PiS komercjalizuje system emerytalny

Trwa komercjalizacja systemu emerytalnego przez rzekomo solidarny rząd Prawa i Sprawiedliwości.

Władza stopniowo komercjalizuje i prywatyzuje system emerytalny, odchodząc od odpowiedzialności państwa za los seniorów. Jednocześnie partia rządząca nie zgadza się na przyjęcie rozwiązań, które zapewniłyby elementarnie godne emerytury z systemu publicznego – stąd ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego odrzuciło ustawę zakładającą podniesienie minimalnej emerytury do 1600 zł.
Już teraz rząd wdraża Pracownicze Plany Kapitałowe, w ramach których pracownicy i pracodawcy płacą wyższe składki na w pełni prywatne fundusze, do których dodatkowo dopłaca budżet. W najbliższą środę w Komisji Polityki Społecznej i Rodziny będzie dyskutowana kolejna ustawa wspierająca komercjalizację systemu emerytalnego, zakładająca przeniesienie środków z Otwartych Funduszy Emerytalnych na Indywidualne Konta Emerytalne.
Zgodnie z ustawą wszystkie środki, które dotychczas znajdowały się w OFE zostaną przeniesione do zarządzanych przez towarzystwa funduszy inwestycyjnych IKE. Jeżeli ktoś będzie chciał, może zgłosić wniosek, by jego środki trafiły do ZUS-u, ale domyślne ma być przeniesienie środków do IKE. Brak decyzji oznacza zatem dofinansowanie w pełni prywatnych i niezależnych od państwa IKE. Jednocześnie państwo ma pobrać jednorazowy podatek od pieniędzy przelanych na IKE wysokości 15%, zubażając w ten sposób środki przyszłych emerytów.
Czy to dobry pomysł? Wielu Polaków pamięta, że OFE pobierały olbrzymie prowizje, a ich stworzenie osłabiło publiczny filar systemu emerytalnego, a wcale nie doprowadziło do wzrostu poziomu emerytur. Warto pamiętać, że w wyniku reformy systemu emerytalnego z 1999 r. średni poziom emerytur w stosunku do ostatniej pensji zaczął stopniowo zmniejszać się. Mało kto jednak pamięta, że w 1999 r. ówczesna władza prowadziła kampanię propagandową nie tylko na rzecz OFE, ale też właśnie na rzecz IKE. IKE było jeszcze bardziej komercyjnym i niezależnym od państwa filarem systemu emerytalnego niż OFE. Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego oraz Sądu Najwyższego środki zgromadzone w OFE mają charakter środków publicznych. IKE są już zupełnie prywatne. Tymczasem mimo wizerunku partii propaństwowej PiS, nie chce umocnienia publicznego ZUS-u ani nawet uznawanego za część finansów publicznych OFE, tylko dąży do umocnienia zupełnie komercyjnych i uzależnionych od kaprysów rynku IKE. Dlatego z uzasadnienia obecnie procedowanej ustawy dowiadujemy się, że PiS krytycznie ocenia decyzję rządu PO-PSL, który w 2014 r. przeniósł część środków OFE do ZUS. Chodziło wtedy o to, by zlikwidować irracjonalny mechanizm, zgodnie z którym towarzystwa emerytalne zarządzające OFE lokowały środki przyszłych emerytów w obligacjach skarbu państwa, pobierając od tej operacji wysoką prowizję. Ówczesny rząd słusznie uznał, że jeżeli składki emerytalne mają być lokowane w państwowych obligacjach, to nie są tu potrzebni prywatni pośrednicy, którzy będą dodatkowo zarabiać kosztem przyszłych emerytów. Mimo to w uzasadnieniu PiS-owskiej ustawy promującej przeniesienie środków OFE do IKE czytamy, że przeniesienie części środków z OFE do ZUS skutkowało „podważeniem zaufania obywateli do rynku kapitałowego oraz do całego systemu emerytalnego”. Czyli dla PiS-u nie było złe drenowanie kieszeni obywateli i państwa przez OFE, ale to, że poprzednia władza ten drenaż zablokowała!
W uzasadnieniu ustawy rządowej czytamy nawet, że „mając na względzie budowanie zaufania do państwa oraz rynku kapitałowego celem wzmocnienia klimatu i warunków dla rozwoju inwestycji w akcje spółek notowanych na GPW, aktywa OFE zainwestowane w te akcje powinny pozostać poza sektorem finansów publicznych”, jak też, że celowe jest „skierowanie środków z OFE do instrumentu, jakim są IKE, i wzmocnienie możliwości budowania prywatnych oszczędności emerytalnych” – a zatem PiS prywatyzuje system emerytalny i jest z tego dumny!
Warto też przypomnieć, że IKE od wielu lat są jednym z filarów systemu emerytalnego i radzą sobie średnio. Tylko w 2008 r. IKE poniosły gigantyczne straty, sięgające nawet połowy wartości wpłaconych środków – jeszcze więcej niż OFE! Wtedy wiele osób zrezygnowało z uczestnictwa w trzecim filarze, a środków nie odzyskali już nigdy. Po kilkunastu latach niedawny bankster, a dzisiaj premier, Mateusz Morawiecki postanowił je reaktywować.
Cóż można zrobić? Z całą pewnością lepiej przenieść pieniądze z OFE do ZUS-u niż do IKE. ZUS jest znacznie bardziej stabilnym i bezpieczniejszym filarem systemu emerytalnego niż IKE. Ale jeśli większość z nas podejmie taką decyzję, rząd pewnie przyjmie kolejną ustawę, która uszczupli ZUS kosztem komercyjnego filaru systemu emerytalnego. Kierunek władzy jest bowiem jasny: państwo ma wyzbyć się odpowiedzialności za los emerytów.

PPK, czyli wciąż te same błędy

Dyskusja na temat tzw. trzydziestokrotności składek skutecznie przyćmiła potrzebę rozmowy o znacznie bardziej radykalnej zmianie w polskim systemie emerytalnym, jaką jest wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. Tymczasem kondycja polskiego systemu emerytalnego od wielu lat się pogarsza, a jej fundamentami są odejście od systemu opartego na solidarności pokoleń do systemu kapitałowego opartego na indywidualnych kontach oraz stopniowa komercjalizacja świadczeń emerytalnych.

Kluczowym problemem polskiego systemu emerytalnego jest zepsucie go w 1999 r. przez koalicję UW-AWS i z niego wynikają dzisiejsze problemy. To wtedy nastąpiło przejście do systemu kapitałowego i uruchomiono stopniową komercjalizację systemu połączoną ze zdeprecjonowaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W konsekwencji psucia systemu emerytalnego dzisiaj wybór między zachowaniem trzydziestokrotności i jej odrzuceniem jest jak alternatywa między dżumą i cholerą. Albo uprzywilejowujemy część najbogatszych, zwalniając część ich dochodu od płacenia składek, albo zagwarantujemy im olbrzymie emerytury za kilkanaście lat, zarazem zmniejszając wpływy podatkowe. I tak źle, i tak niedobrze.

Trzydziestokrotność zastępcza

Spór wokół trzydziestokrotności zasłania jednak głębsze zmiany systemu emerytalnego uruchomione przez obecny rząd. Głównym kierunkiem zmian wdrażanych przez władzę jest komercjalizacja systemu emerytalnego, czyli dowartościowanie funduszy zarządzanych przez firmy prywatne, uzależnionych od kaprysów giełdy. Już kilkanaście miesięcy temu rząd postanowił przenieść środki z Otwartych Funduszy Emerytalnych do Indywidualnych Kont Emerytalnych. Skąd taki pomysł? OFE odegrały fatalną rolę w ewolucji systemu emerytalnego, w tym wiązały się z wyprowadzeniem z niego setek milionów złotych poprzez wysokie prowizje pobierane przez podmioty, które nimi zarządzały (na początku 10% wartości wpłaconych środków!). Była to jednak formalnie część publicznych środków, nad którymi państwo sprawowało nadzór. Tymczasem IKE to w pełni komercyjna część systemu emerytalnego, nad którą państwo nie sprawuje żadnej kontroli. Jeżeli fundusze nimi zarządzające zaczną spadać na wartości lub wręcz zbankrutują, państwo nie będzie miało nic do powiedzenia.

Z kieszeni do kieszeni

Przeniesienie środków OFE do IKE to zatem krok ku komercjalizacji systemu. Warto zresztą pamiętać, że politycy PiS do dzisiaj wypominają koalicji PO-PSL, że część środków OFE przeniosły z powrotem do ZUS. Tymczasem była to jednak z lepszych i zarazem bardziej oczywistych decyzji rządu Donalda Tuska. Po prostu zlikwidowano patologiczny mechanizm, zgodnie z którym komercyjne fundusze zarabiały na obligacjach skarbu państwa, biorąc na dodatek za to dodatkową prowizję od obywateli. PiS nie tylko krytykuje poprzedni rząd za wzmocnienie ZUS kosztem OFE, ale wzmacnia IKE kosztem OFE, czyli wspiera najbardziej komercyjny filar systemu emerytalnego. Przy okazji państwo nakłada na obywateli opłatę przekształceniową przy przeniesieniu środków z OFE do IKE, chcąc sfinansować bieżące wydatki budżetowe. Co prawda środki mogą być też przeniesione do ZUS, ale domyślnie pieniądze będą przeniesione do IKE, a zatem władza uprzywilejowuje ten wybór, licząc na bierność obywateli.

Na trzecią nóżkę

Jakby tego było mało, PiS postanowił podnieść składki emerytalne, aby dodatkowo umocnić trzeci filar systemu emerytalnego. Jak rząd się chwali w swoich materiałach propagandowych, „Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to powszechny, dobrowolny i w pełni prywatny system długoterminowego oszczędzania. Podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych. Dodatkową korzyścią dla gospodarki będzie wzrost bazy finansowania polskich przedsiębiorstw, co pozytywnie wpłynie na rozwój gospodarczy Polski”. System ma dotyczyć ponad 11 mln Polaków. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc. wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc. ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc. tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł.

Towarzystwa wzajemnej zyskowności

PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, które mają całkowitą swobodę działalności i są narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu mogą zbankrutować i państwo nie ma żadnego wpływu na ich kondycję. Z drugiej strony coroczne wsparcie dla nich przez państwo mogłoby być uznane za niedozwoloną pomoc publiczną, bo wydaje się dyskusyjne, aby państwo finansowało część prywatnych funduszy, nie mając na dodatek żadnego wpływu na podejmowane przez nie decyzje.

Znowu do tych samych

Przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, to znaczy jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie zrobi nic, to zostanie wpisany w system. Trudno taki tryb uznać za uczciwy. To tak jakby państwo podejmowało decyzję o tym, że obywatel bierze pożyczkę w banku, a decyzja o wzięciu byłaby cofnięta dopiero po złożeniu przez obywatela specjalnej deklaracji, w której oświadczałby, że nie życzy sobie kredytu. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego. Innymi słowy państwo promuje prywatne podmioty, nie wskazując ewentualnych wad PPK, nie mówiąc już o zaletach ZUS.

Niech rośnie filar

Wprowadzenie PPK oznacza wzrost składek dla pracodawców i pracowników, co zdaniem rządu stanowi konsekwencję spadających emerytur. Można się zastanawiać nad przyczynami tego spadku, ale trudno pojąć, dlaczego państwo odgórnie wspiera filar komercyjny zamiast gwarantować społeczeństwu godne emerytury poprzez umocnienie pierwszego filaru, czyli ZUS-u. W tym kontekście trudno też zrozumieć deklaracje Mateusza Morawieckiego z jego expose, aby do konstytucji wpisywać ochronę PPK i IKE. Czy premier chce konstytucyjnie zagwarantować komercjalizację systemu emerytalnego?

Zbankrutują emeryci

Dobrze by było, gdyby polscy politycy uczyli się na błędach. Niestety w przypadku systemu emerytalnego wydaje się, że w kółko powielane są te same, nieudane rozwiązania. Warto pamiętać, że trzeci filar istnieje w Polsce nie od dziś. Powstał już ponad 20 lat temu. Niestety jego ewolucja nie jest zachęcająca. Tylko w 2008 r. Indywidualne Konta Emerytalne poniosły gigantyczne straty, sięgające nawet połowy wartości wpłaconych środków. Wtedy wiele osób, które z nich korzystało, zrezygnowało. Środków nie odzyskały nigdy. Nie mamy żadnych gwarancji, że taka sytuacja się nie powtórzy. Dotyczy to też PPK, które są częścią komercyjnego filaru systemu emerytalnego, tyle że wspieranego przez państwo. A zatem w przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki pobierane z podatków całego społeczeństwa.

Zdefiniujmy świadczenie

Zamiast komercjalizować system emerytalny, wspierać prywatne fundusze i dosypywać do nich pieniądze ze środków publicznych, lepiej powrócić do systemu opartego na solidarności pokoleń oraz umocnić najbardziej stabilny i najtańszy w obsłudze, publiczny filar systemu emerytalnego.

Sen o emeryturze

Wszędzie słuchać płacz i zgrzytanie zębów gdy tylko poruszony zostaje temat emerytur i systemu emerytalnego. A przecież cel reformy był jasny obniżyć emerytury. Zmniejszyć koszty budżetowe zmusić przyszłych emerytów do samodzielnego oszczędzania. Niejako przy okazji utuczono firmy zarządzające funduszami emerytalnymi ustanawiając absurdalnie wysokie prowizje i opłaty z zarządzanie. Zanim nadeszła katastrofa rząd PO wycofał się z „reformy” a jakoby „prosocjalny” PiS postanowił na przyszłych emerytach jeszcze raz zarobić.

Nikt nie zwraca uwagi, że przyszłe niskie emerytury to efekt dwóch procesów.
Po pierwsze niskich płac. Comiesięczny wskaźnik średniej płacy wyliczany jest na podstawie niepełnych danych. Do wyznaczenia przeciętnej pensji brane są pod uwagę tylko wynagrodzenia w firmach, które zatrudniają powyżej 9 osób. A takie przedsiębiorstwa na polskim rynku są w zdecydowanej mniejszości. W 2016 roku przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw kształtowała się na poziomie 4346,76 zł (3094 zł netto). Jednak, że aż 66 proc. zatrudnionych zarabiało poniżej tej kwoty. Właśnie w raporcie za rok 2016 GUS po raz ostatni podał też wartość dominanty, czyli najczęstszego miesięcznego wynagrodzenie brutto, dla ogółu zatrudnionych w gospodarce. Wyniosło ono wynosiło w październiku 2016 r. 2074,03 zł, czyli ok. 1511 zł na rękę. To mniej niż połowa przeciętnego wynagrodzenia w firmach.
Czyli niskie wynagrodzenia to niskie składki emerytalne, co w sumie daje niskie emerytury.
Najnowsze dane dotyczące tzw. stopy zastąpienia emerytur w Polsce wg ZUS powinny dać nam do myślenia. W 2014 r. przeciętna miesięczna wypłata emerytury stanowiła 61,8 proc. przeciętnej miesięcznej krajowej pensji. W 2018 r. ta stopa wynosiła już 56,4 proc. Szacunki na 2028 to już tylko niecałe 47 %. Gdyby ktoś zarabiał najniższe wynagrodzenie i zdecydował się na emeryturę z końcem 2020 roku to mógłby liczyć na niewiele ponad 1300 PLN brutto. Czyli nieco ponad 1100 netto.
Po drugie, duża część pracujących nie może dziś liczyć na taki luksusy jak etat. Prawie jedna piąta ogółu pracujących to samozatrudnieni oraz pracujący na umowy cywilno-prawne. Ich perspektywy emerytalne wyglądają jeszcze gorzej. No chyba, że na należą do wąskiej grupy prezesów kontraktowych czy ludzi wielkiego sukcesu, ale pączki w maśle (czy rogale Marcińskie co kto lubi) to nieliczne wyjątki. Prowadzący jednoosobową działalność płacą (2019) składkę emerytalną w wysokości 558 złotych (od podstawy dochodu 2859). Mogą też skorzystać z ulgi „nas start” i wtedy ich składka emerytalna będzie jeszcze mniejsza. I oczywiście mniejsza też emerytura.
Tak to wygląda.
Co robić ? No więc po pierwsze zmienić system podatków od dochodów osobistych na progresywny i wprowadzić stawkę 10% dla dochodów w granicach 24.000 rocznie. Oczywiście należy wyżej opodatkować przychody przekraczające 120 000 oraz wrócić do rozliczania jednoosobowej działalności gospodarczej na zasadach ogólnych. Ledwo wiążącym koniec z końcem „przedsiębiorcom” zapewne pozwoli skorzystać z nowej obniżonej stawki PIT a nasze pączki w maśle, stracą odrobinę tłuszczyku i lukru. Będą zdrowsze.
Po drugie, co nieuchronne podnieść składkę na ubezpieczanie emerytalne a w dalszej perspektywie całkowicie porzucić „reformę emerytalną”. Niestety trzeba będzie też szybko zlikwidować wprowadzane właśnie PPK, które jak zgodnie oceniają specjaliści mają głównie służyć zarządzającym nimi firmom. Czy powrót do koncepcji OFE.
A po trzecie wypowiedzieć konkordat, to też da spore oszczędności dla budżetu.

PiS robi skok na pieniądze emerytów

Obecny rząd postanowił szybko i jednym ruchem zabrać emerytom 15 proc. zgromadzonych przez nich środków. I niewykluczone, że na tym się nie skończy, bo budżet pęka w szwach.

Co najmniej 19,3 miliardów złotych zabierze emerytom rząd Prawa i Sprawiedliwości pod pretekstem „oddawania” im pieniędzy, zgromadzonych dziś w otwartych funduszach emerytalnych. To dość ostrożne szacunki, bo w praktyce ta kwota może sięgnąć niemal 24 mld zł.
Oczywiście rządowi propagandyści sukcesu, udający dziennikarzy w tzw. „publicznych” czyli także rządowych mediach, nie wspominają ani słowem o rządowym skoku na emerycką kasę. Zamiast tego zachwalają, jak to rząd PiS – naturalnie w odróżnieniu od wrednych poprzedników – zwraca emerytom ich ciężko wypracowane składki. Od razu przypomina się orwellowskie Ministerstwo Miłości.

Przymus, a nie możliwość

Rząd PiS bardzo zabiega o to, by jak najszybciej doprowadzić do przyjęcia przepisów, zmuszających potencjalnych emerytów do przeniesienia swych składek z OFE do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych albo na Indywidualne Konta Emerytalne.
Rząd PO dał przyszłym seniorom tylko taką możliwość, wprowadzając „okienka transferowe”, w których można przenosić składki przechowywane w OFE (aczkolwiek na 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, z automatu trafiają one do ZUS). Rząd „dobrej zmiany” nie zmusza, aby koniecznie wybrać ZUS – ale wprowadza przymus wycofania składek z OFE.
Rzecz w tym, że pieniądze zgromadzone w OFE są niedostępne dla rządu, który nie może położyć na nich łapy. Z pieniędzmi w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych może natomiast robić co chce, zaś w przypadku przenoszenia składek na IKE pobiera haracz właśnie w postaci opłaty przekształceniowej. Tę opłatę trudno nazwać inaczej, niż rozbojem na prostej drodze, bo wynosi ona aż 15 proc. zgromadzonych składek!

Czas ucieka, kasy brakuje

Rząd unika nazywania opłaty przekształceniowej podatkiem – i ma ku temu swoje, bardzo wymierne powody.
Chodzi o to, że środki gromadzone w OFE są opodatkowane stawką 15 proc. Osoba, odkładająca składki w otwartych funduszach płaci te 15 proc. w chwili, gdy jest już na emeryturze i otrzymuje świadczenie z OFE.
Rząd PiS nie zamierza jednak czekać na pieniądze od kolejnych roczników Polaków odchodzących na „zasłużony odpoczynek” – zwłaszcza, że bardzo prawdopodobne, iż za jakiś czas te pieniądze otrzymałby już inny, nie PiS-owski rząd. Ekipa „dobrej zmiany” chce zgarnąć całą kasę od emerytów jak najszybciej.
Dlatego właśnie PiS-owscy prominenci wymyślili, że te 15 procent rząd zabierze emerytom od razu, gdy tylko zdecydują się na przeniesienie swych składek na IKE. Cała operacja przenoszenia składek ma zostać zrealizowana już w przyszłym roku.
Skoro zaś pieniądze zostaną zabrane emerytom, zanim jeszcze ci je zobaczą, nie nazwano ich podatkiem lecz właśnie opłatą przekształceniową.
Jest jednak jeszcze drugi, znacznie ważniejszy powód takiego nazewnictwa. Jeśli bowiem pieniądze emerytów nie zostaną opodatkowane, lecz obłożone opłatą przekształceniową, to nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby rząd opodatkował je wtedy, gdy emeryci zaczną otrzymywać swe świadczenia.
Nikt nie będzie się wtedy czepiać, że oznacza to podwójne opodatkowanie – no bo przecież za pierwszym razem była to opłata przekształceniowa, a dopiero później podatek właściwy.

De Tocqueville ma rację

Dziś nie można przesądzać, czy rząd na pewno zdecyduje się na powtórne zabranie emerytom części ich świadczeń (razem dawałoby to już 30 proc.). Budżet trzeszczy jednak w szwach i bardzo prawdopodobne, że obecnej ekipie jednak zabraknie pieniędzy na wysokie apanaże dla krewnych i znajomych królika czy na kolejne upamiętnienia „żołnierzy wyklętych”.
Od razu więc nasuwa się na myśl słynny cytat Alexisa de Tocqueville (powszechnie znany w nieco innej niż tu przytaczana, mniej prawidłowej wersji): „Do jak bezprawnych i nieuczciwych praktyk może brak pieniędzy skłonić rządy łagodne, ale działające tajnie i bez kontroli”.
Tym bardziej, że rząd PiS wprawdzie rzeczywiście działa bez kontroli, ale trudno go uznać za łagodny.
Dziś w OFE znajdują się 160 mld zł przyszłych emerytów. Gdyby wszyscy przenieśli swe środki do IKE, rząd zgarnąłby z tego tytułu 24 mld zł. Wiadomo jednak, że tak się nie stanie, gdyż część obywateli najprawdopodobniej wybierze jednak przekazanie składek do ZUS.

Biznesowi nikt nic nie zabierze

Rząd PiS, zmuszając Polaków do wybrania: albo ZUS, albo IKE, zadbał jednocześnie o to, aby włos z głowy nie spadł powszechnym funduszom emerytalnym, czyli firmom (przeważnie zagranicznym) zarządzającym otwartymi funduszami emerytalnymi. Zdecydowano bowiem, że to właśnie powszechne towarzystwa emerytalne będą prowadzić Indywidualne Konta Emerytalne.
Dlatego więc szefowie powszechnych towarzystw emerytalnych zachowują całkowity spokój – i nie krytykują nowych przepisów. Dla tych przyszłych emerytów, którzy wybiorą IKE, w rzeczywistości nic zatem się zmieni. Tak samo, zarówno w OFE, jak i w IKE, ich pieniądze będą mogły w majestacie prawa stopnieć do zera, w przypadku złego zarządzania czy dekoniunktury na rynkach finansowych. Tyle, że wybierając IKE, prędzej stracą te 15 proc., no i nie jest wykluczone, że za jakiś czas będą musieli zapłacić podatek w takiej samej wysokości.
Za to, jeśli wybiorą ZUS, zostaną uderzeni (tzn., ściśle mówiąc nie oni, co ich spadkobiercy) po kieszeni zbójeckim prawem, wedle którego środki złożone w tej instytucji nie mogą być dziedziczone.
„Dobra zmiana” zafundowała więc przyszłym seniorom wybór, taki jak między dżumą a cholerą…

 

Jaki system emerytalny: OFE, PPK, IKE czy świadczenie emerytalne oparte na solidarności pokoleniowej? Kto zapłaci za kolejne eksperymenty na pracownikach i weteranach pracy? Jaka będzie jesień życia młodego dziś pokolenia?

Otwarte Fundusze Emerytalne wprowadzono decyzja rządu AWS w 1999r,czyli mija 20 lat od tamtego pełnego marketingowych sztuczek zachęcania Polaków do nowej formuły oszczędzania na emeryturę. Radykalna reforma podważająca dotychczasowy solidaryzm społeczny po latach okazała się konstrukcją karmiącą kapitał z jednej strony a z drugiej rujnującą finanse publiczne.
Ekipa Donalda Tuska w 2013 roku zorientowała się że dalsze trwanie w błędzie rujnuje Polskę. Polacy powinni wiedzieć, że tylko 5 z 28 państw Unii Europejskiej wprowadziły zdefiniowaną składkę emerytalną, pozostałe 23 utrzymuje tradycyjny system zdefiniowanego świadczenia. Neoliberalna rewolucja 1999 roku doprowadziła do drastycznego obniżenia świadczeń emerytalnym otwierając drogę do OFE. Dla przypomnienia taką drogę preferowali prominenci Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Decyzje przekazania środków z OFE do ZUS w 2011 i 2014 zmniejszyło deficyt budżetowy ale nie zlikwidowało źródła błędnych decyzji z 1999r. Środki OFE uznane przez Trybunał Konstytucyjny za publiczne ,są łakomym kaskiem dla rządzących, którzy zaproponowali w ostatnim czasie likwidację OFE ale aktywa tak chcą przesuwać aby mieć te środki nadal do swojej dyspozycji przez opłatę przekształceniową proponowaną dotychczasowym uczestnikom.
O fundamentalnych dla młodego pokolenia decyzjach kształtujących w przyszłości ich dobrostan emerytalny dyskutować będą:
– prof. Leokadia Oręziak, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej
– Piotr Kuczyński, publicysta ekonomiczny i doradca rynków finansowych.
Dyskusję będzie moderować Kamil Łukaszek (Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie).

Serdecznie zapraszamy do aktywnego uczestnictwa w naszym spotkaniu.

Symulacja naszych świadczeń

Na OFE utuczyły się powszechne towarzystwa emerytalne. Czy uda się pozbawić je możliwości żerowania na pieniądzach odkładanych na emerytury?

Dyskusja o likwidacji otwartych funduszy emerytalnych koncentruje się na tzw. opłacie przekształceniowej. Niestety, istnieje też inna opłata – która spowoduje, że prawdopodobnie to Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie korzystniejszym wyborem niż Indywidualne Konto Emerytalne.
Chodzi o pobieranie przez prywatne instytucje prowizji od zarządzania naszymi środkami. W końcowym rozrachunku może ona uszczuplić naszą wypłatę nawet o kilkanaście procent.
Tyle można odłożyć
Pobranie 15-procentowej opłaty przekształceniowej za przejście z OFE (otwarty fundusz emerytalny) do IKE (indywidualne konto emerytalne) niewiele różni się od koncepcji zapłaty standardowego podatku od przyszłej emerytury w ZUS. Zakładając oczywiście, że nasze przyszłe świadczenie w całości będzie objęte stawką pierwszego progu podatkowego.
Można się spierać, który model przyniesie wyższą roczną stopę zwrotu. Dla uproszczenia warto przyjąć, że będzie ona podobna i w obu przypadkach wyniesie w ujęciu nominalnym na przykład 5 proc.
Średnio w OFE Polacy mają zgromadzone po ok. 10 tys. zł. Przyjmijmy zatem, że w obu formułach (ZUS i IKE) zarobimy nominalnie 5 proc. rocznie przez kolejne 25 lat od naszego początkowego kapitału.
W rezultacie, przy wariancie z IKE, po 15-procentowej opłacie przekształceniowej (8,5 tys. dostajemy na start) dostajemy po 25 latach 28 800 zł. Od tej kwoty nie płacimy już podatku.
W ZUS natomiast otrzymamy ok. 33 900 zł, ale po potrąceniu podatku będzie to 27 800, czyli nawet o 1 tys. zł mniej. Czemu więc lepiej zostać w ZUS?
Jeśli będzie prowizja
Otóż, w prywatnej instytucji, która może zarządzać pieniędzmi gromadzonymi na IKE, należy się liczyć z prowizją od zarządzania naszymi środkami. Trudno sprecyzować jej procentową wartość, ale np. w Pracowniczych Planach Kapitałowych będzie ona wynosić 0,5-0,6 proc. rocznie od całości aktywów.
Z kolei dane Komisji Nadzoru Finansowego zamieszczone w cokwartalnych raportach o rynku OFE pokazują, że rocznie opłata za zarządzanie aktywami w OFE wynosi ok. 800 mln zł (ze 160 mld zł zgromadzonych aktywów), czyli także mniej więcej 0,5 proc. każdego roku.
Należy zatem spodziewać się podobnej opłaty w przypadku konta IKE, powstałego po przekształceniu OFE – ocenia Cinkciarz.pl. A to dosyć poważnie zmienia wyniki przedstawionych tu obliczeń.
Jeżeli okaże się, że nasze środki z OFE będą w IKE objęte opłatą za zarządzanie według stawki 0,5 proc. rocznie, wtedy po 25 latach wcale nie dostaniemy 28 800 zł, tylko o 11,7 proc. mniej – czyli 25 400 zł.
W przypadku dłuższego oszczędzania (na przykład 30 lat) prowizja może sięgać już prawie 14 proc. finalnie zgromadzonego przez nas kapitału.
W rezultacie, w większości przypadków zdecydowanie lepiej będzie zostawić te środki w ZUS, zakładając przyjętą teoretycznie opłatę za zarządzanie w IKE na poziomie 0,5 proc. rocznie.

OFE 2.0

Rząd PiS-u po dojściu do władzy zrealizował swoją obietnicę i przywrócił poprzedni wiek emerytalny.

 

To bardzo dobrze – samo podwyższenie wieku emerytalnego, a tym właściwie była „reforma’’ rządu Donalda Tuska, wynikała z konieczności ratowania budżetu pod neoliberalnym zarządzaniem. Wtedy też dotarło do wszystkich, że emerytury z OFE będą groszowe, a same fundusze przyczyniły się jedynie do wydrenowania dziury w ZUS-ie. Słusznie je więc zaorano, zamiast jednak konsekwentnie sięgnąć do głębokich kieszeni – sięgnięto do tych płytkich. Nic więc dziwnego, że taka „reforma’’, oznaczająca dla wielu ciężko pracujących ludzi to, że mogą swojej emerytury nie zobaczyć, wzbudziła powszechny opór. A potem wjechał Kaczyński. Uważam zresztą, choć nie mam na to twardych danych, że powrót do poprzedniego wieku emerytalnego przyczynił się do utrwalenia władzy PiS-u co najmniej tak samo jak szeroko reklamowane w publicystyce 500+.
PiS już jednak rządzi 3 lata. I poza zmniejszeniem wieku, w zakresie emerytur zrobiono niewiele. W tej chwili próbuje się to propagandowo przykryć wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych (w poniedziałek prezydent podpisał ostatecznie ustawę). Będzie to przedstawiane jako ratunek dla podkopywanego przez demografię systemu emerytalnego, realnie jednak w programie nie chodzi wcale o seniorów, lecz o dobro elit finansowych.
Teoretycznie program PKK jest dobrowolny. Ale to pracownik będzie musiał się z niego wypisywać i to co 2 lata. W praktyce więc należeć będzie doń znakomita większość pracujących. Co miesiąc od 3,5 do 8 proc. naszej pensji (w zależności od naszej i pracodawcy deklaracji) będzie trafiać do prywatnych instytucji finansowych, które zgarną za to sutą prowizję. Swoje dorzuci państwo – także, co kuriozalne, tym najbogatszym; te dopłaty pochodzić będą z Funduszu Pracy (przeciwko temu zaborowi protestowały związki zawodowe). Po osiągnięciu wieku 60 lat, uzbierane pieniądze będą wypłacane przez 10 lat. I tak wszyscy staniemy się rentierami…
W ciągu 10 lat na rynki finansowe z tytułu PPK ma wpłynąć ok. 50 mld. zł. Powtórzę: z naszych kieszeni wprost do kolegów Morawieckiego z sektora finansowego. Ręczę, że po odejściu z rządu, nasz premier nie będzie miał problemów ze znalezieniem dobrze płatnej pracy.
Z podawanych w mediach optymistycznych obliczeń wynika, że jeśli mamy 30 lat i zarabiamy średnią krajową, otrzymamy z PPK ok 1 tys. zł. Problem w tym, że nie znamy realnej wartości tego tysiaka za 30 lat, zresztą ⅔ pracujących zarabia mniej. I bierzemy pod uwagę jedynie ten wariant, który zakłada zyski prywatnych funduszy inwestycyjnych. A z tym przecież różnie bywa. Jak pamiętamy, kryzys finansowy w 2008 roku pożarł połowę dziesięcioletnich zysków z OFE. I choć teraz – w zależności od wieku – nasze składki będą inwestowane w różny sposób (dla młodych – ryzykownie, dla starszych – mniej), to nadal przecież mamy do czynienia z kapitalistyczną ruletką.
Obietnica przyszłych pieniędzy z rynków finansowych petryfikuje także system emerytalny. Rządzący godzący się na coraz niższe świadczenia w obecnej logice systemu mają wymówkę – nie ma już potrzeby myśleć np. o emeryturze obywatelskiej, równym i godnym świadczeniu dla wszystkich. Przecież jakoś to będzie. Zmniejszy się też presja zwiększenia składek na ZUS za pomocą presji na wyższe wynagrodzenia. A emerytom pozostanie modlitwa. Do świętego Boga Rynku.

Kolejna dobra zmiana dla PiS

Powstaje coś w rodzaju OFE-bis. Na „dobrowolnych” Pracowniczych Planach Kapitałowych najlepiej wyjdą działacze i bliscy sympatycy obecnego obozu władzy – zwłaszcza ci, których firmy uzyskają sute kontrakty na zarządzanie PPK.

 

Od połowy 2019 r. pierwsze grupy pracowników będą mogły rozpocząć gromadzenie oszczędności w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Jest to program dodatkowego i dobrowolnego (nie do końca) oszczędzania, przeznaczony dla ok. 11,5 mln osób zatrudnionych.

 

Najwięcej zarobią zarządzający

Jak przewiduje projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych, przyjęty już przez Radę Ministrów, środki zgromadzone w PPK będą stanowić prywatną własność uczestników.
Zostaną mu one wypłacone, ale bynajmniej nie od razu, po osiągnięciu przez niego 60 roku życia (ten sam wiek dla kobiet i mężczyzn, zgodnie z zasadami równego traktowania w dodatkowych systemach zabezpieczenia emerytalnego pracowników).
Do uruchomienia całego systemu posłużą dwa typy umów: umowa o zarządzanie PPK (stronami będą podmiot zatrudniający pracownika i firma zarządzająca PPK), oraz umowa o prowadzenie PPK (zawarta między pracownikiem i firmą zarządzającą).
Jak widać, do złudzenia przypomina to mechanizm prawny otwartych funduszy emerytalnych. Tam również zawierało się umowy z firmami zarządzającymi OFE. Były to powszechne towarzystwa emerytalne, prywatne przedsiębiorstwa, które zarabiały grube kokosy na tym zarządzaniu. PTE bez wątpienia są największymi wygranymi naszej nieszczęsnej reformy emerytalnej z 1999 r.
Teraz również tak będzie – i z pewnością najlepiej na Pracowniczych Planach Kapitałowych wyjdą prywatne firmy, które będą nimi zarządzać.

 

W objęciach nomenklatury partii

Dziś jednak w Polsce nomenklatura partyjna obejmuje znacznie szerszy zakres stanowisk, niż na przełomie XX i XXI wieku – albowiem Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło taki system obsadzania funkcji publicznych, jaki istniał za czasów Władysława Gomułki.
Intratne kontrakty na zarządzanie PPK uzyskają więc zapewne wyłącznie firmy należące do krewnych i znajomych królika – czyli do działaczy i bliskich sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Tym samym więc, wprowadzenie PPK w największym stopniu posłuży PiS-owi – i można się spodziewać, że firmy, wdzięczne za uzyskanie kontraktów na zarządzanie PPK, będą chętnie uczestniczyć w finansowaniu rozmaitych pomysłów obecnej ekipy.
Projekt ustawy o PPK świadomie zresztą nawiązuje do systemu OFE i stanowi, że firmami zarządzającymi PPK mogą być właśnie powszechne towarzystwa emerytalne, a także towarzystwa ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne czy pracownicze towarzystwa emerytalne.

 

Dobrowolność a’la PiS

„Powszechność systemu PPK nakłada na pracodawców obowiązek zawierania z instytucją finansową umowy o zarządzanie PPK, jeżeli zatrudniają co najmniej jedną osobę (w imieniu tej osoby pracodawca będzie musiał zawrzeć umowę z instytucją finansową o prowadzenie PPK). Pracodawcy będą tworzyć PPK dla wszystkich osób zatrudnionych (na etacie i na umowie-zleceniu). Obowiązek zawierania umów o zarządzanie PPK będzie wprowadzany stopniowo od 1 lipca 2019 r.” – stwierdza Rada Ministrów. Użycie słów „obowiązek” oraz „będzie musiał” niekoniecznie pasuje do dobrowolności całego systemu, deklarowanej przez rząd, no ale to jest taka szczególna dobrowolność a’la PiS.
Bardziej dobrowolne mają być PPK dla pracowników – ale też nie całkiem, bo najpierw wszyscy zostaną z urzędu zapisani do PPK, a dopiero potem, jeśli zechcą, będą się mogli z nich wypisać, co jednak wcale nie będzie takie proste.

 

Każdy będzie musiał płacić

Do wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych zostaną najpierw zmuszone firmy większe, zatrudniające co najmniej 250 osób. Od 1 stycznia 2021 r. tym obowiązkiem mają być już objęte wszystkie przedsiębiorstwa i instytucje w Polsce. Żeby się nie migały od wpłat na PPK, za niewywiązanie się z obowiązku dokonywania wpłat będzie wymierzana grzywna w wysokości do 1 mln zł. Będzie to kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy. W pierwotnym projekcie były także kary dla pracodawców za zniechęcanie pracowników do uczestniczenia w PPK, ale uznano, że byłaby to „dobrowolność” już zbyt grubymi nićmi szyta.
Każdy zatrudniony zostanie zapisany do programu automatycznie, ale będzie mógł się z niego wycofać – i na tym właśnie ma polegać owa dobrowolność oszczędzania w PPK. Oznacza to, że uczestnik PPK będzie mógł zrezygnować z dokonywania wpłat do PPK na podstawie swojej pisemnej deklaracji złożonej pracodawcy. „Założono jednak możliwość ponownego powrotu do programu” – enigmatycznie stwierdza rząd.

 

Raz na cztery lata

Ta „możliwość ponownego powrotu do programu” polega to na tym, że co cztery lata pracodawca będzie znowu wpłacał część pensji swych pracowników do PPK. Potem zaś poinformuje swojego zatrudnionego – uczestnika PPK, który złożył deklarację o rezygnacji z dokonywania wpłat do PPK – o tym, że część jego pensji ponownie trafia do PPK.
Oznacza to, że jeśli uczestnik Pracowniczych Planów Kapitałowych będzie chciał zrezygnować z przeznaczania części swych zarobków na PPK, to co 4 lata będzie musiał składać stosowną deklarację. Rząd liczy, że za którymś razem zapomni, albo nie będzie mu się chciało i machnie ręką.
Jednocześnie, uczestnik PPK, który zrezygnował z udziału w programie, w każdym momencie będzie mógł ponownie do niego przystąpić. Tu już nie będzie trzeba czekać na „okienko” przypadające raz na cztery lata.

 

Pracownik zapłaci więcej

Wpłaty do PPK będą jak wiadomo dokonywane zarówno przez podmiot zatrudniający (przedsiębiorstwo) , jak i uczestnika programu, czyli pracownika. Z tym, że pracownik zapłaci więcej niż firma – no bo skoro PPK mają być dla niego dobrodziejstwem, to powinien to należycie doceniać.
Tak więc wpłata do PPK wyniesie 2 proc. wynagrodzenia (a dokładniej, podstawy składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe ) uczestnika programu oraz 1,5 proc. jego podstawy składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe ze strony podmiotu zatrudniającego.
Uczestnik PPK, którego miesięczne wynagrodzenie będzie równe lub niższe niż 120 proc. minimalnego wynagrodzenia w danym roku w Polsce, będzie mógł wpłacać mniej niż 2 proc., ale nie mniej niż 0,5 proc. To propozycja dla osób najmniej zarabiających.
Zarówno podmiot zatrudniający, jak i pracownik, będzie mógł dokonywać wyższych wpłat, w sumie do 4 proc. W efekcie, na konto pracownika w PPK będzie mogła wpływać łączna wpłata od 3,5 do nawet 8 proc. wynagrodzenia.
Zachętą do rozpoczęcia i kontynuowania oszczędzania ma być jednorazowa „wpłata powitalna” w wysokości 250 zł dla każdego uczestnika PPK, finansowana z Funduszu Pracy.
Zachętą będą także obietnice corocznych dopłat do rachunku uczestnika, mogących wynieść do 240 zł (ale wypłacanych po spełnieniu rozlicznych warunków określonych w ustawie).

 

Wszystko może przepaść

Jest jeszcze jedno podobieństwo między systemem OFE oraz PPK. Otóż, zarówno pieniądze pracownika gromadzone w OFE jak i w PPK mogą w majestacie prawa stopnieć do zera. Nie ma bowiem żadnej ustawowej gwarancji, zapewniającej, że pracownik otrzyma z PPK przynajmniej tyle samo, ile tam zostało wpłacone.
Ustawa reguluje jedynie to, że firma zarządzająca PPK będzie musiała zadbać, aby zarządzane przez nią środki były lokowane w funduszach stosujących odmienne zasady polityki inwestycyjnej, czyli nie tylko tych ryzykownych, ale i bardziej bezpiecznych. Co oczywiście, jak przekonaliśmy się w praktyce na przykładzie OFE, nie oznacza żadnego bezpieczeństwa finansowego dla pracownika. Tym bardziej, że fundusze inwestycyjne, w których będą gromadzone środki PPK mogą inwestować do 30 proc. w różne aktywa zagraniczne.
Wynagrodzenie za zarządzanie PPK będzie wynosić 0,5 proc. wartości aktywów netto w skali roku, niezależnie od rezultatów tego zarządzania. Ponadto, dodatkowo tylko 0,1 proc. może stanowić opłata za osiągnięcie dobrego wyniku inwestycyjnego. Czyli, podobnie jak w przypadku powszechnych towarzystw emerytalnych zarządzających OFE, również i firmy zarządzające PPK będą brać potężną dolę, niezależnie od tego, co zrobią z pieniędzmi uczestnika i ile ich zmarnują w nietrafionych inwestycjach.
Być może pracownicy-potencjalni uczestnicy PPK, liczą na to, że gdy dożyją sześćdziesiątki, dostaną to wszystko, co zostało z ich pieniędzy, wpłacanych przez lata do PPK? Otóż, nic z tych rzeczy!.
Jeśli uczestnik PPK, po osiągnięciu 60 roku życia zdecyduje o wypłacie zgromadzonych środków, to 25 proc. zostanie mu wypłaconych jednorazowo, a pozostałe 75 proc. w co najmniej 120 miesięcznych ratach (czyli przez 10 lat). Musi zatem dociągnąć co najmniej do siedemdziesiątki, żeby odzyskać wszystko. Tak więc, wszystkim wypada życzyć szczęśliwego i długiego oszczędzania – oraz życia.
To wszystko czeka nas już niedługo. Ustawa o PPK ma bowiem wejść w życie 1 stycznia 2019 r. Finanse państwa są napięte, więc rząd potrzebuje, by jak najszybciej zostało rzucone jakieś koło ratunkowe, mogące odciążyć Zakład Ubezpieczeń Społecznych.