Religia jako spoiwo polskiej sceny politycznej

W apelu Kongresu Świeckości z początku 2017 roku skierowanym do wszystkich współobywateli, środowisk opiniotwórczych, organizacji społecznych i politycznych o zdecydowany sprzeciw wobec postępującej klerykalizacji kraju zawarte zostało następujące sformułowanie:

„Uważamy, że państwo nie powinno angażować się w zaspokajanie roszczeń Kościoła do wyłączności w kształtowaniu wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa. Konfesyjnie zdefiniowany system wartości nie może być narzucany zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu, ponieważ oceny moralne dokonywane z tak jednowymiarowej perspektywy są krzywdzące dla wszystkich, którzy podstawy etyczne swojego życia opierają na równie mocnych, choć innych niż wyznaniowe podstawach.”

Odnosząc się wprost do rządzącego podówczas jak i obecnie układu politycznego wyraziliśmy oburzenie działaniami hierarchów Kościoła katolickiego przyjmującego „…rolę politycznego gracza – sojusznika i faktycznego, choć nieformalnego koalicjanta rządzącej formacji politycznej, za wspieranie której uzyskuje ogromne korzyści materialne pochodzące ze środków publicznych oraz uregulowania prawne pozwalające na dalsze nieskrępowane poszerzanie wpływu” zmierzającego do podporządkowania wszystkich sfer działalności państwa i aktywności jego obywateli regułom i rytuałom wyznania katolickiego.

Patrząc z perspektywy już ponad trzyletniego okresu systematycznego umacniania narodowo-katolickiej władzy i propagowanego przez nią wzorca tożsamościowego jaki powinien obowiązywać członka narodowej wspólnoty nie sposób nie zauważyć, że sytuacja polityczna w Polsce jak i stosunku społeczne uległy dalszemu dramatycznemu pogorszeniu. Dewastujący wpływ upolitycznionego religijnego fundamentalizmu na państwo i stosunki społeczne, utożsamianie polskości z wyznaniem katolickim i towarzysząca temu niechęć, a nawet jawna wrogość wobec osób LGBTQ+, ateistów czy innowierców spowodował wykluczenie tych grup społecznych z uczestnictwa w życiu publicznym. Wzrastają antagonizmy już nie tylko pomiędzy zwolennikami głównych sił politycznych, ale i pomiędzy różnymi środowiskami w ramach zróżnicowanych sił społecznych i politycznych. W sposób oczywisty tworzy to zagrożenie dla spójności państwa. Coraz częściej na ulicach miast manifestowany jest sprzeciw wobec różnych form nienawiści skierowanych obecnie głównie wobec środowisk LGBTQ+ przebiegający w konfrontacji z organami porządku publicznego, których działania cechuje narastająca skala agresji i przemocy. Wzniecanej przez obóz rządzący wobec przeciwników politycznych wrogości towarzyszy bogoojczyźniana narracja wywiedziona z doktryny religijnej w jej archaicznym, dosłownym przekazie wspieranym licznymi wystąpieniami hierarchii Kościoła katolickiego. Wszystko to razem prowadzi do smutnego wniosku, że kraj położony w środku Europy, niedawno aspirujący do uczestnictwa w rozwiniętej cywilizacji i kulturze zachodnioeuropejskiej stał się poligonem cywilizacyjnej „cofki” zafundowanej przez ultrakonserwatystów i katolickich nacjonalistów.

Jak to było możliwe i dlaczego Kościół katolicki postanowił zablokować rozwój cywilizacyjny kraju?

Religia była i jest w dalszym ciągu w Polsce podstawową forma świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa treści i form życia duchowego, a religijna wizja świata pomimo systematycznej utraty atrakcyjności dla części społeczeństwa w dalszym ciągu jest uporczywie propagowana zarówno w systemie edukacji publicznej jak i funkcjonowaniu instytucji publicznych jak chociażby szpitale nie skrępowane konstytucyjnym obowiązkiem przestrzegania bezstronności w sprawach religijnych. Wprowadzenie religii do sfery publicznej w 1989 roku było konsekwencją życzenia Kościoła katolickiego odejścia od laickiego modelu państwa. Kościół w pełni świadomy swojej silnej pozycji w społeczeństwie i państwie, wspomagany przez autorytet papieża, dyskontujący często przesadnie wyolbrzymiane zasługi walki z komunizmem zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będzie musiał zderzyć się ze skutkami społecznymi demokratycznego systemu rządzenia i nieuchronnym procesem laicyzacji. Samo panowanie w sferze światopoglądowej w zderzeniu ze współczesnością mogło nie wytrzymać próby czasu. W tej sytuacji przeciwdziałanie procesom osłabiającym jego pozycję i wpływy mogło wynikać jedynie z prawnego ich zagwarantowania i siły ekonomicznej jaką dawało pozyskanie majątku nieruchomego oraz stałych przysporzeń finansowych. Jak słusznie ktoś zauważył wprowadzenie religii do sfery publicznej miało nadać jej przymiot obiektywnej samo-oczywistości i konieczności funkcjonowania z nią w społeczeństwie i państwie przez wszystkich obywateli w tym niewierzących nawet w czasie wolnym i bez względu na osobisty wybór przekonań religijnych, światopoglądowych czy filozoficznych. W ten sposób każdy obywatel jest zmuszony odnosić się do religii w każdym aspekcie swojej aktywności, nawet jeżeli nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek wyznaniem. Praktycznie, żyjąc w Polsce, zmuszony jest konfrontować się z religią i jej reprezentantami zarówno w szkole własnych dzieci, w urzędzie i w szpitalu nie tylko z symboliką religijna ale i funkcjonariuszem Kościoła, a często też we własnym miejscu pracy unikając natarczywego towarzystwa katechety na wyższych uczelniach i w wielu innych sytuacjach .W sposób oczywisty narusza to podstawowe prawa do wolności człowieka, a mianowicie wolności od religii jak i nieujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Uzasadnieniem wprowadzania religii do sfery publicznej, a przede wszystkim szkolnictwa była rzekomo dążenie państwa do realizacji zasady pluralizmu światopoglądowego, poszerzania przestrzeni wolności m.in. poprzez równouprawnienie wyznań religijnych i umacnianie postaw tolerancji, otwartości i poszanowania różnorodności. Takie właśnie cele miała realizować m.in. szkoła publiczna, do której wprowadzona została katecheza. W efekcie wprowadzenia lekcji religii do planu zajęć szkolnych, jako przedmiotu nieobowiązkowego, osiągnięty został rezultat zupełnie odmienny od założonego. W pokoleniu wykształconym w systemie edukacji publicznej w ostatnich trzydziestu latach, poza ogólnym spadkiem poziomu nauczania wynikającym także z różnych innych niż katecheza czynników, nastąpił radykalny wzrost postaw ksenofobicznych, rasistowskich, przejawów nietolerancji i religijnego fanatyzmu. Uzewnętrzniane ich następuje w manifestacjach politycznych, imprezach partyjnych, ceremoniach religijnych towarzyszących wydarzeniom organizowanym przez partie i ruchy polityczne odwołujące się wprost do tradycji nacjonalistycznej i religijnej. Okazuje się, że w XXI wieku skutecznie przywoływane są i wyciągane z lamusa historii wzorce organizacji patriarchalnego społeczeństwa, autorytarnych rządów, religijnego porządku społecznego, symboliki rycerskiej czy zakonnej i są one atrakcyjne dla młodszej i starszej klienteli ugrupowań politycznych zbijających na nich swój kapitał polityczny. Oznacza to, że skuteczne wdrukowanie symboliki religijnej, terminologii, celebry, a w końcu całej religijnej wizji świata w proces wychowania i edukacji przynosi wymierne rezultaty polityczne. Operowanie terminologią wywiedzioną z przekazu religijnego do opisu świata i zachodzących w nim zjawisk, odwoływanie się do mitów i stereotypowych przekonań, wykorzystywanie wartościujących ocen i odniesień do różnych środowisk ludzkich i podane ich w możliwie radykalnej formie zawiera wystarczający ładunek energetyczny by przyciągnąć rzesze zwolenników.

Zarówno klerykalizm jak i autorytaryzm są skierowane przeciwko demokracji, niszczą jej instytucje i osłabiają pozycje organizacji politycznych i obywatelskich. Godzą w klasę polityczną odbierając jej pozycję i apanaże, a więc cieszą się sympatią dużej części rozczarowanych demokracja obywateli. Łatwość z jaką klerykalizm i autorytaryzm zdobyły akceptacje przeważającej części społeczeństwa ujawnił całą słabość demokracji parlamentarnej, ale i uzależnienie mentalne polityków od podporządkowania panującej świadomości społecznej i zależności od Kościoła jako najsilniejszej instytucji w Polsce. Dlatego właśnie klerykalizm polityczny stał się najbardziej popularną, dominująca formą politycznej ekspresji. Jako narzędzie proste w użyciu, nie wymagające intelektualnych wygibasów i przechodzenia twórczej męki tworzenia nowych koncepcji z nadzieją na zdobycie poparcia, a skutek daje pewny bo mieszczący się w siatce pojęciowej większości ludności w kraju, jest bezpieczne bo akceptowane w głównym nurcie obecnie obowiązujących politycznych standardów, a co więcej daje możliwość bezpiecznej konkurencji w ramach tego nurtu i nawet ewentualnego zdobycia przychylności Kościoła katolickiego jako głównego zwornika, stabilizatora i gwaranta rządów narodowo-katolickiej prawicy. Nawet pozycja w ramach rządzącej koalicji, jak się można przypuszczać, uzależniona jest od akceptacji Kościoła, gdyż trudno byłoby inaczej wytłumaczyć arcykatolickie harce na środowiska LGBTQ+ wyczyniane z inspiracji kierownictwa partii, która koalicję tą współtworzy .

Nie daj się, Margot!

Nie zgadzam się z Janem Hartmanem. Świruj, Margot, przeklinaj, wkurwiaj się, rób, cokolwiek uważasz za słuszne. Grzecznym zachowaniem nie zmienia się świata.

To nie Margot jest komukolwiek cokolwiek winna. To my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby jej walka nie poszła na marne.

Po opublikowaniu pierwszego od wyjścia z aresztu zdjęcia Margot, posypały się reklamacje: o wypuszczenie nie takiej Margot nic nie robiliśmy!

Z jakiegoś bowiem powodu, gdzieś pomiędzy zniszczeniem furgonetki a opublikowaniem zdjęcia po wyjściu z aresztu, okazało się, że Margot stanowi polski symbol, do którego wszyscy mamy prawa i możemy go ugniatać i kształtować wedle własnych fantazji.

Dziennikarka Polsat News Agnieszka Gozdyra napisała na Twitterze: „Mam wobec postaci Margot wątpliwości wynikające nie tylko z tego zdjęcia, wulgarnego i głupiego”. Monika Jaruzelska opublikowała z kolei tweeta o następującej treści: „Michał/Margot pokazał właśnie «fucka» swoim gorliwym obrońcom. Przeciwnicy mogą tylko zacierać ręce. Gratuluję!”. Z kolei Jan Hartman, filozof i etyk, napisał do Margot apel, w którym wyjaśnia jej, jak należy się buntować i co odtąd należy do jej obowiązków.

Pamiętacie wideomanifest Be a lady, they said? Jan Hartman posługuje się skrytykowaną w nim narracją, wyjaśniając Margot, żeby „nie świrowała, nie obrażała nikogo”. Be a lady, says Hartman.

„Nie podoba mi się anarchistyczny styl Twoich wypowiedzi po wyjściu z aresztu, Margot. Te «fucki» i dziwne, dwuznaczne, lecz w każdym razie wulgarne słowa – to wszystko niepotrzebne” – zaczyna Hartman. No tak, przecież nie wypada przeklinać. Co ludzie powiedzą?

Dalej filozof wyjaśnia Margot, że oto stała się liderką i teraz ciąży na niej odpowiedzialność za miliony wpatrujących się w nią porządnych ludzi. W związku z czym „nie może być już gówniarą i zawieść tych ludzi”, bo „to już nie jest tylko jej życie, ale sprawa ich wszystkich”.

Dlaczego 24-latka, mająca pełne prawo do bycia wkurwioną na władzę i realia, w jakich przyszło jej żyć, miałaby się hamować?

Z jednej strony oczekuje się od Margot wkurwu na tyle silnego, żeby wystarczyło na przeprowadzenie rewolucji (wszak Hartman niniejszym namaścił ją w swym tekście na liderkę), z drugiej zaś – wymaga się, żeby zachowała polityczną poprawność i broń boże, nie wzbudzała kontrowersji.
Bo Hartman owszem, stanie po stronie osób LGBT, ale wciąż nie potrafi sobie odmówić komentarza z pozycji uprzywilejowanego mężczyzny, który wyjaśni, w jaki sposób wolno zareagować. Hartman poucza: „Tak że nie świruj, nie obrażaj nikogo, tylko staraj się zachować jak dorosła osoba, która ma ważne zadanie do wykonania”.

Wyjaśnia, że sprawa Margot nie jest już sprawą Margot, a ona sama stała się symbolem i liderką, „czy jej się to podoba, czy nie”.

Biały, heteroseksualny mężczyzna w średnim wieku tłumaczy świat niebinarnej osobie, odbierając jej prawo do decydowania o tym, co należy do niej, a co stanowi kwestię publiczną.

„Ludzie uznają, że «tęczowi» to faktycznie świry i gówniarze. Na pewno tego chcesz? Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Jesteś wykształcona i nie takie rzeczy rozumiesz”. Czyli: rób, co mówię, bo wiem lepiej od ciebie, czego oczekuje opinia publiczna. A jeśli ludzie skrytykują cię za to, że okażesz emocje w sposób, który dla ciebie jest naturalny, to twoja wina. Ale hej, jesteśmy po tej samej stronie barykady, przecież mówię to dla twojego dobra. Przecież chcę, żeby osoby LGBT wywalczyły sobie równe prawa, ale jestem starszy i bardziej doświadczony, więc słuchaj, co do ciebie mówię, naiwna dziewczynko, i wyjmij ręce z kieszeni.

Hartman wyjaśnia też: „Nie można ludzi zrażać do siebie, jeśli sprawa LGBT ma być wygrana. Trzeba ich do siebie i do praw LGBT przekonywać”.

O których ludziach mowa? Tych, którzy nie chcą podejmować żadnego dialogu, odmawiając ludziom LGBT nie tylko praw człowieka, ale też prawa do swobodnego funkcjonowania w przestrzeni publicznej?

Czy to naiwność, czy cynizm ze strony Hartmana, ta sugestia, że jak osoby LGBT będą z pokorą i uprzejmym uśmiechem na twarzy znosić obelgi i upokarzanie, to coś się w Polsce zmieni na lepsze?

Nie zgadzam się z Janem Hartmanem. Świruj, Margot, przeklinaj, wkurwiaj się, rób, cokolwiek uważasz za słuszne. Grzecznym zachowaniem nie zmienia się świata. I pamiętaj – nikt nie może zmusić cię do przyjęcia roli mesjasza. To wyłącznie twoja decyzja, masz prawo sama zadecydować, co dalej.

Czas prześladowań

I oto mamy to, o czym pisałem przed wyborami: ośmielona przez zwycięstwo PiS policja zaostrza prześladowania lewicowej opozycji. Za flagi na pomnikach dwie osoby trafiły „na dołek”, by czekać na przesłuchanie niczym sprawcy morderstw.

To wszystko efekt przenikania pisowskiej nienawiści wobec mniejszości/lewicy do aparatu państwa. Zachęcona policja będzie jeszcze chętniej chronić narodowców, pałować lewicowych działaczy i liczyć przy tym na wynagrodzenie ze strony coraz bardziej sfaszyzowanych służb państwa.

Prawo jest skonstruowane tak, że prawicowej przemocy nie widać. Ofiary aborcji w aborcyjnym podziemiu i ofiary np. wśród osób, które pragną zmienić płeć (przejść tranzycję) są totalnie niewidzialne. Można doprowadzić do 1000 zgonów niezamożnych kobiet i 1000 samobójstw osób transseksualnych lub homoseksualnych, i absolutnie nikt nie będzie odpowiedzialny, a władza jeszcze dokręci śrubę w państwowej walce z „ideologią LGBT” i „lewactwem” oraz „marksizmem kulturowym”.

To, że zatrzymanie ciężarówki rozpowszechniającej mordercze hasła zapobiega śmierci jest więc zupełnie przeźroczyste, bo władza dobrze wie, jak unikać odpowiedzialności, tworząc jednocześnie obóz dla kobiet i osób LGBTQIA+. Tak działa obecne prawo. Pokazowe policyjne zatrzymania są totalną hipokryzją, bo nikt nie stosuje takiej siły wobec kleru kryjącego pedofilię, czy prawicy, której polityki prowadzą do śmierci kobiet. Ale przede wszystkim są one efektem działania fatalnego prawa, w państwie rządzonym przez fundamentalistów i religijnych radykałów, którzy nauczyli się zacierać ślady, chować trupy do szafy i udawać niewiniątka.

I jeden akcent optymistyczny: uważam, że w Polsce miłość do policji nie jest taka wielka. Społeczeństwo od prawa do lewa brzydzi się policyjną przemocą, a widok policjantów rzucających się na tęczową młodzież i masowe zatrzymania kojarzą się w Polsce… kiepsko. Za to aktywiści udowodnili, że nie są wcale tylko paroma „ludźmi od wieszania tęczy”, ale prawdziwym ruchem gotowym do obrony własnych przekonań i walki o sprawiedliwość. To był wielki pokaz siły i wspólnoty, nie słabości!

Porażka to część większego problemu – ale są rozwiązania

Potwierdziły się czarne scenariusze i niedzielny wieczór okazał się prawdziwą stypą lewicy. Robert Biedroń odnotował najgorszy wynik wśród głównych kandydatów. Można zauważyć dwa rodzaje komentarzy. Jedni krytykują działania sztabu, obwiniając go o brak klarownej wizji kampanii, niedostateczną mobilizację ochotników i zamknięcie na pomysły z zewnątrz. Reszta twierdzi, że nic się nie stało, a winę ponoszą „inni”.

Trudno zrzucać całą winę na organizatorów kampanii i samego Roberta Biedronia, niemniej fakt uzyskania najsłabszego wyniku wśród lewicowych kandydatów w historii wyborów prezydenckich jest nie do podważenia. To oczywiste, że kampania Roberta Biedronia pozostawiała wiele do życzenia i należy mieć nadzieję, że wszystko to zostanie dokładnie przeanalizowane. Niemniej jednak problemy polskiej lewicy są natury strukturalnej i nie zaczęły się wczoraj. Ale zasadniczo, w czym tkwi problem?

Na początku maja odbyłem ciekawą rozmowę na antenie podcastu Trójdzielnia. Moim gościem był Przemysław Kmieciak, znawca dziejów polskiej lewicy i twórca strony Przywróćmy Pamięć o Patronach Wyklętych, promującej lewicową politykę historyczną. Pojawił się wątek przedwojennej PPS. O ile polscy socjaliści w ogóle występują w polskiej świadomości, to postrzegani są jako silne ugrupowanie okresu międzywojnia. W rzeczywistości Polska Partia Socjalistyczna rzadko kiedy przekraczała pułap kilkunastu procent poparcia. Równocześnie jednak nie spadała poniżej swojego twardego minimum. Natomiast już w wyborach samorządowych w 1938 roku, dokonała przełomu w dużych miastach, uzyskując grubo ponad 20 proc poparcia w wielu z nich. Piszę o tym dlatego, że w niedzielnych wyborach koalicja Lewicy utraciła przeszło 4/5 poparcia (2.3 mln głosów w 2019 roku do 425 tysięcy w roku 2020).

Naturalnie, powyższe wspominki nie służą wcale pognębieniu lewicy współczesnej – to zarzut wobec wszystkich. Jeszcze dwa miesiące temu za sprawą nietrafionej kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, głównej polskiej partii opozycyjnej groziła totalna anihilacja. Lojalność bazy Koalicji Obywatelskiej okazała się całkowicie iluzoryczna, ukazując w pełni kompletny brak społecznego zakorzenienia ugrupowania Rafała Trzaskowskiego. Owszem, duopol sięga swego apogeum, ale na poziomie politycznym serca wyborców opozycji wygrywa ten, kto posiada zdolność pokonania rządzącej prawicy.

Oczywiście lewica (w tej czy innej formie) przechodziła podobną traumę wielokrotnie. I nadal żyje. Niestety jednak, bez większych szans na rozwój i prawdziwą władzę. Lewica bardzo lubi powtarzać te same błędy. Kandydatura Biedronia nie spotkała się ze zbyt wielkim entuzjazmem, co potwierdzają badania elektoratu SLD. Przeszło 3/4 bazy wyborczej Sojuszu oddała głos na innych kandydatów. Kierownictwo Lewicy (i sam Biedroń, który zdecydował się na start) błędnie zdiagnozowali potrzeby swoich wyborców Zresztą, taki rozwój wydarzeń antycypowały różne badania opinii publicznej. Wskazywały one na Adriana Zandberga, jako osobę bardziej wiarygodną – w niemal wszystkich grupach społecznych i wiekowych. Wygląda na to, że uśmiechnięty i fikuśny Robert Biedroń nie wpasował się w czas kryzysu i niepewności.

Przyczyny obecnego kryzysu są o wiele głębsze i poniekąd pokrywają się z wyzwaniami stojącymi przed podobnymi partiami w innych krajach. W 2020 roku, partie socjaldemokratyczne i ich koalicjanci sprawują władzę w zaledwie kilku miejscach w Europie i tylko w jednym o liczbie ludności przekraczającej 30 mln. Przyczyny systematycznego odpływu wyborców były opisywane wielokrotnie. To zmiany w strukturze elektoratu (zanik klasy robotniczej), efekt globalizacji (uniemożliwiający prowadzenie keynesowskiej polityki gospodarczej w jednym kraju), kolonizacja programów lewicy przez wątki kulturowe, alienacja i „zburżuazyjnienie” liderów, nieudane skręty w prawo, ale również te w lewo (Brytyjska Partia Pracy zanotowała najgorszy wynik wyborczy od 1935 roku, pomimo wybitnie ambitnego programu), a nadto narodziny nowego podziału na tradycyjnych, pro-socjalnych lokalsów i liberalnych kosmopolitów, który to przedział przebiega w poprzek partii lewicowych. Na szczęście, jest też cała gama problemów, które rozwiązać można i trzeba – w tym część wyżej wymienionych.

Lewicy wolno mniej?

Nie, nie chodzi o słynne słowa Ewy Milewicz. Po prostu, wartości lewicowe, progresywne czy socjalistyczne to ambitny projekt zmiany, którego zwycięstwo (częściowe) wymaga ziszczenia szeregu czynników. W historii politycznej Europy partie socjaldemokratyczne tworzyły rządy zdecydowanie rzadziej niż prawica: Niemiecka SPD tylko przez 20 lat w ostatnich 50 (nie licząc koalicji), brytyjska Partia Pracy 18 na 50, a francuska Partii Socialiste 20 (po czym spadła do poziomu kilku procent i dziś praktycznie pozostaje na politycznym marginesie). Oczywiście obserwujemy wyjątki (Skandynawia), ale w ogromnej większości, ambitne programy i samodzielne rządy to już raczej pieśń przeszłości. W rzeczywistości wpływy lewicy maleją, gdzieniegdzie tkwi ona w kryzysie (Europa Wschodnia) lub ulega całkowitej dezintegracji (Francja). Wtedy gdy wygrywa, wynika to z wyjścia poza swoją twardą bazę. Fakty są takie, że twarda baza lewicy jest dziś (i niemal zawsze była) zbyt słaba by wygrywać wybory. Dopiero sojusz osób bardziej wykluczonych i klasy średniej oferował drogę do stabilnego rządzenia (w Szwecji wręcz na dziesięciolecia). Naturalnie konserwatyści mają o wiele łatwiejsze zadanie – apelują do naszej pragmatycznej strony, niczego nie obiecują i z niewielu rzeczy muszą się wywiązywać. Chcą utrzymania kapitalizmu w jego obecnej formule i utrzymania status quo. Uciekają od jakiejkolwiek dyskusji o klasach społecznych, łudząc ludzi nadzieją na dołączenie do tej najważniejszej – ekstraklasy. Paradoksalnie, to niezwykle kusząca idea, zwłaszcza w ciężkich czasach. Konkluzja dla lewicy: słuchać głosu swoich wyborców, nie obiecywać gruszek nie wierzbie, nie apelować do rewolucyjnej strony i pamiętać, że w dzisiejszych cynicznych czasach, nawet najlepszy program może trafić na betonową ścianę braku wiary w jego realizację. Zdolność skutecznego rządzenia trafia zawsze.

Taktyczna rezerwa

Jednym z większych błędów tej kampanii było złe zdiagnozowanie swojego elektoratu. Historyczny elektorat partii lewicowej składał się z osób mniej majętnych, wykluczonych ekonomicznie, z mniejszych miejscowości i w jakimś stopniu wykluczonych. Wyciąganie ludzi z biedy i niedostatku i oferowanie im szansy na lepszą przyszłość to zadanie każdej lewicy. Mowa o wyborcy „wymarzonym”, dziś w większości w kręgu PiS. Elektorat realny to mieszkańcy dużych miast, lepiej wykształceni, bardziej uświadomieni, liberalni kulturowo i ekonomicznie. To właśnie te osoby tworzą główny trzon obecnej Lewicy. Kolejny rezerwuar to sympatycy Koalicji Obywatelskiej – jak pokazuje kazus MKB, głęboko niezintegrowani z partią na którą głosują, deklarujący poglądy centrolewicowe, gotowi na przeskok. Taktyczna rezerwa Lewicy polegać powinna na nieantagonizowaniu tych wyborców i unikaniu tworzenia poczucia winy za ich polityczne wybory.

Tymczasem, w toku kampanii Roberta Biedronia, mogliśmy obserwować nieustające ataki na Koalicję Obywatelską, głównie za pomocą mniejszych i większych złośliwości, niestety w większości bez polotu. Tak, Lewica musi uderzać w Platformę Obywatelską, ale za konkretne działania i wybory programowe. Inteligentnie i punktowo, z szacunkiem dla rywali i popierających ich ludzi, nawet jeśli emocje dyktują co innego. Zwłaszcza, że wiele z prowokacji zwolenników PO („jesteście przybudówką PiS”, „wycofajcie się wyborów”), obliczonych było właśnie na wywołanie emocjonalnej reakcji. Atakując Platformę na poziomie emocjonalnym i roszczeniowym, Lewica nie zyskała niczego. Zamiast przyciągać wyborców konkurencji, jeszcze bardziej ich z nią skleiła. Zresztą, najlepsza forma ataku to prezentowanie własnych pomysłów i (gdy to tylko możliwe) ignorowanie drugiej strony.

Zasada taktycznej rezerwy dotyczy również programu politycznego. Żadne radykalne obietnice nie będą możliwe, dopóki nie uda się uwiarygodnić całej formacji. A przecież prawdziwe uwiarygodnienie przychodzi dopiero u władzy. Może zatem warto przedstawić kilka konkretnych propozycji programowych, najlepiej z dziedziny polityki społecznej, zdrowotnej lub pracowniczej, których realizacja będzie realna i korzystna dla wyborców lewicy (pracowników, urzędników niskiego szczebla, mikro przedsiębiorców). I to nie tylko na poziomie państwa, ale również samorządów, gdzie można korzystać z inicjatywy uchwały obywatelskiej w celu wnoszenia swoich projektów pod obrady rad gmin, miast i powiatów.

Kadry i teren

To akurat proste. Budowa skutecznego ugrupowania politycznego nie opiera się wyłącznie na wymyślaniu bon motów do zaprezentowania na Twitterze czy Facebooku. Bez wątpienia media społecznościowe są ważne, podobnie jak kąśliwe uwagi i briefingi prasowe. A jednak, pomimo nowych technologii, kampanie wyborcze wygrywa się w terenie. Pomimo niechęci do Konfederatów i ich agendy, można i należy uczyć się ich organizacji i zdolności logistycznej. Od początku tej kampanii wizerunek Bosaka był widoczny w każdej gminie i powiecie. Widać wyraźnie, że determinacja zwolenników skrajnej prawicy jest naprawdę wielka.

Oczywiście kadry obecnej Lewicy są niezłe i widać to wyraźnie w pracy parlamentarnej. Jest sporo nowych twarzy, jest dużo energii. A jednak, kandydat lewicy nie skorzystał do końca z tej siły, rezygnując ze wspólnych wystąpień ze znanymi i lubianymi politykami, polityczkami i aktywistami. Pomimo znajomości badań wskazujących na niewielką mobilizację elektoratu SLD. Problem ograniczonej puli widocznych osób nie ogranicza się wyłącznie do tej kampanii. Lewica to bogaty ruch z wieloma wybitnymi, merytorycznymi i medialnymi postaciami. Wielka szkoda, że w tej kampanii nie skorzystano z popularności takich osób jak Aleksander Kwaśniewski, Joanna Senyszyn, Jolanta Banach, Piotr Ikonowicz czy choćby Jan Śpiewak. Każda z wymienionych postaci posiada bogatą bazę sympatyków, których mobilizacja przyniosłaby sporo korzyści i pokazałaby Lewicę wykraczającą poza sprawdzoną gamę kilkunastu obecnych twarzy medialnych.

Dzisiaj część młodego aktywu może zżymać się na dawne, zakurzone SLD, ale w czasach gdy ta partia osiągała największe sukcesy, jej liderzy działali jak orkiestra. Poszczególni politycy mieli swoje role, cechowali się wysoką kulturą osobistą, ciętym językiem i kompetencją, a ich teczki pełne były projektów uchwał, ustaw, analiz, prognoz i dokumentów programowych. SLD z lat 90 XX wieku to była koalicja (podobnie jak teraz!), z długą i szeroką ławką kadrową. To właśnie z uwagi na technokratyczny wizerunek i polityczną sprawność, ugrupowanie uchodziło za naturalną partię władzy, (podobnie jak cała europejska socjaldemokracja – w dawno minionych czasach). Wszyscy wiemy, że skończyło się nie najlepiej, ale to już z całkowicie innych przyczyn.

Wybierzmy przyszłość

Umówmy się – zdecydowana większość programu socjaldemokracji to słuszne, acz niezbyt porywające oczywistości. Faktycznie, większość gotowa jest płacić wyższe podatki w zamian za bogate państwo dobrobytu. Bardzo wielu chce tanich mieszkań i solidnej służby zdrowia. A poza tym szacunku dla praw człowieka i czystego powietrza. Jednocześnie, znaczna część bazy lewicy nie do końca wierzy w realizację słusznych programów, ani tym bardziej podobne hasła nie pobudzają jej wyobraźni. W szczególności na poziomie surowej politycznej emocji, która ekscytuje i motywuje. Jak wiadomo, programy wyborcze są dla fanatyków tematu, reszta woli powierzchowne odczucia. I nic w tym złego, zadaniem ugrupowań politycznych jest ich dostarczenie w formie hasłowej. Prawo i Sprawiedliwość kreśli wizję odzyskiwania suwerenności i szacunku (w rzeczywistości robią coś całkiem innego – zwłaszcza na arenie międzynarodowej), Platforma Obywatelska obiecuje depolityzację polityki (politycy mają dać nam spokój, przy jednoczesnym poszanowaniu naszych praw), Konfederacja idzie jeszcze dalej, oferując całkowitą niemal likwidację państwa, czym budzi entuzjazm pozbawionego jakiejkolwiek wiary pokolenia Y. Wszystko to są jasno zdefiniowane opowieści o Polsce – i wszystkie równie fałszywe. Żadna z nich nie mówi o realnych wyzwaniach stojącymi przed Polską, Europą i całą ludzkością. Polska klasa polityczna udaje, że przyszłość – z zagrożeniami klimatycznymi, perspektywą kryzysu energetycznego, pogłębianiem nierówności, całkowitym rozpadem systemów emerytalnych, feudalizacją naszych stosunków społecznych, zanikaniem miejsc pracy – nie istnieje. To poziom straszenia zagrożeniami – w polityce bardzo ważny i przez lewicę wykorzystywany, ale z użyciem złych straszaków (a przecież Tony Judt już 10 lat temu opisywał skuteczną socjaldemokrację przyszłości jako „socjaldemokrację strachu”). Istnieje również bardziej pozytywna wizja inwestowania w nowe technologię, poważnej dyskusji o UBI (uniwersalny dochód gwarantowany), reformy administracji, odpartyjnienia państwa czy odbudowy polskiego potencjału przemysłowego. Każdy z wymienionych tematów niesie potencjał pobudzenia masowej wyobraźni, pod warunkiem że ich użycie nie będzie incydentalne, a zostanie wpisane w stałą strategię komunikacji z wyborcami.

Iść szeroko, nie znaczy bezideowo

Czytając różne dyskusje na lewicowych grupach w social mediach widać wyraźnie, że Lewica doczekała się w końcu młodych ideowych ludzi, ale ci sympatycy niekoniecznie chcą wychodzić poza swoją strefę komfortu. Taka sytuacja nie jest problemem, w końcu każde ugrupowanie potrzebuje mniej lub bardziej radykalnych skrzydeł, wewnętrznej dyskusji, plemiennych zachowań i fermentu. Sytuacja komplikuje się wtedy, gdy takie podejście rzutuje na całą formację. Lewica nosi dziś brzemię czegoś wyjątkowo radykalnego, zwłaszcza w kwestiach kulturowych. To nieprawda, bo też nie ma niczego radykalnego w postulatach legalnej aborcji, rozdzielenia państwa od kościoła czy równości małżeńskiej. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy zaczynamy rozmawiać o tych prostych i rozsądnych sprawach za pomocą języka czystej ideologii. W dodatku wykluczając wszystkich tych, którzy wyłamują się z szeregu pewnej poprawności. Jeżeli Lewica i jej kandydaci mają osiągać sukcesy wyborcze, potrzebna jest dywersyfikacja przekazu. Nie dla wszystkich kwestie LGBT będą sprawą priorytetową, nie każdy lewicowiec jest ateistą, nie wszystkich kręci weganizm, pacyfizm czy antyimperializm. Niektórzy nawet lubią używać niepoprawnego języka, co nie czyni ich od razu osobami przemocowymi czy pozbawionymi wrażliwości. Bo też tzw. „klasa ludowa”, którą akademicko-aktywistyczna lewica ubóstwia (formalnie) i mitologizuje (niepotrzebnie), rozmawia właśnie w taki sposób – bez cenzury.

To co powinno nas łączyć to akceptacja i szacunek do drugiego człowieka i głęboka wiara w możliwość zmiany jego sytuacji za pośrednictwem polityki ekonomicznej, społecznej itp. Innymi słowy – łączy nas wiara w zmianę, ale już niekoniecznie musimy się zgadzać co do jej natężenia i dokładnego rozkładu. Trzeba sobie zdać sprawę, że kandydat czy kandydatka wygrywająca w liberalnej i otwartej metropolii, niekoniecznie pasuje do oczekiwań osób z małych gmin i powiatów. Nie oznacza to wcale, że osoby z małych miast i miasteczek są nietolerancyjne czy szczególnie konserwatywne. Żadne badania nie potwierdzają tez o radykalnej prawicowości Polek i Polaków, o czym uwielbiają donosić niezłomni publicyści. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawica spreparowała szereg mitów na temat lewicy. Zła wiadomość – nie wszystkie są w pełni fałszywe. Wniosek jest prosty – tylko formacje zróżnicowane wewnętrznie i gotowe przynajmniej podjąć dialog z centrum sceny politycznej, mają szansę na uzyskanie statusu masowych.

Tajna broń – związki zawodowe

Tragicznym problemem współczesnej lewicy (nie tylko w Polsce) jest niemal całkowita rezygnacja z sojuszu partii i związków zawodowych. Również w samym języku, elementy pracownicze są systematycznie wypłukiwane lub rzucane w eter zasadniczo bez głębszej treści. Tymczasem, chyba najważniejszym czynnikiem sukcesu socjaldemokracji w wieku XX były jej relacje z organizacjami pracowników. Tym bardziej, że Prawo i Sprawiedliwość, pomimo pro-pracowniczej zasłony dymnej, prowadziło i prowadzi wybitnie anty-pracowniczą politykę. Oczywiście w tej sugestii, nie chodzi tylko o prezentowanie słusznych rozwiązań jak likwidacja śmieciówek i zwiększenie płacy minimalnej. Nie wystarczą nawet realne i namacalne sukcesy jak sejmowa poprawka Zandberga ograniczająca zarobki prezesów firm korzystających z pomocy publicznej. Chodzi o wyjście w teren i realny udział w organizowaniu pracowników. Polska notuje jeden z gorszych poziomów uzwiązkowienia w Europie – ok 10 proc. . Ta katastrofalna sytuacja ludzi pracy rzutuje na niskie płace, łamanie kodeksu pracy i niestabilność zatrudnienia. W Finlandii do organizacji pracowniczych należy 74 proc. pracujących, w pozostałych krajach Skandynawii sytuacja wygląda równie nieźle. Rozbudowa systemu związków zawodowych to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. Wymaga decyzji politycznej i oddolnego zaangażowania działających związkowców, aktywistów i polityków (również parlamentarnych). To też jedna z nielicznych okazji do pozyskania socjalnego elektoratu PiS, którą głosuje na tę partię z uwagi na jej „ludowy” wizerunek i brak alternatywy. Tę alternatywę trzeba podłożyć pod nos, wraz z konkretnymi korzyściami.

Ekonomia głupcze!

Nie da się nie zauważyć, że tematy kulturowe zajmują gros przekazu lewicy. Zakres praw i wolności osobistych to kwestie kluczowe. Pamiętajmy jednak, że wolność jednostki nie ogranicza się do wolności „do”, lecz również „od” – wyzysku, biedy, braku perspektyw, nierównego dostępu do ochrony zdrowia, edukacji, kultury, komunikacji, pracy itd. itp. Jeżeli lewica ma przetrwać, bezpieczeństwo ekonomiczne musi stanąć w centrum jej zainteresowania. Prawo do równego startu, do godnej pracy i pomocy w kryzysie, to fundament lewicy – nie dodatek do postulatów kulturowych. Również dlatego, że większa otwartość na zmiany kulturowe, przychodzi wraz z poprawą sytuacji materialnej. Innymi słowy nie będę myśleć o prawach człowieka, gdy muszę nakarmić rodzinę. Lub – co bardziej współczesne – jak dorównać do wysokich standardów społecznych i nie być wyrzutkiem na tle realnej lub wyimaginowanej klasy średniej. Obietnica dołączenia do klasy średniej i recepta jak to zrobić to ten element przekazu lewicy, który bardzo ciężko jej odebrać. W przeciwieństwie do gwarancji ochrony mniejszości i rozwoju ich praw. Tutaj wystarczy umiarkowany liberał z deklaracją, że gorzej nie będzie. W tej kampanii Rafał Trzaskowski okazał się lepszym Biedroniem niż sam Robert Biedroń.

Patriotyzm jest fajny

Kiedy obserwujemy konferencje prasowe polityków lewicy, widać tam flagi partyjne, unijne, niekiedy również tęczowe. Flag narodowych jak na lekarstwo. To szerszy problem patrio-sceptycyzmu. To zrozumiały odruch w kontekście narodowych ekscesów polskiej prawicy i pewnego kosmopolityzmu bliskiemu wielu lewicowcom. W rzeczywistości jednak lewica oddaje jedno z ważniejszych pól definiujących tożsamość polityczno-społeczną większości Polek i Polaków. A przecież patriotyzm można opisywać na wiele sposobów, wpisując go w lewicową wizję świata. Chcesz umierać za Ojczyznę? Dobrze, a czy jesteś również gotów oddawać część dochodów na jej potrzeby? Czy popierasz zrównanie wszystkich swoich współobywateli w prawach, które sam posiadasz? Czy wywożenie milionowych zysków za granicę kraju to działania patriotyczne, a może zwyczajny egoizm? To ważne pytania, które należy stawiać. Nie w kontekście umiłowania świętego indywidualizmu i egoizmu a budowy prawdziwej polskiej wspólnoty narodowej dla wszystkich ludzi, bez względu na rasę, płeć, religię czy orientację seksualną. Naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć od polityków lewicy, że tolerancja, otwartość, sprawiedliwość, to cechy zarówno prawdziwie polskie, jak i lewicowe. I że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

Dawna socjaldemokracja – to se ne vrati

Gdyby tak miało być, Jarosław Kaczyński byłby socjaldemokratą. Formacje polityczne dostosowują się do nowych realiów. To co działało wczoraj, niekoniecznie sprawdzi się dziś. Dotyczy to zarówno perspektywy dekad (dziś już mało kto uwierzyłby w socjalistyczne programy lat 70 i 80 – żyjemy w innym świecie), jak i miesięcy. Jedną z głównych przyczyn porażki Roberta Biedronia, było jego skrajne niedostosowanie do Polski „covidowej”. Zwyczajnie, wyborcy oczekiwali twardszego kursu na rozwiązywanie konkretnych problemów, a typowe tematy z repertuaru twórcy Wiosny zeszły na dalszy plan. Trzeba odczytywać sygnały i wyciągać wnioski.

Sprawy mają się podobnie z lewicą. Jej wersja retro umarła, nowa przegrała, Trzecia Droga się nie sprawdziła, powrót do socjalistycznych korzeni również. Ale te same problemy pozostają. Koalicja Lewicy nie może udawać, że nic się nie stało i pozostać przy myśleniu życzeniowym. Potrzebne są zmiany.

Równość to równość

Lewica przedstawiła zapowiadane od dawna projekty ustaw o związkach partnerskich i o równości małżeńskiej, by dać symboliczną odpowiedź na nagonkę przeciwko społeczności LGBT, jaką PiS rozkręcił, by podnieść notowania Andrzeja Dudy.

Autorami historycznego projektu ustawy o równości małżeńskiej są działacze i działaczki stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza. Współtworzyły go również inne organizacje zajmujące się od lat obroną praw LGBT, m.in. Kampania Przeciw Homofobii i Stowarzyszenie Lambda. Klub Lewicy złożył projekt w Sejmie już teraz, by zaprotestować przeciwko nagonce na osoby o nieheteroseksualnej orientacji z jednej strony i przeciwko milczeniu innych opozycyjnych kandydatów w wyborach prezydenckich w tej sprawie. Na konferencji prasowej, podczas której prezentowano projekt, Robert Biedroń zwrócił się do swoich kontrkandydatów – Szymona Hołowni i Rafała Trzaskowskiego, by go chociaż teraz poparli, jeśli naprawdę są, jak deklarują, za równością, solidarnością i społeczeństwem obywatelskim.
Gdyby projekt został przyjęty, pary tej samej płci uzyskałyby w Polsce dokładnie te same prawa, jakie dzisiaj mają małżeństwa kobiety i mężczyzny. Chodzi o prawo do wspólnego rozliczenia podatkowego, wspólnotę majątkową, prawo do dziedziczenia, prawo do informacji o małżonku oraz prawo do adopcji dzieci.

– Chcemy Polski, w której wszyscy czują się u siebie. Dlatego opowiadamy się za skuteczną ochroną praw wszystkich obywatelek i obywateli, zwalczaniem wszelkich form dyskryminacji i realizacją zasady równości – tłumaczy sens inicjatywy klub Lewicy.

Równocześnie zaprezentowany został projekt ustawy o związkach partnerskich. Związek taki byłby rejestrowany i zawierany w Urzędzie Stanu Cywilnego, dawałby prawo do posługiwania się jednym wspólnym nazwiskiem, zawarcia wspólnoty majątkowej i do mieszkania partnera/partnerki oraz do przysposobienia jego/jej dzieci. Związki partnerskie mogłyby być zawierane przez pary różnopłciowe lub przez osoby tej samej płci. Jeśli ustawa o równości małżeńskiej jest na polskim gruncie absolutnym novum, to projekty wprowadzenia związków partnerskich już się pojawiały – i przepadały, chociaż w Europie zachodniej takie regulacje dawno przestały kogokolwiek szokować.

– Zarówno ja, jak i Lewica mówimy jasno – jak równość, to równość. Tak jest w całej Unii Europejskiej, pora, aby tak stało się również w Polsce – podsumował Robert Biedroń podczas konferencji prasowej przed Pałacem Prezydenckim.

Powstańcy warszawscy przeciw homofobii

Homofobiczna agresja prezydenta Andrzeja Dudy wzbudziła oburzenie ludzi, którzy walczyli z nazistami podczas II wojny światowej. Związek Powstańców Warszawskich oraz Fundacja Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego wydały oświadczenie, w którym wyrażają zaniepokojenie dehumanizacją i atakami na mniejszości i słabszych.

Uczestnicy słynnego zrywu przeciwko nazistowskim okupantom stają po stronie mniejszości walczących o równe prawa w niezwykle ważnym momencie. Spece od marketingu politycznego Andrzeja Dudy uznali, że najlepszym sposobem na mobilizacje wyborców jest pobudzenie prymitywnych homofobicznych przekonań, pokutujących w umysłach części społeczeństwa. W ostatnich dniach prezydent „zabłysnął” kilkoma wypowiedziami, w których zaatakował osoby LGBT, odmawiając im człowieczeństwa i redukując do ideologii.

– To był bolszewizm. To było ideologizowanie dzieci. Dzisiaj też nam i naszym dzieciom próbuje się wciskać ideologię, ale inną. Zupełnie nową, ale to też jest neobolszewizm. Jeżeli w szkole przemyca się ideologię, żeby zmienić punkt widzenia dzieci i ustawić ich patrzenie na świat poprzez ich seksualizację w dziecięcym wieku, coś co jest sprzeczne z najgłębszą logiką dojrzewania człowieka w sposób spokojny i zrównoważony, to to jest ideologia i nic innego – mówił Andrzej Duda w Brzegu trzy dni temu.
Na słowa prezydenta zareagowała społeczność międzynarodowa, Duda został potępiony m.in. przez Komisję Europejską, ale również przez polskiego RPO oraz całą plejadę instytucji i organizacji społecznych.

Powstańcy za równością

Teraz Andrzej Duda otrzymał być może najboleśniejszy cios – zadany przez patriotycznie nastawionych bohaterów walki z nazistowską okupacją. Powstańcy uważają, że „każdemu człowiekowi należy się szacunek i godność, również temu, który ma odmienne preferencje seksualne”
Wyrażają zaniepokojenie faktem iż, „od kilku dni słyszymy słowa, które negują człowieczeństwo drugiej osoby”.

Ich zdaniem jest to kopiowanie retoryki najbardziej zbrodniczej ideologii. „ W wyniku głoszenia bardzo szkodliwych treści, że osoby homoseksualne to nie ludzie, wprowadza się tragiczną w skutkach narrację. Postrzega się w niej drugiego człowieka jako przedmiot pozbawiony jakichkolwiek uczuć, afektów i emocji. Słowa, które słyszała cała Polska, ale i świat, muszą spotkać się z radykalnym sprzeciwem ludzi przyzwoitych” – zauważają powstańcy.

Uczestnicy zrywu podkreślają, że
właśnie z głosicielami takich ideologii walczyli w 1944 roku.

„To w czasie Powstania Warszawskiego walczono o to, aby przywrócić godność człowiekowi, która została odebrana przez okupanta. Nie będziemy obojętni wobec dehumanizacji mniejszości, przypominającej najgorsze czasy, w których mieliśmy okazję żyć. Uważamy, że mamy obowiązek zabrać głos w obronie ludzi słabszych. Nie ma zgody na akty przemocy, w tym słownej, wobec jakichkolwiek ludzi, w jakiejkolwiek postaci w wolnej, demokratycznej, tolerancyjnej Polsce, w Unii Europejskiej. Nie ma zgody na poniżanie mniejszości seksualnych w kraju, w którym homoseksualiści byli zabijani przez faszystów za swoją odmienność”

Powstańcy apelują do pisowskich decydentów, aby zakończył się spektakl deptania godności. „Krzywda ludzka, szykany i poniżanie naprawdę nie są warte korzyści politycznych. Apelujemy do Polaków słowami Mariana Turskiego – „Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana”. My nie będziemy” – zaznaczają.

Agresje Andrzeja Dudy skomentowała także uczestniczka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska. – To coś, co jest obrażające ludzką godność. Ja takiej wypowiedzi nie potrafię skojarzyć z wolnym krajem. Tak mówili Niemcy o Żydach. My to byliśmy podludzie, a oni, to byli już nieludzie. To jest faszyzm, który odmawia człowiekowi z powodu jego inności prawa do tego, żeby go szanować – podkreśliła.

– Czego dowodem jest także fakt, że tak trudno jest ratować dziecko, jeżeli nie ma społeczeństwa, które rozumie, że to dziecko nie jest niczemu winne. Tak trudno jest rodzicom udźwignąć świadomość, że dziecko ma taką depresję, że może polenić samobójstwo. Bardzo współczuję wszystkim matkom, które muszą teraz w Polsce znosić takie nieszczęście, jakie spotyka ich dzieci z powodu tego, że nie ma u nas zrozumienia dla tego, co najważniejsze w życiu człowieka: że każdy ma swoją godność – zaznaczyła.

Panika i Samouwielbienie

Tak szewc Fabisiak rozszyfrowuje skrót partii aktualnie sprawującej władzę. I ma na to stosowne argumenty.

O tym, że PiS panikuje w obliczu niepewnego wyniku wyborów prezydenckich mówią niemal wszyscy, którzy potrafią nie tylko zaobserwować ale też ocenić poczynania oraz deklaracje obozu rządzącego a zwłaszcza osoby ubiegającej się o ponowny wybór. Teoretycznie rzec ujmując, Andrzej Duda nie powinien mieć powodów do panikowania skoro ma niemal pewne przejście do drugiej tury. Jednak nerwowość jego samego oraz związanego z nim obozu politycznego (nie zaplecza, gdyż to on jest tym zapleczem) wynika stąd, że gwarancją przedłużenia prezydentury może być tylko ponad połowiczne zwycięstwo w pierwszej rundzie jako że wynik w ewentualnej dogrywce staje się coraz bardziej niepewny.

Szewc Fabisiak dostrzega, że zastrachany ewentualnością porażki Andrzej Duda popełnia podobne błędy co Bronisław Komorowski również ubiegający się przed 5 laty o ponowny wybór. Wówczas to ogarnięty przedwyborczą nerwówką Komorowski zaproponował niewydarzone referendum. Obecnie Duda miota się pomiędzy oczkiem wodnym, zapowiedzią otwarcia jakiegoś prowincjonalnego mostu, bombastycznymi inwestycjami w okolicach Elbląga i Łodzi tudzież odgrzewaniem mocno już zużytego tematu tzw. ideologii LGBT. Tę ostatnią kwestię uznał nagle za priorytetową dla kraju i jego obywateli choć może ona pasjonować raczej tylko skrajną konserwę wśród zwolenników PiS, którzy w większości i tak będą głosować na Dudę. Być może chodzi tu o pozyskanie równie a może jeszcze bardziej konserwatywnego elektoratu Konfederacji, co mogłoby Andrzejowi Dudzie uszczknąć kilka dodatkowych wyborczych procentów – zastanawia się szewc Fabisiak.

Zdaniem szewca Fabisiaka, używając w publicznej wypowiedzi jakiegoś słowa, jak w tym przypadku ideologia, należałoby najpierw uświadomić sobie jego znaczenie. W przeciwnym razie wypowiadający się na jakiś temat albo wychodzi a głupka albo też celowo usiłuje innych wprowadzić w błąd. Aby uzmysłowić sobie czym jest ideologia wystarczy sięgnąć do Słownika Oxfordzkiego czy też Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego – radzi szewc Fabisiak. Ten pierwszy definiuje ideologię jako „sposób myślenia, idee charakterystyczne dla osoby, grupy itd. zwłaszcza w odniesieniu do tworzenia podstaw ustroju ekonomicznego i społecznego”. Natomiast w słowniku Kopalińskiego jak byk stoi napisane, że słowo ideologia oznacza ni mniej ni więcej tylko „całokształt idei i poglądów na świat i życie społeczne właściwy danej klasie (warstwie, grupie) społecznej, danemu kierunkowi politycznemu, ekonomicznemu, artystycznemu”.

Szewc Fabisiak stara się przymierzyć powyższe definicje do ideologii LGBT, lecz jak by nie kombinował to kij mu z tego wychodzi. Czy podczas marszów równości ktokolwiek prezentuje jakąś wizję świata czy choćby tylko własnego państwa o niuansach ekonomicznych nie wspominając? – zadaje retoryczne pytanie szewc Fabisiak. Ponadto cechą ideologii jest propagowanie poglądów z myślą o pozyskaniu sobie zwolenników. Zatem osoby o mniejszościowej orientacji płciowej powinny nawoływać: zostań gejem bądź lesbijką a nie nawołują. Nie zmuszają też nikogo do spółkowania z osobnikami tej samej płci. Jeżeli chcą związków partnerskich to dla siebie samych a nie dla wszystkich. Tacy z nich egoiści. Uczestnicy marszów równości domagają się jedynie praw należnych mniejszościom, podobnie jak poszanowania swoich praw domagają się protestujący nauczyciele czy pielęgniarki. Zatem prezydent Duda oraz jego klakierzy powinni wreszcie zacząć gardłować na temat ideologii nauczycielskiej i pielęgniarskiej – wnioskuje szewc Fabisiak.

W pojęciach elementarnej logiki nie mieści się również rozróżnianie ideologii od ludzi. – Próbuje się nam proszę państwa wmówić, że to ludzie, a to jest po prostu ideologia – mówił wyraźnie podniecony własnymi słowami Andrzej Duda podczas sobotniego wiecu w Brzegu. Czy może istnieć ideologia bez ludzi jako byt samoistny – zastanawia się szewc Fabisiak i dochodzi do wniosku, że byłby to kompletny absurd. Wszak to ludzie tworzą ideologię a nie jakieś kaczki czy istoty pozaziemskie.

Całą tą pseudologiczną otoczkę odnoszącą się do wyimaginowanej ideologii LGBT prezydent wepchnął do ogłoszonej ostatnio Karty Rodziny. Umieścił tam również sformułowanie o zwiększeniu roli rodziców przy wychowywaniu dzieci, poziomie ich edukacji i przyszłości nie precyzując w jaki sposób owo zwiększenie miałoby być realizowane. Czy poprzez państwową kontrolę nad tym czy rodzice mają odpowiedni czy nie wpływ na wychowywanie potomstw? – dopytuje się szewc Fabisiak nie oczekując bynajmniej jakiejś sensownej odpowiedzi. Dochodzi też do wniosku, że cała ta karta to kampanijny pic mający odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów i co raz to ujawnianych nowych faktów psujących wizerunek rządzącej Zjednoczonej jeszcze Prawicy a tym samym identyfikującego się z nią prezydenta. Dla równowagi Andrzej Duda do swojej karty wplótł także elementy autoreklamy w postaci programów socjalnych takich jak choćby 500+. Szewc Fabisiak zauważa, że taka kampanijna zagrywka adresowana jest do tych, którzy niezbyt orientują się w podziale kompetencji między parlamentem, rządem i prezydentem. Polska to nie Francja, gdzie głowa państwa ma realną władze. W naszym kraju to rząd opracowuje programy socjalne, parlament je zatwierdza a prezydent tylko podpisuje. Co prawda może wystąpić z inicjatywą ustawodawczą, lecz po co skoro projekt ustawy może za niego przygotować rząd wywodzący się z tej samej opcji politycznej i podległy temu samemu prezesowi.

Jednak najbardziej widocznym połączeniem przedwyborczej paniki z również przedwyborczym samouwielbieniem są przede wszystkim pompatycznie ogłaszane plany wielkich inwestycji. Prezydent zdaje się nie dostrzegać tego, że dla ludzi ważniejsze jest to czy zdołają utrzymać rodzinę za zarobione pieniądze, czy zapracują sobie na przyzwoitą emeryturę, czy nie utracą pracy, czy nie zostaną wyrzuceni z własnego mieszkania przez jakiegoś spadkobiercę dawno nieżyjącego archaicznego właściciela itp. a nie to czy pokopiemy sobie Mierzeję Wiślaną a za ileś tam lat ewentualnie zaczną lądować pod Łodzią jakieś tam samoloty. Narcyzm połączony ze strachem maskowanym krzykiem i groźną miną to wybuchowa mieszanka, której skutki mogą być dla kogoś uprawiającego politykę trudne do przewidzenia zwłaszcza, gdy samemu nie posiada się wystarczającej wyobraźni – podsumowuje swoje obserwacje szewc Fabisiak.

Nienawiści mówią nie

Posłanki Lewicy złożyły wniosek do Komisji Etyki Poselskiej o ukaranie Przemysława Czarnka i Jacka Żalka, którzy ostatnio „popisali się” homofobicznymi wypowiedziami.

Jacek Żalek, zanim wyproszono go z telewizyjnego studia, rzucił, że LGBT to ideologia, a nie ludzie. Przemysław Czarnek niedwuznacznie zasugerował, że przedstawiciele mniejszości seksualnych „nie są równi normalnym ludziom”. W ocenie posłanek Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Magdaleny Biejat i Anny-Marii Żukowskiej wypowiedzi te nie są godne parlamentarzystów. Czy raczej – zasługują na potępienie w każdych okolicznościach.

– Te słowa nie są obojętne i uprawianie gier politycznych na czyimś nieszczęściu, szczucie na część Polaków, na dwa miliony Polaków, którzy żyją z nami, którzy mają swoje rodziny i wychowują swoje dzieci, jest nie tylko nieodpowiedzialne, ale jest zbrodnią – powiedziała dziennikarzom podczas konferencji prasowej Magdalena Biejat.

Nienawiść zabija

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podkreśliła, że homo- czy transfobia jest w Polsce problemem i bez nienawistnych wypowiedzi polityków prawicy. Bicie w niewielką mniejszość dla doraźnych celów politycznych może mieć tragiczne skutki.

– Nienawiść zabija, popycha do depresji, do prób samobójczych. 70 proc. osób LGBT ma dziś myśli samobójcze, a ich rodzice są dziś pogrążeni w przerażeniu i martwią się o swoje dzieci – stwierdziła posłanka z Wrocławia. – W Polsce żyje około 2 mln osób nieheteronormatywnych: gejów, lesbijek, osób transpłciowych oraz transeksualnych. W około 50 tysięcy dzieci wychowuje się w tzw. tęczowych rodzinach – podsumowała.
Polityczka przypomniała, że Żalek i Czarnek nie są niechlubnymi wyjątkami. Również europoseł Joachim Brudziński rzucił, że Polska najpiękniejsza jest bez LGBT, a prezydent Andrzej Duda nie znalazł lepszej strategii pozyskiwania głosów, niż budowanie dziwacznych analogii między „neobolszewizmem” i orientacją seksualną części obywateli i obywatelek. Dziemianowicz-Bąk stwierdziła, że Duda z racji swoich słów zapisze się w polskiej historii haniebnie.

Wszyscy równi

– W polskim parlamencie nie powinno być miejsca dla osób, które kwestionują podstawowe prawa człowieka – prawo do równości. Wszyscy rodzimy się równi i jesteśmy sobie równi niezależnie od jakichkolwiek cech, na które nie mamy wpływu: rasy, koloru skóry, pochodzenia, czy też płci, a także orientacji seksualnej i tożsamości psychoseksualnej oraz pełnosprawności tudzież niepełnosprawności – przypomniała posłanka Anna-Maria Żukowska.

Strach bierze, że w XXI w. tak oczywiste, logiczne sprawy trzeba jeszcze uświadamiać. I to politykom, ludziom, których decyzje mają wpływ na losy milionów.

Tęczowa hipokryzja

Uczniowie w ponad 200 szkołach w Polsce na zajęciach prowadzonych przez wolontariuszy KPH zostali poddani skandalicznej indoktrynacji dewiantów. Wtłoczono im do głów rzeczy niebezpieczne i druzgocące, mogące przeorać ich świadomość na zawsze. Na przykład, że gej to człowiek. Albo że żadnego człowieka nie wolno dyskryminować. Tak wywrotowych tez ministerstwo pani Anny Zalewskiej w programie nauczania nie przewidziało. Nie dziwi zatem wzburzenie, jakiego pani minister doznała, stawiając do pionu kuratoria.

 

– Jeśli rodzice dowiedzą się, że w szkole ich dzieci prowadzona jest kampania, to powinni natychmiast zgłosić to do kuratorium, które ma obowiązek odpowiednio zainterweniować – odgrażała się „Gazecie Polskiej Codziennie”. – Upowszechnianie jakichkolwiek materiałów, które nie są zatwierdzone, z którymi nie zapoznał się ekspert z kuratorium oświaty, jest po prostu nielegalne. Nie ma takiego święta i takiego piątku w szkolnym kalendarzu!

Jest to oczywiście lipa i pani minister doskonale o tym wie. Wiedzą to również inni byli ministrowie edukacji, na przykład Krystyna Szumilas, która bardzo szybko zdementowała obowiązek zgłaszania każdego pierdnięcia do MEN czy kuratorium. Zresztą później Zalewska zmieniła linię obrony i teraz kładzie nacisk na to, że źli pederaści razem z będącymi na ich usługach dyrektorami mogli potencjalnie zlekceważyć głosy głęboko wierzących rodzin.

I te obiekcje rozwiała Szumilas: „Ustawa o systemie oświaty wyraźnie mówi, że współpraca ze stowarzyszeniami jest możliwa i decydują o niej pedagodzy oraz rodzice. Jeśli była wola przeprowadzenia tej kampanii w danej placówce, to zapewne stało się tak za porozumieniem stron”. Wzburzenie zdążył podzielić już jednak Episkopat, Młodzież Wszechpolska, ONR, który pospieszył dać odpór, oraz Ordo Iuris.

Mam do pani minister następujące pytanie: czy z materiałami, które przekazują w szkołach od wielu miesięcy wąsaci panowie z dwururkami oraz rącze Diany w futrzanych czapkach ze zwierząt, co umierały w męczarniach – zostały pilnie przestudiowane przez ministerialnych ekspertów i sprawdzone pod kątem zgodności z „z programem wychowawczo-profilaktycznym, który został z rodzicami przyjęty na początku roku szkolnego w każdej placówce”? Czy edukatorzy Polskiego Związku Łowieckiego ze swoimi skalpami zdartymi z zabitych zwierząt, prezentujący się jako strażnicy dobrostanu polskiej przyrody, zostali już dokładnie prześwietleni przez kuratorów oświaty?

Dlaczego pytam? Bo pani rzecznik PZŁ twierdzi, że „treść zajęć jest zawsze uzgadniana z dyrekcją placówki oraz nauczycielem prowadzącym”. Ojej, toż to zupełnie jak w przypadku organizatorów Tęczowego Piątku!

Mam jeszcze jedną złą wiadomość: kuratorzy pani Zalewskiej chyba też niekoniecznie podzielają wszczepianą polski uczniom miłość do łowiectwa. Bo na przykład pani Barbara Nowak, Małopolska Kurator Oświaty, w piśmie z 10 października kierowanym do dyrektorów szkół wzywała do respektowania chrześcijańskiego systemu wartości i w związku z tym ostrzegła przed indoktrynacją nie tylko przy okazji organizacji Tęczowego Piątku, ale również… Dnia Świętego Huberta. GDZIE WTEDY BYŁA PANI MINISTER?

Jak to leciało w tym całym chrześcijańskim systemie? Coś o mieczu, co się nim wojuje i od niego ginie?

Głos prawicy

LGBTQ…

Krystyna Pawłowicz skomentowała na Facebooku Parad Równości:

Dziś prowadzać się będą osoby LGBTIQKCHJ
Im i 52 zagranicznym dyplomatom popierającym w Polsce patologie obyczajowo – zdrowotne polecam swe wystąpienie sejmowe sprzed kilku lat o 5 projektach ustaw o związkach partnerskich /z ub kadencji Sejmu/
Po moim wystąpieniu Sejm wszystkie projekty PO,SLD i Palikota odrzucił. PIS był wtedy w mniejszości.”

 

Ważne pytania w KFC

Na Facebooku pojawiło się nagranie zamieszczone przez kobietę, która zaczepiła prezydenta Andrzeja Dudę w restauracji KFC i pytała go o łamanie konstytucji.

Przygoda w KFC z marionetką (p. Duda obecny „prezydent”). Ochrona nie dopuszczała ludzi z telefonami, jednak kiedyś chodziłam do szkoły gdzie p. Konhauser-Duda uczyła. Dzięki przywitaniu się z nią i poproszeniem o zdjęcie (miny mówią wczystko) udało mi się zapytać o Konstytucję” – napisała na Facebooku Katarzyna Kulerska (pisownia oryginalna – red.).
– Mogę wiedzieć, dlaczego pan łamie konstytucję? – zapytała kobieta. Wtedy ochroniarz zwrócił jej uwagę, żeby nie przeszkadzała prezydentowi, natomiast małżonka głowa państwa, Agata Kornhauser-Duda, poprosiła o wskazanie, w którym miejscu konstytucja jest łamana.
– Chodzi przede wszystkim o ustawy sądowe, zakaz wstępu do Sejmu, załamanie ustawy o KRS. Pan zawetował dwie ustawy i super. Szkoda, że kolejnych nie – mówiła dziewczyna. – Ja rozumiem, że pani nie może pogodzić się z tym, kto wygrał wybory, ale bardzo mi przykro – odpowiedział kobiecie prezydent.
Na portalu NaTemat można znaleźć informację, że Katarzyna Kulerska działa m.in. w ruchu Obywatele RP, w Komitecie Obrony Demokracji oraz w Czarnym Proteście. Brała też udział w pikietach przeciwko wizytom prezesa PiS przy grobie Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.
Źródło: Do Rzeczy

 

Rydzyk do seniorów

Tymczasem szkoła ojca Rydzyka docenia seniorów:

Seniorzy w niepodległej” – pod takim hasłem w murach Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej odbyła się konferencja poświęcona polityce senioralnej rządu. Organizatorami wydarzenia – obok toruńskiej uczelni – była sejmowa Komisja Polityki Senioralnej, której pracami kieruje poseł Małgorzata Zwiercan.
– Nie możemy stygmatyzować seniorów, bo do tej pory byli stygmatyzowani, że są obciążeniem dla państwa, że są obciążeniem dla młodych – podkreślała poseł Małgorzata Zwiercan z „Wolnych i Solidarnych”.
To jednak nie obciążenie, nie koszt, a inwestycja w bliźniego i społeczeństwo – napisał w liście odczytanym przez Marzennę Drab premier Mateusz Morawiecki.
– Nie szczędzimy starań, by jesień życia była czasem należnej seniorom godności – akcentował premier RP.
Stąd szereg programów socjalnych, których celem jest w pierwszej kolejności aktywizacja osób starszych – podkreśla poseł Joanna Borowiak.
– Chcą być dostrzegani, chcą czuć się ważni, a przecież są ważni – zwracała uwagę poseł PiS.
Lista potrzeb wcale nie jest krótka. Dlatego rząd przygotował kompleksowy dokument: „Polityka społeczna wobec osób starszych 2030”.
– To jest pierwszy kompleksowy, można powiedzieć historyczny dokument, który spaja wszystkie działania w sposób kompleksowy dla osób starszych – relacjonowała Elżbieta Bojanowska, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej
Bezpieczeństwo, uczestnictwo, solidarność – jak przypomina wiceminister rodziny – to główne przesłanie dokumentu i całej polityki rządu.