Amnestia na 75(25)-lecie

Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka podpisał ustawę o amnestii.

Z nadzwyczajnego złagodzenia kary będzie mogło skorzystać ok. 6 tys. osób, w tym ponad 2 tys. przebywających w zakładach karnych. Dobrodziejstwo amnestii obejmie osoby niepełnosprawne i przewlekle chore, kobiety w ciąży, samotnych rodziców, niepełnoletnich, weteranów wojennych, emerytów oraz zaangażowanych w likwidację skutków awarii w elektrowni w Czarnobylu, Usankcjonowana już przez Aleksandra Łukaszenkę ustawa o amnestii pewne kategorie przestępców wyklucza. Nie będą mogli z niej skorzystać osądzeni za morderstwo, zdradę stanu, korupcję i przestępcy seksualni.
Akt masowego ułaskawienia związany jest z przypadającą na 3 lipca rocznicą wyzwolenia Białorusi spod okupacji hitlerowskiej. Stało się to dokładnie 75 lat temu. Poprzednią amnestię Aleksandr Łukaszenko ogłosił w 2015 r., a okolicznością była 70. rocznica zwycięstwa w drugiej wojnie światowej.
Warto zauważyć, że dzień, w którym biuro prasowe prezydenta Białorusi podało informację o sygnowaniu przez Łukaszenkę ustawy amnestyjnej zbiega się także z 25. rocznicą objęcia przez niego urzędu głowy państwa.

Białoruś: NIE dla kary śmierci

Białoruś jest ostatnim europejskim krajem, w którym stosowana jest kara śmierci, co stawiało ten kraj poza nawiasem krajów cywilizowanych. Teraz może się to zmienić.

Deputowana niższej izby parlamentu białoruskiego, Elena Anisim, skierowała do białoruskiego ministerstwa sprawiedliwości projekt ustawy, która znosiłaby karę śmierci. Jak podaje białoruski portal naviny.by, organizacja Amnesty International ocenia, że od 1991 roku w Białorusi wykonano około 400 wyroków śmierci. Dane te nie są dokładne, bo, jak podaje ten sam portal, „nasz kraj nie publikuje danych statystycznych o liczbie orzeczonych i wykonanych wyroków śmierci”.
Projekt ustawy, zaproponowany przez Anisim, może być, po otrzymaniu pozytywnej weryfikacji ze strony ministerstwa, rozpatrzony przez parlament jesienią tego roku.
Co ciekawe, Jak donoszą białoruskie źródła, to nie sama Anisim jest autorką propozycji zmian w prawie, do czego sama się przyznaje twierdząc, że prawdziwy autor propozycji chce pozostać anonimowy.
„Ten dokument został wysłany na moją poselską skrzynkę mailową. Po tym, kiedy naniosłam poprawki do tego projektu i przetłumaczyłam go na język białoruski, otrzymałam prawa autorskie tego projektu” powiedziała Anisim.
Obecnie jest on rozpatrywany przez Ministerstwo Sprawiedliwości i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Dokument składa się z dwóch jedynie artykułów. Pierwszy mówi o zawieszeniu artykułu 175 kodeksu karnego Białorusi o wykonaniu kary śmierci do czasu, kiedy zostanie ona całkowicie uchylona. Drugi przewiduje, że osoby już skazane na tę karę, zostaną przeniesione do kolonii karnych, w których przebywają skazani na dożywocie.
„Powinnam doczekać się odpowiedzi z ministerstw, przeanalizować je i jeśli będzie taka potrzeba, wprowadzić poprawki i skierować projekt do Izby Reprezentantów z propozycją rozpatrzenia w czasie sesji jesiennej”.

Księga Wyjścia (19)

Ballada sąsiedzka

Potrzebowałem pretekstu by wyrwać się z Puław, a takim pretekstem było zaproszenie z ambasady Republiki Białoruś na obchody ich święta narodowego, czyli Święta Niepodległości, a przy okazji stulecia białoruskiej dyplomacji.
Spokojne, unormowane i przewidywalne życie jest czymś naprawdę fajnym, ale pod warunkiem, że czasami się z niego wyrwiemy. Na początku zauważyłem u siebie syndrom zerwanego ze smyczy psa, który chciałby nadrobić wszystko na raz i nie wie od czego zacząć. Ponieważ potrafiłem spojrzeć na to z dystansu, to nawet to było fajne.
Codzienna rutyna zaczynała mnie już nużyć (choć się do tego za cholerę nie przyznawałem) zaproszenie i wyjazd spadły mi z nieba. Siedziałem więc sobie w Warszawie przekładając powrót z dnia na dzień, aż przyszła sobota, czyli termin moich regularnych wizyt w lubelskiej przychodni i chcąc nie chcąc musiałem wrócić. Okrężną drogą, bo przez Lublin. Tak zakończyły się nieplanowane wczasy w mieście, w którym spędziłem znaczną część życia i którego nie da się nie kochać. Odebrałem swoją porcję Suboxonu i wróciłem do Puław, gdzie ponownie wszedłem w wypracowany wcześniej rytm.
Tutaj też nastąpiło kilka zmian. Od kiedy poznałem Iwonę, która postanowiła zrobić coś z książką „Z dna”, zaczął się więc niespodziewany ruch . Jakimś cudem ożywiła tę publikację, dokonała niemalże cudu reanimując umierającą i odchodzącą w zapomnienie książkę, czym wprawiła mnie w osłupienie. Wysłała elektroniczną jej wersję do najbardziej liczących się blogerów od literatury, a recenzje jakie pojawiły się w następstwie tej decyzji, powaliły mnie na ziemię i dały nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Tak więc planujemy wznowienie wydania książki „Z dna”, mało tego w formie rozszerzonej o kolejny tom. Ale szczegóły będziemy zdradzać pomału.
Obchody samej białoruskiej uroczystości opisałem w poprzednim odcinku, więc nie będę się powtarzał. Chociaż wrył mi się pamięć obraz Korwina-Mikkego, który po zakończeniu imprezy, z przejedzenia musiał usiąść w hotelowym fotelu eksponując brzuch przypominający nadmuchany do granic balon (przynajmniej tak to wyglądało). Widok ten wciąż doprowadza mnie do śmiechu i nie mogę sobie darować, że nie zrobiłem zdjęcia.
Przy okazji obchodów pojawiło się kilka refleksji. Republika Białoruś, mimo że jest naszym sąsiadem, to tak naprawdę bardzo mało o niej wiemy, nie znamy literatury, muzyki, sztuki czy kultury. Nie wiemy nic o historii, co można zwiedzać i gdzie warto pojechać. Czy są tam jeziora, w których można wędkować, lub podobnie jak na Mazurach udać się w kilkudniowy rejs jachtem? Kraj bliski, a kompletnie nam nieznany. Jedyne co funkcjonuje w powszechnej świadomości to, że prezydentem jest Aleksander Łukaszenko, a stolicą Mińsk.
Zasypany niegdyś czarnym public relations (PR) prezydent, również odchodzi w powszechne zapomnienie. Teraz wszyscy rzucili się na opluwanie Putina. Drugim naszym sąsiadem, o którym niewiele wiemy jest Słowacja, nie wiemy jak nazywa się prezydent, a znaczna część społeczeństwa ma problem, by podać nazwę miasta, które jest jej stolicą. Sprawdziłem to empirycznie.
Jedną z naszych przywar narodowych jest to, że nie potrafimy przyznać się do niewiedzy i uwielbiamy śmiać się z głupoty obywateli innych państw. Niejednokrotnie byłem świadkiem gdy „ławkowi” lub „podsklepowi” mędrcy zanosili się śmiechem, że Amerykanie nie wiedzą jak się nazywa stolica Polski. Początkowo wtrącałem się w te rozmowy, pytając czy wiedzą jakie miasta są stolicą Hondurasu czy Kolumbii, ale potem obniżyłem poprzeczkę i pytałem o Słowację. Zwykle kończyło się zmianą tematu, ale kilka razy omal nie doprowadziło do bójki. Fajnie się śmiać z Amerykanów, mieszkańców USA – które tak na marginesie jest jednym z bardziej znielubianych przeze mnie państw – że jego obywatele nic nie wiedzą o Warszawie, zupełnie nie przejmując się tym, że sami nie wiemy o stolicy Słowacji – Bratysławie. Pomijając już to, że naprawdę niewiele osób wie, że Słowacja była trzecim agresorem po Niemcach i ZSRR, który napadł Polskę w 1939 roku. Ale jak już ustaliliśmy, w słowniku przeciętnego Polaka fraza „nie wiem” nie istnieje.
Wracając do znajomości naszych sąsiadów, to wydawałoby się, że o Białorusi wiemy więcej, bo znamy prezydenta i potrafimy wymienić stolicę, ale Słowację znamy lepiej, ponieważ częściej bywamy. Sam wielokrotnie jeżdżąc w Tatry kwaterowałem po Słowackiej stronie, nie tylko ze względu na cenę, która kiedyś była dużo niższa (teraz podobno się to zmieniło), ale również dlatego, że mają znacznie ładniejsze szlaki, piękniejsze widoki, wyższe góry, mniej turystów i są bardziej „dzikie” mniej zdeptane, przez różnego rodzaju turystów, których niekiedy TOPR musi ściągać helikopterem. Chociaż raz zdarzyło mi się znaleźć butelkę po polskim piwie i to w takiej prawdziwej słowackiej głuszy, na dosyć sporej wysokości.
Wrócę jednak na ziemię, czyli krótka dygresja o polityce. Znowu rozpętała się burza, to akurat nic dziwnego, ale tym razem jej efekt był zaskakujący. Mam na myśli aferę, po wywiadzie udzielonym przez Andrzeja Stanisławka, wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego, w którym stwierdził, że przecież młodzież może szukać szkół zagranicą. Stanisławek po tej wpadce zachował się jak prawdziwy europejski polityk, czyli podał do dymisji. Zrobił coś czego bardzo brakuje w krajowej polityce i tu należy mu się szacunek, mimo, że pod względem politycznym i światopoglądowym stoimy na przeciwnych biegunach, to w tym wypadku należy mu się szacunek. To chyba pierwsza taka honorowa dymisja od 1990 roku. Były wcześniej dymisje, ale dopiero gdy prokuratura składała już akt oskarżenia, lub odpowiednie służby aresztowały jakiegoś polityka, który chwilę później i tak był już na wolności. Nawet nie trzeba daleko szukać, zachowanie Stanisławka powinno dać do myślenia samemu premierowi Morawieckiemu, po którym spływają jak po kaczce (nomen omen) wyciekające co jakiś czas nagrania, i któremu nawet nie przyszło do głowy by wspomnieć o honorowym odejściu. Cały klub PiS-u staje wtedy na głowie i usiłuje przekłuć to w atut, że „tymi słowami udowadnia, że jest człowiekiem” albo jaki z niego „swój chłop”, że ideał, ale i rubaszny i tego typu bzdury. Uszy więdły od słuchania.
Jedyne co mogę zrzucić byłemu już wiceministrowi, to korzystanie z piętnowanego rozdawnictwa. Tak, ja lewak i socjalista jestem przeciwny rozdawnictwu na wysokich szczeblach. Przecież resort Nauki i Szkolnictwa Wyższego powstał jedynie po to, by Jarosław Gowin miał jakieś płatne zajęcie w rządzie. Wcześniej zajmowały się tym odpowiednie departamenty Ministerstwa Edukacji Narodowej. I świetnie sobie radziły.
Tym wszystkim liberałom zajmującym się tropieniem rozdawnictwa sugeruję, by zaczęli od samej góry. Bo to właśnie tam powstaje cały szereg bardzo wysoko płatnych – kompletnie niepotrzebnych – stanowisk, tworzonych tylko po to, by obsadzić nimi swoich ludzi. Więcej o polityce pisać mi się nie chce, bo i tak robią to wszyscy. A ponieważ mam jeszcze trochę miejsca, to podzielę się z Wami pewnym marzeniem.
Jeżeli ikony się pisze, a nie maluje, to powinno się je czytać, lub czytać i oglądać. Zawsze dążyłem do tego, by moje felietony czy książki były nie pisane, a malowane za pomocą liter czy słów, podobnie jak obrazy, by właśnie móc jednocześnie czytać i oglądać – metaforycznie oczywiście. To wymaga perfekcyjnego opanowania sztuki plastycznego pisania. Połączenia poezji z prozą, tak by tekst był jednocześnie obrazem, żeby czytelnik zapamiętał wrażenia, a nie spisane suche fakty, dane, opisaną historię, czy ładne fragmenty. Może kiedyś mi się to uda. Na razie jeszcze próbuję. cdn

Zagubieni

Najnowszy, siódmy tom z serii „Nowa dramaturgia białoruska” ukazał się pod tym znamiennym tytułem. Chwyta on jednym słowem stan świadomości młodej generacji nie tylko na Białorusi.

Andriej Moskwin, szef Pracowni Badań nad Teatrem i Dramatem w Europie Środkowo-Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, inicjator i redaktor wspomnianej serii wydawniczej sygnalizuje tym tytułem zauważalny proces społeczny – z jednej strony charakteryzujący się wzrostem możliwości konsumpcyjnej i ułatwień codziennego życia, z drugiej zaś utraceniem busoli. Ludzie stracili bowiem „kontrolę nas swoimi emocjami i nastrojami – pisze Moskwin we wstępie do siódmego tomu – nie mają potrzeby rozwijać się zawodowo, doskonalić swojego intelektu, kształcić w sobie wrażliwości… Ale najważniejsze – bardzo często nie wiedzą, jak ułożyć swoje relacje z członkami rodziny, krewnymi, przyjaciółmi. Są zmuszeni do tego, aby kłamać, zmyślać, udawać. W rezultacie czują się sfrustrowani, nieszczęśliwi, zagubieni…”.
Wokół objawów tego stanu rzeczy, swego rodzaju mentalnego zagrożenia ogniskuje się tematyka sztuk siódmego tomu. W poprzednich tomach pojawiały się inne motywy – poza dwoma monograficznymi zbiorami, poświęconymi czołowym nowym dramaturgom białoruskim, Pawłowi Priażce (tom 4, 2016) i Dmitrijowi Bogosławskiemu (tom 5, 2016), Moskwin zredagował antologie zatytułowane „Życie w pułapce” (tom 2, 2014), „Młodzi gniewni” (tom 3, 2015) i „Trudna droga do niezależności” (tom 6, 2017). Łącznie z najnowszym tomem spod ręki Moskwina wyszło 45 nowych dramatów białoruskich 18 autorów w przekładzie 11 tłumaczy. Imponujący dorobek. I nawet jeśli część przekładów to prace warsztatowe, wymagające oszlifowania, to skala przedsięwzięcia sprawiła, że wyrósł (poza samym Moskwinem i reżyserem Dariuszem Jezierskim, autorem paru przednich translacji) prawdziwy gigant tłumaczy, Jakub Adamowicz, autor więcej niż jedna trzecia wszystkich do tej pory opublikowanych w tej serii przekładów.
Zbiór inaugurujący serię w roku 2011 (w przekładzie Karoliny Niewiadomskiej) nosił po prostu tytuł „Nowa dramaturgia białoruska”. Trudno było wówczas przewidzieć, że seria będzie miała tak poważną kontynuację. To była wizytówka nowych możliwości dramaturgii naszych sąsiadów, a wśród zaprezentowanych wówczas dramaturgów, znalazł się już wspomniany Paweł Priażko (sztuka „Serpentyna”) i najgłośniejszy wówczas przedstawiciel młodej dramaturgii Nikołaj Chalezin, założyciel (wraz z żoną Natalią Kaladą) undergroudowego Białoruskiego Wolnego Teatru. Spektakle tego teatru spotykały się z ostrą reakcją władz, przedstawienia odbywały się potajemnie albo i za granicą. Dość przypomnieć, że Chalazin na wniosek Harolda Pintera został wyróżniony Europejską Nagrodą Teatralną. Nie znaczy to jednak, aby jego utwory przekroczyły granice użytkowych sztuk politycznych, przydatnych w toczącej się walce o prawa obywatelskie i swobodę artystycznej wypowiedzi. Trudno im jednak przypisać większe wartości artystyczne.
Rozczarowaniem skończyła się premiera przygotowana przez samego Chalezina na scenie kameralnej warszawskiego Teatru Polskiego (2012). Przedstawienie „Czas kobiet” było autorską kombinacją sztuk Chalezina („Pokolenie jeans”) i Natalii Kalady („Sny’) w przekładzie Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Przy całej sympatii dla wymowy utworu było nieudaną próbą ukazania opresyjnego reżimu. „Sama prawda i dobre intencje to w teatrze za mało” – trafnie komentowała premierę Aneta Kyzioł w „Polityce”. Nic więc dziwnego, że Chalezin, tak jak pojawił się w glorii laureata na polskiej scenie, tak równie szybko zniknął.
Rzecz inna z Bogosławskim. Jego sztuka „Cichy odgłos niknących kroków” (opublikowana w tomie monograficznym serii w przekładzie Bożeny Majorczyk) pod zmienionym tytułem („Saszka” w przekładzie Agnieszki L. Piotrowskiej, 2014) w stołecznym Teatrze Współczesnym spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków. Tomasz Mościcki uznał przedstawienie za wydarzenie sezonu. Podobnie o spektaklu, sztuce i autorze pisali inni, także i ja: „Autor jest Rosjaninem, pisze po rosyjsku, ale uważa się za dramaturga białoruskiego – pracuje w teatrze w Mińsku i choć skończył zaledwie 27 lat ma już na koncie kilka prestiżowych wyróżnień. Teatr Współczesny nie pierwszy raz wyszukuje utalentowanego młodego dramaturga u wschodnich sąsiadów. I robi to z przykładną starannością: to świetnie zagrane przedstawienie, w dobrych rytmach, z wycieniowanymi kreacjami Janusza Michałowskiego (pełen ciepła i nostalgii ojciec), Borysa Szyca (niedostosowany, porywczy Saszka) i Sławomira Orzechowskiego (spolegliwy hipnotyzer, a może Charon?). Nie ma tu żadnej polityki, mędrkowania o przyszłości świata, ale jest za to dużo zadziwiającej woli zrozumienia, na czym polega budowa uczuciowych związków między rodzicami a dziećmi, w rodzeństwie, wśród najbliższych. Czasem, wydawałoby się, dość wyciągnąć rękę, ale najczęściej okazuje się, że
już za późno”.
Mimo tych pochlebnych opinii „Sasza” pozostaje jedyną sztuką Bogosławskiego, która przedarła się na polską scenę. Autor wciąż pisze nowe sztuki, pracuje jako reżyser w Mińsku, wystawia swoje dramaty w całej Rosji. Może to właśnie studzi zapał? Nie tylko Bogosławski pisze po rosyjsku, właściwie wszyscy dramaturdzy białoruscy. Biadają nad tym zwolennicy odrodzenia rdzennego białoruskiego, ale może to okazać się równie mało skuteczne jak odrodzenie języka irlandzkiego. Jest wprawdzie drugim językiem oficjalnym w Irlandii, ale posługuje się nim tak naprawdę garstka obywateli (ok. 70 tys.). Nikt jednak nie ma wątpliwości, że istnieje odrębna od brytyjskiej dramaturgia i literatura irlandzka. To samo zjawisko (przy wszystkich różnicach historycznych) występuje na Białorusi, choć jeśli pamiętać o sukcesie polityce Izraela, który wypromował i narzucił swoim obywatelom hebrajski jako obowiązujący język, można sobie wyobrazić podobny rezultat w każdym innym kraju, gdzie władze byłyby podobnie zdeterminowane w promowaniu języka narodowego. Ale na Białorusi tak nie jest. Wszystkie teatry grają tu po rosyjsku.
Głęboką interpretację tej sytuacji przedstawiła niedawno na łamach „Teatru” Irina Lippo („Białorusin w masce Rosjanina”): „W ostatniej dekadzie – pisze autorka – białoruska literatura wzbogaciła się o całe pokolenie młodych, zdolnych białoruskich dramatopisarzy rosyjskojęzycznych, których dramaty regularnie trafiają na listy prestiżowych konkursów i festiwali rosyjskich. (…) Algorytm sukcesu zazwyczaj jest podobny. Wygrana w jednym z licznych rosyjskich konkursów dramaturgicznych, spektakl w Moskwie, szereg realizacji w całej Rosji, ewentualnie głośny sukces na festiwalu teatralnym, przekłady, czytania performatywne, pokazy i nagrody na festiwalach europejskich i wreszcie uznanie na Białorusi. Jak policzył Dmitrij Bogosławski w jednym z wywiadów: „Moje sztuki zaczęły być znane na Białorusi już po tym, jak je 15–20 razy wystawiono za granicą”.
Tak czy owak, Andriej Moskwin wierzy w gwiazdę Bogosławskiego i w 7. tomie swoich antologii zamieszcza aż dwa jego teksty, w tym ambitny dramat paradokumentalny o uniwersalnej wymowie „Punkty na osi czasu”, swego rodzaju traktat o współczesnym rozumieniu humanizmu. Mimo wciąż nikłego rezonansu teatralnego, jakie mogłyby wywoływać przygotowywane pracowicie kolejne tomy antologii białoruskich, najwyraźniej redaktorowi, który samotniczo prowadzi pracę na rzecz uznania wagi literatury dramatycznej naszych sąsiadów, towarzyszy nadzieja przyszłego sukcesu. Kiedy niedawno w Warszawie i Gdańsku odbywały się pokazy teatrów białoruskich, Moskwin, dopominał się uznanie dla nowego dramatu białoruskiego. „Wśród głównych tematów – przekonywał – obecna jest kwestia rozpadu rodziny i relacji międzyludzkich, kwestia konfliktu człowieka z władzą czy panującym na Białorusi systemem, problem migracji (nie tylko zewnętrznej, bo także wewnętrznej). W wielu tekstach człowiek często wpada w pułapkę, w sytuację bez wyjścia i nie wie jak z niej wybrnąć. Warto tu wymienić sztuki takich autorów, jak Paweł Priażko („Urodzaj”, „Pole”, „Zamknięte drzwi”), Dmitrij Bogosławski („Ludzka miłość”, „Cichy odgłos niknących kroków”), Mikołaj Rudkowski („Dożyć do premiery”, „Wielka wędrówka urodow”), Andriej Kuriejczyk („Niebo”), Witalij Korolow („Opium”, „Moscow dreaming”), Timofiej Iljewski („Penaty”)”.
Ta ostatnia sztuka otwiera siódmy tom z serii antologii białoruskiej. To świetna sztuka w przednim przekładzie Jakuba Adamowicza, czekająca na utalentowanego reżysera. Iljewski daje w niej panoramę współczesnego życia na Białorusi (są też wątki polskie), które w wielu swoich przejawach odzwierciedla konflikty (zwłaszcza te rodzinne, postępującą obcość formalnie bliskich sobie ludzi) obecne we współczesnym świecie. Gęsta od znaczeń, ostra, warta teatralnego grzechu. Zwraca też uwagę rewelacyjnie skomponowana i wystylizowana formalnie sztuka uznanego już na świecie (znanego w Polsce z kilku pokazów) Nikołaja Rudkowskiego – „Kobiety Bergmana”, wystawiana już w Polsce w reżyserii tłumacza, Dariusza Jezierskiego. To sztuka oniryczna ukazująca toksyczny związek między kobietami, przesycona przemocą opowieść o relacji pacjentki i pielęgniarki, idealnie wpisująca się w poetykę scenariuszy i filmów Ingmara Bergmana.
Ciekawym kąskiem dla teatru wrażliwego na konflikty społeczne jest „Moscow dreaming”, niebanalny przypis do rozczarowań emigracją zarobkowa, która często gęsto okazuje się katastrofą – Korolow, nie bez aluzji do Trzech sióstr Czechowa i obecnego w literaturze (nie tylko) rosyjskojęzycznej, micie Moskwy-Edenu, dokonuje brutalnej deziluzji, odsłaniając podszewkę pochopnych decyzji emigracyjnych. Wart uwagi jest również nietypowy monodram „Pine Bar” Diany Bałyko, oferujący pełną zakrętów wędrówkę po życiu bohaterki zaplątanej w intrygi służby bezpieczeństwa i wreszcie bliski poetyka brutalistom dramat Pawła Rassolko „Człowieczek”, którego bohater pędzący poukładane życie, niemal w jednej chwili traci grunt pod nogi i traci wszystko, nawet życie, jako nikomu niepotrzebny śmieć.

NOWA DRAMATURGIA BIAŁORUSKA, tom 7, ZAGUBIENI, wybór, redakcja i wstęp Andriej Moskwin, Warszawa 2018.

Księga Wyjścia (18) Ballada o biedzie z pełnymi ustami

Nogi się pode mną ugięły gdy zobaczyłem zaproszenie zatytułowane „Protokół dyplomatyczny Ambasady Republiki Białoruś”. Zapraszali na obchody Święta Niepodległości, które wypada 3 lipca. Tego dnia wyzwolony został Mińsk i tę datę przyjęto jako święto narodowe. Oczywiście, to bardzo miła niespodzianka.Od lat nikt nie traktował mnie z taka atencją i od lat również nie bywałem.

Jest pewna grupa, która zajmuje się bywaniem, przez co oszczędza na jedzeniu, nawet nie nawiązując nowych znajomości. Po prostu kiedyś gdzieś pracowali, coś robili i dlatego ich nazwiska zostały w bazie protokołów dyplomatycznych różnych konsulatów czy ambasad. To jedna grupa bywalców. Druga jest znacznie ciekawsza, bo przy okazji wychodzi cała polska hipokryzja.
W przeciwieństwie do tych pierwszych, których dress code nie dotyczy, wpadłem w panikę. Zależało mi na ponownym wejściu z podniesioną głową do grona zapraszanych, to zawsze wpływa korzystnie na funkcjonowanie w tym zawodzie. A to nowe kontakty, znajomości, no i najważniejsze – „się bywa”.
Miałem jednak problem, zmieniła się moja objętość, a wraz z nią również powierzchnia. Krótko mówiąc – nie miałem się w co ubrać. Zresztą, i tak wszystkie ubrania okolicznościowe byłyby już za ciasne, gdybym je jeszcze posiadał. Podczas remontu i meblowania zwyczajnie pozamieniały się w szmaty. A to marynarka się naderwała, a to spodnie pochlapały farbą. Nie miało to jednak znaczenia bo nawet gdyby nic im nie było, to i tak byłyby za małe. Czyli kupowanie wszystkiego od początku. Zacząłem od tego, czego akurat kupować bym nie musiał, bo stopa wciąż ma ten sam rozmiar, ale ze wspomnianych, tych innych przyczyn kupić jednak musiałem. Jak już wspomniałem jest całkiem spora grupa ludzi, którzy mają w dupie dress code i nawet na takie uroczystości przychodzą ubrani dokładnie tak samo jak na działkę. Chciałem jednak zrobić wrażenie i pokazać, że mimo wszystko podniosłem się po kolejnym upadku. Chcąc nie chcąc zgromadziłem wreszcie pasujący, całkiem niezły komplet. Część kupiłem, część pożyczyłem, a nawet dostałem.
Była to też świetna okazja, by wyrwać się z Puław. Wprawdzie same obchody trwały dwie godziny, to zostałem w Warszawie na cały tydzień. Od kiedy wyszedłem ze szpitala, jakoś brakowało mi tego impulsu i determinacji, żeby wsiąść w jakiś pojazd i przyjechać na kilka dni do miasta, w którym mieszka większość moich znajomych. Była to więc również świetna okazja, by nadrobić zaległości towarzyskie.
Samą uroczystość zorganizowano perfekcyjnie, bez bizantyjskiej przesady i fałszywej skromności. Zdziwiła mnie jedynie obecność wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego i Janusza Korwin-Mikkego. Ten pierwszy, pomijając fakt, że Mińsk wyzwoliła Armia Czerwona, dokładnie ta sama, która wyzwoliła Polskę, zostawiając tysiące poległych żołnierzy pomiędzy Bugiem a Odrą, żołnierzy – w tym również Białorusinów – których pomniki teraz się burzy. Marszałek pała także miłością do tzw. „wyklętych”, którzy – jak choćby „Bury” – wsławili się mordowaniem Białorusinów. Dlatego jego obecność wydała mi się czymś niestosownym, tym bardziej, że od razu napełnił talerz i skupiony na jedzeniu przestał całą imprezę w jednym miejscu przełykając coraz to nowe dania. Drugi natomiast – JKM – przeciwnik rozdawnictwa, zwolennik tezy, że za wszystko trzeba płacić, bardzo rzadko oddalał się od stołu, gdzie wciąż donoszono nowe potrawy i o dziwo nie wystawiano rachunku. Chyba biedak się przejadł, bo po zakończeniu imprezy staliśmy jeszcze chwilę ze znajomymi w hotelu, gdzie bankiet się odbywał, widziałem więc jak opuścił salę i musiał usiąść na fotelu, eksponując wypełniony brzuch. Tak, jak siadają ludzie, gdy przesadzą podczas świąt.
Przyjechałem znacznie wcześniej i czekałem na znajomych w holu. Miałem prawie godzinę by obserwować wchodzących gości. Trudno było opanować uśmiech, gdy zobaczyłem Janusza Piechocińskiego, w zamierzchłych czasach, gdy często bywałem na różnego rodzaju oficjalnych rautach, J. Piechociński zawsze pojawiał się pierwszy. Minęło dwadzieścia lat, a tak jakby nic nie minęło – pomyślałem w duchu, rycząc jednocześnie ze śmiechu.
Teraz możemy porozmawiać o biedzie. Tak, właśnie o biedzie. Gdy byłem na samym dnie mogłem jedynie krzyczeć, ale krzyk ten do nikogo nie docierał. Większość biedaków milczy. Bo bieda się wstydzi. Rencista z pierwszą grupą dostaje 1030 złotych brutto, czyli niecałe 800 na rękę i jednocześnie zakaz pracy jakiejkolwiek. Dokładnie tyle samo wynosi najniższa emerytura. W stolicy niemal każdego dnia jest jakaś większa lub mniejsza impreza, na którą zapraszani są ci sami ludzie. Imprezy organizowane przez firmy, ambasady, z okazji lub bez. Ludzie, którzy bywają, najadają się do syta i zazwyczaj zarabiają niezłe pieniądze na stanowiskach państwowych, w mainstreamowych mediach, spółkach, których obecność jest bardzo pożądana, celebryci telewizji śniadaniowych opowiadający o „wyjściu ze strefy komfortu” lub działacze polityczni, których zarobki również do najmniejszych nie należą. Tacy właśnie działacze potrafią wyliczyć, że minimalna renta lub emerytura w wysokości 800 złotych na rękę wystarczy, ponieważ nie biorą pod uwagę jedzenia. Dobrze zrobiła mi ta przerwa, dzięki temu mogłem z boku zobaczyć jak to naprawdę wygląda. I teraz na chłodno możemy o tym pogadać.
Ludzie, którzy do południa mają gęby pełne frazesów, wieczorem napełniają je bezpłatnym żarciem podawanym w ekskluzywnym lokalu. Efekt zazwyczaj jest podobny, bo tak czy inaczej wychodzi z tego gówno.
Żyjąc w takim matrixie, faktycznie można wyliczyć, że osiemset złotych miesięcznie wystarczy, ale na dojazdy do tych lokali. Każdy, kto wyłamie się z tego schematu i upomni o tych którzy „nie bywają” automatycznie zostaje okrzyknięty populistą.
Szkoda tylko, że uwaga gości koncentruje się głównie na jedzeniu, a często oprawa i sama uroczystość jest fantastyczna. Patrząc z boku, żal mi było wysiłku Ambasadora włożonego w całą jej organizację. Jedną z atrakcji była jedna z najbardziej znanych i cenionych białoruskich śpiewaczek – nazwiska nie pamiętam, która zaraz po występie poleciała do Mińska, gdzie następnego dnia miała również wystąpić. Przez cały czas na ogromnym ekranie przewijały się fragmenty filmów nawiązujących do historii Białorusi.
Tym razem felieton zdominował opis imprezy – imprezy o której uczestnicy już dzisiaj nie pamiętają, bo nakładają jedzenie w innym hotelu, podczas innej okazji, zaproszeni przez kogoś innego. Pewnie też bym o niej nie pamiętał, gdyby nie to, że miałem bardzo długą przerwę. Dzięki temu mogłem z dystansu przyjrzeć się życiu „elit” i przypomnieć sobie, jak się robi politykę. Kłótnie, przepychanki i awantury są na użytek widzów, wieczorem, gdy przyjdzie co do czego i tak wszyscy spotkają się przy jednym kociołku, nakładając sobie nawzajem mięso lub ciasta. Dziwi mnie jedynie to, że przy tak rozgrzanych emocjach politycznych społeczeństwa, mogą tak spokojnie napychać żołądki. Gdy ludzie, którzy im uwierzyli naprawdę się wkurzą i wyją na ulicę, to co powiedzą? Żartowaliśmy? Te kłótnie to na niby?
Tak, tu zdradzę kolejne kuriozum. Politycy, którzy podczas programów telewizyjnych skaczą sobie do gardeł, do tego stopnia, że prowadzący nie może ich opanować, gdy tylko gasną kamery, w najlepszej komitywie idą razem na kawę. A gdzieś w Polsce brat nie rozmawia z bratem, bo mają różne poglądy i głosują na innych kandydatów. Tak wygląda polityka i tak wygląda bieda z perspektywy polityki. cdn

Noc wzruszeń

Gruzini „Okę” i „Mazurka Dąbrowskiego” śpiewali po polsku.

Był to niezapomniany wieczór dla kilkuset mieszkańców, kuracjuszy i wczasowiczów przebywających na leczeniu i wypoczynku w Kudowie Zdroju. Piękna sala Teatru Miejskiego łącznie z balkonem była wypełniona do ostatniego miejsca. Wielu stało w przejściach przy ścianach, innym dostawiano krzesła. Na scenie swoje narodowe pieśni i piosenki wykonywali artyści z Gruzji, z Batumi. Uczestnicy tego koncertu będą długo wspominać to spotkanie z muzyką i pieśniami narodu gruzińskiego od trzynastego wieku do czasów współczesnych. Egzotyczny chór oczarował nas wszystkich. A co się działo na widowni, gdy artyści śpiewali po polsku naszą „Okę” napisaną przez Leona Pasternaka i wykonywaną przed laty przez żołnierzy 1. Korpusu i 1. Armii Wojska Polskiego na całym bitewnym szlaku. Wszyscy wstali z miejsc, a niektórzy mieli w oczach łzy. Ja również. Owacjom i okrzykom radości nie było końca. Wyrażano w ten sposób wdzięczność artystom z dalekiej Gruzji za śpiewanie tej pieśni po polsku, podobnie jak żołnierze polscy śpiewali ją na wschodnim szlaku bojowym, walcząc z niemieckimi barbarzyńcami, którzy zamordowali sześć milionów obywateli Polski, w tym trzy miliony Polaków. Wychodząc z tego koncertu, słyszałem liczne wypowiedzi jego odbiorców. Mówili, że Gruzini śpiewali „Okę” po polsku, podobnie jak „Mazurka Dąbrowskiego” Józefa Wybickiego. Pytali, a dlaczego w naszym kraju jej się nie śpiewa, np. w rocznicę bitwy pod Lenino na ziemi białoruskiej? W tej bitwie zginęło ponad dwa tysiące polskich młodzieńców i osób starszych, myśląc o Polsce, ojczystym kraju, do którego pragnęli wrócić po latach tułaczki. A nie jest śpiewana dlatego, że wciąż dzielona jest polska krew brocząca strumieniami za ojczysty kraj na dobrą i złą. Obchodziliśmy kolejną rocznicę bitwy o Monte Cassino. I słusznie. Tak, trzeba młodym Polakom wciąż przypominać, tam walczyli żołnierze Wojska Polskiego dowodzonego przez gen. dyw. Władysława Andersa. Ale na Boga, dlaczego się tego nie czyni z okazji rocznicy bitwy pod Lenino? Politycy, telewizja i prasa nawet nie wspominają, bo byłoby to niepoprawnością polityczną. Czy można walkę, męczeństwo i strumienie wylanej krwi oceniać wedle kryteriów polityczno-ideowych? Takie zachowania polityków prawicowych, zwłaszcza konserwatywnych, budzą u milionów Polaków stanowczy sprzeciw. Walcząc z okrutnym wrogiem niemieckim, żołnierze 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki nie mieli pojęcia o komunizmie, o sowieckim poddaństwie Polski. Kierowali się wolą powrotu do kraju i przyspieszenia jego wyzwolenia oraz odbudowy. Panowie politycy, władzo naszego kraju, kiedy wreszcie zrozumiecie, że takie różnicowanie narodu oraz podziały na dobrych i złych, prawdziwych bohaterów i niezłomnych żołnierzy jest nie tylko niesprawiedliwe, lecz wręcz amoralne. Dzieli to bowiem również cały naród i może osłabić nasz dalszy rozwój cywilizacyjny oraz pozbawić nasze państwo godnego miejsca wśród narodów Europy. A przecież chcemy być prawdziwym sercem Europy. Wcześniej czy później młode pokolenie się przekona, że m.in. „Oka” to też jedna z kart naszej narodowej historii, o której nie możemy zapominać. „Oka” zaświadcza o naszych bohaterskich zmaganiach o wolność Polski, o jej suwerenny byt. „Oka” to jakże ważny dokument o tym, jak nasze wojenne pokolenia Polaków traktowały patriotyzm. Ten koncert artystów dalekiego kraju to piękna lekcja o właściwym zachowaniu starszego i młodego pokolenia Polaków. Bo przecież wśród uczestników było rzeczywiście sporo młodzieży. Wszyscy śpiewaliśmy „Okę” i „Mazurka Dąbrowskiego” stojąc.

Niesłychanie ciepły człowiek

Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka to „taki ciepły człowiek jest”, oświadczył w grudniu 2016 roku marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. Zaraz po powrocie z trzydniowej wizyty w Mińsku.
I w rozmowie z Konradem Piaseckim z „Radia Zet” pan marszałek przekonywał, że generalnie sprawy na Białorusi idą w dobrym kierunku. Bo nie ma tam już więźniów politycznych, bo po ociepleniu klimatu politycznego wszyscy zostali wypuszczeni.
Słowa marszałka Senatu RP, konstytucyjnie trzeciej osoby w IV Rzeczpospolitej, wzbudziły osłupienie. Wśród liberalnej opozycji oraz aktywu PiS.

Zły prezydent

Do tej poru o prezydencie Łukaszenko polska prawica mówiła wyłącznie źle, albo wcale. Białoruski prezydent prezentowany był w polskich mediach jako były „kierownik sowchozu”, co w polskim społeczeństwie, społeczeństwie byłych chłopów o szlacheckich ambicjach, jest wyjątkową obelgą. Poza tym w ciągu ostatnich 20 lat polskie media prezentowały go jako dyktatora, ekonomicznego zacofańca, wroga Związku Polaków na Białorusi, oddanego sojusznika prezydenta Rosji Putina.
I gdyby zrobić ranking najbardziej plugawionych przez polskie media zagranicznych polityków to prezydent Łukaszenka znalazł by się na podium. Po prezydencie Rosji Putinie i koreańskiej rodzinie Kimów.
Warto przypomnieć, że każda inna, wyrażona publicznie opinia, o prezydencie Łukaszenko albo o sytuacji na Białorusi była w polskich mediach negowana, a jej autor stygmatyzowany jako „agent Mińska”.
Z drugiej strony Białoruś od samego początku, czyli od 2009 roku, była członkiem Partnerstwa Wschodniego. Czyli programu wschodniej polityki Unii Europejskiej w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Projekt programu partnerstwa to efekt działań dyplomacji polskiej i szwedzkiej.
Partnerstwo dotyczy sześciu byłych republik ZSRR. Czyli Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Początkowo Partnerstwo miało być pomostem dla tych państw w drodze członkowstwa w Unii Europejskiej. A nawet i w NATO. Jednak w ciągu dziesięciu lat ów pomost skurczył się do kładki. „WUniowstąpienie” tych państw zostało odłożone. Całościową akcesję zmieniono na programy sektorowych integracji. Wśród państw Partnerstwa zawsze pojawiali się okresowi „prymusi”, jak Mołdawia, Ukraina, którym Bruksela obiecywała szybszą integrację.

Zdolny, ale krnąbrny

Białoruś, czyli prezydent Łukaszenka, nigdy takim „prymusem” Partnerstwa nie był. Nie pretendował do takiej roli. I gdyby trzymać się szkolnych porównań to przypominał niesfornego ucznia, który co jakiś czas obrazi brukselskich nauczycieli, zostanie za to wyrzucony z klasy. Potem wymamrota wymuszone przeprosiny i wróci na swoje miejsce. Czyli do ostatniej ławki w klasie.
W rzeczywistości polityczne relacje Mińsk- Bruksela polegały na okresowych ociepleniach i dłuższych ochłodzeniach. Ochłodzenia następowały zwykle po białoruskich wyborach, kiedy policja prezydenta Łukaszenki traktowała białoruską opozycję w sposób „nieortodoksyjnie demokratyczny”. Czyli pałowała ich i zamykała.
Ale po takiej politycznej zimie administracja prezydenta Łukaszenki organizowała ocieplenie. Więźniów zwalniano, delegacje państw Unii Europejskiej zapraszano. Przyjmowano je niezwykle ciepło, iście po królewsku. A ponieważ obraz władz Białorusi i państwa białoruskiego w europejskich mediach też jest paskudny, to zaskoczenie gości z UE było jeszcze większe. Bo na Białorusi naprawdę pięknie i smacznie jest. Ludzie przemili, bardzo gościnni. Ciepli można rzec.

Księstwo mińskie

Każdy, kto zdążył odwiedzić Białoruś, zwłaszcza w „ciepłym okresie”, zauważył, że prezydent Łukaszenka buduje tam swoje państwo. Specyficzną tożsamość kulturalną, historyczną i gospodarczą.
Jego Białoruś nie nawiązuje do tradycji białoruskiej republiki powstałej po rozpadzie Rosji w 1918 roku. Do białoruskiej ”Pogoni”, tej z podniesionym końskim ogonem. Do postulatu wypierania języka rosyjskiego przez białoruski.
Władze Białorusi i związane z nią elity tworzą udzielne „Księstwo mińskie”. Odwołujące się do tradycji staro białoruskich, Wielkiego Księstwa Litewskiego, imperium Rosyjskiego i ZSRR.
Najłatwiej dostrzec to oglądając wystawy w odrestaurowanych przez obecne władze magnackich siedzibach w Nieświeżu i w Mirze. Zwłaszcza prezentujących białoruskie tradycje wojskowe. Miejscowi i przyjezdni mogą dowiedzieć się z nich, że wojska białoruskie zwyciężały Krzyżaków pod Grunwaldem, Tatarów nad Sinymi Wodami, Moskwę pod Orszą, Szwedów pod Połtawą, Francję pod Moskwą i III Rzeszę Niemiecką w zdobytym Berlinie. Czapki z głów!
Nietrudno też tam zauważyć, że najsłabszym walorem obecnej Białorusi jest jej gospodarka. Technologicznie wczorajsza, mocno uzależniona od wymiany handlowej z Rosją. Na preferencyjnych, nie komercyjnych warunkach.
Administracja prezydenta Łukaszenki próbowała uniezależnić się od rosyjskiego Wielkiego Brata zapraszając chińskie firmy. Te zadomowiły się na Białorusi bez politycznych warunków wstępnych. Nie wymagały demokratyzacji systemu jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ale kooperacja z chińskimi firmami podobna jest do gry w kasynie. Da się czasem wyjść stamtąd z zyskiem, ale kasyno nigdy nie bankrutuje.
Nieliczni, białoruscy opozycjoniści wielokrotnie z przykrością przyznawali, że jedynie konieczność spłaty zaciągniętych przez administracje prezydenta Łukaszenki kredytów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i instytucji związanych z Unią Europejską może skłonić białoruskiego prezydenta do kolejnego politycznego ocieplenia.
I oto znów mamy front ciepły z Mińska. Właśnie rozpoczęły się tam Europejskie Igrzyska Olimpijskie. Białoruś, plasująca się do niedawna na peryferiach politycznej Europy, organizuje teraz wszystkim Europejczykom wielką imprezę sportową za dziesiątki milionów euro.
Przy okazji radykalnie liberalizuje przepisy wizowe i otwiera się na turystów. Wystarczyło kupić najtańszy bilet na byle zawody i wjechać tam bez wizy. Nawet bez obowiązku oglądania zawodów.
Bo taki wzrost turystyki pobudzi białoruską gospodarkę cierpiąca na deficyt walut wymienialnych.
Napływ gości z Zachodu nie zagrozi też stabilności władzy prezydenta Łukaszenki. Bruksela przestała już „demokratyzować” białoruski reżim. Ma teraz swoje ważniejsze problemy. Ma też swoich „dyktatorów”: Orbana i Kaczyńskiego.
Państwa starej Unii Europejskiej wolą już przewidywalnego, czasami niepokornego wobec Moskwy, teraz „ocieplonego” dyktatora Łukaszenkę, niż nowego, czyli nieprzewidywalnego. Zwłaszcza, że tak pobudzona białoruska gospodarka może wreszcie zacząć spłacać stare długi.
Pierwszego września prezydent Łukaszenka przybędzie do Warszawy aby razem z rodziną Unii Europejskiej i Partnerstwa Wschodniego uczcić rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wtedy będzie prymusem ze Wschodu. Bo ukraiński prezydent jest dla elit PiS zbyt blisko związany z prezydentem Macronem, a prezydenta Putina w ogóle nie zaproszono.
Zapewne prezydent Łukaszenka znów wykorzysta ten efekt cieplarniany. Kasę od Brukseli weźmie i wiele obieca. I nawet jeśli obietnic nie dotrzyma, to unijni politycy ogłoszą swój sukces, a ich podatnicy za wszystko zapłacą.
Ciepło, nawet chwilowe, musi kosztować.
Maskotką igrzysk w Mińsku jest Lesik, czyli Lisek. Oficjalnie to lisek z powiastki Antoine de Saint- Exupery, który tłumaczył Małemu Księciu zasady przyjaźni.
Patrząc na szelmowski uśmiech Lesika można też dostrzec niemłodego już księcia.