Bajka o szeryfie i pomagaczu

Odczepcie się od podopiecznych. Przyczepcie się do systemu. To on działa nie tak, jak powinien. Rzecz o kuratorach sądowych.

Po przeczytaniu tekstu redaktora Pawła Kapusty (skądinąd świetnego, nagradzanego reportażysty) o kuratorach sądowych, nie mogłam oprzeć się polemicznym refleksjom co do ogólnej wymowy i przekazu zawartego w artykule. Jako wieloletni „szeryf Polski D” postanowiłam podzielić się nimi na forum publicznym.
Chwała autorowi za zajęcie się tematem. Wszystko, co opisał, jest świętą prawdą – podobnych soczystych anegdot, jak te przytoczone przez dziennikarza, każdy z nas ma w kieszeni całe mnóstwo. Ale najważniejszy wniosek, jaki płynie z tego tekstu jest taki, że nie każdy może – i nie każdy powinien – zostać kuratorem.
Oczywiście prawdą jest, że trzeba mieć ukończone kierunkowe studia, być osobą niekaraną, o nieskazitelnym charakterze, korzystać z pełni praw cywilnych i obywatelskich, przejść testy psychologiczne, zdać egzamin na aplikację i kolejny po jej odbyciu. Wymagania spore, ale niezbyt odbiegające od standardów pożądanych w wielu innych prestiżowych zawodach. Rozmówcy Pawła Kapusty te formalne wymagania spełnili. A jednak w moim odczuciu niektórzy z nich zdradzili się z tym, że niekoniecznie powinni ten zawód wykonywać.
Cała paleta bandytów
Kurator, który dziwi się, że ludzie mieszkają na zadupiu w ekstremalnej biedzie i zacofaniu, używają wulgaryzmów w codziennej mowie, piją alkohol, ćpają, biją słabszych członków rodziny, są na bakier z prawem – pomylił się moim zdaniem z wyborem zawodu. Bijąca z treści artykułu pogarda dla ludzi, z którymi kurator z własnego wyboru ma pracować i nad nimi się pochylać, szczególnie mnie poraziła. Podejrzewam, że kuratorzy w dobrej wierze opisali warunki swojej pracy i sytuacje, w których się znaleźli, ale w połączeniu z dziennikarskim zacięciem do wyławiania „mięcha” – wyszło po prostu nie tak. Cytuję: „to ludzie z zanikiem uczuciowości wyższej”, „cała paleta bandytów”, „praca z trefnym materiałem ludzkim”.
I w tym wszystkim ten krystaliczny szeryf, wolny od patologii, abstynent, wyrocznia moralności i zaradności, zdziwiony dysfunkcjami w rodzinach, bo ich to przecież nie dotyczy. Naprawdę? Ilu z was spotkało się z przemocą, alkoholizmem, zacofaniem i biedą we własnych rodzinach? Może to właśnie stało się motorem do wybrania tego a nie innego zawodu?
I jeden, jedyny rodzynek w postaci takiej wypowiedzi kuratora: „bo moja praca polega na empatii”. Empatia obniża poziom strachu i gwarantuje efektywność pracy w tym zawodzie. Ale zdziwienie, że „trzeba chodzić po ruderach” jest tak dalekie od empatii, jak tylko się da.
Czy w tych wszystkich egzaminach, do których przystępują potencjalni szeryfowie, bada się predyspozycje do wykonywania zawodu? Otóż nie. Chociaż zakres wiedzy do ich pomyślnego przebiegu jest olbrzymi (a po części kompletnie zbędny), nie gwarantuje prawidłowego doboru ludzi do tej ciężkiej, odpowiedzialnej roboty.
Szeryf i pomagacz
To, czego w artykule Pawła Kapusty zabrakło, to dopadające nas osamotnienie w walce i bezradność, świadomość beznadziei, z jakimi musi mierzyć się kurator obdarzony poczuciem misji. Poczucie to wynika z braku narzędzi i legitymacji do wpływania na poprawę losu podopiecznych. W dalszym ciągu system wsparcia lokalnego pozostaje mitem. Obawa przed konsekwencjami naruszenia ustawy o ochronie danych osobowych ogranicza nawet możliwość współpracy pomiędzy służbami w obszarze wymiany informacji.
Kurator zostaje sam ze swoim długopisem i złotoustą wymową, no i legendarną już empatią. To jedyny sposób na nakłonienie do leczenia dorosłej osoby uzależnionej, agresywnej czy zagrażającej samej sobie.
Specjaliści od dawna alarmują, że łączenie funkcji szeryfa i pomagacza nie jest możliwe, a w takich rolach system umiejscawia kuratora.
Oczywiście prawdą jest, że z biegiem lat i biegiem dni, tak jak mówi o tym „Gośka” pod koniec artykułu – system robi z nas pracowników biurowych. W zasadzie na rozmowę z człowiekiem, działania resocjalizacyjne, nie ma już czasu. Podopieczny tylko przeszkadza nam w pracy, kiedy przychodzi ze swoimi problemami. Każdą rozmowę telefoniczną, nie mówiąc o osobistych kontaktach – trzeba odnotować i opisać, aby nie zarzucono kuratorowi bezczynności. Okazuje się, że ten wykształcony człowiek bez pomocy odpowiednich druków nie jest w stanie samodzielnie sporządzić notatki i sprawozdania. Pisze te wszystkie wymagane przez ministerstwo duperele i próbuje we wskazanych rubryczkach znaleźć miejsce na informacje, które w jego przekonaniu są istotne dla opisania sytuacji konkretnego podopiecznego.
Piąte koło sądownictwa
Oprócz jednego jedynego epizodu w historii, kiedy powstawała ustawa o kuratorach, nie ma woli wśród decydentów do pochylenia się nad ta grupą zawodową. Kuratela jest postrzegana jako piąte koło u wozu sądowego, chociaż na ich pracy opiera się całe wykonawstwo karne i rodzinne, orzecznictwo rodzinne, a także w pewnym stopniu orzecznictwo karne wspomagane przez wywiady środowiskowe. Nie dostrzega się i nie docenia pracy kuratora w terenie, ponieważ nie jest wtedy widoczny, nie ślęczy pochylony nad biurkiem.
Brakuje przejrzystości w decyzjach o awansach i ewentualnych nagrodach za specjalne osiągnięcia i dokonania poza obowiązkami służbowymi. Nagroda za rzetelną pracę wynikającą z obowiązków nie przysługuje. O awansach i nagrodach decyduje prezes sądu okręgowego siedzący w sądzie odległym od miejsca pracy kuratorów. Wysokość nagród jest owiana tajemnicą. Nikt nie wie, dlaczego akurat nie dostał, jak wypada na tle innych kolegów, co może poprawić w swojej pracy.
Chcesz zasłużyć na nagrodę, na awans – wykazuj się inicjatywą pozazawodową, pracuj społecznie na innych poziomach. Jak będą pieniądze – może zostaniesz doceniony. A może nie. Konsekwencje takiego podejścia już widać. Wyczerpana psychicznie i przepracowana kadra nie jest w stanie podołać swoim obowiązkom.
Nie trzeba być wielkim uczonym, żeby wiedzieć, że najłatwiej wypalają się przedstawiciele zawodów prowadzących do fizycznego i psychicznego wyczerpania oraz stanowiących źródło wyrzutów sumienia lub poczucia nieprzydatności. Tego tematu dotknął (dzięki!) autor artykułu w Wirtualnej Polsce.
Niestety po trzydziestu latach pracy w tym zawodzie straciłam wiarę w zjednoczenie środowiska.
Nie dostrzegam też żadnej woli ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości do wykorzystywania doświadczonych, praktykujących kuratorów liniowych do wypracowania efektywnego modelu kurateli. To worek bez dna, do którego można wrzucać kolejne pomysły. Kuratorzy wykonają wszystko, co jest niewygodne dla innych służb.

Przepaść społeczna

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące wydatków na zabezpieczenia społeczne w Unii Europejskiej. Wynika z nich, że wydatki na politykę społeczną w Polsce wciąż należą do najniższych w UE. Dzieli nas przepaść od rozwiniętych krajów Europy Zachodniej i to wcale nie tylko w wydatkach liczonych nominalnie, ale też przy porównaniu procentowego udziału świadczeń społecznych w PKB.

 

Z raportu Eurostatu wynika, że w 2016 r. średnie wydatki na zabezpieczenia społeczne w UE wyniosły 28,2 proc. PKB i były o 0,2 pkt proc. niższe niż w 2015 r. oraz o 0,1 pkt proc. niższe niż w 2011 r.

Największe wydatki na świadczenia społeczne w 2016 r. były we Francji – 34,3 proc., PKB, w Finlandii – 32,0 proc., w Danii – 31,6 proc. i w Austrii – 30,3 procent. Najmniej środków na cele społeczne przeznaczały: Rumunia – 14,6 proc. , Łotwa – 15,2 proc., Litwa – 15,4 proc. i Irlandia – 15,8 procent. Znacznie poniżej średniej unijnej usytuowała się też Polska – 20,3 proc. PKB.
Raport Eurostatu stanowi kolejny dowód na to, że Polska ma bardzo mało rozbudowaną politykę społeczną. Wydajemy aż o 7,9 pkt proc. PKB mniej niż wynosi średnia unijna. Gdyby polski rząd przeznaczał na świadczenia społeczne 28,2 proc. PKB, byłaby to kwota o blisko 160 mld zł rocznie większa niż obecnie. To ponad 40 proc. całego polskiego budżetu! Okazuje się zatem, że pomimo wprowadzenia świadczenia Rodzina 500+ polskie wydatki na politykę społeczną wciąż należą do najniższych w UE.

Eurostat przedstawił też strukturę wydatków na politykę społeczną w państwach należących do Unii. Wynika z nich, że w Polsce ponadprzeciętnie wysoki udział w polityce społecznej ma system emerytalny (według długoterminowych prognoz wydatki na ten cel niestety ma się zmniejszać) i świadczenia rodzinne, natomiast jesteśmy w ogonie UE odnośnie opieki zdrowotnej, przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i walki z bezrobociem.

Wydatki na walkę z bezrobociem w Polsce stanowią zaledwie 0,9 proc. wszystkich wydatków na politykę społeczną przy średniej unijnej 4,7 procent. Niektórzy twierdzą, że przy relatywnie niskim bezrobociu nie ma sensu wydawać większych środków, ale aktywna polityka rynku pracy polega między innymi na tym, że państwo angażuje się na rzecz tworzenia godnych, stabilnych miejsc pracy i przeciwdziałania długoterminowemu pozostawaniu bez pracy. W Polsce niestety takie działania nie są podejmowane i stąd olbrzymia skala śmieciowego zatrudnienia oraz wysoki udział osób długotrwale bezrobotnych. Jeszcze gorzej wygląda sytuacji odnośnie walki z wykluczeniem społecznym i bezdomnością – tutaj Polska zajmuje niechlubne, ostatnie miejsce w UE z wydatkami na poziomie 0,8 proc. całości wydatków społecznych przy średniej unijnej 4,2 procent. Wreszcie bardzo marnie wygląda Polska odnośnie wydatków na służbę zdrowia i wsparcie dla osób z niepełnosprawnościami. Łączny udział wydatków na ten rodzaj świadczeń w stosunku do kosztów całej polityki społecznej wynosi w Polsce 29,9 proc. przy unijnej średniej 36,9 procent. Na tym polu wyprzedzamy tylko Cypr i Grecję.

Okazuje się więc, że w polityce społecznej Polska wciąż znacznie odstaje od większości państw Unii, a na dodatek nic nie wskazuje na to, aby miała nastąpić dobra zmiana.

Dysonans

Ewa Błaszczyk należy do grona wybitnych polskich aktorek z pokolenia Krystyny Jandy, Doroty Stalińskiej. Gra i śpiewa na doskonałym poziomie. Przed laty, po śmierci męża, przydarzyło się jej rodzinie i to, że jedna z córek – po, wydawałoby się, banalnym wypadku (złe przyjęcie tabletki) – zadławiła się i popadła w śpiączkę. Opisany stan nie interesuje już medycyny – w Polsce przed 1989 rokiem tacy chorzy, na granicy snu i strzępków życia, leżeli w szpitalnych izolatkach lub domach pomocy, gdzie umierali szybko i bez rozgłosu.

O tym, że i po 1989 roku nic się nie zmieniło, szybko przekonała się i Ewa Błaszczyk, zwłaszcza, gdy usłyszała: „A kogo to obchodzi…”.

Wściekła, rozżalona, założyła fundację, stała się tak jej ikoną jak i menedżerem, a wszystko skończyło się luksusową kliniką „Budzik”, w której kilkunastu chorych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, co córka aktorki, podlega intensywnej terapii i czasami na powrót wraca do – przynajmniej cząstkowej – świadomości oraz – kontaktu ze światem.

Wielkie to dzieło i wielka w tym Ewy Błaszczyk zasługa.

Ale jest i druga strona medalu, która, rzecz jasna, w niczym opisanych powyżej dokonań nie umniejsza.

Klinika pochłonęła miliony z kont sponsorów (firm, korporacji, samorządowych budżetów), zbudowana została z przepychem. Żaden barak. Ilość miejsc – mało imponująca, jak na zgłaszane potrzeby. Personel słono wynagradzany, no bo „nikt nie będzie pracował darmo…”. Słowem, kilku otrzyma dużo. A reszta? Dla reszty, gdy nie poruszą serca jakiegoś energicznego aktywisty, pieniędzy – sponsorskich, korporacyjnych – już nie będzie.

Niestety, bliższy mi jest i pozostanie system, gdzie dla „wszystkich jest po trochu”, zaś trud społeczników przekłada się na wypracowanie nieustannie doskonalonej matrycy, którą można implantować w całym kraju, nawet w najbardziej zapadłej wsi. Nie fajerwerki, a przemyślana forma pomocy wszystkim chorym i ich rodzinom, którą jest w stanie skutecznie wesprzeć nawet samorząd w przysłowiowym Pcimiu. Goły i bosy.

Niedawno – ku zgorszeniu miejscowego MGOPS-u – zażądałam wglądu w swą „teczkę”, czyli w materiały wyprodukowane przez urzędniczki miejscowej „pomocy społecznej”. Choć podmiotem starań urzędników miał być mój mąż (SM, brak wzroku, całkowity paraliż), w MGOPS-ie uznano, że podmiotem tym będę jednak ja. Jako „opiekun osoby ciężko niepełnosprawnej”. Bo tak było wygodniej.

Z „pomocy” korzystaliśmy po przyjeździe z Poznania do miasteczka W. (wynik „czyszczenia kamienic”) w 2006 roku, gdy całe nasze dochody wynosiły 766 zł (w tym kredyt hipoteczny). Wówczas odwiedziła nas urzędniczka MGOPS-u, zapytała, dlaczego „chory jeszcze nie wyzdrowiał”, odnotowała obecność 3 psów, w tym 2 – wychudzonych, meble „nowe, ale z płyty”, sytuację oceniła jako „trudną” i przydzieliła 60 zł „na łba” i „europejskiej pomocy żywnościowej” 2 tysiące.

Książek ani kilku instrumentów nie odnotowała, podobnie jak i tego, że zaczepki popegeeroowskich sąsiadów nie pozwalały spokojnie wyjść z mieszkania. Z perspektywy czasu, nie mam pretensji: książki można było sprzedać, instrumenty – także, psy uśpić, a co do sąsiadów – nie wychodzić za dnia z domu.

Minęło 10 lat bez pomocy i po przejściu na emeryturę nie sięgającą 1000 zł, znów musiałam udać się do MGOPS-u. Zasponsorowali 200, 300-złotowymi kwotami (raz 500, a po śmierci męża nawet 1000) używany materac antyodleżynowy, łóżko, najtańszą pralkę. Hojność miała jednak swą cenę – w „teczce” pojawiły się zapisy o „konfliktowości”, bo „tak się słyszy”. Odnotowano, że dramatycznie poszukuję pracy, ale uwaga ta wsparta wywiadem w miejscowym urzędzie pracy, doczekała się adnotacji, że pewnie „mam zbyt wysokie wymagania”. Najwyraźniej to, że po przyjeździe do W. bez szemrania podjęłam 3-zmianową robotę „ślusarza”, pracowałam w ponurych pieczarkarniach i grzybiarniach, a w miesiąc po śmierci męża, najęłam się do fizycznej roboty w fabryce poduszek – nie pasowało do modelu „klienta pomocy” który – jak powszechnie wiadomo – sam sobie winien.

Z urzędniczych opisów wyłaniał się obraz smutnego, biednego, choć czystego domostwa, po którym – jak to u każdej patologicznej biedoty – hasają: psy, kot, świnka morska, królik, a nawet chomiki. Do kompletu brakowało wzmianek o walających się półlitrówkach. Za to o chorym, choć choroba ani na milimetr nie odebrała mu nieprzeciętnej inteligencji, pogody, poczucia humoru i dobroci wreszcie w „teczce” prawie nie ma nic. Po prostu – nie był podmiotem, zatem nikt o nic go nie pytał.

A nie pytał, bo w Polsce niedomoga fizyczna zwykle utożsamiana jest z uwiądem władz umysłowych – potwierdzali to, zresztą, moi popegeerowscy sąsiedzi ustami elokwentnego absolwenta kilku klas szkoły powszechnej, gdy rozgłaszali, że SM to „psychiczna choroba zakaźna”.

Tym, co jednak wprawiło mnie w osłupienie, była osoba, którą wskazano jaką „opiekunkę”, co to miała dojeżdżać do nas na godzinę w tygodniu celem udzielenia pomocy choremu. A pomoc ta, w sensie jak najbardziej fizycznego wysiłku, zaczęła być nieodzowna. Nigdy z niej wcześniej nie korzystaliśmy, gdyż MGOPS za czasów poprzedniego kierownictwa nie potrafił znaleźć nikogo, kto by za 7-9 złotych dojeżdżał rowerem z miasteczka na koniec wsi. Proponowano nam zatem płatne usługi na pół etatu, aby się to jakiejś osobie „opłaciło”. Jednak koszt przyjęcia tej usługi był tak wysoki, że moja praca nie miałaby sensu.

W 2016 roku obliczyłam, że na godzinę pomocy w tygodniu nas stać i prawie napisałam już wniosek. A wtedy zadzwoniła do mnie zirytowana „pani Iwonka”, przedstawicielka agencji i rzekła: „Pani kochana, ja tam nie wiem, kto by do was chciał jeździć. Ale jak już taka jesteś, pani, uparta, to przyjadę do wsi, pójdę od chaty do chaty i może kogoś znajdę…”

Wizja „chodzenia po chatach”, gdzie „pani Iwonka” relacjonowałaby naszą sytuację raz za razem, tak mnie przeraziła, że porzuciłam zgubny zamiar skorzystania z gminnego miłosierdzia.

Ale było już za późno, „pani Iwonka” przyjechała i usłyszała, że „do tych, co przyjechali z miasta nikt chodził nie będzie”.

Niezrażona, wskazała jednak miejscowemu MGOPS-owi kandydatkę. Była nią wieloletnia salowa miejscowego „Caritasu”, zwolniona dyscyplinarnie zaraz po tym, jak trafiła do aresztu. A trafiła – uwaga – za nożownictwo. Na marginesie dodam: uzasadnione mężowym zaglądaniem do kieliszka.

Innych „opiekunek” „pani Iwonka” nie była w stanie znaleźć, choć na tym terenie jest ich pełno – za 1200 euro jadą do „rajchu” i tam tracą wszelki wstręt do opiekuńczej roboty, który tak je wypełnia, gdyby miały to samo robić wobec rodaków. Rzecz jasna, ani nie należy się temu dziwić ani oburzać. Tak po prostu jest.

Mąż zmarł w poniedziałek, nad ranem, na dyżurze lekarza, który – jeżeli się nie mylę – pełni jednocześnie obowiązki chirurga, ordynatora i dyrektora szpitala. Kilka dni wcześniej pojechałam do „lekarza rodzinnego” zgłosić konieczność wizyty domowej. Gniewnie (taki ma styl) wrzasnął: „A dlaczego?” Odpowiedziałam: „Bo chory jest słaby.” Na to usłyszałam: „Pani mąż był, słaby, jest słaby, będzie słaby. To nie powód…”

Aby go do wizyty zmusić, wisiałam na telefonach do dyrekcji szpitala, NFZ, PTSR-u, Urzędu Wojewódzkiego. I dopiero ten ostatni zmusił miejscowy MGOPS do przeprowadzenia rozmowy dyscyplinującej. Podobno padły groźby i miejscowy „lekarz rodzinny” zgodził się przybyć. Akt łaski miał mieć miejsce w środę, śmierć nastąpiła dwa dni wcześniej.

Sumując: z jednej strony – miliony dla kilkunastu „szczęśliwców w nieszczęściu”, z drugiej – dawane z łaski kilkuzłotowe zasiłki „celowe, specjalne” , okupione domową inwigilacją i opiniami, których źródłem staje się pomówienie i plotka, oraz „nożowniczka” jako jedyna dostępna obsada godziny opiekuńczej raz w tygodniu.

Także – lekarz, którego gniewnymi pomrukami centralnych urzędów zmuszać trzeba do złożenia wizyty umierającemu, złożonego nieuleczalną chorobą i dotkniętego, bez żadnej swej winy, straszliwym kalectwem i całkowitym społecznym osamotnieniem.

Coś tu jednak jest nie tak.

 

Autorka wraz z mężem, dotkniętym stwardnieniem rozsianym, w wyniku „czyszczenia poznańskich kamienic” przed 12 laty trafiła do po-PGR-owskiego bloku na obrzeżach Wielkopolski.

3 tysiące wzięte z sufitu

Dzięki protestowi w Sejmie pozyskaliśmy nieco świadomości i wiedzy o warunkach życia osób z niepełnosprawnościami, ich potrzebach i pragnieniach oraz barierach, jakie muszą pokonywać. W przestrzeni społecznej pojawiło się jednak równocześnie wiele wątpliwych tez dotyczących życia rodzin, w których przebywa osoba ze znaczną niepełnosprawnością. Jedna z nich wielokrotnie padała i w prorządowych mediach, i z ust samych urzędników państwa, łącznie z premierem Morawieckim. Chodzi o stwierdzenie, jakoby takie rodziny otrzymywały od państwa nawet 3 tys. złotych i że te kwoty bardzo wzrosły właśnie na skutek działać obecnej władzy. Takie postawienie sprawy to delikatnie mówiąc nadużycie. Jak jest naprawdę?

 

Problem polega na tym, że nie da się dokładnie, ani nawet w przybliżeniu powiedzieć, ile otrzymuje rodzina, w której pozostaje znacznie niepełnosprawna osoba dorosła, bowiem to zależy od wielu czynników.

Jedni dostają daną kwotę wsparcia po zsumowaniu wszystkich form pieniężnej pomocy, ale inni – przy zbliżonym poziomie ograniczeń funkcjonowania w związku z niepełnosprawnością – nawet o tysiąc złotych lub dwa tysiące mniej. Rzucanie w przestrzeni publicznej kwotą odnoszącą się do doświadczenia jednej podgrupy osób niepełnosprawnych ( i to będącej w liczebnej mniejszości), i to jeszcze w sposób nieprecyzyjny, jest społecznie nieodpowiedzialne.

 

Skąd wzięło się powtarzane 3 tys. złotych, o których mówił Morawiecki?

Wskazówki znajdujemy na stronie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Zgodnie z obecnym tam wyliczeniem na wsparcie pieniężne składa się:

• 1477 zł netto – świadczenie pielęgnacyjne dla opiekuna,
• 878,12 zł netto – renta socjalna podniesiona od czerwca br. (1029,80 zł brutto) dla podopiecznego,
• 153 zł netto – zasiłek pielęgnacyjny, który od przyszłego roku wzrośnie o 62 zł i wyniesie 215 zł (dla podopiecznego),
• 539 zł – opłacane ze środków budżetu państwa składki na ubezpieczenia emerytalne, rentowe i zdrowotne.

Łącznie uzyskujemy kwotę co najmniej 3047,12 zł bezpośredniego wsparcia finansowego w formie wypłaty pieniędzy, wpłaty na konto emerytalno-rentowe do ZUS oraz do NFZ.

W materiale jest wprawdzie na początku mowa, że chodzi o osoby niepełnosprawne od urodzenia (choć i tu nasuwa się pytanie, dlaczego mielibyśmy brać pod uwagę akurat tylko tę grupę) ale w zakończeniu mowa jest już „ o łącznym wsparciu osoby niepełnosprawnej wraz z opiekunem”

 

Takie zestawienie wymaga jednak gruntowej polemiki.

Po pierwsze, w ramach owych 3 tys. uwzględniono także oskładkowanie. Jeśli nawet decydujemy się to liczyć, trzeba to bardzo wyraźnie zaznaczyć jaka część jest na rękę, a jaka odprowadzana jest w formie składek. Tymczasem osoby wypowiadające się na ten temat lub – co gorsza – piszące o tym bardzo często nie dbały o takie uściślenie, lub świadomie jego nie dokonywały.

Niezaznajomiony z tematem odbiorca faktycznie może mieć poczucie że osoba niepełnosprawna może liczyć na 3 tys. na rękę, co wszak jest kwotą przekraczają medianę zarobków. Tymczasem tak nie jest.

Po drugie, nawet, jeśli posługiwalibyśmy się kwotą niższą, mówiącą o tym na co rodziny te mogą liczyć w gotówce, wielkość rzędu ok. 2,5 tys. nie oddaje rzeczywistości. Takie łączne wsparcie wypłacane jest tylko wówczas, gdy spełnione są przynajmniej trzy warunki: 1) niepełnosprawność powstała przed 18 rokiem życia; 2) osoba niesamodzielna żyje wraz z opiekującym się członkiem najbliższej rodziny, który ( 3) jest całkowicie poza jakąkolwiek aktywnością zawodową.

 

Jeśli któryś z tych warunków nie jest spełniony, wsparcie radykalnie spada.

Weźmy taki oto przykład. Niepełnosprawność powstała w 19. roku życia, osoba niesamodzielna pozostaje pod opieką niepracującej matki. Osoba taka nie dostanie renty socjalnej, a matka – świadczenia pielęgnacyjnego. Niepełnosprawna może liczyć jedynie na zasiłek z pomocy społecznej – maksymalnie 514 złotych według obecnie obowiązujących kryteriów z pomocy społecznej dla osób w wieloosobowym gospodarstwie domowym, zaś jej opiekunka – maksymalnie 520 złotych specjalnego zasiłku opiekuńczego, jeśli zostanie spełnione kryterium dochodowe (poniżej 764 złotych na osobę). Do tego dochodzi 153 złotych zasiłku pielęgnacyjnego. W sumie wychodzi nieco ponad 1200 złotych, ale jeśli się przekroczy któreś kryterium dochodowe (bo np. w domu jest inna osoba, która pracuje lub otrzymuje świadczenie emerytalno-rentowe), wówczas pomoc związana z niepełnosprawnością i opieką może spaść znacznie poniżej 1000 złotych.

Możliwe są różne sytuacje życiowe rzutujące na poziom uzyskiwanego wsparcia. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wielu przypadkach jest to nie tylko dużo mniej niż 3 tys. złotych, ale nawet znacznie poniżej 2 tys., a bywa, że poniżej tysiąca.

Kwota, którą operuje rząd odnosi się jedynie do rencistów socjalnych, którzy żyją wraz z niepracująco zawodowo opiekunami. Pamiętajmy jednak, że możliwość sprawowania opieki przed bliskich też jest ograniczona. Bywa, że opiekunowie umierają lub na skutek wieku czy stanu zdrowia nie mogą już pełnić swojej dotychczasowej roli. Wówczas wsparcie opiera się na wysokości świadczeń rentowych, które jednak nie obejmują wszystkich osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji.

 

Świadczenia wzrosły, ale nie jest to zasługa aktualnej władzy.

Różnice we wsparciu jakie otrzymuje część rodzin z niepełnosprawnymi dorosłymi w porównaniu z tym, co otrzymywały pod koniec poprzednich rządów w ograniczonym stopniu wynikają ze szczodrej polityki obecnej władzy. Na wzrost łącznego wsparcia wpływ ma głównie podwyżka świadczenia pielęgnacyjnego. Tyle, że ów wzrost nie jest rezultatem dobrowolnej decyzji obecnego rządu.

To poprzedni rząd Donalda Tuska (i to dopiero pod wpływem protestu sprzed czterech lat) podjął decyzję o stopniowym zrównaniu świadczenia pielęgnacyjnego z wysokością minimalnego wynagrodzenia oraz corocznej waloryzacji jego wysokości według wzrostu płacy minimalnej. Obecny rząd przyczynił się więc do tego wzrostu tylko pośrednio, za sprawą podnoszenia płacy minimalnej, co również przekłada się na wysokość świadczenia. Tyle tylko, że płaca minimalna była podnoszona także za czasów rządów PO-PSL podnoszona, łącznie podwajając nominalną wysokość w ciągu 8 lat. Pamiętajmy, że mówimy ciągle jedynie o świadczeniu pielęgnacyjnym, a więc tym które otrzymują opiekunowie osób niepełnosprawnych (także dorosłych) od dziecka.

Dla tych zajmujących się bliskimi, którzy stali się niesamodzielnymi już po wejściu w dorosłość wielkość wsparcia stanęła w miejscu.

Nadal jest to ledwie 520 złotych, choć od listopada może wzrośnie… o raptem 100 złotych.

Drugim czynnikiem który wpływa na to, że kwoty wsparcia są istotnie wyższe niż były wcześniej jest znaczący wzrost, od czerwca, renty socjalnej. Stanowi to realizację jednego z dwóch postulatów protestujących. Dodajmy, postulatu, który podnoszony był od dawna i dopiero teraz został wysłuchany za sprawą ostrości protestu. Gdyby nie to, nie byłoby tak szybkiej zmiany. I w tym więc trudno widzieć zasługę PiS. Każda inna władza prawdopodobnie postąpiłaby podobnie w obliczu tak nagłośnionego protestu.

Ponadto zestawianie kwot dzisiejszego wsparcia z tym sprzed 3 czy 4 lat w wielkościach bezwzględnych jest zawsze obarczone pewną niedoskonałością. Trzeba pamiętać, że koszty życia, w tym koszty leczenia, rehabilitacji etc. w międzyczasie też wzrosły, wartości nominalne nieco zwodzą.

Te szczegóły warto przytaczać, operując konkretem, a nieraz i przykładem, aby nie dać sobie i innym wmówić, że osoby wymagające stałej opieki są obecnie całkiem nieźle zabezpieczone socjalnie i że stało się to dzięki rzekomej prospołeczności obecnych rządów.