Nieznośna niezmienność relacji z Łukaszenką

Tekst, który przeleżał się w szufladzie 5 lat, pokazuje, że oficjalne podejście polskich rządów do reżimu i Białorusinów jest niezmienne. Co udowadnia rozmowa Stefana Płonickiego z prezesem opozycyjnej do Łukaszenki Fundacji Renesans.by – Andreiem Sumarem.

Jak się zostaje opozycjonistą na Białorusi?
Wystarczy powiedzieć oficjalnie co się myśli o władzy. To już pozycjonuje człowieka jako opozycjonistę, za coś takiego trafia się na „czarną listę”. Ja byłem na tyle naiwny, że sądziłem, że jak Konstytucja Białoruska daje możliwość wybierania i bycia wybranym do parlamentu, to mogę startować jako kandydat niezależny. Zwłaszcza, że byłem przekonany, że ludzie nie rozumieją, co naprawdę dzieje się w naszym kraju. Skończyło się na tym, że najpierw mnie parę razy zatrzymano, a dzień przed wyborami skreślono z list wyborczych.
W czasie kampanii wyborczej spotykałem się z ludźmi i opowiadałem co trzeba zmienić na Białorusi. Jako przykład sukcesu przemian zawsze podawałem Polskę. Teraz, gdy lepiej poznałem Polskę, już na pewno bym tego nie zrobił.
Nasi, niegdysiejsi opozycjoniści uwielbiają mówić o gehennie jaką przeszli. Niechże pan coś powie o własnej martyrologii.
W wyborach pomagało mi ok. 30 osób. Połowa to studenci, byli też przedsiębiorcy, emeryci i parę kasjerek sklepowych. I każdą z tych osób odwiedziło dwóch funkcjonariuszy białoruskiego KGB. Wypytywali co robimy i sugerowali, że są tysiące rzeczy ciekawszych niż branie udziału w kampanii wyborczej. Parę osób z tego powodu się wycofało, a kilka innych wyraźnie straciło zapał do pracy. Oczywiście represje reżimu nie ominęły mojej rodziny. Syn, który zawsze miał świetne oceny, nagle zaczął dostawać mierne. Żona zaczęła mieć problemy w pracy, a ja musiałem zrezygnować z działalności gospodarczej, bo poinformowano mnie, że mogę zacząć mieć problemy bo jak przyjdzie kilkanaście kontroli, to zawsze coś na mnie znajdą. Poza tym tuż po wyborach wmanewrowano mnie w sprawę fałszywych banknotów dolarowych. Milicjanci grzecznie uprzedzili mnie, że ich zdaniem jestem niewinny, ale gdybym przed zakończeniem śledztwa w tej sprawie znowu zaczął działać politycznie, to ze świadka, szybko stanę się podejrzanym. A sprawa wyglądała tak, że w kantorze tuż przede mną kobieta, której w życiu nie widziałem wymieniała 100 dolarów. Banknot był fałszywy i kasjerka wezwała milicję. Wtedy ta kobieta powiedziała, że dostała studolarówkę ode mnie. A na dodatek pojawiła się jeszcze inna kobieta, która też to widziała. Potem było zatrzymanie i przeszukanie mieszkania. Nawet teraz, gdy już od kilku miesięcy jestem w Polsce i ubiegam się o status uchodźcy, moja żona dostaje wezwania do zapłaty za rzeczy, które były zapłacone tak dawno, że śladu po pokwitowaniach nie miała. Wszystko to po to, żeby pokazać innym, że nie opłaca się być niechętnym reżimowi Łukaszenki.
Jest pan prezesem Fundacji Renesans.by. To pana formacja polityczna?
Gdy mnie skreślono w list wyborczych, mnóstwo ludzi było rozczarowanych tą sytuacją. Miałem mnóstwo wyrazów poparcia i postanowiłem coś z tym zrobić. Powstała organizacja licząca ok. 700 członków. Oczywiście organizacja ta nie mogła być zarejestrowana na Białorusi. Tam rejestrowaniem stowarzyszeń zajmuje się administracja, a nie sądy jak u was. W Łukaszystowskiej administracji nie mamy szans. Te 700 osób dało nam deklaracje z własnymi danymi i podpisami. Archiwum z tymi papierami jest najściślej chronioną przed władzą tajemnicą Renesansu. Zarejestrowaliśmy się w Polsce, a to dlatego, że na Białorusi jest przepis, że za wypowiadanie się w imieniu organizacji nie mającej tożsamości prawnej można dostać 2 lata więzienia.
Z powodu tego, że zostałem zneutralizowany przez władzę aferą z fałszywymi dolarami, ograniczaliśmy się tylko do kolportowania ulotek. Rozpędu nabraliśmy dopiero, gdy odkryliśmy aferę związaną z wydawaniem wiz przez polskie konsulaty. Początkowo ludzie sądzili, że trudności z uzyskiwaniem polskich wiz to sprawa nowej ekipy w konsulatach, że przyszli jacyś idioci i wedle ich humoru zamiast na rok można dostawać wizy na miesiąc albo trzy miesiące. Potem zaś doszło do tego, że normalną drogą uzyskanie polskiej wizy było prawie niemożliwe. Trzeba było ją załatwiać przez pośredników, którzy winszowali sobie za to 100-150 euro. Ludzie z Renesansu przyjrzeli się tej sprawie i wyliczyli, że cały ten wizowy biznes generuje przychody ponad 50 milionów euro rocznie. Większość, z tych pieniędzy zaś trafia do pracowników polskich placówek konsularnych.
Ale odkrycie przekrętu wizowego ma mało wspólnego z obalaniem reżimu Łukaszenki.
Tak, ale wizy były tą sprawą, którą mnóstwo członków Renesansu się zainteresowało. Zależało im, żeby tę sprawę załatwić. No i zacząłem występować w niezależnych mediach i działać na rzecz zakończenia tego korupcyjnego procederu. Oczywiście pisałem też do władz polskich i białoruskich w tej sprawie. Wszystko bez efektu.
Czy Renesans korzystał kiedyś z finansowego wsparcia „wolnego świata” dla opozycji antyłukaszenkowskiej?
Miliony dolarów i miliony euro na wsparcie opozycji na Białorusi widziałem tylko w sprawozdaniach amerykańskiego Departamentu Stanu i polskiego MSZ. Na własne oczy nie zobaczyłem nawet złamanego centa. Pisałem do instytucji amerykańskich i do Brukseli. Amerykanie nawet nie odpisali, a z Funduszu Europejskiego po kilku miesiącach przyszła odpowiedź, że na razie nie będą nas wspierali.
A do naszego MSZ też uderzaliście?
W roku 2013 napisałem do nich, nawet nie w sprawie wsparcia finansowego, ale o udzielenie pomocy technicznej. Chodziło o wydanie bezpłatnych wiz dla grupy dziennikarzy białoruskich, których na własny koszt chcieliśmy przywieść do Warszawy, żeby opublikować przygotowany przez nas rejestr przestępstw popełnionych przez reżim Łukaszenki przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. W rejestrze był opis zdarzenia, zdjęcia, paragraf, z którego korzystała władza karząc dana osobę no i oczywiście dane tych represjonowanych osób oraz dane osób odpowiedzialnych za represję urzędników, fałszywych świadków itp.. MSZ nie raczyło odpowiedzieć. Tak samo jak i na kilka kolejnych wniosków o dofinansowanie lub inną pomoc.
W kontekście tego, że nagłaśniacie sprawę korupcji wśród polskich dyplomatów na Białorusi, to chyba nie powinno pana dziwić.
Z tego co mi się wydaje, żadne nowe ruchy opozycyjne na Białorusi nie dostają żadnej pomocy. Jest grupa kilkunastu osób z tzw. starej opozycji i ci ludzie są zapraszani do Warszawy, Brukseli i Waszyngtonu. I chyba tylko oni mogą liczyć na jakąś pomoc. Natomiast jeśli chodzi o stosunki polsko-białoruskie to są one w ostatnich latach kształtowane pod wpływem tego nielegalnego biznesu wizowego. Strona białoruska wiedząc o wszystkim, przymyka na to oko, a polski MSZ w zamian za to stara się nie drażnić reżimu.
A jednak jest pan tutaj i stara się o status uchodźcy politycznego.
We wniosku o udzielenie mi azylu napisałem, że nie zamierzam emigrować do Polski na stałe. Zależy mi tylko na tym, żeby raz na zawsze załatwić sprawę haraczu za wizy dla Białorusinów. Gdy staną się one dostępne na niekryminalnych zasadach, wrócę na Białoruś, bo tylko tam można działać na rzecz demokracji skutecznie. Teraz dla Białorusinów jestem emigrantem, a dla Polaków imigrantem. To nie służy byciu politykiem. Będąc w Polsce nie stanowię dla reżimu Łukaszystowskiego najmniejszego zagrożenia.
A dlaczego właściwie Łukaszenka toleruje ten biznes wizowy?
Jeżeli my, cywilni Białorusini poznaliśmy mechanizm tego procederu, wyliczyliśmy kwoty jakimi obracają przestępcy, to nie ma takiej możliwości, by wszechwiedzące białoruskie KGB nie wiedziało jeszcze więcej. Wiedzą na pewno kto płaci i komu płaci. A dlaczego tego nie ujawniają? Bo dzieki temu wiedzą, że trzymają polską dyplomację za twarz. Polski MSZ nie może podskoczyć, bo gdyby to zrobił, to pojawią się dokumenty. I skutki tego już widać. Polski MSZ od jakiegoś czasu nie nagłaśnia łamania praw obywatelskich, nie pokazuje prześladowania opozycji. A przecież na Białorusi nic się pod tym względem w stosunku do tego co było kilka lat temu nie zmieniło. Ludzie jak byli zamykani tak są, opozycjoniści jak podlegali represjom, tak podlegają i dziś. Moim zdaniem obowiązuje niepisana umowa. MSZ prowadzi swój biznes. Łukaszenka temu nie przeszkadza. W zamian za to MSZ nie wspiera akcji, które mogłyby zagrozić interesom politycznym Łukaszenki. I dlatego działalność polskiej dyplomacji na Białorusi sprowadza się do działań nieefektywnych. Choćby takich jak finansowanie telewizji Biełsat, której na Białorusi nikt nie ogląda, albo na Ośrodek Debaty międzynarodowej, gdzie na spotkania przychodzi garstka osób. Tych samych osób.
A może czesanie Białorusinów z pieniędzy to też dobry interes dla ludzi Łukaszenki?
W lutym 2013 złożyłem zawiadomienie do Prokuratury Generalnej Białorusi. Sprawę przekazali milicji, Milicjanci na przesłuchaniach mówili mi, że sprawa nabiera rozpędu i wszystko co pisałem znajduje potwierdzenie. Powiedzieli też, że zaraz w sprawę włączy się KGB, bo w grę wchodzą osoby zagraniczne. Nic z tego nie wyszło po kilku tygodniach sprawa umarła. Ale równocześnie zaczęły do nas docierać informacje, że nielegalny biznes wizowy zamiera. Firmy przestały realizować zamówienia. Wydawało nam się, że wygraliśmy. Nic z tego po maja jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe firmy pośredniczące w załatwianiu wiz. Ich liczba z 20 skoczyła do 70-ciu. Mało tego okazało się, że większość tych firm założyli ludzie związani z milicją i KGB. Widocznie władza doszła do wniosku, że po zakończeniu owocnej służby najlepszych ludzi trzeba nagrodzić z zysków z tego biznesu. Łukaszenko wygrał zatem tę sprawę podwójnie. Raz – trzyma polski MSZ za gardło, dwa – korzysta z tego finansowo.
Od kilku miesięcy spotyka się pan z posłami, pisze do urzędów, a jednocześnie mieszka pan w ośrodku dla uchodźców. Jak się panu żyje w kraju, który był dla pana wzorem?
Na Białorusi stosowano w stosunku do mnie różne represje i formy uprzykrzania życia, ale to co spotkało mnie tutaj było dla mnie nie do wyobrażenia. Gdy ministrem Spraw Zagranicznych został pan Schetyna, kolejny raz napisałem do MSZ w sprawie wiz. Zaproponowałem spotkanie. Oddzwonili do mnie i powiedzieli, że wkrótce coś zorganizują. Nic z tego nie wyszło, natomiast w miejscu gdzie mieszkałem zaczęły się w tym czasie dziać dziwne rzeczy. Najpierw byłem atakowany fizycznie przez innych uchodźców, choć zupełnie nie dawałem do tego żadnych powodów. Potem dokwaterowano do mojego pokoju faceta, który z racji stażu więziennego nazywany był generałem. Moje prośby, żeby przeniesiono go do któregoś z pustych pokoi, bo nie lubię gdy mnie się co rano straszy tym co spotka moja rodzinę jak nie będę się słuchał, władze ośrodka ignorowały. Mieszkałem z „generałem” przez 2 tygodnie, aż się sam przekwaterował. Prawdopodobnie do Niemiec.
Poza tym parę razy jako jedyny w całym ośrodku doznałem 5 razy bardzo mocnego zatrucia pokarmowego. Kiedy indziej w siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, przyczepił się do mnie Czeczen i wymachując komórką z fotografią Hitlera zaczął krzyczeć do mnie „Heil Hitler” oraz, że nienawidzi Ruskich. Nie przeszkadzało mu nawet to, że inni powiedzieli, że przecież nie jestem Rosjaninem, tylko Białorusinem. Wyzwiska trwały pół godziny. Gdy wezwaliśmy policję Czeczen uciekł. Miałem wrażenie, jakbym był pod ciągłą presją i przede wszystkim obserwacją. W czerwcu czterokrotnie biłem się w ośrodku z Czeczenami. 6 czerwca doszło do tego, że ściany korytarza zalały się krwią a jedną osobę karetka zabrała do szpitala.
A władze ośrodka nic?
Wielokrotnie zwracałem się do nich, do policji, do ochrony ośrodka, żeby zrobili coś, żeby to się skończyło. Władze ośrodka kazały mi się przyzwyczaić do tego, bo to ośrodek, a policja powiedziała, że dopiero jak ja będę bardzo pobity, to wtedy zainteresują się sprawą.
Może Czeczeni mają coś do pana?
Nie. Zdarzyło się nawet, że ci, którzy próbowali mnie pobić przychodzili i przepraszali, mówiąc, że ktoś im kazał to zrobić. Kto? Mogę się tylko domyślać i wydaje mi się, że dosięgły mnie macki mafii związanej z tym biznesem wizowym. Dziwię się tylko, że namawiając ludzi do bicia mnie nie sprawdzili, że byłem prezesem Białoruskiej Asocjacji Tae-Kwon-Do i mam czarny pas. Wygląda na to, że ktoś chce żebym sie przestraszył i uciekł. Tylko, że ja jestem i cierpliwy i uparty, a poza tym nie boję się.
Ale przecież pobicia zgłaszał pan policji…
Tak. Tylko sprawy poumarzano ze względu na niewykrycie sprawców. Sprawców, których wskazywałem niemal z imienia i nazwiska. Nikomu nie zależało by cokolwiek wyjaśnić. To mnie nie dziwi, bo przecież w Ośrodku doszło do morderstwa Sergieja Lisowskiego. Prowokatora z Ukrainy. To on pierwszy zaczął się ze mną bić. Opowiadał, że współpracuje z polskimi służbami specjalnymi i już wkrótce znajdą mu nowe zadana i mieszkanie. Nie znaleźli. Jego natomiast znaleziono na chodniku pod ośrodkiem. Po tym jak powiedział, że wraca na Ukrainę, bo polskie służby go wystawiły do wiatru. Oficjalnie popełnił samobójstwo wyskakując z 3-go piętra, dziwne, że nie było złamań i śladów krwi, a zwłoki leżały jakby je ktoś podłożył. No i mimo ciszy nocnej nikt nie słyszał uderzenia ciała o ziemię. A ponieważ miał zeznawać w sprawie moich pobić, sądzę, że jego śmierć nie była przypadkiem i wiązała się ze mną. Ktoś dawał mi do zrozumienia, co się stanie, jeśli nie przestanę drążyć tematu wiz.
Przecież gdyby chcieli pana uciszyć, to by uciszyli.
Kolejnym ostrzeżeniem była sprawa zaatakowania nocą w lesie koło ośrodka człowieka mojej postury nożem. Na szczęście nóż wbił się w notatnik na piersi ofiary. Policja wezwała mnie niby jako tłumacza, ale chyba tylko po to, żebym przez 2 godziny siedział w pokoju eksperta patrząc na nóż i notatnik. W którym zresztą dziura nijak nie pasowała do ostrza. Odebrałem to jako osobiste ostrzeżenie. Mimo wielu represji na Białorusi, to co spotyka mnie tutaj świadczy niestety, że tamto to była kaszka z mleczkiem
Wciąż zachwyca się pan osiągnięciami Polski?
Kiedyś nawet koledzy uważali mnie za fanatyka Polski. Teraz czuję się głęboko rozczarowany. Macie jakieś wady w ustroju demokratycznym. U nas jest reżim autorytarny, ale wiadomo, kto za co odpowiada. U was nie ma żadnej instytucji, która miałaby kompetencje załatwienia czegoś od początku do końca. Skoro przypadku ewidentnego łamania prawa nie da się załatwić ani w Sejmie, ani w ministerstwie, ani w prokuraturze, to świadczy, że coś u was nie działa. Nie chcę takiej demokracji na Białorusi.

Wywiad przeprowadzono w październiku 2015 r.

Czym jest pisowska dyplomacja, jakie stosunki międzynarodowe wykreowała?

Sztuka dyplomacji, sfera polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowej to dla nominatów PiS istna terra incognito. Dla nieznającego świata zewnętrznego Jarosława Kaczyńskiego są to pojęcia równie obce i nierozpoznane jak zapach kobiety lub dla Andrzeja Dudy – zapisy Konstytucji.

Podobnie beztroska niewiedza i dyletanctwo cechuje całą armię pomniejszych pisowców sprawdzających się na odcinku kontaktów międzynarodowych. Na intelektualnie jałowym gruncie dyplomacji rosną nam ładne kwiatki.
Siła czy argumenty?
Cyceron już 2 tys. lat temu mówił o dwóch sposobach rozstrzygania sporów: jeden przy użyciu siły, drugi przy pomocy argumentów. Pisowska polityka wyraźnie cierpi na deficyt obu tych sposobów. Z argumentem siły jako państwo nie zaszalejemy. Dyplomacja jako funkcja polityki zagranicznej wiąże się z rozwiązywaniem w pokojowy sposób problemów między państwami. Czy jednak elementem dyplomacji jest wojownicze oświadczenie wówczas jeszcze ministra obrony Antoniego Macierewicza o tym, że ,,faktycznie jesteśmy w stanie wojny z Rosją”? Czy to buduje stosunki z silniejszym od nas sąsiadem, czy bardziej buduje nastrój grozy, a wśród sojuszników z NATO konsternację? Takie niefrasobliwe wypowiedzi mają już swą historię. Nonszalanckie oskarżanie rosyjskiego przywódcy o zamordowanie polskiego prezydenta może służyć wszystkiemu, lecz nie tworzeniu choćby poprawnych stosunków z Rosją.
Odbywa się to zresztą przy łoskocie roztrzaskiwanych pomników i miejsc upamiętnienia radzieckich żołnierzy. Czemu właściwie ma służyć to jeżdżenie prętem po klatce z rosyjskim niedźwiedziem? Prawdopodobnie umocnieniu przekonania o rzekomej mocarstwowości Polski. Dowodem na to ma wiodąca rola Polski w budowaniu abstrakcyjnego, rozbijającego unijną jedność i niechcianego przez nikogo tworu Międzymorza, czy też przekonywanie o zazdrości świata patrzącego na polski dobrobyt i kalkującego polskie rozwiązania antykryzysowe. Jest jednak inny klucz do wytłumaczenia aberracyjnej postawy wobec Rosji. Sprawa jest trywialnie prosta i polega na cechach osobowych dyplomatołków, ich kompleksach i zahamowaniach. Ma ona swą analogię w dyplomacji pierwszych rządów PiS. Świadomość pisowskich dygnitarzy własnych braków i dyletanctwa wobec nadzwyczaj profesjonalnej, wytrawnej dyplomacji rosyjskiej podpowiada im najlepszą w ich rozumieniu taktykę unikania wszelkich kontaktów ze stroną rosyjską. Nie będzie konfrontacji, nie będzie kompromitacji, to proste.
Tej zasadzie hołdowała Anna Fotyga sprytnie unikając jakichkolwiek kontaktów z Rosją, dopóki ta nie ukorzy się przed Rzeczpospolitą, nie uzna swoich historycznych win i przeprosi. Tyle, że czasy cara Wasyla Szujskiego i króla Zygmunta III dawno przeminęły, z czego Fotyga nie wpuszczająca do MSZ posłańca z kwiatami od rosyjskiego ambasadora, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy. Nie zaryzykuję twierdząc, że Fotyga, jak i jej pisowscy następcy nie mają pełnej świadomości, iż dyplomacja jest trudną sztuką poszukiwania możliwego do przyjęcia dla negocjujących stron, zadowalającego kompromisu. Niestety, dla PiSu słowa: kompromis, ustępstwo, negocjacje są pojęciami obcymi, niezrozumiałymi i nieakceptowalnymi. Podobną postawę przyjmował zresztą i Lech Kaczyński, skutecznie unikając wszelkich rozmów z Putinem, a obecnie Andrzej Duda, ślepo zapatrzony w postać swego mentora. Mówimy o prezydencie Kaczyńskim, który prawdopodobnie jako jedyny w historii dyplomacji dopuszczał kuriozalną możliwość złożenia wizyty w innym państwie bez spotkania się z prezydentem tego państwa, po prostu jako turysta, na podstawie ważnej wizy.
Budować relacje
Dyplomacja to mozolne, konsekwentne budowanie niezbędnych więzi, relacji międzypaństwowych i klimatu zapewniającego bezpieczeństwo, owocną i korzystną współpracę, pozwalającą przypieczętować i utrwalić dobre stosunki między partnerami, wypracować najlepszą formułę wzajemnych kontaktów. Te relacje buduje się różnymi sposobami będącymi w zasobach dyplomacji. Także zacieśniając osobiste, przyjazne więzy osobiste między przywódcami. Co robią jednak przedstawiciele totalnej władzy? Robią wszystko na odwrót. W 2016 r. pełniąc obowiązki wicepremiera, Mateusz Morawiecki opisał kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych jako ,,dżumę i cholerę” (!), a prezydent Duda składając w lipcu 2020 r. przedwyborczą wizytę w Stanach unika spotkania z kontrkandydatem Donalda Trampa Joe Bidenem. To nie tylko skandal, ale i budzący politowanie przejaw dyletanctwa i dyplomatycznego partactwa. Uważnie będziemy przyglądać się stanowi wzajemnych stosunków między Andrzejem Dudą, a potencjalnie przyszłym amerykańskim prezydentem Bidenem.
Równie trudno zrozumieć jakim swoiście pojętym interesem Polski kieruje się Andrzej Duda, osoba na stanowisku prezydenta, który obraża na jakimś powiatowym spędzie, wszystkich łącznie partnerów z UE, z którymi współpraca i przyjaźń, rzekomo nic nam nie przynosi, bo to wyimaginowana wspólnota. Jak prezydent, do którego kompetencji należy współkształtowanie polityki zagranicznej, chce po tych słowach rozmawiać z prezydentami państw europejskich, czego może się po nich spodziewać, jakiego traktowania swej osoby? Czy to nie niedorzeczna postawa, bezmyślna i pełna irracjonalności? Co to za pisowski absurd?
Pewnie nie mniejszy od tego, gdy ośmieszany przez rosyjskich komików prezydent Polski wskazuje Ukraińców jako przyczynę szerzącej się w Polsce zarazy. I robi to prezydent, który na arenie międzynarodowej chce być promotorem unijnych i NATO-wskich ambicji Ukraińców.
Jeśli dyplomacją jest także opierający się na założeniach naukowych zespół metod i środków oraz sztuka osiągania celów polityki zagranicznej państwa, prowadzenia i utrzymywania stosunków między państwami, to jaką to naukową metodę i jaki cel polityki zagranicznej prezentuje Mariusz Błaszczak, co chciał osiągnąć kiedy mówił o ambasador USA i zarazem przyjaciółce Trumpa, pani Georgette Mosbacher, że jest niekompetentna?
Każde słowo wypowiedziane przez dyplomatę, szczególnie szefa dyplomacji musi służyć osiągnięciu pożądanego celu, ma być wyważone i przemyślane. Czemu więc służy wypowiedź ministra Jacka Czaputowicza o tym, że Francja jest chorym człowiekiem Europy i ciągnie nas w dół. W jakim celu wiceminister obrony Bartosz Kownacki, z pogardą mówił o Francuzach jako ludziach nie potrafiących jeść widelcem. W imię czego Antoni Macierewicz zerwał z Francuzami kontrakt na Caracale, jakby nie dość, że ci już w 2003 r. obrazili się na nas za przetarg na myśliwce F-16, a następnie ogłosił zdradę Francji, sprzedającej Rosji Mistrale w cenie 1 euro. Jak PiS mógł dopuścić by młodociany i niedoświadczony na polu polityki międzynarodowej Patryk Jaki wysmażył zwyczajnie głupkowatą ustawę obrażającą uczucia obywateli Izraela, a przy okazji dotknął ważnego interesu Stanów. Czy pokazem kunsztu dyplomatycznego jest pełna ognia, wykrzyczana przez prezydenta Dudę przestroga: ,,Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta!”. A to przy wcześniej przygotowanym wtórze sensacyjnego doniesienia Macierewicza o niemieckim ostrzeliwaniu poprzez granicę mieszkańców jeleniogórskiego z armaty elektromagnetycznej, przez co ofiary ostrzału ,,źle się czują”.
Ostatecznie jednak źle się mają stosunki polsko-niemieckie, lecz również stosunki z innymi ważnymi partnerami z UE, choćby w związku z zastrzeżeniami do praworządności, czy z powodu polskiej ksenofobii i braku solidarności wobec Włoch i Grecji zmagających się gigantycznym problemem uchodźców i imigrantów. Najwidoczniej politykom PiS, od których aż nadto często słyszymy o archaicznie rozumianym patriotyzmie, trudno zrozumieć, że wymogiem współczesnego patriotyzmu jest umacnianie silnej pozycji Polski wśród państw członkowskich UE, zabieganie i dbanie o dobre stosunki z partnerami, szukanie realnych sojuszy i wsparcia w Europie, nie tylko za oceanem.
Utrwalać izolację
Pisowskim dyplomatom udało się jedno: doprowadzić Polskę do ostracyzmu i faktycznej izolacji na europejskiej arenie. To sytuacja mająca analogię w tej, w jakiej znalazł się ZSRR w latach 30. Jednak kilkadziesiąt lat wstecz radziecka dyplomacja robotniczo – chłopska cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu, w warunkach izolacji międzynarodowej i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Tego pisowska dyplomacja żadną miarą dokonać nie potrafi, mając wszelkie możliwe warunki pomyślnego działania. Co więcej, zamiast międzynarodową izolację Polski niwelować, przyczynia się do jej utrwalenia. W przekonaniu pisowskich polityków otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić i pozbawić tożsamości. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich działaczy syndrom oblężonej twierdzy.
Kadry najważniejsze, choć nienajlepsze
Czy w ogóle za rządów PiS wymagane są dyplomatyczne kwalifikacje aby w taki właśnie sposób, jaki obserwujemy, prowadzić dyplomację i kierować polityką zagraniczną? Widać, że nie. Generalnie prawica zawsze miała pecha do kadr, choć jak Lenin, uważa, że kadry są najważniejsze. Tyle, że dla prawicy nie ważne jest by kadry były wykształcone i kompetentne. Przecież jak Lenin, uważają, że rządzenia państwem jest łatwe.
Tyle, że Lenin pisał te słowa zanim objął rządy, a PiS mimo dwukrotnego rządzenia zdaje się wciąż tkwić w swoim beztroskim przekonaniu. Dlatego pozwalano by tacy dyletanci jak min. Witoldowi Waszczykowski w sposób karygodny ujawnił notatkę MSZ z 2008 r. dotyczącą relacji z Rosją i polityki wschodniej, tylko po to by w ten sposób zaszkodzić swemu poprzednikowi Radosławowi Sikorskiemu. A gdy senator John McCain krytykował w 2019 r. pisowską ustawę o Sądzie Najwyższym i wpływy polityków na polskie sądownictwo, Waszczykowski słuchał go struchlały, stojąc pod ścianą na końcu sali, nie odważywszy się jednak na polemikę. Dlaczego? Bo nie potrafił, zresztą jakie mógł mieć argumenty. Dopiero po powrocie do kraju oświadczył, ze McCain został wprowadzony w błąd przez polityków opozycji.
Sprawny dyplomata, którym Waszczykowski z pewnością nie był, wie, jak wybrnąć z trudnej sytuacji i przekuć porażkę w sukces, a nie ośmieszyć się. On natomiast nie miał oporów dowodzić groteskowej tezy o tym jak polityka zagraniczna PO-PSL doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, natomiast pod jego kierownictwem jakimś cudem wśród personelu MSZ znalazł się dziwny człowiek z amerykańskim paszportem pracujący dla amerykańskich instytucji. Wprawdzie Waszczykowski meldował Beacie Szydło wykonanie całego programu dotyczącego dyplomacji, lecz polityka kadrowa w MSZ, pod rządami „dobrej zmiany” zawiodły na całej linii. Wydaje się, że kluczem do kwestii kadr jest doświadczenie. Dlatego wysyłanie na istotne placówki dyplomatycznych debiutantów z politycznego nadania nie rokuje dobrze na przyszłość. Tymczasem jednak proceder ten kwitnie, a do tej najtrudniejszej domeny zarządzania interesami polskiego państwa zatrudnia się amatorów z nadania politycznego, osoby przypadkowe, historyków, filozofów, byłych posłów PiS, aktywistów partyjnych, znajomych, świeżo upieczonych absolwentów, którzy z dnia na dzień zostawali przełożonymi ludzi z dziesięcioletnią praktyką, powiatowo – parafialnych aktywistów rekomendowanych do MSZ przez lokalnych proboszczów, z uzasadnieniem, że kochają Boga i są dobrymi chrześcijanami.
Jednak takie sytuacje nie są postrzegane w PiS jako kontrowersyjne, jest na nie pełne przyzwolenie. Dynamika zmian na placówkach dyplomatycznych jest ogromna, ambasadorowie otrzymują nominację z dnia na dzień, obejmują stanowiska bez przygotowania merytorycznego, rozpoznania uwarunkowań państwa przyjmującego, niektórzy nie wytrzymują presji i składają rezygnacje, inni tkwią na posterunku przynosząc wstyd i kompromitacje. Personifikacją takiego stanu rzeczy jest ambasador w Berlinie Andrzej Przyłębski, który zasłynął wystąpieniem poświęconym wzajemnym relacjom Polski i Niemiec, które nazwał „katastrofą”, mówił o niemieckiej arogancji, podłości i rozwodził się nad wrodzony u Niemców instynkt mordercy.
Dyplomacja jest delikatnym, finezyjnym instrumentem, za pomocą którego państwo wyraża i prowadzi swą politykę zagraniczną i umacnia stosunki z światem zewnętrznym. Nie każdy jednak potrafi zagrać na tym instrumencie bez dostrzegalnego fałszowania. 16 lipca br. Morawiecki broniąc Mariusza Kamińskiego przed wnioskiem o wotum nieufności stwierdził, że podległe jemu służby działają sprawnie i odnoszą sukcesy, choć są one niedostrzegalne, bo ,,nie widać tego co działa dobrze”. Od 4 lat nie widzę profesjonalnej polskiej dyplomacji, nie widzę jej sukcesów i jednak mam poważne wątpliwości czy to rezultat dobrego jej działania.

  • autor jest byłym pracownikiem służb dyplomatycznych.

Sekretarz Generalny ONZ, prezydent Duda i komicy rosyjscy

Andrzej Duda kilka dni temu zapewnił sobie reelekcję, choć w kontrowersyjnych okolicznościach.Przeszedł też nolens volens swoisty test językowy w angielskim, który-powiedzmy szczerze-zdał na słabą trójkę, ale przecież „nobody is perfect”.

Oddajmy mu jednak sprawiedliwość.Często powtarza bowiem, iż „stale się uczy”, np. obcych słówek, i to w rozmaitych okolicznościach (m.in. w samolocie i samochodzie). To godne pochwały,a po ostatniej przygodzie z żartownisiami ze Wschodu powinien chyba przyswoić sobie dwa ważne idiomy: 1) „pull sb’s leg” (żartować z kogoś) oraz 2)”play pranks” (płatać figle).
Z sytuacji qui pro quo,która miała miejsce (PAD rozmawiał przez 11 minut przez telefon z rosyjskim komikiem podającym się za Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych), płynie jedna korzyść- wzrośnie wiedza na temat ONZ i jej obecnego, portugalskiego Sekretarza Generalnego. A ten wybitny polityk, którego mam honor znać od wielu lat, cechuje się dużym poczuciem humoru, więc potraktuje to właściwie.
Droga do ONZ
Antonio Marcelo de Oliveira GUTERRES (71 l.) ukończył fizykę i inżynierię na Uniwersytecie Lizbońskim. Wkrótce po tzw. Rewolucji Goździków z 25 kwietnia 1974 r., która położyła kres trwającej niemal pół wieku dyktaturze Salazara i Caetano, wziął udział w pierwszych demokratycznych wyborach parlamentarnych i został wybrany posłem z ramienia Partii Socjalistycznej. Postanowił poświęcić się całkowicie polityce; wszedł m. in. w skład zespołu negocjującego członkostwo swego kraju w Unii Europejskiej.
W 1992 r., po trzeciej kolejnej porażce socjalistów w wyborach został sekretarzem generalnym partii i liderem opozycji. W odróżnieniu od innych czołowych polityków lewicy, jak np. Mario Soares czy Jorge Sampaio pozostawał gorliwym katolikiem.
W latach 1995-2002 Guterres stał na czele rządu, a po latach w wielu sondażach jako premier kraju był oceniany najwyżej. Równocześnie aktywnie działał w Międzynarodówce Socjalis-tycznej, której przewodniczył w okresie 1999-2005. Jako osoba odpowiedzialna w SdRP i SLD za sprawy zagraniczne w tym czasie miałem z Nim bliski kontakt,m.in. wspólnie braliśmy udział w kilku misjach afrykańskich.
Przez 10 lat (dwie kadencje 2005-2015) Antonio pełnił funkcję Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodżców (UNHCR) i przeprowadził tę Agencję przez okres dramatycznych, światowych kryzysów,m.in. w Syrii, Afganistanie i Iraku. Stale apelował o zwiększanie pomocy uchodźcom z terenów objętych konfliktami oraz wojnami. Nie wszędzie spotykało się to ze zrozumieniem, by wspomnieć tylko o Polsce z roku 2015.
Gdy dobiegała w 2016 r. końca druga kadencja Ban Ki-muna z Korei Płd. jako Sekretarza Generalnego ONZ nasiliły się naciski na wybór po raz pierwszy kobiety na to stanowisko. Wśród 13 kandydatów znajdowały się m.in. Helen Clark-była premier Nowej Zelandii i dyr. gen UNESCO Irina Bokova z Bułgarii. Jednak Guterres wygrał stosunkowo łatwo i szybko. Zapewne przesądziło o tym jego doświadczenie, zwłaszcza w przezwyciężaniu kryzysów humanitarnych oraz znajomość mechanizmów funkcjonowania całej Organizacji. A o tym stanowisku mawia się, iż jest najtrudniejsze w skali globu do pełnienia,biorąc pod uwagę ogromną biurokrację, a także wymagania wielkich mocarstw.
Skandal czy błąd w sztuce?
PAD spotykał się już kilkakrotnie z Guterresem, m. in. gdy Polska przewodniczyła obradom Rady Bezpieczeństwa. ale nie zna na tyle angielskiego, by zauważyć rosyjski akcent youtubera. Nie reagował także na absurdalne uwagi o Tusku czy Trzaskowskim.Sam Sekretarz Generalny mówi biegle w po angielsku, także po francusku i hiszpańsku (pomijając już swój rodzimy portugalski).
Cała sytuacja mogła skończyć się oczywiście dużo gorzej, ale nie wystarczy „pocieszać się”,że rosyjski duet youtuberów Wowan i Leksus (Władimir Kuzniecow+ Aleksiej Stolarow) „nabrał” wcześniej wielu innych polityków ,w tym Macrona, Johnsona, Erdogana czy Poroszenkę. To jednak ośmiesza nasze państwo, w tym – szczególnie – Kancelarię Prezydenta RP, MSZ oraz polskie służby specjalne. Jak pisał Francois de La Rochefoucauld „Śmieszność hańbi bardziej niż hańba”.
Słusznie zauważył poseł Marek Biernacki, były koordynator ds. służb w rządzie PO-PSL, iż zawiódł cały system. Szczególnie jednak nie do przyjęcia jest zrzucenie całej odpowiedzialności na dwóch najniższych rangą dyplomatów z naszego stałego przedstawicielstwa w ONZ w Nowym Jorku!

Kolejne pół kroku rządu do Polexitu

Julia Przyłębska, jako Trybunał Konstytucyjny zabrania obradować trzem izbom Sądu Najwyższego obradować w sprawie neo-KRS. SN obraduje i uznaje, że sędziowie przez Radę nominowani są nieważni, ale wydane przez nich do tej pory orzeczenia są ważne. PiS, rząd i Trybunał Konstytucyjny orzeczenia Sądu Najwyższego nie przyjmują do wiadomości. Tak wyglądała sekwencja wydarzeń w Polsce.

Dzień później rzecznik Komisji Europejskiej Christian Wigand podczas konferencji prasowej w Brukseli stwierdza, że KE nie ma wątpliwości co do prawomocności Sądu Najwyższego w Polsce. I dodaje, że Komisja Europejska ma takie wątpliwości w odniesieniu do stanowiska i dzisiejszej roli Trybunału Konstytucyjnego. Wigand wprost odniósł się w piątek do kwestii praworządności w Polsce. Mówiąc, że niezbędny jest natychmiastowy dialog w tej kwestii, który musi być „konstruktywny i uczciwy”. Wezwał też w imieniu KE do przywrócenia niezależności i prawomocności Trybunału Konstytucyjnego w Polsce. Bo zdaniem KE prawomocność ta została poważnie podważona, więc nie może on wydawać już „efektywnej konstytucyjnej oceny”. Nie obyło się też, bez przejechania przez rzecznika KE przyjętej przez Sejm głosami posłów PiS „ustawy kagańcowej”
Zapytany jak Komisja zareaguje ws. ustawy dot. dyscyplinowania sędziów, stwierdził:”Komisja nie będzie się wahać podjąć stosownych kroków, jeśli będą niezbędne”. Niemal natychmiast na Twitterze objawił się wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński z wpisem: „W związku z niedopuszczalną wypowiedzią rzecznika KE Christiana Wiganda, na sobotę na godz. 10.00 do MSZ został wezwany szef Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda”.
Bo otóż-Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wezwało Marka Prawdę, szefa przedstawicielstwa KE w Polsce do siedziby resortu. Czyli na dywanik, żeby poinformować go, że Polska jest Polską.
Potem w komunikacie MSZ poinformowało, że spotkanie Marka Prawdy z wiceszefem MSZ Pawłem Jabłońskim trwało ok. 20 minut. A rozmowa dotyczyła stosunku i stanowiska polskiego rządu ws. tez przedstawionych przez rzecznika KE. Wylewniejszy był Prawda.
– Przyjąłem to do wiadomości i przekażę Komisji Europejskiej. Rozmowa była rzeczowa i normalna. Komisja Europejska jest wspólnotą prawa i nie może nie reagować na zagrożenia, jakie wynikają dla sędziów – poinformował.
Przy okazji przedstawiciel Unii stwierdził, że to nie koniec działań Brukseli, bo wkrótce z pytaniem, czy polski rząd wciąż uważa, że nasz kraj jest w Unii Europejskiej, przyjedzie do Warszawy wiceszefowa KE Viera Jourova.

Szopki pana ministra

Czwartek piętnastego marca 2019 roku. Sejm RP. Politykę zagraniczną rządu kierowanego przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezentuje pan minister Jacek Czaputowicz.

Profesor nauk społecznych. Z autentycznie autentycznym naukowym dorobkiem. Pomimo tego dorobku mianowany został ministrem spraw zagranicznych w styczniu ubiegłego roku decyzją pana prezesa
Kaczyńskiego.
Bo pan prezes miał taki kaprys. Uznał jego nominację za swój „eksperyment”.
Minął rok i pan minister Czaputowicz musi zdać coroczny polityczny egzamin. Musi zaprezentować kierunki polskiej polityki zagranicznej, chociaż nie on – i nie jego resort – jest jej autorem.
Bo przecież najważniejsze decyzje o aktualnej polskiej polityce zagranicznej zapadają nie w MSZ, lecz w Kwaterze Głównej pana prezesa Kaczyńskiego. Tej przy warszawskiej ulicy Nowogrodzkiej.
Bo przecież o relacjach z USA, najważniejszym obecnie sojusznikiem zagranicznym, decyduje obecnie nie MSZ, ale Ministerstwo Obrony Narodowej. Krajowi „siłownicy”, używając rosyjskiej nomenklatury.
Zresztą rządzące obecnie elity PiS nie widzą potrzeby, aby polska polityka zagraniczna powstawała w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przecież polityka zagraniczna jest przez pana prezesa Kaczyńskiego uważana za politykę drugorzędną.
A w tym roku jest w kierownictwie PiS traktowana jako element kampanii wyborczej.
Ale raz do roku pan minister spraw zagranicznych musi do Sejmu przyjechać i taki polityczny egzamin zdać przed parlamentem musi.
I jak każdy rezolutny student musi wybrać odpowiednią taktykę. Zwłaszcza, że wie, iż słuchać go będzie kilku egzaminatorów na raz. Przychylnych mu w większości. A w takim przypadku sprytny student mówi długo, wszystko co wie, niekoniecznie na temat, i koniecznie odpowiednio modulując głosem.
I tak pan minister mówił, mówił, mówił.
Pomimo długiego słowotoku niewiele konkretnego powiedział. Zwłaszcza, że długiej listy ostatnich zagranicznych porażek zręcznie nie wymienił.
Na pewno wszystkim jego słuchaczom na zawsze w pamięci zostanie informacja, że w efekcie zmasowanej akcji polskich służb dyplomatycznych krakowskie szopki zostały wpisane do światowego dziedzictwa kultury.
To niewątpliwie wielki i niekwestionowany sukces polskiej dyplomacji w roku Stulecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Reszta ministerialnego wystąpienia zostanie zapewne szybko zapomniana.
Zresztą o jego randze i znaczeniu dobitnie zaświadczył pan prezes Jarosław Kaczyński. Był nieobecny w czasie wystąpienia swego ministra.
Olał, po studencku mówiąc, dorobek umysłowy swojego „eksperymentu”.
Podobnie zachował się pan minister Czaputowicz. W czasie kiedy panie posłanki i panowie posłowie wyrażali swe opinie o jego wystawieniu, on nakazał zwołać konferencję prasową.
Aby podyktować prorządowym dziennikarzom co mają prorządowym wyborcom przekazać.
Czas na zadawane pytania panu ministrowi skrócono do minimum.
Zbliżał się przecież czas obiadu.
Najważniejsze jednak, że z tymi szopkami udało się. Jest to autentyczny i wymierny sukces godny polskiej dyplomacji.
Na miarę Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Polak, Żyd – dwa bratanki

Czy Polacy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”? Prędzej z przekazu kościoła katolickiego, tak bardzo miłującego bliźnich. Dalej jest noc.

Wypowiedź ministra spraw zagranicznych Izraela o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” wywołała w Polsce szeroką falę oburzenia. Politycy od prawa do lewa w tym oburzeniu się zagotowali żądając kategorycznie przeprosin, nie stroniąc od określeń wypowiedzi Katza jako haniebne, niedopuszczalne itp. Zarówno wypowiedź izraelskiego polityka jak i reakcja polskich elit politycznych mają miejsce w czasie ważnych kampanii wyborczych w obydwu krajach. Obawiam się przeto, że naturalna dla kampanii wyborczych skłonność polityków do stosowania ostrej kreski, uproszczonego, dosadnego języka doprowadzi do zagubienia w tym tumulcie, w tym hałasie pokrzykiwania i potupywania sedna problemu.
Wypowiedź ministra spraw zagranicznych Izraela o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” wywołała w Polsce szeroką falę oburzenia. Politycy od prawa do lewa w tym oburzeniu się zagotowali żądając kategorycznie przeprosin, nie stroniąc od określeń wypowiedzi Katza jako haniebne, niedopuszczalne itp. Zarówno wypowiedź izraelskiego polityka jak i reakcja polskich elit politycznych mają miejsce w czasie ważnych kampanii wyborczych w obydwu krajach. Obawiam się przeto, że naturalna dla kampanii wyborczych skłonność polityków do stosowania ostrej kreski, uproszczonego, dosadnego języka doprowadzi do zagubienia w tym tumulcie, w tym hałasie pokrzykiwania i potupywania sedna problemu.
Przez 300 lat w Bazylice Katedralnej w Sandomierzu prezentowany był olbrzymich rozmiarów obraz namalowany na zlecenie kapituły katedralnej, przedstawiający porywanie chrześcijańskich dzieci przez Żydów, mordowanie ich i „przerabianie na macę”.
Obraz ukryto dopiero w 2006 r. ale przez 3 stulecia, umocniony autorytetem Kościoła, kształtował świadomość ludu bożego. Czy wszystkie polskie dusze zostały zatrute tym przekazem? Czy wszyscy Polacy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”? Z pewnością nie wszyscy, ale z pewnością wielu.
W kilka tygodni po złożeniu poselskiego ślubowania w 1993 r. dowiedziałem się, że nazwisko moje znalazło się na słynnej „Liście Wrzodaka” – wykazie posłów na Sejm, będących według autora listy pochodzenia żydowskiego. Zdziwienie i zaskoczenie moje i mojej rodziny było ogromne, ale ponieważ znalazłem się w bardzo dobrym, szanowanym przeze mnie towarzystwie, pomimo absurdalności tej informacji, nie protestowałem. Lista do niedawna osiągalna była w Internecie – dzisiaj jej już nie ma. Jest za to dostępna „Lista Raczkowskiego – czyli świecznikowych osób i ich pochodzenie”. Oczywiście chodzi wyłącznie o pochodzenie żydowskie.
Brak reakcji władz na antyżydowskie ekscesy, skandal po ujawnieniu zbrodni w Jedwabnem, brak jakiejkolwiek (poza usiłowaniami dezawuowania) reakcji na monumentalną monografię Barbary Enkelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” wskazują, że problem istnieje.
Naukowa badania opinii Polaków o Żydach prowadzone są w Polsce od bardzo dawna – nijak jednak wyniki tych badań nie przekładają się na decyzje polityczne. Warto więc może przypomnieć, że jeszcze niedawno (lata 90-te) ponad 50 proc. Polaków deklarowało niechęć do Żydów, a tylko 15 proc. sympatię. Co ciekawe, wyniki zauważalnie zmieniły się po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, ale i tak, jeszcze w 2008 r. około 1/3 Polaków Żydów nie lubiła. (A. Sułek, „Zwykli Polacy patrzą na Żydów”, Nauka, 2010).
A oto synteza wyników sondażu w Warszawie: „Sondaż przeprowadzony wśród warszawskich, wydawałoby się kosmopolitycznych, licealistów mówi, że aż ponad 60 proc. z nich zdecydowanie nie chciałoby, by ich dziewczyna lub chłopak byli Żydami. 45 proc. młodzieży twierdzi też, że nie chciałoby nikogo o żydowskich korzeniach w swojej rodzinie, a podobny odsetek zarzeka się, iż nie chce Żydów w sąsiedztwie.”
Nieodparcie więc narzuca się pytanie: co przez 29 lat po demokratycznej transformacji ustrojowej zrobiono w Polsce, aby przed tą nacjonalistyczną, antyżydowską (ale przecież nie o Żydów tu chodzi) trucizną uchronić młode pokolenia, których przyszłość i powodzenie nierozerwalnie związane są z koniecznością współistnienia z przedstawicielami innych kultur? Nie zrobiono praktycznie NIC. Nic nie zrobiły rządy, nic nie zrobił Kościół – poza oczywiście gestami i czysto propagandowymi zabiegami, mającymi na celu uspokojenie międzynarodowej opinii publicznej i prezentowanie „właściwego” wizerunku Polski w świecie.
Zamiast więc miotać groźby i obelgi pod adresem izraelskiego ministra, właściwą reakcją polskich polityków powinno być zaproponowanie poważnego, długofalowego programu, który wyrwie Polaków z zatrutych czeluści nacjonalizmu. Że można coś konkretnego zrobić niech przykładem będzie Luksemburg – urzędowo jak najbardziej katolicki kraj. W tym oto państwie zniesiono niedawno naukę religii w szkołach zastępując ją lekcjami „Życie i społeczeństwo”, skupiającymi się na wartościach wspólnego współistnienia. Można.
Polecam to rozwiązanie naszym politykom – szczególnie tym po lewej stronie sceny.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołanie na puszczy”.

Dyplomacja i przyzwoitość

Przed Polską stoją nowe wyzwania. Liczba i skala zagrożeń powodowanych zmieniającą się sytuacją międzynarodową rośnie. Od służby zagranicznej wymaga to profesjonalizmu i zaangażowania, ale także jednoznacznie propaństwowej, wolnej od koniunkturalizmu postawy etycznej.

 

Uczciwa służba ideałom, które przyświecały nam od 1989 roku, a więc praca dla Polski wolnej, demokratycznej i silnej – członka Unii Europejskiej i NATO, staje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Doraźnie formułowane cele obecnego rządu, skierowane na obronę szkodliwej polityki partii rządzącej, naruszają zachodnie standardy demokratyczne. Jesteśmy zatroskani sytuacją, w której zgromadzony kapitał międzynarodowego zaufania jest bezprzykładnie marnowany.
Mijające miesiące przynoszą kolejne przykłady rujnowania prestiżu i pozycji Polski. Decyzja o uczestniczeniu bądź nie w kształtowaniu i realizacji tej polityki jest sprawą osobistą. Rozumiemy powody ekonomiczne i rodzinne, które decydują o pozostaniu w służbie zagranicznej.
Potępiamy jednak tych, którzy wykorzystując obecną sytuację, czystki kadrowe i karuzelę stanowisk, przyczyniają się do demontażu polskiej dyplomacji i osłabiania międzynarodowej pozycji Polski.
Krytycznie odnosimy się do tych pracowników służby, których jedynym celem jest osobista kariera, bez oglądania się na interes i powagę Państwa Polskiego. Ich czyny są spisane i będą zapamiętane.
Kariery oparte na służalczości, donosicielstwie i lizusostwie mają krótki żywot. Na końcu jest poczucie życiowej porażki.
Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział niedawno o pracy dyplomatów słowa wstrząsające: „W przypadku dzisiejszej Polski, powiedzmy to wyraźnie, ważne jest kryterium utożsamiania się z polityką rządu. Są oczekiwania pewnej gwarancji tego utożsamiania się…”. Minister zapomniał o credo ministerstwa, którym kieruje: „Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej”. Państwu Polskiemu, a nie konkretnej partii politycznej. Każdy wybrany w demokratycznych wyborach rząd, jeśli prowadzi politykę sprzeczną z racją stanu, powinien spodziewać się słów krytyki. Także tej, która płynie z wewnątrz administracji.
Słowa ministra są niczym innym jak wezwaniem do oportunizmu. Są tym bardziej godne krytyki, że wypowiedziane zostały w Akademii Dyplomatycznej do młodych ludzi, u progu ich służby dla kraju.
Do nich oraz do wszystkich naszych koleżanek i kolegów pozostających nadal w służbie kierujemy, powtarzaną przez byłego ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego, radę Antoniego Słonimskiego: „Jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie”.
Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski, Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek, Marek Grela, Maciej Klimczak, Michał Klinger, Maciej Kozłowski, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Piotr Ogrodziński, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska, Tadeusz Szumowski
Warszawa, 9 października 2018
Powołaliśmy ‘Konferencję Ambasadorów RP’, zgromadzenie byłych przedstawicieli RP, którego celem jest analiza polityki zagranicznej, wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla Polski i sporządzanie rekomendacji. Chcemy dotrzeć do szerokiej opinii publicznej. Łączy nas wspólna praca i doświadczenie w kształtowaniu pozycji Polski jako nowoczesnego państwa Europy, znaczącego członka Wspólnoty Transatlantyckiej. Jesteśmy przekonani, że polityka zagraniczna to wyraz interesów Państwa a nie interesów partii rządzącej.

Przed wizytą w Izraelu

Czy w czasie rozmów ministra Jacka Czaputowicza w Tel Awiwie padnie pytanie o Rosję: „Czy przyjaciel naszych przyjaciół teraz ma być również i naszym przyjacielem”?

 

Mam zastrzeżenia do poglądu, że oto dopiero niedawno obszar Pacyfiku stał się ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych niż Europa. Obszar Pacyfiku stał się dla Stanów szczególnie ważny już po II wojnie światowej. O tym, że centrum zainteresowania polityki światowej przesunie się z Europy na Pacyfik pisał w Polsce bezpośrednio po wojnie katolicki myśliciel i w wizjoner Jerzy Braun. Ze znaczenia tego regionu zdawali sobie doskonale sprawę także politycy radzieccy. Co się zaś tyczy Europy Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją), to znalazła się ona po II wojnie (z wyjątkiem Grecji i Jugosławii) za zgodą mocarstw zachodnich w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Natomiast po upadku państwa radzieckiego, cała Europa Środkowa włączona została do Zachodu, zredukowane zostały w środkowoeuropejskim regionie pływy rosyjskie.

O wpływy w Europie Środkowej walczą obecnie: USA, Unia Europejska (w skład której wchodzi już większość państw środkowoeuropejskich), Turcja, Chiny i oczywiście Rosja, która stara się odzyskać utracone pozycje. Jeżeli chodzi o Amerykanów to ich największym zmartwieniem w Europie była od pewnego czasu i chyba jest nadal możliwość zbytniego zbliżenia Unii Europejskiej (w tym przede wszystkim Niemiec) z Rosją. Oznaczać by to mogło podział wpływów w Europie Środkowowschodniej między Niemcami a Rosją. Stąd m.in. ważność Europy Środkowej dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskie zainteresowanie tym regionem. Pisał o tym wielokrotnie George Friedman. Stąd ponawiające się amerykańskie próby osłabienia Unii Europejskiej (z przerwą na prezydenturę B. Obamy), a szczególnie Niemiec i Francji.

Tym też tłumaczyć trzeba amerykańską obecność w Europie Środkowej: polityczną, gospodarczą i militarną – ta ostatnia ma ostrze przede wszystkim antyrosyjskie. Polityka rosyjska z kolei zmierza w zasadzie do nawiązania bliskich relacji z Unią Europejską, a szczególnie z Niemcami, jakkolwiek niektóre jej posunięcia to chęć wyłuskiwania z Unii poszczególnych państw, partii politycznych i ruchów społecznych. W sumie zarówno USA, jak i Rosja prowadzą politykę osłabiania Unii Europejskiej.

Niezależnie od zmieniających się indywidualnych politycznych preferencji kolejnych prezydentów amerykańskich, istnieją stałe interesy Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata, które częstym zmianom nie podlegają. Rodzi się pytanie, na ile zmieni się polityka amerykańska w Europie Środkowej po spotkaniu Trump-Putin w Helsikach. Szczyt dotyczył w dużym stopniu Bliskiego Wschodu, a, jak zauważa wielu obserwatorów, podjęte, lub zapoczątkowane tam decyzje mieć będą implikacje globalne. Stałym i podstawowym składnikiem polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie było dotąd sojusznicze poparcie dla Izraela.

W momencie kiedy Stany Zjednoczone dzielą się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo Izraela z Rosją, wiele rzeczy się zmienia. Rosja ustanowiła w Syrii swe przyczółki, a Stany najwidoczniej nie są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa swemu sojusznikowi – Izraelowi. Zarówno Stany, jak i Izrael zdają sobie sprawę, że bez Rosji nie ustabilizują sytuacji w tym regionie, bo o ostatecznym uregulowaniu konfliktów w ogóle nie ma mowy.

Głównymi sojusznikami Stanów na Bliskim Wschodzie są, obok Izraela – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Trwałość tego sojuszu nie jest jednak wieczna. Stany Zjednoczone posiadają od pewnego czasu własne, olbrzymie zasoby ropy i gazu, mogą więc zrezygnować z bliskowschodniej ropy bez uszczerbku dla swego bezpieczeństwa energetycznego. W razie dalszego wycofywania się w bliżej nieokreślonej przyszłości Stanów z Bliskiego Wschodu, globalna rola Rosji będzie rosła i doczekać się możemy jeszcze entuzjastycznych komentarzy w zachodnich mediach na temat Rosji i demokratycznego porządku w tym kraju.

Sytuacją w świecie po szczycie Trump-Putin w Helsinkach oraz niepewną przyszłością polskiego bezpieczeństwa zaniepokojeni są polscy emerytowani dyplomaci, czemu dali wyraz w opublikowanym w prasie Stanowisku Konferencji Ambasadorów 20 lipca br. Stanowisko podpisane zostało przez 29 ambasadorów, w tym dwóch wybitnych dyplomatów, wykształconych jeszcze solidnie w Polsce Ludowej: Jerzego Marię Nowaka i Andrzeja Towpika. W Stanowisku czytamy pod adresem obecnego polskiego rządu m.in.: „Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać dwa filary – USA i Europę”. Oraz: „Wysiłek społeczny przeznaczenia 2 proc. PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego sił Zbrojnych RP”.

Nasuwa się rzeczywiście pytanie na co te pieniądze są wydawane, skoro wyników brak? W najbliższym czasie dowiemy się też czy Stany Zjednoczone ustanowią swą stałą obecność na wschodniej flance NATO oraz czy sprzedadzą Polsce broń i czy zdecydują się na modernizację naszej armii. Skoro bowiem Rosja staje się, przynajmniej na Bliskim Wschodzie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, to może należy się spodziewać, że także w polsko-rosyjskich stosunkach nastąpi era ocieplenia. Po co więc byłaby ta cała antyrosyjska narracja w poprzednich latach? Trudno przy tym uwierzyć, że poprawa stosunków amerykańsko-rosyjskich następuje tak nagle i że już wcześniej o pewnych sprawach nie rozmawiano. Przecież prezydent Trump już od początku swej prezydentury pragnął wycofać amerykańskie oddziały z Syrii!

John R. Bradley, brytyjski ekspert ds. Bliskiego Wschodu zauważył, że porozumienie USA, Rosja, Izrael w sprawie konfliktu w Syrii oznacza, że prezydent Baszszar al-Assad utrzyma się przy władzy, a Syria staje się rosyjskim protektoratem. Rząd syryjski zaoferuje gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Izraela, a Stany Zjednoczone porzuciły wspieranych przez siebie rebeliantów w południowo-zachodniej Syrii.
Dzięki porozumieniu Rosja otrzymuje potwierdzenie swego statusu w Syrii i ciepłowodny port na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a USA ma zamiar wycofać swe oddziały z operacji w Syrii. (John R. Bradley, „Assad is back for good In Syria – and with Trump’s Blessing”, The Spectator, 21 July 2018). Media dorzucają stale dodatkowe, potwierdzające te wieści informacje. Tak np. amerykańska gazeta Washington Post stwierdziła 27 lipca, iż nie można wykluczyć, że Donald Trump w rozmowie z Putinem zaakceptował wcześniejszą nieformalną umowę między Izraelem a Rosją. Władze Izraela zgodziły się w niej uznać jurysdykcję prezydenta Assada nad południowo-zachodnią Syrią w zamian za gwarancję Kremla, że jednostki irańskie rozlokowane będą w Syrii nie bliżej niż 80 km od granicy z Izraelem.

Inne źródło z kolei informuje, że Rosja rozmieści swą policję wojskową na Wzgórzach Golan i otworzy osiem punktów obserwacyjnych, by uniknąć możliwych prowokacji, natomiast siły irańskie w Syrii wycofają się na odległość 85 km od okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan („Rosjanie wchodzą do Izraela, portal WGospodarcze,pl, 2 sierpnia 2018).
W Polsce, po stronie rządowej także zaobserwować można zaniepokojenie, chociaż przesłania je dyskusja polityków i publicystów na inne ważne tematy. Większość polityków i publicystów nie zauważa jak gdyby, że w świecie nastąpić może (nie twierdzę, że na pewno nastąpi) poważna zmiana sojuszy).

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz udał się natychmiast do Waszyngtonu, by zorientować się w aktualnej sytuacji. Rozmawiał w Białym Domu z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem na temat dwustronnych stosunków. Po tej rozmowie, korespondentom polskich mediów min. Czaputowicz oznajmił, że podczas planowanego spotkania prezydentów Polski i USA zapaść mogą konkretne decyzje w sprawie stałej, a nie rotacyjnej – jak obecnie – obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski. Jak ustaliła PAP, w ostatecznym projekcie ustawy o wydatkach na obronę narodową USA w roku bieżącym znalazła się poprawka zobowiązująca ministra obrony do poinformowania o możliwości i celowości stałego stacjonowania w Polsce amerykańskiej grupy bojowej (brygady). Minister Czaputowicz oświadczył polskim korespondentom, że został zapewniony, iż nie ma żadnych obaw co do pewności, że Stany Zjednoczone pozostają naszym sojusznikiem. („USA: Minister Czaputowicz spotkał się z Boltonem”, WGospodarce.pl, 27 lipca 2018).

Zapewne po to, by rozwiać jeszcze inne wątpliwości minister Czaputowicz w najbliższych dniach złoży wizytę w Izraelu (11-13 sierpnia). Wśród ujawnionych w prasie tematów rozmów w Izraelu brak co prawda tematyki szczytu w Helsinkach i „wojskowych Rosjan w Izraelu”, ale należy się domyślać, że padnie tam pytanie czy Rosja, „przyjaciel naszych przyjaciół zostać ma także naszym przyjacielem”.