Białoruska paranoja

Jednym z najniebezpieczniejszych momentów chwili obecnej jest pewne zakłopotanie polityczne wiążące się z przejściem od wyborczego karnawału do powyborczego postu. Pewne zakłopotanie wiążące się z niejasnym odczuciem, że być może powiedzieliśmy za dużo, że być może żeśmy kogoś niepotrzebnie obrazili, że może trzeba spojrzeć realnie i zweryfikować dotychczasowe postawy okazuje się bardzo niebezpieczne i zwodnicze.

Oczywiście wątpliwości ma tylko jedna strona barykady, co powoduje to, że mnożą się polityczne błędy ze strony tak opozycji jako całości i jak i Lewicy jako Lewicy. Jedne, jak wpadka z pensjami dla prominentów, stają się widoczne już w chwilę po popełnieniu inne niestety sprawiają wrażenie zupełnie ignorowanych chociaż można sądzić, że właśnie one są szczególnie dalekosiężne i groźne.
Do takich jak sądzę należy obecny białoruski obłęd. Masowe protesty tamtejszej ludności przeciwko sfałszowaniu wyborów przez tamtejszego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę obudziły wszystkie tradycyjne demony polskiej mieszczańskiej polityki wschodniej.
Oczywiście mówienie o demonach to jedynie formuła retoryczna bo demon jest jeden i od przeszło stu lat ten sam. Jest to oczywiście tzw. prometeizm. Przekonanie że Polska (jak mityczny Prometeusz ludziom) podaruje Wschodowi Europy wyzwolicielski ogień, którego ofiarą padnie nie tylko to co więzi Białorusinów, Ukraińców, Gruzinów, Czeczeńców itd. itp. ale również samo „więzienie narodów” – Rosja.
Tyleż żałosne co tragiczne dzieje wymachiwania „prometejskim” ogniem na Wschodzie do czasu powstania PRL zostało dość dobrze opracowane przez historyków i mogło się wydawać że stanowi jak hiszpanka czy dżuma zamknięty rozdział polskiej historii. Niestety zarzewie prometejskiego ognia zostało przeniesione przez okres 1944-1989 i przekazane przez księcia Giedroycia Adamowi Michnikowi. Dzięki temu ostatniemu po roku 1989 powróciło do polskiej polityki jako „szlachetna” aczkolwiek mocno odjechana idea zbawienia Rosji wbrew samym Rosjanom.
Odkąd też okazało się, że Rosjanie nie są w stanie budować demokracji nie otrzymując żadnego wynagrodzenia za pracę i opowiedzieli się po stronie putinowskiego autorytaryzmu prometeizm przybrał charakter osobistej wojny Adama Michnika z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Ta „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” trwa już trzydzieści bitych lat i generalnie rozwija się bez przeszkód jako, że Polska należąc do Unii Europejskiej mogła i nadal może uprawiać tzw. „politykę wschodnią” całkowicie nieodpowiedzialnie nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Kryzys białoruski jest kolejnym momentem szczerzenia zębów przez prometejskie elity polityczne Rzeczypospolitej w obronie demokracji i suwerenności Wschodu. Jest to co prawda konflikt o wymiarze globalnym, ale jak to mawiają: gdy konia kują polska żaba może bez ograniczeń nogę podstawiać. Osobiście należę do milczącej większości (chociaż ponieważ milczy trudno ustalić czy jest większością czy jedynie dużą grupą mniejszościową), która generalnie tak do prometeizmu jak i do demokratyzacji nastawiona jest mocno sceptycznie. Wydarzenia na Białorusi określone przez Adama Michnika jako „Rewolucja Godności” jawią się jako kolejna odsłona przerabianych do znudzenia „Karnawałów Solidarności”, „Jesieni Ludów”, „Arabskich Wiosen”, „Rewolucji Pomarańczowych”, „Brzoskwiniowych” i „Arbuzowych”, Majdanów takich i owakich oraz Anielskich i Czarnych Sotni. Te same schematy fabularne, te same złudzenia, te same oszustwa, te same rozczarowania i te same marzenia o sprawiedliwym Jarosławie dającym „pięćset plus” czynią cały ten emitowany już czterdzieści lat serial mocno niestrawnym. Będzie to bardzo niepoprawne politycznie i może niebezpiecznie ale moje odczucia względem Białorusi przypominają jakimś stopniu odczucia starego więźnia obozu koncentracyjnego, który słyszy muzykę Wagnera zapowiadającą przybycie na rampę transportu nowych więźniów. Jest w tym jakaś doza litości, jest też poczucie zażenowania i beznadziei, ale niestety żadnych złudzeń.
Zaznaczam, że są to moje odczucia i jako człowiek który sam w życiu wiele błędów popełnił jestem skłonny zrozumieć i wybaczyć polityczny infantylizm i naiwność lewicowym miłośnikom białoruskiej „Rewolucji Godności”. W Końcu każdy uczy się na błędach a wyrastanie w środowisku politycznym zdominowanym przez Adama Michnika czy Janusza Palikota to bardzo ciężkie polityczne dzieciństwo, które wiele tłumaczy. Należy też zauważyć, że wpływ lewicowych miłośników rewolucyjnej Białorusi na wydarzenia w tym pięknym kraju jest tak znikomy, że można wziąć to wszystko w nawias i uznać, że tak naprawdę nie ma sprawy.
Nieszczęście zaczyna się w momencie gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc, w kraju w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia żeby walczyć o demokrację na Białorusi jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym.
To, że wybory w Polsce osiągnęły poziom rozgrywek brydżowych w Wąchocku (gdzie jak wiadomo: na kartę świnia z sołtysem wygrała) to tylko niewielki fragment większej całości. Fasadowy charakter demokracji w Polsce wynika nie tylko z uprzywilejowania władzy w procesie wyborczym. Dostosowywanie prawa do potrzeb partii rządzącej, złamanie wszelkich zasad praworządności i regulacji konstytucyjnych w procesie organizowania wyborów prezydenckich też nie wyczerpuje kwestii. W końcu chyba tylko w Polsce gdzie przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego została kucharka Jarosława Kaczyńskiego można się zastanawiać czy pierwsza prezes Sądu Najwyższego, jest dla niego pomywaczką czy sprzątaczką?
Funkcjonując w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na „500plusie”, warto pamiętać, iż Łukaszenka rządzi już dwadzieścia sześć lat i mógł się już trochę zużyć.
Polska lewica funkcjonująca obecnie jako ideologiczny chłopiec do bicia – zmitologizowany wróg „cywilizacji chrześcijańskiej”, ludzie potępiani i prześladowani mogła by przestać się zajmować sprawami „Weltpolitik” i zająć się walką z własną dyktaturą. Zaangażowanie w sprawy Białorusi ludzi bezsilnych wobec autorytaryzmu we własnym kraju ma charakter nieco komiczny. Dwuznaczność tej sytuacji uchwycił doskonale dwieście trzydzieści lat temu wybitny poeta i rewolucjonista Jakub Jasiński w wierszu na żałobę obchodzoną przez dwór polski po ścięciu Ludwika XVI:
„A gdy wam wolność, honor, majątki odjęto – Wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto!”
Jak to mawiali starożytni: Nic dodać nic ująć.
W przypadku Polskiej Lewicy mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym. Nie chodzi tylko o błazeństwa ale o działania w istocie samobójcze. Polska Lewica bowiem nie tylko walczy o demokrację na Białorusi ale robi to wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji.
Paradoks polegający na tym, że marionetka dyktatora Kaczyńskiego niejaki pan Morawiecki pełniący w Polsce funkcję premiera rządu stroi się w piórka obrońcy ideałów europejskiej demokracji sprawia w pierwszej chwili humorystyczne wrażenie. Jak mawiają: koń by się uśmiał, ale opozycja w Polsce traktuje te pretensje poważnie. Co więcej niektórzy dziękują panu Morawieckiemu na klęczkach. Że robi to Platforma Obywatelska to jej sprawa ale dlaczego robi to Lewica???
Po latach opowiadania o dyktaturze kaczyzmu o łamaniu konstytucji i łamaniu praw człowieka okazuje się nagle niemal z dnia na dzień, że wszystko to był przysłoiowy pic na wodę, fotomontaż, że Polska jest państwem demokratycznym godnym przewodzić demokratycznej krucjacie przeciwko dyktatorowi Łukaszence.
Co ciekawsze media przypominają stary slogan o „ostatnim dyktatorze w Europie” jak by to niegdysiejsze powiedzonko posiadało dzisiaj jeszcze jakikolwiek sens. Od czasu gdy Łukaszenka objął władzę na Białorusi do grona dyktatorów krajów traktowanych jako europejskie dołączyli Władimir Putin i Recep Erdogan. Co więcej dyktatury w Polsce i na Węgrzech pojawiły się nie tylko w Europie ale samej Unii Europejskiej!
Niestety jakoś nikt tego nie zauważył. Euro-poseł Robert Biedroń co prawda twierdzi że Polska jest izolowana w Europie i nie odgrywa roli jaka jej by się należała ale dla Białorusi jest gotowy na najdalej idącą współpracę nie tylko z premierem Morawieckim ale i Andrzejem Dudą.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lewica swoim białoruskim amokiem nie tylko legitymizuje działania dyktatury na forum międzynarodowym ale odcina sobie drogę walki z nią.
Prawda o pozycji Polski w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej ponura niż wyobraża to sobie euro-poseł Biedroń i większość polskiej opozycji. W Europie mało kto wie jak wyglądają rzeczywiste stosunki w Polsce i na Węgrzech i co więcej, mało kogo to zdaje się obchodzić. Unia Europejska chociaż może się to wydawać niemożliwe przestała w praktyce funkcjonować jako związek państw demokratycznych i co więcej trwa to już od dłuższego czasu. Zmiana ta nie została zadekretowana na żadnym że szczytów ani nawet ogłoszona publicznie. Zaszła mimochodem. Wyniknęła stąd, ze kiedy Angela Merkel stanęła przed wyborem demokracja czy władza, wybrała władzę. Konkretnie problem polegał na tym, że Fidesz Wiktora Orbana, który zapoczątkował faszyzację Unii Europejskiej należał do Europejskiej Partii Ludowej mającej decydujący głos w Unii Europejskiej. Obalanie władzy Fideszu na Węgrzech i przywracanie tam demokracji chociaż niewątpliwie możliwe było groźne dla władzy Europejskiej Partii Ludowej w Unii. Angela Merkel jak można sądzić zadecydowała o zaniechaniu walk wewnętrznych w celu utrzymania władzy. Interesy niemieckie w Unii zostały zabezpieczone. Węgrzy stracili demokrację, która generalnie i tak średnio im pasowała. Wszyscy byli szczęśliwi. Orban okazał się całkowicie bezkarny. (Co prawda Fidesz w 2019 roku został zawieszony w członkostwie Europejskiej Partii Ludowej ale chyba nawet jego członkowie tego nie zauważyli). Jarosław Kaczyński tylko poszedł drogą wytyczoną przez Węgry.
Wykorzystując osiem lat rządów Platformy obywatelskiej pod kierownictwem Nic Nikomu Nie Dam Donalda Tuska Jarosław Kaczyński deklaracjami socjalnymi zapewnił sobie zwycięstwo wyborcze. Dalej poszło już według wzorca węgierskiego. Podobnie jak w tym przypadku o rozwoju wydarzeń zadecydowała inercja kręgów przywódczych Unii. Jałowe dyskusje o tym czy w Polsce łamane są takie czy inne zasady przysłoniły tzw. całokształt. W przypadku tak Polski jak i Węgier dyskutuje się o drzewach nie dostrzegając lasu.
Wystarczy obejrzeć sobie radosne fotki ze spotkań pani Ursuli von der Leyen z panem premierem Morawieckim i poczytać o bursztynach które polski premier sprezentował Angeli Merkel żeby wiedzieć, ze opowieści o zagrożeniu Polski sankcjami ze strony Unii Europejskiej można między bajki włożyć.
Pytanie czym fotki Urszuli von der Leyen i premiera Morawieckiego różnią się tak naprawdę od fotek ministra Ribbentropa ministrem Mokotowem samo się niestety nie zada. Nie zada go też żaden uwikłany po kokardę w unijne machloje Donald Tusk. A przecież ktoś to musi zrobić.
Jeżeli polska Lewica ma coś do roboty to właśnie dążenie do odbudowy demokratycznego charakteru Unii. W większości krajów europejskich istnieją silne i solidne tradycje demokratyczne. Szacunek dla instytucji demokratycznych jest głęboko zakorzeniony. To co dzieje się na Węgrzech i w Polsce jest dla większości Europejczyków po prostu niewyobrażalne. Jest więc do czego się odwoływać i o co walczyć. Trzeba tylko wyjść poza horyzont michnikopolityki z jej zawołaniem wojennym „Putinowi żyć nie dozwolisz”. Klucze do polskiej polityki nie znajdują się w Moskwie ani Mińsku. Znajdują się w Warszawie i Brukseli.
Nadciągająca katastrofa ekologiczna bardzo skraca horyzont czasowy tradycyjnej polityki. Być może obecnej dyktatury nie da się obalić przed katastrofą ale trzeba się starać, trzymać konkretów i realiów a nie odlatywać przy każdej możliwej okazji z radosnym „szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”.