i wyciągane z lamusa historii wzorce organizacji patriarchalnego społeczeństwa, autorytarnych rządów, religijnego porządku społecznego, symboliki rycerskiej czy zakonnej i są one atrakcyjne dla młodszej i starszej klienteli ugrupowań politycznych zbijających na nich swój kapitał polityczny. Oznacza to, że skuteczne wdrukowanie symboliki religijnej, terminologii, celebry, a w końcu całej religijnej wizji świata w proces wychowania i edukacji przynosi wymierne rezultaty polityczne. Operowanie terminologią wywiedzioną z przekazu religijnego do opisu świata i zachodzących w nim zjawisk, odwoływanie się do mitów i stereotypowych przekonań, wykorzystywanie wartościujących ocen i odniesień do różnych środowisk ludzkich i podane ich w możliwie radykalnej formie zawiera wystarczający ładunek energetyczny by przyciągnąć rzesze zwolenników.

Zarówno klerykalizm jak i autorytaryzm są skierowane przeciwko demokracji, niszczą jej instytucje i osłabiają pozycje organizacji politycznych i obywatelskich. Godzą w klasę polityczną odbierając jej pozycję i apanaże, a więc cieszą się sympatią dużej części rozczarowanych demokracja obywateli. Łatwość z jaką klerykalizm i autorytaryzm zdobyły akceptacje przeważającej części społeczeństwa ujawnił całą słabość demokracji parlamentarnej, ale i uzależnienie mentalne polityków od podporządkowania panującej świadomości społecznej i zależności od Kościoła jako najsilniejszej instytucji w Polsce. Dlatego właśnie klerykalizm polityczny stał się najbardziej popularną, dominująca formą politycznej ekspresji. Jako narzędzie proste w użyciu, nie wymagające intelektualnych wygibasów i przechodzenia twórczej męki tworzenia nowych koncepcji z nadzieją na zdobycie poparcia, a skutek daje pewny bo mieszczący się w siatce pojęciowej większości ludności w kraju, jest bezpieczne bo akceptowane w głównym nurcie obecnie obowiązujących politycznych standardów, a co więcej daje możliwość bezpiecznej konkurencji w ramach tego nurtu i nawet ewentualnego zdobycia przychylności Kościoła katolickiego jako głównego zwornika, stabilizatora i gwaranta rządów narodowo-katolickiej prawicy. Nawet pozycja w ramach rządzącej koalicji, jak się można przypuszczać, uzależniona jest od akceptacji Kościoła, gdyż trudno byłoby inaczej wytłumaczyć arcykatolickie harce na środowiska LGBTQ+ wyczyniane z inspiracji kierownictwa partii, która koalicję tą współtworzy .

Nie daj się, Margot!

Nie zgadzam się z Janem Hartmanem. Świruj, Margot, przeklinaj, wkurwiaj się, rób, cokolwiek uważasz za słuszne. Grzecznym zachowaniem nie zmienia się świata.

To nie Margot jest komukolwiek cokolwiek winna. To my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby jej walka nie poszła na marne.

Po opublikowaniu pierwszego od wyjścia z aresztu zdjęcia Margot, posypały się reklamacje: o wypuszczenie nie takiej Margot nic nie robiliśmy!

Z jakiegoś bowiem powodu, gdzieś pomiędzy zniszczeniem furgonetki a opublikowaniem zdjęcia po wyjściu z aresztu, okazało się, że Margot stanowi polski symbol, do którego wszyscy mamy prawa i możemy go ugniatać i kształtować wedle własnych fantazji.

Dziennikarka Polsat News Agnieszka Gozdyra napisała na Twitterze: „Mam wobec postaci Margot wątpliwości wynikające nie tylko z tego zdjęcia, wulgarnego i głupiego”. Monika Jaruzelska opublikowała z kolei tweeta o następującej treści: „Michał/Margot pokazał właśnie «fucka» swoim gorliwym obrońcom. Przeciwnicy mogą tylko zacierać ręce. Gratuluję!”. Z kolei Jan Hartman, filozof i etyk, napisał do Margot apel, w którym wyjaśnia jej, jak należy się buntować i co odtąd należy do jej obowiązków.

Pamiętacie wideomanifest Be a lady, they said? Jan Hartman posługuje się skrytykowaną w nim narracją, wyjaśniając Margot, żeby „nie świrowała, nie obrażała nikogo”. Be a lady, says Hartman.

„Nie podoba mi się anarchistyczny styl Twoich wypowiedzi po wyjściu z aresztu, Margot. Te «fucki» i dziwne, dwuznaczne, lecz w każdym razie wulgarne słowa – to wszystko niepotrzebne” – zaczyna Hartman. No tak, przecież nie wypada przeklinać. Co ludzie powiedzą?

Dalej filozof wyjaśnia Margot, że oto stała się liderką i teraz ciąży na niej odpowiedzialność za miliony wpatrujących się w nią porządnych ludzi. W związku z czym „nie może być już gówniarą i zawieść tych ludzi”, bo „to już nie jest tylko jej życie, ale sprawa ich wszystkich”.

Dlaczego 24-latka, mająca pełne prawo do bycia wkurwioną na władzę i realia, w jakich przyszło jej żyć, miałaby się hamować?

Z jednej strony oczekuje się od Margot wkurwu na tyle silnego, żeby wystarczyło na przeprowadzenie rewolucji (wszak Hartman niniejszym namaścił ją w swym tekście na liderkę), z drugiej zaś – wymaga się, żeby zachowała polityczną poprawność i broń boże, nie wzbudzała kontrowersji.
Bo Hartman owszem, stanie po stronie osób LGBT, ale wciąż nie potrafi sobie odmówić komentarza z pozycji uprzywilejowanego mężczyzny, który wyjaśni, w jaki sposób wolno zareagować. Hartman poucza: „Tak że nie świruj, nie obrażaj nikogo, tylko staraj się zachować jak dorosła osoba, która ma ważne zadanie do wykonania”.

Wyjaśnia, że sprawa Margot nie jest już sprawą Margot, a ona sama stała się symbolem i liderką, „czy jej się to podoba, czy nie”.

Biały, heteroseksualny mężczyzna w średnim wieku tłumaczy świat niebinarnej osobie, odbierając jej prawo do decydowania o tym, co należy do niej, a co stanowi kwestię publiczną.

„Ludzie uznają, że «tęczowi» to faktycznie świry i gówniarze. Na pewno tego chcesz? Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Jesteś wykształcona i nie takie rzeczy rozumiesz”. Czyli: rób, co mówię, bo wiem lepiej od ciebie, czego oczekuje opinia publiczna. A jeśli ludzie skrytykują cię za to, że okażesz emocje w sposób, który dla ciebie jest naturalny, to twoja wina. Ale hej, jesteśmy po tej samej stronie barykady, przecież mówię to dla twojego dobra. Przecież chcę, żeby osoby LGBT wywalczyły sobie równe prawa, ale jestem starszy i bardziej doświadczony, więc słuchaj, co do ciebie mówię, naiwna dziewczynko, i wyjmij ręce z kieszeni.

Hartman wyjaśnia też: „Nie można ludzi zrażać do siebie, jeśli sprawa LGBT ma być wygrana. Trzeba ich do siebie i do praw LGBT przekonywać”.

O których ludziach mowa? Tych, którzy nie chcą podejmować żadnego dialogu, odmawiając ludziom LGBT nie tylko praw człowieka, ale też prawa do swobodnego funkcjonowania w przestrzeni publicznej?

Czy to naiwność, czy cynizm ze strony Hartmana, ta sugestia, że jak osoby LGBT będą z pokorą i uprzejmym uśmiechem na twarzy znosić obelgi i upokarzanie, to coś się w Polsce zmieni na lepsze?

Nie zgadzam się z Janem Hartmanem. Świruj, Margot, przeklinaj, wkurwiaj się, rób, cokolwiek uważasz za słuszne. Grzecznym zachowaniem nie zmienia się świata. I pamiętaj – nikt nie może zmusić cię do przyjęcia roli mesjasza. To wyłącznie twoja decyzja, masz prawo sama zadecydować, co dalej.

Czas prześladowań

I oto mamy to, o czym pisałem przed wyborami: ośmielona przez zwycięstwo PiS policja zaostrza prześladowania lewicowej opozycji. Za flagi na pomnikach dwie osoby trafiły „na dołek”, by czekać na przesłuchanie niczym sprawcy morderstw.

To wszystko efekt przenikania pisowskiej nienawiści wobec mniejszości/lewicy do aparatu państwa. Zachęcona policja będzie jeszcze chętniej chronić narodowców, pałować lewicowych działaczy i liczyć przy tym na wynagrodzenie ze strony coraz bardziej sfaszyzowanych służb państwa.

Prawo jest skonstruowane tak, że prawicowej przemocy nie widać. Ofiary aborcji w aborcyjnym podziemiu i ofiary np. wśród osób, które pragną zmienić płeć (przejść tranzycję) są totalnie niewidzialne. Można doprowadzić do 1000 zgonów niezamożnych kobiet i 1000 samobójstw osób transseksualnych lub homoseksualnych, i absolutnie nikt nie będzie odpowiedzialny, a władza jeszcze dokręci śrubę w państwowej walce z „ideologią LGBT” i „lewactwem” oraz „marksizmem kulturowym”.

To, że zatrzymanie ciężarówki rozpowszechniającej mordercze hasła zapobiega śmierci jest więc zupełnie przeźroczyste, bo władza dobrze wie, jak unikać odpowiedzialności, tworząc jednocześnie obóz dla kobiet i osób LGBTQIA+. Tak działa obecne prawo. Pokazowe policyjne zatrzymania są totalną hipokryzją, bo nikt nie stosuje takiej siły wobec kleru kryjącego pedofilię, czy prawicy, której polityki prowadzą do śmierci kobiet. Ale przede wszystkim są one efektem działania fatalnego prawa, w państwie rządzonym przez fundamentalistów i religijnych radykałów, którzy nauczyli się zacierać ślady, chować trupy do szafy i udawać niewiniątka.

I jeden akcent optymistyczny: uważam, że w Polsce miłość do policji nie jest taka wielka. Społeczeństwo od prawa do lewa brzydzi się policyjną przemocą, a widok policjantów rzucających się na tęczową młodzież i masowe zatrzymania kojarzą się w Polsce… kiepsko. Za to aktywiści udowodnili, że nie są wcale tylko paroma „ludźmi od wieszania tęczy”, ale prawdziwym ruchem gotowym do obrony własnych przekonań i walki o sprawiedliwość. To był wielki pokaz siły i wspólnoty, nie słabości!

Porażka to część większego problemu – ale są rozwiązania

Potwierdziły się czarne scenariusze i niedzielny wieczór okazał się prawdziwą stypą lewicy. Robert Biedroń odnotował najgorszy wynik wśród głównych kandydatów. Można zauważyć dwa rodzaje komentarzy. Jedni krytykują działania sztabu, obwiniając go o brak klarownej wizji kampanii, niedostateczną mobilizację ochotników i zamknięcie na pomysły z zewnątrz. Reszta twierdzi, że nic się nie stało, a winę ponoszą „inni”.

Trudno zrzucać całą winę na organizatorów kampanii i samego Roberta Biedronia, niemniej fakt uzyskania najsłabszego wyniku wśród lewicowych kandydatów w historii wyborów prezydenckich jest nie do podważenia. To oczywiste, że kampania Roberta Biedronia pozostawiała wiele do życzenia i należy mieć nadzieję, że wszystko to zostanie dokładnie przeanalizowane. Niemniej jednak problemy polskiej lewicy są natury strukturalnej i nie zaczęły się wczoraj. Ale zasadniczo, w czym tkwi problem?

Na początku maja odbyłem ciekawą rozmowę na antenie podcastu Trójdzielnia. Moim gościem był Przemysław Kmieciak, znawca dziejów polskiej lewicy i twórca strony Przywróćmy Pamięć o Patronach Wyklętych, promującej lewicową politykę historyczną. Pojawił się wątek przedwojennej PPS. O ile polscy socjaliści w ogóle występują w polskiej świadomości, to postrzegani są jako silne ugrupowanie okresu międzywojnia. W rzeczywistości Polska Partia Socjalistyczna rzadko kiedy przekraczała pułap kilkunastu procent poparcia. Równocześnie jednak nie spadała poniżej swojego twardego minimum. Natomiast już w wyborach samorządowych w 1938 roku, dokonała przełomu w dużych miastach, uzyskując grubo ponad 20 proc poparcia w wielu z nich. Piszę o tym dlatego, że w niedzielnych wyborach koalicja Lewicy utraciła przeszło 4/5 poparcia (2.3 mln głosów w 2019 roku do 425 tysięcy w roku 2020).

Naturalnie, powyższe wspominki nie służą wcale pognębieniu lewicy współczesnej – to zarzut wobec wszystkich. Jeszcze dwa miesiące temu za sprawą nietrafionej kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, głównej polskiej partii opozycyjnej groziła totalna anihilacja. Lojalność bazy Koalicji Obywatelskiej okazała się całkowicie iluzoryczna, ukazując w pełni kompletny brak społecznego zakorzenienia ugrupowania Rafała Trzaskowskiego. Owszem, duopol sięga swego apogeum, ale na poziomie politycznym serca wyborców opozycji wygrywa ten, kto posiada zdolność pokonania rządzącej prawicy.

Oczywiście lewica (w tej czy innej formie) przechodziła podobną traumę wielokrotnie. I nadal żyje. Niestety jednak, bez większych szans na rozwój i prawdziwą władzę. Lewica bardzo lubi powtarzać te same błędy. Kandydatura Biedronia nie spotkała się ze zbyt wielkim entuzjazmem, co potwierdzają badania elektoratu SLD. Przeszło 3/4 bazy wyborczej Sojuszu oddała głos na innych kandydatów. Kierownictwo Lewicy (i sam Biedroń, który zdecydował się na start) błędnie zdiagnozowali potrzeby swoich wyborców Zresztą, taki rozwój wydarzeń antycypowały różne badania opinii publicznej. Wskazywały one na Adriana Zandberga, jako osobę bardziej wiarygodną – w niemal wszystkich grupach społecznych i wiekowych. Wygląda na to, że uśmiechnięty i fikuśny Robert Biedroń nie wpasował się w czas kryzysu i niepewności.

Przyczyny obecnego kryzysu są o wiele głębsze i poniekąd pokrywają się z wyzwaniami stojącymi przed podobnymi partiami w innych krajach. W 2020 roku, partie socjaldemokratyczne i ich koalicjanci sprawują władzę w zaledwie kilku miejscach w Europie i tylko w jednym o liczbie ludności przekraczającej 30 mln. Przyczyny systematycznego odpływu wyborców były opisywane wielokrotnie. To zmiany w strukturze elektoratu (zanik klasy robotniczej), efekt globalizacji (uniemożliwiający prowadzenie keynesowskiej polityki gospodarczej w jednym kraju), kolonizacja programów lewicy przez wątki kulturowe, alienacja i „zburżuazyjnienie” liderów, nieudane skręty w prawo, ale również te w lewo (Brytyjska Partia Pracy zanotowała najgorszy wynik wyborczy od 1935 roku, pomimo wybitnie ambitnego programu), a nadto narodziny nowego podziału na tradycyjnych, pro-socjalnych lokalsów i liberalnych kosmopolitów, który to przedział przebiega w poprzek partii lewicowych. Na szczęście, jest też cała gama problemów, które rozwiązać można i trzeba – w tym część wyżej wymienionych.

Lewicy wolno mniej?

Nie, nie chodzi o słynne słowa Ewy Milewicz. Po prostu, wartości lewicowe, progresywne czy socjalistyczne to ambitny projekt zmiany, którego zwycięstwo (częściowe) wymaga ziszczenia szeregu czynników. W historii politycznej Europy partie socjaldemokratyczne tworzyły rządy zdecydowanie rzadziej niż prawica: Niemiecka SPD tylko przez 20 lat w ostatnich 50 (nie licząc koalicji), brytyjska Partia Pracy 18 na 50, a francuska Partii Socialiste 20 (po czym spadła do poziomu kilku procent i dziś praktycznie pozostaje na politycznym marginesie). Oczywiście obserwujemy wyjątki (Skandynawia), ale w ogromnej większości, ambitne programy i samodzielne rządy to już raczej pieśń przeszłości. W rzeczywistości wpływy lewicy maleją, gdzieniegdzie tkwi ona w kryzysie (Europa Wschodnia) lub ulega całkowitej dezintegracji (Francja). Wtedy gdy wygrywa, wynika to z wyjścia poza swoją twardą bazę. Fakty są takie, że twarda baza lewicy jest dziś (i niemal zawsze była) zbyt słaba by wygrywać wybory. Dopiero sojusz osób bardziej wykluczonych i klasy średniej oferował drogę do stabilnego rządzenia (w Szwecji wręcz na dziesięciolecia). Naturalnie konserwatyści mają o wiele łatwiejsze zadanie – apelują do naszej pragmatycznej strony, niczego nie obiecują i z niewielu rzeczy muszą się wywiązywać. Chcą utrzymania kapitalizmu w jego obecnej formule i utrzymania status quo. Uciekają od jakiejkolwiek dyskusji o klasach społecznych, łudząc ludzi nadzieją na dołączenie do tej najważniejszej – ekstraklasy. Paradoksalnie, to niezwykle kusząca idea, zwłaszcza w ciężkich czasach. Konkluzja dla lewicy: słuchać głosu swoich wyborców, nie obiecywać gruszek nie wierzbie, nie apelować do rewolucyjnej strony i pamiętać, że w dzisiejszych cynicznych czasach, nawet najlepszy program może trafić na betonową ścianę braku wiary w jego realizację. Zdolność skutecznego rządzenia trafia zawsze.

Taktyczna rezerwa

Jednym z większych błędów tej kampanii było złe zdiagnozowanie swojego elektoratu. Historyczny elektorat partii lewicowej składał się z osób mniej majętnych, wykluczonych ekonomicznie, z mniejszych miejscowości i w jakimś stopniu wykluczonych. Wyciąganie ludzi z biedy i niedostatku i oferowanie im szansy na lepszą przyszłość to zadanie każdej lewicy. Mowa o wyborcy „wymarzonym”, dziś w większości w kręgu PiS. Elektorat realny to mieszkańcy dużych miast, lepiej wykształceni, bardziej uświadomieni, liberalni kulturowo i ekonomicznie. To właśnie te osoby tworzą główny trzon obecnej Lewicy. Kolejny rezerwuar to sympatycy Koalicji Obywatelskiej – jak pokazuje kazus MKB, głęboko niezintegrowani z partią na którą głosują, deklarujący poglądy centrolewicowe, gotowi na przeskok. Taktyczna rezerwa Lewicy polegać powinna na nieantagonizowaniu tych wyborców i unikaniu tworzenia poczucia winy za ich polityczne wybory.

Tymczasem, w toku kampanii Roberta Biedronia, mogliśmy obserwować nieustające ataki na Koalicję Obywatelską, głównie za pomocą mniejszych i większych złośliwości, niestety w większości bez polotu. Tak, Lewica musi uderzać w Platformę Obywatelską, ale za konkretne działania i wybory programowe. Inteligentnie i punktowo, z szacunkiem dla rywali i popierających ich ludzi, nawet jeśli emocje dyktują co innego. Zwłaszcza, że wiele z prowokacji zwolenników PO („jesteście przybudówką PiS”, „wycofajcie się wyborów”), obliczonych było właśnie na wywołanie emocjonalnej reakcji. Atakując Platformę na poziomie emocjonalnym i roszczeniowym, Lewica nie zyskała niczego. Zamiast przyciągać wyborców konkurencji, jeszcze bardziej ich z nią skleiła. Zresztą, najlepsza forma ataku to prezentowanie własnych pomysłów i (gdy to tylko możliwe) ignorowanie drugiej strony.

Zasada taktycznej rezerwy dotyczy również programu politycznego. Żadne radykalne obietnice nie będą możliwe, dopóki nie uda się uwiarygodnić całej formacji. A przecież prawdziwe uwiarygodnienie przychodzi dopiero u władzy. Może zatem warto przedstawić kilka konkretnych propozycji programowych, najlepiej z dziedziny polityki społecznej, zdrowotnej lub pracowniczej, których realizacja będzie realna i korzystna dla wyborców lewicy (pracowników, urzędników niskiego szczebla, mikro przedsiębiorców). I to nie tylko na poziomie państwa, ale również samorządów, gdzie można korzystać z inicjatywy uchwały obywatelskiej w celu wnoszenia swoich projektów pod obrady rad gmin, miast i powiatów.

Kadry i teren

To akurat proste. Budowa skutecznego ugrupowania politycznego nie opiera się wyłącznie na wymyślaniu bon motów do zaprezentowania na Twitterze czy Facebooku. Bez wątpienia media społecznościowe są ważne, podobnie jak kąśliwe uwagi i briefingi prasowe. A jednak, pomimo nowych technologii, kampanie wyborcze wygrywa się w terenie. Pomimo niechęci do Konfederatów i ich agendy, można i należy uczyć się ich organizacji i zdolności logistycznej. Od początku tej kampanii wizerunek Bosaka był widoczny w każdej gminie i powiecie. Widać wyraźnie, że determinacja zwolenników skrajnej prawicy jest naprawdę wielka.

Oczywiście kadry obecnej Lewicy są niezłe i widać to wyraźnie w pracy parlamentarnej. Jest sporo nowych twarzy, jest dużo energii. A jednak, kandydat lewicy nie skorzystał do końca z tej siły, rezygnując ze wspólnych wystąpień ze znanymi i lubianymi politykami, polityczkami i aktywistami. Pomimo znajomości badań wskazujących na niewielką mobilizację elektoratu SLD. Problem ograniczonej puli widocznych osób nie ogranicza się wyłącznie do tej kampanii. Lewica to bogaty ruch z wieloma wybitnymi, merytorycznymi i medialnymi postaciami. Wielka szkoda, że w tej kampanii nie skorzystano z popularności takich osób jak Aleksander Kwaśniewski, Joanna Senyszyn, Jolanta Banach, Piotr Ikonowicz czy choćby Jan Śpiewak. Każda z wymienionych postaci posiada bogatą bazę sympatyków, których mobilizacja przyniosłaby sporo korzyści i pokazałaby Lewicę wykraczającą poza sprawdzoną gamę kilkunastu obecnych twarzy medialnych.

Dzisiaj część młodego aktywu może zżymać się na dawne, zakurzone SLD, ale w czasach gdy ta partia osiągała największe sukcesy, jej liderzy działali jak orkiestra. Poszczególni politycy mieli swoje role, cechowali się wysoką kulturą osobistą, ciętym językiem i kompetencją, a ich teczki pełne były projektów uchwał, ustaw, analiz, prognoz i dokumentów programowych. SLD z lat 90 XX wieku to była koalicja (podobnie jak teraz!), z długą i szeroką ławką kadrową. To właśnie z uwagi na technokratyczny wizerunek i polityczną sprawność, ugrupowanie uchodziło za naturalną partię władzy, (podobnie jak cała europejska socjaldemokracja – w dawno minionych czasach). Wszyscy wiemy, że skończyło się nie najlepiej, ale to już z całkowicie innych przyczyn.

Wybierzmy przyszłość

Umówmy się – zdecydowana większość programu socjaldemokracji to słuszne, acz niezbyt porywające oczywistości. Faktycznie, większość gotowa jest płacić wyższe podatki w zamian za bogate państwo dobrobytu. Bardzo wielu chce tanich mieszkań i solidnej służby zdrowia. A poza tym szacunku dla praw człowieka i czystego powietrza. Jednocześnie, znaczna część bazy lewicy nie do końca wierzy w realizację słusznych programów, ani tym bardziej podobne hasła nie pobudzają jej wyobraźni. W szczególności na poziomie surowej politycznej emocji, która ekscytuje i motywuje. Jak wiadomo, programy wyborcze są dla fanatyków tematu, reszta woli powierzchowne odczucia. I nic w tym złego, zadaniem ugrupowań politycznych jest ich dostarczenie w formie hasłowej. Prawo i Sprawiedliwość kreśli wizję odzyskiwania suwerenności i szacunku (w rzeczywistości robią coś całkiem innego – zwłaszcza na arenie międzynarodowej), Platforma Obywatelska obiecuje depolityzację polityki (politycy mają dać nam spokój, przy jednoczesnym poszanowaniu naszych praw), Konfederacja idzie jeszcze dalej, oferując całkowitą niemal likwidację państwa, czym budzi entuzjazm pozbawionego jakiejkolwiek wiary pokolenia Y. Wszystko to są jasno zdefiniowane opowieści o Polsce – i wszystkie równie fałszywe. Żadna z nich nie mówi o realnych wyzwaniach stojącymi przed Polską, Europą i całą ludzkością. Polska klasa polityczna udaje, że przyszłość – z zagrożeniami klimatycznymi, perspektywą kryzysu energetycznego, pogłębianiem nierówności, całkowitym rozpadem systemów emerytalnych, feudalizacją naszych stosunków społecznych, zanikaniem miejsc pracy – nie istnieje. To poziom straszenia zagrożeniami – w polityce bardzo ważny i przez lewicę wykorzystywany, ale z użyciem złych straszaków (a przecież Tony Judt już 10 lat temu opisywał skuteczną socjaldemokrację przyszłości jako „socjaldemokrację strachu”). Istnieje również bardziej pozytywna wizja inwestowania w nowe technologię, poważnej dyskusji o UBI (uniwersalny dochód gwarantowany), reformy administracji, odpartyjnienia państwa czy odbudowy polskiego potencjału przemysłowego. Każdy z wymienionych tematów niesie potencjał pobudzenia masowej wyobraźni, pod warunkiem że ich użycie nie będzie incydentalne, a zostanie wpisane w stałą strategię komunikacji z wyborcami.

Iść szeroko, nie znaczy bezideowo

Czytając różne dyskusje na lewicowych grupach w social mediach widać wyraźnie, że Lewica doczekała się w końcu młodych ideowych ludzi, ale ci sympatycy niekoniecznie chcą wychodzić poza swoją strefę komfortu. Taka sytuacja nie jest problemem, w końcu każde ugrupowanie potrzebuje mniej lub bardziej radykalnych skrzydeł, wewnętrznej dyskusji, plemiennych zachowań i fermentu. Sytuacja komplikuje się wtedy, gdy takie podejście rzutuje na całą formację. Lewica nosi dziś brzemię czegoś wyjątkowo radykalnego, zwłaszcza w kwestiach kulturowych. To nieprawda, bo też nie ma niczego radykalnego w postulatach legalnej aborcji, rozdzielenia państwa od kościoła czy równości małżeńskiej. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy zaczynamy rozmawiać o tych prostych i rozsądnych sprawach za pomocą języka czystej ideologii. W dodatku wykluczając wszystkich tych, którzy wyłamują się z szeregu pewnej poprawności. Jeżeli Lewica i jej kandydaci mają osiągać sukcesy wyborcze, potrzebna jest dywersyfikacja przekazu. Nie dla wszystkich kwestie LGBT będą sprawą priorytetową, nie każdy lewicowiec jest ateistą, nie wszystkich kręci weganizm, pacyfizm czy antyimperializm. Niektórzy nawet lubią używać niepoprawnego języka, co nie czyni ich od razu osobami przemocowymi czy pozbawionymi wrażliwości. Bo też tzw. „klasa ludowa”, którą akademicko-aktywistyczna lewica ubóstwia (formalnie) i mitologizuje (niepotrzebnie), rozmawia właśnie w taki sposób – bez cenzury.

To co powinno nas łączyć to akceptacja i szacunek do drugiego człowieka i głęboka wiara w możliwość zmiany jego sytuacji za pośrednictwem polityki ekonomicznej, społecznej itp. Innymi słowy – łączy nas wiara w zmianę, ale już niekoniecznie musimy się zgadzać co do jej natężenia i dokładnego rozkładu. Trzeba sobie zdać sprawę, że kandydat czy kandydatka wygrywająca w liberalnej i otwartej metropolii, niekoniecznie pasuje do oczekiwań osób z małych gmin i powiatów. Nie oznacza to wcale, że osoby z małych miast i miasteczek są nietolerancyjne czy szczególnie konserwatywne. Żadne badania nie potwierdzają tez o radykalnej prawicowości Polek i Polaków, o czym uwielbiają donosić niezłomni publicyści. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawica spreparowała szereg mitów na temat lewicy. Zła wiadomość – nie wszystkie są w pełni fałszywe. Wniosek jest prosty – tylko formacje zróżnicowane wewnętrznie i gotowe przynajmniej podjąć dialog z centrum sceny politycznej, mają szansę na uzyskanie statusu masowych.

Tajna broń – związki zawodowe

Tragicznym problemem współczesnej lewicy (nie tylko w Polsce) jest niemal całkowita rezygnacja z sojuszu partii i związków zawodowych. Również w samym języku, elementy pracownicze są systematycznie wypłukiwane lub rzucane w eter zasadniczo bez głębszej treści. Tymczasem, chyba najważniejszym czynnikiem sukcesu socjaldemokracji w wieku XX były jej relacje z organizacjami pracowników. Tym bardziej, że Prawo i Sprawiedliwość, pomimo pro-pracowniczej zasłony dymnej, prowadziło i prowadzi wybitnie anty-pracowniczą politykę. Oczywiście w tej sugestii, nie chodzi tylko o prezentowanie słusznych rozwiązań jak likwidacja śmieciówek i zwiększenie płacy minimalnej. Nie wystarczą nawet realne i namacalne sukcesy jak sejmowa poprawka Zandberga ograniczająca zarobki prezesów firm korzystających z pomocy publicznej. Chodzi o wyjście w teren i realny udział w organizowaniu pracowników. Polska notuje jeden z gorszych poziomów uzwiązkowienia w Europie – ok 10 proc. . Ta katastrofalna sytuacja ludzi pracy rzutuje na niskie płace, łamanie kodeksu pracy i niestabilność zatrudnienia. W Finlandii do organizacji pracowniczych należy 74 proc. pracujących, w pozostałych krajach Skandynawii sytuacja wygląda równie nieźle. Rozbudowa systemu związków zawodowych to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. Wymaga decyzji politycznej i oddolnego zaangażowania działających związkowców, aktywistów i polityków (również parlamentarnych). To też jedna z nielicznych okazji do pozyskania socjalnego elektoratu PiS, którą głosuje na tę partię z uwagi na jej „ludowy” wizerunek i brak alternatywy. Tę alternatywę trzeba podłożyć pod nos, wraz z konkretnymi korzyściami.

Ekonomia głupcze!

Nie da się nie zauważyć, że tematy kulturowe zajmują gros przekazu lewicy. Zakres praw i wolności osobistych to kwestie kluczowe. Pamiętajmy jednak, że wolność jednostki nie ogranicza się do wolności „do”, lecz również „od” – wyzysku, biedy, braku perspektyw, nierównego dostępu do ochrony zdrowia, edukacji, kultury, komunikacji, pracy itd. itp. Jeżeli lewica ma przetrwać, bezpieczeństwo ekonomiczne musi stanąć w centrum jej zainteresowania. Prawo do równego startu, do godnej pracy i pomocy w kryzysie, to fundament lewicy – nie dodatek do postulatów kulturowych. Również dlatego, że większa otwartość na zmiany kulturowe, przychodzi wraz z poprawą sytuacji materialnej. Innymi słowy nie będę myśleć o prawach człowieka, gdy muszę nakarmić rodzinę. Lub – co bardziej współczesne – jak dorównać do wysokich standardów społecznych i nie być wyrzutkiem na tle realnej lub wyimaginowanej klasy średniej. Obietnica dołączenia do klasy średniej i recepta jak to zrobić to ten element przekazu lewicy, który bardzo ciężko jej odebrać. W przeciwieństwie do gwarancji ochrony mniejszości i rozwoju ich praw. Tutaj wystarczy umiarkowany liberał z deklaracją, że gorzej nie będzie. W tej kampanii Rafał Trzaskowski okazał się lepszym Biedroniem niż sam Robert Biedroń.

Patriotyzm jest fajny

Kiedy obserwujemy konferencje prasowe polityków lewicy, widać tam flagi partyjne, unijne, niekiedy również tęczowe. Flag narodowych jak na lekarstwo. To szerszy problem patrio-sceptycyzmu. To zrozumiały odruch w kontekście narodowych ekscesów polskiej prawicy i pewnego kosmopolityzmu bliskiemu wielu lewicowcom. W rzeczywistości jednak lewica oddaje jedno z ważniejszych pól definiujących tożsamość polityczno-społeczną większości Polek i Polaków. A przecież patriotyzm można opisywać na wiele sposobów, wpisując go w lewicową wizję świata. Chcesz umierać za Ojczyznę? Dobrze, a czy jesteś również gotów oddawać część dochodów na jej potrzeby? Czy popierasz zrównanie wszystkich swoich współobywateli w prawach, które sam posiadasz? Czy wywożenie milionowych zysków za granicę kraju to działania patriotyczne, a może zwyczajny egoizm? To ważne pytania, które należy stawiać. Nie w kontekście umiłowania świętego indywidualizmu i egoizmu a budowy prawdziwej polskiej wspólnoty narodowej dla wszystkich ludzi, bez względu na rasę, płeć, religię czy orientację seksualną. Naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć od polityków lewicy, że tolerancja, otwartość, sprawiedliwość, to cechy zarówno prawdziwie polskie, jak i lewicowe. I że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

Dawna socjaldemokracja – to se ne vrati

Gdyby tak miało być, Jarosław Kaczyński byłby socjaldemokratą. Formacje polityczne dostosowują się do nowych realiów. To co działało wczoraj, niekoniecznie sprawdzi się dziś. Dotyczy to zarówno perspektywy dekad (dziś już mało kto uwierzyłby w socjalistyczne programy lat 70 i 80 – żyjemy w innym świecie), jak i miesięcy. Jedną z głównych przyczyn porażki Roberta Biedronia, było jego skrajne niedostosowanie do Polski „covidowej”. Zwyczajnie, wyborcy oczekiwali twardszego kursu na rozwiązywanie konkretnych problemów, a typowe tematy z repertuaru twórcy Wiosny zeszły na dalszy plan. Trzeba odczytywać sygnały i wyciągać wnioski.

Sprawy mają się podobnie z lewicą. Jej wersja retro umarła, nowa przegrała, Trzecia Droga się nie sprawdziła, powrót do socjalistycznych korzeni również. Ale te same problemy pozostają. Koalicja Lewicy nie może udawać, że nic się nie stało i pozostać przy myśleniu życzeniowym. Potrzebne są zmiany.