Po trupach zatrudnionych

Coraz więcej zabitych i ciężko rannych w wypadkach przy pracy to cena za wychodzenie gospodarki z kryzysu, bo rząd PiS zdewastował opiekę medyczną.
Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w pierwszym kwartale 2021 r. zgłoszono o 23 proc. mniej osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy, niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Pociecha z tego jednak niewielka, bo mimo mniejszej liczby poszkodowanych, w sumie więcej osób poniosło śmierć i odniosło ciężkie obrażenia. W pierwszym kwartale ubiegłego roku w wypadkach przy pracy zginęło 31 osób, a ciężko ranne były 63 osoby. W pierwszym kwartale bieżącego roku, choć generalnie ubyło poszkodowanych, to śmierć poniosło aż 48 osób, zaś ciężko ranne zostały także 63.
Najbardziej wypadkową dziedziną gospodarki było tradycyjnie górnictwo, gdzie zdarzało się najwięcej wypadków w relacji do liczby zatrudnionych. Najwięcej ofiar śmiertelnych oraz ciężkich obrażeń spowodowała jednak praca w przemyśle. W pierwszym kwartale tego roku w polskim przemyśle zginęło 11 osób, a ciężkie obrażenia odniosło 25. Na drugim miejscu tej smutnej listy znalazło się budownictwo: 8 ofiar śmiertelnych, 10 ciężko rannych.
Spadek liczby poszkodowanych w wypadkach aż o 23 proc. w pierwszym kwartale bieżącego roku, to oczywiście rezultat pandemii i częściowego zatrzymania naszej gospodarki za pomocą lockdownu. W pierwszym kwartale 2020 r. polska gospodarka funkcjonowała bowiem jeszcze normalnie, z wyjątkiem końcówki marca. W pierwszym kwartale 2021 r. istniały zaś ciągle ograniczenia związane z lockdownem.
Zrozumiałe więc, że w pierwszym kwartale tego roku mniej osób ucierpiało w wypadkach przy pracy, niż w pierwszym kwartale roku ubiegłego. Trudniej natomiast zrozumieć dlaczego, przy spadku ogólnej liczby poszkodowanych, w I kwartale 2021 przybyło ofiar śmiertelnych, a liczba osób ciężko rannych wcale nie spadła?
W tym przypadku winę ponosi rząd Prawa i Sprawiedliwości, który doprowadził do załamania systemu opieki medycznej w Polsce. Zaowocowało to ogólnym wzrostem liczby zgonów i skróceniem czasu trwania życia mieszkańców. Te fatalne tendencje pojawiły się jeszcze zanim pandemia dotarła do naszego kraju – i wciąż trwają.
Koronawirus wprawdzie nie powoduje wypadków przy pracy, a wręcz przeciwnie, może ograniczać ich nasilenie. Zdewastowana za sprawą rządu PiS i niedoinwestowana służba zdrowia nie była jednak w stanie ocalić wielu istnień ludzkich – także i ofiar wypadków przy pracy – które prawdopodobnie udałoby się uratować, gdyby funkcjonowała w normalny sposób.
Wszystkie te niekorzystne zjawiska wystąpiły na jeszcze większą skalę w drugim kwartale bieżącego roku i w całym tegorocznym pierwszym półroczu. Widać to w statystykach GUS. Rząd nic nie zrobił, by naprawić system opieki medycznej. Wychodząca z lockdownu polska gospodarka pochłonęła zaś znacznie więcej ofiar, niż w pierwszym półroczu 2020, kiedy to lockdown w kolejnych miesiącach stawał się coraz bardziej restrykcyjny.
Poszkodowanych w wypadkach przy pracy było w sumie o 13,1 proc. więcej, niż w pierwszym półroczu 2020 r. Zwiększyła się również liczba osób poszkodowanych przypadająca na 1000 pracujących, czyli wskaźnik wypadkowości – z 1,77 w pierwszym półroczu ubiegłego roku, do 2,01 w pierwszym półroczu 2021.
W przemyśle, w całym pierwszym półroczu 2020 r. było 10 ofiar śmiertelnych (czyli mniej, niż w pierwszym kwartale roku bieżącego!). Ciężkie obrażenia odniosły zaś 62 osoby. Pierwsze półrocze 2021 roku to w przemyśle już 20 zgonów oraz 67 osób ciężko rannych.
W budownictwie, gdzie lockdown był mniej rygorystyczny, tegoroczny wzrost liczby ofiar także okazał się mniejszy: 19 ofiar śmiertelnych i 21 ciężko rannych, w porównaniu z 14 zabitymi i 17 ciężko rannymi w pierwszym półroczu ubiegłego roku.
Natomiast w rolnictwie indywidualnym, gdzie wprowadzenie lockdownu praktycznie jest niewykonalne, w pierwszym półroczu br. zginęło 20 osób, o dwie więcej, niż w tym samym półroczu ubiegłego.
W całej tej tragicznej statystyce przyrost liczby zgonów i przypadków ciężkich obrażeń okazał się niestety bardzo wysoki (z wyjątkiem, jak widać, gospodarstw indywidualnych). W pierwszym półroczu ubiegłego roku w wypadkach przy pracy zginęło w Polsce łącznie 58 osób, zaś ciężkie obrażenia odniosło 127. W pierwszym półroczu bieżącego było zaś aż 95 ofiar śmiertelnych i 151 ciężko rannych.
Jest to wręcz dramatyczne przyśpieszenie, znacznie szybsze niż tempo wzrostu naszej gospodarki w tym okresie. Jak widać, rządowi Prawa i Sprawiedliwości nie przeszkadza, że wychodzenie z kryzysu w Polsce odbywa się kosztem życia i zdrowia pracowników.

Pandemia? Jaka pandemia?

Szczepić się chcemy albo nie, ale do ogródków – i nie tylko – ruszyliśmy tłumnie. Rządowa zasada „DDM” – dezyfencja, dystans, maseczka – nie miała szans z „PPM” – piwem, pizzą i muzyką.

Nowy Rok był w 2021 r. dwa razy. Pierwszy, styczniowy, z fajerwerkami i nadziejami, ale jednak domowy i przez to skromniejszy. 15 i 16 maja nadrobiły stratę. Społeczeństwo tak tęskniło za normalnością, że wyległo na popularne rozrywkowe ulice swoich miast w środku nocy z piątku na sobotę, zalewając przygotowane na historyczny moment restauracyjne ogródki. Dystans? Wiadomo, niemożliwy, wręcz niepożądany. Maski? Wielu obywateli wyrzuciło je jeszcze kilka dni wcześniej.

Warszawskie bulwary, łódzka Piotrkowska, Rynek Główny i inne historyczne place Krakowa, Rynek wrocławski czy Mariacka w Katowicach – wszędzie od północy strumieniami lały się ulubione napoje, a przed ogródkami, gdzie można też coś zjeść, stały kolejki.

Kogo tam nie było!

Studenci, którzy rozpoczęli naukę w tym roku akademickim, licząc na świetną zabawę w większych miastach, a dopiero teraz spotkali na żywo kolegów i koleżanki. Młodzież, która nie miała jak z przytupem odświętować osiemnastki czy matury. Pary z aplikacji, którym dotąd przepadały randki na mieście. Umęczone zdalnym nauczaniem rodziny z dziećmi i stęsknieni do rozrywek dorośli. A nawet policja. Żeby wypatrywać pijanych i awanturujących się, bo przecież nie egzekwować przepisy o ustawieniu stolików. Ale zgromadzenie było ludyczne, nie polityczne, więc zamiast wszczynać awantury, pluralistyczny tłum na Mariackiej tańczył pod gołym niebem jeszcze po trzeciej nad ranem. Dosłownie, jedna z knajp wystawiła nie tylko kraftowe piwo, ale też DJ-a.

A potem była Noc Muzeów

Impreza kulturalna, z roku na rok coraz bardziej modna, a do tego darmowa. Można było połączyć przyjemne z pożytecznym. Kto zabroni najpierw stanąć w długiej kolejce na wystawę, a potem ruszyć do knajpy? Kolejki były wszędzie, bo w odróżnieniu od ogródków muzea chciały zachować powagę, maski i dystans. Nawet jeśli zwiedzający, jak się zdarzyło w Gliwicach, chwilę wcześniej dosłownie stali jeden na drugim, obserwując wyczyny rekonstruktorów historycznych z czasów III powstania śląskiego.

(Nie) szczepimy się

Pierwszy dzień (chwilowej?) wolności świętowali i zaszczepieni, i antyszczepionkowcy, i ozdrowieńcy, i tacy, co zaszczepić się dopiero chcą. Nie da się w nieskończoność oczekiwać od ludzi, którzy pamiętają inne życie, że będą wiecznie siedzieć w domach. Tym bardziej, że „Polak potrafi”.
16 maja zaszczepionych dwiema dawkami było 11 proc. społeczeństwa. Jedną – mniej niż 1/3. Mniej więcej tyle samo, co ludzi odpowiadających w kwietniowych sondażach, że nie zaszczepią się za żadne skarby.

Lewica = przedsiębiorczość

Władza nie lubi, jak każe się jej słuchać prawdy na swój temat. Woli żyć iluzją, że tylko nieliczni źle jej życzą, a cała reszta jest jej z gruntu przychylna. M. in. dlatego, w jedenastą rocznicę katastrofy smoleńskiej, władza urządziła obchody sama dla siebie. A wszystkich tych, którym dzięki władzy wali się świat i interesy życia idą w ruinę, spacyfikowała za pomocą aparatu represji. I od razu zrobiło się więcej miejsca dla własnego ego.

Strajk przedsiębiorców i Paweł Tanajno chcieli wykrzyczeć w twarz premierowi i prezesowi, że polityka lockdownu zabija. Dosłownie. Nie wierzycie? Dwa przykłady sprzed paru dni. Nastolatka nałykała się paracetamolu. Gdyby czasy i procedury były względnie normalne, zrobiono by jej płukanie żołądka i po sprawie. Dziewczynka miała jednak pecha, bo była covid dodatnia, bezobjawowa. W takich wypadkach wszczęta została procedura. Ta mówi, że wpierw trzeba ją przyjąć na covidowy oddział. Te są oczywiście przepełnione. Efekt? Dziewczynę wożoną z punktu A do punktu B. Teraz czeka na przeszczep wątroby i nie wiadomo czy doczeka. Przykład numer dwa. Zdrowa kobieta w 36-tym tygodniu ciąży ze zdrowym dzieckiem, dostaje krwawienia z dróg rodnych. Gdyby nie było covidowej procedury, w każdym szpitalu położniczym przystąpiono by od razu do czynności. Niestety, pani miała dodatni covid, o czym dowiedziała się na miejscu, gdyż także nie miała żadnych objawów. I tak jak w poprzednim przypadku-wożenie karetką ze szpitala do szpitala. Bo procedura. Dziecko wyciągnięto mocno niedotlenione, z ubytkiem kości ciemieniowej i zgniłymi kiszkami. Jeśliby wpierw ratowano je i matkę, zapewne ciążę udało by się donosić i urodziłoby się zdrowe, a tak czeka teraz w inkubatorze na szybką śmierć, bo dostało 1 punkt w skali Apgar i nikt nie chce się podjąć operacji. Mało Wam? Pójdziecie do znajomego lekarza i zapytajcie go przy wódce, czy nie słyszał u siebie o czymś podobnym.
W biznesie, małym i nieco większym, podobne dramaty też się dzieją. Nie dziwi więc wściekłość ludzi, którzy tracą dorobki swojego życia oraz desperacja, do jakiej rząd i prezydent ich doprowadzają. Doskonale ich rozumiem. Podobnie, jak rozumiem Piotra Ikonowicza, który walczy o zwalnianych z zakładów pracowników, tylko dlatego, że odważyli się zachorować. Chciałbym jednak, żeby spróbował również walczyć o tych wszystkich, którzy zwalniają ludzi nie przez ich ułomność i wątłe zdrowie, ale przez opresję Państwa polskiego, która nie pozostawia im wyboru. Jak już wielokrotnie pisałem, czasy pandemii uprzytomniają wszystkim ludziom myślącym, że konflikt nie biegnie, jak chciałoby wielu dogmatyków, po osi wiecznego sporu kapitał-pracownik, a bardziej człowiek versus państwo.

Człowiek; mikroprzedsiębiorca, samozatrudniony, pracownik umysłowy, fizyczny czy sezonowy. Ich główny oprawcą jest nienasycona urzędniczo-etatystyczna hydra, trzymana na pasku przez bezdusznych polityków pokroju Morawieckiego. Nie trusty, kartele i nierówność społeczna, ale Państwo, które dla obywatela jest niestety uświadomioną koniecznością. Tam gdzie są ludzie Lewicy, musi być też wyczulenie społeczne na niegodziwość i niesprawiedliwość, której doznają dziś także ci, którzy pozostają w orbicie zainteresowań Korwina. Nie może być tak, że jak komuś nie w smak wysokie podatki i socjalizm, nie należy się o niego upominać. Więcej, należy dziś stawać po stronie małych przedsiębiorców jak nigdy dotąd, bo jeżeli będziemy tolerować rządową grandę ubieraną w covidowy drelich, za chwile przedsiębiorcy staną się bezrobotnymi, a wraz z nimi rzesze pracowników, na których nie nastarcza z tarczy pomocowej. Wolę mieć więc Państwo, gdzie przedsiębiorca nie pójdzie głosować na Lewicę ale da zarobić prostaczkom, niż mieć za chwilę biedotę, którą Lewica będzie mogła zagarnąć pod spódnicę i wspólnie popłakiwać nad swoim nędznym losem. I tego głosu na Lewicy naszej bardzo mi dziś brakuje; że głośno nie krzyczy, że dzieje się krzywda, bo ludzie nie mogą pracować. Owszem, są pomysły z zasiłkami, ale na miły Bóg, dajmy ludziom zarobić na chleb swoimi rękami, a nie zasiłkami i tarczami. Oni naprawdę mają poukładane w głowach i chcą sami decydować o swoim losie. Chcą też dawać zarobić innym. Trudno jednak wymagać od murarza, żeby budował piękne domy, kiedy na rok zabiera się mu cement i kielnię. Całe to pomocnictwo na nic się zda. Naszym bogactwem są ludzie, a nie pełne budżety i nadwyżki z ropy czy gazu. Trzeba pozwolić ludziom wrócić do pracy, a chyba o to winno Lewicy chodzić, czyż nie? O pracę. O jej sens. O przywrócenie godności człowieka pracującego i poszanowanie jego praw.

Kiedy naród próbuje pokazać swoje niezadowolenie rządzącym, ci osłaniają się przed nim kordonem policji, tak, żeby przypadkiem w relacjach rządowej telewizji, nie przedostał się żaden transparent z ośmioma gwiazdkami. Policjanci, ściągani z całego miasta i z sąsiednich garnizonów, chronią władzę przed obywatelami, w czasie, w którym mogliby ścigać złodziei albo dilerów. Ścigają tymczasem ludzi za brak maseczek. Patrolują puste parkany i place zabaw, z nadzieją, że może gdzieś tam czai się bezmaseczkowy anarchista. Jeżdżą i sprawdzają, czy ktoś nie wyszedł po zakupy, bo przebywa na kwarantannie. Bronią i służą. Tylko kto na to wszystko zarobi i kto wyżywi?

Goły i wesoły Pan Pre

To jest jeden z moich sennych koszmarów; wychodzę na ulicę nago i nic sobie z tego nie robię. Idę do sklepu, robię zakupy, dostrzegam ludzkie uśmieszki i szydery, ale nie przeszkadza mi to, aż do pewnego momentu, kiedy panicznie próbuję uciec, schować się do mysiej dziury, żeby się obudzić.

Przeczytałem niedawno, że podobnie zachował się pewien pan na Saskiej Kępie w Warszawie. Szedł ubrany jak święty turecki, wieczorową porą, po ulicach miasta. Na widok patrolu policji zaczął uciekać, aby znaleźć schronienie w pobliskiej aptece. Tam jął się szamotać z policjantami, uprzednio atakując jednego z nich na starcie, po pytaniu, czy coś mu dolega. Istnieje duże prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że za stan golasa z Saskiej odpowiadały narkotyki/dopalacze/alkohol, lub wszystkie te na używki na raz. Jak nazwać takiego delikwenta, oczywiście zakładając, że zrobił to co zrobił zupełnie na trzeźwo, wiedziony ułańską fantazją? Niespełna rozumu, no może. Wariat, to już bardziej odpowiadające prawdzie, ale mniej grzeczne. Debil? Być może. Ale są w języku ojczystym ładniejsze określenia.

Od kiedy pamiętam, nie lubiłem pewnych słów, przez wzgląd na to, jak brzmią, lub bardziej-dlatego, że nie brzmią. Jedne były za obłe, jeszcze inne za szorstkie, kolejne zaś za ostre i kanciaste. Dlatego w mowie pisanej i potocznej starałem się unikać tych, które mi nie pasują. Bez względu na kontekst i temat. Największą irytacją darzyłem i darzę słowa właściwe desygnatom żeńskich organów płciowych; w zasadzie żadne z nich, funkcjonujące w polszczyźnie potocznej, do końca mi nie odpowiada, a te „najgrubsze” są po prostu obrzydliwe. W sytuacjach, kiedy muszę nazwać to miejsce, skąd u kobiet wychodzą dzieci, używam zwykle składni anatomicznej. Na szczęście, takich sytuacji nie ma zbyt wiele. Zupełnie odwrotnie, kiedy muszę, lub chcę, nazwać kogoś…niespełna rozumu. Wtedy arsenał słów ładuję jak pepeszę i strzelam seriami, mając świadomość, że w stosunku do mnie ktoś może używać równie ostrej amunicji. Nigdy jednak nie odważyłbym się na to, żeby publicznie określić kogoś mianem głupka, durnia czy debila. Z prostego powodu. Zwyczajnie, byłoby mi przykro, gdyby ktoś nazywał w ten sposób mnie albo mi bliskich. Bo to, co dla jednych jest debilizmem, dla drugich będzie szczytem roztropności. Jeśli więc wyjątkowo nie odnosimy się do testu IQ tego czy owego, słowo debil winno być zarezerwowane dla naszych prywatnych sądów i uszu w prywatnej przestrzeni. Niezależnie, kto byłby przez nas od debili wyzywany. Wszak każdy, prezydent także, ma swoje uczucia. Nie podzielam więc huraoptymizmu po zwiszenrufie Jakuba Żulczyka, który rozlał się po polskich internetach, bo nie za bardzo widzę powodu, żeby chwytać się słów słabych i brzydkich. Byle debilem nazwie cię pijaczek spod monopolu, kiedy nie dasz mu na piwo, i trudno mi sobie wyobrazić, żeby jego obelga miała człowieka rozumnego dotknąć. Pisarzowi zatem wypadałoby szlachetniej władać obelgami. Może nie debil, a intelektualnie ociężały? Prawda, że od razu lepiej brzmi?

Z tym, że nie należy nikogo publicznie obrażać, nikt rozsądny nie powinien dyskutować. Można z kolei i powinno się dyskutować z tym, czy wolno w naszym kraju lżyć i obrażać symbole. Takowym, bez wątpienia, jest urząd prezydenta. Ale także hymn narodowy, flaga państwowa i co tam jeszcze mamy w skarbcach pochowane. Czy namalowanie na biało-czerwonej fladze tęczowej Maryjki, tę że flagę bezcześci, a jeśli tak, to dlaczego. Czy śpiewanie obelżywych słów pod melodię Mazurka Dąbrowskiego to już przestępstwo czy artystyczny pastisz. O tym rzeczywiście powinna polska inteligencja dyskutować, skoro nie ma lepszych tematów do dyskusji. Sam zresztą w takiej dyskusji chętnie zabrałbym głos. Ten byłby równie mocny i jednoznaczny, jak moja niezgoda na obrażanie kogokolwiek w mediach i internecie. Żaden symbol nie może być wynoszony do rangi człowieka lub traktowany jako żywa, niematerialna, polska dusza, którą każdy w Polsce nosi na ramieniu. Takie stawianie sprawy, to zwykłe bałwochwalstwo. Można więc sobie robić z hymnem i flagą co się chce, pod warunkiem, że nie dewastuje się swoimi czynami i słowami publicznej przestrzeni. Flagi z tęczową Maryją jak najbardziej, ale mazanie sprejem po figurach świętych, zwłaszcza tych, zabytkowych, to już zwyczajny wandalizm, nieróżniący się niczym od namalowania członka w zwodzie na parkanie przy parku. Mam wrażenie, że ludzie myślący czują podskórnie tę różnicę. Mam też nadzieję, że czują, kiedy obrażają i kiedy są obrażani. W tym wypadku nie działa prawo Kalego. Bardziej prawo Kaźmierza Pawlaka z „Samych swoich”, o tym, że ludzie nie dzielą się na złych i dobrych, tylko na mądrych i głupich. Nie ma sensu być tym drugim. Nawet na fejsie albo instagramie. Bo jeszcze ktoś nazwie cię głupcem.

Red. Agaton prosi zmiłowania…

Być może to co napiszę, ściągnie na mnie dintojrę ziobrowskiej prokuratury, bo nie takich już ciągali po sądach za zbytnią wyrazistość w krytyce panujących, ale co mi tam, więzienie też dla ludzi. Uważam, i chciałbym, żeby Polska o tym usłyszała, że rząd PiS jest gorszy niż naziści. Ci bowiem eksterminowali obce nacje, swoją zostawiając w spokoju. Rząd PiS poszedł o krok dalej i wraz z kolejnym lokdałnem zaczął eksterminować także własnych obywateli. Bezrobociem; brakiem perspektyw na polepszenie ich losu; drakońskimi mandatami i karami; głodem i beznadzieją, a w konsekwencji, nędzą, w którą wszyscy, mniej lub bardziej, niebawem popadniemy.

Przeczytałem niedawno tekst red. Agatona Kozińskiego, z którym od dawna nie zgadzam się w niczym, ale mimo wszystko cenię go za przenikliwość i erudycję, która to jednak nie ma szans wyjść poza ciepły, dziennikarski kurwidołek głównego nurtu, gdyż, oprócz zimnej logiki i bezbłędnej polszczyzny, nie ma w jego tekstach życia. Nie ma też, co czyni je jeszcze bardziej akademickimi, człowieka, który by mówił do czytelnika żywym głosem, między szpaltami. Jest teoretyk, przekonany o swojej nieomylności. Piękna, ale martwa, natura; skorupa, odlana przez mistrza, ale nic poza tym. I o życiu, m.in. red. Koziński w owym tekście rozprawiał. Lub jego braku.

Chodziło mu o to, że łatwo jest krytykować dziś rządzących, jak, nie przymierzając, ja, ale żeby dać coś od siebie, to nie ma komu. Rząd bowiem robi to, do czego jest zobowiązany, najlepiej jak potrafi. Zresztą, wystarczy spojrzeć na inne państwa. Tam jest podobnie. U nas to i tak jeszcze pół biedy, bo nie ma godziny policyjnej. Nie wspomina red. Koziński, że na południu Europy, restauracje działają normalnie i można się do nich wybrać, a przemysł rozrywkowy otrzymuje, bezpośrednio, a nie w konkursach dla swoich, sowite postojowe. Tak czy inaczej, nic innego Morawiecki z Kaczyńskim uczynić nie mogą, bo jak by tak było, to na pewno by to zrobili. Muszą więc zadzierzgać wisielczy sznur na polskich gardłach dla ich własnego dobra. Nieważne, że lek który stosują, jest gorszy niż choroba i przyniesie, w niedalekiej przyszłości, czarne żniwo samobójstw i powikłań depresyjnych, o zmarnowanym pokoleniu „school learning” nie wspominając. Nie ma bowiem, jak twierdzi red. Koziński, alternatywy, żeby rząd mógł postąpić inaczej. A gdyby jednak było tak, że taka alternatywa istnieje? Gdyby na raz wyszedł przed Horbana i jemu podobnych, człowiek z gruntowną wiedzą, popartą doświadczeniem, który powiedziałby: mylicie się. Można robić inaczej. To co by było? Na raz, okazałoby się, że to wszystko, na czym bazuje rząd to czysta biopolityka; taki nowoczesny nazizm; im mniej gęb do wykarmienia, tym w przyszłości mniej problemów fiskalnych, bo do tego owa polityka się w zasadzie sprowadza. Funkcjonuje u nas prof. Piotr Kuna, który od dawna twierdzi, że to, w jaki sposób walczy się w Polsce z wirusem, woła o pomstę do nieba. I nie trzeba być wyrafinowanym znawcą sztuki medycznej, żeby pojąć, że jak zapełni się szpitale po dach chorymi, to system się zawali, co, przy każdej sposobności, przypomina nam dr Niedzielski. Można spróbować izolować ludzi w domach; dostarczać im tlen; monitorować ich dzięki aplikacjom. Ale gdyby tak uczynić, znaczyłoby to, że rząd przyznaje się do błędu, czego żaden polityk w Polsce nigdy nie powie. Ufa się więc tym, którzy mawiają od lat, że nasz system opieki zdrowotnej jest jak guma z majtek-rozciągnie się, ile się majtkom zechce. A lekarze i ratownicy są jak pochwa-dopasują się do każdego kształtu i każdego rozmiaru, choćby nie wiem jak bolało w trzewiach.

Wyznając taką, a nie inną filozofię, rząd zafundował Polakom przedłużającą się katatonię, której finałem będzie agonia z głodu i wycieńczenia. Długa, przykra dla oka i bolesna, zarówno dla umierającego, jak i tego, który będzie musiał na to patrzeć. Nie jest bowiem tak, jak wyznaje red. Koziński i jego koledzy z rządu, że ma związane ręce. Że tak musi być i już. Mądrzejsi od nich piszą, że takie zamykania i otwierania mogą stać się naszą codziennością, chyba że w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy, i odpuści ludziom, bo ludzie, sami z siebie, za bardzo u nas bojące. Nie wyjdą na ulicę. Nie zawalczą o swoje. Mądrzejsi od red. Kozińskiego, a są i tacy, piszą, że wirus mutuje na tyle przykro, że miast być bardziej zaraźliwy a mniej zjadliwy, staje się coraz bardziej śmiercionośny, więc niedługo szczepionki mogą po prostu nie wystarczać. Jest poza tym w dzisiejszym świecie tak, że biedniejsza część globu jeszcze nie zobaczyła ani jednej strzykawki z antidotum, więc nawet gdy wyszczepią się bogaci, biedota dalej będzie roznosić zarazę. I tak w koło Macieju. Może więc lepiej przeprosić się z wirusem i zacząć żyć, zamiast czekać powolnej śmierci? Ta bowiem przyjdzie, czy od wirusa, czy bez niego. Naprawdę, tak Wam, drodzy Rodacy, dobrze w kagańcu? Może lepiej boso, ale w ostrogach, hm?

Równać w lewo!

Dokąd równać? Do lewej ? Do prawej? A może do mądrzejszych? Tych zawsze na świecie było mniej, a swój rozum trzeba mieć. Tymczasem, Polska ma rozum idioty, wodzonego na pasku, jak cielę na rzeź. Nie od wczoraj przeca, jest u nas tak, jak jest. Ale dziś to coraz bardzie wkurwia…

Znajoma moja napisała do mnie, że mamy i tak tu super, bo w porównaniu z Austrią, gdzie mieszka, Polska jest daleko do przodu ze szczepieniami. Jesteśmy zajebiście biedni za to robotni. No changes, jak u 2Paca-a. Pani Olesia, chwilowo bawiąc u mnie na kwadracie w Warszawie, a rodem ze Lwowa, opowiadała mi niedawno, że w jej rodzinnym mieście, życie toczy się z grubsza normalnie; knajpy pootwierane, ludzie w środku, na zewnętrzu bez masek-ot, wegetowanie, na tyle, na ile można można w miarę bezboleśnie przez to przejść. Im dalej na wschód, tym normalniej.
W Rosji putinowskiej, na ten przykład, odbywają się mecze piłkarskie z udziałem publiczności, i jakoś nikt szczególnie nie notuje wzrostu zachorowań. Tzn. wzrost jest, ale nikt przytomny nie wiąże tego z publicznością. Eta normalne, myśli radziecki człowiek, że wirus idzie z powietrzem, i jak ma się przenieś z człowieka na człowieka, to prędzej czy później to zrobi. I wiecie Państwo co? Człowiek radziecki ma rację!
Ostatnio w podobnym tonie wypowiedział się u nas Andrzej Sośnierz, eksminister zdrowia, dziś poseł z kanapówki od Gowina, czy chuj wie już dzisiajod kogo. Pan doktor wspomniał, że, czy wprowadzając lokdałn na Warmii procent zachorowań był tamże constans; jedyne więc, co lokdałn zmienił, to zirytował ludzi i pozbawił ich zarobku i źródeł utrzymania. I, wyobraźcie sobie Państwo, w reszcie Polski jest od roku podobnie. Walka z wirusem, który oczywiście jest i zabija, została przez rząd przerzucona na obywatela a nie na właściwe organy. Te bowiem są impotentne, jak Kaczyński. Nie staje jemu i im. To obywatel ma się martwić, czy dożyje i za co. Państwo, co i rusz, ściąga z niego kolejne łupy, pewności nie oferując żadnej. Został Polak więc rzucony na żer hien i sępów; kto ma oszczędności, ten przetrzyma. Kto jedzie na kredyt, może już dziś iść szukać mocnego konara, żeby zarzuć nań sznur i smarować szyję masłem, żeby niej piekło. Do piekła jednak nie pójdzie, bo go nie ma, ale do komornika rodzina już może trafić, bo ten akurat jest i żyć z czegoś musi. Z nieboszczyka wyżyć ciężko.

Żona moja poszła ostatnio z koleżankami do knajpy. Zupełnie otwartej knajpy. Na pytanie żony, czy właściel nie obawia się konsekwencji w związku z tzw. ostrym stosunkiem fizycznym z prawem (czyt. pierdoleniem), tenże odparł, że to…pierdoli. Na dziś większość sądów, nawet tych „ziobrowych” uniewinnia ludzi za brak maski czy luzowanie granic działalności gospodarczej wbrew przepisom, argumentując, że same przepisy są uchwalone wbrew. Prawu, konstytucji, obywatelskiej wolności-niechaj sobie minister wybierze. Równie dobrze, do każdej z restauracji, mógłby wkroczyć wariata w koronie i wygłosić mowę, na zasadzie: „ ja, władca kraju Polan, z mocy Pana Boga, nakazuję zamknięcie tego przybytku pod groźbą przepadu majątku”. Tyle, mniej więcej, mają wspólnego z prawem i jego poszanowaniem, zakazy państwowe, wydane bez trybu i w poprzek legislacji. Aż dziw bierze, że w tak antypaństwowym państwie, jakim jest Polska, bo wszak, od lat 80. tylu ludzi czynem i słowem walczyło tu z systemem, tylu po wojnie kryło się po lasach; aż dziw bierze, że w tym kraju, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała, tak mało który chce się przeciwstawiać i anarchicznie traktować przepisy. Wszyscy siedzą jak trusie i czekają zbawienia. Tymczasem, na Ukrainie i w Rosji…
…życie trwa. Ludzie choć, w maskach, jak i u nas, ale żyją, bo nie mają innego wyjścia. Pracują, bo Sowiety już dawno minęły i trzeba rączkami zarobić na swoje. Państwo nie da, bo kradnie. I każdy doskonale to wie. U nas, tymczasem, robimy tak, jak Zachód, jeno dwa tygodnie później. Niemcy i Czesi wprowadzili twardy lokdałn? U nas jest to samo po dwóch tygodniach. Zamykają lasy? My też. Nikt jednak nie spojrzy na wschód, nie pomyśli: chwila, skoro tam też mają covid, a żyją, to może by jednak nie robić bezdurnie jak Niemice, tylko zacząć brać przykład…z Ruskich.

Obawiam się jednak, że to nie przejdzie. Przynajmniej dopóki żyje Marszałek. On od Ruskich nigdy nic w życiu nie wziął ani nie kupił. Mam podejrzenie, że nie wie, że coś od czasów Ałły Pugaczowej się tam zmieniło. Choć, jak ostatnio oglądałem klip „Leningradu”, w który Pugaczowa robiła za publikę, to też począłem się zastanawiać, czy nie ma racji.

Gra w zamykanego

Ta gra dotyczy nie tylko placówek kultury: kin, teatrów, muzeów, filharmonii. Ale właściwie prawie wszystkiego, co żywe i próbuje działać mimo pandemii.

Trudno tu wskazywać winnego, choć powtarzające się zarzuty o panujący chaos w decyzjach władz, podejmowanych pod naciskiem chwili i nerwowo, powinny rządzącym dać do myślenia. Tak czy owak, zostawiwszy na boku „wieczne pretensje”, jakie zawsze w takich sytuacjach się wzmagają, pora postawić pytanie:
jak przetrwać w czasie trudnym
żeby nie zwariować? Czy naprawdę jedyną metodą uniknięcia najgorszego, czyli szalejącej fazy pandemii, jest zamknięcie. Zwłaszcza że mądrzy ludzie przestrzegają, że stan pandemii może jeszcze potrwać rok albo i dwa.
Dotychczasowe doświadczenia naszych wielkich i małych (regionalnych) lockdownów niekoniecznie potwierdzają zbawienny wpływ izolacji na przebieg pandemii. Owszem, dystans społeczny, zachowanie zasad zachowania (maseczki noszone jak należy), to na pewno pomaga. Ale czy nie można znaleźć takiego sposobu funkcjonowania – myślę tu o całej sferze kultury i wspólnotowego przeżywania sztuki – który dawałby poczucie bezpieczeństwa nie mniejsze niż w sklepie czy środkach transportu, a jednocześnie przeciwdziałałby bolesnemu poczuciu społecznej izolacji.
Niedawno Prezes Polskiej Akademii Nauk profesor Jerzy Duszyński zasugerował, że pora najwyższa opracować takie zasady działania hoteli, restauracji, kawiarni, transportu miejskiego i placówek kultury, które mogłyby działać w warunkach pandemii dając przynajmniej częściowe poczucie życia społecznego, a jednocześnie zapewniając optymalne warunki bezpieczeństwa.
Tymczasem Instytut Teatralny im, Zbigniewa Raszewskiego publikuje kolejne części
raportu z pola walki
opracowanego na podstawie badań ankietowych i indywidualnych rozmów z twórcami kultury o sposobach działania, przetrwania w trakcie pandemii. To bardzo ciekawy materiał, dający do myślenia i potwierdzający, że artyści, organizatorzy życia kulturalnego nie ustają w poszukiwaniu sposobów zachowania ciągłości istnienia instytucji artystycznych, choć nie zawsze to okazuje się możliwe.
Publikacja raportu jeszcze trwa, towarzyszą jej debaty poświęcone (dostępne online) poszczególnym częściom tego wielkiego badania, za wcześnie więc na ich podsumowanie. Zanim przyjdzie na to pora, warto jednak zacytować fragment podsumowujący pierwszą część raportu „W poszukiwaniu strategii. działania instytucji teatralnych w czasie pandemii” autorstwa Marka Krajewskiego i Macieja Frąckowiaka (przy współpracy Kamila Pietrowiaka, Waldemara Rapiora i Janiny Zakrzewskiej):
„Tym, co uderzało nas w trakcie wywiadów prowadzonych z dyrektorami i dyrektorkami teatrów, było niezwykle głębokie urefleksyjnienie kryzysu spowodowanego przez pandemię w tego typu instytucjach. Ta refleksyjność nie musi być oczywiście traktowana jako coś zaskakującego – jak się wydaje, sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, była rodzajem awarii systemu, zawieszenia oczywistości świata, wytrącenia z rutyn i przyzwyczajeń, a to właśnie w takich momentach zaczynamy się zastanawiać nad rzeczywistością, sposobem jej funkcjonowania, na relacjami, które łączą nas z innymi. Wiele wypowiedzi naszych respondentów wskazuje jednak na to, że są oni ogromnie zaangażowani w ratowanie swoich instytucji i zespołów, że ostatnie miesiące to dla nich okres niezwykle trudny, bo nie tylko związany z niepewnością co do przyszłości, ale też z nieustannym trudem podejmowania kluczowych decyzji, za które odpowiada się jednoosobowo”.
Trudno o bardziej
krzepiące wnioski,
trudno o lepsze sposoby naprawy sytuacji od tych, które rodzą się z doświadczeń i możliwości twórczych tych, którzy przewodzą placówkom kultury – w tym przypadku teatrom. Podobne wrażenie odnosiłem wiosną ubiegłego roku, kiedy w okresie pierwszego lockdownu zwróciłem się do dyrektorów teatrów warszawskich z pytaniami o kondycję ich zespołów, a m.in. o sytuację, jaką wywołała pandemia. Pierwsze odpowiedzi sprzed roku okazały się tak naprawdę najlepszymi receptami na dolegliwości czasu zamknięcia.
Adam Sajnuk,
dyrektor artystyczny offowego Teatru WARSawy opowiadał się przeciw teatrowi on line: „teatry to grupa, która nigdy nie jest uprzywilejowana, bo to była pierwsza grupa dotknięta zakazem działania i ostatnia, którą uwolniono – i tak się dzieje zawsze, przy wszelkich innych zakazach. Jesteśmy zwyczajnie traktowani nierówno, a teatr jest przecież miejscem refleksyjnym, to też rodzaj świątyni. Teatry zamknięto w pierwszym rozdaniu i otwarto w ostatnim rozdaniu. Tak jakby tam właśnie najwięcej było zagrożenia… Zapomina się o tym, że jest widz i że ludzie potrzebują teatru. Głęboko w to wierzę i ciekawy jestem jaki to będzie mieć skutek: czy widzowie wrócą, czy zapomną – tutaj mówię głównie o teatromanach, nie o nowej publiczności. To na pewno duża grupa, która chodziła do teatru – sam zadaję sobie pytanie: czy ludzie wrócą do teatru, czy przerzucą się do sieci. Mam nadzieję, że online nie zabierze nam żywego widza. Jestem przeciwnikiem teatru online, bo teatr z natury rzeczy powinien być blisko widza: by czuł – to jest fenomen teatru i to różni żywy teatr od kina i teatru tv”.
Drogę środka proponowała wybrać dyrektorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer: „Od razu, kiedy zamknięto instytucje kultury postanowiłam, że będziemy grali w sieci – i to nie sporadycznie, ale że zaproponujemy widzom stały repertuar. Daliśmy w tym czasie ponad 50 wydarzeń, w stałe dni tygodnia. Spektakle archiwalne, czytania poezji, spotkania z piosenką żydowską, czytania performatywne sztuk, repertuar dla dzieci, filmy związane z Teatrem Żydowskim, koncert poezji Wisławy Szymborskiej, z jej udziałem nagrany tuż po otrzymaniu przez nią nagrody Nobla. Pracujemy na pełnych obrotach, angażując aktorów, technikę, administrację. W rocznicę wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim nadawaliśmy program przez wiele godzin, od południa do późnego wieczora, jak telewizja, nie tylko transmisję spod Pomnika Bohaterów Getta, ale też wypowiedzi ważnych osobistości, a przede wszystkim relacje Ocalonych. Przez cały dzień obserwowałam zainteresowanie, żywe, wzruszające komentarze. To było wszystkim potrzebne – widzom, nam, i pamięci tych, którzy 19 kwietnia rozpoczęli Powstanie. W każdych warunkach walczymy o naszą obecność, o przetrwanie, spotykamy się z widzami. Teatr musi grać. Ale to pokazało też, że być może teatr w jakimś stopniu pozostanie w sieci. Dlatego zaczęliśmy próby do spektaklu online „Nie ma” Mariusza Szczygła w adaptacji i reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskie”.
Dodam tylko, że do realizacji „Nie ma” doszło i powstał jeden z najlepszych spektakli on line, konstruowany z myślą o życiu w sieci.
Paweł Sztarbowski,
dyrektor artystyczny Teatru Powszechnego projektował działania wyprzedzające: „Obecna sytuacja jest bardzo trudna dla wszystkich ludzi teatru, bo straciliśmy to, co w teatrze najważniejsze – możliwość zgromadzeń, a tym samym żywego i bezpośredniego kontaktu z widownią. Tej energii nie da się niczym zastąpić. Jednocześnie staramy się podtrzymywać kontakt z naszymi widzami poprzez działania realizowane w ramach projektu „Teatr minimum. Powszechny online”, które cieszą się dużym zainteresowaniem i dzięki nim możemy dotrzeć do widzów spoza Warszawy. Jeśli zaś chodzi o plany, to pandemia zastała nas w trakcie pisania projektu pod nazwą „Ekologiczny teatr przyszłości”. Już wcześniej zajmowaliśmy się tematem katastrofy ekologicznej, najsilniej chyba w spektaklu Jak ocalić świat na małej scenie? Obecnie wydaje nam się to kluczowy temat dla zrozumienia tego, co czeka nasz świat. W teatrze jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by zajmować się światem społecznym, ludzkim. A obecna sytuacja kryzysu klimatycznego czy epidemiologicznego pokazuje, że należy rozszerzyć tę ramę społeczną, bo ona jest zbyt wąska, by odnaleźć sensowne rozwiązania. Wymaga to zmiany naszych przyzwyczajeń, być może przesterowania naszego dotychczasowego wyobrażenia teatru. Amerykańska badaczka, Una Chaudhuri, stworzyła pojęcie „piątej ściany teatru”, myśląc o patrzeniu w górę, w niebo i szukaniu widoku poza światem społecznym. Mówiliśmy już, że w Teatrze Powszechnym często w ostatnim czasie przekraczaliśmy czwartą ścianę teatru. Czas zatem na przekroczenie jego piątej ściany”.
Słuchajmy artystów. Lepiej niż urzędnicy odnajdują ścieżki wyjścia.

Żywe trumny na śmiertelnej loterii

Zaostrzając w sposób skrajnie barbarzyński, niehumanitarny, nonsensowny i obłąkańczy obowiązujące od 28 lat (od 7 stycznia 1993) drakońskie prawo, dotyczące aborcji w Polsce, władza PiS rękami podporządkowanego sobie tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, uczyniła z polskich kobiet w wieku rozrodczym – żywe trumny. Niektóre już nimi są, niektóre stać się nimi mogą w przyszłości.
Tym razem dokona się to bez uciekania się do zasłon dymnych i bez ogródek, co jednak miało miejsce do tej pory z uwagi na kształt prawa, zawierającego trzy przesłanki umożliwiające przerwanie ciąży, w tym zezwalającej na aborcję uszkodzonych płodów. Dziś już nikt nie będzie miał potrzeby, by uciekać się do nierespektowania prawa, odmawiając kobietom zabiegów aborcji, tak jak to uczynił przed laty osławiony Chazan. Od 27 stycznia 2020 można to już będzie czynić „legalnie”.
Nowe okoliczności wywołają liczne, rozlegle i dramatyczne, a nawet tragiczne konsekwencje społeczne dotykające, bezpośrednio, nie tylko kobiet, ale także ich bliskich, rodzin. Spowodują też zamrożenie klimatu społecznego, wywołają nastroje zagrożenia i lęku przed restrykcyjnymi, bezpardonowymi działaniami policji czy prokuratury przeciw kobietom, ich bliskim, osobom pomocnym czy lekarzom, spotęgują znaną z historii i zatruwającą życie społeczne atmosferę podejrzliwości i donosów charakterystyczną dla państw autorytarnych, totalitarnych i policyjnych. Siłą faktów, życie intymne ogromnej części Polek i Polaków znajdzie się, w skali nigdy dotąd nieznanej, w polu zainteresowania państwowych organów ścigania, a ujmując rzecz obrazowo – władza będzie miała instrumenty kontrolowania de facto tego, co dzieje się w łóżkach małżeńskich i pozamałżeńskich. Przy czym nie łudźmy się nadzieją, że w praktyce będziemy mieli do czynienia z powtórką z niegdysiejszego w tym względzie „imposybilizmu”, z sytuacją w której walka organów ścigania z aborcją nigdy nie dokonywała się na szeroką skalę. Tym razem, wyposażona w „nowe prawo” władza pisowska, w tym w szczególności ta jej część, która znajduje się w gestii Ziobry i Kamińskiego Mariusza, będzie z sadystyczną satysfakcją i energią korzystać z nowych instrumentów. Znając ich fanatyczny upór i psychopatyczną energię trudno mieć co do tego wątpliwości. Zacznie się polowanie na czarownice, które ograniczy możliwości a co najmniej uczyni bardziej ryzykownymi nie tylko samo dokonywanie zabiegów, ale także np. podawanie informacji o możliwości skorzystania z tzw. pigułki wczesnoporonnej, jej dystrybucję czy upowszechnianie wiedzy o możliwościach dokonania aborcji n.p. za granicą, nie mówiąc już o strumieniu podejrzliwości, który zostanie skierowany na lekarzy ginekologów. Wymieniłem tu tylko niektóre zagrożenia, które jawią się na horyzoncie. Jest ich znacznie więcej.
Tymczasem za rzekomą motywacją „ochrony życia” nie kryje się nic innego, jak mizoginiczny sadyzm religijnych fanatyków katolickich, którzy za wszelką cenę chcą uczynić z kobiet w Polsce biologiczne maszyny do rodzenia, także za wszelką cenę, nawet półtrupów, jakimi są przecież w końcu najczęściej płody z tzw. wadami letalnymi, a więc bezmózgowce itp. Od 27 stycznia 2021, czyli od momentu opublikowania tzw. wyroku TK z 22 października 2020 roku, dla kobiet w wieku rozrodczym, zarówno decyzja o zajściu w ciążę i urodzeniu dziecka będzie oznaczała śmiertelną loterię. Zachodząc w ciążę kobieta będzie ryzykowała, że padnie ofiarą wyjątkowo traumatycznego przymusu urodzenia także płodu ciężko i śmiertelnie chorego, uszkodzonego, zdeformowanego. To samo w gruncie rzeczy dotyczyć będzie tych kobiet, które zajdą w ciążę nieplanowaną. Wywoła to lawinę niewyobrażalnych cierpień. Nic dziwnego, że owo „prawo” wyczerpuje znamiona tortur, zakazanych przez prawo międzynarodowe. W siedemnastym roku członkowstwa Polski w Unii Europejskiej uchwalając obłąkańcze „prawo” sprokurowano Polkom (ale także ich partnerom i rodzinom) piekło, przy którym nawet przedwojenne „piekło kobiet” opisane w słynnym pamflecie Tadeusza Boya-Żeleńskiego może wydać się wyraźnie łagodniejsze, tym bardziej, że tamto prawo sprzed II wojny światowej funkcjonowało w zupełnie innym kontekście kulturowym i cywilizacyjnym (zakaz aborcji był wtedy, także w innych krajach, normą). Mamy dziś do czynienia z prawem, które trudno określić inaczej niż jako makabryczny horror i upiorny nonsens „z piekła rodem”. Dodatkowo zaistniały stan rzeczy doprowadzi de facto do likwidacji lub skrajnej redukcji badań prenatalnych, intensywny wzrost podziemia aborcyjnego i kosztów jego usług oraz tzw. turystyki aborcyjnej za granicę.
Trwające (z mniejszym czy większym natężeniem) demonstracje uliczne przeciw temu co się stało są tylko początkiem wielkiej akcji oporu, który trwać będzie długo i permanentnie. Jedną z jego form będzie presja na instytucje, w tym międzynarodowe, aby wspierały polskie kobiety i ich bliskich. Te działania będą niezbędne nie tylko z uwagi na wypełniający znamię tortur bezprawny i okrutny charakter „wyroku” wydanego przez tzw. Trybunał Konstytucyjny. Także dlatego, że w przyszłości (raczej bliższej niż dalszej) należy spodziewać się, że władza PiS po raz kolejny skorzysta z usług Ordo Iuris i wysmaży do osławionego Trybunału Przyłębskiej wniosek, który zakończy się także zakazem aborcji, która powstaje w wyniku przestępstwa (gwałtu, kazirodztwa czy pedofilii). Już niedługo spodziewajmy się zatem dalszego ciągu „aborcyjnej” wojny PiS przeciw Polkom.
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny w 187 numerze internetowego biuletynu „Mam prawo”, poinformowała, że rozpoczęła właśnie akcję wymierzoną w drakońskie prawo, pod nazwą Skarga Kobiet. Mianowicie został opracowany wzór skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (ETPCz). Jest to skarga o naruszenie praw gwarantowanych przez Europejską Konwencję Praw Człowieka, która została przyjęta przez Polsce. Każda osoba w wieku reprodukcyjnym, która może zajść w ciążę jest potencjalną ofiarą tzw. wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 roku. Od tej chwili zaczęły zgłaszać się do Federacji osoby, których prawo do przerwania ciąży w związku z tzw. wyrokiem TK już zaczęło być łamane, jako że mimo braku jego publikacji, w wielu miejscach w Polsce był on traktowany jako obowiązujący. Dzięki interwencjom prawniczek Federacji w większości przypadków udawało się przełamywać obawy szpitali i lekarzy. W tym samym czasie zgłosiły się do Federacji trzy kobiety, które w związku z „wyrokiem TK” zmieniły swoje plany życiowe. Mając świadomość fikcji tzw. kompromisu aborcyjnego w Polsce i nadchodzącego zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, zdecydowały, że rezygnują z macierzyństwa. Brak realnego dostępu do aborcji i brak prawa do przerwania ciąży ze względu na wady płodu stanowią ryzyko dla ich zdrowia i życia oraz życia rodzinnego. Było to ryzyko, którego te kobiety nie chciały podejmować. I mimo że żadna z nich nie potrzebowała w tamtym momencie aborcji, to wszystkie są potencjalnie poszkodowane tzw. wyrokiem TK”. Takich osób, jak te trzy kobiety jest w Polsce na pewno więcej. Dlatego Federacja zdecydowała się wesprzeć wszystkie Polki w wieku reprodukcyjnym, które mogą zajść w ciążę a „wyrok TK” zagraża ich prawom przewidzianym w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, stanowiąc naruszenie zasady poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, zaś zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży w sytuacji wad płodu, postrzegać trzeba jako naruszenie zakazu tortur. Federacja chce, aby zaistniałą sytuację ocenił Europejski Trybunał Praw Człowieka. Kobiety chcące skierować skargę do ETPCz, mogą znaleźć jej wzór na stronie Skarga Kobiet wraz z instrukcją jej wypełnienia. Na stronie Federacji można znaleźć także liczne informacje (łącznie z numerami telefonów), cenne dla kobiet, które zaszły w niepożądaną (z różnych powodów) ciążę.
Krzysztof Lubczyński