„Ostry dyżur” i „Przedwiośnie” raz jeszcze?

O możliwości konfliktu racji politycznych z przysięgą Hipokratesa – aktualnie przyrzeczeniem lekarskim – już dawno zapomnieliśmy. Teraz powraca…

W okresie trwającej politycznej odwilży, w lipcu 1955 roku, miała miejsce na scenie Teatru Narodowego w Warszawie premiera dramatu Jerzego Lutowskiego „Ostry dyżur”. W atmosferze tamtych przedpaździernikowych dni był tak ważną i mocną wypowiedzią o granicach człowieczeństwa i niedawnych, tragicznych doświadczeniach czasu stalinizmu, że przez wiele lat gościł na krajowych scenach oraz dwukrotnie, w doborowych obsadach, w Teatrze Telewizji. Widziałem to przedstawienie na deskach Teatru Robotniczego im. Bolesława Barbackiego w Nowym Sączu w 1956 roku, a dziś jej najważniejsze przesłanie powraca.

Treść sztuki, ujmując najkrócej, to sytuacja, w której były akowski lekarz, niedawny więzień, jakoby wróg, osoba niepewna politycznie, ale jednocześnie jedyny w tym czasie i w tej okolicy doświadczony chirurg, ma operować i ratować życie wybitnego komunisty, nadto członka Biura Politycznego. Wokół tego zdarzenia toczy się polemika różnych poglądów i racji, ale jeszcze obfitsza miała miejsce wśród ówczesnych teatralnych recenzentów. Sztuka Lutowskiego, obecnie będąca jedynie znakiem tamtych czasów, potwierdza przede wszystkim elementarny i wiecznie aktualny kanon, jakim dla lekarza jest ratowanie każdego ludzkiego życia.

Takich dylematów

w kolejnych dziesięcioleciach Polski Ludowej już na szczęście nie było, a rozważania wokół służby zdrowia dotyczyły przede wszystkim tradycyjnych wtedy tematów: braku nowoczesnego sprzętu, różnego rodzaju protekcji i łapówkarstwa. W tej narracji nastąpił niestety bardzo groźny przełom, gdy w 1983 r. zmarł w szpitalu 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk, wcześniej brutalnie pobity w komisariacie MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście w Warszawie. W procesie sądowym za tę śmierć obwiniono i skazano dwóch pielęgniarzy z Pogotowia Ratunkowego. W winę skazanych nikt, łącznie z nadzorującym Milicję gen. Kiszczakiem, jako spirytus movens tego politycznego matactwa, nie wierzył, a taka obrona dobrego imienia MO nawet wśród działaczy partyjnych wywoływała zgorszenie.

W nowej politycznej rzeczywistości

problemy służby zdrowia objawiały się w permanentnym braku środków finansowych na utrzymanie szpitali i wynagrodzenia medycznego personelu, także w organizowanych z tej przyczyny protestach, ale za pierwszych rządów PiS prywatna tragedia rodziny Ziobrów, związana ze śmiercią męża i ojca, przeniesiona została na forum publiczne. Rozpoczęła się nagonka na tzw. układ lekarzy, a dr Mirosław Garlicki usłyszał od prokuratora 20 zarzutów zabójstwa w zamiarze ewentualnym, natomiast od ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry: „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.”

Posmak zemsty z wykorzystaniem

politycznego stanowiska okazał się jedynie drobnym incydentem w kontekście wielkiej gry w szacho-koronawirusa z udziałem nie takiego znów małego pionka, jakim jest minister zdrowia. Mózgiem na tej szachownicy jest oczywiście król – Kaczyński, królową – Morawiecki a skoczkiem (obrotowym) Duda, ale i Szumowski urósł do roli tak bardzo ważnej figury, że ten drugi i trzeci wielokrotnie się pod niego niejako publicznie „podpinali” ratując tym sposobem swój mocno nadszarpnięty wizerunek. Wśród wielu i ja dałem się nabrać, ale nie na podbite oczy pana ministra, a na wiarę w elementarne wartości, które zawsze kierować winny lekarzem, a chwilowo ministrem zdrowia.

„Przyrzekam…

służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu; według najlepszej mej wiedzy, przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic…mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek…nie nadużywać ich zaufania…strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić…Przyrzekam to uroczyście!”

Równia pochyła prestiżu,

po której zjeżdża pan minister odpowiada liczbie jego wystąpień, także z tymi wcześniejszymi zaprzeczeniami, wyjątkowej zgodności pomiędzy przebiegiem epidemii a celami politycznymi PiS oraz z nadzwyczaj niezbornymi, a czasem wręcz bardzo dziwnymi poczynaniami Ministerstwa. Nie będę ich przytaczał, gdyż w prasie codziennej i w jednym z ostatnich wydań „Przeglądu” wystarczająco dużo i obszernie o tym doniesiono.

Nie będę pastwił się nad aferą z ministerialnym zakupem u znajomego sporej liczby ochraniaczy zgłoszonej do prokuratury dopiero po prasowej publikacji, także nad pijarowskimi grami o dobrych-złych maseczkach z Chin i z Unii Europejskie, albo na odwrót: złych i dobrych. Zresztą to na jedno wychodzi. Nie zdziwił mnie także – bo w państwie rządzonym przez PiS wszystko jest możliwe – zakup maseczek przez Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, bo dotąd niesłusznie myślałem, że zajmuje się on tylko wydobyciem, dostarczając do skarbu państwa środki m. in. na zakup wspomnianych maseczek. W kontekście tej niezwykle nowatorskiej inicjatywy niestety nie doczekałem się zakupu respiratorów przez fabrykę porcelany w Ćmielowie, odzieży ochronnej przez Stocznię Gdańską (jeżeli jeszcze istnieje), ani też nowych karetek pogotowia pozyskanych przez upadającą Stadninę Koni w Janowie Podlaskim.

Nie dowiedziałem się również, bo sam pan minister Szumowski oświadczył, że nie wie, dlaczego tak mało testów wykonuje się w kraju, natomiast dr Andrzej Sośnierz- poseł sojuszniczego z PiS Porozumienia zarzuca rządowi sterowanie wynikami testów na koronawirusa: „Krzywa zachorowań jest wypłaszczana sztucznie…Przy małej liczbie testów można prokurować sztuczne wypłaszczanie. Prawda jest taka, że rozwój epidemii w Polsce i na Śląsku był i jest inny niż to, co pokazuje minister zdrowia.” Pośrednio powyższą opinię potwierdza informacja, że Ministerstwo Zdrowia chce zablokować dostęp do testów na koronawirusa – laboratoria z certyfikatem będą mogły robić ich tylko tyle, na ile pozwoli resort.

Za dużo tu pytań

bez odpowiedzi, niejasnych sytuacji, braku transparentności, matactwa, bałaganu bądź świadomie sterowanej sytuacji. Także przedziwnych interesów, jak to w naturze PiS i pozornej troski o stan zdrowia obywateli poprzez policyjne akcje uśmierzające protesty. Za dużo przerażających podejrzeń i wniosków dotyczących gry zdrowiem i życiem Polaków.

Dochodzimy do przepaści,

w którą już wrzucono konstytucyjne normy i szereg innych przepisów prawa, pojęcie prawdy historycznej i tej naszej codziennej, podstawowe wartości chrześcijańskie i ogólnoludzkie, zasady demokracji i społecznego współżycia, szacunek dla innych i samego siebie, wreszcie struktury naszego państwa. Teraz, w imię politycznego interesu i obłąkańczej idei – tak jak w czasach „Ostrego dyżuru” – ma się w tę nicość staczać wartość najwyższa, jaką jest ludzkie życie.

W sukurs tych rozważań

przyszedł na portalu pisarze.pl szkic znanego literackiego krytyka Janusza Termera „Kilka uwag o sytuacji literatury po roku 1949”.

„W Polsce, jak wiadomo, literatura piękna miała do spełnienia „od zawsze”, czyli od samych swych renesansowych początków, misję specyficzną i szczególną. Wynikającą z historycznych przesłanek naszych narodowych dziejów i losów ludzkich… Od czasów Jana Kochanowskiego, Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Stefana Żeromskiego, po Witolda Gombrowicza, Władysława Broniewskiego, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza… Sygnały, znaki i symbole zainteresowań problematyką narodową i obywatelską, płynące z wybitnych dzieł literackich – dominowały lub częstokroć zastępowały nie tylko w latach rozbiorów te inne słabiej w realnym życiu obecne instytucjonalne formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej.”

„Na początku XXI wieku „pisarz staje się powoli, ale jednak, coraz bardziej potrzebny; przede wszystkim tym, którzy poszukają w literaturze czegoś więcej niż samego tylko czystego i pragmatycznie rozumianego nowego „interesu” politycznego, ideologicznego czy merkantylnego.”

Ten szkic kończy Termer słowami: „Być może znajdzie się tu też wkrótce miejsce nie tylko na nowe „Przedwiośnie…”

Jednak oczekiwanie na współczesne „Przedwiośnia”, pomimo wszystko, wydaje się najważniejsze w aktualnym, przerażającym i wszechogarniającym stanie polskich spraw. Ważące wypowiedzi o dzisiejszych czasach, jakimi by nie były rodzajami i gatunkami literackimi, i w jaki by sposób do publicznego obiegu nie trafiły, są obecnie o tyle głęboko zasadne, że być może stanowią już jedną z nielicznych i możliwych dróg skutecznego dotarcia do świadomości naszego społeczeństwa. Na początku zawsze było słowo, a historia, nie tylko literatury, zna wystarczająco dużo przykładów dzieł, które kształtowały i zmieniały poglądy i postawy milionów ludzi.

Zbyt wielu po 1989 roku było przekonanych, że wyzwoliwszy się z okowów poprzedniego ustroju wreszcie nadszedł czas suwerenności, wolności, demokracji, państwa prawa, a nadto szczęśliwości i bogactwa jak na Zachodzie. Nawet sceptycy i krytycy nowej społeczno-polityczno-ekonomicznej rzeczywistości, powołujący się na doświadczenia innych kapitalistycznych krajów, nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, którą obecnie w Polsce doświadczamy.

Wszystkie przymioty nowego ustroju zawiodły, „formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej” okazały się zawodne, stronnicze, podatne na kolejne ideologie i na zysk, natomiast pozbawione minimum obiektywizmu, odwagi, społecznej wrażliwości i odpowiedzialności za rzeczywiste dobro jakim jest wspólna Rzeczpospolita.

W niejakiej bezsilności przychodzi nam ponownie oczekiwać z nadzieją na nowe „Przedwiośnie”.