Lewica nie będzie przystawką

Piotr Kusznieruk, przewodniczący Nowej Lewicy w województwie podlaskim, tłumaczy, dlaczego zjednoczenie Nowej Lewicy i Wiosny jako dwóch równorzędnych sił to optymalne rozwiązanie.

Lider podlaskiej Nowej Lewicy skomentował ostatni konflikt w partii na łamach białostockiej „Gazety Wyborczej”.

Przypomnijmy, że na posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy w ostatnią sobotę zapadły ostatecznie decyzje o utworzeniu dwóch i tylko dwóch frakcji w partii. Będą to struktury odpowiadające dawnym formacjom: SLD i Wiośnie. W takiej postaci partia uda się na kongres zjednoczeniowy, finałowo zaplanowany na 9 października.

Przed i podczas zarządu przewodniczący Włodzimierz Czarzasty zawiesił w prawach członka kilkoro działaczy, w tym posłów Lewicy. Emocje wokół konfliktu w partii nie gasną.

Umów trzeba dotrzymywać…

Przewodniczący podlaskich struktur Nowej Lewicy nie ma wątpliwości: już za późno na dyskusje o tym, czy i na jakich zasadach Wiosna połączy się z Nową Lewicą. To już było omawiane i zostało ustalone. – Kluczowym elementem jest dotrzymanie słowa wobec Wiosny. Umów trzeba dotrzymywać. Dzisiaj ważniejsza jest ta integracja niż indywidualne ambicje pewnej grupy osób – powiedział Piotr Kusznieruk w rozmowie z „GW”. – Dogadaliśmy się, że Wiosna ma mieć autonomię, integralność w ramach tego połączenia, a to, że będą dwie frakcje i po dwóch przewodniczących, także w regionach, zostało zapisane w naszym statucie. Taka strategia rozwoju naszej partii została określona w 2019 r. – doprecyzował.Dodał przy tym, że pomysł mnożenia liczby frakcji i tworzenia np. pięciu wewnętrznych grup uważa za kuriozalny. – W kraju i regionach po pięciu przewodniczących? To jakiś absurd – mówi działacz.

… a Wiosna jest cenna

Piotr Kusznieruk uważa również, że wartość rozwiązanej Wiosny jest dużo wyższa, niż wskazywałyby na to mało liczebne struktury w terenie. Przypomina, że Wiośnie udało się zaangażować do polityki nowe twarze, młodych ludzi, że ci nowi aktywiści to uczestnicy protestów w sprawach LGBT i równości kobiet i mężczyzn.

– Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO. Bo w Wiośnie jest energia – mówi Kusznieruk.

A dzisiejsze różnice w światopoglądzie i podejściu do polityki między doświadczonymi działaczami dawnego SLD i tą energetyczną młodzieżą? Są do przezwyciężenia, mówi przewodniczący Nowej Lewicy na Podlasiu. Jest przekonany, że za 2-3 lata frakcje partii zżyją się ze sobą.

Są podstawy, by w to uwierzyć – wszak cel politycy z obu formacji mają jeden, a koalicja zawarta w 2019 r. przyniosła socjaldemokratom i progresywistom upragniony powrót do parlamentu.

Nie spaść do roli przystawki

Piotr Kusznieruk obawia się, że bez Wiosny i jej elektoratu znaczenie Nowej Lewicy mogłoby raptownie zmaleć. Nawet do tego stopnia, że samodzielny start w wyborach nie miałby sensu. A skutki byłyby opłakane. – Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO – prognozuje polityk. A taki scenariusz w jego przekonaniu jest niepożądany. Socjaldemokraci powinni iś do wyborów samodzielnie, nie jako część koalicji, w której ich program rozmyje się.

Dlatego Piotr Kusznieruk, chociaż zaznacza, że od konfliktu w partii trzyma się z daleka, chce jednak, by przewodniczącym Nowej Lewicy do kongresu w październiku był Włodzimierz Czarzasty, współtwórca koalicji z Wiosną i Razem.

Co dalej z Nową Lewicą?

Zarząd Nowej Lewicy podjął w sobotę uchwałę o powołaniu dwóch frakcji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej i frakcji Wiosna; utrzymał również w mocy decyzje zawieszające kilku członków partii – powiedział w sobotę lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty. Zarząd podjął decyzję praktycznie jednomyślnie – przy jednym głosie wstrzymującym się.

„Zarząd w sposób ostateczny podjął uchwałę o powołaniu dwóch frakcji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej i frakcji Wiosna, co kończy dyskusję w sprawie tego, jak będzie wyglądała sprawa dotycząca kongresu zjednoczeniowego 9 października. Dwie frakcje – frakcja Wiosna i frakcja SLD”

– powiedział Czarzasty po sobotnim posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy.

„Dopełniliśmy obietnicy zobowiązania wobec naszego partnera, jakim jest partia Wiosna”

– zaznaczył.

Podkreślił, że w głosowaniu, tylko jedna osoba powstrzymała się od głosu, wszyscy inni byli „za”. „Kończy to w sposób definitywny dyskusję w tej sprawie. My nie oszukujemy, jak dajemy słowo, to tak być powinno” – zaznaczył.

Poinformował ponadto, że zarząd Nowej Lewicy utrzymał w mocy jego wcześniejsze decyzje zawieszające członków partii. „Działania te są zgodne z procedurami partii, poddałem swoje decyzje pod weryfikację zarządu. Temat uważam za zakończony” – oświadczył.

Czarzasty zawiesił w sobotę sześciu posłów: Tomasza Trelę, Karolinę Pawliczak, Wiesława Szczepańskiego, Wiesława Buża, Jacka Czerniaka i Bogusława Wontora. W południe rozpoczęło się posiedzenie zarządu ugrupowania.

Uchwała Zarządu Krajowego Stowarzyszenia „Pokolenia” podjęta w dniu 17 lipca 2021r. w Warszawie w formie Stanowiska Zarządu Krajowego

Pokolenia są Stowarzyszeniem Lewicy. Nigdy tego nie ukrywaliśmy. Świadczą o tym nasze życiorysy, postawy i poglądy, które konsekwentnie prezentujemy od początków III Rzeczypospolitej.

Podpisaliśmy porozumienie o współpracy z Socjaldemokracją Rzeczypospolitej Polskiej, od początku współtworzyliśmy Sojusz Lewicy Demokratycznej i aktywnie towarzyszyliśmy wszystkim jego przedsięwzięciom, w tym w każdej kampanii wyborczej. To daje nam legitymację do zabierania głosu w sprawach polskiej Lewicy.

Z wielkim szacunkiem odnosimy się do historycznego dorobku Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie tylko walnie przyczynił się on do wejścia naszego kraju, w struktury państw demokratycznych i rozwiniętych. Ale to on właśnie przeprowadził miliony Polaków z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej do III RP, z gospodarki zcentralizowanej do gospodarki efektywnej. Ma on wielkie zasługi w umacnianiu demokracji, w rozwoju samorządu terytorialnego, w podniesieniu poziomu życia wielu milionów ludzi.
Z nadzieją przywitaliśmy ideę konsolidacji struktur lewicowych, która ziściła się w postaci partii Nowa Lewica. Zawsze uważaliśmy, że w Polsce potrzebna jest współpraca wszystkich środowisk lewicowych i w miarę jednolita ich reprezentacja polityczna. Powstanie Nowej Lewicy traktujemy jako szansę zdobycia wpływu w nowych środowiskach, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie ludzie młodzi, przywiązani do idei wolności, tolerancji, akceptujący różnorodność i godność każdego człowieka są nadzieją lewicy. To oni mogą nadać nowy impet do działania, długofalowo przyczynić się do zdobycia przez partię lewicy należnego jej miejsca w życiu społecznym.

Wiemy, że proces ten nie może być wolny od błędów, konfliktów i zahamowań. Każda zmiana struktury organizacyjnej wywołuje reakcję ludzi. Nowa struktura narusza dotychczasowe hierarchie, zmienia nawyki działania, wprowadza nowe obyczaje i nowy sposób pracy. To zmusza do wysiłku, owocuje nowymi konfliktami, weryfikuje grono ludzi aktywnych. Ale trzeba liczyć koszty i patrzeć perspektywicznie. Bez myślenia o kolejnych generacjach Polek i Polaków, ich aspiracjach i potrzebach, odmiennych wszak niż nasze, Lewica w Polsce nie będzie miała przyszłości.
Z niepokojem obserwujemy ujawnione publicznie konflikty w Nowej Lewicy. Maja one zapewne wiele źródeł. Część z nich ma charakter naturalny, o których wyżej wspomniano, część wynika z urazów i obaw o charakterze subiektywnym. Część zapewne jest wynikiem nieintencjonalnych błędów kierownictwa. Nie chcemy w to wnikać. Ale wszystko to można rozwiązać przy zachowaniu dobrej woli i poczucia odpowiedzialności za przyszłość lewicy i jej wizerunek społeczny.
„Pokolenia” chcą i będą uczestniczyć we wszystkich przemianach, które prowadzą do umocnienia lewicy, jej odnowy i rozszerzania jej wpływów społecznych. Chronić przy tym będziemy podmiotowość naszego Stowarzyszenia, nie chcemy zastępować aktywu partii w prowadzeniu jej spraw i nie będziemy się zgadzać na wykorzystywanie naszego Stowarzyszenia, jego wizerunku i własności intelektualnej do prowadzenia wewnątrzpartyjnych sporów. Zachowanie dobrego imienia naszej organizacji leży bowiem w długofalowym interesie Polskiej Lewicy.

O polskich mediach na nowy tydzień

Jeden poseł mnie pyta, co ja sądzę o lex TVN, a ja mu na to, że zasadniczo to się nawet trochę cieszę, bo zawsze mnie o cieszy, kiedy się jakiś mały grajek próbuje się postawić Amerykanom, tylko nie bardzo wiem co ma z tego wynikać, kiedy kupujemy w tym samym czasie amerykańskie czołgi. Ale pomysł sam w sobie nie głupi, bo jakby się przyjrzeć regulacjom medialnym w państwach zachodu, to okazuje się, że nie za taki pluralizm Wałęsa skakał przez płot.

W Niemczech ongiś próbowała wejść na rynek stacja RTL, nadająca z Luksemburga. Pobyła, pobyła, ale się zmyła. Od tego czasu w Reichu istnieją tylko niemieccy nadawcy. O innej, niż brytyjskiej własności względem mediów pisanych i elektronicznych, na Wyspach nikt nawet nie śni. Podobnie w Szwecji czy Norwegii. Nie jest bowiem tak, jak wmawiał nam przez lata naczelny ekonom, że kapitał nie ma narodowości. Każdy, średnio rozgarnięty obywatel już dziś wie, choćby przez empirię, że jest zupełnie odwrotnie. W mediach tak samo. Media ponadto są na tyle specyficznym biznesem, że prócz rozrywki, dostarczają też informacji, a te odpowiednio pozycjonują i komentują. I nikt mi nie powie, że własność nie ma tu nic do gadania. Zresztą, wystarczy popatrzeć i porównać przekazy tych i owych. Bezstronności nigdy w mediach nie uświadczymy, ale przynajmniej można by się do niej zbliżać. Z tego punktu widzenia, działania nasz czy węgierskie, oczywiście, mogą być obśmiane, jako konsekwentne kroczenie w stronę putinowskiej Rosji, jeno niech pierwej każdy jeden krytykant spojrzy obiektywnym okiem na Zachód. Tam żadne, szanujące się społeczeństwo i rząd nawet nie śni o tym, żeby tak ważny odcinek jak media, oddać na pastwę wolnego rynku, gdzie może go sobie zakupić kto chce; jak chce, kształtować dyskurs i manipulować opinią. A w każdym, państwowym działaniu idzie wszak o to, żeby działać zgodnie z narodowym interesem. Żeby ludziom przychylić nieba, lub przynajmniej, oddalić odeń piekielny krąg. Swoim ludziom, nie cudzym. I choćby nie wiem jak Zachód był proludzki, empatyczny i otwarty, to każde państwo starej Unii gra na siebie. Jeśli oczywiście ma mądrych przywódców, a większość ma. Po co jest Nord Stream? Żeby podkurwić Kaczyńskiego i Amerykę? Nie, jest po to, żeby Niemcy płacili taniej za gaz, a reszta Europy niech się buja. Gdybym był Niemcami, robiłbym dokładnie tak samo.

Z drugiej strony, co podnoszą krytykanci repolonizacji mediów, i po części mają rację, istnieje groźba, że przejmując kontrolę nad prasą, radiem i telewizją, uczyni się z nich pas transmisyjny władzy względem obywateli, jak to było za komuny. Wszyscy będą tłuc to samo, jak dziś TVP, której na trzeźwo oglądać nie sposób. Rzeczywiście, jest taka szansa. Dziś już czyści się na potęgę redakcje lokalnych gazet przejętych przez Orlen, zastępując dziennikarzy z doświadczeniem, swoimi. Niektórzy ubiegają gilotynę i rzucają papierami sami z siebie. Czego by jednak nie mówić o prasie drukowanej, siła jej rażenia jest dziś cokolwiek średnia. I będzie coraz mniejsza, czy tego chcemy, czy nie. Naturalnie, dla demokracji i walki o prawdę to zła wiadomość, ale z punktu widzenia mocy propagandowych, nie oszukujmy się, kilka odkupionych od Niemca gazet, PiS-owi wyborów nie wygra. O telewizję jednak należy się bić, bo pogłoski o jej rychłej śmierci, są, jak na razie, mocno przesadzone. Zakładając, że PiS-owi uda się obłaskawić amerykańskich panów i dopchną kolanem deal z przejęciem TVN-u, zastanawiam się, jak powinna wyglądać dalsza rozgrywka i polityka względem stacji. Wywalić wszystkich niepokornych i zastąpić ich narybkiem od Rydzyka, to trochę, nawet jak na PiS, zbyt łopatologiczne. Istnieje ryzyko, że naród się w tym połapie. Gdybym dowierzał, że w partii rządzącej są ludzie, którzy potrafią manewrować na styku biznesu i miękkiej dyplomacji bez nahaja przy pasie, postawiłbym parę groszy na to, że od paru miesięcy trwają zaawansowane rozmowy z kierownictwem stacji, w jaki sposób przeprowadzić na antenach aksamitną rewolucję przekazu, tak, żeby w oczach człowieka który ogląda „Szkło kontaktowe” i ceni za rzetelność Monikę Olejnik, trochę zyskać. A to jest do zrobieni. Wymaga czasu i pieniędzy, ale idzie to uczynić, oczywiście pod warunkiem, że biorą się za to profesjonaliści, a nie Marek Suski z Jackiem Sasinem. Wystarczy spojrzeć na przykład Polsatu, który przeszedł na pozycje bardzo umiarkowane, zmieniając, w zasadzie z miesiąc na miesiąc, ostry, antyrządowy kurs.

Kończąc wątek polskich mediów, które winne polskimi zostać, pragnę jedynie na koniec złożyć serdeczne kondolencje zarządowi Nowej Lewicy i Włodzimierzowi Czarzastemu, za to, że na naszych oczach grzebie dorobek tych kilkunastu procent z ostatnich wyborów. Usuwanie niewygodnych rywali za pomocą podpisu na glejcie? Donald Tusk by się nie powstydził. Ja się jednak wstydzę. Za to co widzę. Dobrze, że żadna telewizja tego nie pokaże…

Nowa Lewica ma dwie drogi

Czerwcowe zamknięcie projektu Wiosny Biedronia i rozpoczęcie procesu formalnej konsolidacji ugrupowań lewicowych ujawniło długo skrywane pretensje, ambicje i animozje działaczy.

Chodzi o zbyt dużą (zdaniem części działaczy) uległość wobec mniejszego koalicjanta, ale również o słabe sondaże i konflikt z liberalną opozycją. Powiedzieć, że polska Lewica przeżywa swe największe zawirowania to truizm. Idzie o głębszy dylemat ideologiczny. To problem większości niegdyś potężnych socjaldemokracji.

Wystarczy spojrzeć na sondaże z ostatniej dekady – spadek poparcia dla centrolewicy jest powszechny. Problem jest stary i znany a diagnozy mądrych głów zbliżone: zmiany technologiczne i kulturowe napędzają indywidualizację i liberalizację, utrudniając dawne formy organizacji i rozmywając niegdysiejsze tożsamości grupowe. Klasa robotnicza zanika, ale jej problemy pozostają. Partie lewicowe potrzebują populistycznego przebudzenia, ale problem leży w samej strukturze kapitalizmu, który wchłania wszelkie formy organizacji, nie pozwalając na żadne poważne alternatywy. Starzy socjaliści opierali swoją politykę na pracy u podstaw, z kolei ci nowi już nie chcą być aktywistami. Zdołali urządzić się w tym świecie, podobnie jak znaczna część elektoratu.

Tak zwana Trzecia Droga przyniosła jedynie chwilowe wytchnienie, bo na dłuższą metę neoliberalna lewica nie była nikomu potrzebna (konserwatyści i liberałowie byli bardziej autentyczni). Tymczasem za horyzontem już majaczyli populiści, gotowi obiecać wszystko wszystkim, z solidną dokładką w postaci kulturowych resentymentów i tęsknotą za tym, co „inni” (imigranci/kosmopolici/muzułmanie/lewacy) zabrali. W 2021 roku szwedzka socjaldemokracja traci większość z powodu polityki likwidacji sufitów czynszowych, zaś brytyjska Partia Pracy kończy swój dryf w prawo kolejnym łomotem wyborczym. Problem nie dotyczy tylko złego programu, lecz wiarygodności: wspomniana Labour Party zaliczyła największy upadek za socjalisty Corbyna. Jego plany były popularne i ambitne, ale mało kto uwierzył w możliwość ich realizacji. Kiedy grecka Syriza próbowała wyrwać się z uścisku Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bardzo szybko stanęła przed wizją bankructwa kraju. Lewica neoliberalna wyczerpała możliwości, ale udawanie, że można zmienić reguły globalnego kapitalizmu za sprawą czołowego zderzenia, jest równie naiwne.

Są też jaśniejsze punkty, jak socjalistyczne rządy w Portugalii i Hiszpanii. Oba zaczęły przygodę z rządzeniem od parlamentarnych przewrotów wymierzonych w skorumpowane i bezwolne rządy centroprawicy. Podobnie jak w Polsce, tam również kwestionowano prawo lewicy do rządzenia. Zwycięstwa w kolejnych wyborach odsunęły te argumenty. W innych krajach lewica wygrywa kompetencjami np. w Danii (rząd Mette Frederiksen praktykuje migracyjny realpolitik), Finlandii czy Nowej Zelandii (w której postawiono na gospodarczy patriotyzm i feminizm). W dwóch ostatnich krajach rządzą pragmatyczne kobiety biegłe w narracji progresywnej wspólnotowości. Sanna Marin otworzyła debatę o dochodzie gwarantowanym, z kolei Jacinda Arend otwarcie krytykuje kapitalizm, inwestując w odbudowę sektora publicznego. Jeszcze ciekawiej dzieje się w Islandii, tam czerwono-zielona Katrín Jakobsdóttir premierka gabinetu wdraża 4-dniowy tydzień pracy. Co ciekawe – w koalicji z liberałami i konserwatystami. Lewica odnosi sukcesy tam, gdzie podejmuje realne wyzwania gospodarcze, uznając kwestie związane z prawami człowieka za pewnik. Tym samym unika kulturowych wojenek, które są na rękę prawicy.

Jak to się wszystko ma do polskiego podwórka? W 2019 roku Koalicja Wiosny, SLD i Razem odtrąbiła sukces i początek wielkiego projektu, ale dwa lata później wciąż nie ma pewności, jaki ostatecznie kierunek obejmie. Pokusa schowania ambicji i wejścia w prosty „anty-PiS”, wydaje się wielka – przynajmniej dla zawodowych polityków, zasępionych perspektywą utraty mandatu. To bezpieczna droga, ale rodząca pytanie: na co komu lewica, która nie ma ambicji realizowania własnego programu? A przecież przyszłość puka do drzwi i trzeba odpowiadać na ważne pytania: jaka transformacja energetyczna? Jakiego modelu ekonomii potrzeba, aby sprostać wyzwaniom globalnego ocieplenia? Czy dochód podstawowy to dobra odpowiedź na automatyzację pracy? Co z masową migracją? Jak zahamować wzrost potęgi wielkich monopoli? Nierówności? Kryzys mieszkaniowy? Usychanie demokratycznych struktur? Politycy z prawej lubią unikać odpowiedzi na te trudne pytania. Kiedy to samo robią ci postępowi konsekwencje są bolesne. Tutaj lewicy faktycznie wolno mniej.

Nowa Lewica ma dwie drogi: powtarzanie błędów siostrzanych formacji z innych krajów lub utrzymanie różnorodnej koalicji, budowanie politycznej podmiotowości i programowej odwagi. To eksperyment bez jakiejkolwiek gwarancji wyborczego sukcesu, ale innej drogi nie ma. Błyskawiczne tempo przemian społecznych pozostawia wielką grupę zagubionych wyborców – oni są gotowi na poważną wizję. Jedno jest pewne: najbliższe miesiące zadecydują o losach polskiej lewicy na lata.

Co powie lewica jak się ją o problem świeckości państwa zapyta?

Formująca się w bólach Nowa Lewica, która jak sama siebie określa jest jedyną postępową siłą w polskiej polityce sukcesywnie traci poparcie potencjalnych wyborców wbrew oczywistemu – jakby mogło się wydawać -potencjałowi synergii wynikającej z połączenia SLD z partią Wiosna Roberta Biedronia.

Czy zatem postępowością coś nie tak albo z przywiązaniem do zasad demokracji wymagającej przeciwstawienia się wspólnemu wrogowi czy to może zasługi osobiste przywódców albo radosnych pląsów medialnych posłanek i posłów przystawki Nowej Lewicy w postaci partii Razem ?  Jakaś przyczyna być musi i warto podjąć nad nią dyskusje przed, a nie po planowanym kongresie.

Nie trzeba prowadzić pogłębionych analiz by zauważyć coraz bardziej osłabiająca się więź lewicy ze środowiskami miejskiej inteligencji, drobnych przedsiębiorców i całej bynajmniej nie małej rzeszy środowisk socjalliberalnych zasilających szeregi tzw. lewicy światopoglądowej, która zgromadziła się wokół konserwatywno-liberalnego PO i nic nie wskazuje na to by szukała porozumienia z odnowioną lewicą. Coraz bardziej zniechęcone do działań lewicy zasiadającej do jakichkolwiek rozmów z narodowo-katolicką partią rządzącą są także środowiska świeckie próbujące przeciwstawiać się utrwalaniu w Polsce modelu państwa wyznaniowego. Z prawdziwym zdziwieniem przyjmują one treść oficjalnego przekazu programowego sprowadzoną do czterech, niezgodnych z obowiązującym w Polsce prawem, życzeń dotyczących wprowadzenia kas fiskalnych dla księży – cokolwiek miałoby to oznaczać, likwidacji Funduszu Kościelnego, zakończenia procesu konfesjonalizacji w systemie edukacji publicznej oraz likwidacji tzw. klauzuli sumienia czyli prawa do sprzeciwu sumienia, którego ograniczenie może nastąpić tylko w wyjątkowych sytuacjach jak to wynika z art.18 ust. 3 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych ONZ (Dz. U. z 1977r., Nr.38, poz.167).

Trudno byłoby nie zauważyć, że obecnie udostępniane treści programowe w zakresie problematyki relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi stanowią regres w stosunku do programu zawartego w uchwale SLD dotyczącej tej problematyki. Z całą cierpliwością życzliwego obserwatora środowiska świeckie oczekują na poważne potraktowanie fundamentalnej dla przyszłości Polski kwestii pozycji Kościoła katolickiego w systemie prawnym oraz  roli religii w społeczeństwie i państwie.         

W warunkach monopolizacji sfery wyznaniowej w Polsce przez jedno wyznanie i jego uprzywilejowanie instytucjonalne doprowadziło bowiem do sytuacji, w której rządzący przy ścisłej współpracy z Kościołem katolickim skutecznie uczynili z katolicyzmu ideologię państwową. Praktycznie bez większego oporu jest ona narzucana całemu zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu jako jedyna forma kształtowania pożądanych zachowań, stylów i sposobów życia oraz wszelkiej aktywności obywateli. Nachalne utożsamianie    polskości z wyznaniem katolickim i związana z tym wrogość wobec przedstawicieli innych światopoglądów czy stylów i sposobów życia coraz bardziej nasila antagonizmy  różnych grup społecznych, wzmaga konflikty w rodzinach i niszczy tkankę społeczną godząc wprost w spójność państwa.

W tej sytuacji konieczne jest i oczekiwane przez różne środowiska polityczne  otwarte przeciwstawienie się wrogiej ideologii katolicyzmu, jako ideologii, a nie religii która w ramach konstytucyjnych wolności światopoglądowych każdy może swobodnie wyznawać. Należy zatem skończyć z powstrzymywaniem się od otwartego zwalczania państwowej ideologii rządzących, jawnie wystąpić przeciwko dewastującemu wpływowi na państwo autorytarnego klerykalizmu, który jako klerykalizm polityczny w bardziej twardej jak na skrajnej prawicy wersji, bądź liberalnej jak u Hołowni, dominuje na polskiej scenie politycznej. 

Obstawanie przy oderwanych od realiów marzeniach o opodatkowaniu kościołów i innych związków wyznaniowych i wprowadzeniu kas fiskalnych, pomijając już kwestie godzące w swobody uprawiania kultu wolnych obywateli, czy sytuację ekonomiczną kościołów mniejszościowych, może być potraktowane jedynie jako atrakcja mająca przyciągać ewentualne poparcie niezbyt zorientowanych odbiorców, lecz w żadnym razie nie stanowi poważnego zagrożenia dla interesów Kościoła i kleru.        

W wypadku gdyby Nowa Lewica, jako partia polityczna poczuła się uprawniona do poważnego podjęcia kwestii zupełnie fundamentalnej dla państwa polskiego jaka jest w XXI wieku powrót do fundamentalizmu religijnego i kształtowanie porządku prawnego na podstawie konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości wykorzystywanego także przez różne skrajnie prawicowe, w tym faszystowskie formacje polityczne, to powinna niezwłocznie podjąć w tym względzie poważną debatę.    

Konsekwentne umacnianie w Polsce narodowo-katolickiej ideologii  wymaga co najmniej zmiany dwóch podstawowych paradygmatów na jakich skonstruowany został system konstytucyjno-prawny III RP.

Przede wszystkim należy zakwestionować powszechnie przyjmowane jako obowiązujące rozumienie zasady neutralności światopoglądowej państwa. Zasada ta została wyrażona w art.10 ust. 1 ustawy z dn.17 maja 1989 roku o gwarancjach wolności sumienia i wyznania proklamującym, że Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań, a następnie zawężona w treści art. 25 ust.2 Konstytucji RP do tzw. „bezstronności w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych”. 

W obu przypadkach egzegeza powołanych norm prawnych prowadzi do wniosku, że neutralność (bezstronność) państwa (władz publicznych) projektowana była nie jako rzeczywista neutralność wobec wszelkich światopoglądów, wyznań religijnych czy przekonań filozoficznych, lecz jako tzw. neutralność religijna. Polega ona na uznaniu za celowe i korzystne, z punktu widzenia państwa, przyznanie religii jako takiej szczególnej roli  i wspieranie w tym finansowe instytucji religijnych. Uprzywilejowanie  przede wszystkim Kościoła katolickiego wynikało m.in. z przyjęcia katolicyzmu jako aksjologicznej podstawy systemu prawnego III RP i wspierania religii jako podstawowej formy świadomości społecznej. Tak sformułowana koncepcja ustrojowa miała być zabezpieczona w miarę równoprawnym traktowaniem wyznań w ramach odpowiednich kategorii wynikających z podstawy prawnej regulacji statusu danego wyznania, a więc kościołów działających na podstawie konkordatu, kościołów i związków wyznaniowych działających na podstawie ustaw partykularnych, pozostałych wpisanych do rejestru prowadzonego przez MSWiA oraz pozostałych nie posiadających uprawnień do uczestniczenia w obrocie cywilnoprawnym.

Tak wdrażana zasada neutralności światopoglądowej państwa nie jest neutralnością pojmowaną jako zdystansowania od wszelkich w tym przede wszystkim instytucjonalnych form funkcjonowania religii, pozostawania w oddaleniu funkcjonalnym, kierowania się obojętnością wobec ich spraw wewnętrznych i nie wspierania ani nie pogarszania ich własnego potencjału rozwojowego, a w szczególności powstrzymywania się od wszelkich form finansowania instytucji lub wspólnot wyznaniowych.  

Drugim konstytucyjnie przyjętym założeniem relacji z kościołami i związkami wyznaniowymi jest zasada tzw. „przyjaznego rozdziału” mającego w założeniach stwarzać warunki do współdziałania instytucji państwa i kościołów „ dla dobra człowieka i dobra wspólnego”.

Zważywszy jednak na rzeczywistą pozycję Kościoła katolickiego w społeczeństwie jako największej i najsilniejszej ekonomicznie organizacji dysponującej zapleczem materialnym oraz potencjałem intelektualnym zarówno  całkowicie i bezterminowo związanego z interesami Kościoła kleru jak i  profesjonalistów z różnych dziedzin wiedzy oraz polityków doceniających wagę  stanowiska  Kościoła dla kontynuacji ich karier, współdziałanie coraz bardziej oznaczało uległość, a nawet podporządkowanie władzy aspiracjom i roszczeniom hierarchów Kościoła katolickiego. 

Chociaż wyrażona w Konstytucji RP zasada współdziałania Kościoła z państwem nie oznacza  możliwości współdecydowania z rządzącymi o sprawach państwa, to faktycznie stała się  podstawą współrządzenia w ramach tzw. „dobra wspólnego”, którym w myśl art.1 Konstytucji RP jest sama Rzeczpospolita Polska. Ostatnie lata rządów katolicko-narodowej prawicy potwierdzają słuszność poglądu o istnieniu w Polsce faktycznej koalicji partii rządzących z Kościołem katolickim.

Odwrócenie procesu tworzenia w Polsce państwa wyznaniowego i to nie tylko w materialnym, ale i prawnym jego wyrazie należy rozpocząć od przedstawienia partiom politycznym i organizacjom obywatelskim jasnego stanowiska w przedmiocie odejścia od wyżej wskazanych paradygmatów i przyjęcia do programów partyjnych konkretnych propozycji rozwiązań edukacyjnych, instytucjonalnych i prawnych .

Ze względu na fakt, że większość zmian jakie byłyby niezbędne dla unormowania relacji z kościołami i związkami wyznaniowymi, w tym także zawartych w prezentacji Nowej Lewicy na jej stronach internetowych wymaga renegocjacji, a wiec wypowiedzenia znacznych fragmentów konkordatu należałoby postulować by przyszłe władze dokonały próby nawiązania stałych, bezpośrednich stosunków z przedstawicielami Stolicy Apostolskiej  jako przewidzianym w konkordacie partnerem dla władz RP. Pozwoliłoby to na zdystansowanie się od hierarchów Kościoła katolickiego w Polsce reprezentujących głównie partykularne interesy oraz interesy kleru i związanych z nim kościelnych jednostek organizacyjnych. 

W miejsce ad hoc powoływanych komisji i zespołów rządowo-kościelnych skuteczne działania wspierane potencjałem intelektualnym, znajomością prawa wyznaniowego oraz prawa wewnętrznego Kościoła katolickiego może prowadzić ze strony państwa nie grono odpowiednio dobranych polityków lecz zorganizowany instytucjonalnie aparat. Powinien on skupiać profesjonalnie przygotowanych urzędników i doradców, którzy trwale, a nie przypadkowo jak dotychczas, zajmować się będą wszystkimi aspektami działalności instytucji i wspólnot wyznaniowych. Tylko taki aparat byłby zdolny do bezstronnego tworzenia  propozycji kształtowania polityki wyznaniowej państwa oraz prowadziłby sprawy wynikające z jej realizacji wspomagając instytucje wyznaniowe np. w wymaganych procedurach rejestracji wyznaniowych osób prawnych we właściwych sądach .Instytucja zajmująca się kwestiami wyznaniowymi powinna powstać przy urzędzie centralnym właściwym  zjawisku religii jako wytworu kultury ludzkiej, a nie administracyjnej jego reglamentacji .   

Zakres niezbędnych zmian prawnych koniecznych dla przeprowadzenia  procesu separacji instytucji wyznaniowych od państwa, w tym przede wszystkim z Kościoła katolickiego jest bardzo szeroki, ale te najbardziej nabrzmiałe jak jawność działania w zakresie źródeł finansowania, powstawania i rejestrowania wyznaniowych osób prawnych, uzyskiwania przysporzeń majątkowych od państwa lub samorządów, status podatkowy kleru i obowiązki w zakresie ubezpieczeń społecznych, podejmowania i rozliczania działalności gospodarczej przez wyznaniowe osoby prawne, a w końcu uwolnienia od konfesjonalizacji dzieci i młodzieży w systemie edukacji publicznej, finansowania etatów kapelanów w służbach państwowych, kształcenia duchowieństwa na poziomie wyższym itd. powinny stać się priorytetem „  jedynej postępowej siły w polskiej polityce”. 

Socjaldemokracja i liberalizm: stary spór w nowych odsłonach

Niedawne zawirowania w stosunkach między Nową Lewicą i Platformą Obywatelską skłaniają do ponownego zajęcia się sprawą programowych relacji między dwoma nurtami współczesnej myśli politycznej: socjalistycznym i liberalnym.

Ponad dwadzieścia lat temu w książce poświęconej perspektywom socjaldemokracji we współczesnym świecie („Socjaldemokracja wobec wyzwań XXI wieku”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 2000) podkreślałem nie tylko różnice, ale także punkty styczne między tymi dwoma nurtami demokratycznej myśli politycznej. Wracam do tej tematyki, gdyż nabrała ona w Polsce (a także w wielu innych państwach zagrożonych wznoszącą się falą nowego autorytaryzmu) szczególnego znaczenia.

Przez długie lata w polityce polskiej liberalizm pozostawał kierunkiem o marginalnym znaczeniu. W Drugiej Rzeczpospolitej nie istniała żadna licząca się partia polityczna o wyraźnie i konsekwentnie zaznaczonej orientacji liberalnej. Prawicy nacjonalistycznej, której głównym przedstawicielem była Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego, a w latach trzydziestych Obóz Narodowo-Radykalny, przeciwstawiał się zbudowany na kulcie Marszałka Piłsudskiego obóz sanacyjny, o wyraźnie autorytarnym, choć nie nacjonalistycznym, obliczu, a także rozbity na dwa skrzydła – socjalistyczne i komunistyczne – ruch robotniczy. Idee liberalne można było znaleźć w programach ugrupowań wchodzących w skład centrowej opozycji (Front Morges), ale były to ugrupowania słabe i pozbawione szerszego oparcia społecznego.

W okresie powojennym, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, opozycja demokratyczna odwoływała się do haseł liberalnych, bardziej zresztą w odniesieniu do wolności politycznych niż do wolności gospodarowania, ale hasła te w znacznej mierze przesłonięte były odwołaniem do nieskażonych treści socjalizmu, co szczególnie wyraźnie wystąpiło w „Liście do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. W czystej postaci liberalne koncepcje ekonomiczne głosili krakowscy liberałowie skupieni wokół Mirosława Dzielskiego, ale grupa ta nie miała szerszego oparcia społecznego i na ówczesny program opozycji demokratycznej nie wywarła znaczącego wpływu. Bardzo charakterystyczne jest to, ze w czasie prac ekonomicznego zespołu „Okrągłego Stołu” liberalne koncepcje ekonomiczne w ogóle nie odegrały jakiejkolwiek roli.

Dopiero po zmianie systemu liberalizm zdobył w Polsce silniejszą pozycję, co znalazło wyraz przede wszystkim w kierunku, w jakim poszły reformy gospodarcze, od nazwiska wpływowego wicepremiera i ministra finansów nazwane „Planem Balcerowicza”. Ówczesny rozkwit nurtu liberalnego nie był jednak wynikiem zakorzenienia się tego kierunku w społeczeństwie polskim, a choćby tylko w jego elicie intelektualnej, lecz był w znacznej mierze importowany z zewnątrz, zwłaszcza z USA i Wielkiej Brytanii, gdzie w tym czasie u szczytu powodzenia byli Ronald Reagan i Margaret Thatcher – dwoje przywódców politycznych bardziej niż inni pozostający pod wpływem tak zwanego neoliberalizmu ekonomicznego w wydaniu Szkoły Chicagowskiej Friedricha Hayeka (1899-1992) i Miltona Friedmana (1912-2006). Importowi idei neoliberalnych sprzyjało to, że będąca w fatalnym stanie gospodarka polska potrzebowała znacznego wsparcia nie tylko rządów, ale także instytucji finansowych z Zachodu, te zaś faworyzowały neoliberalne podejscie do gospodarki. „Liberalizm po komunizmie” – by posłużyć się tytułem znakomitego studium Jerzego Szackiego (Kraków”: Znak 1994)– był tyleż reakcją na negatywne aspekty poprzedniego systemu co odzwierciedleniem idei aktualnie dominujących na Zachodzie.
Dopiero dojście lewicy do władzy w wyborach 1993 roku stworzyło warunki dla sformułowania i wcielania w życie alternatywnej koncepcji przebudowy gospodarki w postaci „Strategii dla Polski” – podstawowej socjaldemokratycznej koncepcji reform gospodarczych sformułowanej przez Grzegorza Kołodkę. W latach 1993-2005 główną siłą polityczną stanowiącą przeciwwagę dla socjaldemokratycznej lewicy były Unia Demokratyczna i jej następca Unia Wolności, formacja utworzona w wyniku zjednoczenia Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym – niewielką partią polityczną, która odegrała znaczącą rolę w krótkiej kadencji sejmowej 1991-1993, ale w wyborach 1993 roku nie weszła do Sejmu.

Unia Wolności nie była ugrupowaniem jednolitym ideologicznie, gdyż w jej szeregach obok zdeklarowanych liberałów znajdowali się tacy ludzie, jak Jacek Kuroń – do końca życia wierny swym socjalistycznym przekonaniom, a także lewicujący chrześcijańscy demokraci, których wyrazicielem był Tadeusz Mazowiecki. Ani jedni, ani drudzy nie byli jednak w stanie nadać ton polityce tej partii. Unia Wolności pozostawała amalgamatem o niejednoznacznym obliczu ideologicznym. Po wyborach prezydenckich 2000 roku skrzydło liberalne oderwało się od Unii Wolności tworząc (wraz z częścią polityków dawnej Akcji Wyborczej Solidarności) Platformę Obywatelską – pierwszą w polskiej historii silną i zdolną do rządzenia partię liberalną. Po klęsce wyborczej SLD w wyborach 2005 roku polityka polska została zdominowana przez konflikt między dwiema najsilniejszymi partiami wywodzącymi się z dawnej opozycji demokratycznej: liberalną Platformą Obywatelską i prawicowo-autorytarną partią „Prawo i Sprawiedliwość”.

Podział ten trwa nadal, choć dziś polityka polska nie jest już z w takim stopniu spolaryzowana na osi PiS-PO, jak to było w piętnastoleciu 2005-2020. Platforma Obywatelska osłabła, pojawił się – wokół Szymona Hołowni – nowy ruch polityczny o centrowym charakterze, do gry wróciła – jako trzecia siła parlamentarna – odrodzona lewica. O nowej sytuacji powstałej po opozycyjnej stronie sceny politycznej pisałem niedawno („Perspektywy polskiej opozycji”, Dziennik Trybuna, 5-6 maja br.) zwracając uwagę na wysoce szkodliwe konsekwencje konfliktów w łonie opozycji, której wspólnym , i w skali najbliższych dwóch-trzech lat najważniejszym, zadaniem jest położenie kresu szkodliwym dla Polski rządom Prawa i Sprawiedliwości a także usunięcie konsekwencji tych rządów, zwłaszcza w obszarze wymiaru sprawiedliwości.

Porozumienie głównych sił opozycyjnych wymaga poważnego podejścia do ideowych treści, na których opierają się główne formacje opozycyjne. Zarówno lewica, jak i inne ugrupowania opozycyjne, w tym zwłaszcza Platforma Obywatelska, stoją przed poważnym wyzwaniem, jakim jest określenie strategii – a nie tylko wybór doraźnej taktyki. Dotyczy to zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, w której dochodzi do najwyraźniejszego rozchwiania ideologicznego. To, w jakim kierunku ewoluować będzie Platforma Obywatelska, będzie w istotny sposób wpływało na jej rolę polityczną i na oblicze opozycji w Polsce. Obecny kryzys tej partii (list 51 parlamentarzystów krytykujących kierownictwo PO, usunięcie z niej dwóch wpływowych przedstawicieli prawego skrzydła tej partii, posłów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego, wystąpienie z partii posłanki do Parlamentu Europejskiego Róży Thun) wywołał falę komentarzy, w których mówi się wręcz o „pogrzebie Platformy” (Robert Walenciak” w „Przeglądzie”) lub o „końcu gry” (Dominika Długosz w „Newsweek Polska). Obecny kryzys w Platformie jest przejawem nie tylko niezadowolenia z powodu błędnej taktyki przywództwa Platformy, ale także poważnych rozbieżności ideologicznych mających swe źródło w dwoistości liberalizmu jako ideologii politycznej. Zdanie sobie sprawy z tych rozbieżności jest ważne między innymi dlatego, by do jednego worka nie wrzucać wszystkich liberałów, co przydarza się niektórym szczególnie krewkim krytykom z lewicy.

W drugiej połowie poprzedniego stulecia w państwach demokratycznego Zachodu ujawnił się istotny podział liberalizmu na nurty konserwatywny i progresywny. Ten pierwszy, zazwyczaj nazywany neoliberalizmem, kluczowe dla liberałów pojęcie wolności zdefiniował jako niczym nieograniczoną grę sił rynkowych, przy jak największym zredukowaniu roli państwa i odrzuceniu programu redukcji nierówności ekonomicznej i wynikającej z niej niesprawiedliwości. Nurt ten na bok odsuwał – jako rzekomo mniej istotne – prawa człowieka i postulat wolności rozumianej nie jako swoboda działań ekonomicznych, lecz jako prawo dokonywania wyborów życiowych bez ingerencji władzy państwowej. W skrajnych wypadkach neoliberałowie byli nawet gotowi wspierać krwawe dyktatury (jak chilijska dyktatura Augusto Pinocheta po zamachu stanu z września 1973 roku), chwaloną za to, że położyła kres „socjalistycznym eksperymentom” lewicy. Byli nawet tacy polscy liberałowie, którzy pielgrzymowali do Pinocheta, gdy był on czasowo zatrzymany w Wielkiej Brytanii.

Reakcją na wznoszącą się falę neoliberalizmu była wyraźna ewolucja części teoretyków liberalnych w stronę progresywnych wartości. John Rawls (1921-2002) w swej bardzo interesującej reinterpretacji ekonomicznej doktryny liberalizmu („Theory of Justice”) dowodził, że różnice ekonomiczne są usprawiedliwione tylko w takim stopniu, w jakim przyczyniają się do poprawy sytuacji najbiedniejszych. Zarówno on, jak Isaiah Berlin (1909-1997) głosili tezę , że państwo nie ma prawa narzucać obywatelom wierzeń religijnych czy norm moralnych. Tak rozumiany liberalizm koncentruje się nie na tematyce wolnego rynku, lecz na szeroko pojętych prawach człowieka, w tym na sprawiedliwości społecznej i na wolności sumienia.

Redefinicja liberalizmu zbiegła się w czasie z przemianami ideologicznymi na lewicy – najpierw w demokratycznych państwach Zachodu, później w dawnych państwach socjalistycznych. Odchodzeniu od ortodoksyjnie pojmowanej ideologii komunistycznej prowadziło – zwłaszcza w tych ostatnich – do ukształtowania się socjaldemokratycznej lewicy, łączącej socjalistyczne ideały sprawiedliwości społecznej z afirmacją niezbywalnych praw i wolności każdego człowieka. Na tej płaszczyźnie rysuje się możliwość współdziałania socjaldemokratów i liberałów, między którymi utrzymują się różnice (zwłaszcza w stopniu, w jakim akcentują postulaty sprawiedliwości społecznej i postulaty wolności), ale nie musi istnieć przepaść nie do pokonania.

W polskiej myśli politycznej problem ten najjaśniej widział i najbardziej konsekwentnie interpretował Andrzej Walicki (1930-2020), co niedawno interesująco zinterpretował jego przyjaciel Paweł Kozłowski („Spotkania z Andrzejem Walickim”, Warszawa: Książka i Prasa 2021). Walicki w ostatnich latach życia coraz wyraźniej ewoluował ku lewicy, podkreślał znaczenie takiej interpretacji liberalizmu, która kładąc nacisk na prawa człowieka i wolności polityczne spotyka się w swej drodze z na nowo zdefiniowanymi ideami demokratycznego socjalizmu. Ważnym elementem tego zbliżenia jest odrzucenie nacjonalistycznej koncepcji narodu, jako „wspólnoty krwi” i akceptacja takiej wizji więzi narodowej, w której sprawą centralną jest poczucie obywatelskiej wspólnoty.

Co z tego wynika dla praktycznej polityki? Przede wszystkim odrzucenie przekonania, że lewica jest organicznie skazana na konflikt z liberalizmem – każdym liberalizmem, a nie tylko z jego konserwatywnym, skrajnie wolnorynkowym wydaniem. Zrozumienie kierunku, w jakim ewoluuje nowoczesny liberalizm – liberalizm Rawlsa i Berlina, a w Polsce Walickiego – powinno pomagać w poszukiwaniu tego, co może łączyć lewicę i progresywne skrzydło liberałów. Z upływem czasu, gdy coraz mniej będą się liczyły wspomnienia z przeszłości, rosnąć powinno znaczenie tego, co wspólne w tych dwóch nurtach ideowych.

Nie jest, rzecz prosta, pewne, czy w Platformie Obywatelskiej progresywne rozumienie liberalizmu weźmie górę nad wciąż silnymi ciągotami neoliberalnymi. Są jednak pewne sygnały, że taka ewolucja powoli się dokonuje. Platforma Obywatelska rewiduje obecnie swój do niedawna bardzo zachowawczy stosunek do ustawy antyaborcyjnej – najbardziej (poza Maltą) restrykcyjnej w całej Unii Europejskiej. Spotyka się to z oporem skrzydła konserwatywnego, ale zarazem stanowi sygnał, że coś się w tej partii zmienia. Zmianie ideologicznej w PO sprzyjać powinna dość wyraźna ewolucja na lewo młodego pokolenia. W tym samym kierunku działać będzie konflikt z rządzącą prawicą – coraz bardziej odwołującą się do najbardziej konserwatywnych koncepcji ideologicznych i niemal jawnie hołubiącej faszyzujących nacjonalistów. Zarazem jednak ta ewolucja Platformy Obywatelskiej rodzi opór w szeregach jej najbardziej konserwatywnych działaczy Nie wiem, co z tego wyniknie: zahamowanie przemian, dalsza ewolucja programowa, czy rozłam. W każdym jednak razie politycy lewicy powinni bacznie obserwować przemiany zachodzące w do niedawna jeszcze najsilniejszej partii opozycyjnej i być gotowi na takie przedefiniowanie wzajemnych relacji, jakie może stać się realne jeśli w Platformie górę weźmie progresywne rozumienie idei liberalnych.

Rozterki i dylematy Nowej Lewicy

Zainspirowała mnie do napisania tego tekstu posłanka tejże Lewicy Anna-Maria Żukowska Słucham i oglądam Panią Posłankę w telewizji i szczęka opada mi coraz niżej.

Jej zdaniem Fundusz Odbudowy dla Europy, a zwłaszcza dla Polski jest zagrożony, jeśli lewica nie poprze ratyfikacji w polskim Sejmie i to koniecznie – w kwietniu. Chce ratować Europę i Polskę, popierając przedłożenie rządowe.

Jarosław Kaczyński co prawda nazwał opozycję rakiem, ale także uważa, że opozycja powinna głosować z rządem.

Droga Pani Poseł, Szanowny Panie Naczelniku Państwa!

Utrzymanie większości w parlamencie dla kluczowych projektów i przedłożeń rządowych jest zadaniem koalicji rządowej. Jeżeli tego nie potrafi, bądź nie chce, w normalnym kraju rząd podaje się do dymisji, dając szansę realizacji skutecznej polityki innym.

Zadaniem opozycji jest recenzować, krytykować i ewentualnie zgłaszać własne projekty lub poprawki i być gotową do przejęcia władzy w państwie.
Oczywiście można sobie wyobrazić głosowanie opozycji za dobrymi projektami rządowymi, ale niemal nigdy opozycja nie wyciąga pomocnej dłoni do rządu, kiedy od powodzenia projektu zależy przetrwanie obozu władzy, krytykowanego i zwalczanego skądinąd w Polsce za łamanie demokracji, obchodzenie Konstytucji, naruszanie autonomii sądownictwa i wolności mediów, a także nieudolnego w walce z pandemią.

W tym konkretnym przypadku chodzi również o wykorzystanie miliardów euro z dotacji i pożyczek na konkretne cele przez państwo, samorządy i przedsiębiorców dla odzyskania możliwości rozwojowych.
Krajowy Plan Odbudowy, który każde państwo członkowskie musi przedłożyć, jest w polskim przypadku planem wysoce scentralizowanym; 58,1 mld euro ma być rozdzielone przez ministerstwa i nowe podmioty, specjalnie powołane w tym celu na poziomie centralnym.

Większość opozycji słusznie się w związku z tym obawia „powtórki z rozrywki” czyli wydawania pieniędzy po uważaniu, wyłącznie dla swoich Obajtków.

Minimalnym warunkiem poparcia Funduszu Odbudowy przez opozycje w parlamencie wydają się być głębokie zmiany w Krajowym Planie, uwzględniające w zarządzaniu i podziale środków istotną rolę samorządów, a także opinie reprezentacji polskich przedsiębiorców. Dotychczasowe zapisy nie uwzględniają np. wsparcia dla najbardziej poszkodowanych przez pandemię branż.

Chciałbym również uspokoić Panią Posłankę Żukowską.

Polską rządzi skrajny, populistyczny obóz polityczny, ale nie wariaci.

Jeżeli nie znajdą wystarczającego poparcia dla ratyfikacji Funduszu Odbudowy i dla Krajowego Planu Odbudowy we własnym obozie politycznym, przyjdą do opozycji na poważne negocjacje, a nie udawane konsultacje. Oni wiedzą, że obligacji i innych papierów dłużnych nie można drukować w nieskończoność; wiedzą gdzie są prawdziwe pieniądze, bez których już długo ze swoją polityką rozdawnictwa – nie pociągną. A władzę chcą utrzymać za wszelką cenę…

Oczywiście, jeżeli się znajdą pożyteczni idioci, żadne negocjacje nie będą potrzebne…

Pasja nieliczenia godzin i lat

– Partie w takich małych miejscowościach jak Chełmno są wypierane przez komitety wyborcze mieszkańców, szczególnie do rad miast i gmin. Należy się głęboko zastanowić, jak do tego tematu podejść – mówi Józef Welter, członek rady wojewódzkiej i przewodniczący rady powiatowej Nowej Lewicy/SLD w Chełmnie, prezes Miejskiego Ludowego Klubu Sportowego „Nadwiślanin” w rozmowie z Niną Michalak.

Józku, właściwie, to wywiad z Tobą można w każdej chwili zacząć od złożenia gratulacji. Po momencie, do głowy zawsze przychodzą powody i okazje. Np. za 7 medali młodych sportowców w Mistrzostwach Województwa w biegach przełajowych z 20 marca, medale Patrycji Oller, Miłosza Oczkosia, Arkadiusz Schiedela w Lekkoatletycznych Halowych Mistrzostwach Polski w Toruniu z 21 lutego i pewnie można by jeszcze wyliczać… To efekt szczęścia czy pracowitości „Nadwiślanina” Chełmno?

Faktycznie, rok bieżący zaczęliśmy bardzo dobrze, choć wszyscy wiemy w jakich warunkach trzeba funkcjonować. Są pierwsze medale mistrzostw Polski, są medale z halowych mistrzostw województwa, są medale z ostatnich dni z mistrzostw województwa w przełajach. Zatem widać, że praca szkoleniowa idzie prawidłowo. Zaczynamy ją prowadzić od grup najmłodszych w ramach projektu „Lekkoatletyka dla każdego”. Czy to szczęście, czy pracowitość? Zdecydowanie pracowitość! Klub z tradycją i bardzo dobrą kadrą szkoleniową – trenerami I i II klasy w lekkiej atletyce, nauczycielami w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych.
Gdzie tu mówić o szczęściu, gdy na przestrzeni 75 lat istnienia klubu lekkoatleci zdobyli 102 medale mistrzostw Polski, w tym 21 złotych, a tylko w latach 2016-2021 możemy się poszczycić 42 medalami. Z tego widać, że mały klub, z małej miejscowości ma ludzi z pasją, bo tak można nazwać kadrę szkoleniową, grono działaczy, których wspierają lokalne samorządy – Chełmna, powiatu, województwa i niektórych gmin powiatu chełmińskiego.

Nie odmówię sobie przyjemności, by do tych okazji dodać niedawne Twoje urodziny i imieniny. Wszystkiego najlepszego na długie kolejne lata. Dla Ciebie i „Nadwiślanina”. Dopowiedzmy wreszcie, że od lat niemal dwudziestu (wielkie gratulacje!) jesteś liderem tego klubu sportowego. To Twój drugi dom?

– Dziękuję serdecznie za życzenia, choć drugi już rok z rzędu są one smutne, ale tylko z tego względu, że nie ma atmosfery do świętowania wspólnie z przyjaciółmi. A ponadto ten czas tak szybko płynie, że doprawdy nie wiem jak to się stało, że od 2004 roku do dzisiaj mam siły i zapał do tej niełatwej społecznej pracy. Tak, absolutnie społecznej, bez jakiegokolwiek wynagrodzenia. W tym czasie byłem I wiceprezesem do 2016 r., a następnie prezesem. Z klubem jestem związany prawie od zawsze. Już w latach 70. pełniłem funkcję członka zarządu. Dostałem do działania społecznego dobrą szkołę w ówczesnej organizacji młodzieżowej. Bardzo mile wspominam te czasy, zresztą sama dobrze o tym wiesz.
Dzisiaj każde doświadczenie się przydaje. A ponadto trzeba cały czas się uczyć. Wszędzie, gdzie jestem na zawodach z naszą ekipą, bacznie przyglądam się gospodarzom, organizatorom imprezy, by to co dobre „zainstalować” w Chełmnie. Trenerzy praktycznie pracują cały tydzień, bo dzisiaj jest taka potrzeba. A prezes ma dwa biura, jedno w klubie, a drugie w domu, bo w świetle obostrzeń covidowych trzeba też pracować zdalnie. „Nie liczę godzin i lat”, jak w piosence Andrzeja Rybińskiego, którego kiedyś prywatnie poznałem. Chyba tak mi z tym dobrze. To już jest pasja. Nie byłoby tego, gdyby nie żona, która we wszystkich poczynaniach społecznych mnie wspiera. Jest moim dobrym duchem, a to się bardzo liczy.

Gdyby nie Covid, pewnie o sportowym Chełmnie usłyszelibyśmy więcej. Udało się w tym roku kontynuować najstarszą imprezę biegową na Kujawach i Pomorzu, czyli „Bieg Zakochanych Par”?

Tak się składa, że „Bieg Zakochanych Par” organizujemy w ramach Biegów Ulicznych. W roku ubiegłym te tradycyjne biegi musieliśmy przenieść z kwietnia na październik, a inne imprezy odwołać, bo nie było w ostatnich miesiącach roku możliwości wciśnięcia ich do kalendarza imprez. Dzisiaj to nie tylko chęć organizacji jest ważna, ale bardzo ważne jest zabezpieczenie imprezy wynikające z obostrzeń sanitarnych. Wszystkim imprezom przyglądają się służby kontrolne, które w każdej chwili mogą wstrzymać zaplanowany przebieg.

– Wierząc chyba optymistycznie w odpuszczenie obostrzeń sanitarnych pandemii, na 25 kwietnia zaplanowaliście 50. już Ogólnopolskie Biegi Uliczne – Memoriał Jana Schmeltera. To przecież ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Myślisz, że może się udać?

Nad tegoroczną edycją 50. Biegów Ulicznych – Memoriał Jana Schmeltera pracujemy już kilka miesięcy. Czy się one odbędą w zaplanowanym terminie 25 kwietnia br. tego nie jest w stanie nikt nam powiedzieć. Jest dramatyczna sytuacja w służbie zdrowia, są nowe ogólnokrajowe obostrzenia. Szkoły nie funkcjonują normalnie, sponsorzy niezbyt skorzy tak, jak to było dotychczas… Chcieliśmy i nadal chcemy zorganizować biegi na miarę jubileuszu. Zwykle uczestniczy w nich ok. 500 biegaczy z kraju. Jeśli się biegi nie będą mogły odbyć w wyznaczonym terminie, to je przeniesiemy na inny. Szykujemy się na wariant B, tylko nowy termin musi być taki, by nie kolidował z kalendarzem imprez. To kłopot organizatorów.

Miejski Ludowy Klub Sportowy „Nadwiślanin” Chełmno utrzymuje się m.in. ze sponsorowania czy patronatów nad konkretną imprezą, ale przecież prowadzi też regularne szkolenia i treningi sportowe dla dzieci i młodzieży. I stąd Wasz apel do miłośników sportów amatorskich o wsparcie w postaci przekazania 1% od rocznych podatków…

Prowadzimy szkolenie ok. 90 osób z grona dzieci i młodzieży. Sport jest coraz droższy, w roku wyjeżdżamy na 40-50 imprez na terenie całego kraju. Niezbędne są zakupy nowego sprzętu, odzieży, obuwia itp. Niemało nas kosztuje odnowa biologiczna i rehabilitacje. Często w różnych sytuacjach wspierają nas finansowo rodzice młodych sportowców, ale nie każdego stać na dofinansowanie zakupu nietaniego zresztą np. obuwia sportowego. Jesteśmy organizacją pożytku publicznego. Co roku zwracamy się do zwolenników sportu, sympatyków „królowej sportu” i rodziców o wsparcie nas w ramach 1-procentowego odpisu od podatku (KRS: 0000065081 Cel: MLKS „Nadwiślanin”).

Od wielu lat środowisko chełmińskiej lewicy powierza Tobie funkcję przewodniczącego Rady Powiatowej SLD. Macie wśród działaczy aktywnych społeczników, dość powiedzieć, że z tego grona wystawiacie kandydatów do samorządów lokalnych i parlamentu. Powiedz proszę, czy Twoim zdaniem, jest teraz dobry czas dla lewicy?

Rzeczywiście, trochę się już zasiedziałem na funkcji przewodniczącego lokalnych struktur lewicy. Jest nas grupa koleżanek i kolegów, którzy działają w różnych organizacjach pozarządowych, choć aktualnie w warunkach pandemii trudno powiedzieć o dużej aktywności. Uważam, że teraz, gdy mamy przedstawicieli lewicy w Sejmie jest zupełnie inna sytuacja, korzystniejsza dla lewicy, ale my na dołach nie możemy się do końca wykazać aktywnością właśnie z uwagi na ograniczenia covidowe. Nie ma zebrań, kontaktujemy się indywidualnie, nie ma imprez, spotkań dyskusyjnych itd. Nie jesteśmy przystosowani do funkcjonowania w takich warunkach i trzeba nad tym pomyśleć, w jaki sposób działać w najbliższych latach. Coś znowu może nas zaskoczyć. Partia musi się przygotowywać do wyborów, samorządowych i parlamentarnych. Kiedy bardzo wnikliwie analizuję przebieg ostatnich wyborów, np. do samorządów na naszym terenie, to widać wyraźnie, że partie w takich małych miejscowościach jak Chełmno są wypierane przez komitety wyborcze mieszkańców, szczególnie do rad miast i gmin. Należy się głęboko zastanowić jak do tego tematu podejść. Trochę inaczej jest już w wyborach do rad powiatu, ale tam też przeważają komitety wyborcze mieszkańców. „Nowa Lewica” /SLD+Wiosna/ będzie musiała się z tym problemem zmierzyć. Może jeden wyraz w nazwie komitetu – LEWICA, dałby wyborcom większe pole do znalezienia naszego kandydata przy urnach wyborczych.

Czy proces łączenia partii Nowej Lewicy/SLD i Wiosny nie spowoduje skupienia się działaczy na wewnętrznych sprawach, także niewątpliwie problemach kadr lokalnych i dalsze osłabienie aktywności społecznej?

Nie jest to tak pięknie, jak niektórzy myślą. W naszym powiecie istnieje tylko SLD, więc Nowa Lewica powstanie pewnie bez zmian strukturalnych, ale z nowymi władzami, bo taka jest kadencyjna potrzeba. Uważam, że jest już czas, by wybrać nowego szefa partii lewicy w powiecie chełmińskim. Ja już nie będę kandydował, to jest od dawna moje postanowienie. Myślę, że w kraju to nie będzie łatwe połączenie. Różne są reakcje członków obu partii na ten mariaż. Bardzo złą robotę robią te dziwne transfery na górze, te widowiskowe wojenki czy przepychanki słowne. Wiadomo o kogo chodzi. Komu to potrzebne? Nam niezbędna jest teraz jedność i ją musimy na lewicy budować.

Chełmno promuje się jako miasto zakochanych. Miłości obca jest przemoc, dlatego myślę, że właśnie od Was powinien płynąć gromki głos w sprawie ochrony praw kobiet przed przemocą i dyskryminacją. Co myślisz o projekcie ustawy, procedowanej w Sejmie „Tak dla rodziny, Nie dla gender”? Czy Polska powinna iść śladem Turcji i wystąpić z Konwencji Stambulskiej?

Tak, to prawda, Chełmno tak się promuje i z tego tytułu jest dużo przedsięwzięć związanych z miłością i prawami kobiet. Chełmno ma też Park Pamięci i Tolerancji im. dr. Rydygiera. Myślę, że gdyby były normalne warunki, to nasze kobiety zorganizowałyby śladem większych miast kampanię przeciwko przemocy oraz w sprawie obrony praw kobiet. Projekt ustawy procedowanej w Sejmie „Tak dla rodziny, Nie dla gender” oznacza dążenie do wypowiedzenia przyjętej 11 maja 2011r w Stambule Konwencji Rady Europy o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Autorzy projektu chcą odebrać rodzinom międzynarodową ochronę prawną, chcą pozbawić kobiety ich praw i pozycji zawodowej. Nie wolno do tego dopuścić! Kobiety pokazały już swoją siłę, zatem szanujmy i wspierajmy kobiety w ich aspiracjach zawodowych i rodzinnych.

Skoro już mówimy o miłości. Jakie wartości wpajacie dzieciom i młodzieży, ciągając ich do czynnego uprawiania sportu i rozbudzając miłość do sportu?

Miłość dziecka do sportu rodzi się w rodzinie. Szczególnie tam, gdzie są tradycje sportowe. Pierwszy kontakt fizyczny dziecka ze sportem to zabawa. Sport musi być przyjemnością, a nie karą. Odgrywa bowiem istotną rolę w procesie dorastania dziecka. Musi ono pokochać sport, by móc z pełnym zaangażowaniem już w okresie dorastania systematycznie doskonalić swoją dyscyplinę i osiągać w niej jak najlepsze wyniki. Uczyć się zdrowej rywalizacji, ale i koleżeństwa, odpowiedzialności za sukces zespołu, okazywać swoisty klubowy patriotyzm i szacunek dla trenerów. Tak się składa, że dzieci, które w naszym klubie rozpoczynały w wieku 6 lat zabawę ze sportem, dwa lata temu zostały medalistami mistrzostw Polski, w tym jedna dziewczyna złotą medalistką w kategorii juniorów w rzucie oszczepem. Często ten mistrz, ta mistrzyni na swój sukces pracuje z trenerami i rówieśnikami od przedszkola. Oby takich sportowców było jak najwięcej.

Dziękuję za rozmowę i życzę satysfakcji z takich właśnie sukcesów wychowanków Twojego, chełmińskiego klubu.