Rosja skarży do CAS

Rosyjska agencja antydopingowa (RUSADA) zgodnie z zapowiedzią złożyła odwołanie do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS). Zostanie ono jednak rozpatrzone dopiero w listopadzie tego roku.

Na Rosję nałożony został czteroletni zakaz startów w igrzyskach olimpijskich i innych imprezach międzynarodowych o światowym zasięgu. To efekt afery dopingowej rozpętanej pięć lat temu i wciąż podgrzewanej na nowo przez Światową Agencję Antydopingową (od stycznia tego roku na jej czele stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka), której rekomendacje stały się podstawą do decyzji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego zakazującej Rosji wystawiania reprezentacji w igrzyskach i mistrzostwach świata. Rosyjscy sportowcy mogą jednak startować w tych imprezach pod neutralna flagą.
Rosja nie może też ubiegać się o organizację międzynarodowych imprez, dlatego odwołała się od tego wyroku do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu. Osobny protest w tych dniach złożyła też RUSADA. CAS termin rozprawy wyznaczył w dniach 2-5 listopada 2020 roku. Odbędzie się za zamkniętymi drzwiami.

MKOl policzył, ile dołoży do igrzysk

Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) oszacował, ile pieniędzy straci na przełożeniu igrzysk olimpijskich w Tokio z 2020 na 2021 rok. Jego przewodniczący, Thomas Bach, niedawno przyznał, że w tej chwili z szacunków wynika, że będzie to nie mniej niż 800 milionów dolarów amerykańskich.

MKOl oszacował, ile pieniędzy będzie musiał dołożyć w wyniku przełożenia najważniejszej imprezy czterolecia. „Przewidujemy, że będziemy musieli ponieść dodatkowe koszty w wysokości do 800 milionów dolarów” – powiedział przewodniczący tej organizacji Thomas Bach. Z tej kwoty 650 mln dolarów zostanie przeznaczone na organizację letnich igrzysk w przyszłym roku, zaś kolejne 150 mln dolarów zostanie przeznaczone na finansowe wsparcie międzynarodowych federacji i krajowych komitetów olimpijskich, które z powodu przełożenia w tym roku przez pandemię koronawirusa nie tylko igrzyska, ale też branżowych imprez sportowych, straciły przez to główne źródła dochodów. „Dyskutujemy z międzynarodowymi federacjami i krajowymi komitetami o konsekwencjach odroczenia igrzysk w Tokio. Dzięki temu mamy coraz pełniejszy obraz sytuacji i rosnące w nas przekonanie o konieczności udzielania pomocy” – zapewnia Thomas Bach.
Warto jednak zaznaczyć, że wymieniona wyżej kwota 800 mln dolarów nie uwzględnia dodatkowych kosztów, jakie poniosą japońscy organizatorzy igrzysk. Rząd Kraju Kwitnącej Wiśni już uprzedził obywateli swojego kraju, że z powodu przełożenia imprezy o rok jej koszty wzrosną o 3,5 mld dolarów i osiągnął łączny poziom około 17 mld dolarów. Dodatkowe kwoty będzie musiało ze swojego budżetu wyłożyć też Tokio. Mamy świadomość, że nasi japońscy przyjaciele wpadli w kłopoty z powodu przełożenia igrzysk, ale widzimy też, że pracują z pełną mocą żeby możliwie jak najlepiej uporać się ze skutkami tej wymuszonej przez pandemię decyzji” – przekonuje przewodniczący MKOl, który jednak unika jak ognia odpowiedzi na pytanie, co zrobi MKOl, jeśli także w przyszłym roku nadal będzie szalała pandemia koronawirusa…

Szokujący raport o finansach MKOl

Międzynarodowy ruch Global Athlete opublikował raport dotyczący komercyjnej strony relacji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego ze sportowcami. Zdaniem autorów dokumentu, tylko 4,1 procent dochodów MKOl przeznaczane jest dla zawodników.

Wyniki raportu obnażają niesprawiedliwy system finansowania jaki funkcjonuje w światowym ruchu olimpijskim. Autorzy opracowania przekonują, że sportowcy powinni otrzymywać należytą rekompensatę z tytułu udziału w najważniejszym wydarzeniu sportowym czterolecia, jakim są letnie igrzyska olimpijskie. Wielu sportowców samodzielnie finansuje swoje przygotowania do tej imprezy, czym niejako wspiera obracający miliardami „przemysł olimpijski”. Global Athlete zwraca uwagę na nierówny podział pieniędzy. Sportowcy, którzy są przecież najważniejszymi aktorami w olimpijskim spektaklu, otrzymują zaledwie 4,1 procent przychodów MKOl, które w skali roku przekraczają 1,4 mld dolarów.
Reszta pieniędzy „rozpływa” w dotacjach przekazywanych na wewnętrzne i zewnętrzne organizacje powiązane z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim. Należą do nich m.in. kontynentalne federacje sportowe, krajowe komitety olimpijskie, ale też muzeum ruchu olimpijskiego czy medialny projekt Olympic Channel.
Autorzy raportu sugerują też przyjrzenie się tzw. Regule 40 uchwalonej rzekomo dla ochrony igrzysk przed komercjalizacją, lecz w praktyce jest to zapis chroniący głównie interesy sponsorów igrzysk, natomiast działa on na niekorzyść sportowców, bo utrudnia im uzyskiwanie prywatnych mecenasów.
MKOl kreuje się w mediach na organizację, która nie jest nastawiona na zysk, ale to kłamstwo, bo zależność organizacji od praw do transmisji i przychodów telewizyjnych sprawia, że ruch olimpijski coraz bardziej przypomina komercyjne ligi sportowe, z tą jednak różnicą, że owe ligi płacą zawodnikom od 40 do 60 procent swoich przychodów, a a MKOl niespełna 5 procent. W raporcie Global Athlete zwrócono też uwagę na brak przejrzystych sprawozdań finansowych światowego komitety olimpijskiego oraz wszystkich członków tego ruchu.
Trudno na razie ocenić, czy ta inicjatywa coś zmieni, ale być może jest zapowiedzią rewolucji, jakie pandemia koronawirusa wywoła w skostniałym układzie światowego sportu.

MKOl dorzuci się do igrzysk

Przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Thomas Bach zapowiedział, że MKOl przekaże Tokio kilkaset milionów dolarów w związku z przełożeniem igrzysk na przyszły rok.

Od chwil gdy podjęto decyzje o przełożeniu z powodu światowej pandemii koronawirusa letnich igrzysk olimpijskich w Tokio na przyszły rok, rozpoczęła się dyskusja nad sposobami pokrycia strat wynikłych z odroczenia imprezy. Komitet organizacyjny wstępnie szacował, że dodatkowe koszty mogą sięgnąć nawet kwoty sześciu miliardów dolarów amerykańskich. MKOl postanowił wesprzeć finansowo gospodarzy igrzysk. „Uzgodniliśmy z przedstawicielami organizatorów, że Japonia będzie dalej pokrywać wydatki związane z igrzyskami, które wynikają z porozumienia dotyczącego 2020 roku, natomiast MKOl już teraz wniesie swój wkład, co w naszym przypadku oznacza kilkuset milionów dolarów” – powiedział Thomas Bach.
Przewodniczący MKOl podkreślił jednak stanowczo, że prowadzone negocjacje dotyczą wyłącznie kosztów przełożenia igrzysk, a nie ich odwołania. „W przypadku definitywnego odwołania imprezy wszelkie koszty byłoby pokryte przez polisę ubezpieczeniową, natomiast jej zapisy nie obejmują zmiany terminu. W żadnym wypadku MKOl nie mógł podjąć decyzji o przełożeniu igrzysk samodzielnie. Potrzebowaliśmy do tego zgody organizatorów i zapewnienia japońskiego rządu, że nadal będzie wspierać przygotowania do igrzysk” – zapewnia sternik olimpijskiego ruchu.
W miniony piątek szef komitetu organizacyjnego igrzysk Toshiro Muto zastrzegł, że w związku z wprowadzeniem w Japonii stanu wyjątkowego, przełożenie igrzysk niemal dokładnie o rok może okazać się niewystarczające. „Następne lato to ostateczny termin. Organizatorzy i premier Japonii Shinzo Abe wyraźnie mi przekazali, że przełożenie imprezy o kolejny rok z ich punktu widzenia nie jest możliwe” – przyznał sternik MKOl, który z powodu pandemii odwołał zaplanowaną na maj wizytę w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Japończycy dołożą do igrzysk miliardy

Wymuszone pandemię koronawirusa przełożenie olimpijskich zmagań na przyszły rok będzie sporo Japończyków kosztowało – z pobieżnych wyliczeń wynika, że co najmniej sześć miliardów USD. A to oznacza, że całkowity koszt imprezy, przewidywany początkowo na 7,5 mld dolarów, może ostatecznie przekroczyć kwotę 24 mld dolarów.

Prawdziwego rachunku za igrzyska w Tokio pewnie nigdy nie poznamy, bo z różnych względów ani władze państwowe Japonii, ani też komitet organizacyjny nie są tym zainteresowane. O tym, że impreza okaże się znacznie droższa niż zakładano, japońskie społeczeństwo wiedziało już od dawna. Gdy siedem lat temu MKOl wybierał kandydaturę Tokio na gospodarza Igrzysk XXXII Olimpiady, mamiono obywateli obietnicą, iż jej koszty nie przekroczą kwoty 7,5 mld dolarów, ale chociaż w kolejnych latach na okrągło zapewniano o utrzymywaniu oszczędnościowego kursu, to jednak wydatki nieustająco rosły. Na kilka tygodni przed ogłoszeniem decyzji o przełożeniu igrzysk rząd Japonii przyznał, że koszty imprezy podskoczyły do kwoty 12,6 mld dolarów, lecz chwilę potem musiał się gęsto z tego tłumaczyć, bowiem Japońska Narodowa Rada Audytu w swoim rutynowym raporcie udowodniła, że faktycznie na projekt Tokio 2020 wydano aż 17,3 mld dolarów i zarzuciła rządzącym, że celowo pomijali w podawanych statystykach znaczną cześć wydatków infrastrukturalnych oraz kwoty łożone na organizację imprezy z budżetu miejskiego Tokio.
Dzisiaj te spory zeszły na drugi plan, bo Japończycy mają teraz na głowie poważniejsze problemy, jakimi są gwałtowny wybuch epidemii koronawirusa i wywołane tym perturbacje w gospodarce. Japonia to wprawdzie po USA i Chinach trzecie najbogatsze państwo na świecie, lecz w czasach zarazy kłopoty nie omijają nikogo. Dlatego premier Shinzo Abe w imieniu rządu ogłosił w miniony poniedziałek wielki program pomocowy, którego wartość w takich krajach, jak choćby Polska, może wzbudzić tylko zazdrość. Otóż na wsparcie swojej osłabionej skutkami pandemii koronawirusa gospodarki Japonia wyłoży gigantyczną kwotę 110 bilionów jenów (988 mld USD). Z tego ponad 6 bln jenów zostanie przeznaczonych na wypłaty gotówkowe dla gospodarstw domowych i małych przedsiębiorstw, a 26 bln jenów na sfinansowanie odroczenia płatności tytułem zabezpieczeń społecznych i podatków.
W japońskiej stolicy liczba zarażonych przekroczyła już tysiąc osób i lawinowo przyrasta, a w całej Japonii wedle najnowszych statystyk dochodzi do pięciu tysięcy. W poniedziałek podawano, że na Covid-19 zmarło już ponad sto osób. Nastroje mimo to nie są w Kraju Kwitnącej Wiśni najlepsze, dlatego tamtejsze media o dodatkowych kosztach związanych z przeniesieniem igrzysk piszą w stonowany sposób. Na razie nikt nie jest jeszcze w stanie precyzyjnie obliczyć, ile pieniędzy trzeba będzie jeszcze dorzucić do olimpijskiego projektu. Przewodniczący komitetu organizacyjnego igrzysk Yoshiro Mori ogłosił, że zostanie powołana do życia specjalna agencja, której zadaniem będzie monitorowanie dodatkowych wydatków. Pierwsze wyliczenia, dokonane przez analityków LearnBonds, którzy powołując się na badania Statista oraz Uniwersytetu Kansai, zakładają kwotę 5,8 mld dolarów amerykańskich.
Wciąż jest jednak mnóstwo niewiadomych, choćby koszty dublowania rezerwacji miejsc hotelowych, stworzenia na nowo wioski olimpijskiej czy biur prasowych. Dzisiaj nikt nie wie, jaki procent personelu przygotowanego do pracy przy obsłudze tegorocznych igrzysk trzeba będzie za rok rekrutować i szkolić od nowa. Dotyczy to nie tylko rzesz wolontariuszy, lecz także liczącej 3,5 tysiąca grupy pracowników zatrudniono na normalne umowy. Trzeba też będzie znaleźć dodatkowe 100 mln dolarów na dalsze działania marketingowe niezbędne do utrwalenia nowego terminu igrzysk. Komitet organizacyjny już oficjalnie daje do zrozumienia, że niektórzy ze sponsorów i partnerów igrzysk poważnie teraz rozważają już nie tylko renegocjacje zawartych umów, lecz nawet całkowite wycofanie się ze współpracy. A to mogą być kolejne miliardy, które zapewne przyjdzie poszukać w kieszeniach japońskich podatników.
Przeniesienie przez MKOl igrzysk będzie generowało też straty poza Japonią, bo przecież odwołanie zaplanowanych już na przyszły rok mistrzostw świata czy kontynentów w różnych dyscyplinach sportu też nie odbędzie się bez kosztów. Jedna decyzja MKOl wywołała efekt śnieżnej kuli, dlatego dzisiaj wszelkie wyliczenia strat wynikłych z przesunięcia igrzysk o rok nie będzie wiarygodne. Faktycznych kosztów zapewne nie poznamy nigdy.

Japonia fałszowała dane?

Gwałtowny wzrost liczby zarażonych koronawirusem w Japonii, jaki odnotowano po przełożeniu igrzysk w Tokio, wzbudził na świecie podejrzenie, iż wcześniej władze Japonii ukrywały prawdziwe dane o epidemii.

Do połowy marca Japonia uchodziła za kraj, który dobrze sobie radzi z pandemią. Jeśli były jakieś wątpliwości co do sensu rozegrania igrzysk w Tokio w pierwotnym terminie, czyli od 24 lipca do 9 sierpnia 2020, to dotyczyły raczej sytuacji w innych krajach, bardziej dotkniętych koronawirusem, bo rodziło to pytanie, czy Japonia zaryzykuje przyjęcie w lipcu gości ze świata. Premier Shinzo Abe mocno jednak zapewniał, że igrzyska w Japonii będą dla wszystkich bezpieczne.
Ostatecznie to jednak właśnie władze Japonii skłoniły działaczy MKOl do przełożenia imprezy na przyszły rok. I stała się rzecz dziwna, bo już nazajutrz po ogłoszeniu decyzji oficjalne japońskie statystyki zarażonych wirusem Covid-19 zaczęły ostro pikować w górę – tego dnia zanotowano najwyższy dzienny przyrost zakażonych, a gubernator Tokio Yuriko Koike zapowiedziała, że być może niezbędne będzie wprowadzenie ograniczeń w poruszaniu się po mieście i organizacji zgromadzeń.
Nic dziwnego, że teraz nie tylko sami Japończycy zastanawiają sie, czy przypadkiem premier Abe i jego rząd wcześniej ukrywały prawdę o rozwoju epidemii, żeby nie wystraszyć współorganizatorów igrzysk w Tokio i partnerów biznesowych. Wątpliwości podsycił jeszcze były premier Japonii Yukio Hatoyama, który na Twitterze napisał: „Liczbę zakażonych zaniżano, żeby przeprowadzić igrzyska, Tokio unikało obostrzeń pomagających kontrolować epidemię. I wirus się rozprzestrzenił. Dla was ważniejsze były igrzyska niż zdrowie i życie mieszkańców Tokio”.
Obecny premier, Shinzo Abe, odrzucił ten zarzut i zapewnił, że jego rząd nie zaniżał statystyk dotyczących epidemii. Jego zdaniem obecny wzrost zachorowań wynika z tego, że wirus rozprzestrzenił się z ognisk, których wcześniej nie wykryto, co oznacza, że „trzeba teraz przygotować się na długą bitwę”.

Za rok igrzyska zaczną się 23 lipca

Międzynarodowy Komitet Olimpijski, Komitet Organizacyjny Tokio 2020, Rząd Metropolitarny Tokio i Rząd Japonii uzgodniły wspólnie nowy termin Igrzysk XXXII Olimpiady w Tokio. Rozpoczną się one 23 lipca 2021 roku i potrwają do 8 sierpnia. Natomiast igrzyska paraolimpijskie odbędą się w dniach 24 sierpnia – 5 września.

Jak już powszechnie wiadomo, igrzyska w pierwotnie zaplanowanym terminie 24 lipca – 9 sierpnia 2020 roku zostały przełożone na przyszły rok z powodu pandemii koronawirusa. Po konsultacjach prowadzonych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski z komitetem organizacyjnym Tokio 2020, władzami miejskimi Tokio oraz rządem Japonii podjęto decyzję, że za rok igrzyska odbędą się w dniach 23 lipca – 8 sierpnia. Przełożenie daty igrzysk to wydarzenie bez precedensu w 124-letniej historii nowożytnego olimpizmu.
Japonia w organizację imprezy zainwestowała już 13 miliardów dolarów. Szacuje się, że roczny poślizg będzie kosztował ten kraj dodatkowe trzy miliardy dolarów. Ale wedle miejscowych mediów Japończycy nie mają prawa narzekać, bo przecież sami zabiegali o organizację igrzysk, nie zawsze zresztą w uczciwy sposób. Sekret ten wyjawił Haruyuki Takahashi, były już dyrektor agencji reklamowej Dentsu Inc, który przyznał, że zapłacono mu 8,2 miliona dolarów za skuteczne lobbowanie w MKOl za kandydaturą Tokio. Jego stałym „klientem” był niesławnej pamięci afrykański działacz Lamine Diack, były prezydent światowej federacji lekkoatletycznej, wyrzucony na margines sportu za korupcję i tuszowanie afer dopingowych. Takahashi twierdzi, że także innych wręczał cenne prezenty, czym zapewnił poparcie dla olimpijskiej kandydatury stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni. W nagrodę został później członkiem zarządu komitetu organizacyjnego igrzysk.
MKOl w oficjalnym komunikacie wyjaśnił, że na decyzję o nowym terminie wpłynęły trzy czynniki: konieczność ochrony zdrowia sportowców i wszystkich zaangażowanych w igrzyska osób, konieczność ochrony interesów sportu olimpijskiego oraz potrzeba dopasowania się do uwzględnienie globalnego kalendarza sportowego. „Nowy termin daje wszystkim zaangażowanym w organizację igrzysk maksymalny czas na poradzenie sobie z ciągle zmieniającą się sytuacją oraz zakłóceniami powodowanymi pandemią koronawirusa. Jestem przekonany, że wspólnie ze wszystkimi interesariuszami możemy sprostać temu bezprecedensowemu wyzwaniu. Ludzkość znajduje się obecnie w ciemnym tunelu. Igrzyska Olimpijskie Tokio 2021 mogą być światłem na końcu tego tunelu” – stwierdził przewodniczący MKOl Thomas Bach. W komunikacie potwierdzono też oficjalnie, że wszyscy sportowcy, którzy uzyskali już kwalifikacje olimpijskie, będą mogli na ich podstawie wystartować w igrzyskach także za rok.
Czas trwania zmagań olimpijczyków nie ulegnie zmianie i także za rok potrwa planowane dwa i pół tygodnia. Szesnaście dni później na tych samych arenach wystąpią uczestnicy paraolimpiady.
Decyzja MKOl wymusi poważne korekty w przyszłorocznym kalendarzu sportowym. Pierwszą „ofiarą” nowego terminu igrzysk jest światowa federacja lekkoatletyczna (World Athletics), która w 2021 roku zaplanowała w dniach 6-15 sierpnia mistrzostwa świata w Eugene. Ponieważ światowy czempionat będzie teraz kolidował z igrzyskami, został przez lekkoatletyczne władze przełożony na 2022 rok. „Wspieramy działania Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, by igrzyska w 2021 roku odbyły się w dniach 23 lipca – 8 sierpnia 2021. To daje naszym sportowcom czas, by wrócili do treningów i ze spokojem przygotowali się do najważniejszej dla nich imprezy” – napisano w oficjalnym komunikacie opublikowanym przez World Athletics. „Podjęliśmy już rozmowy z organizatorami mistrzostw świata w Eugene, by ustalić nowy termin tej imprezy w 2022 roku. Dyskutujemy także z organizatorami Igrzysk Wspólnoty Brytyjskiej, a także z European Athletics, bo wiemy, że te instytucje także mają w 2022 roku zaplanowane własne imprezy” – napisano w oświadczeniu World Athletics. Z podobnymi kłopotami przyjdzie się też zmierzyć wielu innym sportowym organizacjom, które miały w przyszłorocznym kalendarzu zaplanowane imprezy w swoich dyscyplinach sportu.

Szukają nowego terminu dla igrzysk

Nowy termin igrzysk w Tokio ma zostać ustalony w ciągu najbliższych czterech tygodni i prawdopodobnie będzie to przełom lipca i sierpnia przyszłego roku.

Tak informację podała japońska gazeta „Yomiuri Shimbun”, powołując się na szefa Komisji Koordynacyjnej MKOl Johna Coatesa. Ten scenariusz jest jednak możliwy tylko pod warunkiem, że przesunięte zostaną mistrzostwa świata w pływaniu (16 lipca – 1 sierpnia w Fukuoce) oraz lekkiej atletyce (6-15 sierpnia w Eugene). Kierujący World Athletics Sebastian Coe już wcześniej stwierdził, że w razie konieczności jest możliwe przesunięcie mistrzostw na 2022 rok.
MKOl decyzję o przełożeniu igrzysk na 2021 rok podjął we wtorek. To wydarzeniem bez precedensu w historii ruchu olimpijskiego. W przeszłości tę największą imprezę sportową odwołano w latach 1916, 1940 i 1944 z powodu I i II wojny światowej, ale nigdy wcześniej nie zmieniono jej daty. Pierwotnie igrzyska w Tokio miały się odbyć w dniach 24 lipca – 9 sierpnia 2020 roku, ale pandemia koronawirusa storpedowała praktycznie wszystkie poprzedzające je zawody sportowe, w tym część kwalifikacji olimpijskich.

Igrzyska też odwołali

Międzynarodowy Komitet Olimpijski uległ rosnącej presji i z powodu pandemii koronawirusa także przełożył zaplanowane na przełomie lipca i sierpnia igrzyska w Tokio. Wcześniej udział swoich reprezentacji odwołały już Kanada i Australia, a taką samą decyzję rozważała większość narodowych komitetów, z PKOl włącznie.

Kanadyjski Komitet Olimpijski oraz Kanadyjski Komitet Paraolimpijski jako pierwsze podjęły decyzję, iż z powodu pandemii koronawirusa nie wyślą w tym roku swoich sportowców na igrzyska olimpijskie i paraolimpijskie w Tokio. Kanadyjczycy postulują przeniesienie imprezy na przyszły rok. Po nich taką samą decyzję podjęli też Australijczycy. Ich narodowy komitet olimpijski zalecił swoim sportowcom podjęcie przygotowań do startu w igrzyskach w 2021 roku. O przełożenie terminu igrzysk w Tokio apeluje też wiele innych narodowych komitetów olimpijskich, w tym PKOl.
Igrzyska w Tokio pierwotnie miały się odbyć w dniach 24 lipca – 9 sierpnia tego roku. Rozwój pandemii koronawirusa spowodował, że dotrzymanie tego terminu, mimo zapewnień ze strony organizatorów, że zrobią wszystko aby zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom i kibicom, w tej chwili nierealne.
Nawet nie ma gdzie trenować
Także dlatego, że z powodu nakładanych przez władze poszczególnych krajów zakazy i ograniczenia sportowcy nie mają gdzie trenować, nie mówiąc o uczestnictwie z zawodach kwalifikacyjnych, co jest o tyle istotne, że do obsadzenia tą drogą pozostało jeszcze ponad 40 procent olimpijskich nominacji.
Przewodniczący MKOl Thomas Bach jeszcze kilka dni temu zapewniał, że igrzyska odbędą się w ustalonym terminie, spadła jednak na niego taka ogromna lawina krytyki, że nikt więcej z członków komitetu wykonawczego nie odważył się powtórzyć tego zapewnienia. Wręcz odwrotnie, w oficjalnym komunikacie MKOl podał, iż decyzję w tej kwestii podejmie w ciągu najbliższych czterech tygodni. Ale w mediach pojawiły się przecieki, że tak naprawdę decyzja o przeniesieniu igrzysk już zapadła, a dyskusja toczyła się jedynie nad wyborem nowego terminu imprezy. Rozpatrywane były ponoć trzy warianty.
Wariant 1: jesień 2020
Przeniesienie igrzysk na jesień tego roku miałoby nawet historyczne uzasadnienie, bowiem poprzednie igrzyska w Tokio, zorganizowane w 1964 roku, odbyły się w październiku. Poza tym pozwoliłoby utrzymać czteroletni cykl olimpijski, a sportowcy nie musieliby obawiać się panujących zwykle latem w stolicy Japonii upałów i wysokiej wilgotności powietrza. Na przełomie lipca i sierpnia przeciętna temperatura w Tokio wynosi30-35 stopni, jesienią natomiast średnia temperatura spada do poziomu 20-25 stopni. Dla wielu dyscyplin sportu jesienna data nie koliduje z innymi imprezami. Możliwe byłoby utrzymanie wywalczonych już kwalifikacji olimpijskich oraz rozegranie przełożonych zawodów kwalifikacyjnych. Dla Japończyków takie rozwiązanie byłoby zbawienne, bo ograniczyłoby ich straty ekonomiczne. Nie trzeba by było np. tworzyć nowej wioski olimpijskiej, w której mieszkania są juz sprzedane. Nabywcy musieliby jedynie o kilka miesięcy opóźnić zasiedlenie lokali. Problemy mogłyby sprawić jednak zdarzające się jesienią kaprysy pogodowe, jak choćby tajfuny, które zakłóciły rozgrywany o tej porze roku w Japonii ubiegłoroczny Puchar Świata w rugby czy też kwalifikacje do wyścigu Formuły 1 na torze Suzuka.
To są jednak drobne problemy w porównaniu z zagrożeniem, jakie także w jesiennym terminie niesie pandemia koronawirusa. Zdaniem niemieckich wirusologów w tym roku możemy zapomnieć o imprezach sportowych z udziałem publiczności. W ich opinii kibice będą mogli wrócić na stadiony dopiero w 2021 roku, przynajmniej w ograniczonej liczbie.
„Nie ma lepszego środowiska do rozwoju wirusa, niż właśnie widownie wielkich sportowych wydarzeń. A wygaśnięcie epidemii nastąpi dopiero za kilka miesięcy, a teraz wciąż jesteśmy w bardzo zaawansowanej fazie wzrostu zachorowań” – przekonuje na łamach „Sterna” wirusolog dr Alexander Kekule.
Wariant 2: lipiec 2021
Przeniesienie igrzysk na lato przyszłego roku spowoduje mnóstwo perturbacji w sportowym kalendarzu. W 2021 roku zaplanowane są m.in. mistrzostwa świata w lekkiej atletyce (Eugene – USA, 6-15 sierpnia) i pływaniu (Fukuoka – Japonia, 16 lipca – 1 sierpnia), ale także w wioślarstwie i kajakarstwie. MKOl na razie negocjuje z federacjami, ale już wiadomo, że nie będą to łatwe rozmowy, bo każda federacja ma swoich sponsorów i każda impreza rangi mistrzostw świata czy kontynentu także. Przesunięcie o rok igrzysk rozwali też system kwalifikacji olimpijskich, w większości dyscyplin trzeba by było przeprowadzić je od nowa.
Dla organizatorów problemem będzie stworzenie nowej wioski olimpijskiej dla 11 tysięcy sportowców i renegocjacja umów o rezerwacjach hoteli dla działaczy, sportowców, sztabów olimpijskich, dziennikarzy, kibiców.
Wariant 3: lato 2022
Ten termin też jest rozważany, chociaż wydaje się najbardziej abstrakcyjny. Gdyby MKOl na to się zdecydował, po raz pierwszy od 1992 roku letnie i zimowe igrzyska obyłyby się w tym samym roku. Wtedy gospodarzami były Albertville i Barcelona, teraz są nimi Pekin i Tokio. Ale to ryzykowne posunięcie. MKOl w tym roku ma zaplanowane Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Dakarze. Największym problem przełożenia igrzysk o dwa lata byłby jednak przekreślenie szans na ostatni olimpijski start zaawansowanych wiekowo sportowców. w polskiej reprezentacji wśród poszkodowanych znalazłaby się m.in. Anita Włodarczyk, dwukrotna złota medalistka olimpijska w rzucie młotem, aktualna rekordzistka świata i wielka faworytka zawodów w Tokio. Za dwa lata polska młociarka będzie jednak miała 37 lat i nawet jeśli dotrwa do tego czasu jako czynna zawodniczka, jej szanse na trzeci złoty medal niepomiernie zmaleją.
Dla Japończyków ten wariant jest jednak nie do przyjęcia ze względu na koszty. Dlatego ostatecznie przystali na wariant drugi, czyli przełożenie igrzysk na lato 2021 roku. W miniony wtorek poinformował o tym w oficjalnym komunikacie premier Japonii Shinzo Abe.

MKOl nadal lekceważy pandemię

Koronawirus kompletnie sparaliżował światowy sport i co najgorsze, nie sposób dzisiaj przewidzieć, jak długo ten paraliż jeszcze potrwa. Wiarę, że nastąpi to najbliższym czasie, straciła nawet UEFA i przeniosła na następny rok zaplanowane na czerwiec mistrzostwa Europy. Podobnie postąpiła południowoamerykańska federacja z mającym się odbyć w tym samym czasie co Euro 2020 turniejem Copa America. Tylko Międzynarodowy Komitet Olimpijski jeszcze lekceważy pandemię koronowirusa i twardo utrzymuje stanowisko, że letnie igrzyska w Tokio rozpoczną się zgodnie z planem 24 lipca tego roku.

Igrzyska to bez wątpienia największa sportowa impreza na świecie. Wielu ludzi przygotowuje się do niej latami i nie są to tylko sportowcy, ale też pracownicy wielu gałęzi gospodarki. Już wyliczono, że jeśli igrzyska nie odbędą się w tym roku, japońska gospodarka odnotuje straty na poziomie około 75 miliardów dolarów, co daje 1,4 procent PKB. Analitycy bankowi alarmują, że ewentualne odwołanie olimpijskich zmagań uderzy nie tylko w gospodarkę i system finansowy Japonii, lecz będzie miało zasięg ogólnoświatowy. Tylko amerykańskie medialne konsorcjum NBC/Universal straci wpływy z pozyskanych już reklam szacowane na rekordową kwotę 1,25 mld dolarów. Dlatego MKOl usiłuje odwlec decyzję w nadzieli, że może do maja epidemia zostanie opanowana i sportowe życie zacznie wracać do normy. Euro 2020 trzeba było przełożyć, bo już w marcu przekroczono granicę za którą nie było już możliwości profesjonalnego zorganizowania tej imprezy, także w wymiarze sportowym.
MKOl może sobie pozwolić na wyczekiwanie, bo termin igrzysk jest późniejszy. Ceną jednak są trudne do przewidzenia straty wizerunkowe. Zapewnianie, że wszystko jest w porządku jest teraz powszechnie odbierane jako przejaw lekceważenia pandemii i bezwzględnie piętnowane.
Przekonał się o tym dobitnie przewodniczący MKOl Thomas Bach, na którego spadła potężna fala krytyki za wypowiedź jakiej udzielił w ubiegłym tygodniu podczas ceremonii zapalenia znicza olimpijskiego. Sternik światowego ruchu olimpijskiego zapewniał, że igrzyska odbędą się zgodnie z planem i zachęcał sportowców do udziału w zaplanowanych do czerwca kwalifikacjach.”Jesteśmy w pełni zaangażowani w przygotowania do igrzysk, które na pewno odbędą się w zaplanowanym terminie, dlatego zachęcam sportowców do kontynuowania przygotowań olimpijskich oraz do uczestnictwa w kwalifikacjach”.
Nie ma jak dokończyć kwalifikacji
Słowa zachęty wypowiedziane przez Bacha zabrzmiały idiotycznie w sytuacji, gdy koronawirus wciąż rozprzestrzenia się po świecie, a kolejne kraje wprowadzają na swoich terytoriach stany wyjątkowe. Już tylko z tego powodu uczestniczenie w kwalifikacjach olimpijskich jest w wielu dyscyplinach sportu mocno utrudnione, a organizujące je federacje ze względu na zagrożenie epidemiologiczne przesuwają je na coraz późniejsze terminy. Oto kilka przykładów: w baseballu pewne występu w Tokio są ekipy Izraela, Meksyku, Korei Południowej i Japonii. Pozostałe do obsadzenia miejsca miał zająć zwycięzca kwalifikacji obu Ameryk rozgrywanych w Arizonie (turniej przełożono z marca na nieustalony dotąd termin) oraz najlepsza ekipa z turnieju interkontynentalnego na Tajwanie, który miał się odbyć w kwietniu, ale przesunięto go na czerwiec. W boksie odwołano kwalifikacje olimpijskie obu Ameryk zaplanowane na 26 marca w Buenos Aires, a nowej daty dotąd nie ustalono. Wątpliwe jest przeprowadzenie 13 maja turnieju interkontynentalnego ostatniej szansy w Paryżu. W szermierce przepustkę olimpijską można wywalczyć na podstawie rankingu z 4 kwietnia, ale światowej władze zawiesiły na 30 dni wszystkie międzynarodowe zawody i nie wiadomo, jak zostanie to rozwiązane. W piłce ręcznej w marcu miały się odbyć trzy turnieje kwalifikacyjne mężczyzn (w Norwegii, Francji i Niemczech) i kobiet (w Hiszpanii, Czarnogórze i na Węgrzech). Wszystkie zostały odwołane i przeniesione na czerwiec. W judo światowa federacja odwołała wszystkie kwalifikacje olimpijskie do 30 kwietnia, podobnie postąpiła federacja wioślarska, która europejskie kwalifikacje miała zaplanowane w dniach 27-29 kwietnia we włoskiej Varese. Trwają poszukiwania nowej lokalizacji zawodów.
Gwoli przypomnienia – igrzyska w Tokio zgodnie z planem mają się rozpocząć 24 lipca i potrwać do 9 sierpnia. Jeśli ten termin ma być dotrzymany, lista startowa powinna być w całości gotowa najpóźniej do końca czerwca, co w tej chwili nie jest już takie pewne. Z oczywistego powodu – sport w tym momencie schodzi na dalszy plan, także dla samych sportowców, którzy w publicznych wypowiedziach podkreślają, że także dla nich najważniejsze jest zdrowie.
W Polsce też nie ma gdzie trenować
Poza tym wprowadzane przez krajowe rządy obostrzenia odbierają możliwość uczestnictwa w treningach, bo zamykane są praktycznie wszystkie obiekty sportowe. W Polsce w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa i w trosce o bezpieczeństwo publiczne podjęto decyzję o decentralizacji szkolenia sportowego i zamknięciu do końca marca m.in. ośrodków przygotowań olimpijskich w Spale, Władysławowie, Giżycku, Wałczu, Szczyrku i Zakopanem. „W tej chwili coś takiego, jak system szkolenia przestał u nas istnieć” – przyznaje dyrektor sportowy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Krzysztof Kęcki. Nie da się też wysłać sportowców gdzieś za granicę, bo niemal w całej Europie obowiązują już podobne zakazy treningów. Z tego zresztą powodu ministerstwo sportu wielu zawodników musiało ściągnąć do kraju, a taki powrót oznacza obowiązek poddania się kwarantannie, co wyłącza z treningów na co najmniej dwa tygodnie.
Te utrudnienia implikują kolejny problem, o jakim pewnie Thomas Bach nawet nie myśli. Wielu sportowców, zwłaszcza z Europy, nie zdoła się w tych trudnych warunkach należycie przygotować do olimpijskiego startu, a warto pamiętać, że w lipcu i sierpniu w Japonii panują wysokie temperatury. Z tego powodu nie będą to sprawiedliwe igrzyska, więc może lepiej żeby je przeniesiono na przyszły rok. Świat na pewno to wytrzyma. A kto wie, może wszyscy przy okazji uświadomimy sobie, że sport to jednak tylko zabawa, a nie wypada się bawić, gdy tylu ludzi umarło, umiera i jeszcze pewnie umrze.