Jaki system emerytalny: OFE, PPK, IKE czy świadczenie emerytalne oparte na solidarności pokoleniowej? Kto zapłaci za kolejne eksperymenty na pracownikach i weteranach pracy? Jaka będzie jesień życia młodego dziś pokolenia?

Otwarte Fundusze Emerytalne wprowadzono decyzja rządu AWS w 1999r,czyli mija 20 lat od tamtego pełnego marketingowych sztuczek zachęcania Polaków do nowej formuły oszczędzania na emeryturę. Radykalna reforma podważająca dotychczasowy solidaryzm społeczny po latach okazała się konstrukcją karmiącą kapitał z jednej strony a z drugiej rujnującą finanse publiczne.
Ekipa Donalda Tuska w 2013 roku zorientowała się że dalsze trwanie w błędzie rujnuje Polskę. Polacy powinni wiedzieć, że tylko 5 z 28 państw Unii Europejskiej wprowadziły zdefiniowaną składkę emerytalną, pozostałe 23 utrzymuje tradycyjny system zdefiniowanego świadczenia. Neoliberalna rewolucja 1999 roku doprowadziła do drastycznego obniżenia świadczeń emerytalnym otwierając drogę do OFE. Dla przypomnienia taką drogę preferowali prominenci Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Decyzje przekazania środków z OFE do ZUS w 2011 i 2014 zmniejszyło deficyt budżetowy ale nie zlikwidowało źródła błędnych decyzji z 1999r. Środki OFE uznane przez Trybunał Konstytucyjny za publiczne ,są łakomym kaskiem dla rządzących, którzy zaproponowali w ostatnim czasie likwidację OFE ale aktywa tak chcą przesuwać aby mieć te środki nadal do swojej dyspozycji przez opłatę przekształceniową proponowaną dotychczasowym uczestnikom.
O fundamentalnych dla młodego pokolenia decyzjach kształtujących w przyszłości ich dobrostan emerytalny dyskutować będą:
– prof. Leokadia Oręziak, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej
– Piotr Kuczyński, publicysta ekonomiczny i doradca rynków finansowych.
Dyskusję będzie moderować Kamil Łukaszek (Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie).

Serdecznie zapraszamy do aktywnego uczestnictwa w naszym spotkaniu.

Symulacja naszych świadczeń

Na OFE utuczyły się powszechne towarzystwa emerytalne. Czy uda się pozbawić je możliwości żerowania na pieniądzach odkładanych na emerytury?

Dyskusja o likwidacji otwartych funduszy emerytalnych koncentruje się na tzw. opłacie przekształceniowej. Niestety, istnieje też inna opłata – która spowoduje, że prawdopodobnie to Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie korzystniejszym wyborem niż Indywidualne Konto Emerytalne.
Chodzi o pobieranie przez prywatne instytucje prowizji od zarządzania naszymi środkami. W końcowym rozrachunku może ona uszczuplić naszą wypłatę nawet o kilkanaście procent.
Tyle można odłożyć
Pobranie 15-procentowej opłaty przekształceniowej za przejście z OFE (otwarty fundusz emerytalny) do IKE (indywidualne konto emerytalne) niewiele różni się od koncepcji zapłaty standardowego podatku od przyszłej emerytury w ZUS. Zakładając oczywiście, że nasze przyszłe świadczenie w całości będzie objęte stawką pierwszego progu podatkowego.
Można się spierać, który model przyniesie wyższą roczną stopę zwrotu. Dla uproszczenia warto przyjąć, że będzie ona podobna i w obu przypadkach wyniesie w ujęciu nominalnym na przykład 5 proc.
Średnio w OFE Polacy mają zgromadzone po ok. 10 tys. zł. Przyjmijmy zatem, że w obu formułach (ZUS i IKE) zarobimy nominalnie 5 proc. rocznie przez kolejne 25 lat od naszego początkowego kapitału.
W rezultacie, przy wariancie z IKE, po 15-procentowej opłacie przekształceniowej (8,5 tys. dostajemy na start) dostajemy po 25 latach 28 800 zł. Od tej kwoty nie płacimy już podatku.
W ZUS natomiast otrzymamy ok. 33 900 zł, ale po potrąceniu podatku będzie to 27 800, czyli nawet o 1 tys. zł mniej. Czemu więc lepiej zostać w ZUS?
Jeśli będzie prowizja
Otóż, w prywatnej instytucji, która może zarządzać pieniędzmi gromadzonymi na IKE, należy się liczyć z prowizją od zarządzania naszymi środkami. Trudno sprecyzować jej procentową wartość, ale np. w Pracowniczych Planach Kapitałowych będzie ona wynosić 0,5-0,6 proc. rocznie od całości aktywów.
Z kolei dane Komisji Nadzoru Finansowego zamieszczone w cokwartalnych raportach o rynku OFE pokazują, że rocznie opłata za zarządzanie aktywami w OFE wynosi ok. 800 mln zł (ze 160 mld zł zgromadzonych aktywów), czyli także mniej więcej 0,5 proc. każdego roku.
Należy zatem spodziewać się podobnej opłaty w przypadku konta IKE, powstałego po przekształceniu OFE – ocenia Cinkciarz.pl. A to dosyć poważnie zmienia wyniki przedstawionych tu obliczeń.
Jeżeli okaże się, że nasze środki z OFE będą w IKE objęte opłatą za zarządzanie według stawki 0,5 proc. rocznie, wtedy po 25 latach wcale nie dostaniemy 28 800 zł, tylko o 11,7 proc. mniej – czyli 25 400 zł.
W przypadku dłuższego oszczędzania (na przykład 30 lat) prowizja może sięgać już prawie 14 proc. finalnie zgromadzonego przez nas kapitału.
W rezultacie, w większości przypadków zdecydowanie lepiej będzie zostawić te środki w ZUS, zakładając przyjętą teoretycznie opłatę za zarządzanie w IKE na poziomie 0,5 proc. rocznie.

OFE 2.0

Rząd PiS-u po dojściu do władzy zrealizował swoją obietnicę i przywrócił poprzedni wiek emerytalny.

 

To bardzo dobrze – samo podwyższenie wieku emerytalnego, a tym właściwie była „reforma’’ rządu Donalda Tuska, wynikała z konieczności ratowania budżetu pod neoliberalnym zarządzaniem. Wtedy też dotarło do wszystkich, że emerytury z OFE będą groszowe, a same fundusze przyczyniły się jedynie do wydrenowania dziury w ZUS-ie. Słusznie je więc zaorano, zamiast jednak konsekwentnie sięgnąć do głębokich kieszeni – sięgnięto do tych płytkich. Nic więc dziwnego, że taka „reforma’’, oznaczająca dla wielu ciężko pracujących ludzi to, że mogą swojej emerytury nie zobaczyć, wzbudziła powszechny opór. A potem wjechał Kaczyński. Uważam zresztą, choć nie mam na to twardych danych, że powrót do poprzedniego wieku emerytalnego przyczynił się do utrwalenia władzy PiS-u co najmniej tak samo jak szeroko reklamowane w publicystyce 500+.
PiS już jednak rządzi 3 lata. I poza zmniejszeniem wieku, w zakresie emerytur zrobiono niewiele. W tej chwili próbuje się to propagandowo przykryć wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych (w poniedziałek prezydent podpisał ostatecznie ustawę). Będzie to przedstawiane jako ratunek dla podkopywanego przez demografię systemu emerytalnego, realnie jednak w programie nie chodzi wcale o seniorów, lecz o dobro elit finansowych.
Teoretycznie program PKK jest dobrowolny. Ale to pracownik będzie musiał się z niego wypisywać i to co 2 lata. W praktyce więc należeć będzie doń znakomita większość pracujących. Co miesiąc od 3,5 do 8 proc. naszej pensji (w zależności od naszej i pracodawcy deklaracji) będzie trafiać do prywatnych instytucji finansowych, które zgarną za to sutą prowizję. Swoje dorzuci państwo – także, co kuriozalne, tym najbogatszym; te dopłaty pochodzić będą z Funduszu Pracy (przeciwko temu zaborowi protestowały związki zawodowe). Po osiągnięciu wieku 60 lat, uzbierane pieniądze będą wypłacane przez 10 lat. I tak wszyscy staniemy się rentierami…
W ciągu 10 lat na rynki finansowe z tytułu PPK ma wpłynąć ok. 50 mld. zł. Powtórzę: z naszych kieszeni wprost do kolegów Morawieckiego z sektora finansowego. Ręczę, że po odejściu z rządu, nasz premier nie będzie miał problemów ze znalezieniem dobrze płatnej pracy.
Z podawanych w mediach optymistycznych obliczeń wynika, że jeśli mamy 30 lat i zarabiamy średnią krajową, otrzymamy z PPK ok 1 tys. zł. Problem w tym, że nie znamy realnej wartości tego tysiaka za 30 lat, zresztą ⅔ pracujących zarabia mniej. I bierzemy pod uwagę jedynie ten wariant, który zakłada zyski prywatnych funduszy inwestycyjnych. A z tym przecież różnie bywa. Jak pamiętamy, kryzys finansowy w 2008 roku pożarł połowę dziesięcioletnich zysków z OFE. I choć teraz – w zależności od wieku – nasze składki będą inwestowane w różny sposób (dla młodych – ryzykownie, dla starszych – mniej), to nadal przecież mamy do czynienia z kapitalistyczną ruletką.
Obietnica przyszłych pieniędzy z rynków finansowych petryfikuje także system emerytalny. Rządzący godzący się na coraz niższe świadczenia w obecnej logice systemu mają wymówkę – nie ma już potrzeby myśleć np. o emeryturze obywatelskiej, równym i godnym świadczeniu dla wszystkich. Przecież jakoś to będzie. Zmniejszy się też presja zwiększenia składek na ZUS za pomocą presji na wyższe wynagrodzenia. A emerytom pozostanie modlitwa. Do świętego Boga Rynku.

Kolejna dobra zmiana dla PiS

Powstaje coś w rodzaju OFE-bis. Na „dobrowolnych” Pracowniczych Planach Kapitałowych najlepiej wyjdą działacze i bliscy sympatycy obecnego obozu władzy – zwłaszcza ci, których firmy uzyskają sute kontrakty na zarządzanie PPK.

 

Od połowy 2019 r. pierwsze grupy pracowników będą mogły rozpocząć gromadzenie oszczędności w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Jest to program dodatkowego i dobrowolnego (nie do końca) oszczędzania, przeznaczony dla ok. 11,5 mln osób zatrudnionych.

 

Najwięcej zarobią zarządzający

Jak przewiduje projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych, przyjęty już przez Radę Ministrów, środki zgromadzone w PPK będą stanowić prywatną własność uczestników.
Zostaną mu one wypłacone, ale bynajmniej nie od razu, po osiągnięciu przez niego 60 roku życia (ten sam wiek dla kobiet i mężczyzn, zgodnie z zasadami równego traktowania w dodatkowych systemach zabezpieczenia emerytalnego pracowników).
Do uruchomienia całego systemu posłużą dwa typy umów: umowa o zarządzanie PPK (stronami będą podmiot zatrudniający pracownika i firma zarządzająca PPK), oraz umowa o prowadzenie PPK (zawarta między pracownikiem i firmą zarządzającą).
Jak widać, do złudzenia przypomina to mechanizm prawny otwartych funduszy emerytalnych. Tam również zawierało się umowy z firmami zarządzającymi OFE. Były to powszechne towarzystwa emerytalne, prywatne przedsiębiorstwa, które zarabiały grube kokosy na tym zarządzaniu. PTE bez wątpienia są największymi wygranymi naszej nieszczęsnej reformy emerytalnej z 1999 r.
Teraz również tak będzie – i z pewnością najlepiej na Pracowniczych Planach Kapitałowych wyjdą prywatne firmy, które będą nimi zarządzać.

 

W objęciach nomenklatury partii

Dziś jednak w Polsce nomenklatura partyjna obejmuje znacznie szerszy zakres stanowisk, niż na przełomie XX i XXI wieku – albowiem Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło taki system obsadzania funkcji publicznych, jaki istniał za czasów Władysława Gomułki.
Intratne kontrakty na zarządzanie PPK uzyskają więc zapewne wyłącznie firmy należące do krewnych i znajomych królika – czyli do działaczy i bliskich sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Tym samym więc, wprowadzenie PPK w największym stopniu posłuży PiS-owi – i można się spodziewać, że firmy, wdzięczne za uzyskanie kontraktów na zarządzanie PPK, będą chętnie uczestniczyć w finansowaniu rozmaitych pomysłów obecnej ekipy.
Projekt ustawy o PPK świadomie zresztą nawiązuje do systemu OFE i stanowi, że firmami zarządzającymi PPK mogą być właśnie powszechne towarzystwa emerytalne, a także towarzystwa ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne czy pracownicze towarzystwa emerytalne.

 

Dobrowolność a’la PiS

„Powszechność systemu PPK nakłada na pracodawców obowiązek zawierania z instytucją finansową umowy o zarządzanie PPK, jeżeli zatrudniają co najmniej jedną osobę (w imieniu tej osoby pracodawca będzie musiał zawrzeć umowę z instytucją finansową o prowadzenie PPK). Pracodawcy będą tworzyć PPK dla wszystkich osób zatrudnionych (na etacie i na umowie-zleceniu). Obowiązek zawierania umów o zarządzanie PPK będzie wprowadzany stopniowo od 1 lipca 2019 r.” – stwierdza Rada Ministrów. Użycie słów „obowiązek” oraz „będzie musiał” niekoniecznie pasuje do dobrowolności całego systemu, deklarowanej przez rząd, no ale to jest taka szczególna dobrowolność a’la PiS.
Bardziej dobrowolne mają być PPK dla pracowników – ale też nie całkiem, bo najpierw wszyscy zostaną z urzędu zapisani do PPK, a dopiero potem, jeśli zechcą, będą się mogli z nich wypisać, co jednak wcale nie będzie takie proste.

 

Każdy będzie musiał płacić

Do wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych zostaną najpierw zmuszone firmy większe, zatrudniające co najmniej 250 osób. Od 1 stycznia 2021 r. tym obowiązkiem mają być już objęte wszystkie przedsiębiorstwa i instytucje w Polsce. Żeby się nie migały od wpłat na PPK, za niewywiązanie się z obowiązku dokonywania wpłat będzie wymierzana grzywna w wysokości do 1 mln zł. Będzie to kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy. W pierwotnym projekcie były także kary dla pracodawców za zniechęcanie pracowników do uczestniczenia w PPK, ale uznano, że byłaby to „dobrowolność” już zbyt grubymi nićmi szyta.
Każdy zatrudniony zostanie zapisany do programu automatycznie, ale będzie mógł się z niego wycofać – i na tym właśnie ma polegać owa dobrowolność oszczędzania w PPK. Oznacza to, że uczestnik PPK będzie mógł zrezygnować z dokonywania wpłat do PPK na podstawie swojej pisemnej deklaracji złożonej pracodawcy. „Założono jednak możliwość ponownego powrotu do programu” – enigmatycznie stwierdza rząd.

 

Raz na cztery lata

Ta „możliwość ponownego powrotu do programu” polega to na tym, że co cztery lata pracodawca będzie znowu wpłacał część pensji swych pracowników do PPK. Potem zaś poinformuje swojego zatrudnionego – uczestnika PPK, który złożył deklarację o rezygnacji z dokonywania wpłat do PPK – o tym, że część jego pensji ponownie trafia do PPK.
Oznacza to, że jeśli uczestnik Pracowniczych Planów Kapitałowych będzie chciał zrezygnować z przeznaczania części swych zarobków na PPK, to co 4 lata będzie musiał składać stosowną deklarację. Rząd liczy, że za którymś razem zapomni, albo nie będzie mu się chciało i machnie ręką.
Jednocześnie, uczestnik PPK, który zrezygnował z udziału w programie, w każdym momencie będzie mógł ponownie do niego przystąpić. Tu już nie będzie trzeba czekać na „okienko” przypadające raz na cztery lata.

 

Pracownik zapłaci więcej

Wpłaty do PPK będą jak wiadomo dokonywane zarówno przez podmiot zatrudniający (przedsiębiorstwo) , jak i uczestnika programu, czyli pracownika. Z tym, że pracownik zapłaci więcej niż firma – no bo skoro PPK mają być dla niego dobrodziejstwem, to powinien to należycie doceniać.
Tak więc wpłata do PPK wyniesie 2 proc. wynagrodzenia (a dokładniej, podstawy składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe ) uczestnika programu oraz 1,5 proc. jego podstawy składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe ze strony podmiotu zatrudniającego.
Uczestnik PPK, którego miesięczne wynagrodzenie będzie równe lub niższe niż 120 proc. minimalnego wynagrodzenia w danym roku w Polsce, będzie mógł wpłacać mniej niż 2 proc., ale nie mniej niż 0,5 proc. To propozycja dla osób najmniej zarabiających.
Zarówno podmiot zatrudniający, jak i pracownik, będzie mógł dokonywać wyższych wpłat, w sumie do 4 proc. W efekcie, na konto pracownika w PPK będzie mogła wpływać łączna wpłata od 3,5 do nawet 8 proc. wynagrodzenia.
Zachętą do rozpoczęcia i kontynuowania oszczędzania ma być jednorazowa „wpłata powitalna” w wysokości 250 zł dla każdego uczestnika PPK, finansowana z Funduszu Pracy.
Zachętą będą także obietnice corocznych dopłat do rachunku uczestnika, mogących wynieść do 240 zł (ale wypłacanych po spełnieniu rozlicznych warunków określonych w ustawie).

 

Wszystko może przepaść

Jest jeszcze jedno podobieństwo między systemem OFE oraz PPK. Otóż, zarówno pieniądze pracownika gromadzone w OFE jak i w PPK mogą w majestacie prawa stopnieć do zera. Nie ma bowiem żadnej ustawowej gwarancji, zapewniającej, że pracownik otrzyma z PPK przynajmniej tyle samo, ile tam zostało wpłacone.
Ustawa reguluje jedynie to, że firma zarządzająca PPK będzie musiała zadbać, aby zarządzane przez nią środki były lokowane w funduszach stosujących odmienne zasady polityki inwestycyjnej, czyli nie tylko tych ryzykownych, ale i bardziej bezpiecznych. Co oczywiście, jak przekonaliśmy się w praktyce na przykładzie OFE, nie oznacza żadnego bezpieczeństwa finansowego dla pracownika. Tym bardziej, że fundusze inwestycyjne, w których będą gromadzone środki PPK mogą inwestować do 30 proc. w różne aktywa zagraniczne.
Wynagrodzenie za zarządzanie PPK będzie wynosić 0,5 proc. wartości aktywów netto w skali roku, niezależnie od rezultatów tego zarządzania. Ponadto, dodatkowo tylko 0,1 proc. może stanowić opłata za osiągnięcie dobrego wyniku inwestycyjnego. Czyli, podobnie jak w przypadku powszechnych towarzystw emerytalnych zarządzających OFE, również i firmy zarządzające PPK będą brać potężną dolę, niezależnie od tego, co zrobią z pieniędzmi uczestnika i ile ich zmarnują w nietrafionych inwestycjach.
Być może pracownicy-potencjalni uczestnicy PPK, liczą na to, że gdy dożyją sześćdziesiątki, dostaną to wszystko, co zostało z ich pieniędzy, wpłacanych przez lata do PPK? Otóż, nic z tych rzeczy!.
Jeśli uczestnik PPK, po osiągnięciu 60 roku życia zdecyduje o wypłacie zgromadzonych środków, to 25 proc. zostanie mu wypłaconych jednorazowo, a pozostałe 75 proc. w co najmniej 120 miesięcznych ratach (czyli przez 10 lat). Musi zatem dociągnąć co najmniej do siedemdziesiątki, żeby odzyskać wszystko. Tak więc, wszystkim wypada życzyć szczęśliwego i długiego oszczędzania – oraz życia.
To wszystko czeka nas już niedługo. Ustawa o PPK ma bowiem wejść w życie 1 stycznia 2019 r. Finanse państwa są napięte, więc rząd potrzebuje, by jak najszybciej zostało rzucone jakieś koło ratunkowe, mogące odciążyć Zakład Ubezpieczeń Społecznych.