Neoliberalizm i socjalszowinizm

Tuż przed ciszą wyborczą na lewicowo-liberalnym portalu Krytyka Polityczna pojawił się tekst Magdaleny Okraski „Mam lewicowe poglądy. W niedzielę zagłosuję na PiS”. Autorka deklaruje się jako marksistka, która „potrafi powiedzieć, że socjaldemokracja to zaledwie korekta kapitalizmu”. A jednak chciała poprzeć (poparła?) ludzi, którzy na słowo „marksizm” dostają szału i niszczą wszystko, co się z nim kojarzy, z dużo większą intensywnością niż „liberalni” poprzednicy.

Popieranie PiS-u przez część lewicy to ostateczne stadium degeneracji myślenia reformistycznego (przynajmniej mam nadzieję, że niżej upaść nie można). Konserwatywna polityka socjalna nie wpisuje się nawet w socjaldemokratyczną redukcję nierówności społecznych. To zwykłe utwierdzanie neoliberalno-monopolistycznego kapitalizmu.

 Na szaro

Autorka tekstu przekonuje, że sytuacja pracowników w Polsce pod rządami PiS się poprawiła. Przytacza swoją historię: „Pracowałam na czarno, zarabiałam 1100 zł, a 600 zł płaciłam za wynajęcie pokoju, i to nie kilkanaście, lecz kilka lat temu. Bo pierwszą umowę o pracę (kwota na rękę 1298 zł) trzymałam w dłoniach w 2015 r., mając 34 lata”. Trudno zaprzeczać – świadectwo to niewesołe, wręcz dramatyczne i wiem, że nie odosobnione. Niemniej prawdą jest i to, że wiele osób dziś pracuje na czarno np. po to, by dostać świadczenie 500+. Znam też samotnie wychowującą dziecko matkę, która straciła to świadczenie po tym, jak poszła do pracy. Tak, płace wzrosły, ale śmieciowe zatrudnienie pozostało. Magdalena Okraska dostała w 2015 r. swoją pierwszą umowę o pracę. Ja pracowałem na umowach zlecenie już po tym, gdy Polska „powstała z kolan”. Kiedy prosiłem o umowę o pracę, zostałem zwolniony. Takie rzeczy dzieją się w publicznych instytucjach.

Państwo to PiS

Co na to państwo PiS-u? Skoro już przytaczamy dowody z własnego życia… Jako goniec z firmy zewnętrznej obsługiwałem oddział kardiologii. Jakiś czas po zwolnieniu zobaczyłem baner kandydata PiS, którym okazał się znany kardiolog z tego samego oddziału. Nie pamiętam, by wspierał pracowników z firm zewnętrznych (ani on, ani reszta personelu medycznego), chociaż jego partia tak chętnie deklaruje, że chce, by wszystkim Polakom żyło się dostatnio, że będzie redukować nierówności itp. Warunki pracy personelu zewnętrznego i za PiS-u, i za PO były katastrofalne. Nawet, kiedy cena „siły roboczej” poszła w górę.

Eksmisja+

„PiS nie rozwiązał wszystkich problemów pracowników, a w niektórych obszarach spiętrzył nowe (by wymienić chociażby nauczycieli czy pielęgniarki)” – przyznaje Okraska. Następnie jednak chwali polityków konserwatywnej prawicy za to, że „po prostu przyszli i zrobili to, co zapowiadali”, co miało zapewnić im trwałe poparcie. Przypomnę może, czego – oprócz obiecanej walki ze „śmieciówkami” – PiS jednak nie zrobił. Czy ktoś jeszcze pamięta takie postulaty jak opodatkowanie banków i „sklepów wielkopowierzchniowych”, hasła zahaczające wręcz o alterglobalizm? Jeszcze w 2015 narzekano na rządy PO-PSL, że przyczyniają się do wycinania drobnych przedsiębiorców, czyli podatników – dziś PiS nie ma problemu, by przyznawać ulgi podatkowe amerykańskim korporacjom. Można wręcz mówić o umacnianiu kapitalizmu monopolistycznego. Nie rozwiązano problemu mieszkaniowego – ceny idą w górę, deweloperzy zyskali więcej praw za sprawą programu Eksmisja+. Sytuacja lokatorów jest coraz gorsza. Gdzie dokręcanie śruby banksterom, które obiecywał Andrzej Duda? Jednocześnie zmniejszono dotację dla Państwowej Inspekcji Pracy. Czasem myślę, czy nie lepiej byłoby skończyć z tą fikcją i zlikwidować PIP, który i tak nie wiele może zdziałać? Taka polityka nie broni się nawet z perspektywy liberalno-reformistycznego trade-unionizmu czy bernsteinizmu.

Lewicowy neoliberalizm

Autorka rozlicza także, słusznie, neoliberalizm SLD sprzed lat. Tym bardziej dziwi mnie, dlaczego nie jest tak samo skłonna punktować neoliberalizmu ludzi z PiS i ich wcześniejszych działań, np. nawoływań do prywatyzacji ze strony samego Kaczyńskiego. Bo Kaczyński chwalił się później, że czytał Piketty’ego? Przecież PiS nie zaprowadził żadnej „rewolucji fiskalnej”, postulowanej przez autora „Kapitału w XXI wieku”. Bo 500+? Tak, świadczenie to podważyło neoliberalną ortodoksję i wspak-dyscyplinę budżetową. Zamknęło usta korwinistom i innym rynkowym fanatykom, przynajmniej na jakiś czas. Pobudziło konsumpcję i zredukowało zadłużanie się przez lichwę gospodarstw domowych. Przyczyniło się do wzrostu płac, zarazem jednak okazało się sprzyjać wzrostowi cen. Z pewnością nie mogło odegrać znaczącej roli w sprawach zasadniczych: nierówności społeczne trwają, państwo z tektury nie zmieniło swojego prowizorycznego charakteru. To, że polityka socjalna PiS wygląda korzystnie na tle innych rządów świadczy głównie o tym, jak beznadziejne były w tych sprawach inne rządy.

Straszak

PiS wygrywa właśnie z tego powodu, a nie dlatego, że realizowało swoje obietnice od A do Z. Ma idealny straszak: powrót „liberałów” do władzy. Polityka PO upłynęła pod znakiem prywatyzacji i powszechnej nędzy, PiS zdołał się przedstawić jako antidotum na ten neoliberalizm i nadal udaje mu się sprzedawać taki wizerunek, chociaż argumentów podważających tę wizję przybywa z każdym dniem. Przypomnę jeszcze jedną historię: gdy neoliberalne PO postanowiło ratować ZUS likwidacją OFE, PiS nazwało to posunięcie „kradzieżą”, też w duchu neoliberalnym, bo przecież nie socjaldemokratycznym. Po zdobyciu władzy PiS uratowało prywatne emerytury.

Filantropia z budżetu

500+ i tym podobne formy filantropii państwowej to polityka spod znaku „damy wam pieniądze, tylko nie narzekajcie!”. Nie narzekajcie na kulawe instytucje publiczne, na brak pieniędzy na leczenie, na brak publicznych żłobków, które przecież są „reliktem komunizmu” jak stwierdził zmarły niedawno „miłośnik przyrody”, minister Szyszko. Nie widzę powodów, by bronić tego programu jak niepodległości: spełnił istotne potrzeby społeczeństwa i rozbudził jego aspiracje, ale w historycznej perspektywie może się też okazać, że nadał neoliberalizmowi „ludowy” charakter i przyczynić się do jego konserwacji. Podwyższenie świadczenia rodzinnego czy lepsze dofinansowanie instytucji publicznych nie dałoby tego efektu propagandowego.

„Wolny port”

Nie chcę nazywać PiS-u faszystami, bo pojęcie to jest dziś wręcz nadużywane i niewiele już wyjaśnia. A jednak… „Chcemy zrobić z Włoch wolny port dla międzynarodowego kapitału” – mawiał minister finansów faszystowskich Włoch, De Stefani. Nie przypomina to tekstów premiera Morawieckiego o specjalnej strefie ekonomicznej obejmującej całą Polskę? Po okresie liberalizacji gospodarki, faszystowskie Włochy tworzyły państwo socjalne, rzucając deskę ratunku kapitalizmowi, którego niesprawiedliwość budziła w całej Europie coraz większy sprzeciw. Polityka socjalna miała charakter prorodzinny i pronatalistyczny. Aby zwalczać we Włoszech nędzę, faszyści postawili na politykę kolonialną i militarystyczną. Obecna Polska to „wolny port” dla wojsk NATO i na zbrojenia nie szczędzi środków. Jak więc należy nazwać „marksistów” i socjaldemokratów ochoczo popierających PiS? Socjalszowinistami?

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.

Myślenie w rozsypce

Nie wiedzieć czemu zdumiewa mnie, a przecież mogłem się już przez tyle lat przyzwyczaić,
głębia myśli niektórych publicystów, mieszcząca się na herbacianej łyżeczce.

Dominika Wielowieyska zaniepokojona do głębi stanem naszej lewicy, twierdzi, że jest ona w rozsypce („GW”, 23.04.2019) ponieważ „Strajk nauczycieli obnażył polityczną słabość i indolencję partii lewicowych, które nie potrafią wystąpić wspólnie z wyrazistym przekazem do swoich potencjalnych zwolenników”. Gros dalszych rozważań dotyczy partii Razem Adriana Zandberga i Wiosny Roberta Biedronia, przewija się Barbara Nowacka i Piotr Ikonowicz. Niejako usprawiedliwiając się autorka stwierdza: „Pomijam SLD, bo bardziej pasuje do Koalicji Europejskiej niż do formacji, której jedną z cech rozpoznawczych byłaby ostra krytyka wszystkich poprzednich rządów III RP”.
I mamy oto, jak na dłoni, najlepszy przykład klasycznego matactwa p. Wielowieyskiej i obłudy tytułu, uprawianych zresztą od lat w stosunku do Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jest kłamstwem,

że SLD nie był, bądź nie jest, krytyczny w stosunku do minionych rządów III RP, co nota bene spotykało się wielokrotnie z ostrą ripostą postsolidarnościowych środowisk politycznych. SLD potrafił być nawet krytyczny w stosunku do czasów, gdy sam sprawował władzę, co owocowało bardzo ostrymi wewnętrznymi sporami, zmianami kadrowym i wielokrotnym posypywaniu głowy popiołem.

Nie jest prawdą,

że SLD „rwał się” w szeregi Koalicji Europejskiej – było wręcz odwrotnie, bowiem często był upominany i Włodzimierz Czarzasty, i cala partia, że mają opory, właśnie z uwagi na krytyczną ocenę minionych rządów, i jeszcze do niej nie przystąpili. Dopiero pod wpływem rozlicznych nacisków, także ze strony historycznych już lewicowych liderów, ale również w obliczu zagrożenia naszej europejskiej przynależności ze strony PiS, Sojusz wszedł do KE, z wieloma zresztą zastrzeżeniami.

Tak więc ocena SLD,

jakby nie postąpił, zawsze jest negatywna ze strony gremiów „GW”, co w swej intelektualnej głębi godnie odpowiada powiedzeniu zrozpaczonej Solejukowej z serialu „Ranczo”: „Jak się nie odwrócę to d… zawsze z tyłu”.
Serdeczność autorki wobec SLD
wyraża również ten fragment tekstu: „Razem przejęło starą nazwę aliansu, w którym niegdyś prym wiodło SLD. I wyborcy być może wciąż myślą, że to partia Włodzimierza Czarzastego. Ciekawe, czy wynik 4 proc. się utrzyma, bo może wyborcy zorientują się, że Lewica Razem to jednak nie SLD”.
Warto nadto przypomnieć
p. Wielowieyskiej, że lewicowość partii nie jest zależna od uczestnictwa w takiej czy innej koalicji, ale zupełnie od czegoś innego. Również nie podlega koncesjonowanej kreacji polskich lewicowych partii w wykonaniu „GW”.
A wracając do początku cytowanego tekstu, to strajk nauczycieli miał tylko pośrednio charakter polityczny, uczestniczyli w nim także ludzie bardzo dalecy od lewicy, a wg przedstawionego rozumowania, obnażył on słabość również Platformy Obywatelskiej.

Myślenie ad absurdum

Z kopcącym ogarkiem, a nie z kagankiem oświaty podążają do bezrozumnego ludu słowa Cezarego Michalskiego pt. „Dlaczego lud przestał być rozumny”, w „Newsweeku” (23.04.2019), diagnozujące, że „Bez odbudowy publicznej edukacji i liberalnych mediów nasza demokracja nie ma szans na przeżycie”.
Rozważania na temat stanu polskiej demokracji nie są nowe acz jednocześnie bardzo spóźnione, bo toczyć się zaczęły dopiero po pierwszych doświadczeniach aktualnych rządów PiS. Przyczyn choroby poszukuje wielu, ostatnio na łamach internetowej „Kultury Liberalnej” (9.04.2019) , pod hasłem „Czas na radykalną reformę demokracji” ukazały się wywiad z Oliverem Bulloughem, autorem książki „Moneyland”: Bogactwo? To władza bez odpowiedzialności, a także rozmowa z Yaschą Mounkiem: Płacimy za błędy elit.

„Moneyland to wróg demokracji.

Istotą demokracji jest zasada mówiąca, że w procesie politycznym każdy jest traktowany tak samo. Dzięki Moneylandowi bogaci mogą wyłączyć się z zasad demokracji i nie muszą już słuchać tego, czego chcą inni ludzie. Jeśli jesteś bogaty, masz władzę, ale znika odpowiedzialność….Moneyland jest wrogiem każdego typu demokracji. Nie ma znaczenia, kto rządzi i jakie prawa wprowadzi, bo jeżeli jesteś wystarczająco bogaty, to i tak cię nie dotyczy.”
„Elity polityczne popełniły poważne błędy.
Wiele osób próbowało sprawić, by system polityczny stał się bardziej demokratyczny. Wiele osób próbowało także przełożyć popularne postulaty na działania rządu. Ale znaczna część elit myślała o swojej roli w kategoriach grupy, która powinna opierać się rzekomo irracjonalnym żądaniom opinii publicznej. To był po prostu błędny sposób postrzegania roli elit w demokracji.”
„Dawny system demokracji solidarnościowej
przekształcił się w demokrację uprzywilejującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowanie polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych” – pisał także, w połowie ubiegłego roku, Marek Beylin.

W porównaniu

do przytoczonych powyżej myśli diagnoza Michalskiego to opis skutków, a nie przyczyn ciężkiej i zaraźliwej choroby demokracji, nadto proponowane lekarstwa są nieskuteczne w jej aktualnym, krytycznym stanie, bowiem i one zostały zainfekowane, i to już stosunkowo dawno.
Autor unikając poszukiwania przyczyn stanu tej polskiej ułomności, przytacza różne przykłady z czasów narodzin liberalizmu, także casusy z odmiennych stron świata, nie rozumiejąc, że aktualny etap rozwoju kapitalizmu, wraz z jego globalizacją, niesie w sobie wszechogarniającą władzę kapitału, także nad całym życiem społecznym obywateli, a więc również nad dotąd, lepiej lub gorzej funkcjonującą demokracją, którą uważano powszechnie, pomimo jej rozlicznych wad, za najlepszy ustrój.

Mówiąc o zblatowaniu prasy

zapomina Michalski, że nastąpiło to nie wczoraj, ani nawet kilka lat temu, bowiem już w 1880 r. John Swinton, szkocko-amerykański dziennikarz i wydawca, w czasie jednego z bankietów, kiedy zaproponowano wzniesienie toastu za niezależną prasę, nie wytrzymał i wygarnął zebranym: «Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane… Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku… My, dziennikarze, jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!»
Ratunku należy szukać nie w liberalnej prasie, jak chce Michalski, ale w jej ideowej, politycznej, społecznej różnorodności, w ścieraniu się informacji, opinii i wartości, co zresztą, jak wszyscy wiedzą, przynosi i tak obraz daleki od oczekiwań.

Publiczna edukacja,

także u nas, ostała się dla przysłowiowego ludu, bo nie kto inny jak liberalne i postsolidarnościowe ekipy za wielki sukces uważały powstanie tzw. szkól społecznych, po czasie prywatnych, a krytykowana przez autora klerykalizacja systemu oświaty miała także tych samych autorów.
Dla wyjaśnienia: ad absurdum oznacza doprowadzenie rozumowania do niedorzeczności.

Myślenie pozaczasowe

Czytam w OKO.press: „Muzeum Narodowe w Warszawie cenzuruje polską historię sztuki. Po wizycie u ministra Glińskiego dyrektor Miziołek zdejmuje ze ściany prace dwóch światowej sławy artystek.” Zapewne i inne media z lubością przyniosą tę informację, bo stanowi kolejną szpilę w rządy PiS. Rozumiem, że takiej okazji nie można przegapić, ale w rzeczywistości nie jest to wydarzenie ani nowe, ani też szczególnie frapujące.
Nasz naród, wychowany na anty seksualnych wzorcach upowszechnianych, acz nie koniecznie przestrzeganych, przez katolickich pasterzy, już od dawna, zanim nastał PiS, rozlicznymi czynami i głosami dawał odpór wszystkiemu co nowe i nowoczesne, niezrozumiałe, a zapewne i groźne dla jego jestestwa, istnienia i godności.
W latach 70. sensację ale i nadzwyczaj słuszne, nie tylko społeczne, oburzenie wywoływał cykliczny Międzynarodowy Salon Fotografii Artystycznej „Venus”, organizowany przez Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne, co m. in. skutkowało oblaniem kwasem i zniszczeniem jednej z wystawionych prac.
Kilka dekad później Daniel Olbrychski, zapominając, że nie jest już Kmicicem, Tuhaj-bejem ani też Azją Tuhajbejowiczem, a zwykłym lanserem, szablą pokiereszował wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – głośnego i cenionego w świcie artysty – mówiąc „Tą wystawą pieprzy się dzieciom w głowach.”
Kolejny raz w Zachęcie chodziło o niesienie ulgi naszemu papieżowi, przygniecionemu meteorytem w ranach instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana. Posłanka Halina Nowina-Konopka skutecznie odwróciła uwagę ochrony, a Witold Tomczak sforsował barierki i usunął przygniatający Jana Pawła II głaz.
Wszystkie te wydarzenia, bez względu na to kto aktualnie dzierżył w kraju władzę, łączy obawa i strach Polaków przed odmiennym postrzeganiem świata z jego innymi wartościami i nowymi ideami. A, że Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje i podsyca takie właśnie zachowania strasząc Polaków czym się da (m. im. uchodźcy, LGBT, zawsze lewica, ostatnio euro) to też prawda.

Myślenie życzeniowe

Senator PiS Grzegorz Bierecki słowami o „oczyszczeniu Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej” daje przykład europejskich standardów ukraińskim sąsiadom. Rzecz dotyczy języka, który jest często jednym z atrybutów pojęcia naród, ale rządzący w Kijowie od czasów majdanowego przewrotu nie mogą żadną miarą sobie uświadomić, że na Ukrainie – tak się historycznie ułożyło – żyje wiele narodowości i każda z nich ma prawo do zachowania swojej kulturalnej, a więc i językowej odrębności. Dziwne to tym bardziej, że wpływowa i potężna ukraińska diaspora w Kanadzie doświadcza zarówno języka angielskiego jak i francuskiego, co wcale nie przeszkadza jej zachowywać swoją tożsamość.
W ostatnim czasie parlament w Kijowie uchwalił nową ustawę o jedynym, państwowym (oficjalnym) języku na Ukrainie, którym ma być ukraiński. Ma obowiązywać w mediach, miejscach publicznych. Każdy obywatel Ukrainy jest zobowiązany do znajomości języka państwowego. Ten akt ma oczywiście przede wszystkim na względzie eliminację z życia publicznego języka rosyjskiego, ale już dużo wcześniej poddano restrykcyjnymi zarządzeniami języki innych narodowości.
Obecnie prasa może być drukowana w języku innym niż ukraiński, o ile jest wydawana wersja ukraińska w tym samym nakładzie. Te zasady nie dotyczą jednak periodyków wydawanych w językach autochtonicznych Ukrainy (nalezą do nich Tatarzy krymscy, Krymczacy, Karaimi i Grecy znad Morza Azowskiego), zapewne dlatego, że na ich antyrosyjskość liczy władza. Oznacza to, że małe grupy etniczne są ważniejsze niż spore, inne skupiska narodowościowe.
Pomimo sympatii dla niepodległościowych dążeń Ukraińców zadziwia magiczna wiara w pozytywne skutki tej ustawy, a nadto uważam, że taką drogą to do Unii nie trafią, dodatkowo antagonizując społeczeństwo, któremu do narodowej czy państwowej jedności jest bardzo daleko.
Jednego mogą być jednak pewni – obecny polski godnościowy rząd, w przeciwieństwie od Victora Orbana, nie upomni się, w odróżnieniu od ekshumacji, o prawa żyjących na Ukrainie Polaków.

Odzyskiwanie wolności

W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?

Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.

Między populizmem a liberalizmem

Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?

Skandynawska zieleń

Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo. I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.

Wspólnota współpracy

Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).

Nowe horyzonty wolności

Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6 – miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.

Wyborczy test

Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.

Wiosna idzie

Aktorstwo polityczne jest mocną stroną Roberta Biedronia. Jeszcze młody, przystojny, uprzejmy w obejściu, mówiący ciekawie i z zaangażowaniem. Działa na emocje, a to w polityce jest najważniejsze, by wywrzeć dobre wrażenie na początek. No i nie zalatuje naftaliną. Proszę sobie wyobrazić, że to, co wygłosił Biedroń, odczytuje z kartki łysy gość z brzuszkiem i do tego sepleni, bo ma luźną sztuczną szczękę. Treść wystąpienia też była przemyślana. Było o rzeczach, które zostaną rozwiązane, naprawione, zapanuje sprawiedliwość, itd. W zasadzie nie dostrzegłem niczego w wystąpieniu Biedronia czego wcześniej nie byłoby w programach partyjnych. Jednak dobry aktor, scenariusz imprezy i otoczenie przydawało atrakcyjności temu eventowi.
Złe języki od razu zarzuciły, że nic nie było o finansach. Takie np. wizyty w prywatnych gabinetach lekarskich finansowane przez NFZ. Wiadomo, że lekarzom trzeba za to zapłacić ekstra. I po co rozwijać temat? Że trzeba będzie zaraz podnieść składki zdrowotne. Tego nikt nie lubi. Albo, że do któregoś tam roku, znikną w kraju elektrownie węglowe. Trzeba wydać setki miliardów złotych, by to zrealizować. Po co denerwować słuchaczy nudnymi wywodami o finansach.
Wiadomo, że będzie lepiej i to powinno wystarczyć. Nikt na weselu nie mówi o problemach, jakie czekają małżeństwo w przyszłości. Te problemy pojawią się i tak. Dlatego słusznie Robert Biedroń mówił z emfazą o tym co będzie partia robiła wielkiego i przyjemnego, a skrzętnie unikał jak to będzie wyglądało w praktyce.
Patrzący z nadzieją na Wiosnę cieszą się, a złe języki już judzą. A skąd to lider wziął milionik na taką wystawną konwencję. PiS i PO takie konwencje organizują seriami, a tu jedna, ale udana i już czepianie się. Trzeba poczekać co będzie dalej. Uniesienie mija, zacznie się codzienność i jak tę codzienność zagospodaruje Wiosna, takie będzie miała sukcesy. Bo uniesienie trwa dość krótko, potem przychodzi odprężenie, potem zmęczenie, a na końcu znudzenie i obojętność. Tego ostatniego Wiośnie nie życzę.

W objęciach MFW (część I)

Piętnaście lat temu argentyński rząd przerwał współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Teraz do niej powraca. Wtedy argumentowano, że MFW uniemożliwiło rządowi podejmowanie samodzielnych decyzji w sprawach gospodarczych, odpowiadanie na potrzeby społeczeństwa. Jednak w maju 2018 r. prezydent Mauricio Macri wznowił współpracę z Funduszem. Efekty już są widoczne – Argentyna tonie w otchłani neoliberalnych rozwiązań i kryzysu społecznego.

 

Mauricio Macri został zaprzysiężony został na stanowisko prezydenta w grudniu 2016 r. W wyborach startował jako kandydat centroprawicowej koalicji wyborczej Cambiemos („Zmieńmy się”). Pokonał kandydata Frente Para La Victoria („Frontu Zwycięstwa”), partii, która zamierzała kontynuować agendę rządzących przez poprzednie dwanaście lat Néstora Kirchnera (2003-2007) oraz Cristiny Fernández de Kirchner (2007-2015).

Cambiemos zyskało na splocie wewnętrznych kryzysów i zmianie sytuacji międzynarodowej. Polityka dobrobytu Kirchnera zaczęła upadać w momencie, gdy spadły ceny towarów, w efekcie czego chciwy kapitał zaczął omijać regulacje rządowe, mające na celu zabezpieczanie gospodarkę. Pomogło też to, że Ameryka Południowa zaczęła jako całość skręcać na prawo. Multimedialne holdingi zintensyfikowały swoje działania na wielu płaszczyznach, działając w bardzo nienawistny sposób. Korzystały z monopolu telewizyjnego, siły przekazu, różnorakich dostępnych narzędzi służących manipulacji mediami społecznościowymi. Przypomnijmy, że podczas kampanii Macriego posłużono się również usługami firmy Cambridge Analytics. Wszystko po to, by zniszczyć rząd i pozycję polityczną Kirchner. Sukces był całkowity – Cambiemos nie doszło do władzy dzięki poparciu militarystów i armii, ale dzięki efektownemu zwycięstwu w demokratycznych wyborach.

Niezwłocznie po zaprzysiężeniu Macri, kandydat finansjery, stworzył wokół siebie środowisko, złożone z przedstawicieli wielkiego biznesu, posiadających wiele koneksji w świecie wielkich fortun i zakulisowych wpływów. Ten rząd jest, jak nazwał to Claudio Katz, “CEO-kracją” (CEO, Chief executive oficer – osoba mająca ostateczną władzę wykonawczą w firmie, holdingu czy korporacji – przyp. tłum.).

Macri obarczył winą za wszystkie choroby toczące Argentynę poprzednią administrację i jej progresywną, redystrybucyjną agendę.

Zlikwidował m.in. uniwersalny program świadczeń pieniężnych na dzieci, zatrzymał inwestycje publiczne oraz ograniczył prawa pracownicze Argentyńczyków.

Równolegle zalegalizowany został pobyt dwóch milionów imigrantów. Recesja z roku 2016, która została użyta przez Cambiemos, by zaatakować poprzednią administrację, skutkowała drastycznym spadkiem w pobieraniu energii, co zmniejszyło aż o 6 proc. dochód z jej sprzedaży. Inflacja wzrosła o 40,3 proc. i to ona, z pominięciem innych czynników, została obarczona winą za wzrost nierówności, biedy i bezrobocia.

Upierając się, wbrew wszelkim dowodom, że to administracja Kirchner zniszczyła Argentynę, administracja Macriego wkroczyła na drogę neoliberalizmu. Wprowadziła reformę podatkową służącą wielkiemu biznesowi oraz transnarodowym funduszom spekulacyjnym, które skupiły długi Argentyny. Ulgi podatkowe dla bogatych i wpłaty na konta spekulantów pochodziły ze zwiększającego się zadłużenia zagranicznego Argentyny. Prawicowa administracja pośpiesznie zintensyfikowała również wydobycie surowców, także w miejscach do tego nie przewidzianych, np. Vaca Muerta w Neuquén. Cambiemos i jej CEO-kracja pozwala również w nieskrępowany sposób się bogacić tytanom energetycznym, agrobiznesowi i mediom.

W listopadzie 2017 roku, Argentyńczycy poszli do wyborów, tym razem parlamentarnych. Multimedialne korporacje należące do wielkiego biznesu znowu rozpoczęły agresywną kampanię.
Macriego i jego ugrupowanie prezentowano jako nieprzekupnych, Cristinę Kirchner i jej partię Justicialista – jako polityków do szczętu skorumpowanych.

Przed samymi wyborami natomiast Macri i jego administracja rządowa zwiększyli wydatki publiczne. Tymczasowy wzrost poziomu życia pomógł Cambiemos zwyciężyć. Gdy tylko zebrał się nowy parlament, Macri zaproponował obcięcie wydatków publicznych i reformy prawa pracy w stylu MFW, jak i też zmianę prawa dotyczącego wyborów oraz nową politykę podatkową i emerytalną. Opór wobec tych neoliberalnych posunięć zatrzymał je wszystkie. Parlament przepchnął w grudniu 2017 r. jedynie reformę emerytalną. Została uchwalona wbrew masowej mobilizacji przeciwników, którzy zgromadzili się wokół parlamentu, spotykając się z gwałtowną agresją policji.

Międzynarodowe agencje finansowe ostrzegały przez stale rosnącym długiem zagranicznym Argentyny, szczególnie ze względu na powolny wzrost stóp procentowych USA oraz ucieczkę kapitału finansowego do USA. I faktycznie, argentyńska ekonomia weszła w spiralę dewaluacji peso, ucieczki kapitału z kraju i galopującej inflacji. Cambiemos stworzyło kryzys… by rozwiązać kryzys.
Macri obiecał stworzyć z Argentyny „supermarket świata”. Zapewniał on, że zagraniczne inwestycje zaleją kraj, a argentyńskie towary będą sprzedawane wszędzie. Nic takiego nie miało miejsca.
Liberalizacja i deregulacja poprowadziły do wzrostu importu, nie eksportu, zmniejszania się zysków zagranicznych inwestorów i ucieczki kapitału za granicę, tworząc największy w historii kraju deficyt w prywatnym sektorze.

Pomiędzy 2016 i 2017 rokiem argentyński dług zagraniczny wzrósł, osiągając 53 proc. PKB. Stosunek zadłużenia zagranicznego do PKB Argentyny zagroził stabilności gospodarki kraju. W kwietniu 2018 r. Bank Rezerwy Federalnej USA podniósł stopy procentowe. Dolary zaczęły odpływać z powrotem do Stanów z całego świat, szczególnie ze średniozamożnych krajów takich jak Argentyna i Turcja. Argentyński Bank Centralny próbował zatrzymać krwotok, ale jak się okazało, nie posiadał do tego narzędzi (między przez wcześniejszą deregulację kontroli finansowej). W maju rząd Macriego przyjął pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kryzys nie był jednak spowodowany „zewnętrznym chaosem” , jak to próbował przedstawić Macri. Wzrost stóp procentowych w USA był bodźcem kryzysu, ale to argentyńska administracja sprawiła, że kraj stał się zależny od dolara.

Interwencja MFW w obronie rządu nie miała jedynie technicznego zabarwienia. Żaden zresztą z kroków zaproponowanych przez fundusz nie był z punktu widzenia otoczenia Macriego całkowicie nowatorski. Jeszcze przed wkroczeniem Funduszu minister finansów Nicolás Dujovne ogłosił cięcia budżetowe w sferze wydatków na infrastrukturę. „Reformy” MFW były tylko dalszym ciągiem tej samej polityki neoliberalnej. Ich znaczenie było o tyle szersze, że w zamierzeniach międzynarodowej instytucji reformy w Argentynie są tylko jednym z kroków w procesie transformacji gospodarek na terenie całej Ameryki Łacińskiej.

W czerwcu 2018 r. MFW i Argentyna podpisały wstępny Stand-By Arrangement, według którego Argentyna miała otrzymać 50 miliardów dolarów w ciągu 36 miesięcy, w zamian za stworzenie i wdrożenie planu gospodarczego, który zredukowałby deficyt budżetowy do zera i wzmocniłby „autonomię” Banku Centralnego. Czas na te reformy rząd dostał do 2020 r. Pod słowem „autonomia” rozumieć należy ograniczenie władzy instytucji demokratycznych nad posunięciami podejmowanymi przez Bank Centralny. Działania Banku mają być postrzegane jako techniczne regulacje, a nie posunięcia polityczne o dużej skali wpływu na inne sfery życia społecznego.

Kilka miesięcy przed wejście w życie SBA rozwinął się nowy kryzys walutowy. Na koniec sierpnia peso dramatycznie straciło na wartości (o 15 proc. w ciągu jednego dnia), stopy procentowe wzrosły do 60 proc., a ryzyko wzrosło, według JP Morgan, aż do 780 pkt. Rząd Macriego, by zatrzymać krwawienie, poszukiwał nowego rozwiązania podsuniętego przez MFW. Fundusz przyspieszył transfer pieniędzy do argentyńskiej gospodarki, tak by dotarły one jeszcze w trakcie rządów Macriego, którego kadencja trwa do końca 2019 r. W odpowiedzi rząd obiecał likwidację deficytu budżetowego do 2019, a nie 2020 roku, oraz obiecał, że gospodarka osiągnie 1 proc. wzrostu PKB.

W istocie rząd miał po prostu drastycznie obciąć wydatki publiczne w szalenie szybkim tempie, by zacząć kontrolować inflację.

Protegowany Ministra Finansów Nicolasa Dujovne, Guido Sandleris, został szefem Banku Centralnego. Głębokie cięcia miały nastąpić w sektorze wydatków Ministerstwa Zdrowia i Pracy, jednym z najważniejszych sektorów dla polityki redystrybucyjnej w czasach Kirchner.

Argentyna podpisała kilka umów z MFW, trzy umowy SBA w latach 80., dwie w latach 90., kolejną w 2001 i w 2003 r., ponadto zawarła w międzyczasie dwie umowy o nazwie Extended Fund Facility. Każda z umów była powtórzeniem poprzedniej. Za każdym razem jako problem wskazywano zbyt wysokie wydatki publiczne, które prowadzą do zwiększenia potrzeb konsumpcyjnych, co skutkuje inflacją. Aby dostąpić asysty MFW, rząd zmuszony ciąć wydatki publiczne, by zmniejszyć zadłużenie, co jest najważniejszym punktem jakichkolwiek planów restrukturyzacyjnych animowanych przez MFW. Za każdym razem cięcia wpływają fundamentalnie na politykę krajową.

Budżet Argentyny na 2019 rok kompletnie pomija wydatki socjalne i ogranicza subsydia na fundamentalne aspekty życia społecznego, takie jak zdrowie czy edukacja.

W tym samym czasie rząd wydaje pieniądze na spłatę długu. Krótko mówiąc, więcej pieniędzy płynie w kierunku banksterów, mniej w kierunku ogółu społeczeństwa.

Strukturalne dostosowywanie jest jednym z filarów polityki MFW. Przez ostatnie dekady polityka ta była wdrażana w krajach Globalnego Południa. Za każdym razem efekt był ten sam: dochodziło do zduszenia aktywności gospodarczej, zmniejszenia wydatków publicznych, głębszej recesji, wzrostu bezrobocia, braku pewności zatrudnienia i biedy. Powstawała sytuacja tzw. permanentnego strukturalnego dostosowywania się, ustawicznego pogłębiania się kryzysu tworzonego przez rozwiązania promowane przez MFW oficjalnie do zapobiegania mu. Ciągła spirala spadku gospodarczego prowadzi do wzmocnienia ekonomicznej i politycznej interwencji, która utrudnia lub nawet pozbawia państwo zdolności do podejmowania suwerennych decyzji. Takich, których celem nie jest spłacanie wiecznie rosnącego zadłużenia.

W takiej sytuacji znalazły się kraje zrujnowane przez politykę MFW od Argentyny pod Grecję.

 

c.d.n.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na witrynie „The Tricontinental”, jego spolszczoną wersję publikujemy za portalem strajk.eu

Głos lewicy

Socjalistą być

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:

Bycie socjalistą w dzisiejszej Polsce wymaga odwagi i rozumu. Liberałowie szydzą z naszych marzeń o Polsce sprawiedliwej, w której mieszkanie, leczenie nie jest przywilejem tylko prawem, gdzie pracowników traktuje się z szacunkiem i godnie się ich wynagradza. A tzw. „prawdziwi Polacy” wyzywają nas od komuchów. Kiedy odsłaniano pomnik Ignacego Daszyńskiego, jednego z tych wielu socjalistów, którzy doprowadzili do Niepodległości w 1918 roku, poczułem dumę, że tak jak on, jak Stefan Okrzeja, Kazimierz Pużak, Mieczysław Niedziałkowski, jestem socjalistą. Bo walka o Polskę sprawiedliwą to jest prawdziwy patriotyzm. My, socjaliści broniąc słabszych przed przemocą ze strony możnych i bogatych uprawiamy ten patriotyzm na co dzień.

 

Prawicowy sojusz

Łukasz Moll zastanawia się nad korzyściami sojuszu narodowców z rządzącymi:

Powiem szczerze, że dla mnie takie sklejenie modelu patriotyzmu według PiS z narodowcami wydaje się korzystne. Narodowcy są PiS potrzebni jako ekstremum, które umożliwia przesuwanie sceny politycznej w prawo, ale zblatowanie z nimi jest niebezpieczne wizerunkowo, z czego w PiS zdają sobie sprawę i stąd ten kordon oddzielający jednych od drugich na marszu.
Sądzę jednak, że to sąsiedztwo zaszło właśnie na tyle daleko, że rosnąć będzie zapotrzebowanie na alternatywny model wspólnoty, być może na inny typ patriotyzmu, być może jakiś europeizm, internacjonalizm czy kosmopolityzm, a najpewniej wyjdzie z tego jakaś hybryda tych typów idealnych, która pozwala urządzać wspólnotę do wewnątrz i na zewnątrz. Inne siły polityczne to dostrzegają, na lewicy Biedroń sięga po Kościuszkę jako rzecznika patriotyzmu demokratycznego i postępowego, a SLD i Razem po socjalistę Daszyńskiego.
Obawiam się jednak dwóch scenariuszy. Pierwszy: reakcją na nacjonalistyczny projekt PiS i skrajnej prawicy będzie jakiś płytki anty-patriotyzm, śmieszkowo-ironiczny stosunek do polactwa, takie manifestacyjne wycofywanie się z polskości. On już jest niestety rozpowszechniony. Niestety, bo po prostu nie działa.
Drugi: że nawet najfajniejszy patron, symbol, idea czy święto nie chwycą jeśli nie będzie wokół niego czytelnego projektu politycznego, z którym będzie można się utożsamić w taki emocjonalny sposób i – co więcej – ta emocjonalność, zwłaszcza w naszych warunkach, musi być nie tylko pozytywno-uśmiechnięta, ale także negatywno-wkurwiona. Na tym polu śmiertelnym zagrożeniem dla lewicy będzie Tusk, którego powrót do polskiej polityki będzie oznaczał próbę wskrzeszenia projektu liberalno-konserwatywnego, który zaostrzy wojnę PO-PiS i jeszcze bardziej zmarginalizuje lewicę. Tak, chcę Wam powiedzieć, że rywalizując z PiS, lewica powinna wspólnie z nią zwalczać Tuska i odesłać formację neoliberalną na boczny tor, gdzie w swoim skisłym sosie ta będzie mogła stawiać pomniki bohaterom polskiej transformacji i gratulować sobie sukcesu, którego zmanipulowani, głupi rodacy nie potrafią dostrzec.

 

Niesprawiedliwość

Ryszard Szarfenberg dostrzega słabe punkty Rodziny 500 plus:

500+ a samotne/samodzielne rodzicielstwo dwójki lub więcej dzieci: „Świadczenie wychowawcze na dane dziecko nie przysługuje, jeżeli osobie samotnie wychowującej dziecko nie zostało ustalone, na rzecz tego dziecka od jego rodzica, świadczenie alimentacyjne na podstawie tytułu wykonawczego”. Cel przepisu: „uszczelnianie” przed wyłudzaniem 500+ na pierwsze lub jedyne dziecko przez fikcyjnych samotnych rodziców. Pytanie: a co z drugim dzieckiem, na które 500+ należy się bez kryterium, a więc nie może być ono teoretycznie wyłudzone? Jeżeli 500+ nie zostanie przyznane na drugie i kolejne dzieci samotnemu rodzicowi, bo nie ma ustalonego świadczenia alimentacyjnego, to będzie niesprawiedliwe i dyskryminujące dla tych dzieci.

Ten model napędza nierówności Wywiad

O tym dlaczego kapitalizm szkodzi, o potrzebie nowego paradygmatu i o pewnej bezradności liberalnego intelektualisty wobec wyzwań współczesności, Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z prof. Janem Zielonką, politologiem, profesorem Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie.

 

Powiedział Pan swego czasu, że trzeba „wymyślić kapitalizm na nowo”. W filmie „Operacja Samum” jeden z bohaterów mówi o drugim, że ratuje świat, podczas gdy on go tylko wyklepuje. Nie wydaje się Panu, że i Pan też tylko wyklepuje świat? Już nic nie będzie poza kapitalizmem?

Ani demokracja, ani kapitalizm nie przestaną istnieć, tylko one muszą się dostosować do rzeczywistości. Ale demokracja i kapitalizm za nią nie nadążają, zwłaszcza demokracja, która wymaga interwencji publicznej.

 

A kapitalizm?

Kapitalizm się jej wymknął. Uciekł, po prostu.

 

Mówi Pan o neoliberalizmie… Jest odpowiedzialny za ta zepsutą rzeczywistość?

Tak, o neoliberalizmie i jego odpowiedzialności. Przecież to nie jest tak, że Chińczycy kazali nam wszystko prywatyzować. Sami to robiliśmy. A jak ktoś tego nie robił, to był nazywany zacofańcem. To się musi zmienić, ale nie ze względu na zmiany technologiczne, ale ze względu na oczekiwania społeczne. Bo jeżeli ten model kapitalizmu napędza tak potworne nierówności społeczne, to muszą być tego konsekwencje.

 

To musimy się na coś zdecydować: czy zwracamy uwagę na stosunki społeczne, czy też na stosunki ekonomiczne. Ludzie mają poczucie pozbawiania ich podmiotowości, kapitalizm staje się ponadpaństwowy. Jak Pan sądzi, w którą stronę powinny iść zmiany społeczne?

Ja się zgadzam z Panem w tym, że kapitalizm jest ponadpaństwowy, ale nie zgadzam się, że można zmiany ekonomiczne oddzielić od społecznych. Dam Panu przykład: przyjechałem do Polski, by opiekować się chorym ojcem, który jest w szpitalu. I zauważyłem jedną rzecz: jak to jest możliwe, że wchodzę do każdego banku i tam jest klimatyzacja, a w żadnym szpitalu tej klimatyzacji nie ma? I dostawałem odpowiedź, że bank jest prywatny, a szpital publiczny. Co to za argument?! Ale to pokazuje ważną sprawę: związek spraw społecznych z ekonomicznymi. I że w tym systemie demokracja funkcjonuje z kapitalizmem w sposób całkowicie ułomny. Przecież musimy mówić o pojęciu interesu publicznego. Czy w interesie publicznym jest, żeby ludzie umierali z powodu upałów w szpitalach?

 

Ale jednak rynki uciekły spod kontroli państwa.

Jeśli część rynków uciekła spod kontroli państwa, to ja się pytam: gdzie jest i była władza publiczna, gdy traciła wpływ na rynki? Wiele osób na lewicy, jak na przykład z kręgów Corbyna, odpowiada dziś, że tak, musimy odzyskać kontrolę państwa nad gospodarką.

 

A da się?

Otóż to – nie da się. Jasne, w polityce nigdy nie ma działania według zasady „wszystko albo nic”. Ale moim zdaniem, takie hasła są sprzeczne z kierunkami rozwoju technologii i procesów społecznych. Jeżeli transakcje są ponadnarodowe, to trzeba stworzyć autorytet ponadnarodowy, który powinien nad tym zapanować.

 

Na razie mamy Unię Europejską.

Tak. Ale trzeba pamiętać, że ten jedyny autorytet ponadnarodowy się rozwala.

 

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że w jej polu widzenia nie było polityki społecznej. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro szefem Unii jest symbol rajów podatkowych, a szefem jej parlamentu – najbliższy współpracownik Berlusconiego.

 

Co zatem robić?

Trzeba zmienić paradygmat. Trzeba kogoś, kto byłby odpowiednikiem Adama Smitha czy Karola Marksa XXI wieku. Kto całościowo ująłby problemy własnościowo-społeczne. Ale tego kogoś nie mamy. Z różnych powodów zresztą, z których jednym z najważniejszych jest ten, że zabiera to czas. Nawet jak ludzie mają dobry pomysł, to nie wiemy, jak on się sprawdzi w praktyce. Uważam, że rzeczy trzeba sprawdzać na zasadzie prób i błędów. To wymaga czasu właśnie. Po drugie, nawet jak się wyjdzie z nowym pomysłem czy paradygmatem, to trzeba go przetłumaczyć na język zrozumiały dla obywateli i o nim z negocjować. To jest też długi proces. Na przykład ja mam pomysł, jak zreformować Europę. Tylko co z tego? Musiałbym to przełożyć na język, przekonać elektorat. To zajmie co najmniej dekadę.

 

Nieoptymistycznie Pan brzmi. A ludzie chcą zmian już, natychmiast.

Neoliberalizm zdefiniował podstawowe punkty – co jest mądre, co głupie, co potrzebne, co nie. To jest ideologia. Oni tak zdefiniowali normalność, że wszyscy ci, którzy mieli inne pomysły, byli od razu uwalani. Nawet wśród intelektualistów duszono najmniejszą choćby dyskusję.

 

Myśli Pan, że to zaszkodziło Europie?

Mówię o tym, żeby pokazać, że to wszystko nie jest kwestią przywództwa politycznego, nawet nie jest kwestią mobilizacji społecznej. Bo jeżeli chcemy maszerować na ulicy z przywódcą, który nas gdzieś prowadzi, to ja chcę wiedzieć, gdzie i po co. Mamy kryzys paradygmatu. Nie ma sensu biec na barykady, skoro nie znamy celu tego biegu. Ludzie na Zachodzie tego nie rozumieją.

 

Liberalizm się nie sprawdził?

Nie sprawdził się albo został zaprzedany. A nowe elity wiedzą czego nie chcą, ale jednocześnie wizji całościowej nie mają.

 

Nie wiedzą, czego chcą?

Ależ nie, wiedzą. Chcą powrotu państw narodowych. I ja nawet jestem za. Liberalizm zaniedbał tożsamość. Ale szybko się przekonają, że to państwo dziś bardzo mało może. Że to nie jest państwo XVII i XIX wieku. Trzeba pomyśleć, co ono dzisiaj może. Przyzwyczailiśmy się, że państwo dzisiaj nie kontroluje transakcji finansowych. Ale obrona narodowa, o tak, to powinno kontrolować państwo. Tylko pytanie, jakie państwo? Chłopcy w mundurkach, pod flagą, na granicy? Jak się jest w NATO, to obrona narodowa jest inna niż na Donbasie, gdzie jest konflikt etniczny. Obrona NATO jest obroną przed atakiem jądrowym, broń jest w kosmosie i w przestrzeni cybernetycznej. Do tego trzeba komputera, a nie patriotycznego chłopca z karabinkiem i siedzącego pod flagą. Nie chcę powiedzieć, że te tradycyjne metody są całkiem do niczego. Chodzi mi tylko o to, że jak pan Błaszczak da hasło do wymarszu, to większość po prostu wyjedzie, ucieknie. Ci sami, którzy są przeciw uchodźcom – jutro sami będą uchodźcami. To jest wszystko bardziej skomplikowane, niż zwolennicy państwa narodowego próbują nam wmówić. Większość państw narodowych nie potrafi sama niczego zrobić.

 

Demonstruje Pan pewną bezradność. Trudno coś powiedzieć na pewno – mówi Pan. A ludzie chcą jednak jasnego przekazu. O, tutaj idziemy, to jest kierunek.

Nie mam ambicji być nowym Marksem. Ale widzę, że pewne rzeczy zostały zrobione źle. Pierwsze zatem, co trzeba zrobić, to powiedzieć, co zostało zrobione źle.

 

Nazwać to…

Na przykład weźmy liberalizm. On nie mówi tylko o wolności, liberalizm jest też o równości. I jest oczywiste, że w ostatnich latach wolność była promowana, a równość zaniedbywana. Nie muszę mieć paradygmatu marksistowskiej wojny klas, by doprowadzić do tego, by brak równowagi został zmieniony. W tym celu należy wprowadzać pewne rozwiązania polityczne. Na przykład płaca minimalna, podatek od dziedziczenia. To nie może być czekanie na Godota, pewne rzeczy można już wprowadzać. Najpierw jednak musimy uznać, że nierówności poszły za daleko. PKB w Polsce od 1989 roku wzrosło o 25 proc. I to jest fakt. Ale jak on został podzielony? Wiemy, jak bardzo niesprawiedliwie, bo Polska jest liderem w Europie, jeśli chodzi o liczbę prekariuszy. A w Polsce ludzie z PO nie chcą się do tego przyznać. Może dlatego, że jeżeli się do tego przyznają, to będą musieli wziąć za to odpowiedzialność.

 

A chętnych na to nie ma.

My nawet nie jesteśmy na tym etapie, by jednoznacznie nazwać błędy neoliberalizmu, a co dopiero pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy na nich zarobili. Nie jest więc tak, że neoliberalizm już kona.

 

Jeśli nie nazwiemy błędów, to nie wyciągniemy z nich wniosków, a jeśli nie wyciągniemy wniosków, to trudno mówić o jakichś zmianach.

Dokładnie. Widać więc, że to nie jest kwestia zmiany na nowe. Trzeba najpierw zrozumieć, kto jakie popełnił błędy. Ludzie przez trzy dekady głosowali na liberałów. I wreszcie powiedzieli „dość”.

 

Droga do zmian wydaje się otwarta.

Dobre pomysły nie wystarczą, bo ci, którzy są przy kasie i przy władzy, nie palą się do zmian. Nowe, antyliberalne rządy stosują metody oczywiście niedemokratyczne i niemądre. Ale powstaje pytanie: a jakie inne? Wiemy, dlaczego stworzyliśmy system, w którym ci, którzy wygrywają wybory, nie mogą robić wszystkiego co chcą. Demokracja nie jest dyktaturą większości. Mniejszość musi mieć jakieś prawa, kiedy przegrywa. To elementarne pojęcia. Po drugie ta większość nie reprezentuje całego społeczeństwa. Tylko w krajach niedemokratycznych przywódca dostaje 99 proc głosów. Z drugiej strony wiemy, że parlamenty nie są najbardziej efektywne.

 

A dlaczego?

Dlatego, że po wyborach partie przestają być związane ze swoją bazą wyborczą. Kiedyś tak może było, ale teraz partie nie reprezentują żadnych określonych grup społecznych, tylko jakichś amorficznych wyborców. Zabezpieczeniem słabości demokracji jest trójpodział władzy, gwarantujący, by wzajemnie się one kontrolowały. To działało. Ale nagle okazało się, że duża część decyzji jest podejmowana przez organy nie pochodzące z wyborów: banki centralne, Komisję Europejską, Trybunały Konstytucyjne. Tu spowodowało przegięcie, które zachwiało całym demokratycznym systemem liberalnym. Najlepszym przykładem było wyproszenie premiera Grecji z obrad Grupy Europejskiej, a kiedy protestował, to powiedziano, że Grupa jest organem nieformalnym i jej członkowie mogą robić, co im się podoba. A przecież oni decydowali o suwerenności całego państwa! Jasne, największym problemem nie była Troika, ale to, że rynki wyszły spod kontroli demokracji. Wszędzie, nie tylko w Grecji. Doszliśmy do sytuacji, w której żadne państwo nie pozwoli sobie na politykę, która będzie przeciwstawiać się rynkom. Ostatnim politykiem, który próbował to zrobić, był Mitterand i został przez rynki zmiażdżony.

 

A nie próbowano jakoś połączyć rynków z demokracją?

Tak, Tony Blair próbował to robić i mnie się to wtedy podobało. Dziś widzę, że to była błędna idea. Podczas kryzysu 2008 roku podjęto trzy kluczowe decyzje. Pierwsza, że międzynarodowe banki mają zostać zasilone państwowymi, nie unijnymi pieniędzmi. Druga, że banki trzeba ratować kosztem innych dziedzin, a trzecia, że za ratowanie banków płacili podatnicy. U podstaw tych decyzji leżał strach, że jeśli banki upadną, to zawali się cały system.

 

I na czym polegał błąd?

Na tym, że podejmowały te decyzje rządy, a nie parlamenty. Na tym, że nawet nie próbowano rozmawiać o tym z wyborcą.

 

Neoliberalny kierunek rozwoju tkwi korzeniami w USA. Czy nie uważa Pan, że podporządkowanie się Stanowym Zjednoczonym szkodzi Europie?

Nie zgadzam się. Związki z USA są różne dla różnych państw. Integracja Europy byłaby niemożliwa bez Ameryki, a Amerykanie zawsze byli zwolennikami zjednoczonej Europy. Owszem, zaczęło się to zmieniać po zimnej wojnie, szczególnie za czasów Busha, który wciągnął nas w wojny, które są teraz dla Europy źródłem problemów. Nie widzę tego jednak w tak czarno-białych kolorach. Nie jest niczym złym, że Ameryka jest silna. Siłą można robić dobre rzeczy i nie mam poczucia, że USA są źródłem zła. Prawdą jest jednak, że Ameryka w ostatnich latach niewiele zrobiła dobrego.

 

Skoro wiemy, że Unia Europejska zaczyna buksować, to jakie mamy recepty na jej uzdrowienie?

Chodzi przede wszystkim o logikę integracji. Tak jak mówiłem – najpierw trzeba zrozumieć, co poszło źle. Integracja oparta na państwach narodowych prowadzi do tego, że albo państwa popełnią zbiorowe harakiri i przekażą swoje kompetencje państwu europejskiemu, albo będą musiały integracje zarzucić. Dziś wiemy, że obie te koncepcje są nierealne. Z jednej strony nie ma szansy na państwo europejskie, a z drugiej dezintegracja Europy niesie mnóstwo zagrożeń. Brexit nam to pokazał. Trzeba rozbić logikę dotychczasowej integracji. Elity państw narodowych nie pójdą na ścisłą integrację, bo stracą swoją dominującą rolę i staną się elitami zaledwie lokalnymi. Proponowałem, by w procesach decyzyjnych będą brali udział aktorzy społeczni: miasta, NGO-sy, podmioty gospodarcze. To wszystko jest kwestią dyskusji. A na to trzeba czasu, którego nie mamy.

 

Ciekawe, że w naszej rozmowie nie ma żadnej lewicy. Nie ma dla niej miejsce, skoro już nie ma nic innego jak tylko kapitalizm? Ma być biernym aktorem, czy jednak poszukiwać nowych propozycji dla ludzi?

Uważam, że na kryzysie liberalizmu najwięcej straciła lewica. Centrolewica w dużym stopniu współrządziła w czasach neoliberalizmu i na niej spoczywa odpowiedzialność za korupcję i rozwarstwienie. Upadek ZSRR skompromitował radykalną lewicę. W momencie, kiedy siły antyliberalne zaczęły rosnąć w siłę, to prawica w sposób naturalny przejęła ich antyliberalne hasła: między innymi anityimigranckie i akceptujące nierówności społeczne. Prawica potrafiła wejść do łóżka z populistami. Lewicy bardzo trudno zrobić to, co prawicy idzie łatwo – trudno się jednoczy. Dzisiaj jest wyborczy popyt na hasła lewicowe, ale partie prawicowe łatwo je przejmują. Lewica musi odbudować kadrę, postawić na nowych ludzi. Ale o tych trudno, bo starzy nie chcą odchodzić.