Flaczki tygodnia

Zauważyliście,że PiS jest najsilniejszy, najtwardszy wobec środowisk najsłabszych. Walcząc z nimi stosuje te same metody. Najpierw ich „odczłowiecza”. PiS propaganda demaskuje ich „nieludzkie” oblicza, czyni z nich niepożądaną w zdrowym, polskim narodzie narośl, by potem wezwać do chirurgicznych cięć. Usuwać takiego raka ze zdrowej, narodowo- katolickiej tkanki.

Takim rakiem byli już ohydni „UBecy”, którym zabrano należne im świadczenia emerytalne, środowiska LGBTI, feministki bez „ugruntowanych cech niewieścich”. Teraz, ponownie,są uchodźcy. Islamscy rzecz jasna, ci najgorszego sorta, bo kopulujący ze zwierzętami.

Metoda odczłowieczania przeciwników poprzez stawiania im zarzutu kopulowania ze zwierzętami nie jest PiS wynalazkiem. Stosował ją już francuski król Filip Piękny pragnący zagarnąć majątek zakonu Templariuszy,aby utrzymać się przy władzy. Templariuszy wymordował, majątek zagrabił, ale władzą długo się nie nacieszył, bo zmarł niespodziewanie. Zapewne wiedzą o tym liderzy PiS, bo wielu z nich jest pasjonatami historii.

Przy okazji, naziści systematycznie i skutecznie odczłowieczając Żydów nie oskarżali ich o kopulacje ze zwierzętami. Oskarżano jedynie o przenoszenie wszy, tyfusu i innych chorób zakaźnych. O podobne czyny oskarżały elity PiS muzułmańskich uchodźców już w 2015 roku. I wybory parlamentarne wygrały.

Ciekawe są wielce „Flaczki” czy powstanie polska literatura, filmy poświęcone obecnej PiS akcji odczłowieczania uchodźców z Bliskiego Wschodu? Na przykład o nowej rodzinie Ulmów z Podlasia lub Lubelszczyzny, która ukrywa rodzinę uchodźców. Ojca, matkę plus trójkę dzieci, czyli wzorową wedle PiS norm komórkę społeczną. Ukrywa ich w oborze, pomiędzy krowami, bo inaczej mogliby ich zauważyć wychowani na TVP sąsiedzi, albo ksiądz dobrodziej okrutnie zawzięty na tych zoofilii. I zakapować w TVP. Ukrywają,choć panowie ministrowie obrony i spraw wewnętrznych obiecują za każdego odstawionego do Straży Granicznej uchodźcę dziesięć kilo cukru, pięć kilo smalcu, trzy litry wódki, dwa różańce poświęcone na Jasnej Górze i telefon komórkowy z karta na dwa lata.

„Warto też nieustannie przypominać, że Kościół katolicki, i to nie tylko ustami papieża, ale wielu także konserwatywnych biskupów, jednoznacznie opowiada się za ułatwieniami dla migrantów i sprzeciwia się budowaniu polityki na populistycznych hasłach antyimigranckich. Franciszek wielokrotnie potępiał taką postawę, uznając ją za głęboko niechrześcijańską. I choć Kościół w Polsce – poza biskupem Krzysztofem Zadarko – w tej sprawie milczy, to warto nieustannie przypominać, że także w naszym kraju obowiązuje to samo nauczanie. „Każdy cudzoziemiec, który puka do naszych drzwi, jest okazją do spotkania z Jezusem Chrystusem, utożsamiającym się z cudzoziemcem przyjętym lub odrzuconym każdej epoki (por. Mt 25,35.43). Pan powierza macierzyńskiej miłości Kościoła każdą osobę ludzką zmuszoną do opuszczenia swojej ojczyzny w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Troska taka musi być wyrażona w sposób konkretny na każdym etapie doświadczenia migracyjnego: od wyruszenia w drogę, od początku do końca” – pisał Franciszek w 2018 roku. I nic się od tego momentu nie zmieniło”. Tak pisze Tomasz Terlikowski uchodzący za świeckie sumienie polskiego kościoła kat.

A biskupi polskiego kościoła kat. nadal milczą w sprawie dzieci wywożonych przez polskie służby do przygranicznych lasów na niechybną śmierć. Nie dziwmy się, przecież te irańskie dziewczynki na pewno nie mają „ugruntowanych cech niewieścich”, a ich ojcowie zagrażają cnotom polskich krów.

Ludzie krytykujący nieludzką postawę elit PiS wobec uchodźców, wpychanych do Polski przez nieludzki reżim Łukaszenki, często słyszą taką ripostę: „Ciekawe a jak wy rozwiązalibyście ten problem?” No to „Flaczki” podsuwają elitom PiS kilka rozwiązań. Po pierwsze zamiast wydawać miliardy złotych na antyludzką propagandę TVP, elity PiS mogłyby zaprosić do współpracy mieszkających już w Polsce Irakijczyków, Syryjczyków, Persów, migrantów z Afganistanu,Jemenu, Kenii. Wraz z nimi stworzyć system ostrzegania potencjalnych migrantów przed korzystaniem z usług białoruskich przewoźników. Informacji o warunkach jakie panują na granicy białorusko- polskiej. Rząd polski powinien zaprosić do współpracy Frontex i uczynić z białorusko- polskiej wojny hybrydowej wojnę Białorusi z całą Unią Europejską. A uchodźców, którzy już przeszli na teren, słynącej z gościnności,Polski przyjąć. I umożliwić im dalsze poruszanie się po całej Unii Europejskiej.

„Flaczki” nie proponują, pojawiającego się w Internecie pomysłu, aby wpychanych przez reżim Łukaszenki uchodźców ładować do autobusów, przewozić do Turowa i tam wpychać ich do Czech. Jako zemstę za wyrok TSUE. Choć takie działanie byłoby najbardziej humanitarne z proponowanych obecnie przez elity PiS.

Trójkę dziennikarzy dotknęły w ciągu ostatnich dni represje służb policyjnych. Reżim Łukaszenki zamknął dziennikarza „Komsomolskiej Prawdy w Bialarusi” Hienadzia Mażejkę. W jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję. Oskarżono go o współpracę z terrorystami, bo starał się rzetelnie pisać o represjach reżimu wobec opozycji. Służby reżimu pana prezesa Kaczyńskiego bezprawnie naruszyły mieszkanie redaktora Piotra Bakselerowicza z zielonogórskiej „Gazety Wyborczej” i ukradły mu komputery. Prywatne i służbowy. Za rzekome działania terrorystyczne. Trzeci przypadek jest szczególny. Sztandarowy prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz nie został wpuszczony przez służby Wielkiej Brytanii do tego kraju. „Za poglądy, które nie licują z wartościami uznawanymi w Wielkiej Brytanii”, powiedział po zwolnieniu

Zauważyliście, że PiS jest najsilniejszy, najtwardszy wobec środowisk najsłabszych. Walcząc z nimi stosuje te same metody. Najpierw ich „odczłowiecza”. PiS propaganda demaskuje ich „nieludzkie” oblicza,czyni z nich niepożądaną w zdrowym, polskim narodzie narośl, by potem wezwać do chirurgicznych cięć. Usuwać takiego raka ze zdrowej, narodowo- katolickiej tkanki.

Takim rakiem byli już ohydni „UBecy”, którym zabrano należne im świadczenia emerytalne, środowiska LGBTI, feministki bez „ugruntowanych cech niewieścich”. Teraz, ponownie, są uchodźcy. Islamscy rzecz jasna, ci najgorszego sorta, bo kopulujący ze zwierzętami.

Metoda odczłowieczania przeciwników poprzez stawiania im zarzutu kopulowania ze zwierzętami nie jest PiS wynalazkiem. Stosował ją już francuski król Filip Piękny pragnący zagarnąć majątek zakonu Templariuszy, aby utrzymać się przy władzy. Templariuszy wymordował, majątek zagrabił, ale władzą długo się nie nacieszył, bo zmarł niespodziewanie. Zapewne wiedzą o tym liderzy PiS, bo wielu z nich jest pasjonatami historii.

Przy okazji, naziści systematycznie i skutecznie odczłowieczając Żydów nie oskarżali ich o kopulacje ze zwierzętami. Oskarżano jedynie o przenoszenie wszy, tyfusu i innych chorób zakaźnych. O podobne czyny oskarżały elity PiS muzułmańskich uchodźców już w 2015 roku. I wybory parlamentarne wygrały.

Ciekawe są wielce „Flaczki” czy powstanie polska literatura, filmy poświęcone obecnej PiS akcji odczłowieczania uchodźców z Bliskiego Wschodu? Na przykład o nowej rodzinie Ulmów z Podlasia lub Lubelszczyzny, która ukrywa rodzinę uchodźców. Ojca, matkę plus trójkę dzieci, czyli wzorową wedle PiS norm komórkę społeczną. Ukrywa ich w oborze, pomiędzy krowami, bo inaczej mogliby ich zauważyć wychowani na TVP sąsiedzi, albo ksiądz dobrodziej okrutnie zawzięty na tych zoofilii. I zakapować w TVP. Ukrywają, choć panowie ministrowie obrony i spraw wewnętrznych obiecują za każdego odstawionego do Straży Granicznej uchodźcę dziesięć kilo cukru, pięć kilo smalcu, trzy litry wódki, dwa różańce poświęcone na Jasnej Górze i telefon komórkowy z karta na dwa lata.

„Warto też nieustannie przypominać, że Kościół katolicki, i to nie tylko ustami papieża, ale wielu także konserwatywnych biskupów, jednoznacznie opowiada się za ułatwieniami dla migrantów i sprzeciwia się budowaniu polityki na populistycznych hasłach antyimigranckich. Franciszek wielokrotnie potępiał taką postawę, uznając ją za głęboko niechrześcijańską. I choć Kościół w Polsce – poza biskupem Krzysztofem Zadarko – w tej sprawie milczy, to warto nieustannie przypominać, że także w naszym kraju obowiązuje to samo nauczanie. „Każdy cudzoziemiec, który puka do naszych drzwi, jest okazją do spotkania z Jezusem Chrystusem, utożsamiającym się z cudzoziemcem przyjętym lub odrzuconym każdej epoki (por. Mt 25,35.43). Pan powierza macierzyńskiej miłości Kościoła każdą osobę ludzką zmuszoną do opuszczenia swojej ojczyzny w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Troska taka musi być wyrażona w sposób konkretny na każdym etapie doświadczenia migracyjnego: od wyruszenia w drogę, od początku do końca” – pisał Franciszek w 2018 roku. I nic się od tego momentu nie zmieniło”. Tak pisze Tomasz Terlikowski uchodzący za świeckie sumienie polskiego kościoła kat.

A biskupi polskiego kościoła kat. nadal milczą w sprawie dzieci wywożonych przez polskie służby do przygranicznych lasów na niechybną śmierć. Nie dziwmy się, przecież te irańskie dziewczynki na pewno nie mają „ugruntowanych cech niewieścich”, a ich ojcowie zagrażają cnotom polskich krów.

Ludzie krytykujący nieludzką postawę elit PiS wobec uchodźców, wpychanych do Polski przez nieludzki reżim Łukaszenki, często słyszą taką ripostę: „Ciekawe a jak wy rozwiązalibyście ten problem?” No to „Flaczki” podsuwają elitom PiS kilka rozwiązań. Po pierwsze zamiast wydawać miliardy złotych na antyludzką propagandę TVP, elity PiS mogłyby zaprosić do współpracy mieszkających już w Polsce Irakijczyków, Syryjczyków, Persów, migrantów z Afganistanu,Jemenu, Kenii. Wraz z nimi stworzyć system ostrzegania potencjalnych migrantów przed korzystaniem z usług białoruskich przewoźników. Informacji o warunkach jakie panują na granicy białorusko- polskiej. Rząd polski powinien zaprosić do współpracy Frontex i uczynić z białorusko – polskiej wojny hybrydowej wojnę Białorusi z całą Unią Europejską. A uchodźców, którzy już przeszli na teren, słynącej z gościnności,Polski przyjąć. I umożliwić im dalsze poruszanie się po całej Unii Europejskiej.

„Flaczki” nie proponują, pojawiającego się w Internecie pomysłu, aby wpychanych przez reżim Łukaszenki uchodźców ładować do autobusów, przewozić do Turowa i tam wpychać ich do Czech. Jako zemstę za wyrok TSUE. Choć takie działanie byłoby najbardziej humanitarne z proponowanych obecnie przez elity PiS.

Trójkę dziennikarzy dotknęły w ciągu ostatnich dni represje służb policyjnych. Reżim Łukaszenki zamknął dziennikarza „Komsomolskiej Prawdy w Bialarusi” Hienadzia Mażejkę. W jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję. Oskarżono go o współpracę z terrorystami, bo starał się rzetelnie pisać o represjach reżimu wobec opozycji. Służby reżimu pana prezesa Kaczyńskiego bezprawnie naruszyły mieszkanie redaktora Piotra Bakselerowicza z zielonogórskiej „Gazety Wyborczej” i ukradły mu komputery. Prywatne i służbowy. Za rzekome działania terrorystyczne. Trzeci przypadek jest szczególny. Sztandarowy prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz nie został wpuszczony przez służby Wielkiej Brytanii do tego kraju. „Za poglądy, które nie licują z wartościami uznawanymi w Wielkiej Brytanii”, powiedział po zwolnieniu Ziemkiewicz. „Flaczki” nie zgadzają się na dyskryminacyjne działania brytyjskich służb. Domyślają się, że Ziemkiewicz uchodzi tam za rasistę. I to przekazują ku rozwadze elitom PiS.

PS. Nie wszyscy Polacy są rasistami. „Flaczki” zapraszają.

Polityczne porno PiS

Elity PiS traktują swych Wyborców jak bydło.
Na początku 1982 roku brytyjska premier Thatcher przodowała w rankingach niepopularnych polityków. Przedwyborcze sondaże nie dawały jej Partii Konserwatywnej szansy na ponowne zwycięstwo. I wtedy pomocną dłoń podała rządząca Argentyną junta generała Leopolda Galtierego. Równie niepopularna W swym kraju jak pani premier Thatcher u siebie.
Wojskowi postanowili urządzić Argentynie małą, lokalną wygraną wojenkę. Aby odwrócić uwagę społeczeństwa od krajowego kryzysu gospodarczego i zjednoczyć patriotyczny naród wokół swego reżimu. Postanowili zająć leżące niedaleko Argentyny wyspy Falklandy- Malwiny. Należące do Wielkiej Brytanii. Liczyli na sukces,bo Londyn nie osiągał żadnych ekonomicznych korzyści z leżących na drugiej półkuli ziemskiej wysepek.
Początkowo junta odniosła sukces,czyli wzrost poparcia społecznego. Bo brytyjscy konserwatyści na wieść o agresji postawili na negocjacje i pomoc amerykańskiego prezydenta Reagana. Tylko premier Thatcher od początku postawiła na rozwiązanie militarne i nakazała wysłać tam flotę. Ta po dotarciu na miejsce dokonała udanej inwazji i odbiła wyspy. Odbiły też notowania „Żelaznej lady”. Dzięki wygranej wojnie,wygrała wybory w 1983 roku. Rządziła do 1990 roku.
Wojna kosztowała Wielką Brytanię życie 255 żołnierzy i 3 cywili. Stracono 7 okrętów, 10 samolotów, 24 śmigłowce. Wydano około 2 miliardów USD.
Lepiej zyskała na przegranej wojnie Argentyna. Skompromitowana klęską wojskowa juta rychło upadła, a Argentyna wróciła na krętą ścieżkę demokracji.
Podarunek Łukaszenki
Latem 2021 roku notowania PiS zaczęły spadać. Poniżej granicy 35 procent poparcia,co jednoznacznie groziło partii pana prezesa utratą władzy po następnych wyborach. Dodatkowo większość Zjednoczonej Prawicy w Sejmie wisi obecnie na łasce kukizowców i innego sejmowego planktonu oraz okolicznościowych poparciach parlamentarzystów Konfederacji. W Senacie rządzi opozycja demokratyczna, a pan prezydent Duda raz po raz wysyła sygnały, że może znudzić mu się ta „bezobjawowa prezydentura”, podpisywanie wszystkiego co z Nowogrodzkiej przyjdzie.
Nadzieje, że Nowy Ład przyniesie wzrost poparcia wyborczego dla PiS nie spełniły się. Przeciwnie zapowiedzi wielkich transferów socjalnych i podwyżek płac rozbudziły żądania szybkich ich realizacji. Wzrost społecznych protestów, zapowiedzi kolejnych.
Zwłaszcza, że prowadzona przez rząd i wspierający go Narodowy Bank Polski, polityka proinflacyjna wymyka się im spod ich kontroli. Wzrost cen bije po kieszeniach wszystkich, dostrzegają go nawet zagorzali kibice PiS.
Deficyt budżetu państwa, pomimo kreatywnego ukrywania go przez rząd w poza budżetowych funduszach,stale rośnie. Odczują go kolejne pokolenia Polaków.
Rośnie też pula zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Dziś tanich,ale zagrożonych wzrostem rat, po nieuchronnej podwyżce stóp procentowych. Grozi nam powtórka problemów znanych już kredytobiorcom „frankowiczom”. Tyle, że na bardziej masową skalę.
Elity PiS przegrały sześć lat swych rządów. Nie wprowadziły zapowiadanej reformy sądownictwa. Dziś postępowania sądowe toczą się dłużej niż przed 2015 rokiem. Dodatkowo udział bezprawnie powołanych sędziów grozi przyszłym kwestionowaniem zapadłych wyroków. Pomimo wspaniałych konferencji prasowych i komputerowych prezentacji pana premiera Morawieckiego nie zbudowano zapowiadanych przez rząd polskich samochodów elektrycznych, polskich promów morskich, polskich kolei dużych prędkości, polskich tanich mieszkań na wynajem, połączenia PKS z każdą polską gminą i PKP z każdym polskim miastem, polskiego Centralnego Portu Komunikacyjnego. Zamiast tego mamy zapaść służby zdrowia i pełzającą zapaść oświaty, nadrabiającej rosnące braki kadrowe zatrudnianiem nauczycieli – emerytów.
Elity PiS nie mają opracowanych wieloletnich planów rozwoju polskiej gospodarki, społeczeństwa, państwa polskiego. Tak jak Chiny,USA, Unia Europejska. Zamiast nich mamy hasła „kontrrewolucji obyczajowej”, hamowania napływającej z Unii europejskiej liberalizacji i świeckości społeczeństwa. USA, Chiny, Unia Europejska postulują walkę ze zmianami klimatycznymi, tworzenie odnawialnych źródeł energii, sztucznej inteligencji i zielonej gospodarki.
W tym czasie elity PiS wzywają naród polski do walki z „genderem”, „ideologią LGBTI”, „liberalizmem i neomarksizmem”. Do masowego „kształtowania cnót niewieścich”. Do obrony wartości narodowo – katolickich przed zagrażającymi,już zewsząd, wrogami polskiego narodu. Dlatego można rzec, że „z nieba spadła” elitom PiS akcja odwetowa reżimu Łukaszenki. Zorganizowany przez białoruskie służby przerzut uchodźców do Unii Europejskiej przez Polskę. Mała, lokalna wojna. W innym wymiarze niż ta o Falklandy/Malwiny, ale o podobnych celach.
Dla reżimu Łukaszenki ta wojna ma dowieść nieludzkiego charakteru polskiego rządu. Wspierającego białoruską, demokratyczną opozycję. Zdyskredytować tym opozycję i jej europejskich protektorów. Przy okazji białoruskie służby chcą też zarobić na transferze uchodźców.
Dla reżimu pana prezesa Kaczyńskiego ta wojna ma dowieść sprawności PiS-owskiej władzy. Chroniącej naród polski przed muzułmańskimi zboczeńcami. Obcym najazdem. Wzbudzić wśród obywateli Polskich strach i wykreować się na tarczę obronną. I rzeczywiście przez pierwsze tygodnie PiS-owska, prorządowa propaganda odniosła sukces. Notowania wyborcze PiS wzrosły o 3-5 procent. Czynna ochrony Ojczyzny przed obcymi przekonała do reżimu pana prezesa patriotycznie nastawionych obywateli.
TVP i PiS pornole
To zapewne zachęciło propagandzistów PiS do eskalacji wojny propagandowej. Uznali, że nie wystarczy już uczynić z uchodźców jedynie leniwych islamskich dzieciorobów, marzących o polskim socjalu. Postanowili uczynić z nich szkolonych w Rosji terrorystów, islamskich dżihadystów, a nawet ohydnych zoofilii. O dziwo, „ideologii LGBTI” tym razem wśród uchodźców nie znaleziono.
Elity PiS bardzo pragną wygrać tę wojnę. Dowieść, że nie są „miękiszonami”. Dlatego podporządkowane im wojsko, straż graniczna i policja będą wypchnąć z Polski jak najwięcej przechodzących przez białoruską granice uchodźców. Nawet za cenę skazania ich na śmierć w pogranicznych lasach.
Dlatego reżim pana prezesa Kaczyńskiego nie dopuszcza do strefy przygranicznej dziennikarzy i funkcjonariuszy unijnego Frontexu. A pan minister Kamiński spotyka się z panią komisarz Ilvą Johansson na warszawskim lotnisku. Jej też nie chce wpuścić do, słynącej ponoć z gościnności, Polski. Elity PiS robią wszystko, aby w strefie przygranicznej nie było świadków. Niezależnych mediów, strażników z Frontexu, prawników z Unii Europejskiej. Abyśmy nie mogli zobaczyć, że polska Straż Graniczna wywozi do lasu irańskie dziewczynki chroniące się w Michałowie. Schorowanych uciekinierów, ofiary dżihadu w ich rodzinnych krajach.
Abyśmy musieli oglądać jednie w TVP, jedynie słuszną kolejną, PiS-owską pornografię polityczną.
Abyśmy musieli widzieć, w miotających się między obu wojującymi strażami granicznymi, jedynie ohydnych dewiantów seksualnymi. Nie ludzi skazanych tak na śmierć.
PS. W wyniku ewakuacji Armii Polskiej z ZSRR w 1942 roku Iran przyjął około 116.000 Polaków, w tym 13.000 dzieci. Persowie nie bali się nawet polskich zoofilii.

Partia stanów wyjątkowych

Skoro PiS rośnie popularność po każdej wszczętej wojnie politycznej, to kaczyści wywołują kolejne.
Bukiet kwiatów i kosz z delikatesami powinien wysłać pan prezes Kaczyński prezydentowi Łukaszence. Za białoruską akcję przerzutu migrantów do Polski.
Kaczyści zręcznie wykorzystali ją jako casus belli do rozpoczęcia propagandowej wojny z demokratyczną opozycją i swoimi przeciwnikami w Unii Europejskiej. Znów ich propaganda wykreowała wizję grożących Polsce hord muzułmańskich nierobów, pragnących słodkiego życia na polskim socjalu.
Ponieważ Polacy znają już niekorzystne dla „narodowej substancji” demograficzne prognozy, to boją się wizji rozpuszczającej się polskości w zalewającym ją islamskim morzu. I garną się pod PiS obronę. Narodowo-katolicka propaganda postanowiła wykorzystać cykliczne manewry wojsk białoruskich i rosyjskich, by wykreować je jako wstęp do inwazji na Polskę. TVP Info straszy już relacjami z poprzednich manewrów. Pojawiają się złowieszcze „przecieki polskiego wywiadu i sojuszników” . W przyszłym tygodniu takimi rewelacjami będą nas witać wszystkie programy TVP, począwszy od telewizji śniadaniowej.
Ale armia polska na Mińsk nie ruszy. Skupi się na straszeniu naszych obywateli. Bo tylko Polak wystraszony głosuje na PiS. Zachęcona ostatnim wzrostem poparcia wyborczego, klika pana prezesa Kaczyńskiego postanowiła przetestować też „stan wyjątkowy”. Na żywych Polakach. Najpierw lokalnie, aby zablokować działania organizacji humanitarnych i demokratycznej opozycji na podlaskim pograniczu. Dzięki niemu kaczyści spokojnie opaszą granicę różańcem z drutu kolczastego, czym odpędzą na czas jakiś potencjalnych migrantów.
Przy okazji zdezorganizują, lub utrudnią ludności lokalny ruch i działalność gospodarczą. Zamkną dostęp do tamtejszych atrakcji turystycznych. Zwłaszcza tych związanych z mieszkającymi tam polskimi Tatarami. Unikalnych meczetów, restauracji serwujących tatarskie dania. Tak to w tej wykreowanej wojnie z nierealnym islamskim wrogiem, realnie oberwą polscy obywatele. Nasi muzułmanie.
W zeszłym roku pan prezes Kaczyński wzywał swego narodowca Bąkiewicza aby bronił polskich kościołów przed spodziewanymi atakami hord polskich kobiet. Ataków takich rzecz jasna nie było. Teraz PiS ukaże Podlasie za intrygi białoruskiej bezpieki.
Nie będzie to jedyny „stan wyjątkowy” zaordynowany nam przez PiS. Galopująca już inflacja pobudza tysiące ubożejących Polaków do masowych protestów. Żądań podwyżek płac. Zwłaszcza, że pan premier Morawiecki wyjaśniał, iż źródłem tej inflacji są jedynie niedawne, liczne podwyżki płac.
Jesienią czeka nas fala protestów społecznych, strajków może nawet. Strajkujących nie uda się przestraszyć hordami muzułmanów ani wojną z Białorusią. Można za to będzie pacyfikować ich „stanami wyjątkowymi”. Szczuciem jednych grup zawodowych na drugie. Podgrzewać społeczne konflikty i gasić je by tak szukać wyborczego poparcia.
PiS, policja, straż graniczna, wojsko i kościół kat. udowodniły, że zjednoczeni mogą zatrzymać garstkę uchodźców. Ale nawet całe zmobilizowane polskie wojsko, wspierane przez policję, kościół kat. oraz kolejne „stany wyjątkowe”, nie zatrzymają galopującej inflacji.
Elity PiS decydując się na grę „stanami wyjątkowymi” zamieniają Polskę w państwo „stanu wyjątkowego”. Wszczynają kolejną wojnę polsko- polską.

Bigos tygodniowy

Nałogowy kłamca Matouszek tym razem samozdemaskował się nawet nie przed opinią wewnętrzną w Polsce, lecz przed premierem Czech Andrejem Babiszem i to w sprawie tak arcyważnej jak walka ze skutkami działania kopalni węgla brunatnego w Turowie. W żywe oczy kłamał dokonując nocnego wpisu o osiągniętym w tej sprawie z Czechami porozumieniu, a w tym czasie Babisz nic o tym porozumieniu nie wiedział. Ciekawe, czy teraz czeska strona będzie obdarzać Matousza choć odrobiną zaufania?


Nie da się ukryć, że to co się stało w Senacie z głosowaniem w sprawie Funduszu Odbudowy, to blamaż Koalicji Obywatelskiej. Blamaż tym większy, im bardziej błaha była jego bezpośrednia przyczyna. Formacja, która ma ambicje przewodzenia opozycji, która przez kilka tygodni gardłowała za uchwaleniem preambuły, gwarantującej sprawiedliwy, transparentny i praworządny podział unijnych środków – przegrała głosowanie potykając się o własne nogi


Po utracie wujaszka Trumpa Gamoń znalazł kolejnego idola – zamordystycznego dyktatora Turcji. Bigos tygodniowy z zainteresowaniem będzie obserwował rozwój tej obiecującej relacji. Może kiedyś polubi i Łukaszenkę?


A propos. PiS zawsze wścieka się, gdy porównuje się ich rządy z rządami Łukaszenki. Wrzeszczą, że nie można dokonywać takich porównań. Ale tam! Porównywać można wszystko ze wszystkim, bo porównywanie to przecież nie utożsamianie. Czarne z białym też można porównywać. Gdy ktoś dorysowuje wąsik Kaczorowi, to przecież to nie oznacza, że jest on Hitlerem, a tylko to, że między obiema postaciami można dopatrzyć się bardzo dalekich analogii. Porównania to metafory, ale nie pozbawione racjonalnego jądra. Dziś Polska to nie Białoruś, ale kto zagwarantuje, że nie będzie takie polityczne jutro? Jeszcze dwa lata temu policja w Polsce zachowywała się podczas demonstracji ulicznych w sposób – w zasadzie – akceptowalny. Minęły niespełna dwa lata i doświadczyliśmy radykalnej zmiany w kierunku brutalności. Jeszcze nie takiej jak choćby na Białorusi, ale może już niedługo… Ocenę powinien determinować nie stan na dany moment historyczny, lecz kierunek, tendencja.


Dominikanin Adam Szustak powiedział, że mu „kurwa ręce opadają” jak patrzy na co robią biskupi w sprawie pedofilii. Trudno się dziwić tej ekspresyjnej wypowiedzi zakonnika, widzi pewnie to, co inni też widzą. Otóż od czasu do czasu, od filmu Sekielskich do filmu Sekielskich biskupi – i to tylko niektórzy – podrywają się do oświadczeń składanych na konferencjach prasowych, po czym, gdy rozgłos wokół filmu ucichnie, cichną w tej sprawie także biskupi.


Tymczasem Mordo Iuris konsekwentnie kolonizuje polską przestrzeń publiczną. Pod jej auspicjami w Warszawie powstała nowa uczelnia – Collegium Intermarium. Według jej rektora Zycha Tymoteusza jest to „odpowiedź na coraz głębszy kryzys życia akademickiego”. Do tego zamierza ścigać aborcję Polek za granicą i aborcję farmakologiczną w kraju. W Belgii natomiast mają kłopoty z tamtejszymi organami śledczymi.


Pisowskie media hurtem popierają opozycję białoruską. Z jednym wyjątkiem – Jany Szostak, która wsławiła się podczas jednej z warszawskich demonstracji głośnym, przeciągłym krzykiem – protestem przeciw reżimowi Łukaszenki. Powód? Jana ma lewicowe poglądy, wystąpiła na tle europosła Roberta Biedronia i warszawskiej radnej Agaty Diduszko-Zyglewskiej, a ponadto brała udział w jesienno-zimowych demonstracjach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.


Pancerny Marian, jak powiedziała w jednej z audycji telewizji komercyjnej posłanka Lewicy, Bruce Lee polskiej polityki, w końcu złożył zawiadomienie do prokuratury ziobrowej odnośnie podejrzenia popełnienia przez czterech ministrów PiS-u, w tym premiera, przestępstwa związanego z organizacją wyborów prezydenckich w 2020 roku. Ziobro już publicznie pośpiesznie ogłosił, że on żadnego deliktu nie widzi, i ciekawe który prokurator odważy się przeprowadzić choćby czynności sprawdzające w tej sprawie. Zaprawdę, kariera barejowskiego cytatu „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi” w naszym kraju mimo upływu lat jest zadziwiająca.


Ostatnio Sąd Najwyższy stwierdził, że „prawo do oddychania czystym powietrzem i oddychanie powietrzem spełniającym standardy” nie należy do tzw. „dóbr osobistych”. Niestety, ta uchwała SN bardzo osłabiła skuteczną walkę polskich obywateli ze wszechobecnym smogiem, który powoduje nie tylko choroby układu oddechowego, ale także ponadwymiarowe zgony.


Jedna z warszawskich prokuratur prowadzi dochodzenie w sprawie obrazy uczuć religijnych, polegającej na „publicznym znieważeniu przedmiotu czci religijnej”. W grudniowym wydaniu „Wysokich Obcasów” pomieszczono ilustrację przedstawiającą Matkę Boską w maseczce z czerwoną błyskawicą i z czarną parasolką w dłoni. Redaktorka naczelna tytułu została wezwana na przesłuchanie. Katolski terror ideologiczny rozpędza się.


„Z polskości trzeba się wyzwolić tak szybko i dokumentnie jak tylko się da, żeby zacząć swobodnie i normalnie żyć” (internauta).

Bigos tygodniowy

Dziś najważniejsza „piątka” PiS, to pięcioprocentowa inflacja i przyspieszający wzrost cen. Oto skutki między innymi cynicznego szafowania pieniędzmi dla celów politycznych. Ogólnie jest to wyjaśniane skutkami pandemii. No tak, ale przecież wszystkie kraje, nie tylko Polska podlegały lockdownom i wszelakim ograniczeniom unieruchamiającym lub dalece ograniczającym działalność gospodarczą. Wszystkie kraje poniosły straty. Jednak tylko w Polsce ( i na Węgrzech) jest tak wysoka inflacja, w pozostałych krajach kilkakrotnie niższa, także na przykład we Włoszech – poniżej jednego procenta. Pokazywany w mediach polski strzelisty słupek górujący nad niskimi słupkami pozostałych krajów europejskich niemile szokuje. Czy ktoś zechce mi wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje? Powtarzam, przecież cała Europa podlegała tym samym, a czasem ostrzejszym ograniczeniom niż Polska. Bigos ma swoją hipotezę, ale jest ona nie tylko antyrządowa, wynika nie tylko z tego, że rząd PiS swoimi posunięciami podkręca inflację ale także na tyle krytyczna w stosunku do rodaków (nadreprezentacja postawy chciwości i cwaniactwa, podwyższanie cen przez różne podmioty pod każdym nadarzającym się pretekstem), że oszczędzę sobie nieprzyjemności jej rozwijania.


W minionym tygodniu ostatecznie zakończyła działalność i tak od dawna dychawiczna Grupa Wyszehradzka, jedno z narzędzi podtrzymujących pisowski sen o potędze, o przywództwie w regionie. Afera z postanowieniem TSUE nakazującym zamknąć, na razie w trybie zabezpieczenia, przed ogłoszeniem wyroku, kopalnię „Turów”, to skutek hucpy PiS, które do żadnej kwestii nie jest mentalnie w stanie podejść w sposób normalny, bez bezczelności i agresji. Czesi wielokrotnie proponowali jakąś sensowną ugodę, bo im ta kopalnia rzeczywiście szkodzi, ale ich propozycje odbijały się jako groch od ściany. W końcu się więc zirytowali o poszli z wnioskiem do europejskiego trybunału. I pomyśleć, że przedstawiciele tego samego kraju, którego kopalnia pozbawia wielu Czechów wody jeszcze niedawno molestowali czeski Senat i chcieli na nim wymusić ograniczenie usług aborcyjnych dla Polek przyjeżdżających do tego kraju.


Sposób, w jaki pisowcy z Witek Elżbietą na czele potraktowali Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara przy okazji składanego przez niego sprawozdania to wręcz piramida chamstwa i pogardy. Polską rządzi partia Chamów.


Żeby było jasne – Bigos jako skrajnie idealistyczny zwolennik jednolitofrontowości opozycji uważa, że każda przeciwwaga kontra PiS jest na wagę złota. Jednak gdy komentatorzy i dysydenci mówią, że kończy się czas przywództwa Borysa Budki i o potrzebie wymiany na „świeżą krew” Rafała Trzaskowskiego, to Bigos przypomina, że stary Budka (rocznik 1978) jest młodszy od młodego Trzaskowskiego (rocznik 1973) o pięć lat. Jednak w polityce kryterium świeżej krwi jest inne niż w biologii. W PiS najświeższa krew płynie w żyłach Kaczyńskiego, właściciela, według Flaczków, „steranej twarzy, wykrzywionej nienawiścią do mord zdradzieckich”. Co do Bigosu, to jak wiadomo, jest on tym lepszy, im starszy. Gdy rodził się Rafał, Bigos kończył (nie bez trudności) pierwszą klasę I LO im. Stanisława Staszica w Lublinie, a gdy rodził się Borys – był między pierwszym a drugim rokiem studiów na psychologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej-Curie w Lublinie (skrótowo: UMCS). Jak starzy są wzmiankowani politycy! Jak ten czas leci!


A propos: rząd rozważa zakupienie niegdysiejszego domu letniskowego Marii Curie Skłodowskiej w Saint Remy-de-Chevreuse w aglomeracji paryskiej, za ponad siedemset tysięcy eurosów. Wielka uczona była tam kilka razy, ale komu przeszkodzi urządzenie tam muzeum, którego kustoszem zostanie Szydło Beata, fizycznie nawet do MCS nieco podobna? Czy będzie też ona sprzedawała nieliczne bilety i czy Kaczyński będzie w tamtejszym ogródku spędzał wakacyjne tygodnie?


Profesor Wojciech Maksymowicz, poseł partii Jarosława Gowina przyłączył się do formacji Szymona Hołowni. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale po raz pierwszy od 2015 roku, poseł Zjednoczonej Prawicy przechodzi do formacji antyrządowej. Biorąc pod uwagę bardzo dobre osobiste relacje Hołowni i Gowina wątpliwe jest, by to było wrogie przejęcie. Gowin już wie, że polityczne cele „Polskiego Ładu” to przy okazji jego polityczna śmierć. Bo podwyżki podatków uderzają w elektorat Porozumienia i pozbawiają Gowina wiarygodności jako strażnika interesów klasy średniej. W interesie Gowina jest pogrożenie Kaczyńskiemu, że kolejni gowinowcy mogą przejść do Hołowni, osłabiając większość Zjednoczonej Prawicy w Sejmie. Teraz Gowin żąda ulg podatkowych dla swych wyborców. Wie też, że On i jego ludzie nie znajdą się na listach wyborczych PiS w najbliższych wyborach parlamentarnych. Alternatywą był Kosiniak – Kamysz z 5 procentowym poparciem. Teraz pojawił się Hołownia z poparciem sięgającym 20 procent. Gwarantującym reelekcję. Czy będzie Porozumienie z Hołownią? Sejm wart mszy z Hołownią?


Ale teraz już bez kpinek. Jeden z pomysłów z – pożal się boże – Polskiego Ładu, to stworzenie możliwości niszczenia lasów, betonowania ich i pomieszczania w nich nawet wysypisk i spalarni śmieci. Do tego dochodzi pomysł otwarcia szerokiej drogi patodeweloperce poprzez przyzwolenie na budowę domków o płaskich dachach, bez konieczności uzyskania pozwolenia na budowę, czyli gdzie popadnie. W kraju, w którym od niepamiętnych czasów panuje kompletny chaos przestrzenny, to zwyczajnie zalegalizowanie zbrodni.


Jeszcze jedno nie kwalifikuje się do sfery śmiechu: zgarnięcie przez policję demonstranta z transparentem krytykującym „Polski Ład”. I ta władza śmie oburzać się na reżim białoruski?


Kilkanaście dni po sławetnym głosowaniu z PiS w sprawie funduszy europejskich, znów w Bigosie zagwozdka z Lewicą. Na jej niedzielnej konwencji panie posłanki mówiły oczywiście ładnie ważne rzeczy, ale było to jakieś banalne, a przy tym jakoś plastikowo podane. Bigosowi zazgrzytało zaledwie prześlizgnięcie się w sprawie praw reprodukcyjnych kobiet. Razi to zwłaszcza kilka miesięcy po protestach ulicznych Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i wobec faktu, że zostały radykalnie pozbawione resztek praw w tej dziedzinie. Bigos się nie czepia, lecz dzieli się swoimi wrażeniami.


A propos. W najnowszym wywiadzie Kaczyński powiedział mniej więcej coś takiego, w tonie dość nonszalanckim, że aborcja nie jest w Polsce zakazana, a prawa kobiet nie zostały uszczuplone, bo można sobie pojechać na aborcję za granicę, płacąc za nią więcej czy mniej. Pobrzmiewające w tych słowach pragmatyczne przyzwolenie, to ekspresja krańcowego cynizmu, ostentacyjna ideologiczna deklaracja wycofania się państwa z jakiejkowiek troski o zdrowie reprodukcyjne kobiet. To oczywiście oburzający, bezczelny wyraz cynizmu, ale z drugiej strony, może to bardziej uczciwe postawienie sprawy niż ideologiczno-kościelne pitolenie o „świętości życia poczętego”. To deklaracja cynicznego pragmatyzmu: abortujcie się za granicą, skoro chcecie, byle nie na świętej ziemi polskiej. Może to powstrzyma radcę Wręgę z ambasady RP w Pradze przed kontynuowaniem misji antyaborcyjnej w Czachach.


Ciepły Człowiek Karczewskiego Stanisława, Aleksandr Białoruski podgrzał atmosferę do czerwoności swoją akcją z samolotem lecącym z Aten do Wilna i wyłuskaniem i zatrzymaniem lecącego nim Białorusina. Przy okazji ulubieniec Stanisława nieszczęśliwie całkowicie przykrył w mediach konwencję Lewicy.

Sushi con carne

Jarosław Kaczyński, wicepremier, dał głos w kwestii międzynarodowej. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zapowiedział, że są tacy co na nas dybią. „Mamy do czynienia z próbą odebrania nam suwerenności” – powiedział prezes, mając na myśli Unię Europejską. „A dziś instytucje Unii Europejskiej, jej przeróżni urzędnicy, jacyś politycy, których Polacy nigdy nigdzie nie wybierali, żądają od nas byśmy zweryfikowali całą naszą kulturę, odrzucili wszystko, co dla nas arcyważne, bo im się tak podoba” – snuł swą opowieść Kaczyński, de facto ogłaszając Polexit.
Choć może nie do końca, bo prezesowi chodziło o to, żeby Unia odczepiła się od praworządności u nas i na Węgrzech i przestała truć o pieniądzach unijnych uzależnionych od tego, czy w Polsce sędziów będzie wybierał PiS, czy nie PiS. Kaczyński powiedział więc, że „Będzie weto. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronić żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus. I tak będziemy działać wobec każdego, kto będzie stosował wobec nas jakieś wymuszenia”.
Dlaczego Prezes-wicepremier to powiedział? Bo mógł, a na dodatek wiedział, że Unia na taką wypowiedź zareaguje nijak. Zdawał sobie sprawę z tego co „Sushi” pisało tydzień temu, czyli, że od głosów Polski i Węgier zależy to czy Unia załatwi kasę na wielusetmiliardowy Fundusz Odbudowy i będzie miała od stycznia budżet. Kaczyński wie, że może wygadywać największe głupoty i Polsce włos z głowy nie spadnie. Bez głosów Polski i Węgier pozostałe 25 krajów byłoby w bardzo niefajnej sytuacji finansowej. Unia nie będzie więc umierała za sędzię Morawiec. Będzie za to traktowała kraj rządzony przez PiS jak kupę. Tę, której nie można dotknąć, bo zacznie śmierdzieć. Bruksela wie, że rządy populistów w Polsce kiedyś się skończą. Dlatego korzysta ze starej mądrości chińskiej mówiącej co trzeba zrobić z wrogami, których nie można pokonać. Siada się wtedy nad rzeką i patrzy w jej nurt, czekając kiedy dostrzeże się w nim trupy tychże wrogów. Takie zwycięstwo wymaga bowiem nie krwi, ale cierpliwości i pozwolenia rządowi Morawieckiego na robienie tego, co robi. Czyli jednej głupoty za drugą.

Swiatłana Ciechanauska tuż po ucieczce na Litwę wyglądała na osobę śmiertelnie przestraszoną i sterroryzowaną. Wzywała do spokoju. W łukaszenkowskim więzieniu był jej mąż, a bezpieczeństwo jej dzieci zależało od widzimisię szefującego Białorusi dyrektora kołchozu.
Po dwóch dniach Ciechanauska objawiła się już jak „Wolność prowadząca lud na barykady”. Była kwitnąca, odważna i wzywała do demonstrowania.
Co się wydarzyło w tym czasie? Przecież status jej męża się nie zmienił, a dzieci też nie dostały ochroniarzy z amerykańskiej Secret Service?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba spojrzeć na mapę i pogadać z Białorusinami. Pokrewieństwo języków Rosjan i Białorusinów to nie jedyna więź łącząca oba państwa. Jest też kwestia ekonomii, obronności i oczywiście kultury.
Rosją rządzi Władimir Władimirowicz. Ponoć Łukaszenka zawsze działał mu na nerwy. Polityka Rosji wymaga jednak, żeby zawsze wspierać tych, których się wspierało, a nie robić jak Amerykanie z Kurdami. Dlatego Putin Łukaszenkę poparł. Nie byłby jednak politykiem rosyjskim, gdyby nie widział co się święci i nie prześwietlił Ciechanauskiej. Zawsze lepiej mieć zawczasu kilka rozwiązań w zanadrzu.
Putin musiał być jednak pewien, że nieprzewidziany scenariusz białoruski nie zagrozi interesom rosyjskim. Ciechanauska, jak każdy normalny Białorusin czy Białorusinka, nigdy antyrosyjska nie była. „Sushi” jest dziwnie przekonane, że niedoszła prezydent Białorusi powiedziała to wysłannikowi Putina, a kto wie, czy nie jemu samemu przez telefon. Czy usłyszała gwarancje bezpieczeństwa dla siebie, męża i dzieci? Czy Putin przekonał się, że z Ciechanauską „można robić interesy”? Odpowie przyszłość. Teraźniejszość jednak jest taka, że Łukaszenka wsparcia Moskwy nie czuje. Wtedy pozwalałby ludziom tupać na ulicach jak robią to Kaczyński i Orban. Tuptanie demonstrantów władzy bowiem nie szkodzi. Łukaszenko widać nie ma komfortu pewności i siły, bo demonstrantów pacyfikuje.
Pacyfikacje zaś w przeciwieństwie do olewania demonstrantów, zawsze w historii powodowały, że opór tłumów tylko rósł. Oczywiście Putin kwestię białoruską wygra tak czy owak, czyli stawiając właśnie na Ciechanauską i tworząc wraz z nią z Białorusi „drugą Finlandię”. Za unijne pieniądze, ale z rosyjskimi bazami

Nieznośna niezmienność relacji z Łukaszenką

Tekst, który przeleżał się w szufladzie 5 lat, pokazuje, że oficjalne podejście polskich rządów do reżimu i Białorusinów jest niezmienne. Co udowadnia rozmowa Stefana Płonickiego z prezesem opozycyjnej do Łukaszenki Fundacji Renesans.by – Andreiem Sumarem.

Jak się zostaje opozycjonistą na Białorusi?
Wystarczy powiedzieć oficjalnie co się myśli o władzy. To już pozycjonuje człowieka jako opozycjonistę, za coś takiego trafia się na „czarną listę”. Ja byłem na tyle naiwny, że sądziłem, że jak Konstytucja Białoruska daje możliwość wybierania i bycia wybranym do parlamentu, to mogę startować jako kandydat niezależny. Zwłaszcza, że byłem przekonany, że ludzie nie rozumieją, co naprawdę dzieje się w naszym kraju. Skończyło się na tym, że najpierw mnie parę razy zatrzymano, a dzień przed wyborami skreślono z list wyborczych.
W czasie kampanii wyborczej spotykałem się z ludźmi i opowiadałem co trzeba zmienić na Białorusi. Jako przykład sukcesu przemian zawsze podawałem Polskę. Teraz, gdy lepiej poznałem Polskę, już na pewno bym tego nie zrobił.
Nasi, niegdysiejsi opozycjoniści uwielbiają mówić o gehennie jaką przeszli. Niechże pan coś powie o własnej martyrologii.
W wyborach pomagało mi ok. 30 osób. Połowa to studenci, byli też przedsiębiorcy, emeryci i parę kasjerek sklepowych. I każdą z tych osób odwiedziło dwóch funkcjonariuszy białoruskiego KGB. Wypytywali co robimy i sugerowali, że są tysiące rzeczy ciekawszych niż branie udziału w kampanii wyborczej. Parę osób z tego powodu się wycofało, a kilka innych wyraźnie straciło zapał do pracy. Oczywiście represje reżimu nie ominęły mojej rodziny. Syn, który zawsze miał świetne oceny, nagle zaczął dostawać mierne. Żona zaczęła mieć problemy w pracy, a ja musiałem zrezygnować z działalności gospodarczej, bo poinformowano mnie, że mogę zacząć mieć problemy bo jak przyjdzie kilkanaście kontroli, to zawsze coś na mnie znajdą. Poza tym tuż po wyborach wmanewrowano mnie w sprawę fałszywych banknotów dolarowych. Milicjanci grzecznie uprzedzili mnie, że ich zdaniem jestem niewinny, ale gdybym przed zakończeniem śledztwa w tej sprawie znowu zaczął działać politycznie, to ze świadka, szybko stanę się podejrzanym. A sprawa wyglądała tak, że w kantorze tuż przede mną kobieta, której w życiu nie widziałem wymieniała 100 dolarów. Banknot był fałszywy i kasjerka wezwała milicję. Wtedy ta kobieta powiedziała, że dostała studolarówkę ode mnie. A na dodatek pojawiła się jeszcze inna kobieta, która też to widziała. Potem było zatrzymanie i przeszukanie mieszkania. Nawet teraz, gdy już od kilku miesięcy jestem w Polsce i ubiegam się o status uchodźcy, moja żona dostaje wezwania do zapłaty za rzeczy, które były zapłacone tak dawno, że śladu po pokwitowaniach nie miała. Wszystko to po to, żeby pokazać innym, że nie opłaca się być niechętnym reżimowi Łukaszenki.
Jest pan prezesem Fundacji Renesans.by. To pana formacja polityczna?
Gdy mnie skreślono w list wyborczych, mnóstwo ludzi było rozczarowanych tą sytuacją. Miałem mnóstwo wyrazów poparcia i postanowiłem coś z tym zrobić. Powstała organizacja licząca ok. 700 członków. Oczywiście organizacja ta nie mogła być zarejestrowana na Białorusi. Tam rejestrowaniem stowarzyszeń zajmuje się administracja, a nie sądy jak u was. W Łukaszystowskiej administracji nie mamy szans. Te 700 osób dało nam deklaracje z własnymi danymi i podpisami. Archiwum z tymi papierami jest najściślej chronioną przed władzą tajemnicą Renesansu. Zarejestrowaliśmy się w Polsce, a to dlatego, że na Białorusi jest przepis, że za wypowiadanie się w imieniu organizacji nie mającej tożsamości prawnej można dostać 2 lata więzienia.
Z powodu tego, że zostałem zneutralizowany przez władzę aferą z fałszywymi dolarami, ograniczaliśmy się tylko do kolportowania ulotek. Rozpędu nabraliśmy dopiero, gdy odkryliśmy aferę związaną z wydawaniem wiz przez polskie konsulaty. Początkowo ludzie sądzili, że trudności z uzyskiwaniem polskich wiz to sprawa nowej ekipy w konsulatach, że przyszli jacyś idioci i wedle ich humoru zamiast na rok można dostawać wizy na miesiąc albo trzy miesiące. Potem zaś doszło do tego, że normalną drogą uzyskanie polskiej wizy było prawie niemożliwe. Trzeba było ją załatwiać przez pośredników, którzy winszowali sobie za to 100-150 euro. Ludzie z Renesansu przyjrzeli się tej sprawie i wyliczyli, że cały ten wizowy biznes generuje przychody ponad 50 milionów euro rocznie. Większość, z tych pieniędzy zaś trafia do pracowników polskich placówek konsularnych.
Ale odkrycie przekrętu wizowego ma mało wspólnego z obalaniem reżimu Łukaszenki.
Tak, ale wizy były tą sprawą, którą mnóstwo członków Renesansu się zainteresowało. Zależało im, żeby tę sprawę załatwić. No i zacząłem występować w niezależnych mediach i działać na rzecz zakończenia tego korupcyjnego procederu. Oczywiście pisałem też do władz polskich i białoruskich w tej sprawie. Wszystko bez efektu.
Czy Renesans korzystał kiedyś z finansowego wsparcia „wolnego świata” dla opozycji antyłukaszenkowskiej?
Miliony dolarów i miliony euro na wsparcie opozycji na Białorusi widziałem tylko w sprawozdaniach amerykańskiego Departamentu Stanu i polskiego MSZ. Na własne oczy nie zobaczyłem nawet złamanego centa. Pisałem do instytucji amerykańskich i do Brukseli. Amerykanie nawet nie odpisali, a z Funduszu Europejskiego po kilku miesiącach przyszła odpowiedź, że na razie nie będą nas wspierali.
A do naszego MSZ też uderzaliście?
W roku 2013 napisałem do nich, nawet nie w sprawie wsparcia finansowego, ale o udzielenie pomocy technicznej. Chodziło o wydanie bezpłatnych wiz dla grupy dziennikarzy białoruskich, których na własny koszt chcieliśmy przywieść do Warszawy, żeby opublikować przygotowany przez nas rejestr przestępstw popełnionych przez reżim Łukaszenki przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. W rejestrze był opis zdarzenia, zdjęcia, paragraf, z którego korzystała władza karząc dana osobę no i oczywiście dane tych represjonowanych osób oraz dane osób odpowiedzialnych za represję urzędników, fałszywych świadków itp.. MSZ nie raczyło odpowiedzieć. Tak samo jak i na kilka kolejnych wniosków o dofinansowanie lub inną pomoc.
W kontekście tego, że nagłaśniacie sprawę korupcji wśród polskich dyplomatów na Białorusi, to chyba nie powinno pana dziwić.
Z tego co mi się wydaje, żadne nowe ruchy opozycyjne na Białorusi nie dostają żadnej pomocy. Jest grupa kilkunastu osób z tzw. starej opozycji i ci ludzie są zapraszani do Warszawy, Brukseli i Waszyngtonu. I chyba tylko oni mogą liczyć na jakąś pomoc. Natomiast jeśli chodzi o stosunki polsko-białoruskie to są one w ostatnich latach kształtowane pod wpływem tego nielegalnego biznesu wizowego. Strona białoruska wiedząc o wszystkim, przymyka na to oko, a polski MSZ w zamian za to stara się nie drażnić reżimu.
A jednak jest pan tutaj i stara się o status uchodźcy politycznego.
We wniosku o udzielenie mi azylu napisałem, że nie zamierzam emigrować do Polski na stałe. Zależy mi tylko na tym, żeby raz na zawsze załatwić sprawę haraczu za wizy dla Białorusinów. Gdy staną się one dostępne na niekryminalnych zasadach, wrócę na Białoruś, bo tylko tam można działać na rzecz demokracji skutecznie. Teraz dla Białorusinów jestem emigrantem, a dla Polaków imigrantem. To nie służy byciu politykiem. Będąc w Polsce nie stanowię dla reżimu Łukaszystowskiego najmniejszego zagrożenia.
A dlaczego właściwie Łukaszenka toleruje ten biznes wizowy?
Jeżeli my, cywilni Białorusini poznaliśmy mechanizm tego procederu, wyliczyliśmy kwoty jakimi obracają przestępcy, to nie ma takiej możliwości, by wszechwiedzące białoruskie KGB nie wiedziało jeszcze więcej. Wiedzą na pewno kto płaci i komu płaci. A dlaczego tego nie ujawniają? Bo dzieki temu wiedzą, że trzymają polską dyplomację za twarz. Polski MSZ nie może podskoczyć, bo gdyby to zrobił, to pojawią się dokumenty. I skutki tego już widać. Polski MSZ od jakiegoś czasu nie nagłaśnia łamania praw obywatelskich, nie pokazuje prześladowania opozycji. A przecież na Białorusi nic się pod tym względem w stosunku do tego co było kilka lat temu nie zmieniło. Ludzie jak byli zamykani tak są, opozycjoniści jak podlegali represjom, tak podlegają i dziś. Moim zdaniem obowiązuje niepisana umowa. MSZ prowadzi swój biznes. Łukaszenka temu nie przeszkadza. W zamian za to MSZ nie wspiera akcji, które mogłyby zagrozić interesom politycznym Łukaszenki. I dlatego działalność polskiej dyplomacji na Białorusi sprowadza się do działań nieefektywnych. Choćby takich jak finansowanie telewizji Biełsat, której na Białorusi nikt nie ogląda, albo na Ośrodek Debaty międzynarodowej, gdzie na spotkania przychodzi garstka osób. Tych samych osób.
A może czesanie Białorusinów z pieniędzy to też dobry interes dla ludzi Łukaszenki?
W lutym 2013 złożyłem zawiadomienie do Prokuratury Generalnej Białorusi. Sprawę przekazali milicji, Milicjanci na przesłuchaniach mówili mi, że sprawa nabiera rozpędu i wszystko co pisałem znajduje potwierdzenie. Powiedzieli też, że zaraz w sprawę włączy się KGB, bo w grę wchodzą osoby zagraniczne. Nic z tego nie wyszło po kilku tygodniach sprawa umarła. Ale równocześnie zaczęły do nas docierać informacje, że nielegalny biznes wizowy zamiera. Firmy przestały realizować zamówienia. Wydawało nam się, że wygraliśmy. Nic z tego po maja jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe firmy pośredniczące w załatwianiu wiz. Ich liczba z 20 skoczyła do 70-ciu. Mało tego okazało się, że większość tych firm założyli ludzie związani z milicją i KGB. Widocznie władza doszła do wniosku, że po zakończeniu owocnej służby najlepszych ludzi trzeba nagrodzić z zysków z tego biznesu. Łukaszenko wygrał zatem tę sprawę podwójnie. Raz – trzyma polski MSZ za gardło, dwa – korzysta z tego finansowo.
Od kilku miesięcy spotyka się pan z posłami, pisze do urzędów, a jednocześnie mieszka pan w ośrodku dla uchodźców. Jak się panu żyje w kraju, który był dla pana wzorem?
Na Białorusi stosowano w stosunku do mnie różne represje i formy uprzykrzania życia, ale to co spotkało mnie tutaj było dla mnie nie do wyobrażenia. Gdy ministrem Spraw Zagranicznych został pan Schetyna, kolejny raz napisałem do MSZ w sprawie wiz. Zaproponowałem spotkanie. Oddzwonili do mnie i powiedzieli, że wkrótce coś zorganizują. Nic z tego nie wyszło, natomiast w miejscu gdzie mieszkałem zaczęły się w tym czasie dziać dziwne rzeczy. Najpierw byłem atakowany fizycznie przez innych uchodźców, choć zupełnie nie dawałem do tego żadnych powodów. Potem dokwaterowano do mojego pokoju faceta, który z racji stażu więziennego nazywany był generałem. Moje prośby, żeby przeniesiono go do któregoś z pustych pokoi, bo nie lubię gdy mnie się co rano straszy tym co spotka moja rodzinę jak nie będę się słuchał, władze ośrodka ignorowały. Mieszkałem z „generałem” przez 2 tygodnie, aż się sam przekwaterował. Prawdopodobnie do Niemiec.
Poza tym parę razy jako jedyny w całym ośrodku doznałem 5 razy bardzo mocnego zatrucia pokarmowego. Kiedy indziej w siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, przyczepił się do mnie Czeczen i wymachując komórką z fotografią Hitlera zaczął krzyczeć do mnie „Heil Hitler” oraz, że nienawidzi Ruskich. Nie przeszkadzało mu nawet to, że inni powiedzieli, że przecież nie jestem Rosjaninem, tylko Białorusinem. Wyzwiska trwały pół godziny. Gdy wezwaliśmy policję Czeczen uciekł. Miałem wrażenie, jakbym był pod ciągłą presją i przede wszystkim obserwacją. W czerwcu czterokrotnie biłem się w ośrodku z Czeczenami. 6 czerwca doszło do tego, że ściany korytarza zalały się krwią a jedną osobę karetka zabrała do szpitala.
A władze ośrodka nic?
Wielokrotnie zwracałem się do nich, do policji, do ochrony ośrodka, żeby zrobili coś, żeby to się skończyło. Władze ośrodka kazały mi się przyzwyczaić do tego, bo to ośrodek, a policja powiedziała, że dopiero jak ja będę bardzo pobity, to wtedy zainteresują się sprawą.
Może Czeczeni mają coś do pana?
Nie. Zdarzyło się nawet, że ci, którzy próbowali mnie pobić przychodzili i przepraszali, mówiąc, że ktoś im kazał to zrobić. Kto? Mogę się tylko domyślać i wydaje mi się, że dosięgły mnie macki mafii związanej z tym biznesem wizowym. Dziwię się tylko, że namawiając ludzi do bicia mnie nie sprawdzili, że byłem prezesem Białoruskiej Asocjacji Tae-Kwon-Do i mam czarny pas. Wygląda na to, że ktoś chce żebym sie przestraszył i uciekł. Tylko, że ja jestem i cierpliwy i uparty, a poza tym nie boję się.
Ale przecież pobicia zgłaszał pan policji…
Tak. Tylko sprawy poumarzano ze względu na niewykrycie sprawców. Sprawców, których wskazywałem niemal z imienia i nazwiska. Nikomu nie zależało by cokolwiek wyjaśnić. To mnie nie dziwi, bo przecież w Ośrodku doszło do morderstwa Sergieja Lisowskiego. Prowokatora z Ukrainy. To on pierwszy zaczął się ze mną bić. Opowiadał, że współpracuje z polskimi służbami specjalnymi i już wkrótce znajdą mu nowe zadana i mieszkanie. Nie znaleźli. Jego natomiast znaleziono na chodniku pod ośrodkiem. Po tym jak powiedział, że wraca na Ukrainę, bo polskie służby go wystawiły do wiatru. Oficjalnie popełnił samobójstwo wyskakując z 3-go piętra, dziwne, że nie było złamań i śladów krwi, a zwłoki leżały jakby je ktoś podłożył. No i mimo ciszy nocnej nikt nie słyszał uderzenia ciała o ziemię. A ponieważ miał zeznawać w sprawie moich pobić, sądzę, że jego śmierć nie była przypadkiem i wiązała się ze mną. Ktoś dawał mi do zrozumienia, co się stanie, jeśli nie przestanę drążyć tematu wiz.
Przecież gdyby chcieli pana uciszyć, to by uciszyli.
Kolejnym ostrzeżeniem była sprawa zaatakowania nocą w lesie koło ośrodka człowieka mojej postury nożem. Na szczęście nóż wbił się w notatnik na piersi ofiary. Policja wezwała mnie niby jako tłumacza, ale chyba tylko po to, żebym przez 2 godziny siedział w pokoju eksperta patrząc na nóż i notatnik. W którym zresztą dziura nijak nie pasowała do ostrza. Odebrałem to jako osobiste ostrzeżenie. Mimo wielu represji na Białorusi, to co spotyka mnie tutaj świadczy niestety, że tamto to była kaszka z mleczkiem
Wciąż zachwyca się pan osiągnięciami Polski?
Kiedyś nawet koledzy uważali mnie za fanatyka Polski. Teraz czuję się głęboko rozczarowany. Macie jakieś wady w ustroju demokratycznym. U nas jest reżim autorytarny, ale wiadomo, kto za co odpowiada. U was nie ma żadnej instytucji, która miałaby kompetencje załatwienia czegoś od początku do końca. Skoro przypadku ewidentnego łamania prawa nie da się załatwić ani w Sejmie, ani w ministerstwie, ani w prokuraturze, to świadczy, że coś u was nie działa. Nie chcę takiej demokracji na Białorusi.

Wywiad przeprowadzono w październiku 2015 r.

Białoruska paranoja

Jednym z najniebezpieczniejszych momentów chwili obecnej jest pewne zakłopotanie polityczne wiążące się z przejściem od wyborczego karnawału do powyborczego postu. Pewne zakłopotanie wiążące się z niejasnym odczuciem, że być może powiedzieliśmy za dużo, że być może żeśmy kogoś niepotrzebnie obrazili, że może trzeba spojrzeć realnie i zweryfikować dotychczasowe postawy okazuje się bardzo niebezpieczne i zwodnicze.

Oczywiście wątpliwości ma tylko jedna strona barykady, co powoduje to, że mnożą się polityczne błędy ze strony tak opozycji jako całości i jak i Lewicy jako Lewicy. Jedne, jak wpadka z pensjami dla prominentów, stają się widoczne już w chwilę po popełnieniu inne niestety sprawiają wrażenie zupełnie ignorowanych chociaż można sądzić, że właśnie one są szczególnie dalekosiężne i groźne.
Do takich jak sądzę należy obecny białoruski obłęd. Masowe protesty tamtejszej ludności przeciwko sfałszowaniu wyborów przez tamtejszego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę obudziły wszystkie tradycyjne demony polskiej mieszczańskiej polityki wschodniej.
Oczywiście mówienie o demonach to jedynie formuła retoryczna bo demon jest jeden i od przeszło stu lat ten sam. Jest to oczywiście tzw. prometeizm. Przekonanie że Polska (jak mityczny Prometeusz ludziom) podaruje Wschodowi Europy wyzwolicielski ogień, którego ofiarą padnie nie tylko to co więzi Białorusinów, Ukraińców, Gruzinów, Czeczeńców itd. itp. ale również samo „więzienie narodów” – Rosja.
Tyleż żałosne co tragiczne dzieje wymachiwania „prometejskim” ogniem na Wschodzie do czasu powstania PRL zostało dość dobrze opracowane przez historyków i mogło się wydawać że stanowi jak hiszpanka czy dżuma zamknięty rozdział polskiej historii. Niestety zarzewie prometejskiego ognia zostało przeniesione przez okres 1944-1989 i przekazane przez księcia Giedroycia Adamowi Michnikowi. Dzięki temu ostatniemu po roku 1989 powróciło do polskiej polityki jako „szlachetna” aczkolwiek mocno odjechana idea zbawienia Rosji wbrew samym Rosjanom.
Odkąd też okazało się, że Rosjanie nie są w stanie budować demokracji nie otrzymując żadnego wynagrodzenia za pracę i opowiedzieli się po stronie putinowskiego autorytaryzmu prometeizm przybrał charakter osobistej wojny Adama Michnika z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Ta „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” trwa już trzydzieści bitych lat i generalnie rozwija się bez przeszkód jako, że Polska należąc do Unii Europejskiej mogła i nadal może uprawiać tzw. „politykę wschodnią” całkowicie nieodpowiedzialnie nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Kryzys białoruski jest kolejnym momentem szczerzenia zębów przez prometejskie elity polityczne Rzeczypospolitej w obronie demokracji i suwerenności Wschodu. Jest to co prawda konflikt o wymiarze globalnym, ale jak to mawiają: gdy konia kują polska żaba może bez ograniczeń nogę podstawiać. Osobiście należę do milczącej większości (chociaż ponieważ milczy trudno ustalić czy jest większością czy jedynie dużą grupą mniejszościową), która generalnie tak do prometeizmu jak i do demokratyzacji nastawiona jest mocno sceptycznie. Wydarzenia na Białorusi określone przez Adama Michnika jako „Rewolucja Godności” jawią się jako kolejna odsłona przerabianych do znudzenia „Karnawałów Solidarności”, „Jesieni Ludów”, „Arabskich Wiosen”, „Rewolucji Pomarańczowych”, „Brzoskwiniowych” i „Arbuzowych”, Majdanów takich i owakich oraz Anielskich i Czarnych Sotni. Te same schematy fabularne, te same złudzenia, te same oszustwa, te same rozczarowania i te same marzenia o sprawiedliwym Jarosławie dającym „pięćset plus” czynią cały ten emitowany już czterdzieści lat serial mocno niestrawnym. Będzie to bardzo niepoprawne politycznie i może niebezpiecznie ale moje odczucia względem Białorusi przypominają jakimś stopniu odczucia starego więźnia obozu koncentracyjnego, który słyszy muzykę Wagnera zapowiadającą przybycie na rampę transportu nowych więźniów. Jest w tym jakaś doza litości, jest też poczucie zażenowania i beznadziei, ale niestety żadnych złudzeń.
Zaznaczam, że są to moje odczucia i jako człowiek który sam w życiu wiele błędów popełnił jestem skłonny zrozumieć i wybaczyć polityczny infantylizm i naiwność lewicowym miłośnikom białoruskiej „Rewolucji Godności”. W Końcu każdy uczy się na błędach a wyrastanie w środowisku politycznym zdominowanym przez Adama Michnika czy Janusza Palikota to bardzo ciężkie polityczne dzieciństwo, które wiele tłumaczy. Należy też zauważyć, że wpływ lewicowych miłośników rewolucyjnej Białorusi na wydarzenia w tym pięknym kraju jest tak znikomy, że można wziąć to wszystko w nawias i uznać, że tak naprawdę nie ma sprawy.
Nieszczęście zaczyna się w momencie gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc, w kraju w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia żeby walczyć o demokrację na Białorusi jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym.
To, że wybory w Polsce osiągnęły poziom rozgrywek brydżowych w Wąchocku (gdzie jak wiadomo: na kartę świnia z sołtysem wygrała) to tylko niewielki fragment większej całości. Fasadowy charakter demokracji w Polsce wynika nie tylko z uprzywilejowania władzy w procesie wyborczym. Dostosowywanie prawa do potrzeb partii rządzącej, złamanie wszelkich zasad praworządności i regulacji konstytucyjnych w procesie organizowania wyborów prezydenckich też nie wyczerpuje kwestii. W końcu chyba tylko w Polsce gdzie przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego została kucharka Jarosława Kaczyńskiego można się zastanawiać czy pierwsza prezes Sądu Najwyższego, jest dla niego pomywaczką czy sprzątaczką?
Funkcjonując w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na „500plusie”, warto pamiętać, iż Łukaszenka rządzi już dwadzieścia sześć lat i mógł się już trochę zużyć.
Polska lewica funkcjonująca obecnie jako ideologiczny chłopiec do bicia – zmitologizowany wróg „cywilizacji chrześcijańskiej”, ludzie potępiani i prześladowani mogła by przestać się zajmować sprawami „Weltpolitik” i zająć się walką z własną dyktaturą. Zaangażowanie w sprawy Białorusi ludzi bezsilnych wobec autorytaryzmu we własnym kraju ma charakter nieco komiczny. Dwuznaczność tej sytuacji uchwycił doskonale dwieście trzydzieści lat temu wybitny poeta i rewolucjonista Jakub Jasiński w wierszu na żałobę obchodzoną przez dwór polski po ścięciu Ludwika XVI:
„A gdy wam wolność, honor, majątki odjęto – Wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto!”
Jak to mawiali starożytni: Nic dodać nic ująć.
W przypadku Polskiej Lewicy mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym. Nie chodzi tylko o błazeństwa ale o działania w istocie samobójcze. Polska Lewica bowiem nie tylko walczy o demokrację na Białorusi ale robi to wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji.
Paradoks polegający na tym, że marionetka dyktatora Kaczyńskiego niejaki pan Morawiecki pełniący w Polsce funkcję premiera rządu stroi się w piórka obrońcy ideałów europejskiej demokracji sprawia w pierwszej chwili humorystyczne wrażenie. Jak mawiają: koń by się uśmiał, ale opozycja w Polsce traktuje te pretensje poważnie. Co więcej niektórzy dziękują panu Morawieckiemu na klęczkach. Że robi to Platforma Obywatelska to jej sprawa ale dlaczego robi to Lewica???
Po latach opowiadania o dyktaturze kaczyzmu o łamaniu konstytucji i łamaniu praw człowieka okazuje się nagle niemal z dnia na dzień, że wszystko to był przysłoiowy pic na wodę, fotomontaż, że Polska jest państwem demokratycznym godnym przewodzić demokratycznej krucjacie przeciwko dyktatorowi Łukaszence.
Co ciekawsze media przypominają stary slogan o „ostatnim dyktatorze w Europie” jak by to niegdysiejsze powiedzonko posiadało dzisiaj jeszcze jakikolwiek sens. Od czasu gdy Łukaszenka objął władzę na Białorusi do grona dyktatorów krajów traktowanych jako europejskie dołączyli Władimir Putin i Recep Erdogan. Co więcej dyktatury w Polsce i na Węgrzech pojawiły się nie tylko w Europie ale samej Unii Europejskiej!
Niestety jakoś nikt tego nie zauważył. Euro-poseł Robert Biedroń co prawda twierdzi że Polska jest izolowana w Europie i nie odgrywa roli jaka jej by się należała ale dla Białorusi jest gotowy na najdalej idącą współpracę nie tylko z premierem Morawieckim ale i Andrzejem Dudą.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lewica swoim białoruskim amokiem nie tylko legitymizuje działania dyktatury na forum międzynarodowym ale odcina sobie drogę walki z nią.
Prawda o pozycji Polski w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej ponura niż wyobraża to sobie euro-poseł Biedroń i większość polskiej opozycji. W Europie mało kto wie jak wyglądają rzeczywiste stosunki w Polsce i na Węgrzech i co więcej, mało kogo to zdaje się obchodzić. Unia Europejska chociaż może się to wydawać niemożliwe przestała w praktyce funkcjonować jako związek państw demokratycznych i co więcej trwa to już od dłuższego czasu. Zmiana ta nie została zadekretowana na żadnym że szczytów ani nawet ogłoszona publicznie. Zaszła mimochodem. Wyniknęła stąd, ze kiedy Angela Merkel stanęła przed wyborem demokracja czy władza, wybrała władzę. Konkretnie problem polegał na tym, że Fidesz Wiktora Orbana, który zapoczątkował faszyzację Unii Europejskiej należał do Europejskiej Partii Ludowej mającej decydujący głos w Unii Europejskiej. Obalanie władzy Fideszu na Węgrzech i przywracanie tam demokracji chociaż niewątpliwie możliwe było groźne dla władzy Europejskiej Partii Ludowej w Unii. Angela Merkel jak można sądzić zadecydowała o zaniechaniu walk wewnętrznych w celu utrzymania władzy. Interesy niemieckie w Unii zostały zabezpieczone. Węgrzy stracili demokrację, która generalnie i tak średnio im pasowała. Wszyscy byli szczęśliwi. Orban okazał się całkowicie bezkarny. (Co prawda Fidesz w 2019 roku został zawieszony w członkostwie Europejskiej Partii Ludowej ale chyba nawet jego członkowie tego nie zauważyli). Jarosław Kaczyński tylko poszedł drogą wytyczoną przez Węgry.
Wykorzystując osiem lat rządów Platformy obywatelskiej pod kierownictwem Nic Nikomu Nie Dam Donalda Tuska Jarosław Kaczyński deklaracjami socjalnymi zapewnił sobie zwycięstwo wyborcze. Dalej poszło już według wzorca węgierskiego. Podobnie jak w tym przypadku o rozwoju wydarzeń zadecydowała inercja kręgów przywódczych Unii. Jałowe dyskusje o tym czy w Polsce łamane są takie czy inne zasady przysłoniły tzw. całokształt. W przypadku tak Polski jak i Węgier dyskutuje się o drzewach nie dostrzegając lasu.
Wystarczy obejrzeć sobie radosne fotki ze spotkań pani Ursuli von der Leyen z panem premierem Morawieckim i poczytać o bursztynach które polski premier sprezentował Angeli Merkel żeby wiedzieć, ze opowieści o zagrożeniu Polski sankcjami ze strony Unii Europejskiej można między bajki włożyć.
Pytanie czym fotki Urszuli von der Leyen i premiera Morawieckiego różnią się tak naprawdę od fotek ministra Ribbentropa ministrem Mokotowem samo się niestety nie zada. Nie zada go też żaden uwikłany po kokardę w unijne machloje Donald Tusk. A przecież ktoś to musi zrobić.
Jeżeli polska Lewica ma coś do roboty to właśnie dążenie do odbudowy demokratycznego charakteru Unii. W większości krajów europejskich istnieją silne i solidne tradycje demokratyczne. Szacunek dla instytucji demokratycznych jest głęboko zakorzeniony. To co dzieje się na Węgrzech i w Polsce jest dla większości Europejczyków po prostu niewyobrażalne. Jest więc do czego się odwoływać i o co walczyć. Trzeba tylko wyjść poza horyzont michnikopolityki z jej zawołaniem wojennym „Putinowi żyć nie dozwolisz”. Klucze do polskiej polityki nie znajdują się w Moskwie ani Mińsku. Znajdują się w Warszawie i Brukseli.
Nadciągająca katastrofa ekologiczna bardzo skraca horyzont czasowy tradycyjnej polityki. Być może obecnej dyktatury nie da się obalić przed katastrofą ale trzeba się starać, trzymać konkretów i realiów a nie odlatywać przy każdej możliwej okazji z radosnym „szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”.

Z Pawłem Łatuszką o Mickiewiczu

Z władzami Białorusi, niemal od początku istnienia samodzielnej republiki, Polska utrzymywała relacje chłodne, z dystansem. Kiedy rozpocząłem pracę w ministerstwie kultury (otrzymując w nadzorze także kontakty międzynarodowe) obowiązywała dyspozycja MSZ, by kontakty ze stroną białoruską były prowadzona co najwyżej na szczeblu wiceministrów.

Spraw do załatwienia z Białorusinami było sporo. Raz to tak zwana współpraca transgraniczna, dwa – sprawy mniejszości narodowych po obu stronach polsko białoruskiej granicy, trzy – polskie dziedzictwo kulturowe na dawnych terenach Rzeczpospolitej, tak można by jeszcze wymieniać… Były więc nie tylko preteksty, ale konkrety do spotykania się. Rozmawiałem zatem z ambasadorem Białorusi w Polsce wielokrotnie. Z jego inicjatywy złożyłem wizytę w Mińsku, spotykając się tam z całym kierownictwem białoruskiego ministerstwa kultury i z zastępcą ministra informacji odpowiedzialnego za sprawy książki. Odwiedziłem wtedy dawną, słynną siedzibę Radziwiłłów – zamek w Nieświeżu, gdzie prowadzono przewlekle i dość nieudolnie prace renowacyjne. Białoruskim ambasadorem w tym czasie w Polsce był Paweł Łatuszka. Bardzo młody, bo w chwili objęcia stanowiska ledwo 29. letni. Najmłodszy ambasador w historii białoruskiej dyplomacji. Miał już jednak, całkiem niezły jak na swój wiek, dorobek zawodowy. Ujął mnie swą delikatnością i naturalną elegancją. Łukaszenka rządził Białorusią od ośmiu lat i jego metody sprawowania władzy były już doskonale rozpoznawalne. Ambasador Łatuszka okazywał lekkie zdziwienie, iż jego ojczyzna jest traktowana przez zagranicznych partnerów z tak wieloma zastrzeżeniami. Ale jednocześnie zdawał się okazywać rodzaj zażenowania, że reprezentuje prezydenta, u którego już wtedy świat dostrzegał cechy dyktatora. Jedynie dla Stanisława Karczewskiego, jeszcze w 2016 roku, Aleksander Łukaszenka był „takim ciepłym człowiekiem”.
Jednym z tematów naszych rozmów była kwestia ciągnącego się od lat projektu postawienia pomnika Adama Mickiewicza w Mińsku. Strona nasza miała znaczący udział w sfinansowaniu odlewu rzeźby, autorstwa białoruskiego artysty o polskich korzeniach – Andrzeja Zaspickiego. Idea postawienia monumentu wyszła ze strony polskich środowisk na Białorusi. Z ambasadorem Łatuszką najpierw załatwiliśmy dodatkowe pieniądze (z polskiego budżetu), których brakowało do domknięcia kosztów pomnika, później negocjowaliśmy kwestię napisu na cokole. Zależało nam (stronie polskiej) na tym by był on także po polsku, ale przez pewien czas sporną kwestią była sama treść tablicy. Mickiewicz bowiem, podobnie jak dla Litwinów, nie był (i chyba nadal nie jest) dla Białorusinów jednoznacznie i bezdyskusyjnie polskim poetą. Doszliśmy jednak z Ekscelencją Pawłem do zgody na kompromisową, zadowalającą obie strony formułę. Dość szybko uzyskaliśmy dla tekstu aprobatę naszych przełożonych. Pozostawała kwestia samej uroczystości odsłonięcia pomnika, a przede wszystkim rangi polskiej delegacji. Mój udział był oczywisty, ale wyczuwałem, że Ambasadorowi zależy bardzo by przybył przedstawiciel choćby o szczebel wyższy niż wiceminister. Skontaktowałem się z ministrem spraw zagranicznych dr. Włodzimierzem Cimoszewiczem. Odmówił swego udziału, ale… o dziwo zaaprobował moją, szybko rzuconą propozycję, by do Mińska udał się Marszałek Senatu. Argumentem był fakt, iż Senat miał wówczas w swej kompetencji współpracę z organizacjami polonijnymi, a przecież Polonia na Białorusi była liczna, a idea pomnika od niej właśnie wyszła. Ponadto od kilku miesięcy narastał konflikt o przywództwo w kierowaniu organizacją Polaków na Białorusi. Były więc argumenty przemawiające za tym, by profesor Longin Pastusiak udał się na rozmowy z działaczami białoruskiej Polonii, a przy okazji wziął udział w odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza. Gdy zakomunikowałem to Ambasadorowi nie krył zaskoczenia, gdyż aż tak wysokiej reprezentacji ze strony Polski się nie spodziewał. W końcu wizytę w Mińsku miał złożyć czwarty, co do precedencji, polski polityk. Nasze ministerstwo spraw zagranicznych nie zgodziło się jednak by była to oficjalna wizyta Marszałka Senatu na Białorusi, by odbyły się przy tej okazji formalne rozmowy i spotkanie prof Pastusiaka z przewodniczącym izby wyższej białoruskiego parlamentu. Tą informacją Ambasador Łatuszka wyraźnie zmartwił się. Ale znaleźliśmy rozwiązanie, które zaaprobowały obie strony. Nasz marszałek wylatywał więc na zaproszenie Związku Polaków na Białorusi, samolot lądował w Grodnie, gdzie odbyły się rozmowy Marszałka z kierownictwem Związku, potem polecieliśmy do Mińska. 4 października 2003 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika doszło do „przypadkowego” spotkania profesora Longina Pastusiaka z Hienadziem Nawickim, byłym premierem, a od dwóch miesięcy przewodniczącym Rady Republiki (białoruska izba wyższa parlamentu), który „spontanicznie” zaprosił swego polskiego odpowiednika na obiad do pobliskiej restauracji, w której „zbiegiem okoliczności” nie było akurat żadnych gości. Rozmowa przy obiedzie toczyła się w wąskim, może nawet tylko dwuosobowym gronie.
Gdy Paweł Łatuszka, po zakończeniu misji w Polsce, został w 2009 roku powołany na stanowisko ministra kultury, wysłałem Mu list z gratulacjami. Niedługo potem otrzymałem na adres Państwowego Instytutu Wydawniczego, którym wówczas kierowałem, podziękowanie z ciepłym wspomnieniem naszej współpracy.
Później odnotowywałem Jego kolejne awanse dyplomatyczne. Ambasador we Francji, przy UNESCO, w Hiszpanii i w Portugalii. O tym, że zakończył w 2019 pracę w dyplomacji i został dyrektorem Narodowego Teatru Akademickiego w Mińsku dowiedziałem się kilka dni temu z informacji, że właśnie został z funkcji tej odwołany. Karnie, za przystąpienie do Rady Koordynacyjnej utworzonej przez Swietłanę Cichanouską. Za publicznie wygłoszony apel o dymisję ministra spraw wewnętrznych za brutalne potraktowanie przez policję protestujących. Nadal młody polityk, obyty w Europie, rozumiejący twórców i ich dążenia do swobody wypowiedz, nie mógł pozostawać obojętnym na to co dzieje się na Białorusi od kilku tygodni. Na to co działo się tam od pewnego już czasu. Komentatorzy upatrują w Pawle Łatuszce jednego z potencjalnych przyszłych liderów Białorusi, nowej Białorusi. Białorusi bez Łukaszenki. Ekscelencjo, Drogi Pawle, sukcesów i powodzenia Tobie i Twojej Ojczyźnie. Niechaj ”nasz” Mickiewicz czuwa nad Tobą.

O autorytaryzmie, koronawirusie i udawanych obrońcach ludu

Przedwyborcze orędzie Aleksandra Łukaszenki wygłoszone 5 sierpnia oglądałam razem ze znajomą Białorusinką. „Kłamstwo!”, „Co on mówi?!”, „Czemu tak kłamie?” – unosiła się co chwilę, ona, osoba na co dzień absolutnie pokojowo nastawiona do świata. Łukaszenko przez półtorej godziny tłumaczył zebranym parlamentarzystom, ministrom i ambasadorom, że limit rewolucji Białoruś już wyczerpała, potrzebne są stopniowe zmiany i powoli wdrażane reformy. Ostrzegał przed wojną hybrydową, wyśmiewał się z „trzech dziewczynek”, które rzucały mu wyzwanie na opozycyjnych wiecach. Słuchali go z kamiennymi twarzami.

Bodaj najbardziej nieprzeniknione były oblicza mężczyzn w mundurach. Przed wyborami spekulowano: czy niektórzy z nich są gotowi porzucić Łukaszenkę? Żyjący w Polsce białoruski bloger, autor rozchwytywanych opozycyjnych kanałów na platformie Telegram, 22-letni Ściapan Puciła, w sieci Nexta (czyt. niechta – ktoś), twierdził, że niezadowolonych w armii, milicji i nawet białoruskim KGB jest bardzo wielu. Takie ponoć sygnały otrzymywał z kraju, od licznych, rzecz jasna anonimowych źródeł. Opozycja świetnie zdawała sobie sprawę, że postawa siłowików zdecyduje, jak skończy się ta kampania wyborcza. Sama główna kontrkandydatka Łukaszenki, Swiatłana Cichanouska, w ostatnim przedwyborczym apelu wideo zwraca się także do ludzi ze struktur siłowych: nie wykonujcie przestępczych rozkazów!
Kamienie przeciw granatom hukowym
Wykonali. Poza nielicznymi wyjątkami w Kobryniu, Lidzie i Mołodecznie, gdzie 9 i 10 sierpnia funkcjonariusze pozwalali demonstrować niezadowolenie z powodu oficjalnego wyniku wyborów, OMON zadziałał bezwzględnie. Tylko pierwszej nocy zatrzymano ok. trzech tysięcy demonstrantów, w całym kraju, bo protestowano nie tylko w Mińsku: niezadowoleni z cząstkowych wyników wyborów znaleźli się we wszystkich miastach obwodowych. 10 sierpnia przewodniczący Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz zapowiedział, że tym, którzy starli się z OMON-em, grozić będzie nawet 15 lat więzienia. Kilka godzin później demonstracje zaczęły się od nowa: ścisłe centrum Mińska zostało już wcześniej zamknięte przez wojsko, ale tysiące ludzi zgromadziło się przy metrze Puszkinska, bez powodzenia usiłując zabarykadować się na pobliskim skrzyżowaniu. Do konfrontacji doszło w rejonie historycznej Niamihi, obok Pałacu Sportu i hotelu Jubilejny – milicja użyła armatek wodnych, gumowych kul i granatów hukowych, samochody wjeżdżały w tłum, a protestujący stawiali opór, zbijali się w ludzkie łańcuchy, rozpraszali się po osiedlach i klatkach schodowych (opozycyjne kanały na Telegramie pełne są informacji, co i gdzie się dzieje, gdzie w razie potrzeby uciekać, jak dostać się do budynków), rzucali kostką brukową. To granat hukowy najprawdopodobniej zabił pierwszą śmiertelną ofiarę starć: mężczyznę, który próbował odrzucić go z powrotem w stronę funkcjonariuszy. Liczba rannych, w tym ciężko, od gumowych kul, idzie w setki. W nocy z 11 na 12 sierpnia doszedł też kolejny tysiąc zatrzymanych.
Demonstranci ponieśli jeszcze jedną stratę: nie będzie z nimi Swiatłany Cichanouskiej. 10 sierpnia po południu kandydatka, ogłosiwszy się prawdziwą zwyciężczynią wyborów, udała się do siedziby Centralnego Komitetu Wyborczego, by złożyć oficjalny protest. Jej sztab stracił z nią kontakt, zaś 11 sierpnia kobieta odnalazła się już za granicą, na Litwie. Nagrała oświadczenie: uznaje wynik wyborów, przyznaje, że sytuacja ją przerosła, swoich zwolenników prosi o powstrzymanie się od przemocy, a sama wyjeżdża do swoich dzieci, bo to one są najważniejsze. Nikt raczej nie wierzy, że nagranie kandydatki, na którym całkowicie załamana kobieta czyta z kartki upokarzające oświadczenie, naprawdę powstało dobrowolnie: szantaż służb i pozbycie się Cichanouskiej z Białorusi to logiczny finał kampanii wyborczej. Władze odmawiały w niej opozycyjnym kandydatom rejestracji, wsadzały ich do aresztów, odwoływały mityngi Cichanouskiej pod pretekstem wymiany kostki brukowej. Według broniącej praw człowieka organizacji Wiasna, od maja do lipca za udział w spontanicznych protestach zatrzymano łącznie przynajmniej 1140 osób. Jednymi z ostatnich zatrzymanych byli 6 sierpnia dźwiękowcy, którzy podczas plenerowej imprezy dla rodzin z dziećmi (z założenia prorządowej) puścili piosenkę kultowego radzieckiego zespołu Kino – „Pieriemien!” (Zmian), hit, który w tej kampanii stał się jednym z symboli opozycji. Jednego z marzących o zmianach didżejów spotkała w trybie przyspieszonym kara 10 dni aresztu za „chuligaństwo”, jego kolega czeka na sprawę. Łukaszenko chciał być groźny, ale w oczach młodych obywateli nie takimi gestami zdobywa się szacunek i poparcie, podobnie jak nie mogły mu go dać nachalnie puszczane w mińskim metrze przypomnienia o terminie wyborów czy gigantyczne plakaty z datą głosowania rozwieszone w całym mieście.
Przypadkowa niepodległość
Swoją deklarację suwerenności w 1990 r. Rada Najwyższa Białoruskiej SRR ogłaszała bardziej z konieczności niż z przekonania, w wyniku przemian zachodzących w Moskwie, a nie oddolnych ruchów domagających się niepodległości (te były daleko za słabe). Rok później przystąpiono w Mińsku do tworzenia „regulowanej gospodarki rynkowej”. Jak pisze w swojej „Białorusi” historyk Eugeniusz Mironowicz, „szybko rosły fortuny ludzi związanych z elitą władzy. System koncesji, zezwoleń, zwolnień celnych i fikcyjnych kontraktów stworzył zagmatwany węzeł powiązań na styku gospodarki i polityki. Regulowana gospodarka rynkowa dawała możliwość kontroli życia gospodarczego i bogacenia się stosunkowo niewielkiej liczbie obywateli, głównie tych będących blisko obozu władzy”. Dodatkową przeszkodą okazało się uzależnienie białoruskiej gospodarki od rosyjskich surowców, paliw i rynków zbytu. Transformacja okazała się dla obywateli przekleństwem. Demokracja nie wytrzymywała porównania z epoką I sekretarza Piotra Maszeraua (lata 1965-1980), gdy – znowu oddajmy głos Mironowiczowi – „Białoruś zajęła czołowe miejsce w ZSRR zarówno pod względem rozwoju gospodarki, jak i poziomu życia mieszkańców”. Rozwijał się przemysł, postępowała urbanizacja, a opłaty za państwowe usługi telekomunikacyjne, transportowe i komunalne obniżono do symbolicznego poziomu. Aleksandr Łukaszenko, który w wyborach w 1994 r. obiecywał uczciwe państwo, powrót sprawiedliwości społecznej i zahamowanie przemian wolnorynkowych, nie dał szans konkurentom.
Obywatele, którzy pamiętali fatalny początek lat 90., bez żalu wybaczali prezydentowi Łukaszence demontaż kolejnych elementów liberalnej demokracji: podporządkowanie władzom przestrzeni medialnej, upolitycznienie sądów i prokuratur, marginalizację parlamentu, nowe prerogatywy prezydenta włącznie z mianowaniem burmistrzów i dyrektorów fabryk, zniesienie limitu prezydenckich kadencji i nawet przemoc KGB wobec szczególnie niewygodnych konkurentów czy dziennikarzy. Łukaszenko miał charyzmę; nawet niechętni mu przyznawali, że skutecznie zbudował wizerunek przywódcy bliskiego prostym ludziom, wręcz prezydenta-Robin Hooda, który karze nieuczciwych, a dba o najsłabszych. U schyłku lat 90. w białoruskiej gospodarce doszło do wyraźnego ożywienia, a wzrost gospodarczy utrzymał się i w latach następnych, dzięki importowi rosyjskich surowców po obniżonych cenach. To, że pod rządami Łukaszenki wzrosły pensje, emerytury i świadczenia socjalne, przyznaje nawet Anatolij Fieduta, niegdyś rzecznik prasowy białoruskiego przywódcy, dziś jego biograf i krytyk. Jednak model peryferyjnego sterowanego „kapitalizmu z ludzką twarzą”, w zaledwie dziewięciomilionowym państwie uzależnionym od tanich surowców, osiągnął swoje granice.
To nie socjalizm
Poziom nierówności społecznych na Białorusi wciąż jest znacznie niższy, niż u sąsiadów, gdzie neoliberalizm bez hamulców zatriumfował dużo wcześniej, ale w ostatnich latach odsetek żyjących w ubóstwie i różnice w zarobkach rosną coraz szybciej. W maju 2020 r. średnie wynagrodzenie wyniosło na Białorusi 1228 rubli białoruskich (ok. 2550 zł), ale mediana już tylko niecałe 894 ruble (ok. 1780 zł), a dominanta, najczęściej spotykana, nie przekraczała 640 rubli (1280 zł). Takich różnic między medianą a średnią nie było nigdy w ostatnich dziesięcioleciu. W dodatku wszędzie rosną ceny, a zarobki wyliczone dla całego kraju są praktycznie nieosiągalne poza Mińskiem: przykładowo w położonym na zachodzie kraju obwodzie brzeskim mediana i dominanta to odpowiednio 828,5 i 581 rubli, we wschodnim mohylewskim – 811 i 565. Kolejna zmiana, której nie da się nazwać prospołeczną: od 2016 r. na Białorusi systematycznie podnoszony jest wiek emerytalny, o pół roku co rok, aż w 2022 r. zostanie osiągnięty poziom docelowy – 63 lata dla mężczyzn i 58 dla kobiet. Władze przestały również wliczać do stażu pracy czas służby w wojsku, urlopu macierzyńskiego czy opieki nad osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji. Jeszcze wcześniej, w 2010 r., zlikwidowano część ustawowych ulg dla studentów i emerytów. prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są mocno ograniczone. Bezrobocie pozostaje na niskim poziomie, ale już 70 proc. pracujących, nawet w wielkich państwowych zakładach, nie ma umowy na czas nieokreślony, tylko kontrakt na mniej niż trzy lata, co w oczywisty sposób zniechęca do wchodzenia w spory z kierownictwem zakładu; prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są zresztą mocno ograniczone. Władza woli, by krytykowano ją z liberalnych czy ogólnikowo proeuropejskich pozycji, niż z lewa.
W takie państwo coraz bardziej z nazwy socjalne uderzył dodatkowo koronawirus: światowa dekoniunktura uderzyła w te rynki, dokąd trafiało najwięcej białoruskiej produkcji naftowej czy innego towaru eksportowego, jakim są nawozy (kupują je w Mińsku m.in. Chiny i Brazylia). Zamknięte przez kilka miesięcy granice odcięły kilkuset tysiącom obywateli popularny rosyjski kierunek wyjazdów zarobkowych, zabiły turystykę, którą w ostatnich latach władze starały się rozwijać, choćby poszerzając strefę bezwizową przy granicy z Polską, uderzyły w sektory, gdzie dominował prywatny biznes, jak gastronomia. Łukaszenko może zapewniać, że żadnej pandemii nie ma, ale niepokój wśród obywateli i spadek ich dochodów jest faktem: jeszcze w kwietniu w sondażu SATIO 45 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich wynagrodzenia od początku kryzysu spadły. Po 48 proc. zadeklarowało, że traktuje epidemię poważnie, unikając dużych skupisk ludzkich i stosując środki antyseptyczne. Eksperci Centrum Badań Ekonomicznych BEROS spodziewali się już wzrostu bezrobocia do poziomu 15 proc., a gdyby światowe ograniczenia w gospodarce i transporcie miały trwać dłużej, utrudniając Białorusi odbicie – nawet do 30 proc. To już 1,3 mln dodatkowych bezrobotnych i społeczne załamanie.
Łukaszence coraz trudniej w takich warunkach przekonywać, że to on powstrzymał transformacyjną katastrofę, a potem ocalił białoruską suwerenność – coraz więcej obywateli widzi, że w obliczu nowej katastrofy władza bardziej angażuje się w zamykanie ust opozycji, niż w walkę ze skutkami kryzysu. Łukaszenko przestał być autorytarnym, lecz troskliwym przywódcą, tylko zwykłym dyktatorem, który rządzi zdecydowanie za długo i któremu chodzi wyłącznie o utrzymanie się przy władzy. Zwłaszcza na ludziach młodych, którzy całe świadome życie przeżyli z Łukaszenką, jego przemowy nie robią żadnego wrażenia. Już wcześniej mieli do prezydenta pretensje o brak wolności słowa, toporną propagandę i ograniczone perspektywy. Teraz, przekonani, że gorzej być już nie może, gotowi są poprzeć każdego, kto nie jest Łukaszenką, choćby nie miał programu i niczego konkretnego nie obiecywał. Nie zajmują się geopolitycznymi rozważaniami, lecz instynktownie porównują swój kraj z Polską, którą wielu z nich w jakimś stopniu poznało; ani im w głowie przeczucie, że Białorusi groziłby w razie politycznego przewrotu los Ukrainy i jej przeraźliwie spauperyzowanego społeczeństwa.
Twarz bez programu
Niektóre mityngi Swiatłany Cichanouskiej, za sprawą administracyjnych utrudnień często zwoływane w parkach, przypominały na zdjęciach potajemne wiece socjalistyczne w czasach rewolucji 1905 r.: w Iwanowie w lesie nad rzeczką Tałką czy w Łodzi, też poza miastem, daleko od fabryk. Podobieństwo to jednak czysto wizualne; czerwone sztandary w tłumie zwolenników opozycji zdarzały się, ale rzadko, małe partie lewicowe, jak Sprawiedliwy Świat, mozolnie starały się przekazywać swoje postulaty, ale większość wiecujących chciała odejścia Łukaszenki, nie zastanawiając się, co dalej. Nawet jeśli, jak twierdzą lewicowi aktywiści, przychodzili na wiece z powodu swoich codziennych bolączek związanych choćby z niskimi zarobkami. Cichanouska zupełnie otwarcie mówiła, że nie ma programu – poza postulatem przeprowadzenia uczciwych wyborów, i że nie jest politykiem – weszła do gry, bo aresztowano jej męża, a sama chciałaby wrócić do prowadzenia domu i „smażenia kotletów”. To dostatecznie jasna sugestia, że w ostatecznym rozrachunku prezydentem zostałby ktoś inny, a jego doradcy mieliby już bardziej konkretne pomysły dla Białorusi. Jakie, można się domyślić, patrząc na Ukrainę i rząd utworzony po Majdanie, ale i na Litwę, która Cichanouską wspiera – i tam wygrał neoliberalizm, a razem z nim rozwarstwienie społeczne, wysoki wskaźnik ubóstwa i migracji zarobkowej. Cichanouska świetnie wychodziła na zdjęciach razem z sojuszniczkami, Maryją Kolesnikawą i Wieraniką Cepkało, ale jak zauważył Kamil Kłysiński, analityk przychylnego białoruskiej opozycji Ośrodka Studiów Wschodnich, traciła pewność siebie w przemówieniach, jakby sama obawiała się tego, co będzie dalej. Gdy jej najbardziej zagorzali zwolennicy ruszyli na ulicę, ona nigdy do nich nie dołączyła. Zupełnie jakby miała być tylko twarzą, zdobyć zaufanie ludzi, zostać Matką narodu po tym, gdy zawiódł Ojciec… a po chwili otworzyć drogę dla zupełnie innych sił.
Zdaniem Kłysińskiego bez ikonicznej, choć słabej programowo przywódczyni protesty wygasną, chociaż nie od razu. W nocy z 11 na 12 sierpnia w Mińsku i innych miastach obwodowych demonstrowano ponownie, znowu ze strony OMON-u leciały granaty hukowe, a z szeregów opozycyjnych kamienie i butelki. Nadziei na masowe przechodzenie milicjantów na drugą stronę już nie ma: centrum Mińska jest ściśle kontrolowane przez wojsko, protestujący mogli zgromadzić się na kilka godzin tylko przy stacjach metra na peryferyjnych osiedlach-sypialniach. Opozycja liczyła jeszcze na formę walki zwykle przez neoliberałów pogardzaną – robotniczy strajk, 11 sierpnia opozycyjne kanały na Telegramie publikowały wezwanie do ogólnokrajowego zatrzymania zakładów. Doniesienia o przerwach w pracy popłynęły jeszcze 10 sierpnia z kilkunastu wielkich fabryk, ale jak wynika z przeglądu białoruskich mediów, w tym społecznościowych, poczynionego przez absolutnie nie łukaszenkowski, ukraiński portal 112.ua, to nie masowe zatrzymania produkcji, lecz protesty części załóg, mityngi kilkudziesięcio-kilkusetosobowe. Jakby złość przegrała jednak z poczuciem, że te protesty nie mogą skończyć się dobrze.
Kryzys jeszcze przyjdzie
Władza nie zawaha się dalej używać siły. Pogłębiania się pandemicznego kryzysu Łukaszenko nie uniknie, na nowe socjalne reformy nie ma ani zasobów, ani szczególnych chęci. Nie ma też w jego otoczeniu ludzi myślących w tym kierunku: zależy im na niepodległości, bo w jednym państwie z Rosją zderzyliby się z jeszcze drapieżniejszą oligarchią i dużo mocniejszymi strukturami siłowymi, ale stawką jest dla nich utrzymanie własnego majątku i pozycji, nie dobro ludu. Przed Mińskiem niełatwe dalsze rozmowy o integracji w kierunku wschodnim, a i najbardziej optymistyczny scenariusz rozwoju sytuacji w gospodarce, w którym pracę traci „tylko” pół miliona ludzi, to nadal wariant dramatyczny.
Niegdysiejszemu mężowi opatrznościowemu pozostaje zastraszenie niezadowolonych, by przez jakiś czas się nie podnieśli. Nieprzypadkowo aresztowania podczas protestów nie minęły również przedstawicieli socjalistycznej i komunistycznej lewicy, warunkowo wspierającej opozycję. Działacze Sprawiedliwego Świata i białoruskich Zielonych podczas wieców Cichanouskiej rozdawali ulotki, na których sformułowano program minimum: cofnięcie wszystkich antyspołecznych reform ostatnich lat, w tym emerytalnej, stabilne zatrudnienie zamiast umów krótkoterminowych, skrócenie czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowych zarobków. I w takim kontekście, przy mocnych gwarancjach swobodnego działania ruchu związkowego, wielopartyjna demokracja zamiast autorytaryzmu. To mógłby być program dla Białorusi – ale taki program nie zyska wsparcia z zewnątrz, ani z zachodu, ani ze wschodu. O sprawiedliwość społeczną walczy się najtrudniej.