Wybrany w I turze

Boliwijski Trybunał Wyborczy ogłosił w piątek ostateczne wyniki wyborów z zeszłej niedzieli, kontestowane przez imperium amerykańskie już od poniedziałku: dotychczasowy, lewicowy prezydent Evo Morales uzyskał 47,08 proc. głosów, a jego przeciwnik, proamerykański neoliberał Carlos Mesa 36,51 proc. Różnica wynosi ponad 10 proc., co oznacza zwycięstwo Moralesa w pierwszej turze, zgodnie z boliwijskim prawem wyborczym. Waszyngton nie może się z tym pogodzić.

Sam Morales nie miał nic przeciw drugiej turze, której – bez względu na wynik wyborów – domagają się Stany Zjednoczone, bazowany w Waszyngtonie zespół satelitów amerykańskich (OPA – Organizacja Państw Amerykańskich) oraz Unia Europejska, która prowadzi właśnie z USA negocjacje na temat ceł towarowych i chce zapewnić sobie przychylność Donalda Trumpa. Sygnał do przewrotu dał w poniedziałek Michael Kozak, amerykański sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej – zwolennicy Carlosa Mesy spalili odtąd pięć komisji wyborczych i gwałtownie manifestują, głównie w dwóch dużych miastach – La Paz i Santa Cruz. To drugie, najbogatsze w kraju, jest bastionem białej, neoliberalnej opozycji. Dwa główne powody amerykańskiej interwencji mają charakter polityczno-gospodarczy: po pierwsze, Amerykanie prowadzą polityczną ofensywę mającą z powrotem podporządkować im cały kontynent poprzez likwidację nielicznych już lewicowych rządów; po drugie Boliwia nie zgadza się na prywatyzację swoich znacznych złoży litu, niezbędnego do produkcji baterii telefonów komórkowych i innych urządzeń. Tę prywatyzację miał zapewnić Carlos Mesa, co zapewniłoby oficjalny rabunek. Boliwia, zamiast masowo eksportować sam surowiec, zaczęła produkować samochody elektryczne, w ramach walki o lepsze środowisko naturalne.
W związku z tym Amerykanie rozpoczęli kampanię propagandową, którą powoli przejmują w Europie natowskie media: według tej koncepcji, to nie proamerykański, neofaszystowski neoliberał, prezydent Brazylii Jair Bolsonaro, jest winny pożarom w Amazonii, lecz władze boliwijskie, co ma znaczyć, że są anty-ekologiczne. Tymczasem Boliwia pozostaje wzorem w przestrzeganiu światowego porozumienia paryskiego: program jest kontynuowany i w 2030 r. aż 79 proc. energii będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych.
Carlos Mesa był już prezydentem Boliwii, lecz musiał podać się do dymisji w wyniku protestów ludowych. Boliwijczycy pierwszy raz wybrali Moralesa w 2006 r., by skończyć z neoliberalizmem, który zamykał kraj w niedorozwoju i gospodarczej stagnacji. Likwidacja biedy jest spektakularna – z 48 proc. spadła do 24 proc., a gospodarcza aktywność państwa dała krajowi stały wzrost PKB. Za sześć lat Boliwia powinna być w 100 proc. samowystarczalna żywnościowo, dzięki rozwojowi rolnictwa.
Dziś Mesa jest forsowany przez Amerykanów na „drugiego Guaido”, który został przez nich mianowany na „prezydenta” Wenezueli. Rząd boliwijski zwrócił się do OPA, by przeprowadziła pełny audyt wyborów, lecz teraz Amerykanie chcą, by Morales – pierwszy indiański prezydent Boliwii – nie został zaprzysiężony, dopóki ten audyt się nie skończy, co może trwać rok lub dłużej. Jego kolejne wyborcze zwycięstwo podniesie morale południowoamerykańskiej lewicy, do czego Amerykanie nie chcą dopuścić.

USA kwestionują rezultat wyborów prezydenckichw Boliwii

„Stany Zjednoczone odrzucają próbę pogwałcenia boliwijskiej demokracji przez trybunał wyborczy poprzez opóźnienie liczenia głosów” – oświadczył wczoraj sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej Michael Kozak, co stało się sygnałem do gwałtownych protestów przeciw ponownemu wyborowi dotychczasowego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. W Sucre, które jest konstytucyjną stolicą Boliwii, podłożono ogień pod siedzibę trybunału.

Do starć z policją doszło w kilku innych miastach, m.in. w La Paz i Potosi. Manifestanci skandowali „Oszustwo!” po podaniu przez trybunał kolejnych częściowych wyników niedzielnych wyborów prezydenckich. Po podliczeniu 95,3 proc. głosów ich zwycięzcą byłby Evo Morales, gdyż jego wynik – 46,87 proc. pozwoliłby mu uniknąć drugiej tury, w której miałby zmierzyć się ze swym popieranym przez Amerykanów konkurentem Carlosem Mesą.
Boliwijskie prawo wyborcze pozwala uniknąć drugiej tury, jeśli kandydat uzyskał większość absolutną lub zdobył ponad 40 proc. głosów z przewagą ponad 10 proc. nad następnym kandydatem. Mesa zdobył na razie 36,73 proc., co daje Moralesowi przewagę 10, 14 proc.
Mesa nie uznaje tych częściowych wyników. To on wezwał do „obywatelskiej mobilizacji” do czasu ogłoszenia wyników końcowych. „Jeśli kraj pogrąży się w wojnie domowej, będzie to wina rządu” – ogłosił Waldo Albarracin, szef opozycyjnego Narodowego Komitetu Obrony Demokracji, który dostał w nos w czasie manifestacji w La Paz (największego miasta kraju). Morales z kolei mówił wcześniej, że „jest spokojny” w związku z wynikami napływającymi ze wsi. Prowincja tradycyjnie go popiera, co daje mu kontestowaną przewagę.
Część Boliwijczyków nie jest zadowolona z jego kandydatury, gdyż w lutym 2016 r. referendum odrzuciło możliwość jego czwartego startu w wyborach (rządzi od 2006 r.). Opozycja twierdzi, że kraj stanie się autokracją, jeśli Morales znowu wygra. Sytuacja stała się bardzo napięta, wszyscy czekają na ostateczne wyniki.

Pora na Moralesa?

W najbliższą niedzielę odbędą się w Boliwii wybory prezydenckie, w których zdecydowanym faworytem jest według sondaży dotychczasowy prezydent Evo Morales. Nad krajem zbierają się jednak czarne chmury. W wywiadzie dla prywatnej telewizji Gigavision Morales powiedział, że jeśli wygra, może dojść do zamachu stanu.

Mówił, że dysponuje nagraniami dowodzącymi, że szykuje się spisek prawicowej opozycji i byłych wojskowych, za którymi stoi imperium amerykańskie. Pierwszy indiański prezydent Boliwii, bliski Kubie i Wenezueli, może wygrać wybory już w pierwszej turze. Jego głównym rywalem jest b. prezydent Carlos Mesa, ostatni przed epoką Moralesa.
W czasie wizyty papieża Franciszka prezydent Boliwii podarował Franciszkowi sierp i młot z Jezusem, flickr
Trzy lata temu doszło do referendum, w którym Boliwijczycy odrzucili możliwość czwartej kadencji prezydenta, a jednak chcą głosować na Moralesa, który nieprzerwanie rządzi od 2006 r. Ma dobry bilans ekonomiczny: Boliwia pomnożyła swój PKB przez trzy i a przez dwa podzieliła wskaźnik biedy.
Jego dyskurs nie zmienia się od lat: antyimperializm, obrona „matki Ziemi”, walka z biedą i ochrona praw Indian. Jego zarządzanie było jednak pragmatyczne: wykorzystał nacjonalizację źródeł paliw, by rozpocząć poważne reformy społeczne i prowadzić politykę wielkich inwestycji publicznych. Dla jednych to autokrata, bo nie uszanował wyniku referendum, dla drugich wielki reformator społeczny kraju, który dużo ucierpiał od proamerykańskich dyktatur wojskowych i dyskryminacji Indian.