Nieznośna niezmienność relacji z Łukaszenką

Tekst, który przeleżał się w szufladzie 5 lat, pokazuje, że oficjalne podejście polskich rządów do reżimu i Białorusinów jest niezmienne. Co udowadnia rozmowa Stefana Płonickiego z prezesem opozycyjnej do Łukaszenki Fundacji Renesans.by – Andreiem Sumarem.

Jak się zostaje opozycjonistą na Białorusi?
Wystarczy powiedzieć oficjalnie co się myśli o władzy. To już pozycjonuje człowieka jako opozycjonistę, za coś takiego trafia się na „czarną listę”. Ja byłem na tyle naiwny, że sądziłem, że jak Konstytucja Białoruska daje możliwość wybierania i bycia wybranym do parlamentu, to mogę startować jako kandydat niezależny. Zwłaszcza, że byłem przekonany, że ludzie nie rozumieją, co naprawdę dzieje się w naszym kraju. Skończyło się na tym, że najpierw mnie parę razy zatrzymano, a dzień przed wyborami skreślono z list wyborczych.
W czasie kampanii wyborczej spotykałem się z ludźmi i opowiadałem co trzeba zmienić na Białorusi. Jako przykład sukcesu przemian zawsze podawałem Polskę. Teraz, gdy lepiej poznałem Polskę, już na pewno bym tego nie zrobił.
Nasi, niegdysiejsi opozycjoniści uwielbiają mówić o gehennie jaką przeszli. Niechże pan coś powie o własnej martyrologii.
W wyborach pomagało mi ok. 30 osób. Połowa to studenci, byli też przedsiębiorcy, emeryci i parę kasjerek sklepowych. I każdą z tych osób odwiedziło dwóch funkcjonariuszy białoruskiego KGB. Wypytywali co robimy i sugerowali, że są tysiące rzeczy ciekawszych niż branie udziału w kampanii wyborczej. Parę osób z tego powodu się wycofało, a kilka innych wyraźnie straciło zapał do pracy. Oczywiście represje reżimu nie ominęły mojej rodziny. Syn, który zawsze miał świetne oceny, nagle zaczął dostawać mierne. Żona zaczęła mieć problemy w pracy, a ja musiałem zrezygnować z działalności gospodarczej, bo poinformowano mnie, że mogę zacząć mieć problemy bo jak przyjdzie kilkanaście kontroli, to zawsze coś na mnie znajdą. Poza tym tuż po wyborach wmanewrowano mnie w sprawę fałszywych banknotów dolarowych. Milicjanci grzecznie uprzedzili mnie, że ich zdaniem jestem niewinny, ale gdybym przed zakończeniem śledztwa w tej sprawie znowu zaczął działać politycznie, to ze świadka, szybko stanę się podejrzanym. A sprawa wyglądała tak, że w kantorze tuż przede mną kobieta, której w życiu nie widziałem wymieniała 100 dolarów. Banknot był fałszywy i kasjerka wezwała milicję. Wtedy ta kobieta powiedziała, że dostała studolarówkę ode mnie. A na dodatek pojawiła się jeszcze inna kobieta, która też to widziała. Potem było zatrzymanie i przeszukanie mieszkania. Nawet teraz, gdy już od kilku miesięcy jestem w Polsce i ubiegam się o status uchodźcy, moja żona dostaje wezwania do zapłaty za rzeczy, które były zapłacone tak dawno, że śladu po pokwitowaniach nie miała. Wszystko to po to, żeby pokazać innym, że nie opłaca się być niechętnym reżimowi Łukaszenki.
Jest pan prezesem Fundacji Renesans.by. To pana formacja polityczna?
Gdy mnie skreślono w list wyborczych, mnóstwo ludzi było rozczarowanych tą sytuacją. Miałem mnóstwo wyrazów poparcia i postanowiłem coś z tym zrobić. Powstała organizacja licząca ok. 700 członków. Oczywiście organizacja ta nie mogła być zarejestrowana na Białorusi. Tam rejestrowaniem stowarzyszeń zajmuje się administracja, a nie sądy jak u was. W Łukaszystowskiej administracji nie mamy szans. Te 700 osób dało nam deklaracje z własnymi danymi i podpisami. Archiwum z tymi papierami jest najściślej chronioną przed władzą tajemnicą Renesansu. Zarejestrowaliśmy się w Polsce, a to dlatego, że na Białorusi jest przepis, że za wypowiadanie się w imieniu organizacji nie mającej tożsamości prawnej można dostać 2 lata więzienia.
Z powodu tego, że zostałem zneutralizowany przez władzę aferą z fałszywymi dolarami, ograniczaliśmy się tylko do kolportowania ulotek. Rozpędu nabraliśmy dopiero, gdy odkryliśmy aferę związaną z wydawaniem wiz przez polskie konsulaty. Początkowo ludzie sądzili, że trudności z uzyskiwaniem polskich wiz to sprawa nowej ekipy w konsulatach, że przyszli jacyś idioci i wedle ich humoru zamiast na rok można dostawać wizy na miesiąc albo trzy miesiące. Potem zaś doszło do tego, że normalną drogą uzyskanie polskiej wizy było prawie niemożliwe. Trzeba było ją załatwiać przez pośredników, którzy winszowali sobie za to 100-150 euro. Ludzie z Renesansu przyjrzeli się tej sprawie i wyliczyli, że cały ten wizowy biznes generuje przychody ponad 50 milionów euro rocznie. Większość, z tych pieniędzy zaś trafia do pracowników polskich placówek konsularnych.
Ale odkrycie przekrętu wizowego ma mało wspólnego z obalaniem reżimu Łukaszenki.
Tak, ale wizy były tą sprawą, którą mnóstwo członków Renesansu się zainteresowało. Zależało im, żeby tę sprawę załatwić. No i zacząłem występować w niezależnych mediach i działać na rzecz zakończenia tego korupcyjnego procederu. Oczywiście pisałem też do władz polskich i białoruskich w tej sprawie. Wszystko bez efektu.
Czy Renesans korzystał kiedyś z finansowego wsparcia „wolnego świata” dla opozycji antyłukaszenkowskiej?
Miliony dolarów i miliony euro na wsparcie opozycji na Białorusi widziałem tylko w sprawozdaniach amerykańskiego Departamentu Stanu i polskiego MSZ. Na własne oczy nie zobaczyłem nawet złamanego centa. Pisałem do instytucji amerykańskich i do Brukseli. Amerykanie nawet nie odpisali, a z Funduszu Europejskiego po kilku miesiącach przyszła odpowiedź, że na razie nie będą nas wspierali.
A do naszego MSZ też uderzaliście?
W roku 2013 napisałem do nich, nawet nie w sprawie wsparcia finansowego, ale o udzielenie pomocy technicznej. Chodziło o wydanie bezpłatnych wiz dla grupy dziennikarzy białoruskich, których na własny koszt chcieliśmy przywieść do Warszawy, żeby opublikować przygotowany przez nas rejestr przestępstw popełnionych przez reżim Łukaszenki przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. W rejestrze był opis zdarzenia, zdjęcia, paragraf, z którego korzystała władza karząc dana osobę no i oczywiście dane tych represjonowanych osób oraz dane osób odpowiedzialnych za represję urzędników, fałszywych świadków itp.. MSZ nie raczyło odpowiedzieć. Tak samo jak i na kilka kolejnych wniosków o dofinansowanie lub inną pomoc.
W kontekście tego, że nagłaśniacie sprawę korupcji wśród polskich dyplomatów na Białorusi, to chyba nie powinno pana dziwić.
Z tego co mi się wydaje, żadne nowe ruchy opozycyjne na Białorusi nie dostają żadnej pomocy. Jest grupa kilkunastu osób z tzw. starej opozycji i ci ludzie są zapraszani do Warszawy, Brukseli i Waszyngtonu. I chyba tylko oni mogą liczyć na jakąś pomoc. Natomiast jeśli chodzi o stosunki polsko-białoruskie to są one w ostatnich latach kształtowane pod wpływem tego nielegalnego biznesu wizowego. Strona białoruska wiedząc o wszystkim, przymyka na to oko, a polski MSZ w zamian za to stara się nie drażnić reżimu.
A jednak jest pan tutaj i stara się o status uchodźcy politycznego.
We wniosku o udzielenie mi azylu napisałem, że nie zamierzam emigrować do Polski na stałe. Zależy mi tylko na tym, żeby raz na zawsze załatwić sprawę haraczu za wizy dla Białorusinów. Gdy staną się one dostępne na niekryminalnych zasadach, wrócę na Białoruś, bo tylko tam można działać na rzecz demokracji skutecznie. Teraz dla Białorusinów jestem emigrantem, a dla Polaków imigrantem. To nie służy byciu politykiem. Będąc w Polsce nie stanowię dla reżimu Łukaszystowskiego najmniejszego zagrożenia.
A dlaczego właściwie Łukaszenka toleruje ten biznes wizowy?
Jeżeli my, cywilni Białorusini poznaliśmy mechanizm tego procederu, wyliczyliśmy kwoty jakimi obracają przestępcy, to nie ma takiej możliwości, by wszechwiedzące białoruskie KGB nie wiedziało jeszcze więcej. Wiedzą na pewno kto płaci i komu płaci. A dlaczego tego nie ujawniają? Bo dzieki temu wiedzą, że trzymają polską dyplomację za twarz. Polski MSZ nie może podskoczyć, bo gdyby to zrobił, to pojawią się dokumenty. I skutki tego już widać. Polski MSZ od jakiegoś czasu nie nagłaśnia łamania praw obywatelskich, nie pokazuje prześladowania opozycji. A przecież na Białorusi nic się pod tym względem w stosunku do tego co było kilka lat temu nie zmieniło. Ludzie jak byli zamykani tak są, opozycjoniści jak podlegali represjom, tak podlegają i dziś. Moim zdaniem obowiązuje niepisana umowa. MSZ prowadzi swój biznes. Łukaszenka temu nie przeszkadza. W zamian za to MSZ nie wspiera akcji, które mogłyby zagrozić interesom politycznym Łukaszenki. I dlatego działalność polskiej dyplomacji na Białorusi sprowadza się do działań nieefektywnych. Choćby takich jak finansowanie telewizji Biełsat, której na Białorusi nikt nie ogląda, albo na Ośrodek Debaty międzynarodowej, gdzie na spotkania przychodzi garstka osób. Tych samych osób.
A może czesanie Białorusinów z pieniędzy to też dobry interes dla ludzi Łukaszenki?
W lutym 2013 złożyłem zawiadomienie do Prokuratury Generalnej Białorusi. Sprawę przekazali milicji, Milicjanci na przesłuchaniach mówili mi, że sprawa nabiera rozpędu i wszystko co pisałem znajduje potwierdzenie. Powiedzieli też, że zaraz w sprawę włączy się KGB, bo w grę wchodzą osoby zagraniczne. Nic z tego nie wyszło po kilku tygodniach sprawa umarła. Ale równocześnie zaczęły do nas docierać informacje, że nielegalny biznes wizowy zamiera. Firmy przestały realizować zamówienia. Wydawało nam się, że wygraliśmy. Nic z tego po maja jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe firmy pośredniczące w załatwianiu wiz. Ich liczba z 20 skoczyła do 70-ciu. Mało tego okazało się, że większość tych firm założyli ludzie związani z milicją i KGB. Widocznie władza doszła do wniosku, że po zakończeniu owocnej służby najlepszych ludzi trzeba nagrodzić z zysków z tego biznesu. Łukaszenko wygrał zatem tę sprawę podwójnie. Raz – trzyma polski MSZ za gardło, dwa – korzysta z tego finansowo.
Od kilku miesięcy spotyka się pan z posłami, pisze do urzędów, a jednocześnie mieszka pan w ośrodku dla uchodźców. Jak się panu żyje w kraju, który był dla pana wzorem?
Na Białorusi stosowano w stosunku do mnie różne represje i formy uprzykrzania życia, ale to co spotkało mnie tutaj było dla mnie nie do wyobrażenia. Gdy ministrem Spraw Zagranicznych został pan Schetyna, kolejny raz napisałem do MSZ w sprawie wiz. Zaproponowałem spotkanie. Oddzwonili do mnie i powiedzieli, że wkrótce coś zorganizują. Nic z tego nie wyszło, natomiast w miejscu gdzie mieszkałem zaczęły się w tym czasie dziać dziwne rzeczy. Najpierw byłem atakowany fizycznie przez innych uchodźców, choć zupełnie nie dawałem do tego żadnych powodów. Potem dokwaterowano do mojego pokoju faceta, który z racji stażu więziennego nazywany był generałem. Moje prośby, żeby przeniesiono go do któregoś z pustych pokoi, bo nie lubię gdy mnie się co rano straszy tym co spotka moja rodzinę jak nie będę się słuchał, władze ośrodka ignorowały. Mieszkałem z „generałem” przez 2 tygodnie, aż się sam przekwaterował. Prawdopodobnie do Niemiec.
Poza tym parę razy jako jedyny w całym ośrodku doznałem 5 razy bardzo mocnego zatrucia pokarmowego. Kiedy indziej w siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, przyczepił się do mnie Czeczen i wymachując komórką z fotografią Hitlera zaczął krzyczeć do mnie „Heil Hitler” oraz, że nienawidzi Ruskich. Nie przeszkadzało mu nawet to, że inni powiedzieli, że przecież nie jestem Rosjaninem, tylko Białorusinem. Wyzwiska trwały pół godziny. Gdy wezwaliśmy policję Czeczen uciekł. Miałem wrażenie, jakbym był pod ciągłą presją i przede wszystkim obserwacją. W czerwcu czterokrotnie biłem się w ośrodku z Czeczenami. 6 czerwca doszło do tego, że ściany korytarza zalały się krwią a jedną osobę karetka zabrała do szpitala.
A władze ośrodka nic?
Wielokrotnie zwracałem się do nich, do policji, do ochrony ośrodka, żeby zrobili coś, żeby to się skończyło. Władze ośrodka kazały mi się przyzwyczaić do tego, bo to ośrodek, a policja powiedziała, że dopiero jak ja będę bardzo pobity, to wtedy zainteresują się sprawą.
Może Czeczeni mają coś do pana?
Nie. Zdarzyło się nawet, że ci, którzy próbowali mnie pobić przychodzili i przepraszali, mówiąc, że ktoś im kazał to zrobić. Kto? Mogę się tylko domyślać i wydaje mi się, że dosięgły mnie macki mafii związanej z tym biznesem wizowym. Dziwię się tylko, że namawiając ludzi do bicia mnie nie sprawdzili, że byłem prezesem Białoruskiej Asocjacji Tae-Kwon-Do i mam czarny pas. Wygląda na to, że ktoś chce żebym sie przestraszył i uciekł. Tylko, że ja jestem i cierpliwy i uparty, a poza tym nie boję się.
Ale przecież pobicia zgłaszał pan policji…
Tak. Tylko sprawy poumarzano ze względu na niewykrycie sprawców. Sprawców, których wskazywałem niemal z imienia i nazwiska. Nikomu nie zależało by cokolwiek wyjaśnić. To mnie nie dziwi, bo przecież w Ośrodku doszło do morderstwa Sergieja Lisowskiego. Prowokatora z Ukrainy. To on pierwszy zaczął się ze mną bić. Opowiadał, że współpracuje z polskimi służbami specjalnymi i już wkrótce znajdą mu nowe zadana i mieszkanie. Nie znaleźli. Jego natomiast znaleziono na chodniku pod ośrodkiem. Po tym jak powiedział, że wraca na Ukrainę, bo polskie służby go wystawiły do wiatru. Oficjalnie popełnił samobójstwo wyskakując z 3-go piętra, dziwne, że nie było złamań i śladów krwi, a zwłoki leżały jakby je ktoś podłożył. No i mimo ciszy nocnej nikt nie słyszał uderzenia ciała o ziemię. A ponieważ miał zeznawać w sprawie moich pobić, sądzę, że jego śmierć nie była przypadkiem i wiązała się ze mną. Ktoś dawał mi do zrozumienia, co się stanie, jeśli nie przestanę drążyć tematu wiz.
Przecież gdyby chcieli pana uciszyć, to by uciszyli.
Kolejnym ostrzeżeniem była sprawa zaatakowania nocą w lesie koło ośrodka człowieka mojej postury nożem. Na szczęście nóż wbił się w notatnik na piersi ofiary. Policja wezwała mnie niby jako tłumacza, ale chyba tylko po to, żebym przez 2 godziny siedział w pokoju eksperta patrząc na nóż i notatnik. W którym zresztą dziura nijak nie pasowała do ostrza. Odebrałem to jako osobiste ostrzeżenie. Mimo wielu represji na Białorusi, to co spotyka mnie tutaj świadczy niestety, że tamto to była kaszka z mleczkiem
Wciąż zachwyca się pan osiągnięciami Polski?
Kiedyś nawet koledzy uważali mnie za fanatyka Polski. Teraz czuję się głęboko rozczarowany. Macie jakieś wady w ustroju demokratycznym. U nas jest reżim autorytarny, ale wiadomo, kto za co odpowiada. U was nie ma żadnej instytucji, która miałaby kompetencje załatwienia czegoś od początku do końca. Skoro przypadku ewidentnego łamania prawa nie da się załatwić ani w Sejmie, ani w ministerstwie, ani w prokuraturze, to świadczy, że coś u was nie działa. Nie chcę takiej demokracji na Białorusi.

Wywiad przeprowadzono w październiku 2015 r.

Czy lewica ma prawo ominąć demokrację?

Kilka dni temu -15 września obchodziliśmy światowy dzień demokracji. 4 czerwca 1989 roku, niemal wszyscy wypowiadali to słowo z ogromną czcią. Jaka jest jego wartość w powszechnej świadomości po przeszło 30 latach?

Czy w ramach ,,rozgrywek” konstytucyjnych zostało uwłaszczone przez jedną stronę konfliktu politycznego? Czy może zostało tak mocno zdewaluowane, że niespecjalnie Polacy chcą o nie kruszyć kopie?
Wracając do pytanie z tytułu – czyż nie stanowi oksymoronu? Niekoniecznie.

Ostatnie wydarzenia na Białorusi podzieliły w tym stanowisku polska lewicę, ale zacznijmy od historii. W 1789 roku u początków Wielkiej Rewolucji Francuskiej w czasie obrad Zgromadzenia Narodowego, po prawej stronie zasiadła: szlachta, arystokracja i wyższe duchowieństwo chcące zachować status quo, krzywym okiem spoglądające na jakiekolwiek zmiany, mogące zachwiać ich pozycją. Po lewej stronie zasieli przedstawiciele postępowej myśli republikańskiej, domagający się zmian i demokratyzacji państwa. To wydarzenie miało na zawsze pokazać, że lewica stanie po stronie uciskanej większości i z jej głosem będzie się liczyć. Rzeczona historia pokazała również, że rządy często wywodzące się z ugrupowań lewicowych, niosących na sztandarach hasła równości, sprawiedliwości i demokracji nie wywiązywały się ze swoich zobowiązań, często wręcz, zaprzeczając swoimi działaniami ideom, które głosiły. Jednak z założenia monarchistów i technokratów na lewicy ze świecą szukać. Demokracja jest jakby komponentem lewicy, stojącej po stronie ludzi pracy i żyjących z jej owoców, którzy w każdym społeczeństwie stanowi większość.

I tu niejednokrotnie pojawia się zarzut wobec tej formy rządów:
Co, jeśli większość przegłosuje odebranie praw mniejszości?

Czy to dalej rządy demokratyczne?

Od tego państwa mają ustawy zasadnicze – konstytucje, które w swych zapisach chronią mniejszości i ustalają większości kwalifikowane, konieczne do zmian ustrojowych.

Ponadto jest jeszcze prawo międzynarodowe i zobowiązania wobec innych członków w ramach umów ponadpaństwowych.

Ostatnimi czasy sporem, który podzielił środowisko lewicowe jest sytuacja na Białorusi. Większość mainstreamowej lewicy opowiedziała się po stronie ruchów wolnościowych i przeciwko Łukaszence. Jednak część lewicy, pomimo iż jasnym jest, że władza sprawowana jest niedemokratycznie, a wybory prawdopodobnie zostały sfałszowane, opowiada się po stronie rządów dyktatorskich. Czym to tłumaczą?

Obawą przed radykalnie rynkowymi zmianami, takimi jak na początku lat 90-tych w Polsce Balcerowiczowskiej, które doprowadzą do kryzysu i obniżeniu warunków życia oraz rządów oligarchów jak dziś na Ukrainie. Można co prawda żywić nadzieje, ze Białoruś bogatsza o doświadczenie sąsiadów nie popełni podobnych błędów. Jeśli jednak tak się nie stanie, czy lewica ma prawo stawać po stronie niedemokratycznej mniejszości, chroniącej państwowy przemysł przed dzikim kapitalizmem, prowadzącym do prywatyzacji, a tym samym w krótkim czasie następujących stratyfikacji społecznych i zwiększenia ubóstwa? Moim zdaniem prawa tego nie posiada. Merytokracja czy rządy ,,zawodowych rewolucjonistów” dalece odbiegają od idei demokracji per se, ponieważ nikt poza ludem (społeczeństwem) nie wie, co jest dla niego najlepsze, nawet jeśli po drodze zdarzą mu się ,,błędy i wypaczenia”.

Zdanie odrębne

Szewc Fabisiak stara się obserwować rzeczywistość i wyciągać wnioski również wtedy, gdy nie są one zgodne z powszechnie wyrażaną opinią. Dlatego też ma swoje własne odrębne zdanie wobec sytuacji na Białorusi a zwłaszcza wobec reakcji na tę sytuację ze strony polskich polityków.

Obserwując ich podejście do Białorusi oraz zachowanie wobec rządowej polityki w tym zakresie szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, iż poprzez swoją infantylność i brak wiedzy nie wyrośli oni ponad intelektualno-poznawczy poziom początkowych klas szkoły podstawowej. Nasza rodzima tzw. klasa polityczna rywalizuje na arenie międzynarodowej o to kto bardziej przymili się białoruskiej opozycji. Przypomina to trochę przepychanki między uczniami podstawówki. Wprawdzie ty masz ładniejsze adidasy ale za to mój smartfon jest lepszej jakości. Słychać już było utyskiwania na to, że Swiatłana Cichanouskaja (tak prawidłowo według transkrypcji białoruskiej powinno się pisać i wymawiać jej nazwisko) znalazła się na emigracji na Litwie a nie w Polsce rojącej sobie przecież prawo do roli forpoczty białoruskich protestów.

Trwa też rywalizacja wewnątrzpolska. Kiedy Donald Tusk zaproponował aby Unia Europejska nominowała Cichanouską i jej męża Siarhieja do Pokojowej Nagrody Nobla, to już następnego dnia wszystkie kluby parlamentarne zgodnie zaapelowały aby Parlament Europejski przyznał Cichanouskiej, jednak już bez męża uwięzionego po tym jak ogłosił zamiar startu w wyborach prezydenckich, coroczną nagrodę imienia Sacharowa, ponieważ, jak to argumentował europoseł Andrzej Halicki, uosabia ona obudzone społeczeństwo białoruskie. Tymczasem dwa dni wcześniej europarlamentarna frakcja Socjaliści i Demokraci poszła o krok dalej zgłaszając do tej nagrody zarówno Cichanouską, jak też żonę wyeliminowanego z wyborów Waliera Capkały oraz Maryję Kaliesnikawą – współpracownicę uwięzionego niedoszłego kandydata Wiktara Babaryki.

Wiceszefowa frakcji Kati Piri stwierdziła, że tegoroczna nagroda należy się tym trzem „odważnym kobietom Białorusi”. Szewc Fabisiak ma jednak wątpliwości czy można mówić o odwadze w odniesieniu do dwóch pierwszych z wymienionych wyżej pań. Natychmiast po wyborach, kiedy zaczęły się masowe protesty, Swiatłana Cichanouskaja wyjechała na Litwę a Wieranika Capkała wraz z mężem do Polski. Szewc Fabisiak rozumie ich motywacje uważając, że każdy ma prawo do ochrony siebie i swojej rodziny. Uważa jednak za przesadę nazywanie tego bohaterstwem. Jedyną osobą z tej trójki, która wykazała się odwagą i determinacją jest natomiast Maryja Kaliesnikawa. To ona wezwana na przesłuchanie odmówiła składania zeznań przeciwko sobie. To ona spotykała się ze strajkującymi robotnikami stołecznych zakładów, kiedy te strajki jeszcze trwały. To ona nie dała się wywieźć na Ukrainę i na granicy podarła swój paszport na drobne kawałki mając zapewne świadomość tego, że zostanie osadzona w areszcie co też i nastąpiło. To wreszcie na jej cześć zorganizowano w Mińsku w ostatnią sobotę marsz bohaterów. To jej zdrobniałe imię Masza skandowano na wiecach a nie Swieta czy tym bardziej Wieranika. W Polsce jednak liczy się tylko Cichanouskaja natomiast Kaliesnikawa pozostaje poza polem publicznego zainteresowania, co można tłumaczyć chyba tym, że uwielbianej w naszym kraju Cichanouskiej nie podoba się to, że Kaliesnikawa była współzałożycielką nowej partii opozycyjnej i ma odmienne poglądy co do strategii walki – domniemywa szewc Fabisiak.

Polskie elity parlamentarne jednostronnie postrzegające sytuację na Białorusi zgodnym chórkiem pieją z zachwytu nad tym, że mówią jednym głosem. Natomiast szewc Fabisiak jest zwolennikiem pluralizmu poglądów a nie dominacji jednego słusznego punktu widzenia, co, jego zdaniem, jest oznaką politycznej dojrzałości. Szewca Fabisiaka nie dziwi odtrąbianie sukcesu jednomyślności w wykonaniu przedstawicieli formacji rządzącej, jednak jako człowieka lewicy wnerwiają go podobne prorządowe enuncjacje ze strony lewicowych parlamentarzystów. Zwłaszcza gdy ich argumentacja nie wychodzi poza ramy rządowej propagandy. Na przykład posłanka Magdalena Biejat twierdzi, iż Polska powinna być ambasadorką Białorusi na arenie międzynarodowej, choć nikt na Białorusi naszego kraju do tego nie upoważnił. Wręcz przeciwnie. Nie kto inny jak sama Cichanouskaja mówiła podczas konferencji w Karpaczu, że to co się dzieje na Białorusi jest wewnętrzną sprawą jej kraju i oni sami powinni rozwiązywać swoje problemy zaznaczając, że inne kraje zostaną poproszone o mediację jedynie wówczas gdyby nie udało się rozwiązać problemów własnymi siłami. Natomiast, jak twierdzi szewc Fabisiak, uzurpowanie sobie prawa do reprezentowania społeczeństwa białoruskiego jest wyrazem wielkomocarstwowych kompleksów którym hołduje polska prawica a w które lewica daje daje się wpuścić.

Szewc Fabisiak zauważa też, że sytuację na Białorusi nie powinno się w sposób prymitywny postrzegać jedynie w czarno-białych barwach. Prawdą jest, że w białoruskiej stolicy i w kilku większych miastach regularnie mają miejsce antyprezydenckie demonstracje. Jednak swoje wiece organizują też zwolennicy Łukaszenki. Co prawda ich manifestacje są o wiele mniej liczebne ale są i gromadzą one nie tylko zależnych od władz państwowych urzędników, lecz także niezależnych od nikogo emerytów pamiętających to, że za obecnych rządów zaczęto regularnie wypłacać im emerytalne świadczenia. Pozostaje też bierna politycznie większość co do której nie do końca wiadomo na kogo głosowała w sierpniowych wyborach. Jednak tych niuansów nie dostrzegają polscy politycy i dlatego nie stać ich na obiektywne i szanujące naszych wschodnich sąsiadów podejście. Na tym tle wyróżnia się opublikowane ostatnio w Trybunie Stanowisko Stowarzyszenia Polska-Białoruś w którym wyrażana jest wątpliwość czy bezpośrednia ingerencja w wewnętrzne rozgrywki polityczne na Białorusi przyczyni się do rozwoju swobód obywatelskich natomiast Polska zupełnie niepotrzebnie stała się stroną konfliktu. Drugim przykładem wyważonego podejścia do Białorusi jest postawa Akcji Wyborczej Polaków na Litwie.

Mimo tego, że ugrupowanie to wchodzi w skład koalicji rządzącej, to jego deputowani nie wzięli udziału w głosowaniu w którym litewski parlament przyjął rezolucję uznającą Swiatłanę Cichanouską za jedynego legalnego przedstawicielem narodu białoruskiego. Przewodniczący Akcji Waldemar Tomaszewski uzasadniał to tym, że tego typu rezolucje prowadzą do nieuzasadnionych napięć pomiędzy sąsiednimi państwami. Te dwa wspomniane wyżej głosy rozsądku nikną jednak w powodzi prymitywnej propagandy, co niestety staje się już polską normą – konkluduje z pesymizmem szewc Fabisiak.

Białoruska paranoja

Jednym z najniebezpieczniejszych momentów chwili obecnej jest pewne zakłopotanie polityczne wiążące się z przejściem od wyborczego karnawału do powyborczego postu. Pewne zakłopotanie wiążące się z niejasnym odczuciem, że być może powiedzieliśmy za dużo, że być może żeśmy kogoś niepotrzebnie obrazili, że może trzeba spojrzeć realnie i zweryfikować dotychczasowe postawy okazuje się bardzo niebezpieczne i zwodnicze.

Oczywiście wątpliwości ma tylko jedna strona barykady, co powoduje to, że mnożą się polityczne błędy ze strony tak opozycji jako całości i jak i Lewicy jako Lewicy. Jedne, jak wpadka z pensjami dla prominentów, stają się widoczne już w chwilę po popełnieniu inne niestety sprawiają wrażenie zupełnie ignorowanych chociaż można sądzić, że właśnie one są szczególnie dalekosiężne i groźne.
Do takich jak sądzę należy obecny białoruski obłęd. Masowe protesty tamtejszej ludności przeciwko sfałszowaniu wyborów przez tamtejszego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę obudziły wszystkie tradycyjne demony polskiej mieszczańskiej polityki wschodniej.
Oczywiście mówienie o demonach to jedynie formuła retoryczna bo demon jest jeden i od przeszło stu lat ten sam. Jest to oczywiście tzw. prometeizm. Przekonanie że Polska (jak mityczny Prometeusz ludziom) podaruje Wschodowi Europy wyzwolicielski ogień, którego ofiarą padnie nie tylko to co więzi Białorusinów, Ukraińców, Gruzinów, Czeczeńców itd. itp. ale również samo „więzienie narodów” – Rosja.
Tyleż żałosne co tragiczne dzieje wymachiwania „prometejskim” ogniem na Wschodzie do czasu powstania PRL zostało dość dobrze opracowane przez historyków i mogło się wydawać że stanowi jak hiszpanka czy dżuma zamknięty rozdział polskiej historii. Niestety zarzewie prometejskiego ognia zostało przeniesione przez okres 1944-1989 i przekazane przez księcia Giedroycia Adamowi Michnikowi. Dzięki temu ostatniemu po roku 1989 powróciło do polskiej polityki jako „szlachetna” aczkolwiek mocno odjechana idea zbawienia Rosji wbrew samym Rosjanom.
Odkąd też okazało się, że Rosjanie nie są w stanie budować demokracji nie otrzymując żadnego wynagrodzenia za pracę i opowiedzieli się po stronie putinowskiego autorytaryzmu prometeizm przybrał charakter osobistej wojny Adama Michnika z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Ta „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” trwa już trzydzieści bitych lat i generalnie rozwija się bez przeszkód jako, że Polska należąc do Unii Europejskiej mogła i nadal może uprawiać tzw. „politykę wschodnią” całkowicie nieodpowiedzialnie nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Kryzys białoruski jest kolejnym momentem szczerzenia zębów przez prometejskie elity polityczne Rzeczypospolitej w obronie demokracji i suwerenności Wschodu. Jest to co prawda konflikt o wymiarze globalnym, ale jak to mawiają: gdy konia kują polska żaba może bez ograniczeń nogę podstawiać. Osobiście należę do milczącej większości (chociaż ponieważ milczy trudno ustalić czy jest większością czy jedynie dużą grupą mniejszościową), która generalnie tak do prometeizmu jak i do demokratyzacji nastawiona jest mocno sceptycznie. Wydarzenia na Białorusi określone przez Adama Michnika jako „Rewolucja Godności” jawią się jako kolejna odsłona przerabianych do znudzenia „Karnawałów Solidarności”, „Jesieni Ludów”, „Arabskich Wiosen”, „Rewolucji Pomarańczowych”, „Brzoskwiniowych” i „Arbuzowych”, Majdanów takich i owakich oraz Anielskich i Czarnych Sotni. Te same schematy fabularne, te same złudzenia, te same oszustwa, te same rozczarowania i te same marzenia o sprawiedliwym Jarosławie dającym „pięćset plus” czynią cały ten emitowany już czterdzieści lat serial mocno niestrawnym. Będzie to bardzo niepoprawne politycznie i może niebezpiecznie ale moje odczucia względem Białorusi przypominają jakimś stopniu odczucia starego więźnia obozu koncentracyjnego, który słyszy muzykę Wagnera zapowiadającą przybycie na rampę transportu nowych więźniów. Jest w tym jakaś doza litości, jest też poczucie zażenowania i beznadziei, ale niestety żadnych złudzeń.
Zaznaczam, że są to moje odczucia i jako człowiek który sam w życiu wiele błędów popełnił jestem skłonny zrozumieć i wybaczyć polityczny infantylizm i naiwność lewicowym miłośnikom białoruskiej „Rewolucji Godności”. W Końcu każdy uczy się na błędach a wyrastanie w środowisku politycznym zdominowanym przez Adama Michnika czy Janusza Palikota to bardzo ciężkie polityczne dzieciństwo, które wiele tłumaczy. Należy też zauważyć, że wpływ lewicowych miłośników rewolucyjnej Białorusi na wydarzenia w tym pięknym kraju jest tak znikomy, że można wziąć to wszystko w nawias i uznać, że tak naprawdę nie ma sprawy.
Nieszczęście zaczyna się w momencie gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc, w kraju w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia żeby walczyć o demokrację na Białorusi jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym.
To, że wybory w Polsce osiągnęły poziom rozgrywek brydżowych w Wąchocku (gdzie jak wiadomo: na kartę świnia z sołtysem wygrała) to tylko niewielki fragment większej całości. Fasadowy charakter demokracji w Polsce wynika nie tylko z uprzywilejowania władzy w procesie wyborczym. Dostosowywanie prawa do potrzeb partii rządzącej, złamanie wszelkich zasad praworządności i regulacji konstytucyjnych w procesie organizowania wyborów prezydenckich też nie wyczerpuje kwestii. W końcu chyba tylko w Polsce gdzie przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego została kucharka Jarosława Kaczyńskiego można się zastanawiać czy pierwsza prezes Sądu Najwyższego, jest dla niego pomywaczką czy sprzątaczką?
Funkcjonując w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na „500plusie”, warto pamiętać, iż Łukaszenka rządzi już dwadzieścia sześć lat i mógł się już trochę zużyć.
Polska lewica funkcjonująca obecnie jako ideologiczny chłopiec do bicia – zmitologizowany wróg „cywilizacji chrześcijańskiej”, ludzie potępiani i prześladowani mogła by przestać się zajmować sprawami „Weltpolitik” i zająć się walką z własną dyktaturą. Zaangażowanie w sprawy Białorusi ludzi bezsilnych wobec autorytaryzmu we własnym kraju ma charakter nieco komiczny. Dwuznaczność tej sytuacji uchwycił doskonale dwieście trzydzieści lat temu wybitny poeta i rewolucjonista Jakub Jasiński w wierszu na żałobę obchodzoną przez dwór polski po ścięciu Ludwika XVI:
„A gdy wam wolność, honor, majątki odjęto – Wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto!”
Jak to mawiali starożytni: Nic dodać nic ująć.
W przypadku Polskiej Lewicy mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym. Nie chodzi tylko o błazeństwa ale o działania w istocie samobójcze. Polska Lewica bowiem nie tylko walczy o demokrację na Białorusi ale robi to wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji.
Paradoks polegający na tym, że marionetka dyktatora Kaczyńskiego niejaki pan Morawiecki pełniący w Polsce funkcję premiera rządu stroi się w piórka obrońcy ideałów europejskiej demokracji sprawia w pierwszej chwili humorystyczne wrażenie. Jak mawiają: koń by się uśmiał, ale opozycja w Polsce traktuje te pretensje poważnie. Co więcej niektórzy dziękują panu Morawieckiemu na klęczkach. Że robi to Platforma Obywatelska to jej sprawa ale dlaczego robi to Lewica???
Po latach opowiadania o dyktaturze kaczyzmu o łamaniu konstytucji i łamaniu praw człowieka okazuje się nagle niemal z dnia na dzień, że wszystko to był przysłoiowy pic na wodę, fotomontaż, że Polska jest państwem demokratycznym godnym przewodzić demokratycznej krucjacie przeciwko dyktatorowi Łukaszence.
Co ciekawsze media przypominają stary slogan o „ostatnim dyktatorze w Europie” jak by to niegdysiejsze powiedzonko posiadało dzisiaj jeszcze jakikolwiek sens. Od czasu gdy Łukaszenka objął władzę na Białorusi do grona dyktatorów krajów traktowanych jako europejskie dołączyli Władimir Putin i Recep Erdogan. Co więcej dyktatury w Polsce i na Węgrzech pojawiły się nie tylko w Europie ale samej Unii Europejskiej!
Niestety jakoś nikt tego nie zauważył. Euro-poseł Robert Biedroń co prawda twierdzi że Polska jest izolowana w Europie i nie odgrywa roli jaka jej by się należała ale dla Białorusi jest gotowy na najdalej idącą współpracę nie tylko z premierem Morawieckim ale i Andrzejem Dudą.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lewica swoim białoruskim amokiem nie tylko legitymizuje działania dyktatury na forum międzynarodowym ale odcina sobie drogę walki z nią.
Prawda o pozycji Polski w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej ponura niż wyobraża to sobie euro-poseł Biedroń i większość polskiej opozycji. W Europie mało kto wie jak wyglądają rzeczywiste stosunki w Polsce i na Węgrzech i co więcej, mało kogo to zdaje się obchodzić. Unia Europejska chociaż może się to wydawać niemożliwe przestała w praktyce funkcjonować jako związek państw demokratycznych i co więcej trwa to już od dłuższego czasu. Zmiana ta nie została zadekretowana na żadnym że szczytów ani nawet ogłoszona publicznie. Zaszła mimochodem. Wyniknęła stąd, ze kiedy Angela Merkel stanęła przed wyborem demokracja czy władza, wybrała władzę. Konkretnie problem polegał na tym, że Fidesz Wiktora Orbana, który zapoczątkował faszyzację Unii Europejskiej należał do Europejskiej Partii Ludowej mającej decydujący głos w Unii Europejskiej. Obalanie władzy Fideszu na Węgrzech i przywracanie tam demokracji chociaż niewątpliwie możliwe było groźne dla władzy Europejskiej Partii Ludowej w Unii. Angela Merkel jak można sądzić zadecydowała o zaniechaniu walk wewnętrznych w celu utrzymania władzy. Interesy niemieckie w Unii zostały zabezpieczone. Węgrzy stracili demokrację, która generalnie i tak średnio im pasowała. Wszyscy byli szczęśliwi. Orban okazał się całkowicie bezkarny. (Co prawda Fidesz w 2019 roku został zawieszony w członkostwie Europejskiej Partii Ludowej ale chyba nawet jego członkowie tego nie zauważyli). Jarosław Kaczyński tylko poszedł drogą wytyczoną przez Węgry.
Wykorzystując osiem lat rządów Platformy obywatelskiej pod kierownictwem Nic Nikomu Nie Dam Donalda Tuska Jarosław Kaczyński deklaracjami socjalnymi zapewnił sobie zwycięstwo wyborcze. Dalej poszło już według wzorca węgierskiego. Podobnie jak w tym przypadku o rozwoju wydarzeń zadecydowała inercja kręgów przywódczych Unii. Jałowe dyskusje o tym czy w Polsce łamane są takie czy inne zasady przysłoniły tzw. całokształt. W przypadku tak Polski jak i Węgier dyskutuje się o drzewach nie dostrzegając lasu.
Wystarczy obejrzeć sobie radosne fotki ze spotkań pani Ursuli von der Leyen z panem premierem Morawieckim i poczytać o bursztynach które polski premier sprezentował Angeli Merkel żeby wiedzieć, ze opowieści o zagrożeniu Polski sankcjami ze strony Unii Europejskiej można między bajki włożyć.
Pytanie czym fotki Urszuli von der Leyen i premiera Morawieckiego różnią się tak naprawdę od fotek ministra Ribbentropa ministrem Mokotowem samo się niestety nie zada. Nie zada go też żaden uwikłany po kokardę w unijne machloje Donald Tusk. A przecież ktoś to musi zrobić.
Jeżeli polska Lewica ma coś do roboty to właśnie dążenie do odbudowy demokratycznego charakteru Unii. W większości krajów europejskich istnieją silne i solidne tradycje demokratyczne. Szacunek dla instytucji demokratycznych jest głęboko zakorzeniony. To co dzieje się na Węgrzech i w Polsce jest dla większości Europejczyków po prostu niewyobrażalne. Jest więc do czego się odwoływać i o co walczyć. Trzeba tylko wyjść poza horyzont michnikopolityki z jej zawołaniem wojennym „Putinowi żyć nie dozwolisz”. Klucze do polskiej polityki nie znajdują się w Moskwie ani Mińsku. Znajdują się w Warszawie i Brukseli.
Nadciągająca katastrofa ekologiczna bardzo skraca horyzont czasowy tradycyjnej polityki. Być może obecnej dyktatury nie da się obalić przed katastrofą ale trzeba się starać, trzymać konkretów i realiów a nie odlatywać przy każdej możliwej okazji z radosnym „szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”.

Komu marzy się rozbiór Białorusi?

Tomasz Sommer, naczelny tygodnika polskiej skrajnej prawicy, błysnął parę dni temu wpisem na swoi Twitterze: „”Jest też zupełnie oczywiste, że Grodno powinno, w przypadku rozpadu Białorusi, trafić do Polski. PiS to wie, ale boi się powiedzieć”. Natychmiast zaprzeczyło ministerstwo spraw zagranicznych, ale na nic to się nie zdało. W podobnym duchu i na podobnym intelektualnym poziomie wygłosił swojej kocopoły popularny w niektórych kręgach publicysta i podróżnik. Komentarzom do wypowiedzi Sommera nie było końca i niewiele tu można dodać: tak, trzeba być odklejonym od rzeczywistości i pozbawionym elementarnej odpowiedzialności za skutki swoich słów cynglem, żeby wygłaszać takie teksty w takim miejscu i w takim czasie.

Ale nie chodzi o to, by dworować sobie z ograniczoności człowieka lub doskonale rozwiniętego charakteru prowokatora. To nie wybryk i nie pojedynczy wyskok.
Nie chodzi bowiem to, co ten człowiek z siebie wydalił, tylko kim jest. A jest redaktorem naczelnym dwutygodnika związany z Koalicją Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja, która pod wodzą Janusza Korwina-Mikke wchodzi w skład partii Konfederacja Wolność i Niepodległość. To ta sama partia, której członkowie reklamowali podrzynanie gardeł lewicowym działaczom, a jej lider z maczetą w ręku zachęcał do wieszania socjalistów. Ta sama, która ma czwarte miejsce w polskim parlamencie, a we współpracy z którą prominentni politycy PO obiecywali sprawować władzę w Polsce. Naczelny „Najwyższego Czasu” zapewne, wzorem wielu swoich kolegów z nacjonalistycznego nurtu, jest zdania, że oto przejawia iście makiaweliczną przenikliwość i zdolność nie poddawania się emocjom.
To dość znany nurt w polskiej polityce zagranicznej – przypisywanie sobie umiejętności przewidywania na kilkanaście ruchów naprzód, podczas gdy w istocie przewidywać może co najwyżej czas zamknięcia najbliższego sklepu spożywczego, gdy go żona po cukier wyśle. A w istocie są tym, kim są – nacjonalistami w swej najgorszej, bo głupiej i agresywnej odmianie, wyznającej zasadę, że wszelkie umowy, pakty i prawo regulujące zasady funkcjonowania społeczności międzynarodowej są ważne tylko do momentu, kiedy można je bezkarnie złamać. Rządzą się prawem silniejszego tylko wtedy, kiedy tym silniejszym są oni. I w tej formie nacjonaliści powinni być jak najszybciej i dla zdrowia całego świata zmarginalizowani do najniższego dostrzegalnego poziomu.
Zadziwiające, że są w Rosji kręgi, które Janusza Korwina-Mikke i jego kumpli w rodzaju Tomasza Sommera traktują serio, ponieważ zdarzyło im się wypowiedzieć coś na przekór odmóżdżonej polskiej rusofobii, która jest stałą składową obecnej polskiej polityki wschodniej. Są wpuszczani w związku z tym na niektóre salony, udzielają wywiadów i nie skąpią artykułów.
Rosjanie traktują ich z rewerencją, uważając, że prezentują jakiś przewidywalny odłam polskiej sceny politycznej. Mylą się głęboko, bo wystarczy trochę poskrobać i wyłazi z nich takie właśnie indywiduum, które wzorem sępa ścierwnika chętnie podłącza się do uczty najsłabszych sztuk, nie bacząc tak naprawdę, czy aby to jest na pewno najsłabsza sztuka i, co ważniejsze, czy silniejsi dopuszczą go do stołu.

Szczyty absurdów

Za czasów mojej młodości mawiano, że szczytem absurdu jest tartak. Nie napiszę dlaczego, bo mogą mi zarzucić deprawowanie niewinnej młodzieży. Ale ostatnio mamy powyborczy sezon podejmowania absurdalnych działań i decyzji, z których każda mogłaby się ubiegać o palmę pierwszeństwa.

Szatańskie kuszenie władzy

Najbardziej zabawna wśród tych decyzji dotyczyła wysokich podwyżek uposażenia niemal wszystkich ogniw władzy – poczynając od prezydenta, przez rząd, posłów, senatorów, a kończąc na samorządach. Te podwyżki miały wynikać z „naprawy systemu”, który nie był dostatecznie przejrzysty. Teraz miał być jasny jak słońce i obejmować dodatkowo małżonkę prezydenta, która przecież nie może normalnie pracować w swoim zawodzie. Teraz miało być jasne, że pani X jest „na etacie żony prezydenta” z wysokim uposażeniem i określonymi obowiązkami.

Po odrzuceniu projektu przez senat i zmasowanym ataku opinii publicznej sprawa ucichła. Wszyscy w sejmie biją się w piersi (głównie cudze), w ewentualnym ponownym głosowaniu projekt zostanie definitywnie odrzucony i na razie nikt się nie będzie kwapił z jego ponownym ożywieniem.

Absurd tej historii ma – moim zdaniem – dwa podłoża. Po pierwsze – bezkrytycznie uchwalone przez sejm podwyżki były tak wysokie, że wprawiały w osłupienie te grupy zawodowe, które w ostatnich latach nie mogły się doprosić o zwiększenie uposażeń zaledwie o kilka, lub kilkanaście procent. Po drugie – budziły też uczucia wściekłości wielu obywateli na władzę, która sama sobie zwiększa radykalnie uposażenia na początku spodziewanego kryzysu ekonomicznego, niemal dosłownie w chwili ogłoszenia przez GUS wyraźnego spadku PKB już w II kwartale tego roku. A ludzie interesujący się ekonomiczną sytuacją kraju wierzą GUSowi, uznając go za jedną z nielicznych już instytucji, która jeszcze nie kłamie.

Czas (nie)wątpliwej zarazy

Drugim absurdem – już dość długotrwałym – są ciągłe zmiany oficjalnych opinii władzy na temat pandemii koronawirusa. Raz się dowiadujemy, że już „nie ma się czego bać”, że w pełni kontrolujemy sytuację i – jak zwykle – jesteśmy „najlepsi w klasie”. Potem rośnie nam gwałtownie liczba zakażeń i w niektórych regionach zaostrzamy ograniczenia. Rząd nic konkretnego nie mówi o szczepionkach zapobiegających zakażeniu, udaje, że nie widzi utrudnień w zajmowaniu się przez służbę zdrowia osobami chorymi na inne choroby – zwłaszcza tzw. przewlekłe. Nie interesuje się – a przynajmniej tak to wygląda – szczepionką stosowaną już w Rosji, bo nie lubi tego kraju, nie utrzymuje z nim kontaktów na wyższych szczeblach i też udaje, że nie wierzy w jego naukowe osiągnięcia. W przeciwieństwie do mego kilkunastoletniego sąsiada, który śmiał się z amerykańskiej propagandy sukcesu związanej z pomyślnym lotem do stacji kosmicznej, dokowaniem i powrotem nowej kapsuły. Śmiał się, dlatego, że przez ostatnie 10 lat Amerykanie latali na stację rosyjskimi kapsułami o bardzo podobnej konstrukcji, pochodzącej jeszcze z ubiegłego wieku. Tylko rakieta nośna była inna, dużo bardziej nowoczesna, ale skonstruowana i wykonana przez prywatne przedsiębiorstwo.. Ten „małolat”, który ma niezdrowy zwyczaj oglądania rosyjskiej telewizji, poinformował mnie także, że ich szczepionka ma 90% skuteczność i jest już kolejka państw, które ją zamówiły, albo są w trakcie negocjacji.

Budzenie Białorusi

Absurdem nie jest zainteresowanie sytuacją na Białorusi. Jest natomiast sposób interpretacji przyczyn masowych demonstracji i zastanawianie się, czy nie powinniśmy bardziej wyraźnie oddziaływać na to, co tam się dzieje. Oczywiście razem z UE. To zastanawianie przypomina filozofię Kalego – jak ktoś się wtrąca w nasze sprawy, to źle, bo podważa naszą suwerenność. Jak my chcemy się wtrącać w to, co dzieje się u sąsiada – to dobrze, bo przecież walczymy za „naszą i waszą” demokrację, wspieramy dążenia do wolności..
Problem Białorusi wcale nie jest – moim zdaniem – tak prosty, jak wydaje się niektórym naszym i europejskim politykom i mediom. Przyczynami masowych protestów są niewątpliwie nieuczciwe wybory prezydenckie i wieloletni brak poczucia wolności słowa i przekonań. Białorusini nie mają wprawdzie istotnych trudności z wyjazdami zagranicę, ale mają w większości kontrolowane przez państwo media i w różny sposób realizowaną cenzurę. Nota bene – to chyba przykład dla naszej partii rządzącej, której też wolne media nie odpowiadają.

Ale jest i druga strona wewnętrznej sytuacji na Białorusi. Z tej drugiej strony trzeba pamiętać, że prezydent Alaksandr Łukaszenka przez 26 lat sprawowania władzy zarządzał krajem dość sprawnie. Stopa życiowa nie jest gorsza niż w Rosji, choć rynek jest asortymentowo uboższy. Jest porządek, są czyste miasta i dobre drogi, bardziej sprawna niż u nas służba zdrowia i dobrze zorganizowane szkolnictwo. Korupcja jest jak wszędzie, ale nie stanowi problemu, jak na Ukrainie. Stosunki z Rosją są gospodarczo i politycznie bliskie, ale Białoruś nie stała się ponownie jedną z republik Federacji. Represje w stosunku do słabej opozycji były stopniowo ograniczane i ostatnio nie stanowiły podstawy pretensji Europy.

Mieszkańcy wsi lubią Łukaszenkę i nie sądzę, aby licznie uczestniczyli w ostatnich demonstracjach. Ale o nastrojach jednak decydują miasta. Z 9,4 miliona mieszkańców Białorusi 77% mieszka w miastach, w tym ok. 2 milionów w Mińsku. Mam niemodny pogląd, że całkowite i raptowne odejście całej ekipy Łukaszenki może być dla Białorusi początkiem takiego bałaganu, jaki powstał na Ukrainie po Majdanie, odejściu Janukowicza i kolejnych zmianach władzy. Znam kilku inteligentnych Białorusinów i większość z nich ten pogląd podziela. Sądzę, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zmian demokratycznych właśnie przez Łukaszenkę. Powtórzenie wyborów pod kontrolą międzynarodową, które może przegrać, ale może też wygrać niewielką przewagą głosów np. zbliżoną do „liczby mieszkańców Radomia”. i potem od razu, (jeśli przegra), albo po krótkiej kadencji, (jeśli jednak wygra), jego spokojne przejście na zasłużoną emeryturę. Tak sądzę, ale mam obawy, że to się skończy inaczej.

Zwycięska wojna

Powtarzalnym szczytem absurdu było ostatnio zawiłe, ale hurrapatriotyczne, tłumaczenie politycznych przyczyn wojny z Rosjanami w 1920 roku. Wojny rzeczywiście wygranej w tym sensie, że militarnie i ideologicznie ówczesna wersja komunizmu nie zajęła nam całego kraju. Wojny wygranej nie z pomocą cudów, tylko dzięki zaangażowaniu wszystkich warstw społecznych, masowej mobilizacji ochotników, talentowi strategicznemu Piłsudskiego i kilku generałów oraz radiowcom naszego wywiadu.

Ale tłumaczenie ataku Rosjan tylko chęcią skomunizowania Polski i Europy oraz irracjonalną nienawiścią do naszych ziemian, burżujów i arystokratów, jest rażąco uproszczone.. Nasza państwowa propaganda jak diabeł święconej wody unika bardziej precyzyjnych informacji i tym, że przecież wcześniej postanowiliśmy pomóc „białym” Rosjanom z ugrupowania Atamana Petlury. W ramach tej pomocy nasze oddziały doszły razem z oddziałami Petlury do Kijowa i nawet zdążyły tam zorganizować defiladę. Rosjanie doszli więc pod Warszawę, głównie w ramach długotrwałej kontrofensywy. I bądźmy szczerzy – gdyby nie nasza wycieczka do Kijowa, to może tego ataku w ogóle by nie było. Ale to się nie mieści w naszym absurdalnym wychowywaniu młodzieży w przekonaniu, że Polska nigdy nikogo nie atakowała, zawsze była tylko broniącą się „ofiarą”, nigdy nie miała ambicji, aby sięgać „od morza do morza”, czyli – przykładowo – od Gdańska do Odessy.

Absurdów w naszej polityce i działaniach jest oczywiście więcej. Zdarzają się niemal codziennie, jak skutki absurdalnie bezsensownej nienawiści władzy do ludzi „nienormatywnych” seksualnie” czyli LGBT. Albo, – co historycznie może się okazać jeszcze bardziej szkodliwe – jak gloryfikowanie skrajnie prawicowych organizacji i grup oporu wobec nienieckiego okupanta w czasie II wojny, przy jednoczesnym „wymazywaniu” znacznie większych osiągnięć organizacji lewicowych. To – niestety – zostawia trwały ślad w umysłach naszej młodzieży.

Nie podejmuję się jednak wybrać przodującego szczytu absurdu. Wierzę w pomysłowość naszych władz. Liczę na to, że nowe absurdy będą także dotyczyły polityki zagranicznej. Wtedy przyjdzie czas, aby podsumować ten konkurs.

Ideologia obsesji

Skoro LGBT jest ideologią to, idąc tym tropem rozumowania, ideologią jest również zwalczanie LGBT – wnioskuje szewc Fabisiak.

Jest to ideologia obsesji, która może przybierać formę psychicznej fiksacji. Szewc Fabisiak zauważa, że ową ideologiczną fiksację zgodnie kultywują najwyższe władze w państwie wraz z ich politycznym zapleczem pospołu z usłużnymi naukowcami, dzienikarzami i niektórymi odłamami dominującego w Polsce Kościoła. Przykładów tejże fiksacji jest nie tylko coraz więcej, lecz przybierają one coraz bardziej absurdalną formę. Tak jak gdyby wypowiadające się w tym temacie osoby uczestniczyły w nieformalnym konkursie o to kto mocniej i głupiej przywali w LGBT – twierdzi szewc Fabisiak. Jak na razie w rankingu tym na czoło wysunęły się dwie postacie, mianowicie poseł Przemysław Czarnek oraz łódzki do niedawna kurator oświaty Grzegorz Wierzchowski. Pierwszy z wyżej wymienionych panów zaprezentował w Radiu Maryja własną, dosyć oryginalną wersję historii. Stwierdził mianowicie, iż – cytując dosłownie – „ideologia LGBT wyrastająca z neomarksizmu, pochodzi z tego samego korzenia co niemiecki narodowy socjalizm hitlerowski, który jest odpowiedzialny za wszelkie zło II wojny światowej, zniszczenie Warszawy i zamordowanie powstańców”. Mający tytuł profesora Przemysław Czarnek wizualnie nie wygląda na idiotę. A jednak w swojej wypowiedzi przekroczył coś, co można by nazwać barierą ignorancji. Polemika z takimi poglądami uwłaczałaby zdrowemu rozsądkowi podobne, jak spory o to czy ziemia krąży wokół słońca czy też odwrotnie – uważa szewc Fabisiak.

Drugim publicznym głosicielem podobnych rewelacji jest wspomniany kurator, który dodatkowo swą argumentacje ubarwił wątkiem medycznym. Otóż, jego zdaniem, LGBT to po prostu wirus jednak groźniejszy niż ten z koroną, gdyż powoduje dehumanizację społeczeństwa a zwłaszcza młodych ludzi odbierając im wartości. Pan Wierzchowski zapewne nie jest medykiem, jednak wypowiadając się na medyczne tematy powinien zaproponować skuteczną terapię. Jak przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się owego wirusa? Zakładać maseczki, dezynfekować ręce czy może wystarczyłaby dwutygodniowa kwarantanna? – zastanawia się szewc Fabisiak. Grzegorz Wierzchowski po tym wystąpieniu został szybciutko odwołany ze stanowiska, choć zdaniem resortu edukacji nie za to, lecz na podstawie dogłębnej analizie jego dotychczasowej działalności. Tym samym rzeczony resort przyznał, że podziela poglądy kuratora, co znajduje potwierdzenie w tolerowaniu podobnych enuncjacji w wykonaniu krakowskiej kuratorki Barbary Nowak – wnioskuje szewc Fabisiak.

Oprócz oświatowych kuratorów, bardziej przypominających prokuratorów, również inni przeciwnicy LGBT snują analogie z marksizmem ewentualnie neomarksizmem, co nijak się ma do rzeczywistości. Jednak w Polsce obowiązuje bowiem jedna zasada. Jeżeli chce się komuś przywalić to porównuje się go do komuny lub putinowskiej Rosji co jest traktowane jako najwyższej rangi obelga. Ten drugi wariant nie wchodzi w grę jako że poglądy Putina są zbyt zbliżone do ich własnego punktu widzenia. Pozostaje zatem przypieprzanie się do marksizmu, który jako żywo zajmował się zgoła innymi sprawami niż marsze równości, tęczowe flagi czy małżeństwa jednopłciowe. Skąd jednak ludzie mają o tym wiedzieć skoro marksizm, w odróżnieniu od innych krajów, skutecznie wyrugowano z wyższych uczelni o nauczaniu na niższych szczeblach edukacji nie wspominając – pyta retorycznie szewc Fabisiak.

Wygłaszanie wyżej wspomnianych idiotyzmów można by potraktować jako swoisty objaw w końcu mało groźnej aberracji umysłowej gdyby nie przekładała się na działania władzy. Skoro państwowa policja zabiera do aresztów uczestników demonstracji, gdzie każe im się rozbierać do naga i poddaje innym chamskim praktykom to jest to sygnał, że źle się dzieje w państwie bynajmniej nie duńskim – konkluduje szewc Fabisiak nawiązując do dramatu Szekspira. Zauważa też, że Komisja Europejska potępiając, co jest zrozumiałe, brutalne traktowanie demonstrantów przez białoruskie służby mundurowe jakoś nie kwapi się do podobnej oceny wobec polskiej policji. Oczywiście skala represji była w Mińsku większa niż w Warszawie, jednak większy też był rozmiar protestów a sama istota zjawiska pozostaje taka sama. Na postawie faktu, iż UE krytykuje, i słusznie, wprowadzane u nas ograniczenia co do niezawisłości sądownictwa szewc Fabisiak wyciąga dwojakie wnioski. Po pierwsze, Unia bardziej dba o formalne niż rzeczywiste poszanowanie praw człowieka. Po drugie, krytyka policyjnych poczynań może mieć miejsce w stosunku do traktowanych z poczuciem wyższości krajów pozaunijnych, jednak nie wobec państw tworzących wspólnotę czy też znajdujących się na uważanym za wyższy poziomie demokracji. Dlatego też Komisja Europejska przemilcza polskie praktyki policyjne, gdyż w przeciwnym razie musiałaby, czego wcześniej oczywiście nie uczyniła, odnieść się do metod rozpędzania demonstracji we Francji, Katalonii a także w Izraelu czy co gorsza w Stanach Zjednoczonych. Zatem siły aparatu przymusu mają w Polsce przyzwolenie nie tylko ze strony prawicowej formacji rządzącej władzy lecz także najwyższych organów Unii Europejskiej – wnioskuje szewc Fabisiak.

Z Pawłem Łatuszką o Mickiewiczu

Z władzami Białorusi, niemal od początku istnienia samodzielnej republiki, Polska utrzymywała relacje chłodne, z dystansem. Kiedy rozpocząłem pracę w ministerstwie kultury (otrzymując w nadzorze także kontakty międzynarodowe) obowiązywała dyspozycja MSZ, by kontakty ze stroną białoruską były prowadzona co najwyżej na szczeblu wiceministrów.

Spraw do załatwienia z Białorusinami było sporo. Raz to tak zwana współpraca transgraniczna, dwa – sprawy mniejszości narodowych po obu stronach polsko białoruskiej granicy, trzy – polskie dziedzictwo kulturowe na dawnych terenach Rzeczpospolitej, tak można by jeszcze wymieniać… Były więc nie tylko preteksty, ale konkrety do spotykania się. Rozmawiałem zatem z ambasadorem Białorusi w Polsce wielokrotnie. Z jego inicjatywy złożyłem wizytę w Mińsku, spotykając się tam z całym kierownictwem białoruskiego ministerstwa kultury i z zastępcą ministra informacji odpowiedzialnego za sprawy książki. Odwiedziłem wtedy dawną, słynną siedzibę Radziwiłłów – zamek w Nieświeżu, gdzie prowadzono przewlekle i dość nieudolnie prace renowacyjne. Białoruskim ambasadorem w tym czasie w Polsce był Paweł Łatuszka. Bardzo młody, bo w chwili objęcia stanowiska ledwo 29. letni. Najmłodszy ambasador w historii białoruskiej dyplomacji. Miał już jednak, całkiem niezły jak na swój wiek, dorobek zawodowy. Ujął mnie swą delikatnością i naturalną elegancją. Łukaszenka rządził Białorusią od ośmiu lat i jego metody sprawowania władzy były już doskonale rozpoznawalne. Ambasador Łatuszka okazywał lekkie zdziwienie, iż jego ojczyzna jest traktowana przez zagranicznych partnerów z tak wieloma zastrzeżeniami. Ale jednocześnie zdawał się okazywać rodzaj zażenowania, że reprezentuje prezydenta, u którego już wtedy świat dostrzegał cechy dyktatora. Jedynie dla Stanisława Karczewskiego, jeszcze w 2016 roku, Aleksander Łukaszenka był „takim ciepłym człowiekiem”.
Jednym z tematów naszych rozmów była kwestia ciągnącego się od lat projektu postawienia pomnika Adama Mickiewicza w Mińsku. Strona nasza miała znaczący udział w sfinansowaniu odlewu rzeźby, autorstwa białoruskiego artysty o polskich korzeniach – Andrzeja Zaspickiego. Idea postawienia monumentu wyszła ze strony polskich środowisk na Białorusi. Z ambasadorem Łatuszką najpierw załatwiliśmy dodatkowe pieniądze (z polskiego budżetu), których brakowało do domknięcia kosztów pomnika, później negocjowaliśmy kwestię napisu na cokole. Zależało nam (stronie polskiej) na tym by był on także po polsku, ale przez pewien czas sporną kwestią była sama treść tablicy. Mickiewicz bowiem, podobnie jak dla Litwinów, nie był (i chyba nadal nie jest) dla Białorusinów jednoznacznie i bezdyskusyjnie polskim poetą. Doszliśmy jednak z Ekscelencją Pawłem do zgody na kompromisową, zadowalającą obie strony formułę. Dość szybko uzyskaliśmy dla tekstu aprobatę naszych przełożonych. Pozostawała kwestia samej uroczystości odsłonięcia pomnika, a przede wszystkim rangi polskiej delegacji. Mój udział był oczywisty, ale wyczuwałem, że Ambasadorowi zależy bardzo by przybył przedstawiciel choćby o szczebel wyższy niż wiceminister. Skontaktowałem się z ministrem spraw zagranicznych dr. Włodzimierzem Cimoszewiczem. Odmówił swego udziału, ale… o dziwo zaaprobował moją, szybko rzuconą propozycję, by do Mińska udał się Marszałek Senatu. Argumentem był fakt, iż Senat miał wówczas w swej kompetencji współpracę z organizacjami polonijnymi, a przecież Polonia na Białorusi była liczna, a idea pomnika od niej właśnie wyszła. Ponadto od kilku miesięcy narastał konflikt o przywództwo w kierowaniu organizacją Polaków na Białorusi. Były więc argumenty przemawiające za tym, by profesor Longin Pastusiak udał się na rozmowy z działaczami białoruskiej Polonii, a przy okazji wziął udział w odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza. Gdy zakomunikowałem to Ambasadorowi nie krył zaskoczenia, gdyż aż tak wysokiej reprezentacji ze strony Polski się nie spodziewał. W końcu wizytę w Mińsku miał złożyć czwarty, co do precedencji, polski polityk. Nasze ministerstwo spraw zagranicznych nie zgodziło się jednak by była to oficjalna wizyta Marszałka Senatu na Białorusi, by odbyły się przy tej okazji formalne rozmowy i spotkanie prof Pastusiaka z przewodniczącym izby wyższej białoruskiego parlamentu. Tą informacją Ambasador Łatuszka wyraźnie zmartwił się. Ale znaleźliśmy rozwiązanie, które zaaprobowały obie strony. Nasz marszałek wylatywał więc na zaproszenie Związku Polaków na Białorusi, samolot lądował w Grodnie, gdzie odbyły się rozmowy Marszałka z kierownictwem Związku, potem polecieliśmy do Mińska. 4 października 2003 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika doszło do „przypadkowego” spotkania profesora Longina Pastusiaka z Hienadziem Nawickim, byłym premierem, a od dwóch miesięcy przewodniczącym Rady Republiki (białoruska izba wyższa parlamentu), który „spontanicznie” zaprosił swego polskiego odpowiednika na obiad do pobliskiej restauracji, w której „zbiegiem okoliczności” nie było akurat żadnych gości. Rozmowa przy obiedzie toczyła się w wąskim, może nawet tylko dwuosobowym gronie.
Gdy Paweł Łatuszka, po zakończeniu misji w Polsce, został w 2009 roku powołany na stanowisko ministra kultury, wysłałem Mu list z gratulacjami. Niedługo potem otrzymałem na adres Państwowego Instytutu Wydawniczego, którym wówczas kierowałem, podziękowanie z ciepłym wspomnieniem naszej współpracy.
Później odnotowywałem Jego kolejne awanse dyplomatyczne. Ambasador we Francji, przy UNESCO, w Hiszpanii i w Portugalii. O tym, że zakończył w 2019 pracę w dyplomacji i został dyrektorem Narodowego Teatru Akademickiego w Mińsku dowiedziałem się kilka dni temu z informacji, że właśnie został z funkcji tej odwołany. Karnie, za przystąpienie do Rady Koordynacyjnej utworzonej przez Swietłanę Cichanouską. Za publicznie wygłoszony apel o dymisję ministra spraw wewnętrznych za brutalne potraktowanie przez policję protestujących. Nadal młody polityk, obyty w Europie, rozumiejący twórców i ich dążenia do swobody wypowiedz, nie mógł pozostawać obojętnym na to co dzieje się na Białorusi od kilku tygodni. Na to co działo się tam od pewnego już czasu. Komentatorzy upatrują w Pawle Łatuszce jednego z potencjalnych przyszłych liderów Białorusi, nowej Białorusi. Białorusi bez Łukaszenki. Ekscelencjo, Drogi Pawle, sukcesów i powodzenia Tobie i Twojej Ojczyźnie. Niechaj ”nasz” Mickiewicz czuwa nad Tobą.

O autorytaryzmie, koronawirusie i udawanych obrońcach ludu

Przedwyborcze orędzie Aleksandra Łukaszenki wygłoszone 5 sierpnia oglądałam razem ze znajomą Białorusinką. „Kłamstwo!”, „Co on mówi?!”, „Czemu tak kłamie?” – unosiła się co chwilę, ona, osoba na co dzień absolutnie pokojowo nastawiona do świata. Łukaszenko przez półtorej godziny tłumaczył zebranym parlamentarzystom, ministrom i ambasadorom, że limit rewolucji Białoruś już wyczerpała, potrzebne są stopniowe zmiany i powoli wdrażane reformy. Ostrzegał przed wojną hybrydową, wyśmiewał się z „trzech dziewczynek”, które rzucały mu wyzwanie na opozycyjnych wiecach. Słuchali go z kamiennymi twarzami.

Bodaj najbardziej nieprzeniknione były oblicza mężczyzn w mundurach. Przed wyborami spekulowano: czy niektórzy z nich są gotowi porzucić Łukaszenkę? Żyjący w Polsce białoruski bloger, autor rozchwytywanych opozycyjnych kanałów na platformie Telegram, 22-letni Ściapan Puciła, w sieci Nexta (czyt. niechta – ktoś), twierdził, że niezadowolonych w armii, milicji i nawet białoruskim KGB jest bardzo wielu. Takie ponoć sygnały otrzymywał z kraju, od licznych, rzecz jasna anonimowych źródeł. Opozycja świetnie zdawała sobie sprawę, że postawa siłowików zdecyduje, jak skończy się ta kampania wyborcza. Sama główna kontrkandydatka Łukaszenki, Swiatłana Cichanouska, w ostatnim przedwyborczym apelu wideo zwraca się także do ludzi ze struktur siłowych: nie wykonujcie przestępczych rozkazów!
Kamienie przeciw granatom hukowym
Wykonali. Poza nielicznymi wyjątkami w Kobryniu, Lidzie i Mołodecznie, gdzie 9 i 10 sierpnia funkcjonariusze pozwalali demonstrować niezadowolenie z powodu oficjalnego wyniku wyborów, OMON zadziałał bezwzględnie. Tylko pierwszej nocy zatrzymano ok. trzech tysięcy demonstrantów, w całym kraju, bo protestowano nie tylko w Mińsku: niezadowoleni z cząstkowych wyników wyborów znaleźli się we wszystkich miastach obwodowych. 10 sierpnia przewodniczący Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz zapowiedział, że tym, którzy starli się z OMON-em, grozić będzie nawet 15 lat więzienia. Kilka godzin później demonstracje zaczęły się od nowa: ścisłe centrum Mińska zostało już wcześniej zamknięte przez wojsko, ale tysiące ludzi zgromadziło się przy metrze Puszkinska, bez powodzenia usiłując zabarykadować się na pobliskim skrzyżowaniu. Do konfrontacji doszło w rejonie historycznej Niamihi, obok Pałacu Sportu i hotelu Jubilejny – milicja użyła armatek wodnych, gumowych kul i granatów hukowych, samochody wjeżdżały w tłum, a protestujący stawiali opór, zbijali się w ludzkie łańcuchy, rozpraszali się po osiedlach i klatkach schodowych (opozycyjne kanały na Telegramie pełne są informacji, co i gdzie się dzieje, gdzie w razie potrzeby uciekać, jak dostać się do budynków), rzucali kostką brukową. To granat hukowy najprawdopodobniej zabił pierwszą śmiertelną ofiarę starć: mężczyznę, który próbował odrzucić go z powrotem w stronę funkcjonariuszy. Liczba rannych, w tym ciężko, od gumowych kul, idzie w setki. W nocy z 11 na 12 sierpnia doszedł też kolejny tysiąc zatrzymanych.
Demonstranci ponieśli jeszcze jedną stratę: nie będzie z nimi Swiatłany Cichanouskiej. 10 sierpnia po południu kandydatka, ogłosiwszy się prawdziwą zwyciężczynią wyborów, udała się do siedziby Centralnego Komitetu Wyborczego, by złożyć oficjalny protest. Jej sztab stracił z nią kontakt, zaś 11 sierpnia kobieta odnalazła się już za granicą, na Litwie. Nagrała oświadczenie: uznaje wynik wyborów, przyznaje, że sytuacja ją przerosła, swoich zwolenników prosi o powstrzymanie się od przemocy, a sama wyjeżdża do swoich dzieci, bo to one są najważniejsze. Nikt raczej nie wierzy, że nagranie kandydatki, na którym całkowicie załamana kobieta czyta z kartki upokarzające oświadczenie, naprawdę powstało dobrowolnie: szantaż służb i pozbycie się Cichanouskiej z Białorusi to logiczny finał kampanii wyborczej. Władze odmawiały w niej opozycyjnym kandydatom rejestracji, wsadzały ich do aresztów, odwoływały mityngi Cichanouskiej pod pretekstem wymiany kostki brukowej. Według broniącej praw człowieka organizacji Wiasna, od maja do lipca za udział w spontanicznych protestach zatrzymano łącznie przynajmniej 1140 osób. Jednymi z ostatnich zatrzymanych byli 6 sierpnia dźwiękowcy, którzy podczas plenerowej imprezy dla rodzin z dziećmi (z założenia prorządowej) puścili piosenkę kultowego radzieckiego zespołu Kino – „Pieriemien!” (Zmian), hit, który w tej kampanii stał się jednym z symboli opozycji. Jednego z marzących o zmianach didżejów spotkała w trybie przyspieszonym kara 10 dni aresztu za „chuligaństwo”, jego kolega czeka na sprawę. Łukaszenko chciał być groźny, ale w oczach młodych obywateli nie takimi gestami zdobywa się szacunek i poparcie, podobnie jak nie mogły mu go dać nachalnie puszczane w mińskim metrze przypomnienia o terminie wyborów czy gigantyczne plakaty z datą głosowania rozwieszone w całym mieście.
Przypadkowa niepodległość
Swoją deklarację suwerenności w 1990 r. Rada Najwyższa Białoruskiej SRR ogłaszała bardziej z konieczności niż z przekonania, w wyniku przemian zachodzących w Moskwie, a nie oddolnych ruchów domagających się niepodległości (te były daleko za słabe). Rok później przystąpiono w Mińsku do tworzenia „regulowanej gospodarki rynkowej”. Jak pisze w swojej „Białorusi” historyk Eugeniusz Mironowicz, „szybko rosły fortuny ludzi związanych z elitą władzy. System koncesji, zezwoleń, zwolnień celnych i fikcyjnych kontraktów stworzył zagmatwany węzeł powiązań na styku gospodarki i polityki. Regulowana gospodarka rynkowa dawała możliwość kontroli życia gospodarczego i bogacenia się stosunkowo niewielkiej liczbie obywateli, głównie tych będących blisko obozu władzy”. Dodatkową przeszkodą okazało się uzależnienie białoruskiej gospodarki od rosyjskich surowców, paliw i rynków zbytu. Transformacja okazała się dla obywateli przekleństwem. Demokracja nie wytrzymywała porównania z epoką I sekretarza Piotra Maszeraua (lata 1965-1980), gdy – znowu oddajmy głos Mironowiczowi – „Białoruś zajęła czołowe miejsce w ZSRR zarówno pod względem rozwoju gospodarki, jak i poziomu życia mieszkańców”. Rozwijał się przemysł, postępowała urbanizacja, a opłaty za państwowe usługi telekomunikacyjne, transportowe i komunalne obniżono do symbolicznego poziomu. Aleksandr Łukaszenko, który w wyborach w 1994 r. obiecywał uczciwe państwo, powrót sprawiedliwości społecznej i zahamowanie przemian wolnorynkowych, nie dał szans konkurentom.
Obywatele, którzy pamiętali fatalny początek lat 90., bez żalu wybaczali prezydentowi Łukaszence demontaż kolejnych elementów liberalnej demokracji: podporządkowanie władzom przestrzeni medialnej, upolitycznienie sądów i prokuratur, marginalizację parlamentu, nowe prerogatywy prezydenta włącznie z mianowaniem burmistrzów i dyrektorów fabryk, zniesienie limitu prezydenckich kadencji i nawet przemoc KGB wobec szczególnie niewygodnych konkurentów czy dziennikarzy. Łukaszenko miał charyzmę; nawet niechętni mu przyznawali, że skutecznie zbudował wizerunek przywódcy bliskiego prostym ludziom, wręcz prezydenta-Robin Hooda, który karze nieuczciwych, a dba o najsłabszych. U schyłku lat 90. w białoruskiej gospodarce doszło do wyraźnego ożywienia, a wzrost gospodarczy utrzymał się i w latach następnych, dzięki importowi rosyjskich surowców po obniżonych cenach. To, że pod rządami Łukaszenki wzrosły pensje, emerytury i świadczenia socjalne, przyznaje nawet Anatolij Fieduta, niegdyś rzecznik prasowy białoruskiego przywódcy, dziś jego biograf i krytyk. Jednak model peryferyjnego sterowanego „kapitalizmu z ludzką twarzą”, w zaledwie dziewięciomilionowym państwie uzależnionym od tanich surowców, osiągnął swoje granice.
To nie socjalizm
Poziom nierówności społecznych na Białorusi wciąż jest znacznie niższy, niż u sąsiadów, gdzie neoliberalizm bez hamulców zatriumfował dużo wcześniej, ale w ostatnich latach odsetek żyjących w ubóstwie i różnice w zarobkach rosną coraz szybciej. W maju 2020 r. średnie wynagrodzenie wyniosło na Białorusi 1228 rubli białoruskich (ok. 2550 zł), ale mediana już tylko niecałe 894 ruble (ok. 1780 zł), a dominanta, najczęściej spotykana, nie przekraczała 640 rubli (1280 zł). Takich różnic między medianą a średnią nie było nigdy w ostatnich dziesięcioleciu. W dodatku wszędzie rosną ceny, a zarobki wyliczone dla całego kraju są praktycznie nieosiągalne poza Mińskiem: przykładowo w położonym na zachodzie kraju obwodzie brzeskim mediana i dominanta to odpowiednio 828,5 i 581 rubli, we wschodnim mohylewskim – 811 i 565. Kolejna zmiana, której nie da się nazwać prospołeczną: od 2016 r. na Białorusi systematycznie podnoszony jest wiek emerytalny, o pół roku co rok, aż w 2022 r. zostanie osiągnięty poziom docelowy – 63 lata dla mężczyzn i 58 dla kobiet. Władze przestały również wliczać do stażu pracy czas służby w wojsku, urlopu macierzyńskiego czy opieki nad osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji. Jeszcze wcześniej, w 2010 r., zlikwidowano część ustawowych ulg dla studentów i emerytów. prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są mocno ograniczone. Bezrobocie pozostaje na niskim poziomie, ale już 70 proc. pracujących, nawet w wielkich państwowych zakładach, nie ma umowy na czas nieokreślony, tylko kontrakt na mniej niż trzy lata, co w oczywisty sposób zniechęca do wchodzenia w spory z kierownictwem zakładu; prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są zresztą mocno ograniczone. Władza woli, by krytykowano ją z liberalnych czy ogólnikowo proeuropejskich pozycji, niż z lewa.
W takie państwo coraz bardziej z nazwy socjalne uderzył dodatkowo koronawirus: światowa dekoniunktura uderzyła w te rynki, dokąd trafiało najwięcej białoruskiej produkcji naftowej czy innego towaru eksportowego, jakim są nawozy (kupują je w Mińsku m.in. Chiny i Brazylia). Zamknięte przez kilka miesięcy granice odcięły kilkuset tysiącom obywateli popularny rosyjski kierunek wyjazdów zarobkowych, zabiły turystykę, którą w ostatnich latach władze starały się rozwijać, choćby poszerzając strefę bezwizową przy granicy z Polską, uderzyły w sektory, gdzie dominował prywatny biznes, jak gastronomia. Łukaszenko może zapewniać, że żadnej pandemii nie ma, ale niepokój wśród obywateli i spadek ich dochodów jest faktem: jeszcze w kwietniu w sondażu SATIO 45 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich wynagrodzenia od początku kryzysu spadły. Po 48 proc. zadeklarowało, że traktuje epidemię poważnie, unikając dużych skupisk ludzkich i stosując środki antyseptyczne. Eksperci Centrum Badań Ekonomicznych BEROS spodziewali się już wzrostu bezrobocia do poziomu 15 proc., a gdyby światowe ograniczenia w gospodarce i transporcie miały trwać dłużej, utrudniając Białorusi odbicie – nawet do 30 proc. To już 1,3 mln dodatkowych bezrobotnych i społeczne załamanie.
Łukaszence coraz trudniej w takich warunkach przekonywać, że to on powstrzymał transformacyjną katastrofę, a potem ocalił białoruską suwerenność – coraz więcej obywateli widzi, że w obliczu nowej katastrofy władza bardziej angażuje się w zamykanie ust opozycji, niż w walkę ze skutkami kryzysu. Łukaszenko przestał być autorytarnym, lecz troskliwym przywódcą, tylko zwykłym dyktatorem, który rządzi zdecydowanie za długo i któremu chodzi wyłącznie o utrzymanie się przy władzy. Zwłaszcza na ludziach młodych, którzy całe świadome życie przeżyli z Łukaszenką, jego przemowy nie robią żadnego wrażenia. Już wcześniej mieli do prezydenta pretensje o brak wolności słowa, toporną propagandę i ograniczone perspektywy. Teraz, przekonani, że gorzej być już nie może, gotowi są poprzeć każdego, kto nie jest Łukaszenką, choćby nie miał programu i niczego konkretnego nie obiecywał. Nie zajmują się geopolitycznymi rozważaniami, lecz instynktownie porównują swój kraj z Polską, którą wielu z nich w jakimś stopniu poznało; ani im w głowie przeczucie, że Białorusi groziłby w razie politycznego przewrotu los Ukrainy i jej przeraźliwie spauperyzowanego społeczeństwa.
Twarz bez programu
Niektóre mityngi Swiatłany Cichanouskiej, za sprawą administracyjnych utrudnień często zwoływane w parkach, przypominały na zdjęciach potajemne wiece socjalistyczne w czasach rewolucji 1905 r.: w Iwanowie w lesie nad rzeczką Tałką czy w Łodzi, też poza miastem, daleko od fabryk. Podobieństwo to jednak czysto wizualne; czerwone sztandary w tłumie zwolenników opozycji zdarzały się, ale rzadko, małe partie lewicowe, jak Sprawiedliwy Świat, mozolnie starały się przekazywać swoje postulaty, ale większość wiecujących chciała odejścia Łukaszenki, nie zastanawiając się, co dalej. Nawet jeśli, jak twierdzą lewicowi aktywiści, przychodzili na wiece z powodu swoich codziennych bolączek związanych choćby z niskimi zarobkami. Cichanouska zupełnie otwarcie mówiła, że nie ma programu – poza postulatem przeprowadzenia uczciwych wyborów, i że nie jest politykiem – weszła do gry, bo aresztowano jej męża, a sama chciałaby wrócić do prowadzenia domu i „smażenia kotletów”. To dostatecznie jasna sugestia, że w ostatecznym rozrachunku prezydentem zostałby ktoś inny, a jego doradcy mieliby już bardziej konkretne pomysły dla Białorusi. Jakie, można się domyślić, patrząc na Ukrainę i rząd utworzony po Majdanie, ale i na Litwę, która Cichanouską wspiera – i tam wygrał neoliberalizm, a razem z nim rozwarstwienie społeczne, wysoki wskaźnik ubóstwa i migracji zarobkowej. Cichanouska świetnie wychodziła na zdjęciach razem z sojuszniczkami, Maryją Kolesnikawą i Wieraniką Cepkało, ale jak zauważył Kamil Kłysiński, analityk przychylnego białoruskiej opozycji Ośrodka Studiów Wschodnich, traciła pewność siebie w przemówieniach, jakby sama obawiała się tego, co będzie dalej. Gdy jej najbardziej zagorzali zwolennicy ruszyli na ulicę, ona nigdy do nich nie dołączyła. Zupełnie jakby miała być tylko twarzą, zdobyć zaufanie ludzi, zostać Matką narodu po tym, gdy zawiódł Ojciec… a po chwili otworzyć drogę dla zupełnie innych sił.
Zdaniem Kłysińskiego bez ikonicznej, choć słabej programowo przywódczyni protesty wygasną, chociaż nie od razu. W nocy z 11 na 12 sierpnia w Mińsku i innych miastach obwodowych demonstrowano ponownie, znowu ze strony OMON-u leciały granaty hukowe, a z szeregów opozycyjnych kamienie i butelki. Nadziei na masowe przechodzenie milicjantów na drugą stronę już nie ma: centrum Mińska jest ściśle kontrolowane przez wojsko, protestujący mogli zgromadzić się na kilka godzin tylko przy stacjach metra na peryferyjnych osiedlach-sypialniach. Opozycja liczyła jeszcze na formę walki zwykle przez neoliberałów pogardzaną – robotniczy strajk, 11 sierpnia opozycyjne kanały na Telegramie publikowały wezwanie do ogólnokrajowego zatrzymania zakładów. Doniesienia o przerwach w pracy popłynęły jeszcze 10 sierpnia z kilkunastu wielkich fabryk, ale jak wynika z przeglądu białoruskich mediów, w tym społecznościowych, poczynionego przez absolutnie nie łukaszenkowski, ukraiński portal 112.ua, to nie masowe zatrzymania produkcji, lecz protesty części załóg, mityngi kilkudziesięcio-kilkusetosobowe. Jakby złość przegrała jednak z poczuciem, że te protesty nie mogą skończyć się dobrze.
Kryzys jeszcze przyjdzie
Władza nie zawaha się dalej używać siły. Pogłębiania się pandemicznego kryzysu Łukaszenko nie uniknie, na nowe socjalne reformy nie ma ani zasobów, ani szczególnych chęci. Nie ma też w jego otoczeniu ludzi myślących w tym kierunku: zależy im na niepodległości, bo w jednym państwie z Rosją zderzyliby się z jeszcze drapieżniejszą oligarchią i dużo mocniejszymi strukturami siłowymi, ale stawką jest dla nich utrzymanie własnego majątku i pozycji, nie dobro ludu. Przed Mińskiem niełatwe dalsze rozmowy o integracji w kierunku wschodnim, a i najbardziej optymistyczny scenariusz rozwoju sytuacji w gospodarce, w którym pracę traci „tylko” pół miliona ludzi, to nadal wariant dramatyczny.
Niegdysiejszemu mężowi opatrznościowemu pozostaje zastraszenie niezadowolonych, by przez jakiś czas się nie podnieśli. Nieprzypadkowo aresztowania podczas protestów nie minęły również przedstawicieli socjalistycznej i komunistycznej lewicy, warunkowo wspierającej opozycję. Działacze Sprawiedliwego Świata i białoruskich Zielonych podczas wieców Cichanouskiej rozdawali ulotki, na których sformułowano program minimum: cofnięcie wszystkich antyspołecznych reform ostatnich lat, w tym emerytalnej, stabilne zatrudnienie zamiast umów krótkoterminowych, skrócenie czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowych zarobków. I w takim kontekście, przy mocnych gwarancjach swobodnego działania ruchu związkowego, wielopartyjna demokracja zamiast autorytaryzmu. To mógłby być program dla Białorusi – ale taki program nie zyska wsparcia z zewnątrz, ani z zachodu, ani ze wschodu. O sprawiedliwość społeczną walczy się najtrudniej.

List otwarty PPS do ludzi pracy Republiki Białoruskiej

Członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej solidaryzują się z Wami w walce o demokrację.
Potępiamy wszelkie formy przemocy, naruszanie praw człowieka i obywatela. Wasz sprzeciw wobec korupcji politycznej, arogancji reżimu i opresyjnego aparatu przemocy jest ze wszech miar słuszny.
Wzywamy wszystkie siły prodemokratyczne w Polsce, Europie i na świecie do wspierania walki o demokrację narodu białoruskiego. Ostrzegamy przed ingerencją sił zewnętrznych, których celem byłoby ograniczenie suwerenności republiki. Uważamy, że to ludzie pracy są tą siłą sprawczą, która jest jedynym gwarantem demokratycznych przemian.
Na Białorusi pośród was żyją ludzie o polskich korzeniach a także obywatele Rzeczpospolitej Polskiej. Tylko w pełni demokratyczny ustrój Białorusi jest dla nich gwarantem ich praw, pozwala w pełni uczestniczyć w życiu społeczeństwa. W naszym kraju żyje wielu waszych rodaków. Oni także biorą udział w walce o praworządną Białoruś. Mają nasze pełne poparcie i pomoc.

Z socjalistycznym Pozdrowieniem Prezydium RN PPS