„Po piśmie” czyli „po herbacie”?

I co będzie dalej?

Od razu uprzedzam. Lektura tego „Dukaja”, to już nie lektura jego klasycznego już niemal „Lodu”. To przemyślenia myśliciela, którym z czasem stał się ten pisarz (rocznik 1974), uznany za jednego z gigantów prozy SF. Przemyślenia myśliciela? Brzmi to jak pleonazm, ale przecież to właśnie Jacek Dukaj wymyślił i pokazał fenomen, który nazwał „myślunkiem”. Ale o tym później.
„Po piśmie” Dukaja składa się z dwóch warstw: z kilku szkiców poświęconych wybranym przez niego problemom współczesnej cywilizacji oraz właściwemu „Po piśmie”, studium, w którym autor prorokuje koniec cywilizacji pisma i zastąpienie jej cywilizacją bezpośredniego, bezpiśmiennego transferu treści. Będzie to jego zdaniem skutkować zmierzchem tego co znamy od zarania cywilizacji pisma: podmiotowego ja. Pisze Dukaj: Mechanizm „wyzwalania z pisma” napędzają miliardy codziennych wyborów producentów i konsumentów kultury. Nie napiszę listu – zadzwonię. Nie przeczytam powieści – obejrzę serial. Nie wyrażę politycznego sprzeciwu w postaci artykułu – nagram filmik i wrzucę go na jutjuba. Nie spędzam nocy na lekturze poezji – gram w gry. Nie czytam autobiografii – żyję celebów na Instagramie. Nie czytam wywiadów – słucham, oglądam wywiady. Nie notuję – nagrywam. Nie opisuję – fotografuję.
Posuwa się Dukaj w swojej diagnozie jeszcze dalej. To nie człowiek będzie w przyszłości czuł, przeżywał, myślał, lecz zautonomizowane uczucia, przeżycia, myśli i inne treści będą istnieć za jego pomocą, jako używanego narzędzia. Myśli, uczucia i inne treści zastąpią człowieka. Jednym z kluczowych pojęć wprowadzonych przez Dukaja jest „bezpośredni transfer treści”. Nie będą już one transferowane przez druk, pismo, język, lecz bez jego pośrednictwa, za pomocą nowych mediów.
I tu pojawia się inny kluczowy termin Dukaja: „myślunek”. „Chodzi – pisze on – o kategorię węższą od „bycia człowiekiem” lub „niebycia człowiekiem”, a szerszą od „rodzajów umysłowości”. Tak nazywam ów charakterystyczny zbiór nawyków i zdolności. Każdy myślunek wprost oraz poprzez związane z nim technologie (bądź ich brak) wpływa lub wręcz determinuje kształt społeczeństwa, kultury, porządku ekonomicznego, politycznego, aż do moralności, estetyki i najintymniejszych doświadczeń człowieka”. Dukaj nie poprzestał na teoretycznym ukazaniu zjawiska „bezpośredniego transferu przeżyć”.
Michał Tabaczyński, recenzent „Po piśmie” napisał o szkicu „Żyj mnie” poświęconym conradowskiemu „Jądru ciemności”, ulubionemu dziełu literackiemu Dukaja. To konkretna egzemplifikacja fenomenu „bezpośredniego transferu przeżyć”. M. Tabaczyński: Dukaj ujmuje ten problem tak: Pomiędzy czytelnikiem i Kurtzem, w rozgrywce rozpisanej na kilka postaci i warstw narracji, zachodzą co najmniej trzy takie transfery życia: (1) Marlow żyje Kurtza. (2) Narrator żyje Marlowa żyjącego Kurtza. (3) Czytelnik żyje narratora żyjącego Marlowa żyjącego Kurtza”. To „wżywanie się” najbardziej zajmuje Dukaja. Przyczyna jest prosta: próbuje w ten sposób opisać warunki zanurzenia, immersji w fikcyjną przestrzeń (opowieści, narracji, symbolu), by dzięki temu opowiedzieć o „bezpośrednim transferze przeżyć”.
Wydawnictwo tak rekomenduje „Po piśmie”: To „intelektualna podróż wokół najbardziej fascynujących zagadnień współczesnej cywilizacji – aż do jej kresu i do kresu człowieka. Przez ostatnich kilka tysięcy lat pismo, książki i biblioteki były nośnikami i skarbnicami wiedzy. Technologia pisma stworzyła cywilizację człowieka. Myślenie pismem oznacza myślenie symbolami, ideami i kategoriami. Daje bezpośredni dostęp do wnętrza innych: ich emocji, przeżyć i poczucia „ja”. Wyniósłszy tę umiejętność na wyżyny sztuki, w istocie tworzy nasze życie duchowe. W „Po piśmie Dukaj pokazuje ludzkość u progu nowej ery. Kolejne technologie bezpośredniego transferu przeżyć– od fonografu do telewizji, internetu i virtual reality – wyprowadzają nas z domeny pisma. Stopniowo, niezauważalnie odzwyczajamy się od człowieka, jakiego znaliśmy z literatury – od podmiotowego „ja”. (…) Literatura, filozofia, popkultura, neuronauka i fizyka – zaglądamy za kulisy cywilizacji i odkrywamy, że to nie człowiek posługuje się stworzonymi przez siebie narzędziami, ale to one coraz częściej posługują się człowiekiem. Nadchodzą czasy postpiśmienne, gdy miejsce człowieka-podmiotu i jego „ja” zajmują bezpośrednio przekazywane przeżycia. „Czy mogę powiedzieć o sobie: «jestem oglądaniem serialu», «jestem śledzeniem celebów na Instagramie»?”. Człowiek staje się maszyną do przeżywania”.
Jestem bardzo świeżym czytelnikiem Jacka Dukaja, więc nie zdążyłem wgłębić się w niełatwą problematykę jego myślicielstwa, bo Dukaj jest myślicielem i to pierwszorzędnym. Dlatego przestrzegam, że lektura „Po piśmie” nie jest lekka, choć to fascynująca przygoda intelektualna. Warto jednak zdobyć się na ten wysiłek, bo nagroda jest tego warta. Jeśli jednak zmęczycie się tą lekturą, jeśli będziecie mieli trudności z uchwyceniem jej sensów, sięgnijcie po tekst „Po huku, po szumie…” autorstwa cytowanego tu Michała Tabaczyńskiego, teoretyka nowych mediów i socjologa literatury. Światły ten mąż oświeci Wam dalszą drogę, pokaże walory, słabości i wszelkie antynomie w myśleniu Dukaja.

Jacek Dukaj – „Po piśmie”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, str. 412, ISBN 978-83-08-06874-8.

Midas krytyki artystycznej

Hojny i wielkoduszny w swoim pisaniu

Świeżo oczarowany, a nawet po młodzieńczemu oczadzony (16 lat) filmem „Wesele” Andrzeja Wajdy przeczytałem w tygodniku „Literatura” (styczeń 1973) recenzję nieznanego mi wtedy recenzenta o nazwisku Krzysztof Mętrak, znalazłem w niej następujące zdanie: „Wesele” Wajdy, to bardzo piękny film. Szkoda że składa się z samych cytatów”. Nie pamiętam, czy akurat to zdanie sprawiło, że „zakochałem się” w postaci tego krytyka filmowego (takim był dla mnie wtedy przede wszystkim, gdy „najważniejszą ze sztuk” było dla mnie naówczas kino) i w jego pisaniu. Ten zgrabny bon mot był jednak pierwszą cechą Mętraka na jaką zwróciłem, a cechą tą była błyskotliwość stylu, frazy. Było wtedy w Polsce grono wybitnych krytyków filmowych (m. in. Zygmunt Kałużyński, Bolesław Michałek, KTT, Konrad Eberhardt, Rafał Marszałek, Aleksander Ledóchowski i kilku innych), ale nikt nie mógł Mętrakowi dorównać w owej bonmotowej błyskotliwości stylu, cesze którą naówczas najbardziej ceniłem. Zaraz po stylu doceniłem jego rzadką, fenomenalna erudycję humanistyczną. Każdy tekst Mętraka przepełniony był cytatami, nawiązaniami do ważnych zjawisk kultury, zarówno tych wiodących, jak i zupełnie niszowych. Przy czym erudycję tę potrafił Mętrak podać w sposób lekki, efektowny, finezyjny, daleki od jakiejkolwiek akademickiej sztywności. Nic dziwnego, że kilka lat później usłyszałem zdanie wypowiedziane w telewizji przez Jerzego Waldorffa: „Młodzieńcem jeszcze będąc przeczytał Mętrak prawie wszystkie książki”. To niewątpliwie z empirycznego punktu widzenia przesadne zdanie, było w ogólnym sensie trafne i dopiero po latach, gdy bliżej poznałem jego sylwetkę prywatną, zdumiałem się, jak ktoś prowadzący tak intensywne życie towarzyskie (głównie alkoholowe, co stało się jego przekleństwem i radykalnie skróciło mu życie) mógł jednocześnie tak wiele przeczytać i napisać. Mętrak rozpoczynał swoją zawodową karierę w aurze „cudownego dziecka” (był najmłodszym członkiem Związku Literatów Polskich) a wybitność objawił już w wieku młodzieńczym 21 lat. W serii „Polscy Krytycy Filmowi” Wydawnictwa Naukowego Scholar ukazała się pod redakcją Barbary Gizy i Piotra Zwierzchowskiego praca zbiorowa o Krzysztofie Mętraku. (1945-1993). Zbiór otwiera tekst Janusza Zaorskiego, reżysera filmowego, którego połączyły z Mętrakiem przyjaźń oraz więzy profesjonalne i osobiste. Adam Wyżyński naszkicował rys biograficzny Mętraka, zwracając m.in. uwagę, że tym, kto otworzył mu drogę do świata polskiej krytyki artystycznej był Bolesław Michałek. O szczególnie interesującej części spuścizny Mętraka, jako są jego dzienniki napisała Barbara Giza. Ukazały się one już po śmierci krytyka, u schyłku lat 90-tych. Autorka szkicu o dziennikach obejmujących w sumie lata 1969 – 1983. Nadała mu bardzo trafny tytuł „Kolekcjoner rzeczywistości”. To co bowiem uderza w tych dziennikach, to jego fascynacja otaczającą go wielobarwną egzystencją, która była nieporównywalnie dla niego ciekawsza niż jego osobiste, krytyczne „ja”. Zawsze bardziej frapował go świat zewnętrzny niż on sam, on fenomeny tego świata z pasją kolekcjonował. Warto przy tym dodać, że spora część dzienników Mętraka nie została, decyzją rodziny, opublikowana, podobno z powodu kontrowersyjnych zapisów. Kolejne szkice poświęcone są problematyce pisania Mętraka. W szkicu „Kinowość w stanie czystym” Rafał Koschany zwraca uwagę na to, że choć Mętrak cenił ów ujęty w tytule fenomen „kinowości” jako takiej, to w tej dziedzinie sztuki był dla niego najważniejszy jego aspekt społeczny, kulturowy, kino nie było dla niego „sztuką dla sztuki”, akcentował treść, nie formę kina. O Mętrakowym widzeniu kina polskiego i jego specyficznych rysach napisał Karol Jachymek i zwracał uwagę m.in. na jego pogląd na główną cechę polskiej X Muzy – bezkierunkowość i bezpostaciowość, która nie przeszkadzała od czasu do czasu tworzyć arcydzieła, ale nie stwarzała jej możliwości nawiązania dialogu i rywalizacji z innymi kinematografiami. Jachymek zwrócił też uwagę na specyficzną właściwość metody pisania Mętraka, właściwość w której był prekursorem – intertekstualność. Nie tylko bowiem podejmował on, posiłkując się ogromną erudycją, rozliczne zagadnienia, ale przywoływane przez niego cytaty, personalia, fakty, fenomeny dialogują między sobą, a jednocześnie odsyłają czytelnika do zagadnień pozatekstowych. Mętrak był też jednym z nielicznych krytyków, którzy zajmowali się powołaniem, cechami, wadami i zaletami własnej profesji, który próbował definiować sens tego dziennikarskiego zawodu. Przy okazji, a bez tego nie byłby sobą, złośliwie, po nazwisku komentował i etykietował kolegów po profesji. Skądinąd jego skłonność do złośliwych, błyskotliwych, a czasem i przesadni surowych opinii o ludziach z tzw. środowiska była jego i siłą i słabością. Temat ten podejmują Piotr Zwierzchowski („O krytyce i krytykach”) i Marcin Maron („Krytyk jako współtwórca kultury…”). Swego czasu poświęciłem Mętrakowi, w 10 rocznice jego śmierci, szkic „Prospero z Krakowskiego Przedmieścia”. Zwróciłem w nim uwagę na jego dar czynienia intelektualnego złota z wszystkiego czego dotknął, na jego dar midasowy. Dowodzi tego Mętrakowe pisanie o sporcie, zwłaszcza o piłce nożnej (Mariusz Czubaj, „Ludzka twarz futbolu”). Wydawałoby się , że trudno o coś mniej sportowego niż pisanie, trudno o większą antynomię niż sprzeczność między dynamiką sportowej akcji a statycznością procesu pisania i czytania. A jednak i w tym potrafił Mętrak przełamać owo niemal fizyczne prawo. Pod jego Midasowym piórem (jego łatwość i szybkość doskonałego pisania była legendarna i budziła podziw oraz niedowierzanie) coś tak dziwnego jak sportowy felieton (sprzeczność sama w sobie) nabierał naprawdę atrakcyjnych barw. Gdy się czytało Mętrakowe pisanie o piłce nożnej (n.p. po stacyjką „Grzejąc ławę”) aż wydawało się, że się gra. Midasowy dar Mętraka objawiał się też w jego poezji (Robert Mielhorski, „Nicość nie jest najstraszniejsza” O poezji Krzysztofa Mętraka”) i to w sposób jeszcze bardziej chyba paradoksalny niż w felietonie sportowym. Otóż choć Mętrak nie był ani wielkim, ani nawet szczególnie wybitnym poetą, to pod jego piórem jego niedoskonała poezja nabierała szczególnych walorów, jako uzupełnienie jego pisania dziennikarskiego i eseistycznego. On waloryzował swoje własne niedoskonałości. Krzysztof Mętrak zostawił po sobie ogromną spuściznę piśmienniczą, rozproszoną zresztą po różnych tytułach prasowych. Tym jednak, na co zwracali uwagę niemal wszyscy o nim pisali, było to, że nie pozostawił po sobie swojego opus magnum, że pozostawił jedynie małe (objętościowo) formy, zebrane w zbiory opublikowane za jego życia („Autografy na ekranie”, „Legendy nie umierają”) jak i po jego śmierci. Brało się to z kilku powodów. Po pierwsze, jego intelektualna niecierpliwość zachłanność, która nakazywała mu być „analitykiem i komentatorem świata całego” zamiast latami koncentrować się na wąskim zakresie zagadnień. Po drugie, Mętrak żył jak przedstawiciel artystyczno-dziennikarskiej cyganerii warszawskiej i należał do jej ostatniego chyba pokolenia, tryb życia takiej cyganerii nie ułatwiał koncentracji. Po trzecie, był hojny i wielkoduszny w swoim pisaniu. Z tej hojności można z wielkim pożytkiem czerpać do dziś.

„Krzysztof Mętrak”, redakcja Barbara Giza i Piotr Zwierzchowski, Seria Polscy Krytycy Filmowi, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019, str. 282, ISBN 978-83-65390-42-4.

Księgi fandomistów

Dokonujmy wyboru, ale nie lekceważmy.

W 1976 miały miejsce trzy zdarzenia (pośród oceanu innych): po pierwsze, narodził się, przede wszystkim w akademiku przy warszawskiej ulicy Kickiego, polski ruch fandomowy, po drugie, urodził się Tomasz Pindel, dziś pierwszy historyk polskiego ruchu fandomowego, po trzecie, ja, 19-letni licealista, obficie czytający, pożeracz książek, pierwszego z wymienionych faktów nawet nie zauważyłem.
Czy istnieje jakaś koincydencja między tymi trzema wydarzeniami? Między pierwszym a drugim taka, że Pindel, znawca i tłumacz literatury iberoamerykańskiej oraz biograf Mario Vargasa Llosy, stał się biografem fenomenu i ludzi fandomu? A dwóch pierwszych faktów z trzecim? Tylko taka, że piszący te słowa 19-latek z 1976 roku, choć namiętny czytelnik, nigdy nie zainteresował się fandomem, choć cztery lata później, jesienią 1980 roku, poznał i na wiele lat zaprzyjaźnił się z Jakubem Chruszczewskim, miłośnikiem literatury fantastycznej, a na dokładkę bratankiem pisarza tego gatunku, Czesława Chruszczewskiego, który skądinąd jest przez Pindela przywołany, a także myślenickim sąsiadem Marka Oramusa – nie zainteresowałem się tą literaturą. Oczytany w Verne’em, Jerzym Żuławskim, Poe, Grabińskim, Lovecrafcie, Wellsie, Gauthierze, Rzewuskim, Niemojewskim, Langem i wielu innych, a także w prozie Stanisława Lema, a także widz filmów o Fantomasie i o „Gwiezdnych wojnach”, uważałem polską literaturę SF za badziewie, za „paździerz”, za nie wartą uwagi podróbkę, imitację, oczywiście Lema wyłączając, Lema za którego największe dzieło uważałem i uważam „Głos Pana”.
Kontaktu z polską fantastyką nie ułatwił mi też Erich von Daeniken, którego pseudonaukowe narracje zalały polski rynek Nie stałem się polskim fandomistą także w październiku 1982 roku, kiedy w sam mrok stanu wojennego ukazał się pierwszy numer pisma „Fantastyka” (istniało w latach 1982-1990). Pamiętam tylko, że zwróciłem uwagę na ten numer na wystawie jakiegoś kiosku, może nawet do niego zajrzałem, ale na pewno nie kupiłem. Poza wszystkim – moje zainteresowania literackie i umysłowe skierowane byłyby w inne strony i poruszały się z innych rejestrach.
Nie wiedziałem też wtedy jeszcze, że „Fantastyka” to pismo kryptoopozycyjne, choć jego redaktor naczelny Adam Hollanek objął swoją funkcję namaszczony przez samego szefa Wydziału Prasy KC PZPR Stefana Olszowskiego, który miał powiedzieć, że liczy, iż w tym piśmie opozycyjna młodzież będzie mogła bezpiecznie wyrażać „wraże poglądy”, czyli że liczył na efekt „wentyla”. I tym sposobem nigdy nie poznałem fandomu, nawet najważniejszych klasyków polskiej fantastyki, jak Adam Snerg-Wiśniewski, Janusz A. Zajdel, Krzysztof Boruń, Andrzej Trepka, Konrad T. Lewandowski, Konrad Fiałkowski, Mirosław Paweł Jabłoński, Anna Brzezińska, Marek Oramus, czy „gigant polskiej fantastyki” – jak Pindel określa Jacka Dukaja – że tylko rodzimych autorów wspomnę. I pewnie nigdy nie poznałbym tej literackiej krainy, gdyby nie Tomasz Pindel, który przerzucił się z Vargasa Llosy nad Wisłę i pomógł mi choć w części owo „niepoznanie” nadrobić.
Jestem mu za to wdzięczny. Zbyt bowiem dobrze znam literaturę, zbyt doświadczonym jestem czytelnikiem, zbyt dobrze czuję alchemię czytania, by nie zdawać sobie sprawy, że wzgardziwszy literaturą fantastyczną polskiego „fandomu”, sam pozbawiłem się jakichś czytelniczych doznań, o coś się zubożyłem, o coś, co zresztą jest już nie do odrobienia.
Pewnym pocieszeniem jest dla mnie przywołany przez Pindela fakt, że tak wszystkożerni czytacze, jakim są Paweł Dunin-Wąsowicz i Krzysztof Varga, także prześlepili (świadomie czy nie) polską fantastykę i w wydanej w 1995 roku syntezie „Parnas bis. Literatura polska urodzona po 1960 roku” całkowicie ją pominęli i dopiero później o nią zaindagowany Dunin przeczytał ją całą hurtem, na raz.
„Historie fandomowe” nie są monografią literatury tego gatunku, nie są analizą literaturoznawczą gatunku i poszczególnych utworów, choć jest w nich krótki zarys jego historii. To przede wszystkim historia fandomu, czyli ruchu, ogólnopolskiej sieci klubów miłośników, fanów, fanatyków, smakoszy tego gatunku. Poza wspomnianymi początkami fandomu, dowiadujemy się z książki Pindela o wielu sprawach fandomowych i okołofandomowych. O tym, że grupował on w dużym stopniu usposobioną kontestacyjnie w stosunku do PRL młodzież głównie o poglądach prawicowych, że był ruchem piwa a nie wódki czy wina, że był na wskroś męski w kolorycie i cokolwiek zdystansowany do kobiet (może nawet z lekkimi akcentami lightowego mizoginizmu), że był ruchem ekskluzywnym, mającym skłonności do nieco sekciarskiego izolowania się od zewnętrznego świata, a nawet od „aspirantów”.
Opisał też Pindel wewnętrzne ruchy tektoniczne, spory, ewolucje, kontrowersje, przyjścia, odejścia, zmiany pokoleniowe i personalne w szeregach ruchu fandomowego, a sporo miejsca poświęcił też, po części anegdotycznie, personaliom, w tym takim postaciom jak Maciej Parowski, legendarna postać fandomu, redaktor-arbiter „Fantastyki” (1982-1990) i szef „Nowej fantastyki od 1990 roku, weteran fandomu Wiktor Bukato czy Andrzej Sapkowski, jedyny który przedarł się i to w późnym wieku przez fandomowe mury Hebronu czy Jerycha. Jest także o tym, że dzisiejsza postać ruchu fandomowego, zdeterminowana przez świat gier, nowe technologie i mentalność nowego pokolenia, niewiele ma wspólnego z klasycznym fandomem. To wieża Babel, w której znajduje się niewielu starych fandomowców.
Czytałem „Historie fandomowe” z ogromnym zainteresowaniem. Jeśli z podobną pasją czytali fantastykę fandomiści, to ich rozumiem. Panie Tomaszu. Jestem za stary, żeby sięgnąć po całą literaturę fandomu, hurtowo jak Dunin (choć po Snerga-Wiśniewskiego czy Zajdela jednak sięgnę). Jednak dzięki Panu nadrobiłem w interesujący sposób choć część tej straty, którą sprokurowałem sobie na własne życzenie. Najgorszą rzeczą w percepcji wytworów kultury jest lekceważenie i nonszalancja. Nie lubmy, krytykujmy, dokonujmy wyborów, ale nie lekceważmy i nie pomijajmy.

Tomasz Pindel – „Historie fandomowe”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, str. 238, ISBN 978-83-8049-886-0.

„Nóż” mnie nie ugodził

Proza „mózgowa”

Trochę mi ta proza szybkim, momentami jakby zdyszanym, nerwowym, kanciastym rytmem narracji, krótkimi zdaniami, często zastępowanymi jednowyrazowymi równoważnikami zdań, przypomina styl Juliusza Kadena-Bandrowskiego („Generał Barcz”, „Mateusz Bigda”, „Czarne skrzydła”). Skojarzenie może swobodne, dowolne, ale chyba do pewnego stopnia uzasadnione. Jednak podczas lektury „Noża” Krzysztofa Bieleckiego przyjść może na myśl także eksperymentalna językowo proza „zbereźników”, młodych prozaików z lat siedemdziesiątych, takich jak m.in. Słyk, Schubert, Dżeżdżon, Oryszyn, Pastuszek i innych, których promotorem i przewodnikiem był legendarny krytyk Henryk Bereza. Autor powieści jest zresztą związany z kręgiem miesięcznika „Twórczość”, w którym „zberezizm” ciągle się odnawia, który jest jego schronieniem.
Wiele w „Nożu” fraz oryginalnych, zaskakujących, pomysłowych, czasem odkrywczych. Miazga egzystencji młodego człowieka, chaos skojarzeń, wszystko to owinięte wokół czegoś w rodzaju osi przypominającej powieść kryminalną, z zabójstwem w tle. Narrator wspomina młodość w małym miasteczku, dokładnie usytuowaną w czasie, u schyłku wakacji 1977. Nie ma jednak ta proza nic wspólnego z nurtem sentymentalnych nostalgii prowincjonalnych, modnych w pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych.
Jest na to zbyt oschła, mózgowa. Autor, pisarz o stażu już przeszło trzydziestoletnim (debiut 1987 powieścią „Fistaszek” i zbiorem opowiadań) był już doceniany ważnymi nagrodami. Leszek Bugajski określa go jako pisarza „wybitnego ale osobnego, takiego który nie ulega literackim modom, ale idzie za swoją wyobraźnią bez kompromisów i ułatwień”. Nieco bardziej wstrzemięźliwą ale też przychylną ocenę wystawia mu Anna Nasiłowska. Mnie w trakcie lektury „Noża” towarzyszyły dwa sprzeczne odczucia. Z jednej strony uznanie dla tej formy prawdziwie niebanalnej, rzeczywiście bezkompromisowej, „samo-swojej”. To taki wewnętrzny wyraz uznania ze strony czytelnika, któremu nie jest obce uznanie dla wagi i walorów literackiego eksperymentu, czytelnika który naprawdę docenia literaturę „osobną”. Z drugiej jednak strony – uczucie chłodu, brak poczucia estetycznego pokrewieństwa i uwiedzenia przez tę prozę, takiego jakie towarzyszyło mi chociażby przy lekturze niektórych prawdziwych „zbereźników” czy „Generała Barcza”, skoro na początku odniosłem się do Kadena-Bandrowskiego. Słowem: prozę Bieleckiego doceniam, odnoszę się do niej z szacunkiem, na pewno nie jest tuzinkowa, ale nie mam z nią wspólnej „chemii”.
Próbujcie jednak. Może ktoś tę „chemię” poczuje.

Krzysztof Bielecki – „Nóż”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 271, ISBN 978-83-66272-04-0

Śladami moich postaci

Z PAWŁEM HUELLE rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ostatnio wokół Gdańska jest dużo politycznych namiętności, zwłaszcza po zabójstwie Pawła Adamowicza, wokół Westerplatte, wokół tradycji Wolnego Miasta Gdańska, której kultywowanie w duchu afirmacji obecności niemieckiej w tym mieście zarzuca władza PiS władzom miasta, ale Pan, pisarz na wskroś gdański, jakoś nie zabiera głosu w tej debacie. Czy potrafi Pan zrekonstruować moment, w który masa krytyczna wrażeń, emocji, spostrzeżeń i wiedzy młodego gdańszczanina, urodzonego w tym mieście w 1957 roku przetworzyła się w moment pisarskiej iluminacji, w imperatyw by to wszystko ująć w literacką narrację?
Nie, tego momentu nie potrafię uchwycić, za to świetnie pamiętam to, co pan określił jako masę krytyczną, owe tysiące wrażeń zmysłowych z Gdańska lat sześćdziesiątych, wzrokowych, zapachowych, słuchowych, dziś już nie do osiągnięcia, bo cywilizacja się zmieniła. Te wrażenia to m.in. zapach końskiego nawozu, kląskanie kopyt koni ciągnących furmanki, pełne zapachów targi owocowo-warzywne.
Pan swoim „Weiserem Dawidkiem” i Stefan Chwin „Hanemanem” niejako otworzyliście wrota tego, co dziś określa się jako mitologię Gdańska, nie tę starą, hanzeatycką XVII-wieczną, uchwyconą choćby przez Antoninę Domańską w powieści dla młodzieży „Panienka z okienka” i kontynuowaną już w PRL w powieściach Franciszka Fenikowskiego, ale XIX i – szczególnie – XX-wieczną, tę niemiecko-kaszubsko-polską. Identyfikuje się Pan z taką kwalifikacją?
Trudno się nie identyfikować, skoro tak się przyjęło, aczkolwiek wydaje mi się, że określenie „mitologia gdańska” jest trochę na wyrost. Z drugiej strony wiem, że wiele osób przyjeżdża tu, do Gdańska po lekturze moich książek, by iść śladami ich bohaterów., coś zobaczyć, przeżyć. Przystępując do pisania nie miałem jednak zamysłu, by stworzyć jakąkolwiek mitologię. Moje powieści i opowiadania pisałem wyłącznie z motywacji i potrzeby wewnętrznej
Z niemieckiej perspektywy mitologię gdańską dopełnił także Günter Grass przede wszystkim swoim „Blaszanym bębenkiem”…
I przede wszystkim dlatego można mówić o literackości Gdańska. To Grass ją stworzył.
Jerzy Jarzębski pisząc, zresztą aprobatywnie, o Pana prozie, stwierdził, że Pan leczy otaczającą Pana przestrzeń, w tym przypadku gdańską, okaleczałą przez doświadczenia wojenne i powojenne…
Być może, funkcja terapeutyczna w literaturze jest także możliwa. Nie czuje się jednak lekarzem tutejszych mieszkańców. Jeśli cos chcę ukoić, to własne niepokoje.
Część krytyków zarzuca Panu epigońskie korzystanie z tradycji literackiej, choćby z Thomasa Manna czy Bohumila Hrabala, obfite nawiązywanie do literackich wątków, stosowanie literackich asocjacji. Co do mnie, to nie podzielam tych zarzutów w tym sensie, że dziś, u progu XXI wieku, w obliczu ogromnego zasobu światowej literatury, poruszanie się pisarza, przecież zazwyczaj człowieka kultury, także po tych szlakach, wydaje mi się dość naturalne. A co Pan o tym myśli?
Są dwa podejścia do literatury. Jedno zakłada, że pisarz porusza się w obrębie tej sfery kultury jaki ona współtworzy i naturalnym jest, że ma prawo z niej korzystać. Zwolennicy drugiego rodzaju podejścia, który dobrze ilustruje przykład uznania dla pisarstwa Janusza Rudnickiego, wykreowanego i kreującego się na chuligana literatury, uważają że literatura tworzy się z samego życia i dopiero wtedy jest poza jakimkolwiek salonem, aczkolwiek i ja do żadnego salonu nie należę. W tej roli jest ona rewelatorką pewnych prawd, jak choćby takiej, że cała polska klasyka jest do dupy i trzeba ją wyrzucić z listy lektur szkolnych. Nic zatem dziwnego, że wielbicieli takiej prozy jak ta Rudnickiego, proza moja czy Stefana Chwina irytuje, bo wymaga pewnego przygotowania literackiego, intelektualnego, przynajmniej na poziomie ogólnym. Nie ma mam jednak najmniejszego zamiaru spełniać oczekiwań tych krytyków, bo niby z jakiej racji? Nie chce mi się. Wychowałem się w środowisku, w którym wykształcenie ogólne bardzo się ceniło i chuligaństwo literackie nigdy w nim nie miało wzięcia, choć czytało się prozę Marka Hłasko i utwory hłaskoidalne. Poza wszystkim, choćby w mojej ostatniej powieści „Śpiewaj ogrody”, wcale nie ma nadmiaru erudycji, to rzecz dla przeciętnie wykształconego czytelnika. A przecież gdy się czyta Marqueza czy Austera, to trzeba coś wiedzieć o Ameryce Łacińskiej czy o Nowym Jorku. Odwoływanie się do prostactwa, bo to nie jest prostota, lecz prostactwo, nie odpowiada mi.. Nadto, pisanie jest także czynnością podejmowaną dla przyjemności, także własnej, lubię pisać tak jak piszę. A już na pewno nie piszę dla wszystkich. Świat wartości humanistycznych jest światem autentycznym, realnym, życiowym, nie jest wydumaniem ani snobizmem. Pewne fakty kulturalne, w tym lektury po prostu kształtują naszą osobowość. Pewien krytyk, który nie należy do mojej partii estetycznej napisał o moim „Mercedesie-Benz”, że on w PRL, patrzył na świat przez okna syrenki, a nie mercedesa. Był w tym jakiś jakby przytyk klasowy..
Uderzenie w stół twardą robotniczą ręką…
Tak. A Antoniemu Liberze zarzucił, że bohater jego „Madame”, to inteligencik, który gra na fortepianie i – o zgrozo – mówi po francusku.
Zacytuję Panu coś ze starego eseistycznego zbioru Artura Sandauera „Dla każdego coś przykrego”, w którym przytacza on taki oto cytat z Karola Irzykowskiego o krytyce: „Jej przyrodzonym uczuciem jest głód, jest ona wiecznym dzieckiem, które domaga się cudów, potem każdy cud psuje i tę robotę destrukcyjną podaje jako twór własny”. I jeszcze, że „krytyka prześladuje literaturę rzeczywistą cieniem jej nieurzeczywistnionej możliwości”…
Irzykowski sam był krytykiem i sam wymierzał także niesprawiedliwe sądy. Poza tym był prozaikiem autorem ambitnie zamierzonej, ale nieudanej „Pałuby”, którą krytycy totalnie odrzucili, co go bardzo irytowało. Powieść Irzykowskiego była bowiem chaotyczną magmą, a ludzie potrzebują na ogół od sztuki uporządkowania chaotycznego świata, w którym żyją i który jest też w nich. Wydaje mi się jednak, że dziś mówienie o krytyce jest raczej bezprzedmiotowe. W prasie wybitni krytycy, których jakaś niewielka garstka w rozmaitych niszach uniwersyteckich czy innych żyje, już od dawna są nieobecni. Zastąpili ich autorzy krótkich, dość prymitywnych not dotyczących niektórych nowości.
Któryś z krytyków napisał o Pana prozie, że sytuuje się ona „między Proustem a Prusem”, z tego pierwszego mając „magdalenkę” wspomnień, a z drugiego realistyczną fakturę…
Trudno oprzeć się pokusie zgody na przypisanie paranteli z takimi wielkimi patronami, a poza tym mogę zidentyfikować się z tym w tym sensie, że jestem bardzo wrażliwy na działanie „magdalenek” czyli przedmiotów rozmaitego autoramentu, fotografii, bibelotów, przedmiotów codziennego użytku, a i na fakturę realistyczną też się zgadzam.
A skoro wspominamy o fakturze realistycznej. Czy warunkiem jej rzetelności jest zakorzenienie w miejscu o którym się pisze, czy też nie jest to konieczne?
Jest koncepcja pisarza nomady, który żyje na walizkach, przenosi się z miejsca na miejsce. Ja chyba jestem jednak z gildii tych zakorzenionych. Miałem swego czasu zamysł napisania o jednym z żydowskich proroków, ale skapitulowałem, bo zabrakło mi kontaktu fizycznego z jego światem.
Pana zakorzenienie wyobraźnią w Gdańsku przypomina mi zakorzenienie wyobraźnią w atmosferze i scenerii mojego rodzinnego Lublina. I uświadamia, jakie ciekawe figle płata wyobraźnia. Z mojego balkonu w kamienicy, w której mieszkałem, oddanej do użytku w 1963 roku, ale położonej pośród starej, pożydowskiej zabudowy z początku XX wieku, widać było fragment Zamku Lubelskiego, neogotyckiego, ukończonego w 1847 roku, ale nad fasadą ozdobionego wykutymi w kamieniu pseudorzymskimi rózgami liktorskimi wetkniętymi w nie toporami. Po latach wyobraziłem sobie żartobliwie, że kawał dzieciństwa w polskim, wschodnim, zaniedbanym wtedy, błotnistym Lublinie spędziłem w cieniu tradycji starożytnego Rzymu….
Piękne! Dzieciństwo w Lublinie w cieniu Liwiusza i Tacyta! À propos Lublina, to miałem z nim w ostatnim kilkunastoleciu związki głównie teatralne, jako że w tamtejszym teatrze im. Osterwy wystawiono moje sztuki, „Kąpielisko Ostrów” i „Sarmację”.
Ta ostatnia, to znakomity sceniczny traktat o polskich narodowych wadach. Kontynuuje Pan pisarstwo dramaturgiczne?
Tak. Kilka lat temu Teatr Miejski w Gdyni wystawił moją sztukę „Kolibra lot ostatni”. Opowiada ona o ostatniej dobie spędzonej w Polsce przez Witolda Gombrowicza. W oczekiwaniu na odpłynięcie transatlantykiem do Argentyny, spędza ją wędrując po knajpach i spelunkach Gdyni. To nie tylko ostatnie godziny Gombrowicza w Polsce, ale także ostatnie godziny odchodzącej do historii przedwojennej Polski. To obraz tonącego „Titanica”, podczas gdy jego elity bawią się do końca na ciepłych plażach – a lato 1939 roku było ciepłe i słoneczne – i na dancingach Juraty, tego letniego, sanacyjnego kurortu II RP.
Od Pana debiutu minęło już ponad trzydzieści lat. Czy chciałby Pan i potrafił jakoś ten czas podsumować, zdefiniować i wskazać tropy, którymi chce Pan dalej podążać jako pisarz?
Nie potrafię i nie bardzo chcę, choć mogę powiedzieć, że osiągam coraz większą dojrzałość pisarską. Wydałem jedenaście książek, w tym pięć powieści. Chciałbym jeszcze napisać może dwie-trzy powieści. Mimo, że nie cierpię pisania, które jest dla mnie czynnością męczącą, monotonną i nieprzyjemną. Tylko grafomani uwielbiają pisanie. Najciekawsze jest wymyślanie powieści i opowiadań.
Czy ta Pan nowa proza będzie także miała Gdańsk jako miejsce akcji?
Mogę poniekąd powtórzyć za Tadeuszem Konwickim, który zapytany po raz tysięczny o swój kraj rodzinny powiedział kiedyś: „a dajcie mi do cholery spokój z tym Wilnem, Wilejką i Kolonią Wileńską” i napisał o wschodnim garnizonowym mieście PRL jakim była Warszawa tamtych czasów, z Pałacem Kultury. Mimo to co jakiś czas wracał i „badział się w tych rojstach”. Jednak następna książka nie będzie o Gdańsku, z wyjątkiem małego akapiciku (śmiech). Powoli, przełamując opór materii piszę ową książkę o Baal Szem Towie. Mam też inne zajęcia, bo nie chcę być zakładnikiem literatury, tym bardziej, że z pisania literatury pięknej w Polsce mało kto może się utrzymać.
Dziękuję za rozmowę.

Paweł Huelle – ur. 10 września 1957 r. w Gdańsku, pisarz i dramaturg. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. W sierpniu 1980 był jednym z inicjatorów powołania Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Był m.in. członkiem redakcji związkowego „Głosu Wolnego”, wydawanego w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów ”Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z wydawnictwami podziemnymi. W latach 1994–1999 dyrektor TVP Gdańsk. Swoją twórczość poświęca w większości Gdańskowi jako rodzinnemu miastu. Uznanie i popularność przyniosła mu już debiutancka powieść „Weiser Dawidek (1987) zekranizowana przez Wojciecha Marczewskiego. Poza tym publikował jeszcze cztery powieści: „Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala” (2001), „Castorp” (2004), „Ostatnia wieczerza” (2007), „Śpiewaj ogrody” (2014), kilka zbiorów opowiadań, m.in. „Opowiadania na czas przeprowadzki” (1991), „Inne historie” (1999), „Byłem samotny i szczęśliwy” (2002), „Opowieści chłodnego morza” (2008), a także kilka sztuk scenicznych, m.in. „Kąpielisko Ostrów” (2001), „Sarmacja” (2007), „Kolibra lot ostatni” (2013).

Nabierze aktualności

Dystopia, która nie nadąża za realem

Szkoda, że dystopijna groteskowa fantasmagoria Jacka Dehnela „Ale z naszymi umarłymi” ukazała się nieco za wcześnie, zaledwie o pół roku. Gdyby jego powieść była składana dopiero teraz, mógłby do trzech mott (?) poprzedzających tekst, a pochodzących od Marii Janion, Juliusza Słowackiego i Jarosława Marka Rymkiewicza, dołączyć w ostatniej chwili czwarte – słowa arcybiskupa krakowskiego o „tęczowej zarazie”, które taką „karierę” zrobiły w ostatnich tygodniach. Wtedy na moment powieść Dehnela byłaby świeża jak gazeta. Jednak nie ma się co łudzić, szybko by straciła na gazetowej świeżości, bo pewnie już niebawem jakiś inny biskup polski wypowie coś, co może nawet słowa arcybiskupa krakowskiego przyćmi.
U Jacka Dehnela jako prozaika cenię jego wyczucie szczegółu, detalu, zmysł obserwacji i umiejętność przetwarzania jej w zgrabną literacką frazę. Takie są jego „Balzakiana”, taka jest „Lala”. „Ale z naszymi umarłymi”, powieść która tytułem ironicznie nawiązuje do tytułu głośnego eseju Marii Janion, opowiada o tym, że: „W kamienicy na krakowskim Podgórzu mieszkają przedstawiciele niemal całego polskiego społeczeństwa: pani Lola, słuchaczka Uniwersytetu Trzeciego Wieku, i jej zgryźliwy mąż; Kuba, sfrustrowany reporter lokalnej telewizji, jego chłopak, wiecznie ślęczący nad doktoratem Tomek; nastoletnia Kamila, córka bogobojnych i ciągle kłócących się rodziców, rozklejająca homofoniczne wlepki; międzynarodowa para, Dorota i Keneth (…) i pan Włodek, inwalida z sutereny. Życie bohaterów zakłóca dziwne zdarzenie, po którym odmienią się losy całego świata: pod Krakowem, na cmentarzu, Kuba z ekipą telewizyjną odkrywają tajemnicze zniknięcia zwłok.
Zaczyna się medialna histeria, międzynarodowe serwisy obiega wiadomość o polskich „powróconych”. Ludzi ogarnia na przemian panika i euforia, a politycy i biskupi próbują wykorzystać bezrozumne, ociężałe żywe trupy do własnych celów. Jacek Dehnel dokonuje brawurowej, pełnej czarnego humoru reinterpretacji romantycznych wzorców: czy Polska stanie się Chrystusem czy zombim narodów?” – tako rzecze nota wydawnicza, a ja myślę sobie że wyjawienie osnowy powieści nie odbierze czytelnikom przyjemności z lektury, bo urok prozy Dehnela nie polega na zaskoczeniach, lecz przeciwnie, na tym, że co rusz natykamy się w niej na wątki, style, motywy, postacie i zdarzenia, które skądinąd znamy i które potwierdzają nasze obserwacje, intuicje i przewidywania. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, w których realne zdarzenia przebijają poziomem absurdu dystopie rodzące się w wyobraźni pisarzy, którym przecież na ogół na wyobraźni i to bujnej nie zbywa.
Tak też, czytając „Ale z naszymi umarłymi” niejednokrotnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nawet te pochody zombich w Krakowie, to „małe piwo” w porównaniu z tym, co często, nieraz na co dzień, otrzymujemy w realu czy w mediach. Można też autorowi pogratulować, że proroczo przeczuł sprawę „homofobicznych wlepek” dołączanych całkiem niedawno jednego z tygodników, ale myślę też sobie, że książka to w końcu nie gazeta, i „gazetowa” czy internetowa aktualność niektórych wątków niekoniecznie musi być superzaletą w czasie lektury. Dlatego myślę, że powieść Dehnela nabierze walorów wraz z upływem czasu, gdy świeże sprawy i aktualne detale stracą świeżość, nabiorą patyny i kurzu rzeczy przeszłych.
Wtedy może jeszcze bardziej niż teraz ta proza nabierze walorów literackiego dokumentu swego czasu, dokumentu jego smaku, zapachu i nastroju.

Jacek Dehnel – „Ale z naszymi umarłymi”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, str. 318, ISBN 978-83-08-06896-0.

Mitologia Marka Hłasko

50 lat temu, 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden zmarł Marek Hłasko.

Moment ukazania się tomu wznowionych przez „Iskry” opowiadań Marka Hłaski zbiegł się niemal dokładnie z 50 rocznicą jego śmierci, 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden, NRF. Do dziś nie wiadomo, czy popełnił samobójstwo czy też mimowolnie przedawkował środki nasenne, ale to w końcu nie ma znaczenia, bo jedna i druga wersja była logicznym dopełnieniem jego szalonego życia. Bardziej uderza mnie dziś to, że w momencie śmierci miał zaledwie 35 lat, czyli w świetle dzisiejszych standardów był właściwie jeszcze młodzieńcem. Tak zakończyło się życie owiane legendą, której piszący o nim poświęcili w sumie więcej uwagi niż jego twórczości. Około 1954 roku objawił się jako literackie bożyszcze „warszawki”, z opinią pisarskiego prawdziwka ukazującego życie „warszawskiego ludu roboczego”, choć było w jego prozie więcej kreacji niż dokumentacji. Miał opinię pijaka, rozrabiaki, drakusa, bywalca knajpy „Kameralna” na Foksal, do tego „donżuana”, co ułatwiała mu jego męska, „zachodnia”, „filmowa” uroda. Miał też rysy mitomańskie. Mistyfikował swoje rzekomo plebejskie pochodzenie, podczas gdy był synem warszawskiego domu inteligenckiego, synem adwokata i urzędniczki. Porównywano go do legendarnego gwiazdora Jamesa Deana, uosobienia buntu amerykańskiego młodego pokolenia, „buntownika bez powodu”, a jego kariera literacka miała charakter „piorunujący”, była pierwszą taką „popową” karierą literacką w PRL, co czyniło go pierwszym literackim celebrytą tamtych czasów.
Czy proza Hłaski przetrwała, czy „nadaje się do czytania” także sześćdziesiąt lat później, gdy dawno zaniknęły konteksty społeczne, polityczne czy kulturowo-obyczajowe oraz warunki, które przyniosły jej tamtą popularność? Jest to pytanie o tyle zasadne, że sama postać i legenda Hłaski przysłoniła jego pisarstwo. Tekstów analitycznych na temat jego prozy jest relatywnie niewiele, natomiast zainteresowanie rozlicznych autorów przyciągała przede wszystkim tzw. „barwna” biografia pisarza i awanturnicza osobowość człowieka, który długo traktowany był jak bożyszcze. Tę legendę zakonserwowała jego dość przypadkowa emigracja na Zachodzie, będąca rezultatem wyjazdu do Paryża w 1958 roku oraz małżeństwo z aktorką Sonią Zieman. Zaczynał prozą mieszczącą się w granicach zakreślonych przez doktrynę realizmu socjalistycznego, właściwie „produkcyjniakami”, ale szybko wyrwał się z tych ram w stronę „czarnej” poetyki. Janusz Termer dosadnie określił to jako „rozwalenie formy produkcyjniaka”. Piotr Kuncewicz tak pisał o bohaterze prozy Hłaski: „Ten bohater to z reguły jakaś wersja portretu samego Hłaski. Szofer bądź lotnik, alfons i kryminalista, alkoholik i awanturnik, nieustannie kogoś za coś albo i bez powodu okładający, a kobiety ze szczególnym upodobaniem. (…) Inni bohaterowie właściwie są tacy sami – świat w interpretacji Hłaski składa się z durniów i łajdaków. Pomiędzy wszystkimi panuje skrajna i bezinteresowna nieżyczliwość.
Postaci Hłaski właściwie nie rozmawiają ze sobą, lecz kłócą się i obrzucają wyzwiskami”. To był ten aspekt realistyczny jego prozy, bo tak wtedy na ogół ludzie się do siebie odnosili, ale tuż obok niego pojawiał się jeden z jej wymiarów kreacyjnych – język dialogów. To nie były dialogi „prawdziwe”, takie jakie słyszało się na ulicy, w zakładzie pracy, w sklepie. Były to dialogi wymyślone, pełne paradoksów, błyskotliwych ripost, dwuznaczników, nienaturalnie dynamiczne, bardzo teatralne i filmowe, jakby czerpane ze scenariuszy amerykańskich filmów.
Podobnie nierealistyczne jest wypreparowanie świata opowiadań Hłaski z kontekstu społeczno-politycznego. Jest to czas wszechobecnej propagandy socjalistycznej i obecności partii oraz jej biurokratycznych agend w życiu codziennym. Tymczasem tego kontekstu w prozie Hłaski prawie nie ma, co może wywołać skojarzenie z Warszawą Bolesława Prusa, choćby w „Lalce”, w której prawie nie ma, sprzecznie z oczywistą rzeczywistością, śladów czy znaków obecności rosyjskiej.
Kuncewicz napisał o „centralnej” obecności „erotyki” w prozie Hłaski, ale przecież nie sposób nazwać erotyką obrazu relacji damsko-męskich opartego na prymitywnych odruchach i wulgaryzmach, pełnego męskiego szowinizmu oraz „dziwek” i „kurew”, choć od czasu do czasu traktowanych z nutką „liryzmu”. Bohaterowie Hłaski to pijacy, alkoholicy, złodzieje, awanturnicy, kryminaliści, często z zawodu szoferzy (dziś już niemal nie używa się tego ładnego słowa francuskiego pochodzenia – chauffeur), jak sam Hłasko, który skądinąd był także młodocianym dziennikarzem, „Trybuny Ludu” (od 1951 roku) i redaktorem „Po prostu” (1955-1957).
Akcja jego prozy przeniknięta jest agresją, przemocą, sadyzmem, a może sadomasochizmem, a przy tym usytuowana w świecie pełnym fizycznego brudu, pijaństwa, biedy, przy czym w tej obfitości zła niektórzy krytycy upatrywali, paradoksalnie, głodu dobra, z konieczności skrytego pod powłoką brutalności. Tak recepcję prozy Hłaski ujął w poświęconej mu nocie Włodzimierz Maciąg. Widział w jego prozie wyraz tęsknoty młodego pokolenia” za „wartościami moralnymi, za „życiem czystym i prawdziwym”, sprzeciw wobec podłości świata, ale także niechęć do sztuczności, konwencji, celebry, „mowy trawy”, „drętwej mowy”, obłudy, do dydaktyki społecznej, a także nieufność do wszystkiego co przejęte z zewnątrz, gotowe, uładzone, szablonowe. W to miejsce oczekiwał, niemal po roussowsku, autentyczności, spontaniczności, prawdy czerpanej z własnego wnętrza. Janusz Termer dodawał do tego „romantyczny indywidualizm” i pokrewieństwo z Jamesem Deanem, „buntownikiem bez powodu”. Temu wszystkiemu towarzyszył instynktowny, irracjonalistyczny niemal, prawie mistyczny antyintelektualizm Hłaski. Z kolei jego „męski sznyt”, jego „maczyzm”, którym nasączona jest także jego proza, traktowany bywał jako maska skrywająca dziecięcą wręcz wrażliwość i liryzm.
Nie był pisarzem z wolna wchodzącym w rzemiosło, lecz od razu, z miejsca objawił się dwoma potężnymi uderzeniami talentu w postaci debiutanckiego opowiadania „Baza Sokołowska” (1954), w którym sportretował robotnicze, szoferackie środowisko warszawskiej Woli i „Pierwszym krokiem w chmurach” (1956). To pierwsze było skróconą do opowiadania wersją powieści „Sonata marymoncka”, napisanej przez niego, gdy miał 17 lat. Hłasko ukształtował świat swojej prozy właśnie głównie w tomie „Pierwszy krok w chmurach” oraz w opowiadaniu „Ósmy dzień tygodnia” (1957). To co napisał na emigracji było już na ogół wtórne, co nie znaczy że złe. Jednak emigracja nie przeformułowała go jako pisarza (poza niektórymi fabułami). Pozostał przy swoich starych wątkach, figurach, grepsach, przy dawnym stylu.
Już w Paryżu wydał (dzięki Jerzemu Giedroyciowi i „Kulturze”, w której podparyskim falansterze przez pewien czas pomieszkiwał) „Cmentarze” i „Następny do raju”, akcją usytuowane w niedawno opuszczonej Polsce. Jednak utrata kontaktu z krajem sprawiła, że odchodził od tematyki polskiej. Akcja „Brudnych czynów” (1964) czy „Nawróconego w Jaffie” (1966) usytuowana już była w świecie obcym, „zagranicznym”, portowym, izraelskim, amerykańskim („Palcie ryż każdego dnia” – wydana pośmiertnie w 1983 roku). Jednak wyraźnie czuł głód tematyki krajowej, więc w 1966 roku wydał kapitalny, błyskotliwy tom wspomnień o sobie i swojej generacji w Polsce, „Pięknych dwudziestoletnich”, niezwykle atrakcyjny w lekturze, ale bez wątpienia krańcowo zmitologizowany, w ogromnej części zmyślony, dzieło superutalentowanego mitomana. W 1968 roku wydał „Sowę, córkę piekarza”, też z akcją w Polsce (Wrocław).
Nie tu miejsce na pełną analizę innych utworów Hłaski, bo to zadanie dla biografa i wyspecjalizowanego literaturoznawcy. Wracam natomiast do pytania początkowego, najważniejszego z czytelniczego punktu widzenia. Czy proza Marka Hłaski przetrwała próbę czasu? Czy nadal „nadaje się do czytania”? Odpowiadając sobie na to pytanie zastosuję jak zwykle swój własny, amatorski, na kryteriach subiektywnych oparty, metodą chałupniczą zmajsterkowany aparat odbioru. I otóż, po lekturze wspomnianego „iskrowego” wznowienia, ów aparat podpowiedział mi, że mimo zatarcia przez czas większości kontekstów, mimo jej fabularnej „dezaktualizacji”, prozę Hłaski czyta się wspaniale. Już nie jako do pewnego stopnia realistyczny, czy naturalistyczny „raport z rzeczywistości”, dziś daleko zaprzeszłej, lecz jako literacką, mitologiczną kreację „świata zaginionego”, jako autonomiczne zmyślenie artystyczne, jako frapującą fantasmagorię, pełną dziwnych, obcych dziś figur, monstrów, miejsc i wydarzeń.

Marek Hłasko – „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”, Wydawnictwo „Iskry”, str. 268, ISBN 978-83-244-1027-9.

Wala Mikołajczyk-Trzcińska (1946-2019)

Za miesiąc miało się odbyć w Centrum Promocji Kultury na warszawskiej Pradze spotkanie z Walą Trzcińską z okazji promocji jej kolejnej przetłumaczonej książki, „Anna German. Sto wspomnień o wielkiej piosenkarce” Iwana Ilczewa-Wołkanowskiego.
Dzisiaj miałem do Niej dzwonić – nie w tej sprawie, ale w innej, związanej z pracami Klubu Krytyki Teatralnej, do którego nie tylko należała od dziesięcioleci, ale aktywnie w nim była obecna jako wielokrotna członkini Zarządu, uczestniczka licznych warsztatów w kraju i za granicą, delegatka na międzynarodowe kongresy, autorka tekstów do internetowego kwartalnika „Yorick”. Ról można by tu wymieniać wiele, jak choćby niedawno spełniane: wyjazd studyjny do Dyneburga parę lat temu, po którym napisała wnikliwy szkic, dający obraz rosyjskojęzycznego teatru na Łotwie czy udział w pracach Kapituły Nagrody klubowej im. Stefana Treugutta za osiągnięcia w Teatrze TV.
Dziesięć lat temu należała do „sztabu” programowego warsztatów dla kandydatów na krytyków teatralnych, który z powodzeniem organizowaliśmy, była tutorem jednej z grup seminaryjnych. Można by wydłużać tę listę jej dokonań i aktywności. Dość powiedzieć, że zawsze można było na Nią liczyć – jej słowo było święte, co Ją szlachetnie różniło od wielu młodszych kolegów.
A przecież przede wszystkim była pracowitą i utalentowaną dziennikarką, recenzentką, tłumaczką i pisarką. Wniosła wiele świeżego powietrza do przekładów z literatury naszych sąsiadów, tłumaczyła rosyjskojęzyczne dzieła pisarzy z Ukrainy, Armenii i oczywiście z Rosji. To jej zasługą, dzieloną z Janem Gondowiczem, jest wprowadzenie do obiegu polskiej kultury zapomnianego pisarza i teatrologa polskiego pochodzenia, Zygmunta Krzyżanowskiego, bliskiego współpracownika Aleksandra Tairowa, czy też udostępnienie polskiemu czytelnikowi (w znakomitym przekładzie) błyskotliwego debiutu prozatorskiego wybitnego scenografa rosyjskiego, Eduarda Koczergina (świetną rozmowę z autorem przeprowadziła dla „Yoricka”).
Swoją energią, zapałem i wiedza dzieliła się nie tylko z nami, ale także kolegami ze Związku Literatów Polskich czy Polskiego Ośrodka Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC) – inicjowała wiele wspólnych działań naszych stowarzyszeń, by tylko wspomnieć pamiętne spotkanie w Domu Literatury z okazji urodzin Williama Szekspira.
Trudno przyjąć do wiadomości, że to już wszystko, że zamknęła się ta niezwykle intensywna obecność Wali w polskiej kulturze. Mam wrażenie, że jeszcze długo będziemy korzystali z dorobku Jej pióra i pomysłów, którymi nas obdarowywała.

Na ostrzu noża

Północ-Południe, Wschód-Zachód, Polska

Tytuł eseju szczególnie ważny. Może ważniejszy niż tytuł powieści czy wiersza, na pewno ważniejszy niż tytuł szkicu naukowego czy zwykłego artykułu prasowego. Tytuł eseju, to nie tyle jego esencja, ile znak tej esencji. Marek A. Cichocki opatrzył sześć swoich esejów (autor skromnie nazwał je po prostu tekstami) o polskiej kulturze i historii – skonfrontowanej jednak z sąsiadami – tytułem „Północ i Południe”. Brzmi on jak nawiązanie do amerykańskiej wojny secesyjnej, lecz choć tematycznie nie ma z nią nic wspólnego, to styka się – czynię tę uwagę „petitem” – jakąś daleką asocjacją, bo w tym amerykańskim dramacie lat 1864-1865 też poniekąd odzwierciedliło się starcie dwóch cywilizacji.
Tę opozycję Północy i Południa Europy przeciwstawia Cichocki dominującej, i to miażdżąco, w dyskursie historycznym, filozoficznym, antropologicznym, w każdym razie w naszej części Europy, opozycji Wschód-Zachód, choć i tej poświęca najbardziej dramatycznie brzmiący wymową jeden z esejów („Smoleńsk. Ziemia przeklęta”). Cichocki nie każe nam z wolna, strona po stronie, wątek po wątku, wchodzić w problematykę swojego zbioru, lecz wprowadza czytelnika in medias res już w eseju wstępnym, „Sekretna mapa Europy”. Gdyby jednak zbiór Cichockiego układał dziennikarz, być może dałby na początek esej „Rzymska forma”, z wspomnieniem autora o jego udziale w rzymskiej konferencji i zabawnego w końcu incydentu, którego malowniczym bohaterem był wybitny filozof niemiecki Peter Sloterdijk (nie zdradzę przebiegu tego komicznego epizodu, by nie odbierać przyjemności czytelnikom).
Dostrzegł Cichocki w tym epizodzie rodzaj metafory, w której skrystalizowała się genealogia Europy, widzianej właśnie poprzez oś Północ-Południe. Pozwolę sobie dodać do tego coś od siebie, coś o moim dawnym doświadczeniu Europejczyka z zza żelaznej kurtyny. W Paryżu i w Rzymie znalazłem się po raz pierwszy w życiu o ponad dekadę wcześniej od Cichockiego, a więc jako znacznie bardziej od niego „ubogi krewny”. Nie tylko bowiem nie byłem uczestnikiem międzynarodowej konferencji, ale czułem się tam jak kompletny „nędzarz”, który przybył z siermiężnej PRL lat osiemdziesiątych, objuczony puszkami konserw ciężkimi jak pociski artyleryjskie, z nikłą kwotą w kieszeni, mający problemy z korzystaniem z urządzeń technicznych, z którymi zetknąłem się po raz pierwszy i oszołomiony, niczym skarbami Sezamu, bogactwem i kolorystyką wystaw sklepowych oraz poziomem cywilizacji. Moja trauma była zatem większa niż szok młodego Marka A. Cichockiego. Ale ad rem, czyli do esejów. „Sekretną mapą Europy” rozpoczyna autor pierwszy z tekstów, nawiązując właśnie do wspomnianej wyżej opozycji Północ-Południe. Rzeczywiście, przymiotnik „sekretna” jest tu właśnie dlatego uzasadniony, że odróżnia ją od mapy – by tak rzec – „jawnej”, którą tworzy oś Wschód-Zachód. Zasadność tę potwierdza przecież także fakt, że oś ta jest wyłącznie kulturowa i mocno metaforyczna w porównaniu z twardszą, a kiedyś bardzo twardą polityczną osią Wschód-Zachód.
Cichocki delikatnie (też słusznie, jako że mamy tu do czynienia z czynnikami raczej miękkimi) pokazuje, że Europa zrodziła się ze zderzenia kulturowego, a potem wzajemnej osmozy, między północną a południową częścią kontynentu. Linię pomiędzy tymi dwiema strefami wyznacza obecność „romanitas”, czyli schrystianizowanej cywilizacji antycznej, można by rzec – postrzymskiej. Granicy symbolicznej między nimi proponuje autor upatrywać choćby w Lesie Teutoburskim, czy w granicy między poszczególnymi składnikami państwa Karola Wielkiego. Polska rzecz jasna przynależy do Północy. Czym jednak ta przynależność się odznacza? Tym przede wszystkim, że leży niemal dokładnie na linii podziału Północ-Południe, a widać to choćby w renesansowej architekturze Krakowa i randze Akademii Krakowskiej. To tylko niektóre z wyrazów wielowiekowego procesu europotwórczego, wynikającego z konfrontacji, ale i z osmozy między Północą i Południem. Dopiero rozbiory I Rzeczpospolitej wypchnęły ją z tej osi, i wepchnęły między dwa kamienie młyńskie dwóch tyranii imperialnych ze stolicami w Berlinie i Petersburgu. Co jednak znamienne, wspomniana osmoza dokonywała się początkowo w sposób brutalny, poprzez wnikanie niszczycielskiej mocy północnych barbarzyńców w ramy łacińskiej cywilizacji „romanitas”. Z czasem barbarzyńcy ucywilizowali się, złagodnieli i współtworzyli cywilizowaną Europę średniowiecza. Dokonał się proces, który objawił przewagę Ducha i Formy (rzymskiej) nad nagą siłą. Trochę emfatycznie można by rzec, że Siła ukorzyła się w końcu przed Duchem i Cywilizacją.
Cichocki objaśnia ten proces posługując się między innymi myślą świętego Augustyna i jego „Wyznaniami”, z zawartą w nich, przeciwstawiającą się manicheizmowi, koncepcją zła jako pustki. Sprowadzając rzecz do skrajnego uproszczenia (św. Augustyn był wyrafinowanym intelektualistą) barbarzyńcy ze swą nagą, brutalną siłą przegrali z „romanitas”, bo wyrażali tylko pustkę, chaos, niebyt. Wróćmy jednak do zawieszonego pytania, czym w tym wszystkim jest Polska – „śliwką w kompocie”, „Piłatem w Credo”, jedynie dysonansem? Niekoniecznie. Cichocki wywodzi, że przez „tak liczne wieki”, od chrztu Mieszka począwszy, tworzyła mozolnie swoją formę całkiem udatnie przystającą do tej, będącej spadkiem po „romanitas”, formę łacińską. „Tyle że nam, Polakom – powiada Cichocki – przydarzyła się po drodze katastrofa. Według Gombrowicza, Polska w XVIII wieku wypadła z własnej formy. Czasy saskie są symbolem owego straszliwego upadku polskości, będącego dla autora „Transatlantyku” wydarzeniem tak dojmującym i granicznym, że – jak twierdził – nigdy dotąd Polska tak blisko nie oparła się o piekło”. Słowem, zbliżyła się do augustiańskiej „pustki”.
Konkretyzując swoją myśl Cichocki dopowiada, że za Sasów polska z jej Formą zbrzydła, zdegenerowała się, zesztywniała, zeskleroziała. Towarzyszył temu ogólnoeuropejski rozpad siły oddziaływania osi Północ-Południe na rzecz nowej: Wschód-Zachód. Wiązało się to, choć nie tylko, z erozją łagodnych, osmotycznych form „romanitas”. Clou nowej osi była idea modernizacji połączona z powrotem idei siły i panowania. Augustiańska pustka barbarzyńców powróciła, choć w innej postaci. Do tego już w XVII wieku Rzeczpospolita zaczęła odwracać się od Zachodu i Południa i kierować swoje zainteresowanie, a następnie ekspansję na Wschód, który mamił rozkoszami i pożytkami Orientu.
Nie dziś i nie wczoraj pojawili się myśliciele, którzy uważali, że wejście Polski w przestrzeń Wschodu było śmiertelnym w skutkach błędem, że było wtargnięciem w krainę straszliwego Czarnoksiężnika, które skończyło się dla Rzeczpospolitej nieszczęściem, wpadnięciem z przepaściste, ponure bagna Wschodu. Cichocki zdaje się być spadkobiercą tych myślicieli. Zanim to się jednak stało, światli i wybitni Polacy tworzyli ową „formę polską”.
O dwóch takich spośród nich, Cichocki opowiada w esejach „Wincenty” i „Rzecz o Czarnym Kanclerzu”. Ten pierwszy, to biskup Wincenty Kadłubek, w uproszczonym przekazie publicystyki historycznej traktowany często jako durny bajarz i bajduła, nałogowy fantasta i mitoman, szukający antycznego, rzymskiego rodowodu Sarmatów znad Wisły. Cichocki znajduje w nim współtwórcę polskiej formy, który świadomie, posługując się fałszywym „piarem” i – rzeczywiście – także zwykłym zmyśleniem, szukał nici kulturowych, które uzasadniały by nasze powinowactwo z łacińskim Zachodem.
Kadłubek był w trudniejszej sytuacji niż Godfryd z Monmouth, autor XII-wiecznej „Historii królów Brytanii”, bo przecież Rzymianie dotarli do sławetnej Wyspy, ale prawdę mówiąc jego pomysł, by praprzodkiem ludu Albionu uczynić Brutusa, potomka Eneasza aż tak bardzo od fantazji „kadłubkowych” nie odbiegał. Cichocki dzieło Kadłubka umiejscawia co prawda w sferze fantazji z punktu widzenia ściśle historycznego (walki Polaków z Rzymianami i Grekami, list Aleksandra Macedońskiego do Arystotelesa o Kraku), ale w płaszczyźnie duchowej i emocjonalnej znajduje dla niego
sporo racji.
W uważanym za anachronicznego bajarza Kadłubku zdaje się dostrzegać nie pozbawionego przebłysków geniuszu intelektualistę, który w języku mitu (na tyle stuleci przed choćby takim Leszkiem Kołakowskim) dostrzegł poręczne narzędzie budowania świadomości zbiorowej. Po wielu wiekach okazało się przecież, że baśnie Kadłubka wcale nie były tak zupełnie „od czapy”. W latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku dwaj wybitni polscy pisarze (mając już znacznie więcej od średniowiecznego przodka argumentów faktograficznych) stworzyli dzieła w jakimś sensie idące „wincentową” drogą. To Jarosław Iwaszkiewicz w „Czerwonych tarczach” i Teodor Parnicki w „Srebrnych orłach” dokonali wysiłku osadzenia piastowskiej Polski w łacińskim („romanitas”) uniwersum średniowiecznej, chrześcijańskiej Europy. I nie były to tylko literackie fantazje.
Druga opowieść personalna, to wspomniana „Rzecz o Czarnym Kanclerzu”, czyli Janie Zamoyskim. I tak jak średniowieczny Kadłubek budował mit mający na celu wspomaganie i wzbogacanie polskiej genealogii, tak „żelazny kanclerz” (zapewniam, że nie mylę go z Bismarckiem) kilka wieków później szukał formy dla nowoczesnego (na miarę ówczesnej Europy, z której zaczerpnął wzorce) państwa polskiego, dla idei silnej władzy, dla racji stanu. I tak jak postać Kadłubka jest uosobieniem poszukiwania sił dla polskiej genealogii, tak koncepcje, plany i próby podejmowane przez Jana Zamoyskiego w jakimś sensie leżą u podstaw poszukiwania formy i ciała polskiej państwowości, choć jego idee zderzyły się – i w rezultacie chyba przegrały, acz nie do końca pozostały bezpłodne – z koncepcją polskiego szlacheckiego w swych korzeniach republikanizmu, nad moc przedkładającego wolność jednostki.
Tak jak wstępny esej o „sekretnej mapie Europy” był szkicem podstawowych pojęć i wektorów, także geograficznych, odnoszących się go osi problematyki zbioru i tak jak eseistyczne opowieści o Kadłubku i Zamoyskim są personalnymi egzemplifikacjami polskich poszukiwań, tak „Rzymska forma” jest próbą zdefiniowania istoty i esencji „romanitas”. Tu w sukurs przychodzi autorowi przywoływany już wcześniej Teodor Parnicki, nie tylko wybitny pisarz historyczny, ale też człowiek, którego genealogia i biografia jest jakby potwierdzeniem tezy Cichockiego o zasadniczym znaczeniu osi Północ-Południe. W gigantycznym, fragmentami monstrualnie zawiłym uniwersum swojej prozy Parnicki zarysował bowiem i niejako uwierzytelnił te szlaki, którymi w swych esejach Cichocki podąża. Ba, Parnicki czynił to z większym, odpowiadającym jego bujnemu temperamentowi, rozmachem, dalece wykraczając poza Europę i sięgając choćby do Afryki, w tym do starożytnego Egiptu czy Meksyku. Leitmotywem tych wędrówek z Parnickim jest tytułowa „rzymska forma”, jako nadrzędna zasada porządkująca tamten opisywany świat, przy całej jego różnorodności. Kontrapunktem dla tego wątku jest podrozdział „Kalwaria Aleksandra Wata”.
Okrutny los sprawił, że obaj pisarze, zupełnie od siebie niezależnie i bez wzajemnej wiedzy o swoim istnieniu, choć w tym samym czasie, stali się więźniami straszliwego stalinowskiego więzienia na lwowskim Zamarstynowie. I opowieść Parnickiego i figura Wata posłużyła Cichockiemu do pokazania konsekwencji sytuacji, w której po – powiedzmy – heglowsku rozumiany „duch dziejów” przemieścił się spod rzymskich kolumn w piekło systemu sowieckiego. I by pokazać, jak uwewnętrznione pokrewieństwo z „romanitas”, cywilizacja łacińską, pomogło obu, każdemu w inny sposób przetrwać ten „sezon w piekle”, Cichocki przywołał scenę w której Wat, podczas więziennego spaceru po dachu moskiewskiej Łubianki, wsłuchuje się w pochodzące z radia z jednej z pobliskich kamienic dźwięki „Pasji św. Mateusza” Bacha. Jest to rodzaj ilustracji, która w dzisiejszym naszym odbiorze może czynić wrażenie ocierającej się może nawet o kicz, lecz dla tego, kto w tamtych okolicznościach tego doświadczył było doznaniem o niewyobrażalnej wręcz, autentycznej duchowej mocy. Obraz figury Wata byłby jednak zafałszowany, gdyby nie dodać, że jako – pierwotnie – stalinowski komunista, był on barbarzyńcą, który na „rzymską formę się nawrócił. W konkluzji „Rzymskiej formy” odwołuje się Cichocki do sytuacji współczesnej Europy. Zauważa, że (…) „istotą europejskiej kultury, tej, która pozwala udomowić mieszkającego w niej barbarzyńcę, jest ciągłe, nieustające podejmowanie prób ratowania i zbawienia rzymskiej formy – bez tej nie będzie europejskiej kultury, a wraz z tym nie będzie także polskości”.
Nawiasem mówiąc, byłbym ciekaw poznać, co dokładnie rozumie Cichocki pod pojęciem „polskości”, choć on tego dokładnie nie wyłuszcza, poza zaakceptowaniem jej osadzenia w tradycji łacińskiego chrześcijaństwa. Podziw dla pracy jego myśli i dla jej estetycznego kształtu sprawia, że ufam, iż mimo zasadniczej różnicy światopoglądowej między nami, nie byłaby ona daleka od mojej osobistej wizji „polskości”.
O ile wspomniane wyżej, w daleko idącym z konieczności skrócie, eseje, w sumie, mimo wynikających z jej obecnego kryzysu obaw o przyszłość Europy i kultury europejskiej, zawierają silny ładunek krzepiący, o tyle dwa ostatnie eseje mogą wywołać smutniejsze asocjacje. W mniejszym stopniu dotyczą one wyjściowej dla tego eseistycznego zbioru koncepcji osi Północ-Południe, bardziej ciężkiego i dramatycznego dla Polski dziedzictwa, osi na którą nadziewała nas historia, czyli osi Wschód-Zachód. Rzekłbym, że kwestię obu tych kierunków postawił Cichocki na ostrzu noża.
O tym, że tematyka to urazowa, świadczy zdanie, którym Cichocki rozpoczyna esej „Smoleńsk. Ziemia przeklęta”: „Bardzo długo bałem się Wschodu i zupełnie świadomie nie chciałem tam jechać”. Szukając genealogii polskich szlaków na Wschód, przywołuje autor i obraz „okropnej, odciętej od korpusu głowy biednego księcia Henryka Pobożnego (…) zatkniętej triumfalnie na tatarskiej włóczni pod Legnicą” i „radosną”, brutalną ekspansję kolonialną szlachty polskiej na Wschód w XVI i XVII wieku oraz wojenną tragedię Kresów, zakończoną odpadnięciem ich od Polski.
Kres polskiej „przygody ze Wschodem” widzi Cichocki w Katyniu 1940 roku: „Myślę, że to właśnie w Katyniu Polska i Wschód wzięły ze sobą ostateczny rozbrat”. Ja bym do tego dodał jeszcze jedno: klęskę wielowiekowej polskiej obecności na Wschodzie, której straszliwym finałem była rzeź wołyńska, lecz Cichocki dodaje jeszcze jedno: „Jest to obraz straszliwej, bezsensownej rzezi w podsmoleńskim lasku z 2010”. Cichocki nie objaśnia jaki jest literalny, szczegółowy sens tego zdania. Podkreślam – literalny i szczegółowy, toteż i ja się do niego nie odniosę. Być może uznał, że byłoby to ryzykowne także z intelektualnego punktu widzenia. Wybiera natomiast przestrzeń swoistej metafory, prawdziwie sugestywnej, bardzo mrocznej. Odwołuje się bowiem do znakomitego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od Aniołów”. Jednak nie sam motyw szaleństwa, opętania zakonnic i procesu o czary, mający korzenie francuskie (Loudun) jest w egzegezie Cichockiego wiodący. Jego zafascynowało uparte, konsekwentne, mimo przeszkód natury pisarskiej, związanych z historyczną chronologią, osadzenie akcji „Matki Joanny” na błotnistej, ponurej ziemi smoleńskiej, na „skraj łacińskiego świata”.
W ujęciu Cichockiego ziemia smoleńska, to „ziemia przeklęta”. „Pisarz uznał całkiem słusznie – powiada autor – że w tym miejscu zło będzie działać najmocniej i człowiek będzie go najsilniej doświadczał”. Tu, na pograniczu „dwóch królestw”: polskiego i carstwa moskiewskiego, „rozegra się starcie człowieka ze złym, z demonami, które chcą nimi zawładnąć”. To starcie między światem „dobra i jasności” ze światem „zła i ciemności”. To teza, z której wynika, że Wschód (w domyśle Rosja) zaraża Polskę złem, ilekroć się z nią styka, a prawosławie zaraża złem łaciński katolicyzm. Piszę ten tekst w porządku krytyki literackiej, a nie w porządku teologicznym, moralistycznym, eschatologicznym, a tym bardziej odnoszącym się do fenomenu egzorcyzmów, więc powstrzymam się od wyrażenia własnych odczuć czy myśli w tym względzie. Podobnie jak z tego samego powodu dystansuję się do aktualizacji odnoszących się do katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Niezwykle sugestywna wymowa tego eseju, jego złożona architektura, jego erudycyjne tworzywo sprawiają natomiast, że sugestie Cichockiego wybrzmiewają niezwykle efektownie.
Zbiór kończy esej „Niemieccy hegemoni”, odnoszący się do relacji Polski z zachodnim sąsiadem, Niemcami. O ile w przypadku odniesienia wschodniego, autor niejako potwierdza swoje uprzednie ponure intuicje co do odwiecznych historycznych intencji Rosji w stosunku do Polski oraz trucizna, którymi w nas tchnie od wieków, więc trudno tu mówić o rozczarowaniu – o tyle w odniesieniu do Niemiec, można mówić o rozczarowaniu Cichockiego. Dla zilustrowania swej tezy posłużył się on (za pośrednictwem publicystyki politycznej Juliana Klaczko) faktem wielkiego rozczarowania, jakie przynieśli aspirującym do niepodległości Polakom, w 1848 roku, „frankfurccy liberałowie”, w których tamci upatrywali demokratycznych sojuszników swej sprawy, widząc w nich przeciwieństwo wrogiego prusactwa.
Okazało się, że owi idealizowani liberałowie frankfurccy, reprezentanci „lepszych Niemiec”, okazali się nie mniejszymi wrogami polskiej niepodległości niż ich pruscy pobratymcy. U źródeł tej postawy był „heglizm”, narodowa niemiecka idea filozoficzna, która ukształtowała niemieckiego, faustowskiego, nieustannie dążącego do doskonałości niemieckiego ducha. To ten heglizm zrodził pogardę dla idei polskości, opartej na statycznej akceptacji życia jako i skłonnej do zamykania się na trwałe w anachronicznych formach.
Niemiecki kategoryczny imperatyw ma z pogardą odnosić się do ograniczonej, „ujutnej” polskiej formuły egzystencji. Wątpię jednak, by to poglądy „frankfurckich liberałów” sprzed 170 lat były dla Cichockiego najistotniejsze. Z pewnych sugestii autora można wnieść, iż skłania się on do przekonania, że obecny polsko-niemiecki konflikt, na poziomie metapolitycznym, ma takie właśnie, „heglowskie” źródło, choć w odmiennych okolicznościach historycznych.
Co do mnie, to uważam, że Polska powinna istnieć i mieć możliwość kształtowania w sporze wewnętrznym swojej nowoczesnej Formy. Jednak gdybym został, jako Polak, postawiony przed wyborem między zatopieniem się w złu „smoleńskich błot” lub roztopieniem w „heglowskiej” nieograniczoności, między „niewolą moskiewską” a „berlińską”, wybrałbym tę drugą. Eseje Marka E. Cichockiego są nieco mniej „powabne” stylistycznie niż wspaniali „Żuawi nicości” Krzysztofa Tyszki-Drozdowskiego, o których pisałem w poprzedniej edycji rekomendacji, napisane językiem bardziej „surowym”, przezroczystym rzeczowym, co nie zmienia faktu, że są jedną z najwybitniejszych eseistycznych wypowiedzi o polskiej kulturze i historii.

Marek A. Cichocki – „Północ i Południe. Teksty o polskiej kulturze i historii”, Teologia Polityczna, Warszawa 2018, str. 343, ISBN 978-83-62884-81-0.

Lampki postępu

Oświecenie pozytywistów

Pokrewieństwo dwóch nurtów kultury jakimi były Oświecenie i Pozytywizm wydaje się być oczywiste. Oba nurty, oddzielone liczącą nieco mniej niż stulecie przestrzenią czasu przybliża stawianie na pierwszym planie rozumu, wiedzy, przywiązanie do empirii. Czy Pozytywizm jest zatem wnukiem Oświecenia, wnukiem – bo przedziela je potężny i brzemienny w skutkach interwał Romantyzmu? Na to i wiele innych pytań próbuje dać odpowiedź Dawid Maria Osiński, autor obszernego dzieła „Pozytywistów dziedzictwo Oświecenia. Kierunki i formy recepcji”.
Ten nurt określano jako „próg naszej nowoczesności”, a jak w takim razie można by określić pozytywizm: jako drugi próg? I jaka jest relacja wzajemna między Oświeceniem a Pozytywizmem: kontynuacji, osmozy, a może też weryfikacji, pod pewnymi względami, pierwszego przez drugi? Autor tomu zwraca uwagę we wprowadzeniu, że dziedzictwa Oświecenia Pozytywizm nie mógł wprost restytuować, ponieważ „zmieniły się okoliczności wykorzystywania wiedzy i teorii nauki”. Jednak niewątpliwie dla pozytywistów Oświecenie jako „próg nowoczesności”, „fundamentalny moment formacyjny polskiej ale i europejskiej tożsamości narodowej.
Oba nurty wyznawały zasadę, że „wiedza to potęga”. Jak ładnie to ujmuje Osiński: „Pozytywiści wchodzą do domu oświeconych i widzą tam różne palące się po-Lukrecjuszowe lampki postępu, olśniewającej wiedzy, erudycyjnych możliwości, ale widzą też cały czas mroki tego czasu i smutne karty dziejowej historii”. Wielka postać polskiego pozytywizmu mówił o potrzebie „przewietrzenia” oświeceniowej chaty. Nie bez znaczenia był fakt, że pozytywiści byli naznaczeni doświadczeniem, a raczej piętnem Romantyzmu, którego dziedzictwo było dla nich nieodległą przeszłością, a raczej ciągle żyło w postaci pozostałości i epigonizmie. O ile więc pozytywiści byli norwidowskimi „późnymi wnukami” Oświecenia, o tyle byli „przyrodnim potomstwem”(?) Romantyzmu i to miało na nich znaczący wpływ.
Specyficznym pośrednikiem między pozytywistami a Oświeceniem był ceniony przez pozytywistów Józef Ignacy Kraszewski, który i jako pisarz i jako publicysta sformułował kompleksową i bardzo bogatą refleksję nad Oświeceniem właśnie. Co znamienne i zastanawiające, Kraszewski okazał się wyjątkowo niewrażliwy na oddziaływanie Romantyzmu, choć jako rówieśnik Zygmunta Krasińskiego (ur. 1812), młodszy tylko o trzy lata od Juliusza Słowackiego, przynależy do generacji romantycznej. Innym pisarzem podejmującym w okresie Pozytywizmu nawiązywać do edukacyjnego programu obywatelskiego był Józef Korzeniowski. Niewątpliwie dziedzictwo Oświecenia było „komponentą światopoglądu i racjonalnego programu polskich pozytywistów”. Inny badacz, Marcin Gloger nazwał nawet Pozytywizm „spóźnionym oświeceniem” i „właściwym czasem realizacji projektu oświeceniowego w Polsce”.
To zaakcentowanie aspektu polskiego jest ważne, ponieważ formuły te nie stosują się n.p. do Francji, gdzie Oświecenie się narodziło, a co najmniej najbujniej rozwinęło, a także niejako spełniło się do ostatecznych konsekwencji, zaś francuski pozytywizm Comte’a był całkowicie odrębnym nurtem. W Polsce, z powodów historycznych, Oświecenie stało się niedokończonym, a raczej gwałtownie przez zabory przerwanym projektem czy ideą. Osiński zwraca przy tym uwagę na ważny aspekt periodyczny dotyczący lokowania Oświecenia w czasie. O ile są historycy, jak Jonathan Israel, którzy sytuują Oświecenie na kontinuum dat 1650-1850, to najczęściej kojarzone jest z okresem czynnej działalności Woltera, Rousseau i encyklopedystów oraz okresem bliskim czasowo Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a Polsce rozdziela się je często na okres saski (m.in. działalność Stanisława Konarskiego) oraz na późniejszy okres oświecenia (klasycyzmu) stanisławowskiego.
Fascynujące dzieło Osińskiego to wędrówka przez oświeceniowe szlaki pokolenia pozytywistów, szlaki bardzo zróżnicowane, bowiem każdy z nich odczytywał Oświecenie indywidualnie, przez subiektywny filtr i dzięki temu ten obraz nie jest monochromatyczny czy jednobarwny, lecz wielobarwny, niemal kalejdoskopowy. Osiński zaczyna narrację od przybliżenia zachodnich mistrzów polskich pozytywistów z Comte’em i Buckle’em i Millem (Johnem Stuartem) na czele. Obszerną część poświęca też „orbicie” wspomnianego wcześniej Józefa Ignacego Kraszewskiego. Dalej zajmuje się edukacją w „szkole oświeconych”, w tym m.in. warszawską Szkołą Główną, a także sztandarowym pismem polskiego Pozytywizmu czyli „Przeglądem Tygodniowym”, a także portretami „trzech wielkich” francuskiego Oświecenia (Wolter, Rousseau, Diderot) w różnych ówczesnych ujęciach.
Osobną część poświęcił pozytywistycznej recepcji poezji okresu Oświecenia, Krasickiego, Karpińskiego, Kniaźnina, czy mało znanej Konstancji Benisławskiej, której poezja była unikalnym przypadkiem religijnego wymiaru Oświecenia. W szkicach poświęconych pięciu biografiom intelektualnym (Piotr Chmielowski, Aleksander Świętochowski, Eliza Orzeszkowa, Zofia Urbanowska i Stefania Chłędowska) autor zajął się różnym modelom podejścia do Oświecenia. Rozdział ostatni, „Maski historii” poświęcony jest „figurom Oświecenia i oświeconych” w dramacie II połowy XIX wieku, Oświeceniu w ujęciu Walerego Przyborowskiego, kluczowi oświeceniowemu w „Faraonie” Bolesława Prusa, a także „śpiewnemu alfabetowi polskości Jana Sawy”, czyli Oświeceniu przepuszczonemu przez filtr poetycki Marii Konopnickiej.
Nie ma chyba nikogo, kto nie pamiętałby z lat szkolnych tego grymasu znudzenia, który pojawiał się na twarzach szkolnych koleżanek i kolegów, gdy nauczyciele języka polskiego zabierali się do „przerabiania” Oświecenia czy Pozytywizmu, gdy zadawali uczniom lektury z tego okresu lub dotyczące go wypracowania. Ja to doskonale pamiętam i choć zawsze pasjonowałem się literaturą i humanistyką, to i dla mnie Oświecenie i Pozytywizm podawane w szkole dalekie były od atrakcyjności, Dlatego dopiero po wielu latach powróciłem do problematyki, przez którą w szkole średniej przebiegłem szybko i powierzchownie i nieuważnie, i zacząłem ją zgłębiać, m.in. dzięki pasjonującym esejom Ewy Paczoskiej, Jana Tomkowskiego, czy Ryszarda Przybylskiego. I dlatego dodatkową satysfakcję obok satysfakcji z tej pasjonującej lektury miałbym ze świadomości, że ktoś z moich znudzonych koleżanek i kolegów szkolnych, tak jak ja sięgnąłby po nią i niespodziewanie dla siebie wydobył spod tej szkolnej nudnej sztampy pasjonujące i barwne zagadnienia.

Dawid Maria Osiński – „Pozytywistów dziedzictwo Oświecenia. Kierunki i formy recepcji”, Wydawnictwo Episteme, Lublin 2018, str. 887, ISBN 978-8365172-78-5.