Sushi con carne

Jarosław Kaczyński, wicepremier, dał głos w kwestii międzynarodowej. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zapowiedział, że są tacy co na nas dybią. „Mamy do czynienia z próbą odebrania nam suwerenności” – powiedział prezes, mając na myśli Unię Europejską. „A dziś instytucje Unii Europejskiej, jej przeróżni urzędnicy, jacyś politycy, których Polacy nigdy nigdzie nie wybierali, żądają od nas byśmy zweryfikowali całą naszą kulturę, odrzucili wszystko, co dla nas arcyważne, bo im się tak podoba” – snuł swą opowieść Kaczyński, de facto ogłaszając Polexit.
Choć może nie do końca, bo prezesowi chodziło o to, żeby Unia odczepiła się od praworządności u nas i na Węgrzech i przestała truć o pieniądzach unijnych uzależnionych od tego, czy w Polsce sędziów będzie wybierał PiS, czy nie PiS. Kaczyński powiedział więc, że „Będzie weto. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronić żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus. I tak będziemy działać wobec każdego, kto będzie stosował wobec nas jakieś wymuszenia”.
Dlaczego Prezes-wicepremier to powiedział? Bo mógł, a na dodatek wiedział, że Unia na taką wypowiedź zareaguje nijak. Zdawał sobie sprawę z tego co „Sushi” pisało tydzień temu, czyli, że od głosów Polski i Węgier zależy to czy Unia załatwi kasę na wielusetmiliardowy Fundusz Odbudowy i będzie miała od stycznia budżet. Kaczyński wie, że może wygadywać największe głupoty i Polsce włos z głowy nie spadnie. Bez głosów Polski i Węgier pozostałe 25 krajów byłoby w bardzo niefajnej sytuacji finansowej. Unia nie będzie więc umierała za sędzię Morawiec. Będzie za to traktowała kraj rządzony przez PiS jak kupę. Tę, której nie można dotknąć, bo zacznie śmierdzieć. Bruksela wie, że rządy populistów w Polsce kiedyś się skończą. Dlatego korzysta ze starej mądrości chińskiej mówiącej co trzeba zrobić z wrogami, których nie można pokonać. Siada się wtedy nad rzeką i patrzy w jej nurt, czekając kiedy dostrzeże się w nim trupy tychże wrogów. Takie zwycięstwo wymaga bowiem nie krwi, ale cierpliwości i pozwolenia rządowi Morawieckiego na robienie tego, co robi. Czyli jednej głupoty za drugą.

Swiatłana Ciechanauska tuż po ucieczce na Litwę wyglądała na osobę śmiertelnie przestraszoną i sterroryzowaną. Wzywała do spokoju. W łukaszenkowskim więzieniu był jej mąż, a bezpieczeństwo jej dzieci zależało od widzimisię szefującego Białorusi dyrektora kołchozu.
Po dwóch dniach Ciechanauska objawiła się już jak „Wolność prowadząca lud na barykady”. Była kwitnąca, odważna i wzywała do demonstrowania.
Co się wydarzyło w tym czasie? Przecież status jej męża się nie zmienił, a dzieci też nie dostały ochroniarzy z amerykańskiej Secret Service?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba spojrzeć na mapę i pogadać z Białorusinami. Pokrewieństwo języków Rosjan i Białorusinów to nie jedyna więź łącząca oba państwa. Jest też kwestia ekonomii, obronności i oczywiście kultury.
Rosją rządzi Władimir Władimirowicz. Ponoć Łukaszenka zawsze działał mu na nerwy. Polityka Rosji wymaga jednak, żeby zawsze wspierać tych, których się wspierało, a nie robić jak Amerykanie z Kurdami. Dlatego Putin Łukaszenkę poparł. Nie byłby jednak politykiem rosyjskim, gdyby nie widział co się święci i nie prześwietlił Ciechanauskiej. Zawsze lepiej mieć zawczasu kilka rozwiązań w zanadrzu.
Putin musiał być jednak pewien, że nieprzewidziany scenariusz białoruski nie zagrozi interesom rosyjskim. Ciechanauska, jak każdy normalny Białorusin czy Białorusinka, nigdy antyrosyjska nie była. „Sushi” jest dziwnie przekonane, że niedoszła prezydent Białorusi powiedziała to wysłannikowi Putina, a kto wie, czy nie jemu samemu przez telefon. Czy usłyszała gwarancje bezpieczeństwa dla siebie, męża i dzieci? Czy Putin przekonał się, że z Ciechanauską „można robić interesy”? Odpowie przyszłość. Teraźniejszość jednak jest taka, że Łukaszenka wsparcia Moskwy nie czuje. Wtedy pozwalałby ludziom tupać na ulicach jak robią to Kaczyński i Orban. Tuptanie demonstrantów władzy bowiem nie szkodzi. Łukaszenko widać nie ma komfortu pewności i siły, bo demonstrantów pacyfikuje.
Pacyfikacje zaś w przeciwieństwie do olewania demonstrantów, zawsze w historii powodowały, że opór tłumów tylko rósł. Oczywiście Putin kwestię białoruską wygra tak czy owak, czyli stawiając właśnie na Ciechanauską i tworząc wraz z nią z Białorusi „drugą Finlandię”. Za unijne pieniądze, ale z rosyjskimi bazami

Nieznośna niezmienność relacji z Łukaszenką

Tekst, który przeleżał się w szufladzie 5 lat, pokazuje, że oficjalne podejście polskich rządów do reżimu i Białorusinów jest niezmienne. Co udowadnia rozmowa Stefana Płonickiego z prezesem opozycyjnej do Łukaszenki Fundacji Renesans.by – Andreiem Sumarem.

Jak się zostaje opozycjonistą na Białorusi?
Wystarczy powiedzieć oficjalnie co się myśli o władzy. To już pozycjonuje człowieka jako opozycjonistę, za coś takiego trafia się na „czarną listę”. Ja byłem na tyle naiwny, że sądziłem, że jak Konstytucja Białoruska daje możliwość wybierania i bycia wybranym do parlamentu, to mogę startować jako kandydat niezależny. Zwłaszcza, że byłem przekonany, że ludzie nie rozumieją, co naprawdę dzieje się w naszym kraju. Skończyło się na tym, że najpierw mnie parę razy zatrzymano, a dzień przed wyborami skreślono z list wyborczych.
W czasie kampanii wyborczej spotykałem się z ludźmi i opowiadałem co trzeba zmienić na Białorusi. Jako przykład sukcesu przemian zawsze podawałem Polskę. Teraz, gdy lepiej poznałem Polskę, już na pewno bym tego nie zrobił.
Nasi, niegdysiejsi opozycjoniści uwielbiają mówić o gehennie jaką przeszli. Niechże pan coś powie o własnej martyrologii.
W wyborach pomagało mi ok. 30 osób. Połowa to studenci, byli też przedsiębiorcy, emeryci i parę kasjerek sklepowych. I każdą z tych osób odwiedziło dwóch funkcjonariuszy białoruskiego KGB. Wypytywali co robimy i sugerowali, że są tysiące rzeczy ciekawszych niż branie udziału w kampanii wyborczej. Parę osób z tego powodu się wycofało, a kilka innych wyraźnie straciło zapał do pracy. Oczywiście represje reżimu nie ominęły mojej rodziny. Syn, który zawsze miał świetne oceny, nagle zaczął dostawać mierne. Żona zaczęła mieć problemy w pracy, a ja musiałem zrezygnować z działalności gospodarczej, bo poinformowano mnie, że mogę zacząć mieć problemy bo jak przyjdzie kilkanaście kontroli, to zawsze coś na mnie znajdą. Poza tym tuż po wyborach wmanewrowano mnie w sprawę fałszywych banknotów dolarowych. Milicjanci grzecznie uprzedzili mnie, że ich zdaniem jestem niewinny, ale gdybym przed zakończeniem śledztwa w tej sprawie znowu zaczął działać politycznie, to ze świadka, szybko stanę się podejrzanym. A sprawa wyglądała tak, że w kantorze tuż przede mną kobieta, której w życiu nie widziałem wymieniała 100 dolarów. Banknot był fałszywy i kasjerka wezwała milicję. Wtedy ta kobieta powiedziała, że dostała studolarówkę ode mnie. A na dodatek pojawiła się jeszcze inna kobieta, która też to widziała. Potem było zatrzymanie i przeszukanie mieszkania. Nawet teraz, gdy już od kilku miesięcy jestem w Polsce i ubiegam się o status uchodźcy, moja żona dostaje wezwania do zapłaty za rzeczy, które były zapłacone tak dawno, że śladu po pokwitowaniach nie miała. Wszystko to po to, żeby pokazać innym, że nie opłaca się być niechętnym reżimowi Łukaszenki.
Jest pan prezesem Fundacji Renesans.by. To pana formacja polityczna?
Gdy mnie skreślono w list wyborczych, mnóstwo ludzi było rozczarowanych tą sytuacją. Miałem mnóstwo wyrazów poparcia i postanowiłem coś z tym zrobić. Powstała organizacja licząca ok. 700 członków. Oczywiście organizacja ta nie mogła być zarejestrowana na Białorusi. Tam rejestrowaniem stowarzyszeń zajmuje się administracja, a nie sądy jak u was. W Łukaszystowskiej administracji nie mamy szans. Te 700 osób dało nam deklaracje z własnymi danymi i podpisami. Archiwum z tymi papierami jest najściślej chronioną przed władzą tajemnicą Renesansu. Zarejestrowaliśmy się w Polsce, a to dlatego, że na Białorusi jest przepis, że za wypowiadanie się w imieniu organizacji nie mającej tożsamości prawnej można dostać 2 lata więzienia.
Z powodu tego, że zostałem zneutralizowany przez władzę aferą z fałszywymi dolarami, ograniczaliśmy się tylko do kolportowania ulotek. Rozpędu nabraliśmy dopiero, gdy odkryliśmy aferę związaną z wydawaniem wiz przez polskie konsulaty. Początkowo ludzie sądzili, że trudności z uzyskiwaniem polskich wiz to sprawa nowej ekipy w konsulatach, że przyszli jacyś idioci i wedle ich humoru zamiast na rok można dostawać wizy na miesiąc albo trzy miesiące. Potem zaś doszło do tego, że normalną drogą uzyskanie polskiej wizy było prawie niemożliwe. Trzeba było ją załatwiać przez pośredników, którzy winszowali sobie za to 100-150 euro. Ludzie z Renesansu przyjrzeli się tej sprawie i wyliczyli, że cały ten wizowy biznes generuje przychody ponad 50 milionów euro rocznie. Większość, z tych pieniędzy zaś trafia do pracowników polskich placówek konsularnych.
Ale odkrycie przekrętu wizowego ma mało wspólnego z obalaniem reżimu Łukaszenki.
Tak, ale wizy były tą sprawą, którą mnóstwo członków Renesansu się zainteresowało. Zależało im, żeby tę sprawę załatwić. No i zacząłem występować w niezależnych mediach i działać na rzecz zakończenia tego korupcyjnego procederu. Oczywiście pisałem też do władz polskich i białoruskich w tej sprawie. Wszystko bez efektu.
Czy Renesans korzystał kiedyś z finansowego wsparcia „wolnego świata” dla opozycji antyłukaszenkowskiej?
Miliony dolarów i miliony euro na wsparcie opozycji na Białorusi widziałem tylko w sprawozdaniach amerykańskiego Departamentu Stanu i polskiego MSZ. Na własne oczy nie zobaczyłem nawet złamanego centa. Pisałem do instytucji amerykańskich i do Brukseli. Amerykanie nawet nie odpisali, a z Funduszu Europejskiego po kilku miesiącach przyszła odpowiedź, że na razie nie będą nas wspierali.
A do naszego MSZ też uderzaliście?
W roku 2013 napisałem do nich, nawet nie w sprawie wsparcia finansowego, ale o udzielenie pomocy technicznej. Chodziło o wydanie bezpłatnych wiz dla grupy dziennikarzy białoruskich, których na własny koszt chcieliśmy przywieść do Warszawy, żeby opublikować przygotowany przez nas rejestr przestępstw popełnionych przez reżim Łukaszenki przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. W rejestrze był opis zdarzenia, zdjęcia, paragraf, z którego korzystała władza karząc dana osobę no i oczywiście dane tych represjonowanych osób oraz dane osób odpowiedzialnych za represję urzędników, fałszywych świadków itp.. MSZ nie raczyło odpowiedzieć. Tak samo jak i na kilka kolejnych wniosków o dofinansowanie lub inną pomoc.
W kontekście tego, że nagłaśniacie sprawę korupcji wśród polskich dyplomatów na Białorusi, to chyba nie powinno pana dziwić.
Z tego co mi się wydaje, żadne nowe ruchy opozycyjne na Białorusi nie dostają żadnej pomocy. Jest grupa kilkunastu osób z tzw. starej opozycji i ci ludzie są zapraszani do Warszawy, Brukseli i Waszyngtonu. I chyba tylko oni mogą liczyć na jakąś pomoc. Natomiast jeśli chodzi o stosunki polsko-białoruskie to są one w ostatnich latach kształtowane pod wpływem tego nielegalnego biznesu wizowego. Strona białoruska wiedząc o wszystkim, przymyka na to oko, a polski MSZ w zamian za to stara się nie drażnić reżimu.
A jednak jest pan tutaj i stara się o status uchodźcy politycznego.
We wniosku o udzielenie mi azylu napisałem, że nie zamierzam emigrować do Polski na stałe. Zależy mi tylko na tym, żeby raz na zawsze załatwić sprawę haraczu za wizy dla Białorusinów. Gdy staną się one dostępne na niekryminalnych zasadach, wrócę na Białoruś, bo tylko tam można działać na rzecz demokracji skutecznie. Teraz dla Białorusinów jestem emigrantem, a dla Polaków imigrantem. To nie służy byciu politykiem. Będąc w Polsce nie stanowię dla reżimu Łukaszystowskiego najmniejszego zagrożenia.
A dlaczego właściwie Łukaszenka toleruje ten biznes wizowy?
Jeżeli my, cywilni Białorusini poznaliśmy mechanizm tego procederu, wyliczyliśmy kwoty jakimi obracają przestępcy, to nie ma takiej możliwości, by wszechwiedzące białoruskie KGB nie wiedziało jeszcze więcej. Wiedzą na pewno kto płaci i komu płaci. A dlaczego tego nie ujawniają? Bo dzieki temu wiedzą, że trzymają polską dyplomację za twarz. Polski MSZ nie może podskoczyć, bo gdyby to zrobił, to pojawią się dokumenty. I skutki tego już widać. Polski MSZ od jakiegoś czasu nie nagłaśnia łamania praw obywatelskich, nie pokazuje prześladowania opozycji. A przecież na Białorusi nic się pod tym względem w stosunku do tego co było kilka lat temu nie zmieniło. Ludzie jak byli zamykani tak są, opozycjoniści jak podlegali represjom, tak podlegają i dziś. Moim zdaniem obowiązuje niepisana umowa. MSZ prowadzi swój biznes. Łukaszenka temu nie przeszkadza. W zamian za to MSZ nie wspiera akcji, które mogłyby zagrozić interesom politycznym Łukaszenki. I dlatego działalność polskiej dyplomacji na Białorusi sprowadza się do działań nieefektywnych. Choćby takich jak finansowanie telewizji Biełsat, której na Białorusi nikt nie ogląda, albo na Ośrodek Debaty międzynarodowej, gdzie na spotkania przychodzi garstka osób. Tych samych osób.
A może czesanie Białorusinów z pieniędzy to też dobry interes dla ludzi Łukaszenki?
W lutym 2013 złożyłem zawiadomienie do Prokuratury Generalnej Białorusi. Sprawę przekazali milicji, Milicjanci na przesłuchaniach mówili mi, że sprawa nabiera rozpędu i wszystko co pisałem znajduje potwierdzenie. Powiedzieli też, że zaraz w sprawę włączy się KGB, bo w grę wchodzą osoby zagraniczne. Nic z tego nie wyszło po kilku tygodniach sprawa umarła. Ale równocześnie zaczęły do nas docierać informacje, że nielegalny biznes wizowy zamiera. Firmy przestały realizować zamówienia. Wydawało nam się, że wygraliśmy. Nic z tego po maja jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe firmy pośredniczące w załatwianiu wiz. Ich liczba z 20 skoczyła do 70-ciu. Mało tego okazało się, że większość tych firm założyli ludzie związani z milicją i KGB. Widocznie władza doszła do wniosku, że po zakończeniu owocnej służby najlepszych ludzi trzeba nagrodzić z zysków z tego biznesu. Łukaszenko wygrał zatem tę sprawę podwójnie. Raz – trzyma polski MSZ za gardło, dwa – korzysta z tego finansowo.
Od kilku miesięcy spotyka się pan z posłami, pisze do urzędów, a jednocześnie mieszka pan w ośrodku dla uchodźców. Jak się panu żyje w kraju, który był dla pana wzorem?
Na Białorusi stosowano w stosunku do mnie różne represje i formy uprzykrzania życia, ale to co spotkało mnie tutaj było dla mnie nie do wyobrażenia. Gdy ministrem Spraw Zagranicznych został pan Schetyna, kolejny raz napisałem do MSZ w sprawie wiz. Zaproponowałem spotkanie. Oddzwonili do mnie i powiedzieli, że wkrótce coś zorganizują. Nic z tego nie wyszło, natomiast w miejscu gdzie mieszkałem zaczęły się w tym czasie dziać dziwne rzeczy. Najpierw byłem atakowany fizycznie przez innych uchodźców, choć zupełnie nie dawałem do tego żadnych powodów. Potem dokwaterowano do mojego pokoju faceta, który z racji stażu więziennego nazywany był generałem. Moje prośby, żeby przeniesiono go do któregoś z pustych pokoi, bo nie lubię gdy mnie się co rano straszy tym co spotka moja rodzinę jak nie będę się słuchał, władze ośrodka ignorowały. Mieszkałem z „generałem” przez 2 tygodnie, aż się sam przekwaterował. Prawdopodobnie do Niemiec.
Poza tym parę razy jako jedyny w całym ośrodku doznałem 5 razy bardzo mocnego zatrucia pokarmowego. Kiedy indziej w siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, przyczepił się do mnie Czeczen i wymachując komórką z fotografią Hitlera zaczął krzyczeć do mnie „Heil Hitler” oraz, że nienawidzi Ruskich. Nie przeszkadzało mu nawet to, że inni powiedzieli, że przecież nie jestem Rosjaninem, tylko Białorusinem. Wyzwiska trwały pół godziny. Gdy wezwaliśmy policję Czeczen uciekł. Miałem wrażenie, jakbym był pod ciągłą presją i przede wszystkim obserwacją. W czerwcu czterokrotnie biłem się w ośrodku z Czeczenami. 6 czerwca doszło do tego, że ściany korytarza zalały się krwią a jedną osobę karetka zabrała do szpitala.
A władze ośrodka nic?
Wielokrotnie zwracałem się do nich, do policji, do ochrony ośrodka, żeby zrobili coś, żeby to się skończyło. Władze ośrodka kazały mi się przyzwyczaić do tego, bo to ośrodek, a policja powiedziała, że dopiero jak ja będę bardzo pobity, to wtedy zainteresują się sprawą.
Może Czeczeni mają coś do pana?
Nie. Zdarzyło się nawet, że ci, którzy próbowali mnie pobić przychodzili i przepraszali, mówiąc, że ktoś im kazał to zrobić. Kto? Mogę się tylko domyślać i wydaje mi się, że dosięgły mnie macki mafii związanej z tym biznesem wizowym. Dziwię się tylko, że namawiając ludzi do bicia mnie nie sprawdzili, że byłem prezesem Białoruskiej Asocjacji Tae-Kwon-Do i mam czarny pas. Wygląda na to, że ktoś chce żebym sie przestraszył i uciekł. Tylko, że ja jestem i cierpliwy i uparty, a poza tym nie boję się.
Ale przecież pobicia zgłaszał pan policji…
Tak. Tylko sprawy poumarzano ze względu na niewykrycie sprawców. Sprawców, których wskazywałem niemal z imienia i nazwiska. Nikomu nie zależało by cokolwiek wyjaśnić. To mnie nie dziwi, bo przecież w Ośrodku doszło do morderstwa Sergieja Lisowskiego. Prowokatora z Ukrainy. To on pierwszy zaczął się ze mną bić. Opowiadał, że współpracuje z polskimi służbami specjalnymi i już wkrótce znajdą mu nowe zadana i mieszkanie. Nie znaleźli. Jego natomiast znaleziono na chodniku pod ośrodkiem. Po tym jak powiedział, że wraca na Ukrainę, bo polskie służby go wystawiły do wiatru. Oficjalnie popełnił samobójstwo wyskakując z 3-go piętra, dziwne, że nie było złamań i śladów krwi, a zwłoki leżały jakby je ktoś podłożył. No i mimo ciszy nocnej nikt nie słyszał uderzenia ciała o ziemię. A ponieważ miał zeznawać w sprawie moich pobić, sądzę, że jego śmierć nie była przypadkiem i wiązała się ze mną. Ktoś dawał mi do zrozumienia, co się stanie, jeśli nie przestanę drążyć tematu wiz.
Przecież gdyby chcieli pana uciszyć, to by uciszyli.
Kolejnym ostrzeżeniem była sprawa zaatakowania nocą w lesie koło ośrodka człowieka mojej postury nożem. Na szczęście nóż wbił się w notatnik na piersi ofiary. Policja wezwała mnie niby jako tłumacza, ale chyba tylko po to, żebym przez 2 godziny siedział w pokoju eksperta patrząc na nóż i notatnik. W którym zresztą dziura nijak nie pasowała do ostrza. Odebrałem to jako osobiste ostrzeżenie. Mimo wielu represji na Białorusi, to co spotyka mnie tutaj świadczy niestety, że tamto to była kaszka z mleczkiem
Wciąż zachwyca się pan osiągnięciami Polski?
Kiedyś nawet koledzy uważali mnie za fanatyka Polski. Teraz czuję się głęboko rozczarowany. Macie jakieś wady w ustroju demokratycznym. U nas jest reżim autorytarny, ale wiadomo, kto za co odpowiada. U was nie ma żadnej instytucji, która miałaby kompetencje załatwienia czegoś od początku do końca. Skoro przypadku ewidentnego łamania prawa nie da się załatwić ani w Sejmie, ani w ministerstwie, ani w prokuraturze, to świadczy, że coś u was nie działa. Nie chcę takiej demokracji na Białorusi.

Wywiad przeprowadzono w październiku 2015 r.

Białoruska paranoja

Jednym z najniebezpieczniejszych momentów chwili obecnej jest pewne zakłopotanie polityczne wiążące się z przejściem od wyborczego karnawału do powyborczego postu. Pewne zakłopotanie wiążące się z niejasnym odczuciem, że być może powiedzieliśmy za dużo, że być może żeśmy kogoś niepotrzebnie obrazili, że może trzeba spojrzeć realnie i zweryfikować dotychczasowe postawy okazuje się bardzo niebezpieczne i zwodnicze.

Oczywiście wątpliwości ma tylko jedna strona barykady, co powoduje to, że mnożą się polityczne błędy ze strony tak opozycji jako całości i jak i Lewicy jako Lewicy. Jedne, jak wpadka z pensjami dla prominentów, stają się widoczne już w chwilę po popełnieniu inne niestety sprawiają wrażenie zupełnie ignorowanych chociaż można sądzić, że właśnie one są szczególnie dalekosiężne i groźne.
Do takich jak sądzę należy obecny białoruski obłęd. Masowe protesty tamtejszej ludności przeciwko sfałszowaniu wyborów przez tamtejszego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę obudziły wszystkie tradycyjne demony polskiej mieszczańskiej polityki wschodniej.
Oczywiście mówienie o demonach to jedynie formuła retoryczna bo demon jest jeden i od przeszło stu lat ten sam. Jest to oczywiście tzw. prometeizm. Przekonanie że Polska (jak mityczny Prometeusz ludziom) podaruje Wschodowi Europy wyzwolicielski ogień, którego ofiarą padnie nie tylko to co więzi Białorusinów, Ukraińców, Gruzinów, Czeczeńców itd. itp. ale również samo „więzienie narodów” – Rosja.
Tyleż żałosne co tragiczne dzieje wymachiwania „prometejskim” ogniem na Wschodzie do czasu powstania PRL zostało dość dobrze opracowane przez historyków i mogło się wydawać że stanowi jak hiszpanka czy dżuma zamknięty rozdział polskiej historii. Niestety zarzewie prometejskiego ognia zostało przeniesione przez okres 1944-1989 i przekazane przez księcia Giedroycia Adamowi Michnikowi. Dzięki temu ostatniemu po roku 1989 powróciło do polskiej polityki jako „szlachetna” aczkolwiek mocno odjechana idea zbawienia Rosji wbrew samym Rosjanom.
Odkąd też okazało się, że Rosjanie nie są w stanie budować demokracji nie otrzymując żadnego wynagrodzenia za pracę i opowiedzieli się po stronie putinowskiego autorytaryzmu prometeizm przybrał charakter osobistej wojny Adama Michnika z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Ta „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” trwa już trzydzieści bitych lat i generalnie rozwija się bez przeszkód jako, że Polska należąc do Unii Europejskiej mogła i nadal może uprawiać tzw. „politykę wschodnią” całkowicie nieodpowiedzialnie nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Kryzys białoruski jest kolejnym momentem szczerzenia zębów przez prometejskie elity polityczne Rzeczypospolitej w obronie demokracji i suwerenności Wschodu. Jest to co prawda konflikt o wymiarze globalnym, ale jak to mawiają: gdy konia kują polska żaba może bez ograniczeń nogę podstawiać. Osobiście należę do milczącej większości (chociaż ponieważ milczy trudno ustalić czy jest większością czy jedynie dużą grupą mniejszościową), która generalnie tak do prometeizmu jak i do demokratyzacji nastawiona jest mocno sceptycznie. Wydarzenia na Białorusi określone przez Adama Michnika jako „Rewolucja Godności” jawią się jako kolejna odsłona przerabianych do znudzenia „Karnawałów Solidarności”, „Jesieni Ludów”, „Arabskich Wiosen”, „Rewolucji Pomarańczowych”, „Brzoskwiniowych” i „Arbuzowych”, Majdanów takich i owakich oraz Anielskich i Czarnych Sotni. Te same schematy fabularne, te same złudzenia, te same oszustwa, te same rozczarowania i te same marzenia o sprawiedliwym Jarosławie dającym „pięćset plus” czynią cały ten emitowany już czterdzieści lat serial mocno niestrawnym. Będzie to bardzo niepoprawne politycznie i może niebezpiecznie ale moje odczucia względem Białorusi przypominają jakimś stopniu odczucia starego więźnia obozu koncentracyjnego, który słyszy muzykę Wagnera zapowiadającą przybycie na rampę transportu nowych więźniów. Jest w tym jakaś doza litości, jest też poczucie zażenowania i beznadziei, ale niestety żadnych złudzeń.
Zaznaczam, że są to moje odczucia i jako człowiek który sam w życiu wiele błędów popełnił jestem skłonny zrozumieć i wybaczyć polityczny infantylizm i naiwność lewicowym miłośnikom białoruskiej „Rewolucji Godności”. W Końcu każdy uczy się na błędach a wyrastanie w środowisku politycznym zdominowanym przez Adama Michnika czy Janusza Palikota to bardzo ciężkie polityczne dzieciństwo, które wiele tłumaczy. Należy też zauważyć, że wpływ lewicowych miłośników rewolucyjnej Białorusi na wydarzenia w tym pięknym kraju jest tak znikomy, że można wziąć to wszystko w nawias i uznać, że tak naprawdę nie ma sprawy.
Nieszczęście zaczyna się w momencie gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc, w kraju w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia żeby walczyć o demokrację na Białorusi jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym.
To, że wybory w Polsce osiągnęły poziom rozgrywek brydżowych w Wąchocku (gdzie jak wiadomo: na kartę świnia z sołtysem wygrała) to tylko niewielki fragment większej całości. Fasadowy charakter demokracji w Polsce wynika nie tylko z uprzywilejowania władzy w procesie wyborczym. Dostosowywanie prawa do potrzeb partii rządzącej, złamanie wszelkich zasad praworządności i regulacji konstytucyjnych w procesie organizowania wyborów prezydenckich też nie wyczerpuje kwestii. W końcu chyba tylko w Polsce gdzie przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego została kucharka Jarosława Kaczyńskiego można się zastanawiać czy pierwsza prezes Sądu Najwyższego, jest dla niego pomywaczką czy sprzątaczką?
Funkcjonując w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na „500plusie”, warto pamiętać, iż Łukaszenka rządzi już dwadzieścia sześć lat i mógł się już trochę zużyć.
Polska lewica funkcjonująca obecnie jako ideologiczny chłopiec do bicia – zmitologizowany wróg „cywilizacji chrześcijańskiej”, ludzie potępiani i prześladowani mogła by przestać się zajmować sprawami „Weltpolitik” i zająć się walką z własną dyktaturą. Zaangażowanie w sprawy Białorusi ludzi bezsilnych wobec autorytaryzmu we własnym kraju ma charakter nieco komiczny. Dwuznaczność tej sytuacji uchwycił doskonale dwieście trzydzieści lat temu wybitny poeta i rewolucjonista Jakub Jasiński w wierszu na żałobę obchodzoną przez dwór polski po ścięciu Ludwika XVI:
„A gdy wam wolność, honor, majątki odjęto – Wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto!”
Jak to mawiali starożytni: Nic dodać nic ująć.
W przypadku Polskiej Lewicy mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym. Nie chodzi tylko o błazeństwa ale o działania w istocie samobójcze. Polska Lewica bowiem nie tylko walczy o demokrację na Białorusi ale robi to wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji.
Paradoks polegający na tym, że marionetka dyktatora Kaczyńskiego niejaki pan Morawiecki pełniący w Polsce funkcję premiera rządu stroi się w piórka obrońcy ideałów europejskiej demokracji sprawia w pierwszej chwili humorystyczne wrażenie. Jak mawiają: koń by się uśmiał, ale opozycja w Polsce traktuje te pretensje poważnie. Co więcej niektórzy dziękują panu Morawieckiemu na klęczkach. Że robi to Platforma Obywatelska to jej sprawa ale dlaczego robi to Lewica???
Po latach opowiadania o dyktaturze kaczyzmu o łamaniu konstytucji i łamaniu praw człowieka okazuje się nagle niemal z dnia na dzień, że wszystko to był przysłoiowy pic na wodę, fotomontaż, że Polska jest państwem demokratycznym godnym przewodzić demokratycznej krucjacie przeciwko dyktatorowi Łukaszence.
Co ciekawsze media przypominają stary slogan o „ostatnim dyktatorze w Europie” jak by to niegdysiejsze powiedzonko posiadało dzisiaj jeszcze jakikolwiek sens. Od czasu gdy Łukaszenka objął władzę na Białorusi do grona dyktatorów krajów traktowanych jako europejskie dołączyli Władimir Putin i Recep Erdogan. Co więcej dyktatury w Polsce i na Węgrzech pojawiły się nie tylko w Europie ale samej Unii Europejskiej!
Niestety jakoś nikt tego nie zauważył. Euro-poseł Robert Biedroń co prawda twierdzi że Polska jest izolowana w Europie i nie odgrywa roli jaka jej by się należała ale dla Białorusi jest gotowy na najdalej idącą współpracę nie tylko z premierem Morawieckim ale i Andrzejem Dudą.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lewica swoim białoruskim amokiem nie tylko legitymizuje działania dyktatury na forum międzynarodowym ale odcina sobie drogę walki z nią.
Prawda o pozycji Polski w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej ponura niż wyobraża to sobie euro-poseł Biedroń i większość polskiej opozycji. W Europie mało kto wie jak wyglądają rzeczywiste stosunki w Polsce i na Węgrzech i co więcej, mało kogo to zdaje się obchodzić. Unia Europejska chociaż może się to wydawać niemożliwe przestała w praktyce funkcjonować jako związek państw demokratycznych i co więcej trwa to już od dłuższego czasu. Zmiana ta nie została zadekretowana na żadnym że szczytów ani nawet ogłoszona publicznie. Zaszła mimochodem. Wyniknęła stąd, ze kiedy Angela Merkel stanęła przed wyborem demokracja czy władza, wybrała władzę. Konkretnie problem polegał na tym, że Fidesz Wiktora Orbana, który zapoczątkował faszyzację Unii Europejskiej należał do Europejskiej Partii Ludowej mającej decydujący głos w Unii Europejskiej. Obalanie władzy Fideszu na Węgrzech i przywracanie tam demokracji chociaż niewątpliwie możliwe było groźne dla władzy Europejskiej Partii Ludowej w Unii. Angela Merkel jak można sądzić zadecydowała o zaniechaniu walk wewnętrznych w celu utrzymania władzy. Interesy niemieckie w Unii zostały zabezpieczone. Węgrzy stracili demokrację, która generalnie i tak średnio im pasowała. Wszyscy byli szczęśliwi. Orban okazał się całkowicie bezkarny. (Co prawda Fidesz w 2019 roku został zawieszony w członkostwie Europejskiej Partii Ludowej ale chyba nawet jego członkowie tego nie zauważyli). Jarosław Kaczyński tylko poszedł drogą wytyczoną przez Węgry.
Wykorzystując osiem lat rządów Platformy obywatelskiej pod kierownictwem Nic Nikomu Nie Dam Donalda Tuska Jarosław Kaczyński deklaracjami socjalnymi zapewnił sobie zwycięstwo wyborcze. Dalej poszło już według wzorca węgierskiego. Podobnie jak w tym przypadku o rozwoju wydarzeń zadecydowała inercja kręgów przywódczych Unii. Jałowe dyskusje o tym czy w Polsce łamane są takie czy inne zasady przysłoniły tzw. całokształt. W przypadku tak Polski jak i Węgier dyskutuje się o drzewach nie dostrzegając lasu.
Wystarczy obejrzeć sobie radosne fotki ze spotkań pani Ursuli von der Leyen z panem premierem Morawieckim i poczytać o bursztynach które polski premier sprezentował Angeli Merkel żeby wiedzieć, ze opowieści o zagrożeniu Polski sankcjami ze strony Unii Europejskiej można między bajki włożyć.
Pytanie czym fotki Urszuli von der Leyen i premiera Morawieckiego różnią się tak naprawdę od fotek ministra Ribbentropa ministrem Mokotowem samo się niestety nie zada. Nie zada go też żaden uwikłany po kokardę w unijne machloje Donald Tusk. A przecież ktoś to musi zrobić.
Jeżeli polska Lewica ma coś do roboty to właśnie dążenie do odbudowy demokratycznego charakteru Unii. W większości krajów europejskich istnieją silne i solidne tradycje demokratyczne. Szacunek dla instytucji demokratycznych jest głęboko zakorzeniony. To co dzieje się na Węgrzech i w Polsce jest dla większości Europejczyków po prostu niewyobrażalne. Jest więc do czego się odwoływać i o co walczyć. Trzeba tylko wyjść poza horyzont michnikopolityki z jej zawołaniem wojennym „Putinowi żyć nie dozwolisz”. Klucze do polskiej polityki nie znajdują się w Moskwie ani Mińsku. Znajdują się w Warszawie i Brukseli.
Nadciągająca katastrofa ekologiczna bardzo skraca horyzont czasowy tradycyjnej polityki. Być może obecnej dyktatury nie da się obalić przed katastrofą ale trzeba się starać, trzymać konkretów i realiów a nie odlatywać przy każdej możliwej okazji z radosnym „szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”.

Z Pawłem Łatuszką o Mickiewiczu

Z władzami Białorusi, niemal od początku istnienia samodzielnej republiki, Polska utrzymywała relacje chłodne, z dystansem. Kiedy rozpocząłem pracę w ministerstwie kultury (otrzymując w nadzorze także kontakty międzynarodowe) obowiązywała dyspozycja MSZ, by kontakty ze stroną białoruską były prowadzona co najwyżej na szczeblu wiceministrów.

Spraw do załatwienia z Białorusinami było sporo. Raz to tak zwana współpraca transgraniczna, dwa – sprawy mniejszości narodowych po obu stronach polsko białoruskiej granicy, trzy – polskie dziedzictwo kulturowe na dawnych terenach Rzeczpospolitej, tak można by jeszcze wymieniać… Były więc nie tylko preteksty, ale konkrety do spotykania się. Rozmawiałem zatem z ambasadorem Białorusi w Polsce wielokrotnie. Z jego inicjatywy złożyłem wizytę w Mińsku, spotykając się tam z całym kierownictwem białoruskiego ministerstwa kultury i z zastępcą ministra informacji odpowiedzialnego za sprawy książki. Odwiedziłem wtedy dawną, słynną siedzibę Radziwiłłów – zamek w Nieświeżu, gdzie prowadzono przewlekle i dość nieudolnie prace renowacyjne. Białoruskim ambasadorem w tym czasie w Polsce był Paweł Łatuszka. Bardzo młody, bo w chwili objęcia stanowiska ledwo 29. letni. Najmłodszy ambasador w historii białoruskiej dyplomacji. Miał już jednak, całkiem niezły jak na swój wiek, dorobek zawodowy. Ujął mnie swą delikatnością i naturalną elegancją. Łukaszenka rządził Białorusią od ośmiu lat i jego metody sprawowania władzy były już doskonale rozpoznawalne. Ambasador Łatuszka okazywał lekkie zdziwienie, iż jego ojczyzna jest traktowana przez zagranicznych partnerów z tak wieloma zastrzeżeniami. Ale jednocześnie zdawał się okazywać rodzaj zażenowania, że reprezentuje prezydenta, u którego już wtedy świat dostrzegał cechy dyktatora. Jedynie dla Stanisława Karczewskiego, jeszcze w 2016 roku, Aleksander Łukaszenka był „takim ciepłym człowiekiem”.
Jednym z tematów naszych rozmów była kwestia ciągnącego się od lat projektu postawienia pomnika Adama Mickiewicza w Mińsku. Strona nasza miała znaczący udział w sfinansowaniu odlewu rzeźby, autorstwa białoruskiego artysty o polskich korzeniach – Andrzeja Zaspickiego. Idea postawienia monumentu wyszła ze strony polskich środowisk na Białorusi. Z ambasadorem Łatuszką najpierw załatwiliśmy dodatkowe pieniądze (z polskiego budżetu), których brakowało do domknięcia kosztów pomnika, później negocjowaliśmy kwestię napisu na cokole. Zależało nam (stronie polskiej) na tym by był on także po polsku, ale przez pewien czas sporną kwestią była sama treść tablicy. Mickiewicz bowiem, podobnie jak dla Litwinów, nie był (i chyba nadal nie jest) dla Białorusinów jednoznacznie i bezdyskusyjnie polskim poetą. Doszliśmy jednak z Ekscelencją Pawłem do zgody na kompromisową, zadowalającą obie strony formułę. Dość szybko uzyskaliśmy dla tekstu aprobatę naszych przełożonych. Pozostawała kwestia samej uroczystości odsłonięcia pomnika, a przede wszystkim rangi polskiej delegacji. Mój udział był oczywisty, ale wyczuwałem, że Ambasadorowi zależy bardzo by przybył przedstawiciel choćby o szczebel wyższy niż wiceminister. Skontaktowałem się z ministrem spraw zagranicznych dr. Włodzimierzem Cimoszewiczem. Odmówił swego udziału, ale… o dziwo zaaprobował moją, szybko rzuconą propozycję, by do Mińska udał się Marszałek Senatu. Argumentem był fakt, iż Senat miał wówczas w swej kompetencji współpracę z organizacjami polonijnymi, a przecież Polonia na Białorusi była liczna, a idea pomnika od niej właśnie wyszła. Ponadto od kilku miesięcy narastał konflikt o przywództwo w kierowaniu organizacją Polaków na Białorusi. Były więc argumenty przemawiające za tym, by profesor Longin Pastusiak udał się na rozmowy z działaczami białoruskiej Polonii, a przy okazji wziął udział w odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza. Gdy zakomunikowałem to Ambasadorowi nie krył zaskoczenia, gdyż aż tak wysokiej reprezentacji ze strony Polski się nie spodziewał. W końcu wizytę w Mińsku miał złożyć czwarty, co do precedencji, polski polityk. Nasze ministerstwo spraw zagranicznych nie zgodziło się jednak by była to oficjalna wizyta Marszałka Senatu na Białorusi, by odbyły się przy tej okazji formalne rozmowy i spotkanie prof Pastusiaka z przewodniczącym izby wyższej białoruskiego parlamentu. Tą informacją Ambasador Łatuszka wyraźnie zmartwił się. Ale znaleźliśmy rozwiązanie, które zaaprobowały obie strony. Nasz marszałek wylatywał więc na zaproszenie Związku Polaków na Białorusi, samolot lądował w Grodnie, gdzie odbyły się rozmowy Marszałka z kierownictwem Związku, potem polecieliśmy do Mińska. 4 października 2003 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika doszło do „przypadkowego” spotkania profesora Longina Pastusiaka z Hienadziem Nawickim, byłym premierem, a od dwóch miesięcy przewodniczącym Rady Republiki (białoruska izba wyższa parlamentu), który „spontanicznie” zaprosił swego polskiego odpowiednika na obiad do pobliskiej restauracji, w której „zbiegiem okoliczności” nie było akurat żadnych gości. Rozmowa przy obiedzie toczyła się w wąskim, może nawet tylko dwuosobowym gronie.
Gdy Paweł Łatuszka, po zakończeniu misji w Polsce, został w 2009 roku powołany na stanowisko ministra kultury, wysłałem Mu list z gratulacjami. Niedługo potem otrzymałem na adres Państwowego Instytutu Wydawniczego, którym wówczas kierowałem, podziękowanie z ciepłym wspomnieniem naszej współpracy.
Później odnotowywałem Jego kolejne awanse dyplomatyczne. Ambasador we Francji, przy UNESCO, w Hiszpanii i w Portugalii. O tym, że zakończył w 2019 pracę w dyplomacji i został dyrektorem Narodowego Teatru Akademickiego w Mińsku dowiedziałem się kilka dni temu z informacji, że właśnie został z funkcji tej odwołany. Karnie, za przystąpienie do Rady Koordynacyjnej utworzonej przez Swietłanę Cichanouską. Za publicznie wygłoszony apel o dymisję ministra spraw wewnętrznych za brutalne potraktowanie przez policję protestujących. Nadal młody polityk, obyty w Europie, rozumiejący twórców i ich dążenia do swobody wypowiedz, nie mógł pozostawać obojętnym na to co dzieje się na Białorusi od kilku tygodni. Na to co działo się tam od pewnego już czasu. Komentatorzy upatrują w Pawle Łatuszce jednego z potencjalnych przyszłych liderów Białorusi, nowej Białorusi. Białorusi bez Łukaszenki. Ekscelencjo, Drogi Pawle, sukcesów i powodzenia Tobie i Twojej Ojczyźnie. Niechaj ”nasz” Mickiewicz czuwa nad Tobą.

O autorytaryzmie, koronawirusie i udawanych obrońcach ludu

Przedwyborcze orędzie Aleksandra Łukaszenki wygłoszone 5 sierpnia oglądałam razem ze znajomą Białorusinką. „Kłamstwo!”, „Co on mówi?!”, „Czemu tak kłamie?” – unosiła się co chwilę, ona, osoba na co dzień absolutnie pokojowo nastawiona do świata. Łukaszenko przez półtorej godziny tłumaczył zebranym parlamentarzystom, ministrom i ambasadorom, że limit rewolucji Białoruś już wyczerpała, potrzebne są stopniowe zmiany i powoli wdrażane reformy. Ostrzegał przed wojną hybrydową, wyśmiewał się z „trzech dziewczynek”, które rzucały mu wyzwanie na opozycyjnych wiecach. Słuchali go z kamiennymi twarzami.

Bodaj najbardziej nieprzeniknione były oblicza mężczyzn w mundurach. Przed wyborami spekulowano: czy niektórzy z nich są gotowi porzucić Łukaszenkę? Żyjący w Polsce białoruski bloger, autor rozchwytywanych opozycyjnych kanałów na platformie Telegram, 22-letni Ściapan Puciła, w sieci Nexta (czyt. niechta – ktoś), twierdził, że niezadowolonych w armii, milicji i nawet białoruskim KGB jest bardzo wielu. Takie ponoć sygnały otrzymywał z kraju, od licznych, rzecz jasna anonimowych źródeł. Opozycja świetnie zdawała sobie sprawę, że postawa siłowików zdecyduje, jak skończy się ta kampania wyborcza. Sama główna kontrkandydatka Łukaszenki, Swiatłana Cichanouska, w ostatnim przedwyborczym apelu wideo zwraca się także do ludzi ze struktur siłowych: nie wykonujcie przestępczych rozkazów!
Kamienie przeciw granatom hukowym
Wykonali. Poza nielicznymi wyjątkami w Kobryniu, Lidzie i Mołodecznie, gdzie 9 i 10 sierpnia funkcjonariusze pozwalali demonstrować niezadowolenie z powodu oficjalnego wyniku wyborów, OMON zadziałał bezwzględnie. Tylko pierwszej nocy zatrzymano ok. trzech tysięcy demonstrantów, w całym kraju, bo protestowano nie tylko w Mińsku: niezadowoleni z cząstkowych wyników wyborów znaleźli się we wszystkich miastach obwodowych. 10 sierpnia przewodniczący Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz zapowiedział, że tym, którzy starli się z OMON-em, grozić będzie nawet 15 lat więzienia. Kilka godzin później demonstracje zaczęły się od nowa: ścisłe centrum Mińska zostało już wcześniej zamknięte przez wojsko, ale tysiące ludzi zgromadziło się przy metrze Puszkinska, bez powodzenia usiłując zabarykadować się na pobliskim skrzyżowaniu. Do konfrontacji doszło w rejonie historycznej Niamihi, obok Pałacu Sportu i hotelu Jubilejny – milicja użyła armatek wodnych, gumowych kul i granatów hukowych, samochody wjeżdżały w tłum, a protestujący stawiali opór, zbijali się w ludzkie łańcuchy, rozpraszali się po osiedlach i klatkach schodowych (opozycyjne kanały na Telegramie pełne są informacji, co i gdzie się dzieje, gdzie w razie potrzeby uciekać, jak dostać się do budynków), rzucali kostką brukową. To granat hukowy najprawdopodobniej zabił pierwszą śmiertelną ofiarę starć: mężczyznę, który próbował odrzucić go z powrotem w stronę funkcjonariuszy. Liczba rannych, w tym ciężko, od gumowych kul, idzie w setki. W nocy z 11 na 12 sierpnia doszedł też kolejny tysiąc zatrzymanych.
Demonstranci ponieśli jeszcze jedną stratę: nie będzie z nimi Swiatłany Cichanouskiej. 10 sierpnia po południu kandydatka, ogłosiwszy się prawdziwą zwyciężczynią wyborów, udała się do siedziby Centralnego Komitetu Wyborczego, by złożyć oficjalny protest. Jej sztab stracił z nią kontakt, zaś 11 sierpnia kobieta odnalazła się już za granicą, na Litwie. Nagrała oświadczenie: uznaje wynik wyborów, przyznaje, że sytuacja ją przerosła, swoich zwolenników prosi o powstrzymanie się od przemocy, a sama wyjeżdża do swoich dzieci, bo to one są najważniejsze. Nikt raczej nie wierzy, że nagranie kandydatki, na którym całkowicie załamana kobieta czyta z kartki upokarzające oświadczenie, naprawdę powstało dobrowolnie: szantaż służb i pozbycie się Cichanouskiej z Białorusi to logiczny finał kampanii wyborczej. Władze odmawiały w niej opozycyjnym kandydatom rejestracji, wsadzały ich do aresztów, odwoływały mityngi Cichanouskiej pod pretekstem wymiany kostki brukowej. Według broniącej praw człowieka organizacji Wiasna, od maja do lipca za udział w spontanicznych protestach zatrzymano łącznie przynajmniej 1140 osób. Jednymi z ostatnich zatrzymanych byli 6 sierpnia dźwiękowcy, którzy podczas plenerowej imprezy dla rodzin z dziećmi (z założenia prorządowej) puścili piosenkę kultowego radzieckiego zespołu Kino – „Pieriemien!” (Zmian), hit, który w tej kampanii stał się jednym z symboli opozycji. Jednego z marzących o zmianach didżejów spotkała w trybie przyspieszonym kara 10 dni aresztu za „chuligaństwo”, jego kolega czeka na sprawę. Łukaszenko chciał być groźny, ale w oczach młodych obywateli nie takimi gestami zdobywa się szacunek i poparcie, podobnie jak nie mogły mu go dać nachalnie puszczane w mińskim metrze przypomnienia o terminie wyborów czy gigantyczne plakaty z datą głosowania rozwieszone w całym mieście.
Przypadkowa niepodległość
Swoją deklarację suwerenności w 1990 r. Rada Najwyższa Białoruskiej SRR ogłaszała bardziej z konieczności niż z przekonania, w wyniku przemian zachodzących w Moskwie, a nie oddolnych ruchów domagających się niepodległości (te były daleko za słabe). Rok później przystąpiono w Mińsku do tworzenia „regulowanej gospodarki rynkowej”. Jak pisze w swojej „Białorusi” historyk Eugeniusz Mironowicz, „szybko rosły fortuny ludzi związanych z elitą władzy. System koncesji, zezwoleń, zwolnień celnych i fikcyjnych kontraktów stworzył zagmatwany węzeł powiązań na styku gospodarki i polityki. Regulowana gospodarka rynkowa dawała możliwość kontroli życia gospodarczego i bogacenia się stosunkowo niewielkiej liczbie obywateli, głównie tych będących blisko obozu władzy”. Dodatkową przeszkodą okazało się uzależnienie białoruskiej gospodarki od rosyjskich surowców, paliw i rynków zbytu. Transformacja okazała się dla obywateli przekleństwem. Demokracja nie wytrzymywała porównania z epoką I sekretarza Piotra Maszeraua (lata 1965-1980), gdy – znowu oddajmy głos Mironowiczowi – „Białoruś zajęła czołowe miejsce w ZSRR zarówno pod względem rozwoju gospodarki, jak i poziomu życia mieszkańców”. Rozwijał się przemysł, postępowała urbanizacja, a opłaty za państwowe usługi telekomunikacyjne, transportowe i komunalne obniżono do symbolicznego poziomu. Aleksandr Łukaszenko, który w wyborach w 1994 r. obiecywał uczciwe państwo, powrót sprawiedliwości społecznej i zahamowanie przemian wolnorynkowych, nie dał szans konkurentom.
Obywatele, którzy pamiętali fatalny początek lat 90., bez żalu wybaczali prezydentowi Łukaszence demontaż kolejnych elementów liberalnej demokracji: podporządkowanie władzom przestrzeni medialnej, upolitycznienie sądów i prokuratur, marginalizację parlamentu, nowe prerogatywy prezydenta włącznie z mianowaniem burmistrzów i dyrektorów fabryk, zniesienie limitu prezydenckich kadencji i nawet przemoc KGB wobec szczególnie niewygodnych konkurentów czy dziennikarzy. Łukaszenko miał charyzmę; nawet niechętni mu przyznawali, że skutecznie zbudował wizerunek przywódcy bliskiego prostym ludziom, wręcz prezydenta-Robin Hooda, który karze nieuczciwych, a dba o najsłabszych. U schyłku lat 90. w białoruskiej gospodarce doszło do wyraźnego ożywienia, a wzrost gospodarczy utrzymał się i w latach następnych, dzięki importowi rosyjskich surowców po obniżonych cenach. To, że pod rządami Łukaszenki wzrosły pensje, emerytury i świadczenia socjalne, przyznaje nawet Anatolij Fieduta, niegdyś rzecznik prasowy białoruskiego przywódcy, dziś jego biograf i krytyk. Jednak model peryferyjnego sterowanego „kapitalizmu z ludzką twarzą”, w zaledwie dziewięciomilionowym państwie uzależnionym od tanich surowców, osiągnął swoje granice.
To nie socjalizm
Poziom nierówności społecznych na Białorusi wciąż jest znacznie niższy, niż u sąsiadów, gdzie neoliberalizm bez hamulców zatriumfował dużo wcześniej, ale w ostatnich latach odsetek żyjących w ubóstwie i różnice w zarobkach rosną coraz szybciej. W maju 2020 r. średnie wynagrodzenie wyniosło na Białorusi 1228 rubli białoruskich (ok. 2550 zł), ale mediana już tylko niecałe 894 ruble (ok. 1780 zł), a dominanta, najczęściej spotykana, nie przekraczała 640 rubli (1280 zł). Takich różnic między medianą a średnią nie było nigdy w ostatnich dziesięcioleciu. W dodatku wszędzie rosną ceny, a zarobki wyliczone dla całego kraju są praktycznie nieosiągalne poza Mińskiem: przykładowo w położonym na zachodzie kraju obwodzie brzeskim mediana i dominanta to odpowiednio 828,5 i 581 rubli, we wschodnim mohylewskim – 811 i 565. Kolejna zmiana, której nie da się nazwać prospołeczną: od 2016 r. na Białorusi systematycznie podnoszony jest wiek emerytalny, o pół roku co rok, aż w 2022 r. zostanie osiągnięty poziom docelowy – 63 lata dla mężczyzn i 58 dla kobiet. Władze przestały również wliczać do stażu pracy czas służby w wojsku, urlopu macierzyńskiego czy opieki nad osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji. Jeszcze wcześniej, w 2010 r., zlikwidowano część ustawowych ulg dla studentów i emerytów. prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są mocno ograniczone. Bezrobocie pozostaje na niskim poziomie, ale już 70 proc. pracujących, nawet w wielkich państwowych zakładach, nie ma umowy na czas nieokreślony, tylko kontrakt na mniej niż trzy lata, co w oczywisty sposób zniechęca do wchodzenia w spory z kierownictwem zakładu; prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są zresztą mocno ograniczone. Władza woli, by krytykowano ją z liberalnych czy ogólnikowo proeuropejskich pozycji, niż z lewa.
W takie państwo coraz bardziej z nazwy socjalne uderzył dodatkowo koronawirus: światowa dekoniunktura uderzyła w te rynki, dokąd trafiało najwięcej białoruskiej produkcji naftowej czy innego towaru eksportowego, jakim są nawozy (kupują je w Mińsku m.in. Chiny i Brazylia). Zamknięte przez kilka miesięcy granice odcięły kilkuset tysiącom obywateli popularny rosyjski kierunek wyjazdów zarobkowych, zabiły turystykę, którą w ostatnich latach władze starały się rozwijać, choćby poszerzając strefę bezwizową przy granicy z Polską, uderzyły w sektory, gdzie dominował prywatny biznes, jak gastronomia. Łukaszenko może zapewniać, że żadnej pandemii nie ma, ale niepokój wśród obywateli i spadek ich dochodów jest faktem: jeszcze w kwietniu w sondażu SATIO 45 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich wynagrodzenia od początku kryzysu spadły. Po 48 proc. zadeklarowało, że traktuje epidemię poważnie, unikając dużych skupisk ludzkich i stosując środki antyseptyczne. Eksperci Centrum Badań Ekonomicznych BEROS spodziewali się już wzrostu bezrobocia do poziomu 15 proc., a gdyby światowe ograniczenia w gospodarce i transporcie miały trwać dłużej, utrudniając Białorusi odbicie – nawet do 30 proc. To już 1,3 mln dodatkowych bezrobotnych i społeczne załamanie.
Łukaszence coraz trudniej w takich warunkach przekonywać, że to on powstrzymał transformacyjną katastrofę, a potem ocalił białoruską suwerenność – coraz więcej obywateli widzi, że w obliczu nowej katastrofy władza bardziej angażuje się w zamykanie ust opozycji, niż w walkę ze skutkami kryzysu. Łukaszenko przestał być autorytarnym, lecz troskliwym przywódcą, tylko zwykłym dyktatorem, który rządzi zdecydowanie za długo i któremu chodzi wyłącznie o utrzymanie się przy władzy. Zwłaszcza na ludziach młodych, którzy całe świadome życie przeżyli z Łukaszenką, jego przemowy nie robią żadnego wrażenia. Już wcześniej mieli do prezydenta pretensje o brak wolności słowa, toporną propagandę i ograniczone perspektywy. Teraz, przekonani, że gorzej być już nie może, gotowi są poprzeć każdego, kto nie jest Łukaszenką, choćby nie miał programu i niczego konkretnego nie obiecywał. Nie zajmują się geopolitycznymi rozważaniami, lecz instynktownie porównują swój kraj z Polską, którą wielu z nich w jakimś stopniu poznało; ani im w głowie przeczucie, że Białorusi groziłby w razie politycznego przewrotu los Ukrainy i jej przeraźliwie spauperyzowanego społeczeństwa.
Twarz bez programu
Niektóre mityngi Swiatłany Cichanouskiej, za sprawą administracyjnych utrudnień często zwoływane w parkach, przypominały na zdjęciach potajemne wiece socjalistyczne w czasach rewolucji 1905 r.: w Iwanowie w lesie nad rzeczką Tałką czy w Łodzi, też poza miastem, daleko od fabryk. Podobieństwo to jednak czysto wizualne; czerwone sztandary w tłumie zwolenników opozycji zdarzały się, ale rzadko, małe partie lewicowe, jak Sprawiedliwy Świat, mozolnie starały się przekazywać swoje postulaty, ale większość wiecujących chciała odejścia Łukaszenki, nie zastanawiając się, co dalej. Nawet jeśli, jak twierdzą lewicowi aktywiści, przychodzili na wiece z powodu swoich codziennych bolączek związanych choćby z niskimi zarobkami. Cichanouska zupełnie otwarcie mówiła, że nie ma programu – poza postulatem przeprowadzenia uczciwych wyborów, i że nie jest politykiem – weszła do gry, bo aresztowano jej męża, a sama chciałaby wrócić do prowadzenia domu i „smażenia kotletów”. To dostatecznie jasna sugestia, że w ostatecznym rozrachunku prezydentem zostałby ktoś inny, a jego doradcy mieliby już bardziej konkretne pomysły dla Białorusi. Jakie, można się domyślić, patrząc na Ukrainę i rząd utworzony po Majdanie, ale i na Litwę, która Cichanouską wspiera – i tam wygrał neoliberalizm, a razem z nim rozwarstwienie społeczne, wysoki wskaźnik ubóstwa i migracji zarobkowej. Cichanouska świetnie wychodziła na zdjęciach razem z sojuszniczkami, Maryją Kolesnikawą i Wieraniką Cepkało, ale jak zauważył Kamil Kłysiński, analityk przychylnego białoruskiej opozycji Ośrodka Studiów Wschodnich, traciła pewność siebie w przemówieniach, jakby sama obawiała się tego, co będzie dalej. Gdy jej najbardziej zagorzali zwolennicy ruszyli na ulicę, ona nigdy do nich nie dołączyła. Zupełnie jakby miała być tylko twarzą, zdobyć zaufanie ludzi, zostać Matką narodu po tym, gdy zawiódł Ojciec… a po chwili otworzyć drogę dla zupełnie innych sił.
Zdaniem Kłysińskiego bez ikonicznej, choć słabej programowo przywódczyni protesty wygasną, chociaż nie od razu. W nocy z 11 na 12 sierpnia w Mińsku i innych miastach obwodowych demonstrowano ponownie, znowu ze strony OMON-u leciały granaty hukowe, a z szeregów opozycyjnych kamienie i butelki. Nadziei na masowe przechodzenie milicjantów na drugą stronę już nie ma: centrum Mińska jest ściśle kontrolowane przez wojsko, protestujący mogli zgromadzić się na kilka godzin tylko przy stacjach metra na peryferyjnych osiedlach-sypialniach. Opozycja liczyła jeszcze na formę walki zwykle przez neoliberałów pogardzaną – robotniczy strajk, 11 sierpnia opozycyjne kanały na Telegramie publikowały wezwanie do ogólnokrajowego zatrzymania zakładów. Doniesienia o przerwach w pracy popłynęły jeszcze 10 sierpnia z kilkunastu wielkich fabryk, ale jak wynika z przeglądu białoruskich mediów, w tym społecznościowych, poczynionego przez absolutnie nie łukaszenkowski, ukraiński portal 112.ua, to nie masowe zatrzymania produkcji, lecz protesty części załóg, mityngi kilkudziesięcio-kilkusetosobowe. Jakby złość przegrała jednak z poczuciem, że te protesty nie mogą skończyć się dobrze.
Kryzys jeszcze przyjdzie
Władza nie zawaha się dalej używać siły. Pogłębiania się pandemicznego kryzysu Łukaszenko nie uniknie, na nowe socjalne reformy nie ma ani zasobów, ani szczególnych chęci. Nie ma też w jego otoczeniu ludzi myślących w tym kierunku: zależy im na niepodległości, bo w jednym państwie z Rosją zderzyliby się z jeszcze drapieżniejszą oligarchią i dużo mocniejszymi strukturami siłowymi, ale stawką jest dla nich utrzymanie własnego majątku i pozycji, nie dobro ludu. Przed Mińskiem niełatwe dalsze rozmowy o integracji w kierunku wschodnim, a i najbardziej optymistyczny scenariusz rozwoju sytuacji w gospodarce, w którym pracę traci „tylko” pół miliona ludzi, to nadal wariant dramatyczny.
Niegdysiejszemu mężowi opatrznościowemu pozostaje zastraszenie niezadowolonych, by przez jakiś czas się nie podnieśli. Nieprzypadkowo aresztowania podczas protestów nie minęły również przedstawicieli socjalistycznej i komunistycznej lewicy, warunkowo wspierającej opozycję. Działacze Sprawiedliwego Świata i białoruskich Zielonych podczas wieców Cichanouskiej rozdawali ulotki, na których sformułowano program minimum: cofnięcie wszystkich antyspołecznych reform ostatnich lat, w tym emerytalnej, stabilne zatrudnienie zamiast umów krótkoterminowych, skrócenie czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowych zarobków. I w takim kontekście, przy mocnych gwarancjach swobodnego działania ruchu związkowego, wielopartyjna demokracja zamiast autorytaryzmu. To mógłby być program dla Białorusi – ale taki program nie zyska wsparcia z zewnątrz, ani z zachodu, ani ze wschodu. O sprawiedliwość społeczną walczy się najtrudniej.

Bigos tygodniowy


Historyczny Trakt Królewski w Warszawie, uwieczniony m.in. na słynnych obrazach Bernardo Belotto Canaletto, należy do najpiękniejszych miejsc w Polsce i był atrakcyjnym traktem spacerowo-turystycznym. Był – bo tę piękną przestrzeń reżim PiS zapełnił kohortami policji, które pilnują usytuowanych tam pomników, rzekomo „znieważanych” tęczowymi flagami. Z wielce zadowoloną miną rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji Marczak Sylwester oświadczył, że tych policjantów będzie tu więcej i coraz więcej, bo są tu niezmiernie wprost potrzebni do pilnowania cnoty tych pomników. Na przykład do „pilnowania” samego tylko pomnika Bolesława Prusa u zbiegu Krakowskiego z Karową skierowano … siedmiu policjantów. I tym sposobem piękna, romantyczno-historyczna przestrzeń stała się bijącym po oczach emblematem policyjnego państwa PiS. A ja po wakacjach wyłączę Krakowskie z moich codziennych tras po mieście, bo nie dam rady patrzeć na tę haniebną, prowokacyjną demonstrację policyjnego rządu pisowskiego. Panie Marczak wstydź się pan! Wstydź się – pan, panie komendancie główny Szymczyk i pan, panie rzeczniku Ciarka. I pytam panów: dlaczego nie zrobiliście nic, gdy w zeszłym roku redakcja „Trybuny”, personalnie w mojej osobie, skierowała oficjalne pisma z zapytaniem o działania policji po zniszczeniu legalnego pomnika generała Zygmunta Berlinga we wrześniu 2019? Doczekaliśmy się ledwie zdawkowej odpowiedzi „na odwal”. Dla was gorsza jest delikatna tkanina na postumentach niż młoty czy kilofy prawicowych troglodytów (znanych z imienia i nazwiska, bo chełpili się swoim czynem na fejsbuku), którzy obalili i doszczętnie zniszczyli wspomniany pomnik Berlinga. To, że wysługujecie się bezwarunkowo i ze skrajną nadgorliwością prawicowym mocodawcom, a jednocześnie skrajnie prawicowym, fanatycznym hunwejbinom, kładzie znamię hańby na polskiej policji.


Pociągnę jeszcze temat policji w kontekście wydarzeń na Białorusi. Panowie policjanci Szymczyk, Ciarka, Marczak! Do was się zwracam! Po analizie waszej postawy, przez analogię, pytam czy gdyby wasi mocodawcy, Kamiński Mariusz, Wąsik Maciej, a w końcu także ich ścisły kooperant Ziobro, wydali wam rozkaz podobnie brutalnej pacyfikacji pokojowych demonstracji, jaką Łukaszenko wydał swojemu OMON-owi, to czy bez chwili refleksji nie zrobilibyście na ulicach Warszawy podobnego piekła, jakie dzieje się na ulicach Mińska białoruskiego? Nisko was cenię, nieprawdaż?


Temat policji nie może mi wyjść z głowy. Czy pamiętacie, że gdy Macierewicz zaczął formować swoją Obronę Terytorialną Kraju, pojawiły się – wtedy jedynie publicystyczne – podejrzenia, że ma ona w przyszłości służyć pacyfikacji demonstracji przeciw rządowi PiS? I oto po wydarzeniach nocy z 7 na 8 sierpnia w Warszawie pojawiły się głosy, że to się właśnie dokonało, że policyjne siły prewencji są systematycznie zasilane przez kadry Obrony Terytorialnej Kraju, po odbyciu odpowiedniego przeszkolenia i po przejściu ideologicznego prania mózgów. To się układa w logiczną całość, bo przypomnijcie sobie, jak rozsądnie reagowała policja jeszcze w latach 2016-2019 podczas rozmaitych demonstracji ulicznych. I to się nagle zmieniło. Bo w nowej sytuacji politycznej do policji dołączyły kadry OTK? Podsuwam ten temat do zbadania senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji.


Nie mogę już słuchać opowieści dziwnej treści m.in. przedstawicieli policji (choćby nieoceniony Marczak Sylwester) opowiadających z powagą i ogniem o znieważaniu pomników przez ludzi, którzy ośmielą się położyć, przywiązać tęczową flagę, chustę do rąk, nóg, pleców, głów, postaciom z kamienia. Może się mylę, ale znieważenie takiego pomnika może mieć miejsce wtedy, gdy ktoś, człowiek dla porządku także LGBT, chce tym czynem wyrazić pogardę wobec czci należnej zdarzeniu historycznemu czy osobie. Tymczasem, jak wynika z relacji mediów, młodym ludziom jakoby znieważającym postacie Kopernika, Kilińskiego, Piłsudskiego, Prusa czy Chrystusa, poprzez przywiązanie do ich pomników flag czy chust chodzi nie o pogardę, ale o zwrócenie uwagi na ich niejednokrotnie tragiczną sytuację w społeczeństwie, które ideały miłości bliźniego i braterstwa w duchu chrześcijaństwa ma wypisane na sztandarach. Bigos czeka zatem niecierpliwie najpierw na akty oskarżenia, a później wyroki niezawisłych sądów, które jak się zdaje rychło zapadną.


14 sierpnia 2020r. Sejm RP przegłosował sute podwyżki dla polityków. Jak wynika ze statystyk za podwyżkami głosowało 386 posłów, przeciw 33 posłów, 15 posłów wstrzymało się. Nie ulega wątpliwości, że kwestie wynagrodzeń osób sprawujących najwyższe funkcje w kraju należało już dawno uregulować. Wątpliwość budzi termin i skala podwyżek. Państwo jest w kryzysie, obywatele tracą pracę, maleją ich wynagrodzenia i należy przypuszczać że w większości nie zrozumieją samohojności posłów. Ciekawe co z tym zrobi Senat…

Adam Bodnar Rzecznik Praw Obywatelskich kończy kadencję, którą należy ocenić bardzo dobrze. Był znienawidzony przez PiS, ale służył ochronie praw obywateli, nam wszystkim. Oburzające było, że wygłosił podsumowanie swojej kadencji, przy nieomal pustej sali sejmowej. Adamowi Bodnarowi należą się wielkie podziękowania.

Po kilku dniach brutalnej pacyfikacji, ciepły człowiek Karczewskiego wycofał OMON z ulic białoruskiej stolicy – Mińska. Czas pokaże, co wyjdzie z tego ocieplenia.

Aleksandrze! Co będzie gdy Ciebie zabraknie?

Ulice białoruskich miast pełne są kontestujących wyniki niedzielnych wyborów prezydenckich. Wśród nich wciąż ciężko dopatrzeć się zwolenników samozwańczego przywódcy niemal 10 milionowego państwa. Choć tak niewielkiego, to w tym momencie skupiającego uwagę niemal całego świata.

Już wiadomo, że wszystkich, którzy oddali głos na Aleksandra Łukaszenkę było 5 proc.. Pozostali wyszli na ulice. Przeciwko nim stanęli wykonujący polecenia wciąż rządzącego przewódcy, niedoszłego cara Wszechrosji, żołnierze i milicjanci. O tym jak bardzo są bezwzględni, dowiadujemy się z wciąż tylko wyrywkowych relacji świadków. Skutki użycia gumowych kul, granatów hukowych, armatek wodnych czy pałek są oczywiste. Raporty szpitali potwierdzają liczne skomplikowane urazy, amputacje, a także zgony. 6 tysięcy osób zostało aresztowanych i jest przetrzymywanych bez dostępu do jedzenia i pomocy. Obserwatorzy tych zdarzeń, w tym Polacy, bardzo głośno wypowiadają swój brak zgody na masakrę, która, pomimo czasu „pokoju”, rozgrywa się tam na oczach milionów obywateli innych państw.
To tyle z informacji, do których mamy dostęp. To, czego nie wiemy, to to, jaka będzie przyszłość Białorusi, gdy rząd Łukaszenki zacznie ustalać warunki kapitulacji.
Problem wydaje się być o tyle istotny, że na ten moment ciężko wskazać osobę, która mogłaby i chciała przejąć jego miejsce. Swietłana Cichanouska, choć zdobyła niemal 70 proc. głosów wyborców, wciąż nie jest tą osobą, która chętnie podjęłaby się tego wyzwania. O tyle ciężkiego, że objęcie rządów na Białorusi będzie musiało być związane ze ścisłą współpracą z Kremlem. Oczywiście tak długo, jak żyć będzie Putin. Ciężko więc mówić o tym, że po wyczekiwanym ustąpieniu Łukaszenki, Białoruś będzie krajem wolnym od wpływów. A na obecny moment trudno wskazać w tym kontekście kraj inny niż Rosja. Mając w pamięci zdarzenia na Ukrainie i błędy Rosji jakie miały wówczas miejsce, jej działania będą teraz znacznie „bardziej neutralne” i tym samym mylące obserwatorów. Prędzej czy później to jednak ona będzie gotowa podjąć się „misji stabilizacyjnej”.
Choć więc obecne sceny na ulicach białoruskich miast i miasteczek burzą do walki o pokój i sprawiedliwość, nie można zapominać o tym, że to, co dalej zadzieje się na Białorusi nie pozostanie bez wpływu na polskie sprawy. Samo doprowadzenie do zatrzymania rozlewu krwi nie wystarczy, aby mogło powrócić poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości.
Za naszą granicą rozgrywa się tragedia, która relacjonowana jest prze media na całym świecie. Właśnie z tego samego powodu, choć wydaje się to niezwykle trudne, nie należy spuszczać z oczu polskiego interesu.

Białoruś, czyli co konkretnie?

To, co się wydarzyło na Białorusi w związku z wyborami, nie było dla nikogo żadnym zaskoczeniem. Zaskoczyło mnie natomiast to, że wśród lewicowych komentatorów nie zabrakło zdań, że Białoruś to ostatni bastion europejskiego socjalizmu.

Politolodzy spierają się dziś głównie, czy Białoruś jest krajem autorytarnym, czy semi-autorytarnym. Jeżeli iść za najnowszym raportem Freedom House, to jest to kraj zdecydowanie i jednogłośnie autorytarny. Wskazuje na to wiele czynników: brak wolnych mediów, oszustwa przy liczeniu głosów, ograniczenie wolności słowa, rządzenie państwem poprzez dekrety prezydenckie, ograniczona możliwość protestowania, etc. Ale czy jest to państwo socjalistyczne?
Zarówno Ci, co myślą, że Białoruś to ostatni bastion europejskiego socjalizmu, i ci co myślą, że z socjalizmem nie ma zupełnie nic wspólnego – obydwie grupy nie mają racji.
Białoruś ma jeden z najniższych w Europie współczynników osób mieszkających w ubóstwie – ponad trzykrotnie niższy niż średnia w Unii Europejskiej. W tym względzie radzi sobie lepiej nawet niż Dania, często wskazywana przez socjaldemokratów jako idealny wzór.
PKB w przeliczeniu na mieszkańca jest dwukrotnie wyższe niż w sąsiedniej ultra-kapitalistycznej Ukrainie. Co ciekawe, około połowa gospodarki Białorusi nadal znajduje się w rękach państwa – model którego pozazdrościłoby zapewne wielu zachodnich socjalistów. Ale, aby w pełni zrozumieć jak dzisiaj funkcjonuje Białoruś, trzeba zrozumieć współczesną historię tego kraju.
W momencie systemowych przemian lat 90-tych Łukaszenka, w przeciwieństwie do swoich sąsiadów, nie zdecydował się na masową prywatyzację i co za tym idzie na Białorusi nie ma klasy oligarchów na taką skalę jak ma to miejsce np. w Rosji czy na Ukrainie. Białorusini utworzyli swój własny hybrydowy system gospodarczy i zdają się być w nim konsekwentni.
Ale na tym kończy się sen o socjalistycznej Białorusi. Przypomnieć tu należy chociażby tzw. “podatek od społecznych pasożytów”. To drakońskie prawo, będące autorskim projektem Łukaszenki, nałożyło zwrot zaległych podatków osobom najmniej uprzywilejowanym, doprowadzając wiele najbiedniejszych rodzin do ruiny,
Władzę w Mińsku do dziś sprawuje dawna elita z czasów Związku Radzieckiego, której daleko do jakiejkolwiek ideologii, a szczególnie tej lewicowej. Są to ludzie, których interesuje przede wszystkim bogacenie się i władza. Stąd też na Białorusi mamy do czynienia z modelem kapitalizmu państwowego – znanym nam między innymi z Chin. Mała grupa osób u steru, kontroluje dobra narodowe i się na tym bogaci, handlując towarami na wolnych rynkach.
Oczywiście, aby utrzymać ten przestępczy system trzeba było nie tylko zlikwidować wolną prasę i spacyfikować opozycję, ale także rozprawić się z prawami pracowniczymi i związkami zawodowymi. I tutaj Łukaszenka był bezwzględny.
Uśmieciowiono rynek pracy, wprowadzając tzw. tymczasowe umowy o pracę, sprawiając, że pracownicy są całkowicie uzależnieni od osób zatrudniających. W poprzednim systemie mieszkańcy Białorusi mieli znacznie lepszą opiekę socjalną i usługi publiczne na wyższym poziomie niż to ma miejsce obecnie. Za czasów ZSRR wybudowano miliony tanich mieszkań, a dzisiaj mamy do czynienia z tragiczną sytuacją mieszkaniową, szczególnie poza stolicą. Dodatkowo, wszelkie protesty pracownicze są tłumione z niesamowitą brutalnością. A jeżeli myślisz o założeniu niezależnego związku zawodowego i walczeniu o swoje prawa, to możesz spodziewać się łagru.
Upadek Związku Radzieckiego pogrzebał nadzieje na równościowe społeczeństwo i dał prawicowcom i liberałom pole do prezentowania swojej alternatywnej wizji, opartej na wolnych rynkach, jako jedynemu właściwemu kierunkowi. Rząd tymczasem dawno odpuścił sobie socjalizm, ale jednocześnie zawłaszczył sobie symbole lewicy oraz jej język i skutecznie gra przeszłością sowiecką i sentymentem za dawnymi czasami.
Łukaszenka od wielu lat pokazuje antypracownicze nastawienie, niechęć do rozbudowywania programów socjalnych i upór w niszczeniu związków zawodowych. Narracja, że Białoruś to ostatni bastion socjalizmu w Europie ma swoje potwierdzenie jedynie w warstwie symbolicznej. Godło państwowe, jak i flaga są jak najbardziej socjalistyczne i nawet dosyć ładne, ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Niesłychanie ciepły człowiek

Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka to „taki ciepły człowiek jest”, oświadczył w grudniu 2016 roku marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. Zaraz po powrocie z trzydniowej wizyty w Mińsku.
I w rozmowie z Konradem Piaseckim z „Radia Zet” pan marszałek przekonywał, że generalnie sprawy na Białorusi idą w dobrym kierunku. Bo nie ma tam już więźniów politycznych, bo po ociepleniu klimatu politycznego wszyscy zostali wypuszczeni.
Słowa marszałka Senatu RP, konstytucyjnie trzeciej osoby w IV Rzeczpospolitej, wzbudziły osłupienie. Wśród liberalnej opozycji oraz aktywu PiS.

Zły prezydent

Do tej poru o prezydencie Łukaszenko polska prawica mówiła wyłącznie źle, albo wcale. Białoruski prezydent prezentowany był w polskich mediach jako były „kierownik sowchozu”, co w polskim społeczeństwie, społeczeństwie byłych chłopów o szlacheckich ambicjach, jest wyjątkową obelgą. Poza tym w ciągu ostatnich 20 lat polskie media prezentowały go jako dyktatora, ekonomicznego zacofańca, wroga Związku Polaków na Białorusi, oddanego sojusznika prezydenta Rosji Putina.
I gdyby zrobić ranking najbardziej plugawionych przez polskie media zagranicznych polityków to prezydent Łukaszenka znalazł by się na podium. Po prezydencie Rosji Putinie i koreańskiej rodzinie Kimów.
Warto przypomnieć, że każda inna, wyrażona publicznie opinia, o prezydencie Łukaszenko albo o sytuacji na Białorusi była w polskich mediach negowana, a jej autor stygmatyzowany jako „agent Mińska”.
Z drugiej strony Białoruś od samego początku, czyli od 2009 roku, była członkiem Partnerstwa Wschodniego. Czyli programu wschodniej polityki Unii Europejskiej w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Projekt programu partnerstwa to efekt działań dyplomacji polskiej i szwedzkiej.
Partnerstwo dotyczy sześciu byłych republik ZSRR. Czyli Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Początkowo Partnerstwo miało być pomostem dla tych państw w drodze członkowstwa w Unii Europejskiej. A nawet i w NATO. Jednak w ciągu dziesięciu lat ów pomost skurczył się do kładki. „WUniowstąpienie” tych państw zostało odłożone. Całościową akcesję zmieniono na programy sektorowych integracji. Wśród państw Partnerstwa zawsze pojawiali się okresowi „prymusi”, jak Mołdawia, Ukraina, którym Bruksela obiecywała szybszą integrację.

Zdolny, ale krnąbrny

Białoruś, czyli prezydent Łukaszenka, nigdy takim „prymusem” Partnerstwa nie był. Nie pretendował do takiej roli. I gdyby trzymać się szkolnych porównań to przypominał niesfornego ucznia, który co jakiś czas obrazi brukselskich nauczycieli, zostanie za to wyrzucony z klasy. Potem wymamrota wymuszone przeprosiny i wróci na swoje miejsce. Czyli do ostatniej ławki w klasie.
W rzeczywistości polityczne relacje Mińsk- Bruksela polegały na okresowych ociepleniach i dłuższych ochłodzeniach. Ochłodzenia następowały zwykle po białoruskich wyborach, kiedy policja prezydenta Łukaszenki traktowała białoruską opozycję w sposób „nieortodoksyjnie demokratyczny”. Czyli pałowała ich i zamykała.
Ale po takiej politycznej zimie administracja prezydenta Łukaszenki organizowała ocieplenie. Więźniów zwalniano, delegacje państw Unii Europejskiej zapraszano. Przyjmowano je niezwykle ciepło, iście po królewsku. A ponieważ obraz władz Białorusi i państwa białoruskiego w europejskich mediach też jest paskudny, to zaskoczenie gości z UE było jeszcze większe. Bo na Białorusi naprawdę pięknie i smacznie jest. Ludzie przemili, bardzo gościnni. Ciepli można rzec.

Księstwo mińskie

Każdy, kto zdążył odwiedzić Białoruś, zwłaszcza w „ciepłym okresie”, zauważył, że prezydent Łukaszenka buduje tam swoje państwo. Specyficzną tożsamość kulturalną, historyczną i gospodarczą.
Jego Białoruś nie nawiązuje do tradycji białoruskiej republiki powstałej po rozpadzie Rosji w 1918 roku. Do białoruskiej ”Pogoni”, tej z podniesionym końskim ogonem. Do postulatu wypierania języka rosyjskiego przez białoruski.
Władze Białorusi i związane z nią elity tworzą udzielne „Księstwo mińskie”. Odwołujące się do tradycji staro białoruskich, Wielkiego Księstwa Litewskiego, imperium Rosyjskiego i ZSRR.
Najłatwiej dostrzec to oglądając wystawy w odrestaurowanych przez obecne władze magnackich siedzibach w Nieświeżu i w Mirze. Zwłaszcza prezentujących białoruskie tradycje wojskowe. Miejscowi i przyjezdni mogą dowiedzieć się z nich, że wojska białoruskie zwyciężały Krzyżaków pod Grunwaldem, Tatarów nad Sinymi Wodami, Moskwę pod Orszą, Szwedów pod Połtawą, Francję pod Moskwą i III Rzeszę Niemiecką w zdobytym Berlinie. Czapki z głów!
Nietrudno też tam zauważyć, że najsłabszym walorem obecnej Białorusi jest jej gospodarka. Technologicznie wczorajsza, mocno uzależniona od wymiany handlowej z Rosją. Na preferencyjnych, nie komercyjnych warunkach.
Administracja prezydenta Łukaszenki próbowała uniezależnić się od rosyjskiego Wielkiego Brata zapraszając chińskie firmy. Te zadomowiły się na Białorusi bez politycznych warunków wstępnych. Nie wymagały demokratyzacji systemu jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ale kooperacja z chińskimi firmami podobna jest do gry w kasynie. Da się czasem wyjść stamtąd z zyskiem, ale kasyno nigdy nie bankrutuje.
Nieliczni, białoruscy opozycjoniści wielokrotnie z przykrością przyznawali, że jedynie konieczność spłaty zaciągniętych przez administracje prezydenta Łukaszenki kredytów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i instytucji związanych z Unią Europejską może skłonić białoruskiego prezydenta do kolejnego politycznego ocieplenia.
I oto znów mamy front ciepły z Mińska. Właśnie rozpoczęły się tam Europejskie Igrzyska Olimpijskie. Białoruś, plasująca się do niedawna na peryferiach politycznej Europy, organizuje teraz wszystkim Europejczykom wielką imprezę sportową za dziesiątki milionów euro.
Przy okazji radykalnie liberalizuje przepisy wizowe i otwiera się na turystów. Wystarczyło kupić najtańszy bilet na byle zawody i wjechać tam bez wizy. Nawet bez obowiązku oglądania zawodów.
Bo taki wzrost turystyki pobudzi białoruską gospodarkę cierpiąca na deficyt walut wymienialnych.
Napływ gości z Zachodu nie zagrozi też stabilności władzy prezydenta Łukaszenki. Bruksela przestała już „demokratyzować” białoruski reżim. Ma teraz swoje ważniejsze problemy. Ma też swoich „dyktatorów”: Orbana i Kaczyńskiego.
Państwa starej Unii Europejskiej wolą już przewidywalnego, czasami niepokornego wobec Moskwy, teraz „ocieplonego” dyktatora Łukaszenkę, niż nowego, czyli nieprzewidywalnego. Zwłaszcza, że tak pobudzona białoruska gospodarka może wreszcie zacząć spłacać stare długi.
Pierwszego września prezydent Łukaszenka przybędzie do Warszawy aby razem z rodziną Unii Europejskiej i Partnerstwa Wschodniego uczcić rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wtedy będzie prymusem ze Wschodu. Bo ukraiński prezydent jest dla elit PiS zbyt blisko związany z prezydentem Macronem, a prezydenta Putina w ogóle nie zaproszono.
Zapewne prezydent Łukaszenka znów wykorzysta ten efekt cieplarniany. Kasę od Brukseli weźmie i wiele obieca. I nawet jeśli obietnic nie dotrzyma, to unijni politycy ogłoszą swój sukces, a ich podatnicy za wszystko zapłacą.
Ciepło, nawet chwilowe, musi kosztować.
Maskotką igrzysk w Mińsku jest Lesik, czyli Lisek. Oficjalnie to lisek z powiastki Antoine de Saint- Exupery, który tłumaczył Małemu Księciu zasady przyjaźni.
Patrząc na szelmowski uśmiech Lesika można też dostrzec niemłodego już księcia.