Tankujemy coraz drożej

Na to, ile płacimy na stacjach benzynowych wpływają podatki, marże i ceny hurtowe.
Dlaczego paliwa są najdroższe od roku i ciągle drożeją? Pytanie jest uzasadnione, bo tylko przez poprzednie trzy miesiące paliwa na polskich stacjach podrożały o około 10 proc., osiągając najwyższe ceny od marca 2020 roku – zauważa Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl. Jak to możliwe, że pomimo trwającego częściowego lockdownu tankujemy niemal tak drogo jak na początku pandemii?
Na półmetku lutego za litr benzyny Pb95 płaciliśmy średnio 4,76 zł – wynika z danych BM Reflex. To o 5 groszy więcej niż tydzień wcześniej oraz już o 36 gr/l więcej niż trzy miesiące temu i najwięcej od połowy marca 2020 roku. Średnia krajowa cena benzyny Pb98 przekroczyła już 5 zł/l.
Olej napędowy kosztował przeciętnie 4,74 zł/l, czyli także o 5 gr/l więcej niż tydzień wcześniej. W przypadku tego paliwa mówimy o wzroście średniej ceny detalicznej o 44 gr/l w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni. Aż o 6 gr/l podniosła się średnia cena autogazu, osiągając poziom 2,33 zł/l. Podobnie jak w przypadku benzyny, także ON i LPG są obecnie najdroższe od 11 miesięcy.
Pamiętajmy, że mówimy tu o cenach uśrednionych dla całego kraju. Stawki na stacjach mogą się między sobą różnić o kilkadziesiąt groszy na litrze. Takie różnice znajdziemy, jeśli porównamy ze sobą oferty na stacjach „przymarketowych” z cennikami stacji na przykład przy autostradach.
Różnice widać też między regionami. W najdroższych województwach (np. w dolnośląskim czy lubelskim) litr benzyny kosztuje średnio 4,83 – 4,84 zł, podczas gdy w najtańszych (pomorskim i łódzkim) średnia cena to 4,68 zł/l. Takie średnie oznaczają, że w Polsce można znaleźć punkty, gdzie ta sama benzyna kosztuje już prawie 5 zł/l i takie, gdzie jest to jeszcze 4,50 z/l.
Od czego zależą ceny paliw? Otóż, cena przy dystrybutorze zależy od trzech podstawowych czynników – wskazuje analityk Bankiera.pl Krzysztof Kolany. Pierwszym – i w Polsce najważniejszym – są podatki. Gdyby nie one, to dziś tankowalibyśmy po ok. 2,30 – 2,50 zł/l. Tyle że podatki od paliw w ciągu ostatnich trzech miesięcy akurat nie wzrosły. O ile więc to one w znacznym stopniu winne są temu, że tankujemy tak drogo, to nie są przyczyną niedawnego wzrostu cen paliw.
Drugi element tej „petrozagadki” stanowią marże operatorów stacji. To różnica pomiędzy cenami płaconymi przez kierowców, a kosztami zakupu paliwa w rafinerii. To jednak także ślepy zaułek. W przypadku benzyny Pb95 implikowana marża detaliczna obniżyła się w lutym do ok. 15 gr/l i jest o połowę niższa niż w listopadzie.
Trzecim czynnikiem są ceny w rafineriach. Od początku listopada cena benzyny w PKN Orlen podniosła się o 58 gr/l, a oleju napędowego – aż o 76 gr/l. I to właśnie coraz wyższe ceny hurtowe przez ostatnie tygodnie napędzały galopadę cen przy dystrybutorach. Nie jest to żaden spisek czy też nadużycie pozycji monopolistycznej przez płocki koncern. Ten podnosi ceny, ponieważ od początku listopada mamy do czynienia z dynamicznym wzrostem notowań ropy naftowej.
Jeszcze pod koniec października baryłka ropy Brent kosztowała niespełna 38 dolarów. Później „czarne złoto” zaczęło szybko drożeć. Doprowadziły do tego zarówno stopniowa odbudowa popytu na paliwa w Azji i w Stanach Zjednoczonych, jak również nadzieje związane z antycovidowymi szczepionkami i utrzymywane przez naftowy kartel obniżone limity wydobycia. W rezultacie, cena baryłki właśnie przekroczyła poziom 63 USD i jest najwyższa od stycznia 2020 roku.
Dodatkowo sprawę pogarsza nowa polityka Narodowego Banku Polskiego. Pod koniec roku polski bank centralny przeprowadził kilka bezpośrednich interwencji walutowych obniżających wartość polskiego pieniądza. Zostaliśmy więc pozbawieni rynkowego bufora ochronnego, jakim w czasach poprawiającej się koniunktury gospodarczej był umacniający się złoty.
Mamy do czynienia z sytuacją, gdy ceny ropy naftowej idą mocno w górę przy bardzo słabym złotym. W takim układzie kolejne podwyżki hurtowych cen paliw są w zasadzie nieuniknione. A to z kilkunastodniowym opóźnieniem przekłada się na wyższe koszty tankowania.

Głód mieszkań sprzyja bankom

Nieruchomości drożeją, kredyty mieszkaniowe także – ale chętnych na ich zaciąganie wciąż nie brakuje.

Marże banków w górę, zdolność kredytowa Polaków w dół – tak należy podsumować mijający rok jeśli chodzi o rynek kredytów hipotecznych. W każdym z kolejnych kwartałów można było zaobserwować tę prawidłowość (o ile uznawać, że rzeczywiście jest to prawidłowość).
W grudniu banki narzucały klientom oprocentowanie kredytów mieszkaniowych średnio wyższe o 0,15 punktu procentowego niż na początku 2019 r. – taki wniosek płynie z analizy Bankier.p.
Rynek kredytowy podgrzewają niskie stopy procentowe i kiepska oferta lokat, co zachęca do zakupów inwestycyjnych mieszkań, które finansowane są właśnie kredytami.
Tak więc, kredyt z 20-procentowym wkładem własnym jest obecnie średnio o wspomniane 0,15 pp. droższy niż w styczniu, ale kwota jaką może uzyskać kredytobiorca – niższa o ok. 10 tys. zł. Czyli, trochę tak jak w „Chłopcach z Placu Broni”: „teraz chałwa jest droższa, więc daję mniej”.
W rezultacie, średnia zdolność kredytowa amatora własnego M w naszym kraju osiągnęła w listopadzie najniższą wartość od początku 2018 r. – czyli 551 tys. zł. W grudniu powróciła do poziomu nieco poniżej 570 tys. zł. Dla porównania, w styczniu 2018 r. przeciętni kredytobiorcy byli w stanie średnio pożyczyć 606 tys. zł, a w styczniu 2019 r. – 581 tys. zł.
Od stycznia 2018 r. Bankier.pl śledzi, jak zmienia się rynkowa oferta kredytów hipotecznych dla jednego, niezmiennego profilu klienta. W symulacji przyjęto, że kwota kredytu hipotecznego zaciąganego przez standardowych kredytobiorców będzie zbliżona do średniej wartości kredytu zaciąganego obecnie w Polsce. Założono więc, że o finansowanie stara się bezdzietne małżeństwo mieszkające w mieście mającym powyżej 500 tys. mieszkańców, kupujące na rynku pierwotnym mieszkanie o wartości 337,5 tys. zł (o powierzchni 50 metrów kwadratowych), zarabiające łącznie 6,2 tys. zł miesięcznie netto, pracujące w oparciu o umowy o pracę na czas nieokreślony, posiadające pozytywną historię kredytową, bez żadnych dodatkowych i obecnie spłacanych obciążeń.
Ci standardowi klienci gotowi są skorzystać z dodatkowych produktów banku, aby obniżyć marżę kredytową. Jako ludzie unikający zbędnego ryzyka, nie chcą jednak nabywać produktów inwestycyjnych czy ubezpieczeń z funduszami kapitałowymi.
Ich kredyt mieszkaniowy zaciągany jest na 30 lat i spłacane w ratach równych. Przy badaniu cen kredytu i kwoty finansowania, prezentowane są średnie wartości zaczerpnięte z ofert 14 banków, dla kredytów z 10 – i 20-procentowym wkładem własnym.
– Drożeją nieruchomości, ale chętnych na kredyty mieszkaniowe nie brakuje. Chociaż na ostateczne podsumowanie roku jeszcze za wcześnie, to jest niemal pewne, że kredytodawcy odnotują rekordową sprzedaż.
W takim otoczeniu bankom nie jest trudno stopniowo, przez korekty cenników o kilka punktów bazowych, podnosić ceny. Efekty pełzających zmian widać wyraźnie w porównaniach obejmujących kilkanaście miesięcy – podsumowuje analityk Bankier.pl dr Michał Kisiel.
Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku sytuacja się nie zmieni. Brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony rządu PiS dla Polaków, kupujących swoje własne M, sprawia, że banki mogą spokojnie łupić skórę kredytobiorców, a ci muszą się na to godzić.