Niewolnictwo kwitnie

Z najnowszego raportu Biura Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) w Wiedniu wynika, że ofiary uprowadzeń i handlu ludźmi zwykle są wykorzystywane seksualnie. Najczęściej „ludzkim towarem” zostają kobiety.

Jest pewien postęp: w 2016 tylko 26 w krajach funkcjonowały instytucje zbierające dane o uprowadzeniach bądź handlu żywym towarem. W 2018 było to już 65 krajów, jednak problem nadal występuje głównie na Bliskim Wschodzie, w Afryce Subsaharyjskiej oraz w Azji. Tam kwitnie handel ludźmi w obrębie jednego państwa bądź pomiędzy regionami. Natomiast w bogatszych krajach np. USA czy w Europie południowej, pole do popisu mają handlarze „długodystansowi”, którzy przewożą swoje ofiary nawet przez pół globu.

Najczęściej ofiarami handlu ludźmi według twórców raportu padają kobiety – dwa główne motywy uprowadzeń bądź transakcji żywym towarem to niewolnictwo seksualne (65 proc.) oraz przymusowa praca (34 proc). Ten proceder najczęstszy jest w Afryce Subsaharyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, gdzie na terenach objętych konfliktami często kobiety lub dziewczynki z wielodzietnych rodzin są sprzedawane handlarzom, co zapewnia na jakiś czas byt reszcie rodziny.

Dochodzi również do porwań i handlu mężczyznami – ci najczęściej trafiają do niewolniczej pracy (82 proc.), nierzadko zostają również „dawcami” narządów. Problemem są również uprowadzenia dzieci – te najczęściej (poza porwaniami dla okupu) wykorzystywane są do żebrania.

Pewną pociechę stanowi fakt, że wykrywalność tego rodzaju przestępstw systematycznie rośnie: z porównania danych 45 krajów, które od 2007 r. systematycznie je publikują, wynika, że od 2011 r. liczba wykrytych przypadków wzrosła o 39 proc.

– Wspólnota międzynarodowa musi intensywniej zająć się zwalczaniem handlu ludźmi w regionach objętych konfliktami oraz we wszystkich społeczeństwach. W tym celu trzeba stworzyć dodatkowe możliwości i doprowadzić do współpracy. Niemalże każdy z krajów dysponuje ustawodawstwem, w myśl którego handel ludźmi jest przestępstwem, ale w niektórych regionach sprawcy pozostają wciąż bezkarni – stwierdził – dyrektor UNODC Jurij Fiedotow. Wskazał również na palącą potrzebę edukacji dzieci, zwłaszcza dziewczynek, w celu skutecznej obrony przed handlarzami żywym towarem.

Ukraina się cieszy, Rosja ignoruje

Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję w której m. in. wzywa się Rosję do zaprzestania „politycznie umotywowanego prześladowania obywateli Ukrainy” oraz zwolnienia Ukraińców przebywających w rosyjskich więzieniach.

 

Nad rezolucją głosowano na wniosek Ukrainy, która od 2016 r. co roku o tej porze występuje z tego rodzaju inicjatywą. Rezolucja została przyjęta mimo tego, że głosowało za nią zaledwie 67 państw, w tym USA, kraje Unii Europejskiej, Japonia i Turcja. Znakomita większość delegacji w liczbie 70 wstrzymała się od głosu. Przeciwko oprócz Rosji zagłosowało jeszcze 26 krajów. Obok dawnych republik radzieckich takich, jak Armenia, Białoruś, Kazachstan, Kirgizja, Tadżykistan i Uzbekistan do tego grona dołączyły także Chiny, Indie, Iran, Serbia, Syria, Korea Północna, Kuba,Wenezuela, Boliwia, Nikaragua, Kambodża, Mjanma, Republika Południowej Afryki, Burundi, Czad, Erytrea, Komory, Sudan, Uganda i Zimbabwe.

Przed posiedzeniem Zgromadzenia Ogólnego Ukraina starała się wykazać aktywnością dyplomatyczną. Na dwa dni przed debatą przedstawiciel Ukrainy Ihor Prokopczuk wygłosił obszerne przemówienie na forum Stałej Rady OBWE prezentując nie tylko stanowisko Kijowa, lecz także formułując liczne zarzuty i oskarżenia pod adresem Rosji. Z kolei stałe przedstawicielstwo Ukrainy w ONZ prowadziło lobbing na rzecz rezolucji wśród tak znaczących krajów, jak Barbados, Bhutan, Gujana, Mikronezja, Wyspy Marshalla, Wyspy Salomona, Tuvalu i Vanuatu. Państwom tym Ukraina złożyła publiczne podziękowanie za poparcie rezolucji. Oczywiście każdy głos się liczy, jednak w tegorocznym głosowaniu ukraińską rezolucję poparło o pięć krajów mniej niż w dwóch latach ubiegłych.

Władze w Kijowie z zadowoleniem przyjęły fakt uchwalenia rezolucji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych w swoim oświadczeniu stwierdza, iż jest to „kolejne potwierdzenie zdecydowanego poparcia ze strony społeczności międzynarodowej co do obowiązku przestrzegania praw człowieka na tymczasowo okupowanych terytoriach Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol.” Wypowiedział się również prezydent Petro Poroszenko mówiąc, że rezolucja ONZ stanowi dla Rosji wyraźny sygnał, iż „społeczność międzynarodowa nie będzie się godzić na naruszanie praw człowieka i militaryzację okupowanego półwyspu”.

Jak można było przewidzieć, krytyczne stanowisko wobec rezolucji zajęła Rosja. Zastępca stałego przedstawiciela w ONZ Giennadij Kuzmin nazwał ten dokument „wyraźnie antyrosyjskim, fałszywym, podstępnym i bezsensownym pod względem treści” dodając, że „Krymu nie da się z powrotem zagnać do ukraińskiej przeszłości”. Występując na forumwZgromadzenia Ogólnego rosyjski dyplomata nie omieszkał okazji, aby nie wygłosić krytycznych opinii wobec Ukrainy. Jak stwierdził, powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej i politycznej Ukraina „przestała być komfortowym środowiskiem nawet dla samych Ukraińców o czym świadczy gwałtownie malejąca liczba ludności”. Jednocześnie zaprosił wszystkich chętnych do odwiedzenia Krymu aby mogli się przekonać o tym, że zamieszkują tam „szczęśliwi ludzie”, którzy „dobrowolnie wybrali Rosję za swój dom” dodając, że na Krymie buduje się szpitale, meczety i sobory, jak również nowe systemy energetyczne.

W Moskwie podkreśla się, że rezolucja ONZ nie powoduje żadnych następstw prawnych ani politycznych. Jak się wyraził przewodniczący komitetu do spraw międzynarodowych Rady Federacji Konstantin Kosaczow, rezolucja ta nie wpłynie na sytuację na Krymie w większym stopniu niżby odnosiła się do Księżyca. Zwrócił też uwagę na to, że mniejsza niż w poprzednich latach liczba państw członkowskich ONZ opowiedziała się za rezolucję, co – jego zdaniem – świadczy o niepowodzeniu ukraińskiej „agitki” oraz wskazuje na „tendencję w kierunku bardziej trzeźwego stanowiska” społeczności międzynarodowej wobec sytuacji na Krymie.

Armia suwerenności czy nowego konfliktu?

Kosowo ma armię wbrew NATO, ONZ, UE i Serbii

 

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Parlament Republiki Kosowa w piątek, 14 bm., przyjął ustawy w sprawie sił bezpieczeństwa KSF (alb. Forca e Sigurisë së Kosovës FSK, Kosovo Security Force ), nadając dotychczas istniejącym lekko uzbrojonym oddziałom porządkowym atrybuty armii. Zostały one uchwalone bez udziału posłów popieranej przez Belgrad „Srpskiej Listy”, którzy zbojkotowali sesję, nie biorąc w niej udziału.

 

Armia legalna czy nie?

Uchwalając ustawy o zmianie uprawnień KSF, parlament zlekceważył obowiązujące przepisy konstytucyjne – twierdzą niektórzy kosowscy prawnicy – które wymagały uzyskania dwóch trzecich głosów ze 120, w tym dwóch trzecich od 20 parlamentarzystów pochodzących z mniejszości narodowych, nie-Albańczyków. Na podstawie tych przepisów Serbowie, mający 10 miejsc przeznaczonych dla mniejszości narodowych, dotychczas skutecznie blokowali takie inicjatywy ustawodawcze.

Parlamentarzyści z „Srpskiej Listy” zapowiedzieli zaskarżenie tych ustaw do Trybunału Konstytucyjnego Kosowa.

Kadri Veseli, przewodniczący kosowskiego parlamentu, zaraz po glosowaniach oświadczył, że „ Od tego momentu oficjalnie mamy armię Kosowa” . Obecny podczas sesji prezydent Kosowa Hashim Thaci wyraził zadowolenie i następnie w mundurze wziął udział w wojskowym capstrzyku. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli zachwyceni powołaniem regularnej armii twierdząc, że „teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy państwem, bo nie ma państwa bez armii” .

Innego zdania są Serbowie zamieszkujący Kosowo, którzy obawiają się, że głównym celem tego ruchu jest przeprowadzenie czystki etnicznej w zdominowanej przez nich północnej części kraju. W ramach protestu w Mitrowicy i okolicznych miejscowościach masowo wywieszono serbskie flagi. Z kolei Prisztina i inne kosowskie miasta zostały udekorowane amerykańskimi flagami na znak wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, popierających nie tylko niepodległość Kosowa, ale również utworzenie przez nie armii.

Serbski prezydent Aleksandar Vućić powiedział na konferencji prasowej w piątek wieczorem, że Armia Kosowa jest nielegalna. Według niego takie posunięcie zagraża pokojowi i bezpieczeństwu. Dodał również, że „dziś stało się jasne, że USA, Wielka Brytania i Niemcy, jeśli chodzi o armię Kosowa, stoją za kosowskimi Albańczykami. Nie jesteśmy tym zaskoczeni” .

 

Możliwa destabilizacja Bałkanów?

W telewizyjnym przemówieniu do Serbów, Vućić stwierdził, że powołanie armii jest sprzeczne zarówno z prawem międzynarodowym (rezolucją 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która nie dopuszcza istnienia armii w tym kraju) jak i konstytucją Kosowa”. W związku z tym Serbia żąda natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Vućić ogłosił, że Belgrad nie będzie brał udziału w dialogu z Prisztiną, dopóki nie wycofa się ona z wszystkich swoich wcześniejszych decyzji, w tym o nałożeniu 100 procentowych ceł na towary z Serbii.
Międzynarodowi obserwatorzy podkreślają, że dialog pomiędzy Prisztiną a Belgradem – zapoczątkowany w 2011 roku – ustał, gdy we wrześniu około stu członków sił specjalnych ROSU (Regionalna Jednostka Wsparcia Operacyjnego, odpowiednik amerykańskiego SWAT) zajęło serbską elektrownię wodną w Gazivodzie. Potem Serbia lobbowała skutecznie przeciwko członkostwu Kosowa w Interpolu, na co Kosowo odpowiedziało retorsyjnym obłożeniem serbskich i bośniackich towarów 100 procentowym cłem.

Wszystko to dzieje się w dziewięć dni po oświadczeniu premier Serbii Any Brnabić, która ostrzegła, że powołanie armii w Kosowie może spowodować „interwencję militarną Belgradu”. Później stanowisko to nieco złagodzono, wyjaśniając, że Serbia stanowczo sprzeciwia się temu posunięciu, ale jednocześnie ostrzega, że może to zdestabilizować sytuację na Bałkanach. Jest to odczytywane i rozumiane jednoznacznie jako przeszkoda w normalizacji serbsko-kosowskich relacji. Zapewnienia ze strony przedstawicieli rządu Kosowa, że armia ta ma być jedynie siłami pokojowymi, które nigdy nie zostaną skierowane przeciwko jakiemukolwiek narodowi na niewiele się zdają. Zwłaszcza, że wypowiada je premier Kosowa, Ramush Haradinaj, przeciwko któremu w Serbii wydano nakaz aresztowania pod zarzutem popełnienia zbrodni wojennych. Wobec tych faktów prezydent Vućić zapowiedział, że będzie kontrolował serbskie wojska stacjonujące wzdłuż granicy z Kosowem w ciągu najbliższych trzech dni.

Analitycy z Bałkanów twierdzą, że jakiekolwiek działania armii Serbii liczącej 28 000 żołnierzy przeciwko Kosowu są wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę aspiracje Belgradu do członkostwa w UE. Kosowo utworzy ministerstwo obrony, a przyszła armia ma składać się z 5 000 zawodowych żołnierzy i 3000 rezerwistów. Przedstawiciele rządu w Prisztinie zapewniają, że proces tworzenia armii potrwa co najmniej 10 lat. Dowodzona przez NATO międzynarodowa, wojskowa misja pokojowa KFOR – odpowiedzialna za utrzymanie bezpieczeństwa i spokoju – w Kosowie liczy około 4000 żołnierzy.

 

Kto za, kto przeciw?

Proces przekształcenia sił bezpieczeństwa w Kosowie w regularną armię był i jest wspierany przez USA. Ambasador Philip S. Kosnett w Prisztinie powiedział, że naturalnym rozwiązaniem dla Kosowa, jako suwerennego, niezależnego państwa jest posiadanie zdolności do obrony. „Pamiętajmy, że bezpieczeństwo kraju zależy od jakości jego relacji z NATO – i pokojowych, obopólnie korzystnych stosunków z sąsiadami – tak samo jak od siły i profesjonalizmu sił zbrojnych” – napisał w piątek na Twitterze.

Włoska agencja prasowa ANSA, powołując się na własne źródła, podaje, że decyzja parlamentu kosowskiego została poparta przez Stany Zjednoczone, Wielka Brytanię i Niemcy. Jednak fakt ten może opóźnić akcesję zarówno Kosowa jak i Serbii do UE.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało Misję ONZ w Kosowie do podjęcia prób demilitaryzacji i likwidacji wszelkich formacji zbrojnych. Utworzenie w Prisztinie pełnoprawnej armii stanowi rażące naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ten krok ma na celu poważne zaostrzenie sytuacji na Bałkanach – informuje rosyjska agencja TASS.

Sekretarz Generalny NATO, Jens Stoltenberg wyraził ubolewanie z powodu powołania armii przez władze Kosowa. „Choć przemiana sił bezpieczeństwa w Kosowie jest z zasady kwestią, o której decyduje Kosowo, jasno stwierdziliśmy, że posunięcie to nastąpiło w niewłaściwym momencie” – napisał sekretarz NATO w pisemnym oświadczeniu. Wezwał wszystkie strony do zadbania o to, aby decyzja parlamentu kosowskiego „nie zwiększała napięć w regionie”. Stoltenberg podkreślił, że Rada Północnoatlantycka w ramach swojego międzynarodowego mandatu będzie musiała ponownie zbadać stopień zaangażowania paktu w KSF. Zapewnił przy tym, że KFOR dalej będzie gwarantował bezpieczeństwo Kosowa, a stanowisko władz amerykańskich „poważnie zastanawia” .
Unia Europejska ostrzegła również Kosowo, by wywiązywało się ze swoich zobowiązań wynikających z pierwszego porozumienia zawartego w Brukseli w kwietniu 2013 r. dotyczących uzgodnień w zakresie bezpieczeństwa. Podobnie jak NATO, Unia Europejska nadal podziela pogląd, że „mandat KSF powinien zostać zmieniony jedynie poprzez wspólny i stopniowy proces ustaleń zgodnych z konstytucją Kosowa” – czytamy w piątkowym w oświadczeniu UE.

Specjalny przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ i szef UNMIK (Misja Tymczasowej Administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kosowie ), Zahir Tanin odniósł się w piątek do rezolucji 1244 RB ONZ, która powierzyła społeczności międzynarodowej za pośrednictwem pokojowych sił KFOR odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Kosowie. Powiedział on, że ONZ „zachęca wszystkie strony do powstrzymania się od działań, które mogłyby zaostrzyć napięcia a wszystkie problemy należy rozwiązywać poprzez dialog polityczny”.

Sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wyraził również zaniepokojenie powołaniem armii przez władze najmłodszej republiki w Europie.

I tak oto w 20 lat po powstaniu kosowskich Albańczyków przeciwko Serbom i dekadzie od uzyskania niepodległości, inicjatywa Kosowa, została uznana za „historyczne wydarzenie”, które albo wzmocni suwerenność tego młodego, malutkiego kraju, albo rozsadzi wciąż bardzo gorący bałkański kocioł.

Rozejm w Jemenie?

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres ogłosił podpisanie w Szwecji rozejmu między broniącym się Jemenem a koalicją pod wodzą Arabii Saudyjskiej.

 

Nie chodzi jeszcze o trwałe zakończenie wojny, ale pod koniec stycznia przyszłego roku obie strony mają znowu się spotkać, by rozpocząć rozmowy na temat jakiegoś rozwiązania politycznego. Póki co, ONZ ma nadzieję, że rozejm poprawi byt 20 milionów Jemeńczyków zagrożonych śmiercią głodową.

W Nowym Jorku zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ, by wysłuchać sprawozdania z rokowań w Rimbo pod Sztokholmem, a w przyszłym tygodniu ma przyjąć rezolucję zatwierdzającą podpisany rozejm. Zawieszenie broni ma wejść w życie „w najbliższych dniach” w Hudajdzie, obleganym przez saudyjską koalicję porcie nad Morzem Czerwonym, żywotnym dla Jemenu, najbiedniejszego kraju arabskiego, gdzie trwa „najgorszy kryzys humanitarny na świecie”.

Siły zbrojne obrońców miasta, jak i oddziały najemników saudyjskich mają wycofać się, by ONZ mogła przejąć port, przez który ma zacząć docierać pomoc humanitarna dla umęczonych mieszkańców kraju. W gruncie rzeczy efektywna realizacja porozumienia pozostaje hipotetyczna. Guterres przyznał, że „wiele kwestii pozostaje bez odpowiedzi” – Saudowie nie zgodzili się na plan wspomożenia gospodarce Jemenu, ani na otwarcie zamkniętego od ponad trzech lat lotniska w stolicy kraju Sanie.

Obrazy dewastacji kraju w skutek saudyjskich nalotów bombowych i rozmiar kryzysu humanitarnego przekonały część wielkich mocarstw do przyśpieszenia uregulowania konfliktu, jednak administracja Donalda Trumpa, która pomaga Saudom w niszczeniu kraju, wysyła dość sprzeczne sygnały. Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo przyjął podpisanie porozumienia „z zadowoleniem”, ale prezydent Trump ma zamiar zawetować wczorajszą rezolucję Senatu zabraniającą pomocy amerykańskiej dla Arabii Saudyjskiej na wojnie w Jemenie.

Nie będzie paktu?

Dokument poświęcony prawom i bezpieczeństwu uchodźców i migrantów miał zostać podpisany podczas konferencji ONZ w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia. Jednak coraz więcej państw wycofuje się ze złożonych deklaracji. Ostatnio taką decyzję podjęła Bułgaria.

 

Bułgarskie władze przestraszyły się gniewu opozycji i w ubiegły piątek ogłosiły, że jednak wycofują się z układu. Miał na to wpływ atak, jaki przypuściła na rządzących opozycja – liderka opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej Kornelia Ninowa stwierdziła, że podpisanie paktu nie było konsultowane ani na posiedzeniach rządu ani na sejmowych komisjach i że „pakt ten stymuluje migrację”, z tą tylko różnicą, że „próbuje przekształcić migrację nielegalną w legalną”. Szefowa MSZ Ekatarina Zachariewa broniła się, że pakt nie jest konwencją wymagającą ratyfikacji, ale ostatecznie rząd „zmiękł”.

Co z kolei wywołało ostrą reakcję Jean-Claude’a Junckera, który wczoraj na forum ekonomicznym w Berlinie oświadczył: – Jeśli jeden, dwa, lub trzy kraje odstąpią od paktu migracyjnego ONZ, to my, jako Unia Europejska, nie będziemy w stanie bronić naszych interesów.
Szef KE ma prawo być rozżalony. Bułgaria nie jest pierwszym krajem, który wycofał się z podpisania dokumentu – wcześniej zrobiły to już USA, Australia, Austria i Węgry, wahają się również Polska i Czechy.

Punktem wyjścia do podjęcia międzynarodowych rozmów na temat paktu była tzw. Deklaracja Nowojorska z września 2016 roku. Wówczas przyjęły ją 193 państwa należące do ONZ. Węgrom i Austrii nie podobały się zapisy, które Węgry i Austria stwierdziły, że podpisanie paktu uderzy w ich suwerenność. Chorwacja, Czechy, Słowacja i Polska obawiają się odgórnie narzuconych kwot bądź wpłat, waha się również Szwajcaria, która usiłuje odwlec sprawę i zapowiada, że może podpisać pakt w dowolnym momencie.

Koniec udawanej odwilży

Gdy niemal cztery lata temu zaczęła się odwilż w relacjach między Waszyngtonem a Hawaną, zainicjowana przez dwa równoległe oświadczenia prezydentów obu krajów – Baracka Obamy i Raúla Castro – wydawać się mogło, że doprowadzi ona do jakichś konkretnych rezultatów. Okazało się jednak inaczej.

 

W praktyce, poza wykreśleniem Kuby z listy państw wspierających terroryzm, przywróceniem relacji dyplomatycznych na szczeblu ambasad, wizytą Obamy na Kubie w marcu 2016 r. określoną mianem “historycznej” i ułatwieniami w zakresie podróży, niewiele się zmieniło. Kuba uwolniła 53 więźniów uznawanych przez Waszyngton za ofiary politycznych represji, co było warunkiem postępu odwilży w dwustronnych stosunkach, Amerykanie wykonali kilka gestów, jak koncert Orkiestry Symfonicznej z Minnesoty w Hawanie, jednak sankcje ekonomiczne, określane przez stronę kubańską mianem blokady jak były, tak pozostały. Mimo tego, że Obama zapowiadał ich zniesienie dwukrotnie w Orędziach o Stanie Państwa – w 2015 i 2016 roku.

Podobnie jak kwestia likwidacji obozu w Guantanamo, sankcje okazały się kolejnym punktem na liście niezrealizowanych obietnic poprzednika Donalda Trumpa. Ich zniesienie wymagałoby bowiem zgody Kongresu. Ten ostatni zaś 16 czerwca ogłosił układy zawierane przez Obamę ze stroną kubańską za niebyłe. W rezultacie 9 listopada 2017 r. rozporządzenia wydane przez amerykańskie departamenty handlu, skarbu i stanu nie tylko przywróciły stan sankcji sprzed odwilży, ale też dodały nowe. Od tego czasu na liście osób i przedsiębiorstw objętych sankcjami znalazły się niemal 180 kolejne, przestały też działać ułatwienia w zakresie podróży. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu na listę objętych sankcjami kubańskich podmiotów dopisano ponad dwa tuziny nowych.

 

Zadeklarowana przez Obamę odwilż okazała się być tylko na niby.

Powodem odejścia od deklarowanej przez poprzednią administrację amerykańską polityki wobec Kuby mają być związki łączące ten kraj z Wenezuelą – polityczne wsparcie, jakiego Hawana udziela Caracas i wenezuelska pomoc dla Kuby. Pomoc, bez której w obliczu amerykańskich sankcji gospodarka izolowanego kraju by się załamała. Rzeczywistym powodem – trzeba to przyznać – jest generalna zmiana doktryny polityki Waszyngtonu wobec krajów Ameryki Łacińskiej. W okresie prezydentury Trumpa przyjęto wprost, że USA mają w tym regionie być wyłącznym hegemonem. Dodajmy też, że obamowa odwilż i chęć prowadzenia polityki regionalnej za pomocą subtelniejszych instrumentów nigdy nie miała w amerykańskim establishmencie szerokiego poparcia. W swojej istocie była tylko kompromisem pomiędzy deklarowanymi „nowymi otwarciami” a imperialistyczną realpolitik prowadzoną z pozycji siły, która w zasadzie pozostawała bez zmian.

Dosłownie kilka godzin przed ogłoszeniem nowych sankcji Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w czwartek 1 listopada ogromną większością głosów przyjęło rezolucję potępiającą amerykańskie sankcje wobec Kuby. Za jej odrzuceniem głosowały tylko USA i Izrael, od głosu wstrzymały się Mołdawia i Ukraina. Kwestia sankcji nałożonych przez USA na Kubę w 1960 r. już od dawna wywołuje zastrzeżenia nawet najbliższych sojuszników USA. O ile w roku 1992 rezolucja potępiająca sankcje została przyjęta przy trzech głosach przeciw i 71 wstrzymujących się, od tego czasu z roku na rok liczba państw nie chcących zajmować stanowiska w tej sprawie zmniejszała się, aby w ubiegłym roku osiągnąć nawet poziom 0. Liczba głosów sprzeciwu nigdy natomiast nie przekroczyła czterech. Przyjmowane regularnie od 27 lat rezolucje są jednak tylko gestem, bo nie ma mechanizmu pozwalającego wymusić na Stanach Zjednoczonych zastosowanie się do nich.
Stanowisko wspólnoty międzynarodowej nie zraża Waszyngtonu, który „wie lepiej” i ma własną koncepcję, do czego służą sankcje. Jak stwierdziła amerykańska ambasador przy ONZ Nikki Haley, wspólnota międzynarodowa głosując przeciwko sankcjom uderza nie w amerykańską politykę (tu akurat miała rację, biorąc pod uwagę bezsilność ONZ), ale przeciwko Kubańczykom i prawom człowieka, których Waszyngton mieni się nie tylko obrońcą, ale i promotorem. Bardziej konkretny i mniej owijający w bawełnę był prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który informując o nowych sankcjach oznajmił, iż USA nie będą dłużej przyzwalać na działania dyktatorów. Chodziło mu o prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prezydenta Nikaragui Daniela Ortegę i kubańskiego przywódcę Raúla Castro, których wyśmiewał, porównując do bohaterów starego serialu komediowego “The Three Stooges” (z grubsza: “Trzech cymbałów”). Najwyraźniej mu przy tym umknęło, że 87-letni Raúl Castro, choć zachował funkcję pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Kuby, od kwietnia nie jest już prezydentem. Na Kubie dokonuje się wymiana pokoleniowa przywództwa, czego sygnałem był wybór na prezydenta Miguela Díaz-Canela.

 

Amerykańska wykładnia mówiąca, że sankcje mają na celu „wyzwolenie Kubańczyków spod rządów opresyjnego reżimu” przekłada się na bardzo konkretne szkody,

jakie od czasu wprowadzenia blokady ponosi nie tyle państwo kubańskie, co kubańskie społeczeństwo. Zgodnie z oceną kubańskich władz zakumulowane szkody poniesione przez Kubę i jej mieszkańców, po uwzględnienie spadku wartości dolara, sięgają kwoty 933 678 mln dolarów. Tylko w okresie od kwietnia 2017 r. do marca 2018 r. Szkody wyrządzone przez sankcje można szacować na 4 321 mln dolarów. Nie można jednak sankcji sprowadzać tylko do suchego wymiaru finansowego. Ten bowiem przekłada się nie tylko na sytuację gospodarki kubańskiej – eksportu, importu, energetyki, transportu itd. – ale też i bezpośrednio na bezpieczeństwo żywnościowe Kuby. Nadto ma konsekwencje dla służby zdrowia, systemu oświaty, a nawet działalności kubańskiej służby zagranicznej, co w praktyce ogranicza suwerenność państwa kubańskiego jako podmiotu prawa międzynarodowego.
Kuba zwraca uwagę, że amerykańska blokada nie polega tylko na wygaszeniu handlu i transferów finansowych między nią samą a USA, ale przez władze amerykańskie jest traktowana jako instrument działający na całym świecie. Do stosowania się do sankcji są przymuszane wszystkie podmioty, które prowadzą jakąkolwiek działalność w Ameryce. Biorąc pod uwagę wielkość amerykańskiej gospodarki i poziom umiędzynarodowienia kapitału, niewiele jest więc takich, które nie narażałyby się na restrykcje.

 

Ludzki wymiar tego kosztu okazuje się niepoliczalny.

„Walka o demokrację na Kubie” w praktyce oznacza brak dostępności lekarstw, sprzętu medycznego czy części niezbędnych do jego eksploatacji, lub też konieczność jego pozyskiwania przez strony trzecie, które decydują się omijać sankcje, ponosząc przy tym ryzyko arbitralnych finansowych kar nakładanych na nich (lub ich partnerów) przez władze USA. Sankcje dotykające system edukacyjny blokują system stypendialny i możliwości wymiany edukacyjnej i naukowej z zagranicą.
Jako jedne z nielicznych państw w zdominowanym przez kapitalizm świecie Kuba – zgodnie ze swoją konstytucją – zapewnia swoim obywatelom tak dostęp do służby zdrowia, jak i do oświaty. Utrzymanie ich na wysokim poziomie – co dotąd się udaje, bo kubański system opieki zdrowotnej mógłby być przedmiotem zazdrości Amerykanów (np. Kuba ma jeden z najniższych na świecie wskaźników śmiertelności noworodków – 4/1000) w takich warunkach wiąże się z ogromnym wysiłkiem. I tak trwa to już niemal 60 lat.

Wojna i środowisko

6 listopada został ogłoszony świętem przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2001 roku. Ma ono zwrócić uwagę na to, że przyroda zawsze pada ofiarą konfliktów i wojen, odbudowa zniszczonych zasobów często trwa jeszcze przez wiele lat po ustaniu działań wojennych.

 

Tak naprawdę rewolucja przemysłowa i I wojna światowa zapoczątkowała proces dewastacji środowiska na ogromną skalę podczas działań zbrojnych. Kolejną przyrodniczą katastrofą nowożytnych czasów okazały się bombardowania Hiroszimy i Nagasaki, kiedy ziemia została skażona radioaktywnymi izotopami. W morzach, min. w Morzu Barentsa i Karskim do dziś jeszcze zalegają nuklearne odpady. W Kongu wykarczowano połacie lasów pod obozowiska dla powojennych uchodźców.

Erik Solheim, dyrektor wykonawczy Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych, na konferencji prasowej w związku z dzisiejszym świętem wydał oświadczenie. Czytamy w nim:

„Prawie 1,5 miliarda ludzi na całym świecie – ponad 20 procent ludności na ziemi, żyje na terenach objętych konfliktami zbrojnymi: z ich powodu cierpi życie na całej planecie, zagrożone jest istnienie zbyt wielu gatunków, byśmy mogli patrzeć na to bezczynnie. Przez ostatnie dekady wojny w Kolumbii, Iraku czy Afganistanie doprowadziły do nieodwracalnych zniszczeń środowiska naturalnego. W samym Afganistanie na niektórych obszarach deforestacja sięgnęła 95 procent zasobów drzew”.

Sekretarz zwrócił uwagę na zatrucie powietrza poczynione w Iraku w 2017 przez Państwo Islamskie, przypomniał o dewastacji lasów w Kongu i Sudanie Południowym, a także o topniejącej populacji słoni w Afryce Centralnej, zniszczeniu infrastruktury rzecznej w Gazie oraz Jemenie, wykarczowaniu terenów zamieszkiwanych przez goryle górskie w Rwandzie.
W Programie Środowiskowym ONZ znalazły się rezolucje z 2016 i 2017 roku, w ramach których opracowano plany monitorowania zniszczeń i odtwarzania dziedzictwa przyrodniczego na terenach powojennych do 2030 roku. W celu ochrony zdewastowanego środowiska agenda podjęła współpracę z licznymi rządami i biznesowymi podmiotami.

Światło w Gazie

Wraz ze zbliżaniem się zimy do zamkniętej od ponad 10 lat Strefy Gazy wraca stopniowo elektryczność.

 

Do tej pory nie było jej wcale lub maksymalnie przez cztery godziny na dobę. Teraz mieszkańcy mogą cieszyć się elektrycznym światłem od dziewięciu do nawet jedenastu godzin. To wynik długich, oenzetowskich negocjacji: Izrael zgodził się w końcu na dostarczenie do miejscowej elektrowni paliwa opłaconego przez Katar.

To jedna z bardzo rzadkich dobrych wiadomości z palestyńskiej enklawy poddanej blokadzie lądowej, morskiej i powietrznej przez Izrael niezadowolony, że w 2006 r. demokratyczne wybory w Strefie wygrała partia Hamas, nieprzyjaźnie nastawiona do żydowskich okupantów Palestyny. W ciągu minionego dziesięciolecia Izrael trzykrotnie prowadził wojnę przeciw Strefie i rutynowo, wiele razy na rok ją bombarduje.

Dwa miliony palestyńskich mieszkańców odciętych od świata jest zdanych na jedyną pozostałą elektrownię, zazwyczaj pozbawioną paliwa. Dostawy katarskiej ropy rozpoczęte 25 października sprawiły wielką radość dzieciom, gdyż wznowiono produkcję dawno nie widzianych lodów, a w zasadzie wszystkim mieszkańcom. Teraz przedsiębiorstwa mogą pracować dłużej, a światło wróciło do domów i na ulice.

Stało się to możliwe dzięki negocjacjom przedstawicieli Strefy z Izraelem za pośrednictwem Egiptu i ONZ. W miniony piątek, w czasie cotygodniowych manifestacji pod granicą z Izraelem, pierwszy raz od ich początku, tj. od marca tego roku, izraelscy snajperzy nie strzelali do tłumu i nie było żadnych ofiar. Negocjacje trwają. Ich celem jest osiągnięcie dłuższego rozejmu. Mimo nacisków ONZ, Izrael nie jest jednak skłonny znieść blokady paraliżującej życie Gazy.

Elektrownia jest dziś w stanie dostarczać ok. 200 megawatów energii elektrycznej. Potrzeba ok. 500, by zapewnić prąd na stałe, ale to, co już jest, stanowi wielką ulgę dla infrastruktury Gazy. Gdy nadejdą zimowe chłody, światło zapewne znów nie będzie dystrybuowane dłużej niż kilka godzin, gdyż część energii pójdzie na ogrzewanie.

Polityka wojny

Wystąpienia Donalda Trumpa i Johna Boltona na forum ONZ nie pozostawiają wątpliwości: Stany Zjednoczone będą kontynuować politykę wojny i samoizolacji.

 

Sposób, w jaki Stany Zjednoczone zaprezentowały się światu na wtorkowej sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie był już dla nikogo zaskoczeniem. Zarówno prezydent Donald Trump, jak i jego doradca ds. międzynarodowych John Bolton, wykorzystali przypadek Iranu do podkreślenia, że kraje, które szukają geopolitycznej niezależności względem USA, zasługują przede wszystkim na obelgi i groźby.

Bolton oskarżył władze Iranu o to, że „kłamią, oszukują i zwodzą”. Grzmiał: – Skończyły się czasy bezkarności Teheranu i jego stronników. Ten morderczy reżim i jego sojusznicy odczują poważne konsekwencje, jeżeli nie zmienią postępowania. Chcę być dobrze zrozumiany: obserwujemy was i przyjdziemy po was! Bolton wydawał się sugerować, że źródłem całego potępienia dla Iranu jest polityka Teheranu niezgodna z interesem USA: – Jeżeli zagrozicie naszym sojusznikom, partnerom, albo obywatelom, to rozpęta się piekło.

John Bolton jest politykiem od lat znanym z tego, że opowiada się za podjęciem siłowych kroków wobec Teheranu, łącznie z interwencją wojskową. Po zerwaniu przez Trumpa porozumienia nuklearnego z Iranem, zarówno on, jak i prezydent wielokrotnie stosowali groźby wobec tego kraju. Ostatni raz Bolton dał do zrozumienia, że celem USA jest obalenie władz w Teheranie, podczas wizyty w Paryżu, gdzie przemawiał do członków irańskiej organizacji opozycyjnej.

Przed Boltonem na forum ONZ przemawiał sam Trump. On również nie zostawił suchej nitki na Iranie, który jego zdaniem sieje “śmierć, chaos i zniszczenie” w regionie Bliskiego Wschodu. – Nie szanuje granic swoich sąsiadów i suwerenności innych narodów – twierdził prezydent USA. Nawiązał do wojny toczącej się w Syrii, gdzie Iran jest jedną z sił: – Każde rozwiązanie, które ma służyć rozwiązaniu kryzysu humanitarnego w Syrii, musi uwzględniać istnienie zdeprawowanej dyktatury w Iranie.

Zwracając się do Zgromadzenia Ogólnego Trump jasno podkreślił, że USA zamierza kontynuować politykę izolacjonizmu, wyrażoną wcześniej decyzjami o wycofaniu się z Paryskiego Porozumienia Klimatycznego, z Rady Praw Człowieka ONZ, krytyką NATO i nieliczeniem się z partnerami europejskimi.

– Nigdy nie poświęcimy suwerenności Ameryki dla niewybranej przez nikogo i nieodpowiedzialnej globalnej biurokracji – ostrzegał Trump – W Ameryce rządzą Amerykanie. Odrzucamy ideologię globalizmu, a przyjmujemy doktrynę patriotyzmu.

Tymczasem Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Rosja i Chiny, które były sygnatariuszami umowy z Iranem zerwanej przez Trumpa zastawiają się, jak dalej robić interesy z Teheranem unikając sankcji USA. Zapowiedzieli stworzenie nowego mechanizmu płatniczego zakładającego powołanie spółki celowej. Odniósł się do tego John Bolton: – Nie zamierzamy dopuścić, by nasze sankcje były obchodzone przez Europę czy kogokolwiek innego. W listopadzie mają wejść w życie kolejne sankcje handlowe, który dotknie irańską branżę naftową i bank centralny.
Prezydent Iranu Hassan Rouhani również przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Do słów Trumpa odniósł się zarzucając mu “słabość intelektu”. Zarysował ramy polityki międzynarodowej Iranu w zupełnie innym tonie niż USA: – Żadnej wojny, żadnych sankcji, żądnych gróźb ani nękania. Tylko działania zgodne z prawem i wypełnianie zobowiązań.

Błogosławiona wojna

Donald Trump niczym papież powołał się na Boga i błogosławił narody przemawiając na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Niczym cesarz, wymienił kraje, które nie podobają się imperium amerykańskiemu, z Iranem w roli głównej. Z mównicy ziało wojną. Nie tą w Afganistanie, toczoną od 17 lat, którą Amerykanie przegrywają, ale nowymi, w których zwycięstwo i porażka nie będą się liczyć, a stawką będzie samo trwanie wojny.

 

Gdy Trump gromił Iran z mównicy, jego administracja ogłosiła, że wojsko USA zostanie w Syrii tak długo, aż wyjadą stamtąd Irańczycy, którzy pomagają temu krajowi walczyć z dżihadyzmem.

To znaczy, że Ameryka trzeci raz zdecydowała o celu syryjskiej wojny: najpierw było nim obalenie prezydenta al-Asada, potem walka z dżihadyzmem, a teraz „powstrzymywanie Iranu”, którego boi się Izrael.

Syria już od prawie ośmiu lat jest bożym igrzyskiem: dziś działa tam pięć armii, które nie przestają niebezpiecznie ocierać się o siebie. Trump właśnie wymyślił, że przyda się po Afganistanie kolejna wieczna wojna. W świetle prawa międzynarodowego, Irańczycy walczą w Syrii legalnie, a Amerykanie nielegalnie, ale to już też nie ma znaczenia. Ryzyko eskalacji zostanie podwyższone, kraj pozostanie beczką prochu, zmieniony w terytorium pośredniej wojny USA przeciw Iranowi.

Zmiana rządu w takim kraju jak Wenezuela została zapowiedziana przez Trumpa nie z mównicy, ale w czasie konferencji prasowej w ONZ, jakby to był jakiś drobiazg, o którym zapomniał przed wyjściem. „Słowo daję”, Maduro „mógłby być bardzo szybko obalony przez wojsko, jeśli żołnierze zdecydują się na to”. Z trybuny mówił jedynie o wenezuelskich uchodźcach, nałożył kolejne sankcje. „Każda sankcja rządu gringo poza tym, że jest nielegalna i bezużyteczna, to dla nas rewolucjonistów medal” – odpowiadał prezydent Maduro. Nazwał Amerykanów „śmierdzącymi tchórzami”.

Ale Wenezuela nie liczy się tak oczywiście, jak Iran. To już ostatnie państwo nieprzychylne USA w regionie, które trzyma się jeszcze na nogach. W porównaniu z sojusznikiem amerykańskim Arabią Saudyjską to kraj wolności obywatelskich, ale nie o to chodzi. Trzeba go złamać, by nie kwestionował hegemonii imperium i władzy jego lokalnych sojuszników. Prezydent Francji Macron krzyczał cienkim głosem z mównicy, że „prawo silniejszego” nie może decydować w kwestii irańskiej, ale nie był już gwiazdą jak na swym pierwszym Zgromadzeniu Ogólnym, większość mu raczej nie wierzyła.

Trump wygłosił przemówienie w ONZ, jakby to był jego mityng wyborczy. Zachwalał się jak sprzedawca ryb na targu przed nadchodzącymi, jesiennymi wyborami do Kongresu. Jest taka teoria, że przestanie napinać mięśnie po wyborach, że się uspokoi, a na razie to wszystko musi wyglądać tak komiksowo. Nie. Rząd amerykański podejmuje konkretne, długoterminowe działania na rzecz kolejnej wojny, perpetuum mobile polityki imperium.