Żyła pławi się w złocie

Rozegrany w sobotę na skoczni w Oberstdorfie konkurs skoków narciarskich na normalnej skoczni wygrał nieoczekiwanie Piotr Żyła, zdobywając indywidualne mistrzostwo świata – pierwsze dla siebie i ósme dla Polski. Przed nim cztery złote medale w światowym czempionacie wywalczył Adam Małysz, a po jednym Wojciech Fortuna, Kamil Stoch i Dawid Kubacki.

Przed mistrzostwami świata w Oberstdorfie forma naszych skoczków była wielką niewiadomą, bo w ostatnich tygodniach wyniki osiągane przez nich w turniejach Pucharu Świata były, delikatnie mówiąc, dalekie od oczekiwań i od tego, do czego nas przyzwyczaili w pierwszej części sezonu. Ale w ostatnich zawodach przed światowym czempionatem, rozegranych na normalnej skoczni w rumuńskim Rasnovie, Kamil Stoch był drugi, a czołowej piątce znaleźli się jeszcze Dawid Kubacki (był czwarty) i Piotr Żyła. Punkty do klasyfikacji generalnej zdobyli też Klemens Murańka i Andrzej Stękała. Wydawało się więc, że tuż przed najważniejszą imprezą sezonu nasi kadrowicze wrócili, jak zwykli sami mawiać” do „dobrego skakania”. Sensacją zawodów w Rasnovie była dyskwalifikacja zwycięzcy konkursu Norwega Helvora Graneruda, którego ukarano za nieprzepisowy kombinezon. Z tego samego powodu zdyskwalifikowano też Niemca Markusa Eisenbichlera. Obaj skoczkowie nie kryli rzecz jasna oburzenia, ale najbardziej z powodu decyzji sędziów pieklił się Norweg. Nikt w stawce skoczków nie stanął w jego obronie, co każe przypuszczać, że inni zawodnicy nie do końca są przekonani, że dominacja Graneruda w tym sezonie to efekt jedynie jego nagłego wzrostu sportowej formy.
Tydzień po wpadce przy kontroli sprzętu w Rasnovie lider Pucharu Świata zaliczył jeszcze bardziej spektakularną wpadkę, zawalając skok w pierwszej serii konkursu mistrzostw świata na normalnej skoczni w Oberstdorfie. Granerud skoczył tylko 99 metrów i zajmował miejsce dopiero w drugiej dziesiątce. Ale nie tylko on „poległ” na pierwszej próbie. Wśród tych, którzy zaliczyli słabe skoki, znalazł się też nieoczekiwanie Kamil Stoch. Ale o ile lider norweskiej kadry w drugiej serii poszedł na całość i szybując na odległość 103 m zdołał przesunąć się w końcowej klasyfikacji aż na czwartą lokatę, to z lidera biało-czerwonych po pierwszej nieudanej próbie uszło całkowicie powietrze. Dwa słabe skoki po 96 metrów dały mu dopiero 22. lokatę. Mistrzowskiego tytułu na normalnej skoczni wywalczonego na poprzednich mistrzostwach świata nie obronił Dawid Kubacki, ale on przynajmniej znalazł się w ścisłej czołówce i do końca walczył o miejsce na podium. Ostatecznie zakończył rywalizację na piątej pozycji.
Polscy kibice niepowodzenia obu mistrzów świata znieśli jednak łatwo, bo w sobotę na pierwszy plan z „żelaznego tercetu” wysunął się najmniej utytułowany z nich – Piotr Żyła. W pierwszej próbie uzyskał rewelacyjną odległość 105 metrów i objął prowadzenie w konkursie. W drugiej serii warunki pogodowe od kapitalnego skoku Graneruda zaczęły się pogarszać, dzięki czemu Norweg zdołał wyprzedzić aż dwunastu skoczków. Przed ostatnim w konkursie skokiem Żyły Granerud zajmował trzecią lokatę i pewnie modlił się w duchu, żeby Polak nie wytrzymał presji i popsuł swój skok, bo wtedy on zdobyłby co prawda brązowy, ale pierwszy medal mistrzostw świata. Nic z tego. Żyła w drugiej próbie skoczył 102,5 m i pewnie zdobył tytuł, zostając w wieku 34 lat najstarszym mistrzem świata w historii. Zdobyty przez niego złoty medal jest osiemnastym wywalczonym przez polskich skoczków w światowym czempionacie.
Top 5 konkursu MŚ na skoczni H-95

Top 10 konkursu MŚ na skoczni H-95:

1. Piotr Żyła (Polska) 105/102,5 m – 268,8 pkt

2. Karl Geiger (Niemcy) 103,5/102 m – 265,2 pkt

3. Anze Lanisek (Słowenia) 102,5/101 m – 261,5 pkt

4. Halvor Egner Granerud (Norwegia) 99/103 m – 259,7 pkt

5. Dawid Kubacki (Polska) 102/99 m – 257,1 pkt

6. Robert Johansson (Norwegia) 100/101 m – 256,5 pkt

7. Michael Hayboeck (Austria) 101/97,5 m – 253,9 pkt

8. Bor Pavlovcic (Słowenia) 101,5/98 m – 253,4 pkt

9. Daniel Andre Tande (Norwegia) 101/98 m – 251,6 pkt

10. Stefan Kraft (Austria) – 100,5/97,5 – 251,2 pkt

22. Kamil Stoch (Polska) 96/96 m – 236 pkt

30. Andrzej Stękała (Polska) 95/87,5 m – 211,6 pkt

36. Klemens Murańka (Polska) 93 m – 108 pkt

Czas klęski, czas paranoi

Nie opadł jeszcze kurz smuty po jedynym, wyjątkowo przygnębiającym, zwycięstwie polskiej reprezentacji na mundialu w Rosji, a narodowy triumfalizm już odżywa w nowym wcieleniu. Niedobity osinowym kołkiem żywy trup narodowej dumy praktycznie od razu dźwignął się z grobu, by – w sposób najzupełniej zresztą przewidywalny – ukazać się światu jako gnijący zombie, wściekle kąsający wszelkie życie wokół siebie. Husaria co prawda tym razem Moskwy nie zdobyła, „wyklęci” nie wzięli rewanżu na reszcie zdradzieckiego świata. Miało za to miejsce coś, co niektóre prawicowe oszołomy uznały za własne epokowe zwycięstwo: oprócz Polaków z mistrzostw odpadli Niemcy.
Jednoznacznie można to wyczytać z komentarza, jakim publikę „zaszczycił” red. Mariusz Cieślik z „Rzeczpospolitej”, pod wiele mówiącym tytułem „Pożytki z zawiści”. Porażka naszych to już wczorajszy temat. Zadanie na dziś jest jasne: należy się cieszyć z klęski Niemiec. Do naszych sąsiadów zza Odry pan redaktor w sumie nic nie ma, lecz wielowiekowa tradycja nakazuje fetować ich sromotę. Poza tym – i to być może nawet ważniejsze – jest to ponoć niezastąpiona okazja do ćwiczenia się w oporze przeciwko „politycznej poprawności”. Nie do końca wiadomo, jakim cudem brak uciechy z czyjejś porażki miałby się wpisywać w poprawność polityczną. Chyba jest to zwyczajnie poziom o szczebel wyżej od dna moralnego. Niektórzy jednak uznali poziom zero za najwłaściwszy dla rozkwitu odnowionego ducha narodu. Widocznie orzeł biały, by wzlecieć, od głębokiego dna musi się odbić i jest to kolejna differentia specifica polskości w znanym nam wydaniu.
Nie przeczę: czułem satysfakcję, gdy Senegal i Kolumbia bezceremonialnie przekłuły nadęty balon polskiej manii wielkości. Wydawało mi się, że to szkodliwa obsesja zagrażająca przede wszystkim kontaktowi z rzeczywistością. Teraz obawiam się, że wstyd po porażce przyniesie gorsze skutki. Dobrze już wiadomo, że angielscy macho po porażce swojej drużyny wyżywają się na kobietach, tłukąc je, jakby wierzyli, że dzięki temu słońce znów nie będzie zachodzić nad Imperium Brytyjskim. Trudno wyobrażać sobie, że u polskich „potomków husarzy”, którym odbija na punkcie „Wielkiej Polski”, mogłoby być inaczej. Nie bez powodu wspólne kibicowanie Polaków z Senegalczykami na meczu obu reprezentacji oglądanym w Brukseli skończyło się pogromem przybyszy z Afryki pod hasłem „won z czarnuchami!”
Muszą, rzecz jasna, jakoś odreagować. Wzbiera więc już fala prawolskich fantazji. Odkryto przyczynę piłkarskiej porażki Polaków: to gender! Wymuskani, zniewieściali… „Lewy-pedał!” Grają dla pieniędzy, a to – wiadomo – nie po polsku. Źle grają, bo za granicą grają. I znowu nóż w plecy, zdradzeni o świcie! Obca gender-zaraza zdeprawowała polską piłkę. Reprezentacja zdradziła, ale husaria zawsze wierna. I dawaj zaraz „pedała”, albo „ciapatego”, „terrorystę” nadwątlającego polskość wśród Polaków! Wyklęci takim nie przepuszczą. A red. Cieślik patrzy i pęka z dumy: poprawność polityczna rozbrojona.
OK, wiem, że to absurd i przerysowanie. Że to wyjątki. Tak się jednak dziwnie składa, że absurd i wyjątki od kilku lat stopniowo wyznaczają normy polskiego życia politycznego. Dzięki redaktorom Cieślikom widać też jak na dłoni, że ordynarny nacjonalizm nie jest specjalnością jaskiniowców, lecz średnioklasowych cyników, którzy tych troglodytów hodują, pieszczą i tresują. Widać też wreszcie, że mania wielkości czerpie wprost z manii niższości, tuczy się wstydem i poczuciem beznadziei, od której – strach pomyśleć – ucieczki nie ma i nie będzie.
Piłka nożna to dziś niestety komercyjna hucpa. Podlana narodowym sosem staje się zwykłym szwindlem, a wygląda cokolwiek śmiesznie – zwłaszcza kiedy nadzieje, rozdęte do absurdu w wyścigu medialnego bełkotu, bez żalu lecą w stronę słońca, by w nim radośnie spłonąć. Tak czy inaczej, dobrze widzę, jak bardzo ci nieszczęśni Polacy, umęczeni wegetacją w społeczeństwie typu „homo homini lupus est”, spragnieni są choćby namiastki uznania ze strony świata. Choćby umownego, choćby powierzchownego czy chwilowego. Kto wie, być może euforia autentycznego triumfu, jakiś rzeczywisty, spektakularny sukces, pozwoliłby im uwierzyć, że istnieje życie poza matnią pogardy i nienawiści, w której codzienna rzeczywistość nieprzerwanie ich pogrąża?
Jak babcię kocham, chyba zaryzykuję i zacznę kibicować polskiej reprezentacji. Zwyczajnie przejmuję się stanem ludzi dookoła mnie. I dobrze wiem, że doprowadzenie do tego, by przestali się zagryzać, wymaga stworzenia rzeczywistej wspólnoty, opartej na czymś znacznie trwalszym niż szał, którego się doświadcza po owinięciu się biało-czerwonym szalikiem.