Bój to bywa ostatni

Rocznica 77 wybuchu Powstania Warszawskiego przebiegła godnie. Jako uczestnik Powstania dostałem oczywiście, jak zwykle, komplet zaproszeń na uroczystości, i – też jak zwykle – z racji stanu zdrowia i niechęci do masowych spotkań, nie wziąłem w nich fizycznego udziału.

Wzruszająca uroczystość

Ale siedząc na przyzbie obserwowałem w telewizorze spotkanie w dniu 31 lipca w ogrodzie Krasińskich. Po raz pierwszy byłem zbudowany dobrą organizacją tego spotkania, wyjątkowo dobrymi przemówieniami Prezydentów Państwa i Warszawy oraz doskonałym, – choć z konieczności nieco za długim – Apelem Poległych. Może mam sklerotyczne luki, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy słyszałem w nim „wezwania do apelu”, lewicowych oddziałów (AL. i PPS) walczących w Powstaniu, chcących pomóc Powstaniu żołnierzy I Armii WP forsujących Wisłę i ginących na przyczółku czerniakowskim. Schylam więc głowę przed organizatorami tych uroczystości, a zwłaszcza przed niezawodnym Muzeum Powstania.
Ale czas każdych rocznic i związanych z nimi uroczystości kiedyś mija. Główni Adresaci tej konkretnej rocznicy, nazywani w przemówieniach „naszymi kochanymi Powstańcami” wrócić muszą do codziennej rzeczywistości. A każda rzeczywistość trochę skrzeczy.

Coraz mniej liczni Uczestnicy Powstania to, ewidencyjnie, kombatanci II wojny światowej. Mogą więc korzystać z tego, co zapewniono wszystkim kombatantom, ale pozostają też pod szczególną opieką swego miasta, – czyli Warszawy.

Znaczące dla kombatantów II wojny „przywileje” to przede wszystkim dodatek kombatancki do emerytury, w koniecznych przypadkach pomoc finansowa i możliwość korzystania bez skierowania z porad medycznych specjalistów, oraz „omijanie” kolejek do lekarzy.

Z dodatkami kombatanckimi nie ma problemów. Moja skromna „grupa badawcza” i własne doświadczenia potwierdzają, że ZUS, po otrzymaniu dokumentu potwierdzającego status kombatanta, dodaje i realizuje je sprawnie. Jeśli bywają jakieś zacięcia, to równie sprawnie rozwiązują je pracownicy Urzędu ds. Kombatantów.

Kłopot, to chory kombatant

Z preferencjami medycznymi bywa różnie. Są placówki, które starają się dostosować terminy zapisów do lekarzy do potrzeb i życzeń kombatanta, są takie, które robią wrażenie jakby nie wiedziały, że powinny to robić. Odrębnym problemem jest – jak zwykle u nas – prozaiczne dopisanie kombatanta, do oczekującej już kolejki pacjentów, do konkretnego lekarza. Często są głośne protesty, a niekiedy zwykły hejt, zarzuty wynajdywania sobie pretekstów do omijania kolejek, wypraszanie z gabinetów.

Opieka Zarządu Miasta Warszawy jest wyjątkowo konkretna. Poza okresową pomocą finansową obejmuje darmowe przejazdy taksówkami określonej korporacji. Wprawdzie nie ma róży bez kolców, więc trzeba dopłacać za przejazd poza granice miasta. To często się zdarza, bo część żyjących jeszcze p\Powstańców mieszka w otoczce aglomeracji, m.in. we Włochach, Zielonce czy Markach. Sposób liczenia dopłat jest tajemniczy. Czasem, przy tym samym adresie docelowym, kierowca żąda tylko 10 złotych, najczęściej 20-25, ale bywa, że nawet 45. To już przestaje mieć sens, bo Uber albo Opti Taxi za taką cenę dowiozą kombatanta, do Śródmieścia, poczekają i odwiozą z powrotem do domu.

Aktywność i inicjatywność Muzeum Powstania Warszawskiego powoduje, że opieka i kontakt z kombatantami sięga jednak poza problemy materialno – logistyczne. Muzeum potrafi zmobilizować jednostki Obrony Terytorialnej WP, aby żołnierze odwiedzili kombatantów, zaofiarowali np. pomoc w zakupach czy załatwianiu spraw „na mieście”. To niby drobiazgi, – ale jak ktoś ma 90+, trudności z chodzeniem i prawie nie ma już rodziny, to są to dla niego sprawy ważne.

Przysłowiowe schody w opiece nad kombatantami Warszawy zaczynają się w chwilach poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. Jeśli nastąpi nagłe załamanie kondycji, to „nasz kochany Powstaniec” ma – jak w starych anegdotach – trzy wyjścia: Zadzwonić do przychodni, w której ma „swego” lekarza pierwszego kontaktu, zadzwonić do przychodni kombatanckiej na Litewskiej, zadzwonić pod 112 lub do Pogotowia. Ma jeszcze dodatkową możliwość komercyjną – skorzystać z usług jednej z prywatnych i drogich firm medycznych, lub lekarza prowadzącego formalnie domową praktykę.
Niektórzy Czytelnicy zaraz mnie zakrzyczą, ale ośmielam się twierdzić, że żadna z tych możliwości nie działa dobrze, a niektóre robią czasem wrażenie, jakby funkcjonowały w świece wirtualnym. Z dostępnych mi porównań wynika, że niemal zawsze działają gorzej niż „obsługa” kombatantów II wojny w Paryżu czy Londynie, a także w rosyjskim mieście – bohaterze, Petersburgu

Posłużmy się przykładem. Dwie osoby z mojej trzyosobowej grupy obserwacyjnej poczuły się właśnie gorzej w okresie poprzedzającym 77 rocznicę. Jeden narzekał na bóle w żołądku, drugi na gwałtowny „mokry” kaszel. Obaj wybrali – zapewne niesłusznie – nawiązanie kontaktu z lokalną przychodnią, a nie z Litewską. Dlaczego – bo właśnie mieszkają pod Warszawą i na Litewską daleko, a w lokalnych przychodniach mają „lekarzy pierwszego kontaktu”. A dlaczego nie 112 lub Pogotowie? Bo pandemia, spodziewana 4 fala, brak możliwości wizyt i zajmowanie miejsca bardziej potrzebującym.

Ale próba „skonsumowania” tego kontaktu nie była udana. Okres urlopowy, lekarze są na urlopach, mogą ich zastąpić inni, ale na razie tylko w formie porady telefonicznej. Lekarz przy telefonie rozmawiający z kaszlącym pacjentem był uprzejmy, ale stwierdził tylko, że kaszel mu się nie podoba. Czas biegł, samopoczucie chorych było coraz gorsze. Przez kolejne kilka dni nie mogli załatwić ani wizyty w przychodni ani (tym bardziej!) wizyty domowej. Wreszcie tego z kaszlem zapisano do przyjmującej „laryngolożkI”. Doczołgał się. Kolejka była kilkuosobowa, ale „warczała” na wieść, że ma go przepuścić. Zdecydował poczekać do końca. Za nim ustawiły się jeszcze trzy osoby. Zdziwił się, bo jak przyszła jego kolej, poproszono te następne osoby. Pani doktor powiedziała, że nie ma go na liście. Musi wrócić do recepcji i wyjaśnić. Zaniósł więc znowu swoje prawie 100 lat do recepcji. Tam dano mi do zrozumienia, że pani doktor ma widocznie trudności w opanowaniem komputera, bo on jest dopisany do listy. Telefonicznie wyjaśnią. Tak zrobili i został przyjęty, jako ostatni pacjent.

Nikt „naszego kochanego Powstańca” nie przeprosił za zbyt długie oczekiwanie i niepotrzebne spacery. Na kaszel wizyta nie pomogła, bo wykraczał poza kompetencje medyczne specjalności laryngologicznej.

W końcu chorzy kombatanci zadzwonili i pojechali do najbliższej placówki znanej prywatnej firmy, gdzie z radością wzięto od nich po kilkaset złotych, ale względnie starannie zbadano, Stwierdzono u jednego zapalenie oskrzeli, a u drugiego zapalenie jelita grubego. Zapisano odpowiednie antybiotyki. Brali je przez 10 dni. Stan się poprawił, ale powinno się zrobić badania kontrolne. Jednak lekarze pierwszego kontaktu nadal na urlopach itd. Kółko „specjalnej troski” będzie się znowu bezsensownie kręcić. Da capo – jak mówią muzycy.

Więcej organizacji

Nie znam się na medycynie. Opis autentycznej sytuacji, jaki zaserwowałem Czytelnikom jest wyłącznie skrótowym opisem przebiegu awarii zdrowia. I nie chodzi tu o szczegóły i diagnozę, ani o jej zakończenie. Chodzi o odpowiedź na pytanie – czy możemy uznać opiekę nad „kochanymi Powstańcami” za wystarczającą, jeśli brakuje w niej najbardziej – moim zdaniem – istotnego elementu. Brakuje opiekuna – koordynatora, który po nawiązaniu kontaktu i otrzymaniu informacji o pogorszeniu stanu zdrowia pomoże w organizacji leczenia, Weźmie na siebie ciężar pokonania biurokracji, zadzwoni, gdzie trzeba, załatwi wizyty lekarzy lub u lekarzy, dopilnuje, czego trzeba, zorganizuje transport, jeśli jest potrzebny. W końca raz na dwa dni zapyta, czy jest lepiej, czy jeszcze czegoś trzeba.

Na tym tle mam też wątpliwość dotyczącą „lekarzy [pierwszego kontaktu”. Jeśli uznajemy ich za rodzaj stałych opiekunów, to dlaczego nie ma żadnej możliwości bezpośredniej łączności ze strony pacjenta? „Mój lekarz” w tradycji europejskiej i amerykańskiej oznacza lekarza, do którego mogę w każdej chwili zadzwonić, poprosić o poradę, przesłać maile ze szczegółami dolegliwości. U nas nie ma takich możliwości. Polska jest krajem, gdzie ministrowie mogę przez prywatne skrzynki e-mailowe przekazywać ważne dla państwa informacje, ale telefony i skrzynki lekarzy są specjalnie chronione przed pacjentami.

Niektórzy Czytelnicy mogą uzna ten felieton za niestosowne czarnowidztwo i psucie pięknego, rocznicowego obrazu aktualnego życia resztek „naszych kochanych Powstańców”. Nie taki był mój cel. Kilkakrotnie pisałem, że kombatanci Powstania składają się z dwóch grup. Takich, dla których Powstanie było głównym epizodem ich życia, często punktem odniesienia, do którego stale wracają. To oni byli aktywem organizacji kombatanckich, oni tworzyli obraz tego środowiska. Oni też mają lub mogą mieć kontakty łagodzące lub rozwiązując wspomniane kłopoty.

Ale była i jest druga, co najmniej tak samo liczna grupa.. To tacy kombatanci Powstania, dla których ono także było ważnym epizodem życia, – ale nie jedynym o takim znaczeniu. Najczęściej to oni byli przed Powstaniem w AK, Szarych Szeregach, Batalionach Harcerskich i innych organizacjach, a po Powstaniu byli lokatorami niemieckich obozów jenieckich. Potem wrócili do kraju, studiowali, odbudowywali Miasto, byli adwokatami, inżynierami, profesorami, pracownikami przemysłu i budownictwa. Mniej korzystali, albo wcale nie korzystali z ze statusu kombatanta i Powstańca. Nie mieli rozbudowanych w tej dziedzinie kontaktów i nie dziwią się, że dzisiaj pamięta o nich tylko Muzeum Powstania. Ale w ostatnich bitwach o zdrowie chętnie spotkaliby uśmiechniętego lekarza albo organizatora, który sam by się interesował ich stanem i pomagał w prostowaniu krętych dróg medycyny.

Jak zwykle nie mogę się powstrzymać od końcowego, satyrycznego komentarza. Jeśli widzę, słyszę i czytam, że zorganizowanie takiej opieki jest możliwe w środowisku lekarzy i wolontariuszy weterynarii, organizującym ratunek dla tygrysów, lisów, psów i kotów – to chyba można to zrobić także w stosunku do ludzkich, nawet złośliwych sklerotyków. Tylko trzeba pamiętać, że życie nie składa się z samych imprez patriotycznych.

Warszawa – Marki, 4.08.2021.

Prawo do prywatności kaprysem pięknoduchów

Kiedy wszyscy święci naokoło zajęci są walka z pandemią i globalnym ociepleniem, na naszych oczach, lub bardziej, poza naszą wiedzą i świadomością, państwo polskie, szumnie nazywane przez rządzących, demokratycznym, testuje na obywatelu wytrzymałość jego kręgosłupa wystawionego na działanie buta aparatu represji. 

Zaczynamy, Szanowni Państwo, żyć w kraju, w którym prawo nie znaczy już nic. Przynajmmniej w praktyce. Parę dni temu UODO wydało komunikat, że organizatorzy imprez nie mogą domagać się od gości okazania dowodu na bycie zaszczepionym. UODO, czyli Urząd Ochrony Danych Osobowych to agenda rządowa. Rzeczony UODO zadekretował, że ewentualne okazywanie dowodów potwierdzających fakt zaszczepienia może się odbywać z inicjatywy samej osoby zainteresowanej. UODO tłumaczy, że informacje o zaszczepieniu są danymi dotyczącymi zdrowia i stanowią one szczególną kategorię danych osobowych, o której mowa w art. 9 ust.1 RODO. Urząd i wskazał, że covidowe rozporządzenia rządu „nie regulują możliwości żądania od osób uczestniczących w takim wydarzeniu udostępnienia informacji na temat ich szczepienia”.Dlatego nie można uznać ich za podstawę uprawniającą podmioty zobowiązane do przestrzegania określonego tymi przepisami limitu osób do pozyskiwania od uczestników takiego wydarzenia informacji o odbyciu przez nich szczepienia ochronnego. Tym samym nie mają one prawa żądać podania od nich takich danych, a osoba, której dane dotyczą, nie ma obowiązku ich podania” wyjaśnił UODO. Co na to rząd? Nic. Milczy, bo nie bardzo wie co powiedzieć. To, że państwowy urząd po raz enty wskazuje, że prawo w Polsce piszą dyletanci i amatorzy, to nasza szara codzienność. Gorzej jednak, kiedy w obiegu informacji publicznej funkcjonują wzajemnie wykluczające się przepisy. Organizatorzy imprez, bojący się rządowych i sanepidowych kar, nakazują ludziom na bramkach przed koncertami okazywać covidowe paszporty. W aquaparkach i na basenach tworzy się oddzielne kolejki dla szczepionych i nieszepionych. Rząd to oczywiście popiera. A przynajmniej nie mówi głośno, że ktoś w majestacie rządowego, kulawego rozporządzenia, narusza prawa obywatelskie, bo coś takiego dla rządzących to kompletnie nieistotny abstrakt. 

Jakby tego było mało, zaalarmowali mnie niedawno znajomi medycy, że szykuje się kolejny skandal. Na razie towarzystwo dopiero szykuje się do ataku, ale werble pomalutku już zaczęły łomotać. W naszym systemie opieki zdrowotnej funkcjonuje od jakiegoś czasu platforma P1. Dla zwykłego pacjenta to skrót raczej nieznany. Platforma P1 znana jest szerzej jako ezdrowie.gov.pl. Tam, jeśli już odpowiednio się zalogujemy, możemy korzystać z dobrodziejstw sieci przy umawianiu się do lekarzy czy pobieraniu recept, co jest miłym udogodnieniem i znakiem czasu. Tymczasem, na platformie P1 są również pootwierane inne „pokoje”, do których wgląd mają tylko wybrani: lekarze, aptekarze, przedstawiciele NFZ-tu etc. W środowisku medycznym trwają właśnie prace nad tym, aby na platformie P1 zamieszczać epikryzy pacjentów. Epikryzy, czyli wypisy lekarskie po hospitalizacji czy też jednorazowej wizycie. Nie ma chyba na świecie danych bardziej wrażliwych niż te; na co się kto leczył, czym był leczony, co ma wycięte a co zostawione. Mało kto z nas chciałby z własnej woli ujawniać to innym. Tymczasem rządzący planują, że każda taka epikryza ma się na platformie P1 znaleźć. Po co? Oficjalnie, żeby usprawnić przepływ informacji. Kiedy pacjent przychodzi do lekarza, ten ma pełen wgląd w jego kartę choroby, włącznie z wdrożonym leczeniem. Nie ma jednak w projekcie zamieszczania epikryz na platformie P1 informacji kto, oprócz lekarzy, będzie miał doń dostęp, lub raczej, czy będą mogli z tego korzystać wyłącznie medycy. A skoro nie ma, to istnieje prawdopodobieństwo, że do naszych informacji o przebytych chorobach będzie mógł zajrzeć urzędnik, policjant czy polityk. A to już granda i hucpa w biały dzień. Na razie oczywiście jeszcze nikt głośno o tym nie mówi, bo wszystko jest w fazie projektu, ale jeśli UODO potrafi wskazać na jawne łamanie przez rządzących prawa do poszanowania prywatności, a ci nic sobie z tego nie robią, nietrudno o wniosek, że i w przypadku platformy P1 niewiele będzie ich obchodzić obywatel i jego prawo do poszanowania prywatności. Ale do tego, jak pisałem, zdołaliśmy przywyknąć. I prędko nie odwykniemy. 

Uchwała Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie podziękowania pracownikom ochrony zdrowia za zaangażowanie i poświęcenie w walce z pandemią SARS-CoV-2

Rada Naczelna PPS, obradująca w dniu 19.06.2021 roku w Warszawie, wyraża głęboką wdzięczność pracownikom Polskiej Służby Zdrowia, zwłaszcza w sektorze szpitalnictwa za bezprzykładne poświęcenie i zaangażowanie w walce z pandemią koronawirusa.

Dziękujemy za pracę ponad siły, za sprostanie trudnym zadaniom w warunkach braku przygotowania przez instytucje rządowe ochrony zdrowia do tej sytuacji. To Wy zapobiegliście całkowitej katastrofie i załamaniu się systemu ochrony zdrowia. Stanęliście do walki bez środków ochrony osobistej, bez opracowanych procedur, bez zmian organizacyjnych, które dokonywały się za późno i często nie w tym kierunku, który był optymalny. 

Rada Naczelna PPS jest niewrażliwa na rządową propagandę sukcesu, my wiemy, w jakich warunkach przyszło Wam pracować, jakie były zaniedbania, jak wyglądała sytuacja pacjentów i Was, którzy stawiliście czoła pandemii.

Wyrażając wdzięczność, szacunek i podziękowania pragniemy zapewnić, że ochrona zdrowia jest i będzie priorytetem dla Polskiej Patrii Socjalistycznej. Wspólnie nie możemy dopuścić do tego, aby szkodliwe plany Rządu w zakresie reorganizacji ochrony zdrowia weszły w życie. Ostatnie protesty środowisk medycznych, które z całą mocą popierają świadczą o tym, że kierunek wprowadzanych zmian jest niewłaściwy.

Tele-pierdoły

Rządy wielu krajów, w tym też Polski, powoli luzują obostrzenia związane z pandemią koronawirusa. Holandia z końcem czerwca praktycznie powraca do stanu sprzed pandemii. Są też jednak państwa jak choćby Portugalia, Wielka Brytania, które przedłużają czas obostrzeń z powodu nowej odmiany wirusa tzw. indyjskiego „Delta”.

Wracam jednak do Polski. Można już robić praktycznie normalnie zakupy, jeździć publiczną komunikacją, robić wesela i inne tego typu uroczystości, chodzić na stadiony i do hal sportowych, siłowni, restauracji, dyskotek , kin itp. No i co najważniejsze normalnie działają szkoły. Wydawać by się mogło, że wreszcie możemy normalnie żyć. 

Niestety jest jedna branża która z lubością hołduje koronawirusowym zakazom, jest nią branża medyczna. Lekarze, w tym głównie ci rodzinni tkwią dalej w ogniu ostrej pandemii i olewają pacjentów. Przyjmują garstkę wybranych, reszcie proponują teleporady. Proszę mi powiedzieć jak opisać telefoniczne bóle stóp. Moja znajoma ma ten problem. Zadzwoniła i uzyskała poradę, że musi zrezygnować z chodzenia w butach na wysokim obcasie, albo po prostu ma płaskostopie. Płaskostopie ma się albo nie ma, nie jest to przypadłość nabywana z wiekiem. Jeśli chodzi o buty na wysokim obcasie to tych moja znajoma nigdy nie nosi i nie nosiła. Tyle jest warta w tym przypadku teleporada medyczna.

Podam jeszcze inny przypadek, tym razem mój. Ni z tego ni z owego pewnego dnia skoczyło mi ciśnienie na 210/113. To już ciśnienie alarmowe. Nie pozostało mi nic innego jak pojechać do szpitala. Oczywiście przeszedłem całą procedurę, mierzenia temperatury, wypełniania różnych nikomu niepotrzebnych druczków, by w końcu usiąść przed gabinetem lekarza POZ. Sympatyczna pielegniarka zadzwoniła do lekarza, który zamiast pełnić dyżur w POZ, przebywał na oddziale. Jakim, a jakże Covidowym. Posiedziałem jeszcze z dziesięć minut, niestety konował nie raczył zejść do poradni. Leczenie rozpoczęła pielęgniarka. Dała mi jakąś tabletkę, zastrzyk i posadziła po drzwiami poradni. Siedziałem tak ponad pół godziny, nie budząc już żadnego zainteresowania ze strony medyków. W końcu wstałem i wyszedłem. Tak wygląda leczenie w czasach pandemi koronowirusa.

Rodzi się pytanie ile osób umiera z powodu z powodu COVIT-19, a ile z powodu zaniedbań w leczeniu różnych medycznych przypadłości, często zagrażających życiu. Wizyta u specjalisty to swoisty horror. W moim mieście ortopeda przyjmuje nawet po osimdziesiąt osób. Co można zdiagnozować w ciągu kilku minut. Dobrze, że w ogóle przyjmuje. Są poradnie specjalistyczne, w których na wizytę czeka się miesiącami, a nawet latami.

Oczywiście jest sporo lekarzy specjalistów przyjmujących prywatnie. Wizyta sporo kosztuje, kosztuję też zlecone przez tych lekarzy badania, ale przynajmniej można doczekać się tej wizyty za życia. Lekarz rodzinny wystawi skierowanie na badania tylko w przypadku przystawienia mu do głowy pistoletu. W gabinetach wiszą setki bzdurnych ogłoszeń, zaś w żadnym nie wisi wykaz badań jakie przysługują pacjentowi do zlecenia przez lekarza rodzinnego. Ja znam ten wykaz i uwierzcie mi są tam nawet skierowania na USG, nie mówiąć już o tak prozaicznych jak morfologia,  badania wątrobowe i wiele, wiele innych.

Czy jest jakiś sposób na wybręcie z tego impasu. Owszem jest. Pieniądze jakie płacimi w postaci składki zdrowotnej, powinniśmy płacić na swoje prywatne konto. Konto to powinno być zastrzeżone. Można by było z niego wypłacić pieniądze na fakturę z apteki, szpitala, lub za wizytę u lekarza specjalisty. Pieniądze wypłacane do tej pory armii darmozjadów zatrudnionych w NFZ, przeznaczyć na publiczną służbę zdrowia, a biura zajmowane przez NFZ na mieszkania dla potrzebujących. Może tym sposobem premier Morawiecki choć o jeden procent zbliżył by się do obiecanej liczby miliona mieszkań dla potrzebujących. Dodam że są to kwoty spore, ja sam odprowadzam grubo ponad 300 zł składki zdrowotnej, co dawało by mi nieco ponad 4 tys. zł rocznie. Kwota niebagatelna, pozwalająca na solidne i skuteczne leczenie.

Mam świadomość, że nic się nie zmieni. Partie rządzące potrzebują całej masy urzędniczych stanowisk, którymi obdarowywuje swoich popierających ją ludzi i ich rodziny. NFZ to łakomy kąsek, wart kilku tysięcy miejsc pracy, dla urzędników, czyli nic nierobiących, dających na dodatek pieniądze „swoim” lekarzom.

Pisze o tym w pełni świadomy, że pisanina taka niczego nie zmieni. PiS ma nas wszystkich za durniów i zawłaszcza kolejne obszary panstwowych urzędów. Opozycja nie ma jakiegokolwiek pomysłu na naprawę państwa, a obywatel musi zrozumieć, że jeśli chce przeżyć musi sobie radzić sam.

Kwintesencja chamstwa i złośliwy gnom

Władza myśli, że wszyscy na nią nastają i musi szukać sojuszników u tych, którzy myślą i działają podobnie. Zatem u takich, którzy nie cenią wartości demokratycznych, wolności słowa, praw obywatelskich, niezależnego sądownictwa – mówi Marek Borowski, senator Koalicji Obywatelskiej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: KO złożyła wniosek o odwołanie marszałka Terleckiego, chodzi o jego bulwersujący wpis dotyczący liderki białoruskiej opozycji, która wg polityka PiS powinna szukać wsparcia w Moskwie, skoro spotyka się z „niedemokratyczną opozycją” w Polsce. Poparcie wniosku zapowiedziały Lewica, PSL i Polska 2050. Obóz rządzący broni marszałka. Jest pan zdziwiony?

MAREK BOROWSKI: Absolutnie nie, bo to jest ich człowiek, szef klubu, choć to wiele mówi, że takiego właśnie sobie wybrali. Terlecki jest kwintesencją chamstwa i uprawia to chamstwo od samego początku, gdy tylko pojawił się w Sejmie. Jego komentarze, wypowiedzi, lekceważące odpowiedzi na pytania dziennikarzy czasami ocierają się wręcz o wulgarność.

Mimo wszystko ta wypowiedź spowodowała jednak pewne rozdwojenie jaźni w PiS-ie, bo nawet działacze Solidarnej Polski powiedzieli, że poszła trochę za daleko. Pewnie jednak będą go bronić. Na marginesie, Ziobro nie ma za co go lubić, bo to Terlecki nie dopuścił go na mównicę sejmową przed głosowaniem nad funduszami unijnymi. Gowin także skrytykował tę wypowiedź marszałka, prezydent, powiedzmy, odseparował się od niej, ale to tyle.

Podejrzewam, że go jednak wybronią, no, chyba że gowinowcy czy ziobryści zagłosują za odwołaniem marszałka Terleckiego, bo wstrzymanie się od głosu nie wystarczy – do wygrania potrzebna jest bezwzględna większość. Myślę, że Terlecki zostanie zatem na fotelu wicemarszałka Sejmu.

Czym innym jest to wszystko, co pan już wymienił, opisując zachowania marszałka, a czym innym wypowiedź, która powoduje międzynarodowy skandal i jest sprzeczna z polską racją stanu. Może jednak dojdzie do pewniej reelekcji w obozie władzy?

W normalnym kraju demokratycznym po takiej wypowiedzi marszałek zostałby zaproszony przez szefa partii na rozmowę, w której usłyszał by propozycję nie do odrzucenia. Niestety nie jesteśmy normalnym państwem i normalną demokracją. Marszałek będzie zatem spotykał się tylko z chrząkaniami, że może za daleko to poszło, ale to wszystko. Nie mam wątpliwości, że go obronią, bo nie liczę na tak daleko idącą refleksję.

Do wpisu marszałka Terleckiego można dołożyć wpis Agnieszki Romaszewskiej, szefowej telewizji Biełsat, w którym pisze o Romanie Protasiewiczu „Część życia złamali mu łukaszyści, drugą złamał sam”, odnosząc się do jego wypowiedzi, w której przyznaje, że spiskował przeciwko Białorusi. Prawicowi publicyści także w tym tonie wypowiadają się o młodym dziennikarzu więzionym przez reżim. Co się z nami stało?

Trochę za łatwo przychodzi nam osądzanie. To jest oczywiście przykre, smutne, że człowieka złamano, nie każdy jest nieugiętym bohaterem, zwłaszcza w obliczu takich działań ze strony reżimu Łukaszenki, jakich my sobie nawet nie wyobrażamy.

Trzeba pamiętać, że to nie jest PRL, a nawet stan wojenny, i nie możemy tego porównywać. U nas były przypadki pobić czy nawet pewnych działań, które można określić jako tortury, ale to były sporadyczne przypadki. Z wypowiedzi tego młodego dziennikarza wynika, że Łukaszenka i jego ludzie zagrozili mu, że albo będzie mówił to, czego oczekują, albo przetransportują go do Donbasu. Protasiewicz był w Donbasie jako dziennikarz, inni mówią, że walczył nawet w batalionie „Azow”, a ludzie z tego batalionu są znienawidzeni przez rebeliantów z Donbasu i jeżeli któregokolwiek złapano, to był okrutnie torturowany. Taka groźba wynikała z jego wypowiedzi.

Bardzo łatwo jest siedzieć tu w Polsce i oceniać człowieka, czy jest gotów na tortury i śmierć, czy nie. Jak nie jest gotów, to miękiszon… Ja nie akceptuję takiej postawy odważnych wtedy, kiedy siedzą w ciepłym pokoju i piszą, co uważają.

Jeżeli dołożymy do tego ostatnie spotkania liderów PiS z partiami m.in. Salviniego, Orbána czy Le Pen i próbę stworzenia eurosceptycznego frontu w PE, plus wizytę prezydenta w Turcji, to gdzie nas taka polityka prowadzi?

Niestety kiedy zaczyna się wdrażać system autorytarny, to tak to wygląda. Ponieważ Kaczyński jest przekonany od lat, że posiadł kamień filozoficzny i wie, jak budować świetlaną przyszłość, co zresztą przypomina dawnych władców PRL, to proces w autorytaryzacji państwa nabiera tempa. To trochę jak kula śniegowa. Kiedy tego rodzaju pomysły, zapowiedzi i działania wzbudzają w społeczeństwie polskim opór, demonstracje, to pojawia się syndrom oblężonej twierdzy.

Władza myśli, że wszyscy na nią nastają i musi szukać sojuszników u tych, którzy myślą i działają podobnie. Zatem u takich, którzy nie cenią wartości demokratycznych, wolności słowa, praw obywatelskich, niezależnego sądownictwa. Stąd już tylko krok do sojuszy, które będą dawać opór unijnym staraniom przywrócenia zasad demokracji. Stąd Salvini, Orbán.

Erdogan to już przesada, bo Turcja nie jest w UE. Ze strony prezydenta to sprawa niebywała, totalna głupota. Jeżeli już chcemy kupić tam drony, co jest przyznaniem się do porażki naszego przemysłu i kompletnej porażki Morawieckiego, który 5 lat temu w strategii zrównoważanego rozwoju zapowiedział, że polska będzie europejskim centrum produkcji dronów. Dziś za 270 mln dolarów kupuje drony w Turcji. Trudno, stało się, tylko dlaczego leci prezydent? Przecież wystarczyłby przedstawiciel MON, aby załatwić transakcję.

Prezydent, który leci z wizytą i występuje razem z satrapą, facetem, który przypomina najczarniejsze czasy dyktatur, i jeszcze z nim deklaruje, że Polska będzie z Turcją współpracować w odpieraniu zagrożeń zewnętrznych i wewnętrznych? Człowiek zachodzi w głowę, o co chodzi.

Nie mogę tego określić inaczej niż jako potworną głupotę ze strony prezydenta.

W całym kraju odbyły się protesty pielęgniarek. Czy czeka nas powtórka z białego miasteczka, które doprowadziło w dużej mierze do upadku poprzednich rządów PiS-u?

Wcale bym się nie zdziwił, dlatego że to, co się wyprawa w służbie zdrowia, co rząd PiS proponuje jako reformę tego sektora, to woła o pomstę do nieba. W programie funduszu odbudowy zaprojektowano 4 mld euro na zdrowie, to jest 16 mld zł, czyli sporo, ale przecież tu potrzeba znacznie więcej.

Zapisy, że w roku 2023-24 osiągniemy 7 proc. nakładów, są palcem na wodzie pisane. Już teraz należałoby z unijnych pieniędzy przekazać na ten sektor przynajmniej dwa razy tyle, w tym na kwestie płacowe.

Polscy lekarze teraz po studiach rozglądają się za tym, aby wyjechać do Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii itd. Podobnie pielęgniarki. Niestety, czy się komuś podoba, czy nie, lekarze, pielęgniarki muszą zarabiać więcej, bo zaraz zostaniemy bez personelu i najbardziej nowoczesne szpitale, w których nie będzie miał kto pracować, nie pomogą. Oczywiście Białorusini, Ukraińcy mogą pomóc, ale nie wypełnią całej luki, nie wszystko też mogą od razu robić.

Dziś średnia wieku pielęgniarki jest powyżej 50 lat, do tego zawodu nie chcą przychodzić młodzi ludzie, więc albo podniesiemy płace, albo z tej całej reformy nic nie będzie.

Już w czasie pandemii widzieliśmy, jakie są problemy, kiedy w szpitalach tymczasowych na halach sportowych nie było komu pracować, a szpitale podbierały sobie lekarzy, pielęgniarki. To, że rząd targuje się z pielęgniarkami o 1000 złotych to jest niepoważne, tym bardziej, że co roku wypłaca 13 emeryturę w wysokości 10 mld. Nie żałuję oczywiście emerytom, ale sądzę, że sami emeryci oddaliby część z tego i dali pielęgniarkom, bo jak trafią za chwilę do szpitala, to nie będzie kto miał im pomóc.

Wojewoda Konstanty Radziwiłł powiedział do protestujących pielęgniarek, że rządy Zjednoczonej Prawicy to czas, w którym wynagrodzenia w służbie zdrowia wzrosły w sposób absolutnie bezprecedensowy, szczególnie pielęgniarkom. To prowokacja czy głupota?

Wojewoda Radziwiłł, poprzednio senator Radziwiłł, wcześniej minister zdrowia w każdej swojej funkcji się nie sprawdza. Niestety ma do wszystkiego stosunek bałwochwalczy. Zawsze ma rację, a rząd Zjednoczonej Prawicy jest najlepszy, rację ma PiS, rację ma prezes. Nie ma tam żadnej refleksji i próby wyjścia z sytuacji.

Dodatkowo w Warszawie widzimy jego szkodliwą działalność, bo on uchyla i wetuje uchwały Rady Miasta, np. uchwałę, która miała spowodować, że z Warszawy zniknie większość potwornych reklam, które szpecą miasto. Podobnie z podniesieniem stawek za parkowanie w centrum, co jest koniecznie, bo w Warszawie ilość samochodów w przeliczeniu na 100 mieszkańców jest o połowię większa niż w Berlinie i trzeba ratować centrum przed najazdem zmotoryzowanych. Sam mam samochód, ale rozumiem.

Podsumowując, wojewoda Radziwiłł jest jak złośliwy gnom, który tylko patrzy, jak tu przeszkodzić, wykopać dołek, strasznie to przykre.

Widzi pan powrót Donalda Tuska do polskiej polityki?

To przypomina słynny wiersz „Powrót taty”. Nie wiem, czy wróci, czy nie, ale jego wypowiedzi wskazują, że zamierza się bardziej zaangażować. Cóż, patrzę na to z pewną nadzieją, że jego doświadczenie, wsparcie może być pomocne.

Jak rząd sobie radził z Covidem?

Czternastomiesięczny okres walki z pandemią pozwala – pomimo, że dość daleko jest do jej końca – na wstępne wnioski i generalne oceny, co do zjawisk i procesów, które miały wpływ na efektywność zwalczania pandemii.

Być może najbliższe miesiące przyniosą wydarzenia i przemiany, które poniższe tezy zweryfikują negatywnie, ale w moim przekonaniu, zasadnicze konstatacje pozostaną bez większych zmian. Ująłbym je następująco.

Po pierwsze – nie całe państwo walczy z pandemią. W Polsce rząd centralny wziął w swoje ręce kierowanie, organizowanie i prowadzenie walki z pandemią. Poza frontem decyzyjnym i wykonawczym w tej walce jest poważny segment władzy wykonawczej państwa jakim jest samorząd terytorialny. Rząd przejął bezpośrednie kierowanie służbą zdrowia i jej placówkami, co spowodowało, że organy władzy samorządowej poczuły się zwolnione od troski i odpowiedzialności za zaspokajanie potrzeb zdrowotnych obywateli, w tym zwłaszcza nie chorujących na Covid-19.

Mało tego, wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji odpowiedzialny za ten ostatni dział administracji rządowej wyraził pogląd, że tylko rząd centralny i jego aparat terenowy jest zdolny skutecznie walczyć z pandemią, a kryzys ów obnażył nieracjonalność wszelkiej decentralizacji. Pogląd ten znalazł potwierdzenie podczas operacji szczepień profilaktycznych, kiedy początkowo odrzucano wszystkie inicjatywy samorządów na rzecz zwiększenia ilości punktów wykonujących owe szczepienia. W moim przekonaniu to błąd, bowiem poza frontem walki z pandemią znalazły się bogate zasoby kadrowe i materialne pozostające do dyspozycji samorządu terytorialnego. Ten brak zaufania do własnej, państwowej wszak administracji, widać było w decyzji o scentralizowaniu systemu informacji o przebiegu pandemii i wydanym zakazie dla powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych informowania o lokalnym wymiarze pandemii.

Ten sam błąd – to po drugie – popełniono w odniesieniu do systemu zarządzania kryzysowego państwem. Nie dano szansy chociażby weryfikacji jego potencjału, struktur i procedur działania. Nic nie wiadomo o jakiejś szczególnej roli Rządowego Centrum Bezpieczeństwa i jego potencjału analityczno-operacyjnego. Szczególnie dotkliwy był fakt nie wykorzystania lekceważonego przez lata, a formalnie i faktycznie istniejącego, systemu Obrony Cywilnej. Zaprzepaszczono okazję do sprawdzenia schematów działania, zwłaszcza w wymiarze lokalnym, podmiotom, którym przypisuje się istotną rolę w systemie reagowania kryzysowego. Mogły one sprawdzić się „w prawdziwym boju”, a nie w schematycznych ćwiczeniach. Można nawet postawić tezę, że albo systemu i struktur OC praktycznie nie ma, albo też – nie wiadomo z jakich powodów – zaniechano ich użycia, mimo, iż powszechnie uważa się, że to są struktury dedykowane m.in. zwalczaniu epidemii i pandemii. Być może było to konsekwencją nie przyjęcia od początku jednolitej i jednoznacznej podstawy prawnej całej operacji walki z pandemią. Nie zastosowano żadnej z istniejących ustaw o stanach nadzwyczajnych czy o zarządzaniu kryzysowym, a przepisy dotyczące wprowadzania ograniczeń praw obywatelskich wprowadzano w ustawach epizodycznych.

Odnotować tutaj też trzeba – po trzecie – rezygnację z wykorzystania potencjału organizacji pozarządowych. Nie sięgnięto po zasoby kadrowe, materialne i organizacyjne, takich struktur jak ochotnicze straże pożarne, Polski Czerwony Krzyż, ochotnicze organizacje ratownicze, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Caritas czy liczne organizacje pozarządowe wspomagające służbę zdrowia czy politykę socjalną państwa. Owszem zdarzały się chwalebne przypadki aktywności harcerzy czy strażaków-ochotników, ale nie ujęto ich w jakiś system. Nie stawiano im zadań, nie mobilizowano do aktywności, choćby w obszarze komunikacji społecznej, pomocy osobom przebywającym na kwarantannie, czy też wsparciu przeciążonej pracą służbie zdrowia na oddziałach niecovidowych.

Pandemia z jednej strony obnażyła słabość społeczeństwa obywatelskiego, a z drugiej nieumiejętność współdziałania państwa z trzecim sektorem. Tego typu powszechne zagrożenie owocuje na ogół pewnym wzmożeniem aktywności i zaangażowania szerokich grup społecznych i państwo powinno robić wszystko, aby umacniać tego rodzaju postawy, utrwalić je i przekształcić na czas pokryzysowy. Tę okazję zmarnowaliśmy.

Po czwarte – kwestią dyskusyjną jest hierarchia celów w kierowaniu walką z pandemią. Poza sporem jest kwestia ratowania życia i zdrowia obywateli. Dość sprawnie prowadzono operację wspomagania gospodarki, w tym zwłaszcza z sektora handlu i usług. Owszem, zdarzały się błędy lub zaniedbania, ale nie przysłaniają one efektywności wysiłku rządu i jego służb w tym zakresie. Co prawda, niektórzy analitycy zwracają uwagę, że gospodarka bardzo ucierpiała na nieprzewidywalności i zmienności decyzji rządowych w sprawach zakazów odnoszących się do działalności gospodarczej. Tak się dla przykładu stało, gdy niespodziewanie zamknięto cmentarze przed 1 listopada 2020 roku.

Natomiast najsłabszym elementem tej operacji okazała się edukacja. Polityka w tym względzie była niestabilna i niekonsekwentna. Zlekceważono negatywne konsekwencje zawieszenia nauki w placówkach szkolnych, decyzje zmieniano wielokrotnie i bez wyraźnego komunikowania ich przesłanek. W efekcie polskie szkoły zamknięte były przez 35 tygodni, a więc dłużej niż np. Francja (10 tygodni) czy Wielka Brytania – 27 tygodni. Także nauka zdalna okazała się mniej wydolna niż zakładano. Brakło sprzętu, tak w szkołach, jak i w domach, w wielu rejonach brakło dostępu do internetu, a generalnie nie starczyło umiejętności posługiwania się cyfrowymi formami komunikacji. Dotyczy to zarówno nauczycieli, jak i młodzieży.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są znane i niejednokrotnie podnoszone oraz analizowane przez pedagogów i psychologów rozwojowych. To, co ważne, to długofalowość następstw tego stanu rzeczy. Sądzię, że mniej ważne są niedostatki edukacyjne, bowiem można sobie wyobrazić proces nadrabiania zaległości i intensywniejszej dydaktyki (choć w mniejszym stopniu, z oczywistych powodów, dotyczy to tegorocznych maturzystów). Znacznie poważniejsze są zaburzenia rozwojowe o znaczeniu wychowawczym, wynikłe z braku przebywania w środowisku rówieśniczym. Jak się wydaje, ośrodki kierownicze państwa nie mają żadnej koncepcji rozwiązania tego problemu i co gorsza nie ma żadnych przesłanek do twierdzenia, że taka koncepcja jest poszukiwana. A zaniedbania socjalizacyjne mogą przynosić widoczne skutki przez wiele jeszcze lat.

Po piąte – zabrakło liderów w walce z pandemią. Możliwe tu były dwa rozwiązania. Jedno to sytuacja, kiedy twarzą walki z pandemią stają się epidemiolodzy, uznane autorytety naukowe, z których rekomendacji politycy podejmują decyzje, uzasadniane, wyjaśniane i bronione przez te autorytety. Taką drogą poszła Szwecja, czy w początkowym okresie Stany Zjednoczone. Drugie rozwiązanie przyjmuje się wtedy, kiedy twarzą polityki epidemiologicznej są politycy, ale wszyscy wiedzą, że decyzje podejmowane są w nieustannej konsultacji z fachowcami, a i sami politycy prezentują pewien poziom profesjonalizmu. Tak było z ministrem Łukaszem Szumowskim (pierwszy etap pandemii), taki model kierowania walką z pandemią przyjęto w Wielkiej Brytanii. W Polsce kwestię te zdominowała doraźność i niekonsekwencja. W jej skutku frontmenami walki z pandemia stali się politycy wraz z chybotliwością ich prestiżu społecznego i falującym zaufaniem, często o niskiej rozpoznawalności społecznej. Zrezygnowano z ekspozycji ministra właściwego w sprawach wewnętrznych i administracji, mimo, że to on jest zwierzchnikiem aparatu zarządzającego państwem. Zrezygnowano z drugorzędnego politycznie szeregu kompetentnych urzędników, jak np. Główny Inspektor Sanitarny, Komendant Główny PSP czy szef Agencji Oceny Technologii Medycznych. Niejasna jest także rola – powołanej dopiero w drugim szczycie pandemii (koniec października 2020 r.) – Rady Medycznej przy Premierze. Zabrakło jednolitych komunikatów, eksperci zbyt często wypowiadali się krytycznie o podejmowanych przez władze decyzjach, część z nich w ogóle publicznie nie zaistniała. Tak więc, wbrew zasadom zarządzania kryzysowego, opinia publiczna nie poznała składu sztabu kryzysowego, kompetencji i zakresu odpowiedzialności jego członków. Nie wiadomo było, kto podejmował decyzje w sprawach ważnych i zupełnie drobnych, jakimi przesłankami się kierował, jakich efektów oczekuje.

Szczególnie widoczne to było przy okazji decyzji wprowadzających ograniczenia swobód poruszania się, prowadzenia działalności gospodarczej czy wolności obywatelskich. Pomimo dość niejasnych podstaw prawnych tych działań, przestrzeganie tych ograniczeń wymuszane było głównie poprzez działania represyjne, przy nadużywaniu policji i karnych narzędzi będących w kompetencjach służb sanitarno-epidemiologicznych. Brakło działań edukacyjnych i promocyjnych, „miękkiej” polityki argumentacyjnej, odwołującej się do racji naukowych i moralnych, do postaw obywatelskich. Nawet jak takie próby podejmowano, to długo nie mogliśmy się doczekać na osobisty, pozytywny przykład polityków. Zbyt wiele było przykładów niewłaściwych zachowań, nieprzestrzegania norm i zasad przez nich samych ustalonych.

To wszystko składało się na uzasadnione wrażenie chaosu w zarządzaniu kryzysem. Nie jest zamiarem autora ocena podejmowanych decyzji z punktu widzenia medycznego i zasad walki z pandemią. Bardziej mnie interesują ewidentne braki w komunikacji ze społeczeństwem, nieumiejętność wyjaśnienia decyzji skutkujących procesami zaostrzania i luzowania restrykcji, niejasne i zmienne instrukcje dla organów bezpieczeństwa i porządku publicznego. Także brak wyobraźni, którego przykładem było wpuszczenie Polaków z Wielkiej Brytanii na Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku bez stosownej kontroli epidemiologicznej na granicy. Przejawem tegoż chaosu był także niejasny system zbierania informacji o przebiegu i geografii pandemii oraz niewykorzystanie powstających w placówkach naukowo-badawczych systemów prognozowania jej przebiegu. W ogóle zaniedbano kwestie bezpieczeństwa systemów informatycznych, o czym świadczy „błąd” systemu rejestracji na szczepienia, który miał miejsce 1 kwietnia 2021 roku czy też o dwadzieścia dni późniejszy „wyciek” danych osobowych funkcjonariuszy formacji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo z rejestrów prowadzonych przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.

Nałożyć na to trzeba wspominaną już „epidemię” prawa epizodycznego. Jest to o tyle, groźne, że naturą i istotą ustaw epizodycznych jest faktyczne ograniczenie praw obywatelskich, zachwianie relacji pomiędzy aparatem państwa a obywatelem.

Jednakże ewidentnym błędem w zarządzaniu tym kryzysem było nałożenie się na niego zdarzeń i konfliktów o charakterze politycznym. Najpierw konflikt o termin i sposób przeprowadzenia wyborów prezydenckich wiosną 2020 roku, zajmujący całą klasę polityczną, w tym osoby odpowiedzialne za prowadzenie walki z pandemią. Potem wrześniowe przetasowywania w rządzie i w koalicji rządzącej, które angażowały kierownictwo polityczne kraju i skupiały uwagę opinii publicznej, a które – jak można sądzić – miały wpływ na stan i poziom przygotowań do drugiej fali pandemii. Wreszcie jesienny konflikt światopoglądowy, który poruszył tysiące ludzi, a został wywołany przez władzę publiczną. Spowodował ona dalsze obniżenie zaufania sporej części obywateli do kierownictwa polityczno-administracyjnego kraju, wywołał przekonanie, że pandemia nie jest najważniejszym wyzwaniem, przed którym stanęła Polska.

Walczymy o życie

Jesteśmy krajem całkowicie upośledzonym i zniszczonym przez balcerowiczyzm, który nigdy nie opuścił ziemi, tej ziemi. I przez to, właśnie teraz, giniemy. Sytuacja jest absolutnie dramatyczna.

Dla porównania: w indyjskim regionie Kerala (33 miliony mieszkańców) z (UWAGA) PIĘCIOKROTNIE NIŻSZYM PKB na głowę do tej pory zmarło: 4700 osób (u nas 58 tys.). Polska jest też od kilku dni krajem w ścisłej czołówce dziennych zgonów. Przeganiają nas tylko kraje takie, jak Meksyk, Rosja, USA, czy Indie, które podobną liczbę dziennych zgonów notują mając wielokrotnie większą liczbę ludności. Gdy dodamy do tego, że w Polsce mamy bardzo wysokie nadmiarowe zgony (bo przestano u nas leczyć większość innych chorób!!!), to śmiało możemy mnożyć te dzienne zgony razy dwa.

Uważam, że nie jesteśmy najbiedniejszym, najgłupszym i najgorzej zorganizowanym narodem świata. A przynajmniej nie musimy nim być.
I czas nazwać rzeczy po imieniu. Mamy do czynienia z planowym ludobójstwem. Rząd przez rok nie zadbał ani o większe nakłady na zdrowie, ani o przeszkolenie dodatkowych kadr, ani nie zmobilizował wojska, ani nie zadbał o rodzimą produkcję szczepionek, ani nie zadbał o kontrole higieny w miejscach pracy, ani nie potrafił nawet stworzyć sensownego planu obostrzeń czy przeszkolić kogokolwiek w prawidłowym noszeniu odpowiednich masek. A obecnie jest zajęty wewnętrznymi wojenkami o władzę.

To, czy jest to działanie świadome nie ma w tej chwili znaczenia. Mamy do czynienia z masowym, systemowo normalizowanym mordowaniem. Zwłaszcza ludzi chorych, starszych i potrzebujących wsparcia w terapiach. Na potrzeby walki o życie i zdrowie ludzkie wszystkie porównania, w tym do Mengele, są teraz uprawnione, bo mowa tu o dziesiątkach tysięcy ofiar śmiertelnych, przy kompletnej bierności ze strony tnącego wszelkie koszty rządu, który ma to gdzieś.

Jeśli ktoś się ma za medium obywatelskie, to jest ten czas żeby przestać pierdolić o księciach, smoleńskach, wszystkim innym i zająć się walką o życie obywateli_ek tego kraju. Ta sama rzecz tyczy się również całej opozycji, która zamiast działać na rzecz 1000 niewidocznych spraw naraz powinna skupić się na tej JEDNEJ. Jest to kwestia narodowego zdrowia, bezpieczeństwa oraz honoru.

List czytelnika w sprawie szczepień przeciwko COVID-19

Rząd postanowił zintensyfikować program szczepień przeciw Covid-19, premier Morawiecki zapowiedział, że Polska będzie szczepić nawet 10 mln obywateli miesięcznie. W tym celu, jak zapowiedział minister Dworczyk, uruchomione zostaną dodatkowe punkty szczepień, m.in. na stadionach.

Szczepić będą mogli (tak jak chciał PSL) nawet aptekarze !

Inaczej mówiąc – rząd powołuje pospolite ruszenie … Tymczasem, ostrożnie szacując, co najmniej 1/3 wojsk zaciężnych stoi z bronią u nogi.

I, być może, PiS-owski nie zdaje sobie z tego sprawy … Na poparcie tej tezy przytaczam przykład z mojego podwórka.

26 marca br. wysłałem mejla do mojej przychodni POZ z prośbą „o wyjaśnienie, dlaczego przychodnie *Med sp. z o.o. nie biorą udziału w akcji szczepień przeciwko COVID-19 ?

W dniu 22.03.2021 r. (rano) pierwszego dnia, w którym rozpoczęła się rejestracja mojego rocznika, zarejestrowałem się, poprzez IKP, na wizytę w punkcie szczepień przeciwko COVID-19, znajdującym się w Pabianicach. Nie dlatego, że tam chciałem – jako mieszkaniec Bełchatowa chciałem wybrać punkt znajdujący się w Bełchatowie.

System jednak pokazywał, że do 31 maja żaden z czterech punktów w Bełchatowie nie ma wolnych terminów; tak samo w pozostałych gminach powiatu bełchatowskiego; w Piotrkowie Trybunalskim wolne były terminy w maju; w kolejnym najbliższym mieście, do którego mi „po drodze”, Pabianicach, najbliższy wolny termin to 26.04.2021 r.; przypisałem swoje, a potem swojej żony, skierowanie od Ministra Zdrowia do punktu w Pabianicach. Nie jestem jedyny; niektórzy znajomi z Bełchatowa zarejestrowali się do Łodzi, Złoczewa …

Powstaje pytanie, dlaczego w Bełchatowie nie było wolnych terminów ?
Odpowiedź jest prosta: dlatego, że w akcji szczepień przeciwko COVID-19 nie bierze udziału największa przychodnia w Bełchatowie i okolicy – NZOZ *Med ! Firma wywodząca się z przyzakładowej przychodni zdrowia Kombinatu*, i z tego tytułu w sposób specjalny przez Kombinat* traktowana.

I teraz okazało, że tysiące pacjentów, pracowników Kombinatu* zostało przez sp. *Med porzuconych, żeby nie powiedzieć – zdradzonych; w każdym razie duża część została narażona na straty finansowe (chociażby zwiększone koszty dojazdu) oraz niedogodności (chociażby konieczność wzięcia dwóch dni urlopu, które w zasadzie przeznaczone są na odpoczynek, czy czekanie w długich kolejkach). TO NIE JEST W PORZĄDKU ! (…)”

31 marca otrzymałem odpowiedź podpisaną przez dyrektora Zespołu Przychodni w Bełchatowie sp. *Med. W półtora stronicowym dokumencie czytamy m.in.: „(…) Dodatkowy dochód, jaki byłby możliwy w przypadku realizacji szczepień przeciwko Covid-19 nie rekompensowałby utraty dobrej marki i niezadowolenia Pacjentów (…) Oddelegowanie na stałe dwóch lekarzy i dwie pielęgniarki w celu realizacji programu szczepień uniemożliwiłoby nam realizację świadczeń medycznych dla ponad dwudziestu tysięcy pacjentów na poziomie zgodnym z obowiązującymi nas umowami (z Kombinatem* i NFZ). (…) Wobec powyższego podjęliśmy decyzję o niezgłoszeniu swojego udziału w postępowaniu przetargowym”.
Należy dodać, że w Bełchatowie (65 tys. mieszkańców) na 4 punkty szczepień, trzy to Niepubliczne ZOZ; jest jeszcze kilka prywatnych ośrodków POZ, w tym jeden porównywalny do tych trzech; sp. *Med ma przychodnie w kilku innych miastach na terenie kraju; ponadto jej właścicielem jest ogólnokrajowa Grupa L*; strategiczne decyzje zawsze podejmuje właściciel …

W tej sprawie błędem populistycznego rządu „Zjednoczonej Prawicy”
była decyzja o rekrutacji podmiotów prowadzących punkty szczepień na zasadach „wolnorynkowych”; dobrowolności. Co wynikało z kardynalnego błędu o nie wprowadzeniu przewidzianego w Konstytucji RP stanu klęski żywiołowej. Należało, jak udowadnia to powyższy przykład – i to jest aktualne – wprowadzić ograniczoną czasowo nacjonalizację prywatnych dostawców usług zdrowotnych, jak chociażby w Hiszpanii rok temu.

Nie mam nadziei, że takie rozwiązanie , na tym etapie, zastosuje rząd PiS, ale dedykuję tę opinię – na przyszłość (na teraz też) politykom polskiej Lewicy.

Grzegorz Stoigniew Nowak
* – gwiazdka informuje, iż nazwa została zmieniona.

Dno

Przepraszam Czytelników Trybuny. Parę dni temu napisałem, że grupa moich sklerotycznych przyjaciół dała naszemu rządowi przyzwoity stopień 3+, za organizację zapisów na szczepienia seniorów powyżej osiemdziesiątki. Takie mieliśmy obserwacje, zapominając, że ta grupa pacjentów jest przecież najmniejsza.

Ten niezły stopień przestał być aktualny od dnia 22 stycznia, kiedy zaczęto zapisywać następną grupę, czyli 70 – 80 lat.

To, że przed wieloma ośrodkami zdrowia już w nocy ustawiały się kolejki, otrzymując rano cenną informację, że zapisy się skończyły, bo nie będzie szczepionek, Czytelnicy wiedzą zapewne z telewizji lub prasowych serwisów. Ale chyba nie wiedzą, że w nieco późniejszych godzinach nie działał żadem kanał informacyjny. Słynny telefon 989 tylko piszczał, albo miłym kobiecym głosem powiadamiał, że połączenie nie jest możliwe. Panie w znacznej części recepcji ośrodków zdrowia odmawiały nie tylko zapisów, ale nawet zanotowania danych osoby dzwoniącej. Bo ośrodek, – mimo, że jest w wykazie szczepiących – „nie dostał „przydziału szczepionek”. Tak dosłownie informowano, np. w [podwarszawskich Markach. Nie pomagały prośby, aby zapisać dane telefonującego pacjenta i zawiadomić go o ewentualnej zmianie sytuacji w następnych tygodniach.

Rząd PISu, zwany rządem RP, pokazał nam zadziwiającą nieudolność organizacyjną, której źródłem pierwotnym jest nieustanna skłonność do centralizacji i, wykształcone przez kilka lat sprawowania władzy, lekceważenie obywateli. Obserwując dno organizacyjne w dniu 22 stycznia 2021, każdy inteligentny student i absolwent zarządzania, może zadać trzy proste pytania:

Jeśli w systemie opieki zdrowotnej można zapisywać obywateli na wizyty u specjalistów w terminach rocznych a nawet dwuletnich, to dlaczego nie „polecono” ośrodkom zdrowia i szpitalom prowadzącym szczepienia, zapisywania chętnych „do oporu”. „Będziemy dostawać tylko 30 szczepionek na tydzień, musimy część rezerwować na drugie szczepienie, więc proponuję pani (panu) np. termin 26 października, 2021r. Jeśli otrzymamy więcej szczepionek, terminy ulegną skróceniu i będziemy o tym zawiadamiać zainteresowanych telefonicznie lub e-mailowo, z obowiązkiem potwierdzenia otrzymania informacji lub kontaktu dla negocjacji innego terminu.

Takie rozwiązanie wymaga oczywiście nieco większego wkładu pracy, ale daje też pozytywny, dodatkowy efekt – wiarygodną liczbę pacjentów, którzy chcą się zaszczepić. A tym samym może ułatwić rządowi korygowanie skali zakupu szczepionek. Daje też efekt psychologiczny – wszyscy chętni czują się zapisani i mają wstępny termin szczepienia.

Kolejki staruszków obozujących nocą pod ośrodkami zdrowia w dniu 22 stycznia były obrazem żenującym. Rząd stworzył przyczyny ich powstawania, ale winą ośrodków było ich utrzymywanie. Sądzę, że w każdym ośrodku można było znaleźć jednego czy dwóch młodych pracowników, którzy już w nocy czuwaliby nad tym, aby kolejki nie powstawały. Wystarczyło dyżurować pod przychodnią, każdą przychodzącą osobę zapisać, jako chętną, w ciągu dnia skontaktować się z nią telefonicznie i ustalić termin szczepienia zgodnie z zasadą z pkt. 1. Podobno były nieliczne przypadki, że tak usiłowano robić. Ale w większości widoczna była charakterologiczna znieczulica i niechęć, do „tłumu, który nic nie rozumie”.

Nie mogę zrozumieć, po co w systemie informatycznym „akcji szczepienia” wprowadzono „profil zaufany”. Trzy czwarte obywateli w ogóle nie wie, co to jest. Zaledwie kilka procent ma taki profil. Akcja szczepień nie jest operacją finansową, obywatele nie podpisują umów i czeków, a nawet nie płacą za szczepienia. Dlaczego identyfikacji pacjentów nie ograniczono do Imienia, nazwiska, peselu i miejsca zamieszkania, – a więc danych zrozumiałych dla „seniorów.

Sądzę, że dno organizacyjne zapoczątkowane w dniu 22 stycznia będzie trwało jeszcze przez miesiąc lub dwa. Jest wiele osób 70+, które nigdzie nie zostały zapisane. Jest ich dużo także w w informatycznym systemie rejestracji, jako oczekujących na wskazanie miejsca i terminu, gdzie mogą się zapisać. To potrwa i może się pogłębiać, przez występujące już paradoksalne skierowania chętnych do odległych miejscowości, gdzie – czasem naprawdę, a czasem rzekomo – może na nich czekać jeszcze wolna szczepionka.

Moja grupa sklerotyków nie może za fazę przygotowania szczepień osób w wieku 70+ przyznać innego stopnia, jak niedostateczny. Osiągnięto w tym działaniu dno, świadczące o zupełnym braku kompetencji organizacyjnych rządu. Tak głębokim i tak społecznie szkodliwym, że nie tylko minister zdrowia, ale premier z całym rządem powinien podać się do dymisji. I gdyby miał poczucie odpowiedzialności za powierzoną misję i nie tracił czasu na propagandowe wystąpienia np. przy okazji wysyłania naszych „deficytowych” lekarzy do pomocy za południową granicą – to tak by zrobił.
I nie traktuję tej sugestii, jako żartu.

Warszawa–Marki,23.01.2

Kto zbuduje otwartą Polskę?

Robert Biedroń, kandydat Lewicy na prezydenta Polski, dał swoim rywalom szansę jednoznacznie wypowiedzieć się w kwestiach o fundamentalnym społecznym znaczeniu.

Zmierzmy się na wizje Polski, a nie puste frazesy – zwrócił się Biedroń do swoich kontrkandydatów, wszystkich mniej lub bardziej prawicowych, na konferencji prasowej 3 czerwca. Następnie wskazał pięć pytań dotyczących życia społecznego i politycznego, na które on sam bez wahania odpowiada twierdząco.

Robert Biedroń w pierwszej kolejności zapytał swoich rywali, czy poprą ideę utworzenia publicznej firmy deweloperskiej, który wybuduje milion tanich mieszkań na wynajem? Bez tego rodzaju posunięcia wszelkie zapowiedzi zmian w polityce mieszkaniowej są co najmniej niekonsekwentne. Pokazały to wdrażane dotąd programy mieszkaniowe.

Pytanie drugie może sprawić prawicowym politykom sporo kłopotu. Brzmi bowiem: czy podpiszę ustawę o sprawiedliwym opodatkowaniu Kościoła?

Kto chce zatrzymać reprywatyzację?

Pytanie trzecie przywraca do debaty publicznej głośno dyskutowany w 2019 r., a potem przygasłą sprawę reprywatyzacji. PiS „grzał” ten temat, dopóki mogło to przełożyć się na dobry wynik wyborczy Patryka Jakiego, walczącego o fotel prezydenta Warszawy, potem nadzieje na ustawę reprywatyzacyjną rozwiały się. Robert Biedroń pyta potencjalnych prezydentów Polski: czy podpiszecie taką ustawę, by zakończyć dziką reprywatyzację i związane z nią patologie?

Pytanie czwarte dotyczy praw kobiet do decydowania o swoim ciele, w tym do bezpiecznego przerywania ciąży. Czy moi kontrkandydaci podpiszą ustawę o dostępie do bezpiecznego przerywania ciąży do 12. tygodnia – zapytał Biedroń.

Ocalić służbę zdrowia

Pytanie piąte dotyka fundamentalnego cywilizacyjnego problemu. Koronawirus przypomniał wszystkim, że polska służba zdrowia trzeszczy w szwach, trzymając się głównie na oddaniu pracowników, wykonujących swoje obowiązki w poczuciu wielkiej odpowiedzialności. Biedroń zapytał swoich rywali, czy są gotowi podpisać ustawę o zwiększeniu nakładów na ten cel do poziomu 7,2 proc. PKB, sugerowanego w ubiegłym roku przez lekarzy współpracujących z Lewicą.

– Z dumą mówię o Polsce otwartej, tolerancyjnej, w której wszyscy obywatele mają równe prawa. Chcę Polski, która jest w stanie zaopiekować się obywatelami w trudnych czasach kryzysu, ale za to nie mówi im jak mają żyć, w co wierzyć, ani kogo mogą kochać. Chcę nowoczesnego państwa dobrobytu dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych – podsumował Biedroń. Na razie jedyny kandydat, który na wszystkie postawione pytania stanowczo odpowiada twierdząco.