Lewica = przedsiębiorczość

Władza nie lubi, jak każe się jej słuchać prawdy na swój temat. Woli żyć iluzją, że tylko nieliczni źle jej życzą, a cała reszta jest jej z gruntu przychylna. M. in. dlatego, w jedenastą rocznicę katastrofy smoleńskiej, władza urządziła obchody sama dla siebie. A wszystkich tych, którym dzięki władzy wali się świat i interesy życia idą w ruinę, spacyfikowała za pomocą aparatu represji. I od razu zrobiło się więcej miejsca dla własnego ego.

Strajk przedsiębiorców i Paweł Tanajno chcieli wykrzyczeć w twarz premierowi i prezesowi, że polityka lockdownu zabija. Dosłownie. Nie wierzycie? Dwa przykłady sprzed paru dni. Nastolatka nałykała się paracetamolu. Gdyby czasy i procedury były względnie normalne, zrobiono by jej płukanie żołądka i po sprawie. Dziewczynka miała jednak pecha, bo była covid dodatnia, bezobjawowa. W takich wypadkach wszczęta została procedura. Ta mówi, że wpierw trzeba ją przyjąć na covidowy oddział. Te są oczywiście przepełnione. Efekt? Dziewczynę wożoną z punktu A do punktu B. Teraz czeka na przeszczep wątroby i nie wiadomo czy doczeka. Przykład numer dwa. Zdrowa kobieta w 36-tym tygodniu ciąży ze zdrowym dzieckiem, dostaje krwawienia z dróg rodnych. Gdyby nie było covidowej procedury, w każdym szpitalu położniczym przystąpiono by od razu do czynności. Niestety, pani miała dodatni covid, o czym dowiedziała się na miejscu, gdyż także nie miała żadnych objawów. I tak jak w poprzednim przypadku-wożenie karetką ze szpitala do szpitala. Bo procedura. Dziecko wyciągnięto mocno niedotlenione, z ubytkiem kości ciemieniowej i zgniłymi kiszkami. Jeśliby wpierw ratowano je i matkę, zapewne ciążę udało by się donosić i urodziłoby się zdrowe, a tak czeka teraz w inkubatorze na szybką śmierć, bo dostało 1 punkt w skali Apgar i nikt nie chce się podjąć operacji. Mało Wam? Pójdziecie do znajomego lekarza i zapytajcie go przy wódce, czy nie słyszał u siebie o czymś podobnym.
W biznesie, małym i nieco większym, podobne dramaty też się dzieją. Nie dziwi więc wściekłość ludzi, którzy tracą dorobki swojego życia oraz desperacja, do jakiej rząd i prezydent ich doprowadzają. Doskonale ich rozumiem. Podobnie, jak rozumiem Piotra Ikonowicza, który walczy o zwalnianych z zakładów pracowników, tylko dlatego, że odważyli się zachorować. Chciałbym jednak, żeby spróbował również walczyć o tych wszystkich, którzy zwalniają ludzi nie przez ich ułomność i wątłe zdrowie, ale przez opresję Państwa polskiego, która nie pozostawia im wyboru. Jak już wielokrotnie pisałem, czasy pandemii uprzytomniają wszystkim ludziom myślącym, że konflikt nie biegnie, jak chciałoby wielu dogmatyków, po osi wiecznego sporu kapitał-pracownik, a bardziej człowiek versus państwo.

Człowiek; mikroprzedsiębiorca, samozatrudniony, pracownik umysłowy, fizyczny czy sezonowy. Ich główny oprawcą jest nienasycona urzędniczo-etatystyczna hydra, trzymana na pasku przez bezdusznych polityków pokroju Morawieckiego. Nie trusty, kartele i nierówność społeczna, ale Państwo, które dla obywatela jest niestety uświadomioną koniecznością. Tam gdzie są ludzie Lewicy, musi być też wyczulenie społeczne na niegodziwość i niesprawiedliwość, której doznają dziś także ci, którzy pozostają w orbicie zainteresowań Korwina. Nie może być tak, że jak komuś nie w smak wysokie podatki i socjalizm, nie należy się o niego upominać. Więcej, należy dziś stawać po stronie małych przedsiębiorców jak nigdy dotąd, bo jeżeli będziemy tolerować rządową grandę ubieraną w covidowy drelich, za chwile przedsiębiorcy staną się bezrobotnymi, a wraz z nimi rzesze pracowników, na których nie nastarcza z tarczy pomocowej. Wolę mieć więc Państwo, gdzie przedsiębiorca nie pójdzie głosować na Lewicę ale da zarobić prostaczkom, niż mieć za chwilę biedotę, którą Lewica będzie mogła zagarnąć pod spódnicę i wspólnie popłakiwać nad swoim nędznym losem. I tego głosu na Lewicy naszej bardzo mi dziś brakuje; że głośno nie krzyczy, że dzieje się krzywda, bo ludzie nie mogą pracować. Owszem, są pomysły z zasiłkami, ale na miły Bóg, dajmy ludziom zarobić na chleb swoimi rękami, a nie zasiłkami i tarczami. Oni naprawdę mają poukładane w głowach i chcą sami decydować o swoim losie. Chcą też dawać zarobić innym. Trudno jednak wymagać od murarza, żeby budował piękne domy, kiedy na rok zabiera się mu cement i kielnię. Całe to pomocnictwo na nic się zda. Naszym bogactwem są ludzie, a nie pełne budżety i nadwyżki z ropy czy gazu. Trzeba pozwolić ludziom wrócić do pracy, a chyba o to winno Lewicy chodzić, czyż nie? O pracę. O jej sens. O przywrócenie godności człowieka pracującego i poszanowanie jego praw.

Kiedy naród próbuje pokazać swoje niezadowolenie rządzącym, ci osłaniają się przed nim kordonem policji, tak, żeby przypadkiem w relacjach rządowej telewizji, nie przedostał się żaden transparent z ośmioma gwiazdkami. Policjanci, ściągani z całego miasta i z sąsiednich garnizonów, chronią władzę przed obywatelami, w czasie, w którym mogliby ścigać złodziei albo dilerów. Ścigają tymczasem ludzi za brak maseczek. Patrolują puste parkany i place zabaw, z nadzieją, że może gdzieś tam czai się bezmaseczkowy anarchista. Jeżdżą i sprawdzają, czy ktoś nie wyszedł po zakupy, bo przebywa na kwarantannie. Bronią i służą. Tylko kto na to wszystko zarobi i kto wyżywi?

Goły i wesoły Pan Pre

To jest jeden z moich sennych koszmarów; wychodzę na ulicę nago i nic sobie z tego nie robię. Idę do sklepu, robię zakupy, dostrzegam ludzkie uśmieszki i szydery, ale nie przeszkadza mi to, aż do pewnego momentu, kiedy panicznie próbuję uciec, schować się do mysiej dziury, żeby się obudzić.

Przeczytałem niedawno, że podobnie zachował się pewien pan na Saskiej Kępie w Warszawie. Szedł ubrany jak święty turecki, wieczorową porą, po ulicach miasta. Na widok patrolu policji zaczął uciekać, aby znaleźć schronienie w pobliskiej aptece. Tam jął się szamotać z policjantami, uprzednio atakując jednego z nich na starcie, po pytaniu, czy coś mu dolega. Istnieje duże prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że za stan golasa z Saskiej odpowiadały narkotyki/dopalacze/alkohol, lub wszystkie te na używki na raz. Jak nazwać takiego delikwenta, oczywiście zakładając, że zrobił to co zrobił zupełnie na trzeźwo, wiedziony ułańską fantazją? Niespełna rozumu, no może. Wariat, to już bardziej odpowiadające prawdzie, ale mniej grzeczne. Debil? Być może. Ale są w języku ojczystym ładniejsze określenia.

Od kiedy pamiętam, nie lubiłem pewnych słów, przez wzgląd na to, jak brzmią, lub bardziej-dlatego, że nie brzmią. Jedne były za obłe, jeszcze inne za szorstkie, kolejne zaś za ostre i kanciaste. Dlatego w mowie pisanej i potocznej starałem się unikać tych, które mi nie pasują. Bez względu na kontekst i temat. Największą irytacją darzyłem i darzę słowa właściwe desygnatom żeńskich organów płciowych; w zasadzie żadne z nich, funkcjonujące w polszczyźnie potocznej, do końca mi nie odpowiada, a te „najgrubsze” są po prostu obrzydliwe. W sytuacjach, kiedy muszę nazwać to miejsce, skąd u kobiet wychodzą dzieci, używam zwykle składni anatomicznej. Na szczęście, takich sytuacji nie ma zbyt wiele. Zupełnie odwrotnie, kiedy muszę, lub chcę, nazwać kogoś…niespełna rozumu. Wtedy arsenał słów ładuję jak pepeszę i strzelam seriami, mając świadomość, że w stosunku do mnie ktoś może używać równie ostrej amunicji. Nigdy jednak nie odważyłbym się na to, żeby publicznie określić kogoś mianem głupka, durnia czy debila. Z prostego powodu. Zwyczajnie, byłoby mi przykro, gdyby ktoś nazywał w ten sposób mnie albo mi bliskich. Bo to, co dla jednych jest debilizmem, dla drugich będzie szczytem roztropności. Jeśli więc wyjątkowo nie odnosimy się do testu IQ tego czy owego, słowo debil winno być zarezerwowane dla naszych prywatnych sądów i uszu w prywatnej przestrzeni. Niezależnie, kto byłby przez nas od debili wyzywany. Wszak każdy, prezydent także, ma swoje uczucia. Nie podzielam więc huraoptymizmu po zwiszenrufie Jakuba Żulczyka, który rozlał się po polskich internetach, bo nie za bardzo widzę powodu, żeby chwytać się słów słabych i brzydkich. Byle debilem nazwie cię pijaczek spod monopolu, kiedy nie dasz mu na piwo, i trudno mi sobie wyobrazić, żeby jego obelga miała człowieka rozumnego dotknąć. Pisarzowi zatem wypadałoby szlachetniej władać obelgami. Może nie debil, a intelektualnie ociężały? Prawda, że od razu lepiej brzmi?

Z tym, że nie należy nikogo publicznie obrażać, nikt rozsądny nie powinien dyskutować. Można z kolei i powinno się dyskutować z tym, czy wolno w naszym kraju lżyć i obrażać symbole. Takowym, bez wątpienia, jest urząd prezydenta. Ale także hymn narodowy, flaga państwowa i co tam jeszcze mamy w skarbcach pochowane. Czy namalowanie na biało-czerwonej fladze tęczowej Maryjki, tę że flagę bezcześci, a jeśli tak, to dlaczego. Czy śpiewanie obelżywych słów pod melodię Mazurka Dąbrowskiego to już przestępstwo czy artystyczny pastisz. O tym rzeczywiście powinna polska inteligencja dyskutować, skoro nie ma lepszych tematów do dyskusji. Sam zresztą w takiej dyskusji chętnie zabrałbym głos. Ten byłby równie mocny i jednoznaczny, jak moja niezgoda na obrażanie kogokolwiek w mediach i internecie. Żaden symbol nie może być wynoszony do rangi człowieka lub traktowany jako żywa, niematerialna, polska dusza, którą każdy w Polsce nosi na ramieniu. Takie stawianie sprawy, to zwykłe bałwochwalstwo. Można więc sobie robić z hymnem i flagą co się chce, pod warunkiem, że nie dewastuje się swoimi czynami i słowami publicznej przestrzeni. Flagi z tęczową Maryją jak najbardziej, ale mazanie sprejem po figurach świętych, zwłaszcza tych, zabytkowych, to już zwyczajny wandalizm, nieróżniący się niczym od namalowania członka w zwodzie na parkanie przy parku. Mam wrażenie, że ludzie myślący czują podskórnie tę różnicę. Mam też nadzieję, że czują, kiedy obrażają i kiedy są obrażani. W tym wypadku nie działa prawo Kalego. Bardziej prawo Kaźmierza Pawlaka z „Samych swoich”, o tym, że ludzie nie dzielą się na złych i dobrych, tylko na mądrych i głupich. Nie ma sensu być tym drugim. Nawet na fejsie albo instagramie. Bo jeszcze ktoś nazwie cię głupcem.

Red. Agaton prosi zmiłowania…

Być może to co napiszę, ściągnie na mnie dintojrę ziobrowskiej prokuratury, bo nie takich już ciągali po sądach za zbytnią wyrazistość w krytyce panujących, ale co mi tam, więzienie też dla ludzi. Uważam, i chciałbym, żeby Polska o tym usłyszała, że rząd PiS jest gorszy niż naziści. Ci bowiem eksterminowali obce nacje, swoją zostawiając w spokoju. Rząd PiS poszedł o krok dalej i wraz z kolejnym lokdałnem zaczął eksterminować także własnych obywateli. Bezrobociem; brakiem perspektyw na polepszenie ich losu; drakońskimi mandatami i karami; głodem i beznadzieją, a w konsekwencji, nędzą, w którą wszyscy, mniej lub bardziej, niebawem popadniemy.

Przeczytałem niedawno tekst red. Agatona Kozińskiego, z którym od dawna nie zgadzam się w niczym, ale mimo wszystko cenię go za przenikliwość i erudycję, która to jednak nie ma szans wyjść poza ciepły, dziennikarski kurwidołek głównego nurtu, gdyż, oprócz zimnej logiki i bezbłędnej polszczyzny, nie ma w jego tekstach życia. Nie ma też, co czyni je jeszcze bardziej akademickimi, człowieka, który by mówił do czytelnika żywym głosem, między szpaltami. Jest teoretyk, przekonany o swojej nieomylności. Piękna, ale martwa, natura; skorupa, odlana przez mistrza, ale nic poza tym. I o życiu, m.in. red. Koziński w owym tekście rozprawiał. Lub jego braku.

Chodziło mu o to, że łatwo jest krytykować dziś rządzących, jak, nie przymierzając, ja, ale żeby dać coś od siebie, to nie ma komu. Rząd bowiem robi to, do czego jest zobowiązany, najlepiej jak potrafi. Zresztą, wystarczy spojrzeć na inne państwa. Tam jest podobnie. U nas to i tak jeszcze pół biedy, bo nie ma godziny policyjnej. Nie wspomina red. Koziński, że na południu Europy, restauracje działają normalnie i można się do nich wybrać, a przemysł rozrywkowy otrzymuje, bezpośrednio, a nie w konkursach dla swoich, sowite postojowe. Tak czy inaczej, nic innego Morawiecki z Kaczyńskim uczynić nie mogą, bo jak by tak było, to na pewno by to zrobili. Muszą więc zadzierzgać wisielczy sznur na polskich gardłach dla ich własnego dobra. Nieważne, że lek który stosują, jest gorszy niż choroba i przyniesie, w niedalekiej przyszłości, czarne żniwo samobójstw i powikłań depresyjnych, o zmarnowanym pokoleniu „school learning” nie wspominając. Nie ma bowiem, jak twierdzi red. Koziński, alternatywy, żeby rząd mógł postąpić inaczej. A gdyby jednak było tak, że taka alternatywa istnieje? Gdyby na raz wyszedł przed Horbana i jemu podobnych, człowiek z gruntowną wiedzą, popartą doświadczeniem, który powiedziałby: mylicie się. Można robić inaczej. To co by było? Na raz, okazałoby się, że to wszystko, na czym bazuje rząd to czysta biopolityka; taki nowoczesny nazizm; im mniej gęb do wykarmienia, tym w przyszłości mniej problemów fiskalnych, bo do tego owa polityka się w zasadzie sprowadza. Funkcjonuje u nas prof. Piotr Kuna, który od dawna twierdzi, że to, w jaki sposób walczy się w Polsce z wirusem, woła o pomstę do nieba. I nie trzeba być wyrafinowanym znawcą sztuki medycznej, żeby pojąć, że jak zapełni się szpitale po dach chorymi, to system się zawali, co, przy każdej sposobności, przypomina nam dr Niedzielski. Można spróbować izolować ludzi w domach; dostarczać im tlen; monitorować ich dzięki aplikacjom. Ale gdyby tak uczynić, znaczyłoby to, że rząd przyznaje się do błędu, czego żaden polityk w Polsce nigdy nie powie. Ufa się więc tym, którzy mawiają od lat, że nasz system opieki zdrowotnej jest jak guma z majtek-rozciągnie się, ile się majtkom zechce. A lekarze i ratownicy są jak pochwa-dopasują się do każdego kształtu i każdego rozmiaru, choćby nie wiem jak bolało w trzewiach.

Wyznając taką, a nie inną filozofię, rząd zafundował Polakom przedłużającą się katatonię, której finałem będzie agonia z głodu i wycieńczenia. Długa, przykra dla oka i bolesna, zarówno dla umierającego, jak i tego, który będzie musiał na to patrzeć. Nie jest bowiem tak, jak wyznaje red. Koziński i jego koledzy z rządu, że ma związane ręce. Że tak musi być i już. Mądrzejsi od nich piszą, że takie zamykania i otwierania mogą stać się naszą codziennością, chyba że w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy, i odpuści ludziom, bo ludzie, sami z siebie, za bardzo u nas bojące. Nie wyjdą na ulicę. Nie zawalczą o swoje. Mądrzejsi od red. Kozińskiego, a są i tacy, piszą, że wirus mutuje na tyle przykro, że miast być bardziej zaraźliwy a mniej zjadliwy, staje się coraz bardziej śmiercionośny, więc niedługo szczepionki mogą po prostu nie wystarczać. Jest poza tym w dzisiejszym świecie tak, że biedniejsza część globu jeszcze nie zobaczyła ani jednej strzykawki z antidotum, więc nawet gdy wyszczepią się bogaci, biedota dalej będzie roznosić zarazę. I tak w koło Macieju. Może więc lepiej przeprosić się z wirusem i zacząć żyć, zamiast czekać powolnej śmierci? Ta bowiem przyjdzie, czy od wirusa, czy bez niego. Naprawdę, tak Wam, drodzy Rodacy, dobrze w kagańcu? Może lepiej boso, ale w ostrogach, hm?

Równać w lewo!

Dokąd równać? Do lewej ? Do prawej? A może do mądrzejszych? Tych zawsze na świecie było mniej, a swój rozum trzeba mieć. Tymczasem, Polska ma rozum idioty, wodzonego na pasku, jak cielę na rzeź. Nie od wczoraj przeca, jest u nas tak, jak jest. Ale dziś to coraz bardzie wkurwia…

Znajoma moja napisała do mnie, że mamy i tak tu super, bo w porównaniu z Austrią, gdzie mieszka, Polska jest daleko do przodu ze szczepieniami. Jesteśmy zajebiście biedni za to robotni. No changes, jak u 2Paca-a. Pani Olesia, chwilowo bawiąc u mnie na kwadracie w Warszawie, a rodem ze Lwowa, opowiadała mi niedawno, że w jej rodzinnym mieście, życie toczy się z grubsza normalnie; knajpy pootwierane, ludzie w środku, na zewnętrzu bez masek-ot, wegetowanie, na tyle, na ile można można w miarę bezboleśnie przez to przejść. Im dalej na wschód, tym normalniej.
W Rosji putinowskiej, na ten przykład, odbywają się mecze piłkarskie z udziałem publiczności, i jakoś nikt szczególnie nie notuje wzrostu zachorowań. Tzn. wzrost jest, ale nikt przytomny nie wiąże tego z publicznością. Eta normalne, myśli radziecki człowiek, że wirus idzie z powietrzem, i jak ma się przenieś z człowieka na człowieka, to prędzej czy później to zrobi. I wiecie Państwo co? Człowiek radziecki ma rację!
Ostatnio w podobnym tonie wypowiedział się u nas Andrzej Sośnierz, eksminister zdrowia, dziś poseł z kanapówki od Gowina, czy chuj wie już dzisiajod kogo. Pan doktor wspomniał, że, czy wprowadzając lokdałn na Warmii procent zachorowań był tamże constans; jedyne więc, co lokdałn zmienił, to zirytował ludzi i pozbawił ich zarobku i źródeł utrzymania. I, wyobraźcie sobie Państwo, w reszcie Polski jest od roku podobnie. Walka z wirusem, który oczywiście jest i zabija, została przez rząd przerzucona na obywatela a nie na właściwe organy. Te bowiem są impotentne, jak Kaczyński. Nie staje jemu i im. To obywatel ma się martwić, czy dożyje i za co. Państwo, co i rusz, ściąga z niego kolejne łupy, pewności nie oferując żadnej. Został Polak więc rzucony na żer hien i sępów; kto ma oszczędności, ten przetrzyma. Kto jedzie na kredyt, może już dziś iść szukać mocnego konara, żeby zarzuć nań sznur i smarować szyję masłem, żeby niej piekło. Do piekła jednak nie pójdzie, bo go nie ma, ale do komornika rodzina już może trafić, bo ten akurat jest i żyć z czegoś musi. Z nieboszczyka wyżyć ciężko.

Żona moja poszła ostatnio z koleżankami do knajpy. Zupełnie otwartej knajpy. Na pytanie żony, czy właściel nie obawia się konsekwencji w związku z tzw. ostrym stosunkiem fizycznym z prawem (czyt. pierdoleniem), tenże odparł, że to…pierdoli. Na dziś większość sądów, nawet tych „ziobrowych” uniewinnia ludzi za brak maski czy luzowanie granic działalności gospodarczej wbrew przepisom, argumentując, że same przepisy są uchwalone wbrew. Prawu, konstytucji, obywatelskiej wolności-niechaj sobie minister wybierze. Równie dobrze, do każdej z restauracji, mógłby wkroczyć wariata w koronie i wygłosić mowę, na zasadzie: „ ja, władca kraju Polan, z mocy Pana Boga, nakazuję zamknięcie tego przybytku pod groźbą przepadu majątku”. Tyle, mniej więcej, mają wspólnego z prawem i jego poszanowaniem, zakazy państwowe, wydane bez trybu i w poprzek legislacji. Aż dziw bierze, że w tak antypaństwowym państwie, jakim jest Polska, bo wszak, od lat 80. tylu ludzi czynem i słowem walczyło tu z systemem, tylu po wojnie kryło się po lasach; aż dziw bierze, że w tym kraju, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała, tak mało który chce się przeciwstawiać i anarchicznie traktować przepisy. Wszyscy siedzą jak trusie i czekają zbawienia. Tymczasem, na Ukrainie i w Rosji…
…życie trwa. Ludzie choć, w maskach, jak i u nas, ale żyją, bo nie mają innego wyjścia. Pracują, bo Sowiety już dawno minęły i trzeba rączkami zarobić na swoje. Państwo nie da, bo kradnie. I każdy doskonale to wie. U nas, tymczasem, robimy tak, jak Zachód, jeno dwa tygodnie później. Niemcy i Czesi wprowadzili twardy lokdałn? U nas jest to samo po dwóch tygodniach. Zamykają lasy? My też. Nikt jednak nie spojrzy na wschód, nie pomyśli: chwila, skoro tam też mają covid, a żyją, to może by jednak nie robić bezdurnie jak Niemice, tylko zacząć brać przykład…z Ruskich.

Obawiam się jednak, że to nie przejdzie. Przynajmniej dopóki żyje Marszałek. On od Ruskich nigdy nic w życiu nie wziął ani nie kupił. Mam podejrzenie, że nie wie, że coś od czasów Ałły Pugaczowej się tam zmieniło. Choć, jak ostatnio oglądałem klip „Leningradu”, w który Pugaczowa robiła za publikę, to też począłem się zastanawiać, czy nie ma racji.

Gra w zamykanego

Ta gra dotyczy nie tylko placówek kultury: kin, teatrów, muzeów, filharmonii. Ale właściwie prawie wszystkiego, co żywe i próbuje działać mimo pandemii.

Trudno tu wskazywać winnego, choć powtarzające się zarzuty o panujący chaos w decyzjach władz, podejmowanych pod naciskiem chwili i nerwowo, powinny rządzącym dać do myślenia. Tak czy owak, zostawiwszy na boku „wieczne pretensje”, jakie zawsze w takich sytuacjach się wzmagają, pora postawić pytanie:
jak przetrwać w czasie trudnym
żeby nie zwariować? Czy naprawdę jedyną metodą uniknięcia najgorszego, czyli szalejącej fazy pandemii, jest zamknięcie. Zwłaszcza że mądrzy ludzie przestrzegają, że stan pandemii może jeszcze potrwać rok albo i dwa.
Dotychczasowe doświadczenia naszych wielkich i małych (regionalnych) lockdownów niekoniecznie potwierdzają zbawienny wpływ izolacji na przebieg pandemii. Owszem, dystans społeczny, zachowanie zasad zachowania (maseczki noszone jak należy), to na pewno pomaga. Ale czy nie można znaleźć takiego sposobu funkcjonowania – myślę tu o całej sferze kultury i wspólnotowego przeżywania sztuki – który dawałby poczucie bezpieczeństwa nie mniejsze niż w sklepie czy środkach transportu, a jednocześnie przeciwdziałałby bolesnemu poczuciu społecznej izolacji.
Niedawno Prezes Polskiej Akademii Nauk profesor Jerzy Duszyński zasugerował, że pora najwyższa opracować takie zasady działania hoteli, restauracji, kawiarni, transportu miejskiego i placówek kultury, które mogłyby działać w warunkach pandemii dając przynajmniej częściowe poczucie życia społecznego, a jednocześnie zapewniając optymalne warunki bezpieczeństwa.
Tymczasem Instytut Teatralny im, Zbigniewa Raszewskiego publikuje kolejne części
raportu z pola walki
opracowanego na podstawie badań ankietowych i indywidualnych rozmów z twórcami kultury o sposobach działania, przetrwania w trakcie pandemii. To bardzo ciekawy materiał, dający do myślenia i potwierdzający, że artyści, organizatorzy życia kulturalnego nie ustają w poszukiwaniu sposobów zachowania ciągłości istnienia instytucji artystycznych, choć nie zawsze to okazuje się możliwe.
Publikacja raportu jeszcze trwa, towarzyszą jej debaty poświęcone (dostępne online) poszczególnym częściom tego wielkiego badania, za wcześnie więc na ich podsumowanie. Zanim przyjdzie na to pora, warto jednak zacytować fragment podsumowujący pierwszą część raportu „W poszukiwaniu strategii. działania instytucji teatralnych w czasie pandemii” autorstwa Marka Krajewskiego i Macieja Frąckowiaka (przy współpracy Kamila Pietrowiaka, Waldemara Rapiora i Janiny Zakrzewskiej):
„Tym, co uderzało nas w trakcie wywiadów prowadzonych z dyrektorami i dyrektorkami teatrów, było niezwykle głębokie urefleksyjnienie kryzysu spowodowanego przez pandemię w tego typu instytucjach. Ta refleksyjność nie musi być oczywiście traktowana jako coś zaskakującego – jak się wydaje, sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, była rodzajem awarii systemu, zawieszenia oczywistości świata, wytrącenia z rutyn i przyzwyczajeń, a to właśnie w takich momentach zaczynamy się zastanawiać nad rzeczywistością, sposobem jej funkcjonowania, na relacjami, które łączą nas z innymi. Wiele wypowiedzi naszych respondentów wskazuje jednak na to, że są oni ogromnie zaangażowani w ratowanie swoich instytucji i zespołów, że ostatnie miesiące to dla nich okres niezwykle trudny, bo nie tylko związany z niepewnością co do przyszłości, ale też z nieustannym trudem podejmowania kluczowych decyzji, za które odpowiada się jednoosobowo”.
Trudno o bardziej
krzepiące wnioski,
trudno o lepsze sposoby naprawy sytuacji od tych, które rodzą się z doświadczeń i możliwości twórczych tych, którzy przewodzą placówkom kultury – w tym przypadku teatrom. Podobne wrażenie odnosiłem wiosną ubiegłego roku, kiedy w okresie pierwszego lockdownu zwróciłem się do dyrektorów teatrów warszawskich z pytaniami o kondycję ich zespołów, a m.in. o sytuację, jaką wywołała pandemia. Pierwsze odpowiedzi sprzed roku okazały się tak naprawdę najlepszymi receptami na dolegliwości czasu zamknięcia.
Adam Sajnuk,
dyrektor artystyczny offowego Teatru WARSawy opowiadał się przeciw teatrowi on line: „teatry to grupa, która nigdy nie jest uprzywilejowana, bo to była pierwsza grupa dotknięta zakazem działania i ostatnia, którą uwolniono – i tak się dzieje zawsze, przy wszelkich innych zakazach. Jesteśmy zwyczajnie traktowani nierówno, a teatr jest przecież miejscem refleksyjnym, to też rodzaj świątyni. Teatry zamknięto w pierwszym rozdaniu i otwarto w ostatnim rozdaniu. Tak jakby tam właśnie najwięcej było zagrożenia… Zapomina się o tym, że jest widz i że ludzie potrzebują teatru. Głęboko w to wierzę i ciekawy jestem jaki to będzie mieć skutek: czy widzowie wrócą, czy zapomną – tutaj mówię głównie o teatromanach, nie o nowej publiczności. To na pewno duża grupa, która chodziła do teatru – sam zadaję sobie pytanie: czy ludzie wrócą do teatru, czy przerzucą się do sieci. Mam nadzieję, że online nie zabierze nam żywego widza. Jestem przeciwnikiem teatru online, bo teatr z natury rzeczy powinien być blisko widza: by czuł – to jest fenomen teatru i to różni żywy teatr od kina i teatru tv”.
Drogę środka proponowała wybrać dyrektorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer: „Od razu, kiedy zamknięto instytucje kultury postanowiłam, że będziemy grali w sieci – i to nie sporadycznie, ale że zaproponujemy widzom stały repertuar. Daliśmy w tym czasie ponad 50 wydarzeń, w stałe dni tygodnia. Spektakle archiwalne, czytania poezji, spotkania z piosenką żydowską, czytania performatywne sztuk, repertuar dla dzieci, filmy związane z Teatrem Żydowskim, koncert poezji Wisławy Szymborskiej, z jej udziałem nagrany tuż po otrzymaniu przez nią nagrody Nobla. Pracujemy na pełnych obrotach, angażując aktorów, technikę, administrację. W rocznicę wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim nadawaliśmy program przez wiele godzin, od południa do późnego wieczora, jak telewizja, nie tylko transmisję spod Pomnika Bohaterów Getta, ale też wypowiedzi ważnych osobistości, a przede wszystkim relacje Ocalonych. Przez cały dzień obserwowałam zainteresowanie, żywe, wzruszające komentarze. To było wszystkim potrzebne – widzom, nam, i pamięci tych, którzy 19 kwietnia rozpoczęli Powstanie. W każdych warunkach walczymy o naszą obecność, o przetrwanie, spotykamy się z widzami. Teatr musi grać. Ale to pokazało też, że być może teatr w jakimś stopniu pozostanie w sieci. Dlatego zaczęliśmy próby do spektaklu online „Nie ma” Mariusza Szczygła w adaptacji i reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskie”.
Dodam tylko, że do realizacji „Nie ma” doszło i powstał jeden z najlepszych spektakli on line, konstruowany z myślą o życiu w sieci.
Paweł Sztarbowski,
dyrektor artystyczny Teatru Powszechnego projektował działania wyprzedzające: „Obecna sytuacja jest bardzo trudna dla wszystkich ludzi teatru, bo straciliśmy to, co w teatrze najważniejsze – możliwość zgromadzeń, a tym samym żywego i bezpośredniego kontaktu z widownią. Tej energii nie da się niczym zastąpić. Jednocześnie staramy się podtrzymywać kontakt z naszymi widzami poprzez działania realizowane w ramach projektu „Teatr minimum. Powszechny online”, które cieszą się dużym zainteresowaniem i dzięki nim możemy dotrzeć do widzów spoza Warszawy. Jeśli zaś chodzi o plany, to pandemia zastała nas w trakcie pisania projektu pod nazwą „Ekologiczny teatr przyszłości”. Już wcześniej zajmowaliśmy się tematem katastrofy ekologicznej, najsilniej chyba w spektaklu Jak ocalić świat na małej scenie? Obecnie wydaje nam się to kluczowy temat dla zrozumienia tego, co czeka nasz świat. W teatrze jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by zajmować się światem społecznym, ludzkim. A obecna sytuacja kryzysu klimatycznego czy epidemiologicznego pokazuje, że należy rozszerzyć tę ramę społeczną, bo ona jest zbyt wąska, by odnaleźć sensowne rozwiązania. Wymaga to zmiany naszych przyzwyczajeń, być może przesterowania naszego dotychczasowego wyobrażenia teatru. Amerykańska badaczka, Una Chaudhuri, stworzyła pojęcie „piątej ściany teatru”, myśląc o patrzeniu w górę, w niebo i szukaniu widoku poza światem społecznym. Mówiliśmy już, że w Teatrze Powszechnym często w ostatnim czasie przekraczaliśmy czwartą ścianę teatru. Czas zatem na przekroczenie jego piątej ściany”.
Słuchajmy artystów. Lepiej niż urzędnicy odnajdują ścieżki wyjścia.

Żywe trumny na śmiertelnej loterii

Zaostrzając w sposób skrajnie barbarzyński, niehumanitarny, nonsensowny i obłąkańczy obowiązujące od 28 lat (od 7 stycznia 1993) drakońskie prawo, dotyczące aborcji w Polsce, władza PiS rękami podporządkowanego sobie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, uczyniła z polskich kobiet w wieku rozrodczym – żywe trumny. Niektóre już nimi są, niektóre stać się nimi mogą w przyszłości.
Tym razem dokona się to bez uciekania się do zasłon dymnych i bez ogródek, co jednak miało miejsce do tej pory z uwagi na kształt prawa, zawierającego trzy przesłanki umożliwiające przerwanie ciąży, w tym zezwalającej na aborcję uszkodzonych płodów. Dziś już nikt nie będzie miał potrzeby, by uciekać się do nierespektowania prawa, odmawiając kobietom zabiegów aborcji, tak jak to uczynił przed laty osławiony Chazan. Od 27 stycznia 2020 można to już będzie czynić „legalnie”.
Nowe okoliczności wywołają liczne, rozlegle i dramatyczne, a nawet tragiczne konsekwencje społeczne dotykające, bezpośrednio, nie tylko kobiet, ale także ich bliskich, rodzin. Spowodują też zamrożenie klimatu społecznego, wywołają nastroje zagrożenia i lęku przed restrykcyjnymi, bezpardonowymi działaniami policji czy prokuratury przeciw kobietom, ich bliskim, osobom pomocnym czy lekarzom, spotęgują znaną z historii i zatruwającą życie społeczne atmosferę podejrzliwości i donosów charakterystyczną dla państw autorytarnych, totalitarnych i policyjnych. Siłą faktów, życie intymne ogromnej części Polek i Polaków znajdzie się, w skali nigdy dotąd nieznanej, w polu zainteresowania państwowych organów ścigania, a ujmując rzecz obrazowo – władza będzie miała instrumenty kontrolowania de facto tego, co dzieje się w łóżkach małżeńskich i pozamałżeńskich. Przy czym nie łudźmy się nadzieją, że w praktyce będziemy mieli do czynienia z powtórką z niegdysiejszego w tym względzie „imposybilizmu”, z sytuacją w której walka organów ścigania z aborcją nigdy nie dokonywała się na szeroką skalę. Tym razem, wyposażona w „nowe prawo” władza pisowska, w tym w szczególności ta jej część, która znajduje się w gestii Ziobry i Kamińskiego Mariusza, będzie z sadystyczną satysfakcją i energią korzystać z nowych instrumentów. Znając ich fanatyczny upór i psychopatyczną energię trudno mieć co do tego wątpliwości. Zacznie się polowanie na czarownice, które ograniczy możliwości a co najmniej uczyni bardziej ryzykownymi nie tylko samo dokonywanie zabiegów, ale także np. podawanie informacji o możliwości skorzystania z tzw. pigułki wczesnoporonnej, jej dystrybucję czy upowszechnianie wiedzy o możliwościach dokonania aborcji n.p. za granicą, nie mówiąc już o strumieniu podejrzliwości, który zostanie skierowany na lekarzy ginekologów. Wymieniłem tu tylko niektóre zagrożenia, które jawią się na horyzoncie. Jest ich znacznie więcej.
Tymczasem za rzekomą motywacją „ochrony życia” nie kryje się nic innego, jak mizoginiczny sadyzm religijnych fanatyków katolickich, którzy za wszelką cenę chcą uczynić z kobiet w Polsce biologiczne maszyny do rodzenia, także za wszelką cenę, nawet półtrupów, jakimi są przecież w końcu najczęściej płody z tzw. wadami letalnymi, a więc bezmózgowce itp. Od 27 stycznia 2021, czyli od momentu opublikowania tzw. wyroku TK z 22 października 2020 roku, dla kobiet w wieku rozrodczym, zarówno decyzja o zajściu w ciążę i urodzeniu dziecka będzie oznaczała śmiertelną loterię. Zachodząc w ciążę kobieta będzie ryzykowała, że padnie ofiarą wyjątkowo traumatycznego przymusu urodzenia także płodu ciężko i śmiertelnie chorego, uszkodzonego, zdeformowanego. To samo w gruncie rzeczy dotyczyć będzie tych kobiet, które zajdą w ciążę nieplanowaną. Wywoła to lawinę niewyobrażalnych cierpień. Nic dziwnego, że owo „prawo” wyczerpuje znamiona tortur, zakazanych przez prawo międzynarodowe. W siedemnastym roku członkowstwa Polski w Unii Europejskiej uchwalając obłąkańcze „prawo” sprokurowano Polkom (ale także ich partnerom i rodzinom) piekło, przy którym nawet przedwojenne „piekło kobiet” opisane w słynnym pamflecie Tadeusza Boya-Żeleńskiego może wydać się wyraźnie łagodniejsze, tym bardziej, że tamto prawo sprzed II wojny światowej funkcjonowało w zupełnie innym kontekście kulturowym i cywilizacyjnym (zakaz aborcji był wtedy, także w innych krajach, normą). Mamy dziś do czynienia z prawem, które trudno określić inaczej niż jako makabryczny horror i upiorny nonsens „z piekła rodem”. Dodatkowo zaistniały stan rzeczy doprowadzi de facto do likwidacji lub skrajnej redukcji badań prenatalnych, intensywny wzrost podziemia aborcyjnego i kosztów jego usług oraz tzw. turystyki aborcyjnej za granicę.
Trwające (z mniejszym czy większym natężeniem) demonstracje uliczne przeciw temu co się stało są tylko początkiem wielkiej akcji oporu, który trwać będzie długo i permanentnie. Jedną z jego form będzie presja na instytucje, w tym międzynarodowe, aby wspierały polskie kobiety i ich bliskich. Te działania będą niezbędne nie tylko z uwagi na wypełniający znamię tortur bezprawny i okrutny charakter „wyroku” wydanego przez tzw. Trybunał Konstytucyjny. Także dlatego, że w przyszłości (raczej bliższej niż dalszej) należy spodziewać się, że władza PiS po raz kolejny skorzysta z usług Ordo Iuris i wysmaży do osławionego Trybunału Przyłębskiej wniosek, który zakończy się także zakazem aborcji, która powstaje w wyniku przestępstwa (gwałtu, kazirodztwa czy pedofilii). Już niedługo spodziewajmy się zatem dalszego ciągu „aborcyjnej” wojny PiS przeciw Polkom.
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny w 187 numerze internetowego biuletynu „Mam prawo”, poinformowała, że rozpoczęła właśnie akcję wymierzoną w drakońskie prawo, pod nazwą Skarga Kobiet. Mianowicie został opracowany wzór skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (ETPCz). Jest to skarga o naruszenie praw gwarantowanych przez Europejską Konwencję Praw Człowieka, która została przyjęta przez Polsce. Każda osoba w wieku reprodukcyjnym, która może zajść w ciążę jest potencjalną ofiarą tzw. wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 roku. Od tej chwili zaczęły zgłaszać się do Federacji osoby, których prawo do przerwania ciąży w związku z tzw. wyrokiem TK już zaczęło być łamane, jako że mimo braku jego publikacji, w wielu miejscach w Polsce był on traktowany jako obowiązujący. Dzięki interwencjom prawniczek Federacji w większości przypadków udawało się przełamywać obawy szpitali i lekarzy. W tym samym czasie zgłosiły się do Federacji trzy kobiety, które w związku z „wyrokiem TK” zmieniły swoje plany życiowe. Mając świadomość fikcji tzw. kompromisu aborcyjnego w Polsce i nadchodzącego zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, zdecydowały, że rezygnują z macierzyństwa. Brak realnego dostępu do aborcji i brak prawa do przerwania ciąży ze względu na wady płodu stanowią ryzyko dla ich zdrowia i życia oraz życia rodzinnego. Było to ryzyko, którego te kobiety nie chciały podejmować. I mimo że żadna z nich nie potrzebowała w tamtym momencie aborcji, to wszystkie są potencjalnie poszkodowane tzw. wyrokiem TK”. Takich osób, jak te trzy kobiety jest w Polsce na pewno więcej. Dlatego Federacja zdecydowała się wesprzeć wszystkie Polki w wieku reprodukcyjnym, które mogą zajść w ciążę a „wyrok TK” zagraża ich prawom przewidzianym w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, stanowiąc naruszenie zasady poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, zaś zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży w sytuacji wad płodu, postrzegać trzeba jako naruszenie zakazu tortur. Federacja chce, aby zaistniałą sytuację ocenił Europejski Trybunał Praw Człowieka. Kobiety chcące skierować skargę do ETPCz, mogą znaleźć jej wzór na stronie Skarga Kobiet wraz z instrukcją jej wypełnienia. Na stronie Federacji można znaleźć także liczne informacje (łącznie z numerami telefonów), cenne dla kobiet, które zaszły w niepożądaną (z różnych powodów) ciążę.
Krzysztof Lubczyński

Pozdrowienia z pomarańczowej strefy

„Wino białe, piwo, wino czerwone. Jak ktoś nie lubi piwa to spritz.” – tak żartowali sobie Włosi, kiedy na początku listopada ub.r. wszedł w życie podział na trzy strefy: żółtą, pomarańczową, czerwoną. W obostrzeniach trudno było się połapać. Nie łatwo też zrozumieć, co było wolno, a czego nie w poszczególnych strefach oznaczonych danym kolorem, który wynika z wartości czynnika zakaźności Rt0, monitorowanego cotygodniowo przez ISS – włoski Wyższy Instytut Zdrowia i Ministerstwo Zdrowia. Mały świąteczny lockdown nie pomógł i od 16 stycznia 2021 r. we Włoszech obowiązują nowe obostrzenia (weszły w życie w niedzielę 17 stycznia). Nastąpiło ogólne pogorszenie się sytuacji epidemiologicznej.

Po raz pierwszy od ubiegłorocznego lockdownu (z wyjątkiem okresu świątecznego, w którym jednakowe obostrzenia wprowadzono na całym terytorium kraju), w strefie pomarańczowej znalazł się Rzymu i Lacjum.
Niestety wiele włoskich regionów przekroczyło R 1, co zwiększa „ryzyko niekontrolowanej epidemii”. W strefie pomarańczowej znalazły się Dolina Aosty, Piemont, Liguria, Wenecja Euganejska, Emilia-Romania, Marche, Umbria, Abruzja, Lacjum, Apulia, Kalabria. W strefie czerwonej: Lombardia, Bolzano-Górna Adyga, Sycylia. W strefie żółtej pozostają: Fruli-Wenecja Julijska, Trydent Górna-Adyga, Toskania, Sardynia, Molise, Kampania, Bazylikata. W 12 regionach i prowincjach wskaźniki dotyczące oddziałów intensywnej terapii znowu przekroczyły krytyczny próg. We Włoszech odnotowano już 2,37 mln osób zakażonych koronawirusem, 1,73 mln wyzdrowiało. Zmarło 81.800 osób. Liczba dziennych zgonów waha się w granicach pięciuset. Ogólnokrajowy wskaźnik zakaźności wynosi R 1,09. Zaszczepiono pierwszy milion osób.
W całym kraju obowiązuje godzina policyjna od od 22:00 do 5:00, podczas której nie można się przemieszczać, chyba że wymagają tego obowiązki wynikające z  pracy, konieczności wyższej lub stanu zdrowia, co zostaje potwierdzone samozaświadczeniem.
W strefie żółtej
życie toczy się w miarę normalnie… Bary i restauracje są otwarte do godz. 18:00, a później można sprzedawać tylko na wynos. Zamknięte są siłownie, baseny, teatry, kina, muzea. Ośrodki sportowe pozostają otwarte.
W strefie pomarańczowej
dodatkowe obostrzenia przewidują zamknięcie barów i restauracji przez 7 dni w tygodniu, jedzenie na wynos może być sprzedawane tylko do godz. 18:00 i nie może być konsumowane w bliskiej odległości lokalu. Nie ma ograniczeń co do dostaw cateringowych do domu. Zostają zamknięte centra handlowe w święta i w dzień poprzedzający je, z wyłączeniem aptek, parafarmacji, punktów gastronomicznych, sklepów tytoniowych i kiosków. Zamknięte pozostają muzea. Jest zabronione przemieszczanie się z jednego regionu do drugiego oraz z jednej gminy do drugiej, z wyjątkiem uzasadnionych powodów. Przemieszczanie się z gmin o liczbie do 5000 mieszkańców jest dozwolone w promieniu 30 kilometrów od ich granic (na przykład w celu zakupów), z wyjątkiem podróży do stolicy prowincji. Nauczanie na odległość jest przewidziane dla szkół średnich, z wyjątkiem uczniów niepełnosprawnych oraz w przypadku korzystania z laboratoriów. Pozostają otwarte przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja. Zamknięte są uniwersytety, z wyjątkiem niektórych zajęć dla studentów pierwszego roku i laboratoriów. Dodatkowo transport publiczny może przewozić do 50 proc. osób, z wyjątkiem transportu szkolnego. Zostaje zawieszona działalności salonów gier, zakładów bukmacherskich, bingo i automatów do gier również w barach i kioskach. Baseny, siłownie, teatry i kina pozostają zamknięte.
W strefie czerwonej
obowiązują bardzo rygorystyczne zasady. Bary i restauracje pozostają zamknięte przez 7 dni w tygodniu regionów, sprzedaż jedzenia na wynos jest dozwolona do 22:00. W przypadku dostawy do domu nie ma ograniczeń. Pozostają zamknięte wszystkie sklepy, z wyjątkiem supermarketów spożywczych, sklepów spożywczych i z artykułami pierwszej potrzeby. Kioski, sklepy tytoniowe, apteki i parafarmacja, pralnie i fryzjerzy pozostają otwarte. Salony urody są zamknięte. Tak samo, siłownie, baseny, teatry, kina, muzea. Pozostają otwarte tylko przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja. Kształcenie na odległość obowiązuje w liceum, dla klas drugiej i trzeciej. Uniwersytety są zamknięte, z określonymi wyjątkami. Zostają zamknięte ośrodki sportowe z wyjątkiem tych, w których trenuje się profesjonalnie z potwierdzeniem ze strony związków CONI i CIP. Aktywność fizyczną można uprawiać w pobliżu domu (spacery), zajęcia sportowe na świeżym powietrzu dozwolone są wyłącznie w formie indywidualnej. Zostają zamknięte salony gier, zakłady bukmacherskie, bingo, także w barach i kioskach. W transporcie publicznym, z wyjątkiem transportu szkolnego, dozwolone jest przewożenie do 50% osób.
„Kolorowe strefy”
obowiązują przez dwa tygodnie. Po tym okresie następuje weryfikacja parametrów epidemiologicznych i rząd może podjąć decyzję, czy dany region nadal pozostaje w danej strefie, czy ją zmienia – na „lepszą” lub „gorszą”.
Dekret rządowy z 16 stycznia b.r. wprowadza również po raz pierwszy „strefę białą”, w której ma „otworzyć się” wreszcie kultura. W strefie białej wskaźnik zakaźności R powinien wynosić 0,5 czyli poniżej 50 osób na 100 tys. mieszkańców. Do tego jednak jeszcze bardzo daleko każdemu regionowi…
Stan wyjątkowy we Włoszech został przedłużony do 30 kwietnia. Nowy dekret obowiązuje do 5 marca 2021 r. Zakaz przemieszczania się między regionami/prowincjami autonomicznymi zostanie utrzymany do 15 lutego 2021 r., z wyłączeniem uwiarygodnionych potrzeb zawodowych, sytuacji wyższej konieczności, względów zdrowotnych, powrotu do miejsca zamieszkania.​​​ W odwiedzinach w domu mogą jednocześnie uczestniczyć dwie osoby nie będące domownikami, nie wliczając w to dzieci poniżej 14 lat oraz osób niepełnosprawnych.
Stoki narciarskie pozostają zamknięte do 15 lutego 2021 r.
Nowe zasady dla osób podróżujących z Polski i innych krajów
Od 16 stycznia weszły w życie również nowe zasady obowiązujące osoby podróżujące z Polski do Włoch. Polska wraz z innymi krajami została zaliczona do krajów znajdujących się w grupie C (Andora, Austria, Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Grecja, Hiszpania, Irlandia, Islandia, Liechtenstein, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Malta, Monako, Niemcy, Niderlandy, Norwegia,  Polska, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Szwajcaria, Szwecja, Węgry), czyli do strefy ryzyka.
Jak informuje Ambasada RP w Rzymie, w  związku z tymi zmianami w okresie od  16 stycznia do 05 marca 2021 r., przed przekroczeniem granicy włoskiej należy: 1) wypełnić oświadczenie; 2) przedstawić zaświadczenia o negatywnym wyniku badania na koronawirusa, przeprowadzonego najwcześniej na 48 godzin przed wjazdem na terytorium Włoch. Akceptowane są jedynie testy wymazowe: molekularne i antygenowe. W przypadku braku takiego testu należy poddać się 14-dniowej kwarantannie; 3) dodatkowo, osoby wjeżdżające do Włoch z wyżej wskazanych obszarów muszą zgłosić swój przyjazd do przychodni lokalnej właściwej dla miejsca pobytu.
Testów nie muszą przedstawiać i nie muszą się poddawać kwarantannie: a) osoby wjeżdżające do Włoch własnym środkiem transportu, pod warunkiem, że opuszczą terytorium Włoch w ciągu 36 godzin od wjazdu. Za taki „tranzyt”, w myśl obecnych przepisów epidemicznych, uznaje się wyłącznie przejazd przez terytorium Włoch bez postojów. Zatrzymanie się np. na nocleg skutkowałoby natomiast uznaniem podróży za „krótki pobyt”, a to z kolei wiązałoby się z koniecznością przedstawienia aktualnych wyników testów w kierunku Covid-19; b) osoby przesiadające się na lotniskach we Włoszech w podróży do innych państw (bez opuszczania strefy tranzytowej); jeśli jednak opuściłyby strefę tranzytową na lotnisku – podlegają ogólnym przepisom i obostrzeniom; c) osoby wjeżdżające do Włoch na czas nie dłuższy niż 120 godzin z udowodnionych przyczyn zawodowych, zdrowotnych lub absolutnej konieczności; d) załogi środków transportu.
Osoby, które przebywały Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej lub przejeżdżały przez terytorium tych państw w ciągu ostatnich 14 dni nie mogą wjechać na terytorium Włoch. Wjazd do Włoch możliwy jest tylko w celach zawodowych, zdrowotnych, naukowych, w sytuacjach nagłych, lub konieczności powrotu do miejsca zamieszkania. Nie ma możliwości wjazdu w celach turystycznych.  Należy również wypełnić oświadczenie.
Ponadto, należy zawsze brać pod uwagę dodatkowe obostrzenia lokalne i regionalne wynikające z podziału Włoch na trzy strefy: żółtą, pomarańczową i czerwoną. Oznacza to, że lądując na lotnisku poza regionem, do którego mamy zamiar się udać, nie będzie można się do niego przemieścić w okresie trwania obostrzeń. Kontrole są prowadzone na dworcach kolejowych.
Miejmy nadzieję, że za dwa tygodnie coś się zmieni… na lepsze…

Gospodarka 48 godzin

Siewcy zła
„Zło atakuje. Atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród” – powiedział wicepremier Jarosław Kaczyński. W ten sposób prezes PiS dosyć surowo ale nadzwyczaj trafnie podsumował ponad pięcioletnie rządy Prawa i Sprawiedliwości.

Kończcie ten lockdown
Przedsiębiorcy z niepokojem przyjmują informacje, jakoby po 18 stycznia nadal miała być utrzymana blokada części branż. Jeżeli tak się stanie, to wiele małych i średnich przestanie istnieć, ich właściciele zbankrutują, a zatrudnieni przez nich ludzie stracą pracę – stwierdził Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego. Rzecznik zwrócił się do premiera z wnioskiem o rozważne podejmowanie dalszych decyzji rządu, mających na celu zwalczanie epidemii COVID-19, ze szczególnym uwzględnieniem konsekwencji gospodarczych, a zwłaszcza tych, które dotyczą działalności przedsiębiorstw. Zdaniem Adama Abramowicza od 18 stycznia rząd powinien wrócić do realizacji, zapowiedzianego przez premiera Morawieckiego w listopadzie zeszłego roku, planu powrotu do normalności z etapem stabilizacji. W swoim stanowisku Adam Abramowicz podkreślił też, że przeciąganie w czasie wypłacania rekompensat zamkniętym firmom grozi ograniczeniem rozporządzalnego dochodu przeciętnego gospodarstwa domowego już w niedalekiej przyszłości. Jeżeli rząd bezzwłocznie nie zmieni swego podejścia do problemu, wielu przedsiębiorców uzna, że nie ma w nim swego sprzymierzeńca – pisze w liście Adam Abramowicz. Zwrócił on też uwagę, że samo dyrektywne ograniczanie działalności tylko niektórych branż, przy zachowaniu pełnej aktywności pozostałych, stało się źródłem rosnącej frustracji, poczucia niesprawiedliwości i dyskryminacji w w środowisku przedsiębiorców. MŚP . Podał jako przykład funkcjonowanie dużych zakładów pracy i placów budowy, gdzie codziennie w szatniach, na korytarzach i halach spotykają się setki ludzi, a zamykane są małe i średnie firmy, w których zachowanie dystansu społecznego jest zdecydowanie łatwiejsze. W opinii Rzecznika MŚP trudno wytłumaczyć racjonalnie takie działanie. Powinniśmy powrócić do przedstawionego przez premiera w listopadzie planu powrotu do normalności, zwłaszcza że nazwał go Pan wtedy planem optymalnym, i wierzymy , że skoro został on przedstawiony opinii publicznej to był opracowany przez ludzi odpowiedzialnych i znających się na rzeczy. Gdybyśmy postępowali według tego planu to w chwili obecnej ilość zachorowań pozwalałaby, aby w części powiatów była strefa zielona, w części żółta, w części w czerwona i tylko w kilku obowiązywałby całkowity lockdown – podsumowuje w swoim piśmie do Mateusza Morawieckiego Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Śmiecie rządzą inflacją
Prezes Narodowego Banku Polskiego w ramach walki prowadzonej przez PiS z samorządami terytorialnymi, oskarżył je o znaczące podbijanie wskaźnika inflacji. Zdaniem prezesa Adama Glapińskiego wprowadzony w grudniu wzrost opłat za śmieci jest skandaliczny i nie może tak być. Prezes NBP podkreślił, że opłaty te wzrosły rok do roku o ponad 50 proc. Wskazał też, że na rynku wywozu śmieci panuje oligopol kilku firm zagranicznych, a cały ten obszar nie jest konkurencyjny. Jednocześnie, prezes NBP nie dostrzega wpływu na wzrost inflacji ze strony nowych opłat i podatków, wprowadzonych przez rząd PiS.