Kto zbuduje otwartą Polskę?

Robert Biedroń, kandydat Lewicy na prezydenta Polski, dał swoim rywalom szansę jednoznacznie wypowiedzieć się w kwestiach o fundamentalnym społecznym znaczeniu.

Zmierzmy się na wizje Polski, a nie puste frazesy – zwrócił się Biedroń do swoich kontrkandydatów, wszystkich mniej lub bardziej prawicowych, na konferencji prasowej 3 czerwca. Następnie wskazał pięć pytań dotyczących życia społecznego i politycznego, na które on sam bez wahania odpowiada twierdząco.

Robert Biedroń w pierwszej kolejności zapytał swoich rywali, czy poprą ideę utworzenia publicznej firmy deweloperskiej, który wybuduje milion tanich mieszkań na wynajem? Bez tego rodzaju posunięcia wszelkie zapowiedzi zmian w polityce mieszkaniowej są co najmniej niekonsekwentne. Pokazały to wdrażane dotąd programy mieszkaniowe.

Pytanie drugie może sprawić prawicowym politykom sporo kłopotu. Brzmi bowiem: czy podpiszę ustawę o sprawiedliwym opodatkowaniu Kościoła?

Kto chce zatrzymać reprywatyzację?

Pytanie trzecie przywraca do debaty publicznej głośno dyskutowany w 2019 r., a potem przygasłą sprawę reprywatyzacji. PiS „grzał” ten temat, dopóki mogło to przełożyć się na dobry wynik wyborczy Patryka Jakiego, walczącego o fotel prezydenta Warszawy, potem nadzieje na ustawę reprywatyzacyjną rozwiały się. Robert Biedroń pyta potencjalnych prezydentów Polski: czy podpiszecie taką ustawę, by zakończyć dziką reprywatyzację i związane z nią patologie?

Pytanie czwarte dotyczy praw kobiet do decydowania o swoim ciele, w tym do bezpiecznego przerywania ciąży. Czy moi kontrkandydaci podpiszą ustawę o dostępie do bezpiecznego przerywania ciąży do 12. tygodnia – zapytał Biedroń.

Ocalić służbę zdrowia

Pytanie piąte dotyka fundamentalnego cywilizacyjnego problemu. Koronawirus przypomniał wszystkim, że polska służba zdrowia trzeszczy w szwach, trzymając się głównie na oddaniu pracowników, wykonujących swoje obowiązki w poczuciu wielkiej odpowiedzialności. Biedroń zapytał swoich rywali, czy są gotowi podpisać ustawę o zwiększeniu nakładów na ten cel do poziomu 7,2 proc. PKB, sugerowanego w ubiegłym roku przez lekarzy współpracujących z Lewicą.

– Z dumą mówię o Polsce otwartej, tolerancyjnej, w której wszyscy obywatele mają równe prawa. Chcę Polski, która jest w stanie zaopiekować się obywatelami w trudnych czasach kryzysu, ale za to nie mówi im jak mają żyć, w co wierzyć, ani kogo mogą kochać. Chcę nowoczesnego państwa dobrobytu dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych – podsumował Biedroń. Na razie jedyny kandydat, który na wszystkie postawione pytania stanowczo odpowiada twierdząco.

„Ostry dyżur” i „Przedwiośnie” raz jeszcze?

O możliwości konfliktu racji politycznych z przysięgą Hipokratesa – aktualnie przyrzeczeniem lekarskim – już dawno zapomnieliśmy. Teraz powraca…

W okresie trwającej politycznej odwilży, w lipcu 1955 roku, miała miejsce na scenie Teatru Narodowego w Warszawie premiera dramatu Jerzego Lutowskiego „Ostry dyżur”. W atmosferze tamtych przedpaździernikowych dni był tak ważną i mocną wypowiedzią o granicach człowieczeństwa i niedawnych, tragicznych doświadczeniach czasu stalinizmu, że przez wiele lat gościł na krajowych scenach oraz dwukrotnie, w doborowych obsadach, w Teatrze Telewizji. Widziałem to przedstawienie na deskach Teatru Robotniczego im. Bolesława Barbackiego w Nowym Sączu w 1956 roku, a dziś jej najważniejsze przesłanie powraca.

Treść sztuki, ujmując najkrócej, to sytuacja, w której były akowski lekarz, niedawny więzień, jakoby wróg, osoba niepewna politycznie, ale jednocześnie jedyny w tym czasie i w tej okolicy doświadczony chirurg, ma operować i ratować życie wybitnego komunisty, nadto członka Biura Politycznego. Wokół tego zdarzenia toczy się polemika różnych poglądów i racji, ale jeszcze obfitsza miała miejsce wśród ówczesnych teatralnych recenzentów. Sztuka Lutowskiego, obecnie będąca jedynie znakiem tamtych czasów, potwierdza przede wszystkim elementarny i wiecznie aktualny kanon, jakim dla lekarza jest ratowanie każdego ludzkiego życia.

Takich dylematów

w kolejnych dziesięcioleciach Polski Ludowej już na szczęście nie było, a rozważania wokół służby zdrowia dotyczyły przede wszystkim tradycyjnych wtedy tematów: braku nowoczesnego sprzętu, różnego rodzaju protekcji i łapówkarstwa. W tej narracji nastąpił niestety bardzo groźny przełom, gdy w 1983 r. zmarł w szpitalu 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk, wcześniej brutalnie pobity w komisariacie MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście w Warszawie. W procesie sądowym za tę śmierć obwiniono i skazano dwóch pielęgniarzy z Pogotowia Ratunkowego. W winę skazanych nikt, łącznie z nadzorującym Milicję gen. Kiszczakiem, jako spirytus movens tego politycznego matactwa, nie wierzył, a taka obrona dobrego imienia MO nawet wśród działaczy partyjnych wywoływała zgorszenie.

W nowej politycznej rzeczywistości

problemy służby zdrowia objawiały się w permanentnym braku środków finansowych na utrzymanie szpitali i wynagrodzenia medycznego personelu, także w organizowanych z tej przyczyny protestach, ale za pierwszych rządów PiS prywatna tragedia rodziny Ziobrów, związana ze śmiercią męża i ojca, przeniesiona została na forum publiczne. Rozpoczęła się nagonka na tzw. układ lekarzy, a dr Mirosław Garlicki usłyszał od prokuratora 20 zarzutów zabójstwa w zamiarze ewentualnym, natomiast od ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry: „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.”

Posmak zemsty z wykorzystaniem

politycznego stanowiska okazał się jedynie drobnym incydentem w kontekście wielkiej gry w szacho-koronawirusa z udziałem nie takiego znów małego pionka, jakim jest minister zdrowia. Mózgiem na tej szachownicy jest oczywiście król – Kaczyński, królową – Morawiecki a skoczkiem (obrotowym) Duda, ale i Szumowski urósł do roli tak bardzo ważnej figury, że ten drugi i trzeci wielokrotnie się pod niego niejako publicznie „podpinali” ratując tym sposobem swój mocno nadszarpnięty wizerunek. Wśród wielu i ja dałem się nabrać, ale nie na podbite oczy pana ministra, a na wiarę w elementarne wartości, które zawsze kierować winny lekarzem, a chwilowo ministrem zdrowia.

„Przyrzekam…

służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu; według najlepszej mej wiedzy, przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic…mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek…nie nadużywać ich zaufania…strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić…Przyrzekam to uroczyście!”

Równia pochyła prestiżu,

po której zjeżdża pan minister odpowiada liczbie jego wystąpień, także z tymi wcześniejszymi zaprzeczeniami, wyjątkowej zgodności pomiędzy przebiegiem epidemii a celami politycznymi PiS oraz z nadzwyczaj niezbornymi, a czasem wręcz bardzo dziwnymi poczynaniami Ministerstwa. Nie będę ich przytaczał, gdyż w prasie codziennej i w jednym z ostatnich wydań „Przeglądu” wystarczająco dużo i obszernie o tym doniesiono.

Nie będę pastwił się nad aferą z ministerialnym zakupem u znajomego sporej liczby ochraniaczy zgłoszonej do prokuratury dopiero po prasowej publikacji, także nad pijarowskimi grami o dobrych-złych maseczkach z Chin i z Unii Europejskie, albo na odwrót: złych i dobrych. Zresztą to na jedno wychodzi. Nie zdziwił mnie także – bo w państwie rządzonym przez PiS wszystko jest możliwe – zakup maseczek przez Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, bo dotąd niesłusznie myślałem, że zajmuje się on tylko wydobyciem, dostarczając do skarbu państwa środki m. in. na zakup wspomnianych maseczek. W kontekście tej niezwykle nowatorskiej inicjatywy niestety nie doczekałem się zakupu respiratorów przez fabrykę porcelany w Ćmielowie, odzieży ochronnej przez Stocznię Gdańską (jeżeli jeszcze istnieje), ani też nowych karetek pogotowia pozyskanych przez upadającą Stadninę Koni w Janowie Podlaskim.

Nie dowiedziałem się również, bo sam pan minister Szumowski oświadczył, że nie wie, dlaczego tak mało testów wykonuje się w kraju, natomiast dr Andrzej Sośnierz- poseł sojuszniczego z PiS Porozumienia zarzuca rządowi sterowanie wynikami testów na koronawirusa: „Krzywa zachorowań jest wypłaszczana sztucznie…Przy małej liczbie testów można prokurować sztuczne wypłaszczanie. Prawda jest taka, że rozwój epidemii w Polsce i na Śląsku był i jest inny niż to, co pokazuje minister zdrowia.” Pośrednio powyższą opinię potwierdza informacja, że Ministerstwo Zdrowia chce zablokować dostęp do testów na koronawirusa – laboratoria z certyfikatem będą mogły robić ich tylko tyle, na ile pozwoli resort.

Za dużo tu pytań

bez odpowiedzi, niejasnych sytuacji, braku transparentności, matactwa, bałaganu bądź świadomie sterowanej sytuacji. Także przedziwnych interesów, jak to w naturze PiS i pozornej troski o stan zdrowia obywateli poprzez policyjne akcje uśmierzające protesty. Za dużo przerażających podejrzeń i wniosków dotyczących gry zdrowiem i życiem Polaków.

Dochodzimy do przepaści,

w którą już wrzucono konstytucyjne normy i szereg innych przepisów prawa, pojęcie prawdy historycznej i tej naszej codziennej, podstawowe wartości chrześcijańskie i ogólnoludzkie, zasady demokracji i społecznego współżycia, szacunek dla innych i samego siebie, wreszcie struktury naszego państwa. Teraz, w imię politycznego interesu i obłąkańczej idei – tak jak w czasach „Ostrego dyżuru” – ma się w tę nicość staczać wartość najwyższa, jaką jest ludzkie życie.

W sukurs tych rozważań

przyszedł na portalu pisarze.pl szkic znanego literackiego krytyka Janusza Termera „Kilka uwag o sytuacji literatury po roku 1949”.

„W Polsce, jak wiadomo, literatura piękna miała do spełnienia „od zawsze”, czyli od samych swych renesansowych początków, misję specyficzną i szczególną. Wynikającą z historycznych przesłanek naszych narodowych dziejów i losów ludzkich… Od czasów Jana Kochanowskiego, Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Stefana Żeromskiego, po Witolda Gombrowicza, Władysława Broniewskiego, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza… Sygnały, znaki i symbole zainteresowań problematyką narodową i obywatelską, płynące z wybitnych dzieł literackich – dominowały lub częstokroć zastępowały nie tylko w latach rozbiorów te inne słabiej w realnym życiu obecne instytucjonalne formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej.”

„Na początku XXI wieku „pisarz staje się powoli, ale jednak, coraz bardziej potrzebny; przede wszystkim tym, którzy poszukają w literaturze czegoś więcej niż samego tylko czystego i pragmatycznie rozumianego nowego „interesu” politycznego, ideologicznego czy merkantylnego.”

Ten szkic kończy Termer słowami: „Być może znajdzie się tu też wkrótce miejsce nie tylko na nowe „Przedwiośnie…”

Jednak oczekiwanie na współczesne „Przedwiośnia”, pomimo wszystko, wydaje się najważniejsze w aktualnym, przerażającym i wszechogarniającym stanie polskich spraw. Ważące wypowiedzi o dzisiejszych czasach, jakimi by nie były rodzajami i gatunkami literackimi, i w jaki by sposób do publicznego obiegu nie trafiły, są obecnie o tyle głęboko zasadne, że być może stanowią już jedną z nielicznych i możliwych dróg skutecznego dotarcia do świadomości naszego społeczeństwa. Na początku zawsze było słowo, a historia, nie tylko literatury, zna wystarczająco dużo przykładów dzieł, które kształtowały i zmieniały poglądy i postawy milionów ludzi.

Zbyt wielu po 1989 roku było przekonanych, że wyzwoliwszy się z okowów poprzedniego ustroju wreszcie nadszedł czas suwerenności, wolności, demokracji, państwa prawa, a nadto szczęśliwości i bogactwa jak na Zachodzie. Nawet sceptycy i krytycy nowej społeczno-polityczno-ekonomicznej rzeczywistości, powołujący się na doświadczenia innych kapitalistycznych krajów, nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, którą obecnie w Polsce doświadczamy.

Wszystkie przymioty nowego ustroju zawiodły, „formy i sposoby komunikacji (perswazji) społecznej” okazały się zawodne, stronnicze, podatne na kolejne ideologie i na zysk, natomiast pozbawione minimum obiektywizmu, odwagi, społecznej wrażliwości i odpowiedzialności za rzeczywiste dobro jakim jest wspólna Rzeczpospolita.

W niejakiej bezsilności przychodzi nam ponownie oczekiwać z nadzieją na nowe „Przedwiośnie”.

Tacy jesteśmy?

Czas epidemii zdejmuje z nas przebrania i maski. Pokazuje to, co staramy się ukryć. Jakby na przekór konieczności zakrywania twarzy maską realną, zakładaną dla powstrzymania epidemii.

Z twarzy ministra Szumowskiego z łoskotem spadła maska troskliwego, zapracowanego i współczującego lekarza. Spoza niej wyskoczyła gęba podporządkowanego partyjnym wytycznym urzędnika. Pierwszy raz obsunęła się maska, kiedy lekarz walczący z epidemią i zapewniający o swojej nieustającej pracy i wsparciu dla medyków, jako poseł i urzędas zagłosował przeciw powszechnemu testowaniu pracowników systemu opieki zdrowotnej. Wbrew logice, wbrew wszystkim doświadczeniom z państw, które testując tysiące swoich obywatelek i obywateli, a przede wszystkim pracowników systemu zdrowia, pierwsze osiągnęły sukces w powstrzymaniu zakażeń. Zdrowy rozsądek podpowiada, że skoro istnieje wysokie prawdopodobieństwo przenoszenia się zakażeń od osób chorujących bezobjawowo lub z tylko skąpymi objawami oraz, że najbardziej na zakażenie narażeni są ludzie pracujący w systemie ochrony zdrowia, to należy możliwie szybko i skrupulatnie rozpoznać zakażonych i oddzielić ich od pozostałych. Odsetek zakażonych koronawirusem medyków, pielęgniarek, fizjoterapeutów i pracowników DPS-ów jest w Polsce zatrważający. Szpitale i DPS-y stały się ogniskami epidemii.

Szumowski wbrew logice powtarza, że nie ma wskazań do prewencyjnego testowania. Zgrzyt spadającej z oblicza ministra zdrowia maski słyszeliśmy w powtarzanych komunikatach o kolejnym zamkniętym z powodu zakażenia DPS-ie, którego jednak nie ma powodu ewakuować, nawet wtedy gdy umierają tam bezbronni starzy i chorzy pensjonariusze, a załoga chora z przepracowania i zakażenia wbrew prawu zmuszana jest do pracy. Minister nie „zamyka DPS-ów”, może zrobić to jedynie Inspekcja Sanitarna”. Maska spadła z hukiem do końca gdy minister raczył wydać „rekomendację w sprawie wyborów prezydenckich”. Mimo blisko 10 tys. dotąd potwierdzonych, wzrastającej codziennie liczby nowych wykrywanych zakażeń i rosnącej liczbie zmarłych z powodu covid -19, minister zdrowia oświadczył, że wybory prezydenckie mogą i powinny się odbyć albo w maju jako „korespondencyjne i bezpieczne” albo dopiero za dwa lata. Nieważne, że nie ma do tego żadnych podstaw prawnych. Że wybory w maju bez względu na ich formę zagrażają zdrowiu i życiu milionów wyborców. Że ustawa zamieniająca powszechne, równe, tajne i bezpośrednie wybory Prezydenta RP w „usługę pocztową” jest niekonstytucyjna i nie została uchwalona. A jeśli władza przepchnie ją butem, nie będzie czasu na minimalne choćby przygotowanie do jej prawidłowego przeprowadzenia. Gdy nie ma siły argumentów, władzy zostaje argument siły. Szumowski zrzucając maskę lekarza pokazał gębę podporządkowanego, partyjnego urzędnika.

Połowa Klubu „Lewica” zagłosowała w ostatnim tygodniu za dalszym procedowaniem ohydnego projektu ustawy przywracającej możliwość udziału dzieci w polowaniach oraz przeciw testowaniu wszystkich pracowników sytemu ochrony zdrowia. Nikt z Klubu nie wyjaśnił powodu. Spadły maski lewicowych polityczek i polityków. Zobaczyliśmy ludzi niemających pojęcia za czym i dlaczego oddają głosy. I nieczujących obowiązku ani potrzeby jakiegokolwiek wyjaśnienia swoich wyborów.
Maska sprawnego i odpowiedzialnego włodarza Mazowsza zjechała z twarzy wojewody Konstantego Radziwiłła, gdy prawem władcy absolutnego, pod groźbą odebrania pracy i kar finansowych „kierował” pielęgniarki do pracy w umierających DPS-ach. Gęba oślizgłego węża, którą już wcześniej prezentował Radziwiłł jako lekarz i „ekspert” od zdrowia wylazła na wierzch i poraziła swoją szpetotą. Zadanie dbałości o bezpieczeństwo i zdrowie obywatelek i obywateli okazało się trudniejsze niż posłużenie się batem grzywny, kary, poniżenia godności. Można rzec – Radziwiłł pełną gębą.

Jeszcze niedawno klaskali z balkonów lekarzom i pielęgniarkom. Internet zalewały podziękowania i wyrazy wsparcia. Po tygodniu coraz częściej, w realu, w progu bloku, wracających ze szpitali medyków spotyka złość sąsiadów. Słychać syk „zaraz nam tu syfa przyniesie” i rozkazy „wyprowadź się”. Pojawiają się ogłoszenia w sklepikach – „lekarzy i pielęgniarek w naszym sklepie nie obsługujemy”.

W powiecie gnieźnieńskim jakaś „dobra dusza” wrzuciła do Internetu listę osób w kwarantannie. Inspekcja Sanitarna potwierdziła, że dane są prawdziwe. Prokuratura i policja wszczęły dochodzenie. Zamknięci w swoich domach ludzie boją się linczu.

Starosta z Wysokiego Mazowieckiego wpadł na racjonalizatorski pomysł „oznaczania” domów osób zakażonych koronawirusem. Przekonywał, że taka informacja jest „niezwykle istotna dla pozostałej części społeczeństwa”. Propozycja upadła, a starosta skomentował: „z niewinnego pomysłu zrobił się problem”.

Gdzieś w Polsce ktoś wpadł na pomysł odmowy przyjęcia lekarskiego dziecka do przedszkola, oczywiście w imię „dobra dzieci”.

Maski spadły a zza nich wylazły gęby odwiecznego polskiego kołtuna.
Tylko prezes nie zmienia maski. Maska potwora pałającego żądzą władzy i zemsty na każdej i każdym, kto staje mu na drodze na zawsze już zastąpiła ludzką twarz prezesa. Stała się nią. I jest. Nawet wtedy, gdy prezes udając, że także jego dotyczą „rządowe rozporządzenia na czas epidemii” zasłonił twarz chirurgiczną maseczką.

Tacy jesteśmy, Polki i Polacy wiosną 2020r.

Ps. Wiem o solidarności, która nas „łączy z chorującymi i lekarzami”, wiem o „ofiarności”, „zbiórkach funduszy”, „szyciu masek dla lekarzy”, „posiłkach dostarczanych za darmo do szpitali”, „ochotnikach i ochotniczkach zgłaszających się na apel do pomocy w DPS-ach”. To wszystko jest piękną prawdą. Chylę przed nią czoło, doceniam i podziwiam. Ale jeśli uznamy, że ta „piękna” powinna przysłonić nam tę „niechcianą, brzydką” prawdę, to znowu za moment okażemy się bezradni. Jak wtedy, gdy wielbiąc Solidarność przez duże „S”, nie chcieliśmy wiedzieć, że logo było maską zasłaniającą brak zwyczajnej ludzkiej solidarności, obskurantyzm, pospolite karierowiczostwo i zwyczajne draństwo.

Statystyka

Coś się w świecie dzieje niedobrego i to naprawdę. Najlepszy tego dowód, to Janusz Korwin-Mikke, który publicznie przyznał, że zamierza się podporządkować koronawirusowym restrykcjom. Pora umierać.

Tak sobie myślę, że tych chorych, zwłaszcza chorujących bezobjawowo jest od groma. Dużo więcej, niż mówią o tym jakiekolwiek statystyki. Ludzie nie wiedzą, że mają to cholerstwo w sobie i może to i lepiej. Bo jakby się dowiedzieli, to by dopiero była panika. U mojej małżonki w robocie zrobili testy lekarzom i pielęgniarkom po tym, jak u jednego z pacjentów wykryto covid. Żadne z przebadanych nie miał objawów, a 30-tu procentom wyszło dodatnio. Podobnie trzeba traktować statystyki: tam, gdzie są objawy i niewydolność, a w konsekwencji zejście, robią testy i wpisują w akt zgonu koronawirusa. A tam gdzie człowiek zejdzie bezobjawowo, testów robić nie trzeba, bo taki test niczego już dla nieboszczyka nie zmieni. Każda władza, która się przypętała do koryta w wolnej Polsce, bardziej lub mniej spartoliła nam służbę zdrowia. Pomysły mieli wszyscy wielkie i wzniosłe. Okazywało się jednak, że na nich się zwykle kończyło. Mało lekarzy, płakali politycy. Wyjeżdżają na zachód. Wszystko prawda. Ale, że mało pielęgniarek i pielęgniarzy, to już za bardzo nikogo nie obchodziło. Raz na jakiś czas pielęgniarki wydrapywały sobie pod URM-em parę groszy więcej i na chwilę był spokój. Jak z leczeniem wrzodziejącej rany plasterkiem na odciski. Dziwnym więc nie było, że po jakimś czasie, zwykle krótszym niż dłuższym, wracaliśmy razem z pielęgniarkami do tego samego miejsca, pod pałac Rady Ministrów, żeby nowy pan sypnął ciut więcej, bo znowu nie starczało do pierwszego. Pojawiały się też pomysły, żeby dawać więcej z PKB na służbę zdrowia, bo wtedy się na pewno polepszy. Nie powiem, wolę żeby dawano więcej na zdrowie niż na zbrojenia, ale czy to załatwi służby zdrowia problemy, pewności nie mam. Aparat administracyjno-urzędniczy, który obrósł jak bluszcz polskie lecznice i włada niepodzielnie systemem, przeżre każdą ilość publicznego pieniądza, którą się doń dosypie. Kiedyś w Polsce rozbłysła również myśl, żeby służbę zdrowia usprawnić w ten sposób, aby gros pacjentów przejmowali lekarze rodzinni, inaczej zwani, lekarzami pierwszego kontaktu. I to dla mnie miało i ma sens nadal. Bo na Zachodzie tak to właśnie działa. U nas niestety nie zadziałało. Cały czas wysyła się ludzi do specjalistów, żeby zapychać kolejki i przedłużać w nieskończoność diagnostykę, przy okazji drenując budżet całą masą zbędnych badań. Ale kto by się przejmował państwowym groszem. Do przychodni, jeszcze przed zarazą, trafia 90-letnia staruszka, która siedząc na ustępie usnęła ze znużenia. Przewróciła się i głową uderzyła w umywalkę, nabijając sobie sporego guza. Babuleńka płacze, bo ją boli. Rodzina wiezie babuleńkę na SOR. Tam, młody dochtór, spanikowany, bo babcia z demencją leje łzy i wzywa na pomoc świętą Teresę, zleca na cito tomografię głowy, wszystkie badania krwi, jakie się tylko da i zastanawia się jeszcze nad rezonansem. To wszystko kosztuje, ale co tam, stać nas.
W Skandynawii, albo w krajach Beneluksu, zadzwoniono by zapewne po lekarza. Ten przyjechałby. Zobaczyłby pacjentkę, starszą panią z guzem. Pomacał, sprawdził źrenice i na koniec zaordynował, żeby dawać babci do kaszy na wieczór trochę więcej błonnika. Wtedy będzie siedzieć na ustępie krócej, a tym samym ryzyko, że uderzy się w głowę drugi raz, będzie odpowiednio mniejsze. A tak, na co dzień, niechaj sobie babcia żyje jeszcze ile się da i nie szlaja się po szpitalach, bo jakie licho się przypęta i zarazi się czymś na izbie przyjęć, a w jej wieku to niewskazane.

To, mili Państwo mam na myśli, kiedy mówię o różnicy w podejściu-także do chorych, a tym samym, do państwowej służby zdrowia, którą trzeba mądrze zarządzać. Plan z lekarzami pierwszego kontaktu był jak dotąd jednym z lepiej pomyślanych, ale fatalnie, jak to u nas, wdrożonych. Zbili na tym kapitał koniunkturaliści, bo wszystko i tak rozbiło się o pieniądze i kontrakty z NFZ-tu. Tymczasem to w młodzieży chowaniu i kształceniu cała nadzieja. Mój przyjaciel, ordynator na jednym z oddziałów w stołecznym szpitalu i akademicki dydaktyk, przed łóżkiem chorego w trakcie badania ma 20 studentów. Ci z ostatniego rzędu nawet nie mają szans usłyszeć chorego, a co dopiero go zobaczyć czy zbadać.

Jak budżetówka walczy o przeżycie – służba zdrowia

25 kwietnia był nie tylko dniem zawieszenia strajku nauczycieli, porażki tej grupy zawodowej w konfrontacji z rządem Prawa i Sprawiedliwości. Tego samego dnia w Łodzi miało miejsce coś niezwykle ciekawego i obiecującego – wspólna, oddolna akcja nauczycielek, muzealników, urzędników i pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, kadr sądowych i pracowników prokuratur. Łódzka demonstracja była dla nas pretekstem, by przyjrzeć się sytuacji w różnych sektorach budżetówki – a w wielu narasta gniew.

Wyraz temu dają organizatorzy demonstracji w facebookowej zapowiedzi wydarzenia. Na stronie o wymownej nazwie Zaniedbani i Pomijani stwierdzają, że pracownicy budżetówki są grupą dla rządu niewidoczną. Nikt z elity nie rozumie, że „bez pracowników sądów i prokuratur nie ma wymiaru sprawiedliwości. Bez muzealników i bibliotekarzy nie ma pamięci, tradycji – wszystkiego, co czyni z nas wspólnotę. Bez nauczycieli nie ma szkół. Bez urzędników nie ma administracji rządowej oraz lokalnej. Jednym słowem – bez nas nie ma przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości!”.
Budżetówka to również służba zdrowia – w niej kolejny protest rozpoczął się 7 maja. Ponad rok temu cała Polska patrzyła na strajkujących rezydentów; teraz prawdę o swojej pracy spróbują przekazać społeczeństwu fizjoterapeuci. To wykwalifikowani specjaliści po studiach wyższych, tymczasem w publicznej służbie zdrowia mogą liczyć na zarobki rzędu 2200-2400 zł brutto. Nic dziwnego, że chętnych do pracy w szpitalach brakuje i ci, którzy tam (jeszcze) pracują, są obciążeni nad miarę.

O położeniu tej grupy zawodowej i planach protestu opowiedział Portalowi Strajk dr Tomasz Dybek, przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii oraz wiceprzewodniczący Rady Branży OPZZ „Usługi Publiczne”.

Jak wyglądały dotychczasowe rozmowy fizjoterapeutów z rządem?
Minister obiecał na spotkaniu 21 stycznia podwyżki dla grup pominiętych we wcześniejszych porozumieniach w służbie zdrowia. Przyznał przy tym, że zarobki fizjoterapeutów są śmieszne – zarabiamy od 1600-1800 złotych na rękę po studiach magisterskich. W dodatku fizjoterapeuci do tego czasu uczestniczyli czynnie w bardzo wielu akcjach, w tym w proteście głodowym rezydentów. A więc wzburzenie wśród naszego zawodu było już 21 stycznia bardzo wysokie.
Ale podwyżek nie dostaliście.
Tak, na deklaracji ministra się skończyło.
Co z tym dalej zrobicie?
Każdy fizjoterapeuta, nie tylko związkowcy, literalnie wszyscy biorą udział w akcji „Maj bez Fizjo – wystarczy chcieć”. Na 7 maja zaplanowaliśmy akcję ogólnopolską o nazwie „Fizjoterapeuci Pacjentom” – będziemy oddawać krew i zanosić czekoladę oraz upominki do Domów Dziecka. Od ósmego maja do odwołania będzie trwać akcja „Nie chodzimy na skróty, ratujemy system”, będzie to akcja w stylu protestu włoskiego.
Czego żądacie od rządu?
Naszymi postulatami są: podwyżki w wysokości 1600 złotych na wzór lekarzy, pielęgniarek i ratowników, zwiększenie wyceny świadczeń gwarantowanych przez fizjoterapeutów, po trzecie urlopy szkoleniowe, po czwarte podwyżka dla innych zawodów medycznych, które zostały wykluczone przy wcześniejszych porozumieniach.
Mówię o elektroradiologach, psychologach, logopedach, diagnostach – my wszyscy na tym samym poziomie zarabiamy i będziemy solidarnie walczyć o godną płacę.
A jeśli wasz protest, prowadzony w tak niecodziennej formie, nie poskutkuje?
W połowie maja, ogłosimy to w odpowiednim czasie, będzie miała miejsce akcja o nazwie „Dbamy o zdrowie, gdy zawodzi”. Zainteresowani naszym protestem sami sobie odpowiedzą, co robią w momencie, gdy ich zdrowie zawodzi.
Czy szacowaliście, jaką sumę musiałby wygospodarować rząd na spełnienie waszych postulatów? Co odpowiecie, gdy minister zdrowia załamie ręce i stwierdzi, że nie ma pieniędzy?
W tym momencie fizjoterapeutów z prawem wykonywania zawodu jest w Polsce około sześćdziesięciu tysięcy, z czego około połowy pracuje w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia.Wygospodarowanie dla nas podwyżek, jakie dostały pielęgniarki, i na zasadach wynegocjowanych w 2015 r., czyli w czterech ratach po 400 zł, nie spowoduje budżetowej katastrofy.

Pod względem liczby lekarzy Polska zajmuje ostatnie miejsce w Unii Europejskiej. Z raportu Health at a Glance 2018, przygotowanego dla krajów europejskich przez OECD i KE wynika, że w najtrudniejszej sytuacji znalazła się podstawowa opieka zdrowotna. Odsetek lekarzy rodzinnych – na tle innych krajów UE – jest dramatycznie niski i wynosi zaledwie 9 procent spośród wszystkich specjalistów! Mniej ma tylko Grecja – 5 procent.
Według autorów raportu w Polsce na 1000 mieszkańców przypada średnio 2,4 lekarza. Przed nami jest Rumunia i Wielka Brytania – 2,8, średnia europejska wynosi – 3.8. Austria ma wskaźnik 5,1; Czechy, kraj o podobnych historycznych zaszłościach jak Polska, również wypada dużo lepiej z wynikiem 3,7.
Średnia wieku lekarzy sama w sobie jest dowodem zbliżającej się katastrofy. Wśród lekarzy specjalistów wynosi ona aż 54 lata, natomiast niewyspecjalizowanych 52. W 2017 roku odsetek lekarzy pracujących i jednocześnie znajdujących się w wieku emerytalnym wynosił 17 proc.
Przeciętne zarobki dla zatrudnionego w publicznym szpitalu na umowę o pracę lekarza z wieloletnim stażem około 4 do 4,5 tys. zł brutto miesięcznie. W innej sytuacji są natomiast młodzi lekarze-rezydenci, którzy walczyli już o podwyżki i zmianę systemu pracy, także stosując drastyczne formy protestu, jak 29-dniowy strajk głodowy, który miał miejsce w stołecznym Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Warszawie. Na koniec podpisali porozumienie, ale działaniami rządu są rozczarowani. Twierdzą, że obiecane podwyższanie nakładów na służbę zdrowia – do poziomu 6,8 proc. PKB do 2024 roku – idzie tak powoli, że może nigdy się nie ziścić.
Rezydenci i rezydentki ostrzegli strajkujące kadry oświaty, by walcząc o podwyżki zachowywać czujność i nie dawać się zwieść. Pisali: „Drodzy Nauczyciele, po 14 miesiącach od porozumienia nadal gros szpitali nie wypłaca podwyżek. Wczoraj, w 12h lekarze zgłosili nam 67 takich szpitali”. Sami również planują na 1 czerwca demonstrację o nazwie „Czas na zdrowie!”. Będą upominać się o to, co już raz, we wspominanym porozumieniu, im obiecano.