W stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie

Usnarz Górny nie spadł z nieba; Rząd PiS go wykreował na spółkę z reżimem Łukaszenki – powiedział w Sejmie szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski podczas debaty w sprawie zalegalizowania stanu wyjątkowego wprowadzonego, w pasie przygranicznym z Białorusią, rozporządzeniem Prezydenta RP Andrzeja Dudy.

PiS-owska większość argumentowała to sytuacją na granicy z Białorusią, gdzie wg Rządu RP, reżym Łukaszenki prowadzi „wojnę hybrydową”, używając do tego migrantów z Iraku, a także zbliżającymi się manewrami wojskowymi „Zapad-2021”. Projekt uchwały Klubu Lewicy ws. uchylenia prezydenckiego rozporządzenia został przez PiS-owską większość odrzucony, warto jednak zastanowić się nad zdaniem wypowiedzianym przez jednego z liderów Nowej Lewicy.
Otóż, w moim przekonaniu, problem z imigrantami na granicy z Białorusią, który w Usnarzu Górnym miał charakter katastrofy humanitarnej – z winy rządu RP – rzeczywiście nie spadł z nieba. Ale nie można go ograniczyć tylko do relacji Polska – Białoruś, albowiem z jednej strony Białoruś jest członkiem konfederacji „Związek Białorusi i Rosji”, a z drugiej Polska należy do Unii Europejskiej, organizacji o „nieznanej wcześniej formule hybrydowej” (za Wikipedią). Generalnie przyczyną tego „problemu migracyjnego” są sankcje państw Zachodu, w tym UE i RP, w stosunku do Białorusi i Rosji. Fakty mówią same za siebie:
sankcje są przeciwskuteczne !
Przecież sankcje gospodarczo-polityczne nałożone na Białoruś przez UE za rzekome (głosów nikt postronny nie przeliczył) sfałszowanie wyborów prezydenckich i prześladowanie opozycji, nie przyniosły pozytywnych skutków, a nawet wręcz przeciwnie ! Ostatnio ofiarą sankcji UE stały się Białoruskie Linie Lotnicze „Belavia”, którym, po rzekomym (wyroku międzynarodowego sądu w tej sprawie nie było) akcie terroryzmu (państwowego) rządu Białorusi, zakazano lotu do państw Unii Europejskiej. Co w tej sytuacji powinna zrobić ta (i każda inna w tej sytuacji) firma lotnicza, żeby nie zbankrutować ? To oczywiste: szukać nowych zleceń ! I„Belavia” to zrobiła – uruchomiła/zintensyfikowała połączenia z Irakiem. Popyt na lot do państwa graniczącego z UE z pewnością był (i będzie), a czy ten kanał przerzutowy zorganizowały białoruskie służby specjalne ? Prawdopodobnie tak – formalnie jednak organizacją zajmuje się biuro turystyczne a imigranci otrzymują wizy turystyczne …
Dowodem na tezę, że sankcje nie są dobrym rozwiązaniem, jest decyzja rządu USA o zniesieniu sankcji w stosunku do przedsiębiorstw Rosji i Niemiec, uczestniczących w budowie gazociągu Nord Stream 2 ! Inwestycji, w stosunku do której rząd RP jest konsekwentnie przeciwny, podobnie jak wcześniej w stosunku do Nord Stream 1 (też po dnie Bałtyku). Podobnie jak był przeciw wcześniejszemu projektowi budowy tego gazociągu przez terytorium Polski – i jakie są tego efekty ? …
Trzeba też jasno sobie powiedzieć, że USA i główne kraje UE praktycznie pogodziły się już z aneksją Krymu przez Rosję. Tylko dla Polski jest to kolejna kość do niezgody. Jak gdyby powołanie do życia państwa Kosowo, które RP uznała jako jedno z pierwszych państw, odbyło się w okolicznościach zgodnych z zasadami demokracji i prawa międzynarodowego…
Co do zasady, oceniający powinien mieć kompetencje wyższe od ocenianego. Czy Rząd RP rzeczywiście ma wyższe kompetencje, by stwierdzić, że rządy Białorusi i Rosji są niedemokratycznymi reżymami a rząd RP nie?! Przypomnijmy sobie przypadek senatora Macieja Grubskiego: w 2018 r., po nagonce rządowych mediów został zawieszony w prawach członka PO po udzieleniu wywiadu dla rosyjskiego portalu prowadzonego przez agencję informacyjną Sputnik, w którym pozytywnie wypowiadał się na temat Władimira Putina; w wyborach 2019 r. nie wystartował. Przypomnijmy sobie wielomiesięczne przetrzymywanie w areszcie redaktorów pisma „Brzask”, wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski (KPP) i partyjnej strony internetowej, oskarżanych o „propagowanie totalitarnego ustroju państwa”. Przypomnijmy sobie wieloletnie przetrzymywanie w areszcie lobbysty Marka Dochnala, czy ostatnio wielomiesięczne przetrzymywanie w areszcie byłego ministra w rządzie RP Sławomira Nowaka. Oczywiście, ze strony rządzącej PiS-owskiej większości jest to przejaw hipokryzji, ale dlaczego nie kierują się tą zasadą (hipokryzją) w stosunkach międzynarodowych? Przecież
Białoruś Łukaszenki w niczym nie jest gorsza od Turcji Erdogana !
Przecież Turcja Erdogana to dyktatura gorsza od dyktatury Łukaszenki w Białorusi! Nie słyszymy, aby w Białorusi byli więzieni sędziowie, a o Turcji tak ! Nie słyszymy, żeby w Białorusi mniejszość narodowa (np. polska) była krwawo zwalczana, a o Turcji tak (Kurdowie) ! Wreszcie Turcja zbrojnie występowała w stosunku do swojego sąsiada (Syrii), a nawet anektowała część terytorium tego państwa. Czy Białoruś zaatakowała zbrojnie terytorium Polski? Nie.
Czas zatem pójść po rozum do głowy i tej narastającej (inspirowanej ?) histerii, wręcz fobii antybiałoruskiej i antyrosyjskiej powiedzieć NIE ! Nie mam nadziei na to, by stać było na to obecnie rządzącą PiS (niezależnie od wypowiedzi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że Łukaszenka to „człowiek taki ciepły”) a także aspirującej do rządzenia PO (niezależnie od przejściowego romansu z W. Putinem oraz umowy o małym ruchu granicznym z obwodem kaliningradzkim Rosji). Wymagam tego – nowego podejścia – od Lewicy, we wszystkich bytach. Żeby to się stało, Lewica wreszcie musi przyjąć do wiadomości i stosowania, że po 30 latach od zmiany ustroju,
nam nie jest wolno mniej.
Przypomnijmy, że wytyczną o tym że „wam jest wolno mniej”, w swoim czasie ukuło i propagowało środowisko „Gazety Wyborczej”: „SLD mniej wolno, bo po szkarlatynie, ciężkiej chorobie, jaką była PRL, obowiązuje kwarantanna — napisała Ewa Milewicz bodajże w 1999 roku w „Gazecie Wyborczej”, dodając że wolno mniej nawet wtedy, gdy jest w opozycji. Niektórzy prominentni politycy lewicy uwierzyli publicystce do tego stopnia, że ich marzeniem stało się, żeby „salon”, którym wówczas niepodzielnie rządził Adam Michnik i „Gazeta Wyborcza”, ich pokochał i przytulił” (wpolityce-pl) . Ludzie Lewicy, najwyższy czas wstać z kolan i myśleć suwerennie ! Także o polityce międzynarodowej, w tym z Białorusią i Rosją i Ukrainą.! Uważam, że polska lewica powinna mieć inicjatywę w kreowaniu stosunków pomiędzy UE a Białorusią, Rosją i Ukrainą.
W stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie
Przede wszystkim jako aksjomat trzeba przyjąć tezę, że Rosja to nie jest żaden „czarny lud” czy też „ciemna strona mocy”. Rosja to państwo, które co najmniej 3-krotnie uratowało Zachód. Na początku XIX wieku od dominacji Francji Bonapartego. Na początku XX wieku od dominacji Niemiec (poprzez Wielką Socjalistyczną Rewolucję Rosyjską). Podczas II wojny światowej od eksterminacji narodów Europy przez faszystowskie Niemcy. Można zatem powiedzieć, że jak trwoga, to do … Rosji !. Pytanie jest następujące: po co nam, narodom zorganizowanym w Unii Europejskiej, jest Rosja ? Bo po co nam Białoruś to wiadomo, jako że próbujemy ją „wyłuskać” spod wpływu Rosji od 30 lat. Trzeba sobie powiedzieć jasno: to nie jest możliwe. A to dlatego, że, ze względów strategicznych, Rosja musi mieć pomost do Obwodu Kaliningradzkiego.
Po co nam Rosja ? Bo mamy wspólne interesy. Po to, by przeciwstawić się dominacji Chin, a także zagrożeniom ze strony wojującego islamu. Po to by przeciwstawić się dominacji USA, które to państwo prowadzi politykę zagraniczną, polegającą na uruchamianiu kolejnych konfliktów zbrojnych, koszty których w konsekwencji ponoszą państwa Unii Europejskiej, polegające na konieczności przyjmowania imigrantów. W stosunkach z USA Unia Europejska musi być asertywna: nie chcemy i nie przyłączymy się do kolejnych misji „zaprowadzania demokracji”, do kolejnych konfliktów zbrojnych. NATO to pakt obronny, nie imperialny. Co dalej ? Zamiast sankcji – Partnerstwo i współpraca
Są uczeni w piśmie, którzy twierdzą, że najlepszym sposobem na zwycięstwo (w tym przypadku chodzi o rezygnację z agresji ze strony dotychczasowego przeciwnika) jest współpraca. Dowodem na to jest PRL pod wodzą Edwarda Gierka. W tamtych latach nastąpiło niemal pełne otwarcie na kraje Zachodu. Dwadzieścia lat później w Polsce miały miejsce demokratyczne wybory i zmiana ustroju … Jaki z tego wniosek ?. Jak zauważyłem powyżej, w stosunkach Polska i UE a Białoruś i Rosja czas na nowe otwarcie. Unia Europejska powinna zaproponować Rosji, Białorusi i Ukrainie umowę akcesyjną ! To powinien być plan – wielostronna umowa – z perspektywą co najmniej na 50 lat. Przy czym, niejako po drodze, powinna zostać rozwiązania sprawa konfliktu narodowościowego w Ukrainie. Wiadomo, że na terenie Ukrainy rosyjskojęzyczna część mieszkańców nie chce być w państwie ukraińskim; dowodem na to jest powstanie Ługańskiej i Donieckiej Republiki oraz krwawy konflikt z tym związany. Natężenie konfliktu jest nieuniknione – chyba żeby w celu rozwiązania konfliktu zostało wprowadzone rozwiązanie sprzed 100 lat, w Polsce – plebiscyt narodowościowy. Akcesja do UE to perspektywa ok. 50 lat, najpierw Białoruś, potem Ługańska i Doniecka republika (zakładając, że plebiscyt potwierdzi istnienie tych bytów), następnie Ukraina, a na końcu Rosja.
Kilka zdań powyżej napisano: „Po co nam Rosja ? Bo mamy wspólne interesy”. Jakie to interesy? Zarówno polityczne (patrz powyżej) jak i gospodarcze. Ponadto kulturowo Rosja jest nam dużo bliższa niż niż kraje muzułmańskie. Również ze względy na interesy społeczne, w kontekście naporu przybyszów z zewnątrz z powodu wojen oraz zmian klimatu. Słabo zaludnione terytoria Syberii mogłyby być dobrym rozwiązaniem na relokację imigrantów. Dla Rosji imigranci z innych kierunków niż Chiny, to też byłoby bardzo dobre rozwiązanie.
Niezależnie od terminów akcesyjnych Rosja, Białoruś i Ukraina powinny zostać niezwłocznie przyjęte do strefy Schengen. Przyjeżdżajcie, poznawajcie uroki krajów Unii Europejskiej, z pewnością Wam się spodoba …

Pora tupnąć!

Czyli czas na stan wyjątkowy w całym kraju!

Zainspirował mnie do tego wniosku minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński, który uzasadnił konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym z Białorusią obowiązkiem ochrony bezpieczeństwa Polaków.

Ale co to za dbanie o moje bezpieczeństwo w trzykilometrowym pasie przy samym Łukaszence, nota bene w jakimś sensie bliskim ideowo i w praktyce naszym aniołom stróżom?!… Wszak nie tak dawno jeden z nich, dr Karczewski rozpływał się z zachwytu, jaki to Łukaszenka ciepły człowiek!…

Temperaturę mu mierzył?!…

Wprowadzenie przy granicy stanu nadzwyczajnego nasuwa refleksję, że obecnie służby odpowiedzialne za ochronę naszych granic są zarządzane nieudolnie i marna jest ich skuteczność, skoro potrzebny jest aż stan wyjątkowy, żeby poprawić efekty ich pracy.

Tylko patrzeć, jak stan wyjątkowy okaże się mało efektywny i wtedy zostanie wprowadzony stan wojenny!

Moim zdaniem bardziej potrzebny był na tej granicy i to już dawno temu, kordon sanitarny, by nie przenikały z Mińska do Warszawy chore idee, wzorce barbarzyńcy i zamordysty Olka Rychorawicza. Ale wprowadzenie kordonu dzisiaj to musztarda po obiedzie.

Natomiast jest najwyższy czas, by stan wyjątkowy wprowadzić na terenie całego naszego kraju, właśnie w ochronie bezpieczeństwa Polaków!, któremu coraz bardziej zagraża głównie … kasta sprawująca obecnie władzę, przekraczająca wszelkie granice przyzwoitości i dbałości o interes całego narodu.

Oto kilka przykładów, pierwszych z brzegu, wymienienie wszystkich zajęłoby cały numer gazety:

– Właśnie rząd robi wszystko, by pozbawić nas kilkudziesięciu miliardów euro z UE.

– Inflacja jest najwyższa od 20 lat. Ceny żywności rosną w zastraszającym tempie. Np. drastycznie rosną ceny chleba.

– Gildia z Nowogrodzkiej przyznaje sobie od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych podwyżki uposażenia, a tym którzy ją utrzymują z podatków rzuca z łaski, i to nie wszystkim, po kilka groszy, bezczelnie utrzymując, że sprawiedliwość, równość i stały wzrost dobrobytu społeczeństwa to jej najwyższe cele.

– Rośnie liczba ludzi ubogich, . ale rząd mimo zapewnień jego guru, nadal dokarmia „tłuste koty”, i to coraz smaczniejszymi kąskami, biorąc na to pieniądze z naszych kieszeni, w tym z kieszeni właśnie ludzi ubogich.

– Rządzący uprawiają korupcję we wszystkich jej postaciach, m.in. najbardziej cuchnącą – polityczną.

– Podeptali buciorami zasady prawne obowiązujące od czasów rzymskich, usiłując za wszelką cenę podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości i ręcznie nim sterować. U wielu sędziów i prokuratorów przekupstwem, poczucie godności osobistej połączonej z obiektywizmem czyli z bezstronnością zamienili na służalczość i posłuszne merdanie ogonkiem, doprowadzając do sytuacji absurdalnych. Czyż nie jest wręcz paranoiczną sytuacja, gdy przewodniczący sądów w Olsztynie i w Warszawie odmawiają wykonania wyroków sądowych?!!!

– Rząd ustami premiera zapewnia, że potrafi uderzyć się w piersi. I rzeczywiście wciąż w nie tłucze, tyle że nie we własne.

– Społeczeństwo jest coraz bardziej bezczelnie pozbawiane prawa do rzetelnej informacji. Władza wszelkimi sposobami stara się mediom przedstawiającymi prawdę nałożyć kaganiec albo wręcz je utylizować,

– I, moim zdaniem, największa podłość rządzących – rozbuchanie w znacznej części narodu najgorszych ludzkich instynktów, jak obskurantyzm, reakcyjność, wstecznictwo, ksenofobia, brak szacunku i agresja wobec tych, którzy mają czelność myśleć i zachowywać się inaczej niż uprzywilejowane obecnie kołtuństwo.

Przewodnie hasło wypisane na transparentach rządzących to: Po nas choćby potop!

Ilu z tych którzy biernie przyglądają się lub aktywnie wspierają ten marsz ku przepaści, jest w stanie zdobyć się na refleksję, że w tym potopie utoną ich dzieci i wnuki!?

Toteż m.in. po to by je ratować, potrzebne jest niezwłocznie wprowadzenie stanu wyjątkowego na terenie całego kraju.

Ale jest pewien szkopuł, który ten wniosek czyni utopijnym. Przecież ci co zagrażają naszemu bezpieczeństwu nie wprowadzą stanu wyjątkowego wobec siebie! Mariusz Kamiński nie zatrzyma w areszcie domowym Jarosława Kaczyńskiego i nie zamknie się tam razem z nim. Mariusz Błaszczak nie wyceluje swojej lufy, to znaczy lufy podległego mu czołgu w willę na Żoliborzu? Piotr Gliński prawdopodobnie, bo do końca nie jestem pewny, nie dokona szczegółowego obszukania Beaty Szydło, Beaty Kępy czy Krystyny Pawłowicz? Domniemywam, że z racji pełnionej funkcji ministra kultury ma choćby szczątkowe poczucie estetyki.

Toteż wprowadzenie stanu wyjątkowego przez obecnie rządzącą ekipę, to jakby wpuścić lisa do kurnika. Zresztą wiele wskazuje na to, że lis już się koło kurnika kręci. bowiem obecny stan wyjątkowy w pasie przygranicznym to próba generalna.

Najwyższa więc pora, by nie dopuścić, żeby ta próba generalna w obecnej obsadzie doczekała się premiery na scenie całego kraju.

Tym razem stan wyjątkowy powinien wprowadzić naród. Konkretnie ta jego większa część, która ma rozum ulokowany w swojej głowie a nie w sempiternie prezesa.

Koniec z drzemką, koniec z wyznawaniem zasady tumiwisizmu, a partyjna opozycja niech przestanie kierować się zasadą: – Mówię Ojczyzna, myślę stołek.

Tylko wszyscy, zwarci i konsekwentni będą w stanie tupnąć jednocześnie tak głośno i mocno, że wskażą kamaryli jej właściwe miejsce.

Bowiem rządzące towarzystwo wzajemnej adoracji w gruncie rzeczy kuli ogon pod siebie, gdy ktoś mocno i głośno tupnie. Tupanie, takie jak kobiety, która uciekła na stół przed myszą i tam na nią tupie, traktuje tak jak na to zasługuje – kpiną i lekceważeniem.

Polska w zapłociu

PiS umie budować płoty, ale już zwrot butelek za kaucją przekracza jego zdolności intelektualne i organizacyjne.
Wielka radość zapanowała w elitach PiS. Wymyślona przez nie wojna ze złym prezydentem Białorusi rozgrzała patriotyczne nastroje Polaków. Zwłaszcza tych przestraszonych wizją grożącej nam agresji muzułmańskich uchodźców.
Efektowna, „wyjątkowa” akcja zadrutowania wschodu Polski, polepszyła poczucie bezpieczeństwa jednej trzeciej obywateli naszego kraju. Tych, którzy znów uwierzyli w grożący nam dżihad, tym razem jadący na ruskich czołgach. I znów w przedwyborczych sondażach zagłosowali na partię pana prezesa Kaczyńskiego.
Trzydzieści sześć procent ich poparcia znów napompowało pychę kaczystów. Utwierdziło ich przekonanie, że polityka kreowania konfliktów, zwłaszcza międzynarodowych, skutecznie napędza im poparcie dumnych z polskości, narodowo- katolickich wyborców.
Pan prezes Kaczyński stosuje taktykę skutecznie przetestowaną już przez przywódców Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej. Kiedy koreańscy liderzy chcą przypomnieć światu o swej sile, zmusić przeciwników aby usiedli z nimi do negocjacji lub przesłali zaległą, obiecaną kiedyś pomoc, to odpalają swe rakiety i taktyczne ładunki jądrowe. Tam to działa.
Pan prezes Kaczyński broni jądrowej jeszcze nie ma, choć coraz głośniej w jego partii mówi się o potrzebie dysponowania taką.
Dlatego zamiast rakiet, kaczyści odpalają w Sejmie RP projekty swych ustaw, które wysyłają na orbity krajowej legislacji. Tam długo krążą budząc złość, strach i niepokój międzynarodowych sąsiadów. Bo jeśli nabiorą one kształtów ustaw, to niejednego mogą porazić. Czasem nawet dotkliwie po kieszeni.
Potem tak zaniepokojeni sąsiedzi zwykle rozpoczynają negocjacje, jawne lub poufne, i wymuszają na PiS wycofanie lub zamrożenie kłopotliwych projektów. No i rekompensatę za taką wolę porozumienia.
A to propaganda PiS ogłasza kolejnym wielkim zwycięstwem narodowo- katolickiego suwerena nad antypolskimi, wrażymi sąsiadami. Zazdroszczącymi wielce elitom PiS ich sukcesów. O czym codziennie przypomina nam TVP SA.
Zwycięska wojna z przemykającymi się od białoruskiej strony migrantami, zwycięskie już „odstraszenie” zapowiadanej, tajnej agresji wojsk rosyjsko- białoruskich, ćwiczących rutynowo w cyklicznych manewrach „Zapad”, pozwala zapominać krajowej opinii publicznej o serii klęsk i porażek polityki pana prezesa Kaczyńskiego.
O skazanej już na niebyt anty amerykańskiej ustawy „Lex TVN”. O klęsce kontrrewolucji pana ministra Ziobry w systemie sądowym. O zagrożonych 58 miliardach euro pożyczek i dotacji z Unii Europejskiej. O klapie propagandowej „Nowego Ładu” firmowanego przez pana premiera Morawieckiego.
Dzięki wszczętej przez elity PiS medialnej, hybrydowej wojnie z „tajną prowokacją Łukaszenki” krajowe media i demokratyczna opozycja nie mają wystarczająco czasu aby dyskutować o polskim systemie oświaty. O deficycie kilkudziesięciu tysięcy nauczycieli. Zwłaszcza matematyków.
Systemie archaicznym, przygotowującym absolwentów zdolnych jedynie do wypełniania testów, ale nieprzygotowanych do prac zespołowych. Do życia w rozpoczętym już XXI wieku.
Dzięki tej „wyjątkowej wojnie” nie dyskutujemy już poważnie o nadchodzącej zapaści demograficznej w naszym kraju i potrzebie stworzenia polityki migracyjnej.
Mówimy półgębkiem o opodatkowaniu emerytów, a nie debatujemy o zupełnie nowym systemie emerytalnym. Wspominamy o „utrwalaniu cnót niewieścich”, a nie debatujemy o robotyzacji, sztucznej inteligencji, o skracaniu czasu pracy. Fascynujemy się wzrostem sprzedaży towarów po czasach pandemii, nie dyskutujemy o koniecznych długofalowych zmian w konsumpcji. Rezygnacji z konsumpcji „pro śmieciowej”. Mody na racjonalną, oszczędną konsumpcję. Napinamy muskuły XIX wiecznie rozumianej suwerenności, kłócimy się ze wszystkimi sąsiadami i potencjalnymi światowymi sojusznikami. I pozostajemy sami.
Bo elity PiS poszukując utopii „suwerennej,narodowo-katolickiej Polski” budują realne i mentalne płoty aby odgrodzić się od całego, wrażego im otoczenia.
Tworzą Polskę kaczyńską, przeglądającą się codziennie w lustereczku telewizji Kurskiego, i lustereczko pytającą: Któż najpiękniejszy jest na świecie?
Lustereczko przytakuje. A puste butelki, zamiast do skupu, dalej Polskę zaśmiecają.

PiS nic już więcej nie osiągnie

– Polacy stają się powoli, ale coraz bardziej tolerancyjni i praktycznie we wszystkich obszarach, które PiS wybrał sobie jako pole bitwy, trendy idą w odwrotnym kierunku, niż propaganda rządowa – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy jesienią czeka nas polityczne przyspieszenie? Czy i jak duża będzie rekonstrukcja rządu? Wiadomo, że trzeba będzie zastąpić gowinowców nowymi osobami.

KLAUS BACHMANN: Jestem bardzo ostrożny z prognozowaniem, zwłaszcza kiedy idzie o Polskę po 2015 roku. Nigdy nie prognozowałbym, że jedna z polskich partii może tak daleko zwasalizować Trybunał Konstytucyjny, że może go używać do unieważnienia dowolnych, niewygodnych dla niej ustaw, albo że dążący do autorytaryzmu polski rząd może chcieć unikać ogłoszenia stanu wyjątkowego z powodu pandemii i konieczności przesunięcia wyborów, aby go potem ogłosić z powodu kilkudziesięciu ludzi, którzy chcą się w Polsce ubiegać o ochronę międzynarodową.

Stymuluje to moją wyobraźnię do tego stopnia, że za możliwe uważam teraz też, że rząd bez większości parlamentarnej porządzi do końca kadencji za pomocą ustaw wydawanych na podstawie stanu wyjątkowego przez prezydenta. Jest to możliwe, jeśli w Sejmie nie znajdzie się większość bezwzględna konieczna do ich odrzucenia.

Można też próbować rządzić za pomocą referendów, co wymaga tylko inicjatywy prezydenta i zgody Senatu.

Wątpię, aby wahający się senatorowie odważyli się głosować przeciwko temu, aby „narodowi oddać głos”, w Polsce wszyscy są przecież za tym, aby to naród decydował, nawet jeśli przy tym rozsądek może przegrać. A jak fajnie można rozhuśtać emocje przy takich referendach, o niebo lepiej niż głodząc kilkudziesięciu migrantów na granicy wespół z Łukaszenką!

Jak ocenia pan decyzje o wprowadzeniu stanu wyjątkowego przy granicy? Na ile to decyzja polityczna?

Trochę niezręcznie mi się o tym wypowiadać, bo jestem obywatelem kraju, do którego w 2015 roku wjechało ok. 800 000 uchodźców w ciągu kilku tygodni i który wtedy nie ogłosił stanu wyjątkowego, a tu polski rząd wpada w panikę z powodu kilku rodzin i może kilkuset imigrantów tygodniowo, którzy przedostają się przez granicę białoruską do Polski.

Nie nazwałbym tego decyzją polityczną, to chwyt propagandowy, dość przejrzysty zresztą, wystarczy dokładnie przeczytać uzasadnienie rządu: „Ma to związek ze szczególnym zagrożeniem bezpieczeństwa obywateli oraz porządku publicznego w związku z obecną sytuacją na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi”.

Czy choć jeden z tych migrantów, którzy przeszli tam, potem zagroził bezpieczeństwu obywateli albo porządkowi publicznemu? Napadli na kogoś, coś ukradli?

I dlatego, że Straż Graniczna nie radzi sobie z 3000 próbami przekroczenia zielonej granicy z Białorusią w sierpniu (dane też pochodzą z uzasadnienia rządu), mieszkańcy przygranicznych gmin muszą teraz zawsze mieć dowody osobiste przy sobie, myśliwi nie mogą nosić broni i na obszarze 68 miejscowości nie można urządzić wesel i innych imprez masowych. To pomaga Straży Granicznej wyłapywać imigrantów na zielonej granicy?

Straż Graniczna dysponuje helikopterami, noktowizorami, sprzętem do namierzania ludzi na podstawie wydzielonego przez ich ciała ciepła, samochodami specjalnymi z prawem do poruszania się wzdłuż granicy, może zakładać podsłuchy i opłacać informatorów. Ona potrzebuje stanu wyjątkowego, aby wojsko, które o tym wszystkim nie ma pojęcia, mogło jej pomoc? Mam silne wrażenie, że rząd wprowadza stan wyjątkowy, aby ukryć, że nie panuje nad swoimi służbami.

Czy PiS wzmocni się na sprawie uchodźców, imigrantów z Białorusi?

Niektóre pojedyncze sondaże na to wskazują, ale zgodnie z radami moich kolegów, którzy się profesjonalnie zajmują sondażami, patrzę zawsze na długofalowe trendy. Zgodnie z nimi

Polacy stają się powoli, ale coraz bardziej tolerancyjni i praktycznie we wszystkich obszarach, które PiS wybrał sobie jako pole bitwy, trendy idą w odwrotnym kierunku, niż propaganda rządowa: wzrasta odsetek ludzi przyjaznych ludziom LGTB, imigracji, uchodźcom, popierających ochronę środowiska, wrażliwych wobec zmian klimatycznych.

To znika w tym polskim zgiełku, w którym jedna strona próbuje to zagłuszyć tępą propagandą, która głownie mobilizuje przeciwników, a druga strona nieustannie szuka powodów, aby wstydzić się za swój naród, któremu imputuje, że wierzy w tę propagandę. Między tymi dwoma wrogimi obozami są prawdziwi Polacy, prawdziwi w tym sensie, że to oni są większością, a oni milczą, bo wiedzą, że jak się wypowiadają, to albo jedna, albo druga strona na nich napadnie.

Czy mimo wszystko inflacja, drożyzna i pandemia spowodują spadek notowań rządu i PiS-u?

Nie sądzę. Sukces PiS w 2015 roku miał dwóch ojców: pozostałe partie, które w tym samym czasie demobilizowały swoje elektoraty, dając im do zrozumienia, że wybory są i tak przegrane, kiedy PiS dał swoim do zrozumienia, że mogą wygrać i że są solą tej ziemi, mimo że mają niskie wykształcenie, niskie dochody i mieszkają na prowincji, za co miejskie elity nimi gardzą. Transfery socjalne wzmocniły ten przekaz, ale on byłby też skuteczny bez transferów.

W Polsce nie da się kupować głosów wyborców. Być może politycy o tym nie wiedzą, bo zbyt często kupują głosy swoich kolegów w Sejmie i to jakoś funkcjonuje, ale wobec wyborców robienie ich w konia jest bardziej skuteczne. Można im wmawiać kompletnie wydumane zagrożenia ze strony uchodźców, jakichś groźnych ideologii, które rządzący sami sobie wymyślili, albo to, że wchodząc do lokali wyborczych z maską i w rękawiczkach zarażą się COVID19. To funkcjonuje u wyborców wszystkich partii, natomiast wręczanie im gotówki powoduje tylko obojętność, bo wyborca i tak jest przekonany, że mu się to należy, a połowa beneficjentów i tak nie pójdzie na wybory.

Czy Kaczyński będzie próbował jakiejś formy rządu mniejszościowego, wcześniejszych wyborów, czy za wszelką cenę będzie chciał utrzymać większość rządzącą? Czy głosowanie nad Polskim Ładem będzie sprawdzianem dla koalicji rządzącej? Czy PiS może je przegrać, a jeżeli tak, to czy to spowoduje upadek rządu?

Racjonalnie rzecz biorąc nie ma powodu, aby ogłosić wcześniejsze wybory. PiS potrzebuje do tego albo opozycji, albo prezydenta i w tym drugim przypadku musiałby udawać, że nie jest w stanie uchwalić budżetu. Być może tak faktycznie będzie, zwłaszcza jeśli w budżecie znajdą się kontrowersyjne elementy Polskiego Ładu.

Ale jeśli Kaczyński chce, to może rozbroić ten Ład, przedstawić nieideologiczny budżet, wycofać się z kontrowersyjnych pomysłów, na które i tak nie ma większości (wobec ustawy o TVN i Izby Dyscyplinarnej właśnie to robi) i utrzymać rząd do końca kadencji, dokupując incydentalnie głosy wolno fruwających po Sejmie posłów.

Inna sprawa, czy PiS ma szansę, aby za dwa lata wtedy wygrać wybory – ale jeśli obecnie Kaczyński bije głową w mur (przy ustawie medialnej próbował), to też nie wygra, bo demonstruje tylko bezsilną wściekłość wobec wyborców, dla których dotąd był mężem opatrznościowym.

Myślę, że PiS już nic więcej nie osiągnie i pogrąży się we wzajemnych oskarżeniach i intrygach pałacowych, a przy tym stanie się coraz bardziej autorytarny.

Czy UE powinna mocniej się zaangażować w sytuację na polskiej granicy z Białorusią?

Tu mamy ten sam problem, co w 2015 roku: wobec migracji UE jest podzielona i niezdolna do przyjęcia jednolitego stanowiska. Stąd takie dwuznaczne wypowiedzi rzeczników Komisji o tym, że trzeba chronić granic i humanitarnie traktować tych, którzy ubiegają się ochronę. Jeszcze bardziej dwuznaczne jest ich stanowisko wobec Afganistanu: Talibowie mają maksymalnie dużo ludzi wypuścić z kraju, choć nikt tych ludzi nie chce przyjmować, ani kraje sąsiednie, ani Europejczycy, którzy uważają, że miejsce afgańskich uchodźców jest „w regionie”, to znaczy w krajach sąsiadujących z Afganistanem.

To jest problem dla UE, granica polsko-białoruska nim nie jest. Aby sobie radzić z tą wojenką hybrydową Łukaszenki, wystarczy stosować przepisy, które są zgodnie z prawem UE, z prawami człowieka i z polskim prawem: wpuścić każdego, który się ubiega o ochronę, sprawdzić, czy na to zasługuje, jeśli tak, to integrować go (po kilku latach zazwyczaj i tak zniknie w Europie zachodniej), jeśli nie, deportować go do kraju pochodzenia.

Kraje zachodnioeuropejskie sobie radziły z tym po 2015 roku wobec ponad miliona przybyszy, dlaczego Polska ma sobie nie radzić wobec kilkuset albo nawet kilku tysięcy? W latach 90. Polska była jednym z naprawdę nielicznych krajów, który dał ochronę Czeczenom, wobec których inne kraje uznały, że są oni bezpieczni w nieczeczeńskich obszarach Rosji więc nie muszą uciekać na Zachód. Krążą różne szacunki, ilu Czeczenów Polska wtedy przyjęła, ale obojętnie które bierzemy, to i tak było ich więcej niż ludzi, których Łukaszenka zdołał ściągać z Iraku.

Ani dla Irakijczyków, ani dla Afrykańczyków, ani dla Afgańczyków Białoruś nie leży na głównych szlakach migracyjnych do Europy zachodniej, dlatego może on nas trochę drażnić, ale nic naprawdę groźnego nie wymyśli.

Może to robić Rosja, otwierając szlak z Afganistanu przez terytorium zależnych od niej dawnych republik radzieckich do Europy zachodniej. Ale wtedy żaden mur, żadne zasieki przed tym nie będą chronić, tylko presja dyplomatyczna większych od Polski państw, taka sama presja, która kazała Irakowi 18 sierpnia zablokować loty Belavii między Bagdadem i Mińskiem.

Czy obecny kryzys migracyjny w Europie ponownie wzmocni populizmy?

Na razie nie ma żadnego kryzysu migracyjnego w Europie. Strach ma wielkie oczy i tak zwany Zachód, kraje, które opuściły Afganistan, pada ofiarą własnej propagandy. Podczas ostatnich 20 lat wojny powstał taki obraz Afganistanu w mediach, że jest to kraj, który do 2001 roku był pod jarzmem Talibów, którzy teraz wrócą i znowu ujarzmią Afgańczyków. Ale Talibowie są w równym stopniu, co wszyscy inni Afgańczykami, i gdyby nie mieli poparcia społecznego, nie byliby w stanie w kilka tygodni zdobywać kraj i armia afgańska by się nie rozpadła na naszych oczach. To nie jest tak, że teraz mała grupka Talibów zbrojnie wypędza wszystkich Afgańczyków z kraju i oni wszyscy wędrują do Europy zachodniej.

Ucieka ta część polityków i ich zwolenników, którzy nie są w stanie albo nie chcą się ani dogadać, ani walczyć z Talibami. Według danych Narodów Zjednoczonych ok. 95 proc. wszystkich uchodźców na świecie szuka schronienia w krajach sąsiednich albo nawet na spokojniejszych obszarach swego własnego kraju. Do Europy dotrze tylko ułamek. Jeśli Europa się teraz boi kilkumilionowego marszu Afgańczyków do Europy, to wpada ofiarą własnej propagandy, zgodnie z którą to Zachód w 2001 roku wyzwolił wszystkich Afgańczyków spod jarzma Talibów, choć tak naprawdę to tylko wypędził jedną grupę etniczną i dogadał się pozostałymi.

Jeśli zaś chodzi o populizm, to trzeba o jednym pamiętać: kluczowe tu jest, jak nasze elity i media mówią o migracji.

Z badań w różnych krajach europejskich wiemy, że ludzie nie boją się uchodźców lub imigrantów, których widzą na ulicy albo obok których mieszkają – bo w nich widzą ludzi – lecz tych, których widzą w telewizji albo nawet tylko we własnej wyobraźni. Tych ostatnich widzą jako bezkształtną masę, to są wtedy nie ludzie jak ty i ja, lecz „ci muzułmanie”, „ci uchodźcy”, „ci obcy” albo nawet „ci terroryści”. Ja wtedy zawsze pytam ludzi, czy chcieliby, aby w innych krajach też tak myślano o Polakach, jako o groźnej, bezkształtnej, nacierającej masie, w której nie widać ani jednego człowieka…

Jaką lekcję wyciągnęła Europa z 2015 roku i tamtego kryzysu?

Unia Europejska żadnej, bo nie ma jednolitego stanowiska. Większość rządów teraz chce przede wszystkim bronić granic, mniejszość uważa, że postawa humanitarna jest bardziej adekwatna, kraje na obrzeżach chciałyby zreformować system dubliński tak, aby je odciążyć, ale bez klucza przymusowej redystrybucji to się nie da, więc kraje, które nie są głównym celem migrantów, bronią się przed relokacją rękami i nogami – do czasu, kiedy staną się same celem migrantów, ale to może jeszcze potrwać.

Jeśli miałbym wyciągnąć wnioski z 2015 roku, to bym rekomendował wszystkim, którzy obawiają się powtórki, aby wzmocnili Urząd do spraw Cudzoziemców, Straż Graniczną i sądownictwo. Nie po to, aby złapać, uwięzić i ukarać uchodźców, ale aby sprawnie i szybko przeprowadzić uczciwe postępowania azylowe i tych, którym ochrona nie przysługuje, szybko odesłać do swoich krajów. Tu był w 2015 roku największy mankament w Niemczech: kiedy na granicy pojawiło się 800 000 ludzi niemiecki odpowiednik UdsC miał jeszcze 200 000 zaległych postępowań z lat poprzednich, na granicy od 2007 roku w ogóle nie było strażników, którzy mogliby rejestrować przybyszy (robiła to potem policja), a kiedy pierwsi odrzuceni imigranci odwołali się do sądów, zablokowało się sądownictwo. Z tego powodu wielu tych, którym nie przysługuje ochrona, zostało w Niemczech czasami nawet kilka lat.

Pierwszoplanową rolę w integracji uchodźców odgrywały samorządy, organizacje pozarządowe, inicjatywy sąsiedzkie i nawet kluby sportowe, które uruchomiły kursy integracyjne i językowe.

Kto się boi wielkiej fali migracji, niech wzmocni administrację, samorządy i organizacje obywatelskie, zamiast budować zasieki. Nie dlatego, że jest to bardziej humanitarne albo chrześcijańskie, ale dlatego, że jest to bardziej skuteczne, bo dzięki temu unikamy kłopotów z prawem i z innymi państwami.

Mury i zasieki nie powstrzymają migracji, tylko ją trochę utrudnią i przekierują do sąsiadów. Jeśli teraz zbudujemy mur z Białorusią, utrudnimy też ucieczkę tym Białorusinom, którzy nie mogą uciec przez przejścia graniczne, na przykład dlatego, że nie mają ważnego paszportu.

Test na prawo do bezprawia

Niemiłościwie nam rządzący zaczynają kolejny test na ile społeczeństwo jest nadal gotowe przyklasnąć kolejnemu ich bezprawiu.
Tym razem testem jest wprowadzenie stanu wyjątkowego, a terenem testowania 115 miejscowości na terenie województw podlaskiego i lubelskiego. Rokowania są pomyślne. 45 procent ankietowanych Polaków popiera ten zamiar, 42 procent jest przeciw, a 13 procent nie ma zdania ( ci co nie mają zdania w jakichkolwiek badaniach niezmiennie budzą we mnie refleksję, że ankieterzy przepytują też osoby, które nie są pewne czy żyją).
Obecny główny lokator pałacu Namiestnikowskiego grzmi, grozi, tumani, przestrasza, posiłkując się jak zwykle minami, które stawiają go w światowej czołówce politycznych mimów obok Mussoliniego i Trumpa.
45 procent popiera, no to można się sadzić i nadymać! Rząd w osobach takich …hm… tuzów jak premier czy minister spraw wewnętrznych walą z grubej amunicji o największych zagrożeniach, niebezpieczeństwach dla naszego kraju a nawet dla jego niepodległości.
Jest to zawracanie … miejsca w które sekciarze, fanatycy bożka z sanktuarium przy Nowogrodzkiej pchają się non stop bez wazeliny.
Stan wyjątkowy na 30 dni , na niewielkim stosunkowo terenie przygranicznym! To tak, jak polować na lwa przy pomocy procy! 16 grudnia 2016 roku rządząca większość sejmowa, z pogwałceniem wszelkich zasad obowiązujących w cywilizowanych parlamentach, przy skandalicznym procedowaniu uchwaliła m.in. tzw. ustawę dezubekizacyjną.
Pisałem wtedy ostrzegając, że obowiązujące prawo pozwala na rozliczenie tych wszystkich, którzy je łamali bez wprowadzania odpowiedzialności zbiorowej.
Nota bene najbardziej skorzystał na jej uchwaleniu niejaki Jarosław Zieliński, który był twarzą tej ustawy, bowiem kiedy został spuszczony ze stanowiska wiceministra spraw wewnętrznych do dzisiaj korzysta z ochrony SOP i wszelkich związanych z tym przywilejów pod pretekstem, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony 80-90 letnich staruszek i staruszków, z których wielu pozbawił środków do życia, a kilkudziesięciu on i jego gildia doprowadzili do samobójstw. Za tę ochronę miłośnika konfetti i rozkładanych przed nim dywanów płacimy wszyscy!
Ale najważniejszą rzeczą, którą wówczas podnosiłem, było ostrzeżenie, że ta ustawa jest testowaniem reakcji społeczeństwa na jawne łamanie prawa przez rządzących, na ile będą mogli sobie pozwolić w deptaniu m.in. praw i swobód obywatelskich mamiąc jedynie demagogicznymi hasłami i przekupstwem. Większość społeczeństwa przyklasnęła: Moja chata z kraja, albo – dobrze im tak!
Wrota do poczucia bezkarności i samowoli zostały otwarte na oścież. Szybko przekonali się o tym sędziowie, kobiety żądające prawa do stanowienia o sobie… lista jest długa i wciąż się wydłuża.
I teraz mamy do czynienia z kolejnym testem – stan wyjątkowy! Chce go wprowadzić ten sam rząd, który gdy pojawiło się rzeczywiste zagrożenie dla społeczeństwa w postaci pandemii bronił się przed nim rękami i nogami.
Ale teraz przyszedł najwyższy czas na przymiarkę. Zbliżają się wybory, notowania spadają, większość sejmowa topnieje…Rany boskie, co robić?!…
Stan wyjątkowy, jak znalazł! – kamaryla zatarła ręce. Na razie go przetestujemy na małym obszarze. Przyzwolenie 45. procent mamy. I tak krok za kroczkiem…Aż …
Przysłowie mówi: Daj złodziejowi palec to ci rękę urwie! Witajcie w kraju jednorękich!

Na granicy

… w ostatnich dniach Polska wyłożyła ponad 100 kilometrów drutu kolczastego. Wiceminister MSWiA chwali się zdjęciami tego drutu na Twitterze, jakby miał nas bronić przed szturmem Uruk-hai na Helmowy Jar…

Krótka była miłość rządu do „Wolnej Białorusi”, bohaterskich Białorusinów i jeszcze dzielniejszych Białorusinek. I żeby było jeszcze ciekawiej, to wszystko przeciw małym grupom uchodźców, które koczują na granicy i mają problem ze zdobyciem jedzenia… Świetny prognostyk tego, jak polski rząd postąpi w odniesieniu do uchodźców z Afganistanu, który pomagał kolonizować…

To jeszcze raz, w punktach, nakreślmy portret pana ministra.
1. Weź udział w zbrojnym niszczeniu całych krajów i okradaniu ich z surowców i przyszłości
2. Bądź współodpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi oraz za dewastację całych regionów
3. Widzisz, że na twojej granicy koczuje kilkadziesiąt osób, które w popłochu i desperacji uciekają z krajów, które przedtem okupowałeś
4. Postaw 100 kilometrów zasieków i chwal się tym na Twitterze
5. Powiedz mediom, że uchodźcy to zdrowi mężczyźni bez powodu do wyjazdu ze swojego kraju, którzy chciwie pragną europejskiego luksusu.

Kim jesteś? Konserwatywnym, krwawym faszystą bez grama współczucia. Patoprawicowym ludzkim zerem. I, przy okazji, polskim wiceministrem.

Flaczki tygodnia

Agencja Mienia Wojskowego od poniedziałku 16 sierpnia zaczyna opróżniać swe magazyny. Za niewygórowaną cenę można będzie kupić wojskowe mundury, łopatki, samochody transportowe i łaziki. Kupić szybciej niż obiecywane wojsku samoloty F-35, systemy Patrioty i czołgi Abramsy. Wziąłeś 500+ ? To kup sobie trochę uzbrojenia.

Aktywistkom ze Strajku Kobiet polecamy oferowane przez Agencję hełmy i pałki, pozostałość po Milicji Obywatelskiej. Dzięki nim wasza milicja obroni was przed agresją i rozwydrzeniem obecnej policji. Przed łamaniem rąk i uderzeniami pałkami teleskopowymi. Parlamentarzystom wszystkich klubów polecamy maski przeciwgazowe. Bez maski nie podchodź do policyjnych kordonów otaczających budynki Sejmu RP i innych sanktuariów. A wyborcom PiS polecamy lornetki polowe. Może wreszcie zobaczą swą „Polskę powstającą z kolan”.

W dniu wojska polskiego władza PiS rozpoczęła wojnę dyplomatyczną z Izraelem. O odszkodowania. Izrael wezwał na pomoc USA, z którymi władza PiS jest już w stanie wojny o TVN. Roszczący Izrael, władza PiS olała aryjskim moczem i odesłała do Niemiec, z którymi PiS wojuje od dawna. Konflikt z Niemcami rozgorzeje niebawem, bo kanclerz Merkel wybiera się do Rosji. Do państwa z którym władza PiS wojuje od dawien dawna. Do Rosji wybiera się też prezydent Francji, kolejny śmiertelny wróg elit PiS.

Z Rosją skłóciły się ostatnio Czechy, ale to nie da aliansu, bo z Czechami mamy wojnę o elektrownię Turów. Z ich sąsiadem, ze Słowacją też już wojujemy. O zdelegalizowanie aborcji dla Polek.

Po chwilowym rozejmie zapowiada się wojna kulturowa elit PiS ze szwedzką oświatą o „ideologię gender”. Z Danią jest chwilowy rozejm w sprawie „Baltic pipe”, ale wyraźnie kruchy. Podobny jest z Ukrainą. W przyszłym tygodniu zaplanowano w Kijowie spotkanie Platformy Krymskiej. Okazji do bitki nie zabraknie. Z państw frontowych pozostaje jeszcze Białoruś. Z nią walczymy hybrydowo. Wyganiając kierowanych stamtąd afgańskich uchodźców.

Bilans na zero?

Czas na „Omówienie pełnego zakresu problemów, przed którymi stoją Stany Zjednoczone i Rosja”, stwierdził prezydent Joe Biden i zaproponował prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi spotkanie.
Chęć do szybkiego dialogu wzmogły koncentracje wojsk rosyjskich i NATO na pograniczu ukraińsko- rosyjskim. Alarmujące prognozy, że znowu może dojść tam do wojny.
Konflikt rosyjsko- ukraiński będzie zapewne jednym z tematów przyszłych rozmów. Jawne i oficjalne rokowania amerykańsko – rosyjskie o integralności i przyszłości ukraińskiego państwa to nowość polityczna. Do tej pory rozwiązaniem problemów Donbasu i aneksji Krymu zajmowała się „czwórka normandzka”, czyli Niemcy, Francja, Ukraina i Rosja. Zaś długofalową politykę sąsiedztwa Unii Europejskiej w europejskim otoczeniu Rosji spełniało Partnerstwo Wschodnie. Spłodzone przez Polskę i Szwecję, zaakceptowane przez Unię Europejską.
Partnerstwo Wschodnie zakładało współpracę z sześcioma byłymi republikami ZSRR, które po 1990 roku wybrały niepodległość. Z leżącymi w bliskim sąsiedztwie Białorusią, Ukrainą i Mołdawią oraz reprezentującymi kaukaskie krańce Europy; Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią.
Na pierwszy szczyt w maju 2009 r. przybyli do Pragi wszyscy przywódcy. Drugi, we wrześniu 2011 roku w Warszawie, został już zbojkotowany przez przywódców Białorusi. Był to pierwszy sygnał narastających konfliktów wewnątrz Partnerstwa. Ostatni „szczyt” Partnerstwa odbył się w maju 2019 roku w Brukseli. W formie kolacji wydanej przez ówczesnego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska dla przywódców pięciu państw Partnerstwa oraz białoruskiego ministra spraw zagranicznych.
Prymusi i chuligani
Celem Partnerstwa było przyciąganie byłych, europejskich republik radzieckich do sfery wpływów Unii Europejskiej. Cała szóstka dostała obietnicę akcesji do Unii Europejskiej pod warunkiem przeprowadzenia zmian i reform przybliżających ich gospodarki, systemy polityczne i prawne do standardów obowiązujących w UE.
Rosja od początku była przeciwna Partnerstwu. Uważała, i nadal uważa, taką politykę sąsiedztwa Unii za wrogą. Protestowała w czasie inauguracji Partnerstwa ustami prezydenta Miedwiediewa. Po przejęciu prezydenckiego urzędu przez Wladimira Putina oceny Partnerstwa stały się bardziej negatywne i jednoznacznie wyrażane.
W czasie dwunastoletniego istnienia Partnerstwa ujawnił się w tym regionie nowy, sprawny „partner”. Jeszcze w 2009 roku „partnerska” szóstka miała alternatywę. Być „bliską zagranicą” Federacji Rosyjskiej albo oczekującym w kolejce do Unii Europejskiej. W międzyczasie na regionalnego przywódcę i wzór do naśladowania wyrosła Turcja.
Rządzona przez prezydenta „sułtana” Erdogana rychło porzuciła starania o akcesję do UE. Zręczną polityką dowiodła, że dzięki umowom o wolnym handlu z UE można być tam swą gospodarczą nogą i jednocześnie można swą polityczną nogę trzymać poza euro wspólnotą. Można korzystać z europejskiego rynku bez konieczności nakładania sobie demokratycznego kagańca. Respektowania norm ochrony mniejszości etnicznych, kulturalnych, seksualnych. Podobnie można być w NATO i jednocześnie prowadzić w regionie własną politykę. Nawet mieć swoje „małe wojenki”. Nic dziwnego, że dla wielu elit państw Partnerstwa model tureckiego „sułtanatu” stał się bardziej atrakcyjny niż zachodniej demokracji parlamentarno- gabinetowej.
O osiągnięciu pozycji „drugiej Turcji” marzy wielu polityków ukraińskich. Nawet tych werbalnie deklarujących chęć akcesji do Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że taka akcesja nie grozi przecież Ukrainie w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Nie trzeba zatem szybko i na siłę przyjmować trudnych do akceptacji rozwiązań, skoro nagrody szybko nie będzie. Na dziś wystarczy elitom dostęp ukraińskich firm do rynku UE i bezwizowe wyjazdy do państw Unii. Poza tym Unia nie jest już wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy. Teraz ekipa prezydenta Zelenskiego postawiła na szybką integrację z NATO, czyli administrację USA. Ma atut w postaci „najliczniejszej armii europejskiej”, choć jeszcze nie wystarczająco wyszkolonej i uzbrojonej.
Szans na akcesję do UE, ani na „drugą Turcję” nie ma inny, niedawny „prymus” Partnerstwa – Republika Mołdawii. Cóż z tego, że posiada ona umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, w tym porozumienie o strefie wolnego handlu. Skoro ostatnie lata mołdawskiej polityki to bezustanna walka prorosyjskich socjalistów z pro unijnymi liberałami. Bezpardonowa, z łamaniem prawa i zasad demokracji przez obie strony. W efekcie długotrwałych konfliktów Mołdawia stała się jedynie eksporterem taniej żywności i siły roboczej do państw UE.
Podobna przyszłość może czekać ostatniego z grona „prymusów” – Gruzję. Jeśli globalna pandemia nie zostanie opanowana, jeśli nie ruszy tam turystyka przynosząca znaczące dochody jej gospodarce, to Gruzja podryfuje w stronę autorytarnych rządów i starć z radykalizującą się opozycją. A proeuropejskie nastroje zaczną wypierać utopie przeszłości. Nostalgie za Gruzją, kiedyś najbogatszą republiką ZSRR.
Trudno dziś mówić o proeuropejskich nostalgiach i pespektywie unijnej akcesji w Armenii. Przegrana niedawna lokalna wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach ostudziła europejskie marzenia ormiańskich elit. Nie wykorzystały one czasu rozejmu na wzmocnienie gospodarki państwa, modernizacji armii. Znów okazało się, że w tym regionie tylko Rosja może zagwarantować podstawowe bezpieczeństwo armeńskiego państwa. I skoro wparcia Unii nie ma, to trzeba Rosję polubić. Skoro tylko ją się ma.
Białoruś prezydenta Łukaszenki próbowały polubić europejskie elity polityczne. Było jak w serialu, co rok, to zmiana akcji. Sankcje, ocieplenie, sankcje i próby kooperacji z tym „niezwykle ciepłym człowiekiem”. Aktualnie wszyscy już czekają na kres rządów ekipy prezydenta Łukaszenki. Tylko jego następcy są nadal niewiadomi. Większym prawdopodobieństwem jest, że będą to młodsi, reformatorscy i jeszcze bardziej prorosyjscy niż apostołowie w unio wstąpienia.
Największym beneficjentem dziesięciolecia Partnerstwa Wschodniego okazał się Azerbejdżan. Choć „prymusem” nigdy nie był. Ale skutecznie zdemokratyzował swój system polityczny. Choć nie ortodoksyjnie, bez kopiowania zachodnioeuropejskich systemów. Jego elity nie pchały się do Unii, ani na rosyjska orbitę. Z pomocą USA stworzyły pozycję ważnego eksportera surowców energetycznych, przy pomocy Turcji zmodernizowały swą armię. Wygrana, lokalna wojna z separatystami ormiańskimi, wzmocniła pozycję Baku w regionie.
Dwanaście lat Partnerstwa Wschodniego minęło. Miało zmienić sąsiedzkie państwa w demokracje i rozwijające się gospodarki. Państwa skutecznie kandydujące do Unii Europejskiej. Wzory do naśladowania dla innych post radzieckich republik. W rzeczywistości, oprócz bogacącego się Azerbejdżanu, mamy w naszym europejskim sąsiedztwie „partnerskie” kulejące gospodarki i niewygasłe konflikty społeczne. Na Ukrainie groźbę poważnej wojny angażującej już dwa najsilniejsze na świecie mocarstwa militarne.
Inaugurując Partnerstwo Wschodnie polskie elity polityczne dumnie zapowiadały, że poprowadzą unijną politykę wschodnią ku świetlanej przyszłości. Bo znają się na niej w Europie najlepiej. Bo są jej genetycznymi ekspertami.
Gdzie był błąd?

Syndrom suwalski, sankcje i geopolityka

Z końcem lutego dowódca stacjonującego w Turcji, w Izmirze, Połączonego Dowództwa Wojsk Lądowych NATO (LANDCOM) generał broni Roger L.Cloutier odwiedził, wśród jednostek i terenów państw bałtyckich, także i Polskę.

Przeprowadził m.in. rekonesans tzw. przesmyku suwalskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, to rzecz idzie o odcinku połaci terenu Pojezierza Suwalskiego graniczącego z Okręgiem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej. Stamtąd, wedle koncepcji naszych strategów, mogło by wyjść uderzenie potencjalnego agresora.
W związku z tym należy bacznie ten obszar obserwować, umacniać i czynić go jaknajmniej zachęcającym taktycznie dla ewentualnego najeźdźcy. Zresztą dzielni zagończycy z WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej) na pewno by go powstrzymali, używając amunicji krążącej, dronów, granatników, broni strzeleckiej, przeciwlotniczych „Piorunów“ i dobijając grzęznące w mokradłach czołgi wroga przeciwpancernymi pociskami kierowanymi.
Wszystko pięknie tyle, że słowa, poza tymi biblijnymi, mają ograniczoną moc sprawczą i od ich ciągłego powtarzania rzeczywistość materialna nie ulega zmianie. A od czasu, gdy ukuto ten miły sercu naszych sztabowców i dobrze sprzedający się medialnie termin, uległa zmianie, i to radykalnej, sytuacja militarna na naszych wschodnich rubieżach.
Nie ujmując niczego prodemokratycznym i suwerennościowym dążeniom społeczeństwa białoruskiego, trzeba chłodno i bez emocji stwierdzić, że w związku z ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi na Białorusi ćwiczono wariant kolorowej rewolucji, która udała sie na Ukrainie. Różne siły były tu czynne ale do Majdanu w Mińsku nie doszło.
Łukaszenka, „baćka“, solidnie się okopał i trwał na stanowisku mimo protestów , demonstracji, twierdzeń opozycj tudzież Unii Europejskiej i USA o zwycięstwie Cichanouskiej. Należało więc tego niepokornego człowieka, z którym wcześniej Zachód wiódł dworski taniec w stylu menueta (krok do przodu, dwa do tyłu i na odwrót) z nadzieją „wyłuskania“ go z orbity wpływów Moskwy , obłożyć sankcjami. Jego, jego otoczenie i całe instytucje białoruskie.
Lecz sankcje i eksterioryzacja prawa państwowego, w czym do dużej perfekcji doszły Stany Zjednoczone, są bronią obosieczną. I nie chodzi tu wcale o „lustrzaną odpowiedź“ obłożonych nimi podmiotów. Raczej o to, że mogą dać rezultaty wręcz przeciwne od oczekiwanych.
Osaczony Łukaszenka, jego pretorianie i zwolennicy ( bo i tacy się ostali) zwrócili się zdecydowanie ku Rosji. To, co do niedawna wydawało się nie do osiągnięcia w ramach działań integracyjnych Państwa Związkowego Białorusi i Federacji Rosyjskiej nagle nabrało intensywności. I to nie tylko w sferze gospodarczej ale, i tu – szczególnie, współpracy wojskowej. Na nic apele słane z Litwy przez ( mającą ponoć nie tylko białoruskie obywatelstwo, co by tłumaczyło jej relatywnie delikatne traktowanie przez „baćkę“) Cichanouską, którą Wilno uznało za prawowitego prezydenta – elekta. Należy przyznać, że to, co zostało z dobrej i efektywnej kiedyś polskiej dyplomacji, uniknęło popełnienia podobnego faux pas.
W dialogu z Władimirem Putinem Aleksander Łukaszenka rozwija twórczo stosowane przez Zachód działania na wschodniej flance NATO.
W Polsce szkolą się stacjonujące u nas jednostki Wielonarodowej Dywizji Północny – Wschód ? Proszę bardzo. Powstaną wspólne centra szkoleniowe armii białoruskiej i rosyjskiej, w tym jedno we włościach „baćki“. Pakt Północnoatlantycki prowadzi „air policing“ w przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii? Teraz patrole białoruskiego lotnictwa wzmocnią ich sojusznicy rosyjscy na myśliwcach generacji 4++. Zresztą dodać należy, że oba kraje mają zintegrowany system obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej.
A po rozmowach obu przywódców w Soczi wiewiórki znad Morza Czarnego donoszą, że może strategiczne bombowce rosyjskie będą stacjonowały na lidzkim lotnisku, tak jak amerykańskie w Norwegii. No i ponoć nie będzie ciągłej obecności armii rosyjskiej na Białorusi, tylko stała obecność rotacyjna wojsk wschodniego jej sąsiada.
To zapewni Łukaszence alibi suwerennościowe wobec własnego społeczeństwa. Przecież zawsze twierdził on, że nie wyrazi zgody na ciągłą obecność armii ze wschodu na terytorium państwa. No i dotrzymuje słowa. Bo przecież obecność nie będzie ciągła lecz rotacyjna. A przy rotacji „na zakładkę“, pokaźna.
Dzięki tym subtelnym grom werbalnym Łukaszenka może nawet oświadczyć: „zawsze dotrzymuję słowa“. Niezły chwyt propagandowy.
Czy to czegoś nie przypomina? Był to eufemizm, stosowany przez naszych transatlantyckich partnerów dla zachowania umów bilateralnych zawartych swego czasu między rozpadającym się ZSRR a USA, w których uzgodniono, że nie będzie amerykańskich baz wojskowych na obszarach państw bezpośrednio graniczących z Federacją Rosyjską, powstałą w wyniku rozpadu radzieckiego kolosa, a wcześniej znajdujących się w strefie jego wpływów.
Tak więc w najlepsze trwa i nic nie wskazuje, aby się kończył, proces znacznego wzmocnienia sił rosyjskich wraz z przesunięciem ich o kilkaset kilometrów ku granicy z Polską.
Oto owoce sankcji i pomyłek w działaniach geopolitycznych. Cóż, jak Kuba – Bogu, tak Bóg – Kubie. Przepraszam, jak Zachód – Mińskowi, tak Mińsk – Zachodowi.
Nasi stratedzy wciąż przesmyk i przesmyk, aż do znudzenia. A dlaczego nie (spójrzcie Państwo na mapę) „wyrostek brzesko – siemiatycki“. W końcu bliżej stamtąd do Warszawy i warunki terenowe lepsze. Nową nazwę odstępuję naszym sztabowcom za darmo.
Bo jeśli nie wyzwolimy się z syndromu przesmykowego, to może ( oczywiście w ramach political fiction) powtórzyć się sytuacja z II Wojny Światowej. Po hitlerowskim ataku na Polskę, Francja wypowiedziała wojnę Niemcom 3 września 1939 roku. Tak zaczęła się „ drôle de guerre“, dziwna wojna. Francuskie wojsko w kazamatach Linii Maginota biernie czekało na frontalny atak Wehrmachtu. I jakimż było zdziwienie dowódców, gdy nagle stwierdzili jego obecność na swych tyłach. Naziści przeszli ofensywą prtzez Holandię,Luksemburg i Belgię, zawitali na ziemi Franków i szybko dotarli do Paryża, pozostawiając Linię Maginota w nienaruszonym stanie . Oczywiście to co opisałem to supozycje i gdybania. Oczywiście sytuacja geostrategiczna uległa od tego czasu zasadniczej zmianie. Oczywiście warunki sieciocentrycznego pola walki są inne niż ówczesne. Środki i siły – również.
Lecz najwyraźniej inercja myśli jest wśród tych zmiennych elementem najbardziej stabilnym. I obym się mylił.

PS. A może źródła „syndromu“ są zupełnie inne niż tylko potrzeba zagwarantowania bezpiecznego korytarza łączącego północny wschód RP z Litwą i pozostałymi państwami bałtyckimi? Nie należy zapominać o złożach metali rzadkich. W okolicach Suwałk, także Augustowa, lecz Suwałk w szczególności zasoby te szacowane są na 1,5 miliarda ton. Tylko drugi kraj na świecie – Chiny – posiadają porównywalne rezerwy metali ziem rzadkich, niezastąpionych we wszystkich technologiach przemysłowych – od klasycznych, lotniczych do futurystycznych, w elektronice. Złoża polimetaliczne powinny skutkować koordynacją działań Polski i Chin, w celu zapobieżenia przejęcia nad nimi kontroli i eksploatacji przez konkurentów –m.in z USA (posiadających swój personel militarny na tych obszarach), RFN czy innych hegemonów ościennych, tak aby służyły one budowie suwerenności naszego państwa.

Jak to na Kaukazie

Współczesne zamieszanie jest wynikiem niedopowiedzeń sprzed stu lat. Podczas posiedzenia plenum kaukaskiego biura Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Rosji z czwartego lipca 1921 roku, podjęto uchwałę o przyłączeniu Górskiego Karabachu do Armenii. Następnego dnia 5 lipca 1921 roku, rownież na posiedzeniu tego samego plenum, decyzja ta została zmieniona na korzyść Azerbejdżanu. Wedle ormiańskich źródeł wynikało to z nacisku Turcji, nie było w tej sprawie żadnej dyskusji i nie została ona poddana pod głosowanie – w przeciwieństwie do decyzji podjętej dzień wcześniej. Teoretycznie wiec ta druga decyzja była nieważna, ponieważ sporny rejon został już uznany i przegłosowany jako integralna część radzieckiej Armenii. Po rozpadzie ZSRR Azerbejdżan z Armenią niemal wyrywały sobie ten niewielki fragment Kaukazu. W grudniu 1991 roku mieszkańcy przeprowadzili własne referendum zachowując zasady prawa i wszelkie formalności, mieszkańcy sami przeprowadzili referendum. Prawie wszyscy mieszkańcy, 99,98 proc. opowiedziało się za niepodległością republiki. Niewątpliwie miały na to wpływ pogromy do jakich co jakiś czas dochodziło, jak choćby w lutym 1988 w Sugmacie, w styczniu 1990 w Baku i czystki etniczne w samym Karabachu, osławiona operacja „Pierścień” z 1991 roku. W tym momencie trudno się dziwić decyzji mieszkańców.

Stepanakart, stolica Republiki Arcacha. Centrum miasta, niewielka, ale całkiem przyjemna kawiarnia w budynku, który wygląda na jakieś centrum konferencyjne w dobrej klasy, nowoczesnym europejskim hotelu.
Sierżant Garik
Żadnych śladów zakończonej dopiero wojny. Zarówno w samej Armenii jak i Arcachu miasta są bardzo czyste, gruzowiska które sfotografowałem jednego dnia, następnego były już sprzątnięte.
Tą ich czystość przestrzeni publicznej zauważyłem już w Erewaniu, na chodnikach próżno znaleźć rzuconego peta, czy walających się śmieci. Wszystko wysprzątane. Po niedawnych walkach pozostały jedynie zbombardowane budynki, ślady ostrzału na fasadach domów, zmasakrowane przystanki autobusowe, po których została jedynie powyginana, stalowa konstrukcja, gdzieniegdzie jeszcze szyby oklejone taśmą, idealnie okrągłe dziury po pociskach na asfaltowych ulicach z odchodzącymi we wszystkie strony liniami, które przypominały promienie słońca. Wyrwane fragmenty chodników – to ślady pocisków artyleryjskich, doszczętnie spalone pawilony i kikuty dawnych budynków skryte miedzy ocalałymi budynkami.
Nawet i to łatwo przeoczyć, jeśli się nie rozgląda uważnie na boki. To dziwne, wystarczy, że nie ma porozrzucanych sprzętów, gruzowisk, to naprawdę trzeba się uważnie rozglądać. Inaczej można przejść przez miasto i nawet nie dostrzec jak krwawo zostało doświadczone. Vahik, pokazuje mi ślady po bombach kasetowych, gdyby nie to, pomyślałbym że to zwykłe dziury na drodze. Aż trudno uwierzyć, że dopiero co toczyły się tu walki. Gdy się jednak oswoi wzrok i uważnie przygląda, wtedy widać podziurawione ostrzałem elewacje, zwłaszcza wokół okien, resztki budynku skrytego miedzy blokami. Wszystko to zanika w wysprzątanych ulicach. A idąc zwykle patrzymy przed siebie, nie obserwujemy aż tak wnikliwie zwykłych, jeszcze poradzieckich osiedli, pawilonów czy innych na pozór „zwykłych” budynków.
Przypomniały mi się obrazy zaśmieconych miast Wielkiej Brytanii, gdzie podczas wietrznych dni w Luton – ale nie tylko – należało chronić się przed latającymi, brudnymi, często wymazanymi sosami pudłami, opakowaniami po jedzeniu, reklamówkami, wszelkiego rodzaju folią i cholera wie czym jeszcze.
Gdzie wypalonego papierosa rzucało się na chodnik, bo i tak leżało ich tam setki. Pamiętam piękny budynek, który szpeciła sterta miniwysypiska tuż za zamkniętym na stałe ogrodzeniem.
Przechodnie bez skrupułów wrzucali tam śmieci, aż urosła ich cała góra. Kontrast nieprawdopodobny.
Tu odwrotnie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wyjątkiem są jedynie miejsca, w których trwały jeszcze prace porządkowe, lub już nawet odbudowa.
Wtedy musieliśmy pakować się w błoto żeby zrobić trochę zdjęć. Centrum jest jednak bardzo zadbane. Tak czyste, że nawet wyrzucenie peta na ulicę wydaje się zbrodnią. Zupełnie, jakby wejść u kogoś w domu na biały dywan w ubłoconych butach.
Szukałem więc za każdym razem odpowiednich koszy, popielniczek czy pojemników, żeby wyrzucić tego spalonego papierosa. Nawet jeśli stał w oddali, to szedłem, uśmiechając się jednocześnie pod nosem mając w pamięci z jaką pogardą moi rodacy określają mieszkańców Azji – brudasami.
Siedliśmy wygodnie przy stoliku, złożyliśmy zamówienie i zaczęliśmy rozmowę. Garik, dwudziestosiedmioletni sierżant armii Arcachu, służący w wojsku od ośmiu lat. Swoją drogę życiową z karabinem na ramieniu zaczął dosyć wcześnie, mając zaledwie dziewiętnaście lat.
Armia Republiki Artcachu
Umówiliśmy się z nim tu na krótką rozmowę, jest szczery, nie skrywa emocji, a twarz pokazuje ich całą gamę. Od wesołej, uśmiechniętej twarzy, po zasępiony, nieruchomy, utkwiony w oddali, bez żadnego wyrazu wzrok.
Armia Republiki Arcachu nie jest zbyt liczna, służy w niej zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Niejednokrotnie przyszło im stawać do bezpośredniej walki ze znacznie większymi, liczniejszymi oddziałami przeciwnika.

  • „Mimo licznej przewagi wroga, nawet gdy wydawało się, że nie ujdziemy z życiem, nigdy nie zdarzyło się, by któryś z naszych się cofnął, zawahał czy zdezerterował” – opowiada z wyraźną dumą Garik.
    „Przekleństwem były drony” – kontynuuje – „latały bardzo wysoko, często ponad chmurami. Niesposób było je dostrzec, mogliśmy jedynie nasłuchiwać. Cichy charakterystyczny dźwięk oznaczał lecącą śmierć. Oczywiście mieliśmy snajperów, udało im się kilka zestrzelić. Nawet tu w samym centrum Stepanakertu zestrzeliliśmy jeden bezzałogowy statek.
    Świetnie wyposażone, produkcji tureckiej i izraelskiej. Drugim koszmarem były miny, podczas patrolu dwóch od nas poszło na stronę >>usłyszeliśmy tylko eksplozję<<.” Zapadła cisza, wzrok Garika zatrzymał się gdzieś na nieistniejącym w oddali punkcie.
    Po chwili ponownie się odezwał: „Nie czuję nienawiści do Azerów, wszystko to jest prowokacją Turcji. Przecież ten kraj, od ponad stu lat usiłuje nas wymordować, odbierając po kawałku nasze ziemie i zabijając naszych rodaków. Od kiedy służę w armii Arcachu zginęło już około siedem tysięcy naszych żołnierzy. Nie zawsze na wojnie, pomiędzy oficjalnymi konfliktami też zdarzały się jakieś potyczki.
    Niejednokrotnie wynajęci przez Turków najemnicy, robili krwawe rajdy na nasze przygraniczne wioski.”
    Zapytany o marzenia, odpowiedział, że chciałby już zrzucić mundur, żeby nastał trwały pokój, chce prowadzić normalne zycie, pojechać do Francji, zwiedzić świat. „Dopóki jednak istnieje zagrożenie, zostanę w armii, będę walczył” – odpowiada.
    Grupa dziennikarzy
    Wyprawa, od samego początku wydawała niemożliwa. Wszystko w pędzie, od chwili, gdy zadzwonił do mnie kolega z pytaniem, czy nie chciałbym polecieć do Górskiego Karabachu (nazwy Republiki Arcachu, jeszcze wtedy nie używałem). Międzynarodowa grupa dziennikarzy i jeden w ostatniej chwili się wycofał. Zwolniło się miejsce i mógłbym polecieć zamiast niego, problem w tym, że jest mało czasu.
    Cztery dni, a przecież taka wyprawa – nawet na tydzień – o czym jeszcze nie wiedziałem – wymagała odpowiedniego przygotowania. Nie tylko w zaopatrzenie, ale również chciałem dokładniej zgłębić całą historię regionu, przynajmniej od rozpadu Związku Radzieckiego – pisałem o tych konfliktach kilka razy, ale były to dosyć lakoniczne teksty oparte na doniesieniach agencyjnych.
    Armia Obrony Karabachu
    Szybki research w głowie, co wiem. Górski Karabach terytorialnie leży w granicach Azerbejdżanu, od rozpadu Związku Radzieckiego były tam trzy wojny: 1991 – 1994, 2016 – wojna „Aprillowa” lub „czterodniowa” no i ostatni konflikt, który rozpoczął się 27 września po zamieszkach przy granicy obu państw.
    W konflikcie po stronie Górskiego Karabachu opowiedziała się jedynie Armenia przy zachowawczym wsparciu Rosji, natomiast po stronie Azerbejdżanu walczyli syryjscy bojownicy – co ujawniono po schwytaniu jednego z nich, rożnej maści najemnicy z protureckich bojówek.
    Wszystko przy aktywnym wsparciu Turcji, przychylności Wolnej Armii Syrii i Izraela – mieszanka naprawdę wybuchowa.
    Pierwszy rozejm, a raczej zawieszenie broni ogłoszono po rozmowach w Moskwie od 10 października. Zawieszenie broni weszło w życie, ale trwało zaledwie kilka minut, zaczął się wzajemny ostrzał. Jak zawsze w takich sytuacjach obie strony zarzuciły przeciwnikowi złamanie porozumienia.
    Kolejne zawieszenie broni ogłoszono wieczorem siedem dni później, ale już następnego dnia zginęło blisko czterdziestu żołnierzy Armii Obrony Karabachu. 25 października po raz trzeci ogłoszono zawieszenie broni. Tym razem za pośrednictwem USA, które również przetrwało do następnego dnia. Najbardziej krwawe walki toczyły się o miasto Szusza, które kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk.
    W rezultacie zostało zdobyte przez Azerów przy pomocy najemników z protureckich bojówek. Wreszcie dziesiątego listopada weszło w życie trójstronne porozumienie pokojowe podpisane przez Armenię i Azerbejdżan z udziałem Rosji.
    Armenia straciła Suszę, zobowiązała się wycofać swoje oddziały z okupowanych terenów do końca miesiąca. Azerbejdżan zgodził się odblokować połączenie miedzy Stepanakertem a Armenią. Z kolei Rosja do rozlokowania kontyngentu sił pokojowych. Tyle wiedziałem.
    Znałem też kilka faktów z dalekiej historii tego spornego rejonu (ramka poniżej), ale w obecnej sytuacji wiedza ta nie była mi specjalnie potrzebna. Nie byłem pewien jaki jest tam stan obecny.
    To mnie bardziej interesowało. Czego spodziewać się na miejscu? Wprawdzie obecność rosyjskich wojsk dawała jakąś gwarancję, to ich liczba już nie.
    Cały kontyngent składa się z niespełna dwóch tysięcy żołnierzy. Trudno wiec było uwierzyć, że to koniec. I faktycznie jeszcze dwunastego grudnia (w dniu kiedy wsiadałem już do samolotu odlatującego do Mińska) oddziały azerskie zaatakowały wojska Arcachu. Doszło do wymiany ognia.
    Walkę przerwały dopiero rosyjskie siły pokojowe. Ale tego dowiedziałem się już po powrocie.
    Dlatego ta nagła zmiana określenia z Armii Górskiego Karabachu na wojska Arcachu.
    Obiecałem ludziom z tego regionu, że będę już używał tylko nazwy ich republiki. Czyli właśnie Arcachu.
    Jeszcze przed wylotem miałem w głowie ogromne zamieszanie, trudno było mi uwierzyć w doniesienia agencyjne, przecież dwadzieściajeden lat wcześniej byłem świadkiem bardzo podobnego konfliktu. Cały świat poparł wtedy secesję Kosowa – mimo, że nie przeprowadzono żadnego referendum. Zbombardowano suwerenne, europejskie państwo – Jugosławię – wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ.
    Bez skrupułów mordując przy tym cywilnych jego mieszkańców. Bomby – również kasetowe – zrzucano w najludniejsze miasta, a zwłaszcza jego stolicę – Belgrad.
    Wszystko to w ramach obrony „praw człowieka” i chęci samostanowienia części mieszkańców Kosowa.
    Rozbijając tym samym integralność kraju i de facto doprowadzając do jego całkowitego zniknięcia z mapy świata. W przypadku Republiki Arcachu nie ma takich problemów, mieszkańcy zorganizowali przecież referendum, region w niemal w całości zamieszkały jest przez obywateli Republiki Arcachu pochodzenia ormiańskiego – trochę to skomplikowane, ale postaram się w kolejnej części wyjaśnić jak to działa.
    Daleko od Warszawy
    No dobra, ale wnioski i samo przypomnienie sobie wydarzeń z ostatnich lat to jeszcze za mało. Muszę dostarczyć z redakcji odpowiednie dokumenty, wypełnić specjalne wnioski, powysyłać to wszystko do kilku państw i wielu rożnych instytucji. Oczywiście cyrylicą i po rosyjsku. Sam nie dam rady – pomyślałem, bo o ile czytam rosyjskie znaki, to z pisaniem jest znacznie gorzej. Zaczęły się schody. Byłem jednak tak podekscytowany, i tak bardzo zależało mi na tym wyjeździe, że wykrzesałem z siebie całą determinację, słowem stanąłem na głowie, żeby sprostać piętrzącym problemom. Redakcja wystawiła mi niezbędne dokumenty, ale niestety bez pieczątek i ręcznych podpisów. Teraz, podczas pandemii pracujemy online i takie pisma jeszcze z pieczątkami, były nie do zdobycia, dodatkowo odległość.
    Mieszkam mniej więcej 130 kilometrów od Warszawy, gdybym przynajmniej wiedział, że kogoś zastanę, to bez wahania pojechałbym nawet w środku nocy. Bo miałem jeden dzień na pozałatwiania tych wszystkich papierów tak, by kolejnego już wysłać. Na drugi dzień miałem już przygotowane oświadczenia z redakcji, a dzięki pomocy koleżanki wypełnione wnioski.
    Niestety bez pieczątek. Porozsyłałem więc wszędzie, gdzie było trzeba i nie czekając na odpowiedź zacząłem robić bilans potrzebnych mi rzeczy. Poza tym wywaliłem wszystko z szaf i powoli zacząłem pakowanie. Wciąż jednak nie wiedziałem czy lecę.
    Popołudniu zaczęły przychodzić odpowiedzi. Niestety, wszelkie pisma z ormiańskich urzędów i ministerstw zawierały to samo. Informację, że wysłałem pod zły adres, że to nie jest w ich kompetencjach i żebym wysłał wnioski na e-mail podany na takiej i takiej stronie.
    Na wszelki wypadek wysyłałem hurtem pod wszelkie wymienione na stronach adresy, by po chwili otrzymać niemal identyczne odpowiedzi, z tą różnicą, że tym razem skierowali mnie do jeszcze innych urzędów. Czas się kurczył, wprawdzie trzy godziny różnicy, ale miałem świadomość, że lada moment już nikt nie przeczyta moich wiadomości. A przecież następnego dnia będzie już za późno. Po wielu takich próbach, wreszcie skierowano mnie ponownie tam, gdzie wysyłałem na początku.
    Oczywiście wysłałem, ale straciłem już nadzieję. Odpowiedź nie przyszła, a ja położyłem się spać w przekonaniu, że już nic z tego nie będzie. Jakież było moje zdziwienie, gdy we czwartek rano, ten sam kolega zadzwonił z informacją że już wszystko załatwione i że mam bilet, ale lecimy nie w sobotę, a w niedzielę. Byłem tak skołowany, że dotarło to do mnie z dużym opóźnieniem. Dowiedziałem się tez, że z Polski poleci jeszcze jedna dziennikarka – Agnieszka. Już bez pośpiechu spakowałem plecak, dzięki temu, że lot przełożono na niedzielę, miałem spory zapas czasowy, więc i zakupy niezbędne zdążyłem zrobić, tak by w pełni gotowości pojawić się punktualnie na warszawskim lotnisku Chopina.
    Podróż białoruskimi liniami z przesiadką w Mińsku. Często latałem tanimi liniami i znam niedogodności jakie się z tym wiążą. A to bagaż podręczny trzeba mierzyć specjalnym przyrządem, jeśli wyjdzie, że jest centymetr za duży, to trzeba dopłacać. Zwłaszcza jednej, popularnej w Polsce linii nie lubiłem, miałem wrażenie, że jest to lotnicza „powietrzna nauka jazdy”.
    Za każdym razem gdy z nimi leciałem, lądowanie było bardzo twarde. Często pasażerowie wydawali z siebie przytłumione odgłosy przerażenia. Teraz też nie spodziewałem się luksusów. Od początku wyglądało to na potworny bałagan, ludzie z walizkami, które udawały bagaż podręczny, obsługa ich wpuszcza, każdemu zmienia numer miejsca. No fajnie – przeleciało mi przez głowę – ale świadomość, że za kilka godzin będę w Erewaniu skutecznie przesłoniła mi obawy przeciążonego samolotu i twardych lądowań.
    Zdziwienie pojawiło się, gdy niespełna godzinę później, samolot wyładował w stolicy Białorusi, a usiadł na płycie lotniska tak delikatnie, że bardziej odczuwalne było, gdy opuszczał koła przed lądowaniem.
    Zastanawiałem się, czy to przypadek, czy Białorusini aż tak dobrze szkołą pilotów. Trzy godziny czekania na przesiadkę, akurat by szybko przejrzeć ceny papierosów w strefie wolnocłowej. Cztery Euro za karton. Czyli czterdzieści eurocentów za paczkę, jakieś trzy złote. Szok. Niestety, lecąc do Azji nie mogłem kupić, nie do końca rozumiałem dlaczego, ale zapamiętałem miejsca, by w drodze powrotnej odpowiednio się zaopatrzyć. Co oczywiście zrobiłem. Zresztą jak się okazało w Armenii papierosy są równie tanie. Gdy otworzyli bramkę, znowu zamieszanie z miejscami, znowu jakiś bałagan. Tym razem jednak podszedłem do tego spokojniej. Już bez stresu, słuchałem poleceń załogi. No i kolejne zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w wyniku tego zamieszania posadzili mnie w klasie biznesowej. Szerokie, wygodne i pełne przestrzeni miejsca, stewardesa tylko się do nas uśmiechnęła, mówiąc: „ale macie szczęście”. Różnica ogromna, fotele jak kanapy i dużo przestrzeni na nogi. Znowu lądowanie, podobnie jak w Mińsku, niemal niewyczuwalne – albo mam niebywałe szczęście – albo faktycznie zatrudniają najwyższej klasy pilotów – pomyślałem.
    Erewań
    Dochodziła czwarta rano gdy wysiedliśmy na lotnisku w Erewaniu, kompletnie pogubiony, nie miałem pojęcia gdzie iść, Agnieszka chyba też, poszliśmy więc za całą grupą z samolotu. Trafiliśmy do kolejki na obowiązkowe dla wjeżdżających testy, na obecność wirusa Covid.
    Trochę się denerwowałem, bo miał mnie ktoś stąd odebrać. Poza tym, że ma na imię Sasza i jest dziennikarzem, nic o nim nie wiedziałem. Agnieszka, również niewiele i też rozglądała się po terminalu. Gdy jednak usłyszałem dźwięk powiadomienia w telefonie, zobaczyłem wiadomość napisaną po rosyjsku, że jest, czeka z drugiej strony odprawy i już nas widzi, odetchnąłem z ulgą.
    Wreszcie – pomyślałem – i wtedy zaczęło schodzić napięcie kumulowane przez te ostatnie, zwariowane dni. Pielęgniarki uwijały się dosyć szybko, niektórzy znosili to lepiej i szybciej inni dłużej i słychać było odgłosy krztuszenia. Nigdy nie robiłem tych testów, więc nie wiem czego się spodziewać.
    Gdy usiadłem na krześle, zacząłem podwijać rękaw, sadzać, że będą pobierać krew. Nic z tych rzeczy, sympatyczna pielęgniarka powiedziała tylko, że nie trzeba i zabrała się za badanie. Wsunęła mi do nosa jakaś miękką rurkę, tak głęboko, że poczułem ją aż w gardle. Nie było to może zbyt przyjemne, ale już zrozumiałem dlaczego niektórzy tak się krztuszą i kaszlą, jeszcze wymaz z języka i po sześciu godzinach wynik. Jeśli coś będzie nie tak, przyślą maila. Możemy iść.
    Zasieki
    Na lotnisku przywitał nas Sasza. Szybko złapaliśmy nić porozumienia. Oprócz nas przylecieli jeszcze dwaj dziennikarze Roman z czeskich Nowin i Ulrich – niemiecki dziennikarz, pracujący w Moskwie.
    Sprzed lotniska zabrały nas dwa czarne terenowe samochody. Trochę dziwne samochody, w azjatyckim kraju, ale jedziemy. Wprawdzie nie wiemy gdzie, ale trudno. Jest już nas więcej, chociaż i tak jeszcze bardzo nieufnie do tego podchodzę. Jednak senność bierze górę, niech mnie wiozą gdzie chcą, byle się przespać – pomyślałem.
    Mimo to starałem się też chłonąć oświetlone miasto, pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne.
    Jasne ulice, nowoczesne stacje benzynowe, neony knajp, restauracji i marketów, zupełnie jak stolica europejskiego kraju.
    Podjechaliśmy pod blok, Sasza wraz z Ormianami, którzy prowadzili auta zaprowadził nas do jakiegoś mieszkania w bloku.
    Warunki idealne, a nawet luksusowe. Każdy ma swój pokój, proste nowoczesne umeblowanie. Trochę szkoda, że będziemy tu tylko jedną noc, następnego dnia – a w zasadzie tego, tylko za kilka godzin – musimy pozałatwiać formalności, akredytacje – Armenii i akredytację oraz wizę do Republiki Arcachu.
    Dużo łażenia po urzędach, ale mamy przewodników. Ponieważ dochodziła już szósta rano, w Polsce dziewiąta, umówiliśmy się na dwunastą.
    Ledwo się ogarnąłem i natychmiast padłem spać. Ponieważ na drugi dzień formalności mocno się przeciągnęły, musieliśmy wielokrotnie jeździć do tych samych urzędów, zostaliśmy więc w Erewaniu jeszcze jedną noc.
    Arcach daje wizy przypięte do karty paszportu spinaczem biurowym, oczywiście jeśli ktoś chce to mogą mu wbić ogromny stempel.
    Robią tak dla bezpieczeństwa. Jeśli wybrałbym się do Azerbejdżanu z ich wizą mógłbym mieć spore nieprzyjemności, nie tylko na granicy.
    Już nie mogłem się doczekać następnego ranka i pięknych gór Kaukazu. Mieliśmy do przejechania ponad pięćset kilometrów i to górskimi drogami.
    Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się żeby zrobić zdjęcia. W ten właśnie sposób porwałem sobie spodnie na rozstawionych przez wojsko zasiekach. Dobrze, że miałem drugie na zmianę.
    Mieliśmy już umówione spotkania z ważnymi urzędnikami, łącznie z sekretarzem prezydenta Republiki, człowiekiem, który ogłosił ostatnią wojnę – Varhamem Poghosyanem.
    Po jakiś ośmiu godzinach jazdy, dotarliśmy do hotelu w Stepanakarcie. Cdn…