Zagubieni przewodnicy

Amerykański gwóźdź do trumny liberalizmu gospodarczego?

Problem z programem liberalnej formacji w Polsce polega na tym, że został on już wcielony w życie. Tyle że wykreowana rzeczywistość nie dla każdego okazała się łaskawa.
Kapitalizm na rozdrożu
Nadwiślańscy liberałowie znaleźli się w potrzasku. Nowy przywódca PO jest daleki od naruszania prymatu własności prywatnej, będzie się troszczył o ludzi, ale tych, którzy zarabiają na programy socjalne, ominie długim łukiem kwestię progresji podatkowej. Ale to właśnie liberalizm gospodarczy, z jego ideałem przedsiębiorczości, wolnego rynku i tycim państwem odpowiada i za półperyferyjny status polskiej gospodarki, i za systemowy kryzys kapitalizmu. W Polsce dogmaty liberałów przybrały postać tzw. transformacji ustrojowej, wdrożonej pod przywództwem L. Balcerowicza – kataryniarza ortodoksji i pogromcy inflacji. W następstwie polskie społeczeństwo powróciło do tysiącletniej normalności tj. statusu półperyferii. Teraz jest montownią produktów finalnych na zagranicznych technologiach eksportowanych jako ‚’polskie”, krainą taniej pracy i dużego rynku zbytu dla zagranicy. Ursus zastąpiło Factory. Natomiast w skali globalnej neoliberalny, wyczynowy kapitalizm wdrożony przez państwo amerykańskie stanął na rozdrożu. Model biznesu napędzanego obłędem zysku dewastuje Ziemię. Ma coraz więcej plusów ujemnych. Protest społeczny będący następstwem eksplozji nierówności i niestabilności pracy, traktowanej jak każdy inny towar, zagraża nawet demokracji.
Trwa debata nad wariantem ustrojowym lepiej dostosowanym do limitów przyrodniczych i społecznych. Zainicjowała ją książka Thomasa Pikette`go „Kapitalizm XXI wieku”. Francuski ekonomista twierdzi, że stopa zwrotu z kapitału (lokat, akcji czy dywidend) jest wyższa niż tempo wzrostu gospodarczego. W rezultacie narastają dysproporcje w podziale dochodów, później majątków. Na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20 proc. całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli piędziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90 proc. całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości (s.540). Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80 proc. globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa (B. Milanović). Piketty postuluje powrót do progresji podatkowej, odbudowę przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału, społeczną kontrolę nad władzą wielkich korporacji oraz, podobnie jak Mariana Mazzucato, udział społeczeństwa w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki innowacjom powstałym w sektorze publicznym.
Wyczynowy kapitalizm
Wielkim hamulcowym kolejnej rekonfiguracji kapitalizmu jest państwo amerykańskie. Wespół w zespół politycy amerykańscy, ekonomiści katedralni i bankowi, przy wtórze medialnych trąb, wdrożyli dewastujący przyrodę i pracę model kapitalizmu. Recepturę przygotowaną przez neoklasycznych ekonomistów wdrażali sukcesywnie kolejni prezydenci: odejście w r. 1971 od systemu Bretton Woods, w konsekwencji utrata kontroli nad przepływem kapitału (R. Nixon), reformy podatkowe (R. Reagan), zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, która oddzielała bankowość handlową od inwestycyjnej (B. Clinton). Itd. Społeczeństwo amerykańskie stało się swoistym laboratorium przedsiębiorczości i wolnego rynku, empiryczną demonstracją doktryny liberalizmu gospodarczego, aktualnym przesłaniem Manifest Destiny: „życiodajnego światła prawdy” dla błądzących narodów. Wystarczy więc przyjrzeć się mu bliżej, by dojrzeć kres drogi, którą od 4. dekad kroczą liberałowie obsługujący ideologicznie i politycznie System.
Współcześni Fordowie nie budują fabryk. Dziś taśma produkcyjna okrąża glob, kontener zastąpił taśmowy przenośnik, tylko rola systemu dystrybucji jest jeszcze większa (vide Amazon). W zglobalizowanej gospodarce dominują bowiem wielkie firmy – wydmuszki. W centrali ulokowany jest sztab zarządzający i wydziały odpowiedzialne za prace badawczo-rozwojowe. Centrala tylko koordynuje oplatającą glob sieć dostawców i podwykonawców. Powstaje łańcuch produkcji, którego pierwsze ogniwo mieści się na chińskim wybrzeżu czy w Europie Centralnej. Dotyczy to produktów, które są co prawda cudem techniki jak iPhone, ale ich montażu, z części wytworzonych osobno, dokonują coraz szybciej zręczne ręce przeszkolonych mieszkańców prowincji. Fabryki czy raczej montownie, w których powstają gadżety społeczeństwa informacyjnego, są własnością lokalnych producentów, lecz ich marża jest niewielka. Do powstania takich łańcuchów produkcji i usług, konieczne były komputery, sieć telekomunikacyjna, nowoczesna logistyka, zwłaszcza konteneryzacja transportu i poszerzenie dostępu do wykwalifikowanej, a przy tym taniej, siły roboczej. System ten nadzorują jednostronne agencje wielostronne (MFW, WTO, OECD), kierowane z tylnego siedzenia przez amerykański Departament Skarbu (J. Sachs, J. Stiglitz). W ostateczności wspiera ich operator drona albo pilot F-16.
Przewagę konkurencyjną w tym Systemie daje opanowanie możliwie dużego rynku zbytu. Dlatego stają w szranki potężne globalne firmy. Powstają oligopole jak amerykańska GAFA czy chiński BATX (Baidu, Alibaba, Tencent, Xiaomi). Sprzęga się tutaj potęga własności intelektualnej patentów z zasobami finansowymi. Dzięki rencie innowacyjności, dużym obrotom, wysokim marżom, pozycji rynkowej „wiodąca” firma ma duże rezerwy płynności, ma też łatwy dostęp do kredytów bankowych, przejmuje dużą część nadwyżki wytwarzanej w globalnej gospodarce. W cenie produktu takiej firmy aż 75 proc. stanowią „aktywa niematerialne”: opłata za badania, patent, projekt, strategię marketingową, itd. Zadania te wykonuje tzw. klasa średnia, specjaliści. W ochronie własności intelektualnej państwo nie może być zawodne. To istota tzw. gospodarki opartej na wiedzy. Dzięki dominacji na rynku firma wykupuje start-upy, dokonuje fuzji i przejęć konkurentów. Wartość fuzji i przejęć na świecie przekroczyła przed kryzysem 2008 r. 4,38 bln dolarów. Na kontroli i koordynacji produkcji, a także obrotu towarami wysokiej techniki (z kilkoma wyjątkami przemysłu wydobywczego czy zbrojeniowego) polega obecnie koncentracja kapitału. Potwierdza swoją trafność charakterystyka kapitalizmu jako wielopiętrowej konstrukcji, w której toczy się „stała gra inwestowania” (F. Braudel). Na dolnych piętrach mamy głównie rodzinne bieda-biznesy w produkcji rolnej, usługach, deweloperce, w produkcji okien. Właśnie prowadzący minifirmy w liczbie ponad 2 mln. Janusze biznesu są obiektem adoracji liberałów. Górny rejestr natomiast obejmuje coraz dłuższe przestrzennie łańcuchy produkcji i wymiany, tworzone przez wielkie korporacje. Wdrażają one innowacyjne produkty oparte na osiągnięciach nauk przyrodniczych i technicznych. Przychody 500 największych megakorporacji zbliżają się do 40 proc. światowego PKB. Blisko zatem do zdobycia pakietu kontrolnego nad światową gospodarką, w konsekwencji nad państwami, finansowanymi przez nie uczelniami i przyszłością cywilizacji.
Neoliberalny Lewiatan podporządkował też naukę potrzebom korporacji. Najpierw wprowadził na uczelniach menedżerskie zarządzanie zgodnie z ideałem nadzorującego państwa, by wymuszać przejrzystość, rozliczalność, efektywność. Słowem, value for money. Stąd duża rola socjotechniki audytu i praktyk pomiaru pracy akademickiej. Krajowe biurokracje zarządzające nauką i szkolnictwem wyższym (w Polsce reforma min. Gowina) zmierzają do tego, by ukierunkować badaczy i uniwersytety na tworzenie wiedzy, którą da się utowarowić czy sprywatyzować, choć na wyższych piętrach obiegu idei i innowacji. Zarazem ci sami, którzy z brzytwą obcinają wszelkie funkcje socjalne państwa i jego regulacyjną rolę wobec gospodarki, na potęgę wciskają je, by komenderowało badaniami i edukacją. Przedsiębiorczość ma być wolna, natomiast wolność nauki to jakaś fanaberia i pasożytnictwo. Oczywiście paradoks jest pozorny: nauka ma przynosić zyski, jeśli nie z samych badań i wdrożeń, to chociaż z obrotu informacją naukową i z wyzysku uczonych jako autorów publikacji. W rezultacie stworzony w USA model badawczego uniwersytetu umożliwia przechwytywanie przez korporacje wiedzy finansowanej ze środków publicznych.
Amerykańskie laboratorium
Dla nadwiślańskich liberałów społeczeństwo amerykańskie ucieleśniło ich marzenia o wolności gospodarczej, kreatywnej przedsiębiorczości a la Jobs, Musk czy Bezos, o ograniczeniu zadań państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej. To dla nich społeczeństwo-matka. Już nie Roma causa, lecz laureaci tzw. ekonomicznego nobla, a trójnóg stoi na dziedzińcu tej czy innej uczelni Ivy League. Amerykański styl życia stał się soft-power: „kulturową bronią masowego rażenia” (A. Szahaj). Amerykanie tworzą światową popkulturę, dominują militarnie, słabną gospodarczo. Narastająca hegemonia kulturowa USA idzie w parze z erozją potęgi gospodarczej i cywilizacyjnym krachem tego modelu społeczeństwa. Po raz kolejny w dziejach potwierdza się dialektyka dekadencji: przed upadkiem rozkwit wzorców agonalnych.
Dzięki potędze militarnej i soft power hegemonii kulturowej strzegą panującego ładu światowego. Zapewnia on władzę korporacjom: ich zarządcom, właścicielom, udziałowcom, posiadaczom kapitału akcyjnego, obsługującym ich specjalistom z dziedziny finansów, prawa, marketingu i reklamy. Jest to władza nad przyrodą, pracą i życiem ludzkim, produkuje bowiem depresyjnych konformistów. W tym kraju tylko 6 grup medialnych pod kontrolą akcjonariuszy decyduje o zawartości 90 proc. tego, co ludzie, oglądają i czytają, i czego słuchają. Frustracje najlepiej leczy wielostrzałowy pistolet, który można nabyć w sklepie z szyldem „Jezus cię kocha – skup i sprzedaż broni”. Z rąk różnych frustratów wyprodukowanych przez System ginie rocznie ponad 30 tys. Amerykanów. W jarmarcznej demokracji o wyborze reprezentantów decydują pakiety akcji, a nie karta wyborcza.
W amerykańskim społeczeństwie miarą skuteczności indywidualistycznej strategii życia jest konto bankowe, które umożliwia luksusową konsumpcję, najlepiej na jachcie lub we własnym samolocie. Jak przekonuje na podstawie swych badań Arlie Russell Hochschild, mieszkańcy Głębokiego Południa, wbrew empirycznej falsyfikacji, wierzą, że „wolny rynek jest niezachwianym sojusznikiem dobrych obywateli czekających w kolejce na spełnienie amerykańskiego snu”. Na przeszkodzie stoi rząd federalny, który trzyma stronę wciskających się do kolejki cwaniaków, najczęściej o ciemnym kolorze skóry. Przegrani w wyścigu szczurów nie mają racji: około 30 milionów nieubezpieczonych, kilka bieda-prac może nie wystarczyć do przeżycia miesiąca bez wsparcia opieki społecznej. Niski stopień uzwiązkowienia i ochrony pracownika – krótkie urlopy, niskie zasiłki dla bezrobotnych, brak urlopów macierzyńskich, duże zróżnicowanie płac. Pozycja pracownika jest słaba. W czasie recesji firma redukuje koszty głównie ograniczając zatrudnienie, szybko też likwiduje deficytowe działy. Współczynnik Giniego, jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Merytokracja to absolwenci prestiżowych uczelni. By się do nich dostać, mimo systemu stypendiów i pożyczek, trzeba sobie dobrze wybrać rodzinę. Edukacja na wysokim poziomie jest kosztowna od najniższych szczebli w systemie edukacyjnym. Nic dziwnego, że stać na nią 14 razy więcej synów i córek, których rodzice plasują się w gronie 20 proc. najbogatszych, niż dzieci 20 proc. najuboższych. Dlatego w konsekwencji tylko 6 proc. urodzonych w tej grupie udaje się przebić do elity, pokazują badania Brookings Instutution (T. Zalewski, Polityka 3.04-9.04 2019).
Solą w oku jest rząd federalny i jego funkcje socjalne. Stąd brak ubezpieczeń społecznych na zasadzie solidaryzmu, prywatyzacja usług publicznych (obecnie ledwo bronią się pocztowcy z USPS). Prawie 1 proc. populacji, głównie młodych Afroamerykanów, przetrzymywana jest także w sprywatyzowanych więzieniach (czterokrotny wzrost odsetka osadzonych w omawianym okresie). To też efekt gettyzacji i niskiego poziomu szkół publicznych. Prywatyzacja obejmuje coraz więcej służb publicznych. W planach prezydenta Trumpa jest prywatyzacja autostrad, opieki medycznej dla ubogich Medicare, a także rynku federalnych pożyczek studenckich.
W gospodarce dominuje akcjonariusz i spekulant, stąd rozdęty sektor finansowy i rynek kapitałowy. W trzewiach tego Globalnego Minotaura (wedle określenia Y. Veroufakisa) dokonuje się recykling nadwyżki światowej. Obsługuje on spekulację nie tylko papierami wartościowymi, ale również ropą, żywnością, nieruchomościami komercyjnymi, przedsiębiorstwami przemysłowymi, które można kupić, sprzedać, zlikwidować – stosownie do kursów akcji i strategii biznesowej. Zysk ci wszystko wybaczy. Nawet wtłaczanie 15 milionów litrów wody na jedną operację niekonwencjonalnego szczelinowania, by wycisnąć gaz ze złoża łupkowego. Nawet jeśli społeczeństwo to konsumuje czwartą część energii produkowanej na świecie, to „amerykański styl życia jest nienegocjowalny”, jak oświadczył w Rio prezydent George Bush. Ograniczanie wolnego rynku w imię klimatu byłoby wręcz zbrodnią przeciwko najszlachetniejszej części ludzkości. Tymczasem kraje unijne zmniejszyły w latach 1990-2016 zużycie energii o 2 proc. , emisję gazów cieplarnianych o 22 proc., i jednocześnie zwiększyły swoje PKB o 54 proc. .
Naśladowany na całym świecie model biznesu stworzył Walmart. Zatrudnia 2 mln pracowników, wśród nich kasjerki, które zarabiają głodowe pensje, a ich utrzymanie biorą na siebie inni. Pracownicy giganta wielkopowierzchniowego handlu korzystają bowiem z publicznych szkół, ochrony policji, publicznych dróg, kwalifikują się do publicznych systemów opieki społecznej. Te dobra fundują im inni: do każdej nisko opłacanej kasjerki Walmartu amerykańscy podatnicy dopłacają od 3 do 6 tys. dol. rocznie.
Według Economic Policy Institute produktywność pracy w USA w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc. ale mediana zarobków tylko o 10 proc. . W USA już od 1973 produktywność i zarobki zaczynają się rozchodzić. W latach 1948-1973 wydajność pracy wzrosła o 95,7 proc. , wynagrodzenia zaś o 90,9 proc. . Ale w okresie neoliberalnej kontrrewolucji wydajność rosła nadal, choć w wolniejszym tempie, bo 77 proc. , ale płace ledwie drgnęły, gdyż zwiększyły się zaledwie o 12,4 proc. . Amerykańscy golden boys zarabiają 13 mln euro rocznie, na co składają się opcje na akcje, przydział darmowych akcji, często 3-4krotność podstawowego wynagrodzenia. Dążą oni do krótkoterminowych zysków finansowych (marked to market) zamiast tworzyć majątek trwały i miejsca pracy. W połowie lat 60. prezes korporacji zarabiał 24 razy więcej niż jego pracownik produkcyjny. Obecnie to 185 razy więcej. Dlatego bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Wiarygodne są analizy laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona zawarte w książce Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności. W 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. Połowa pracowników nie ma wystarczających dochodów, by opłacić składki emerytalne, a dwie trzecie poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Tymczasem górne 10 proc. amerykańskiego społeczeństwa rozporządzała w r. 2011 47 proc. całkowitego dochodu, ze średnią 255 tys. dolarów, podczas gdy na dolne 20 proc. przypadło 17 proc. całkowitego dochodu (s. 224). W roku 2015 górne 20 proc. osiąga przeciętny dochód 8,3 razy większy niż 20 proc. najuboższych (w Niemczech 4,4 razy większy, w Danii tylko 3,7 razy). W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. (za The World Bank, Nearly Half the World Lives on Less than $5.50 a Day, October 17, 2018, https://www.worldbank.org/en/news/press-release/2018/10/17/nearly-half-the-world-lives-on-less-than-550-a-day).
Kraj ten ma też na swoim terytorium własne raje podatkowe, w których niczym w czarnej dziurze znikają i tak już nisko opodatkowane zyski i dochody rentierskie. Jednak państwo nadal pełni ważną rolę w gospodarce. Za pomocą budżetu wojennego koryguje deficyty budżetowe między poszczególnymi stanami, lokując odpowiednio zakłady zbrojeniowe w mniej dynamicznych stanach. Dużą rolę w inicjowaniu i finansowaniu prac badawczo-rozwojowych odgrywa Pentagon i DARPA.
Co dalej
W miarę jak rosną nierówności społeczne, obniża się stopa życiowa klas pracowniczych, następuje degradacja środowiska naturalnego, słabnie nadzór nad neoliberalnym ładem amerykańskiego szeryfa – rodzi się magiczny czas, kiedy utopie stają się programami reform. Według badań Reutersa z roku 2018 70 proc. mieszkańców USA popiera wprowadzenie powszechnego systemu opieki zdrowotnej, w tym 52 proc. to wyborcy Republikanów. W przeciwieństwie do młodych Polaków, którzy pragną być przedsiębiorcami samych siebie na wolnym rynku, 51 proc. amerykańskich milenialsów (18-29 lat) jako lepszy do życia widzi socjalizm rozumiany jako demokratyczne państwo europejskie, państwo łączące efektywność gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym, jak w skandynawskim społeczeństwie troski.
Czy droga dalszej modernizacji kraju nad Wisłą ma prowadzić przez atlantyckie mgły, czy raczej przez Bałtyk. Zgodnie z prognozą Josepha Schumpetera z 1942 r. kapitalizm pogrąża jego historyczny sukces. Rozmiary aparatu wytwórczego nie mieszczą się już na jedynej planecie dostępnej na razie ludzkości. Cywilizacja przemysłowa, choć nasycona technologiami obróbki informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, sektor tzw. korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Stała gra inwestowania i konsumpcji mogłaby się toczyć bez końca, gdyby ludzkość miała do wykorzystania kilka planet. Reguły tej gry zmieniają się na naszych oczach, a tempo tych zmian będzie coraz szybsze. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3 proc. do prognozowanego 1 proc.. Zmienią się mechanizmy funkcjonowania tej gospodarki (przebudowa energetyki i transportu, nacisk na recykling minerałów, zmiana rynku pracy wraz z zastosowaniami robotyki i sztucznej inteligencji, kres koncepcji życia jaku użycia, tj. konsumpcjonizmu). Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego uspołeczniania. Liberałowie by chcieli, żeby dobra dla garstki globalizatorów i obsługujących ich specjalistów chwila (w skali historycznej) trwała wiecznie. Nie przyjmują do wiadomości, że stali się anachroniczni historycznie, ideologicznie, w konsekwencji – politycznie. Dlatego lewica powinna zmienić swój stosunek wobec amerykańskiego stabilizatora ładu, który pogrąża i przyrodę, i całą ludzkość w postępującym kryzysie pracy, jakości życia i równowagi ekosystemu. Jednak przeciwko współczesnemu Goliatowi może stanąć tylko zbiorowy Dawid (czy może raczej Roosevelt): ludzie nie obojętni w Polsce, w Europie i na innych kontynentach. Harmonijne społeczeństwo, zestrojone ze środowiskiem naturalnym, powinno być bliskie zielonym, ruchom miejskim, rozproszonym formacjom lewicowym, związkom zawodowym, ruchom dążącym do równości płci, zapewnienia kobietom praw reprodukcyjnych, ruchom LGBT, ruchom dążącym do przezwyciężenia podziałów etnicznych czy rasowych. Tylko jak objąć tę różnorodną całość wspólną świadomością i wolą? W sumie rysuje się szansa szerokiej Koalicji Republikańskiej – trzeźwych entuzjastów lepszej wspólnoty niż dżungla jednostek-przedsiębiorców samych siebie, którzy zajadle rywalizują o resztki miejsc pracy i dostęp do coraz niższej jakości usług publicznych.

Wolny rynek to nie panaceum

Jest sporo racji w opiniach mądrych ekonomistów, iż należy zdusić hydrę neoliberalizmu.

Prof. Leszek Balcerowicz przygotował wystąpienie z okazji trzydziestolecia zapoczątkowania przemian gospodarczych w Polsce.
Nie zrobił w nim jednak rachunku sumienia za okres swej pracy na stanowiskach wicepremiera i ministra finansów. Nie odniósł się też do poważnych zarzutów, jakie wielokrotnie stawiano wobec planu sygnowanego jego nazwiskiem.
Zamiast tego występuje jako gorący obrońca liberalizmu – nie tylko gospodarczego – a przy okazji reprezentuje oryginalne, ahistoryczne podejście do biegu dziejów.
Stwierdza bowiem: „Nie wszystko, co się zdarzyło, musiało się zdarzyć. Dla przykładu: I wojna światowa wybuchła, choć nie musiała wybuchnąć. Bolszewicy nie musieli wygrać w Rosji, ale wygrali”.
Cóż, w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Wprawdzie niemal zawsze na świecie bywa tak, że pewne rzeczy się zdarzają, choć mogłyby się nie zdarzyć, gdyby coś tam – ale chodzi właśnie o to „gdyby”.
Naukowe i jedynie racjonalne podejście opiera się więc na przeświadczeniu, że jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Inne myślenie oznacza wpłynięcie na nieograniczony ocean jałowego gdybania. Wydaje się, że autor powinien to rozumieć, skoro jak sam o sobie mówi, jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii.

Gdy źli mają fart

Zaskakujące jest też podejście Leszka Balcerowicza do marksizmu, o którym to światopoglądzie pisze: „W XIX wieku modne były pseudonaukowe doktryny na czele z marksizmem, które miały determinować bieg i zakręty historii”.
Łatwo zauważyć, że w tym jednym krótkim zdaniu jest generalna sprzeczność wewnętrzna, która nie przystoi byłemu wykładowcy Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Rzadko się bowiem zdarza, by jakaś doktryna, aż tak jak właśnie marksizm zdeterminowała bieg i zakręty historii.
Trudno natomiast zaprzeczyć poglądowi Leszka Balcerowicza, wedle którego, z tego, że zdarzyły się różne złe rzeczy, wynika iż dobre rzeczy – również w sprawach ustrojowych – nie obronią się same. Prawda, że dobre konstytucje, takie, które zawierają podstawowe wolności, muszą być bronione przez zwolenników wolności. Gdy zaś dostrzega się niebezpieczeństwo, o którym wiemy, że może narastać, to jedyną dobrą odpowiedzią jest jeszcze szybciej narastający opór.
Najgorzej jest wtedy, gdy źli ludzie mają fart – stwierdza słusznie autor. W historii zdarza się, że do władzy dochodzą – niekiedy po wolnych wyborach – ludzie bez moralnych zahamowań. Ale oni ustępują przed obywatelską presją, jeżeli tylko jest wystarczająco silna, a jeśli nie ustępują, to zwykle dlatego, że presja była zbyt słaba.

Władza i wola

Definiując klasyczny liberalizm, Balcerowicz pisze, że jego pierwszym, i to fundamentalnie ważnym składnikiem jest ograniczenie władzy politycznej tam, gdzie jej rozrost jest szczególnie niebezpieczny dla ludzi: czyli w stanowieniu i egzekwowaniu prawa.
To także słuszny pogląd, choć w czasach gdy kierował on polską gospodarką, właśnie władza – i wola polityczna – miały decydujący wpływ na przyjęcie również i szkodliwych przepisów prawnych, które doprowadziły do upadku znacznej części polskiej gospodarki.
Mówił o tym choćby nieżyjący już prof. Zdzisław Sadowski, który oceniając kluczowe aspekty „planu Balcerowicza” stwierdził: „Z punktu widzenia potrzeb rozwoju był to wielki błąd, natomiast z punktu widzenia sytuacji politycznej – żaden inny program nie miał poparcia politycznego, nie mógłby więc zostać zrealizowany. W praktyce realizacyjnej nie można bowiem abstrahować od polityki. Poparcie polityczne jest zupełnie zasadniczą sprawą dla możliwości realizacji programu ekonomicznego. A poparcie takie miał tylko program Balcerowicza”.
Dlatego z uznaniem należy powitać, gdy dziś Leszek Balcerowicz pisze: „Pragnę zwrócić uwagę na ogromne znaczenie silnego i rozumnego ograniczenia władzy politycznej”. Dobrze, że poniewczasie to zrozumiał.
Chwaląc liberalizm ekonomiczny, Balcerowicz zauważa: „Największe załamania gospodarki (czyli kryzysy) wynikały z absurdalnych decyzji despotów. Te załamania często przypisuje się rynkowi, pomijając fakt, że największe załamania gospodarki miały miejsce w gospodarce nierynkowej, na skutek polityki dyktatorów”.
Można oczywiście dyskutować, czy jakieś absurdalne decyzje despotów doprowadziły kiedykolwiek do większego kryzysu niż ten w latach 1929 – 1933, który zaczął się w kraju gospodarki wolnorynkowej i objął niemal cały świat z wyjatkiem rządzonego dyktatorsko ZSRR (inna sprawa, że gospodarka tego państwa funkcjonowała tak źle, iż trudno, aby jakiś kryzys mógł jej dodatkowo zaszkodzić).
Nie ulega natomiast wątpliwości, że w gospodarce wolnorynkowej kryzysy bardzo łatwo ogarniają cały świat – podczas gdy w nierynkowej dyktaturze ograniczają się tylko do terenu objętego władzą dyktatora.

Socjalizm rozumiany wulgarnie

Nietrudno zgodzić się z Leszkiem Balcerowiczem, gdy stwierdza: „Każdy kraj bez wolności gospodarczej jest skazany na zacofanie w stosunku do innych, które miały ustrój rynkowy. Od tego nie ma żadnego wyjątku. A im większy zamach na wolność gospodarczą, tym gorsze są na dłuższą metę jego rezultaty”. Trudniej zaakceptować jego, mówiąc delikatnie, niezbyt wnikliwe rozumienie istoty ustrojów politycznych dzisiejszego świata.
Będąc absolutnym zwolennikiem liberalizmu, Leszek Balcerowicz objawia się równocześnie jako nieprzejednany przeciwnik socjalizmu. Jak pisze, socjalizm polega na zniesieniu wolności gospodarczej – i w konsekwencji wszystkich linii wolności i rządów prawa. Aby utrzymać socjalizm, trzeba ludzi zastraszyć. Przykładem państwa socjalistycznego jest dla niego Korea Północna, zaś socjalizm to „zastąpienie własności prywatnej monopolem państwowym, a rynku nakazami i przydziałami”.
Nie wchodząc w dłuższą dyskusję z tą sprzeczną z rzeczywistością tezą, wypada tylko zauważyć, że nawet Leszkowi Balcerowiczowi trudno byłoby znaleźć jakiś kraj świata, w którym własność prywatna zostałaby zastąpiona monopolem własności państwowej. I na pewno nie jest to immanentną cechą socjalizmu, tak jak i zniesienie wolności.
Przeciwnie, to właśnie dzięki socjalizmowi można realizować wolności i prawa, które choć są formalnie obecne w kapitaliźmie, w praktyce niekiedy okazują się niemożliwe do osiągnięcia.
Według Balcerowicza „socjalizm pozbawia szans, w jakimś sensie dyskryminuje ludzi o talentach przedsiębiorczych i predyspozycjach przedsiębiorczych”. Tymczasem empiria, na której podobno stara się opierać, mówi coś zupełnie innego.
W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie, czego przykładem może być Polska (ale przecież nie tylko). To bowiem dzięki socjalizmowi doszło u nas do bezprzykładnego awansu edukacyjnego i społecznego grup, które w kapitalistycznej Polsce nie miały na to szans. I ujawniły się wśród nich również i liczne talenty przedsiębiorcze.
Także dzięki socjalizmowi mogła nastąpić realizacja, zapewne obcej prof. Balcerowiczowi, idei sprawiedliwości społecznej – na co nie ma szans w rozmaitych, istniejących w dzisiejszym świecie dyktaturach kapitalistycznych. Może dlatego marzenie o ustroju socjalistycznym wciąż jest – i zapewne zawsze pozostanie – żywe we współczesnym świecie.

W kapitalistycznych dyktaturach

Na koniec, trzeba się zgodzić z autorem, gdy wspomina o bardzo niebezpiecznych przypadkach ataku na liberalną demokrację. Chodzi mu o sytuacje, gdy po wolnych wyborach dochodzi do głosu partia, która nie traktuje siebie jako lokatora w państwie, ale jako jego właściciela.
„Najgorszym elementem takiego dążenia jest próba przejęcia aparatu wymiaru sprawiedliwości (policji, prokuratury, sądów), bo jeżeli będzie przejęty, to przestaje oczywiście być aparatem sprawiedliwości, tylko staje się aparatem bezprawia. Nie ma żadnej trwałej demokracji z upartyjnionym wymiarem sprawiedliwości. Wszystkie dyktatury opanowywały wymiar sprawiedliwości” – pisze słusznie Balcerowicz.
I zapewne dobrze by zrobił, gdyby zastanowił się, w ilu dyktaturach kapitalistycznych mamy dziś do czynienia właśnie z takim atakiem na demokrację.

Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Neoliberalizm i socjalszowinizm

Tuż przed ciszą wyborczą na lewicowo-liberalnym portalu Krytyka Polityczna pojawił się tekst Magdaleny Okraski „Mam lewicowe poglądy. W niedzielę zagłosuję na PiS”. Autorka deklaruje się jako marksistka, która „potrafi powiedzieć, że socjaldemokracja to zaledwie korekta kapitalizmu”. A jednak chciała poprzeć (poparła?) ludzi, którzy na słowo „marksizm” dostają szału i niszczą wszystko, co się z nim kojarzy, z dużo większą intensywnością niż „liberalni” poprzednicy.

Popieranie PiS-u przez część lewicy to ostateczne stadium degeneracji myślenia reformistycznego (przynajmniej mam nadzieję, że niżej upaść nie można). Konserwatywna polityka socjalna nie wpisuje się nawet w socjaldemokratyczną redukcję nierówności społecznych. To zwykłe utwierdzanie neoliberalno-monopolistycznego kapitalizmu.

 Na szaro

Autorka tekstu przekonuje, że sytuacja pracowników w Polsce pod rządami PiS się poprawiła. Przytacza swoją historię: „Pracowałam na czarno, zarabiałam 1100 zł, a 600 zł płaciłam za wynajęcie pokoju, i to nie kilkanaście, lecz kilka lat temu. Bo pierwszą umowę o pracę (kwota na rękę 1298 zł) trzymałam w dłoniach w 2015 r., mając 34 lata”. Trudno zaprzeczać – świadectwo to niewesołe, wręcz dramatyczne i wiem, że nie odosobnione. Niemniej prawdą jest i to, że wiele osób dziś pracuje na czarno np. po to, by dostać świadczenie 500+. Znam też samotnie wychowującą dziecko matkę, która straciła to świadczenie po tym, jak poszła do pracy. Tak, płace wzrosły, ale śmieciowe zatrudnienie pozostało. Magdalena Okraska dostała w 2015 r. swoją pierwszą umowę o pracę. Ja pracowałem na umowach zlecenie już po tym, gdy Polska „powstała z kolan”. Kiedy prosiłem o umowę o pracę, zostałem zwolniony. Takie rzeczy dzieją się w publicznych instytucjach.

Państwo to PiS

Co na to państwo PiS-u? Skoro już przytaczamy dowody z własnego życia… Jako goniec z firmy zewnętrznej obsługiwałem oddział kardiologii. Jakiś czas po zwolnieniu zobaczyłem baner kandydata PiS, którym okazał się znany kardiolog z tego samego oddziału. Nie pamiętam, by wspierał pracowników z firm zewnętrznych (ani on, ani reszta personelu medycznego), chociaż jego partia tak chętnie deklaruje, że chce, by wszystkim Polakom żyło się dostatnio, że będzie redukować nierówności itp. Warunki pracy personelu zewnętrznego i za PiS-u, i za PO były katastrofalne. Nawet, kiedy cena „siły roboczej” poszła w górę.

Eksmisja+

„PiS nie rozwiązał wszystkich problemów pracowników, a w niektórych obszarach spiętrzył nowe (by wymienić chociażby nauczycieli czy pielęgniarki)” – przyznaje Okraska. Następnie jednak chwali polityków konserwatywnej prawicy za to, że „po prostu przyszli i zrobili to, co zapowiadali”, co miało zapewnić im trwałe poparcie. Przypomnę może, czego – oprócz obiecanej walki ze „śmieciówkami” – PiS jednak nie zrobił. Czy ktoś jeszcze pamięta takie postulaty jak opodatkowanie banków i „sklepów wielkopowierzchniowych”, hasła zahaczające wręcz o alterglobalizm? Jeszcze w 2015 narzekano na rządy PO-PSL, że przyczyniają się do wycinania drobnych przedsiębiorców, czyli podatników – dziś PiS nie ma problemu, by przyznawać ulgi podatkowe amerykańskim korporacjom. Można wręcz mówić o umacnianiu kapitalizmu monopolistycznego. Nie rozwiązano problemu mieszkaniowego – ceny idą w górę, deweloperzy zyskali więcej praw za sprawą programu Eksmisja+. Sytuacja lokatorów jest coraz gorsza. Gdzie dokręcanie śruby banksterom, które obiecywał Andrzej Duda? Jednocześnie zmniejszono dotację dla Państwowej Inspekcji Pracy. Czasem myślę, czy nie lepiej byłoby skończyć z tą fikcją i zlikwidować PIP, który i tak nie wiele może zdziałać? Taka polityka nie broni się nawet z perspektywy liberalno-reformistycznego trade-unionizmu czy bernsteinizmu.

Lewicowy neoliberalizm

Autorka rozlicza także, słusznie, neoliberalizm SLD sprzed lat. Tym bardziej dziwi mnie, dlaczego nie jest tak samo skłonna punktować neoliberalizmu ludzi z PiS i ich wcześniejszych działań, np. nawoływań do prywatyzacji ze strony samego Kaczyńskiego. Bo Kaczyński chwalił się później, że czytał Piketty’ego? Przecież PiS nie zaprowadził żadnej „rewolucji fiskalnej”, postulowanej przez autora „Kapitału w XXI wieku”. Bo 500+? Tak, świadczenie to podważyło neoliberalną ortodoksję i wspak-dyscyplinę budżetową. Zamknęło usta korwinistom i innym rynkowym fanatykom, przynajmniej na jakiś czas. Pobudziło konsumpcję i zredukowało zadłużanie się przez lichwę gospodarstw domowych. Przyczyniło się do wzrostu płac, zarazem jednak okazało się sprzyjać wzrostowi cen. Z pewnością nie mogło odegrać znaczącej roli w sprawach zasadniczych: nierówności społeczne trwają, państwo z tektury nie zmieniło swojego prowizorycznego charakteru. To, że polityka socjalna PiS wygląda korzystnie na tle innych rządów świadczy głównie o tym, jak beznadziejne były w tych sprawach inne rządy.

Straszak

PiS wygrywa właśnie z tego powodu, a nie dlatego, że realizowało swoje obietnice od A do Z. Ma idealny straszak: powrót „liberałów” do władzy. Polityka PO upłynęła pod znakiem prywatyzacji i powszechnej nędzy, PiS zdołał się przedstawić jako antidotum na ten neoliberalizm i nadal udaje mu się sprzedawać taki wizerunek, chociaż argumentów podważających tę wizję przybywa z każdym dniem. Przypomnę jeszcze jedną historię: gdy neoliberalne PO postanowiło ratować ZUS likwidacją OFE, PiS nazwało to posunięcie „kradzieżą”, też w duchu neoliberalnym, bo przecież nie socjaldemokratycznym. Po zdobyciu władzy PiS uratowało prywatne emerytury.

Filantropia z budżetu

500+ i tym podobne formy filantropii państwowej to polityka spod znaku „damy wam pieniądze, tylko nie narzekajcie!”. Nie narzekajcie na kulawe instytucje publiczne, na brak pieniędzy na leczenie, na brak publicznych żłobków, które przecież są „reliktem komunizmu” jak stwierdził zmarły niedawno „miłośnik przyrody”, minister Szyszko. Nie widzę powodów, by bronić tego programu jak niepodległości: spełnił istotne potrzeby społeczeństwa i rozbudził jego aspiracje, ale w historycznej perspektywie może się też okazać, że nadał neoliberalizmowi „ludowy” charakter i przyczynić się do jego konserwacji. Podwyższenie świadczenia rodzinnego czy lepsze dofinansowanie instytucji publicznych nie dałoby tego efektu propagandowego.

„Wolny port”

Nie chcę nazywać PiS-u faszystami, bo pojęcie to jest dziś wręcz nadużywane i niewiele już wyjaśnia. A jednak… „Chcemy zrobić z Włoch wolny port dla międzynarodowego kapitału” – mawiał minister finansów faszystowskich Włoch, De Stefani. Nie przypomina to tekstów premiera Morawieckiego o specjalnej strefie ekonomicznej obejmującej całą Polskę? Po okresie liberalizacji gospodarki, faszystowskie Włochy tworzyły państwo socjalne, rzucając deskę ratunku kapitalizmowi, którego niesprawiedliwość budziła w całej Europie coraz większy sprzeciw. Polityka socjalna miała charakter prorodzinny i pronatalistyczny. Aby zwalczać we Włoszech nędzę, faszyści postawili na politykę kolonialną i militarystyczną. Obecna Polska to „wolny port” dla wojsk NATO i na zbrojenia nie szczędzi środków. Jak więc należy nazwać „marksistów” i socjaldemokratów ochoczo popierających PiS? Socjalszowinistami?

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.

Myślenie w rozsypce

Nie wiedzieć czemu zdumiewa mnie, a przecież mogłem się już przez tyle lat przyzwyczaić,
głębia myśli niektórych publicystów, mieszcząca się na herbacianej łyżeczce.

Dominika Wielowieyska zaniepokojona do głębi stanem naszej lewicy, twierdzi, że jest ona w rozsypce („GW”, 23.04.2019) ponieważ „Strajk nauczycieli obnażył polityczną słabość i indolencję partii lewicowych, które nie potrafią wystąpić wspólnie z wyrazistym przekazem do swoich potencjalnych zwolenników”. Gros dalszych rozważań dotyczy partii Razem Adriana Zandberga i Wiosny Roberta Biedronia, przewija się Barbara Nowacka i Piotr Ikonowicz. Niejako usprawiedliwiając się autorka stwierdza: „Pomijam SLD, bo bardziej pasuje do Koalicji Europejskiej niż do formacji, której jedną z cech rozpoznawczych byłaby ostra krytyka wszystkich poprzednich rządów III RP”.
I mamy oto, jak na dłoni, najlepszy przykład klasycznego matactwa p. Wielowieyskiej i obłudy tytułu, uprawianych zresztą od lat w stosunku do Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jest kłamstwem,

że SLD nie był, bądź nie jest, krytyczny w stosunku do minionych rządów III RP, co nota bene spotykało się wielokrotnie z ostrą ripostą postsolidarnościowych środowisk politycznych. SLD potrafił być nawet krytyczny w stosunku do czasów, gdy sam sprawował władzę, co owocowało bardzo ostrymi wewnętrznymi sporami, zmianami kadrowym i wielokrotnym posypywaniu głowy popiołem.

Nie jest prawdą,

że SLD „rwał się” w szeregi Koalicji Europejskiej – było wręcz odwrotnie, bowiem często był upominany i Włodzimierz Czarzasty, i cala partia, że mają opory, właśnie z uwagi na krytyczną ocenę minionych rządów, i jeszcze do niej nie przystąpili. Dopiero pod wpływem rozlicznych nacisków, także ze strony historycznych już lewicowych liderów, ale również w obliczu zagrożenia naszej europejskiej przynależności ze strony PiS, Sojusz wszedł do KE, z wieloma zresztą zastrzeżeniami.

Tak więc ocena SLD,

jakby nie postąpił, zawsze jest negatywna ze strony gremiów „GW”, co w swej intelektualnej głębi godnie odpowiada powiedzeniu zrozpaczonej Solejukowej z serialu „Ranczo”: „Jak się nie odwrócę to d… zawsze z tyłu”.
Serdeczność autorki wobec SLD
wyraża również ten fragment tekstu: „Razem przejęło starą nazwę aliansu, w którym niegdyś prym wiodło SLD. I wyborcy być może wciąż myślą, że to partia Włodzimierza Czarzastego. Ciekawe, czy wynik 4 proc. się utrzyma, bo może wyborcy zorientują się, że Lewica Razem to jednak nie SLD”.
Warto nadto przypomnieć
p. Wielowieyskiej, że lewicowość partii nie jest zależna od uczestnictwa w takiej czy innej koalicji, ale zupełnie od czegoś innego. Również nie podlega koncesjonowanej kreacji polskich lewicowych partii w wykonaniu „GW”.
A wracając do początku cytowanego tekstu, to strajk nauczycieli miał tylko pośrednio charakter polityczny, uczestniczyli w nim także ludzie bardzo dalecy od lewicy, a wg przedstawionego rozumowania, obnażył on słabość również Platformy Obywatelskiej.

Myślenie ad absurdum

Z kopcącym ogarkiem, a nie z kagankiem oświaty podążają do bezrozumnego ludu słowa Cezarego Michalskiego pt. „Dlaczego lud przestał być rozumny”, w „Newsweeku” (23.04.2019), diagnozujące, że „Bez odbudowy publicznej edukacji i liberalnych mediów nasza demokracja nie ma szans na przeżycie”.
Rozważania na temat stanu polskiej demokracji nie są nowe acz jednocześnie bardzo spóźnione, bo toczyć się zaczęły dopiero po pierwszych doświadczeniach aktualnych rządów PiS. Przyczyn choroby poszukuje wielu, ostatnio na łamach internetowej „Kultury Liberalnej” (9.04.2019) , pod hasłem „Czas na radykalną reformę demokracji” ukazały się wywiad z Oliverem Bulloughem, autorem książki „Moneyland”: Bogactwo? To władza bez odpowiedzialności, a także rozmowa z Yaschą Mounkiem: Płacimy za błędy elit.

„Moneyland to wróg demokracji.

Istotą demokracji jest zasada mówiąca, że w procesie politycznym każdy jest traktowany tak samo. Dzięki Moneylandowi bogaci mogą wyłączyć się z zasad demokracji i nie muszą już słuchać tego, czego chcą inni ludzie. Jeśli jesteś bogaty, masz władzę, ale znika odpowiedzialność….Moneyland jest wrogiem każdego typu demokracji. Nie ma znaczenia, kto rządzi i jakie prawa wprowadzi, bo jeżeli jesteś wystarczająco bogaty, to i tak cię nie dotyczy.”
„Elity polityczne popełniły poważne błędy.
Wiele osób próbowało sprawić, by system polityczny stał się bardziej demokratyczny. Wiele osób próbowało także przełożyć popularne postulaty na działania rządu. Ale znaczna część elit myślała o swojej roli w kategoriach grupy, która powinna opierać się rzekomo irracjonalnym żądaniom opinii publicznej. To był po prostu błędny sposób postrzegania roli elit w demokracji.”
„Dawny system demokracji solidarnościowej
przekształcił się w demokrację uprzywilejującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowanie polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych” – pisał także, w połowie ubiegłego roku, Marek Beylin.

W porównaniu

do przytoczonych powyżej myśli diagnoza Michalskiego to opis skutków, a nie przyczyn ciężkiej i zaraźliwej choroby demokracji, nadto proponowane lekarstwa są nieskuteczne w jej aktualnym, krytycznym stanie, bowiem i one zostały zainfekowane, i to już stosunkowo dawno.
Autor unikając poszukiwania przyczyn stanu tej polskiej ułomności, przytacza różne przykłady z czasów narodzin liberalizmu, także casusy z odmiennych stron świata, nie rozumiejąc, że aktualny etap rozwoju kapitalizmu, wraz z jego globalizacją, niesie w sobie wszechogarniającą władzę kapitału, także nad całym życiem społecznym obywateli, a więc również nad dotąd, lepiej lub gorzej funkcjonującą demokracją, którą uważano powszechnie, pomimo jej rozlicznych wad, za najlepszy ustrój.

Mówiąc o zblatowaniu prasy

zapomina Michalski, że nastąpiło to nie wczoraj, ani nawet kilka lat temu, bowiem już w 1880 r. John Swinton, szkocko-amerykański dziennikarz i wydawca, w czasie jednego z bankietów, kiedy zaproponowano wzniesienie toastu za niezależną prasę, nie wytrzymał i wygarnął zebranym: «Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane… Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku… My, dziennikarze, jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!»
Ratunku należy szukać nie w liberalnej prasie, jak chce Michalski, ale w jej ideowej, politycznej, społecznej różnorodności, w ścieraniu się informacji, opinii i wartości, co zresztą, jak wszyscy wiedzą, przynosi i tak obraz daleki od oczekiwań.

Publiczna edukacja,

także u nas, ostała się dla przysłowiowego ludu, bo nie kto inny jak liberalne i postsolidarnościowe ekipy za wielki sukces uważały powstanie tzw. szkól społecznych, po czasie prywatnych, a krytykowana przez autora klerykalizacja systemu oświaty miała także tych samych autorów.
Dla wyjaśnienia: ad absurdum oznacza doprowadzenie rozumowania do niedorzeczności.

Myślenie pozaczasowe

Czytam w OKO.press: „Muzeum Narodowe w Warszawie cenzuruje polską historię sztuki. Po wizycie u ministra Glińskiego dyrektor Miziołek zdejmuje ze ściany prace dwóch światowej sławy artystek.” Zapewne i inne media z lubością przyniosą tę informację, bo stanowi kolejną szpilę w rządy PiS. Rozumiem, że takiej okazji nie można przegapić, ale w rzeczywistości nie jest to wydarzenie ani nowe, ani też szczególnie frapujące.
Nasz naród, wychowany na anty seksualnych wzorcach upowszechnianych, acz nie koniecznie przestrzeganych, przez katolickich pasterzy, już od dawna, zanim nastał PiS, rozlicznymi czynami i głosami dawał odpór wszystkiemu co nowe i nowoczesne, niezrozumiałe, a zapewne i groźne dla jego jestestwa, istnienia i godności.
W latach 70. sensację ale i nadzwyczaj słuszne, nie tylko społeczne, oburzenie wywoływał cykliczny Międzynarodowy Salon Fotografii Artystycznej „Venus”, organizowany przez Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne, co m. in. skutkowało oblaniem kwasem i zniszczeniem jednej z wystawionych prac.
Kilka dekad później Daniel Olbrychski, zapominając, że nie jest już Kmicicem, Tuhaj-bejem ani też Azją Tuhajbejowiczem, a zwykłym lanserem, szablą pokiereszował wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – głośnego i cenionego w świcie artysty – mówiąc „Tą wystawą pieprzy się dzieciom w głowach.”
Kolejny raz w Zachęcie chodziło o niesienie ulgi naszemu papieżowi, przygniecionemu meteorytem w ranach instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana. Posłanka Halina Nowina-Konopka skutecznie odwróciła uwagę ochrony, a Witold Tomczak sforsował barierki i usunął przygniatający Jana Pawła II głaz.
Wszystkie te wydarzenia, bez względu na to kto aktualnie dzierżył w kraju władzę, łączy obawa i strach Polaków przed odmiennym postrzeganiem świata z jego innymi wartościami i nowymi ideami. A, że Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje i podsyca takie właśnie zachowania strasząc Polaków czym się da (m. im. uchodźcy, LGBT, zawsze lewica, ostatnio euro) to też prawda.

Myślenie życzeniowe

Senator PiS Grzegorz Bierecki słowami o „oczyszczeniu Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej” daje przykład europejskich standardów ukraińskim sąsiadom. Rzecz dotyczy języka, który jest często jednym z atrybutów pojęcia naród, ale rządzący w Kijowie od czasów majdanowego przewrotu nie mogą żadną miarą sobie uświadomić, że na Ukrainie – tak się historycznie ułożyło – żyje wiele narodowości i każda z nich ma prawo do zachowania swojej kulturalnej, a więc i językowej odrębności. Dziwne to tym bardziej, że wpływowa i potężna ukraińska diaspora w Kanadzie doświadcza zarówno języka angielskiego jak i francuskiego, co wcale nie przeszkadza jej zachowywać swoją tożsamość.
W ostatnim czasie parlament w Kijowie uchwalił nową ustawę o jedynym, państwowym (oficjalnym) języku na Ukrainie, którym ma być ukraiński. Ma obowiązywać w mediach, miejscach publicznych. Każdy obywatel Ukrainy jest zobowiązany do znajomości języka państwowego. Ten akt ma oczywiście przede wszystkim na względzie eliminację z życia publicznego języka rosyjskiego, ale już dużo wcześniej poddano restrykcyjnymi zarządzeniami języki innych narodowości.
Obecnie prasa może być drukowana w języku innym niż ukraiński, o ile jest wydawana wersja ukraińska w tym samym nakładzie. Te zasady nie dotyczą jednak periodyków wydawanych w językach autochtonicznych Ukrainy (nalezą do nich Tatarzy krymscy, Krymczacy, Karaimi i Grecy znad Morza Azowskiego), zapewne dlatego, że na ich antyrosyjskość liczy władza. Oznacza to, że małe grupy etniczne są ważniejsze niż spore, inne skupiska narodowościowe.
Pomimo sympatii dla niepodległościowych dążeń Ukraińców zadziwia magiczna wiara w pozytywne skutki tej ustawy, a nadto uważam, że taką drogą to do Unii nie trafią, dodatkowo antagonizując społeczeństwo, któremu do narodowej czy państwowej jedności jest bardzo daleko.
Jednego mogą być jednak pewni – obecny polski godnościowy rząd, w przeciwieństwie od Victora Orbana, nie upomni się, w odróżnieniu od ekshumacji, o prawa żyjących na Ukrainie Polaków.

Odzyskiwanie wolności

W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?

Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.

Między populizmem a liberalizmem

Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?

Skandynawska zieleń

Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo. I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.

Wspólnota współpracy

Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).

Nowe horyzonty wolności

Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6 – miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.

Wyborczy test

Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.

Wiosna idzie

Aktorstwo polityczne jest mocną stroną Roberta Biedronia. Jeszcze młody, przystojny, uprzejmy w obejściu, mówiący ciekawie i z zaangażowaniem. Działa na emocje, a to w polityce jest najważniejsze, by wywrzeć dobre wrażenie na początek. No i nie zalatuje naftaliną. Proszę sobie wyobrazić, że to, co wygłosił Biedroń, odczytuje z kartki łysy gość z brzuszkiem i do tego sepleni, bo ma luźną sztuczną szczękę. Treść wystąpienia też była przemyślana. Było o rzeczach, które zostaną rozwiązane, naprawione, zapanuje sprawiedliwość, itd. W zasadzie nie dostrzegłem niczego w wystąpieniu Biedronia czego wcześniej nie byłoby w programach partyjnych. Jednak dobry aktor, scenariusz imprezy i otoczenie przydawało atrakcyjności temu eventowi.
Złe języki od razu zarzuciły, że nic nie było o finansach. Takie np. wizyty w prywatnych gabinetach lekarskich finansowane przez NFZ. Wiadomo, że lekarzom trzeba za to zapłacić ekstra. I po co rozwijać temat? Że trzeba będzie zaraz podnieść składki zdrowotne. Tego nikt nie lubi. Albo, że do któregoś tam roku, znikną w kraju elektrownie węglowe. Trzeba wydać setki miliardów złotych, by to zrealizować. Po co denerwować słuchaczy nudnymi wywodami o finansach.
Wiadomo, że będzie lepiej i to powinno wystarczyć. Nikt na weselu nie mówi o problemach, jakie czekają małżeństwo w przyszłości. Te problemy pojawią się i tak. Dlatego słusznie Robert Biedroń mówił z emfazą o tym co będzie partia robiła wielkiego i przyjemnego, a skrzętnie unikał jak to będzie wyglądało w praktyce.
Patrzący z nadzieją na Wiosnę cieszą się, a złe języki już judzą. A skąd to lider wziął milionik na taką wystawną konwencję. PiS i PO takie konwencje organizują seriami, a tu jedna, ale udana i już czepianie się. Trzeba poczekać co będzie dalej. Uniesienie mija, zacznie się codzienność i jak tę codzienność zagospodaruje Wiosna, takie będzie miała sukcesy. Bo uniesienie trwa dość krótko, potem przychodzi odprężenie, potem zmęczenie, a na końcu znudzenie i obojętność. Tego ostatniego Wiośnie nie życzę.