Czego możemy nauczyć się od socjalliberałów…

…także wobec problemu uchodźców?

Niewątpliwy sukces jaki odniosły socjalliberalne koncepcje zastosowane w praktyce politycznej państw cywilizacji euroatlantyckiej, tworzącej mechanizmy przezwyciężenia amerykańskiego kryzysu lat 30, a następnie odbudowy państw europejskich po drugiej wojnie światowej i przekształcenia ich w państwa dobrobytu „Welfare states” w drugiej połowie XX wieku skłaniają do uważnego badania i poważnego potraktowania dorobku myśli socjalliberalnej przy oczywistej konieczności jej dostosowania do wymogów współczesności.

Tak jak w wielkiej Brytanii w 1911 roku Lloyd George nie wahał się wprowadzić ustawy o ubezpieczeniach społecznych i rozwiązań wprowadzających nowoczesne ustawodawstwo socjalne, które przyspieszało rozwój ekonomiczny zwiększając bezpieczeństwo socjalne robotników przemysłowych, tak i dzisiaj powinniśmy być gotowi na wprowadzenie mechanizmów zabezpieczających przed utratą pracy, eliminowaniem wielu zawodów, utratą przydatności posiadanych kwalifikacji do pracy czy osiągnięciem wieku zmniejszającego zdolność do wykonywanej pracy spowodowanych przede wszystkim robotyzacją i informatyzacją procesów produkcyjnych.

Właściwa odpowiedź na problemy współczesnego świata determinuje nasz dalszy rozwój podobnie jak zabezpieczenia socjalne wprowadzone w Wielkiej Brytanii sprzyjały niebywałemu rozwojowi nauki, kultury i gospodarki umożliwiając niezakłócony postęp w każdej praktycznie dziedzinie życia. Dzisiaj, gdy postęp i rozwój może być spowalniany, a nawet w niektórych krajach europejskich powstrzymywany ze względów ideologicznych, bo zdaniem rządzących dalszy postęp informatyzacji, robotyzacji, swobodnej wymiany dóbr i usług oraz podążająca za tymi przemianami multi- kulturowość i poszerzanie sfery wolności różnych grup społecznych niszczy tradycyjny porządek społeczny i zagraża spójności społeczeństw, proponują one cywilizacyjny regres, izolację i wycofanie poprzez powrót do koncepcji ideologicznego państwa narodowego.
Państwa ideologicznego, zamkniętego także przed imigrantami, niezależnie od tytułu pod jakim przybywają, państwa konkurującego, a nawet walczącego z innymi państwami o pozycję w świecie, o inwestycje, o sposób narzucenia swoich wartości. Konkurencja zamiast poszukiwania sposobów przezwyciężania wyzwań współczesności z poszanowaniem warunków i tempa rozwoju świata poprzez współpracę, edukację, rozwój nauki i zabezpieczanie poszerzającej się sfery wolności jednostek w ich światopoglądach, stylach i sposobach życia.

Spoiwem konserwatywnej propozycji wycofania ze współczesności ma być religia chrześcijańska jako ideologia przeciwstawienia się napływowi elementu kulturowo obcego, czy to odmiennego religijnie, kreującą wspólnoty zamknięte, o dużej sile przetrwania, ekspansywne, będąca nośnikiem nieakceptowanych w naszej strefie kulturowej treści, czy to nawet zbyt szerokich wpływów zachodnioeuropejskich wolności jak małżeństwa jednopłciowe, dopuszczalność przerywania ciąży przez kobiety czy powszechna sekularyzacja. W ten sposób religii chrześcijańska przywrócony zostałby status religii panującej, państwowej, co oczywiście w zachodnich państwach laickich nie zostałoby zaakceptowane. Nadanie zatem konfliktowi cywilizacyjnemu jednostronnie ideologicznego, a właściwie religijnego wymiaru mającego podkreślać wyższość narodów katolickich nad zeświecczonymi narodami zachodnioeuropejskimi podczas, gdy np. brak akceptacji dla muzułmańskiej imigracji wykazują także niewierzący o różnych światopoglądach, jest o tyle błędny że utrudnia wypracowanie porozumienia co do racjonalnej polityki wielokulturowości oraz polityki imigracyjnej niezbędnej wobec składu etnicznego państw zachodnich. Niezależnie od braku poszanowania dla zasady równoprawnego traktowania różnych religii, a więc pogrzebania zasady równości jako zasadniczej w myśli socjalliberalnej, to traktowanie wszelkiej religii z nadmierną atencją jednocześnie utrudnia poszukiwanie np. sposobów udzielania realnego wsparcie reformatorom religijnych islamu, którzy nie otrzymują go nawet od rządów akceptujących imigrację z krajów islamskich. Bez radykalnej reformy islamu nie będzie możliwa żadna integracja społeczności już ulokowanych w Europie, bez rezygnacji ze związanych z islamem tradycji nie będzie możliwe wyegzekwowanie istotnych dla europejskiego modelu stosunków rodzinnych i obyczajowych zachowań imigrantów, co pogłębi jedynie przepaść pomiędzy społecznościami muzułmańskimi i obywatelami krajów europejskich. Będzie to nasilać się tym bardziej, że duża część imigrantów obdarzona została obywatelstwem pomimo nie respektowania norm oraz stylu i sposobu życia właściwego Europejczykom. Obywatelstwo bowiem zarówno w jego narodowej, krajowej czy europejskiej treści mogłoby stać się przymiotem rozwiązań ekonomicznych w tym przede wszystkim socjalnych w przyszłości, jak chociażby wprowadzenie jakiejś formy obywatelskiego dochodu podstawowego lub innego podobnego rozwiązania.

Nie ma żadnej alternatywy, pomijając konserwatywną religijną propozycję, dla możliwości pokojowego, spójnego, racjonalnego i ciągłego rozwoju krajów europejskich niż ścisła reglamentacja statusu obywatelskiego i ograniczenie napływu imigrantów nawet w wypadku konsekwentnego zróżnicowania prawnego zakresu praw obywatelskich i praw rezydentów (imigrantów) mogących przebywać w krajach zachodnich w określonej liczbie i korzystając jedynie z części praw obywatelskich.
Poszukiwania najlepszych dla krajów europejskich rozwiązań współczesnych problemów powinny organizować aktywność klasy politycznej w Polsce, w tej mierze i lewicy bezkrytycznie powtarzającej mantrę o konieczności przyjmowania nieograniczonych rzesz imigrantów, oraz wszelkich obywatelskich środowisk liberalnego centrum. Warto połączyć wysiłki odwołując się do myśli wolnościowej i socjalnej stanowiącej fundament osiągnięć w budowie rozwiniętych państw cywilizacji euroatlantyckiej. Może warto tworzyć szeroki front formacji liberalnej lewicy zorientowanej obywatelsko, której ambicje łączyłyby z jednej strony zagwarantowanie obywatelom trwałego bezpieczeństwa egzystencjalnego w niestabilnej rzeczywistości ekonomicznej, twarde egzekwowanie danin finansowych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej wykorzystującej infrastrukturę, kapitał społeczny, postęp ekonomiczny i naukowy z perspektywami jakie tworzyć będzie w przyszłości nieskrępowany rozwój naszej cywilizacji.

Wybitni przedstawiciele i praktycy idei socjalliberalnych pomijając już charakterystyczną dla nich cechę permanentnych poszukiwań, modyfikacji i rozwoju możliwych do zastosowania w praktyce koncepcji, wywodzili je z ustroju demokratycznego państwa jako najwyższej formy sprawowania władzy. Związany z demokracją trójpodział władzy na jej niezależne i równoważne władze – ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą oraz rola prawa nie może być zakłócany żadną ideologią w tym nacjonalistyczną i wyznaniową, a także funkcjonowaniem w państwie instytucji wyznaniowej narzucającej klerykalna wizję porządku społecznego, obowiązującego jednorodne społeczeństwo. Funkcjonowanie takiej instytucji rządzącej się własnymi prawami, cieszącej się szeregiem przywilejów, korzystającej z różnego rodzaju ulg i zwolnień w świadczeniach na rzecz państwa stanowi barierę dla możliwości wypracowania wolnościowych rozwiązań zarówno polityki imigracyjnej jak i innych problemów państwa. Supremacja takiej instytucji jeżeli nawet jest usprawiedliwiona z historyczno-kulturowych powodów, to obiektywnie niszczy demokrację, a zarazem państwo o ustroju demokratycznym i sama staje się ośrodkiem władzy politycznej często wchodząc w faktyczne sojusze z konserwatywnymi antydemokratycznymi siłami politycznymi. Trzeba więc pamiętać o podstawowej dla demokracji jak i każdego przekonanego socjal-liberała zasadzie równości, która nie musi oznaczać automatycznego zrównania statusu obywatela państwa ze statusem imigranta przy przyznaniu mu części konstytucyjnie zawarowanych praw dla każdego człowieka.

Socjaldemokracja i liberalizm: stary spór w nowych odsłonach

Niedawne zawirowania w stosunkach między Nową Lewicą i Platformą Obywatelską skłaniają do ponownego zajęcia się sprawą programowych relacji między dwoma nurtami współczesnej myśli politycznej: socjalistycznym i liberalnym.

Ponad dwadzieścia lat temu w książce poświęconej perspektywom socjaldemokracji we współczesnym świecie („Socjaldemokracja wobec wyzwań XXI wieku”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 2000) podkreślałem nie tylko różnice, ale także punkty styczne między tymi dwoma nurtami demokratycznej myśli politycznej. Wracam do tej tematyki, gdyż nabrała ona w Polsce (a także w wielu innych państwach zagrożonych wznoszącą się falą nowego autorytaryzmu) szczególnego znaczenia.

Przez długie lata w polityce polskiej liberalizm pozostawał kierunkiem o marginalnym znaczeniu. W Drugiej Rzeczpospolitej nie istniała żadna licząca się partia polityczna o wyraźnie i konsekwentnie zaznaczonej orientacji liberalnej. Prawicy nacjonalistycznej, której głównym przedstawicielem była Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego, a w latach trzydziestych Obóz Narodowo-Radykalny, przeciwstawiał się zbudowany na kulcie Marszałka Piłsudskiego obóz sanacyjny, o wyraźnie autorytarnym, choć nie nacjonalistycznym, obliczu, a także rozbity na dwa skrzydła – socjalistyczne i komunistyczne – ruch robotniczy. Idee liberalne można było znaleźć w programach ugrupowań wchodzących w skład centrowej opozycji (Front Morges), ale były to ugrupowania słabe i pozbawione szerszego oparcia społecznego.

W okresie powojennym, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, opozycja demokratyczna odwoływała się do haseł liberalnych, bardziej zresztą w odniesieniu do wolności politycznych niż do wolności gospodarowania, ale hasła te w znacznej mierze przesłonięte były odwołaniem do nieskażonych treści socjalizmu, co szczególnie wyraźnie wystąpiło w „Liście do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. W czystej postaci liberalne koncepcje ekonomiczne głosili krakowscy liberałowie skupieni wokół Mirosława Dzielskiego, ale grupa ta nie miała szerszego oparcia społecznego i na ówczesny program opozycji demokratycznej nie wywarła znaczącego wpływu. Bardzo charakterystyczne jest to, ze w czasie prac ekonomicznego zespołu „Okrągłego Stołu” liberalne koncepcje ekonomiczne w ogóle nie odegrały jakiejkolwiek roli.

Dopiero po zmianie systemu liberalizm zdobył w Polsce silniejszą pozycję, co znalazło wyraz przede wszystkim w kierunku, w jakim poszły reformy gospodarcze, od nazwiska wpływowego wicepremiera i ministra finansów nazwane „Planem Balcerowicza”. Ówczesny rozkwit nurtu liberalnego nie był jednak wynikiem zakorzenienia się tego kierunku w społeczeństwie polskim, a choćby tylko w jego elicie intelektualnej, lecz był w znacznej mierze importowany z zewnątrz, zwłaszcza z USA i Wielkiej Brytanii, gdzie w tym czasie u szczytu powodzenia byli Ronald Reagan i Margaret Thatcher – dwoje przywódców politycznych bardziej niż inni pozostający pod wpływem tak zwanego neoliberalizmu ekonomicznego w wydaniu Szkoły Chicagowskiej Friedricha Hayeka (1899-1992) i Miltona Friedmana (1912-2006). Importowi idei neoliberalnych sprzyjało to, że będąca w fatalnym stanie gospodarka polska potrzebowała znacznego wsparcia nie tylko rządów, ale także instytucji finansowych z Zachodu, te zaś faworyzowały neoliberalne podejscie do gospodarki. „Liberalizm po komunizmie” – by posłużyć się tytułem znakomitego studium Jerzego Szackiego (Kraków”: Znak 1994)– był tyleż reakcją na negatywne aspekty poprzedniego systemu co odzwierciedleniem idei aktualnie dominujących na Zachodzie.
Dopiero dojście lewicy do władzy w wyborach 1993 roku stworzyło warunki dla sformułowania i wcielania w życie alternatywnej koncepcji przebudowy gospodarki w postaci „Strategii dla Polski” – podstawowej socjaldemokratycznej koncepcji reform gospodarczych sformułowanej przez Grzegorza Kołodkę. W latach 1993-2005 główną siłą polityczną stanowiącą przeciwwagę dla socjaldemokratycznej lewicy były Unia Demokratyczna i jej następca Unia Wolności, formacja utworzona w wyniku zjednoczenia Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym – niewielką partią polityczną, która odegrała znaczącą rolę w krótkiej kadencji sejmowej 1991-1993, ale w wyborach 1993 roku nie weszła do Sejmu.

Unia Wolności nie była ugrupowaniem jednolitym ideologicznie, gdyż w jej szeregach obok zdeklarowanych liberałów znajdowali się tacy ludzie, jak Jacek Kuroń – do końca życia wierny swym socjalistycznym przekonaniom, a także lewicujący chrześcijańscy demokraci, których wyrazicielem był Tadeusz Mazowiecki. Ani jedni, ani drudzy nie byli jednak w stanie nadać ton polityce tej partii. Unia Wolności pozostawała amalgamatem o niejednoznacznym obliczu ideologicznym. Po wyborach prezydenckich 2000 roku skrzydło liberalne oderwało się od Unii Wolności tworząc (wraz z częścią polityków dawnej Akcji Wyborczej Solidarności) Platformę Obywatelską – pierwszą w polskiej historii silną i zdolną do rządzenia partię liberalną. Po klęsce wyborczej SLD w wyborach 2005 roku polityka polska została zdominowana przez konflikt między dwiema najsilniejszymi partiami wywodzącymi się z dawnej opozycji demokratycznej: liberalną Platformą Obywatelską i prawicowo-autorytarną partią „Prawo i Sprawiedliwość”.

Podział ten trwa nadal, choć dziś polityka polska nie jest już z w takim stopniu spolaryzowana na osi PiS-PO, jak to było w piętnastoleciu 2005-2020. Platforma Obywatelska osłabła, pojawił się – wokół Szymona Hołowni – nowy ruch polityczny o centrowym charakterze, do gry wróciła – jako trzecia siła parlamentarna – odrodzona lewica. O nowej sytuacji powstałej po opozycyjnej stronie sceny politycznej pisałem niedawno („Perspektywy polskiej opozycji”, Dziennik Trybuna, 5-6 maja br.) zwracając uwagę na wysoce szkodliwe konsekwencje konfliktów w łonie opozycji, której wspólnym , i w skali najbliższych dwóch-trzech lat najważniejszym, zadaniem jest położenie kresu szkodliwym dla Polski rządom Prawa i Sprawiedliwości a także usunięcie konsekwencji tych rządów, zwłaszcza w obszarze wymiaru sprawiedliwości.

Porozumienie głównych sił opozycyjnych wymaga poważnego podejścia do ideowych treści, na których opierają się główne formacje opozycyjne. Zarówno lewica, jak i inne ugrupowania opozycyjne, w tym zwłaszcza Platforma Obywatelska, stoją przed poważnym wyzwaniem, jakim jest określenie strategii – a nie tylko wybór doraźnej taktyki. Dotyczy to zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, w której dochodzi do najwyraźniejszego rozchwiania ideologicznego. To, w jakim kierunku ewoluować będzie Platforma Obywatelska, będzie w istotny sposób wpływało na jej rolę polityczną i na oblicze opozycji w Polsce. Obecny kryzys tej partii (list 51 parlamentarzystów krytykujących kierownictwo PO, usunięcie z niej dwóch wpływowych przedstawicieli prawego skrzydła tej partii, posłów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego, wystąpienie z partii posłanki do Parlamentu Europejskiego Róży Thun) wywołał falę komentarzy, w których mówi się wręcz o „pogrzebie Platformy” (Robert Walenciak” w „Przeglądzie”) lub o „końcu gry” (Dominika Długosz w „Newsweek Polska). Obecny kryzys w Platformie jest przejawem nie tylko niezadowolenia z powodu błędnej taktyki przywództwa Platformy, ale także poważnych rozbieżności ideologicznych mających swe źródło w dwoistości liberalizmu jako ideologii politycznej. Zdanie sobie sprawy z tych rozbieżności jest ważne między innymi dlatego, by do jednego worka nie wrzucać wszystkich liberałów, co przydarza się niektórym szczególnie krewkim krytykom z lewicy.

W drugiej połowie poprzedniego stulecia w państwach demokratycznego Zachodu ujawnił się istotny podział liberalizmu na nurty konserwatywny i progresywny. Ten pierwszy, zazwyczaj nazywany neoliberalizmem, kluczowe dla liberałów pojęcie wolności zdefiniował jako niczym nieograniczoną grę sił rynkowych, przy jak największym zredukowaniu roli państwa i odrzuceniu programu redukcji nierówności ekonomicznej i wynikającej z niej niesprawiedliwości. Nurt ten na bok odsuwał – jako rzekomo mniej istotne – prawa człowieka i postulat wolności rozumianej nie jako swoboda działań ekonomicznych, lecz jako prawo dokonywania wyborów życiowych bez ingerencji władzy państwowej. W skrajnych wypadkach neoliberałowie byli nawet gotowi wspierać krwawe dyktatury (jak chilijska dyktatura Augusto Pinocheta po zamachu stanu z września 1973 roku), chwaloną za to, że położyła kres „socjalistycznym eksperymentom” lewicy. Byli nawet tacy polscy liberałowie, którzy pielgrzymowali do Pinocheta, gdy był on czasowo zatrzymany w Wielkiej Brytanii.

Reakcją na wznoszącą się falę neoliberalizmu była wyraźna ewolucja części teoretyków liberalnych w stronę progresywnych wartości. John Rawls (1921-2002) w swej bardzo interesującej reinterpretacji ekonomicznej doktryny liberalizmu („Theory of Justice”) dowodził, że różnice ekonomiczne są usprawiedliwione tylko w takim stopniu, w jakim przyczyniają się do poprawy sytuacji najbiedniejszych. Zarówno on, jak Isaiah Berlin (1909-1997) głosili tezę , że państwo nie ma prawa narzucać obywatelom wierzeń religijnych czy norm moralnych. Tak rozumiany liberalizm koncentruje się nie na tematyce wolnego rynku, lecz na szeroko pojętych prawach człowieka, w tym na sprawiedliwości społecznej i na wolności sumienia.

Redefinicja liberalizmu zbiegła się w czasie z przemianami ideologicznymi na lewicy – najpierw w demokratycznych państwach Zachodu, później w dawnych państwach socjalistycznych. Odchodzeniu od ortodoksyjnie pojmowanej ideologii komunistycznej prowadziło – zwłaszcza w tych ostatnich – do ukształtowania się socjaldemokratycznej lewicy, łączącej socjalistyczne ideały sprawiedliwości społecznej z afirmacją niezbywalnych praw i wolności każdego człowieka. Na tej płaszczyźnie rysuje się możliwość współdziałania socjaldemokratów i liberałów, między którymi utrzymują się różnice (zwłaszcza w stopniu, w jakim akcentują postulaty sprawiedliwości społecznej i postulaty wolności), ale nie musi istnieć przepaść nie do pokonania.

W polskiej myśli politycznej problem ten najjaśniej widział i najbardziej konsekwentnie interpretował Andrzej Walicki (1930-2020), co niedawno interesująco zinterpretował jego przyjaciel Paweł Kozłowski („Spotkania z Andrzejem Walickim”, Warszawa: Książka i Prasa 2021). Walicki w ostatnich latach życia coraz wyraźniej ewoluował ku lewicy, podkreślał znaczenie takiej interpretacji liberalizmu, która kładąc nacisk na prawa człowieka i wolności polityczne spotyka się w swej drodze z na nowo zdefiniowanymi ideami demokratycznego socjalizmu. Ważnym elementem tego zbliżenia jest odrzucenie nacjonalistycznej koncepcji narodu, jako „wspólnoty krwi” i akceptacja takiej wizji więzi narodowej, w której sprawą centralną jest poczucie obywatelskiej wspólnoty.

Co z tego wynika dla praktycznej polityki? Przede wszystkim odrzucenie przekonania, że lewica jest organicznie skazana na konflikt z liberalizmem – każdym liberalizmem, a nie tylko z jego konserwatywnym, skrajnie wolnorynkowym wydaniem. Zrozumienie kierunku, w jakim ewoluuje nowoczesny liberalizm – liberalizm Rawlsa i Berlina, a w Polsce Walickiego – powinno pomagać w poszukiwaniu tego, co może łączyć lewicę i progresywne skrzydło liberałów. Z upływem czasu, gdy coraz mniej będą się liczyły wspomnienia z przeszłości, rosnąć powinno znaczenie tego, co wspólne w tych dwóch nurtach ideowych.

Nie jest, rzecz prosta, pewne, czy w Platformie Obywatelskiej progresywne rozumienie liberalizmu weźmie górę nad wciąż silnymi ciągotami neoliberalnymi. Są jednak pewne sygnały, że taka ewolucja powoli się dokonuje. Platforma Obywatelska rewiduje obecnie swój do niedawna bardzo zachowawczy stosunek do ustawy antyaborcyjnej – najbardziej (poza Maltą) restrykcyjnej w całej Unii Europejskiej. Spotyka się to z oporem skrzydła konserwatywnego, ale zarazem stanowi sygnał, że coś się w tej partii zmienia. Zmianie ideologicznej w PO sprzyjać powinna dość wyraźna ewolucja na lewo młodego pokolenia. W tym samym kierunku działać będzie konflikt z rządzącą prawicą – coraz bardziej odwołującą się do najbardziej konserwatywnych koncepcji ideologicznych i niemal jawnie hołubiącej faszyzujących nacjonalistów. Zarazem jednak ta ewolucja Platformy Obywatelskiej rodzi opór w szeregach jej najbardziej konserwatywnych działaczy Nie wiem, co z tego wyniknie: zahamowanie przemian, dalsza ewolucja programowa, czy rozłam. W każdym jednak razie politycy lewicy powinni bacznie obserwować przemiany zachodzące w do niedawna jeszcze najsilniejszej partii opozycyjnej i być gotowi na takie przedefiniowanie wzajemnych relacji, jakie może stać się realne jeśli w Platformie górę weźmie progresywne rozumienie idei liberalnych.

Co skrywa KPO? Liberalne dogmaty

Przyjęcie Krajowego Planu Odbudowy w kształcie zaproponowanym przez rząd Prawa i Sprawiedliwości nie jest wielkim sukcesem. Większość sposobów wykorzystania środków z Unii Europejskiej, które zaproponował rząd Morawieckiego to liberalne metody i slogany; w tym propaganda wzrostu PKB, narzekania na zbyt duży socjal i bardzo skąpe transfery finansowe do publicznego systemu ochrony zdrowia.

Krytyczna, pozbawiona złudzeń lektura całego dokumentu pozwala również przewidzieć naszą najbliższą przyszłość: zmieni się bardzo niewiele, a rządząca prawica szykuje nam też m.in realną próbę wydłużenia wieku emerytalnego.

Diagnoza: za dużo wydatków na socjal i zbyt mało pracowników
Dokument KPO napisano tak żeby zawierał w sobie wszystkie klasyczne narzekania liberałów: na niewydajną pracę, na zbyt duże wydatki na socjal i na zbyt małe wykorzystanie siły roboczej, a także na zbyt niski wiek emerytalny. To wszystko znajdziemy na kartach rządowego dokumentu, gdzie autorzy wprost piszą, że do głównych „słabości strukturalnych polskiej gospodarki” należą „obciążenia systemu finansów publicznych systemami zabezpieczeń społecznych” oraz „niski poziom wykorzystania rodzimych zasobów pracy”. Nie ma tam ani słowa o zbyt niskich podatkach dla najbogatszych i zbyt niskim podatku CIT.

Z całości treści i zamierzeń wyłania się za to dość klarowna, turbokapitalistyczna doktryna. Dokument wskazuje np. wprost skąd rząd zamierza ciągnąć dodatkową siłę roboczą, aby zwiększać kapitalistyczny wzrost. Tymi wybrańcami są „osoby w wieku produkcyjnym nieaktywne zawodowe”, wśród których w Polsce dominują emeryci (57,4%) i uczniowie oraz studenci (16,9%). Planowana „aktywizacja zawodowa” tych osób jest w rzeczywistości po prostu próbą powiększenia armii pracy o osoby starsze, chore oraz o uczniów i studentów. To propaganda, której efekty przyjdą już niedługo. Dokładnie ta sama presja może służyć też za wyjaśnienie dlaczego w ostatnim czasie praca dzieci staje się wałkowanym przez prawicowy mainstream medialnym tematem.

Zgodnie z wizją Krajowego Planu Odbudowy jednym z głównych problemów Polski jest zbyt mała liczba pracowników. W dokumencie nie znajdziemy natomiast nawet ani razu słowa „płace” i ogólnie perspektywa pracownika jest tu absolutnie nieobecna. Planowana i większa wydajność pracy ma się zaś realizować kosztem osób obecnie biernych zawodowo, w które rząd wkłada m.in. emerytów, osoby młode, czy migrantów. Autorzy wprost piszą nam, że niski wiek emerytalny jest problemem. W ramach działań związanych z KPO dalej realizowany ma też być program Pracowniczych Planów Kapitałowych, czyli realne wrzucanie pieniędzy pracowników na żer rynków i finansowych spekulacji. Plan zawarty w KPO to „dłuższe pozostawanie na rynku pracy osób starszych”, także elegancko nazywane „możliwościami zwiększania dochodów na emeryturze”. „Efektywne wydłużanie wieku emerytalnego” ma przy tym odbywać się metodą zaciskania pasa: nie będzie to konieczność, ale system zachęt działający w sposób bezalternatywny, bo realne, bazowe emerytury pozostaną bardzo niskie. Głównym zadaniem zaplanowanych przez rząd środków będzie zatrzymywanie seniorów w pracy jak najdłużej. Jest to też bez wątpienia odpowiedź na pytanie o to, jak rząd przewiduje rozwiązać problem niskich emerytur i jaką perspektywą wychodzenia z pandemicznego kryzysu gospodarczego operuje cały ten obóz polityczny.

Reforma zdrowia: tak, ale głodowa

Jedynym rzeczywiście istotnym postulatem dotyczącym zdrowia, który zwarty jest w KPO jest planowane zwiększenie wydatków na zdrowie do poziomu 6% PKB, od roku 2024. Jest to jednak poziom (uwaga!) … Niższy od obecnego. W tym momencie Polska wydaje bowiem na zdrowie około 6,3 proc. PKB, co zresztą i tak daje jej dopiero 24 miejsce na 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej. Są to dane z końca poprzedniego roku i jak widać nawet pandemia nie skłania PiS-owskiego rządu do zwiększania nakładów na zdrowie. Polska ma za sobą ludobójcze i krwawe pandemiczne miesiące z dziesiątkami tysięcy ofiar, które mogłyby żyć. Mogłyby, ale pod warunkiem, że rosłoby finansowanie na zdrowie i nie działałaby systemowa dyrektywa, która nakazuje oszczędzać na ludzkim zdrowiu i życiu.

Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza uczyć się na błędach, a skromne środki na szpitale i infrastrukturę nie pomogą jeżeli nie zwiększy się finansowanie opieki zdrowotnej. To wręcz narodowa hańba i wstyd, ponieważ polskie wskaźniki umieralności (i zwłaszcza tzw. nadmiarowych zgonów) są jednymi z najwyższych w skali globu. Przez Krajowy Plan Obudowy polski system ochrony zdrowia doczeka się jednak kolejnej odsłony zaciskania pasa.

Inwestycje w firmy, raj dla przedsiębiorców

W toku ostatnich dekad można się już było zdążyć przyzwyczaić do tego, że jedynym sposobem na ratowanie gospodarki w kryzysie, który uznaje się za dopuszczalny, jest finansowanie prywatnych firm z publicznych środków. Inwestycje w stylu Edwarda Gierka i socjalistyczne myślenie o gospodarce to ciągle temat tabu: transfery od podatnika do kieszeni prywatnego właściciela uznaje się w Unii Europejskiej za standard i jedyne istniejące rozwiązanie. Nic więc dziwnego, że w Krajowym Planie Obudowy znajdziemy mnóstwo fragmentów poświęconych wspieraniu prywatnych firm z budżetu państwa i ze środków unijnych. I nie znajdziemy tam niczego na temat większych podatków dla firm, korporacji, czy chociaż szczegółów dotyczących uszczelnienia systemu podatkowego.

Firmy otrzymają ulgę na robotyzację i automatyzację pracy, a także publiczne inwestycje w prywatne innowacje. W KPO znajdziemy też obietnicę wprowadzenia estońskiego CIT-u i dalszych mechanizmów obniżających skalę opodatkowania polskich firm. KPO zakłada też dalsze „uelastycznienie form zatrudnienia” – i w tym przypadku firmy mogą spodziewać się np. większej i bardziej długotrwałej promocji zdalnego zatrudnienia. Rząd w KPO chwali się też rozszerzeniem Specjalnych Stref Ekonomicznych na cały kraj, do tego obiecuje, że system zwolnień podatkowych dla kapitału nie zmieni się do co najmniej 2026 roku.
Podstawowym problemem – jak w przypadku każdych inwestycji – nie są same środki, ale sposób ich wydawania. Pomimo tego, że formalnie 68% środków z KPO ma trafić do rządu i samorządów, to w praktyce będą to pieniądze wydawane przede wszystkim tak, aby jeszcze bardziej wspomóc sektor prywatny. Pieniędzmi dla „rządu/samorządów”, są bowiem np. setki milionów, które wydane zostaną np. na: budowę farm wiatrowych, czy innej, różnej infrastruktury, która powstanie poprzez system zamówień publicznych.

Jest więc jasne, że środki „dla samorządów” i „rządu”, to najczęściej po prostu pieniądze wydawane przez samorząd/rząd na usługi od firm prywatnych. Cały ideologiczny paradygmat KPO mieści się zresztą w klasycznych założeniach o „partnerstwie publiczno-prywatnym”, które w praktyce sprowadza się do realizowania kapitalistycznej-liberalnej zasady, że zabronione jest inwestowanie w publiczne przedsiębiorstwa i trwałą, społeczną własność. Na końcu wszystkiego i tak znajdzie się więc jakaś prywatna firma, a w rezultacie większość inwestycji przecieknie państwu przez palce, bo nie stworzy żadnych trwałych form państwowej własności. Dokładnie ten sam problem pojawia się przy planowanych inwestycjach mieszkaniowych. 71 tysięcy mieszkań na wynajem, które wymienia się w programie będzie zbudowane przy publicznym wsparciu, ale nie przy pomocy publicznego dewelopera. Mieszkania te będą też mieszkaniami na wynajem. A już w tych nielicznych zbudowanych przez PiS czynsze są relatywnie wysokie i wcale nie na kieszeń niezamożnych pracowników. KPO pomija te problemy i pomija kwestie własnościowe. W całej tej układance państwo i samorządy są tylko pośrednikiem i dostarczycielem wzrostu gospodarczego dla sektora prywatnego.

Zielona transformacja

Najwięcej środków z KPO (ponad 14 miliardów euro) ma zostać zainwestowane w zieloną transformację energetyczną. Z tą częścią planu można też wiązać największe nadzieje. Tu pojawia się jednak kolejny i łatwy do przewidzenia problem. Plan nie podaje bowiem żadnych szczegółów tego, w jaki konkretnie sposób będą wydawane te środki. Z pewnością czeka nas więc lewicowa walka m.in. o to, aby wymiana indywidualnych źródeł ciepła (pieców itd.) odbywała się na koszt państwa i z wzięciem pod uwagę znikomych możliwości własnego finansowania ze strony niezamożnych mieszkańców.

Obecnie są to kredyty i częściowe dotacje, które nie odpowiadają społecznym uwarunkowaniom. Planowane wydatki w żaden sposób nie będą w stanie poprawić jakości polskiego powietrza, której najbardziej szkodzą właśnie indywidualne systemy grzewcze, jeśli programy nie będą oparte na bezzwrotnych transferach finansowych w budżety biedniejszej części polskiej populacji. Część dotycząca zielonej transformacji i tak jest jednak tą najlepszą z całego planu odbudowy. Szczególnie wysokie środki otrzymają morskie farmy wiatrowe, nareszcie dojdzie też do zamiany większej ilości pojazdów na pojazdy elektryczne i niskoemisyjne. Na kartach KPO rząd chwali się też planowanym, lecz dopiero na 2033 rok, uruchomieniem pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej.

Zająć pole opozycji, lewicowej opozycji

Krajowy Plan Odbudowy nie jest lewicowy. Nie jest nawet prawdziwie chadecki. To liberalny plan ułożony z myślą o zaledwie minimalnym zwiększeniu finansowania usług publicznych, przy bardzo wielu nowych zagrożeniach. I tak np. 6% PKB na zdrowie do 2026 roku to żadna podwyżka i wręcz ludobójcza stawka. Głębokim niepokojem napawają też szerokie plany dotyczące efektywnego wydłużania wieku emerytalnego. Takich, liberalnych i godnych krytyki punktów w KPO jest więcej. Należy jednak podkreślić, że Lewica podczas głosowania zachowała się prawidłowo. Jednocześnie jednak wywalczone przez nią ustępstwa pozostają bardzo skromne i w żaden sposób nie naruszają liberalnego paradygmatu gospodarczego, na którym oparto cały Krajowy Plan Odbudowy.

Entuzjazm i wielkie zjednoczenie Lewicy, które pojawiły się przy okazji wydźwignięcia się jej na samodzielność w opozycji do liberalnego mainstreamu są cenne. Przede wszystkim dlatego, że dały Lewicy poczucie bycia samodzielną siłą, która jest w stanie działać w oparciu o własne kalkulacje i bez błogosławieństwa ze strony Gazety Wyborczej i jej liberalnych środowisk. Na poziomie politycznej i partyjnej samodzielności to duży sukces i rzeczywisty efekt, który w głowach pozostanie jeszcze na dłużej. Na poziomie realnej, klasowej polityki gospodarczej wsparcie Krajowego Planu Obudowy nie jest jednak ani rewolucyjne, ani nawet specjalnie lewicowe. I to powinno być dla Lewicy pomarańczowe, ostrzegawcze światło na przyszłość: by nie poprzestawała ona na samym wspieraniu mainstreamowych polityk Unii Europejskiej i pilnie zaglądała w szczegóły tego, co polskie i europejskie elity gospodarcze pragną realizować. Obecny mainstream Unii Europejskiej i gospodarcza treść jej programów nie odbiegają zanadto od klasycznych polityk neoliberalizmu. Zgodnie z takim widzeniem świata receptą na kryzys ma być więc: zwiększana wydajność pracy (większy wyzysk), bezzwrotne dopłaty z budżetu do prywatnych firm (oczywiście bez udziałów w zamian) i planowany zamach na prawa socjalne, wiek emerytalny itd.

Lewicowo realizowany Krajowy Plan Odbudowy mógłby być dla Polski kompletnie nowym rozdaniem gospodarczym. Z kurczowym trzymaniem się liberalnych i kapitalistycznych schematów myślowych oraz z prawicowym rządem nie będzie to jednak możliwe. Europejski kapitalizm dalej opiera się konieczności inwestycji w społeczną własność i długotrwale istniejące, państwowo gwarantowane miejsce pracy. A najbardziej szokujące są dalsze, kapitalistyczne próby oszczędzania na prawach socjalnych, w tym na zdrowiu. To wszystko wymaga zmiany. Bez głębokich, lewicowych korekt znacznie prędzej już za kilka lat znowu obudzimy się w dokładnie tej samej sytuacji, co najwyżej z lepiej dofinansowanym prywatnym sektorem. Tymczasem ceny mieszkań będą jeszcze wyższe, a kolejki do lekarzy-specjalistów jeszcze dłuższe…

Dlatego zamiast celebrowania warto zabrać się do pracy, a także głębszej i krytycznej refleksji nad tym, co żadnym lewicowym Planem Marshalla bynajmniej nie jest. Trzeba też pamiętać, że celem Lewicy nie jest wskoczenie w buty dawnej i bezkrytycznej wobec Europy Platformy Obywatelskiej, lecz dokonanie głębokiej, socjalnej i lewicowej korekty wszystkich polityk Unii Europejskiej. To dopiero początek walki o przyszłą Polskę i o sposoby wydawania unijnych środków. A w tej ostatniej kwestii Lewica musi wywierać określoną i bardzo konkretną polityczną presję. Już teraz. Potrzebna jest też lewicowa wizja i całościowo lewicowa alternatywa, która wyjdzie poza ramy wciąż panujących i przestarzałych, liberalnych narracji.

W czym libki mają rację?

Temperatura walki politycznej z PiS-em i rządem powinna być bardzo wysoka i ostra

Opozycja jest od tego, żeby rządowi się paliło i waliło, żeby czuli się zaszczuci i non-stop krytykowani. Żeby czuli, że są mordercami chorych, zbrodniarzami walczącymi przeciwko kobietom i stronnikami korporacji i kapitału. Problem liberałów polega na tym, że prawie wcale nie różnią się od PiS-u i ich walka zamieniła się w walkę dla walki, bez jakiejkolwiek łączności z różnicami programowymi, czy z materialną podstawą bytu.
Nie zmienia to jednak faktu, że walka z PiS-em i w ogóle całą prawicą powinna być radykalna. Lewica ma natomiast ogromne problemy z tym żeby atakować rząd.

Temperatura krytyki PiS-u ostatnio wyraźnie spadła, zastąpiona zadowoleniem z drobnych, które wywalczono u boku znacznie ambitniejszych planów samego PiS-u. Bo PiS akurat potrzebował głosów i musiał pójść na ustępstwa. Wejście w rolę giermka to cios we własne plecy.
W tym sensie skupianie się na „libkach” – którym zostało kilkanaście proc. poparcia – jest bezsensowne.

Palić powinno się pod nogami Kaczyńskiego i Morawieckiego!
Tymczasem można odnieść wrażenie, że Lewica nie potrafi ostro krytykować rządu, ani nawet na trwałe podnieść temperatury konfliktu politycznego.

Niezdolność do radykalnego ataku politycznego oznacza kryzys każdej opozycji. Dodajmy do tego, że PiS posiada szeroką i długofalową wizję, jakkolwiek by nam się ona nie wydawała odrażająca. Trzecia kadencja brunatnej fali, z rosnąca rolą Ziobry, setkami godzin patriotycznej historii w stylu IPN-u w szkołach, i rosnącą w siłę Konfederacją u boku… to nie jest niemożliwe.

Jedną z najgłupszych rzeczy, jakie mogłaby teraz zrobić Lewica jest popadanie w samozachwyt, powtarzanie śpiewki o swoich wielkich sukcesach negocjacyjnych w sprawie KPO, i opieranie na tym całej swojej bieżącej polityki. A mam wrażenie, że tak już się dzieje – niestety.

Sukcesy negocjacyjne są bardzo skromne – to raz. Dwa – los tych środków, które będą wydawane w następnych latach jest przecież kompletnie nieznany i uzależniony od rządów, które wtedy będą u władzy. Nic nie jest dane, ani pewne. Zwłaszcza losy inwestycji z KPO. No i tak w ogóle, to jeśli Lewica będzie się chwalić ~1/10 programu, który przygotował Morawiecki, to też i dostanie tą ~1/10 poparcia, które dostanie PiS.

Dawno nie było większej krytyki rządu i PiS-u. Wszystko skupiło się na samych znienawidzonych libkach, a konserwa i brunatni robią swoje.
Przyspieszają na trupach pseudoliberałów. Rząd zaraz rusza z „Nowym Ładem”, a program i horyzont Lewicy na ten moment sięga tak naprawdę drobiazgów, nieczytelnych dla ogółu. A rząd z PiS-u zabił swoją polityką dziesiątki tysięcy ludzi zamykając opiekę zdrowotną dla większości… Lewica w tej sprawie nie zrobiła żadnej większej sprawy ani hałasu.
Tymczasem wyborczynie i wyborcy chcą alternatywy, chcą opozycji z wielką i śmiałą wizją na całą Polskę. Chcą wizji, która ich porwie. Nie chcą przybudówki do partii władzy, która załatwi mniej od niej i ma mniejsze, skromniejsze horyzonty.

Po negocjacjach z PiS-em trzeba śmiałej lewicowej wizji oraz uderzenia w rząd. Stylizacja na giermka partaczy żadnego skoku poparcia nie przyniesie. I nie przynosi.

Marks miał rację! I co dalej?

Koszmarne deja vu – z takim uczuciem coraz częściej oddaję do publikacji wiadomości ze świata. Proces 108 działaczy Ludowej Partii Demokratycznej w Turcji przypomina niegdysiejsze zbiorowe procesy socjalistów, a jeszcze wcześniej – bojowników z caratem (i z kapitalizmem równocześnie).

Porównywanie wyzysku w Amazonie do pracy w XIX-wiecznej fabryce narzuca się nie tylko mnie, ale nawet niektórym dziennikarzom dalekim od lewicy. Historia ruchu robotniczego materializuje się także gdzie indziej: siłowe rozpędzanie demonstrantów i strzelanie do nich tak, by zrobić krzywdę, widzieliśmy w ostatnich latach nawet na ulicach „wzorowo demokratycznej” Francji.
Strzela się zresztą już wszędzie: ostatnio w Kolumbii, wcześniej w Chile czy na Bliskim Wschodzie. A gdy demonstranci zostaną rozproszeni, elity rządzą, tak, jak rządziły do tej pory. Znowu deja vu: są ci, którzy mają rządzić, ci, którzy mają wieść wygodne życie i ci, którzy mają na to pracować.
Wypadła parę dni temu rocznica urodzin człowieka, który ten mechanizm opisał. Lewicowcy wszystkich krajów wspominają dziś Karola Marksa, z satysfakcją dodając: miał rację.
Wyłożył, czym jest wartość dodatkowa i wyzysk, otworzył nam oczy na podział klasowy i jego konsekwencje. Wyjaśnił, dlaczego kapitalizm, póki istnieje, będzie przechodził cyklicznie kryzysy, których ciężar rządzący będą za każdym razem spychać na ludzi pracy.
Zasugerował nam – co prawda oględnie – wizję innego społeczeństwa. Zasugerował, nie obiecał: wbrew temu, co implikują mu liberalni krytycy, nie przesądził, że socjalizm powstać musi.
Powinien, jeśli nie chcemy wyniszczyć siebie i planety, ale przecież nikt nam nie zabroni dokonać samozagłady. (Pesymista dodałby: mamy ku temu wręcz inklinacje).
Najwięcej wniosków z Marksa wyciągają dziś jego wrogowie. Rządzący – nie tylko polscy – wyspecjalizowali się wręcz w przekierowywaniu społecznych debat i napięć z dala od kwestii klasowych. Kapitalizm naszych czasów, ten z Amazonem i monopolem Facebooka (o monopolach Marks też pisał!), jak nigdy maskuje swoją obrzydliwą twarz. Woli sprzedawać opowieść o wytrwałości i wczesnym wstawaniu, zamiast, jak 150 lat temu, walić prosto z mostu: życie robotnika jest nic nie warte.
Umie być tęczowy, otwarty, mówić o wolności i wyrażaniu samego siebie, sprzedając przy okazje rozmaite gadżety. Umie transferować najbardziej odrażający wyzysk, najbardziej prymitywną akumulację do krajów trzeciego (czwartego, piątego…) świata, żeby na bogatej Północy zachować przez większość czasu trochę ładniejszą twarz.
Żeby łudzić ludzi: nie jest tak źle, jeśli tylko będę ciężej pracował, może nawet być dobrze. (Oczywiście kiedy zaczyna być źle i ludzie się buntują, ładniejsza twarz znika – znowu patrz Francja i żółte kamizelki).
Pisanie, że Marks miał rację, nic nam nie da. Osiągnięcia socjalne ludzi, którzy jako pierwsze pokolenia inspirowali się jego myślą, właśnie są demontowane. W różnym tempie, ale jednak. Lepiej nie będzie, żaden kryzys nie sprawi, że rządzący przejrzą na oczy i zrewidują działanie systemu.
Ten, który przeżywamy obecnie, też nie: Europejski Fundusz Odbudowy i jego polska wersja są pakietami rozwiązań liberalnych, kapitalistycznych, a nie propozycjami, jak budować lepszy świat dla wszystkich. Poza Europą w czasie kryzysu również wygrywa filozofia: niech biedni zapłacą! (Albo umrą z głodu).
Stawiajmy pytania Marksowi, o Marksa. Jak możemy przemówić antykapitalistycznym językiem do rozproszonych pracowników, którzy od niczego nie są dalsi, niż od świadomości klasowej w dawnym rozumieniu?
Którzy, wyalienowani i wyizolowani, nie mają wręcz obiektywnych warunków, by tę świadomość zdobyć?
Jak pomagać zrozumieć – sobie i innym – gdzie leży najgłębsze źródło nierówności, dyskryminacji, nakręcania nagonek na tle narodowym czy tożsamościowym?
Jak pójść krok dalej, poza masowe, ale niezorganizowane demonstracje, które wykrzykują swoje najsłuszniejsze postulaty i bolączki, po tym, rozpędzane lub ignorowane, rozchodzą się, zostawiając ludzi z bólem, frustracją i nierozwiązanymi, ale przecież prawdziwymi problemami?
Czy wielkie partie, które niegdyś wygrywały rewolucje i przełomowe reformy, mogą jeszcze zaistnieć?
Czy mamy w ogóle szanse – jako pracująca większość – wygrać, skoro tyle już przegraliśmy?
Poszukujmy odpowiedzi, spierajmy się, dyskutujmy i walczmy, jeśli Marks i jego obietnica coś dla nas znaczą. Bez tego wstawianie zdjęć brodatego filozofa na Instagrama czy na koszulkę nie ma większego sensu.
Chyba że dla kapitalistów – bo ruch wygenerowany przez nasze posty i te koszulki to też towar, na którym można zarobić.

Wywiad z Michnikiem i pewna rocznica

Przeczytałem w „Wyborczej” obszerny wywiad z Michnikiem i przypomniałem sobie, że niedawno minęła rocznica śmierci papieża Polaka. Z taką czcią mówił o nim papież polskich liberałów.

Głęboko współczuję liberałom, że mają na tronie człowieka, który wprost chwali się sprzedaniem Polski Kościołowi, czci Jana Pawła II i uprawia religijną propagandę, która dla wszystkich poza PiS jest już wyłącznie obciachowa. To właśnie takie postacie, jak Michnik, czy Gronkiewicz-Waltz oddały Polskę we władanie katolickiemu klerowi przekazując mu na wyłączność etykę i moralność… Zrobiono to oczywiście po to, aby wykończyć polską lewicę, a przy okazji zniszczyć ateizm. Dzięki klerykalnej pacyfikacji i propagandzie z gatunku TINA zrobiono następnie prywatyzacyjną masakrę całej gospodarki, rozwalono ruch robotniczy i wręczono Kościołowi wszystko, co zechciał.

A na końcu wyhodowano jeszcze bardziej skrajną prawicę, która tą „światłą” zgasiła i skutecznie obaliła i teraz realizuje swoje koszmarne fundamentalistyczne projekty.

Bo PiS to właściwie dzieło Adama Michnika. To prawica tak samo klerykalna, tylko bardziej konsekwentna i bardziej nacjonalistyczna. To właśnie „liberalnym” klerykałom swą władzę zawdzięcza Prawo i Sprawiedliwość, które przyszło tu na gotowe. Nie musieli nikogo przekonywać, że cała moralność to domena Kościoła…

Polski Kościół podjął też oczywisty wybór i jasne, że dużo bardziej wolał Kaczyńskiego od Michnika.

Mimo wszystkich wzruszających pokłonów, które ten ostatni ciągle i bezskutecznie składa polskiemu episkopatowi. Cały polski „postępowy liberalizm” od dekad opiera się na dorobku postaci, które kryminalizują ateizm, chwalą się oddaniem całej Polski w ręce kleru i mentalnie zatrzymały się na zwierzęcym antykomunizmie i antyateizmie.

Jaki jest tych „liberałów” pomysł na Polskę? Całowanie pomników JP2 i liczenie na to, że kościół pochwali i wybierze ich na swego przedstawiciela na ziemi. Michnika i s-kę trzeba schować do politycznej szafy.

Zapraszamy na lewicę, która nie jest zaczadzona i nie uważa, że jedynym wyborem dla Polski jest oddać wszystkie dusze kościołowi i budować piekło kobiet, szukając wzorów dobrego życia pośród światlejszych biskupów. Produkt liberałopodobny marki Wadowice wziął i zgnił.

I jeszcze jedna refleksja rocznicowa. Tajemnica poliszynela jest taka, że tak naprawdę wszyscy wiedzą o tym, że Jan Paweł II nie był żadnym wielkim człowiekiem ani nie osiągnął niczego specjalnego, tylko wszyscy taktycznie milczą, bo na wierze w tę kompletną pustkę sklejono tu cały system.
Papieża wymyślono. Od zawsze jest memem, wydmuszką. Tylko długi czas był memem przydatnym…

Do pacyfikowania tłumu i utrwalania systemu.

Jan Paweł II ani nie obalił w pojedynkę realnego socjalizmu, ani nie odegra w tej kwestii wiodącej roli, ani nie zrobił niczego dobrego dla Kościoła, w którym zahamował proces odnowy i przemian, a do tego krył pedofilię i pomagał pandemii AIDS w Afryce. Zdecydowanie najlepszy był w byciu pustym znaczącym i udawaniu wielkiego znaczenia Polski w świecie. Robił też wiele żeby budować swój mit i pozować na intelektualistę, którym oczywiście nigdy nie był.

Im więcej mówili, że jest wzorem, że ma jakieś wartości i im silniejsza była propaganda tej pustej postaci… Tym silniejsza robiła się odpowiedź.
Gwarantuję, że obecnie znaczna większość społeczeństwa, w tym rosnące wśród pomników ulic i szkół imienia papieża młode pokolenie nie ma pojęcia czym ten papież w ogóle miałby być i do czego mógłby współcześnie komukolwiek służyć.

Osoby prawicowe i głęboko wierzące mogą oczywiście włożyć sobie do niego, co zechcą (jak w każdego świętego), ale sam historyczny JP2, jako taki, to tylko pustka ideologicznej wiary w to, że: Polska jest zajebista, kościół jest super, katolicyzm rządzi, komuna była szatanem, słuchać się trzeba księży i religia to wszystko co wartościowe.

W skrócie: nudna propagandowa sieczka.

Tak samo, jak ta liberalna, o szkodliwych związkach zawodowych, roszczeniowych pracownikach i o tym, że wystarczy rano wstawać, by dorobić się wielkiej fortuny.

Głos liberała wolność gospodarczą ubezpieczający

Neoliberalizm ma w Polsce szerokie możliwości urabiania poglądów na politykę gospodarczą: Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza, tygodniki opinii Polityka, Newsweek, portale internetowe, dyżurni ekonomiści kraju. Ci odczytują migający szyfr notowań giełdowych, przez który przemawia do nich duch wolnego rynku. Chwalą bez przerwy błogosławionych, którzy tworzą miejsca pracy, często dla księgowych w Luksemburgu czy na Malcie. Jest chyba nadmiarem dobroci użyczać im jeszcze przestrzeni drukarskiej w jedynej lewicowej trybunie na polskim rynku czytelniczym.

Omawianie raportów o światowym rozkładzie bogactwa, o wartości społecznej różnych zawodów, o coraz większym śladzie ekologicznym konsumpcjonizmu- takie informacje są cenne z perspektywy klas pracowniczych. Zamiast takich informacji i analiz na stronach poświęconych gospodarce znajdujemy w Trybunie coraz częściej gorzkie żale rzeczników polskiego biznesu – na wysokie koszty pracy, na podatki, na takie czy inne ograniczenia „wolności” gospodarczej. Brakuje tylko radosnego dziamborzenia konfederata Sławomira Mentzena.
Ostatnio w stałym kąciku liberała ukazało się omówienie raportu Index Wolności Gospodarczej (Trybuna 56-57/2021). Ogólny wniosek autora– „potrzeba więcej wolności gospodarczej”. Ten raport publikuje dorocznie wpływowy w USA prawicowy, konserwatywny, anarchokapitalistyczny think tank Heritage Foundation. Popularyzuje go organ finansjery Wall Street Journal. Angielski akademicki ekonomista Charles Hill, biorąc pod uwagę fakt, że ta fundacja jest zapleczem analityczno-programowym Republikanów i ich prezydentów – każe z dużą ostrożnością podchodzić do ich raportów i sugestii praktycznych. Dlaczego? Autentycznego zwolennika lewicy powinien ostrzec profil ideologiczny tej placówki: obróbka i popularyzacja doktryny neoliberalnej za czasów Reagana, Thatcher, Busha-juniora, zasilanie ekipy prezydenta Trumpa swoimi pracownikami, wspieranie negacjonistów klimatycznych, inicjowanie wojny kulturowej w imieniu „nowej prawicy”, wspieranie militarnego ekspansjonizmu kraju, bezpardonowa walka z państwem opiekuńczym itd., itd. Jaką to wolność gospodarczą może lansować syntetyczny indeks opracowany w tym środowisku, które finansują korporacje?
Można się spodziewać poradnika dla łowców rent kosztem taniej pracy, zasobów surowcowych i energetycznych peryferii, globalnego Południa, własnych pracowników i ich życia. Dlatego w tym indeksie państwo, które odnotowuje wyjątkowy w skali historycznej rozwój gospodarczy plasuje się dopiero na 107 miejscu, a na czele jest jedno z centrów finansowych kontynentu, praktycznie miasto-port byłej kolonii brytyjskiej – lilipuci Singapur? Otóż, twórców omawianego indeksu interesują tylko przeszkody w robienia dobrych interesów na całym świecie. Przede wszystkim zwraca ich uwagę to, jak wieki jest sektor publiczny, i co za tym idzie: wysokość podatków dla firm i podatków od dochodów osobistych. Następnie, jak chroniona jest własność prywatna: łatwość egzekwowani umów czy swobodny obrót nieruchomościami. Następnie, autorzy raportu starają się zmierzyć to, co interesuje każdego rentiera, a więc stopę inflacji, by nie spadła wartość aktywów, a także czy kapitał portfelowy może swobodnie krążyć między giełdami. No i czy można robić interesy ponad granicami państw – czy cła i bariery beztaryfowe utrudniają wymianę handlową. A szczególnie ważne są regulacje dotyczące kredytów (stopa procentowa) i regulacje rynku pracy. Broń boże, regulacje nie mogą obejmować warunków pracy, zwłaszcza zwalniania pracowników, płacy minimalnej; groźne dla korporacji są umowy zbiorowe, ewentualne koszty odpraw. Cenna jest za to swoboda inwestowania: brak licencji, norm środowiskowych, możliwość transferowania zysków. Indeks prowokuje kilka pytań, które powinien sobie postawić wrażliwy społecznie ekonomista. Wolał je przemilczeć i dlatego ukrył się pod inicjałami. Może następnym razem odniesie się do kilku poniższych kwestii.
Po pierwsze, dlaczego go nie zastanawia, że praktykujące wolność gospodarczą a`la Heritage Foundation wszystkie byłe gospodarki centralnie planowane stały się peryferiami globalnego kapitalizmu, z wyjątkiem Chin. Ale one idą inną drogą niż chcieliby amerykańscy „inwestorzy”. Narzucili oni światu reguły wolności gospodarczej, zwane konsensusem waszyngtońskim; narzucili siłą swego państwa i jednostronnych organizacji wielostronnych, kierowanych z tylnego siedzenia przez Departament Skarbu. Chińskie państwo (a fe!) nie dopuszcza portfelowego kapitału, nie jest sługą prywatnych korporacji (G. Kołodko). Państwo chińskie nie jest teoretyczne, nie jest wysuszone podatkowo, kontroluje kurs własnej waluty. Natomiast idące teraz za amerykańską panią-matką nadwiślańscy liberałowie zamienili Ursus na Factory, a polską gospodarkę w zaplecze poddostawców i podwykonawców niemieckiego Cesarstwa Przemysłowego; oferuje ona tanią pracę montażową, usługi biznesowe, logistykę. Nic więc dziwnego, że w filiach zagranicznych korporacji powstaje 2/3 polskiego eksportu i 42 proc. wartości dodanej. Co gorsza, własność majątku produkcyjnego zagranicznego kapitału, łącznie z udziałem w krajowych firmach można szacować na 45- 50 proc. . Z kolei udział artykułów importowanych w handlu wielkopowierzchniowym sięga 80 proc. (A. Karpiński). Znajduje to wszystko wyraz w transferze zysków, które stanowią około 3 proc. polskiego PKB.
Po drugie, na cenzurowanym w tym indeksie jest rola państwa w gospodarce. Tymczasem wytrawny badacz globalnego kapitalizmu Władysław Szymański, uważa wysuszenie podatkowe państwa i poddanie go władzy finansjery i rencistów za pomocą długu publicznego i arbitrażu regulacyjnego za główną słabość neoliberalnej globalizacji. Brak bowiem arbitra, który by reprezentował racjonalność ogólnospołeczną, i co ważniejsze obecnie – racjonalność planetarną. Ta z kolei jest konieczna, by wyznaczyć uzgodnione normy eksploatacji przyrody, regulacji obrotu kapitału, eksploatacji pracy i życia ludzkiego. Rezultatem spuszczania z keynesowskiej smyczy kapitału pieniężnego (zniesienie stałych kursów walut, Nixon 1971; ostateczne zniesienie rozdziału bankowości detalicznej i inwestycyjnej ustawą z 1999 r.) uczyniły z sektora finansowego główną gałąź gospodarki, i doprowadziły do powstania kapitalizmu kasyna. Dlatego powrót do współpracy państw, na początek w G20, może doprowadzić do ograniczenia optymalizacji podatkowej, a zwłaszcza likwidacji rajów podatkowych, dokąd emigrują zyski korporacji. Tylko na tym poziomie można sterować przebudową energetyki czy modelu konsumpcji. A więc tyle planowania, ile konieczne, tyle rynku, ile możliwe.
I po trzecie, czy autor naprawdę poleca klasom pracowniczym świata amerykański model stosunków pracy. W tym modelu głównym zadaniem menedżerów jest maksymalizacja zysków akcjonariuszy. Rezultat łatwy do przewidzenia. Współczynnik Giniego jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Trwałą tendencją jest rozchodzenie się produktywności pracy i mediany zarobków. O ile ta pierwsza w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc., to druga już tylko o 10 proc. . Według laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona, w 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa, przy czym pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. .
Właśnie ta wolność zatrudniania-zwalniania leży u podstaw stagnacji neoliberalnego turbokapitalizmu, który lansuje ten ideologiczny indeks. Mechanizm degradacji pracy jest następujący: arbitraż pracy w globalnej gospodarce => prekariat, spadek dochodów z pracy=> spadek popytu w krajach, potem popytu globalnego =>stąd stagnacja gospodarki, ucieczka w kredyty konsumpcyjne i hipoteczne => kasyno-kapitalizm (np. M. Husson, A. Karpiński, W. Szymański, J. B. Foster). W szczególności poza autocenzurą znajduje się aprobata dla asymetrycznej relacji między kapitalistą i jego pomocnikami a sprzedawcami siły roboczej, mobilizowanymi, by produkować coraz więcej za coraz niższą płacę. Autor pisze beztrosko, że wolność pracy to dla pracownika to „znalezienie możliwości zatrudnienia i pracy”. Właśnie sęk w tym, że to bywa półniewolnicza praca opiekuńcza w Niemczech dla kobiet ze Ściany Wschodniej, praca na zlecenie dla absolwenta wyższej uczelni, z dużą częścią płacy otrzymywanej pod stołem, bez urlopu i ubezpieczeń. Można zmienić pracę, lecz zawsze pozostaje się tylko właścicielem swojej siły roboczej. Druga zaś strona dysponuje kapitałem odtworzonym, a nawet powiększonym o wartość dodatkową. Może akumulować, stać ją na kupowanie kolejnych nieruchomości, pensjonatów, pałacyków jak byłego wójta Pcimia na posadzie w Orlenie. Na dodatek, system wyposaża go w tak cenną w indeksie „zdolność do swobodnego zawierania umów o pracę i zwalniania zbędnych pracowników, gdy nie są już potrzebni – co jest niezbędne do zwiększenia wydajności i utrzymania ogólnego wzrostu gospodarczego”. Z tej wolności korzysta prezes Lotu. Cieszmy się, czytelnicy Trybuny, z autorem z królestwa wolności dla korporacji, jej udziałowców, akcjonariuszy, menedżerów.
Czyżby Trybuna chciała odebrać chleb działaczom Forum Obywatelskiego Rozwoju – twierdzy fundamentalizmu rynkowego? Jeśli nie, to wypada się tylko cieszyć. Kapitalizmu nie obronią bowiem jego zwolennicy, bo on sam jest swoim największym wrogiem. Ich recepta to więcej kapitalizmu w kapitalizmie. I może na tym polega chytrość rozumu autora i kierownika działu.

Covid i liberalizm

Niestety znów mamy ponad 12 tys. zakażeń na dobę i ponad trzystu zmarłych. Trzecia fala pandemii jest faktem. A skoro tak, to – co oczywiste – robi się nerwowo nie tylko wokół programu szczepień, ale też wokół całej służby zdrowia. Trudno udawać, że wszystko idzie w jak najlepszym porządku. W takich okolicznościach tym łatwiej wychodzą na wierzch wszystkie mankamenty systemu opieki zdrowotnej. Nie sposób się nie denerwować, gdy liczba zmarłych bije powojenne rekordy, a jednocześnie liczba urodzeń również, tyle, że à rebour – jest najniższa od wojny.

Najłatwiej przychodzi oczywiście obwinianie o tę sytuację Unię Europejską – że podpisała z koncernami farmaceutycznymi złe kontrakty, że źle rozdzieliła szczepionki między poszczególne kraje i, że najlepiej byłoby odwołać szefową Komisji Europejskiej, bo to ona „za wszystko odpowiada”. Taki postulat expressis verbis zgłaszają niektórzy europosłowie, także z PiS-u. Komisja Europejska jest pod ostrzałem prasy, z której do najsurowszych należy bodaj prasa niemiecka pisząca wprost o błędach Unii zwłaszcza, gdy spojrzy się na świetną organizację i niebywały postęp szczepień w Wielkiej Brytanii. Ma to szczególnie symboliczne znaczenie, bo przecież Wlk. Brytania dopiero co opuściła Unię. Jej sukcesy w zakresie szczepień obywateli oglądane są więc przez pryzmat korzyści, jakie wyniosła zrywając z Unią.

Mimo wszystko uważam jednak, że należy zachować zimną krew i trzeźwe spojrzenie. Kolejny raz mamy bowiem do czynienia z taką sytuacją, że jeśli w jakimś kraju jest sukces, to jest zasługa rządu tego kraju. Jeśli jednak mamy do czynienia z kłopotami, wtedy odpowiedzialność spada wyłącznie na Unię Europejską i na Komisję Europejską. A przecież trudno mówić o sukcesie, skoro przez Europę, nie tylko przez Polskę, przewala się trzecia fala koronawirusa, kiedy znów trzeba ogłaszać restrykcje i wracać do serdecznie przez wszystkie społeczeństwa nienawidzonych zakazów.

W tej sytuacji nie sposób oprzeć się wrażeniu, że koncerny farmaceutyczne chcą tę sytuację wykorzystać i coś na UE wymusić. Ograniczenia w dostawie szczepionek poniżej już uzgodnionych limitów są co najmniej zastanawiające. Mamy chyba do czynienia z próbą wykorzystania przez koncerny przewagi monopolistycznej. Nie jest przy tym bez znaczenia, że wszyscy działają pod presją czasu, każdy chciałby uzyskać szczepionki jak najszybciej i jak najlepsze. Czy nam się podoba, czy nie, taka właśnie „zaradność” jest teraz miarą sukcesu politycznego.

Tym bardziej więc uważam, że zamiast nawzajem się obwiniać i próbować przechytrzać, potrzebny jest wspólny, europejski front przeciwko firmom farmaceutycznym. One powinny odczuć, że gra, której próbują, nie opłaca się, bo Unia jest partnerem potężnym i na lata. Można odnieść duże korzyści współpracując z nią uczciwie, ale można też na lata stracić reputację mierzoną konkretnymi, bolesnymi stratami ekonomicznymi wynikającymi z braku współpracy.

Odradzałbym również (zwłaszcza politykom) łatwą krytykę, bezrefleksyjne oskarżanie Unii o opieszałość i ślamazarne radzenie sobie z pojawiającymi się nagle trudnościami. Jest wręcz przeciwnie – w minionym trudnym, pandemicznym roku KE ma po swojej stronie niewątpliwe osiągnięcia.
Nie zapominajmy na przykład o wydawanych właściwie od ręki zgodach na wykorzystanie w walce z Covidem pieniędzy unijnych, które wcześniej przydzielone na jakiś inny cel, a niewykorzystane, musiałby by być zwrócone do kasy. Polska sporo na tym zyskała. Uruchomiono też innego rodzaju wsparcie finansowe, udzielane bez zbędnych biurokratycznych oporów i biurokratycznych barier krepujących sferę zamówień publicznych, po to, żeby na walkę z pandemią można było z tego korzystać praktycznie natychmiast.

KE sprawiła też, że certyfikowanie szczepionek przez Europejską Agencję Leków było maksymalnie skrócone, oczywiście bez szkody dla jakości i bezpieczeństwa tych leków. Nie zapominajmy również o wspólnych zakupach, co oznaczało niższą cenę – jak zawsze, kiedy odbiorca jest duży i dużo kupuje. Dopowiem, że w całym procesie negocjacji cen, wielkości transz i terminów dostaw przedstawiciel Polski miał prawo i obowiązek brać czynny udział. Czy brał – nie chciałbym powtarzać czegoś, czego sam nie wiedziałem, ale mówi się, że ta obecność była w kratkę.

To wszystko nie oznacza oczywiście raju na ziemi. Producenci widocznie uznali, że skoro mają zakontraktowane zamówienia, leki, że tak powiem „wykupione na pniu” i rządy poszczególnych państw patrzące im proszalnie w oczy, to mogą już dyktować nowe, nieuzgodnione wcześniej warunki. Zaczęli zachowywać się jak typowi monopoliści. No, ale takie próby w stosunku do 27 państw liczących 400 mln. ludzi nie mogą uchodzić bezkarnie. Komisja Europejska, monitowana przez Parlament Europejski, zwróciła się do producentów z żądaniem realizacji umów już zawartych. Rozważa się też przyjęcie w ramach regulacji gospodarczych skutecznych rozwiązań zwalczających praktyki monopolistyczne. Mamy takie możliwości.

Zaczęła się więc dosyć szczególna gra, bo zanim Unia nie uzbroi się w nowe możliwości produkcyjno-organizacyjne, dotychczasowi dostawcy mają argumenty w ręku. Mogą zmniejszać dostawy, co zawsze wywołuje krytykę, która jednak nie spada na nich, tylko na polityków. Politycy zaś mają co prawda w ręku groźby ograniczenia zakupów u wiarołomnych producentów, ale w przyszłości.

Powinniśmy więc raczej uciekać od populistycznej krytyki KE, niż ją nasilać, bo może to nie służyć naszym własnym interesom, czyli otrzymywaniu szczepionek po rozsądnej cenie i zgodnie z uzgodnioną wielkością dostaw.

Z tej sytuacji płynie oczywiście bardzo ważna nauka na przyszłość. Taka mianowicie, że nie wszystko powinno podlegać prawom rynku. Czyli liberalizm tak, ale w dziedzinach, że tak powiem „czułych społecznie” – nie. Ludzkie zdrowie jest ważniejsze niż gra rynkowa. Dlatego między innymi w ramach planu odbudowy gospodarki Unii po pandemii, chcemy przeznaczyć znaczące kwoty na rozwój i badania w dziedzinie medycyny, po to, żeby mieć własny, nakierowany na potrzeby zdrowia obywateli UE, silny europejski potencjał farmaceutyczny, łącznie z zapleczem naukowym. Nie chodzi przecież tylko o Covid, ale w ogóle o zdrowie Europejczyków. To daje szanse, żeby także nasz przemysł farmaceutyczny, a także nauka, polska medycyna, nasze ośrodki naukowe pracujące nad nowoczesnymi rozwiązaniami, spróbowały się w to włączyć. Jesteśmy społeczeństwem ludzi bardzo zdolnych, twórczych, niechże więc nas przy tym nie zabraknie. Niech te nasze talenty też będą wykorzystane i zaangażowane w najnowocześniejsze rozwiązania medyczne. Trzeba zrobić wszystko, żebyśmy jako Unia mieli przygotowany i gotowy, niekoniecznie do natychmiastowego wykorzystania w całości, potencjał farmaceutyczny. Gotowy naukowo, technologicznie i pod względem produkcyjnym do stawienia czoła wszelkim, także tym jeszcze nieznanym zagrożeniom pandemicznym. Covid udowodnił, że niebezpieczeństwo czai się za rogiem i nie widomo, kiedy może uderzyć.

Czy społeczna gospodarka rynkowa się sprawdza?

Pandemia jest niezwykle silnym szkłem powiększającym, uwypuklającym kruchość i wynaturzenia współczesnego świata, a zarazem jego bezradność w neutralizowaniu kryzysowych zagrożeń – stwierdza najnowsza analiza Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Czwarta rewolucja przemysłowa wyraża się w rozwoju sztucznej inteligencji, stanowiącej połączenie potencjału fizycznego, cyfrowego i biologicznego. Symbolem tej rewolucji jest sztuczna inteligencja, natomiast symbole trzech poprzednich to kolejno: maszyna parowa ( XVIII w.), elektryczność i żarówka (XIX/XX w.) oraz komputer (połowa XX w.). O ile pierwsza rewolucja niemal unicestwiła system manufakturowy na rzecz fabrycznego, druga spowodowała przejście od wieku pary do wieku elektryczności, trzecia skomputeryzowała świat, o tyle czwarta zmienia niemal wszystko i niemal wszędzie.
Dynamika przemian jest tak wielka, że charakteryzowane kilka dekad temu przez guru futurologii, Alvina Tofflera, w jego osławionym dziele, tj. Trzeciej fali, nowe trendy, jakie przyniosła komputeryzacja, to już historia, niemal zamierzchła przeszłość. Bardzo obrazowo wyraził to Ryszard Kapuściński, który w jednym z wywiadów stwierdził, że obecnie przeszłość nie staje się historią, lecz od razu archeologią. Współczesność zaś to nowe „fale” kształtowane właśnie przez postęp robotyzacji i sztuczną inteligencję.
Do podobnego wniosku dochodzi też futurolog Kevin Kelly. Prognozuje on, że większość technologii, które za 30 lat zdominują funkcjonowanie gospodarki i społeczeństwa, nie została jeszcze wynaleziona, zaś ok. 70 proc. dzisiejszych zawodów zostanie zastąpionych przez robotyzację. Kelly podkreśla, że w wyniku niebywałego dynamizmu przemian żyjemy w czasach „stawania się” i wszyscy stajemy się nowicjuszami. Potwierdza to, że opisywany ponad dekadę temu przez Grzegorza W. Kołodkę „wędrujący świat”, od owej wędrówki coraz wyraźniej przechodzi do galopu. To swego rodzaju galop cyfrowy.
W takich warunkach nietrudno o chaos i nieład. Dlatego tak fundamentalne znaczenie mają działania na rzecz kształtowania ustroju ładu społeczno-gospodarczego. Teoretyczne podłoże takiego ładu stanowi ordoliberalizm (ordo w łacinie i w wielu innych językach znaczy ład). Ordoliberalizm jako nurt w teorii ekonomii, którego prekursorem był niemiecki myśliciel Walter Eucken, ukształtował się w czwartej i piątej dekadzie XX wieku niejako w opozycji do neoliberalizmu.
Choć obydwa te nurty (ordo‑ i neoliberalizm) nawiązują do XVIII‑wiecznej koncepcji klasycznego, leseferystycznego liberalizmu, którego intelektualnym ojcem jest Adam Smith, to skrajnie się między sobą różnią. O ile bowiem podstawową cechą neoliberalizmu jest fundamentalizm rynkowy, tj. podporządkowywanie procesów gospodarczych i społecznych automatyzmowi wolnego rynku, przy zminimalizowaniu roli państwa, o tyle w ordoliberalizmie uznaje się potrzebę aktywności państwa, przede wszystkim w kształtowaniu i ochronie porządku rynkowego i podporządkowywaniu mechanizmu wolnego rynku celowi dobrobytu społecznego jako podstawowego zadania teorii ekonomii i polityki społeczno‑gospodarczej.
Ordoliberalizm znalazł praktyczne przełożenie na koncepcję Społecznej Gospodarki Rynkowej (SGR) – ustrojowego modelu ładu społeczno‑gospodarczego. Implementacja tej koncepcji w Niemczech zachodnich tuż po II wojnie światowej zaowocowała sukcesem na miarę historycznego cudu gospodarczego. Dziś, w świecie narastającego chaosu i niepewności, rośnie zainteresowanie tą koncepcją, mimo że nie jest ona nowa.
Nawet tak do niedawna skłaniający się do doktryny neoliberalnej Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz inne międzynarodowe instytucje, w swoich raportach i analizach poświęcają coraz więcej miejsca i uwagi społecznym aspektom w polityce społeczno‑gospodarczej, eksponując potrzebę rozwiązań ukierunkowanych na ustrój równowagi, godzący cele gospodarcze, społeczne i ekologiczne. A właśnie koncepcja SGR ma wszystkie cechy owego ustroju równowagi. Nieprzypadkowo też przyjęta została w traktatowych regulacjach Unii Europejskiej jako obowiązujący model ustroju społeczno‑gospodarczego, a niektóre kraje, w tym i Polska, nadały temu modelowi wymiar konstytucyjny. Niestety, mimo traktatowo‑konstytucyjnych regulacji, koncepcja ta i jej idee wciąż nie przekładają się w należytym stopniu na społeczno‑gospodarczą rzeczywistość.
Powstaje w związku z tym pytanie, czy i w jakim stopniu koncepcja SGR może być wciąż jeszcze użyteczna obecnie w tak złożonych, pełnych chaosu i niepewności warunkach przesilenia cywilizacyjnego?. Pytanie to stawiamy w roku 2020, który przejdzie do historii jako rok wielkiej koronawirusowej pandemii CoVID‑19. Pandemia ta w brutalny sposób obnaża głębokie dysfunkcje współczesnego świata, jego spękanie, przejawiające się m. in. w narastaniu skrajnych nierówności społecznych, asymetrii demograficznych, zaburzeń ekologiczno‑klimatycznych i innych. Tym samym pandemia jest swego rodzaju niezwykle silnym szkłem powiększającym, uwypuklającym kruchość i wynaturzenia współczesnego świata, a zarazem jego bezradność w neutralizowaniu kryzysowych zagrożeń.
Wiele wskazuje, że w takich warunkach niemal pewne jest narastanie częstotliwości kryzysów oraz występowania nowych, negatywnych, nieprzewidywalnych zjawisk, czyli słynnych talebowskich czarnych łabędzi. Co gorsza, nie brakuje dowodów, że owe metaforyczne łabędzie mutują. Pojawiają się nowe ich odmiany, w tym łabędzie zielone, przynoszące katastrofy klimatyczno‑ekologiczne, oraz łabędzie błękitne, skutkujące nieoczekiwanymi zakłóceniami występującymi w świecie cyfrowym, jak np. ataki hakerskie, fake newsy i inne. Zwiększa to ryzyko występowania głębokich kryzysów, wobec których obecny kryzys pandemiczny może okazać się jedynie, łagodną wstępną ich zapowiedzią.
Często spotykane jest stwierdzenie, że współczesny świat dosłownie „wyskoczył” z szyn dotychczasowego ładu społeczno‑gospodarczego. Inaczej mówiąc, po prostu się wykoleił. Światowa pandemia CoVID‑19 unaoczniła to w sposób nader przekonujący, jednocześnie obnażając pełne zaskoczenie i nieprzygotowanie świata na tego typu sytuacje. Wielkie obszary współczesnej gospodarki światowej znalazły się w stanie tzw. „śmierci klinicznej”, hibernacji. Nie wzięło się to jednak z niczego, symptomy tego typu zagrożeń objawiały się bowiem już znacznie wcześniej.
Filozof Peter Sloterdijk ujął sytuację świata drugiej dekady XXI wieku w formie sugestywnej metafory. To metafora pasażerskiego samolotu lecącego na wysokości 12 tys. metrów bez widoku na lądowanie. Jego pasażerowie to cała ludzkość, a wśród pasażerów są grupy gangsterów, pomiędzy którymi na pokładzie wybucha niszcząca strzelanina. Natomiast inna grupa pasażerów próbuje ratować co się jeszcze da i w czasie lotu naprawiać samolot. Jeszcze wcześniej podobny rozwój sytuacji w świecie przewidział, przynajmniej w przybliżeniu, austriacki myśliciel i laureat ekonomicznej nagrody Nobla, Friedrich August von Hayek. Ten światowej sławy teoretyk spontanicznego ładu gospodarczego stwierdził, że współczesny człowiek nie będzie już nigdy panem własnego losu, gdyż świat stał się zbyt skomplikowany i zbyt dynamiczny. Ta sformułowana w latach 90. XX wieku teza wydaje się dzisiaj przerażająco aktualna.
W ślady Hayeka poszedł wybitny niemiecki socjolog Ulrich Beck. Wskazuje on na złożoność i wielkie niewiadome, jakie cechują współczesny świat. Najważniejszą tezą Becka jest to, że procesu przemian współczesnego świata nie sposób zrozumieć, jeżeli próbuje się je interpretować w tradycyjny, dotychczas dominujący w naukach społecznych, sposób. Chodzi o ujmowanie przemian jako dokonujących się stopniowo w kolejnych dziesięcioleciach, a nawet stuleciach, w długim wymiarze historycznym. Implikuje to w zasadzie powolne, a nawet bardzo powolne tempo przemian. Także nie wnoszącym do nauki szczególnego postępu jest według Becka badanie w obecnej sytuacji przemian społecznych i gospodarczych na podstawie koncentracji tylko na wybranych odcinkach materialnej i społecznej egzystencji społeczeństw ludzkich.
Beck stwierdza, że współczesny świat i gospodarka są do objaśnienia nie poprzez badanie odcinkowych i stopniowych przemian, lecz poprzez poddanie holistycznej analizie dokonującej się w wymiarze światowym radykalnej metamorfozy społeczno‑gospodarczej. Prowadzi ona świat do zasadniczo nowej jakości, przy czym nie do końca wiadomo po co, dlaczego, dokąd i do czego. Przemiany te wymuszane są i kształtowane przede wszystkim przez rynek.
Według głównego teoretyka ordoliberalizmu, Waltera Euckena, każdy rynek nieujęty w porządkujące jego spontaniczne funkcjonowanie, instytucjonalne ramy konkurencyjnego ładu gospodarczego, zawiera w sobie immanentną tendencję do samozniszczenia. Ta sformułowana na przełomie lat 40. i 50. XX wieku kluczowa teza ordoliberalizmu znajduje w pełni potwierdzenie we współczesnej praktyce życia gospodarczego. Opanowane przez monopole i oligopole rynki medialno‑cyfrowe i finansowe zepchnęły prawdziwą konkurencję rynkową na mniej intratne marginesy życia gospodarczego. Zmonopolizowane rynki nie są już rynkami konkurencyjnymi, lecz splotem stosunków prywatnej władzy i interesów, często kooperujących dla własnych korzyści z organami władzy publicznej.
Nieuchronne są tego konsekwencje w sferze podziału dochodów. Partycypują w nich przede wszystkim (w uzasadnionym głównie aktualnym status quo stosunków władzy) właściciele, akcjonariusze, menedżerowie monopolistów i oligopolistów oraz współdziałający z nimi politycy. W większości krajów wysoko i średnio rozwiniętych występuje jednocześnie stagnacja realnych dochodów warstw średnich ludności, co idzie w parze z wysoką dynamiką dochodów grup uprzywilejowanych, dysponujących władzą gospodarczą i polityczną. Jednocześnie maleją realne dochody warstw najsłabszych ekonomicznie.
Wbrew pojawiającej się w literaturze apologetycznej teorii skapywania (trickle ‑down theory/effect) i metaforze, że każdy przypływ unosi wszystkie łodzie, co oznaczałoby, że dochody spływają z wyżyn hierarchii dochodowej na niższe szczeble drabiny społecznej, zwiększając społeczny dobrobyt, w rzeczywistości dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Praktyka dowodzi bowiem, że dochody, nie spływają w dół, lecz przeciwnie „wspinają się” nader szybko do góry, potwierdzając syndrom czterech B (bogaci bogatsi, biedni biedniejsi).
Nie jest to żadna nowość, albowiem już przed wiekami wyraził to w swej Ewangelii święty Mateusz w znanej przypowieści o talentach: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. W latach 60. ubiegłego wieku znany amerykański socjolog Robert K. Merton określił tę zasadę jako efekt św. Mateusza. Efekt ten w pełni przystaje do natury i mechanizmu wolnego rynku, który najwyżej nagradza najbogatszych i najsilniejszych.
Nierówności dochodowe i społeczne pogłębiają się zamiast maleć, nasilając napięcia i konflikty – a wskutek narastających nierówności dochodzi do koncentracji bogactwa i władzy, co kreuje zjawiska oligopolistyczne, stanowiące negacje konkurencji i wolnego rynku, prowadząc do jego erozji. Narastanie skrajnych asymetrii dochodowych traktowane jest przez wielu ekonomistów jako przejaw braku ładu społeczno‑gospodarczego. Zarazem stanowi to przestrogę, że jest to swego rodzaju przysłowiowa bomba z opóźnionym zapłonem.

Zagubieni przewodnicy

Amerykański gwóźdź do trumny liberalizmu gospodarczego?

Problem z programem liberalnej formacji w Polsce polega na tym, że został on już wcielony w życie. Tyle że wykreowana rzeczywistość nie dla każdego okazała się łaskawa.
Kapitalizm na rozdrożu
Nadwiślańscy liberałowie znaleźli się w potrzasku. Nowy przywódca PO jest daleki od naruszania prymatu własności prywatnej, będzie się troszczył o ludzi, ale tych, którzy zarabiają na programy socjalne, ominie długim łukiem kwestię progresji podatkowej. Ale to właśnie liberalizm gospodarczy, z jego ideałem przedsiębiorczości, wolnego rynku i tycim państwem odpowiada i za półperyferyjny status polskiej gospodarki, i za systemowy kryzys kapitalizmu. W Polsce dogmaty liberałów przybrały postać tzw. transformacji ustrojowej, wdrożonej pod przywództwem L. Balcerowicza – kataryniarza ortodoksji i pogromcy inflacji. W następstwie polskie społeczeństwo powróciło do tysiącletniej normalności tj. statusu półperyferii. Teraz jest montownią produktów finalnych na zagranicznych technologiach eksportowanych jako ‚’polskie”, krainą taniej pracy i dużego rynku zbytu dla zagranicy. Ursus zastąpiło Factory. Natomiast w skali globalnej neoliberalny, wyczynowy kapitalizm wdrożony przez państwo amerykańskie stanął na rozdrożu. Model biznesu napędzanego obłędem zysku dewastuje Ziemię. Ma coraz więcej plusów ujemnych. Protest społeczny będący następstwem eksplozji nierówności i niestabilności pracy, traktowanej jak każdy inny towar, zagraża nawet demokracji.
Trwa debata nad wariantem ustrojowym lepiej dostosowanym do limitów przyrodniczych i społecznych. Zainicjowała ją książka Thomasa Pikette`go „Kapitalizm XXI wieku”. Francuski ekonomista twierdzi, że stopa zwrotu z kapitału (lokat, akcji czy dywidend) jest wyższa niż tempo wzrostu gospodarczego. W rezultacie narastają dysproporcje w podziale dochodów, później majątków. Na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20 proc. całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli piędziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90 proc. całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości (s.540). Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80 proc. globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa (B. Milanović). Piketty postuluje powrót do progresji podatkowej, odbudowę przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału, społeczną kontrolę nad władzą wielkich korporacji oraz, podobnie jak Mariana Mazzucato, udział społeczeństwa w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki innowacjom powstałym w sektorze publicznym.
Wyczynowy kapitalizm
Wielkim hamulcowym kolejnej rekonfiguracji kapitalizmu jest państwo amerykańskie. Wespół w zespół politycy amerykańscy, ekonomiści katedralni i bankowi, przy wtórze medialnych trąb, wdrożyli dewastujący przyrodę i pracę model kapitalizmu. Recepturę przygotowaną przez neoklasycznych ekonomistów wdrażali sukcesywnie kolejni prezydenci: odejście w r. 1971 od systemu Bretton Woods, w konsekwencji utrata kontroli nad przepływem kapitału (R. Nixon), reformy podatkowe (R. Reagan), zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, która oddzielała bankowość handlową od inwestycyjnej (B. Clinton). Itd. Społeczeństwo amerykańskie stało się swoistym laboratorium przedsiębiorczości i wolnego rynku, empiryczną demonstracją doktryny liberalizmu gospodarczego, aktualnym przesłaniem Manifest Destiny: „życiodajnego światła prawdy” dla błądzących narodów. Wystarczy więc przyjrzeć się mu bliżej, by dojrzeć kres drogi, którą od 4. dekad kroczą liberałowie obsługujący ideologicznie i politycznie System.
Współcześni Fordowie nie budują fabryk. Dziś taśma produkcyjna okrąża glob, kontener zastąpił taśmowy przenośnik, tylko rola systemu dystrybucji jest jeszcze większa (vide Amazon). W zglobalizowanej gospodarce dominują bowiem wielkie firmy – wydmuszki. W centrali ulokowany jest sztab zarządzający i wydziały odpowiedzialne za prace badawczo-rozwojowe. Centrala tylko koordynuje oplatającą glob sieć dostawców i podwykonawców. Powstaje łańcuch produkcji, którego pierwsze ogniwo mieści się na chińskim wybrzeżu czy w Europie Centralnej. Dotyczy to produktów, które są co prawda cudem techniki jak iPhone, ale ich montażu, z części wytworzonych osobno, dokonują coraz szybciej zręczne ręce przeszkolonych mieszkańców prowincji. Fabryki czy raczej montownie, w których powstają gadżety społeczeństwa informacyjnego, są własnością lokalnych producentów, lecz ich marża jest niewielka. Do powstania takich łańcuchów produkcji i usług, konieczne były komputery, sieć telekomunikacyjna, nowoczesna logistyka, zwłaszcza konteneryzacja transportu i poszerzenie dostępu do wykwalifikowanej, a przy tym taniej, siły roboczej. System ten nadzorują jednostronne agencje wielostronne (MFW, WTO, OECD), kierowane z tylnego siedzenia przez amerykański Departament Skarbu (J. Sachs, J. Stiglitz). W ostateczności wspiera ich operator drona albo pilot F-16.
Przewagę konkurencyjną w tym Systemie daje opanowanie możliwie dużego rynku zbytu. Dlatego stają w szranki potężne globalne firmy. Powstają oligopole jak amerykańska GAFA czy chiński BATX (Baidu, Alibaba, Tencent, Xiaomi). Sprzęga się tutaj potęga własności intelektualnej patentów z zasobami finansowymi. Dzięki rencie innowacyjności, dużym obrotom, wysokim marżom, pozycji rynkowej „wiodąca” firma ma duże rezerwy płynności, ma też łatwy dostęp do kredytów bankowych, przejmuje dużą część nadwyżki wytwarzanej w globalnej gospodarce. W cenie produktu takiej firmy aż 75 proc. stanowią „aktywa niematerialne”: opłata za badania, patent, projekt, strategię marketingową, itd. Zadania te wykonuje tzw. klasa średnia, specjaliści. W ochronie własności intelektualnej państwo nie może być zawodne. To istota tzw. gospodarki opartej na wiedzy. Dzięki dominacji na rynku firma wykupuje start-upy, dokonuje fuzji i przejęć konkurentów. Wartość fuzji i przejęć na świecie przekroczyła przed kryzysem 2008 r. 4,38 bln dolarów. Na kontroli i koordynacji produkcji, a także obrotu towarami wysokiej techniki (z kilkoma wyjątkami przemysłu wydobywczego czy zbrojeniowego) polega obecnie koncentracja kapitału. Potwierdza swoją trafność charakterystyka kapitalizmu jako wielopiętrowej konstrukcji, w której toczy się „stała gra inwestowania” (F. Braudel). Na dolnych piętrach mamy głównie rodzinne bieda-biznesy w produkcji rolnej, usługach, deweloperce, w produkcji okien. Właśnie prowadzący minifirmy w liczbie ponad 2 mln. Janusze biznesu są obiektem adoracji liberałów. Górny rejestr natomiast obejmuje coraz dłuższe przestrzennie łańcuchy produkcji i wymiany, tworzone przez wielkie korporacje. Wdrażają one innowacyjne produkty oparte na osiągnięciach nauk przyrodniczych i technicznych. Przychody 500 największych megakorporacji zbliżają się do 40 proc. światowego PKB. Blisko zatem do zdobycia pakietu kontrolnego nad światową gospodarką, w konsekwencji nad państwami, finansowanymi przez nie uczelniami i przyszłością cywilizacji.
Neoliberalny Lewiatan podporządkował też naukę potrzebom korporacji. Najpierw wprowadził na uczelniach menedżerskie zarządzanie zgodnie z ideałem nadzorującego państwa, by wymuszać przejrzystość, rozliczalność, efektywność. Słowem, value for money. Stąd duża rola socjotechniki audytu i praktyk pomiaru pracy akademickiej. Krajowe biurokracje zarządzające nauką i szkolnictwem wyższym (w Polsce reforma min. Gowina) zmierzają do tego, by ukierunkować badaczy i uniwersytety na tworzenie wiedzy, którą da się utowarowić czy sprywatyzować, choć na wyższych piętrach obiegu idei i innowacji. Zarazem ci sami, którzy z brzytwą obcinają wszelkie funkcje socjalne państwa i jego regulacyjną rolę wobec gospodarki, na potęgę wciskają je, by komenderowało badaniami i edukacją. Przedsiębiorczość ma być wolna, natomiast wolność nauki to jakaś fanaberia i pasożytnictwo. Oczywiście paradoks jest pozorny: nauka ma przynosić zyski, jeśli nie z samych badań i wdrożeń, to chociaż z obrotu informacją naukową i z wyzysku uczonych jako autorów publikacji. W rezultacie stworzony w USA model badawczego uniwersytetu umożliwia przechwytywanie przez korporacje wiedzy finansowanej ze środków publicznych.
Amerykańskie laboratorium
Dla nadwiślańskich liberałów społeczeństwo amerykańskie ucieleśniło ich marzenia o wolności gospodarczej, kreatywnej przedsiębiorczości a la Jobs, Musk czy Bezos, o ograniczeniu zadań państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej. To dla nich społeczeństwo-matka. Już nie Roma causa, lecz laureaci tzw. ekonomicznego nobla, a trójnóg stoi na dziedzińcu tej czy innej uczelni Ivy League. Amerykański styl życia stał się soft-power: „kulturową bronią masowego rażenia” (A. Szahaj). Amerykanie tworzą światową popkulturę, dominują militarnie, słabną gospodarczo. Narastająca hegemonia kulturowa USA idzie w parze z erozją potęgi gospodarczej i cywilizacyjnym krachem tego modelu społeczeństwa. Po raz kolejny w dziejach potwierdza się dialektyka dekadencji: przed upadkiem rozkwit wzorców agonalnych.
Dzięki potędze militarnej i soft power hegemonii kulturowej strzegą panującego ładu światowego. Zapewnia on władzę korporacjom: ich zarządcom, właścicielom, udziałowcom, posiadaczom kapitału akcyjnego, obsługującym ich specjalistom z dziedziny finansów, prawa, marketingu i reklamy. Jest to władza nad przyrodą, pracą i życiem ludzkim, produkuje bowiem depresyjnych konformistów. W tym kraju tylko 6 grup medialnych pod kontrolą akcjonariuszy decyduje o zawartości 90 proc. tego, co ludzie, oglądają i czytają, i czego słuchają. Frustracje najlepiej leczy wielostrzałowy pistolet, który można nabyć w sklepie z szyldem „Jezus cię kocha – skup i sprzedaż broni”. Z rąk różnych frustratów wyprodukowanych przez System ginie rocznie ponad 30 tys. Amerykanów. W jarmarcznej demokracji o wyborze reprezentantów decydują pakiety akcji, a nie karta wyborcza.
W amerykańskim społeczeństwie miarą skuteczności indywidualistycznej strategii życia jest konto bankowe, które umożliwia luksusową konsumpcję, najlepiej na jachcie lub we własnym samolocie. Jak przekonuje na podstawie swych badań Arlie Russell Hochschild, mieszkańcy Głębokiego Południa, wbrew empirycznej falsyfikacji, wierzą, że „wolny rynek jest niezachwianym sojusznikiem dobrych obywateli czekających w kolejce na spełnienie amerykańskiego snu”. Na przeszkodzie stoi rząd federalny, który trzyma stronę wciskających się do kolejki cwaniaków, najczęściej o ciemnym kolorze skóry. Przegrani w wyścigu szczurów nie mają racji: około 30 milionów nieubezpieczonych, kilka bieda-prac może nie wystarczyć do przeżycia miesiąca bez wsparcia opieki społecznej. Niski stopień uzwiązkowienia i ochrony pracownika – krótkie urlopy, niskie zasiłki dla bezrobotnych, brak urlopów macierzyńskich, duże zróżnicowanie płac. Pozycja pracownika jest słaba. W czasie recesji firma redukuje koszty głównie ograniczając zatrudnienie, szybko też likwiduje deficytowe działy. Współczynnik Giniego, jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Merytokracja to absolwenci prestiżowych uczelni. By się do nich dostać, mimo systemu stypendiów i pożyczek, trzeba sobie dobrze wybrać rodzinę. Edukacja na wysokim poziomie jest kosztowna od najniższych szczebli w systemie edukacyjnym. Nic dziwnego, że stać na nią 14 razy więcej synów i córek, których rodzice plasują się w gronie 20 proc. najbogatszych, niż dzieci 20 proc. najuboższych. Dlatego w konsekwencji tylko 6 proc. urodzonych w tej grupie udaje się przebić do elity, pokazują badania Brookings Instutution (T. Zalewski, Polityka 3.04-9.04 2019).
Solą w oku jest rząd federalny i jego funkcje socjalne. Stąd brak ubezpieczeń społecznych na zasadzie solidaryzmu, prywatyzacja usług publicznych (obecnie ledwo bronią się pocztowcy z USPS). Prawie 1 proc. populacji, głównie młodych Afroamerykanów, przetrzymywana jest także w sprywatyzowanych więzieniach (czterokrotny wzrost odsetka osadzonych w omawianym okresie). To też efekt gettyzacji i niskiego poziomu szkół publicznych. Prywatyzacja obejmuje coraz więcej służb publicznych. W planach prezydenta Trumpa jest prywatyzacja autostrad, opieki medycznej dla ubogich Medicare, a także rynku federalnych pożyczek studenckich.
W gospodarce dominuje akcjonariusz i spekulant, stąd rozdęty sektor finansowy i rynek kapitałowy. W trzewiach tego Globalnego Minotaura (wedle określenia Y. Veroufakisa) dokonuje się recykling nadwyżki światowej. Obsługuje on spekulację nie tylko papierami wartościowymi, ale również ropą, żywnością, nieruchomościami komercyjnymi, przedsiębiorstwami przemysłowymi, które można kupić, sprzedać, zlikwidować – stosownie do kursów akcji i strategii biznesowej. Zysk ci wszystko wybaczy. Nawet wtłaczanie 15 milionów litrów wody na jedną operację niekonwencjonalnego szczelinowania, by wycisnąć gaz ze złoża łupkowego. Nawet jeśli społeczeństwo to konsumuje czwartą część energii produkowanej na świecie, to „amerykański styl życia jest nienegocjowalny”, jak oświadczył w Rio prezydent George Bush. Ograniczanie wolnego rynku w imię klimatu byłoby wręcz zbrodnią przeciwko najszlachetniejszej części ludzkości. Tymczasem kraje unijne zmniejszyły w latach 1990-2016 zużycie energii o 2 proc. , emisję gazów cieplarnianych o 22 proc., i jednocześnie zwiększyły swoje PKB o 54 proc. .
Naśladowany na całym świecie model biznesu stworzył Walmart. Zatrudnia 2 mln pracowników, wśród nich kasjerki, które zarabiają głodowe pensje, a ich utrzymanie biorą na siebie inni. Pracownicy giganta wielkopowierzchniowego handlu korzystają bowiem z publicznych szkół, ochrony policji, publicznych dróg, kwalifikują się do publicznych systemów opieki społecznej. Te dobra fundują im inni: do każdej nisko opłacanej kasjerki Walmartu amerykańscy podatnicy dopłacają od 3 do 6 tys. dol. rocznie.
Według Economic Policy Institute produktywność pracy w USA w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc. ale mediana zarobków tylko o 10 proc. . W USA już od 1973 produktywność i zarobki zaczynają się rozchodzić. W latach 1948-1973 wydajność pracy wzrosła o 95,7 proc. , wynagrodzenia zaś o 90,9 proc. . Ale w okresie neoliberalnej kontrrewolucji wydajność rosła nadal, choć w wolniejszym tempie, bo 77 proc. , ale płace ledwie drgnęły, gdyż zwiększyły się zaledwie o 12,4 proc. . Amerykańscy golden boys zarabiają 13 mln euro rocznie, na co składają się opcje na akcje, przydział darmowych akcji, często 3-4krotność podstawowego wynagrodzenia. Dążą oni do krótkoterminowych zysków finansowych (marked to market) zamiast tworzyć majątek trwały i miejsca pracy. W połowie lat 60. prezes korporacji zarabiał 24 razy więcej niż jego pracownik produkcyjny. Obecnie to 185 razy więcej. Dlatego bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Wiarygodne są analizy laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona zawarte w książce Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności. W 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. Połowa pracowników nie ma wystarczających dochodów, by opłacić składki emerytalne, a dwie trzecie poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Tymczasem górne 10 proc. amerykańskiego społeczeństwa rozporządzała w r. 2011 47 proc. całkowitego dochodu, ze średnią 255 tys. dolarów, podczas gdy na dolne 20 proc. przypadło 17 proc. całkowitego dochodu (s. 224). W roku 2015 górne 20 proc. osiąga przeciętny dochód 8,3 razy większy niż 20 proc. najuboższych (w Niemczech 4,4 razy większy, w Danii tylko 3,7 razy). W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. (za The World Bank, Nearly Half the World Lives on Less than $5.50 a Day, October 17, 2018, https://www.worldbank.org/en/news/press-release/2018/10/17/nearly-half-the-world-lives-on-less-than-550-a-day).
Kraj ten ma też na swoim terytorium własne raje podatkowe, w których niczym w czarnej dziurze znikają i tak już nisko opodatkowane zyski i dochody rentierskie. Jednak państwo nadal pełni ważną rolę w gospodarce. Za pomocą budżetu wojennego koryguje deficyty budżetowe między poszczególnymi stanami, lokując odpowiednio zakłady zbrojeniowe w mniej dynamicznych stanach. Dużą rolę w inicjowaniu i finansowaniu prac badawczo-rozwojowych odgrywa Pentagon i DARPA.
Co dalej
W miarę jak rosną nierówności społeczne, obniża się stopa życiowa klas pracowniczych, następuje degradacja środowiska naturalnego, słabnie nadzór nad neoliberalnym ładem amerykańskiego szeryfa – rodzi się magiczny czas, kiedy utopie stają się programami reform. Według badań Reutersa z roku 2018 70 proc. mieszkańców USA popiera wprowadzenie powszechnego systemu opieki zdrowotnej, w tym 52 proc. to wyborcy Republikanów. W przeciwieństwie do młodych Polaków, którzy pragną być przedsiębiorcami samych siebie na wolnym rynku, 51 proc. amerykańskich milenialsów (18-29 lat) jako lepszy do życia widzi socjalizm rozumiany jako demokratyczne państwo europejskie, państwo łączące efektywność gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym, jak w skandynawskim społeczeństwie troski.
Czy droga dalszej modernizacji kraju nad Wisłą ma prowadzić przez atlantyckie mgły, czy raczej przez Bałtyk. Zgodnie z prognozą Josepha Schumpetera z 1942 r. kapitalizm pogrąża jego historyczny sukces. Rozmiary aparatu wytwórczego nie mieszczą się już na jedynej planecie dostępnej na razie ludzkości. Cywilizacja przemysłowa, choć nasycona technologiami obróbki informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, sektor tzw. korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Stała gra inwestowania i konsumpcji mogłaby się toczyć bez końca, gdyby ludzkość miała do wykorzystania kilka planet. Reguły tej gry zmieniają się na naszych oczach, a tempo tych zmian będzie coraz szybsze. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3 proc. do prognozowanego 1 proc.. Zmienią się mechanizmy funkcjonowania tej gospodarki (przebudowa energetyki i transportu, nacisk na recykling minerałów, zmiana rynku pracy wraz z zastosowaniami robotyki i sztucznej inteligencji, kres koncepcji życia jaku użycia, tj. konsumpcjonizmu). Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego uspołeczniania. Liberałowie by chcieli, żeby dobra dla garstki globalizatorów i obsługujących ich specjalistów chwila (w skali historycznej) trwała wiecznie. Nie przyjmują do wiadomości, że stali się anachroniczni historycznie, ideologicznie, w konsekwencji – politycznie. Dlatego lewica powinna zmienić swój stosunek wobec amerykańskiego stabilizatora ładu, który pogrąża i przyrodę, i całą ludzkość w postępującym kryzysie pracy, jakości życia i równowagi ekosystemu. Jednak przeciwko współczesnemu Goliatowi może stanąć tylko zbiorowy Dawid (czy może raczej Roosevelt): ludzie nie obojętni w Polsce, w Europie i na innych kontynentach. Harmonijne społeczeństwo, zestrojone ze środowiskiem naturalnym, powinno być bliskie zielonym, ruchom miejskim, rozproszonym formacjom lewicowym, związkom zawodowym, ruchom dążącym do równości płci, zapewnienia kobietom praw reprodukcyjnych, ruchom LGBT, ruchom dążącym do przezwyciężenia podziałów etnicznych czy rasowych. Tylko jak objąć tę różnorodną całość wspólną świadomością i wolą? W sumie rysuje się szansa szerokiej Koalicji Republikańskiej – trzeźwych entuzjastów lepszej wspólnoty niż dżungla jednostek-przedsiębiorców samych siebie, którzy zajadle rywalizują o resztki miejsc pracy i dostęp do coraz niższej jakości usług publicznych.