Mitologia Marka Hłasko

50 lat temu, 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden zmarł Marek Hłasko.

Moment ukazania się tomu wznowionych przez „Iskry” opowiadań Marka Hłaski zbiegł się niemal dokładnie z 50 rocznicą jego śmierci, 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden, NRF. Do dziś nie wiadomo, czy popełnił samobójstwo czy też mimowolnie przedawkował środki nasenne, ale to w końcu nie ma znaczenia, bo jedna i druga wersja była logicznym dopełnieniem jego szalonego życia. Bardziej uderza mnie dziś to, że w momencie śmierci miał zaledwie 35 lat, czyli w świetle dzisiejszych standardów był właściwie jeszcze młodzieńcem. Tak zakończyło się życie owiane legendą, której piszący o nim poświęcili w sumie więcej uwagi niż jego twórczości. Około 1954 roku objawił się jako literackie bożyszcze „warszawki”, z opinią pisarskiego prawdziwka ukazującego życie „warszawskiego ludu roboczego”, choć było w jego prozie więcej kreacji niż dokumentacji. Miał opinię pijaka, rozrabiaki, drakusa, bywalca knajpy „Kameralna” na Foksal, do tego „donżuana”, co ułatwiała mu jego męska, „zachodnia”, „filmowa” uroda. Miał też rysy mitomańskie. Mistyfikował swoje rzekomo plebejskie pochodzenie, podczas gdy był synem warszawskiego domu inteligenckiego, synem adwokata i urzędniczki. Porównywano go do legendarnego gwiazdora Jamesa Deana, uosobienia buntu amerykańskiego młodego pokolenia, „buntownika bez powodu”, a jego kariera literacka miała charakter „piorunujący”, była pierwszą taką „popową” karierą literacką w PRL, co czyniło go pierwszym literackim celebrytą tamtych czasów.
Czy proza Hłaski przetrwała, czy „nadaje się do czytania” także sześćdziesiąt lat później, gdy dawno zaniknęły konteksty społeczne, polityczne czy kulturowo-obyczajowe oraz warunki, które przyniosły jej tamtą popularność? Jest to pytanie o tyle zasadne, że sama postać i legenda Hłaski przysłoniła jego pisarstwo. Tekstów analitycznych na temat jego prozy jest relatywnie niewiele, natomiast zainteresowanie rozlicznych autorów przyciągała przede wszystkim tzw. „barwna” biografia pisarza i awanturnicza osobowość człowieka, który długo traktowany był jak bożyszcze. Tę legendę zakonserwowała jego dość przypadkowa emigracja na Zachodzie, będąca rezultatem wyjazdu do Paryża w 1958 roku oraz małżeństwo z aktorką Sonią Zieman. Zaczynał prozą mieszczącą się w granicach zakreślonych przez doktrynę realizmu socjalistycznego, właściwie „produkcyjniakami”, ale szybko wyrwał się z tych ram w stronę „czarnej” poetyki. Janusz Termer dosadnie określił to jako „rozwalenie formy produkcyjniaka”. Piotr Kuncewicz tak pisał o bohaterze prozy Hłaski: „Ten bohater to z reguły jakaś wersja portretu samego Hłaski. Szofer bądź lotnik, alfons i kryminalista, alkoholik i awanturnik, nieustannie kogoś za coś albo i bez powodu okładający, a kobiety ze szczególnym upodobaniem. (…) Inni bohaterowie właściwie są tacy sami – świat w interpretacji Hłaski składa się z durniów i łajdaków. Pomiędzy wszystkimi panuje skrajna i bezinteresowna nieżyczliwość.
Postaci Hłaski właściwie nie rozmawiają ze sobą, lecz kłócą się i obrzucają wyzwiskami”. To był ten aspekt realistyczny jego prozy, bo tak wtedy na ogół ludzie się do siebie odnosili, ale tuż obok niego pojawiał się jeden z jej wymiarów kreacyjnych – język dialogów. To nie były dialogi „prawdziwe”, takie jakie słyszało się na ulicy, w zakładzie pracy, w sklepie. Były to dialogi wymyślone, pełne paradoksów, błyskotliwych ripost, dwuznaczników, nienaturalnie dynamiczne, bardzo teatralne i filmowe, jakby czerpane ze scenariuszy amerykańskich filmów.
Podobnie nierealistyczne jest wypreparowanie świata opowiadań Hłaski z kontekstu społeczno-politycznego. Jest to czas wszechobecnej propagandy socjalistycznej i obecności partii oraz jej biurokratycznych agend w życiu codziennym. Tymczasem tego kontekstu w prozie Hłaski prawie nie ma, co może wywołać skojarzenie z Warszawą Bolesława Prusa, choćby w „Lalce”, w której prawie nie ma, sprzecznie z oczywistą rzeczywistością, śladów czy znaków obecności rosyjskiej.
Kuncewicz napisał o „centralnej” obecności „erotyki” w prozie Hłaski, ale przecież nie sposób nazwać erotyką obrazu relacji damsko-męskich opartego na prymitywnych odruchach i wulgaryzmach, pełnego męskiego szowinizmu oraz „dziwek” i „kurew”, choć od czasu do czasu traktowanych z nutką „liryzmu”. Bohaterowie Hłaski to pijacy, alkoholicy, złodzieje, awanturnicy, kryminaliści, często z zawodu szoferzy (dziś już niemal nie używa się tego ładnego słowa francuskiego pochodzenia – chauffeur), jak sam Hłasko, który skądinąd był także młodocianym dziennikarzem, „Trybuny Ludu” (od 1951 roku) i redaktorem „Po prostu” (1955-1957).
Akcja jego prozy przeniknięta jest agresją, przemocą, sadyzmem, a może sadomasochizmem, a przy tym usytuowana w świecie pełnym fizycznego brudu, pijaństwa, biedy, przy czym w tej obfitości zła niektórzy krytycy upatrywali, paradoksalnie, głodu dobra, z konieczności skrytego pod powłoką brutalności. Tak recepcję prozy Hłaski ujął w poświęconej mu nocie Włodzimierz Maciąg. Widział w jego prozie wyraz tęsknoty młodego pokolenia” za „wartościami moralnymi, za „życiem czystym i prawdziwym”, sprzeciw wobec podłości świata, ale także niechęć do sztuczności, konwencji, celebry, „mowy trawy”, „drętwej mowy”, obłudy, do dydaktyki społecznej, a także nieufność do wszystkiego co przejęte z zewnątrz, gotowe, uładzone, szablonowe. W to miejsce oczekiwał, niemal po roussowsku, autentyczności, spontaniczności, prawdy czerpanej z własnego wnętrza. Janusz Termer dodawał do tego „romantyczny indywidualizm” i pokrewieństwo z Jamesem Deanem, „buntownikiem bez powodu”. Temu wszystkiemu towarzyszył instynktowny, irracjonalistyczny niemal, prawie mistyczny antyintelektualizm Hłaski. Z kolei jego „męski sznyt”, jego „maczyzm”, którym nasączona jest także jego proza, traktowany bywał jako maska skrywająca dziecięcą wręcz wrażliwość i liryzm.
Nie był pisarzem z wolna wchodzącym w rzemiosło, lecz od razu, z miejsca objawił się dwoma potężnymi uderzeniami talentu w postaci debiutanckiego opowiadania „Baza Sokołowska” (1954), w którym sportretował robotnicze, szoferackie środowisko warszawskiej Woli i „Pierwszym krokiem w chmurach” (1956). To pierwsze było skróconą do opowiadania wersją powieści „Sonata marymoncka”, napisanej przez niego, gdy miał 17 lat. Hłasko ukształtował świat swojej prozy właśnie głównie w tomie „Pierwszy krok w chmurach” oraz w opowiadaniu „Ósmy dzień tygodnia” (1957). To co napisał na emigracji było już na ogół wtórne, co nie znaczy że złe. Jednak emigracja nie przeformułowała go jako pisarza (poza niektórymi fabułami). Pozostał przy swoich starych wątkach, figurach, grepsach, przy dawnym stylu.
Już w Paryżu wydał (dzięki Jerzemu Giedroyciowi i „Kulturze”, w której podparyskim falansterze przez pewien czas pomieszkiwał) „Cmentarze” i „Następny do raju”, akcją usytuowane w niedawno opuszczonej Polsce. Jednak utrata kontaktu z krajem sprawiła, że odchodził od tematyki polskiej. Akcja „Brudnych czynów” (1964) czy „Nawróconego w Jaffie” (1966) usytuowana już była w świecie obcym, „zagranicznym”, portowym, izraelskim, amerykańskim („Palcie ryż każdego dnia” – wydana pośmiertnie w 1983 roku). Jednak wyraźnie czuł głód tematyki krajowej, więc w 1966 roku wydał kapitalny, błyskotliwy tom wspomnień o sobie i swojej generacji w Polsce, „Pięknych dwudziestoletnich”, niezwykle atrakcyjny w lekturze, ale bez wątpienia krańcowo zmitologizowany, w ogromnej części zmyślony, dzieło superutalentowanego mitomana. W 1968 roku wydał „Sowę, córkę piekarza”, też z akcją w Polsce (Wrocław).
Nie tu miejsce na pełną analizę innych utworów Hłaski, bo to zadanie dla biografa i wyspecjalizowanego literaturoznawcy. Wracam natomiast do pytania początkowego, najważniejszego z czytelniczego punktu widzenia. Czy proza Marka Hłaski przetrwała próbę czasu? Czy nadal „nadaje się do czytania”? Odpowiadając sobie na to pytanie zastosuję jak zwykle swój własny, amatorski, na kryteriach subiektywnych oparty, metodą chałupniczą zmajsterkowany aparat odbioru. I otóż, po lekturze wspomnianego „iskrowego” wznowienia, ów aparat podpowiedział mi, że mimo zatarcia przez czas większości kontekstów, mimo jej fabularnej „dezaktualizacji”, prozę Hłaski czyta się wspaniale. Już nie jako do pewnego stopnia realistyczny, czy naturalistyczny „raport z rzeczywistości”, dziś daleko zaprzeszłej, lecz jako literacką, mitologiczną kreację „świata zaginionego”, jako autonomiczne zmyślenie artystyczne, jako frapującą fantasmagorię, pełną dziwnych, obcych dziś figur, monstrów, miejsc i wydarzeń.

Marek Hłasko – „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”, Wydawnictwo „Iskry”, str. 268, ISBN 978-83-244-1027-9.

Wala Mikołajczyk-Trzcińska (1946-2019)

Za miesiąc miało się odbyć w Centrum Promocji Kultury na warszawskiej Pradze spotkanie z Walą Trzcińską z okazji promocji jej kolejnej przetłumaczonej książki, „Anna German. Sto wspomnień o wielkiej piosenkarce” Iwana Ilczewa-Wołkanowskiego.
Dzisiaj miałem do Niej dzwonić – nie w tej sprawie, ale w innej, związanej z pracami Klubu Krytyki Teatralnej, do którego nie tylko należała od dziesięcioleci, ale aktywnie w nim była obecna jako wielokrotna członkini Zarządu, uczestniczka licznych warsztatów w kraju i za granicą, delegatka na międzynarodowe kongresy, autorka tekstów do internetowego kwartalnika „Yorick”. Ról można by tu wymieniać wiele, jak choćby niedawno spełniane: wyjazd studyjny do Dyneburga parę lat temu, po którym napisała wnikliwy szkic, dający obraz rosyjskojęzycznego teatru na Łotwie czy udział w pracach Kapituły Nagrody klubowej im. Stefana Treugutta za osiągnięcia w Teatrze TV.
Dziesięć lat temu należała do „sztabu” programowego warsztatów dla kandydatów na krytyków teatralnych, który z powodzeniem organizowaliśmy, była tutorem jednej z grup seminaryjnych. Można by wydłużać tę listę jej dokonań i aktywności. Dość powiedzieć, że zawsze można było na Nią liczyć – jej słowo było święte, co Ją szlachetnie różniło od wielu młodszych kolegów.
A przecież przede wszystkim była pracowitą i utalentowaną dziennikarką, recenzentką, tłumaczką i pisarką. Wniosła wiele świeżego powietrza do przekładów z literatury naszych sąsiadów, tłumaczyła rosyjskojęzyczne dzieła pisarzy z Ukrainy, Armenii i oczywiście z Rosji. To jej zasługą, dzieloną z Janem Gondowiczem, jest wprowadzenie do obiegu polskiej kultury zapomnianego pisarza i teatrologa polskiego pochodzenia, Zygmunta Krzyżanowskiego, bliskiego współpracownika Aleksandra Tairowa, czy też udostępnienie polskiemu czytelnikowi (w znakomitym przekładzie) błyskotliwego debiutu prozatorskiego wybitnego scenografa rosyjskiego, Eduarda Koczergina (świetną rozmowę z autorem przeprowadziła dla „Yoricka”).
Swoją energią, zapałem i wiedza dzieliła się nie tylko z nami, ale także kolegami ze Związku Literatów Polskich czy Polskiego Ośrodka Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC) – inicjowała wiele wspólnych działań naszych stowarzyszeń, by tylko wspomnieć pamiętne spotkanie w Domu Literatury z okazji urodzin Williama Szekspira.
Trudno przyjąć do wiadomości, że to już wszystko, że zamknęła się ta niezwykle intensywna obecność Wali w polskiej kulturze. Mam wrażenie, że jeszcze długo będziemy korzystali z dorobku Jej pióra i pomysłów, którymi nas obdarowywała.

Na ostrzu noża

Północ-Południe, Wschód-Zachód, Polska

Tytuł eseju szczególnie ważny. Może ważniejszy niż tytuł powieści czy wiersza, na pewno ważniejszy niż tytuł szkicu naukowego czy zwykłego artykułu prasowego. Tytuł eseju, to nie tyle jego esencja, ile znak tej esencji. Marek A. Cichocki opatrzył sześć swoich esejów (autor skromnie nazwał je po prostu tekstami) o polskiej kulturze i historii – skonfrontowanej jednak z sąsiadami – tytułem „Północ i Południe”. Brzmi on jak nawiązanie do amerykańskiej wojny secesyjnej, lecz choć tematycznie nie ma z nią nic wspólnego, to styka się – czynię tę uwagę „petitem” – jakąś daleką asocjacją, bo w tym amerykańskim dramacie lat 1864-1865 też poniekąd odzwierciedliło się starcie dwóch cywilizacji.
Tę opozycję Północy i Południa Europy przeciwstawia Cichocki dominującej, i to miażdżąco, w dyskursie historycznym, filozoficznym, antropologicznym, w każdym razie w naszej części Europy, opozycji Wschód-Zachód, choć i tej poświęca najbardziej dramatycznie brzmiący wymową jeden z esejów („Smoleńsk. Ziemia przeklęta”). Cichocki nie każe nam z wolna, strona po stronie, wątek po wątku, wchodzić w problematykę swojego zbioru, lecz wprowadza czytelnika in medias res już w eseju wstępnym, „Sekretna mapa Europy”. Gdyby jednak zbiór Cichockiego układał dziennikarz, być może dałby na początek esej „Rzymska forma”, z wspomnieniem autora o jego udziale w rzymskiej konferencji i zabawnego w końcu incydentu, którego malowniczym bohaterem był wybitny filozof niemiecki Peter Sloterdijk (nie zdradzę przebiegu tego komicznego epizodu, by nie odbierać przyjemności czytelnikom).
Dostrzegł Cichocki w tym epizodzie rodzaj metafory, w której skrystalizowała się genealogia Europy, widzianej właśnie poprzez oś Północ-Południe. Pozwolę sobie dodać do tego coś od siebie, coś o moim dawnym doświadczeniu Europejczyka z zza żelaznej kurtyny. W Paryżu i w Rzymie znalazłem się po raz pierwszy w życiu o ponad dekadę wcześniej od Cichockiego, a więc jako znacznie bardziej od niego „ubogi krewny”. Nie tylko bowiem nie byłem uczestnikiem międzynarodowej konferencji, ale czułem się tam jak kompletny „nędzarz”, który przybył z siermiężnej PRL lat osiemdziesiątych, objuczony puszkami konserw ciężkimi jak pociski artyleryjskie, z nikłą kwotą w kieszeni, mający problemy z korzystaniem z urządzeń technicznych, z którymi zetknąłem się po raz pierwszy i oszołomiony, niczym skarbami Sezamu, bogactwem i kolorystyką wystaw sklepowych oraz poziomem cywilizacji. Moja trauma była zatem większa niż szok młodego Marka A. Cichockiego. Ale ad rem, czyli do esejów. „Sekretną mapą Europy” rozpoczyna autor pierwszy z tekstów, nawiązując właśnie do wspomnianej wyżej opozycji Północ-Południe. Rzeczywiście, przymiotnik „sekretna” jest tu właśnie dlatego uzasadniony, że odróżnia ją od mapy – by tak rzec – „jawnej”, którą tworzy oś Wschód-Zachód. Zasadność tę potwierdza przecież także fakt, że oś ta jest wyłącznie kulturowa i mocno metaforyczna w porównaniu z twardszą, a kiedyś bardzo twardą polityczną osią Wschód-Zachód.
Cichocki delikatnie (też słusznie, jako że mamy tu do czynienia z czynnikami raczej miękkimi) pokazuje, że Europa zrodziła się ze zderzenia kulturowego, a potem wzajemnej osmozy, między północną a południową częścią kontynentu. Linię pomiędzy tymi dwiema strefami wyznacza obecność „romanitas”, czyli schrystianizowanej cywilizacji antycznej, można by rzec – postrzymskiej. Granicy symbolicznej między nimi proponuje autor upatrywać choćby w Lesie Teutoburskim, czy w granicy między poszczególnymi składnikami państwa Karola Wielkiego. Polska rzecz jasna przynależy do Północy. Czym jednak ta przynależność się odznacza? Tym przede wszystkim, że leży niemal dokładnie na linii podziału Północ-Południe, a widać to choćby w renesansowej architekturze Krakowa i randze Akademii Krakowskiej. To tylko niektóre z wyrazów wielowiekowego procesu europotwórczego, wynikającego z konfrontacji, ale i z osmozy między Północą i Południem. Dopiero rozbiory I Rzeczpospolitej wypchnęły ją z tej osi, i wepchnęły między dwa kamienie młyńskie dwóch tyranii imperialnych ze stolicami w Berlinie i Petersburgu. Co jednak znamienne, wspomniana osmoza dokonywała się początkowo w sposób brutalny, poprzez wnikanie niszczycielskiej mocy północnych barbarzyńców w ramy łacińskiej cywilizacji „romanitas”. Z czasem barbarzyńcy ucywilizowali się, złagodnieli i współtworzyli cywilizowaną Europę średniowiecza. Dokonał się proces, który objawił przewagę Ducha i Formy (rzymskiej) nad nagą siłą. Trochę emfatycznie można by rzec, że Siła ukorzyła się w końcu przed Duchem i Cywilizacją.
Cichocki objaśnia ten proces posługując się między innymi myślą świętego Augustyna i jego „Wyznaniami”, z zawartą w nich, przeciwstawiającą się manicheizmowi, koncepcją zła jako pustki. Sprowadzając rzecz do skrajnego uproszczenia (św. Augustyn był wyrafinowanym intelektualistą) barbarzyńcy ze swą nagą, brutalną siłą przegrali z „romanitas”, bo wyrażali tylko pustkę, chaos, niebyt. Wróćmy jednak do zawieszonego pytania, czym w tym wszystkim jest Polska – „śliwką w kompocie”, „Piłatem w Credo”, jedynie dysonansem? Niekoniecznie. Cichocki wywodzi, że przez „tak liczne wieki”, od chrztu Mieszka począwszy, tworzyła mozolnie swoją formę całkiem udatnie przystającą do tej, będącej spadkiem po „romanitas”, formę łacińską. „Tyle że nam, Polakom – powiada Cichocki – przydarzyła się po drodze katastrofa. Według Gombrowicza, Polska w XVIII wieku wypadła z własnej formy. Czasy saskie są symbolem owego straszliwego upadku polskości, będącego dla autora „Transatlantyku” wydarzeniem tak dojmującym i granicznym, że – jak twierdził – nigdy dotąd Polska tak blisko nie oparła się o piekło”. Słowem, zbliżyła się do augustiańskiej „pustki”.
Konkretyzując swoją myśl Cichocki dopowiada, że za Sasów polska z jej Formą zbrzydła, zdegenerowała się, zesztywniała, zeskleroziała. Towarzyszył temu ogólnoeuropejski rozpad siły oddziaływania osi Północ-Południe na rzecz nowej: Wschód-Zachód. Wiązało się to, choć nie tylko, z erozją łagodnych, osmotycznych form „romanitas”. Clou nowej osi była idea modernizacji połączona z powrotem idei siły i panowania. Augustiańska pustka barbarzyńców powróciła, choć w innej postaci. Do tego już w XVII wieku Rzeczpospolita zaczęła odwracać się od Zachodu i Południa i kierować swoje zainteresowanie, a następnie ekspansję na Wschód, który mamił rozkoszami i pożytkami Orientu.
Nie dziś i nie wczoraj pojawili się myśliciele, którzy uważali, że wejście Polski w przestrzeń Wschodu było śmiertelnym w skutkach błędem, że było wtargnięciem w krainę straszliwego Czarnoksiężnika, które skończyło się dla Rzeczpospolitej nieszczęściem, wpadnięciem z przepaściste, ponure bagna Wschodu. Cichocki zdaje się być spadkobiercą tych myślicieli. Zanim to się jednak stało, światli i wybitni Polacy tworzyli ową „formę polską”.
O dwóch takich spośród nich, Cichocki opowiada w esejach „Wincenty” i „Rzecz o Czarnym Kanclerzu”. Ten pierwszy, to biskup Wincenty Kadłubek, w uproszczonym przekazie publicystyki historycznej traktowany często jako durny bajarz i bajduła, nałogowy fantasta i mitoman, szukający antycznego, rzymskiego rodowodu Sarmatów znad Wisły. Cichocki znajduje w nim współtwórcę polskiej formy, który świadomie, posługując się fałszywym „piarem” i – rzeczywiście – także zwykłym zmyśleniem, szukał nici kulturowych, które uzasadniały by nasze powinowactwo z łacińskim Zachodem.
Kadłubek był w trudniejszej sytuacji niż Godfryd z Monmouth, autor XII-wiecznej „Historii królów Brytanii”, bo przecież Rzymianie dotarli do sławetnej Wyspy, ale prawdę mówiąc jego pomysł, by praprzodkiem ludu Albionu uczynić Brutusa, potomka Eneasza aż tak bardzo od fantazji „kadłubkowych” nie odbiegał. Cichocki dzieło Kadłubka umiejscawia co prawda w sferze fantazji z punktu widzenia ściśle historycznego (walki Polaków z Rzymianami i Grekami, list Aleksandra Macedońskiego do Arystotelesa o Kraku), ale w płaszczyźnie duchowej i emocjonalnej znajduje dla niego
sporo racji.
W uważanym za anachronicznego bajarza Kadłubku zdaje się dostrzegać nie pozbawionego przebłysków geniuszu intelektualistę, który w języku mitu (na tyle stuleci przed choćby takim Leszkiem Kołakowskim) dostrzegł poręczne narzędzie budowania świadomości zbiorowej. Po wielu wiekach okazało się przecież, że baśnie Kadłubka wcale nie były tak zupełnie „od czapy”. W latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku dwaj wybitni polscy pisarze (mając już znacznie więcej od średniowiecznego przodka argumentów faktograficznych) stworzyli dzieła w jakimś sensie idące „wincentową” drogą. To Jarosław Iwaszkiewicz w „Czerwonych tarczach” i Teodor Parnicki w „Srebrnych orłach” dokonali wysiłku osadzenia piastowskiej Polski w łacińskim („romanitas”) uniwersum średniowiecznej, chrześcijańskiej Europy. I nie były to tylko literackie fantazje.
Druga opowieść personalna, to wspomniana „Rzecz o Czarnym Kanclerzu”, czyli Janie Zamoyskim. I tak jak średniowieczny Kadłubek budował mit mający na celu wspomaganie i wzbogacanie polskiej genealogii, tak „żelazny kanclerz” (zapewniam, że nie mylę go z Bismarckiem) kilka wieków później szukał formy dla nowoczesnego (na miarę ówczesnej Europy, z której zaczerpnął wzorce) państwa polskiego, dla idei silnej władzy, dla racji stanu. I tak jak postać Kadłubka jest uosobieniem poszukiwania sił dla polskiej genealogii, tak koncepcje, plany i próby podejmowane przez Jana Zamoyskiego w jakimś sensie leżą u podstaw poszukiwania formy i ciała polskiej państwowości, choć jego idee zderzyły się – i w rezultacie chyba przegrały, acz nie do końca pozostały bezpłodne – z koncepcją polskiego szlacheckiego w swych korzeniach republikanizmu, nad moc przedkładającego wolność jednostki.
Tak jak wstępny esej o „sekretnej mapie Europy” był szkicem podstawowych pojęć i wektorów, także geograficznych, odnoszących się go osi problematyki zbioru i tak jak eseistyczne opowieści o Kadłubku i Zamoyskim są personalnymi egzemplifikacjami polskich poszukiwań, tak „Rzymska forma” jest próbą zdefiniowania istoty i esencji „romanitas”. Tu w sukurs przychodzi autorowi przywoływany już wcześniej Teodor Parnicki, nie tylko wybitny pisarz historyczny, ale też człowiek, którego genealogia i biografia jest jakby potwierdzeniem tezy Cichockiego o zasadniczym znaczeniu osi Północ-Południe. W gigantycznym, fragmentami monstrualnie zawiłym uniwersum swojej prozy Parnicki zarysował bowiem i niejako uwierzytelnił te szlaki, którymi w swych esejach Cichocki podąża. Ba, Parnicki czynił to z większym, odpowiadającym jego bujnemu temperamentowi, rozmachem, dalece wykraczając poza Europę i sięgając choćby do Afryki, w tym do starożytnego Egiptu czy Meksyku. Leitmotywem tych wędrówek z Parnickim jest tytułowa „rzymska forma”, jako nadrzędna zasada porządkująca tamten opisywany świat, przy całej jego różnorodności. Kontrapunktem dla tego wątku jest podrozdział „Kalwaria Aleksandra Wata”.
Okrutny los sprawił, że obaj pisarze, zupełnie od siebie niezależnie i bez wzajemnej wiedzy o swoim istnieniu, choć w tym samym czasie, stali się więźniami straszliwego stalinowskiego więzienia na lwowskim Zamarstynowie. I opowieść Parnickiego i figura Wata posłużyła Cichockiemu do pokazania konsekwencji sytuacji, w której po – powiedzmy – heglowsku rozumiany „duch dziejów” przemieścił się spod rzymskich kolumn w piekło systemu sowieckiego. I by pokazać, jak uwewnętrznione pokrewieństwo z „romanitas”, cywilizacja łacińską, pomogło obu, każdemu w inny sposób przetrwać ten „sezon w piekle”, Cichocki przywołał scenę w której Wat, podczas więziennego spaceru po dachu moskiewskiej Łubianki, wsłuchuje się w pochodzące z radia z jednej z pobliskich kamienic dźwięki „Pasji św. Mateusza” Bacha. Jest to rodzaj ilustracji, która w dzisiejszym naszym odbiorze może czynić wrażenie ocierającej się może nawet o kicz, lecz dla tego, kto w tamtych okolicznościach tego doświadczył było doznaniem o niewyobrażalnej wręcz, autentycznej duchowej mocy. Obraz figury Wata byłby jednak zafałszowany, gdyby nie dodać, że jako – pierwotnie – stalinowski komunista, był on barbarzyńcą, który na „rzymską formę się nawrócił. W konkluzji „Rzymskiej formy” odwołuje się Cichocki do sytuacji współczesnej Europy. Zauważa, że (…) „istotą europejskiej kultury, tej, która pozwala udomowić mieszkającego w niej barbarzyńcę, jest ciągłe, nieustające podejmowanie prób ratowania i zbawienia rzymskiej formy – bez tej nie będzie europejskiej kultury, a wraz z tym nie będzie także polskości”.
Nawiasem mówiąc, byłbym ciekaw poznać, co dokładnie rozumie Cichocki pod pojęciem „polskości”, choć on tego dokładnie nie wyłuszcza, poza zaakceptowaniem jej osadzenia w tradycji łacińskiego chrześcijaństwa. Podziw dla pracy jego myśli i dla jej estetycznego kształtu sprawia, że ufam, iż mimo zasadniczej różnicy światopoglądowej między nami, nie byłaby ona daleka od mojej osobistej wizji „polskości”.
O ile wspomniane wyżej, w daleko idącym z konieczności skrócie, eseje, w sumie, mimo wynikających z jej obecnego kryzysu obaw o przyszłość Europy i kultury europejskiej, zawierają silny ładunek krzepiący, o tyle dwa ostatnie eseje mogą wywołać smutniejsze asocjacje. W mniejszym stopniu dotyczą one wyjściowej dla tego eseistycznego zbioru koncepcji osi Północ-Południe, bardziej ciężkiego i dramatycznego dla Polski dziedzictwa, osi na którą nadziewała nas historia, czyli osi Wschód-Zachód. Rzekłbym, że kwestię obu tych kierunków postawił Cichocki na ostrzu noża.
O tym, że tematyka to urazowa, świadczy zdanie, którym Cichocki rozpoczyna esej „Smoleńsk. Ziemia przeklęta”: „Bardzo długo bałem się Wschodu i zupełnie świadomie nie chciałem tam jechać”. Szukając genealogii polskich szlaków na Wschód, przywołuje autor i obraz „okropnej, odciętej od korpusu głowy biednego księcia Henryka Pobożnego (…) zatkniętej triumfalnie na tatarskiej włóczni pod Legnicą” i „radosną”, brutalną ekspansję kolonialną szlachty polskiej na Wschód w XVI i XVII wieku oraz wojenną tragedię Kresów, zakończoną odpadnięciem ich od Polski.
Kres polskiej „przygody ze Wschodem” widzi Cichocki w Katyniu 1940 roku: „Myślę, że to właśnie w Katyniu Polska i Wschód wzięły ze sobą ostateczny rozbrat”. Ja bym do tego dodał jeszcze jedno: klęskę wielowiekowej polskiej obecności na Wschodzie, której straszliwym finałem była rzeź wołyńska, lecz Cichocki dodaje jeszcze jedno: „Jest to obraz straszliwej, bezsensownej rzezi w podsmoleńskim lasku z 2010”. Cichocki nie objaśnia jaki jest literalny, szczegółowy sens tego zdania. Podkreślam – literalny i szczegółowy, toteż i ja się do niego nie odniosę. Być może uznał, że byłoby to ryzykowne także z intelektualnego punktu widzenia. Wybiera natomiast przestrzeń swoistej metafory, prawdziwie sugestywnej, bardzo mrocznej. Odwołuje się bowiem do znakomitego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od Aniołów”. Jednak nie sam motyw szaleństwa, opętania zakonnic i procesu o czary, mający korzenie francuskie (Loudun) jest w egzegezie Cichockiego wiodący. Jego zafascynowało uparte, konsekwentne, mimo przeszkód natury pisarskiej, związanych z historyczną chronologią, osadzenie akcji „Matki Joanny” na błotnistej, ponurej ziemi smoleńskiej, na „skraj łacińskiego świata”.
W ujęciu Cichockiego ziemia smoleńska, to „ziemia przeklęta”. „Pisarz uznał całkiem słusznie – powiada autor – że w tym miejscu zło będzie działać najmocniej i człowiek będzie go najsilniej doświadczał”. Tu, na pograniczu „dwóch królestw”: polskiego i carstwa moskiewskiego, „rozegra się starcie człowieka ze złym, z demonami, które chcą nimi zawładnąć”. To starcie między światem „dobra i jasności” ze światem „zła i ciemności”. To teza, z której wynika, że Wschód (w domyśle Rosja) zaraża Polskę złem, ilekroć się z nią styka, a prawosławie zaraża złem łaciński katolicyzm. Piszę ten tekst w porządku krytyki literackiej, a nie w porządku teologicznym, moralistycznym, eschatologicznym, a tym bardziej odnoszącym się do fenomenu egzorcyzmów, więc powstrzymam się od wyrażenia własnych odczuć czy myśli w tym względzie. Podobnie jak z tego samego powodu dystansuję się do aktualizacji odnoszących się do katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Niezwykle sugestywna wymowa tego eseju, jego złożona architektura, jego erudycyjne tworzywo sprawiają natomiast, że sugestie Cichockiego wybrzmiewają niezwykle efektownie.
Zbiór kończy esej „Niemieccy hegemoni”, odnoszący się do relacji Polski z zachodnim sąsiadem, Niemcami. O ile w przypadku odniesienia wschodniego, autor niejako potwierdza swoje uprzednie ponure intuicje co do odwiecznych historycznych intencji Rosji w stosunku do Polski oraz trucizna, którymi w nas tchnie od wieków, więc trudno tu mówić o rozczarowaniu – o tyle w odniesieniu do Niemiec, można mówić o rozczarowaniu Cichockiego. Dla zilustrowania swej tezy posłużył się on (za pośrednictwem publicystyki politycznej Juliana Klaczko) faktem wielkiego rozczarowania, jakie przynieśli aspirującym do niepodległości Polakom, w 1848 roku, „frankfurccy liberałowie”, w których tamci upatrywali demokratycznych sojuszników swej sprawy, widząc w nich przeciwieństwo wrogiego prusactwa.
Okazało się, że owi idealizowani liberałowie frankfurccy, reprezentanci „lepszych Niemiec”, okazali się nie mniejszymi wrogami polskiej niepodległości niż ich pruscy pobratymcy. U źródeł tej postawy był „heglizm”, narodowa niemiecka idea filozoficzna, która ukształtowała niemieckiego, faustowskiego, nieustannie dążącego do doskonałości niemieckiego ducha. To ten heglizm zrodził pogardę dla idei polskości, opartej na statycznej akceptacji życia jako i skłonnej do zamykania się na trwałe w anachronicznych formach.
Niemiecki kategoryczny imperatyw ma z pogardą odnosić się do ograniczonej, „ujutnej” polskiej formuły egzystencji. Wątpię jednak, by to poglądy „frankfurckich liberałów” sprzed 170 lat były dla Cichockiego najistotniejsze. Z pewnych sugestii autora można wnieść, iż skłania się on do przekonania, że obecny polsko-niemiecki konflikt, na poziomie metapolitycznym, ma takie właśnie, „heglowskie” źródło, choć w odmiennych okolicznościach historycznych.
Co do mnie, to uważam, że Polska powinna istnieć i mieć możliwość kształtowania w sporze wewnętrznym swojej nowoczesnej Formy. Jednak gdybym został, jako Polak, postawiony przed wyborem między zatopieniem się w złu „smoleńskich błot” lub roztopieniem w „heglowskiej” nieograniczoności, między „niewolą moskiewską” a „berlińską”, wybrałbym tę drugą. Eseje Marka E. Cichockiego są nieco mniej „powabne” stylistycznie niż wspaniali „Żuawi nicości” Krzysztofa Tyszki-Drozdowskiego, o których pisałem w poprzedniej edycji rekomendacji, napisane językiem bardziej „surowym”, przezroczystym rzeczowym, co nie zmienia faktu, że są jedną z najwybitniejszych eseistycznych wypowiedzi o polskiej kulturze i historii.

Marek A. Cichocki – „Północ i Południe. Teksty o polskiej kulturze i historii”, Teologia Polityczna, Warszawa 2018, str. 343, ISBN 978-83-62884-81-0.

Lampki postępu

Oświecenie pozytywistów

Pokrewieństwo dwóch nurtów kultury jakimi były Oświecenie i Pozytywizm wydaje się być oczywiste. Oba nurty, oddzielone liczącą nieco mniej niż stulecie przestrzenią czasu przybliża stawianie na pierwszym planie rozumu, wiedzy, przywiązanie do empirii. Czy Pozytywizm jest zatem wnukiem Oświecenia, wnukiem – bo przedziela je potężny i brzemienny w skutkach interwał Romantyzmu? Na to i wiele innych pytań próbuje dać odpowiedź Dawid Maria Osiński, autor obszernego dzieła „Pozytywistów dziedzictwo Oświecenia. Kierunki i formy recepcji”.
Ten nurt określano jako „próg naszej nowoczesności”, a jak w takim razie można by określić pozytywizm: jako drugi próg? I jaka jest relacja wzajemna między Oświeceniem a Pozytywizmem: kontynuacji, osmozy, a może też weryfikacji, pod pewnymi względami, pierwszego przez drugi? Autor tomu zwraca uwagę we wprowadzeniu, że dziedzictwa Oświecenia Pozytywizm nie mógł wprost restytuować, ponieważ „zmieniły się okoliczności wykorzystywania wiedzy i teorii nauki”. Jednak niewątpliwie dla pozytywistów Oświecenie jako „próg nowoczesności”, „fundamentalny moment formacyjny polskiej ale i europejskiej tożsamości narodowej.
Oba nurty wyznawały zasadę, że „wiedza to potęga”. Jak ładnie to ujmuje Osiński: „Pozytywiści wchodzą do domu oświeconych i widzą tam różne palące się po-Lukrecjuszowe lampki postępu, olśniewającej wiedzy, erudycyjnych możliwości, ale widzą też cały czas mroki tego czasu i smutne karty dziejowej historii”. Wielka postać polskiego pozytywizmu mówił o potrzebie „przewietrzenia” oświeceniowej chaty. Nie bez znaczenia był fakt, że pozytywiści byli naznaczeni doświadczeniem, a raczej piętnem Romantyzmu, którego dziedzictwo było dla nich nieodległą przeszłością, a raczej ciągle żyło w postaci pozostałości i epigonizmie. O ile więc pozytywiści byli norwidowskimi „późnymi wnukami” Oświecenia, o tyle byli „przyrodnim potomstwem”(?) Romantyzmu i to miało na nich znaczący wpływ.
Specyficznym pośrednikiem między pozytywistami a Oświeceniem był ceniony przez pozytywistów Józef Ignacy Kraszewski, który i jako pisarz i jako publicysta sformułował kompleksową i bardzo bogatą refleksję nad Oświeceniem właśnie. Co znamienne i zastanawiające, Kraszewski okazał się wyjątkowo niewrażliwy na oddziaływanie Romantyzmu, choć jako rówieśnik Zygmunta Krasińskiego (ur. 1812), młodszy tylko o trzy lata od Juliusza Słowackiego, przynależy do generacji romantycznej. Innym pisarzem podejmującym w okresie Pozytywizmu nawiązywać do edukacyjnego programu obywatelskiego był Józef Korzeniowski. Niewątpliwie dziedzictwo Oświecenia było „komponentą światopoglądu i racjonalnego programu polskich pozytywistów”. Inny badacz, Marcin Gloger nazwał nawet Pozytywizm „spóźnionym oświeceniem” i „właściwym czasem realizacji projektu oświeceniowego w Polsce”.
To zaakcentowanie aspektu polskiego jest ważne, ponieważ formuły te nie stosują się n.p. do Francji, gdzie Oświecenie się narodziło, a co najmniej najbujniej rozwinęło, a także niejako spełniło się do ostatecznych konsekwencji, zaś francuski pozytywizm Comte’a był całkowicie odrębnym nurtem. W Polsce, z powodów historycznych, Oświecenie stało się niedokończonym, a raczej gwałtownie przez zabory przerwanym projektem czy ideą. Osiński zwraca przy tym uwagę na ważny aspekt periodyczny dotyczący lokowania Oświecenia w czasie. O ile są historycy, jak Jonathan Israel, którzy sytuują Oświecenie na kontinuum dat 1650-1850, to najczęściej kojarzone jest z okresem czynnej działalności Woltera, Rousseau i encyklopedystów oraz okresem bliskim czasowo Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a Polsce rozdziela się je często na okres saski (m.in. działalność Stanisława Konarskiego) oraz na późniejszy okres oświecenia (klasycyzmu) stanisławowskiego.
Fascynujące dzieło Osińskiego to wędrówka przez oświeceniowe szlaki pokolenia pozytywistów, szlaki bardzo zróżnicowane, bowiem każdy z nich odczytywał Oświecenie indywidualnie, przez subiektywny filtr i dzięki temu ten obraz nie jest monochromatyczny czy jednobarwny, lecz wielobarwny, niemal kalejdoskopowy. Osiński zaczyna narrację od przybliżenia zachodnich mistrzów polskich pozytywistów z Comte’em i Buckle’em i Millem (Johnem Stuartem) na czele. Obszerną część poświęca też „orbicie” wspomnianego wcześniej Józefa Ignacego Kraszewskiego. Dalej zajmuje się edukacją w „szkole oświeconych”, w tym m.in. warszawską Szkołą Główną, a także sztandarowym pismem polskiego Pozytywizmu czyli „Przeglądem Tygodniowym”, a także portretami „trzech wielkich” francuskiego Oświecenia (Wolter, Rousseau, Diderot) w różnych ówczesnych ujęciach.
Osobną część poświęcił pozytywistycznej recepcji poezji okresu Oświecenia, Krasickiego, Karpińskiego, Kniaźnina, czy mało znanej Konstancji Benisławskiej, której poezja była unikalnym przypadkiem religijnego wymiaru Oświecenia. W szkicach poświęconych pięciu biografiom intelektualnym (Piotr Chmielowski, Aleksander Świętochowski, Eliza Orzeszkowa, Zofia Urbanowska i Stefania Chłędowska) autor zajął się różnym modelom podejścia do Oświecenia. Rozdział ostatni, „Maski historii” poświęcony jest „figurom Oświecenia i oświeconych” w dramacie II połowy XIX wieku, Oświeceniu w ujęciu Walerego Przyborowskiego, kluczowi oświeceniowemu w „Faraonie” Bolesława Prusa, a także „śpiewnemu alfabetowi polskości Jana Sawy”, czyli Oświeceniu przepuszczonemu przez filtr poetycki Marii Konopnickiej.
Nie ma chyba nikogo, kto nie pamiętałby z lat szkolnych tego grymasu znudzenia, który pojawiał się na twarzach szkolnych koleżanek i kolegów, gdy nauczyciele języka polskiego zabierali się do „przerabiania” Oświecenia czy Pozytywizmu, gdy zadawali uczniom lektury z tego okresu lub dotyczące go wypracowania. Ja to doskonale pamiętam i choć zawsze pasjonowałem się literaturą i humanistyką, to i dla mnie Oświecenie i Pozytywizm podawane w szkole dalekie były od atrakcyjności, Dlatego dopiero po wielu latach powróciłem do problematyki, przez którą w szkole średniej przebiegłem szybko i powierzchownie i nieuważnie, i zacząłem ją zgłębiać, m.in. dzięki pasjonującym esejom Ewy Paczoskiej, Jana Tomkowskiego, czy Ryszarda Przybylskiego. I dlatego dodatkową satysfakcję obok satysfakcji z tej pasjonującej lektury miałbym ze świadomości, że ktoś z moich znudzonych koleżanek i kolegów szkolnych, tak jak ja sięgnąłby po nią i niespodziewanie dla siebie wydobył spod tej szkolnej nudnej sztampy pasjonujące i barwne zagadnienia.

Dawid Maria Osiński – „Pozytywistów dziedzictwo Oświecenia. Kierunki i formy recepcji”, Wydawnictwo Episteme, Lublin 2018, str. 887, ISBN 978-8365172-78-5.

Oświecenie w odstawce

Oświecenie ma w Polsce dzisiejszej nie tyle złą prasę, ile niemal w ogóle nie funkcjonuje w przestrzeni publicznej debaty.

Oficjalna polityka historyczna z obłędnym wręcz fanatyzmem skupiona jest na tyrtejskich tradycjach nacjonalistycznych, głoszeniu glorii bezsensownych powstań narodowych, a także na odrażającym w znacznym stopniu kulcie „żołnierzy wyklętych” Oświeceniem pogardza. Apologia „rzeźni narodowej” w imię absurdalnie absolutyzowanej kategorii honoru narodowego znalazła się z centrum publicznej edukacji i propagandy. W takiej atmosferze nie ma miejsca dla racjonalistycznej, pełnej szacunku dla walorów rozumu i nasyconej postępowymi, społecznymi, w tym edukacyjnymi, projektami epoki Oświecenia.
Nienawiść do wszelakiej lewicowości i tradycji prawdziwie demokratycznych sprawia, że rządząca prawica przemilcza nawet te wybitne postacie polskiego Oświecenia, które przynależały do warstwy duchowieństwa katolickiego jak Stanisław Konarski, Ignacy Krasicki czy Hugo Kołłątaj. Nawet polski Kościół katolicki nie przyznaje się do nich, bo stanowią dysonans w stosunku do wybranego przez jego współczesną hierarchię kontrreformacyjnego modelu katolicyzmu. W tej sytuacji każda publikacja, która przypomina wagę tej epoki w historii Polski godna jest odnotowania. Zwłaszcza gdy jest tak interesująca jak praca Agaty Wdowik,
„Nieodrobiona lekcja Oświecenia. Aktualizacje tradycji oświeceniowych w publicystyce polskiej w latach 1944-2000”. Autorka przeanalizowała piśmiennictwo publicystyczne i naukowe lat 1944-2000 pod kątem jego stosunku do Oświecenia, recepcję oświeceniowych tradycji w tym okresie. Przytaczając sformułowanie Marka J. Siemka z jego tekstu „Polskie lekcje nieodrobione” (2005), którego fragment został zresztą wykorzystany jako tytuł omawianego studium („nasza polska, jeszcze długa droga ze Wschodu na Zachód, jest drogą, której nie przebrniemy, nie biorąc się wreszcie za naszą wciąż nieodrobioną lekcję Oświecenia”).
W sześciu rozdziałach autorka bada, jak odbywało się i jakimi rezultatami skończyło się odrabianie tej lekcji. Pierwszy rozdział („Ku rewolucji”) obejmuje lata 1944-1949, czyli fazę wstępną instalowania systemu stalinowskiego. Drugi („Socjalistyczny konstrukt Oświecenia”) – lata 1950-1959, czyli od apogeum stalinizmu do pierwszych lat popaździernikowej odwilży. Władza ludowa wybrała epokę Oświecenia jako najważniejszy dla siebie okres historyczny, z którego chciała czerpać istotną część swego rodowodu ideowego, asymilując tradycje oświeceniowe przy użyciu narzędzia w postaci metody marksistowskiej i materializmu dialektycznego. Czołowe ideologiczne pismo nowego obozu władzy, krakowska „Kuźnica”, deklarowało w pierwszym (1945) numerze: „Zespół nasz reprezentuje to skrzydło współtwórców kultury polskiej, a więc i przeszłości narodu, którego postawę określa radykalizm postępowej myśli polskiej. Wyrastamy z tej samej gleby, z której przed 150 laty powstało oświecenie, jakobinizm polski Kołłątaja, Staszica, Jezierskiego, Jasińskiego”.
Portrety polityczno-ideowe czterech wymienionych postaci („Czerwony Kołłątaj”, „Wulkan Kuźnicy”, „Rewolucjonista doskonały”, „Mieszczański przodownik pracy z Piły”) stanowią zresztą część rozdziału poświęconego „Czerwonym niciom” osiemnastego stulecia”. Bo właśnie „czerwone nici” Oświecenia (nie tylko polskiego, także francuskiego) były uwypuklane przez publicystów tamtego okresu. Wśród tych „czerwonych nici” były m.in. materializm, wolterianizm, antyklerykalizm czy społeczny radykalizm.
Aktualizacji podlegała też tradycja najważniejszego aktu polskiego Oświecenia czyli Konstytucji 3 Maja. Pomijano religijny, wyznaniowy wymiar jej treści (w tamtej epoce nieuchronny), a eksponowano zawarte w akcie majowym idee postępowych reform społecznych i ustrojowych. Natomiast z publicystyki i innych pism okresu Oświecenia, w tym „Kuźnicy Kołłątajowskiej” czerpano, w celach aktualizacyjnych, najbardziej radykalne hasła rewolucyjne o proweniencji jakobińskiej. W oficjalnym przekazie tego okresu tylko najbardziej radykalni przedstawiciele demokratycznej lewicy zasługiwali na miano patriotów.
O Kołłątaju pisano jako o „ojcu polskiej rewolucji” i „zwiastunie dzisiejszych czasów”. Historia Oświecenia była ukazywana w duchu marksistowskiego historyzmu. Swoistym paradoksem marksistowskich aktualizacji Oświecenia i jego ludzi było to, że o ile w warstwie czysto propagandowych haseł cechowały się one często wulgarnym schematyzmem, instrumentalizacją, uproszczeniami i dogmatyzmem, o tyle egzegezy niektórych zjawisk czy pozycji książkowych przejawiały się w formach nie pozbawionych wnikliwości i skrupulatnej drobiazgowości, a nawet finezji intelektualnej.
Jednym z najbardziej charakterystycznych tego przejawów była jedna z największych dyskusji literackich tego okresu. Rozpętała się ona wokół studium Wacława Borowego „O poezji polskiej w wieku XVIII”. Niewinny na pozór temat archiwalnej poezji sprzed półtora wieku, stał się polem starcia o „kryterium definiowania istoty poezji”, starcia między poglądem iż poezja jest przede wszystkim aktem artystycznego indywidualizmu, aktem uczucia i wyobraźni, także fideistycznej, a poglądem, że od poezji należy oczekiwać przede wszystkim pożywki intelektualnej, edukacyjnej i społecznej. W konsekwencji Borowemu zarzucono promowanie „poetów zakrystii”, „poetów ówczesnej reakcji szlacheckiego zacofania kulturalnego” przeciw „walczącej, społecznej, progresywnej poezji osiemnastego wieku”. Katolickiemu humanizmowi Borowego przeciwstawiono humanizm marksistowski.
Potępiając ciemne czasy saskie Stefan Żółkiewski przeciwstawiał im na łamach „Kuźnicy” czasy stanisławowskie, w których „poezja była walcząca, społeczna, postępowa”, „oddychała wielkim wichrem rodzącej się rewolucji” i „z cudowną odwagą podważała odwieczne fundamenty starego porządku społecznego”. Te akurat sformułowania były przykładem aktualizacji nazbyt daleko posuniętej, gdyż klimat czasów stanisławowskich daleki był od „wielkiego wichru rewolucji”. Niektóre marksistowskie aktualizacje postaci oświeceniowych już wtedy budziły opór. Polemizując z apologią biskupa Ignacego Krasickiego, postępowca, „który miał odwagę uderzyć w ciemnotę mnichów”, Zygmunt Lichniak z katolicko-postępowego „Dziś i Jutro” pisał: „Z tego sybaryty i politycznego oczajduszy robić postępowca!”. Lichniak bronił natomiast przed Żółkiewskim Jakuba Jasińskiego, obwinianego o wolterianizm i libertynizm.
Był w tym pewien paradoks, bo strona marksistowska, choć antyklerykalna i antyreligiancka, nie przepadała za antyklerykalnym i antyreligianckim libertynizmem i wolterianizmem z uwagi na ich „wsteczne, reakcyjne klasowo źródła”. Najbliższe doktrynie socjalistycznego realizmu były oświeceniowy dydaktyzm i racjonalizm. „W realizmie racjonalistycznym wieku Oświecenia bliska nam jest zwycięska i zdobywcza wiara w nieograniczone możliwości człowieka…” – pisał kierownik Wydziału Kultury KC PZPR Paweł Hoffman.
Niezależnie od podkreślanych pokrewieństw, część uczestników debaty podkreślała jednak, że – jak zauważa A. Wdowik – „postępowość tekstów oświeceniowych należy oceniać „przy uwzględnieniu momentu historycznego, w którym powstały”. Przy okazji, w pewnym momencie dokonano waloryzacji lekceważonego i ośmieszanego początkowo sentymentalizmu, dostrzegając w nim jeden z wyrazów uczuciowości ludowej i formę plebejskiego protestu przeciw tym aspektom Oświecenia, które wyrastały z nadmiernych iluzji i uroszczeń rozumowych, mających z kolei swoje źródło w ideologii burżuazyjnej. W nurcie realistycznym literatury oświeceniowej upatrywano z kolei praźródeł metody realizmu socjalistycznego.
Konkludując zjawiska z drugiej połowy okresu 1950-1959 autorka konstatuje „wyciszanie aktualizacji oświeceniowych”. Przyczyn tego wyciszania upatruje w „odwilżowej polityce kulturalnej”, która umożliwiła odejście od socrealistycznego radykalizmu”. Lata 1960-1969 to czas dalszego „wyciszania aktualizacji”. Miejsce bezpośredniej aktualizacji służącej celom agitacyjnym zastępuje opis i refleksja naukowa nad kluczowymi zjawiskami okresu oświeceniowego, w tym problem upadku Rzeczypospolitej, relacji polsko-rosyjskich czy zagadnienie postulatu silnej władzy i silnego państwa w konfrontacji z praktykami anarchii i „złotej wolności” szlachecko-magnackiej. To wtedy powstały niektóre najważniejsze dzieła dotyczące tego okresu, w tym „Ostatni król Rzeczypospolitej” (1966) Emanuela Rostworowskiego oraz – przede wszystkim – najbardziej fundamentalne dzieło tego okresu o epoce oświeceniowej czyli „Polscy jakobini. Kartka z dziejów powstania kościuszkowskiego” (1960), autorstwa Bogusława Leśnodorskiego.
Konkludując okres kończący się u schyłku lat sześćdziesiątych A. Wdowik pisze: „W latach sześćdziesiątych marksistowskie postrzeganie polskiego wieku świateł jako źródła tradycji socjalistycznej traci swoją moc interpretacyjną, wygasa wraz z ostatnim publicystycznym słowem na temat książki Bogusława Leśnodorskiego o polskich jakobinach. Innymi słowy, w latach sześćdziesiątych następuje pęknięcie sensu aktualizowania tradycji oświeceniowych. Jego efektem jest zanegowanie wagi dyskusji nad przyczynami upadku I Rzeczypospolitej oraz nad pozostałymi zjawiskami kultury osiemnastowiecznej ze względu na ich nieprzystawalność do problemów historii współczesnej”.
Ten proces wyciszania i przemodelowywania aktualizacji oświeceniowych postępuje w latach siedemdziesiątych. Poszerza się natomiast i pogłębia literatura przedmiotu, głównie poświęcona badaniom literatury i prądów ideowo-intelektualnych Oświecenia. Jedyną formą praktycznej aktualizacji jest podjęta wraz z 200 rocznicą powstania Komisji Edukacji Narodowej (1773-1973) reforma oświaty, ale nawiązanie do radykalnych tradycji KEN jest już tylko frazeologiczne i rytualne, a kierunek reformy daleki jest od jakichkolwiek rewolucyjnych radykalizmów i stanowi formę „doganiania Europy”. Nawet Kołłątaj, w latach pięćdziesiątych przedstawiany jako „czerwieniec” i „polski Robespierre” przemienia się w świetle oficjalnego przekazu w pioniera nauki, historyka i filozofa.
W latach 1980-1989 następuje do pewnego stopnia nawrót bezpośredniej aktualizacji Oświecenia. Ma to źródło w radykalizacji narodowej lat 1980-1981, narodzinach ruchu „Solidarności”, wprowadzeniu stanu wojennego, wydarzeniach, których ostateczną konsekwencją był Okrągły Stół i demontaż realnego socjalizmu w 1989 roku. Znamienne jest także, iż po raz pierwszy w historii PRL władza zorganizowała oficjalne obchody rocznicy Konstytucji 3 Maja. Było paradoksem politycznie uwarunkowanym, że przez większość czasu swojego istnienia, kolejne ekipy rządzące PRL, choć deklaratywnie odwoływały się do tradycji Oświecenia, w tym do majowej konstytucji, utrzymywały jej rocznicę na cenzurowanym jako święta antykomunistycznego, co oznaczało stałą delegalizację prób obchodów tejże. Przyznawała się do niej, a jednocześnie delegalizowała formy publicznego czczenia dzieła 3 Maja jako opozycyjne.
Charakterystyczny przypadek miał miejsce w roku 1976, w 185 rocznicę Konstytucji 3 Maja, gdy w Teatrze Telewizji wyemitowano premierę zrealizowanego dużym nakładem sił i z ogromną, doborową obsadą aktorską widowisko historyczne Grzegorza Królikiewicza „Trzeci Maja”, a jednocześnie oficjalnych obchodów nie było, a nieoficjalne były zakazane. Aktualizacje tego okresu dotyczyły także zagadnienia niepodległości i suwerenności narodowej, a także oceny ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Namiętny spór o ocenę SAP był zasadniczo kryptonimem sporu o wymogi etyki patriotycznej i o oczekiwania wobec elit politycznych, a także sporu między „patriotami” a „realistami”, niejednokrotnie uważanymi przez tych pierwszych za rzeczników zdrady narodowej.
Bardzo istotnym wkładem w aktualizację charakterystyczną dla tego okresu był wspaniały esej książkowy Ryszarda Przybylskiego, „Klasycyzm, czyli Prawdziwy koniec Królestwa Polskiego”. To w niej sformułowany został bowiem imperatyw narodowego przetrwania po klęsce, przetrwania w niewoli nie przez wybranie drogi otwartej walki z zaborcą, lecz przetrwania narodu poprzez kultywowanie jego kultury, przez „życie w słowie”, poprzez zachowanie tradycji.
Autorka tak podsumowuje te lata: „W drugiej połowie dziewiątej dekady przywoływanie na łamach prasy tradycji oświeceniowych uległo wyciszeniu. Jedynie w latach 1988-1989 w kontekście publicystycznych rozważań nad społeczno-politycznymi przemianami zauważalne jest odwoływanie się do pojęcia rewolucji łagodnej, która ostatecznie stała się udziałem polskiego społeczeństwa. Niemniej jednak retoryka rewolucyjno-wolnościowa o jasnej proweniencji oświeceniowej była raczej jedynie niekiedy akcentowana, aniżeli podnoszona do rangi publicystycznego zagadnienia węzłowego dla ostatnich lat komunizmu w Polsce”.
Ostatni podjęty przez Wdowik okres aktualizacji Oświecenia (1990-2000) w polskiej przestrzeni publicznej przyniósł zaskakującą puentę. Doszło wtedy już nie do prób dalszego wyciszania czy wręcz rezygnacji z wszelkiej aktualizacji Oświecenia, lecz do pierwszej otwartej próby zdyskredytowania, a nawet potępienia Oświecenia jako lewicowego, libertyńskiego, kosmopolitycznego nurtu ideowego wrogiego „tradycyjnym wartościom narodowym i religijnym”, wrogiego „polskości”. Tej swoistej reakcji czy kontrrewolucji ideowej towarzyszyła próba rehabilitacji sarmatyzmu, konserwatyzmu społecznego i kulturowego oraz kontrreformacyjnego katolicyzmu.
Platformami tego antyoświeceniowego nurtu były m.in. pisma „Arcana” i „Fronda”, a jako jego egzemplifikacje posłużyły autorce głównie teksty Krzysztofa Koehlera (m.in. „Monitor”, „Sarmatia defensa”), Andrzeja Waśko („Wszystko jest inaczej” i Pawła Lisickiego („Mroczne dziedzictwo Oświecenia”).
Dogmatyzm i apodyktyczność z jakimi wspomniani autorzy obstawali przy swoich sądach, niechęć i niezdolność do jakiejkolwiek dyskusji skłoniły Agatę Wdowik do określenia wspomnianej postawy jako „socrealizmu à rebours”, podobnej charakterem, choć różniącej się przeciwstawnymi znakami wartości i źródłami ideowymi. Historia w pewnym sensie zatoczyła koło.
Ostateczna konkluzja autorki jest następująca: „ Skrajna ideologizacja dziedzictwa oświeceniowego w latach 1944-1989, a następnie przejęcie wypracowanych przez nią schematów przez publicystykę lat 1990-2000 wskazują na to, że lekcja polskiego oświecenia nie została jeszcze odrobiona (…)”. Nic dodać, nic ująć. Wystarczy otworzyć szeroko oczy i uszy i popatrzeć na współczesną Polskę.
Lekcja ta nie tylko nie została odrobiona, ale wyrzucona na śmietnik historii. Dopóki Polska jej nie odrobi, niewiele się zmieni.

Agata Wdowik – „Nieodrobiona lekcja Oświecenia. Aktualizacje tradycji oświeceniowych w publicystyce polskiej w latach 1944-2000”, wyd. Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, str. 305, ISBN 978-83-64111-25-94500.

Od historii do przeciw – historii

Z tej lektury nieuchronnie musi wynikać konstatacja jeśli nie podstawowa, to co najmniej wstępna – konstatacja współczesnej nieobecności (poza nielicznymi wyjątkami) dramatu historycznego, przedmiotu tego zbioru tam, gdzie jego miejsce, czyli na polskich scenach. Zatem lektura obszernego, skądinąd fascynującego tomu z dziedziny teatrologii przypomina nieco naukę pływania w pustym basenie. Czytając więc te 47 szkiców 47 autorów o zjawisku jakim jest polski dramat historyczny, możemy zdać się jedynie – poza inwencją autorów – na własną wyobraźnię, by podpowiedziała nam, jak jawiły się i jak mogłyby jawić się na scenie, zarówno w wymiarze ściśle teatralnym, jak i w aspekcie idei artystycznej, takie dramatyczne teksty, jak tryptyk Marii Konopnickiej „Z przeszłości”, dramat z prehistorii Słowian „Mściwój i Swanhilda” Bronisława Grabowskiego, dramat historyczny o problemie zdrady, czyli „Donna Aluica” Jerzego Żuławskiego, młodopolski dramat o Bolesławie Chrobrym „Twórca” Jadwigi Marcinkowskiej, dramat Wincentego Rapackiego o zmaganiu z formą czyli „Wit Stwosz”, dramat „Jegomość pan Rej w Babinie” Adolfa Nowaczyńskiego czyli o kulturze staropolskiej w zwierciadle dramatu młodopolskiego, „Górą Radziwiłł” Adolfa Zalewskiego czyli przeróbka na scenę prozy Józefa Ignacego Kraszewskiego, „państwowotwórcza” i wojenna „Gałązka rozmarynu” Zygmunta Nowakowskiego, „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej i jej interpretacje, „Domek z kart” Emila Zegadłowicza jako obraz pierwszych dni II wojny światowej („Rozliczenia i diagnozy”), „Krzak gorejący” Janusza Krasińskiego jako dramat o romantycznym heroizmie i pamięci ciała, ale także teksty zagadnieniowe, poświęcone n.p. poetyce i polityce dramatu po 1968 roku”, dramatowi historycznemu w refleksji skamandrytów, figurom oświeconych i Oświecenia w dramacie historycznym drugiej połowy XIX wieku, komedii historycznej już to w zestawieniu z romantycznymi koneksjami Eugene Scribe’a, już to w płaszczu intrygi w komediopisarstwie Adama Bełcikowskiego, dwóm wojnom i dwóm historiografiom w tekstach dramatycznych Stanisława Ignacego Witkiewicza i Andrzeja Rybickiego, bolszewizmowi w dramacie polskim lat dwudziestych („Od paraboli do weryzmu”), czy w tekście o tajemniczym tytule: „O niestosowności „trylerowania” przez króla Jana Sobieskiego, czyli zmagania z historią w polskich librettach operowych epoki Młodej Polski”, a także komizmowi historii w teatralnych inscenizacjach przeszłości. Jak nietrudno zauważyć, znacząca część wspomnianych tekstów, zwłaszcza autorów w dużym stopniu zapomnianych i zajmujących drugo lub nawet trzeciorzędną pozycję w historii polskiego dramatu, nie była wystawiana na scenach od wielu dziesięcioleci, a niektóre być może nawet od 150 lat. Jedyne w tym zestawieniu teksty niedawno wystawione, to „Caryca Katarzyna” Jolanty Janiczak czy dramaty Tadeusza Słobodzianka.
W poprzedzającym zbiór wstępie autorstwa Dobrochny Ratajczakowej („Po co dramatowi historia – po co historii dramat” omawia ona źródła i różne klasyfikacje dramatu historycznego, wspominając zarówno o jego fazie klasycystycznej i neoklasycystycznej, jak i o fazie wolności dramatu od tych reguł (średniowiecze) wyrwania się dramatu z tych reguł (n.p. romantyzm, modernizm, czy dramat XX wieku). Ratajczakowa przytacza rozmaite formy, jakie przybierał dramat historyczny, od tragedii narodowej z dziejów państwowości w okresie neoklasycznym, poprzez romantyczną perspektywę eschatologiczną i tragiczną, po podłoże społeczne okresu historycznego dramatu realistycznego czy osadzenie go w uniwersum znaków kulturowych przez symbolistów. Autorka wstępu zwraca też uwagę na „drapieżczość” dramatu historycznego wyrażającą się w wchłanianiu przez niego najrozmaitszych gatunków, estetyk, stylów. Przywołuje też typologię wybitnego badacza gatunku, Herberta Lindenbergera, typologię opartą na wyodrębnieniu najbardziej charakterystycznych motywów tematycznych dramatu historycznego, takich jak n.p. sztuka dokumentalna, dramat o tyranie, sztuki heroiczne itd. Ratajczakowa konstatuje, że tradycyjna relacja między historią, dramatem a sceną, nazwana przez nią „kontraktem”, obowiązywała do lat 90-tych XX wieku, a strukturę tego „kontraktu” skrupulatnie opisuje. Do jego fundamentalnych cech należy funkcja naocznego „pokazania historii” oraz uczynienie z niej „machiny bojowej narodowości”. Pierwszy wyłom w tej zasadzie nastąpił w drugiej połowie XX wieku, kiedy wraz z upadkiem scjentyzmu nastąpiła „konceptualizacja przekazu historyka jako dzieła narratora”, czyli, innymi słowy, zastąpienie koncepcji widzenia historii jako mechanicznego, „obiektywnego zbioru faktów” przez „narracją autorską”, opartą w dużym stopniu na subiektywnym odczytaniu historii. Pojawiła się wtedy m.in. „fikcjonalność przedstawienia opartego na faktach”. Walter Benjamin ujął to w sformułowaniu, że „wyartykułować historycznie to, co minione, nie oznacza że trzeba je poznać takim, jakim naprawdę było”. Dokonało się odwrócenie wektora przewagi: teraz, inaczej niż w przeszłości, zyskała ją sztuka nad historią. Nowy „kontrakt” miał charakter niemal rewolucyjny. W miejsce stabilnej, „podręcznikowej” historii wszedł „niestabilny spektakl”, zrywający wszelkie kanony, wykorzystujący afabularność, teleologiczność, kalejdoskopowość, performans, heterogeniczność składników przedstawienia historycznego, w dużym stopniu pochodzących z nowych technik komunikacji medialnej. Znamiennymi przykładami mogą tu być n.p. inscenizacje wspomnianej Jolanty Janiczak czy Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Ratajczakowa określa te zjawiska jako przeciw-historię. Teatr – konstatuje w konkluzji Ratajczakowa – „podczas ostatniego przełomu uwolnił się od wpływu dziewiętnastowieczności, determinującej zarówno nasze międzywojnie, jak i lata PRL”. Można więc rzec, że PRL był ostatnim segmentem XIX-wiecznego teatru historycznego. A moja konkluzja, czy raczej marzenie wywiedzione przez teatralnego widza z lektury tego obszernego, bardzo interesującego zbioru jest takie, by zwłaszcza owe stare, zapomniane, „kopalne” XIX-wieczne teksty, o których można „poczytać” w tym zbiorze, zobaczyć na scenie w oświetleniu nowego „kontraktu”. Cokolwiek o nim myśleć (a można myśleć po części aprobatywnie, a po części krytycznie), to na powrót do starego „kontraktu” i tak już żadnych widoków nie ma.

Spacer po literaturze

Z Januszem Termerem mam częsty kontakt. Niestety, nie bezpośredni – a byłoby to z wielką dla mnie intelektualną satysfakcją – ale za to bardzo pożyteczny, za pośrednictwem dwóch jego niezmiernie cennych edycji: „Leksykonu pisarzy” i „Leksykonu dramatopisarzy”, do których zaglądam w poszukiwaniu czy dla przypomnienia cennych informacji i ujęć. Tym razem przydarzyła się możliwość frapującego kontaktu ze zbiorem jego esejów, szkiców, zatytułowanego „Myślenie literaturą”. Przystąpiłem do lektury tego zbioru z tym większym przekonaniem, że formuła „myślenia literaturą” jest mi wyjątkowo bliska i to od dziesięcioleci. Ujmę to nieco filuternie – ja też na to „choruję”. Lekturę zacząłem od dwóch tekstów, od otwierającego zbiór szkicu „Powracająca fala krytyki społecznej w literaturze” oraz od „Zawiści w „Zawiści” Tadeusza Brezy”.
W pierwszym przypadku chciałem się dowiedzieć, co myśli Janusz Termer o obecności (względnie nieobecności) we współczesnej literaturze nurtu krytyki społecznej, który był przecież w XIX i XX wieku jednym z najważniejszych nurtów tematycznych, i to nie tylko w prozie powieściowej, ale także w dramaturgii i poezji. Termer przywołał najpierw najbardziej klasyczne tradycje takiej literatury poprzez sięgnięcie do ojców europejskiego realizmu krytycznego z Balzakiem na czele, ale także do Juliusza Słowackiego czy Zygmunta Krasińskiego, którzy – każdy z innej pozycji ideowej – podejmowali, także profetycznie, wielkie zagadnienia społeczne, pierwszy choćby w „Śnie srebrnym Salomei”, a drugi w „Nieboskiej komedii”. Sięgnął Termer także do wielkiego nurtu tematyki społeczno-politycznej, obecnego w literaturze polskiej II Rzeczypospolitej, od „Przedwiośnia” i „Generała Barcza” do „Kariery Nikodema Dyzmy”.
Termer zwraca uwagę na ciekawy paradoks charakterystyczny dla literatury Polski Ludowej. Po niefortunnym eksperymencie socrealistycznym (1949-1955), bardzo wielu najwybitniejszych pisarzy odwróciło się od problematyki społecznej, powracając do swoich zainteresowań problematyką psychologiczną, zagadnieniami indywidualnej jaźni i literackimi eksperymentami. Nie znaczy to, że w literaturze po 1956 roku problematyka społeczna była nieobecna, ale biorąc pod uwagę ideologiczne podstawy PRL, było jej relatywnie – i paradoksalnie – niewiele. Nie powstrzymując się od retrospektywnej złośliwości można by rzec, że tym mniej chętnie problematykę stricte społeczną podejmowali pisarze, im bardziej intensywnie zajmowała się nią propaganda i im bardziej przypatrywała się jej cenzura.
Na koniec szkicu Termer z satysfakcją konstatuje, że po następnej ucieczce od problematyki społecznej w literaturze, jaka nastąpiła po 1989 roku, tym razem wiążącej się z kolejnym „zrzuceniem z ramion płaszczu Konrada”, złudną wiarą w „koniec historii” czy fascynacją procesami transformacji ekonomicznej – na przełomie wieków XX i XXI nastąpił – prawda, że nie zmasowany – powrót do krytyki społeczno-politycznej w prozie. Podjął ją zarówno stary literacki wyga Edward Redliński („Transformejszen”), jak i debiutanci, n.p. Dawid Bieńkowski („Nic”), Daniel Odija („Martwe miasto”) czy Sławomir Shuty („Zwał”). Nigdy nie zachwyciłem się tą akurat prozą (to kwestia gustu), ale nie sposób nie zauważyć, że jej pojawienie się było jednak znakiem powrotu problematyki społecznej po czasowej absencji w polskiej literaturze.
Drugi z kolei szkic, z którym się zapoznałem, poświęcony jest w znaczącej części „Zawiści” Tadeusza Brezy, jednego z najwybitniejszych powojennych prozaików, choć z przedwojennym rodowodem („Zawiść”, „Adam Grywałd”, „Mury Jerycha”), twórcy „Urzędu” i „Spiżowej bramy”, znakomitej prozy, która po przeszło pół wieku nabiera dziś nowej aktualności – jednego z moich ulubionych pisarzy. To od niego (dokładnie pamiętam) w 1970 roku rozpocząłem czytelniczą przygodę z polską literaturą współczesną, jako że do tej pory zanurzony byłem głownie w obcej klasyce i literaturze przygodowej. I właśnie przypomnienie, w szeregu szkiców, literatury okresu PRL, dziś niewydawanej, na ogół zepchniętej do lamusa, jest dla mnie równie ważne jak przypomnienie subtelnych walorów psychologicznej powieści Brezy, opartej na podłożu filozoficznym, jak również przypomnienie, w krótkich analizach, także „Murów Jerycha”, także wspomnianego, kafkowskiego „Urzędu”. Breza, pisarz prawdziwie wybitny, a do tego w jakimś sensie „wykwintny”, należy do tych najbardziej zepchniętych poza margines, a przecież był to prozaik, któremu należałoby się wydanie krytyczne dzieł zebranych (łącznie ze znakomitą eseistyką, n.p. „Nelly. O kolegach i o sobie” i „Notatnik literacki”), a nawet takich rzeczy naznaczonych doktryną realizmu socjalistycznego, jak powieść kryminalna „Uczta Baltazara”. „Urząd” z całą pewnością zasługuje na edycję krytyczną w serii „Biblioteki Narodowej” Ossolineum.
Poza tym, swoje szkice poświęcił Termer prozie Juliana Tuwima (właśnie jego prozie, nie poezji), Stanisława Rembeka, Kazimierza Truchanowskiego, Zofii Posmysz, Kornela Filipowicza, Józefa Hena, Tadeusza Konwickiego, Wiesława Myśliwskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Janusza Krasińskiego, prozie jakże często analizowanej w piśmiennictwie krytycznym, którą jednak Termer naświetla po swojemu, za każdym razem odnajdując jakiś własny, nowy punkt widzenia.
Pobyt w nałęczowskim sanatorium i kontakt z tamtejszą biblioteką zaowocował u niego przypadkowo ponowną, po wieloletniej przerwie, lekturą prozy Jacka Londona, którą Termer syntetycznie przypomniał, niespodziewanie acz płynnie i z nowym sensem przechodząc do filozofii Stanisława Brzozowskiego. Za tym poszło obszerniej już mu poświęcone „Czytanie Brzozowskiego”, a następnie spojrzenie na twórcę „Legendy Młodej Polski” przez pryzmat ciekawego prozatorskiego eksperymentu, jakim jest znakomita, „apokryficzna” opowieść o Brzozowskim Eugeniusza Kabatca, czyli „Ostatnie wzgórze Florencji”. Poza tym w „Myśleniu” – o literaturze pacyfistycznej czyli o „Soli ziemi” Józefa Wittlina, a także innych pisarzach emigracyjnych jak Andrzej Bobkowski, twórca rewelacyjnych „Szkiców piórkiem”, tu dotknięty w mini szkicu jako autor zbioru „Coco de Oro”. Pojedyncze rodzynki poświęcił Termer poezji (szkic o „Spełnionym nieistnieniu” Leśmiana) i najdawniejszej tradycji literackiej (Janowi Kochanowskiemu w „Głowie Mistrza Jana”), a także wspomnieniom m.in. o Jerzym Krzysztoniu, Janie Dżeżdżonie (cóż za polskie, niewymawialne przez cudzoziemców, nazwisko!), relacjom z podróży, m.in. na Sycylię, szlakiem księcia Saliny i króla Rogera, do Collodi, „ojczyzny” Pinokia i wędrówkom przez Paryż z „bywszym”, wytrawnym paryżaninem, Andrzejem Kuśniewiczem.
Na koniec odnotuję wspomnienie najbardziej autobiograficzne, „Z wrześniowych dni”, które Janusz Termer rozpoczyna od opisu własnych narodzin, które odbyły się w okolicznościach niezwykle dramatycznych, bo pod niemieckimi bombami u schyłku września 1939 roku, w kamienicy przy Chłodnej 40. Wspomina w nim też o wrześniowej epopei własnej rodziny, w tym podanym nie bez akcentów gorzkiego humoru perypetiom ojca i jego „Chevroleta”, zarekwirowanego na ostatek przez czerwonoarmiejców i nigdy do końca nie spłaconego, a trzeba dodać, że od spłacenia wszystkich rat uwolniła go historia, co było poniekąd szczęściem z nieszczęściu. Z tego szkicu wynika jeszcze jeden wniosek: u schyłku września Janusz Termer skończy 80 lat, a ja już teraz, awansem, składam Mu serdeczne powinszowania i podziękowanie, i za to interesujące i pożywne intelektualnie „Myślenie literaturą” i za inne prace.

Janusz Termer – „Myślenie literaturą. Eseje, szkice, wspomnienia…”, wyd. Res Humana, Warszawa 2019, str. 238, ISBN 978-83-941094-7-9.

Niepowetowany brak „Głowy”

Tylko dla wtajemniczonych

Brakuje mi prozy Janusza Głowackiego. Świadomość, że już nie przeczytam jego kolejnego tomu barwnych wspomnień z czasów „ironicznego” życia w PRL, kolejnego opowiadania, kolejnego felietonu ciągle mi doskwiera. Jedyny w swoim rodzaju styl Głowackiego to była jakość, z którą nie tylko ja, ale i tysiące jego czytelników bardzo się przez lata zżyliśmy. Edycja zbioru jego felietonów „Jak być kochanym” ukazała się już w 2005 roku, ale nowa edycja pod tym samym tytułem jest znacznie, o mniej więcej jedną trzecią, poszerzona i zawiera wszystkie (jak zapewnia Olena Leonenko) odnalezione felietony Głowackiego, zarówno te z PRL, jak i z lat znacznie późniejszych, także już z XXI wieku. Jego kolega po piórze, Eustachy Rylski napisał we wstępie „Głowacki”, że z pisarzy „mało który dorównuje własnej twórczości, nawet jeśli byle jaka” i że „Głowacki dorównywał”. „Jego śmierć była absurdem tym dotkliwszym, że ominęła go, mimo osiemdziesiątki na karku, starość” – napisał Rylski. To ciekawe, jak refleksja ta rodziła się, niezależnie od siebie, w różnych – nomen omen – głowach. Rzeczywiście, w śmierć Głowackiego trudno było, choć prawdę mówiąc nie wiadomo dlaczego, uwierzyć. Jego felietony były dziełem najwyższego kunsztu stylistycznego i najbardziej finezyjnej ironii. Nie jestem atoli pewien, czy czytanie, zwłaszcza dziś, po latach, felietonów Głowackiego, to nie zajęcie tylko dla wtajemniczonych w ten jego wyrafinowany styl, w kody i szyfry, którymi się posługiwał, tym bardziej, że wiele z tych kodów przynależy do poniekąd w znacznym stopniu zaginionej, specyficznej intelektualnej kultury okresu PRL. Bo kto bez wiedzy o wybitnym aktorze z tamtej epoki odczyta sens felietonu „Herdegen się odcina” czy jego fenomenalne „obrony” i „pochwały”: „Obronę Poloniusza”, „Pochwałę Poręby”, „Nowego Passendorfera…”, „Kierkegaarda-Drozdowskiego-Wajdę”, czy „Attylę, czyli śmierć liberała”. To Himalaje finezyjnej, kunsztownej drwiny, podobnie jak zjawiskowe „streszczenie” powieści Aleksandra Dumasa „Powrót hrabiego Monte Christo”. Głowacki chętnie cytował zdanie skierowane do niego przez jego naczelnego z PRL-owskiego tygodnika „Kultura”: „Inteligentny człowiek nie pisze. Inteligentny człowiek nie zostawia za sobą żadnego śladu”. Jak to dobrze, że Janusz Głowacki przeszedł do porządku dziennego nad tym przejawem inteligencji.

Janusz Głowacki – „Jak być kochanym”, Wielka Litera, Warszawa 2019, str. 377, ISBN 978-83-8032-316-2

Gra – w szulerkę, w Targowicę…

i w koniec Polski

Opowieść tę (opowieść właśnie raczej niż powieść) albo Włodzimierz Bolecki pisał długo, albo z długimi przerwami/przerwą. Okres ten sygnowany jest bowiem datami 1988-2017. Już po tym widać, że nie z zawodowym powieściopisarzem mamy do czynienia, zwłaszcza nie z typem współczesnego powieściopisarza, produkującego kolejne tytuły co najmniej raz na sezon. Jaki bowiem zawodowy literat pisałby dziś powieść przez trzydzieści lat? Toż to w czasach pośpiesznego rynku i niecierpliwych wydawców wyposażonych w niewygodne na ogół dla autorów umowy byłoby zachowanie nieracjonalne do sześcianu. Tak się może zachować tylko prozaik-amator, dla którego pisanie prozy powieściowej to głównie ćwiczenie literackie, artystyczne dla własnej satysfakcji. I rzeczywiście, Włodzimierz Bolecki (rocznik 1952) jest profesorem literaturoznawcą, historykiem literatury, krytykiem i eseistą, analitykiem twórczości m.in. Witkacego, Wacława Berenta, Bruno Schulza, Witolda Gombrowicza, Józefa Mackiewicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Władysława Lecha Terleckiego, autorem m.in. interesującego zbioru esejów „Prawdy niemiłe”.
Krakowskie Wydawnictwo Literackie, edytor jego opowieści „Chack. Gracze. Opowieść o szulerach” tak oto przedstawia jej tytułowego bohatera, na „plecach” gustownej okładki, zdobnej reprodukcją obrazu „W altanie” Aleksandra Gierymskiego: „Chack – Ignacy Chadźkiewicz, postać tajemnicza, owiana tajemnicą, wymazana z kart historii. „Król szulerów”, „polski Casanova”, agent targowiczan, policji rosyjskiej i francuskiej. Wiedział wiele o kulisach polityki. Śledząc jego rysy na przełomie XVIII i XIX wieku, stajemy się świadkami dramatycznej gry, której stawką była niepodległość Rzeczypospolitej”. A o samej powieści „Chack”, że „to nie tylko nowoczesna powieść historyczna oparta na ogromnym materiale źródłowym. To równocześnie wyrafinowany utwór artystyczny, w którym autor wykorzystuje najróżnorodniejsze gatunki i konwencje opowiadania, miesza opowieść historyczną z literackim kamuflażem, a styl dokumentarny z brawurowo poprowadzoną stylizacją. Wciągając czytelnika w nieznane i fascynująco przedstawione losy szulerów (także politycznych) pokazuje dramatyczne konflikty poglądów i postaw, które na ponad wiek zadecydowały o losach Polski, Polaków i wszystkich narodów I Rzeczypospolitej”.
Tyle o fabule – w trafnie ujętym skrócie – wydawnictwo, do którego dobrego gustu nie ja jeden mam od dziesięcioleci utrwalone zaufanie. Spróbujmy jednak rozszyfrować niektóre zawarte w przytoczonych notkach określenia. Czytałem tę obszerną opowieść z zainteresowaniem, z satysfakcją, a też i ze wzbudzonymi przez lekturę skojarzeniami literackimi. Bolecki zamierzył ukazanie dziejów ludzi schyłku Rzeczpospolitej, w tym kręgu Targowicy, a wśród nich autentycznej, choć tak naprawdę półfikcyjnej postaci Chacka, którą wplótł w obraz znany z podręczników do nauki historii czy z powszechnie dostępnych biografii i monografii. Bo choć autor określił Chacka jako postać rzeczywistą, to jej „wymazanie” z kart historii czyni ją w istocie postacią na poły fikcyjną, a co najmniej niedopowiedzianą. Co natomiast oznacza przywołane wyżej, użyte w stosunku do opowieści określenie „nowoczesna powieść historyczna” (do pewnego stopnia brzmiące jak oksymoron)? „Chack” nie jest opowieścią historyczną z parantelami sienkiewiczowskimi, czy wywodzącymi się od Kraszewskiego, Gąsiorowskiego, Kaczkowskiego, Gołubiewa, Bunscha. Daremnie tu szukać pożywki dla uczuciowości, dla sentymentów, dla apetytu na potoczystą narrację, na „wdzięk przeszłości”. Opowieść Boleckiego jest oschła, „mózgowa”. Styl – rzeczowy, chłodny, fragmentami brzmiący jak komunikaty z raportów, jak oschły, rzeczowy styl scenariuszowy. To narracja wyrafinowanego, rozlegle i gruntownie oczytanego intelektualisty, a nie opowiadacza „ku pokrzepieniu serc”, nie ma tu sentymentalnych „barw uczuć”, ani soczystej zmysłowości w opisie. Już bliżej stąd skojarzeniami – nieszczególnie bliskimi – do spekulatywnej prozy Teodora Parnickiego (choć daleko „Chackowi” do bujnej, wszechstronnej gęstości narracyjnej twórcy „Twarzy księżyca”), może też nieco do „Konfederacji czyli próby Mokronowskiego” Włodzimierza Maciąga czy do „Chwały Cesarstwa”, historycznej fantasmagorii-mistyfikacji Jeana d’Ormesson. Typem aktualizujących dygresji odwołuje się autor „Chacka” wprost, expressis verbis, n.p. do współczesnych pisarzy – nieżyjących już emigrantów Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Jerzego Piechowskiego czy do współczesnego nam Jarosława Marka Rymkiewicza i jego „Wieszania”, opowieści historycznej przepełnionej takimi właśnie aktualizacyjnymi dygresjami rzutowanymi z przeszłości na teraźniejszość, mieszaniem planów czasowych. Jest też zapis prawdziwej czy wyimaginowanej rozmowy z historykiem Jerzym Łojkiem, badaczem okresu, który jest przestrzenią powieści Boleckiego, pojawiają się odniesienia do ukraińskich motywów poezji Jarosława Iwaszkiewicza, czy do Władysława Mickiewicza, syna wieszcza. Są też odwołania do Rodziewiczówny, a nawet Lema. Pojawia się też postać lekarza o nazwisku Bolecki, oko puszczone do czytelnika, że ma do czynienia z literacką konwencją, zabawą polegającą na mieszaniu „akcji zewnętrznej” z autotematyzmem autorskim. Koncept zabawy literackiej autor rozpisał także w kształt, zabawnych skądinąd, jako forma literackiej gry, rozbudowanych passusów dygresyjnych, mistyfikacji literackich co do rzekomej obecności postaci tytułowej w malarstwie i literaturze polskiej, „odnajdując” Chacka w znanych obrazach i poematach. Narrator, imitując, a raczej wchodząc w konwencję roli śledczego historyka, wędruje za Chackiem po rozległych szlakach, historycznych i prywatnych, bliższych i dalszych, prostych i rozwidlających się. Czasem tropionemu przez siebie bohaterowi opowieści depcze niemal po piętach, napiera mu na plecy, czasem wchodzi z nim do tych samych pomieszczeń, bierze udział w tych samych zdarzeniach, a czasem widzi go z daleka, jak przez mgłę, czasem dostrzega go przez moment, znikającego za rogiem, a czasem wręcz traci go z oczu i zmuszony jest polegać na intuicjach, hipotezach, domysłach. Gra Bolecki, ale subtelnie, bez obcesowości, konwencjami i gatunkami literackimi, tworząc mieszaninę relacji dokumentalnej z fikcją i mistyfikacyjnym kamuflażem. Nieco mi ta lektura przywodzi na myśl grę w historyczne szachy, ale nie tylko szachistom ją rekomenduję, lecz tym, co lubią literaturę jako grę – samej ze sobą, z historią, z egzystencją, z czytelnikiem. Nie jest to powieść, w której łatwo się zakochać, rozsmakować. Jest na to zbyt oschła, nie sięga do podświadomości, nie estetyzuje historii. Jednak pożywna umysłowo jest na poziomie nie lada.

Włodzimierz Bolecki – „Chack. Gracze. Opowieść o szulerach”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, str. 649, ISBN 978-83-08-06582-2.

Słowacki – jednak obecny

Niezupełnie zgodny z rzeczywistością jest komunikat zawarty w tytule zbioru szkiców o Juliuszu Słowackim autorstwa Ewy Nawrockiej, emerytowanej profesorki Uniwersytetu Gdańskiego, jednej z wychowanek Marii Janion. Literatura poświęcona twórczości i życiu Słowackiego jest bardzo bogata, przy czym nie tylko ta o starej metryce, z czasów Kleinera, Treugutta, Csato czy Bizana, ale także ta, która pojawiła się w dwudziestoleciu po 150 rocznicy (1999) urodzin i w dziesięcioleciu po 200 rocznicy (2009) śmierci poety jest całkiem spora. Warto wspomnieć choćby monografię „Słowacki” Aliny Witkowskiej, „Szatanioła” Jana Zielińskiego czy „Geografię Słowackiego” Doroty Siwickiej, o całkiem licznych tekstach w rozmaitych zbiorach czy w periodykach nawet nie wspominając. Jak na poetę tak „metrykalnie” odległego, przynależnego do zamierzchłej epoki kulturowej i literackiej, i jak na ogólne odwrócenie od tradycji i na panujący dziś kult nowości, jest on obecny w sposób prawdziwie imponujący. Owszem, na scenach teatralnych dramaty Słowackiego są obecne rzadko (poza kanonicznym „Kordianem” czy „Fantazym”), jednak klasyka, w tym romantyczna, w ogóle jest na współczesnych scenach polskich słabo obecna.
Ponieważ jednak znów weszliśmy w rok z dziewiątką w dacie, znów więc warto coś o Słowackim przeczytać i akurat „Słowacki-wielki nieobecny” Nawrockiej to lektura w sam raz. Ta autorka, trochę wbrew nowomodnej tendencji charakterystycznej dla ostatnich dekad, podchodzi do dzieła Słowackiego w sposób tradycyjny, rzekłbym – klasyczny. Zwraca co prawda uwagę na tę cechę jego twórczości, którą tworzą „estetyczne kontrasty i dysonanse”(„Zderzają się ze sobą drobiazgowy realizm kolorytu lokalnego i poetycka wizyjność, tragizm i farsa, barokowy teatr śmierci i romantyczna retoryka, frenezja i liryzm, szekspirowski historyzm i sentymentalny romans, okrucieństwo i wzniosłość wiary, ogień i światło, drastyczny naturalizm opisów męki ciała i perliste metafory pełne róż, zórz, tęcz, łabędzi, dosadny i rubaszny język potoczny i melodyjna fraza regularnego wiersza niezwykłej piękności”), ale idzie w poprzek tendencji do wykorzystywania tych jakości jako pretekstu dla „postmodernistycznego” sposobu recepcji twórczości Słowackiego („Słowacki współczesny jawi się jako poeta nie tylko wielu ról, lecz przede wszystkim ról niespójnych, nie do uzgodnienia: ironiczny, ekspresjonistyczny, orientalny, ukraiński, hiszpański, raptularzowy, towianistyczny, idylliczny, feministyczny, narkotyczny, intertekstualny”).
Świadoma tego, Ewa Nawrocka stara się dystansować od tego rodzaju odczytań. Próżno więc szukać u niej ekstrawaganckich, nowych odczytań jego utworów, przypisywania go do współczesnych nam nurtów artystycznych, myślowych, estetycznych, przypisywania mu prekursorstwa w stosunku do współczesnej nam popkultury, w tym nawet do komiksu (refleksem tego była bardzo nieudana ekranizacja „Balladyny” sprzed kilku lat), słowem – do robienia ze Słowackiego „naszego współczesnego” na siłę. Ewa Nawrocka zajmuje się zatem raczej Słowackim „korzennym”, „rudymentarnym”, Słowackim który żył jednak w pierwszej połowie XIX stulecia, a nie w wieku XXI. I tak podjęła problem wolności w polskim dramacie romantycznym, w tym w jego dramacie. Zajęła się oczywistymi filiacjami Słowackiego z antykiem i najstarszą tradycją literacką (Hellada, Homer, Szekspir). Podejmuje też motyw „Romantycznej Apokalipsy” i na nowo pochyla się nad jego mistycznymi dramatami.
Przy tej okazji zwraca uwagę na sprzeczność między „pozytywistycznym” wzorcem lektury, zmierzającym do jednoznacznego odczytania dzieła, wzorcem eliminującym inne odczytania, a wzorcem lektury uwzględniającej różnorodność odczytań i ich bezkolizyjne nawarstwianie się w jedną całość. Ta właśnie druga metoda pozwala czytać Słowackiego jako autora pełnego sprzeczności, już to jako ironistę i naturalistę, już to jako mistyka. W szkicu „Zabił się – młody…” autorka analizuje „Kordiana” jako dramat – nade wszystko – jaźni i egzystencji indywidualnej, w którą historia i „sprawa narodowa” są jedynie wpisane jako niektóre ze składników świadomości i przez nią „przepuszczone”. W tytułowym szkicu „Słowacki – wielki nieobecny” autorka „nieobecność” poety egzemplifikuje licznymi przykładami form jego obecności właśnie, wynikającej ze wzmożenia aktywności badawczej i edytorskiej poświęconej jego twórczości. Wraca też do mistycznego aspektu jego poezji („Juliusz Słowacki od Aniołów”), odnajduje nowe sensy w listach do matki, opisuje epizod jego pobytu we Wrocławiu, z uwzględnieniem aspektu osobowościowo-charakterologicznego (ciekawy, a nawet smakowity epizod związany z noclegiem, jakiego udzielił mu życzliwie nieznany podróżny), co pozostaje w pewnym kontrapunkcie z wymową tekstu „Ludzkie piękno Słowackiego”. Wyjaśnia też „Dlaczego Słowacki nie lubił muzyki Chopina” (odrzucenie nazbyt bliskiego, a przez to „rażącego” pokrewieństwa natury uczuciowej). Na deser dostajemy („Buchalteria i duchowość”) nowe ujęcie znanego z innych publikacji wątku trzeźwego stosunku Słowackiego do pieniędzy, a ściślej biorąc jego rachunkowych, buchalteryjnych i biznesowych (gra na giełdzie) predylekcji i kwalifikacji, który to fenomen pozostaje w radykalnej sprzeczności z tradycyjną, romantyczną wizją poetów, jako ludzi oderwanych od rzeczywistości i nieporadnych w zmaganiach z życiem, a przez to zazwyczaj skazanych na nędzę materialną. Na sam koniec zbioru otrzymujemy, wzięte niejako z innej półki, trzy szkice o Mickiewiczu. To raczej o tym poecie, a nie o Słowackim, można dziś powiedzieć jako o „wielkim nieobecnym”, ale to już temat na inną okazję.

Ewa Nawrocka – „Słowacki – wielki nieobecny”, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018, str. 318, ISBN 978-83-7908-118-9.