Maduro nie ma innego wyjścia

-Rząd Maduro często wykorzystuje bardzo szeroko swoje „zasoby administracyjne” w interesie partii władzy, i to rzeczywiście słaby punkt wenezuelskiej demokracji. Ale z drugiej strony, kto powiedział, że w krajach o systemie dwupartyjnym, w których główne partie otwarcie reprezentują interesy wielkiego kapitału, demokracji jest więcej niż w Wenezueli?- z Dymitrijem Sztrausem, mieszkającym w Wenezueli tłumaczem i programistą, rozmawia Piotr Jastrzębski.

Pochodzi Pan z Czelabińska, ale jednak wybrał Pan Wenezuelę. Od jak dawna Pan tam mieszka?
Na stałe od 2008 r. Wcześniej mieszkałem tam sześć lat od 1995 do 2001 roku. Także kraj doskonale już poznałem. Pracuję jako tłumacz, to moje główne źródło utrzymania.
Według doniesień europejskich mediów, wynika że spadek gospodarczy, inflacja, deficyt żywności i innych towarów, to wina prezydenta Nicholasa Maduro, któremu zarzucają również brak demokracji.
Kryzys gospodarczy to efekt spadku cen ropy naftowej, wyczerpania starych złóż tego surowca, błędnej polityki ekonomicznej i wojny gospodarczej Stanów Zjednoczonych przeciwko Wenezueli. Niedemokratyczny charakter polityki Maduro nie ma z tym nic wspólnego.
Ustrój polityczny Wenezueli jest jak najbardziej demokratyczny. Istnieją partie polityczne, w tym mocno opozycyjne, które wygrywają wybory parlamentarne, mają swoich prezydentów miast i gubernatorów. To prawda, że rząd Maduro często wykorzystuje bardzo szeroko swoje „zasoby administracyjne” w interesie partii władzy, i to rzeczywiście słaby punkt wenezuelskiej demokracji. Ale z drugiej strony, kto powiedział, że w krajach o systemie dwupartyjnym, w których główne partie otwarcie reprezentują interesy wielkiego kapitału, demokracji jest więcej niż w Wenezueli? Trzeba też dodatkowo wspomnieć o wenezuelskim systemie liczenia głosów na wyborach. Jest ona zabezpieczona licznymi mechanizmami kontroli, w tym z udziałem mężów zaufania uczestników wyborów, co sprawia, że wszelkie manipulacje i fałszerstwa są bardzo trudne, a już takie decydujące o wynikach – praktycznie niemożliwe. Maduro zwyciężył w ostatnich wyborach – mimo, że większość społeczeństwa była przeciwko niemu – wyłącznie dlatego, że nieprzejednana opozycja odmówiła udziału i wezwała swoich zwolenników do ich bojkotu. W takich warunkach bez problemu wygrał ze swoimi konkurentami – mniej znanymi opozycjonistami.
Czy według pana rolę obecna polityka prezydenta Maduro, związana jest bardziej z interesami Wenezueli i Wenezuelczyków, czy – jak twierdzą niektórzy – działa on tylko w imię realizacji własnych interesów?
Powiedziałbym, że jego polityka odpowiada interesom Wenezueli w tej części, w której dotyczy wzmocnienia suwerenności tego kraju.
Czy można więc uznać Maduro za spadkobiercę Hugo Chaveza?
Generalnie tak. Przy wszystkich wahaniach w jego polityce, stanowisko Chaveza w dwóch sprawach było na przestrzeni lat jego rządów niezmienne: w polityce wewnętrznej – w wierności zasadzie, że ropa naftowa ma pozostać w rękach państwa; a w zagranicznej, że Wenezuela powinna rozwijać stosunki z różnymi krajami i mieć więcej niż jednego partnera strategicznego. Maduro tych zasad się trzymał. Dziś wielu krytykuje go za „odejście od polityki Chaveza”, ale przecież nie wiadomo, jak by w obecnych okolicznościach postępował jego poprzednik, który był dość elastycznym politykiem. Na przykład, rząd Maduro krytykowany jest i przez lewicę i przez prawicę za zgodę na wydobycie złota na południu kraju. Wiele mówi się o zniszczeniu środowiska, a lewica twierdzi, że Chavez by na to nie pozwolił. Zapomina się przy tym, że choć ekologia była dla niego ważna, to na pewno nie znajdowała się na pierwszym miejscu. Przecież podczas swojej pierwszej kadencji polecił budowę linii wysokiego napięcia przebiegającej przez Park Narodowy Imataka, co ostro oprotestowały organizacje ekologiczne i indiańskie. W obecnych warunkach blokady ekonomicznej, spadku wydobycia i ceny ropy, kraj nie jest w stanie zagwarantować sobie bezpieczeństwa żywnościowego; chodzi już nie tylko o walkę z biedą, ale o niedopuszczenie do pojawienia się głodu. Maduro nie ma innego wyjścia – musi wykorzystać wszystkie istniejące możliwości do pozyskania środków do budżetu. Z drugiej strony, niektóre problemy rządu Maduro spowodowane zostały przez zbyt dokładne kopiowanie błędnej polityki Chaveza. Na przykład, Hugo Chavez przez co najmniej dziewięć lat ani razu nie podniósł ceny paliwa, z czego był bardzo dumny. W czasie jego rządów te ceny nie rosły pomimo, że też była inflacja (nieporównywalna z tą z ostatnich lat), wzrastały koszty, płace, od czasu do czasu przeprowadzano dewaluację waluty narodowej. Wszystko to doprowadziło do sytuacji, w której benzyna była nie tyle tania, co praktycznie bezpłatna. Państwo traciło ogromne kwoty na subsydiowanie jej ceny detalicznej (około 15 mld dolarów rocznie), a z tej hojności korzystali nie tylko najubożsi, ale też właściciele dżipów i jachtów. Poza tym, tania benzyna w połączeniu z lokalnymi tradycjami korupcyjnymi doprowadziła do powstania całej warstwy przemytników wzdłuż granicy z Kolumbią, nieźle żyjących na koszt państwa i karmiących jeszcze skorumpowanych wojskowych i urzędników, gdy w tym samym czasie w przygranicznych rejonach brakowało paliwa. Trzeba uczciwie przyznać, że Maduro ceny paliw podwyższał już dwukrotnie, choć podwyżki te zniwelowała potworna inflacja. Czyli benzyna w Wenezueli znów jest bezpłatna, przy czym w tym roku pojawił się jej poważny deficyt. A przecież tania benzyna, zamiast darmowej, doprowadziłaby do tego, że część środków można by zainwestować w obsługę techniczną rafinerii, których obecny stan jest właśnie jedną z przyczyn wspomnianego deficytu. Innym elementem dziedzictwa Chaveza były różne machinacje i manipulacje spowodowane stałym kursem waluty narodowej, boliwara, wobec dolara, i czarnym rynkiem walutowym, który się w efekcie pojawił. Wprowadzony w 2003 roku stały kurs dolara pozwolił na stabilizację gospodarki po burzliwych latach 2002-2003 i stał się jednym z podstawowych elementów państwowej polityki finansowej, doprowadzając w połowie minionej dekady do znacznej poprawy poziomu życia większości Wenezuelczyków. Ale jednocześnie stworzył grunt dla wielu nadużyć i korupcji, przez co wskutek skoordynowanych działań z zagranicy kurs czarnorynkowy zaczął przewyższać urzędowy najpierw kilku-, a następnie kilkudziesięcio- i kilkusetkrotnie. Rząd Maduro kilka razy próbował okiełznać czarny rynek, ale nigdy mu się to nie powiodło. Przez wiele lat połączenie stałego kursu boliwara z gospodarka rynkową i słabą kontrolą ze strony państwa prowadziło do powstawania bajecznych fortun przedsiębiorców i skorumpowanych urzędników państwowych i dopiero w ubiegłym roku ten kurs, będący lekarstwem gorszym od choroby, został zniesiony.
W Europie sporo mówiło się o opozycyjnej sile Juana Guaido. I nie chodzi tu o jakiś potencjał programowy, tylko raczej dążenie do sprzeciwienia się obecnym władzom za każdą cenę, w tym poprzez przewroty, spiski, korupcję polityczną. Może niezbyt dobrze dostrzegamy istotę problemu z Europy. Jakie są faktyczne przyczyny konfliktu między Guaido a Maduro?
Jest to kontynuacja konfrontacji między Chavezem i tradycyjną wenezuelską opozycją zorientowaną na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Juan Guaido to przedstawiciel nowej opozycyjnej generacji. Ukończył niepubliczny Katolicki Uniwersytet im. Andresa Bello, którego absolwentami było wielu działaczy opozycji. Jako przywódca studencki organizował protesty antyrządowe jeszcze w 2007 roku. Widocznie został zauważony, bo już wkrótce wyjechał kontynuować naukę do Stanów Zjednoczonych, gdzie otrzymał stypendium. Po powrocie został jednym z ważniejszych działaczy jednej z nowych partii pod nazwą „Nowe Czasy”, powołanej w celu przeciwstawienia się reżimowi Chaveza i jednocześnie starań o przełamanie nieufności wyborców wobec tradycyjnych partii politycznych. Jego kariera była bardzo dynamiczna i dość niejasna. Nie ma w swoim życiorysie doświadczenia na stanowisku mera czy gubernatora, a posłem został z listy partyjnej. Jednak wskutek układu międzypartyjnego został przewodniczącym parlamentu, a w styczniu 2019 roku, po inauguracji kolejnej kadencji Maduro wybranego w 2018 roku (nieprzejednana opozycja przekonywała o bezprawności tych wyborów, choć – jak już wspomniałem – odbyły się one zgodnie z wenezuelską konstytucją), ogłosił się pełniącym obowiązki głowy państwa. Cały ten spektakl zyskał legitymację w postaci poparcia Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników na całym świecie, którzy uznali Guaido za prezydenta. Przy tym wszystkim nie przedstawił żadnego czytelnego programu politycznego; wszystkie jego wystąpienia w zasadzie ograniczały się do oświadczeń o braku legitymacji „uzurpatora” Maduro i gotowości społeczności międzynarodowej do przekazania Wenezueli pomocy humanitarnej za pośrednictwem jego „administracji”. Dla Stanów Zjednoczonych i innych krajów, w których znajdowały się wenezuelskie aktywa, wszystko to stało się argumentem na rzecz ich zamrożenia, co jeszcze bardziej pogłębiło kryzys w Wenezueli. Część tych aktywów zresztą oddano „administracji Guaido”, która dziś dysponuje nimi bez żadnej kontroli.
Jaką rolę w tym konflikcie odgrywają interesy Stanów Zjednoczonych? Czy ingerencja amerykańska w politykę wenezuelską jest dziś znaczna? Czy sytuacja w kraju jest, jak twierdzi Guaido, nieuniknioną ceną w procesie zapoczątkowania demokratyzacji, czy może chodzi po prostu o wyznaczenie stref wpływu na rynku surowców energetycznych?
Stany Zjednoczone nieustannie ingerują w sprawy wewnętrzne Wenezueli jeszcze od czasów prezydenta Chaveza. Najbardziej jaskrawym tego przykładem był, oczywiście, przewrót w 2002 roku. Jednak dopiero za czasów Maduro, te ingerencje stały się permanentne, publiczne i całościowe. Gotów jestem zaryzykować twierdzenie, że obecnie żaden kraj na świecie nie znajduje się pod tak mocnym naciskiem Waszyngtonu, jak Wenezuela. Zaczęło się od ukrytych działań zmierzających do osłabienia gospodarki (wspomniane manipulacje z kursem dolara na czarnym rynku), wspieranie korupcji (w Stanach mieszka wielu zbiegłych z Wenezueli skorumpowanych urzędników, spośród których ani jednego nie wydano do kraju), później sankcje gospodarcze, zakaz działalności amerykańskich firm w Wenezueli i blokada dostaw niezbędnego sprzętu, materiałów i lekarstw do tego kraju, a na koniec uznanie za prezydenta Juana Guaido, zamrożenie wenezuelskich aktywów w Stanach Zjednoczonych i przekazanie części z nich Guaido, do tego wywieranie nacisku na inne kraje i pochodzące z nich firmy w celu skłonienia ich do rezygnacji z interesów w Wenezueli, no i bezpośrednie podżeganie przez Trumpa wenezuelskich wojskowych do zorganizowania puczu i ustanowienie nagrody za zatrzymanie członków wenezuelskich władz.
Jak wygląda życie zwykłych ludzi w Wenezueli? Co się zmieniło wraz z nastaniem kryzysu?
Kryzys gospodarczy i polityczny w Wenezueli trwa od końca 2012 roku, czyli już prawie osiem lat. Wcześniej był to kraj z wysokim poziomem życia na tle innych państw latynoamerykańskich; dość przypomnieć, że jeszcze w 2014 roku emigrowali do Wenezueli Kolumbijczycy. Najbardziej atrakcyjnymi aspektami życia w Wenezueli tamtych czasów był bardzo niski poziom biedy, bezpłatne szkolnictwo wyższe, niskie ceny artykułów spożywczych i innych towarów pierwszej potrzeby, dostępność podróży zagranicznych nawet dla osób o nie najwyższych dochodach. Najważniejszym problemem był wysoki poziom przestępczości i braki w budownictwie mieszkaniowym. Po siedmiu latach pogarszającego się kryzysu te problemy też nie znikły, ale odeszły na drugi plan. Dziś największym zmartwieniem większości społeczeństwa jest drożyzna żywności i lekarstw.
Chciałbym zapytać bardziej szczegółowo o ostatnie wydarzenia. Czy prawdą jest, że opozycja pod przywództwem Juana Guaido zawarła z amerykańskimi najemnikami kontrakt, w którym zleciła im porwanie Nicholasa Maduro i przeprowadzenie przewrotu wojskowego? Kim są zatrzymani najemnicy? Kto ich zatrzymał?
Rzeczywiście, podpisano umowę pod koniec ubiegłego roku z przedstawicielami amerykańskiej prywatnej firmy wojskowej Silvercorp USA. Jej tekst był opublikowany po porażce całego planu. Dowiedzieliśmy się z niego, że przedmiotem zlecenia było „zaprowadzenie porządku” w kraju oraz likwidacja lub zatrzymanie jego najwyższych władz. W wyniku skandalu po jego ujawnieniu do dymisji podali się doradcy Guaido – Rendon i Vergara. Większość aresztowanych to dezerterzy z armii wenezuelskiej, których kilkuset w ubiegłym roku na wezwanie Guaido przekroczyło granicę z Kolumbią. Aresztowano również dwóch pracowników Silvercorp USA, byłych żołnierzy armii amerykańskiej, oraz syna znanego wenezuelskiego generała, ministra obrony w czasach Chaveza Raula Baduela, którego skazano na ciężki wyrok za korupcję. Niektórych najemników zatrzymały służby, a innych – zwykli rybacy i członkowie boliwariańskiej milicji.
Nie była to jednak pierwsza próba dokonania przewrotu w Wenezueli. Czym różniła się od poprzednich?
Poprzednie próby dokonywane były przez wojskowych i cywilów znajdujących się na terenie kraju. Tym razem po raz pierwszy podjęto próbę zbrojnego desantu z zagranicy.
W jaki sposób Wenezuela mogłaby przezwyciężyć obecny kryzys?
Moim zdaniem, przez walkę z korupcją, zwiększenie wydajności przemysłu naftowego i rozwój innych, niezwiązanych z wydobyciem ropy sektorów gospodarki. Jak to zrobić? To bardzo trudne pytanie, na które nie znam odpowiedzi.

Wenezuala odpiera zamach za zamachem

– Najemnicy usiłowali z morza napaść na Wenezuelę – powiedział w niedzielę na konferencji prasowej minister spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i pokoju Wenezueli Nestor Reverol.

Polityk stwierdził następnie, że grupa napastników usiłowała nielegalnie dostać się na terytorium Wenezueli od strony Kolumbii, na szybkich łodziach, lądując na wybrzeżu w stanie La Guaira. Została jednak zatrzymana przez policję i wojsko. Część napastników, których rząd wenezuelskich zidentyfikował jako kolumbijskich najemników, zginęła.
Reverol twierdził, że celem napastników było sianie w kraju chaosu, zabijanie liderów rządu boliwariańskiego, organizowanie zamachów terrorystycznych, nakręcanie napięcia i spirali przemocy, by stworzyć dobre warunki dla kolejnej próby obalenia rządu Nicolasa Maduro. W ręce policji wpadło sześć samochodów, łódź, dwa karabiny maszynowe, dziesięć sztuk broni automatycznej i zapas amunicji.
O tym, że te „kolejne próby” to nie spiskowy scenariusz, świadczy seria wpisów na Twitterze samego niedoszłego prezydenta Wenezueli. W jednym z najnowszych, sprzed kilkunastu godzin, Juan Guaido nazywa Maduro uzurpatorem i stwierdza, że utworzenie rządu Nadzwyczajnego Pogotowia Narodowego jest pilną koniecznością. Nagrał też apel do swoich zwolenników.
Równo rok temu Guaido nagrywał groźne filmy z sobą samym na tle bazy wojskowej, oznajmiając, że ma za sobą potężne siły i już idzie na stolicę. Z tych planów nic nie wyszło, mimo amerykańskiego poparcia i międzynarodowego uznania, jakie wkrótce w ślad za nim zdobył. Okazało się, że większość Wenezuelczyków albo popiera Maduro, albo w każdym razie nie zamierza angażować się w zbrojne wystąpienie przeciwko niemu. W ubiegłym roku nawet partia Guaido, Wola Ludu, wykluczyła go ze swoich szeregów.
Rząd Wenezueli tymczasem zapewnia, że jest gotów odpierać kolejne napaści.
Dla władz Wenezueli koronawirus nie jest dziś, jak widać , żadnym problemem. Do poniedziałku stwierdzono tam ledwie 357 przypadków potwierdzonych i 10 zmarłych. W innych krajach regionu liczby te są kilkadziesiąt razy większe.

Kościół katolicki to partia?

Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro oskarżył kościół katolicki o polityczne ambicje i włączenie się w spisek przeciwko legalnej władzy.

Odpowiedział tym samym papieżowi Franciszkowi, który, jak stwierdził Maduro, osobiście miał go poprosić, by nie rozpalał konfliktu z katolicką hierarchia w jego kraju.
Maduro w wenezuelskiej telewizji wskazał papieżowi, że Kościół katolicki w jego kraju traci na znaczeniu. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na odpływ wiernych, którzy przechodzą do wspólnot ewangelickich. A powodem odchodzenia z Kościoła katolickiego, jak twierdzi prezydent Maduro, jest nadmierne zaangażowanie się Kościoła katolickiego w politykę, w tym tę, która jest sterowana przez USA i skierowana przeciwko Maduro.
„Wenezuelczycy porzucają katolicyzm, ponieważ są zmęczeni” – mówił Nicolas Maduro cytowany przez peruwiańską La Republica. Dodał, że biskupi instrumentalnie traktują ambony, które są instrumentem walki politycznej. Prezydent Wenezueli podał dane, z których wynika, że jeżeli wcześniej we wspólnocie ewangelicznej było 3 proc. obywateli, to obecnie jako ewangelicy deklaruje się 40 proc. obywateli.
Wspomniane przez Maduro zmęczenie obywateli, jest wywołane, jego zdaniem, przez postępowanie przede wszystkim najwyższych dostojników wenezuelskiego Kościoła katolickiego.
Prezydent Wenezueli podkreślił, że katoliccy hierarchowie „bronią tego, co nie jest do obrony”, deklarują swoim zachowaniem, że są w istocie działaczami politycznymi i przywódcami partii politycznych, a nie kapłanami, jak oczekują tego od nich zwykli ludzie.
Istotnie, od początku kryzysu w Wenezueli, podtrzymywanego i inspirowanego przez USA, Kościół katolicki zajął pozycję ostrej opozycji wobec Nicolasa Maduro. Biskupi wielokrotnie z ambon wzywali Maduro do odejścia ze stanowiska prezydenta i wyznaczenia terminu nowych wyborów, oczywiście w formule wygodnej dla USA i jej protegowanego Juana Guaido. Maduro zresztą przywołał wydarzenie religijne w stanie Lara, w których uczestniczyło 4 miliony ludzi, a na które biskupi zaprosili przywódców opozycyjnych polityków, w tym samozwańczego i nielegalnego prezydenta Juana Guaido.

Flaczki tygodnia

Tusk przemówił, ale zapowiadany Mesjasz nie przyszedł.

Tusk przemówił, a prominenci PiS odetchnęli. Wbrew ich strachom ogłaszany od miesięcy event nie zaiskrzył antykaczyńskim płomieniem. I choć lud inteligenckiej Warszawy długo i gromko oklaskiwał słowa Tuska, to nie ruszył potem na Nowogrodzką, ani na Woronicza. Aby zdobyć kaczystowski Wersal lub kurską Bastylię. Obalić tyrana albo chociaż uwolnić misję mediów publicznych.

Tusk przemówił, lecz efektu papieża JP2 nie osiągnął. Nie zmienił po przyjściu swoim oblicza tej ziemi.
Bo wzniósł się ponad bieżące krajowe spory i poszybował ku poważnym zagrożeniom Unii Europejskiej. Bo przyjął zbyt globalną, jak na polską chatę skraja, perspektywę.
Zresztą to nie uniwersyteckiego wykładu oczekiwano od niego, tylko jawnego wezwania do rozprawy z kaczystowskim reżimem.

Tusk mówił, a sławę zyskał Leszek Jażdżewski.

Za krótką wypowiedź przed tuskowym wykładem. Jażdżewski to rzadki w Polsce przypadek antyklerykała, ale nie lewicowca. Groźny dla prawicowych mediów, bo nie da się z liberała Jażdżewskiego zrobić wstrętnego „komucha”. By tak zdyskredytować go w kraju rojącym się od wyznawców zdziecinniałego antykomunizmu. Zwłaszcza w najpopularniejszych mediach.

„Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę” – ogłosił pan prezes Jarosław Kaczyński podczas patriotycznego pikniku w Pułtusku.
Nie dodał, że każdą tak podniesioną rękę, narodowo-katolicka władza sprawnie obetnie, bo pewnie uznał, że to oczywiste.
Zadeklarował, że jest „człowiekiem wierzącym, praktykującym katolikiem” oraz, że „Kościoła trzeba bronić. To także obowiązek patriotyczny”.

Od tej pory każdy krytykujący polskich kościelnych pedofilów, albo księżowskie przekręty finansowe, automatycznie zostanie wykluczone przez elity PiS z polskiej, patriotycznej wspólnoty. Będzie obłożony patriotyczną klątwą.

Leszka Jażdżewskiego, głoszącego już oczywistą prawdę, że polski kościół kat. nie ma prawa pouczać nas moralnie, błyskawicznie skrytykował Episkopat, czyli Zarząd tej firmy. Tym razem nie milczał tak długo, jak w sprawie swych pedofilii i przekrętów finansowych.

Za słowa Leszka Jażdżewskiego oberwał też Senat Uniwersytetu Warszawskiego od pana wicepremiera Jarosława Gowina. Za to, że Senat dopuścił Jażdżewskiego do głosu. Tak to pan premier Gowin zmusza Senat UW do stosowania cenzury prewencyjnej. Zabronionej w Polsce, czyli do łamania prawa.

Tusk przemówił, ale wszyscy usłyszeli Jażdżewskiego.

Aż dwa tysiące żołnierzy, osiemset obiektów latających i liczne pojazdy mechaniczne wezwała władza PiS na 3 maja do Warszawy.
Aby demonstrowały w czasie zapowiadanego wcześniej wykładu Tuska. Aby prorządowa defilada propagandowo przykryła w mediach wystąpienie potencjalnego lidera opozycji. Aby obecność służb mundurowych uniemożliwiła ewentualny zryw, pucz opozycyjnych inteligentów niezadowolonych z autorytarnej władzy pana prezesa Kaczyńskiego.

Tak było, choć brzmi to kuriozalnie, śmiesznie nawet. Ale ta władza, ten pan prezes, te narodowo-katolickie media mają swoje, liczne obsesję. Zwłaszcza na punkcie przygotowywanego przez „totalną opozycję” „puczu”. I ciągle je wykrywają.
W tym roku puczem miał zakończyć się strajk nauczycieli inspirowany i opłacany przez tajemniczego Bartosza Kramka. O nim niedawno, przez kilka dni bez przerwy, informowała TVP info. Kolejny pucz, tym razem trzeciomajowy, miał rozpocząć się od triumfalnego przyjazdu – powrotu Tuska do Warszawy.

Dlatego, aby zademonstrować swą siłę, władza PiS ściągnęła na organizowaną, po raz pierwszy w święto Konstytucji, nie tylko posiłki z NATO. Do defilujących żołnierzy dodano jeszcze inne, podległe jej mundurowe oddziały. Policjantów, strażaków, służby ochrony kolei, służby ochrony państwa, czyli dawny BOR, służby więziennictwa, ochrony lasów państwowych, krajowej administracji skarbowej, a nawet straży marszałkowskiej.
Tych ostatnich pan marszałek Kuchciński postanowił wyposażyć w szable, aby skuteczniej mogli bronić parlamentarzystów PiS przed podstępnymi atakami nieletnich prostytutek.
Do kompletu defilujących służb zabrakło tylko konduktorów, kontrolerów biletów i szkolnych woźnych.

„To jest nasza półkula. Rosja nie powinna tam ingerować” – powiedział amerykański doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Tak skomentował sytuację w Wenezueli, gdzie Rosjanie pokrzyżowali amerykańskie plany obalenia prezydenta Maduro.
Tym jednym zdaniem najbliższy współpracownik prezydenta Trumpa przekreślił wysiłki polskiej dyplomacji i podważył nasze bezpieczeństwo. Polska dyplomacja na każdym forum deklaruje poparcie dla ładu międzynarodowego opartego o prawo i zasady, a nie strefy wpływów i koncert mocarstw. Mówił o tym niedawno, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ pan prezydent Andrzej Duda. Uznał to za priorytet polskiego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa.
A teraz Wielki Brat z Waszyngtonu przyznał, że jednak uznaje prawo mocarstw do posiadania swoich stref wpływów. Czyli uznaje prawo Rosji do posiadania swojej strefy wpływów też.

Niedawno Wielki Brat wykręcił Polsce inny, również podważający nasze bezpieczeństwo numer. Wypowiedział traktat INF ograniczający posiadanie rakiet średniego zasięgu. Dając tym Rosji pole do nieograniczonych zbrojeń w tym zakresie. Zbrojeń nie zagrażających bezpośrednio USA, ale Polsce i Europie jak najbardziej.
Na osłodę władza PiS dostanie od administracji prezydenta Trumpa prawo do utrzymywania i finansowania amerykańskich magazynów na terenie Polski oraz szkolącego się u nas amerykańskiego wojska.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego o mandaty ubiega się 115 obecnych posłanek i posłów. Jeśli zostaną wybrani, to na niecałe 5 miesięcy zastąpią ich nowi parlamentarzyści. Ci nowi nie zdążą wiele napracować się przed jesiennymi wyborami, za to zdążą pobrać po kilkadziesiąt tysięcy złotych należnych im odpraw.
„Flaczki” proponują, aby każdy z tych sejmowych wybrańców do Parlamentu Europejskiego publicznie zobowiązał się do zapłacenia tych odpraw ze swych przyszłych euro poborów.

Ręce precz!

Rosja, którą amerykański prezydent nawoływał do opuszczenia Wenezueli, dała mu do zrozumienia, by nie interweniował w kwestii jej stosunków z tym krajem. Umowę o współpracy wojskowej z Rosją Wenezuela podpisała w 2011 r. W jej ramach, w miniony weekend w Caracas wylądowały dwa rosyjskie samoloty z setką wojskowych i 35 tonami sprzętu, co zdenerwowało władze amerykańskie.

Już na początku tygodnia szef amerykańskiej dyplomacji Mike Pompeo zapowiadał, że „Stany Zjednoczone nie będą patrzeć z założonymi rękami na rosyjskie wtargnięcie do Wenezueli”, którą uważają za swego przyszłego satelitę. W styczniu administracja amerykańska wybrała nawet „prezydenta” tego kraju, uznanego przez część krajów satelickich USA, tj. ok. jednej czwartej państw świata.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że „Rosja w żaden sposób nie ingeruje w wewnętrzne sprawy Wenezueli oczekuje, że inne kraje pójdą jej przykładem pozostawiając Wenezuelczykom decyzję o własnym losie”. „Stany Zjednoczone są obecne w licznych punktach naszego globu i nikt im nie mówi, gdzie mogą być lub nie” – dodał Pieskow wzywając do „wzajemnego szacunku”.
„Rosja nie naruszyła żadnej z umów międzynarodowych, ani prawa wenezuelskiego. Nie zmienia równowagi sił w regionie i nie wygraża nikomu” – mówiła z kolei Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Ani Rosja, ani Wenezuela nie są prowincjami USA” – wyjaśniła.
Rosjanie mają pomóc Wenezueli uporać się z atakami na krajową sieć elektryczną. Od trzech dni trwa kolejna mega-awaria wywołana amerykańskimi atakami hakerskimi na elektrownie i zamachami bombowymi, dokonanymi prawdopodobnie przez lokalną opozycję.

Komentarz: korporacyjne media o Wenezueli

Zabawnie jest obserwować, jak wraz ze słabnięciem Juana Guaido, umacnianiem się stanowiska Wenezueli w Radzie Praw Człowieka ONZ i histerycznym miotaniem się Waszyngtonu w tej sprawie, czołowe media, niezmordowanie agitujące za „wolnością i demokracją”, plączą się tylko bardziej we własne sznurowadła i potykają się o własne nogi.
Dwa tygodnie temu, pod naporem faktów, których filmowa dokumentacja już znacznie wcześniej zaczęła krążyć po social mediach, New York Times poczuł się w końcu zmuszony do przyznania, że „pomoc humanitarną”, z którą Guiado starał się przebić przez granicę, nie spalił prezydent Maduro, ani „bojówki Maduro”, jak ujęła to GW, a zrobili to stronnicy uzurpatora namaszczonego przez Waszyngton. NYT nie napisał tego, ponieważ zmienił poglądy, tylko już dłużej nie dało się zamiatać prawdy pod dywan bez ryzyka kompromitacji. Tytuł światowej rangi posiada jeszcze tego rodzaju wyczucie, brakiem którego mogą sobie nie zawracać głowy pomniejsze media, np. jego polskie klony.
Znamienne, że artykuł na ten temat, obok stwierdzenia bolesnych faktów, na osłodę oferował czytelnikowi jednocześnie parę sztampowych formułek: „hurr durr zły Maduro”, „socjalizm”, „kryzys”, „łamanie praw człowieka”, bez podania uznanego już przez społeczność międzynarodową faktu, że na kryzys w Wenezueli w równym stopniu składają się amerykańskie sankcje. Po przełknięciu gorzkiej pigułki prawdy, trzeba przecież dać coś pacjentowi na osłodę. Czemu nie kilka półprawd i kłamstewek? Trzeba korzystać z możliwości, dopóki jeszcze można je opowiadać.
Wielkie tytuły i najpopularniejsze kanały zwyczajowo milczały o pomocy dostarczanej przez Rosję i Chiny – taka pomoc się „nie liczy”. To „niedemokratyczna” pomoc. W piątek doszło natomiast do kolejnej ordynarnej manipulacji medialnych „obrońców wolności”, tym razem związanej ze stanowiskiem samego Czerwonego Krzyża. Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca Francesco Rocca poinformował na konferencji prasowej, że organizacja dostarczy do Wenezueli pomoc humanitarną złożoną głównie z zaopatrzenia dla szpitali i ma to oficjalną zgodę rządu w Caracas, który CK zapewnił „nieskrępowany dostęp”.
Jak na to zareagowały wiodące media świata? Musi to być wszak dla nich fakt istotny, ponieważ narracja o tym, jak tyran Maduro nie chce wpuszczać żadnej pomocy, bo jest zły i woli izolować kraj nawet kosztem życia i zdrowia mieszkańców, stała się w pewnym momencie kluczowa dla podtrzymania stanowiska o konieczności “eksportu demokracji” z USA do Wenezueli. Oświadczenie Czerwonego Krzyża zostało więc zinterpretowane następująco: kryzys osiągnął już takie rozmiary, a Maduro poczuł się tak przyparty do muru, że nie miał innego wyjścia jak tylko ustąpić. Jasno wynika to z relacji NYT, który nawet wprost napisał, że Maduro w ten sposób „po raz pierwszy przyznał, że Wenezuelczycy cierpią na brak żywności i innych podstawowych produktów”. Czytaj: nareszcie wpuścił pomoc humanitarną. W podobnym tonie wypowiadały się też CNN i BBC.
Takie naginanie faktów wydaje się wyjątkowo odrażające, bo świadczy o narastającej arogancji „obrońców demokracji” wobec społeczności międzynarodowej. Rzeczywistość jest taka, że CK działa w Wenezueli nieprzerwanie od lat, tak jak zresztą w całej Ameryce Łacińskiej. Rzeczą, którą mainstream chce zaś za wszelką cenę przemilczeć jest to, że już na początku lutego CK poinformował, że negocjuje z rządem Wenezueli zwiększenie aktywności humanitarnej w tym karaibskim kraju. Zdecydowali się wówczas również na dwukrotne zwiększenie budżetu przewidzianego na niesienie pomocy Wenezueli. Nicolas Maduro nie robił im w tym żadnych problemów, bo wbrew bredniom rozpowszechnianym przez światowych zwolenników puczu w Caracas, prezydentowi w oczywisty sposób zależy na przychylności społeczności międzynarodowej. Sukces na forum ONZ jest tego wymownym dowodem.
W tym samym czasie, niedługo po rozpoczęciu przewrotu w Wenezueli, CK odciął się od „pomocy humanitarnej” Guaido, sprowadzonej z USA, uznając ją za działalność polityczną, nastawioną na wsparcie jednego ze stronnictw. NYT, podkreślając, że CK deklaruje bezstronność w niesieniu pomocy, nie potrafił się oczywiście zmusić do stwierdzenia prostego faktu, że na tym właśnie tle organizacja skrytykowała ich pupila. Nie przyznali też i pewnie już nigdy nie przyznają, że CK publicznie protestował kiedy ludzie Guaido, agresywnie forsując swoją „pomoc” przez granicę, podszywali się pod tę prestiżową organizację, bezprawnie zakładając kamizelki z ich emblematami.
Wraz z kruszeniem hegemonii USA na świecie ich mediom coraz bardziej zaczyna umykać rzeczywistość. Nieustannie zakładają, że świat ma obowiązek być po ich stronie, że ciągle mamy lata 90. i że jak one czegoś nie napiszą to nikt się nie dowie. Otóż dowie się – nawet w Polsce, gdzie prawie wszyscy posłusznie powtarzają mantrę Wielkiego Brata. Jest jeden podstawowy powód, by czytać ich „demokratyczno-wolnościową” twórczość – żeby raz za razem upewniać się, że nie przestają kłamać, a kłamstwo jest fundamentem ich systemu, w którym wszyscy żyjemy. Niby oczywistość, ale skoro dominuje medialny matriks, to i oczywistości warto sobie uparcie powtarzać, żeby nie tracić kontaktu z rzeczywistością.

Paweł Jaworski (strajk.eu)

Wenezuela znów bez prądu

Drugi raz w ciągu miesiąca znaczną część terytorium Wenezueli, w tym stolicy kraju Caracas, dotknął brak prądu. Według rządu Nicolása Maduro to efekt kolejnego aktu sabotażu.

Blackout nastąpił w poniedziałek w środku dnia. Dostęp do elektryczności stracił m.in. obszar metropolitalny Caracas, zamieszkiwany na stałe przez 6 mln ludzi. Przestała działać telewizja, a według lokalnych mediów wstrzymany został także ruch na międzynarodowym lotnisku w stolicy Wenezueli. Zwolniła produkcja w kluczowym dla kraju sektorze naftowym, stanął transport publiczny. Problemy odnotowano w 17 z 23 prowincji kraju. Skutki awarii usuwano przez kilka godzin – dużo szybciej niż poprzednio, gdy trwało to kilka dni.
Minister komunikacji w rządzie Nicolasa Maduro Jorge Rodriguez stwierdził, że przerwa w dostawie elektryczności nastąpiła wskutek ataku na centrum ładowania i przesyłu w elektrowni wodnej Guri, gdzie wytwarzane jest 80 proc. prądu zużywanego w Wenezueli. Przedstawiciele rządu oskarżyli opozycję o sabotaż i pogłębianie niepokojów społecznych. Wiceprezydent Delcy Rodriguez użyła szczególnie ostrych słów, mówiąc o ataku ze strony „faszystowskiej prawicy” i kontrolującym ją Waszyngtonie.
Juan Guaidó, samozwańczy prezydent popierany przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników (w tym szereg krajów europejskich, m.in. Polskę), twierdzi z kolei, że prąd wyłączyli ludzie wierni Maduro, by utrzymywać w kraju chaos i zastraszać obywateli.
Reporterzy „The Guardian” w Wenezueli opisują, że w społeczeństwie swoich zwolenników mają obie wersje wydarzeń. Dominuje jednak uczucie zmęczenia przedłużającym się kryzysem. Obok zdeklarowanych zwolenników Maduro, którzy nie chcą, by obca potęga przywróciła w ich kraju stan sprzed socjalnej rewolucji Hugo Cháveza, oraz twardego elektoratu opozycji, żyją miliony Wenezuelczyków, w ocenie których zawiedli jedni i drudzy.
Tymczasem Stany Zjednoczone nie kryją wściekłości po wylądowaniu w Caracas dwóch rosyjskich samolotów wojskowych, co potwierdził wczoraj wiceprezydent kraju Diosdado Cabello. Lokalne media informują, że na ich pokładach znajdowała się setka rosyjskich żołnierzy na czele z gen. Wasilijem Tonkoszkurowem, szefem sztabu wojsk lądowych Federacji Rosyjskiej. Sekretarz Stanu Mike Pompeo oskarżył Moskwę o „lekkomyślną eskalację” napięcia w Wenezueli i zapowiedział, że jego kraj nie będzie biernie się temu przyglądał. Warto w tym miejscu przypomnieć, że USA nigdy nie przyglądały się biernie Wenezueli, próba przewrotu, na czele której stoi Juan Guaidó odbywa się od początku z ich wsparciem, nikt też w Waszyngtonie nie kryje się z tym, że celem kolejnych wprowadzanych pakietów antywenezuelskich sankcji jest zmiana władzy w tym kraju.

Maduro nie ustępuje

Prezydent Nicolás Maduro przyznał, że szef dyplomacji Wenezueli prowadził rozmowy z wysłannikiem USA Elliotem Abramsem. Wyraził jednocześnie gotowość do rozmów z samym Donaldem Trumpem, jeżeli pomoże zakończyć wenezuelski kryzys.

W wywiadzie udzielonym agencji Associated Press Nicolas Maduro wyjawił, że podległy mu szef dyplomacji Jorge Arreaza spotkał się z Elliotem Abramsem, specjalnym wysłannikiem Stanów Zjednoczonych do Wenezueli, który oficjalnie ma pełnić misję określaną jako “przywrócenie demokracji” w tym karaibskim kraju. USA uznają Maduro za dyktatora odpowiadającego za kryzys gospodarczy i łamanie praw człowieka. Jako “tymczasowego prezydenta” uznały zaś Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, który sam się ogłosił nowym przywódcą kraju.
Abrams, który ma w Wenezueli “przywracać demokrację”, znany jest z tego, że w latach 80. XX wieku jako przedstawiciel USA odpowiadał za tworzenie w Ameryce Środkowej prawicowych szwadronów śmierci, szkolonych do zwalczania lewicowych rządów i ich zwolenników. Nominacja Abramsa została przez krytyków polityki USA odczytana jako potwierdzenie przypuszczeń, że poparcie dla Guaidó oznacza w rzeczywistości przygotowany przez Amerykanów zamach stanu w Wenezueli.
Maduro twierdzi, że minister Arreaza widział się i rozmawiał z Abramsem dwukrotnie, ostatnio 11 lutego. Jest to o tyle ważne, że było to cztery dni po tym, jak Abrams oświadczył, że czas Maduro się ostatecznie się wyczerpał i żadnych negocjacji z jego rządem nie będzie. Do spotkań miało dojść w Nowym Jorku. Prezydent poinformował też, że wysłannik USA otrzymał od jego ministra zaproszenie do Wenezueli. Może do tego dojść “prywatnie, publicznie, w sekrecie” – w takiej formie, jaka Abramsowi będzie odpowiadać, a strona wenezuelska nie będzie stawiać żadnych warunków.
– Jeżeli chciałby się spotkać, niech tylko powie gdzie i kiedy, a ja się zjawię – oświadczył Nicolas Maduro
Potępił agresywną politykę USA wobec swojego kraju, powiedział, że nie zamierza ustępować na rzecz Guaidó, podkreślił jednocześnie, że jest gotów spotkać się z samym prezydentem Trumpem. Maduro twierdził, że taka możliwość istniała już w 2018 r. jednak nie doczekała się realizacji. Powołując sią na dostępne mu informacje wywiadowcze, stwierdził, że Prezydent Trump jest celowo “wprowadzany w błąd” na temat sytuacji panującej w Wenezueli.
W rozmowie z AP Maduro potępił nowe sankcje nałożone na Wenezuelę przez USA, odniósł się także do szumu medialnego, podgrzewanego przez ekipę Trumpa, jaki zapanował wokół tematu rzekomej wenezuelskiej blokady dla zagranicznej pomocy humanitarnej. W mediach społecznościowych furorę zrobiły zdjęcia przedstawiające zablokowaną drogę nieopodal granicy z Kolumbią. Miał to być “dowód” na to, że Maduro “woli zagłodzić własny naród niż przyjąć pomoc humanitarną”. Niedługo potem okazało się, że droga, przedstawiona na zdjęciach nigdy nie została oddana do użytku.
Prezydent Wenezueli uznał, że USA wykazuje się spektakularną obłudą, starając się kwestię pomocy humanitarnej rozgrywać jako element gry politycznej.
– To USA blokują naszą gospodarkę – mówił w wywiadzie – Ich blokada kosztowała nas 30 mld dolarów, a teraz przysyłają tzw. pomoc humanitarną wartą 20 mln! Co to ma być? Najpierw cię duszę, a potem daję ci ciastko? To jest przedstawienie!
Również minister Arreaza odniósł się do sprawy pomocy humanitarnej. Zdecydowanie odrzucił termin, jaki wyznaczył rządowi Juan Guaidó na sprowadzenie do kraju potrzebnej mieszkańcom żywności i leków. Zdaniem ministra spraw zagranicznych lider opozycji niczego nie kontroluje i nie może stawiać jakichkolwiek warunków.
Amerykańskie działania „pomocowe” wobec Wenezueli skrytykował również Międzynarodowy Czerwony Krzyż ponieważ są one prowadzone w porozumieniu z Guaidó i w celu wymuszenia ustępstw na Maduro. Przedstawiciel organizacji dla rejonu USA i Kanady ostrzegł, że próba traktowania pomocy jako elementu sporu politycznego, jest nieodpowiedzialnością. MCK poinformował, że nieprzerwania prowadzi aktywność humanitarną w Wenezueli w porozumieniu z legalnym rządem, a ostatnio podwoiła budżet przeznaczony na działania podejmowane w tym kraju.
Wenezuelskie ministerstwo zdrowia poinformowało, że przyjęło ponad 900 ton pomocy medycznej od zaprzyjaźnionych państw, m.in. od Rosji, Chin i Kuby.
Kryzys polityczny wokół Wenezueli trwa od 23 stycznia, kiedy Biały Dom ogłosił Juana Guaidó “tymczasowym prezydentem” tego kraju. Za Guaidó opowiedziała się większość europejskich partnerów USA, m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Hiszpania, Polska, oraz Parlament Europejski. Nicolasa Maduro na stanowisku prezydenta nadal uznają m.in. Chiny, Rosja i Turcja. Za legalną głowę państwa nadal uważa go też ONZ.