Wywiad z Michnikiem i pewna rocznica

Przeczytałem w „Wyborczej” obszerny wywiad z Michnikiem i przypomniałem sobie, że niedawno minęła rocznica śmierci papieża Polaka. Z taką czcią mówił o nim papież polskich liberałów.

Głęboko współczuję liberałom, że mają na tronie człowieka, który wprost chwali się sprzedaniem Polski Kościołowi, czci Jana Pawła II i uprawia religijną propagandę, która dla wszystkich poza PiS jest już wyłącznie obciachowa. To właśnie takie postacie, jak Michnik, czy Gronkiewicz-Waltz oddały Polskę we władanie katolickiemu klerowi przekazując mu na wyłączność etykę i moralność… Zrobiono to oczywiście po to, aby wykończyć polską lewicę, a przy okazji zniszczyć ateizm. Dzięki klerykalnej pacyfikacji i propagandzie z gatunku TINA zrobiono następnie prywatyzacyjną masakrę całej gospodarki, rozwalono ruch robotniczy i wręczono Kościołowi wszystko, co zechciał.

A na końcu wyhodowano jeszcze bardziej skrajną prawicę, która tą „światłą” zgasiła i skutecznie obaliła i teraz realizuje swoje koszmarne fundamentalistyczne projekty.

Bo PiS to właściwie dzieło Adama Michnika. To prawica tak samo klerykalna, tylko bardziej konsekwentna i bardziej nacjonalistyczna. To właśnie „liberalnym” klerykałom swą władzę zawdzięcza Prawo i Sprawiedliwość, które przyszło tu na gotowe. Nie musieli nikogo przekonywać, że cała moralność to domena Kościoła…

Polski Kościół podjął też oczywisty wybór i jasne, że dużo bardziej wolał Kaczyńskiego od Michnika.

Mimo wszystkich wzruszających pokłonów, które ten ostatni ciągle i bezskutecznie składa polskiemu episkopatowi. Cały polski „postępowy liberalizm” od dekad opiera się na dorobku postaci, które kryminalizują ateizm, chwalą się oddaniem całej Polski w ręce kleru i mentalnie zatrzymały się na zwierzęcym antykomunizmie i antyateizmie.

Jaki jest tych „liberałów” pomysł na Polskę? Całowanie pomników JP2 i liczenie na to, że kościół pochwali i wybierze ich na swego przedstawiciela na ziemi. Michnika i s-kę trzeba schować do politycznej szafy.

Zapraszamy na lewicę, która nie jest zaczadzona i nie uważa, że jedynym wyborem dla Polski jest oddać wszystkie dusze kościołowi i budować piekło kobiet, szukając wzorów dobrego życia pośród światlejszych biskupów. Produkt liberałopodobny marki Wadowice wziął i zgnił.

I jeszcze jedna refleksja rocznicowa. Tajemnica poliszynela jest taka, że tak naprawdę wszyscy wiedzą o tym, że Jan Paweł II nie był żadnym wielkim człowiekiem ani nie osiągnął niczego specjalnego, tylko wszyscy taktycznie milczą, bo na wierze w tę kompletną pustkę sklejono tu cały system.
Papieża wymyślono. Od zawsze jest memem, wydmuszką. Tylko długi czas był memem przydatnym…

Do pacyfikowania tłumu i utrwalania systemu.

Jan Paweł II ani nie obalił w pojedynkę realnego socjalizmu, ani nie odegra w tej kwestii wiodącej roli, ani nie zrobił niczego dobrego dla Kościoła, w którym zahamował proces odnowy i przemian, a do tego krył pedofilię i pomagał pandemii AIDS w Afryce. Zdecydowanie najlepszy był w byciu pustym znaczącym i udawaniu wielkiego znaczenia Polski w świecie. Robił też wiele żeby budować swój mit i pozować na intelektualistę, którym oczywiście nigdy nie był.

Im więcej mówili, że jest wzorem, że ma jakieś wartości i im silniejsza była propaganda tej pustej postaci… Tym silniejsza robiła się odpowiedź.
Gwarantuję, że obecnie znaczna większość społeczeństwa, w tym rosnące wśród pomników ulic i szkół imienia papieża młode pokolenie nie ma pojęcia czym ten papież w ogóle miałby być i do czego mógłby współcześnie komukolwiek służyć.

Osoby prawicowe i głęboko wierzące mogą oczywiście włożyć sobie do niego, co zechcą (jak w każdego świętego), ale sam historyczny JP2, jako taki, to tylko pustka ideologicznej wiary w to, że: Polska jest zajebista, kościół jest super, katolicyzm rządzi, komuna była szatanem, słuchać się trzeba księży i religia to wszystko co wartościowe.

W skrócie: nudna propagandowa sieczka.

Tak samo, jak ta liberalna, o szkodliwych związkach zawodowych, roszczeniowych pracownikach i o tym, że wystarczy rano wstawać, by dorobić się wielkiej fortuny.

Głos liberała wolność gospodarczą ubezpieczający

Neoliberalizm ma w Polsce szerokie możliwości urabiania poglądów na politykę gospodarczą: Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza, tygodniki opinii Polityka, Newsweek, portale internetowe, dyżurni ekonomiści kraju. Ci odczytują migający szyfr notowań giełdowych, przez który przemawia do nich duch wolnego rynku. Chwalą bez przerwy błogosławionych, którzy tworzą miejsca pracy, często dla księgowych w Luksemburgu czy na Malcie. Jest chyba nadmiarem dobroci użyczać im jeszcze przestrzeni drukarskiej w jedynej lewicowej trybunie na polskim rynku czytelniczym.

Omawianie raportów o światowym rozkładzie bogactwa, o wartości społecznej różnych zawodów, o coraz większym śladzie ekologicznym konsumpcjonizmu- takie informacje są cenne z perspektywy klas pracowniczych. Zamiast takich informacji i analiz na stronach poświęconych gospodarce znajdujemy w Trybunie coraz częściej gorzkie żale rzeczników polskiego biznesu – na wysokie koszty pracy, na podatki, na takie czy inne ograniczenia „wolności” gospodarczej. Brakuje tylko radosnego dziamborzenia konfederata Sławomira Mentzena.
Ostatnio w stałym kąciku liberała ukazało się omówienie raportu Index Wolności Gospodarczej (Trybuna 56-57/2021). Ogólny wniosek autora– „potrzeba więcej wolności gospodarczej”. Ten raport publikuje dorocznie wpływowy w USA prawicowy, konserwatywny, anarchokapitalistyczny think tank Heritage Foundation. Popularyzuje go organ finansjery Wall Street Journal. Angielski akademicki ekonomista Charles Hill, biorąc pod uwagę fakt, że ta fundacja jest zapleczem analityczno-programowym Republikanów i ich prezydentów – każe z dużą ostrożnością podchodzić do ich raportów i sugestii praktycznych. Dlaczego? Autentycznego zwolennika lewicy powinien ostrzec profil ideologiczny tej placówki: obróbka i popularyzacja doktryny neoliberalnej za czasów Reagana, Thatcher, Busha-juniora, zasilanie ekipy prezydenta Trumpa swoimi pracownikami, wspieranie negacjonistów klimatycznych, inicjowanie wojny kulturowej w imieniu „nowej prawicy”, wspieranie militarnego ekspansjonizmu kraju, bezpardonowa walka z państwem opiekuńczym itd., itd. Jaką to wolność gospodarczą może lansować syntetyczny indeks opracowany w tym środowisku, które finansują korporacje?
Można się spodziewać poradnika dla łowców rent kosztem taniej pracy, zasobów surowcowych i energetycznych peryferii, globalnego Południa, własnych pracowników i ich życia. Dlatego w tym indeksie państwo, które odnotowuje wyjątkowy w skali historycznej rozwój gospodarczy plasuje się dopiero na 107 miejscu, a na czele jest jedno z centrów finansowych kontynentu, praktycznie miasto-port byłej kolonii brytyjskiej – lilipuci Singapur? Otóż, twórców omawianego indeksu interesują tylko przeszkody w robienia dobrych interesów na całym świecie. Przede wszystkim zwraca ich uwagę to, jak wieki jest sektor publiczny, i co za tym idzie: wysokość podatków dla firm i podatków od dochodów osobistych. Następnie, jak chroniona jest własność prywatna: łatwość egzekwowani umów czy swobodny obrót nieruchomościami. Następnie, autorzy raportu starają się zmierzyć to, co interesuje każdego rentiera, a więc stopę inflacji, by nie spadła wartość aktywów, a także czy kapitał portfelowy może swobodnie krążyć między giełdami. No i czy można robić interesy ponad granicami państw – czy cła i bariery beztaryfowe utrudniają wymianę handlową. A szczególnie ważne są regulacje dotyczące kredytów (stopa procentowa) i regulacje rynku pracy. Broń boże, regulacje nie mogą obejmować warunków pracy, zwłaszcza zwalniania pracowników, płacy minimalnej; groźne dla korporacji są umowy zbiorowe, ewentualne koszty odpraw. Cenna jest za to swoboda inwestowania: brak licencji, norm środowiskowych, możliwość transferowania zysków. Indeks prowokuje kilka pytań, które powinien sobie postawić wrażliwy społecznie ekonomista. Wolał je przemilczeć i dlatego ukrył się pod inicjałami. Może następnym razem odniesie się do kilku poniższych kwestii.
Po pierwsze, dlaczego go nie zastanawia, że praktykujące wolność gospodarczą a`la Heritage Foundation wszystkie byłe gospodarki centralnie planowane stały się peryferiami globalnego kapitalizmu, z wyjątkiem Chin. Ale one idą inną drogą niż chcieliby amerykańscy „inwestorzy”. Narzucili oni światu reguły wolności gospodarczej, zwane konsensusem waszyngtońskim; narzucili siłą swego państwa i jednostronnych organizacji wielostronnych, kierowanych z tylnego siedzenia przez Departament Skarbu. Chińskie państwo (a fe!) nie dopuszcza portfelowego kapitału, nie jest sługą prywatnych korporacji (G. Kołodko). Państwo chińskie nie jest teoretyczne, nie jest wysuszone podatkowo, kontroluje kurs własnej waluty. Natomiast idące teraz za amerykańską panią-matką nadwiślańscy liberałowie zamienili Ursus na Factory, a polską gospodarkę w zaplecze poddostawców i podwykonawców niemieckiego Cesarstwa Przemysłowego; oferuje ona tanią pracę montażową, usługi biznesowe, logistykę. Nic więc dziwnego, że w filiach zagranicznych korporacji powstaje 2/3 polskiego eksportu i 42 proc. wartości dodanej. Co gorsza, własność majątku produkcyjnego zagranicznego kapitału, łącznie z udziałem w krajowych firmach można szacować na 45- 50 proc. . Z kolei udział artykułów importowanych w handlu wielkopowierzchniowym sięga 80 proc. (A. Karpiński). Znajduje to wszystko wyraz w transferze zysków, które stanowią około 3 proc. polskiego PKB.
Po drugie, na cenzurowanym w tym indeksie jest rola państwa w gospodarce. Tymczasem wytrawny badacz globalnego kapitalizmu Władysław Szymański, uważa wysuszenie podatkowe państwa i poddanie go władzy finansjery i rencistów za pomocą długu publicznego i arbitrażu regulacyjnego za główną słabość neoliberalnej globalizacji. Brak bowiem arbitra, który by reprezentował racjonalność ogólnospołeczną, i co ważniejsze obecnie – racjonalność planetarną. Ta z kolei jest konieczna, by wyznaczyć uzgodnione normy eksploatacji przyrody, regulacji obrotu kapitału, eksploatacji pracy i życia ludzkiego. Rezultatem spuszczania z keynesowskiej smyczy kapitału pieniężnego (zniesienie stałych kursów walut, Nixon 1971; ostateczne zniesienie rozdziału bankowości detalicznej i inwestycyjnej ustawą z 1999 r.) uczyniły z sektora finansowego główną gałąź gospodarki, i doprowadziły do powstania kapitalizmu kasyna. Dlatego powrót do współpracy państw, na początek w G20, może doprowadzić do ograniczenia optymalizacji podatkowej, a zwłaszcza likwidacji rajów podatkowych, dokąd emigrują zyski korporacji. Tylko na tym poziomie można sterować przebudową energetyki czy modelu konsumpcji. A więc tyle planowania, ile konieczne, tyle rynku, ile możliwe.
I po trzecie, czy autor naprawdę poleca klasom pracowniczym świata amerykański model stosunków pracy. W tym modelu głównym zadaniem menedżerów jest maksymalizacja zysków akcjonariuszy. Rezultat łatwy do przewidzenia. Współczynnik Giniego jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Trwałą tendencją jest rozchodzenie się produktywności pracy i mediany zarobków. O ile ta pierwsza w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc., to druga już tylko o 10 proc. . Według laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona, w 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa, przy czym pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. .
Właśnie ta wolność zatrudniania-zwalniania leży u podstaw stagnacji neoliberalnego turbokapitalizmu, który lansuje ten ideologiczny indeks. Mechanizm degradacji pracy jest następujący: arbitraż pracy w globalnej gospodarce => prekariat, spadek dochodów z pracy=> spadek popytu w krajach, potem popytu globalnego =>stąd stagnacja gospodarki, ucieczka w kredyty konsumpcyjne i hipoteczne => kasyno-kapitalizm (np. M. Husson, A. Karpiński, W. Szymański, J. B. Foster). W szczególności poza autocenzurą znajduje się aprobata dla asymetrycznej relacji między kapitalistą i jego pomocnikami a sprzedawcami siły roboczej, mobilizowanymi, by produkować coraz więcej za coraz niższą płacę. Autor pisze beztrosko, że wolność pracy to dla pracownika to „znalezienie możliwości zatrudnienia i pracy”. Właśnie sęk w tym, że to bywa półniewolnicza praca opiekuńcza w Niemczech dla kobiet ze Ściany Wschodniej, praca na zlecenie dla absolwenta wyższej uczelni, z dużą częścią płacy otrzymywanej pod stołem, bez urlopu i ubezpieczeń. Można zmienić pracę, lecz zawsze pozostaje się tylko właścicielem swojej siły roboczej. Druga zaś strona dysponuje kapitałem odtworzonym, a nawet powiększonym o wartość dodatkową. Może akumulować, stać ją na kupowanie kolejnych nieruchomości, pensjonatów, pałacyków jak byłego wójta Pcimia na posadzie w Orlenie. Na dodatek, system wyposaża go w tak cenną w indeksie „zdolność do swobodnego zawierania umów o pracę i zwalniania zbędnych pracowników, gdy nie są już potrzebni – co jest niezbędne do zwiększenia wydajności i utrzymania ogólnego wzrostu gospodarczego”. Z tej wolności korzysta prezes Lotu. Cieszmy się, czytelnicy Trybuny, z autorem z królestwa wolności dla korporacji, jej udziałowców, akcjonariuszy, menedżerów.
Czyżby Trybuna chciała odebrać chleb działaczom Forum Obywatelskiego Rozwoju – twierdzy fundamentalizmu rynkowego? Jeśli nie, to wypada się tylko cieszyć. Kapitalizmu nie obronią bowiem jego zwolennicy, bo on sam jest swoim największym wrogiem. Ich recepta to więcej kapitalizmu w kapitalizmie. I może na tym polega chytrość rozumu autora i kierownika działu.

Covid i liberalizm

Niestety znów mamy ponad 12 tys. zakażeń na dobę i ponad trzystu zmarłych. Trzecia fala pandemii jest faktem. A skoro tak, to – co oczywiste – robi się nerwowo nie tylko wokół programu szczepień, ale też wokół całej służby zdrowia. Trudno udawać, że wszystko idzie w jak najlepszym porządku. W takich okolicznościach tym łatwiej wychodzą na wierzch wszystkie mankamenty systemu opieki zdrowotnej. Nie sposób się nie denerwować, gdy liczba zmarłych bije powojenne rekordy, a jednocześnie liczba urodzeń również, tyle, że à rebour – jest najniższa od wojny.

Najłatwiej przychodzi oczywiście obwinianie o tę sytuację Unię Europejską – że podpisała z koncernami farmaceutycznymi złe kontrakty, że źle rozdzieliła szczepionki między poszczególne kraje i, że najlepiej byłoby odwołać szefową Komisji Europejskiej, bo to ona „za wszystko odpowiada”. Taki postulat expressis verbis zgłaszają niektórzy europosłowie, także z PiS-u. Komisja Europejska jest pod ostrzałem prasy, z której do najsurowszych należy bodaj prasa niemiecka pisząca wprost o błędach Unii zwłaszcza, gdy spojrzy się na świetną organizację i niebywały postęp szczepień w Wielkiej Brytanii. Ma to szczególnie symboliczne znaczenie, bo przecież Wlk. Brytania dopiero co opuściła Unię. Jej sukcesy w zakresie szczepień obywateli oglądane są więc przez pryzmat korzyści, jakie wyniosła zrywając z Unią.

Mimo wszystko uważam jednak, że należy zachować zimną krew i trzeźwe spojrzenie. Kolejny raz mamy bowiem do czynienia z taką sytuacją, że jeśli w jakimś kraju jest sukces, to jest zasługa rządu tego kraju. Jeśli jednak mamy do czynienia z kłopotami, wtedy odpowiedzialność spada wyłącznie na Unię Europejską i na Komisję Europejską. A przecież trudno mówić o sukcesie, skoro przez Europę, nie tylko przez Polskę, przewala się trzecia fala koronawirusa, kiedy znów trzeba ogłaszać restrykcje i wracać do serdecznie przez wszystkie społeczeństwa nienawidzonych zakazów.

W tej sytuacji nie sposób oprzeć się wrażeniu, że koncerny farmaceutyczne chcą tę sytuację wykorzystać i coś na UE wymusić. Ograniczenia w dostawie szczepionek poniżej już uzgodnionych limitów są co najmniej zastanawiające. Mamy chyba do czynienia z próbą wykorzystania przez koncerny przewagi monopolistycznej. Nie jest przy tym bez znaczenia, że wszyscy działają pod presją czasu, każdy chciałby uzyskać szczepionki jak najszybciej i jak najlepsze. Czy nam się podoba, czy nie, taka właśnie „zaradność” jest teraz miarą sukcesu politycznego.

Tym bardziej więc uważam, że zamiast nawzajem się obwiniać i próbować przechytrzać, potrzebny jest wspólny, europejski front przeciwko firmom farmaceutycznym. One powinny odczuć, że gra, której próbują, nie opłaca się, bo Unia jest partnerem potężnym i na lata. Można odnieść duże korzyści współpracując z nią uczciwie, ale można też na lata stracić reputację mierzoną konkretnymi, bolesnymi stratami ekonomicznymi wynikającymi z braku współpracy.

Odradzałbym również (zwłaszcza politykom) łatwą krytykę, bezrefleksyjne oskarżanie Unii o opieszałość i ślamazarne radzenie sobie z pojawiającymi się nagle trudnościami. Jest wręcz przeciwnie – w minionym trudnym, pandemicznym roku KE ma po swojej stronie niewątpliwe osiągnięcia.
Nie zapominajmy na przykład o wydawanych właściwie od ręki zgodach na wykorzystanie w walce z Covidem pieniędzy unijnych, które wcześniej przydzielone na jakiś inny cel, a niewykorzystane, musiałby by być zwrócone do kasy. Polska sporo na tym zyskała. Uruchomiono też innego rodzaju wsparcie finansowe, udzielane bez zbędnych biurokratycznych oporów i biurokratycznych barier krepujących sferę zamówień publicznych, po to, żeby na walkę z pandemią można było z tego korzystać praktycznie natychmiast.

KE sprawiła też, że certyfikowanie szczepionek przez Europejską Agencję Leków było maksymalnie skrócone, oczywiście bez szkody dla jakości i bezpieczeństwa tych leków. Nie zapominajmy również o wspólnych zakupach, co oznaczało niższą cenę – jak zawsze, kiedy odbiorca jest duży i dużo kupuje. Dopowiem, że w całym procesie negocjacji cen, wielkości transz i terminów dostaw przedstawiciel Polski miał prawo i obowiązek brać czynny udział. Czy brał – nie chciałbym powtarzać czegoś, czego sam nie wiedziałem, ale mówi się, że ta obecność była w kratkę.

To wszystko nie oznacza oczywiście raju na ziemi. Producenci widocznie uznali, że skoro mają zakontraktowane zamówienia, leki, że tak powiem „wykupione na pniu” i rządy poszczególnych państw patrzące im proszalnie w oczy, to mogą już dyktować nowe, nieuzgodnione wcześniej warunki. Zaczęli zachowywać się jak typowi monopoliści. No, ale takie próby w stosunku do 27 państw liczących 400 mln. ludzi nie mogą uchodzić bezkarnie. Komisja Europejska, monitowana przez Parlament Europejski, zwróciła się do producentów z żądaniem realizacji umów już zawartych. Rozważa się też przyjęcie w ramach regulacji gospodarczych skutecznych rozwiązań zwalczających praktyki monopolistyczne. Mamy takie możliwości.

Zaczęła się więc dosyć szczególna gra, bo zanim Unia nie uzbroi się w nowe możliwości produkcyjno-organizacyjne, dotychczasowi dostawcy mają argumenty w ręku. Mogą zmniejszać dostawy, co zawsze wywołuje krytykę, która jednak nie spada na nich, tylko na polityków. Politycy zaś mają co prawda w ręku groźby ograniczenia zakupów u wiarołomnych producentów, ale w przyszłości.

Powinniśmy więc raczej uciekać od populistycznej krytyki KE, niż ją nasilać, bo może to nie służyć naszym własnym interesom, czyli otrzymywaniu szczepionek po rozsądnej cenie i zgodnie z uzgodnioną wielkością dostaw.

Z tej sytuacji płynie oczywiście bardzo ważna nauka na przyszłość. Taka mianowicie, że nie wszystko powinno podlegać prawom rynku. Czyli liberalizm tak, ale w dziedzinach, że tak powiem „czułych społecznie” – nie. Ludzkie zdrowie jest ważniejsze niż gra rynkowa. Dlatego między innymi w ramach planu odbudowy gospodarki Unii po pandemii, chcemy przeznaczyć znaczące kwoty na rozwój i badania w dziedzinie medycyny, po to, żeby mieć własny, nakierowany na potrzeby zdrowia obywateli UE, silny europejski potencjał farmaceutyczny, łącznie z zapleczem naukowym. Nie chodzi przecież tylko o Covid, ale w ogóle o zdrowie Europejczyków. To daje szanse, żeby także nasz przemysł farmaceutyczny, a także nauka, polska medycyna, nasze ośrodki naukowe pracujące nad nowoczesnymi rozwiązaniami, spróbowały się w to włączyć. Jesteśmy społeczeństwem ludzi bardzo zdolnych, twórczych, niechże więc nas przy tym nie zabraknie. Niech te nasze talenty też będą wykorzystane i zaangażowane w najnowocześniejsze rozwiązania medyczne. Trzeba zrobić wszystko, żebyśmy jako Unia mieli przygotowany i gotowy, niekoniecznie do natychmiastowego wykorzystania w całości, potencjał farmaceutyczny. Gotowy naukowo, technologicznie i pod względem produkcyjnym do stawienia czoła wszelkim, także tym jeszcze nieznanym zagrożeniom pandemicznym. Covid udowodnił, że niebezpieczeństwo czai się za rogiem i nie widomo, kiedy może uderzyć.

Czy społeczna gospodarka rynkowa się sprawdza?

Pandemia jest niezwykle silnym szkłem powiększającym, uwypuklającym kruchość i wynaturzenia współczesnego świata, a zarazem jego bezradność w neutralizowaniu kryzysowych zagrożeń – stwierdza najnowsza analiza Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Czwarta rewolucja przemysłowa wyraża się w rozwoju sztucznej inteligencji, stanowiącej połączenie potencjału fizycznego, cyfrowego i biologicznego. Symbolem tej rewolucji jest sztuczna inteligencja, natomiast symbole trzech poprzednich to kolejno: maszyna parowa ( XVIII w.), elektryczność i żarówka (XIX/XX w.) oraz komputer (połowa XX w.). O ile pierwsza rewolucja niemal unicestwiła system manufakturowy na rzecz fabrycznego, druga spowodowała przejście od wieku pary do wieku elektryczności, trzecia skomputeryzowała świat, o tyle czwarta zmienia niemal wszystko i niemal wszędzie.
Dynamika przemian jest tak wielka, że charakteryzowane kilka dekad temu przez guru futurologii, Alvina Tofflera, w jego osławionym dziele, tj. Trzeciej fali, nowe trendy, jakie przyniosła komputeryzacja, to już historia, niemal zamierzchła przeszłość. Bardzo obrazowo wyraził to Ryszard Kapuściński, który w jednym z wywiadów stwierdził, że obecnie przeszłość nie staje się historią, lecz od razu archeologią. Współczesność zaś to nowe „fale” kształtowane właśnie przez postęp robotyzacji i sztuczną inteligencję.
Do podobnego wniosku dochodzi też futurolog Kevin Kelly. Prognozuje on, że większość technologii, które za 30 lat zdominują funkcjonowanie gospodarki i społeczeństwa, nie została jeszcze wynaleziona, zaś ok. 70 proc. dzisiejszych zawodów zostanie zastąpionych przez robotyzację. Kelly podkreśla, że w wyniku niebywałego dynamizmu przemian żyjemy w czasach „stawania się” i wszyscy stajemy się nowicjuszami. Potwierdza to, że opisywany ponad dekadę temu przez Grzegorza W. Kołodkę „wędrujący świat”, od owej wędrówki coraz wyraźniej przechodzi do galopu. To swego rodzaju galop cyfrowy.
W takich warunkach nietrudno o chaos i nieład. Dlatego tak fundamentalne znaczenie mają działania na rzecz kształtowania ustroju ładu społeczno-gospodarczego. Teoretyczne podłoże takiego ładu stanowi ordoliberalizm (ordo w łacinie i w wielu innych językach znaczy ład). Ordoliberalizm jako nurt w teorii ekonomii, którego prekursorem był niemiecki myśliciel Walter Eucken, ukształtował się w czwartej i piątej dekadzie XX wieku niejako w opozycji do neoliberalizmu.
Choć obydwa te nurty (ordo‑ i neoliberalizm) nawiązują do XVIII‑wiecznej koncepcji klasycznego, leseferystycznego liberalizmu, którego intelektualnym ojcem jest Adam Smith, to skrajnie się między sobą różnią. O ile bowiem podstawową cechą neoliberalizmu jest fundamentalizm rynkowy, tj. podporządkowywanie procesów gospodarczych i społecznych automatyzmowi wolnego rynku, przy zminimalizowaniu roli państwa, o tyle w ordoliberalizmie uznaje się potrzebę aktywności państwa, przede wszystkim w kształtowaniu i ochronie porządku rynkowego i podporządkowywaniu mechanizmu wolnego rynku celowi dobrobytu społecznego jako podstawowego zadania teorii ekonomii i polityki społeczno‑gospodarczej.
Ordoliberalizm znalazł praktyczne przełożenie na koncepcję Społecznej Gospodarki Rynkowej (SGR) – ustrojowego modelu ładu społeczno‑gospodarczego. Implementacja tej koncepcji w Niemczech zachodnich tuż po II wojnie światowej zaowocowała sukcesem na miarę historycznego cudu gospodarczego. Dziś, w świecie narastającego chaosu i niepewności, rośnie zainteresowanie tą koncepcją, mimo że nie jest ona nowa.
Nawet tak do niedawna skłaniający się do doktryny neoliberalnej Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz inne międzynarodowe instytucje, w swoich raportach i analizach poświęcają coraz więcej miejsca i uwagi społecznym aspektom w polityce społeczno‑gospodarczej, eksponując potrzebę rozwiązań ukierunkowanych na ustrój równowagi, godzący cele gospodarcze, społeczne i ekologiczne. A właśnie koncepcja SGR ma wszystkie cechy owego ustroju równowagi. Nieprzypadkowo też przyjęta została w traktatowych regulacjach Unii Europejskiej jako obowiązujący model ustroju społeczno‑gospodarczego, a niektóre kraje, w tym i Polska, nadały temu modelowi wymiar konstytucyjny. Niestety, mimo traktatowo‑konstytucyjnych regulacji, koncepcja ta i jej idee wciąż nie przekładają się w należytym stopniu na społeczno‑gospodarczą rzeczywistość.
Powstaje w związku z tym pytanie, czy i w jakim stopniu koncepcja SGR może być wciąż jeszcze użyteczna obecnie w tak złożonych, pełnych chaosu i niepewności warunkach przesilenia cywilizacyjnego?. Pytanie to stawiamy w roku 2020, który przejdzie do historii jako rok wielkiej koronawirusowej pandemii CoVID‑19. Pandemia ta w brutalny sposób obnaża głębokie dysfunkcje współczesnego świata, jego spękanie, przejawiające się m. in. w narastaniu skrajnych nierówności społecznych, asymetrii demograficznych, zaburzeń ekologiczno‑klimatycznych i innych. Tym samym pandemia jest swego rodzaju niezwykle silnym szkłem powiększającym, uwypuklającym kruchość i wynaturzenia współczesnego świata, a zarazem jego bezradność w neutralizowaniu kryzysowych zagrożeń.
Wiele wskazuje, że w takich warunkach niemal pewne jest narastanie częstotliwości kryzysów oraz występowania nowych, negatywnych, nieprzewidywalnych zjawisk, czyli słynnych talebowskich czarnych łabędzi. Co gorsza, nie brakuje dowodów, że owe metaforyczne łabędzie mutują. Pojawiają się nowe ich odmiany, w tym łabędzie zielone, przynoszące katastrofy klimatyczno‑ekologiczne, oraz łabędzie błękitne, skutkujące nieoczekiwanymi zakłóceniami występującymi w świecie cyfrowym, jak np. ataki hakerskie, fake newsy i inne. Zwiększa to ryzyko występowania głębokich kryzysów, wobec których obecny kryzys pandemiczny może okazać się jedynie, łagodną wstępną ich zapowiedzią.
Często spotykane jest stwierdzenie, że współczesny świat dosłownie „wyskoczył” z szyn dotychczasowego ładu społeczno‑gospodarczego. Inaczej mówiąc, po prostu się wykoleił. Światowa pandemia CoVID‑19 unaoczniła to w sposób nader przekonujący, jednocześnie obnażając pełne zaskoczenie i nieprzygotowanie świata na tego typu sytuacje. Wielkie obszary współczesnej gospodarki światowej znalazły się w stanie tzw. „śmierci klinicznej”, hibernacji. Nie wzięło się to jednak z niczego, symptomy tego typu zagrożeń objawiały się bowiem już znacznie wcześniej.
Filozof Peter Sloterdijk ujął sytuację świata drugiej dekady XXI wieku w formie sugestywnej metafory. To metafora pasażerskiego samolotu lecącego na wysokości 12 tys. metrów bez widoku na lądowanie. Jego pasażerowie to cała ludzkość, a wśród pasażerów są grupy gangsterów, pomiędzy którymi na pokładzie wybucha niszcząca strzelanina. Natomiast inna grupa pasażerów próbuje ratować co się jeszcze da i w czasie lotu naprawiać samolot. Jeszcze wcześniej podobny rozwój sytuacji w świecie przewidział, przynajmniej w przybliżeniu, austriacki myśliciel i laureat ekonomicznej nagrody Nobla, Friedrich August von Hayek. Ten światowej sławy teoretyk spontanicznego ładu gospodarczego stwierdził, że współczesny człowiek nie będzie już nigdy panem własnego losu, gdyż świat stał się zbyt skomplikowany i zbyt dynamiczny. Ta sformułowana w latach 90. XX wieku teza wydaje się dzisiaj przerażająco aktualna.
W ślady Hayeka poszedł wybitny niemiecki socjolog Ulrich Beck. Wskazuje on na złożoność i wielkie niewiadome, jakie cechują współczesny świat. Najważniejszą tezą Becka jest to, że procesu przemian współczesnego świata nie sposób zrozumieć, jeżeli próbuje się je interpretować w tradycyjny, dotychczas dominujący w naukach społecznych, sposób. Chodzi o ujmowanie przemian jako dokonujących się stopniowo w kolejnych dziesięcioleciach, a nawet stuleciach, w długim wymiarze historycznym. Implikuje to w zasadzie powolne, a nawet bardzo powolne tempo przemian. Także nie wnoszącym do nauki szczególnego postępu jest według Becka badanie w obecnej sytuacji przemian społecznych i gospodarczych na podstawie koncentracji tylko na wybranych odcinkach materialnej i społecznej egzystencji społeczeństw ludzkich.
Beck stwierdza, że współczesny świat i gospodarka są do objaśnienia nie poprzez badanie odcinkowych i stopniowych przemian, lecz poprzez poddanie holistycznej analizie dokonującej się w wymiarze światowym radykalnej metamorfozy społeczno‑gospodarczej. Prowadzi ona świat do zasadniczo nowej jakości, przy czym nie do końca wiadomo po co, dlaczego, dokąd i do czego. Przemiany te wymuszane są i kształtowane przede wszystkim przez rynek.
Według głównego teoretyka ordoliberalizmu, Waltera Euckena, każdy rynek nieujęty w porządkujące jego spontaniczne funkcjonowanie, instytucjonalne ramy konkurencyjnego ładu gospodarczego, zawiera w sobie immanentną tendencję do samozniszczenia. Ta sformułowana na przełomie lat 40. i 50. XX wieku kluczowa teza ordoliberalizmu znajduje w pełni potwierdzenie we współczesnej praktyce życia gospodarczego. Opanowane przez monopole i oligopole rynki medialno‑cyfrowe i finansowe zepchnęły prawdziwą konkurencję rynkową na mniej intratne marginesy życia gospodarczego. Zmonopolizowane rynki nie są już rynkami konkurencyjnymi, lecz splotem stosunków prywatnej władzy i interesów, często kooperujących dla własnych korzyści z organami władzy publicznej.
Nieuchronne są tego konsekwencje w sferze podziału dochodów. Partycypują w nich przede wszystkim (w uzasadnionym głównie aktualnym status quo stosunków władzy) właściciele, akcjonariusze, menedżerowie monopolistów i oligopolistów oraz współdziałający z nimi politycy. W większości krajów wysoko i średnio rozwiniętych występuje jednocześnie stagnacja realnych dochodów warstw średnich ludności, co idzie w parze z wysoką dynamiką dochodów grup uprzywilejowanych, dysponujących władzą gospodarczą i polityczną. Jednocześnie maleją realne dochody warstw najsłabszych ekonomicznie.
Wbrew pojawiającej się w literaturze apologetycznej teorii skapywania (trickle ‑down theory/effect) i metaforze, że każdy przypływ unosi wszystkie łodzie, co oznaczałoby, że dochody spływają z wyżyn hierarchii dochodowej na niższe szczeble drabiny społecznej, zwiększając społeczny dobrobyt, w rzeczywistości dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Praktyka dowodzi bowiem, że dochody, nie spływają w dół, lecz przeciwnie „wspinają się” nader szybko do góry, potwierdzając syndrom czterech B (bogaci bogatsi, biedni biedniejsi).
Nie jest to żadna nowość, albowiem już przed wiekami wyraził to w swej Ewangelii święty Mateusz w znanej przypowieści o talentach: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. W latach 60. ubiegłego wieku znany amerykański socjolog Robert K. Merton określił tę zasadę jako efekt św. Mateusza. Efekt ten w pełni przystaje do natury i mechanizmu wolnego rynku, który najwyżej nagradza najbogatszych i najsilniejszych.
Nierówności dochodowe i społeczne pogłębiają się zamiast maleć, nasilając napięcia i konflikty – a wskutek narastających nierówności dochodzi do koncentracji bogactwa i władzy, co kreuje zjawiska oligopolistyczne, stanowiące negacje konkurencji i wolnego rynku, prowadząc do jego erozji. Narastanie skrajnych asymetrii dochodowych traktowane jest przez wielu ekonomistów jako przejaw braku ładu społeczno‑gospodarczego. Zarazem stanowi to przestrogę, że jest to swego rodzaju przysłowiowa bomba z opóźnionym zapłonem.

Zagubieni przewodnicy

Amerykański gwóźdź do trumny liberalizmu gospodarczego?

Problem z programem liberalnej formacji w Polsce polega na tym, że został on już wcielony w życie. Tyle że wykreowana rzeczywistość nie dla każdego okazała się łaskawa.
Kapitalizm na rozdrożu
Nadwiślańscy liberałowie znaleźli się w potrzasku. Nowy przywódca PO jest daleki od naruszania prymatu własności prywatnej, będzie się troszczył o ludzi, ale tych, którzy zarabiają na programy socjalne, ominie długim łukiem kwestię progresji podatkowej. Ale to właśnie liberalizm gospodarczy, z jego ideałem przedsiębiorczości, wolnego rynku i tycim państwem odpowiada i za półperyferyjny status polskiej gospodarki, i za systemowy kryzys kapitalizmu. W Polsce dogmaty liberałów przybrały postać tzw. transformacji ustrojowej, wdrożonej pod przywództwem L. Balcerowicza – kataryniarza ortodoksji i pogromcy inflacji. W następstwie polskie społeczeństwo powróciło do tysiącletniej normalności tj. statusu półperyferii. Teraz jest montownią produktów finalnych na zagranicznych technologiach eksportowanych jako ‚’polskie”, krainą taniej pracy i dużego rynku zbytu dla zagranicy. Ursus zastąpiło Factory. Natomiast w skali globalnej neoliberalny, wyczynowy kapitalizm wdrożony przez państwo amerykańskie stanął na rozdrożu. Model biznesu napędzanego obłędem zysku dewastuje Ziemię. Ma coraz więcej plusów ujemnych. Protest społeczny będący następstwem eksplozji nierówności i niestabilności pracy, traktowanej jak każdy inny towar, zagraża nawet demokracji.
Trwa debata nad wariantem ustrojowym lepiej dostosowanym do limitów przyrodniczych i społecznych. Zainicjowała ją książka Thomasa Pikette`go „Kapitalizm XXI wieku”. Francuski ekonomista twierdzi, że stopa zwrotu z kapitału (lokat, akcji czy dywidend) jest wyższa niż tempo wzrostu gospodarczego. W rezultacie narastają dysproporcje w podziale dochodów, później majątków. Na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20 proc. całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli piędziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90 proc. całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości (s.540). Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80 proc. globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa (B. Milanović). Piketty postuluje powrót do progresji podatkowej, odbudowę przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału, społeczną kontrolę nad władzą wielkich korporacji oraz, podobnie jak Mariana Mazzucato, udział społeczeństwa w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki innowacjom powstałym w sektorze publicznym.
Wyczynowy kapitalizm
Wielkim hamulcowym kolejnej rekonfiguracji kapitalizmu jest państwo amerykańskie. Wespół w zespół politycy amerykańscy, ekonomiści katedralni i bankowi, przy wtórze medialnych trąb, wdrożyli dewastujący przyrodę i pracę model kapitalizmu. Recepturę przygotowaną przez neoklasycznych ekonomistów wdrażali sukcesywnie kolejni prezydenci: odejście w r. 1971 od systemu Bretton Woods, w konsekwencji utrata kontroli nad przepływem kapitału (R. Nixon), reformy podatkowe (R. Reagan), zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, która oddzielała bankowość handlową od inwestycyjnej (B. Clinton). Itd. Społeczeństwo amerykańskie stało się swoistym laboratorium przedsiębiorczości i wolnego rynku, empiryczną demonstracją doktryny liberalizmu gospodarczego, aktualnym przesłaniem Manifest Destiny: „życiodajnego światła prawdy” dla błądzących narodów. Wystarczy więc przyjrzeć się mu bliżej, by dojrzeć kres drogi, którą od 4. dekad kroczą liberałowie obsługujący ideologicznie i politycznie System.
Współcześni Fordowie nie budują fabryk. Dziś taśma produkcyjna okrąża glob, kontener zastąpił taśmowy przenośnik, tylko rola systemu dystrybucji jest jeszcze większa (vide Amazon). W zglobalizowanej gospodarce dominują bowiem wielkie firmy – wydmuszki. W centrali ulokowany jest sztab zarządzający i wydziały odpowiedzialne za prace badawczo-rozwojowe. Centrala tylko koordynuje oplatającą glob sieć dostawców i podwykonawców. Powstaje łańcuch produkcji, którego pierwsze ogniwo mieści się na chińskim wybrzeżu czy w Europie Centralnej. Dotyczy to produktów, które są co prawda cudem techniki jak iPhone, ale ich montażu, z części wytworzonych osobno, dokonują coraz szybciej zręczne ręce przeszkolonych mieszkańców prowincji. Fabryki czy raczej montownie, w których powstają gadżety społeczeństwa informacyjnego, są własnością lokalnych producentów, lecz ich marża jest niewielka. Do powstania takich łańcuchów produkcji i usług, konieczne były komputery, sieć telekomunikacyjna, nowoczesna logistyka, zwłaszcza konteneryzacja transportu i poszerzenie dostępu do wykwalifikowanej, a przy tym taniej, siły roboczej. System ten nadzorują jednostronne agencje wielostronne (MFW, WTO, OECD), kierowane z tylnego siedzenia przez amerykański Departament Skarbu (J. Sachs, J. Stiglitz). W ostateczności wspiera ich operator drona albo pilot F-16.
Przewagę konkurencyjną w tym Systemie daje opanowanie możliwie dużego rynku zbytu. Dlatego stają w szranki potężne globalne firmy. Powstają oligopole jak amerykańska GAFA czy chiński BATX (Baidu, Alibaba, Tencent, Xiaomi). Sprzęga się tutaj potęga własności intelektualnej patentów z zasobami finansowymi. Dzięki rencie innowacyjności, dużym obrotom, wysokim marżom, pozycji rynkowej „wiodąca” firma ma duże rezerwy płynności, ma też łatwy dostęp do kredytów bankowych, przejmuje dużą część nadwyżki wytwarzanej w globalnej gospodarce. W cenie produktu takiej firmy aż 75 proc. stanowią „aktywa niematerialne”: opłata za badania, patent, projekt, strategię marketingową, itd. Zadania te wykonuje tzw. klasa średnia, specjaliści. W ochronie własności intelektualnej państwo nie może być zawodne. To istota tzw. gospodarki opartej na wiedzy. Dzięki dominacji na rynku firma wykupuje start-upy, dokonuje fuzji i przejęć konkurentów. Wartość fuzji i przejęć na świecie przekroczyła przed kryzysem 2008 r. 4,38 bln dolarów. Na kontroli i koordynacji produkcji, a także obrotu towarami wysokiej techniki (z kilkoma wyjątkami przemysłu wydobywczego czy zbrojeniowego) polega obecnie koncentracja kapitału. Potwierdza swoją trafność charakterystyka kapitalizmu jako wielopiętrowej konstrukcji, w której toczy się „stała gra inwestowania” (F. Braudel). Na dolnych piętrach mamy głównie rodzinne bieda-biznesy w produkcji rolnej, usługach, deweloperce, w produkcji okien. Właśnie prowadzący minifirmy w liczbie ponad 2 mln. Janusze biznesu są obiektem adoracji liberałów. Górny rejestr natomiast obejmuje coraz dłuższe przestrzennie łańcuchy produkcji i wymiany, tworzone przez wielkie korporacje. Wdrażają one innowacyjne produkty oparte na osiągnięciach nauk przyrodniczych i technicznych. Przychody 500 największych megakorporacji zbliżają się do 40 proc. światowego PKB. Blisko zatem do zdobycia pakietu kontrolnego nad światową gospodarką, w konsekwencji nad państwami, finansowanymi przez nie uczelniami i przyszłością cywilizacji.
Neoliberalny Lewiatan podporządkował też naukę potrzebom korporacji. Najpierw wprowadził na uczelniach menedżerskie zarządzanie zgodnie z ideałem nadzorującego państwa, by wymuszać przejrzystość, rozliczalność, efektywność. Słowem, value for money. Stąd duża rola socjotechniki audytu i praktyk pomiaru pracy akademickiej. Krajowe biurokracje zarządzające nauką i szkolnictwem wyższym (w Polsce reforma min. Gowina) zmierzają do tego, by ukierunkować badaczy i uniwersytety na tworzenie wiedzy, którą da się utowarowić czy sprywatyzować, choć na wyższych piętrach obiegu idei i innowacji. Zarazem ci sami, którzy z brzytwą obcinają wszelkie funkcje socjalne państwa i jego regulacyjną rolę wobec gospodarki, na potęgę wciskają je, by komenderowało badaniami i edukacją. Przedsiębiorczość ma być wolna, natomiast wolność nauki to jakaś fanaberia i pasożytnictwo. Oczywiście paradoks jest pozorny: nauka ma przynosić zyski, jeśli nie z samych badań i wdrożeń, to chociaż z obrotu informacją naukową i z wyzysku uczonych jako autorów publikacji. W rezultacie stworzony w USA model badawczego uniwersytetu umożliwia przechwytywanie przez korporacje wiedzy finansowanej ze środków publicznych.
Amerykańskie laboratorium
Dla nadwiślańskich liberałów społeczeństwo amerykańskie ucieleśniło ich marzenia o wolności gospodarczej, kreatywnej przedsiębiorczości a la Jobs, Musk czy Bezos, o ograniczeniu zadań państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej. To dla nich społeczeństwo-matka. Już nie Roma causa, lecz laureaci tzw. ekonomicznego nobla, a trójnóg stoi na dziedzińcu tej czy innej uczelni Ivy League. Amerykański styl życia stał się soft-power: „kulturową bronią masowego rażenia” (A. Szahaj). Amerykanie tworzą światową popkulturę, dominują militarnie, słabną gospodarczo. Narastająca hegemonia kulturowa USA idzie w parze z erozją potęgi gospodarczej i cywilizacyjnym krachem tego modelu społeczeństwa. Po raz kolejny w dziejach potwierdza się dialektyka dekadencji: przed upadkiem rozkwit wzorców agonalnych.
Dzięki potędze militarnej i soft power hegemonii kulturowej strzegą panującego ładu światowego. Zapewnia on władzę korporacjom: ich zarządcom, właścicielom, udziałowcom, posiadaczom kapitału akcyjnego, obsługującym ich specjalistom z dziedziny finansów, prawa, marketingu i reklamy. Jest to władza nad przyrodą, pracą i życiem ludzkim, produkuje bowiem depresyjnych konformistów. W tym kraju tylko 6 grup medialnych pod kontrolą akcjonariuszy decyduje o zawartości 90 proc. tego, co ludzie, oglądają i czytają, i czego słuchają. Frustracje najlepiej leczy wielostrzałowy pistolet, który można nabyć w sklepie z szyldem „Jezus cię kocha – skup i sprzedaż broni”. Z rąk różnych frustratów wyprodukowanych przez System ginie rocznie ponad 30 tys. Amerykanów. W jarmarcznej demokracji o wyborze reprezentantów decydują pakiety akcji, a nie karta wyborcza.
W amerykańskim społeczeństwie miarą skuteczności indywidualistycznej strategii życia jest konto bankowe, które umożliwia luksusową konsumpcję, najlepiej na jachcie lub we własnym samolocie. Jak przekonuje na podstawie swych badań Arlie Russell Hochschild, mieszkańcy Głębokiego Południa, wbrew empirycznej falsyfikacji, wierzą, że „wolny rynek jest niezachwianym sojusznikiem dobrych obywateli czekających w kolejce na spełnienie amerykańskiego snu”. Na przeszkodzie stoi rząd federalny, który trzyma stronę wciskających się do kolejki cwaniaków, najczęściej o ciemnym kolorze skóry. Przegrani w wyścigu szczurów nie mają racji: około 30 milionów nieubezpieczonych, kilka bieda-prac może nie wystarczyć do przeżycia miesiąca bez wsparcia opieki społecznej. Niski stopień uzwiązkowienia i ochrony pracownika – krótkie urlopy, niskie zasiłki dla bezrobotnych, brak urlopów macierzyńskich, duże zróżnicowanie płac. Pozycja pracownika jest słaba. W czasie recesji firma redukuje koszty głównie ograniczając zatrudnienie, szybko też likwiduje deficytowe działy. Współczynnik Giniego, jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Merytokracja to absolwenci prestiżowych uczelni. By się do nich dostać, mimo systemu stypendiów i pożyczek, trzeba sobie dobrze wybrać rodzinę. Edukacja na wysokim poziomie jest kosztowna od najniższych szczebli w systemie edukacyjnym. Nic dziwnego, że stać na nią 14 razy więcej synów i córek, których rodzice plasują się w gronie 20 proc. najbogatszych, niż dzieci 20 proc. najuboższych. Dlatego w konsekwencji tylko 6 proc. urodzonych w tej grupie udaje się przebić do elity, pokazują badania Brookings Instutution (T. Zalewski, Polityka 3.04-9.04 2019).
Solą w oku jest rząd federalny i jego funkcje socjalne. Stąd brak ubezpieczeń społecznych na zasadzie solidaryzmu, prywatyzacja usług publicznych (obecnie ledwo bronią się pocztowcy z USPS). Prawie 1 proc. populacji, głównie młodych Afroamerykanów, przetrzymywana jest także w sprywatyzowanych więzieniach (czterokrotny wzrost odsetka osadzonych w omawianym okresie). To też efekt gettyzacji i niskiego poziomu szkół publicznych. Prywatyzacja obejmuje coraz więcej służb publicznych. W planach prezydenta Trumpa jest prywatyzacja autostrad, opieki medycznej dla ubogich Medicare, a także rynku federalnych pożyczek studenckich.
W gospodarce dominuje akcjonariusz i spekulant, stąd rozdęty sektor finansowy i rynek kapitałowy. W trzewiach tego Globalnego Minotaura (wedle określenia Y. Veroufakisa) dokonuje się recykling nadwyżki światowej. Obsługuje on spekulację nie tylko papierami wartościowymi, ale również ropą, żywnością, nieruchomościami komercyjnymi, przedsiębiorstwami przemysłowymi, które można kupić, sprzedać, zlikwidować – stosownie do kursów akcji i strategii biznesowej. Zysk ci wszystko wybaczy. Nawet wtłaczanie 15 milionów litrów wody na jedną operację niekonwencjonalnego szczelinowania, by wycisnąć gaz ze złoża łupkowego. Nawet jeśli społeczeństwo to konsumuje czwartą część energii produkowanej na świecie, to „amerykański styl życia jest nienegocjowalny”, jak oświadczył w Rio prezydent George Bush. Ograniczanie wolnego rynku w imię klimatu byłoby wręcz zbrodnią przeciwko najszlachetniejszej części ludzkości. Tymczasem kraje unijne zmniejszyły w latach 1990-2016 zużycie energii o 2 proc. , emisję gazów cieplarnianych o 22 proc., i jednocześnie zwiększyły swoje PKB o 54 proc. .
Naśladowany na całym świecie model biznesu stworzył Walmart. Zatrudnia 2 mln pracowników, wśród nich kasjerki, które zarabiają głodowe pensje, a ich utrzymanie biorą na siebie inni. Pracownicy giganta wielkopowierzchniowego handlu korzystają bowiem z publicznych szkół, ochrony policji, publicznych dróg, kwalifikują się do publicznych systemów opieki społecznej. Te dobra fundują im inni: do każdej nisko opłacanej kasjerki Walmartu amerykańscy podatnicy dopłacają od 3 do 6 tys. dol. rocznie.
Według Economic Policy Institute produktywność pracy w USA w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc. ale mediana zarobków tylko o 10 proc. . W USA już od 1973 produktywność i zarobki zaczynają się rozchodzić. W latach 1948-1973 wydajność pracy wzrosła o 95,7 proc. , wynagrodzenia zaś o 90,9 proc. . Ale w okresie neoliberalnej kontrrewolucji wydajność rosła nadal, choć w wolniejszym tempie, bo 77 proc. , ale płace ledwie drgnęły, gdyż zwiększyły się zaledwie o 12,4 proc. . Amerykańscy golden boys zarabiają 13 mln euro rocznie, na co składają się opcje na akcje, przydział darmowych akcji, często 3-4krotność podstawowego wynagrodzenia. Dążą oni do krótkoterminowych zysków finansowych (marked to market) zamiast tworzyć majątek trwały i miejsca pracy. W połowie lat 60. prezes korporacji zarabiał 24 razy więcej niż jego pracownik produkcyjny. Obecnie to 185 razy więcej. Dlatego bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Wiarygodne są analizy laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona zawarte w książce Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności. W 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. Połowa pracowników nie ma wystarczających dochodów, by opłacić składki emerytalne, a dwie trzecie poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Tymczasem górne 10 proc. amerykańskiego społeczeństwa rozporządzała w r. 2011 47 proc. całkowitego dochodu, ze średnią 255 tys. dolarów, podczas gdy na dolne 20 proc. przypadło 17 proc. całkowitego dochodu (s. 224). W roku 2015 górne 20 proc. osiąga przeciętny dochód 8,3 razy większy niż 20 proc. najuboższych (w Niemczech 4,4 razy większy, w Danii tylko 3,7 razy). W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. (za The World Bank, Nearly Half the World Lives on Less than $5.50 a Day, October 17, 2018, https://www.worldbank.org/en/news/press-release/2018/10/17/nearly-half-the-world-lives-on-less-than-550-a-day).
Kraj ten ma też na swoim terytorium własne raje podatkowe, w których niczym w czarnej dziurze znikają i tak już nisko opodatkowane zyski i dochody rentierskie. Jednak państwo nadal pełni ważną rolę w gospodarce. Za pomocą budżetu wojennego koryguje deficyty budżetowe między poszczególnymi stanami, lokując odpowiednio zakłady zbrojeniowe w mniej dynamicznych stanach. Dużą rolę w inicjowaniu i finansowaniu prac badawczo-rozwojowych odgrywa Pentagon i DARPA.
Co dalej
W miarę jak rosną nierówności społeczne, obniża się stopa życiowa klas pracowniczych, następuje degradacja środowiska naturalnego, słabnie nadzór nad neoliberalnym ładem amerykańskiego szeryfa – rodzi się magiczny czas, kiedy utopie stają się programami reform. Według badań Reutersa z roku 2018 70 proc. mieszkańców USA popiera wprowadzenie powszechnego systemu opieki zdrowotnej, w tym 52 proc. to wyborcy Republikanów. W przeciwieństwie do młodych Polaków, którzy pragną być przedsiębiorcami samych siebie na wolnym rynku, 51 proc. amerykańskich milenialsów (18-29 lat) jako lepszy do życia widzi socjalizm rozumiany jako demokratyczne państwo europejskie, państwo łączące efektywność gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym, jak w skandynawskim społeczeństwie troski.
Czy droga dalszej modernizacji kraju nad Wisłą ma prowadzić przez atlantyckie mgły, czy raczej przez Bałtyk. Zgodnie z prognozą Josepha Schumpetera z 1942 r. kapitalizm pogrąża jego historyczny sukces. Rozmiary aparatu wytwórczego nie mieszczą się już na jedynej planecie dostępnej na razie ludzkości. Cywilizacja przemysłowa, choć nasycona technologiami obróbki informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, sektor tzw. korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Stała gra inwestowania i konsumpcji mogłaby się toczyć bez końca, gdyby ludzkość miała do wykorzystania kilka planet. Reguły tej gry zmieniają się na naszych oczach, a tempo tych zmian będzie coraz szybsze. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3 proc. do prognozowanego 1 proc.. Zmienią się mechanizmy funkcjonowania tej gospodarki (przebudowa energetyki i transportu, nacisk na recykling minerałów, zmiana rynku pracy wraz z zastosowaniami robotyki i sztucznej inteligencji, kres koncepcji życia jaku użycia, tj. konsumpcjonizmu). Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego uspołeczniania. Liberałowie by chcieli, żeby dobra dla garstki globalizatorów i obsługujących ich specjalistów chwila (w skali historycznej) trwała wiecznie. Nie przyjmują do wiadomości, że stali się anachroniczni historycznie, ideologicznie, w konsekwencji – politycznie. Dlatego lewica powinna zmienić swój stosunek wobec amerykańskiego stabilizatora ładu, który pogrąża i przyrodę, i całą ludzkość w postępującym kryzysie pracy, jakości życia i równowagi ekosystemu. Jednak przeciwko współczesnemu Goliatowi może stanąć tylko zbiorowy Dawid (czy może raczej Roosevelt): ludzie nie obojętni w Polsce, w Europie i na innych kontynentach. Harmonijne społeczeństwo, zestrojone ze środowiskiem naturalnym, powinno być bliskie zielonym, ruchom miejskim, rozproszonym formacjom lewicowym, związkom zawodowym, ruchom dążącym do równości płci, zapewnienia kobietom praw reprodukcyjnych, ruchom LGBT, ruchom dążącym do przezwyciężenia podziałów etnicznych czy rasowych. Tylko jak objąć tę różnorodną całość wspólną świadomością i wolą? W sumie rysuje się szansa szerokiej Koalicji Republikańskiej – trzeźwych entuzjastów lepszej wspólnoty niż dżungla jednostek-przedsiębiorców samych siebie, którzy zajadle rywalizują o resztki miejsc pracy i dostęp do coraz niższej jakości usług publicznych.

Wolny rynek to nie panaceum

Jest sporo racji w opiniach mądrych ekonomistów, iż należy zdusić hydrę neoliberalizmu.

Prof. Leszek Balcerowicz przygotował wystąpienie z okazji trzydziestolecia zapoczątkowania przemian gospodarczych w Polsce.
Nie zrobił w nim jednak rachunku sumienia za okres swej pracy na stanowiskach wicepremiera i ministra finansów. Nie odniósł się też do poważnych zarzutów, jakie wielokrotnie stawiano wobec planu sygnowanego jego nazwiskiem.
Zamiast tego występuje jako gorący obrońca liberalizmu – nie tylko gospodarczego – a przy okazji reprezentuje oryginalne, ahistoryczne podejście do biegu dziejów.
Stwierdza bowiem: „Nie wszystko, co się zdarzyło, musiało się zdarzyć. Dla przykładu: I wojna światowa wybuchła, choć nie musiała wybuchnąć. Bolszewicy nie musieli wygrać w Rosji, ale wygrali”.
Cóż, w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Wprawdzie niemal zawsze na świecie bywa tak, że pewne rzeczy się zdarzają, choć mogłyby się nie zdarzyć, gdyby coś tam – ale chodzi właśnie o to „gdyby”.
Naukowe i jedynie racjonalne podejście opiera się więc na przeświadczeniu, że jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Inne myślenie oznacza wpłynięcie na nieograniczony ocean jałowego gdybania. Wydaje się, że autor powinien to rozumieć, skoro jak sam o sobie mówi, jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii.

Gdy źli mają fart

Zaskakujące jest też podejście Leszka Balcerowicza do marksizmu, o którym to światopoglądzie pisze: „W XIX wieku modne były pseudonaukowe doktryny na czele z marksizmem, które miały determinować bieg i zakręty historii”.
Łatwo zauważyć, że w tym jednym krótkim zdaniu jest generalna sprzeczność wewnętrzna, która nie przystoi byłemu wykładowcy Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Rzadko się bowiem zdarza, by jakaś doktryna, aż tak jak właśnie marksizm zdeterminowała bieg i zakręty historii.
Trudno natomiast zaprzeczyć poglądowi Leszka Balcerowicza, wedle którego, z tego, że zdarzyły się różne złe rzeczy, wynika iż dobre rzeczy – również w sprawach ustrojowych – nie obronią się same. Prawda, że dobre konstytucje, takie, które zawierają podstawowe wolności, muszą być bronione przez zwolenników wolności. Gdy zaś dostrzega się niebezpieczeństwo, o którym wiemy, że może narastać, to jedyną dobrą odpowiedzią jest jeszcze szybciej narastający opór.
Najgorzej jest wtedy, gdy źli ludzie mają fart – stwierdza słusznie autor. W historii zdarza się, że do władzy dochodzą – niekiedy po wolnych wyborach – ludzie bez moralnych zahamowań. Ale oni ustępują przed obywatelską presją, jeżeli tylko jest wystarczająco silna, a jeśli nie ustępują, to zwykle dlatego, że presja była zbyt słaba.

Władza i wola

Definiując klasyczny liberalizm, Balcerowicz pisze, że jego pierwszym, i to fundamentalnie ważnym składnikiem jest ograniczenie władzy politycznej tam, gdzie jej rozrost jest szczególnie niebezpieczny dla ludzi: czyli w stanowieniu i egzekwowaniu prawa.
To także słuszny pogląd, choć w czasach gdy kierował on polską gospodarką, właśnie władza – i wola polityczna – miały decydujący wpływ na przyjęcie również i szkodliwych przepisów prawnych, które doprowadziły do upadku znacznej części polskiej gospodarki.
Mówił o tym choćby nieżyjący już prof. Zdzisław Sadowski, który oceniając kluczowe aspekty „planu Balcerowicza” stwierdził: „Z punktu widzenia potrzeb rozwoju był to wielki błąd, natomiast z punktu widzenia sytuacji politycznej – żaden inny program nie miał poparcia politycznego, nie mógłby więc zostać zrealizowany. W praktyce realizacyjnej nie można bowiem abstrahować od polityki. Poparcie polityczne jest zupełnie zasadniczą sprawą dla możliwości realizacji programu ekonomicznego. A poparcie takie miał tylko program Balcerowicza”.
Dlatego z uznaniem należy powitać, gdy dziś Leszek Balcerowicz pisze: „Pragnę zwrócić uwagę na ogromne znaczenie silnego i rozumnego ograniczenia władzy politycznej”. Dobrze, że poniewczasie to zrozumiał.
Chwaląc liberalizm ekonomiczny, Balcerowicz zauważa: „Największe załamania gospodarki (czyli kryzysy) wynikały z absurdalnych decyzji despotów. Te załamania często przypisuje się rynkowi, pomijając fakt, że największe załamania gospodarki miały miejsce w gospodarce nierynkowej, na skutek polityki dyktatorów”.
Można oczywiście dyskutować, czy jakieś absurdalne decyzje despotów doprowadziły kiedykolwiek do większego kryzysu niż ten w latach 1929 – 1933, który zaczął się w kraju gospodarki wolnorynkowej i objął niemal cały świat z wyjatkiem rządzonego dyktatorsko ZSRR (inna sprawa, że gospodarka tego państwa funkcjonowała tak źle, iż trudno, aby jakiś kryzys mógł jej dodatkowo zaszkodzić).
Nie ulega natomiast wątpliwości, że w gospodarce wolnorynkowej kryzysy bardzo łatwo ogarniają cały świat – podczas gdy w nierynkowej dyktaturze ograniczają się tylko do terenu objętego władzą dyktatora.

Socjalizm rozumiany wulgarnie

Nietrudno zgodzić się z Leszkiem Balcerowiczem, gdy stwierdza: „Każdy kraj bez wolności gospodarczej jest skazany na zacofanie w stosunku do innych, które miały ustrój rynkowy. Od tego nie ma żadnego wyjątku. A im większy zamach na wolność gospodarczą, tym gorsze są na dłuższą metę jego rezultaty”. Trudniej zaakceptować jego, mówiąc delikatnie, niezbyt wnikliwe rozumienie istoty ustrojów politycznych dzisiejszego świata.
Będąc absolutnym zwolennikiem liberalizmu, Leszek Balcerowicz objawia się równocześnie jako nieprzejednany przeciwnik socjalizmu. Jak pisze, socjalizm polega na zniesieniu wolności gospodarczej – i w konsekwencji wszystkich linii wolności i rządów prawa. Aby utrzymać socjalizm, trzeba ludzi zastraszyć. Przykładem państwa socjalistycznego jest dla niego Korea Północna, zaś socjalizm to „zastąpienie własności prywatnej monopolem państwowym, a rynku nakazami i przydziałami”.
Nie wchodząc w dłuższą dyskusję z tą sprzeczną z rzeczywistością tezą, wypada tylko zauważyć, że nawet Leszkowi Balcerowiczowi trudno byłoby znaleźć jakiś kraj świata, w którym własność prywatna zostałaby zastąpiona monopolem własności państwowej. I na pewno nie jest to immanentną cechą socjalizmu, tak jak i zniesienie wolności.
Przeciwnie, to właśnie dzięki socjalizmowi można realizować wolności i prawa, które choć są formalnie obecne w kapitaliźmie, w praktyce niekiedy okazują się niemożliwe do osiągnięcia.
Według Balcerowicza „socjalizm pozbawia szans, w jakimś sensie dyskryminuje ludzi o talentach przedsiębiorczych i predyspozycjach przedsiębiorczych”. Tymczasem empiria, na której podobno stara się opierać, mówi coś zupełnie innego.
W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie, czego przykładem może być Polska (ale przecież nie tylko). To bowiem dzięki socjalizmowi doszło u nas do bezprzykładnego awansu edukacyjnego i społecznego grup, które w kapitalistycznej Polsce nie miały na to szans. I ujawniły się wśród nich również i liczne talenty przedsiębiorcze.
Także dzięki socjalizmowi mogła nastąpić realizacja, zapewne obcej prof. Balcerowiczowi, idei sprawiedliwości społecznej – na co nie ma szans w rozmaitych, istniejących w dzisiejszym świecie dyktaturach kapitalistycznych. Może dlatego marzenie o ustroju socjalistycznym wciąż jest – i zapewne zawsze pozostanie – żywe we współczesnym świecie.

W kapitalistycznych dyktaturach

Na koniec, trzeba się zgodzić z autorem, gdy wspomina o bardzo niebezpiecznych przypadkach ataku na liberalną demokrację. Chodzi mu o sytuacje, gdy po wolnych wyborach dochodzi do głosu partia, która nie traktuje siebie jako lokatora w państwie, ale jako jego właściciela.
„Najgorszym elementem takiego dążenia jest próba przejęcia aparatu wymiaru sprawiedliwości (policji, prokuratury, sądów), bo jeżeli będzie przejęty, to przestaje oczywiście być aparatem sprawiedliwości, tylko staje się aparatem bezprawia. Nie ma żadnej trwałej demokracji z upartyjnionym wymiarem sprawiedliwości. Wszystkie dyktatury opanowywały wymiar sprawiedliwości” – pisze słusznie Balcerowicz.
I zapewne dobrze by zrobił, gdyby zastanowił się, w ilu dyktaturach kapitalistycznych mamy dziś do czynienia właśnie z takim atakiem na demokrację.

Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Neoliberalizm i socjalszowinizm

Tuż przed ciszą wyborczą na lewicowo-liberalnym portalu Krytyka Polityczna pojawił się tekst Magdaleny Okraski „Mam lewicowe poglądy. W niedzielę zagłosuję na PiS”. Autorka deklaruje się jako marksistka, która „potrafi powiedzieć, że socjaldemokracja to zaledwie korekta kapitalizmu”. A jednak chciała poprzeć (poparła?) ludzi, którzy na słowo „marksizm” dostają szału i niszczą wszystko, co się z nim kojarzy, z dużo większą intensywnością niż „liberalni” poprzednicy.

Popieranie PiS-u przez część lewicy to ostateczne stadium degeneracji myślenia reformistycznego (przynajmniej mam nadzieję, że niżej upaść nie można). Konserwatywna polityka socjalna nie wpisuje się nawet w socjaldemokratyczną redukcję nierówności społecznych. To zwykłe utwierdzanie neoliberalno-monopolistycznego kapitalizmu.

 Na szaro

Autorka tekstu przekonuje, że sytuacja pracowników w Polsce pod rządami PiS się poprawiła. Przytacza swoją historię: „Pracowałam na czarno, zarabiałam 1100 zł, a 600 zł płaciłam za wynajęcie pokoju, i to nie kilkanaście, lecz kilka lat temu. Bo pierwszą umowę o pracę (kwota na rękę 1298 zł) trzymałam w dłoniach w 2015 r., mając 34 lata”. Trudno zaprzeczać – świadectwo to niewesołe, wręcz dramatyczne i wiem, że nie odosobnione. Niemniej prawdą jest i to, że wiele osób dziś pracuje na czarno np. po to, by dostać świadczenie 500+. Znam też samotnie wychowującą dziecko matkę, która straciła to świadczenie po tym, jak poszła do pracy. Tak, płace wzrosły, ale śmieciowe zatrudnienie pozostało. Magdalena Okraska dostała w 2015 r. swoją pierwszą umowę o pracę. Ja pracowałem na umowach zlecenie już po tym, gdy Polska „powstała z kolan”. Kiedy prosiłem o umowę o pracę, zostałem zwolniony. Takie rzeczy dzieją się w publicznych instytucjach.

Państwo to PiS

Co na to państwo PiS-u? Skoro już przytaczamy dowody z własnego życia… Jako goniec z firmy zewnętrznej obsługiwałem oddział kardiologii. Jakiś czas po zwolnieniu zobaczyłem baner kandydata PiS, którym okazał się znany kardiolog z tego samego oddziału. Nie pamiętam, by wspierał pracowników z firm zewnętrznych (ani on, ani reszta personelu medycznego), chociaż jego partia tak chętnie deklaruje, że chce, by wszystkim Polakom żyło się dostatnio, że będzie redukować nierówności itp. Warunki pracy personelu zewnętrznego i za PiS-u, i za PO były katastrofalne. Nawet, kiedy cena „siły roboczej” poszła w górę.

Eksmisja+

„PiS nie rozwiązał wszystkich problemów pracowników, a w niektórych obszarach spiętrzył nowe (by wymienić chociażby nauczycieli czy pielęgniarki)” – przyznaje Okraska. Następnie jednak chwali polityków konserwatywnej prawicy za to, że „po prostu przyszli i zrobili to, co zapowiadali”, co miało zapewnić im trwałe poparcie. Przypomnę może, czego – oprócz obiecanej walki ze „śmieciówkami” – PiS jednak nie zrobił. Czy ktoś jeszcze pamięta takie postulaty jak opodatkowanie banków i „sklepów wielkopowierzchniowych”, hasła zahaczające wręcz o alterglobalizm? Jeszcze w 2015 narzekano na rządy PO-PSL, że przyczyniają się do wycinania drobnych przedsiębiorców, czyli podatników – dziś PiS nie ma problemu, by przyznawać ulgi podatkowe amerykańskim korporacjom. Można wręcz mówić o umacnianiu kapitalizmu monopolistycznego. Nie rozwiązano problemu mieszkaniowego – ceny idą w górę, deweloperzy zyskali więcej praw za sprawą programu Eksmisja+. Sytuacja lokatorów jest coraz gorsza. Gdzie dokręcanie śruby banksterom, które obiecywał Andrzej Duda? Jednocześnie zmniejszono dotację dla Państwowej Inspekcji Pracy. Czasem myślę, czy nie lepiej byłoby skończyć z tą fikcją i zlikwidować PIP, który i tak nie wiele może zdziałać? Taka polityka nie broni się nawet z perspektywy liberalno-reformistycznego trade-unionizmu czy bernsteinizmu.

Lewicowy neoliberalizm

Autorka rozlicza także, słusznie, neoliberalizm SLD sprzed lat. Tym bardziej dziwi mnie, dlaczego nie jest tak samo skłonna punktować neoliberalizmu ludzi z PiS i ich wcześniejszych działań, np. nawoływań do prywatyzacji ze strony samego Kaczyńskiego. Bo Kaczyński chwalił się później, że czytał Piketty’ego? Przecież PiS nie zaprowadził żadnej „rewolucji fiskalnej”, postulowanej przez autora „Kapitału w XXI wieku”. Bo 500+? Tak, świadczenie to podważyło neoliberalną ortodoksję i wspak-dyscyplinę budżetową. Zamknęło usta korwinistom i innym rynkowym fanatykom, przynajmniej na jakiś czas. Pobudziło konsumpcję i zredukowało zadłużanie się przez lichwę gospodarstw domowych. Przyczyniło się do wzrostu płac, zarazem jednak okazało się sprzyjać wzrostowi cen. Z pewnością nie mogło odegrać znaczącej roli w sprawach zasadniczych: nierówności społeczne trwają, państwo z tektury nie zmieniło swojego prowizorycznego charakteru. To, że polityka socjalna PiS wygląda korzystnie na tle innych rządów świadczy głównie o tym, jak beznadziejne były w tych sprawach inne rządy.

Straszak

PiS wygrywa właśnie z tego powodu, a nie dlatego, że realizowało swoje obietnice od A do Z. Ma idealny straszak: powrót „liberałów” do władzy. Polityka PO upłynęła pod znakiem prywatyzacji i powszechnej nędzy, PiS zdołał się przedstawić jako antidotum na ten neoliberalizm i nadal udaje mu się sprzedawać taki wizerunek, chociaż argumentów podważających tę wizję przybywa z każdym dniem. Przypomnę jeszcze jedną historię: gdy neoliberalne PO postanowiło ratować ZUS likwidacją OFE, PiS nazwało to posunięcie „kradzieżą”, też w duchu neoliberalnym, bo przecież nie socjaldemokratycznym. Po zdobyciu władzy PiS uratowało prywatne emerytury.

Filantropia z budżetu

500+ i tym podobne formy filantropii państwowej to polityka spod znaku „damy wam pieniądze, tylko nie narzekajcie!”. Nie narzekajcie na kulawe instytucje publiczne, na brak pieniędzy na leczenie, na brak publicznych żłobków, które przecież są „reliktem komunizmu” jak stwierdził zmarły niedawno „miłośnik przyrody”, minister Szyszko. Nie widzę powodów, by bronić tego programu jak niepodległości: spełnił istotne potrzeby społeczeństwa i rozbudził jego aspiracje, ale w historycznej perspektywie może się też okazać, że nadał neoliberalizmowi „ludowy” charakter i przyczynić się do jego konserwacji. Podwyższenie świadczenia rodzinnego czy lepsze dofinansowanie instytucji publicznych nie dałoby tego efektu propagandowego.

„Wolny port”

Nie chcę nazywać PiS-u faszystami, bo pojęcie to jest dziś wręcz nadużywane i niewiele już wyjaśnia. A jednak… „Chcemy zrobić z Włoch wolny port dla międzynarodowego kapitału” – mawiał minister finansów faszystowskich Włoch, De Stefani. Nie przypomina to tekstów premiera Morawieckiego o specjalnej strefie ekonomicznej obejmującej całą Polskę? Po okresie liberalizacji gospodarki, faszystowskie Włochy tworzyły państwo socjalne, rzucając deskę ratunku kapitalizmowi, którego niesprawiedliwość budziła w całej Europie coraz większy sprzeciw. Polityka socjalna miała charakter prorodzinny i pronatalistyczny. Aby zwalczać we Włoszech nędzę, faszyści postawili na politykę kolonialną i militarystyczną. Obecna Polska to „wolny port” dla wojsk NATO i na zbrojenia nie szczędzi środków. Jak więc należy nazwać „marksistów” i socjaldemokratów ochoczo popierających PiS? Socjalszowinistami?

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.