Z rozmysłem strzelano do dzieci

Niezależna komisja śledcza utworzona przez ONZ do zbadania okoliczności rozpędzania przez Izrael demonstracji w ramach Wielkiego Marszu Powrotu nie ma wątpliwości: doszło do pogwałcenia międzynarodowego prawa humanitarnego, a winni powinni zostać osądzeni.

Komisja przesłuchała 325 osób, które były świadkami palestyńskich manifestacji lub w nich uczestniczyły, nierzadko same odnosząc rany. Doszła do wniosków, które dla większości państw świata byłyby druzgocące. Dla Izraela bynajmniej – „jedyna bliskowschodnia demokracja” odrzuciła już ustalenia zespołu działającego przy ONZ, a niektórzy politycy z Tel Awiwu oskarżyli międzynarodową organizację o wspieranie terrorystów.
Co tymczasem ustaliła komisja? W ciągu serii protestów 6106 demonstrantów odniosło rany wskutek użycia ostrej amunicji, zaś dalsze 3098 osób zostało ugodzonych gumowymi kulami lub kanistrami z gazem łzawiącym. Zginęło 183 mężczyzn, kobiet i dzieci – tych ostatnich dokładnie 35. – Mogło dojść do zbrodni wojennej – to jeden z wniosków komisji.
– Stwierdzamy, że z rozmysłem strzelano do dzieci, z rozmysłem strzelano do osób niepełnosprawnych, z rozmysłem strzelano do dziennikarzy – wyliczała wczoraj na konferencji prasowej w Genewie Sara Hossein, członkini komisji. Podczas protestów postrzelonych zostało 39 dziennikarzy, wyraźnie oznakowanych jako przedstawiciele mediów. Dwóch zmarło.
Członkowie komisji zaznaczyli, że część manifestantów rzucała w żołnierzy kamieniami i butelkami, były też przypadki użycia materiałów wybuchowych – jednak większość demonstrantów nie zachowywała się w ten sposób, a jedynie niosła flagi, śpiewała i grała palestyńskie pieśni, recytowała poezję. Komisja uznała, iż część winy za tragiczny przebieg wydarzeń ponosi Hamas, który instrumentalnie wykorzystuje desperację mieszkańców Strefy Gazy, pozostających w fatalnej sytuacji bytowej.
Przewodniczący zespołu Santiago Canto wzywał Izrael do przeprowadzenia śledztw w sprawie osób, które otwierały ogień do manifestantów i wypłacenia odszkodowań rannym oraz rodzinom zabitych. Tak się jednak z całą pewnością nie stanie. Rząd Netanjahu, który wcześniej nie dopuścił komisji do obejrzenia miejsc, gdzie miały miejsce demonstracje, w dalszym ciągu twierdzi, że jedynie się bronił.
– Raport oparty jest o sfałszowane dane, bez podjęcia próby sprawdzenia faktów. Wyłącznym celem raportu jest uderzenie w jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie i sparaliżowanie prawa Izraela do samoobrony przed śmiercionośną organizacją terrorystyczną – oznajmił kierujący izraelską dyplomacją Israel Katz.

Leopold musi odejść

Eksperci Organizacji Narodów Zjednoczonych nie mają wątpliwości. Belgia musi dokonał rachunku sumienia i przeprosić potomków ofiar kolonialnego ludobójstwa w Afryce. Zdaniem badaczy, klarowna deklaracja władz państwowych może wpłynąć na redukcję nastrojów rasistowskich i ksenofobicznych w tym kraju.

Zdaniem ekspertów ONZ Belgia musi jasno wyartykułować swoje winy. Jednak taka deklaracja to dopiero wstęp do głębokiej zmiany świadomości. – Przeprosiny za to co się stało to dopiero początek całego procesu. Narodowa debata na temat tego co działo się w czasie kolonializmu jest czymś z czym Belgia musi się skonfrontować – powiedział Ahmed Reid, jeden z czterech ekspertów ONZ-towskiej grupy, która przeprowadziła w ostatnich miesiącach badanie nad przyczynami postaw nienawistnych.

Członkowie delegacji ONZ rozmawiali z pracownikami agencji rządowych i organizacji pozarządowych, a także z przedstawicielami afrykańskich społeczności. Efektem ich pracy jest raport opisujący zjawisko rasizmu i niechęci wobec imigrantów, a także mówiący o problemach osób z afrykańskimi korzeniami na rynku pracy.

Eksperci wskazują, że większość obywateli państwa belgijskiego nadal nie zdaje sobie sprawy, że władcy, których pomniki stoją obecnie w centrum Brukseli zaliczają się do największych zbrodniarzy XX wieku. Najczarniejszą kartę zapisał król Leopold II, który uczynił z Konga (późniejszy Zair, obecnie DRK) swoją „prywatną posiadłość”, w ramach której dokonywano mordów miejscowej ludności na bezprecedensową skalę. Autochtonom obcinano dłonie, tak by nie mogli pracować, możono ich głodem i odmawiano dostępu do służby zdrowia. Szacuje się, że belgijskie panowanie na przełomie XIX i XX wieku kosztowało życie od 8-15 mln Kongijczyków.

„Szwedzki kpt. Force Publique zanotował w dzienniku, że w niecałe pięć miesięcy zabił ponad 500 osób. Inny, Belg nazwiskiem Permentier, kazał wyciąć krzaki w ogrodzie, żeby móc strzelać z okna do przechodzących drogą ludzi. Jeśli jego posiadłość była źle posprzątana, nakazywał ściąć 10 ludzi ze służby. Jeśli ścieżka w lesie była źle utrzymana, kazał zabijać dziecko z pobliskiej wioski. Takich ludzi było w Kongu mnóstwo. Całkowita bezkarność zamieniała ich w potwory. Mamy relacje o gotowaniu ludzi żywcem, o polewaniu głowy żywicą i podpalaniu” – tak Kongo Leopolda opisuje historyk Adam Hochschild z Uniwersytetu Kalifornijskiego, autor książki „Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce”.

Raport ONZ wskazuje jednoznacznie, ze pomniki ku czci Leopolda II to wielkie niestosowność, zwłaszcza, że w Belgii mieszka ponad milion osób pochodzenia kongijskiego. Najsłynniejszą osobą z tej społeczności jest piłkarz Romelu Lukaku.

Holocaust w Kongo do dziś nie został oficjalnie uznany za ludobójstwo. Eksperci mają też zastrzeżenia do niedawno odnowionego Muzeum Afryki poświęconego Kongu. W raporcie zauważają, że kierownictwo w niewystarczający sposób skupiło się na problemach kolonializmu.

Kultura jak śmieć

Kolejnym wykwitem twórczej inwencji ministra od kultury Piotra Glińskiego jest ogłoszony publicznie pomysł połączenia kilku zespołów filmowych w jeden. Jednak jeszcze ciekawsze od samego tego zamysłu jest uzasadnienie jakie był uprzejmy przedstawić rzecznik resortu. Stwierdził mianowicie, iż nie jest racjonalne, żeby działało kilka zespołów filmowych skoro robią one to samo. Dodał też, że łączenie zespołów zgodne jest z zasadami gospodar ki rynkowej. Dotąd wydawało się, że gospodarka rynkowa polega na różnorodności podmiotów i konkurencji, jednak rzecznik ministra wie lepiej. Jego argumentacja nosi jednak pewne znamiona konsekwencji, skoro zdaniem jednego z twórców PiS białe nie jest białe a czarne to nie czarne.

Twórczą myśl ministra Glińskiego można by rozszerzyć i na inne sfery działalności. Po co ma być w jednej miejscowości kilka piekarni skoro wszystkie wyrabiają pieczywo. Podobne ma się w przypadku sklepów spożywczych, aptek, restauracji, kiosków z gazetami, szkół kopalni tudzież wszelakich innych zakładów i placówek. Można by też połączyć w jedną całość wszystkie kluby piłkarskie. Efekty byłyby dwojakie. Po pierwsze, znikłyby bijatyki pomiędzy kibicami różnych drużyn, wszak kibole sami ze sobą raczej nie będą się naparzać. Po drugie, taki superklub miałby niewspółmiernie większe szanse w międzynarodowych rozgrywkach.

Zamiast wielu wystarczyłaby też jedna stacja kolejowa i jedno połączenie na całą Polskę. Ileż to oszczędności i jakaż to radocha dla obywateli. Chcesz się przejechać ze Szczecina do Świnoujścia to zapieprzasz sobie przez całą Polskę przez Słupsk, Bydgoszcz, Łódź, Warszawę, Kielce, Rzeszów, Kraków, Opole, Poznań aby dotrzeć do punktu docelowego. Z takiego podróżowania to same korzyści. Możesz się przez okno patriotycznie napatrzeć jak Polska zmienia się na skutek dobrej zmiany. A ponadto podróże kształcą. Tak więc czym dłużej sobie pojeździsz tym jesteś bardziej kumaty.

A weźmy takie banki. Każdy z nich robi to samo tj. bogaci się na naszych oszczędnościach dając w zamian wysoko oprocentowane kredyty. A wystarczyłby przecież jeden. Problem jednak w tym, że dominująca większość z nich to banki zagraniczne. Jednak i z tym problemem można sobie poradzić. Wystarczy je spolonizować. Taki monstrualny bank miałby do dyspozycji tyle szmalu, że propozycja pracy w nim za 65 tys. miesięcznie uchodziłaby została za obelgę.

Łatwiej byłoby sobie poradzić z ambasadami. Wystarczyłaby jedna przez co koszty podróży takiego ambasadora do różnych krajów byłyby o wiele mniejsze niż utrzymywanie dziesiątek placówek rozsianych po całym świecie. Tak postąpiły Wyspy Marshalla mając jedyną ambasadę przy ONZ w Nowym Jorku. Jeszcze większą oszczędnością wykazały się jednak takie państwa, jak Andora i San Marino, które w ogóle nie mają swoich przedstawicielstw zagranicą a funkcje ambasady spełnia MSZ. Jest to tyle dobre rozwiązanie, że chroni ono kraj przed napływem emigrantów. Chcesz dostać polską wizę to musisz udać się do polskiego konsulatu w Alei Szucha. Jednak do Polski nie wjedziesz, ponieważ nie masz wizy. Prostsze to niż stawianie murów na granicy.

Przykłady takiego łączenia można by mnożyć niemal w nieskończoność. Skoncentrujmy się zatem na jednym – najważniejszym. Konsekwencją tej konstruktywnej propozycji byłoby połączenie wszystkich ministerstw w jedno. Wiadomo bowiem, że wszystkie one robią to samo czyli nic, a konkretyzując nic sensownego. Kłopot miałby tylko jeden z obecnych wicepremierów, który zostałby zdegradowany do poziomu dyrektora odpowiedniego departamentu z odpowiednio niższą pensją w związku czym musiałby jeszcze intensywniej główkować nad tym jak by tu przeżyć do końca miesiąca.

Przy okazji warto przypomnieć, że propozycja ministra Glińskiego nie jest bynajmniej jakimś novum w naszej polskiej rzeczywistości. Stosunkowo niedawno dokonano monopolistycznej centralizacji wywózki śmieci. Zamiast kilku dających ludziom możliwość wyboru konkurujących ze sobą firm wprowadzono na terenie danej miejscowości obowiązek dostarczania śmieci jednej firmie wyłonionej w wyniku przetargu. Wygląda na to, że dla ministra od kultury wzorem jest polityka odpadowa z czego płynie prosty wniosek. Taki mianowicie, że stosunek do śmieci przekłada się na stosunek do kultury czego dowodem są nie tylko wyżej wspomniane propozycje.

#10YearsChallenge

2009:

Od trzech lat działa program szkoleniowy Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE dla funkcjonariuszy porządku prawnego, którego tematem jest zwalczanie przestępstw z nienawiści. Za chwilę, w 2010 powstanie specjalny podręcznik dla policjantów – „Przestępstwa z nienawiści”.

2019:

Funkcjonariusze już nie uczą się pilnie przez całe ranki. Ich policyjną czytankę wycofano w 2016 roku po interpelacji posła (dziś ministra!) Andruszkiewicza, który sprzeciwił się stwierdzeniu zawartemu na kartach książki, że falanga, symbol otwarcie antysemickiego ruchu z lat 30. może w jakikolwiek sposób skojarzyć się komuś z nienawiścią. Jarosław Zieliński kupił te argumenty i wręcz stwierdził, że podręcznik „uczy niechęci, a nawet nienawiści do środowisk prawicowych”. Zadbał więc o to, aby dyskryminowani przez ONZ-owskie organy członkowie ONR nie bali się wieczorami wyjść z domu.
Styczeń 2018 – minister Błaszczak publikuje na Twitterze dane z oficjalnych statystyk policji: „Totalnych z PO i .N informuję, że w 2015 r. stwierdzono 791 przestępstw z „nienawiści”(art. 119,256 i 257 kk), w 2016 r.-765, a w 2017 r.-726.”. Najwyraźniej dane z Prokuratury Krajowej mniej pasują mu do tezy: te bowiem uparcie pokazują tendencje wzrostowe.

2009:

Polskie prawo nie definiuje przestępstw z nienawiści jako pojęć prawnych. Podstawą do ich ścigania są zapisy w kodeksie karnym (3 artykuły, mówiące o prześladowaniu z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości).

2019:

W 2016 a potem jeszcze raz, w 2017 Komitet Praw Człowieka ONZ naciska, aby do wyżej wymienionych przesłanek dopisać płeć, orientację seksualną, tożsamość płciową oraz niepełnosprawność. I będzie tak sobie naciskał dalej.

2009:

Nikt nie zna jeszcze „potwora gender”. Przed nami dopiero otwarcie Centrum Życia i Rodziny oraz Ordo Iuris.

2019:

Po śmierci Pawła Adamowicza prezydenci Wrocławia i Warszawy wychodzą z inicjatywą, aby zorganizować w szkołach zajęcia o tym, czym jest mowa nienawiści i jak rozpoznać dyskryminację. Ordo Iuris z Kają Godek protestują. Centrum Życia i Rodziny 20 stycznia wychodzi na Plac Bankowy pikietować przeciwko „deprawacji naszych dzieci”. Boi się „przemycania propagandy LGBTQ i ideologii gender do szkół” oraz „nie zgadza się na prezentowanie praktyk homoseksualnych, biseksualnych, transseksualnych i queer jako ‘normalność’”.

Nadal 2019:

Polacy w internecie wzywają do porzucenia języka nienawiści. Po chwili wzmożenia spokojnie wracają do wrzucania memów o tym, że Adrian Klarenbach to świnia. Niektórzy dziwią się, ilu spośród ich fejsbukowych znajomych „to debile”, którzy udostępnili fejkowe oświadczenie o upublicznieniu danych. Idą mrozy. Bezdomni śmierdzący w autobusach oburzają na zamkniętych grupach. Do zobaczenia w 2029.

Niewolnictwo kwitnie

Z najnowszego raportu Biura Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) w Wiedniu wynika, że ofiary uprowadzeń i handlu ludźmi zwykle są wykorzystywane seksualnie. Najczęściej „ludzkim towarem” zostają kobiety.

Jest pewien postęp: w 2016 tylko 26 w krajach funkcjonowały instytucje zbierające dane o uprowadzeniach bądź handlu żywym towarem. W 2018 było to już 65 krajów, jednak problem nadal występuje głównie na Bliskim Wschodzie, w Afryce Subsaharyjskiej oraz w Azji. Tam kwitnie handel ludźmi w obrębie jednego państwa bądź pomiędzy regionami. Natomiast w bogatszych krajach np. USA czy w Europie południowej, pole do popisu mają handlarze „długodystansowi”, którzy przewożą swoje ofiary nawet przez pół globu.

Najczęściej ofiarami handlu ludźmi według twórców raportu padają kobiety – dwa główne motywy uprowadzeń bądź transakcji żywym towarem to niewolnictwo seksualne (65 proc.) oraz przymusowa praca (34 proc). Ten proceder najczęstszy jest w Afryce Subsaharyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, gdzie na terenach objętych konfliktami często kobiety lub dziewczynki z wielodzietnych rodzin są sprzedawane handlarzom, co zapewnia na jakiś czas byt reszcie rodziny.

Dochodzi również do porwań i handlu mężczyznami – ci najczęściej trafiają do niewolniczej pracy (82 proc.), nierzadko zostają również „dawcami” narządów. Problemem są również uprowadzenia dzieci – te najczęściej (poza porwaniami dla okupu) wykorzystywane są do żebrania.

Pewną pociechę stanowi fakt, że wykrywalność tego rodzaju przestępstw systematycznie rośnie: z porównania danych 45 krajów, które od 2007 r. systematycznie je publikują, wynika, że od 2011 r. liczba wykrytych przypadków wzrosła o 39 proc.

– Wspólnota międzynarodowa musi intensywniej zająć się zwalczaniem handlu ludźmi w regionach objętych konfliktami oraz we wszystkich społeczeństwach. W tym celu trzeba stworzyć dodatkowe możliwości i doprowadzić do współpracy. Niemalże każdy z krajów dysponuje ustawodawstwem, w myśl którego handel ludźmi jest przestępstwem, ale w niektórych regionach sprawcy pozostają wciąż bezkarni – stwierdził – dyrektor UNODC Jurij Fiedotow. Wskazał również na palącą potrzebę edukacji dzieci, zwłaszcza dziewczynek, w celu skutecznej obrony przed handlarzami żywym towarem.

Ukraina się cieszy, Rosja ignoruje

Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję w której m. in. wzywa się Rosję do zaprzestania „politycznie umotywowanego prześladowania obywateli Ukrainy” oraz zwolnienia Ukraińców przebywających w rosyjskich więzieniach.

 

Nad rezolucją głosowano na wniosek Ukrainy, która od 2016 r. co roku o tej porze występuje z tego rodzaju inicjatywą. Rezolucja została przyjęta mimo tego, że głosowało za nią zaledwie 67 państw, w tym USA, kraje Unii Europejskiej, Japonia i Turcja. Znakomita większość delegacji w liczbie 70 wstrzymała się od głosu. Przeciwko oprócz Rosji zagłosowało jeszcze 26 krajów. Obok dawnych republik radzieckich takich, jak Armenia, Białoruś, Kazachstan, Kirgizja, Tadżykistan i Uzbekistan do tego grona dołączyły także Chiny, Indie, Iran, Serbia, Syria, Korea Północna, Kuba,Wenezuela, Boliwia, Nikaragua, Kambodża, Mjanma, Republika Południowej Afryki, Burundi, Czad, Erytrea, Komory, Sudan, Uganda i Zimbabwe.

Przed posiedzeniem Zgromadzenia Ogólnego Ukraina starała się wykazać aktywnością dyplomatyczną. Na dwa dni przed debatą przedstawiciel Ukrainy Ihor Prokopczuk wygłosił obszerne przemówienie na forum Stałej Rady OBWE prezentując nie tylko stanowisko Kijowa, lecz także formułując liczne zarzuty i oskarżenia pod adresem Rosji. Z kolei stałe przedstawicielstwo Ukrainy w ONZ prowadziło lobbing na rzecz rezolucji wśród tak znaczących krajów, jak Barbados, Bhutan, Gujana, Mikronezja, Wyspy Marshalla, Wyspy Salomona, Tuvalu i Vanuatu. Państwom tym Ukraina złożyła publiczne podziękowanie za poparcie rezolucji. Oczywiście każdy głos się liczy, jednak w tegorocznym głosowaniu ukraińską rezolucję poparło o pięć krajów mniej niż w dwóch latach ubiegłych.

Władze w Kijowie z zadowoleniem przyjęły fakt uchwalenia rezolucji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych w swoim oświadczeniu stwierdza, iż jest to „kolejne potwierdzenie zdecydowanego poparcia ze strony społeczności międzynarodowej co do obowiązku przestrzegania praw człowieka na tymczasowo okupowanych terytoriach Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol.” Wypowiedział się również prezydent Petro Poroszenko mówiąc, że rezolucja ONZ stanowi dla Rosji wyraźny sygnał, iż „społeczność międzynarodowa nie będzie się godzić na naruszanie praw człowieka i militaryzację okupowanego półwyspu”.

Jak można było przewidzieć, krytyczne stanowisko wobec rezolucji zajęła Rosja. Zastępca stałego przedstawiciela w ONZ Giennadij Kuzmin nazwał ten dokument „wyraźnie antyrosyjskim, fałszywym, podstępnym i bezsensownym pod względem treści” dodając, że „Krymu nie da się z powrotem zagnać do ukraińskiej przeszłości”. Występując na forumwZgromadzenia Ogólnego rosyjski dyplomata nie omieszkał okazji, aby nie wygłosić krytycznych opinii wobec Ukrainy. Jak stwierdził, powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej i politycznej Ukraina „przestała być komfortowym środowiskiem nawet dla samych Ukraińców o czym świadczy gwałtownie malejąca liczba ludności”. Jednocześnie zaprosił wszystkich chętnych do odwiedzenia Krymu aby mogli się przekonać o tym, że zamieszkują tam „szczęśliwi ludzie”, którzy „dobrowolnie wybrali Rosję za swój dom” dodając, że na Krymie buduje się szpitale, meczety i sobory, jak również nowe systemy energetyczne.

W Moskwie podkreśla się, że rezolucja ONZ nie powoduje żadnych następstw prawnych ani politycznych. Jak się wyraził przewodniczący komitetu do spraw międzynarodowych Rady Federacji Konstantin Kosaczow, rezolucja ta nie wpłynie na sytuację na Krymie w większym stopniu niżby odnosiła się do Księżyca. Zwrócił też uwagę na to, że mniejsza niż w poprzednich latach liczba państw członkowskich ONZ opowiedziała się za rezolucję, co – jego zdaniem – świadczy o niepowodzeniu ukraińskiej „agitki” oraz wskazuje na „tendencję w kierunku bardziej trzeźwego stanowiska” społeczności międzynarodowej wobec sytuacji na Krymie.

Armia suwerenności czy nowego konfliktu?

Kosowo ma armię wbrew NATO, ONZ, UE i Serbii

 

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Parlament Republiki Kosowa w piątek, 14 bm., przyjął ustawy w sprawie sił bezpieczeństwa KSF (alb. Forca e Sigurisë së Kosovës FSK, Kosovo Security Force ), nadając dotychczas istniejącym lekko uzbrojonym oddziałom porządkowym atrybuty armii. Zostały one uchwalone bez udziału posłów popieranej przez Belgrad „Srpskiej Listy”, którzy zbojkotowali sesję, nie biorąc w niej udziału.

 

Armia legalna czy nie?

Uchwalając ustawy o zmianie uprawnień KSF, parlament zlekceważył obowiązujące przepisy konstytucyjne – twierdzą niektórzy kosowscy prawnicy – które wymagały uzyskania dwóch trzecich głosów ze 120, w tym dwóch trzecich od 20 parlamentarzystów pochodzących z mniejszości narodowych, nie-Albańczyków. Na podstawie tych przepisów Serbowie, mający 10 miejsc przeznaczonych dla mniejszości narodowych, dotychczas skutecznie blokowali takie inicjatywy ustawodawcze.

Parlamentarzyści z „Srpskiej Listy” zapowiedzieli zaskarżenie tych ustaw do Trybunału Konstytucyjnego Kosowa.

Kadri Veseli, przewodniczący kosowskiego parlamentu, zaraz po glosowaniach oświadczył, że „ Od tego momentu oficjalnie mamy armię Kosowa” . Obecny podczas sesji prezydent Kosowa Hashim Thaci wyraził zadowolenie i następnie w mundurze wziął udział w wojskowym capstrzyku. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli zachwyceni powołaniem regularnej armii twierdząc, że „teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy państwem, bo nie ma państwa bez armii” .

Innego zdania są Serbowie zamieszkujący Kosowo, którzy obawiają się, że głównym celem tego ruchu jest przeprowadzenie czystki etnicznej w zdominowanej przez nich północnej części kraju. W ramach protestu w Mitrowicy i okolicznych miejscowościach masowo wywieszono serbskie flagi. Z kolei Prisztina i inne kosowskie miasta zostały udekorowane amerykańskimi flagami na znak wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, popierających nie tylko niepodległość Kosowa, ale również utworzenie przez nie armii.

Serbski prezydent Aleksandar Vućić powiedział na konferencji prasowej w piątek wieczorem, że Armia Kosowa jest nielegalna. Według niego takie posunięcie zagraża pokojowi i bezpieczeństwu. Dodał również, że „dziś stało się jasne, że USA, Wielka Brytania i Niemcy, jeśli chodzi o armię Kosowa, stoją za kosowskimi Albańczykami. Nie jesteśmy tym zaskoczeni” .

 

Możliwa destabilizacja Bałkanów?

W telewizyjnym przemówieniu do Serbów, Vućić stwierdził, że powołanie armii jest sprzeczne zarówno z prawem międzynarodowym (rezolucją 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która nie dopuszcza istnienia armii w tym kraju) jak i konstytucją Kosowa”. W związku z tym Serbia żąda natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Vućić ogłosił, że Belgrad nie będzie brał udziału w dialogu z Prisztiną, dopóki nie wycofa się ona z wszystkich swoich wcześniejszych decyzji, w tym o nałożeniu 100 procentowych ceł na towary z Serbii.
Międzynarodowi obserwatorzy podkreślają, że dialog pomiędzy Prisztiną a Belgradem – zapoczątkowany w 2011 roku – ustał, gdy we wrześniu około stu członków sił specjalnych ROSU (Regionalna Jednostka Wsparcia Operacyjnego, odpowiednik amerykańskiego SWAT) zajęło serbską elektrownię wodną w Gazivodzie. Potem Serbia lobbowała skutecznie przeciwko członkostwu Kosowa w Interpolu, na co Kosowo odpowiedziało retorsyjnym obłożeniem serbskich i bośniackich towarów 100 procentowym cłem.

Wszystko to dzieje się w dziewięć dni po oświadczeniu premier Serbii Any Brnabić, która ostrzegła, że powołanie armii w Kosowie może spowodować „interwencję militarną Belgradu”. Później stanowisko to nieco złagodzono, wyjaśniając, że Serbia stanowczo sprzeciwia się temu posunięciu, ale jednocześnie ostrzega, że może to zdestabilizować sytuację na Bałkanach. Jest to odczytywane i rozumiane jednoznacznie jako przeszkoda w normalizacji serbsko-kosowskich relacji. Zapewnienia ze strony przedstawicieli rządu Kosowa, że armia ta ma być jedynie siłami pokojowymi, które nigdy nie zostaną skierowane przeciwko jakiemukolwiek narodowi na niewiele się zdają. Zwłaszcza, że wypowiada je premier Kosowa, Ramush Haradinaj, przeciwko któremu w Serbii wydano nakaz aresztowania pod zarzutem popełnienia zbrodni wojennych. Wobec tych faktów prezydent Vućić zapowiedział, że będzie kontrolował serbskie wojska stacjonujące wzdłuż granicy z Kosowem w ciągu najbliższych trzech dni.

Analitycy z Bałkanów twierdzą, że jakiekolwiek działania armii Serbii liczącej 28 000 żołnierzy przeciwko Kosowu są wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę aspiracje Belgradu do członkostwa w UE. Kosowo utworzy ministerstwo obrony, a przyszła armia ma składać się z 5 000 zawodowych żołnierzy i 3000 rezerwistów. Przedstawiciele rządu w Prisztinie zapewniają, że proces tworzenia armii potrwa co najmniej 10 lat. Dowodzona przez NATO międzynarodowa, wojskowa misja pokojowa KFOR – odpowiedzialna za utrzymanie bezpieczeństwa i spokoju – w Kosowie liczy około 4000 żołnierzy.

 

Kto za, kto przeciw?

Proces przekształcenia sił bezpieczeństwa w Kosowie w regularną armię był i jest wspierany przez USA. Ambasador Philip S. Kosnett w Prisztinie powiedział, że naturalnym rozwiązaniem dla Kosowa, jako suwerennego, niezależnego państwa jest posiadanie zdolności do obrony. „Pamiętajmy, że bezpieczeństwo kraju zależy od jakości jego relacji z NATO – i pokojowych, obopólnie korzystnych stosunków z sąsiadami – tak samo jak od siły i profesjonalizmu sił zbrojnych” – napisał w piątek na Twitterze.

Włoska agencja prasowa ANSA, powołując się na własne źródła, podaje, że decyzja parlamentu kosowskiego została poparta przez Stany Zjednoczone, Wielka Brytanię i Niemcy. Jednak fakt ten może opóźnić akcesję zarówno Kosowa jak i Serbii do UE.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało Misję ONZ w Kosowie do podjęcia prób demilitaryzacji i likwidacji wszelkich formacji zbrojnych. Utworzenie w Prisztinie pełnoprawnej armii stanowi rażące naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ten krok ma na celu poważne zaostrzenie sytuacji na Bałkanach – informuje rosyjska agencja TASS.

Sekretarz Generalny NATO, Jens Stoltenberg wyraził ubolewanie z powodu powołania armii przez władze Kosowa. „Choć przemiana sił bezpieczeństwa w Kosowie jest z zasady kwestią, o której decyduje Kosowo, jasno stwierdziliśmy, że posunięcie to nastąpiło w niewłaściwym momencie” – napisał sekretarz NATO w pisemnym oświadczeniu. Wezwał wszystkie strony do zadbania o to, aby decyzja parlamentu kosowskiego „nie zwiększała napięć w regionie”. Stoltenberg podkreślił, że Rada Północnoatlantycka w ramach swojego międzynarodowego mandatu będzie musiała ponownie zbadać stopień zaangażowania paktu w KSF. Zapewnił przy tym, że KFOR dalej będzie gwarantował bezpieczeństwo Kosowa, a stanowisko władz amerykańskich „poważnie zastanawia” .
Unia Europejska ostrzegła również Kosowo, by wywiązywało się ze swoich zobowiązań wynikających z pierwszego porozumienia zawartego w Brukseli w kwietniu 2013 r. dotyczących uzgodnień w zakresie bezpieczeństwa. Podobnie jak NATO, Unia Europejska nadal podziela pogląd, że „mandat KSF powinien zostać zmieniony jedynie poprzez wspólny i stopniowy proces ustaleń zgodnych z konstytucją Kosowa” – czytamy w piątkowym w oświadczeniu UE.

Specjalny przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ i szef UNMIK (Misja Tymczasowej Administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kosowie ), Zahir Tanin odniósł się w piątek do rezolucji 1244 RB ONZ, która powierzyła społeczności międzynarodowej za pośrednictwem pokojowych sił KFOR odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Kosowie. Powiedział on, że ONZ „zachęca wszystkie strony do powstrzymania się od działań, które mogłyby zaostrzyć napięcia a wszystkie problemy należy rozwiązywać poprzez dialog polityczny”.

Sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wyraził również zaniepokojenie powołaniem armii przez władze najmłodszej republiki w Europie.

I tak oto w 20 lat po powstaniu kosowskich Albańczyków przeciwko Serbom i dekadzie od uzyskania niepodległości, inicjatywa Kosowa, została uznana za „historyczne wydarzenie”, które albo wzmocni suwerenność tego młodego, malutkiego kraju, albo rozsadzi wciąż bardzo gorący bałkański kocioł.

Rozejm w Jemenie?

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres ogłosił podpisanie w Szwecji rozejmu między broniącym się Jemenem a koalicją pod wodzą Arabii Saudyjskiej.

 

Nie chodzi jeszcze o trwałe zakończenie wojny, ale pod koniec stycznia przyszłego roku obie strony mają znowu się spotkać, by rozpocząć rozmowy na temat jakiegoś rozwiązania politycznego. Póki co, ONZ ma nadzieję, że rozejm poprawi byt 20 milionów Jemeńczyków zagrożonych śmiercią głodową.

W Nowym Jorku zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ, by wysłuchać sprawozdania z rokowań w Rimbo pod Sztokholmem, a w przyszłym tygodniu ma przyjąć rezolucję zatwierdzającą podpisany rozejm. Zawieszenie broni ma wejść w życie „w najbliższych dniach” w Hudajdzie, obleganym przez saudyjską koalicję porcie nad Morzem Czerwonym, żywotnym dla Jemenu, najbiedniejszego kraju arabskiego, gdzie trwa „najgorszy kryzys humanitarny na świecie”.

Siły zbrojne obrońców miasta, jak i oddziały najemników saudyjskich mają wycofać się, by ONZ mogła przejąć port, przez który ma zacząć docierać pomoc humanitarna dla umęczonych mieszkańców kraju. W gruncie rzeczy efektywna realizacja porozumienia pozostaje hipotetyczna. Guterres przyznał, że „wiele kwestii pozostaje bez odpowiedzi” – Saudowie nie zgodzili się na plan wspomożenia gospodarce Jemenu, ani na otwarcie zamkniętego od ponad trzech lat lotniska w stolicy kraju Sanie.

Obrazy dewastacji kraju w skutek saudyjskich nalotów bombowych i rozmiar kryzysu humanitarnego przekonały część wielkich mocarstw do przyśpieszenia uregulowania konfliktu, jednak administracja Donalda Trumpa, która pomaga Saudom w niszczeniu kraju, wysyła dość sprzeczne sygnały. Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo przyjął podpisanie porozumienia „z zadowoleniem”, ale prezydent Trump ma zamiar zawetować wczorajszą rezolucję Senatu zabraniającą pomocy amerykańskiej dla Arabii Saudyjskiej na wojnie w Jemenie.

Nie będzie paktu?

Dokument poświęcony prawom i bezpieczeństwu uchodźców i migrantów miał zostać podpisany podczas konferencji ONZ w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia. Jednak coraz więcej państw wycofuje się ze złożonych deklaracji. Ostatnio taką decyzję podjęła Bułgaria.

 

Bułgarskie władze przestraszyły się gniewu opozycji i w ubiegły piątek ogłosiły, że jednak wycofują się z układu. Miał na to wpływ atak, jaki przypuściła na rządzących opozycja – liderka opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej Kornelia Ninowa stwierdziła, że podpisanie paktu nie było konsultowane ani na posiedzeniach rządu ani na sejmowych komisjach i że „pakt ten stymuluje migrację”, z tą tylko różnicą, że „próbuje przekształcić migrację nielegalną w legalną”. Szefowa MSZ Ekatarina Zachariewa broniła się, że pakt nie jest konwencją wymagającą ratyfikacji, ale ostatecznie rząd „zmiękł”.

Co z kolei wywołało ostrą reakcję Jean-Claude’a Junckera, który wczoraj na forum ekonomicznym w Berlinie oświadczył: – Jeśli jeden, dwa, lub trzy kraje odstąpią od paktu migracyjnego ONZ, to my, jako Unia Europejska, nie będziemy w stanie bronić naszych interesów.
Szef KE ma prawo być rozżalony. Bułgaria nie jest pierwszym krajem, który wycofał się z podpisania dokumentu – wcześniej zrobiły to już USA, Australia, Austria i Węgry, wahają się również Polska i Czechy.

Punktem wyjścia do podjęcia międzynarodowych rozmów na temat paktu była tzw. Deklaracja Nowojorska z września 2016 roku. Wówczas przyjęły ją 193 państwa należące do ONZ. Węgrom i Austrii nie podobały się zapisy, które Węgry i Austria stwierdziły, że podpisanie paktu uderzy w ich suwerenność. Chorwacja, Czechy, Słowacja i Polska obawiają się odgórnie narzuconych kwot bądź wpłat, waha się również Szwajcaria, która usiłuje odwlec sprawę i zapowiada, że może podpisać pakt w dowolnym momencie.

Koniec udawanej odwilży

Gdy niemal cztery lata temu zaczęła się odwilż w relacjach między Waszyngtonem a Hawaną, zainicjowana przez dwa równoległe oświadczenia prezydentów obu krajów – Baracka Obamy i Raúla Castro – wydawać się mogło, że doprowadzi ona do jakichś konkretnych rezultatów. Okazało się jednak inaczej.

 

W praktyce, poza wykreśleniem Kuby z listy państw wspierających terroryzm, przywróceniem relacji dyplomatycznych na szczeblu ambasad, wizytą Obamy na Kubie w marcu 2016 r. określoną mianem “historycznej” i ułatwieniami w zakresie podróży, niewiele się zmieniło. Kuba uwolniła 53 więźniów uznawanych przez Waszyngton za ofiary politycznych represji, co było warunkiem postępu odwilży w dwustronnych stosunkach, Amerykanie wykonali kilka gestów, jak koncert Orkiestry Symfonicznej z Minnesoty w Hawanie, jednak sankcje ekonomiczne, określane przez stronę kubańską mianem blokady jak były, tak pozostały. Mimo tego, że Obama zapowiadał ich zniesienie dwukrotnie w Orędziach o Stanie Państwa – w 2015 i 2016 roku.

Podobnie jak kwestia likwidacji obozu w Guantanamo, sankcje okazały się kolejnym punktem na liście niezrealizowanych obietnic poprzednika Donalda Trumpa. Ich zniesienie wymagałoby bowiem zgody Kongresu. Ten ostatni zaś 16 czerwca ogłosił układy zawierane przez Obamę ze stroną kubańską za niebyłe. W rezultacie 9 listopada 2017 r. rozporządzenia wydane przez amerykańskie departamenty handlu, skarbu i stanu nie tylko przywróciły stan sankcji sprzed odwilży, ale też dodały nowe. Od tego czasu na liście osób i przedsiębiorstw objętych sankcjami znalazły się niemal 180 kolejne, przestały też działać ułatwienia w zakresie podróży. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu na listę objętych sankcjami kubańskich podmiotów dopisano ponad dwa tuziny nowych.

 

Zadeklarowana przez Obamę odwilż okazała się być tylko na niby.

Powodem odejścia od deklarowanej przez poprzednią administrację amerykańską polityki wobec Kuby mają być związki łączące ten kraj z Wenezuelą – polityczne wsparcie, jakiego Hawana udziela Caracas i wenezuelska pomoc dla Kuby. Pomoc, bez której w obliczu amerykańskich sankcji gospodarka izolowanego kraju by się załamała. Rzeczywistym powodem – trzeba to przyznać – jest generalna zmiana doktryny polityki Waszyngtonu wobec krajów Ameryki Łacińskiej. W okresie prezydentury Trumpa przyjęto wprost, że USA mają w tym regionie być wyłącznym hegemonem. Dodajmy też, że obamowa odwilż i chęć prowadzenia polityki regionalnej za pomocą subtelniejszych instrumentów nigdy nie miała w amerykańskim establishmencie szerokiego poparcia. W swojej istocie była tylko kompromisem pomiędzy deklarowanymi „nowymi otwarciami” a imperialistyczną realpolitik prowadzoną z pozycji siły, która w zasadzie pozostawała bez zmian.

Dosłownie kilka godzin przed ogłoszeniem nowych sankcji Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w czwartek 1 listopada ogromną większością głosów przyjęło rezolucję potępiającą amerykańskie sankcje wobec Kuby. Za jej odrzuceniem głosowały tylko USA i Izrael, od głosu wstrzymały się Mołdawia i Ukraina. Kwestia sankcji nałożonych przez USA na Kubę w 1960 r. już od dawna wywołuje zastrzeżenia nawet najbliższych sojuszników USA. O ile w roku 1992 rezolucja potępiająca sankcje została przyjęta przy trzech głosach przeciw i 71 wstrzymujących się, od tego czasu z roku na rok liczba państw nie chcących zajmować stanowiska w tej sprawie zmniejszała się, aby w ubiegłym roku osiągnąć nawet poziom 0. Liczba głosów sprzeciwu nigdy natomiast nie przekroczyła czterech. Przyjmowane regularnie od 27 lat rezolucje są jednak tylko gestem, bo nie ma mechanizmu pozwalającego wymusić na Stanach Zjednoczonych zastosowanie się do nich.
Stanowisko wspólnoty międzynarodowej nie zraża Waszyngtonu, który „wie lepiej” i ma własną koncepcję, do czego służą sankcje. Jak stwierdziła amerykańska ambasador przy ONZ Nikki Haley, wspólnota międzynarodowa głosując przeciwko sankcjom uderza nie w amerykańską politykę (tu akurat miała rację, biorąc pod uwagę bezsilność ONZ), ale przeciwko Kubańczykom i prawom człowieka, których Waszyngton mieni się nie tylko obrońcą, ale i promotorem. Bardziej konkretny i mniej owijający w bawełnę był prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który informując o nowych sankcjach oznajmił, iż USA nie będą dłużej przyzwalać na działania dyktatorów. Chodziło mu o prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prezydenta Nikaragui Daniela Ortegę i kubańskiego przywódcę Raúla Castro, których wyśmiewał, porównując do bohaterów starego serialu komediowego “The Three Stooges” (z grubsza: “Trzech cymbałów”). Najwyraźniej mu przy tym umknęło, że 87-letni Raúl Castro, choć zachował funkcję pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Kuby, od kwietnia nie jest już prezydentem. Na Kubie dokonuje się wymiana pokoleniowa przywództwa, czego sygnałem był wybór na prezydenta Miguela Díaz-Canela.

 

Amerykańska wykładnia mówiąca, że sankcje mają na celu „wyzwolenie Kubańczyków spod rządów opresyjnego reżimu” przekłada się na bardzo konkretne szkody,

jakie od czasu wprowadzenia blokady ponosi nie tyle państwo kubańskie, co kubańskie społeczeństwo. Zgodnie z oceną kubańskich władz zakumulowane szkody poniesione przez Kubę i jej mieszkańców, po uwzględnienie spadku wartości dolara, sięgają kwoty 933 678 mln dolarów. Tylko w okresie od kwietnia 2017 r. do marca 2018 r. Szkody wyrządzone przez sankcje można szacować na 4 321 mln dolarów. Nie można jednak sankcji sprowadzać tylko do suchego wymiaru finansowego. Ten bowiem przekłada się nie tylko na sytuację gospodarki kubańskiej – eksportu, importu, energetyki, transportu itd. – ale też i bezpośrednio na bezpieczeństwo żywnościowe Kuby. Nadto ma konsekwencje dla służby zdrowia, systemu oświaty, a nawet działalności kubańskiej służby zagranicznej, co w praktyce ogranicza suwerenność państwa kubańskiego jako podmiotu prawa międzynarodowego.
Kuba zwraca uwagę, że amerykańska blokada nie polega tylko na wygaszeniu handlu i transferów finansowych między nią samą a USA, ale przez władze amerykańskie jest traktowana jako instrument działający na całym świecie. Do stosowania się do sankcji są przymuszane wszystkie podmioty, które prowadzą jakąkolwiek działalność w Ameryce. Biorąc pod uwagę wielkość amerykańskiej gospodarki i poziom umiędzynarodowienia kapitału, niewiele jest więc takich, które nie narażałyby się na restrykcje.

 

Ludzki wymiar tego kosztu okazuje się niepoliczalny.

„Walka o demokrację na Kubie” w praktyce oznacza brak dostępności lekarstw, sprzętu medycznego czy części niezbędnych do jego eksploatacji, lub też konieczność jego pozyskiwania przez strony trzecie, które decydują się omijać sankcje, ponosząc przy tym ryzyko arbitralnych finansowych kar nakładanych na nich (lub ich partnerów) przez władze USA. Sankcje dotykające system edukacyjny blokują system stypendialny i możliwości wymiany edukacyjnej i naukowej z zagranicą.
Jako jedne z nielicznych państw w zdominowanym przez kapitalizm świecie Kuba – zgodnie ze swoją konstytucją – zapewnia swoim obywatelom tak dostęp do służby zdrowia, jak i do oświaty. Utrzymanie ich na wysokim poziomie – co dotąd się udaje, bo kubański system opieki zdrowotnej mógłby być przedmiotem zazdrości Amerykanów (np. Kuba ma jeden z najniższych na świecie wskaźników śmiertelności noworodków – 4/1000) w takich warunkach wiąże się z ogromnym wysiłkiem. I tak trwa to już niemal 60 lat.