Japończycy dołożą do igrzysk miliardy

Wymuszone pandemię koronawirusa przełożenie olimpijskich zmagań na przyszły rok będzie sporo Japończyków kosztowało – z pobieżnych wyliczeń wynika, że co najmniej sześć miliardów USD. A to oznacza, że całkowity koszt imprezy, przewidywany początkowo na 7,5 mld dolarów, może ostatecznie przekroczyć kwotę 24 mld dolarów.

Prawdziwego rachunku za igrzyska w Tokio pewnie nigdy nie poznamy, bo z różnych względów ani władze państwowe Japonii, ani też komitet organizacyjny nie są tym zainteresowane. O tym, że impreza okaże się znacznie droższa niż zakładano, japońskie społeczeństwo wiedziało już od dawna. Gdy siedem lat temu MKOl wybierał kandydaturę Tokio na gospodarza Igrzysk XXXII Olimpiady, mamiono obywateli obietnicą, iż jej koszty nie przekroczą kwoty 7,5 mld dolarów, ale chociaż w kolejnych latach na okrągło zapewniano o utrzymywaniu oszczędnościowego kursu, to jednak wydatki nieustająco rosły. Na kilka tygodni przed ogłoszeniem decyzji o przełożeniu igrzysk rząd Japonii przyznał, że koszty imprezy podskoczyły do kwoty 12,6 mld dolarów, lecz chwilę potem musiał się gęsto z tego tłumaczyć, bowiem Japońska Narodowa Rada Audytu w swoim rutynowym raporcie udowodniła, że faktycznie na projekt Tokio 2020 wydano aż 17,3 mld dolarów i zarzuciła rządzącym, że celowo pomijali w podawanych statystykach znaczną cześć wydatków infrastrukturalnych oraz kwoty łożone na organizację imprezy z budżetu miejskiego Tokio.
Dzisiaj te spory zeszły na drugi plan, bo Japończycy mają teraz na głowie poważniejsze problemy, jakimi są gwałtowny wybuch epidemii koronawirusa i wywołane tym perturbacje w gospodarce. Japonia to wprawdzie po USA i Chinach trzecie najbogatsze państwo na świecie, lecz w czasach zarazy kłopoty nie omijają nikogo. Dlatego premier Shinzo Abe w imieniu rządu ogłosił w miniony poniedziałek wielki program pomocowy, którego wartość w takich krajach, jak choćby Polska, może wzbudzić tylko zazdrość. Otóż na wsparcie swojej osłabionej skutkami pandemii koronawirusa gospodarki Japonia wyłoży gigantyczną kwotę 110 bilionów jenów (988 mld USD). Z tego ponad 6 bln jenów zostanie przeznaczonych na wypłaty gotówkowe dla gospodarstw domowych i małych przedsiębiorstw, a 26 bln jenów na sfinansowanie odroczenia płatności tytułem zabezpieczeń społecznych i podatków.
W japońskiej stolicy liczba zarażonych przekroczyła już tysiąc osób i lawinowo przyrasta, a w całej Japonii wedle najnowszych statystyk dochodzi do pięciu tysięcy. W poniedziałek podawano, że na Covid-19 zmarło już ponad sto osób. Nastroje mimo to nie są w Kraju Kwitnącej Wiśni najlepsze, dlatego tamtejsze media o dodatkowych kosztach związanych z przeniesieniem igrzysk piszą w stonowany sposób. Na razie nikt nie jest jeszcze w stanie precyzyjnie obliczyć, ile pieniędzy trzeba będzie jeszcze dorzucić do olimpijskiego projektu. Przewodniczący komitetu organizacyjnego igrzysk Yoshiro Mori ogłosił, że zostanie powołana do życia specjalna agencja, której zadaniem będzie monitorowanie dodatkowych wydatków. Pierwsze wyliczenia, dokonane przez analityków LearnBonds, którzy powołując się na badania Statista oraz Uniwersytetu Kansai, zakładają kwotę 5,8 mld dolarów amerykańskich.
Wciąż jest jednak mnóstwo niewiadomych, choćby koszty dublowania rezerwacji miejsc hotelowych, stworzenia na nowo wioski olimpijskiej czy biur prasowych. Dzisiaj nikt nie wie, jaki procent personelu przygotowanego do pracy przy obsłudze tegorocznych igrzysk trzeba będzie za rok rekrutować i szkolić od nowa. Dotyczy to nie tylko rzesz wolontariuszy, lecz także liczącej 3,5 tysiąca grupy pracowników zatrudniono na normalne umowy. Trzeba też będzie znaleźć dodatkowe 100 mln dolarów na dalsze działania marketingowe niezbędne do utrwalenia nowego terminu igrzysk. Komitet organizacyjny już oficjalnie daje do zrozumienia, że niektórzy ze sponsorów i partnerów igrzysk poważnie teraz rozważają już nie tylko renegocjacje zawartych umów, lecz nawet całkowite wycofanie się ze współpracy. A to mogą być kolejne miliardy, które zapewne przyjdzie poszukać w kieszeniach japońskich podatników.
Przeniesienie przez MKOl igrzysk będzie generowało też straty poza Japonią, bo przecież odwołanie zaplanowanych już na przyszły rok mistrzostw świata czy kontynentów w różnych dyscyplinach sportu też nie odbędzie się bez kosztów. Jedna decyzja MKOl wywołała efekt śnieżnej kuli, dlatego dzisiaj wszelkie wyliczenia strat wynikłych z przesunięcia igrzysk o rok nie będzie wiarygodne. Faktycznych kosztów zapewne nie poznamy nigdy.

Japonia fałszowała dane?

Gwałtowny wzrost liczby zarażonych koronawirusem w Japonii, jaki odnotowano po przełożeniu igrzysk w Tokio, wzbudził na świecie podejrzenie, iż wcześniej władze Japonii ukrywały prawdziwe dane o epidemii.

Do połowy marca Japonia uchodziła za kraj, który dobrze sobie radzi z pandemią. Jeśli były jakieś wątpliwości co do sensu rozegrania igrzysk w Tokio w pierwotnym terminie, czyli od 24 lipca do 9 sierpnia 2020, to dotyczyły raczej sytuacji w innych krajach, bardziej dotkniętych koronawirusem, bo rodziło to pytanie, czy Japonia zaryzykuje przyjęcie w lipcu gości ze świata. Premier Shinzo Abe mocno jednak zapewniał, że igrzyska w Japonii będą dla wszystkich bezpieczne.
Ostatecznie to jednak właśnie władze Japonii skłoniły działaczy MKOl do przełożenia imprezy na przyszły rok. I stała się rzecz dziwna, bo już nazajutrz po ogłoszeniu decyzji oficjalne japońskie statystyki zarażonych wirusem Covid-19 zaczęły ostro pikować w górę – tego dnia zanotowano najwyższy dzienny przyrost zakażonych, a gubernator Tokio Yuriko Koike zapowiedziała, że być może niezbędne będzie wprowadzenie ograniczeń w poruszaniu się po mieście i organizacji zgromadzeń.
Nic dziwnego, że teraz nie tylko sami Japończycy zastanawiają sie, czy przypadkiem premier Abe i jego rząd wcześniej ukrywały prawdę o rozwoju epidemii, żeby nie wystraszyć współorganizatorów igrzysk w Tokio i partnerów biznesowych. Wątpliwości podsycił jeszcze były premier Japonii Yukio Hatoyama, który na Twitterze napisał: „Liczbę zakażonych zaniżano, żeby przeprowadzić igrzyska, Tokio unikało obostrzeń pomagających kontrolować epidemię. I wirus się rozprzestrzenił. Dla was ważniejsze były igrzyska niż zdrowie i życie mieszkańców Tokio”.
Obecny premier, Shinzo Abe, odrzucił ten zarzut i zapewnił, że jego rząd nie zaniżał statystyk dotyczących epidemii. Jego zdaniem obecny wzrost zachorowań wynika z tego, że wirus rozprzestrzenił się z ognisk, których wcześniej nie wykryto, co oznacza, że „trzeba teraz przygotować się na długą bitwę”.

Za rok igrzyska zaczną się 23 lipca

Międzynarodowy Komitet Olimpijski, Komitet Organizacyjny Tokio 2020, Rząd Metropolitarny Tokio i Rząd Japonii uzgodniły wspólnie nowy termin Igrzysk XXXII Olimpiady w Tokio. Rozpoczną się one 23 lipca 2021 roku i potrwają do 8 sierpnia. Natomiast igrzyska paraolimpijskie odbędą się w dniach 24 sierpnia – 5 września.

Jak już powszechnie wiadomo, igrzyska w pierwotnie zaplanowanym terminie 24 lipca – 9 sierpnia 2020 roku zostały przełożone na przyszły rok z powodu pandemii koronawirusa. Po konsultacjach prowadzonych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski z komitetem organizacyjnym Tokio 2020, władzami miejskimi Tokio oraz rządem Japonii podjęto decyzję, że za rok igrzyska odbędą się w dniach 23 lipca – 8 sierpnia. Przełożenie daty igrzysk to wydarzenie bez precedensu w 124-letniej historii nowożytnego olimpizmu.
Japonia w organizację imprezy zainwestowała już 13 miliardów dolarów. Szacuje się, że roczny poślizg będzie kosztował ten kraj dodatkowe trzy miliardy dolarów. Ale wedle miejscowych mediów Japończycy nie mają prawa narzekać, bo przecież sami zabiegali o organizację igrzysk, nie zawsze zresztą w uczciwy sposób. Sekret ten wyjawił Haruyuki Takahashi, były już dyrektor agencji reklamowej Dentsu Inc, który przyznał, że zapłacono mu 8,2 miliona dolarów za skuteczne lobbowanie w MKOl za kandydaturą Tokio. Jego stałym „klientem” był niesławnej pamięci afrykański działacz Lamine Diack, były prezydent światowej federacji lekkoatletycznej, wyrzucony na margines sportu za korupcję i tuszowanie afer dopingowych. Takahashi twierdzi, że także innych wręczał cenne prezenty, czym zapewnił poparcie dla olimpijskiej kandydatury stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni. W nagrodę został później członkiem zarządu komitetu organizacyjnego igrzysk.
MKOl w oficjalnym komunikacie wyjaśnił, że na decyzję o nowym terminie wpłynęły trzy czynniki: konieczność ochrony zdrowia sportowców i wszystkich zaangażowanych w igrzyska osób, konieczność ochrony interesów sportu olimpijskiego oraz potrzeba dopasowania się do uwzględnienie globalnego kalendarza sportowego. „Nowy termin daje wszystkim zaangażowanym w organizację igrzysk maksymalny czas na poradzenie sobie z ciągle zmieniającą się sytuacją oraz zakłóceniami powodowanymi pandemią koronawirusa. Jestem przekonany, że wspólnie ze wszystkimi interesariuszami możemy sprostać temu bezprecedensowemu wyzwaniu. Ludzkość znajduje się obecnie w ciemnym tunelu. Igrzyska Olimpijskie Tokio 2021 mogą być światłem na końcu tego tunelu” – stwierdził przewodniczący MKOl Thomas Bach. W komunikacie potwierdzono też oficjalnie, że wszyscy sportowcy, którzy uzyskali już kwalifikacje olimpijskie, będą mogli na ich podstawie wystartować w igrzyskach także za rok.
Czas trwania zmagań olimpijczyków nie ulegnie zmianie i także za rok potrwa planowane dwa i pół tygodnia. Szesnaście dni później na tych samych arenach wystąpią uczestnicy paraolimpiady.
Decyzja MKOl wymusi poważne korekty w przyszłorocznym kalendarzu sportowym. Pierwszą „ofiarą” nowego terminu igrzysk jest światowa federacja lekkoatletyczna (World Athletics), która w 2021 roku zaplanowała w dniach 6-15 sierpnia mistrzostwa świata w Eugene. Ponieważ światowy czempionat będzie teraz kolidował z igrzyskami, został przez lekkoatletyczne władze przełożony na 2022 rok. „Wspieramy działania Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, by igrzyska w 2021 roku odbyły się w dniach 23 lipca – 8 sierpnia 2021. To daje naszym sportowcom czas, by wrócili do treningów i ze spokojem przygotowali się do najważniejszej dla nich imprezy” – napisano w oficjalnym komunikacie opublikowanym przez World Athletics. „Podjęliśmy już rozmowy z organizatorami mistrzostw świata w Eugene, by ustalić nowy termin tej imprezy w 2022 roku. Dyskutujemy także z organizatorami Igrzysk Wspólnoty Brytyjskiej, a także z European Athletics, bo wiemy, że te instytucje także mają w 2022 roku zaplanowane własne imprezy” – napisano w oświadczeniu World Athletics. Z podobnymi kłopotami przyjdzie się też zmierzyć wielu innym sportowym organizacjom, które miały w przyszłorocznym kalendarzu zaplanowane imprezy w swoich dyscyplinach sportu.

Szukają nowego terminu dla igrzysk

Nowy termin igrzysk w Tokio ma zostać ustalony w ciągu najbliższych czterech tygodni i prawdopodobnie będzie to przełom lipca i sierpnia przyszłego roku.

Tak informację podała japońska gazeta „Yomiuri Shimbun”, powołując się na szefa Komisji Koordynacyjnej MKOl Johna Coatesa. Ten scenariusz jest jednak możliwy tylko pod warunkiem, że przesunięte zostaną mistrzostwa świata w pływaniu (16 lipca – 1 sierpnia w Fukuoce) oraz lekkiej atletyce (6-15 sierpnia w Eugene). Kierujący World Athletics Sebastian Coe już wcześniej stwierdził, że w razie konieczności jest możliwe przesunięcie mistrzostw na 2022 rok.
MKOl decyzję o przełożeniu igrzysk na 2021 rok podjął we wtorek. To wydarzeniem bez precedensu w historii ruchu olimpijskiego. W przeszłości tę największą imprezę sportową odwołano w latach 1916, 1940 i 1944 z powodu I i II wojny światowej, ale nigdy wcześniej nie zmieniono jej daty. Pierwotnie igrzyska w Tokio miały się odbyć w dniach 24 lipca – 9 sierpnia 2020 roku, ale pandemia koronawirusa storpedowała praktycznie wszystkie poprzedzające je zawody sportowe, w tym część kwalifikacji olimpijskich.

Igrzyska też odwołali

Międzynarodowy Komitet Olimpijski uległ rosnącej presji i z powodu pandemii koronawirusa także przełożył zaplanowane na przełomie lipca i sierpnia igrzyska w Tokio. Wcześniej udział swoich reprezentacji odwołały już Kanada i Australia, a taką samą decyzję rozważała większość narodowych komitetów, z PKOl włącznie.

Kanadyjski Komitet Olimpijski oraz Kanadyjski Komitet Paraolimpijski jako pierwsze podjęły decyzję, iż z powodu pandemii koronawirusa nie wyślą w tym roku swoich sportowców na igrzyska olimpijskie i paraolimpijskie w Tokio. Kanadyjczycy postulują przeniesienie imprezy na przyszły rok. Po nich taką samą decyzję podjęli też Australijczycy. Ich narodowy komitet olimpijski zalecił swoim sportowcom podjęcie przygotowań do startu w igrzyskach w 2021 roku. O przełożenie terminu igrzysk w Tokio apeluje też wiele innych narodowych komitetów olimpijskich, w tym PKOl.
Igrzyska w Tokio pierwotnie miały się odbyć w dniach 24 lipca – 9 sierpnia tego roku. Rozwój pandemii koronawirusa spowodował, że dotrzymanie tego terminu, mimo zapewnień ze strony organizatorów, że zrobią wszystko aby zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom i kibicom, w tej chwili nierealne.
Nawet nie ma gdzie trenować
Także dlatego, że z powodu nakładanych przez władze poszczególnych krajów zakazy i ograniczenia sportowcy nie mają gdzie trenować, nie mówiąc o uczestnictwie z zawodach kwalifikacyjnych, co jest o tyle istotne, że do obsadzenia tą drogą pozostało jeszcze ponad 40 procent olimpijskich nominacji.
Przewodniczący MKOl Thomas Bach jeszcze kilka dni temu zapewniał, że igrzyska odbędą się w ustalonym terminie, spadła jednak na niego taka ogromna lawina krytyki, że nikt więcej z członków komitetu wykonawczego nie odważył się powtórzyć tego zapewnienia. Wręcz odwrotnie, w oficjalnym komunikacie MKOl podał, iż decyzję w tej kwestii podejmie w ciągu najbliższych czterech tygodni. Ale w mediach pojawiły się przecieki, że tak naprawdę decyzja o przeniesieniu igrzysk już zapadła, a dyskusja toczyła się jedynie nad wyborem nowego terminu imprezy. Rozpatrywane były ponoć trzy warianty.
Wariant 1: jesień 2020
Przeniesienie igrzysk na jesień tego roku miałoby nawet historyczne uzasadnienie, bowiem poprzednie igrzyska w Tokio, zorganizowane w 1964 roku, odbyły się w październiku. Poza tym pozwoliłoby utrzymać czteroletni cykl olimpijski, a sportowcy nie musieliby obawiać się panujących zwykle latem w stolicy Japonii upałów i wysokiej wilgotności powietrza. Na przełomie lipca i sierpnia przeciętna temperatura w Tokio wynosi30-35 stopni, jesienią natomiast średnia temperatura spada do poziomu 20-25 stopni. Dla wielu dyscyplin sportu jesienna data nie koliduje z innymi imprezami. Możliwe byłoby utrzymanie wywalczonych już kwalifikacji olimpijskich oraz rozegranie przełożonych zawodów kwalifikacyjnych. Dla Japończyków takie rozwiązanie byłoby zbawienne, bo ograniczyłoby ich straty ekonomiczne. Nie trzeba by było np. tworzyć nowej wioski olimpijskiej, w której mieszkania są juz sprzedane. Nabywcy musieliby jedynie o kilka miesięcy opóźnić zasiedlenie lokali. Problemy mogłyby sprawić jednak zdarzające się jesienią kaprysy pogodowe, jak choćby tajfuny, które zakłóciły rozgrywany o tej porze roku w Japonii ubiegłoroczny Puchar Świata w rugby czy też kwalifikacje do wyścigu Formuły 1 na torze Suzuka.
To są jednak drobne problemy w porównaniu z zagrożeniem, jakie także w jesiennym terminie niesie pandemia koronawirusa. Zdaniem niemieckich wirusologów w tym roku możemy zapomnieć o imprezach sportowych z udziałem publiczności. W ich opinii kibice będą mogli wrócić na stadiony dopiero w 2021 roku, przynajmniej w ograniczonej liczbie.
„Nie ma lepszego środowiska do rozwoju wirusa, niż właśnie widownie wielkich sportowych wydarzeń. A wygaśnięcie epidemii nastąpi dopiero za kilka miesięcy, a teraz wciąż jesteśmy w bardzo zaawansowanej fazie wzrostu zachorowań” – przekonuje na łamach „Sterna” wirusolog dr Alexander Kekule.
Wariant 2: lipiec 2021
Przeniesienie igrzysk na lato przyszłego roku spowoduje mnóstwo perturbacji w sportowym kalendarzu. W 2021 roku zaplanowane są m.in. mistrzostwa świata w lekkiej atletyce (Eugene – USA, 6-15 sierpnia) i pływaniu (Fukuoka – Japonia, 16 lipca – 1 sierpnia), ale także w wioślarstwie i kajakarstwie. MKOl na razie negocjuje z federacjami, ale już wiadomo, że nie będą to łatwe rozmowy, bo każda federacja ma swoich sponsorów i każda impreza rangi mistrzostw świata czy kontynentu także. Przesunięcie o rok igrzysk rozwali też system kwalifikacji olimpijskich, w większości dyscyplin trzeba by było przeprowadzić je od nowa.
Dla organizatorów problemem będzie stworzenie nowej wioski olimpijskiej dla 11 tysięcy sportowców i renegocjacja umów o rezerwacjach hoteli dla działaczy, sportowców, sztabów olimpijskich, dziennikarzy, kibiców.
Wariant 3: lato 2022
Ten termin też jest rozważany, chociaż wydaje się najbardziej abstrakcyjny. Gdyby MKOl na to się zdecydował, po raz pierwszy od 1992 roku letnie i zimowe igrzyska obyłyby się w tym samym roku. Wtedy gospodarzami były Albertville i Barcelona, teraz są nimi Pekin i Tokio. Ale to ryzykowne posunięcie. MKOl w tym roku ma zaplanowane Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Dakarze. Największym problem przełożenia igrzysk o dwa lata byłby jednak przekreślenie szans na ostatni olimpijski start zaawansowanych wiekowo sportowców. w polskiej reprezentacji wśród poszkodowanych znalazłaby się m.in. Anita Włodarczyk, dwukrotna złota medalistka olimpijska w rzucie młotem, aktualna rekordzistka świata i wielka faworytka zawodów w Tokio. Za dwa lata polska młociarka będzie jednak miała 37 lat i nawet jeśli dotrwa do tego czasu jako czynna zawodniczka, jej szanse na trzeci złoty medal niepomiernie zmaleją.
Dla Japończyków ten wariant jest jednak nie do przyjęcia ze względu na koszty. Dlatego ostatecznie przystali na wariant drugi, czyli przełożenie igrzysk na lato 2021 roku. W miniony wtorek poinformował o tym w oficjalnym komunikacie premier Japonii Shinzo Abe.

MKOl nadal lekceważy pandemię

Koronawirus kompletnie sparaliżował światowy sport i co najgorsze, nie sposób dzisiaj przewidzieć, jak długo ten paraliż jeszcze potrwa. Wiarę, że nastąpi to najbliższym czasie, straciła nawet UEFA i przeniosła na następny rok zaplanowane na czerwiec mistrzostwa Europy. Podobnie postąpiła południowoamerykańska federacja z mającym się odbyć w tym samym czasie co Euro 2020 turniejem Copa America. Tylko Międzynarodowy Komitet Olimpijski jeszcze lekceważy pandemię koronowirusa i twardo utrzymuje stanowisko, że letnie igrzyska w Tokio rozpoczną się zgodnie z planem 24 lipca tego roku.

Igrzyska to bez wątpienia największa sportowa impreza na świecie. Wielu ludzi przygotowuje się do niej latami i nie są to tylko sportowcy, ale też pracownicy wielu gałęzi gospodarki. Już wyliczono, że jeśli igrzyska nie odbędą się w tym roku, japońska gospodarka odnotuje straty na poziomie około 75 miliardów dolarów, co daje 1,4 procent PKB. Analitycy bankowi alarmują, że ewentualne odwołanie olimpijskich zmagań uderzy nie tylko w gospodarkę i system finansowy Japonii, lecz będzie miało zasięg ogólnoświatowy. Tylko amerykańskie medialne konsorcjum NBC/Universal straci wpływy z pozyskanych już reklam szacowane na rekordową kwotę 1,25 mld dolarów. Dlatego MKOl usiłuje odwlec decyzję w nadzieli, że może do maja epidemia zostanie opanowana i sportowe życie zacznie wracać do normy. Euro 2020 trzeba było przełożyć, bo już w marcu przekroczono granicę za którą nie było już możliwości profesjonalnego zorganizowania tej imprezy, także w wymiarze sportowym.
MKOl może sobie pozwolić na wyczekiwanie, bo termin igrzysk jest późniejszy. Ceną jednak są trudne do przewidzenia straty wizerunkowe. Zapewnianie, że wszystko jest w porządku jest teraz powszechnie odbierane jako przejaw lekceważenia pandemii i bezwzględnie piętnowane.
Przekonał się o tym dobitnie przewodniczący MKOl Thomas Bach, na którego spadła potężna fala krytyki za wypowiedź jakiej udzielił w ubiegłym tygodniu podczas ceremonii zapalenia znicza olimpijskiego. Sternik światowego ruchu olimpijskiego zapewniał, że igrzyska odbędą się zgodnie z planem i zachęcał sportowców do udziału w zaplanowanych do czerwca kwalifikacjach.”Jesteśmy w pełni zaangażowani w przygotowania do igrzysk, które na pewno odbędą się w zaplanowanym terminie, dlatego zachęcam sportowców do kontynuowania przygotowań olimpijskich oraz do uczestnictwa w kwalifikacjach”.
Nie ma jak dokończyć kwalifikacji
Słowa zachęty wypowiedziane przez Bacha zabrzmiały idiotycznie w sytuacji, gdy koronawirus wciąż rozprzestrzenia się po świecie, a kolejne kraje wprowadzają na swoich terytoriach stany wyjątkowe. Już tylko z tego powodu uczestniczenie w kwalifikacjach olimpijskich jest w wielu dyscyplinach sportu mocno utrudnione, a organizujące je federacje ze względu na zagrożenie epidemiologiczne przesuwają je na coraz późniejsze terminy. Oto kilka przykładów: w baseballu pewne występu w Tokio są ekipy Izraela, Meksyku, Korei Południowej i Japonii. Pozostałe do obsadzenia miejsca miał zająć zwycięzca kwalifikacji obu Ameryk rozgrywanych w Arizonie (turniej przełożono z marca na nieustalony dotąd termin) oraz najlepsza ekipa z turnieju interkontynentalnego na Tajwanie, który miał się odbyć w kwietniu, ale przesunięto go na czerwiec. W boksie odwołano kwalifikacje olimpijskie obu Ameryk zaplanowane na 26 marca w Buenos Aires, a nowej daty dotąd nie ustalono. Wątpliwe jest przeprowadzenie 13 maja turnieju interkontynentalnego ostatniej szansy w Paryżu. W szermierce przepustkę olimpijską można wywalczyć na podstawie rankingu z 4 kwietnia, ale światowej władze zawiesiły na 30 dni wszystkie międzynarodowe zawody i nie wiadomo, jak zostanie to rozwiązane. W piłce ręcznej w marcu miały się odbyć trzy turnieje kwalifikacyjne mężczyzn (w Norwegii, Francji i Niemczech) i kobiet (w Hiszpanii, Czarnogórze i na Węgrzech). Wszystkie zostały odwołane i przeniesione na czerwiec. W judo światowa federacja odwołała wszystkie kwalifikacje olimpijskie do 30 kwietnia, podobnie postąpiła federacja wioślarska, która europejskie kwalifikacje miała zaplanowane w dniach 27-29 kwietnia we włoskiej Varese. Trwają poszukiwania nowej lokalizacji zawodów.
Gwoli przypomnienia – igrzyska w Tokio zgodnie z planem mają się rozpocząć 24 lipca i potrwać do 9 sierpnia. Jeśli ten termin ma być dotrzymany, lista startowa powinna być w całości gotowa najpóźniej do końca czerwca, co w tej chwili nie jest już takie pewne. Z oczywistego powodu – sport w tym momencie schodzi na dalszy plan, także dla samych sportowców, którzy w publicznych wypowiedziach podkreślają, że także dla nich najważniejsze jest zdrowie.
W Polsce też nie ma gdzie trenować
Poza tym wprowadzane przez krajowe rządy obostrzenia odbierają możliwość uczestnictwa w treningach, bo zamykane są praktycznie wszystkie obiekty sportowe. W Polsce w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa i w trosce o bezpieczeństwo publiczne podjęto decyzję o decentralizacji szkolenia sportowego i zamknięciu do końca marca m.in. ośrodków przygotowań olimpijskich w Spale, Władysławowie, Giżycku, Wałczu, Szczyrku i Zakopanem. „W tej chwili coś takiego, jak system szkolenia przestał u nas istnieć” – przyznaje dyrektor sportowy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Krzysztof Kęcki. Nie da się też wysłać sportowców gdzieś za granicę, bo niemal w całej Europie obowiązują już podobne zakazy treningów. Z tego zresztą powodu ministerstwo sportu wielu zawodników musiało ściągnąć do kraju, a taki powrót oznacza obowiązek poddania się kwarantannie, co wyłącza z treningów na co najmniej dwa tygodnie.
Te utrudnienia implikują kolejny problem, o jakim pewnie Thomas Bach nawet nie myśli. Wielu sportowców, zwłaszcza z Europy, nie zdoła się w tych trudnych warunkach należycie przygotować do olimpijskiego startu, a warto pamiętać, że w lipcu i sierpniu w Japonii panują wysokie temperatury. Z tego powodu nie będą to sprawiedliwe igrzyska, więc może lepiej żeby je przeniesiono na przyszły rok. Świat na pewno to wytrzyma. A kto wie, może wszyscy przy okazji uświadomimy sobie, że sport to jednak tylko zabawa, a nie wypada się bawić, gdy tylu ludzi umarło, umiera i jeszcze pewnie umrze.

Igrzyska w Tokio jak ostatni bastion

Epidemia koronawirusa sparaliżowała światowy sport. Zaplanowane na pierwszą połowę roku wielkie imprezy, z mistrzostwami świata włącznie, bezceremonialnie się odwołuje. Ostatnim bastionem, który jeszcze się broni, są letnie igrzyska olimpijskie w Tokio. Japończycy na razie nie odpuszczają i chcą je rozpocząć zgodnie z planem 24 lipca.

Opór ze strony gospodarzy olimpiady jest zrozumiały. Na kilka miesięcy przed rozpoczęciem igrzysk podali koszty jakie ponieśli przy organizacji tej największej sportowej imprezy na świecie. Oficjalna kwota to 12,6 mld dolarów amerykańskich, ale Japońska Narodowa Rada Audytu wyliczyła, że faktycznie igrzyska będą kosztowały Kraj Kwitnącej Wiśni blisko 28 mld dolarów. W raporcie tej instytucji kontrolnej uwzględniono dodatkowo kwotę 9,7 mld dolarów, pominiętą w wyliczenia organizatorów igrzysk, a są to pieniądze wydane na rozbudowę infrastruktury oraz kolejne 7,4 mld dolarów wydatkowane w związku z igrzyskami z miejskiego budżetu Tokio.
Kontrowersje w szacowaniu wydatków na igrzyska pojawiają się w Japonii praktycznie od momentu, gdy przyznano jej organizację imprezy. W przedstawionym w 2013 roku wniosku aplikacyjnym do MKOl preliminarz budżetowy zakładał koszty na poziomie 7,5 mld dolarów, obecna wersja jest już prawie dwukrotnie wyższa. Inna sprawa, że nie jest to jakiś wyjątek. Każde igrzyska zawsze kosztują więcej, niż podawano w aplikacjach. W Londynie (2012) początkowa kwota 6,5 mld dolarów urosła ostatecznie do 19 mld dolarów.
Szacowanie kosztów igrzysk to sprawa skomplikowana, bo dużo zależy od tego, kto szacuje wydatki i co do nich wlicza. A że Japończycy potrzebują teraz mocnych argumentów przeciwko odwołaniu igrzysk, wrzucili do tego worka co się dało i tak rozdmuchali swoje koszty do budzącej należny respekt blisko trzydziestomiliardowej kwoty.
Ich determinacja może jednak nie wystarczyć, bo epidemia koronawirusa wciąż się rozszerza. Co prawda 12 marca w starożytnej Olimpii odbyła się ceremonia wzniecenia olimpijskiego ognia, ale gdy następnego dnia sztafeta z olimpijską pochodnią dobiegła do Sparty, przywitał ją tłum widzów. I z tego powodu, w obawie przed koronawirusem, Grecki Komitet Olimpijski postanowił wstrzymać tradycyjną podróż olimpijskiego ognia po Grecji. Wedle pierwotnego planu przez osiem dni sztafeta miała przebiec przez 31 miast. Olimpijski ogień będzie podtrzymywany i zgodnie z planem 19 marca zostanie przekazany japońskiej delegacji. Ceremonia ma się odbyć bez udziału publiczności. W Japonii pochodnia zacznie swoją wędrówkę w Fukushimie i wedle planów ma krążyć po kraju do 24 lipca, aż dotrze na stadion w Tokio na otwarcie igrzysk.
W miniony czwartek nieprzyjemną niespodziankę zrobił Japończykom prezydent USA Donald Trump, który publicznie zasugerował, żeby igrzyska przenieść na przyszły rok. Natychmiast zareagowała japońska minister ds. organizacji olimpiady Seiko Hashimoto, siedmiokrotna uczestniczka igrzysk (trzech letnich jako kolarka oraz czterech zimowych jako panczenistka), która stanowczo odrzuciła tę sugestię. „Międzynarodowy Komitet Olimpijski oraz komitet organizacyjny nie rozważają odwołania lub przełożenia igrzysk. One odbędą się w ustalonym terminie” – zapewniła minister Hashimoto.
W Japonii odnotowano do tej pory ponad 700 przypadków zachorowania na koronawirusa i 19 ofiar śmiertelnych. Nie jest to duża liczba uwzględniając bliskość tego kraju do Chin, głównego ogniska choroby, gdzie zachorowało ponad 80 tysięcy ludzi. Trzeba jednak pamiętać, że epidemia rozszerzyła się już na cały świat, a nie we wszystkich krajach władze radzą sobie równie sprawnie. Nie ulega więc wątpliwości, że zanim do Tokio zjadą sportowcy, kibice i dziennikarze, sytuacja musi zostać opanowana globalnie, a nie tylko w Japonii. Organizatorzy igrzysk wierzą, że do lata epidemia wirusa Covid-19 wygaśnie, dlatego jeszcze nie rozważają zmiany terminu.Ale nie mają już po swojej stronie pełnego wsparcia ze strony władz Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. „Jeśli Światowa Organizacja Zdrowia zarekomenduje odwołanie tegorocznych igrzysk olimpijskich, to tak się stanie. MKOl będzie słuchać zaleceń WHO” – zapowiedział przewodniczący MKOl Thomas Bach w wypowiedzi dla niemieckiej stacji telewizyjnej ARD.
Pewne w tej skomplikowanej sytuacji jest tylko to, że igrzyska nie zostaną odwołane, lecz tylko przeniesione na 2021 rok. Takie rozwiązanie może zostać zaakceptowane przez nabywców praw mediowych i sponsorów igrzysk. Pewnie gdy epidemia się skończy będą trochę marudzić i domagać się rekompensat, ale przynajmniej nie zerwą umów i w końcu zapłacą.

WADA chce zawieszenia Rosji na cztery lata

Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) w miniony poniedziałek ogłosiła decyzje o nałożeniu na Rosję czteroletniego zakazu udziału we wszystkich wydarzeniach sportowych rangi światowej. Obradujący w Lozannie komitet wykonawczy tej organizacji podjął tę decyzję jednomyślnie. Rosjanie mają teraz trzy tygodnie na złożenie odwołania do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS), ale nawet w ich kraju nikt nie ma złudzeń, że coś tym wskórają.

Czteroletnie zawieszenie dla Rosji to w świecie sportu zdecydowanie najsurowsza zbiorowa kara w historii walki z dopingiem. Oznacza to, że flaga Rosji oraz hymn nie będą dozwolone podczas imprez sportowych o światowym zasięgu, jak igrzyska olimpijskie w Tokio w 2020 roku i zimowe igrzyska olimpijskie w Pekinie w 2022 roku, ale też podczas zawodów rangi mistrzostw świata w stu dyscyplinach sportu, zatem także m. in. piłkarskiego mundialu w 2022 roku w Katarze. Sankcje WADA, które zostaną z całą pewnością poparte także przez MKOl, nie odbierają szans rosyjskim sportowcom na olimpijskie starty czy w światowych czempionatach, ale tylko tym, którzy przejdą badania antydopingowe i udowodnią, że nie stosowali zakazanych substancji. Będą mogli jednak startować w zawodach wyłącznie pod neutralną flagą.

Ponadto w ramach kary rosyjscy działacze i przedstawiciele rządu nie będą mogli uczestniczyć w żadnych wydarzeniach lub zasiadać w zarządach sportowych organizacji, które podpisała globalny kodeks antydopingowy. Rosja nie będzie też mogła ubiegać się o organizację zawodów rangi mistrzostw świata, a wszystkie tego typu imprezy już zaplanowane w tym kraju w okresie czteroletniej dyskwalifikacji, mają zostać przeniesione. Sankcje nie dotyczą jednak zawodów rangi kontynentalnej, co oznacza, że zaplanowane w Petersburgu mecze przyszłorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej czy finał Ligi Mistrzów w 2021 roku odbędą się bez przeszkód.

WADA zaskakująco jednomyślna

Komitet wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej jednogłośnie przyjął zalecenia po zapoznaniu się z opinią ekspertów niezależnej komisji do spraw przestrzegania Światowego Kodeksu Antydopingowego (CRC). „Nałożona na Rosję kara jest wiadomością przesłaną tym wszystkim, którzy próbują oszukać system” – stwierdził ustępujący z końcem tego roku prezes WADA Craig Reedie (od stycznia zastąpi go Polak Witold Bańka, były minister sportu i turystyki). Z kolei wiceprezydent WADA Linda Helleland przyznała, że w jej opinii sankcje nie są jeszcze wystarczające, bo ona postulowała karę, której nie można złagodzić. „Jesteśmy to winni wszystkim czystym sportowcom” – powiedziała Helleland.

Z podanych przez WADA informacji wynika, że śledztwo wykazało iż 145 rosyjskich sportowców złamało przepisy antydopingowe. Ich nazwiska nie zostały ujawnione. „Na razie mogę powiedzieć, że jedna trzecia z tej grupy nadal czynnie uprawia sport” – ujawnił Gunter Younger, dyrektor działu wywiadu i dochodzeń WADA.

Gwoli przypomnienia. Afera dopingowa w Rosji wybuchła w 2014 roku po tym, jak niemiecka stacja telewizyjna ARD wyemitowała reportaż pt. „Tajemnice dopingu – jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Ukazano w nim praktyki tuszowania oraz manipulowania wynikami testów antydopingowych, w które zaangażowane miały być władze państwowe, a nawet kierownictwo Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF). Głównymi informatorami dziennikarzy byli biegaczka na 800 m Julia Stiepanowa oraz jej mąż Witalij, pracownik Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA). Oboje opuścili Rosję i osiedlili się w nieznanym miejscu w USA. W maju 2016 roku kolejne fakty ujawnił były kierownik moskiewskiego laboratorium antydopingowego Grigorij Rodczenkow, który na łamach „New York Timesa” wyznał, iż uczestniczył w tuszowaniu pozytywnych wyników testów antydopingowych oraz podmienianiu próbek rosyjskich sportowców, którzy startowali w zimowych igrzyskach olimpijskich w Soczi w 2014 roku, w tym nawet 15 medalistów tych zawodów. Jak twierdził Rodczenkow, w proceder zaangażowane były RUSADA oraz Federalna Służba Bezpieczeństwa. On także ukrywa się do dzisiaj na terrytorium USA i rzecz jasna poparł ostatnią decyzję WADA o wykluczeniu Rosji z letnich igrzysk olimpijskich Tokio 2020 i zimowych Pekin 2022.

Już po emisji programu ARD kierownictwo WADA zleciło szeroko zakrojone śledztwo. Część zarzutów znalazła potwierdzenie i na Rosję posypały się kary ze strony różnych światowych federacji.

Skuteczne odwołania Rosjan

Podczas igrzysk w Soczi rosyjscy sportowcy zdobyli 33 medale: 13 złotych, 11 srebrnych i 10 brązowych, dzięki czemu Rosja wygrała klasyfikację medalową. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) odebrał już jednak rosyjskim sportowcom trzynaście krążków za złamanie przepisów dopingowych, ale decyzja ta została uchylona przez CAS, który zmienił większość decyzji. Jak na razie oficjalnie Rosja z straciła dwa złote i dwa srebrne medale z liczby krążków zdobytych przez jej sportowców w Soczi. Nie przeszkodziło to jednak MKOl wykluczyć Rosję z kolejnych zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczangu oraz zawiesić Rosyjski Komitet Olimpijski w prawach członka światowego ruchu olimpijskiego, a rosyjskim sportowcom zabronić startu pod flagą własnego kraju w Pjongczangu.

Uznani za recydywistów

Mimo to w ubiegłorocznych zimowych igrzyskach w Korei Południowej wystartowało aż 168 zweryfikowanych przez WADA rosyjskich sportowców, co przeczyło tezie o masowym procederze dopingowym. Z międzynarodowych organizacji sportowych w 2019 roku nieprzejednana pozostawała już tylko federacja lekkoatletyczna (IAAF), która od 2015 roku uparcie zakazuje Rosjanom występów w barwach narodowych podczas imprez mistrzowskich.
Szansa na zażegnanie konfliktu pojawiła się dopiero na początku 2019 roku, gdy Rosjanie w końcu godzili się na bezwarunkowe i pełne udostępnienie bazy danych RUSADA. W przekazanych im materiałach śledczy WADA wykryli jednak manipulacje. Rosjanie przekazali dane niekompletne, bo bez usuniętych z bazy wyników pozytywnych testów rosyjskich sportowców. A ponieważ zgodnie z deklaracjami właśnie udostępnienie pełnych wyników badań do analizy ekspertowm WADA było fundamentalnym warunkiem do zniesienia kary zawieszenia Rosyjskiej Agencji Antydopingowej, komitet wykonawczy WADA uznał działania Rosjan jako recydywę i jednomyślnie zdecydował o nałożeniu na nich najsurowszej zbiorowej kary w historii walki z dopingiem.

W Rosji decyzja WADA nie była zaskoczeniem, bo spodziewano się jej już od kilku tygodni, co nie zmienia faktu, że wywołała falę oburzenia. „Z mojego punktu widzenia ten wyrok jest bezzasadny, bo nie ma jednoznacznych dowodów, kara skrzywdzi jedynie niewinnych sportowców” – stwierdził zastępca przewodniczącego komisji Dumy Państwowej ds. kultury fizycznej, sportu, turystyki i spraw młodzieży Siergiej Kriwonosow.

„Konieczna jest ostra reakcja ze strony władz, a przede wszystkim prezydenta. To w jego kompetencji leży przywrócenie porządku w tej dziedzinie w Rosji” – stwierdził deputowany Igor Lebiediew. Przeciwny temu, by sportowcy z Rosji wystąpili pod flagą neutralną jest natomiast wiceprzewodniczący Dumy Państwowej (niższej izby parlamentu) Piotr Tołstoj, z rządzącej partii Jedna Rosja. W wypowiedzi dla państwowej stacji telewizyjnej Kanał 1 deputowany stwierdził, że „karanie w ten sposób sportowców i kraju jest niesprawiedliwe”, a stało się tak tylko dlatego, że Rosja w przeszłości „nie odpowiedziała godnie na żądanie, by jej sportowcy startowali pod flagą neutralną w zimowych igrzyskach w Pjongczangu. „Nie ma sensu granie w karty z szulerem, dlatego namawiam, żeby nasi sportowcy zbojkotowali światowe imprezy. Rosja powinna zorganizować swoje turnieje i tworzyć warunki do tego, by okres do 2023 roku nie były zmarnowanym czasem dla jej olimpijczyków” – przekonuje Tołstoj.

Będą walczyć do końca

Nie wszyscy Rosjanie pałają jednak takim świętym oburzeniem na WADA i MKOl. Wybitna skoczkini wzwyż Marija Łasickiene, która od 2015 roku regularnie startuje pod neutralna flagą, stwierdziła: „Nie wątpiłam, że do tego dojdzie. To, co się stało, jest dla nas wstydem. Mimo to będę dalej startować. Nigdy nie brałam pod uwagę zmiany obywatelstwa, nie planuję tego i teraz. Będę w tym, co robię udowadniać, że rosyjscy sportowcy żyją nawet w neutralnym statusie. Robiłam tak w ostatnich latach. Smutne jest to, że sportowcy pozostali sami w swojej walce, a szefowie naszego sportu bronią nas tylko słowami” – powiedziała rosyjska lekkoatletka, trzykrotna mistrzyni świata pod neutralną flagą.

Ze zrozumieniem decyzję WADA skomentował też Jurij Ganus, szef RUSADA. „To cios w naszą reputację, którą będzie trudno odzyskać. Jednomyślna decyzja o zawieszeniu sugeruje, że argumenty przeciwko nam były więcej niż przekonujące” – stwierdził Ganus.

Rosja ma małe szanse na sukces w Trybunale Arbitrażowym, ale na pewno się odwoła. Szef Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego Stanisław Pozdniakow zapewnia, że komitet dołoży wszelkich starań, aby rosyjska reprezentacja wystąpiła w Tokio pod flagą narodową.

 

IAAF nie chce Rosji

Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) tuż przed mistrzostwami świata utrzymała decyzję o dyskwalifikacji Rosji. Sportowcy z tego kraju w Dausze będą musieli startować pod neutralną flagą.

Skandal dopingowy w rosyjskim sporcie został rozpętany w 2014 roku przez jedną z niemieckich stacji telewizyjnych, która wyemitowała film dokumentalny o stosowaniu zorganizowanego dopingu, którego animatorów chroniły służby państwowe. Głównym celem było zdobycie jak największej liczby medali podczas zimowych igrzysk w Soczi. W efekcie rosyjska agencja antydopingowa straciła akredytacje WADA (Światowa Agencja Antydopingowa), a MKOl zabronił sportowcom tego kraju startu pod rosyjską flagą podczas letnich igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 roku. Z czasem te restrykcje cofnięto, a jedyną światową federacją sportową, która nie zniosła stanu zawieszenie w jaki w 2015 roku postawiła rosyjską federację lekkoatletyczną, była kierowana przez Brytyjczyka Sebastiana Coe’a IAAF.

Rosjanie nie mogli zatem wystąpić pod swoją flagą także w mistrzostwach świata w 2017 roku, ale przed tegorocznym światowym czempionatem IAAF nie miała już zbyt wielu argumentów, żeby podtrzymać dyskwalifikację Rosji. Działaczom IAAF w sukurs znów przyszła WADA, która ponownie na podstawie medialnych doniesień niemieckich mediów zarzuciła Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) manipulowanie danymi. Ten pretekst wystarczył, żeby podtrzymano dyskwalifikację rosyjskiej federacji lekkoatletycznej, co oznacza, że rosyjscy sportowcy także w Dosze wystąpią pod neutralną flagą. Do 30 zawodniczek i zawodników WADA i IAAF nie mają żadnych zastrzeżeń i oni będą mogli powalczyć o medale, o ile władze Rosji wyrażą na to zgodę.

 

Japonia gotowa do igrzysk

Przyszłoroczne letnie igrzyska olimpijskie w Tokio rozpoczną się 24 lipca, a zakończą 9 sierpnia. Podczas zorganizowanego w minioną środę (24 lipca) spotkaniu z przedstawicielami mediów, premier Japonii Shinzo Abe zapewnił, że jego kraj będzie gotowy na czas. Można już zatem bawić się w prognozowanie medalowych zdobyczy.

Na większości obiektów olimpijskich już można organizować sportowe imprezy, na na sześciu z ośmiu powstających od podstaw, w tym Olimpijskim Stadionie Narodowym, na którym odbędą się zawody lekkoatletyczne i finał turnieju piłkarskiego, prowadzone są już prace wykończeniowe. A zatem nie ma obaw, że w Tokio powtórzą się kłopoty jakie były udziałem organizatora poprzednich igrzysk, Rio de Janeiro. „Obiecuję, że wszystko będzie przygotowane zgodnie z harmonogramem ustalonym przez MKOl” – zapewnia prezydent Tokio Yuriko Koike.

Starając się o organizację igrzysk Japonia już w swojej aplikacji podawała, że zamierza zorganizować imprezę w większości na obiektach już istniejących, z których część zbudowana została jeszcze na początku lat 60. ubiegłego wieku, na potrzeby letnich igrzysk w 1964 roku. Pozwoliło to ograniczyć koszty.

Igrzyska zaplanowano w dwóch strefach. W pierwszej, tzw. strefie dziedzictwa, znajdującej się na północy miasta, zaplanowano zawody lekkoatletyczne, w tenisie stołowym, judo, boksie, podnoszeniu ciężarów, start wyścigu ze startu wspólnego w kolarstwie szosowym oraz turnieje w grach zespołowych – piłce nożnej, piłce ręcznej i rugby. Natomiast w tzw. strefie Zatoki Tokijskiej w południowo-zachodniej części miasta umiejscowiono aż 20 obiektów sportowych, na których zostaną rozegrane m. in. regaty wioślarskie i kajakarskie, turnieje w siatkówkę i tenisa ziemnego, konkurencje pływackie czy jeździeckie. Pozostałe areny są rozrzucone w innych częściach miasta. Najdalej będą mieli kolarze torowi, którzy powalczą o medale na welodromie w Izu, 120 km od stolicy, a jeden z meczów baseballowych odbędzie się w odległej o 240 km Fukushimie. Natomiast wioska olimpijska zbudowana została między dwiema głównymi strefami igrzysk.

Wszystko ma jednak swoją cenę. Organizacje społeczne i związkowe w Japonii protestują, że pracownicy zatrudnieni przy budowa obiektów olimpijskich otrzymywali wręcz głodowe wynagrodzenia i musieli pracować w straszliwych warunkach i ponad siły. Mimo to organizatorzy igrzysk znacznie przekroczyli założony wstępnie budżet. W aplikacji złożonej do MKOl podano, że będzie on na poziomie 7,5 mld dolarów, tymczasem z ostatnich informacji podanych przez Komitet Organizacyjny wynika, że budżet wzrośnie do 11,5 mld dolarów. Aby nie powiększać już rozdętych kosztów Japończycy zrezygnowali z budowy hal do koszykówki i do badmintona. Zawody w tych dyscyplinach odbędą się w już istniejących obiektach. Pozwoliło to zaoszczędzić blisko dwa miliardy dolarów.

Od strony sportowej igrzyska w pewnym sensie już trwają, bo w niektórych dyscyplinach zakończono pierwsze kwalifikacje olimpijskie. Z polskich sportowców paszporty do Tokio już zdobyli: strzelec sportowy Tomasz Bartnik, żeglarze Zofia Noceti-Klepacka (RS:X), Paweł Tarnowski (RS:X), Magdalena Kwaśna (Laser Radial), drużyna jeźdźców w WKKW, Klaudia Breś i Aleksandra Jarmolińska w strzelectwie sportowym oraz na odbywających się właśnie w Gwangju mistrzostwach świata w pływaniu męska i kobieca sztafeta 4×100 m w stylu dowolnym oraz sztafeta mieszana 4×100 m stylem zmiennym.

Międzynarodowe forum sportowe Totallympics.com publikuje już pierwsze prognozy medalowe. Wedle analiz z 24 lipca 2019 roku klasyfikację medalową wygra ekipa USA (ma 51 aktualnych mistrzów świata w konkurencjach olimpijskich, a także 38 wicemistrzów i 38 brązowych medalistów). Możliwości naszych sportowców natomiast szacuje na 18 medali, w tym sześć złotych i dwa srebrne. Gdyby te przewidywania się potwierdziły za rok, Polska zajęłaby w klasyfikacji medalowej 15. lokatę. Dla porównania, w Rio de Janeiro biało-czerwoni z dorobkiem 11 medali (2 złotych, 3 srebrnych i 6 brązowych) uplasowali się na 33. miejscu.