Idziemy do przodu

Kończący się 2019 rok był dla lewicy rokiem udanym. Udało nam się dokonać tego, czego nie dokonała żadna partia polityczna w Polsce po 1989 roku. SLD wrócił do Sejmu, po tym jak w 2015 roku został – z woli wyborców – z Sejmu wypchnięty. Pamiętajmy jednak, że inne SLD z Sejmu się wyprowadzało, a inne do niego wracało.

Nie chodzi nawet to, że lewica szła do wyborów w formule szerokiego porozumienia i realnego wyborczego zjednoczenia. W 2019 roku nie było żadnej konkurencyjnej listy na lewicy. Istotniejsze jest to, że lewica do Sejmu wróciła głosami znacznie szerszej grupy wyborców, niż do tej pory. Nie chodzi o liczby bezwzględne, chociaż 2,3 mln głosów to wynik najlepszy od 2001 roku. Chodzi o nową strukturę elektoratu. Na listę SLD zagłosował tradycyjny elektorat Sojuszu, który był z nami na dobre i na złe przez lata. I za to poparcie chciałbym tu podziękować. Ale lewica zyskała poparcie Ponad miliona nowych wyborców wywodzących się spoza naszego tradycyjnego elektoratu. Osób aktywnych w ruchach społecznych, w tym: ruchach miejskich, ruchach kobiecych, ruchach na rzecz praw osób LGBT, ruchach na rzecz świeckiego państwa. Oczywiście Sojusz zawsze miał w tych środowiskach przyczółki. Teraz jednak zamieniły się one w falę masowego poparcia, która wyniosła nas do Sejmu. Za te głosy też dziękujemy i je szanujemy.

Szersza baza, szersza nadbudowa

Ale przede wszystkim wyciągamy wnioski. Po marksowsku, nadbudowa musi nadążać za bazą. Jeśli zmieniła, poszerzyła się, nasza baza wyborcza to potrzebujemy nowej nadbudowy, nowej formuły organizacyjnej, aby poparcie naszego nowego szerokiego elektoratu utrzymać. Do wyborów poszliśmy jako Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wyciągnęliśmy wnioski, nie szarżowaliśmy na 8-procentowy próg wyborczy, o który potknęliśmy się w 2015 roku. Ale nasze listy wyborcze były porozumieniem trzech partii, trzech środowisk i trzech pokoleń lewicy. Ta formuła przyniosła nam sukces, dlatego postanowiliśmy iść za ciosem.

Transformacja – ma się czego bać

Zdecydowaliśmy się na transformację naszej partii. Nie rozwiązanie! Transformację! Nie pierwszą w historii naszego środowiska. PZPR umożliwiła narodziny SdRP, Socjaldemokracja przekształciła się w SLD, teraz czas na przekształcenie SLD w Nową Lewicę. Większość z Czytelniczek i Czytelników „Trybuny” obserwowała wcześniejsze transformacje lub brała w nich udział. Emocje i obawy na początku zawsze były spore. Ale każdy lęk był oswajany, a po kilku miesiącach stawaliśmy się jedną ekipą.
O transformacji SLD zdecydowała konwencja. Dyskusja była momentami emocjonalna, przeważały jednak głosy merytoryczne. Obawy wielu osób na sali rozwiał poseł Marek Dyduch, który jest uosobieniem prawdziwości tezy, że w Nowej Lewicy jest miejsce również dla osób działających w naszej formacji od kilkudziesięciu lat. Nikt nikogo wypraszał nie będzie. Przeciwnie, obowiązuje zasada wszystkie ręce na pokład. Ceniony jest młodzieńczy entuzjazm, ale równie cenione są mądrość życiowa i doświadczenie.

Nie wyprowadzamy sztandaru

Jedna rzecz musi wybrzmieć stanowczo. Nikt nie rozwiązuje SLD. Nikt nie wyprowadza sztandaru. Konwencja SLD zdecydowała o zmianach w statucie partii. 109 głosów za, przy 10 przeciw i 8 wstrzymujących. Zmienia nazwę partii na Nowa Lewica, tak jak SdRP zmieniła nazwę na . Wprowadza zasadę, że partia na szczeble centralnym i wojewódzkim będzie miała dwóch przewodniczących. To rozwiązanie znane w Europie, ostatnio zdecydowali się na nie nasi przyjaciele z Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Koła partyjne będą funkcjonować bez zmian. Przyjmiemy w nasze szeregi Koleżanki i Kolegów Wiosny, którzy wzbogacą partię o nową frakcję. Nikomu nic nie zostanie zabrane, a formacja zyska nowych ludzi, nową energię i nowe grupy wyborców. Partia Razem zachowa swoją niezależność. Nadal będziemy sojusznikami w ramach klubu parlamentarnego i poprzemy wspólnego kandydata na prezydenta. Kto nim będzie? Decyzja władz partyjnych zostanie podjęta na przełomie roku. Ze swojej strony mogę obiecać, że decyzja wzmocni lewicę.
W sprawie przyszłości partii decydujące znaczenie będzie miała decyzja sądu rejestrowego. Szanujemy wolne sądy. I szanujemy, uzyskaną dzięki ciężkiej pracy wszystkich działaczek i działaczy, subwencję. Dlatego działamy i będziemy działać rozważnie i zgodnie z obowiązującym prawem.

Cztery lata, czyli jak odbiliśmy się od dna

Za nami dobry 2019 rok. Ale za nami też ciężkie cztery lata. Cieniem na nich położyła się kandydatura Magdaleny Ogórek i potknięcie się o 8-procentowy próg dla koalicji wyborczych. Cztery lata temu przejąłem partię poza Sejmem, z milionowymi długami i z klątwą, że nikt kto z Sejmu wypadł do niego nie powrócił. Klątwę udało nam się wspólnie przełamać. Ale zanim to się stało, były miesiące i lata żmudnej pracy organizacyjnej. Oddłużenie partii, scementowanie struktur, utrzymanie relacji z naszymi partnerami społecznymi, w tym związkami zawodowymi, organizacjami zrzeszającymi funkcjonariuszy służb mundurowych, udział w Czarnych Protestach w obronie praw kobiet do decydowania o swojej przyszłości.
Efektem tych działań było 6,7% poparcia w wyborach samorządowych. Wynik, jak na partię znajdująca się poza Sejmem i poza głównym obiegiem medialnym, przyzwoity. Tak też ocenili to nasi partnerzy po stronie demokratycznej opozycji, którzy zaproponowali nam wejście do szerokiej koalicji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Na uczciwych warunkach, uwzględniających naszą podmiotowość. W efekcie uzyskaliśmy 5 mandatów w Parlamencie Europejskim i wielu dalekich od SLD komentatorów oceniało, że jesteśmy drugim obok PiS zwycięzcą tych wyborów. Jeśli do 5 mandatów SLD dodamy 3 mandaty Wiosny to okazuje się, że 8-osobowa drużyna reprezentująca w Brukseli lewicowe wartości to całkiem pokaźny wkład do europejskiej socjaldemokracji.
Co działo się później wszyscy pamiętamy. Męska decyzja o budowie listy łączącej całą lewicę. Dynamiczna kampania wyborcza i powrót do Sejmu. Stworzenie ekipy łączącej trzy pokolenia lewicy, w której są młode twarze, ale w której słucha się też doświadczenia i mądrości życiowej. W Sejmie zasiada 49 reprezentantek i reprezentantów lewicowej części społeczeństwa. W Senacie Państwa wartości reprezentują 2 osoby. Jedną z nich jest Wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka. Ja z woli Sejmu zostałem wybrany na funkcję Wicemarszałka Sejmu. Ludzie lewicy kierująca trzema bardzo ważnymi Komisjami Sejmowymi. Klub ma plan ustawodawczy na cały rok, który jest gwarancją, że będziemy opozycją stawiającą merytorykę ponad totalność. Sukces osiągnęliśmy wspólnie, wspólną pracą trzech partii. pod
W Klubie panuje dobra atmosfera. Poznajemy się i docieramy. Proces ten odbywa się w atmosferze wzajemnego szacunku. Jestem przekonany, że ta atmosfera zejdzie na dół: do rad wojewódzkich, rad powiatowych i kół. Stworzymy wspólną ekipę, które nie będzie walczyć o przetrwanie, ale o władzę w Polsce. Przed nami długi marsz. Ale perspektywy lewicy od lat nie były tak dobre.

Proszę wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny” o przyjęcie życzeń zdrowych i rodzinnych Świąt. Jednocześnie życzę Państwu wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Za błędy przepraszam. Dziękuję wszystkim osobom zaangażowanym w kampanie wyborcze. Imiennie pozwolę sobie podziękować prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego poparcie symbolizuje ciągłość w rozwoju lewicy. Proszę o zaufanie wobec podejmowanych decyzji. Jednocześnie jestem otwarty na wszystkie głosy z Państwa strony.

Nadchodzi rok tłusty

Lewica wykonała swoje najważniejsze zadanie – wróciła do parlamentu.

Co więcej, została trzecią siłą w parlamencie. Jej polityczna ranga radykalnie wzrosła ku zdumieniu licznych polityków i komentatorów pamiętających niedawne chude lata politycznie zmarginalizowanej lewicy.
Okazało się też, że lewicowi wyborcy oczekują od swych parlamentarzystów aby od razu zachowywali się jak polityczna ekstraklasa. By jednocząca się Lewica została profesjonalną, poważna opozycją.
To początkowo udało się jej osiągnąć. Sprzyjał temu głód parlamentarnej lewicowości silnie już odczuwalny nawet w komercyjnych mediach. Dlatego kiedy reprezentacja lewicy, bardzo zróżnicowana i odmłodzona, znów pojawiła się w parlamencie, to odczuła od razu falę medialnej sympatii. Oszałamiającą zapewne.
Warto przypomnieć, że tylko dziesięcioro z 51 parlamentarzystów z sejmowo- senackiego Klubu Lewicy ma wcześniejsze doświadczenia parlamentarne. Reszta to debiutanci. Niektórzy mają doświadczenia samorządowe, wielu innych uprawiało politykę jako aktywiści partyjni, ruchów miejskich, organizacji pozarządowych.
Ale wtedy uprawiali ją na własny rachunek, lub konto należące do partii albo organizacji pozarządowej. Teraz zostali stypendystami wyborców. Sługami narodu. A w naszym kraju łaska, poparcie, miłość elektoratu na przysłowiowym pstrym koniku jeździ.

Słudzy narodu

Niestety nie każdy publicysta, aktywista, działacz partyjny, artysta czy sportowiec rozumie, że kiedy zostaje polskim parlamentarzystą to traci swą wolność. Wolność wypowiedzi, ekspresji poglądów, ubioru i stylu życia nawet.
Nie wie, że traci prawo do prywatności. Do nieskrępowanego życia rodzinnego. Do niezakłóconego wypoczynku. I do ośmiogodzinnego dnia pracy przede wszystkim.
Polski parlamentarzysta jest nie tylko wytwórcą prawa. Kontrolerem władzy wykonawczej oraz pracownikiem działu „Dyplomacja parlamentarna”.
W polskiej tradycji parlamentarzysta jest jak ksiądz. Powinien być do dyspozycji swych wyborców- parafian 26 godzin na dobę. Powinien zawsze być gotowy do poselskiej posługi. Niezależnie czy jest chory, ma chore dzieci, albo małżonka/ małżonkę w psychodole.
Polski parlamentarzysta zawsze musi być zdrowy, pogodny i uśmiechnięty. Zawsze gotowy, jak radziecki pionier.
Bo musi pocieszać strapionych, nawiedzać chorych, wzmacniać wątpiących, żegnać dobrym słowem, niczym wiatykiem, właśnie odchodzących.
Zawsze musi odbierać telefony, albo przynajmniej oddzwaniać od razu. Regularnie odpisywać na listy i emaile. Być tam gdzie go zaproszono. I zjawić się też nieproszonym. Bo nic tak w Polsce nie uświetnia imprezy jak obecność parlamentarzysty.
Każde już dziecko w Polsce wie, że mamy w naszym kraju demokrację parlamentarną, ale o silnym zabarwieniu mediokratycznym.
To media w Polsce decydują o wizerunku parlamentarzystów. Wielu parlamentarzystów z mediów powstało i niejednego z nich potem media w proch polityczny potrafią obrócić.
Wielu z parlamentarzystów szybko zostaje politycznymi celebrytami. Gwiazdorami masowej wyobraźni.
Na początku jest im niezwykle słodko. Ta skokowo narastająca rozpoznawalność. Te propozycje wspólnych słodkich fotek od napotykanych, nieznajomych przechodniów. Wiara, że można z mediami zagrać. Robić z nimi „ustawki”, czyli sprzedawać fragmenty swego prywatnego życia.
Niestety doświadczenia uczą, że z mediami komercyjnymi jest jak z kasynem. Zysk z wspólnej gry zwykle zostaje w kasynie.
Dodatkowo polscy wyborcy są niesłychanymi hipokrytami. W ankietach deklarują swe poparcie dla politycznej i ideowej wierności, a potem głosują na polityków koniunkturalnie zmieniających partyjne barwy. Ciągle narzekają, że klasa polityczna kłamie. Ale kiedy polski polityk niepopularną prawdę publicznie powie, to pieją w Internecie i innych mediach z oburzenia.

Naród hipokrytów

Tak było kiedy Jerzy Urban przypomniał, że obce sankcje są najmniej dotkliwe dla rządzących, bo „Rząd zawsze się sam wyżywi”. Podobny los spotkał posła Stefana Niesiołowskiego, kiedy powątpiewał w medialną informację, że w 2004 roku w Polsce stale głoduje 800 tysięcy dzieci. Bo on jeszcze pamiętał co oznacza prawdziwy, masowy głód, a nie niedożywienie. Zaznał takiej zbiorowej hipokryzji premier Cimoszewicz przypominający o konieczności ubezpieczania się na wypadek katastrof. A ostatnio narzekający na panującą drożyznę w Warszawie poseł Kulasek.
Dlatego pamiętajcie drodzy parlamentarzyści! Czas waszych spontanicznych, a zwłaszcza prawdziwych waszych wypowiedzi już minął. Teraz musicie mówić przede wszystkim te prawdy, które wasi wyborcy chcą usłyszeć.
Podobnego hejtu doświadczył poseł Maciej Gdula, kiedy spóźnił się na sejmowe głosowanie. Kiedy racjonalnie tłumaczył, że w praktyce jego absencja nie miała znaczenia, bo większość PiS- owska może każde, niekorzystne dla siebie głosowanie szybko powtórzyć. Zmienić na swą korzyść.
To prawda. Ale Sejm i Senat, nie tylko są wytwórniami ustaw i uchwał, czy instytucjami kontrolnymi. Są też teatrami politycznymi.
Grającymi dramaty, komedie nierzadko, ze zwykle znanymi publice zakończeniami. Z rozpisanymi rolami. Sztuki, gdzie większość w końcowym akcie wygra, a opozycja przegra. Gdzie liczy się jednak nie tylko wygrana. Czasem ważniejszy jest styl wygranej i wola walki przegranych.
W tej kadencji PiS posiada niewielką większość w Sejmie, a opozycja w Senacie. Dlatego kolejne burzliwe, prokaczyńskie projekty ustaw będą procedowane w Sejmie szybko.
Za to w Senacie będą przez cały regulaminowy miesiąc roztrząsane, analizowane, debatowane, poprawiane. Odrzucane nawet. Bo Senat ma cały miesiąc na rozpatrzenie, czyli skompromitowanie złej ustawy. Która i tak potem trafi do Sejmu i tam zostanie przyjęta. Ale już jako ustawa publicznie skrytykowana. Kolejny przykład nieprawości elit PiS.
Dlatego w przypadku ustawy represjonującej aktywnych politycznie sędziów liderzy PiS tak bardzo śpieszyli się z jej uchwaleniem. Zbliżały się święta. Wiedzieli, że Senat może się nią zająć dopiero 8 stycznia. I w tym przypadku nie będzie miał miesiąca na publiczną, kompromitującą ustawę debatę, tylko niecałe dwa tygodnie. Dlatego odłożenie sejmowej debaty, nawet o jeden dzień, miało jednak znacznie.
Byłem posłem Sejmu RP przez trzy kadencje. Nie znam parlamentarzysty, który nie popełniłby błędu. Oprócz grona totalnych nierobów, których nazwisk nikt już nie pamięta.
Wiem też, że takie błędy można naprawić tylko intensywną, efektywna parlamentarną pracą. Nie usprawiedliwieniami, nawet tymi najbardziej rzewnie brzmiącymi.

Więcej nadziei niż obaw

Dwie sale, obok siebie, w jednym centrum konferencyjnym.

W jednej osoby w wieku dojrzałym, a miedzy nimi młodzi, ale nieliczni. W drugiej młodzi, a miedzy nimi trochę starszych.
Ci pierwsi, z twarzami ogorzałymi od polityki, posłowie i byli parlamentarzyści, prezydenci miast i byli ministrowie. Ale raczej tacy, którzy już szczyt kariery politycznej mają za sobą. W drugiej sali młodzi, którym wiosenny optymizm nie do końca się udał, a na dalszą drogę zapału jakoś już nie starcza.
Pierwsi od lat mają około 5 procent poparcia u wyborców, drudzy mieli poparcie chwilowe, ale rozpłynęło się jak kamfora.
Do starszych przemawia Adrian Zandberg. Krótkie wystąpienie spotyka się z akceptacją, starsi podają Zandbergowi ręce i robią focie. Jest inaczej niż jeszcze niedawno temu.Te dwie grupy mają stworzyć nową partię. W sali ze starszymi co poniektórzy z nostalgią bronią dorobku partii i nazwy, ale ten dorobek nie stwarza nadziei na przyszłość. W polityce pamięć wyborców jest krótka.
Z sali z młodymi co i rusz dochodzą okrzyki euforii. Jeżeli to radość z nadchodzącego nowego to niech tak będzie. W tym czasie starsi mozolą się nad nowym statutem partii. Co będzie jak sąd taki statut odrzuci? Wtedy pozostaniemy przy starym statucie i będziemy nadal nazywać się SLD, ale to chyba nie jest dobry projekt na przyszłość.
W obu salach unosi się także duch niepewności. Jak to będzie kiedy doświadczeni spotkają się z młodymi, gorącymi głowami. Innego wyjścia nie ma. Partia stara i partia młoda osobno nie odnotowują wysokiego poparcia. Połączone razem jak najbardziej. Przy współpracy z partią Razem lewica ostatnio odnotowuje 19 procent poparcia. Nawet jak się niektórym w partiach połączenie nie podobało to podoba się wyborcom. To, rosnące poparcie pokazuje, że sojusz musi być.
Starsi w końcu, po paru godzinach, głosują nad projektem nowego statutu.
Konwencje się kończą i dają początek nowemu. W holu starsi i młodzi jedzą wigilijne pierogi z kapustą i popijają cienkim barszczykiem. Widać, że w partyjnych kasach raczej skromnie. Oczywiście pewności, że nowa partia odniesie sukces nie ma, ale jest nadzieja. Osobne trwanie partii starszych z nielicznymi młodymi i partii młodych z rozpadającymi się strukturami nadziei na sukcesy w polityce nie dawały żadnych.
Ale SLD mi szkoda. Samymi wspomnieniami żyć można, ale w polityce niewiele to daje. Mówię to ja, który swoje przeżył, ale ciągle spoglądam w przyszłość, choć wzrok już nie ten.

 

Uprzejme zapytanie

Z informacji telewizyjnych dowiedziałam się, że oto SLD i rozpadająca się Wiosna utworzyły partię pod nazwą Nowa Lewica. Rozumiem, że tym samym partia pod nazwą „Sojusz Lewicy Demokratycznej” zostaje rozwiązana? Czy mam rację?

W związku z tym, w imieniu własnym (i części tej „starej lewicy”), jako członek SLD zwracam się do „Dziennika Trybuna” z prośbą o pomoc i pośrednictwo w wyjaśnieniu następujących kwestii:
W jakim trybie decyzja ta została podjęta? Czy ślad za nową świecką tradycją „poza trybem”, czyli autorytarnie? Nie dotarły bowiem do mnie informacje np. oo konsultacjach przeprowadzonych w organizacjach lokalnych SLD, choćby w warszawskiej.

Czy była to decyzja odgórna, czy inicjatywa oddolna? Jakie argumenty merytoryczne i polityczne przesądziły o podjęciu takiej decyzji? O ile wiem, nie było żadnego referendum ogólnopartyjnego w tej sprawie – chyba, że je przegapiłam. Jeśli tych czynników zabrakło, uważam, że członków partii potraktowano przedmiotowo, a to nie wróży nic dobrego na przyszłość. Z drugiej strony: dlaczego mnie to nie dziwi?

Kto ma dziś prawo do posługiwania się nazwą „Sojusz Lewicy Demokratycznej”, bo może w sztucznych okolicznościach dokonanej zmiany warto będzie ją od nowa zarejestrować?

Podejrzewam, że wąskie grono członków SLD, które podjęło decyzję o zniknięciu partii, mającej w III RP swoją demokratyczną historię i tradycję, postarało się o to, aby pod względem prawnym nie można było tej decyzji podważyć, chociaż…? Jak kto dobrze pomyśli, to wymyśli.

Nowa Lewica – nowa nadzieja?

Można i trzeba kibicować nowemu lewicowemu ugrupowaniu, które formalnie powstanie w styczniu 2020 roku, a o powstaniu którego zadecydowano 14 grudnia na konwencjach SLD i Wiosny.

Co prawda nieprzyjemnym akcentem był fakt, że mimo zaproszenia dziennikarzy na konwencję SLD okazało się, że wejścia na konwencję pilnowało dwóch cerberów, którzy prasy nie wpuszczali. Prośby o wejście, choćby w celu zrobienia zdjęć, kwitowane były przez działaczy odpowiedzialnych za tę kwestię krótkim: „nie!”. Wstęp na konwencję Wiosny był wolny.

Niemniej wydarzenie jest znaczące: po nowemu ustawia polską scenę polityczną.Po 20 latach przestaje istnieć Sojusz Lewicy Demokratycznej, razem z jego osiągnięciami i równie poważnymi błędami. Przestaje istnieć ugrupowanie Wiosna, po dużo krótszym, zaledwie kilkumiesięcznym politycznym żywocie. Połączyły się dwa organizmy różnej wielkości – SLD liczy swoich członków na około 30 tysięcy, Wiosna ma około tysiąca. Za SLDstoją lata błędów, ale i niewątpliwych sukcesów, doświadczenie polityczne, ale i pewne zmęczenie materiału. Wiosna to ciągle niewykorzystany potencjał.

Co z tego wyjdzie? Jeszcze nie wiadomo, ale nadzieje są duże. Uzgodniono równy podział władzy w nowym ugrupowaniu. Na poziomie centralnym i wojewódzkim nowe ugrupowanie będzie miało dwójkę pełnoprawnych przewodniczących.

Zamknięcie drzwi przez mediami działacze SLD w kuluarach tłumaczyli burzliwą i nie do końca rozstrzygniętą dyskusją na temat połączenia. Miała być silna frakcja tzw. eseldowskich patriotów, którzy uważali, że SLD powinna iść przez politykę samodzielnie. Nawet jeśli tak było, głosowanie tego nie wykazało: na 120 delegatów, za połączeniem z Wiosną głosowało 109.
Po lewej stronie sceny politycznej będą zatem, jeśli chodzi o parlamentarny byt, dwa ugrupowania: Nowa Lewica i Partia Razem. Liderzy SLD i Wiosny: Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń podkreślali słusznie, że zjednoczenie dobrze wróży na przyszłość, bo lewicy służy jednoczenie, a nie atomizacja. Teraz czas na konkrety.

Historyczny moment dla lewicy

Lewica zawsze wygrywała idąc zjednoczona i przegrywała idąc podzielona. Krajowa Konwencja SLD podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Wiosny. Partia Wiosna podczas swojej konwencji również podjęła decyzję o integracji lewicy. Nowa Lewica będzie kontynuować współpracę z Partią Razem, wspólnie zostanie wskazana kandydatka lub kandydat na prezydenta RP oraz utrzymamy zostanie wspólny klub parlamentarny.

Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:

Krajowa Konwencja SLD po konsultacjach w województwach, podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił SLD i partii Wiosna. Głosowało 127 delegatek i delegatów, za oddano 109 głosów, przeciwko było 10 osób, a 8 wstrzymało się od głosu. W związku z tym kończy się powoli rozdział pod tytułem SLD oraz partia Wiosna.
Nad nami nie krąży żaden, trzeci nieobecny. Jest tu z nami Dorota Olko, rano wysłuchaliśmy Adriana Zandberga. Wspólnie idziemy w jednym kierunku. Z Partią Razem stanowimy jeden klub, wystawimy jedną lub jednego kandydata na prezydenta i w tej sprawie z nikim się nie ścigamy. Proszę nie dawać żadnym negatywnych interpretacji, ponieważ one byłyby dla nas krzywdzące.
Klub parlamentarny zmieni nazwę na Nowa Lewica Razem.

Natomiast Robert Biedroń podczas konferencji prasowej stwierdził:

Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona. Lewica zawsze odnosi sukcesy, kiedy idzie we wspólnocie. Lewica ponosi klęski, kiedy idzie podzielona. Odrobiliśmy wielką lekcję w ostatnich wyborach do polskiego parlamentu. Przypomnę, iż jeszcze kilka tygodni temu polskiej lewicy nie było w parlamencie i byliśmy jedynym takim krajem w Europie. Dzisiaj nie tylko lewica wróciła do polskiej polityki, nie tylko jest w polskim parlamencie, ale milionom Polek i Polaków daje nadzieję, że polityka może wyglądać inaczej. Cieszę się z i gratuluję Sojuszowi Lewicy Demokratycznej decyzji, która została podjęta z tak silnym mandatem na dzisiejszej konwencji.

Wiosna dzisiaj także podejmowała ważne decyzje, podczas porannej Rady Krajowej jednogłośnie podjęliśmy uchwałę intencyjną, o chęci jednoczenia lewicy i chęci współpracy z SLD. Dzisiaj obradowała również konwencja Wiosny, ponad 300 delegatek i delegatów Wiosny podjęło decyzję o tym, iż chcemy współpracować na lewicy. Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię, która będzie się nazywała – Nowa Lewica.

To początek konsolidacji wszystkich sił lewicowych oraz postępowych w polskiej polityce, ale to dopiero początek. Przed nami wybory prezydenckie i po nowym roku przedstawimy kandydatkę lub kandydata, który powalczy i z dobrym wynikiem będzie reprezentował polską lewicę. Przed nami wybory parlamentarne i samorządowe, do których już dziś się przygotowujemy budując mosty oraz niszcząc wszystkie mury, które do tej pory nas dzieliły.

Flaczki Tygodnia

„W mediach będziemy słyszeć, że na lewicy jedna partia zwasalizowała drugą. Nie dajcie sobie tego wmówić”, przestrzegał Robert Biedroń swoich „Wiośniaków” podczas sobotniej Konwencji.

”Robert Biedroń udanie zakończył nieudany projekt polityczny, jakim okazała się Wiosna. Już na etapie budowania list wyborczych okazał się świetnym negocjatorem, który ułożył je tak, by do Sejmu weszły prawie wszystkie osoby, na których liderowi nowej formacji zależało. To z kolei dało mu większą siłę w rozmowach o klubie Lewicy i połączeniu z SLD.
Biedroń zyskał więc wszystko co chciał, poza tym, że: nie zbudował własnej siły politycznej, nie zrealizował swoich przywódczych ambicji i nie wniósł na polską lewicę nowej jakości, chyba, że na bardzo krótko.
Nie jest to historia na lewicy ani nowa, ani szczególnie dramatyczna. Różne ideowe mniejsze partie próbowały przez ostatnie 30 lat zabawy z tygrysem, którym była socjaldemokratyczno-liberalna formacja z korzeniami w PRL. PPS, Unia Pracy, Unia Lewicy, Ruch Palikota, SdPL… W sobotę dołączyła do nich Wiosna. Kilkadziesiąt osób zyskało możliwość kontynuowania kariery, czy choćby tylko zatrudnienia w polityce, spora grupa ma mandaty poselskie, co przecież nie jest – także z politycznego punktu widzenia – do pogardzenia”, tak napisała w „Rzeczpospolitej” Zuzanna Dąbrowska. Jedna z mądrzejszych polskich publicystek. I ta lewicy przychylna.

Konwencje debatujące o zjednoczeniu obu partii w jednym odbywały się domu. W sąsiadujących salach hotelu „Sungate”, którego współwłaścicielami są teraz polscy Wietnamczycy. SLD obradowało po cichu, jakby „wadzić nie chciało nikomu”. Wiosna przeciwnie, przy drzwiach otwartych. Na głośno „najdziksze wyprawiała swawole”. Medialne rzecz jasna.

Dzięki temu badacze polskiej sceny politycznej mieli znakomite pole do obserwacji. Oto w warunkach laboratoryjnych, spotkały się dwie odmienne stylowo kultury polityczne. Śmigająca Wiosna i stateczne SLD. Formacje różne pokoleniowo, fryzurowo, językowo, garniturowo. Ale wyznające ten sam program polityczny. Choć często akcentujący silniej jego poszczególne punkty.

„Nowa Lewica” ruszy zaraz po nowym roku. Będzie partią nowego typu. Bacznie obserwowaną przez media. Bo na szczeblu centralnym kierować nią będzie dwójka przewodniczących. Jeden z SLD, drugi w Wiosny. Podobnie będzie na szczeblu wojewódzkim. Niżej taka zasada nie będzie już wymagana. Do tej pory tylko polscy Zieloni praktykowali podwójne kierownictwo.

Ciężar działalności politycznej Nowej lewicy zapewne przeniesie się do frakcji politycznych. Frakcje mają wedle statutu odzwierciedlać „różne nurty ideowe w partii” i działać „na rzecz ich promocji w jedności programowej”.
Czyli z nowym rokiem będziemy mieli Nową Lewicę wielo nurtową, o wielu liderskich twarzach. Twór polityczny pluralistyczny wymagający od swych członków przynajmniej minimum lojalności. No i minimum zwyczajnego polubienia się.
Czy takie polityczne „małżeństwo z rozsądku”, zaaranżowane i wymuszone nawet przez lewicowych Wyborców utrzyma się?

Tu intuicja podpowiada ”Flaczkom” umiarkowany optymizm. Nowa Lewica pozostanie partią opozycyjną. Związkiem partii „po przejściach i z przeszłością” z formacją entuzjastów potrzebujących organizacyjnego i finansowego wsparcia.
Miejsca na lewicową, opozycyjną działalność jest w Polsce pod dostatkiem. Wystarczy dla Nowej Lewicy i dla Partii Razem, która pozostanie w dotychczasowym klubie parlamentarnym pod nazwą „Nowa Lewica Razem”.
I pieniędzy z dotacji państwowej wywalczonej przez wszystkich kandydatów zjednoczonego, lewicowego komitetu wyborczego też wystarczyć powinno. Zatem jeśli liderzy lewicy nie zachorują na dziecięcą chorobę medialnej najważności, nową Lewica ma wielką polityczną przestrzeń przed sobą.

Oczywiście w SLD i we Wiośnie są grupy partyjnych patriotów, które optują za pozostawieniem dotychczasowych nazw i symboli. Więcej ich w SLD, bo to partia z dłuższą przeszłością. I ci partyjni patrioci uważają, że nie trzeba się unifikować, bo idąc osobno też można przekroczyć próg wyborczy. Też mieć klub, czy choćby koło parlamentarne. Małe, ciasne, ale własne.

Jednak ostatnie wybory parlamentarne niezbicie pokazały, że dobry wynik lewicy został osiągnięty jedynie dzięki premii za jedność. Lewicowy wyborcy tak dość już mieli tych niezrozumiałych dla nich podziałów, dziecięcych sporów między liderami, że dopiero tej zjednoczonej Lewicy dali swój polityczny kredyt.

Zresztą, co zauważa redaktor Zuzanna Dąbrowska, „prawdę mówiąc SLD się zmieniło i to samo z siebie. Trudne czasy poza parlamentem nie sprzyjają budowaniu partyjnej biurokracji/…/ Samo SLD także zrobiło dobry interes, nowy szyld brzmi nieźle, zdejmuje z agendy dawne grzechy formacji, która odeszła ze sceny na pewien czas, po długim okresie rządzenia. Symbolicznie zamyka wszelkie reminiscencje afery Rywina, czy ciemne sprawki niegdysiejszych baronów. Teraz będzie Nowa Lewica i niech ktoś z politycznych konkurentów pierwszy rzuci kamieniem, jeśli o takim politycznym rebrandingu nie marzył.”
I dodaje. „Razem stanęło życzliwie z boku, jako partia, która nie chce jednak podzielić losu oranżady w proszku. I tak długo, jak długo stosunki między teraz już tylko dwoma lewicowymi podmiotami będą poprawne, tak długo wszyscy będą otrzymywać premię za współpracę. Być może już w maju, jeśli uda im się wyjść z impasu i zgłosić solidnego prezydenckiego kandydata”.

Co prawda lewicowa kandydatka na prezydenta RP miała być na najbliższe święta, ale przed wielkanocnymi zjednoczona lewica zdąży na pewno.
Jeśli zaś wierzyć sondażowi przeprowadzonemu dla portalu wPolityce.pl., to choć na PiS chce głosować nadal 40 procent respondentów, a Koalicję Obywatelską wskazało 22 procent badanych, a na koalicję SLD, Wiosny i Razem Lewica już 19 procent. Notowania jednoczącej się Lewicy wzrosły tam o 3 procent.

Zatem szykujcie weselisko, skoro lud lewicowy tak chce.