Zgrany duet socjalistów

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto. Ale ten zaufany człowiek Evo Moralesa, wcześniej przez wiele lat minister gospodarki w jego rządach, zdaje się rozumieć, że o wyniku tych wyborów wcale nie musi zadecydować większość głosów. Nie po to prawica organizowała w listopadzie zamach stanu.

Ruch na rzecz Socjalizmu (MAS) długo typował swojego przedstawiciela, jednak ostateczny wybór wydaje się trafiony – Luisa Arce nie sposób nazwać ani politykiem niedoświadczonym, ani nieznającym problemów i realiów Boliwii (w tym bezwzględności tutejszej prawicy), ani nazbyt ugodowym. Wręcz przeciwnie: wskazany 21 stycznia polityk to postać symboliczna.
Kredyt wiarygodności
Ministrem gospodarki był w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do końca w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia. To właśnie on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów XXI w.
Już w pierwszym roku sprawowania przez niego obowiązków Boliwia upaństwowiła sektory naftowy i gazowy, co było jedną z kluczowych obietnic Evo Moralesa w jego pierwszej kampanii wyborczej i dało mu kredyt wiarygodności i zaufania na kolejne lata.
Kredyt, który został spłacony. W 2012 r. rząd Boliwii znacjonalizował prywatne firmy energetyczne, zapewniając największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii elektrycznej. Ostatecznie zaś w ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Bezrobocie spadło do rekordowego poziomu 4,4 proc.
Cud boliwijski
To, jaki wkład w te wyniki miał Arce, docenił nawet „Wall Street Journal”, pisząc w 2014 r., przy okazji trzeciej kampanii wyborczej boliwijskiego prezydenta, że gros popularności Evo zawdzięcza swojemu głównemu ekspertowi od ekonomii. Boliwijska „La Diaria” nazywa go wprost współautorem boliwijskiego cudu gospodarczego.
Warto w tym miejscu dodać, że Arce nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstaw buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa, a ze wspomnianym „WSJ” rozmawiał bez kompleksów.
– My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy – oznajmił w wywiadzie w 2014 r., nie troszcząc się o zmiękczanie przekazu pod liberalnego rozmówcę.
Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe.
Biały z miasta
A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie, na działaniach których korzystali wyłącznie najbogatsi. Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi.
Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Chłopski przywódca Alvaro Molinedo nie zawahał się nawet mówić o „zdradzie”, do jakiej doszło w łonie MAS, gdy partia wskazała jako kandydata Luisa Arce zamiast Choquehuanki.
To ten ostatni uzyskał oficjalne wsparcie na wielkim zgromadzeniu przedstawicieli organizacji społecznych z siedmiu regionów kraju. Evo Morales z azylu w Buenos Aires stara się, jak może, tonować nastroje.
Potencjalne kontrowersje
– Wybraliśmy Luisa Arce, gdyż sprawy gospodarcze będą kluczowe w programie MAS – tłumaczył 20 stycznia. Dodawał także, że nie ma mowy o marginalizowaniu ruchów chłopskich, a na Twitterze pisał, że tak skomponowany duet prezydenta i wiceprezydenta to łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa.
Gasić potencjalne kontrowersje pospieszył również sam kandydat na wiceprezydenta, który 23 stycznia wyraził publicznie uznanie dla osiągnięć Arce i zdementował pogłoski, jakoby czuł się odsunięty.
Gdyby kluczowe w programie i w kampanii były sprawy gospodarcze, wówczas ten sojusz robotniczo-chłopski po boliwijsku faktycznie szedłby pewnie po zwycięstwo. Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Sondaż Taxi Noticias, cytowany w materiale wenezuelskiej TeleSur, daje MAS niemal fantastyczny wynik 75 proc. w wyborach parlamentarnych.
Czystka zwolenników
Ale sam Luis Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: po wylądowaniu w El Alto przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny i transparentny.
Sam „rząd” nie pozostawia w tym zakresie wielu wątpliwości. Nie chodzi już tylko o czystkę zwolenników Evo Moralesa w aparacie państwowym czy „zaginięcia” liderów związkowych, wiejskich i indiańskich.
Ani o to, że Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież w kraju po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Z tym jednak, że Arce, „z przyzwoitości”, powinien prowadzić swoją kampanię… cicho i dyskretnie.
Realia wspierane przez Amerykanów
W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Niektórzy prawicowcy nie byli zresztą tak subtelni. Rafael Quispe, postawiony przez Jeanine Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych, głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem.
Potem zaś kandydat MAS powinien trafić do aresztu i oczywiście zostać wykreślony z listy potencjalnych prezydentów. Metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.
Ironiczna bezczelność
Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwość, ale prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych.
Wyjątkowa ironia, zważywszy na wkład MAS w wyciąganie Indian z nędzy, ale i wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, gdy wiadomość o ściganiu Luisa Arce pada kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.
Charyzma symbolu
Gdy w Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę.
Boliwijscy socjaliści mają ikonę, Moralesa, w relatywnie bezpiecznej Argentynie, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników.
Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział 28 stycznia, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Brzmiał przekonująco. Wręcz porywająco.
Czy jednak boliwijska prawica pozwoli, by ktoś naprawdę znowu skutecznie porwał tłumy przeciwko niej?

Socjaliści przeciw dyktaturze

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto.

Luis Arce to postać symboliczna. Był ministrem gospodarki w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do jego obalenia przez skrajnie prawicowych puczystów w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia.

Cudotwórca

To on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów: upaństwowienie sektorów naftowego i gazowego oraz firm energetycznych, co zapewniło największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii. W ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Boliwijska „La Diaria” nazywa Arce współautorem cudu gospodarczego.

Minister nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstawach buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa. W wywiadzie z „Wall Street Journal” bez kompleksów oznajmił: – My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy.

Sojusz wsi i miasta

Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe. A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie.

Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi. Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Według Moralesa, kierującego MAS z azylu w Argentynie, para Arce-Choquehuanca to „łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa”.

Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają zdecydowaną socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Nawet 70 proc. obywatelek i obywateli Boliwii chce powrotu do władzy ludzi obalonego w listopadzie Moralesa!

Prawica nie cofnie się przed niczym

Ale Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny.
W Boliwii po puczu miała miejsce prawdziwa czystka wymierzona w zwolenników Evo Moralesa. Popierających MAS wyrzucono z państwowych posad, Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Były również przypadki siłowego rozpędzania demonstracji socjalistycznych i indiańskich oraz morderstw działaczy związkowych.

Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież według ich narracji w kraju właśnie po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Natychmiast jednak poradzili mu, by „z przyzwoitości” prowadził swoją kampanię… cicho i dyskretnie. W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Nie przebierał w słowach także Rafael Quispe, postawiony przez Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych. Prawicowy polityk głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem, a potem trafi do więzienia. Nietrudno dostrzec, że metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.

Oskarżenia wyssane z palca

Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwości czy kumoterstwie, ale Prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak za rządów Moralesa był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych i czy nie da się w nim znaleźć żadnych przekrętów. To wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, że wiadomość o ściganiu Luisa Arce padła kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.

W Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę. Boliwijscy socjaliści mają Moralesa na wygnaniu, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników. Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Determinacja socjalistów jest wielka.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.

Wybrany w I turze

Boliwijski Trybunał Wyborczy ogłosił w piątek ostateczne wyniki wyborów z zeszłej niedzieli, kontestowane przez imperium amerykańskie już od poniedziałku: dotychczasowy, lewicowy prezydent Evo Morales uzyskał 47,08 proc. głosów, a jego przeciwnik, proamerykański neoliberał Carlos Mesa 36,51 proc. Różnica wynosi ponad 10 proc., co oznacza zwycięstwo Moralesa w pierwszej turze, zgodnie z boliwijskim prawem wyborczym. Waszyngton nie może się z tym pogodzić.

Sam Morales nie miał nic przeciw drugiej turze, której – bez względu na wynik wyborów – domagają się Stany Zjednoczone, bazowany w Waszyngtonie zespół satelitów amerykańskich (OPA – Organizacja Państw Amerykańskich) oraz Unia Europejska, która prowadzi właśnie z USA negocjacje na temat ceł towarowych i chce zapewnić sobie przychylność Donalda Trumpa. Sygnał do przewrotu dał w poniedziałek Michael Kozak, amerykański sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej – zwolennicy Carlosa Mesy spalili odtąd pięć komisji wyborczych i gwałtownie manifestują, głównie w dwóch dużych miastach – La Paz i Santa Cruz. To drugie, najbogatsze w kraju, jest bastionem białej, neoliberalnej opozycji. Dwa główne powody amerykańskiej interwencji mają charakter polityczno-gospodarczy: po pierwsze, Amerykanie prowadzą polityczną ofensywę mającą z powrotem podporządkować im cały kontynent poprzez likwidację nielicznych już lewicowych rządów; po drugie Boliwia nie zgadza się na prywatyzację swoich znacznych złoży litu, niezbędnego do produkcji baterii telefonów komórkowych i innych urządzeń. Tę prywatyzację miał zapewnić Carlos Mesa, co zapewniłoby oficjalny rabunek. Boliwia, zamiast masowo eksportować sam surowiec, zaczęła produkować samochody elektryczne, w ramach walki o lepsze środowisko naturalne.
W związku z tym Amerykanie rozpoczęli kampanię propagandową, którą powoli przejmują w Europie natowskie media: według tej koncepcji, to nie proamerykański, neofaszystowski neoliberał, prezydent Brazylii Jair Bolsonaro, jest winny pożarom w Amazonii, lecz władze boliwijskie, co ma znaczyć, że są anty-ekologiczne. Tymczasem Boliwia pozostaje wzorem w przestrzeganiu światowego porozumienia paryskiego: program jest kontynuowany i w 2030 r. aż 79 proc. energii będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych.
Carlos Mesa był już prezydentem Boliwii, lecz musiał podać się do dymisji w wyniku protestów ludowych. Boliwijczycy pierwszy raz wybrali Moralesa w 2006 r., by skończyć z neoliberalizmem, który zamykał kraj w niedorozwoju i gospodarczej stagnacji. Likwidacja biedy jest spektakularna – z 48 proc. spadła do 24 proc., a gospodarcza aktywność państwa dała krajowi stały wzrost PKB. Za sześć lat Boliwia powinna być w 100 proc. samowystarczalna żywnościowo, dzięki rozwojowi rolnictwa.
Dziś Mesa jest forsowany przez Amerykanów na „drugiego Guaido”, który został przez nich mianowany na „prezydenta” Wenezueli. Rząd boliwijski zwrócił się do OPA, by przeprowadziła pełny audyt wyborów, lecz teraz Amerykanie chcą, by Morales – pierwszy indiański prezydent Boliwii – nie został zaprzysiężony, dopóki ten audyt się nie skończy, co może trwać rok lub dłużej. Jego kolejne wyborcze zwycięstwo podniesie morale południowoamerykańskiej lewicy, do czego Amerykanie nie chcą dopuścić.

USA kwestionują rezultat wyborów prezydenckichw Boliwii

„Stany Zjednoczone odrzucają próbę pogwałcenia boliwijskiej demokracji przez trybunał wyborczy poprzez opóźnienie liczenia głosów” – oświadczył wczoraj sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej Michael Kozak, co stało się sygnałem do gwałtownych protestów przeciw ponownemu wyborowi dotychczasowego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. W Sucre, które jest konstytucyjną stolicą Boliwii, podłożono ogień pod siedzibę trybunału.

Do starć z policją doszło w kilku innych miastach, m.in. w La Paz i Potosi. Manifestanci skandowali „Oszustwo!” po podaniu przez trybunał kolejnych częściowych wyników niedzielnych wyborów prezydenckich. Po podliczeniu 95,3 proc. głosów ich zwycięzcą byłby Evo Morales, gdyż jego wynik – 46,87 proc. pozwoliłby mu uniknąć drugiej tury, w której miałby zmierzyć się ze swym popieranym przez Amerykanów konkurentem Carlosem Mesą.
Boliwijskie prawo wyborcze pozwala uniknąć drugiej tury, jeśli kandydat uzyskał większość absolutną lub zdobył ponad 40 proc. głosów z przewagą ponad 10 proc. nad następnym kandydatem. Mesa zdobył na razie 36,73 proc., co daje Moralesowi przewagę 10, 14 proc.
Mesa nie uznaje tych częściowych wyników. To on wezwał do „obywatelskiej mobilizacji” do czasu ogłoszenia wyników końcowych. „Jeśli kraj pogrąży się w wojnie domowej, będzie to wina rządu” – ogłosił Waldo Albarracin, szef opozycyjnego Narodowego Komitetu Obrony Demokracji, który dostał w nos w czasie manifestacji w La Paz (największego miasta kraju). Morales z kolei mówił wcześniej, że „jest spokojny” w związku z wynikami napływającymi ze wsi. Prowincja tradycyjnie go popiera, co daje mu kontestowaną przewagę.
Część Boliwijczyków nie jest zadowolona z jego kandydatury, gdyż w lutym 2016 r. referendum odrzuciło możliwość jego czwartego startu w wyborach (rządzi od 2006 r.). Opozycja twierdzi, że kraj stanie się autokracją, jeśli Morales znowu wygra. Sytuacja stała się bardzo napięta, wszyscy czekają na ostateczne wyniki.

Pora na Moralesa?

W najbliższą niedzielę odbędą się w Boliwii wybory prezydenckie, w których zdecydowanym faworytem jest według sondaży dotychczasowy prezydent Evo Morales. Nad krajem zbierają się jednak czarne chmury. W wywiadzie dla prywatnej telewizji Gigavision Morales powiedział, że jeśli wygra, może dojść do zamachu stanu.

Mówił, że dysponuje nagraniami dowodzącymi, że szykuje się spisek prawicowej opozycji i byłych wojskowych, za którymi stoi imperium amerykańskie. Pierwszy indiański prezydent Boliwii, bliski Kubie i Wenezueli, może wygrać wybory już w pierwszej turze. Jego głównym rywalem jest b. prezydent Carlos Mesa, ostatni przed epoką Moralesa.
W czasie wizyty papieża Franciszka prezydent Boliwii podarował Franciszkowi sierp i młot z Jezusem, flickr
Trzy lata temu doszło do referendum, w którym Boliwijczycy odrzucili możliwość czwartej kadencji prezydenta, a jednak chcą głosować na Moralesa, który nieprzerwanie rządzi od 2006 r. Ma dobry bilans ekonomiczny: Boliwia pomnożyła swój PKB przez trzy i a przez dwa podzieliła wskaźnik biedy.
Jego dyskurs nie zmienia się od lat: antyimperializm, obrona „matki Ziemi”, walka z biedą i ochrona praw Indian. Jego zarządzanie było jednak pragmatyczne: wykorzystał nacjonalizację źródeł paliw, by rozpocząć poważne reformy społeczne i prowadzić politykę wielkich inwestycji publicznych. Dla jednych to autokrata, bo nie uszanował wyniku referendum, dla drugich wielki reformator społeczny kraju, który dużo ucierpiał od proamerykańskich dyktatur wojskowych i dyskryminacji Indian.