„Słowacki wielkim poetą był”, czyli słów kilka o współczesnych lekturach

Jeszcze nie tak dawno bardzo popularnym było powiedzenie, że jeśli się chce zrobić pisarzowi krzywdę, trzeba zrobić z jego książki obowiązkową lekturę szkolną. Kilkanaście lat później Internet wprowadził nas w erę postczytelniczą, czyli czytamy, ale jedynie to, co wyświetli się na monitorze.

Dawne powiedzenie o lekturach przestało być aktualne, ponieważ książka dla ucznia, to jeden z punktów, który należy przerobić, by dobrze wypadł jakiś test czy egzamin. Zapomniano o nauce „etosu czytania”, a paleta lektur, którymi dysponują nauczyciele jest żenująco skąpa.

Konia z rzędem temu, kto wskaże książkę, w której uczeń mógłby utożsamić się z bohaterem, poczuć klimat, czy przenieść w inną epokę. W związku z ciągłym przekładaniem daty egzaminu ósmoklasisty, niepewnością uczniów i nauczycieli warto pochylić się nad tą sprawą. Ciągłą bolączką edukatorów pozostaje problem zamknięty w twierdzeniu – młodzież nie czyta! Osobom, które mają ze wspomnianą młodzieżą choć minimalny kontakt oraz orientują się w szkolnych realiach nasuwa się pytanie – ale co ma czytać? Anachroniczne lektury, z bohaterami z którymi nie jest się w stanie się identyfikować? W zestawie lektur obowiązkowych, do egzaminu ósmoklasisty najstarsze teksty to – Treny Kochanowskiego. Pochodzące z XVI wieku nijak nie są w stanie zainteresować uczniów. Natomiast większość utworów to dziewiętnastowieczne dzieła, pasujące bardziej jako pomoce dydaktyczne na lekcjach historii, żeby dzieci i młodzież wiedzieli, że coś takiego powstało, co w połączeniu z kontekstem historycznym może zainteresować bardzo wąską grupę pasjonatów. Obecnie najnowszą lekturą omawianą w całości są… „Kamienie na szaniec” opowiadające o losach chłopców podczas II Wojny Światowej… No właśnie, chłopców… We wspomnianym korpusie obowiązkowym nie ma ani jednej pisarki, co oznacza, że brak również, głównych bohaterek. Wyjątkiem jest „Żona modna”, ale to raczej antybohaterka, ewentualnie Urszulka, z której Kochanowski uczynił swą nierealną muzę, niezrozumiałym dla dzisiejszej młodzieży, staropolskim językiem, opiewając literackie zdolności 2,5-letniego dziecka.

Fakt, protagonistką wiersza „Śmierć Pułkownika” jest Emilia Plater, ale warto zaznaczyć, co większość czytelników pamięta pewnie jeszcze z lat szkolnych, o tym, że wspomniana dowódczyni, aby mieć jakąkolwiek szansę „zaistnienia” musiała przywdziać męski strój i zatuszować wszelkie elementy swojej kobiecości.

Zastanawiającym pozostaje fakt, że w szkole gdzie połowę ławek zajmują dziewczęta – w kraju w którym jak podają statystyki – wśród całej grupy ludzi parających się publicystyką jest zdecydowanie więcej pisarek, dziennikarek czy blogerek niż ich męskich odpowiedników.

W systemie edukacji zdominowanej przez nauczycielki (wśród polonistek ponad 90 proc.) nie ma kobiet w kanonie literatury. Ów zestaw lektur szkolnych, pomimo zmiennych czasów – sam pozostaje niezmiennym. Czy to dobrze? Poziom czytelnictwa w Polsce mówi jasno – że nie.

Dzieci i młodzież jeśli w ogóle sięgają po książki to głównie jest to fantastyka, bądź współczesne historie o ich rówieśnikach, z którymi mogą się identyfikować – nie zaś trącące myszką opasłe dzieła utkane ze słów, których już nawet niektórzy nauczyciele nie rozumieją. Można odnieść wrażenie, że kolejni szefowie resortu edukacji prześcigają się w pomysłach, jak zmusić uczniów i uczennice do czytania, co w konsekwencji przynosi skutek odwrotny. Młodzież reaguje zniechęceniem i odrazą.

Należy dobrać lektury, by zachęcić tych młodych ludzi do czytania, a dopiero pomiędzy wpleść „ciekawostki z epoki”. Ich nie wzruszy napisany niezrozumiałym językiem lament ojca Jana nad grobem córki, nie przyciągnie tłumaczenie, że ostatni prawdziwy dwór szlachecki z polskimi obyczajami był w Soplicowie, nie zapłaczą nad zrusyfikowanymi chłopcami z „Syzyfowych prac”. Przytaczając Gombrowicza – jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca. Ktoś zapyta: ale Mickiewicz, Sienkiewicz, Żeromski?! Czy nie można opowiedzieć: Szymborska, Tokarczuk (jeśli chcemy pozostać tylko przy rodaczkach). Może właściwsze byłoby zapytanie – czy można poruszyć w lekturach problemy współczesnej młodzieży? Cóż, jeśli chcemy, aby książka była realnym przedmiotem w ręku młodego człowieka – wypada rzec, że nawet trzeba. Chodzi nie tylko o takie kwestie jak alkohol czy narkotyki, ale np. bulling, cyberprzemoc, wszelkie uzależnienia, w tym od Internetu, a przez to zanik relacji, ale także problem tolerancji i inności. Szukając rozwiązań zastanowić się można nad plebiscytem wśród dzieci i młodzieży na lekturę. W końcu to one mają czytać, więc dlaczego nie mogłyby wybrać? Czy ucząc demokracji i obdarzając zaufaniem można jeszcze bardziej obniżyć skandaliczny poziom polskiego czytelnictwa? Sugerować się można także rankingami czytelniczymi przy wyborze szkolnego kanonu książek. Warto, aby do tych postulatów ustosunkował się minister edukacji oraz osoby za nią odpowiedzialne. Wsłuchując się zarazem w głos dziecka.

Wracając do początku artykułu, czyli cytatu z Gombrowiczowskiej „Ferdydurke” – „Słowacki wielkim poetą był”, już na tym etapie powinniśmy zakończyć rozmowę. Słowo klucz, to „był” czyli czas przeszły.

Nowe pokolenia, to nowy język, zamiast trzymać ich kurczowo przy niezrozumiałych treściach, wymagając by bezrefleksyjnie wykuwali na pamięć – nie do pojęcia współcześnie słowa, wyjdźmy im naprzeciw, lub chociaż spotkajmy się pośrodku. Inaczej niebawem młodsze pokolenie nie będzie w stanie porozumieć się ze starszymi.

„Ostry dyżur” i „Przedwiośnie” raz jeszcze?

O możliwości konfliktu racji politycznych z przysięgą Hipokratesa – aktualnie przyrzeczeniem lekarskim – już dawno zapomnieliśmy. Teraz powraca…

W okresie trwającej politycznej odwilży, w lipcu 1955 roku, miała miejsce na scenie Teatru Narodowego w Warszawie premiera dramatu Jerzego Lutowskiego „Ostry dyżur”. W atmosferze tamtych przedpaździernikowych dni był tak ważną i mocną wypowiedzią o granicach człowieczeństwa i niedawnych, tragicznych doświadczeniach czasu stalinizmu, że przez wiele lat gościł na krajowych scenach oraz dwukrotnie, w doborowych obsadach, w Teatrze Telewizji. Widziałem to przedstawienie na deskach Teatru Robotniczego im. Bolesława Barbackiego w Nowym Sączu w 1956 roku, a dziś jej najważniejsze przesłanie powraca.

Treść sztuki, ujmując najkrócej, to sytuacja, w której były akowski lekarz, niedawny więzień, jakoby wróg, osoba niepewna politycznie, ale jednocześnie jedyny w tym czasie i w tej okolicy doświadczony chirurg, ma operować i ratować życie wybitnego komunisty, nadto członka Biura Politycznego. Wokół tego zdarzenia toczy się polemika różnych poglądów i racji, ale jeszcze obfitsza miała miejsce wśród ówczesnych teatralnych recenzentów. Sztuka Lutowskiego, obecnie będąca jedynie znakiem tamtych czasów, potwierdza przede wszystkim elementarny i wiecznie aktualny kanon, jakim dla lekarza jest ratowanie każdego ludzkiego życia.

Takich dylematów

w kolejnych dziesięcioleciach Polski Ludowej już na szczęście nie było, a rozważania wokół służby zdrowia dotyczyły przede wszystkim tradycyjnych wtedy tematów: braku nowoczesnego sprzętu, różnego rodzaju protekcji i łapówkarstwa. W tej narracji nastąpił niestety bardzo groźny przełom, gdy w 1983 r. zmarł w szpitalu 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk, wcześniej brutalnie pobity w komisariacie MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście w Warszawie. W procesie sądowym za tę śmierć obwiniono i skazano dwóch pielęgniarzy z Pogotowia Ratunkowego. W winę skazanych nikt, łącznie z nadzorującym Milicję gen. Kiszczakiem, jako spirytus movens tego politycznego matactwa, nie wierzył, a taka obrona dobrego imienia MO nawet wśród działaczy partyjnych wywoływała zgorszenie.

W nowej politycznej rzeczywistości

problemy służby zdrowia objawiały się w permanentnym braku środków finansowych na utrzymanie szpitali i wynagrodzenia medycznego personelu, także w organizowanych z tej przyczyny protestach, ale za pierwszych rządów PiS prywatna tragedia rodziny Ziobrów, związana ze śmiercią męża i ojca, przeniesiona została na forum publiczne. Rozpoczęła się nagonka na tzw. układ lekarzy, a dr Mirosław Garlicki usłyszał od prokuratora 20 zarzutów zabójstwa w zamiarze ewentualnym, natomiast od ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry: „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.”

Posmak zemsty z wykorzystaniem

politycznego stanowiska okazał się jedynie drobnym incydentem w kontekście wielkiej gry w szacho-koronawirusa z udziałem nie takiego znów małego pionka, jakim jest minister zdrowia. Mózgiem na tej szachownicy jest oczywiście król – Kaczyński, królową – Morawiecki a skoczkiem (obrotowym) Duda, ale i Szumowski urósł do roli tak bardzo ważnej figury, że ten drugi i trzeci wielokrotnie się pod niego niejako publicznie „podpinali” ratując tym sposobem swój mocno nadszarpnięty wizerunek. Wśród wielu i ja dałem się nabrać, ale nie na podbite oczy pana ministra, a na wiarę w elementarne wartości, które zawsze kierować winny lekarzem, a chwilowo ministrem zdrowia.

„Przyrzekam…

służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu; według najlepszej mej wiedzy, przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic…mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek…nie nadużywać ich zaufania…strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić…Przyrzekam to uroczyście!”

Równia pochyła prestiżu,

po której zjeżdża pan minister odpowiada liczbie jego wystąpień, także z tymi wcześniejszymi zaprzeczeniami, wyjątkowej zgodności pomiędzy przebiegiem epidemii a celami politycznymi PiS oraz z nadzwyczaj niezbornymi, a czasem wręcz bardzo dziwnymi poczynaniami Ministerstwa. Nie będę ich przytaczał, gdyż w prasie codziennej i w jednym z ostatnich wydań „Przeglądu” wystarczająco dużo i obszernie o tym doniesiono.

Nie będę pastwił się nad aferą z ministerialnym zakupem u znajomego sporej liczby ochraniaczy zgłoszonej do prokuratury dopiero po prasowej publikacji, także nad pijarowskimi grami o dobrych-złych maseczkach z Chin i z Unii Europejskie, albo na odwrót: złych i dobrych. Zresztą to na jedno wychodzi. Nie zdziwił mnie także – bo w państwie rządzonym przez PiS wszystko jest możliwe – zakup maseczek przez Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, bo dotąd niesłusznie myślałem, że zajmuje się on tylko wydobyciem, dostarczając do skarbu państwa środki m. in. na zakup wspomnianych maseczek. W kontekście tej niezwykle nowatorskiej inicjatywy niestety nie doczekałem się zakupu respiratorów przez fabrykę porcelany w Ćmielowie, odzieży ochronnej przez Stocznię Gdańską (jeżeli jeszcze istnieje), ani też nowych karetek pogotowia pozyskanych przez upadającą Stadninę Koni w Janowie Podlaskim.

Nie dowiedziałem się również, bo sam pan minister Szumowski oświadczył, że nie wie, dlaczego tak mało testów wykonuje się w kraju, natomiast dr Andrzej Sośnierz- poseł sojuszniczego z PiS Porozumienia zarzuca rządowi sterowanie wynikami testów na koronawirusa: „Krzywa zachorowań jest wypłaszczana sztucznie…Przy małej liczbie testów można prokurować sztuczne wypłaszczanie. Prawda jest taka, że rozwój epidemii w Polsce i na Śląsku był i jest inny niż to, co pokazuje minister zdrowia.” Pośrednio powyższą opinię potwierdza informacja, że Ministerstwo Zdrowia chce zablokować dostęp do testów na koronawirusa – laboratoria z certyfikatem będą mogły robić ich tylko tyle, na ile pozwoli resort.

Za dużo tu pytań

bez odpowiedzi, niejasnych sytuacji, braku transparentności, matactwa, bałaganu bądź świadomie sterowanej sytuacji. Także przedziwnych interesów, jak to w naturze PiS i pozornej troski o stan zdrowia obywateli poprzez policyjne akcje uśmierzające protesty. Za dużo przerażających podejrzeń i wniosków dotyczących gry zdrowiem i życiem Polaków.

Dochodzimy do przepaści,

w którą już wrzucono konstytucyjne normy i szereg innych przepisów prawa, pojęcie prawdy historycznej i tej naszej codziennej, podstawowe wartości chrześcijańskie i ogólnoludzkie, zasady demokracji i społecznego współżycia, szacunek dla innych i samego siebie, wreszcie struktury naszego państwa. Teraz, w imię politycznego interesu i obłąkańczej idei – tak jak w czasach „Ostrego dyżuru” – ma się w tę nicość staczać wartość najwyższa, jaką jest ludzkie życie.

W sukurs tych rozważań

przyszedł na portalu pisarze.pl szkic znanego literackiego krytyka Janusza Termera „Kilka uwag o sytuacji literatury po roku 1949”.

„W Polsce, jak wiadomo, literatura piękna miała do spełnienia „od zawsze”, czyli od samych swych renesansowych początków, misję specyficzną i szczególną. Wynikającą z historycznych przesłanek naszych narodowych dziejów i losów ludzkich… Od czasów Jana Kochanowskiego, Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Stefana Żeromskiego, po Witolda Gombrowicza, Władysława Broniewskiego, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza… Sygnały, znaki i symbole zainteresowań problematyką narodową i obywatelską, płynące z wybitnych dzieł literackich – dominowały lub częstokroć zastępowały nie tylko w latach rozbiorów te inne słabiej w realnym życiu obecne instytucjonalne formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej.”

„Na początku XXI wieku „pisarz staje się powoli, ale jednak, coraz bardziej potrzebny; przede wszystkim tym, którzy poszukają w literaturze czegoś więcej niż samego tylko czystego i pragmatycznie rozumianego nowego „interesu” politycznego, ideologicznego czy merkantylnego.”

Ten szkic kończy Termer słowami: „Być może znajdzie się tu też wkrótce miejsce nie tylko na nowe „Przedwiośnie…”

Jednak oczekiwanie na współczesne „Przedwiośnia”, pomimo wszystko, wydaje się najważniejsze w aktualnym, przerażającym i wszechogarniającym stanie polskich spraw. Ważące wypowiedzi o dzisiejszych czasach, jakimi by nie były rodzajami i gatunkami literackimi, i w jaki by sposób do publicznego obiegu nie trafiły, są obecnie o tyle głęboko zasadne, że być może stanowią już jedną z nielicznych i możliwych dróg skutecznego dotarcia do świadomości naszego społeczeństwa. Na początku zawsze było słowo, a historia, nie tylko literatury, zna wystarczająco dużo przykładów dzieł, które kształtowały i zmieniały poglądy i postawy milionów ludzi.

Zbyt wielu po 1989 roku było przekonanych, że wyzwoliwszy się z okowów poprzedniego ustroju wreszcie nadszedł czas suwerenności, wolności, demokracji, państwa prawa, a nadto szczęśliwości i bogactwa jak na Zachodzie. Nawet sceptycy i krytycy nowej społeczno-polityczno-ekonomicznej rzeczywistości, powołujący się na doświadczenia innych kapitalistycznych krajów, nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, którą obecnie w Polsce doświadczamy.

Wszystkie przymioty nowego ustroju zawiodły, „formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej” okazały się zawodne, stronnicze, podatne na kolejne ideologie i na zysk, natomiast pozbawione minimum obiektywizmu, odwagi, społecznej wrażliwości i odpowiedzialności za rzeczywiste dobro jakim jest wspólna Rzeczpospolita.

W niejakiej bezsilności przychodzi nam ponownie oczekiwać z nadzieją na nowe „Przedwiośnie”.

Się czyta

– czyli czego chcieć więcej od książki?!

I znów uczta u „handlarza starzyzną”. Ale jaka pierwszorzędna to starzyzna!!!! Żeby kto nie myślał, że jestem chamem i arogantem – tego „handlarza starzyzną zaczerpnąłem z samego mistrza Jana Gondowicza, który sam osobiście opowiedział („Z ględzeń handlarza starzyzną”) jak kiedyś raz na zawsze opuścił redakcję „Przekroju” i jego noga w niej więcej nie postała, po tym jak przypadkowo, „za plecami”, usłyszał z ust jednej z redaktorek tygodnika, jak określa go ona tymi słowami. No cóż, Gondowicz, wyborny, wielki eseista, ale człowiek delikatny, nadwrażliwy. Ja bym w redakcji został i dał paniusi do wiwatu tak, że popamiętałaby ruski miesiąc i gdzie raki zimują.
„Pan tu nie stał” to tym bardziej starzyzna, bo rzecz tę, wydaną w 2011 roku, zwyczajnie przegapiłem, tak jak szczęśliwie nie przegapiłem „Ducha opowieści” i wydanego niedawno „Czekając na Golema”. I pisałem o nich na tych łamach, lecz dla porządku przypomnę: Jan Gondowicz, siedząc okrakiem na wehikule (albo na rumaku) swego wybornego stylu, wynajduje – w piwnicach, na strychach, w punktach skupu makulatury, w starych szufladach, do których nie zaglądano od dziesięcioleci, w zapleśniałych księgozbiorach, w zszywkach starych gazet i tak dalej i w tym podobnych miejscach – tematów dla swoich opowieści, esejów, złośliwości, appendixów, można by długo to nazewnictwo ciągnąć. Ostatnimi czasy pojawiło się na tego typu tematykę dość trafne określenie: „tematy nieoczywiste”. Zbiory krótkich tekstów („tekścików” tylko z punktu widzenia objętości, bo z punktu widzenia wartości – tekstów kapitalnych), przypominają menu jakiejś nieoczywistej, prowadzonej przez kucharza-ekscentryka restauracji osobliwości, silva rerum dziwaczności, pełne błyskotliwej ironii, nieoczekiwanych, zagadkowych asocjacji, niespodzianek, rarytasów, ekscentrycznych asocjacji i połączeń, linków, korytarzyków, nisz, zakątków, finezyjnych „prób stylistycznych” (Gondowicz jest tłumaczem „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau). Czegoż w tym kramie czy sezamie Gondowicza nie ma?! Wyliczyć trudno! Zaczynamy lekturę od „Cyda” Corneille’a w lustrze recenzji teatralnej tego spektaklu Jerzego Stempowskiego z roku (bagatela) 1937, ale podane to pysznie, z uwzględnieniem naszych współczesnych, postmodernistycznych nawyków czytelniczych. Zaraz jednak stamtąd wylatujemy wysokim lobem, jak piłka wybita przez Kazimierza Deynę, w świat krytyki literackiej w Warszawie 1971 roku, czyli w czas debiutu Gondowicza w tygodniku „Kultura” („Piję do lustra”). A już w chwilę po tym stykamy się nos w nos z kulturą popową okiem Gondowicza widzianą, w tym z przepisem Edgara Rice Burroughsa na napisanie „powieści takiej jak „Tarzan” (m.in. „mieć wszystko w nosie”, „nie znać gramatyki i mało w życiu czytać” czy „nie brać się nigdy za temat, o którym coś się wie”).
Z tekstu „Sporej Chałupki” najbardziej podoba mi się to, że jest to polskie, gondowiczowe, prze-tłumaczenie nazwy ulicy w Paryżu, przy której około roku 1900 był słynny falanster polskich malarzy (rue La Grande Chaumiére). Jest też o Kafce szukającym Zamku, o zawartości „Pilcha w Pilchu”, o „Kurkiewach siódmych”, o „Żarze” Adama Zagajewskiego, o winach, o ferdydurkicznym aspekcie dzieciństwa u Gombrowicza, o Czesławie Lechickim, świeckiej wersji księdza Pirożyńskiego (ten z kpin Boya w „Dziewicach konsystorskich”). Niektóre z ocen Lechickiego – „Flaubert: chory neurastenik, pani Bovary otruła się dla kaprysu”, „Przybyszewski – winno się go było odosobnić”, „Słonimski: dowcipkuje i drwi cynicznie z rzeczy świętych dla Polaka”, „Krzywicka: kult fallusa jej jedyną religią”. Tylko Karol May dobry, bo „erotykę pomija zupełnie”. „Wrota” są o wejściu do piekieł i w ogóle o tematach piekielnych w literaturze. „Delireum” – wiadomo. W „Palbie” cytaty o tym, czym jest Polska i Polacy, do wyboru – „mieszanka żydowskiej inteligencji, zdeklasowanych ziemian i chłopstwa” albo „mistyczna jednia narodu, przeczyste plemię Lechitów”. „Palic” – wiadomo. Także o „polskim Twin Piks”, o historii Rosji w świetle astrologii, „Krótki leksmokon”(„smoking – król smoków”, „smokanie – wabienie smoka”, „smoczenie nocne – efekt snu o smokach”, „smokołyk – finał znajomości ze smokiem”), o tajemniczej (sic!) postaci Józefa Papkina z „Zemsty” Fredry, o różnych nosach, ale akurat jak na złość nie o tym z noweli Gogola, o kulinariach w sztukach Witkacego (m.in. „Nowe Wyzwolenie”- herbata”, „Jan Maciej Karol Wścieklica”: „befsztyk z dwoma jajami i dużo pikli. Czysta Baczewskiego”, „Straszliwy wychowawca”: „kasza ze zsiadłym mlekiem. Wino ze sklepu”, „Janulka, córka Fizdejki: („dwie kawy, beczka likieru”).”Smak człowieka” dotyczy Conrada, w tym szczególnie „Jądra ciemności”. Tu dodaję swoje trzy grosze, a raczej grosz jeden. Jako mały, 3-6-letni chłopczyk, w latach 1960-1963, odwiedzałem z matką galanteryjny sklep mieszczący się w starej kamienicy w Lublinie, na rogu ulic Chopina i Krakowskiego Przedmieścia, w której w 1890 roku Conrad, przed podróżą do Konga, odwiedził swoją kuzynkę i tłumaczkę Anielę Zagórską. W „Czytelniku z La Manczy” m.in. o tym, że Don Kichot jako postać powieści miał „świadomość”, że jest postacią literacką i że Cervantes o nim opowiada (w powieści z XVI wieku!!!). Na koniec jeden tylko nieco dłuższy cytat z Gondowicza. Wspominając wrażenia 9-latka z zakupu „Bajek robotów” Lema i jako efekt pierwszej, na miejscu, chwili lektury, „zdumienie, zachwyt, olśnienie, zdumienie, że tak można… Czego chcieć więcej od książki!”. Ale to wspomnienie to furda.
Lepsze zdarzyło się wiele lat później: „w rozmowie z autorem nie omieszkałem wspomnieć tych emocji, zyskując wprawiającą w konfuzję replikę: „Panie, to tylko słowa”. A Gondowicz? To też tylko słowa, ale to „się czyta”, bo „czego chcieć więcej od książki?”

Jan Gondowicz – „Pan tu nie stał. Artykuły drugiej potrzeby”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011, str. 288, ISBN 978-83-62795-02-4

Summa Zbigniewa Dominy

Do dziś pamiętam wrażenie, jakie bez mała dwadzieścia lat temu wywarła na mnie „Syberiada polska” Zbigniewa Dominy – wielkie epickie płótno, najobszerniej i najpoważniej w polskim piśmiennictwie malujące los ostatniej generacji polskich sybiraków na przykładzie zesłanych zimą 1940 roku w głąb Związku Radzieckiego, gdzieś między Jenisej i Angarę, mieszkańców niewielkiej podolskiej wioski.

Udało się nad wyraz autorowi w tej powieści zespolić w jedną sugestywną całość obraz losu narodu, losu niewielkiej zbiorowości i losu jednostkowego, upostaciowanego przez kilkunastoletniego Staszka Dolinę, pod którym to nazwiskiem Domino ukrył samego siebie. Pisałem wtedy o „Syberiadzie polskiej” na łamach redagowanych przez Dionizego Sidorskiego „Nowych Kontrastów”, że skreślone z rozmachem przez Dominę dzieje wiejskiej gromady przywodzą na myśl Reymonta, a ciepłe współczucie, z jakim autor pochyla się nad skrzywdzonym człowiekiem, nad tak boleśnie i tragicznie uwikłaną w historię jednostką, ma w sobie coś z klimatu Andrieja Płatonowa. Powieść miała wielki rezonans, szybko doczekała się też kilku przekładów, w tym na francuski i rosyjski (ten ostatni np. przygotowała wielka przyjaciółka Polski i znakomita tłumaczka Natalia Wiertiaczich, a jego wydanie wspomógł współkierowany wtedy przeze mnie Instytut Adama Mickiewicza, co do dziś pozostaje dla mnie źródłem niekłamanej satysfakcji). Wreszcie pojawiła się też bardzo udana ekranizacja powieści; jej producent, Mirosław Słowiński, powiedział mi niedawno, że łączna widownia dotychczasowych pokazów tego filmu w Telewizji Polskiej zbliża się do 4 milionów.
A w biografii twórczej autora – pisarza, żołnierza, prawnika, działacza politycznego, dyplomaty – otworzyła „Syberiada polska” zupełnie nowy etap, gdyż zaraz za nią pojawiła się jej kontynuacja, czyli „Czas kukułczych gniazd”, kreślący losy sybiraków już po ich powrocie do Polski, potem zaś rozbudowujące i komentujące poszczególne wątki epopei „Tajga”, „Młode ciemności”, „Zaklęty krąg” oraz poszerzone wydanie wcześniejszych „Cedrowych orzechów”. Ten imponujący sześcioksiąg dopełnia teraz „Sybiraczka”, ukazująca się już niestety po śmierci autora – Zbigniew Domino odszedł od nas w czerwcu tego roku, gdy niewiele brakowało mu do dziewięćdziesiątki.
Ta niewielka objętościowo, ale ważka i ważna „Sybiraczka” to w pewnym sensie Dominy summa – jego tragicznych syberyjskich doświadczeń, jego sześcioksiągu (którego przejmujące fragmenty momentami cytuje), ale i całego nieprostego, dramatycznego życia, które los mu zgotował. Bo rozpoczynają „Sybiraczkę” obrazy dzieciństwa z Kielnarowej pod Rzeszowem, kończy zaś wspomnienie ukochanej żony Barbary, którą przeżył zaledwie o rok. Jest to książka o życiu pisarza, książka o książkach, które w ciągu swej życiowej drogi napisał, wreszcie książka o książce jednej jedynej, tytułowej „sybiraczce” – ale o niej za chwilę. Można ten ostatni utwór pisarza czytać jako kolejny komentarz i kolejne dopełnienie jego syberyjskiej sagi, można też go czytać i przeżywać jako dzieło samo w sobie – jednakowo urzeknie nas swą mądrą powagą, wewnętrzną prawdą, wreszcie szlachetną prostotą, która tak wyróżnia prozę Dominy z morza współczesnego postmodernistycznego szczebiotu.
A ta jedna jedyna, tytułowa „sybiraczka”? To bohaterka zaiste niezwykła – jedyna książka, którą wiedziona nagłym odruchem matka pisarza zabrała wśród zaledwie garstki najpotrzebniejszego odzienia i sprzętów na syberyjskie wygnanie. Była nią przedwojenna książka kucharska – ułożona przez Anielę Owoczyńską „Najnowsza kuchnia warszawska zawierająca przeszło 1200 przepisów różnych potraw od najskromniejszych do najwykwintniejszych”. W syberyjskich warunkach te przepisy były oczywiście całkowicie bezużyteczne; ale po rychłej śmierci matki książka stała się dla rodziny jedyną po niej pamiątką, swoistym rodzinnym symbolicznym spoiwem, a dla dzieciarni całej wygnańczej gromady pomocą w nauce ojczystego języka, potem też sakralnym nieledwie eksponatem dla Polaków-potomków poprzednich pokoleń zesłańców, na których Dominowie nieraz się natykali. Aż wreszcie, po powrocie do Polski, powróciła książka do swej pierwotnej funkcji użytkowej – stała się kulinarnym poradnikiem Barbary Domino. Traktowana jak bardzo bliska, niemal żywa istota, pozostawała z pisarzem i jego małżonką do ich ostatnich dni. Habent sua fata libelli, nawet te kucharskie…
„Syberiadę”, jak i cały poprzedzający ją sześcioksiąg Dominy, opublikowało prowadzone przez Klárę Molnar i Jacka Marciniaka wydawnictwo Studio EMKA, wyposażając całą sagę w jednolitą, bardzo piękną i bardzo celną oprawę graficzną. Wyborem, jakiego dokonało i pieczołowitością, z jaką go zrealizowało, dało przykład rzadkiej edytorskiej mądrości i wierności wobec swego autora.

Zbigniew Domino – „Sybiraczka”, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2019, str. 115, ISBN 978-83-66142-23-7

Szare na złote

Pod piórem Rudzkiej „szarość”, zwyczajność, zamienia się w literackie „złoto”.

Gdyby do napisania tej niewielkiej powieści nie przystąpiła ze swoim kunsztem literackim Zyta Rudzka, temat „Krótkiej wymiany ognia” mógłby zostać „wzięty” i opowiedziany w kolejnym tytule z gatunku popularnej, masowo czytanej literatury obyczajowej spod znaku rozmaitych „rozlewisk” i „siedlisk”. Zyta Rudzka uczyniła z opowieści narratorki, starszej kobiety, dzieło sztuki pisarskiej. „Krótka wymiana ognia” mogłaby być poglądowym – choćby dla studentów literaturoznawstwa – przykładem tego, jak pisarz odnajduje i nadaje właściwe rzeczy słowo. Jak język prozy może być skorelowany ze światem w niej przedstawionym. Jak dla oddania istoty tematu, pewnego stanu rzeczy, pewnej rzeczywistości, pisarz odnajduje właściwe słowa, zdania, właściwą ich długość, rytm i koloryt. Jak język prozy można nie tyle dopasować do treści, ile uczynić z niego jej ekwiwalentny wyraz, pokazać ich twórcze zrośnięcie. Język niesie u Rudzkiej opowiadanie i odwrotnie, jest przez opowiadanie niesiony. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” pisarka powiedziała, że „budowa powieści ma wiele wspólnego z moimi bohaterkami. To są stare kobiety, które oddychają już inaczej. To oddech krótki, rwany, zdyszany, zmęczony, płytki, lękowy, w którym słychać choroby. Tworząc ten język, chciałam, by on wypływał z obu bohaterek, przylegał do postaci”. Do tej, przez samą pisarkę sformułowanej, idei artystycznej utworu można to i owo dodać. Egzystencja takich kobiet, jak bohaterki „Krótkiej wymiany ognia” (drugą, oboczną postacią jest jej matka). Rudzka na swoją bohaterkę wybrała starszą kobietę, która dokonuje rozrachunku z życiem, rodzinnym, małżeńskim, uczuciowym, z życiem w ogóle. I choć jest to poetka, jej poziomu świadomości autorka nie podniosła, co przecież mogłoby spełnić rolę wspornika, „doładowania” czy podkolorowania sylwetki psychologicznej bohaterki. Jednak Rudzka nie ułatwiła sobie zadania i zachowała niezakłócony niczym „status szarości” bohaterki, z całą banalnością jej egzystencji, spostrzeżeń, refleksji. Pod piórem Rudzkiej „szarość”, zwyczajność, a nawet pewna ciasnota poczynań i myśli bohaterek zamienia się w literackie „złoto”. Innym, niejako równoległym walorem nowej prozy Zyty Rudzkiej jest jej „przezroczystość”. Mając bowiem do czynienia z utworem rzeźbionym przede wszystkim w tworzywie języka, nie jesteśmy jako czytelnicy wciągani w intencjonalny eksperyment formalny. O ile Dorota Masłowska z wyraźną intencją „wkręca” zazwyczaj czytelnika w grę założoną z góry jako eksperymentalna zabawa (podobnie, jak to czynili „zbereźnicy”, prozaicy nurtu promowanego przez Henryka Berezę), o tyle Rudzka jest bliższa w artystycznym zamyśle Mironowi Białoszewskiemu, który także był daleki od metody organizowanego eksperymentu literackiego, bo język jego prozy wyrastał organicznie z jego własnych „trzewi”. Nie ma więc u Rudzkiej żadnego efekciarstwa, żadnego językowego prestidigitatorstwa, żadnych ekstrem izmów i zawijasów leksykalnych, składniowych, stylistycznych, żadnego popisywania się kunsztem formalnym, na co tę wybitną pisarkę byłoby przecież stać, żadnego eksperymentowania na siłę na oczach odbiorcy, żadnej laboratoryjnej roboty lingwistycznej. Zyta Rudzka napisała swoją „Krótką wymianę ognia” podążając po największej linii oporu, bez ułatwień i podpórek, a mimo to, a może właśnie dlatego, zamieniła tworzywo najbardziej szare z szarych w wysokiej klasy – i do tego atrakcyjny w smaku – literacki owoc.

Zyta Rudzka – „Krótka wymiana ognia”, wyd. WAB (GW Foksal), Warszawa 2019, str. 199, ISBN 978-83-280-5061-7

Klub czytających książki do końca

Radość i zaskoczenie, a u niektórych może nawet niesmak. Tak zapewne reaguje polska podzielona opinia publiczna. Ja (to oczywiste) wraz z Czytelnikami Trybuny jesteśmy, mam nadzieję, w tej pierwszej grupie. Szczęśliwych i dumnych. W tej drugiej, znacznie mniejszej, na czołowym miejscu jest wciąż urzędujący jeszcze minister kultury i dziedzictwa… nie pomogą napisane, z przymusu i bez przekonania życzenia.

Olga Tokarczuk dobrze rozpoczęła. Po pierwsze jest absolwentką liceum im. Cypriana Kamila Norwida, a to zobowiązuje. Po drugie za debiutancką powieść „Podróż ludzi Księgi” otrzymała swą pierwszą nagrodę w konkursie literackim Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w 1994 roku. A potem nagrody i wyróżnienia zaczęły się sypać, nie ma miejsca na wymienienie wszystkich. Z najważniejszych to Nagroda Kościelskich, Paszport Polityki, dwa razy (w ślad za Wiesławem Myśliwskim) Nagroda Nike, równocześnie pisarka pięciokrotnie wyróżniona została tą Nagrodą przez czytelników. Ostatnio zdobyła nagrodę The Man Booker International Prize 2018. A w tym roku miałem honor wraz z prezesem ZAiKS prof. Januszem Foglerem wręczać Jej Nagrodę sezonu wydawniczo-księgarskiego Ikar podczas Warszawskich Targów Książki. Nota bene to Olga Tokarczuk właśnie w maju 2019 wygłosiła w imieniu twórców formułę „Warszawskie Targi Książki ogłaszam za otwarte”, odeszliśmy bowiem, już kilka lat temu, od tego, by w roli tej występowali politycy.
W roku 2017 Gościem Honorowym Warszawskich Targów Książki były Niemcy, czyli pisarze i wydawcy z tego kraju. Pierwszego dnia Targów spotkałem „na mieście” ministra Glińskiego. Zapytałem, czy odwiedzi nas. Odpowiedź była krótka i konkretna – proszę pana, ja mam tyle obowiązków… tu nastąpiło machnięcie ręką jakby odganiał się od natrętnego owada. No cóż, tych obowiązków biedny minister ma wciąż tyle, że, jak oświadczył kilka dni temu, nie dokończył żadnej książki Olgi Tokarczuk. Co prawda nie tłumaczył się tym razem zajęciami, ale szczerze, jak przystało na członka partii, która zawsze mówi prawdę, przyznał, że próbował lecz żadnej z książek nie dokończył… Teraz, już po ogłoszeniu decyzji Komitetu Noblowskiego, obiecał powrócić do niedokończonych lektur. Ot, kolejna korzyść z polskiej Noblistki. Gdybyśmy jeszcze dostali Nobla na przykład w dziedzinie medycyny, to może minister zdrowia zainteresowałby się losem polskich pacjentów na oddziałach ratunkowych, czy cenami leków…
Wracając do naszej Laureatki, to już ponad rok temu, przed nagrodą Bookera, została zawiadomiona o przyznaniu Jej przez Radę Stowarzyszenia Kuźnica Nagrody Kowadło. Wciąż jest kłopot z ustaleniem terminu wręczenia. Może przed wylotem do Sztokholmu?
Pani Oldze, my wszyscy, zrzeszeni w klubie czytających książki do końca, składamy gratulacje bez wahania i bez dodatkowych deklaracji. A może przyjmie Pani godność Honorowej Prezeski naszego klubu?

Skłonność do groteski

Czy Tomczyk zostanie dramaturgiem polskim, nie tylko pisowskim?

Wojciech Tomczyk od lat trzyma pozycję speca od prawicowego (mówiąc najogólniej) dramatu politycznego, dramatu scenicznego rzecz jasna. Trzy jego sztuki zostały wystawione na przestrzeni kilkunastu lat w Teatrze Telewizji: „Wampir”, „Norymberga” i „Marszałek”. Pierwsza, tematycznie podejmuje głośną w latach 70-tych sprawy „wampira z Zagłębia”, Marchwickiego, skazanego i straconego jako seryjny zabójca kobiet (niektórzy twierdzą, że niewinnie). Już w przypadku tej pierwszej sztuki dało się zauważyć, że Tomczyk ma skłonność do teatralnej deformacji groteskowej buffo, a „Wampir” dotykający sprawy aż proszącej się o pokazanie jej w stylistyce paradokumentalnej, został podany w poetyce wprost, choć ironicznie, nawiązującej do antyiluzyjnego teatru, nadkabaretu Brechta. Formułę realistycznego (choć dość powierzchownie, bo dużo tu jawnej tendencyjności politycznej) dramatu psychologicznego nadał Tomczyk „Norymberdze”, psychodramie podejmującej wiodący jeszcze przed kilkunastu laty temat rozliczeń z PRL i lustracji. Jednak już w „Marszałku”, w zewnętrzną fakturę realistycznego dramatu historycznego z prawdziwymi postaciami: Piłsudski, Bartel, Prystor, Sławek, Świtalski, poniosła go fantazja i osnuł całość na fikcyjnym wątku zamysłu Piłsudskiego, by koronować się na króla Polski. Skłonność do groteskowych, „odlecianych” fantazji przejawił też Tomczyk w także wystawionym w TTV „Breakoucie”, którego tekst nie znalazł się w omawianym zbiorze.
Tomczyk chodzi w aurze dramaturga, który z powodu sympatii do dominującej obecnie formacji politycznej, tzw. „dobrej zmiany’, a mówiąc najbardziej otwarcie – PiS, jest w środowisku teatralnym sekowany, marginalizowany, izolowany jako ten, który w dramaturgii pełni rolę podobną do tej, którą w prozie powieściowej pełni Bronisław Wildstein. I właśnie owa niechęć środowisk artystycznych do niego, ma być, zdaniem Tomczyka i jego zwolenników, do których wyraźnie zalicza się autor wstępu do „Dramatów”, Jacek Kopciński, przyczyną niewystawienia dotąd w żadnym z teatrów sztuki, która otwiera zbiór – „Bezkrólewia”.
Nie tu widzę główną przyczynę Zgadzając się z opiniami, że Tomczyk jest dość utalentowanym, sprawnym dramaturgiem, uważam „Bezkrólewie” za jego najsłabszy tekst i tylko szacunek dla walorów scenicznych jego pozostałych sztuk powstrzymuje mnie od użycia określenia „bełkot”. Ta nawiązująca do różnych konwencji dramaturgicznych – w tym m.in. do „Czekając na Godota” Becketta, do „Iwony, księżniczki Burgunda” Gombrowicza, także do dramatów Michela de Ghelderode i francuskiego Teatru Absurdu a nieco także do parodystycznie struktury średniowiecznych widowisk pasyjnych – drama jest chaotyczną miazgą, która w intencji ma być satyrą, a nawet szyderą na III RP i która ma stawać w obronie racji moralnych obozu „smoleńskiego” jest po prostu zły, niezbornym, przegadanym i mało scenicznym tekstem.
Autor wstępu Kopciński w trzech głównych postaciach: Kolo, Glanc i Gostek doszukuje się m.in. Donalda Tuska i Bronisława Komorowskego. Jeśli tak, to moralista Tomczyk chciał odczłowieczyć te postacie, pokazać je jako nędzne robaki, jako ohydne płazy, a cały obóz demokratyczny, niewątpliwie nie wolny od poważnych wad, jako jeden wielki szwindel. Lichy to sposób walki ideowo-politycznej i jak na uchodzącego za odważnego, bezkompromisowego dramaturga Tomczyk zasłania się formą krańcowej deformacji, nie staje wobec problemu twarzą w twarz, „po nazwisku”, ale owija się w kokon bełkotu. Warto zauważyć, że nawet TVP, która wystawiła cztery sztuki sojusznika ideowego Tomczyka, do „Bezkrólewia” podchodzi jak pies do jeża, nawet z rządów PiS. Przecież chyba nie z powodów ideologicznych ten dystans do „Bezkrólewia” wynika…?
Zachęcałbym Wojciecha Tomczyka, który czyni demokratyczną III RP i jej kluczowe postacie bohaterami obrzydzającej groteski, potwornego grand guignolu, aby zwrócił swe satyryczne oczy także ku obozowi „dobrej zmiany”. Tam postaci jak ulał pasujących do jego szyderczej groteski politycznej jest co nie miara. Do wyboru, do koloru. Ile dusza zapragnie. O ile chce być dramaturgiem polskim, nie tylko pisowskim.

Wojciech Tomczyk – „Dramaty”, wyd. Teologia Polityczna/Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 560, ISBN 978-83-62884-93-3.

Arcydzieła literatury polskiej łącznikiem relacji Chiny-Polska

Historia chińskich tłumaczy literatury polskiej i ich wkład w rozwój stosunków chińsko-polskich na przestrzeni ostatnich 70 lat.

Yi Lijun ma 85 lat i jest uznaną profesorką języka polskiego w Chinach. Od dawna zajmuje się edukacją, tłumaczeniem i badaniami literatury polskiej oraz wymianą kulturową między Chinami a Polską. Jej miłość do języka i literatury znad Wisły rozpoczęła się już w młodości.
Polska była jednym z pierwszych krajów, który uznał Chińską Republikę Ludową i nawiązał z nią stosunki dyplomatyczne. 5 października 1949 roku Polska ogłosiła uznanie Chińskiej Republiki Ludowej, a 7 października oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne na szczeblu ambasadorskim. Wówczas pojawiło wiele programów i inicjatyw, które miały pomóc Chinom w pierwszych latach ich powstania – zaznaczył Wojciech Jakóbiec, były dyplomata polskiej ambasady w Chinach. Jednym z nich było Chińsko-Polskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok dostarczające do Chin niezbędnych towarów, materiałów, surowców, które nie można było dostarczyć żadną inną drogą – wymienił. Jakóbiec dodał, że częścią pomocy było także wsparcie w postaci stypendiów i możliwości nauki chińskich studentów w Polsce. W pierwszej grupie Chińczyków, którzy przyjechali na studia znalazła się Yi Lijun oraz wiele innych wybitnych postaci, które w późniejszych latach odegrały dużą rolę w chińskiej nauce i przede wszystkim we współpracy polsko-chińskiej – zaznaczył były polski dyplomata.
Budowa Chińskiej Republiki Ludowej wymagała dużej liczby talentów. W związku z tym rząd centralny Chin zaproponował wysłanie studentów na studia do ZSRR, a także do socjalistycznych republik radzieckich. W 1954 roku, ponad 2000 osób rozpoczęło studia za granicą. Yi Lijun, która miała wtedy 20 lat, została wybrana z Wydziału Języka Chińskiego Uniwersytetu Wuhan i wysłana na Uniwersytet Warszawski w Polsce, aby uczyć się polskiego od podstaw. Początki nie były dla niej łatwe. Polscy koledzy z grupy pomagali Yi Lijun, gdyż nie potrafiła samodzielnie robić notatek. Po trzecim roku studiów sytuacja się odwróciła i to oni korzystali z jej zapisków. Profesor Yi Lijun wspomina, że wtedy chińscy studenci byli bardzo pracowici. Sama czytałam książki do pierwszej, drugiej w nocy, a rano o wpół do szóstej szłam na uniwersytet – sięga pamięcią. Tylko w niedzielę mogłam spać dłużej – dodaje.
W miarę poznawania języka polskiego Yi Lijun coraz częściej sięgała po literaturę piękną, co w przyszłości otworzyło jej drogę do tłumaczenia tekstów. Jej praca obejmuje tłumaczenie Trylogii Henryka Sienkiewicza, „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, a także „Pana Tadeusza” i „Dziady” Adama Mickiewicza. Według profesor Yi Lijun, Polska to niewielki kraj, ale literatura polska jest ogromna. Jej zdaniem, dorobek literacki Henryka Sienkiewicza jest i powinien być równy pisarstwu Lwa Tołstoja.
Wątki patriotyczne w polskiej literaturze sprawiły, że Yi Lijun zrozumiała, że chociaż Chiny i Polska są daleko od siebie, to literatura i myśli obu krajów są podobne. Uważa, że Polska ma z pewnością bogatą literaturę, można w niej wyczytać niepokój i oburzenie. Według niej, pisarze polscy i chińscy mają podobną misję. Profesor przytacza pewne chińskie powiedzenie: „zrobię wszystko, zgodnie z przekonaniem, aby służyć mojemu krajowi, nawet kosztem własnego życia, niezależnie od fortuny lub nieszczęścia dla siebie”. Polscy i chińscy literaci mają za sobą trudną misję ratowania kraju – oznajmiła.
Podczas wizyt państwowych w Polsce chińskich polityków, w tym między innymi Zhou Enlai, Zhu De i Peng Dehuai, spotkali się oni z chińskimi studentami. Yi Lijun była pod wrażeniem przemówienia premiera Zhou Enlaia. Przypomnienie jego słów sprzed dekad wywołuje u niej obecnie wzruszenie, słowa stoją jej w gardle. Premier zwrócił się do nas, mówiąc, że Chiny są bardzo biedne, lecz jeśli mamy jakieś wymagania, państwo dołoży wszelkich starań, aby je spełnić – wspomina profesor. Dobrze wiem, że studia za granicą nie są łatwe, ale musisz pamiętać ile obciążeń spoczywa na twoich barkach i ile zadań masz po powrocie do ojczyzny – powiedział wówczas Zhou Enlai. Myślę, że jego słowa zachęciły mnie do studiowania i pracy na całe życie – twierdzi Yi Lijun.
Pierwszym ważnym krokiem, który podjęła Yi Lijun na drodze tłumaczeń, była praca nad „Dziadami” Adama Mickiewicza. W styczniu 1968 roku Teatr Narodowy w Warszawie wystawił dramat, co przyciągnęło uwagę Polaków oraz opinię publiczną na świecie. Jak to możliwe, że „Dziady” miały taką wielką siłę polityczną? – zadał pytanie premier Chin Zhou Enlai. Nikt nie potrafił mu odpowiedzieć. Należy przetłumaczyć to dzieło – stwierdził polityk. Yi Lijun podjęła się tego zadania, które zajęło jej 10 lat pracy. Chińska wersja dramatu Mickiewicza pojawiła się w pekińskich księgarniach w 1978 roku. Przez całe życie mam do czynienia z językiem polskim i nie robiłam nic innego – wyznała profesor. Od momentu przetłumaczenia „Dziadów”, mam wrażenie , że całym swoim życiem jestem związana z językiem polskim – dodała.
„Dziady” to jedno z najważniejszych dzieł w historii polskiej literatury. Wojciech Jakóbiec przypomniał, że ich wydanie w Chinach było wielkim wydarzeniem. Pamiętam jak wielokrotnie rozmawiałem z chińskimi intelektualistami, którzy wspominali moment, kiedy „Dziady” w przykładzie profesor Yi Lijun ukazały się w Chinach jako pierwsze dzieło obcej literatury w tłumaczeniu na chiński wydane po zakończeniu Rewolucji Kulturalnej – powiedział były polski dyplomata. Wiele osób uważało, że jest to sygnał nowych czasów, nowej epoki, jaskółka, która zwiastuje nadejście wiosny – podkreślił.
Po powrocie do Chin w 1960 roku Yi Lijun najpierw pracowała w sekcji sowiecko-wschodnioeuropejskiej Centralnej Stacji Radiowej Chin, a dwa lata później rozpoczęła pracę jako wykładowczyni na Pekińskim Instytucie Języków Obcych, obecnym Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Pekińskiej polonistyce poświęciła całe zawodowe życie. Zdaniem byłego dyplomaty, liczne pokolenia związane z relacjami Chiny-Polska to studenci profesor Yi Lijun. Wsród nich znajdują się obecni naukowcy zajmujący się polską literaturą i kulturą, tłumacze książek oraz pracujący w firmach zajmujących się współpracą polsko-chińską, specjaliści w różnych instytucjach, ministerstwach, a także setki innych ludzi, którzy napędzają współpracę polsko-chińską – wymienił Jakóbiec.
Zhao Gang, obecny dziekan Wydziału Jezyków i Kultur Europejskich Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych, był również studentem profesor Yi Lijun. Jego zdaniem, była ona nie tylko jego wykładowczynią akademicką, ale także przewodniczką po świecie literatury polskiej. Na każdym spotkaniu, na każdych zajęciach prostymi słowami opowiadała o różnych wybitnych pisarzach, co wzbudziło we mnie duże zainteresowanie literaturą polską – przyznaje Zhao Gang. W jego opinii,
Profesor Yi Lijun była nauczycielką bardzo wymagającą. Do dziś zachowałem wszystkie prace domowe, które ona mi poprawiała – wspomina. Yi Lijun była promotorką pracy doktorskiej Zhao Gang. Wówczas to odbyłem wiele spotkań z profesor i byłem pod wielkim wrażeniem jej pracowitości, głębokiej wiedzy, ogromnego zamiłowania do kultury i literatury polskiej – powiedział profesor Zhao Gang.
Pod jej wypływem, Zhao Gang podjął się wielu tłumaczeń w wolnym czasie. Do tej chwili wydano w jego tłumaczeniu wiele ważnych pozycji z literatury polskiej, między innymi „Solaris” Stanisława Lema, kilka książek Zbigniewa Herberta oraz części antologii poezji Czesława Miłosza. W sierpniu 2019 roku odbył się wieczór poetycki poświęcony poezji Czesława Miłosza. Zhao Gang wraz z dwoma innymi chińskimi tłumaczami, którzy przełożyli całą antologię poezji polskiego Noblisty, wzięli udziału w tym spotkaniu. Profesor powiedział, że o ile wie, przekład wzbudził duże zainteresowanie na rynku księgarskim Chin, bardzo dużo czytelników kupuje i czyta tę poezję. Podczas wieczoru spotkali się miłośnicy poezji, którzy mieli okazję poznać postać i twórczość Czesława Miłosza.
Profesor Zhao Gang powiedział, że podczas spotkania ambasadorowa Izabela Zajączkowska porównała jeden z wierszy Czesława Miłosza z utworem Wang Weia z dynastii Tang, gdyż zauważyła ich podobieństwo. Stwierdził, że świadczy to o tym, nawet poezja tangowska, nie najłatwiejsza w odbiorze przez samych Chińczyków, budzi zainteresowanie wśród Polaków. Według niego, wraz z wzrostem liczby studentów i znawców języka chińskiego w Polsce, coraz więcej chińskiej dzieł literackich będzie tłumaczone na język polski, co wpłynie na ich popularność.
Wśród idących śladami profesorki Yi Lijun i profesora Zhao Gang, pojawiło się wielu młodych utalentowanych tłumaczy literatury. Zhao Weiting jest jedną z nich. Obecnie jest ona na studiach doktoranckich na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Jak przyznaje, dzięki jednej rozmowie z Yi Lijun zdecydowała się na ścieżkę kariery tłumaczki. Wspomniała, że kiedy była redaktorką gazety studenckiej, musiała przeprowadzić wywiad z jednym z wybitnych profesorów. Wybór padł na profesor Yi Lijun, która zgodziła się natychmiast. Podczas rozmowy opowiedziała jej o swojej historii tłumaczeń literatury polskiej. Jej miłość do polszczyzny poruszyła ją. Od tamtego momentu zapragnęła być tłumaczką, być jak Yi Lijun, która jej zdaniem nie tylko jest profesjonalistką w swojej pracy, ale też człowiekiem o wielkiej moralności.
Kilka lat później Zhao Weiting przetłumaczyła „Pieska przydrożnego” Czesława Miłosza, który zdobył dobre recenzje na chińskim rynku wydawniczym. Jak twierdzi, jest to nierozerwalnie związane z pomocą profesor Yi Lijun. Doktorantka powiedziała, że kiedy wspomniała jej o tym, że chcę zostać tłumaczką, bardzo ją do tego zachęciła. Zasugerowała, że powinnam czytać wiele wartościowych książek – wspomina Zhao Weiting. To ona wskazała mi Czesława Miłosza, jako twórcę, którego dzieła mówią o historii i kondycji człowieka, i to dzięki niej zaczęłam poznawać jego twórczość, która zaowocowała przekładem „Pieska przydrożnego” – dodała.
Efektem tego było studiowanie recepcji dzieł Czesława Miłosza w Chinach przez Zhao Weiting, pod kierunkiem profesora Zhao Gang. Niewielu chińskich naukowców zajmuje się twórczością polskiego Noblisty. Dlatego praca nad recepcją jego dzieł w Chinach nie była łatwa. Młoda tłumaczka powiedziała, że profesor Zhao Gang wspierał ją w jej pracy, licząc, że wypełni ona lukę w akademickich publikacjach. Pamiętam, jak podczas konferencji w Krakowie długo rozmawiałam z profesorem o wierszu „Dar” Czesława Miłosza, co było dla mnie bardzo ważne – przyznała.
Za swoją wybitną działalność na rzecz kultury polskiej profesor Yi Lijun została nagrodzona dwukrotnie przez prezydentów Polski, w 2000 roku przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP oraz w 2011 roku przez Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP. W 2004 otrzymała Medal Komisji Edukacji Narodowej, a w 2007 roku Dyplom Ministra Spraw Zagranicznych RP za wybitne zasługi dla promocji Polski w świecie oraz tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Według Wojciecha Jakóbca, są to zaszczyty w pełni zasłużone. Jak podkreślił, jej działalność na przestrzeń kilkudziesięciu lat przyczyniła się znacząco do popularyzacji polskiej literatury w Chinach. Uważa on, że obecnie Chiny i Polska mają dobre stosunki na poziomie politycznym, prowadzą intensywną wymianę gospodarczą, a także między krajami kursują pociągi towarowe. W różnych dziedzinach dzieje się naprawdę bardzo dużo, ale trzeba podkreślić, że bez ludzi takich jak profesor Yi Lijun, i jej uczniowie, jej wychowankowie, wiele z tych rzeczy nie było by możliwe – zaznaczył.
W 2019 roku przypada 70. rocznica istnienia stosunków dyplomatycznych między Chinami a Polską. Przypada również 65. rocznica powstania katedry języka polskiego na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Profesor Zhao Gang powiedział, że w ciągu minionych lat katedra wykształciła mnóstwo wybitnych chińskich znawców języka polskiego i spraw polskich, którzy wzmocnili relacje między krajami. Wyraża on też zadowolenie z tego, że ciągle powstają nowe ośrodki polonistyki w Chinach. Dawniej żartowaliśmy, że codzienne zebrania w katedrze polonistyki to organizacja ogólnokrajowej konferencji, gdyż nie ma drugiej polonistyki nigdzie w Chinach – oznajmił.
Droga wymiany chińsko-polskiej to nie tylko prekursorzy i ich następcy, którzy zajmują się literaturą, ale także wielu przyjaciół z Polski. Nauka języka chińskiego dla Wojciecha Jakóbca to fascynacja, która trwa od 20 lat. Jego zdaniem Chiny to wciąż miejsce, w którym może on wiele odkryć. Chiny wciąż są moją pasją – zapewnił. Były polski dyplomata wyraził nadzieję, że młodym chińskim polonistom Polska nigdy się nie znudzi i tak samo jak młodym polskim sinologom Chiny.
Kiedy profesor Yi Lijun wspomina czas studiów w Polsce oraz pracę uniwersytecką, zawsze na pierwsze miejsce wysuwa pamięć o swoich obowiązkach związanych z tłumaczeniami. Wyraża zadowolenie z pracy, którą wykonywała. Jestem bardzo szczęśliwa z drogi, którą przeszłam w swoim całym życiu – podkreśliła. Nie żałuję, że wybrałam język polski – dodała. Nie wybrała go sama, ale uczyła się go intensywnie. Dużo pracowała przy tłumaczeniach z języka polskiego i jako wykładowczyni. Była po prostu lojalna wobec wyborów życiowych.
Od czasu powstania Chińskiej Republiki Ludowej w ciągu ostatnich 70 lat relacja między Chinami a Polską była ciągła, a nauka języków i tłumaczenia literackie mają istotny wpływ na stosunki bilateralne. Profesor Yi Lijun to wybitna postać, która niewątpliwie przyczyniła się do wzmocnienia więzi między Polską i Chinami. Jej następcy kontynuują jej działo, co potwierdza profesor Zhao Gang. To zjawisko wynika ze wzrostu potrzeby ze strony społeczeństwa, bo dzięki takiej inicjatywie jak „Pas i Szlak” kontakty między naszymi krajami są coraz częstsze – stwierdził. Obserwuję zainteresowanie językiem polskim w Chinach i wzrost liczby studiujących sinologię w Polsce, co wskazuje na dwustronne zainteresowanie – oznajmił profesor. Według niego to sygnał, który daje nadzieję na dobrą współpracę między państwami w przyszłości.

Laur dla Ksiąg Olgowych

Literacki Nobel 2019 dla Olgi Tokarczuk

Z twórczością Olgi Tokarczuk (rocznik 1962) zetknąłem się po raz pierwszy poprzez jej „Lalkę i perłę” (2001), wspaniały esej o „Lalce” Bolesława Prusa, odkrywający nowe, dotychczas nawet przez nikogo nieprzeczuwane warstwy tej wielkiej powieści. Już wtedy Olga Tokarczuk miała na swoim pisarskim koncie interesujące powieści: „Podróż ludzi księgi” (1993), „E.E” (1995), „Prawiek i inne czasy” (1996), „Dom dzienny, dom nocny” (1998). Tokarczuk stworzyła w nich swój odrębny świat, daleki od klasycznego, werystycznego realizmu, osadzony w wyobraźni bliskiej krainom mitologicznym, baśniowym, sferom czucia i intuicji, klimatom newage’owym, bliskim szlachetnym nurtom irracjonalizmu. „Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek” – powiedziała kiedyś. Proza Tokarczuk, przekładana na wiele języków, przeniknięta jest imperatywem przekraczania wszelkich granic, wyobrażonych i realnych, naznaczona swoistym świeckim panteizmem, miłością do natury traktowanej nie jako przestrzeń zewnętrzna, lecz jako egzystująca z człowiekiem w symbiozie, często przez człowieka odrzucanej i traktowanej okrutnie (n.p. „Prowadź swój pług przez umarłych kości”, 2009). Także jej „Prawiek i inne czasy” był emanacją swoistej „mitologii ziemi”, ale bardzo odległej zarówno od nacjonalistycznej ideologii „krwi i ziemi” rodem z Maurice Barrésa, jak i od prozy „chłopskiej” w duchu Tadeusza Nowaka czy Wiesława Myśliwskiego.
Dla Tokarczuk ziemia jest w tej powieści polem swoistego działania „kosmicznej magii”, mistycyzmu i duchowości dalekich od urzędowych religii, co niektórych inspirowało do porównywania jej prozy do latynoamerykańskiego „realizmu magicznego”. Bardzo charakterystyczną cechą prozy Olgi Tokarczuk jest jej bogata erudycyjność, encyklopedyzm, jak i językowe, lingwistyczne, twórcze bogactwo, ewokujące klimat z pogranicza snu, jawy, intuicji, czy tajemnic psychologicznych i parapsychologicznych, rodzących się w podświadomości. Wszystko to syntetyzuje się zwłaszcza w takich powieściach, jak „Bieguni” (2007) czy monumentalnych i pełnych rozmachu – godnego „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego – „Księgach Jakubowych” (2014), będących alegoryczną, duchową, poetycką w nastroju, ale w fakturze narracyjnej realistyczną, sensualną, uniwersalistyczną, polifoniczną, także stylistycznie, filozoficzną panoramą XVIII-wiecznej Europy. Olga Tokarczuk jest piątą polską pisarką, która otrzymała literacki laur noblowski, po Henryku Sienkiewiczu (1905), Władysławie S. Reymoncie (1924), Czesławie Miłoszu (1980) i Wisławie Szymborskiej (1996).

Seks, mózg i pot

Pornografia jako dziedzina kultury

Lojalnie uprzedzam tych, którzy lubią pornografię. W tym studium nie znajdziecie żadnej dodatkowej podniety pasa w dół, a może od szyi w górę, bo podobno wiodącym narządem płciowym jest mózg.
Ewa Stusińska poskąpiła nawet „chutliwej” ikonografii, której jest jak na lekarstwo, więc próżno szukać w jej uczonym studium czegokolwiek dla genitalnej przyjemności. Autorka pokazuje pornografię jako dziedzinę kultury bardziej niż natury. Czytelnika czeka tylko intelektualny wysiłek, bo to książkowa wersja pracy doktorskiej, z zakresu filozofii i antropologii, z punktu widzenia odbiorcy postronnego napisana raczej dość hermetycznym stylem i za pomocą hermetycznych pojęć i słów: definicje pornografii, erotyzmu, historia pornografii i analiza trzech typów dyskursu pornograficznego: klasycznego, nowoczesnego, estetycznego, a pośród tego erudycyjne odwołania do uczonych-mistrzów dziedziny, z Georgesem Bataille, Lindą Williams, Susanne Kappeler na czele. Rzecz uzupełniona analizą czterech egzemplifikacji z zakresu polskiej literatury porno: „Dzieje grzechu Stefana Żeromskiego, „Zmór” i „Motorów” Emila Zegadłowicza, „Na paryskim strychu” Rudolfa Niemca oraz „Rudolfa” Mariana Pankowskiego.
W aneksie wybór przepisów polskiego prawa dotykających pornografii, co oznacza, że studium to może być pomocne biegłym i adwokatom w procesach o upowszechnianie pornografii. Nie było i nie ma ich w Polsce wiele, ale kto wie, czy wraz w ewolucją polityczno-ideologiczną nie dojdzie do hossy i w tej dziedzinie. Szczerze polecam lekturę tego studium i choć nie obiecuję krwi i łez przy lekturze, to trochę potu może się polać, zwłaszcza z czoła. Nie będzie to jednak pot erotycznej rozkoszy, lecz pot pracującego mózgu.

Ewa Stusińska – „Dzieje grzechu. Dyskurs pornograficzny w polskiej prozie XX wieku”, wyd. Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018, str. 250, ISBN 978-83-7908-119-6.