Się czyta

– czyli czego chcieć więcej od książki?!

I znów uczta u „handlarza starzyzną”. Ale jaka pierwszorzędna to starzyzna!!!! Żeby kto nie myślał, że jestem chamem i arogantem – tego „handlarza starzyzną zaczerpnąłem z samego mistrza Jana Gondowicza, który sam osobiście opowiedział („Z ględzeń handlarza starzyzną”) jak kiedyś raz na zawsze opuścił redakcję „Przekroju” i jego noga w niej więcej nie postała, po tym jak przypadkowo, „za plecami”, usłyszał z ust jednej z redaktorek tygodnika, jak określa go ona tymi słowami. No cóż, Gondowicz, wyborny, wielki eseista, ale człowiek delikatny, nadwrażliwy. Ja bym w redakcji został i dał paniusi do wiwatu tak, że popamiętałaby ruski miesiąc i gdzie raki zimują.
„Pan tu nie stał” to tym bardziej starzyzna, bo rzecz tę, wydaną w 2011 roku, zwyczajnie przegapiłem, tak jak szczęśliwie nie przegapiłem „Ducha opowieści” i wydanego niedawno „Czekając na Golema”. I pisałem o nich na tych łamach, lecz dla porządku przypomnę: Jan Gondowicz, siedząc okrakiem na wehikule (albo na rumaku) swego wybornego stylu, wynajduje – w piwnicach, na strychach, w punktach skupu makulatury, w starych szufladach, do których nie zaglądano od dziesięcioleci, w zapleśniałych księgozbiorach, w zszywkach starych gazet i tak dalej i w tym podobnych miejscach – tematów dla swoich opowieści, esejów, złośliwości, appendixów, można by długo to nazewnictwo ciągnąć. Ostatnimi czasy pojawiło się na tego typu tematykę dość trafne określenie: „tematy nieoczywiste”. Zbiory krótkich tekstów („tekścików” tylko z punktu widzenia objętości, bo z punktu widzenia wartości – tekstów kapitalnych), przypominają menu jakiejś nieoczywistej, prowadzonej przez kucharza-ekscentryka restauracji osobliwości, silva rerum dziwaczności, pełne błyskotliwej ironii, nieoczekiwanych, zagadkowych asocjacji, niespodzianek, rarytasów, ekscentrycznych asocjacji i połączeń, linków, korytarzyków, nisz, zakątków, finezyjnych „prób stylistycznych” (Gondowicz jest tłumaczem „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau). Czegoż w tym kramie czy sezamie Gondowicza nie ma?! Wyliczyć trudno! Zaczynamy lekturę od „Cyda” Corneille’a w lustrze recenzji teatralnej tego spektaklu Jerzego Stempowskiego z roku (bagatela) 1937, ale podane to pysznie, z uwzględnieniem naszych współczesnych, postmodernistycznych nawyków czytelniczych. Zaraz jednak stamtąd wylatujemy wysokim lobem, jak piłka wybita przez Kazimierza Deynę, w świat krytyki literackiej w Warszawie 1971 roku, czyli w czas debiutu Gondowicza w tygodniku „Kultura” („Piję do lustra”). A już w chwilę po tym stykamy się nos w nos z kulturą popową okiem Gondowicza widzianą, w tym z przepisem Edgara Rice Burroughsa na napisanie „powieści takiej jak „Tarzan” (m.in. „mieć wszystko w nosie”, „nie znać gramatyki i mało w życiu czytać” czy „nie brać się nigdy za temat, o którym coś się wie”).
Z tekstu „Sporej Chałupki” najbardziej podoba mi się to, że jest to polskie, gondowiczowe, prze-tłumaczenie nazwy ulicy w Paryżu, przy której około roku 1900 był słynny falanster polskich malarzy (rue La Grande Chaumiére). Jest też o Kafce szukającym Zamku, o zawartości „Pilcha w Pilchu”, o „Kurkiewach siódmych”, o „Żarze” Adama Zagajewskiego, o winach, o ferdydurkicznym aspekcie dzieciństwa u Gombrowicza, o Czesławie Lechickim, świeckiej wersji księdza Pirożyńskiego (ten z kpin Boya w „Dziewicach konsystorskich”). Niektóre z ocen Lechickiego – „Flaubert: chory neurastenik, pani Bovary otruła się dla kaprysu”, „Przybyszewski – winno się go było odosobnić”, „Słonimski: dowcipkuje i drwi cynicznie z rzeczy świętych dla Polaka”, „Krzywicka: kult fallusa jej jedyną religią”. Tylko Karol May dobry, bo „erotykę pomija zupełnie”. „Wrota” są o wejściu do piekieł i w ogóle o tematach piekielnych w literaturze. „Delireum” – wiadomo. W „Palbie” cytaty o tym, czym jest Polska i Polacy, do wyboru – „mieszanka żydowskiej inteligencji, zdeklasowanych ziemian i chłopstwa” albo „mistyczna jednia narodu, przeczyste plemię Lechitów”. „Palic” – wiadomo. Także o „polskim Twin Piks”, o historii Rosji w świetle astrologii, „Krótki leksmokon”(„smoking – król smoków”, „smokanie – wabienie smoka”, „smoczenie nocne – efekt snu o smokach”, „smokołyk – finał znajomości ze smokiem”), o tajemniczej (sic!) postaci Józefa Papkina z „Zemsty” Fredry, o różnych nosach, ale akurat jak na złość nie o tym z noweli Gogola, o kulinariach w sztukach Witkacego (m.in. „Nowe Wyzwolenie”- herbata”, „Jan Maciej Karol Wścieklica”: „befsztyk z dwoma jajami i dużo pikli. Czysta Baczewskiego”, „Straszliwy wychowawca”: „kasza ze zsiadłym mlekiem. Wino ze sklepu”, „Janulka, córka Fizdejki: („dwie kawy, beczka likieru”).”Smak człowieka” dotyczy Conrada, w tym szczególnie „Jądra ciemności”. Tu dodaję swoje trzy grosze, a raczej grosz jeden. Jako mały, 3-6-letni chłopczyk, w latach 1960-1963, odwiedzałem z matką galanteryjny sklep mieszczący się w starej kamienicy w Lublinie, na rogu ulic Chopina i Krakowskiego Przedmieścia, w której w 1890 roku Conrad, przed podróżą do Konga, odwiedził swoją kuzynkę i tłumaczkę Anielę Zagórską. W „Czytelniku z La Manczy” m.in. o tym, że Don Kichot jako postać powieści miał „świadomość”, że jest postacią literacką i że Cervantes o nim opowiada (w powieści z XVI wieku!!!). Na koniec jeden tylko nieco dłuższy cytat z Gondowicza. Wspominając wrażenia 9-latka z zakupu „Bajek robotów” Lema i jako efekt pierwszej, na miejscu, chwili lektury, „zdumienie, zachwyt, olśnienie, zdumienie, że tak można… Czego chcieć więcej od książki!”. Ale to wspomnienie to furda.
Lepsze zdarzyło się wiele lat później: „w rozmowie z autorem nie omieszkałem wspomnieć tych emocji, zyskując wprawiającą w konfuzję replikę: „Panie, to tylko słowa”. A Gondowicz? To też tylko słowa, ale to „się czyta”, bo „czego chcieć więcej od książki?”

Jan Gondowicz – „Pan tu nie stał. Artykuły drugiej potrzeby”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011, str. 288, ISBN 978-83-62795-02-4

Summa Zbigniewa Dominy

Do dziś pamiętam wrażenie, jakie bez mała dwadzieścia lat temu wywarła na mnie „Syberiada polska” Zbigniewa Dominy – wielkie epickie płótno, najobszerniej i najpoważniej w polskim piśmiennictwie malujące los ostatniej generacji polskich sybiraków na przykładzie zesłanych zimą 1940 roku w głąb Związku Radzieckiego, gdzieś między Jenisej i Angarę, mieszkańców niewielkiej podolskiej wioski.

Udało się nad wyraz autorowi w tej powieści zespolić w jedną sugestywną całość obraz losu narodu, losu niewielkiej zbiorowości i losu jednostkowego, upostaciowanego przez kilkunastoletniego Staszka Dolinę, pod którym to nazwiskiem Domino ukrył samego siebie. Pisałem wtedy o „Syberiadzie polskiej” na łamach redagowanych przez Dionizego Sidorskiego „Nowych Kontrastów”, że skreślone z rozmachem przez Dominę dzieje wiejskiej gromady przywodzą na myśl Reymonta, a ciepłe współczucie, z jakim autor pochyla się nad skrzywdzonym człowiekiem, nad tak boleśnie i tragicznie uwikłaną w historię jednostką, ma w sobie coś z klimatu Andrieja Płatonowa. Powieść miała wielki rezonans, szybko doczekała się też kilku przekładów, w tym na francuski i rosyjski (ten ostatni np. przygotowała wielka przyjaciółka Polski i znakomita tłumaczka Natalia Wiertiaczich, a jego wydanie wspomógł współkierowany wtedy przeze mnie Instytut Adama Mickiewicza, co do dziś pozostaje dla mnie źródłem niekłamanej satysfakcji). Wreszcie pojawiła się też bardzo udana ekranizacja powieści; jej producent, Mirosław Słowiński, powiedział mi niedawno, że łączna widownia dotychczasowych pokazów tego filmu w Telewizji Polskiej zbliża się do 4 milionów.
A w biografii twórczej autora – pisarza, żołnierza, prawnika, działacza politycznego, dyplomaty – otworzyła „Syberiada polska” zupełnie nowy etap, gdyż zaraz za nią pojawiła się jej kontynuacja, czyli „Czas kukułczych gniazd”, kreślący losy sybiraków już po ich powrocie do Polski, potem zaś rozbudowujące i komentujące poszczególne wątki epopei „Tajga”, „Młode ciemności”, „Zaklęty krąg” oraz poszerzone wydanie wcześniejszych „Cedrowych orzechów”. Ten imponujący sześcioksiąg dopełnia teraz „Sybiraczka”, ukazująca się już niestety po śmierci autora – Zbigniew Domino odszedł od nas w czerwcu tego roku, gdy niewiele brakowało mu do dziewięćdziesiątki.
Ta niewielka objętościowo, ale ważka i ważna „Sybiraczka” to w pewnym sensie Dominy summa – jego tragicznych syberyjskich doświadczeń, jego sześcioksiągu (którego przejmujące fragmenty momentami cytuje), ale i całego nieprostego, dramatycznego życia, które los mu zgotował. Bo rozpoczynają „Sybiraczkę” obrazy dzieciństwa z Kielnarowej pod Rzeszowem, kończy zaś wspomnienie ukochanej żony Barbary, którą przeżył zaledwie o rok. Jest to książka o życiu pisarza, książka o książkach, które w ciągu swej życiowej drogi napisał, wreszcie książka o książce jednej jedynej, tytułowej „sybiraczce” – ale o niej za chwilę. Można ten ostatni utwór pisarza czytać jako kolejny komentarz i kolejne dopełnienie jego syberyjskiej sagi, można też go czytać i przeżywać jako dzieło samo w sobie – jednakowo urzeknie nas swą mądrą powagą, wewnętrzną prawdą, wreszcie szlachetną prostotą, która tak wyróżnia prozę Dominy z morza współczesnego postmodernistycznego szczebiotu.
A ta jedna jedyna, tytułowa „sybiraczka”? To bohaterka zaiste niezwykła – jedyna książka, którą wiedziona nagłym odruchem matka pisarza zabrała wśród zaledwie garstki najpotrzebniejszego odzienia i sprzętów na syberyjskie wygnanie. Była nią przedwojenna książka kucharska – ułożona przez Anielę Owoczyńską „Najnowsza kuchnia warszawska zawierająca przeszło 1200 przepisów różnych potraw od najskromniejszych do najwykwintniejszych”. W syberyjskich warunkach te przepisy były oczywiście całkowicie bezużyteczne; ale po rychłej śmierci matki książka stała się dla rodziny jedyną po niej pamiątką, swoistym rodzinnym symbolicznym spoiwem, a dla dzieciarni całej wygnańczej gromady pomocą w nauce ojczystego języka, potem też sakralnym nieledwie eksponatem dla Polaków-potomków poprzednich pokoleń zesłańców, na których Dominowie nieraz się natykali. Aż wreszcie, po powrocie do Polski, powróciła książka do swej pierwotnej funkcji użytkowej – stała się kulinarnym poradnikiem Barbary Domino. Traktowana jak bardzo bliska, niemal żywa istota, pozostawała z pisarzem i jego małżonką do ich ostatnich dni. Habent sua fata libelli, nawet te kucharskie…
„Syberiadę”, jak i cały poprzedzający ją sześcioksiąg Dominy, opublikowało prowadzone przez Klárę Molnar i Jacka Marciniaka wydawnictwo Studio EMKA, wyposażając całą sagę w jednolitą, bardzo piękną i bardzo celną oprawę graficzną. Wyborem, jakiego dokonało i pieczołowitością, z jaką go zrealizowało, dało przykład rzadkiej edytorskiej mądrości i wierności wobec swego autora.

Zbigniew Domino – „Sybiraczka”, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2019, str. 115, ISBN 978-83-66142-23-7

Szare na złote

Pod piórem Rudzkiej „szarość”, zwyczajność, zamienia się w literackie „złoto”.

Gdyby do napisania tej niewielkiej powieści nie przystąpiła ze swoim kunsztem literackim Zyta Rudzka, temat „Krótkiej wymiany ognia” mógłby zostać „wzięty” i opowiedziany w kolejnym tytule z gatunku popularnej, masowo czytanej literatury obyczajowej spod znaku rozmaitych „rozlewisk” i „siedlisk”. Zyta Rudzka uczyniła z opowieści narratorki, starszej kobiety, dzieło sztuki pisarskiej. „Krótka wymiana ognia” mogłaby być poglądowym – choćby dla studentów literaturoznawstwa – przykładem tego, jak pisarz odnajduje i nadaje właściwe rzeczy słowo. Jak język prozy może być skorelowany ze światem w niej przedstawionym. Jak dla oddania istoty tematu, pewnego stanu rzeczy, pewnej rzeczywistości, pisarz odnajduje właściwe słowa, zdania, właściwą ich długość, rytm i koloryt. Jak język prozy można nie tyle dopasować do treści, ile uczynić z niego jej ekwiwalentny wyraz, pokazać ich twórcze zrośnięcie. Język niesie u Rudzkiej opowiadanie i odwrotnie, jest przez opowiadanie niesiony. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” pisarka powiedziała, że „budowa powieści ma wiele wspólnego z moimi bohaterkami. To są stare kobiety, które oddychają już inaczej. To oddech krótki, rwany, zdyszany, zmęczony, płytki, lękowy, w którym słychać choroby. Tworząc ten język, chciałam, by on wypływał z obu bohaterek, przylegał do postaci”. Do tej, przez samą pisarkę sformułowanej, idei artystycznej utworu można to i owo dodać. Egzystencja takich kobiet, jak bohaterki „Krótkiej wymiany ognia” (drugą, oboczną postacią jest jej matka). Rudzka na swoją bohaterkę wybrała starszą kobietę, która dokonuje rozrachunku z życiem, rodzinnym, małżeńskim, uczuciowym, z życiem w ogóle. I choć jest to poetka, jej poziomu świadomości autorka nie podniosła, co przecież mogłoby spełnić rolę wspornika, „doładowania” czy podkolorowania sylwetki psychologicznej bohaterki. Jednak Rudzka nie ułatwiła sobie zadania i zachowała niezakłócony niczym „status szarości” bohaterki, z całą banalnością jej egzystencji, spostrzeżeń, refleksji. Pod piórem Rudzkiej „szarość”, zwyczajność, a nawet pewna ciasnota poczynań i myśli bohaterek zamienia się w literackie „złoto”. Innym, niejako równoległym walorem nowej prozy Zyty Rudzkiej jest jej „przezroczystość”. Mając bowiem do czynienia z utworem rzeźbionym przede wszystkim w tworzywie języka, nie jesteśmy jako czytelnicy wciągani w intencjonalny eksperyment formalny. O ile Dorota Masłowska z wyraźną intencją „wkręca” zazwyczaj czytelnika w grę założoną z góry jako eksperymentalna zabawa (podobnie, jak to czynili „zbereźnicy”, prozaicy nurtu promowanego przez Henryka Berezę), o tyle Rudzka jest bliższa w artystycznym zamyśle Mironowi Białoszewskiemu, który także był daleki od metody organizowanego eksperymentu literackiego, bo język jego prozy wyrastał organicznie z jego własnych „trzewi”. Nie ma więc u Rudzkiej żadnego efekciarstwa, żadnego językowego prestidigitatorstwa, żadnych ekstrem izmów i zawijasów leksykalnych, składniowych, stylistycznych, żadnego popisywania się kunsztem formalnym, na co tę wybitną pisarkę byłoby przecież stać, żadnego eksperymentowania na siłę na oczach odbiorcy, żadnej laboratoryjnej roboty lingwistycznej. Zyta Rudzka napisała swoją „Krótką wymianę ognia” podążając po największej linii oporu, bez ułatwień i podpórek, a mimo to, a może właśnie dlatego, zamieniła tworzywo najbardziej szare z szarych w wysokiej klasy – i do tego atrakcyjny w smaku – literacki owoc.

Zyta Rudzka – „Krótka wymiana ognia”, wyd. WAB (GW Foksal), Warszawa 2019, str. 199, ISBN 978-83-280-5061-7

Klub czytających książki do końca

Radość i zaskoczenie, a u niektórych może nawet niesmak. Tak zapewne reaguje polska podzielona opinia publiczna. Ja (to oczywiste) wraz z Czytelnikami Trybuny jesteśmy, mam nadzieję, w tej pierwszej grupie. Szczęśliwych i dumnych. W tej drugiej, znacznie mniejszej, na czołowym miejscu jest wciąż urzędujący jeszcze minister kultury i dziedzictwa… nie pomogą napisane, z przymusu i bez przekonania życzenia.

Olga Tokarczuk dobrze rozpoczęła. Po pierwsze jest absolwentką liceum im. Cypriana Kamila Norwida, a to zobowiązuje. Po drugie za debiutancką powieść „Podróż ludzi Księgi” otrzymała swą pierwszą nagrodę w konkursie literackim Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w 1994 roku. A potem nagrody i wyróżnienia zaczęły się sypać, nie ma miejsca na wymienienie wszystkich. Z najważniejszych to Nagroda Kościelskich, Paszport Polityki, dwa razy (w ślad za Wiesławem Myśliwskim) Nagroda Nike, równocześnie pisarka pięciokrotnie wyróżniona została tą Nagrodą przez czytelników. Ostatnio zdobyła nagrodę The Man Booker International Prize 2018. A w tym roku miałem honor wraz z prezesem ZAiKS prof. Januszem Foglerem wręczać Jej Nagrodę sezonu wydawniczo-księgarskiego Ikar podczas Warszawskich Targów Książki. Nota bene to Olga Tokarczuk właśnie w maju 2019 wygłosiła w imieniu twórców formułę „Warszawskie Targi Książki ogłaszam za otwarte”, odeszliśmy bowiem, już kilka lat temu, od tego, by w roli tej występowali politycy.
W roku 2017 Gościem Honorowym Warszawskich Targów Książki były Niemcy, czyli pisarze i wydawcy z tego kraju. Pierwszego dnia Targów spotkałem „na mieście” ministra Glińskiego. Zapytałem, czy odwiedzi nas. Odpowiedź była krótka i konkretna – proszę pana, ja mam tyle obowiązków… tu nastąpiło machnięcie ręką jakby odganiał się od natrętnego owada. No cóż, tych obowiązków biedny minister ma wciąż tyle, że, jak oświadczył kilka dni temu, nie dokończył żadnej książki Olgi Tokarczuk. Co prawda nie tłumaczył się tym razem zajęciami, ale szczerze, jak przystało na członka partii, która zawsze mówi prawdę, przyznał, że próbował lecz żadnej z książek nie dokończył… Teraz, już po ogłoszeniu decyzji Komitetu Noblowskiego, obiecał powrócić do niedokończonych lektur. Ot, kolejna korzyść z polskiej Noblistki. Gdybyśmy jeszcze dostali Nobla na przykład w dziedzinie medycyny, to może minister zdrowia zainteresowałby się losem polskich pacjentów na oddziałach ratunkowych, czy cenami leków…
Wracając do naszej Laureatki, to już ponad rok temu, przed nagrodą Bookera, została zawiadomiona o przyznaniu Jej przez Radę Stowarzyszenia Kuźnica Nagrody Kowadło. Wciąż jest kłopot z ustaleniem terminu wręczenia. Może przed wylotem do Sztokholmu?
Pani Oldze, my wszyscy, zrzeszeni w klubie czytających książki do końca, składamy gratulacje bez wahania i bez dodatkowych deklaracji. A może przyjmie Pani godność Honorowej Prezeski naszego klubu?

Skłonność do groteski

Czy Tomczyk zostanie dramaturgiem polskim, nie tylko pisowskim?

Wojciech Tomczyk od lat trzyma pozycję speca od prawicowego (mówiąc najogólniej) dramatu politycznego, dramatu scenicznego rzecz jasna. Trzy jego sztuki zostały wystawione na przestrzeni kilkunastu lat w Teatrze Telewizji: „Wampir”, „Norymberga” i „Marszałek”. Pierwsza, tematycznie podejmuje głośną w latach 70-tych sprawy „wampira z Zagłębia”, Marchwickiego, skazanego i straconego jako seryjny zabójca kobiet (niektórzy twierdzą, że niewinnie). Już w przypadku tej pierwszej sztuki dało się zauważyć, że Tomczyk ma skłonność do teatralnej deformacji groteskowej buffo, a „Wampir” dotykający sprawy aż proszącej się o pokazanie jej w stylistyce paradokumentalnej, został podany w poetyce wprost, choć ironicznie, nawiązującej do antyiluzyjnego teatru, nadkabaretu Brechta. Formułę realistycznego (choć dość powierzchownie, bo dużo tu jawnej tendencyjności politycznej) dramatu psychologicznego nadał Tomczyk „Norymberdze”, psychodramie podejmującej wiodący jeszcze przed kilkunastu laty temat rozliczeń z PRL i lustracji. Jednak już w „Marszałku”, w zewnętrzną fakturę realistycznego dramatu historycznego z prawdziwymi postaciami: Piłsudski, Bartel, Prystor, Sławek, Świtalski, poniosła go fantazja i osnuł całość na fikcyjnym wątku zamysłu Piłsudskiego, by koronować się na króla Polski. Skłonność do groteskowych, „odlecianych” fantazji przejawił też Tomczyk w także wystawionym w TTV „Breakoucie”, którego tekst nie znalazł się w omawianym zbiorze.
Tomczyk chodzi w aurze dramaturga, który z powodu sympatii do dominującej obecnie formacji politycznej, tzw. „dobrej zmiany’, a mówiąc najbardziej otwarcie – PiS, jest w środowisku teatralnym sekowany, marginalizowany, izolowany jako ten, który w dramaturgii pełni rolę podobną do tej, którą w prozie powieściowej pełni Bronisław Wildstein. I właśnie owa niechęć środowisk artystycznych do niego, ma być, zdaniem Tomczyka i jego zwolenników, do których wyraźnie zalicza się autor wstępu do „Dramatów”, Jacek Kopciński, przyczyną niewystawienia dotąd w żadnym z teatrów sztuki, która otwiera zbiór – „Bezkrólewia”.
Nie tu widzę główną przyczynę Zgadzając się z opiniami, że Tomczyk jest dość utalentowanym, sprawnym dramaturgiem, uważam „Bezkrólewie” za jego najsłabszy tekst i tylko szacunek dla walorów scenicznych jego pozostałych sztuk powstrzymuje mnie od użycia określenia „bełkot”. Ta nawiązująca do różnych konwencji dramaturgicznych – w tym m.in. do „Czekając na Godota” Becketta, do „Iwony, księżniczki Burgunda” Gombrowicza, także do dramatów Michela de Ghelderode i francuskiego Teatru Absurdu a nieco także do parodystycznie struktury średniowiecznych widowisk pasyjnych – drama jest chaotyczną miazgą, która w intencji ma być satyrą, a nawet szyderą na III RP i która ma stawać w obronie racji moralnych obozu „smoleńskiego” jest po prostu zły, niezbornym, przegadanym i mało scenicznym tekstem.
Autor wstępu Kopciński w trzech głównych postaciach: Kolo, Glanc i Gostek doszukuje się m.in. Donalda Tuska i Bronisława Komorowskego. Jeśli tak, to moralista Tomczyk chciał odczłowieczyć te postacie, pokazać je jako nędzne robaki, jako ohydne płazy, a cały obóz demokratyczny, niewątpliwie nie wolny od poważnych wad, jako jeden wielki szwindel. Lichy to sposób walki ideowo-politycznej i jak na uchodzącego za odważnego, bezkompromisowego dramaturga Tomczyk zasłania się formą krańcowej deformacji, nie staje wobec problemu twarzą w twarz, „po nazwisku”, ale owija się w kokon bełkotu. Warto zauważyć, że nawet TVP, która wystawiła cztery sztuki sojusznika ideowego Tomczyka, do „Bezkrólewia” podchodzi jak pies do jeża, nawet z rządów PiS. Przecież chyba nie z powodów ideologicznych ten dystans do „Bezkrólewia” wynika…?
Zachęcałbym Wojciecha Tomczyka, który czyni demokratyczną III RP i jej kluczowe postacie bohaterami obrzydzającej groteski, potwornego grand guignolu, aby zwrócił swe satyryczne oczy także ku obozowi „dobrej zmiany”. Tam postaci jak ulał pasujących do jego szyderczej groteski politycznej jest co nie miara. Do wyboru, do koloru. Ile dusza zapragnie. O ile chce być dramaturgiem polskim, nie tylko pisowskim.

Wojciech Tomczyk – „Dramaty”, wyd. Teologia Polityczna/Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 560, ISBN 978-83-62884-93-3.

Arcydzieła literatury polskiej łącznikiem relacji Chiny-Polska

Historia chińskich tłumaczy literatury polskiej i ich wkład w rozwój stosunków chińsko-polskich na przestrzeni ostatnich 70 lat.

Yi Lijun ma 85 lat i jest uznaną profesorką języka polskiego w Chinach. Od dawna zajmuje się edukacją, tłumaczeniem i badaniami literatury polskiej oraz wymianą kulturową między Chinami a Polską. Jej miłość do języka i literatury znad Wisły rozpoczęła się już w młodości.
Polska była jednym z pierwszych krajów, który uznał Chińską Republikę Ludową i nawiązał z nią stosunki dyplomatyczne. 5 października 1949 roku Polska ogłosiła uznanie Chińskiej Republiki Ludowej, a 7 października oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne na szczeblu ambasadorskim. Wówczas pojawiło wiele programów i inicjatyw, które miały pomóc Chinom w pierwszych latach ich powstania – zaznaczył Wojciech Jakóbiec, były dyplomata polskiej ambasady w Chinach. Jednym z nich było Chińsko-Polskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok dostarczające do Chin niezbędnych towarów, materiałów, surowców, które nie można było dostarczyć żadną inną drogą – wymienił. Jakóbiec dodał, że częścią pomocy było także wsparcie w postaci stypendiów i możliwości nauki chińskich studentów w Polsce. W pierwszej grupie Chińczyków, którzy przyjechali na studia znalazła się Yi Lijun oraz wiele innych wybitnych postaci, które w późniejszych latach odegrały dużą rolę w chińskiej nauce i przede wszystkim we współpracy polsko-chińskiej – zaznaczył były polski dyplomata.
Budowa Chińskiej Republiki Ludowej wymagała dużej liczby talentów. W związku z tym rząd centralny Chin zaproponował wysłanie studentów na studia do ZSRR, a także do socjalistycznych republik radzieckich. W 1954 roku, ponad 2000 osób rozpoczęło studia za granicą. Yi Lijun, która miała wtedy 20 lat, została wybrana z Wydziału Języka Chińskiego Uniwersytetu Wuhan i wysłana na Uniwersytet Warszawski w Polsce, aby uczyć się polskiego od podstaw. Początki nie były dla niej łatwe. Polscy koledzy z grupy pomagali Yi Lijun, gdyż nie potrafiła samodzielnie robić notatek. Po trzecim roku studiów sytuacja się odwróciła i to oni korzystali z jej zapisków. Profesor Yi Lijun wspomina, że wtedy chińscy studenci byli bardzo pracowici. Sama czytałam książki do pierwszej, drugiej w nocy, a rano o wpół do szóstej szłam na uniwersytet – sięga pamięcią. Tylko w niedzielę mogłam spać dłużej – dodaje.
W miarę poznawania języka polskiego Yi Lijun coraz częściej sięgała po literaturę piękną, co w przyszłości otworzyło jej drogę do tłumaczenia tekstów. Jej praca obejmuje tłumaczenie Trylogii Henryka Sienkiewicza, „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, a także „Pana Tadeusza” i „Dziady” Adama Mickiewicza. Według profesor Yi Lijun, Polska to niewielki kraj, ale literatura polska jest ogromna. Jej zdaniem, dorobek literacki Henryka Sienkiewicza jest i powinien być równy pisarstwu Lwa Tołstoja.
Wątki patriotyczne w polskiej literaturze sprawiły, że Yi Lijun zrozumiała, że chociaż Chiny i Polska są daleko od siebie, to literatura i myśli obu krajów są podobne. Uważa, że Polska ma z pewnością bogatą literaturę, można w niej wyczytać niepokój i oburzenie. Według niej, pisarze polscy i chińscy mają podobną misję. Profesor przytacza pewne chińskie powiedzenie: „zrobię wszystko, zgodnie z przekonaniem, aby służyć mojemu krajowi, nawet kosztem własnego życia, niezależnie od fortuny lub nieszczęścia dla siebie”. Polscy i chińscy literaci mają za sobą trudną misję ratowania kraju – oznajmiła.
Podczas wizyt państwowych w Polsce chińskich polityków, w tym między innymi Zhou Enlai, Zhu De i Peng Dehuai, spotkali się oni z chińskimi studentami. Yi Lijun była pod wrażeniem przemówienia premiera Zhou Enlaia. Przypomnienie jego słów sprzed dekad wywołuje u niej obecnie wzruszenie, słowa stoją jej w gardle. Premier zwrócił się do nas, mówiąc, że Chiny są bardzo biedne, lecz jeśli mamy jakieś wymagania, państwo dołoży wszelkich starań, aby je spełnić – wspomina profesor. Dobrze wiem, że studia za granicą nie są łatwe, ale musisz pamiętać ile obciążeń spoczywa na twoich barkach i ile zadań masz po powrocie do ojczyzny – powiedział wówczas Zhou Enlai. Myślę, że jego słowa zachęciły mnie do studiowania i pracy na całe życie – twierdzi Yi Lijun.
Pierwszym ważnym krokiem, który podjęła Yi Lijun na drodze tłumaczeń, była praca nad „Dziadami” Adama Mickiewicza. W styczniu 1968 roku Teatr Narodowy w Warszawie wystawił dramat, co przyciągnęło uwagę Polaków oraz opinię publiczną na świecie. Jak to możliwe, że „Dziady” miały taką wielką siłę polityczną? – zadał pytanie premier Chin Zhou Enlai. Nikt nie potrafił mu odpowiedzieć. Należy przetłumaczyć to dzieło – stwierdził polityk. Yi Lijun podjęła się tego zadania, które zajęło jej 10 lat pracy. Chińska wersja dramatu Mickiewicza pojawiła się w pekińskich księgarniach w 1978 roku. Przez całe życie mam do czynienia z językiem polskim i nie robiłam nic innego – wyznała profesor. Od momentu przetłumaczenia „Dziadów”, mam wrażenie , że całym swoim życiem jestem związana z językiem polskim – dodała.
„Dziady” to jedno z najważniejszych dzieł w historii polskiej literatury. Wojciech Jakóbiec przypomniał, że ich wydanie w Chinach było wielkim wydarzeniem. Pamiętam jak wielokrotnie rozmawiałem z chińskimi intelektualistami, którzy wspominali moment, kiedy „Dziady” w przykładzie profesor Yi Lijun ukazały się w Chinach jako pierwsze dzieło obcej literatury w tłumaczeniu na chiński wydane po zakończeniu Rewolucji Kulturalnej – powiedział były polski dyplomata. Wiele osób uważało, że jest to sygnał nowych czasów, nowej epoki, jaskółka, która zwiastuje nadejście wiosny – podkreślił.
Po powrocie do Chin w 1960 roku Yi Lijun najpierw pracowała w sekcji sowiecko-wschodnioeuropejskiej Centralnej Stacji Radiowej Chin, a dwa lata później rozpoczęła pracę jako wykładowczyni na Pekińskim Instytucie Języków Obcych, obecnym Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Pekińskiej polonistyce poświęciła całe zawodowe życie. Zdaniem byłego dyplomaty, liczne pokolenia związane z relacjami Chiny-Polska to studenci profesor Yi Lijun. Wsród nich znajdują się obecni naukowcy zajmujący się polską literaturą i kulturą, tłumacze książek oraz pracujący w firmach zajmujących się współpracą polsko-chińską, specjaliści w różnych instytucjach, ministerstwach, a także setki innych ludzi, którzy napędzają współpracę polsko-chińską – wymienił Jakóbiec.
Zhao Gang, obecny dziekan Wydziału Jezyków i Kultur Europejskich Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych, był również studentem profesor Yi Lijun. Jego zdaniem, była ona nie tylko jego wykładowczynią akademicką, ale także przewodniczką po świecie literatury polskiej. Na każdym spotkaniu, na każdych zajęciach prostymi słowami opowiadała o różnych wybitnych pisarzach, co wzbudziło we mnie duże zainteresowanie literaturą polską – przyznaje Zhao Gang. W jego opinii,
Profesor Yi Lijun była nauczycielką bardzo wymagającą. Do dziś zachowałem wszystkie prace domowe, które ona mi poprawiała – wspomina. Yi Lijun była promotorką pracy doktorskiej Zhao Gang. Wówczas to odbyłem wiele spotkań z profesor i byłem pod wielkim wrażeniem jej pracowitości, głębokiej wiedzy, ogromnego zamiłowania do kultury i literatury polskiej – powiedział profesor Zhao Gang.
Pod jej wypływem, Zhao Gang podjął się wielu tłumaczeń w wolnym czasie. Do tej chwili wydano w jego tłumaczeniu wiele ważnych pozycji z literatury polskiej, między innymi „Solaris” Stanisława Lema, kilka książek Zbigniewa Herberta oraz części antologii poezji Czesława Miłosza. W sierpniu 2019 roku odbył się wieczór poetycki poświęcony poezji Czesława Miłosza. Zhao Gang wraz z dwoma innymi chińskimi tłumaczami, którzy przełożyli całą antologię poezji polskiego Noblisty, wzięli udziału w tym spotkaniu. Profesor powiedział, że o ile wie, przekład wzbudził duże zainteresowanie na rynku księgarskim Chin, bardzo dużo czytelników kupuje i czyta tę poezję. Podczas wieczoru spotkali się miłośnicy poezji, którzy mieli okazję poznać postać i twórczość Czesława Miłosza.
Profesor Zhao Gang powiedział, że podczas spotkania ambasadorowa Izabela Zajączkowska porównała jeden z wierszy Czesława Miłosza z utworem Wang Weia z dynastii Tang, gdyż zauważyła ich podobieństwo. Stwierdził, że świadczy to o tym, nawet poezja tangowska, nie najłatwiejsza w odbiorze przez samych Chińczyków, budzi zainteresowanie wśród Polaków. Według niego, wraz z wzrostem liczby studentów i znawców języka chińskiego w Polsce, coraz więcej chińskiej dzieł literackich będzie tłumaczone na język polski, co wpłynie na ich popularność.
Wśród idących śladami profesorki Yi Lijun i profesora Zhao Gang, pojawiło się wielu młodych utalentowanych tłumaczy literatury. Zhao Weiting jest jedną z nich. Obecnie jest ona na studiach doktoranckich na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Jak przyznaje, dzięki jednej rozmowie z Yi Lijun zdecydowała się na ścieżkę kariery tłumaczki. Wspomniała, że kiedy była redaktorką gazety studenckiej, musiała przeprowadzić wywiad z jednym z wybitnych profesorów. Wybór padł na profesor Yi Lijun, która zgodziła się natychmiast. Podczas rozmowy opowiedziała jej o swojej historii tłumaczeń literatury polskiej. Jej miłość do polszczyzny poruszyła ją. Od tamtego momentu zapragnęła być tłumaczką, być jak Yi Lijun, która jej zdaniem nie tylko jest profesjonalistką w swojej pracy, ale też człowiekiem o wielkiej moralności.
Kilka lat później Zhao Weiting przetłumaczyła „Pieska przydrożnego” Czesława Miłosza, który zdobył dobre recenzje na chińskim rynku wydawniczym. Jak twierdzi, jest to nierozerwalnie związane z pomocą profesor Yi Lijun. Doktorantka powiedziała, że kiedy wspomniała jej o tym, że chcę zostać tłumaczką, bardzo ją do tego zachęciła. Zasugerowała, że powinnam czytać wiele wartościowych książek – wspomina Zhao Weiting. To ona wskazała mi Czesława Miłosza, jako twórcę, którego dzieła mówią o historii i kondycji człowieka, i to dzięki niej zaczęłam poznawać jego twórczość, która zaowocowała przekładem „Pieska przydrożnego” – dodała.
Efektem tego było studiowanie recepcji dzieł Czesława Miłosza w Chinach przez Zhao Weiting, pod kierunkiem profesora Zhao Gang. Niewielu chińskich naukowców zajmuje się twórczością polskiego Noblisty. Dlatego praca nad recepcją jego dzieł w Chinach nie była łatwa. Młoda tłumaczka powiedziała, że profesor Zhao Gang wspierał ją w jej pracy, licząc, że wypełni ona lukę w akademickich publikacjach. Pamiętam, jak podczas konferencji w Krakowie długo rozmawiałam z profesorem o wierszu „Dar” Czesława Miłosza, co było dla mnie bardzo ważne – przyznała.
Za swoją wybitną działalność na rzecz kultury polskiej profesor Yi Lijun została nagrodzona dwukrotnie przez prezydentów Polski, w 2000 roku przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP oraz w 2011 roku przez Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP. W 2004 otrzymała Medal Komisji Edukacji Narodowej, a w 2007 roku Dyplom Ministra Spraw Zagranicznych RP za wybitne zasługi dla promocji Polski w świecie oraz tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Według Wojciecha Jakóbca, są to zaszczyty w pełni zasłużone. Jak podkreślił, jej działalność na przestrzeń kilkudziesięciu lat przyczyniła się znacząco do popularyzacji polskiej literatury w Chinach. Uważa on, że obecnie Chiny i Polska mają dobre stosunki na poziomie politycznym, prowadzą intensywną wymianę gospodarczą, a także między krajami kursują pociągi towarowe. W różnych dziedzinach dzieje się naprawdę bardzo dużo, ale trzeba podkreślić, że bez ludzi takich jak profesor Yi Lijun, i jej uczniowie, jej wychowankowie, wiele z tych rzeczy nie było by możliwe – zaznaczył.
W 2019 roku przypada 70. rocznica istnienia stosunków dyplomatycznych między Chinami a Polską. Przypada również 65. rocznica powstania katedry języka polskiego na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Profesor Zhao Gang powiedział, że w ciągu minionych lat katedra wykształciła mnóstwo wybitnych chińskich znawców języka polskiego i spraw polskich, którzy wzmocnili relacje między krajami. Wyraża on też zadowolenie z tego, że ciągle powstają nowe ośrodki polonistyki w Chinach. Dawniej żartowaliśmy, że codzienne zebrania w katedrze polonistyki to organizacja ogólnokrajowej konferencji, gdyż nie ma drugiej polonistyki nigdzie w Chinach – oznajmił.
Droga wymiany chińsko-polskiej to nie tylko prekursorzy i ich następcy, którzy zajmują się literaturą, ale także wielu przyjaciół z Polski. Nauka języka chińskiego dla Wojciecha Jakóbca to fascynacja, która trwa od 20 lat. Jego zdaniem Chiny to wciąż miejsce, w którym może on wiele odkryć. Chiny wciąż są moją pasją – zapewnił. Były polski dyplomata wyraził nadzieję, że młodym chińskim polonistom Polska nigdy się nie znudzi i tak samo jak młodym polskim sinologom Chiny.
Kiedy profesor Yi Lijun wspomina czas studiów w Polsce oraz pracę uniwersytecką, zawsze na pierwsze miejsce wysuwa pamięć o swoich obowiązkach związanych z tłumaczeniami. Wyraża zadowolenie z pracy, którą wykonywała. Jestem bardzo szczęśliwa z drogi, którą przeszłam w swoim całym życiu – podkreśliła. Nie żałuję, że wybrałam język polski – dodała. Nie wybrała go sama, ale uczyła się go intensywnie. Dużo pracowała przy tłumaczeniach z języka polskiego i jako wykładowczyni. Była po prostu lojalna wobec wyborów życiowych.
Od czasu powstania Chińskiej Republiki Ludowej w ciągu ostatnich 70 lat relacja między Chinami a Polską była ciągła, a nauka języków i tłumaczenia literackie mają istotny wpływ na stosunki bilateralne. Profesor Yi Lijun to wybitna postać, która niewątpliwie przyczyniła się do wzmocnienia więzi między Polską i Chinami. Jej następcy kontynuują jej działo, co potwierdza profesor Zhao Gang. To zjawisko wynika ze wzrostu potrzeby ze strony społeczeństwa, bo dzięki takiej inicjatywie jak „Pas i Szlak” kontakty między naszymi krajami są coraz częstsze – stwierdził. Obserwuję zainteresowanie językiem polskim w Chinach i wzrost liczby studiujących sinologię w Polsce, co wskazuje na dwustronne zainteresowanie – oznajmił profesor. Według niego to sygnał, który daje nadzieję na dobrą współpracę między państwami w przyszłości.

Laur dla Ksiąg Olgowych

Literacki Nobel 2019 dla Olgi Tokarczuk

Z twórczością Olgi Tokarczuk (rocznik 1962) zetknąłem się po raz pierwszy poprzez jej „Lalkę i perłę” (2001), wspaniały esej o „Lalce” Bolesława Prusa, odkrywający nowe, dotychczas nawet przez nikogo nieprzeczuwane warstwy tej wielkiej powieści. Już wtedy Olga Tokarczuk miała na swoim pisarskim koncie interesujące powieści: „Podróż ludzi księgi” (1993), „E.E” (1995), „Prawiek i inne czasy” (1996), „Dom dzienny, dom nocny” (1998). Tokarczuk stworzyła w nich swój odrębny świat, daleki od klasycznego, werystycznego realizmu, osadzony w wyobraźni bliskiej krainom mitologicznym, baśniowym, sferom czucia i intuicji, klimatom newage’owym, bliskim szlachetnym nurtom irracjonalizmu. „Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek” – powiedziała kiedyś. Proza Tokarczuk, przekładana na wiele języków, przeniknięta jest imperatywem przekraczania wszelkich granic, wyobrażonych i realnych, naznaczona swoistym świeckim panteizmem, miłością do natury traktowanej nie jako przestrzeń zewnętrzna, lecz jako egzystująca z człowiekiem w symbiozie, często przez człowieka odrzucanej i traktowanej okrutnie (n.p. „Prowadź swój pług przez umarłych kości”, 2009). Także jej „Prawiek i inne czasy” był emanacją swoistej „mitologii ziemi”, ale bardzo odległej zarówno od nacjonalistycznej ideologii „krwi i ziemi” rodem z Maurice Barrésa, jak i od prozy „chłopskiej” w duchu Tadeusza Nowaka czy Wiesława Myśliwskiego.
Dla Tokarczuk ziemia jest w tej powieści polem swoistego działania „kosmicznej magii”, mistycyzmu i duchowości dalekich od urzędowych religii, co niektórych inspirowało do porównywania jej prozy do latynoamerykańskiego „realizmu magicznego”. Bardzo charakterystyczną cechą prozy Olgi Tokarczuk jest jej bogata erudycyjność, encyklopedyzm, jak i językowe, lingwistyczne, twórcze bogactwo, ewokujące klimat z pogranicza snu, jawy, intuicji, czy tajemnic psychologicznych i parapsychologicznych, rodzących się w podświadomości. Wszystko to syntetyzuje się zwłaszcza w takich powieściach, jak „Bieguni” (2007) czy monumentalnych i pełnych rozmachu – godnego „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego – „Księgach Jakubowych” (2014), będących alegoryczną, duchową, poetycką w nastroju, ale w fakturze narracyjnej realistyczną, sensualną, uniwersalistyczną, polifoniczną, także stylistycznie, filozoficzną panoramą XVIII-wiecznej Europy. Olga Tokarczuk jest piątą polską pisarką, która otrzymała literacki laur noblowski, po Henryku Sienkiewiczu (1905), Władysławie S. Reymoncie (1924), Czesławie Miłoszu (1980) i Wisławie Szymborskiej (1996).

Seks, mózg i pot

Pornografia jako dziedzina kultury

Lojalnie uprzedzam tych, którzy lubią pornografię. W tym studium nie znajdziecie żadnej dodatkowej podniety pasa w dół, a może od szyi w górę, bo podobno wiodącym narządem płciowym jest mózg.
Ewa Stusińska poskąpiła nawet „chutliwej” ikonografii, której jest jak na lekarstwo, więc próżno szukać w jej uczonym studium czegokolwiek dla genitalnej przyjemności. Autorka pokazuje pornografię jako dziedzinę kultury bardziej niż natury. Czytelnika czeka tylko intelektualny wysiłek, bo to książkowa wersja pracy doktorskiej, z zakresu filozofii i antropologii, z punktu widzenia odbiorcy postronnego napisana raczej dość hermetycznym stylem i za pomocą hermetycznych pojęć i słów: definicje pornografii, erotyzmu, historia pornografii i analiza trzech typów dyskursu pornograficznego: klasycznego, nowoczesnego, estetycznego, a pośród tego erudycyjne odwołania do uczonych-mistrzów dziedziny, z Georgesem Bataille, Lindą Williams, Susanne Kappeler na czele. Rzecz uzupełniona analizą czterech egzemplifikacji z zakresu polskiej literatury porno: „Dzieje grzechu Stefana Żeromskiego, „Zmór” i „Motorów” Emila Zegadłowicza, „Na paryskim strychu” Rudolfa Niemca oraz „Rudolfa” Mariana Pankowskiego.
W aneksie wybór przepisów polskiego prawa dotykających pornografii, co oznacza, że studium to może być pomocne biegłym i adwokatom w procesach o upowszechnianie pornografii. Nie było i nie ma ich w Polsce wiele, ale kto wie, czy wraz w ewolucją polityczno-ideologiczną nie dojdzie do hossy i w tej dziedzinie. Szczerze polecam lekturę tego studium i choć nie obiecuję krwi i łez przy lekturze, to trochę potu może się polać, zwłaszcza z czoła. Nie będzie to jednak pot erotycznej rozkoszy, lecz pot pracującego mózgu.

Ewa Stusińska – „Dzieje grzechu. Dyskurs pornograficzny w polskiej prozie XX wieku”, wyd. Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018, str. 250, ISBN 978-83-7908-119-6.

Ostatnie wakacje

Pożegnanie epoki

Te dwie książki przedstawię razem, w jednym. Obie bowiem odnoszą się do rocznicowej okazji, do ostatnich wakacji II Rzeczypospolitej, wakacji roku 1939. To swoją drogą ciekawe, że w tym samym czasie, dwoje autorów, niezależnie od siebie, wpadło na pomysł by opowiedzieć, w opowieściach dokumentalnych, przepełnionych bogactwem detali, anegdot, personaliów, o tych ostatnich wakacjach, które były łabędzim śpiewem Arkadii dla bogatych, jaką była tamta Polska. Anna Lisiecka zaczyna swoją obficie ilustrowaną opowieść o ostatnich wakacjach zimowych, o narciarskim szusowaniu i szampańskich zabawach w lokalach zimowej stolicy Polski, w Zakopanem, pod Giewontem, a potem, po krótkiej nerwowej wiośnie naznaczonej samobójstwem Walerego Sławka i dramatycznym, majowym przemówieniu Józefa Becka w Sejmie, przychodzi rozkoszne, jednak beztroskie, gorące, prawie tropikalne lato, którego wakacyjne centrum to plaże niemieckiego Zopott, gdańskiego Brzeźna i Jelitkowa, a także nowopolskiej Gdyni, Orłowa, Helu, Juraty, Jastrzębiej Góry. Lisiecka wędruje różnymi szlakami wakacyjnego wypoczynku, także znanych postaci jak Maria Dąbrowska (Jaworz), Zofia Nałkowska (Truskawiec), Elżbieta Barszczewska (Huculszczyzna), Jan Kiepura (Krynica Górska). Pojawiają się też inne polskie strefy wakacyjnego wypoczynku – Kazimierz nad Wisłą, Spała i Wisła prezydenta Mościckiego, rozmaite wakacje w niezliczonych szlacheckich dworach (jeden z kanonicznych tematów szlachecko-inteligenckich wspomnień polskich z XX wieku). Towarzyszy temu nastrój, który pisarz Jacek Bocheński (miał w 1939 roku 13 lat) określił jako „makabryczno-rozrywkowy”, jako „taniec w przededniu kataklizmu”. Jest także wakacyjne, gdyńskie pożegnanie z ojczyzną Witolda Gombrowicza przed emigracyjnym rejsem do Argentyny polskim transatlantykiem. Kończy opowieść melancholijny akcent dotykający pierwszych dni wojennej jesieni, jeszcze nie do końca świadomej grozy jaka nadchodzi.
Marcin Zaborski w „Lato 1939. Jeszcze żyjemy” także opowiada o roku 1939 roku, ale letnie wakacje stanowią tylko jeden z wątków. W swojej opowieści rysuje panoramę życia latem (lipiec i sierpień) tego granicznego roku, pokazuje życie codzienne różnych grup, klas i środowisk, pokazuje życie miast, miasteczek i wsi, różne strefy życia obyczajowego (n.p. działalność oszustów matrymonialnych czy nocne wyścigi pijanych kierowców (!!! – nigdy bym się tego nie spodziewał po tamtych czasie), a także zwykłe życie gastronomiczne, kasowe hity kinowe, opowiada też o ówczesnej pogodzie i jej kaprysach, o historiach kryminalnych, o urodzaju runa leśnego itd. Zaborski znacznie bardziej niż autorka „Wakacji 1939” wychyla się w stronę, z której dochodzą groźne, wojenne pomruki (m.in. Wolne Miasto Gdańsk). Obie, wartko napisane, pasjonujące opowieści gorąco rekomenduję, nie tylko z rocznicowej okazji.

Literaturo, ty nad poziomy wylatuj

Czytałem te powieści z mnie samego zaskakującą przyjemnością.
Literackie, a przy tym erudycyjne stylizacje, naznaczone swobodną,
niczym nieskrępowaną wyobraźnią autorów, napisane piękną,
bogatą, wyszukaną polszczyzną, przez intelektualistów.
Jest między nimi sporo wspólnych mianowników.

Postanowiłem przedstawić te trzy powieści w jednym, bo jest między nimi sporo wspólnych mianowników, sporo podobieństw, acz oczywiste też różnice. To pełne fantazji literackie, a przy tym erudycyjne stylizacje, naznaczone swobodną, niczym nieskrępowaną wyobraźnią autorów, napisane piękną, bogatą, wyszukaną polszczyzną, przez intelektualistów (literaturoznawca, wysokokwalifikowany filolog-anglista, filolog klasyczny). „Ganimedes”, to bachiczna, z lekka gejowsko-narkotyczna fantazja, z erotyką w tle, barokowa, w bogactwie, w przepychu słownictwa i frazeologii, nasycona backgroundem erudycji i kultury autorskiej, obfitego quantum przeczytanych książek, obejrzanych obrazów i wysłuchanych utworów muzycznych. To stylizowana „feeria kiczu i przerysowania rodem z Almodovara, asocjacji z obrazami filmowymi Viscontiego, Felliniego (co zauważa nota wydawnicza), ale jeśliby iść dalej tym tropem i szukać innych jeszcze filiacji oraz „linków”, to można zawędrować choćby do ekscentrycznych filmów Jacquesa Tati, Petera Greenewaya, Woody Allena czy Paolo Sorentino, do najbardziej „odlecianych” powieści Kurta Vonneguta, Dana Browna czy fantasmagorii rodem z Tysiąca i Jednej Nocy czy z lekka surrealistyczne „wariactwa” z komedii Arystofanesa w rodzaju „Żab” (te pokrewieństwa i filiacje można by długo mnożyć).
„Donikąd” Konrada Czerskiego, to powieść stylizowana na opowieść kosmopolityczną o szkatułkowej strukturze, w której podobnie swobodna, nieskrępowana żadnymi względami życiowego prawdopodobieństwa, odlotowa wyobraźnia prowadzi bohatera, ostrymi przeskokami od Warmii do Nowego Jorku lat pięćdziesiątych XX wieku, od fantazyjnego Wrocławia do współczesnej Hiszpanii czy do całkowicie fikcyjnej i bezczasowej krainy Gen’ei, gdzie dusza autora zapragnie. Jest w tym i egzystencjalny oddech i barokowe, jak w „Ganimedesie”, przepyszne, bogactwo języka, jest z lekka parodystyczne nawiązanie (nieważne czy świadome czy podświadome) do kulturowych powieści detektywistycznych, „śledczych” („kultowy” motyw: na tropie tekstu) w rodzaju prozy Browna („Kod da Vinci”) czy Zafona czy filmu Polańskiego „Dziewiąte wrota”.
Najmniej skomplikowaną strukturę ma „Świat Ludwika” Andrzeja Katzenmaka, ale ta prostota także jest stylizowana – w tym przypadku na pisany prostym, niemal dziecięcym językiem (chwilami nasuwa to na myśl, że to delikatna parodia „ujutnego” języka i typu narracji prozy „grocholowo-kalicińskio-sowiej”), subtelny persyflaż bildungsroman, powieści o dojrzewaniu, a jednocześnie zakamuflowanej powiastki filozoficznej. Autor prowadzi swojego bohatera, subtelnie, bez ostentacji, przez doświadczenia prowadzące do poznania, do świadomościowych iluminacji, poprzez zdarzenia należące do porządku, w ramach którego stawiane są fundamentalne pytania filozoficzne. Czytałem te powieści z mnie samego zaskakującą przyjemnością, choć wydawało mi się, że gust do tego rodzaju prozy mam już, jako stary czytelnik, za sobą. Wciągnęły mnie jednak w przyjemność lektury nie wątłe, bez istotnego znaczenia według mnie, pretekstowe fabuły czyli tzw. „intryga”, lecz ich stylistyczny smak, ich estetyzujące tworzywo, ich klimat kulturowej, literackiej i intelektualnej, nie bójmy się tego słowa – postmodernistycznej zabawy. Którą i innym gorąco polecam.