Gospodarka 48 godzin

Wszczęcie nie musi przerwać
Naczelny Sąd Administracyjny rozstrzygnął 24 maja rozbieżności orzecznicze dotyczące zakresu kontroli sądowej decyzji podatkowych. NSA stwierdził, że sądy administracyjne mają prawo badania prawidłowości zastosowania przez organy podatkowe przepisów o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego z uwagi na wszczęcie postępowania karnoskarbowego, gdyż mieści się to „w granicach sądowej kontroli legalności tej decyzji”. Decyzja NSA rozszerza zakres kontroli sądów nad decyzjami administracyjnymi i może mieć duże znaczenie dla osób, pragnących skorzystać z przedawnienia w sprawach wytoczonych w związku z zaległościami podatkowymi. – Sąd kontroluje zaskarżoną decyzję administracyjną w całości, tj. w jej wszystkich aspektach. NSA opowiedział się za szerokim rozumieniem sprawy sądowo-administracyjnej i nie zgodził się z poglądem części składów orzekających, że sądy administracyjne badają jedynie w sposób formalny, czy podatnik został prawidłowo zawiadomiony o wszczęciu postępowania karnoskarbowego. Jest to niewątpliwie jasny przekaz dla organów podatkowych, że wszczęcie takiego postępowania nie zawsze będzie automatycznie skutkować zawieszeniem biegu terminu przedawnienia – mówi dr. Radosław Buleja, ekspert Business Centre Club. Zdaniem BCC, to ważna uchwała dla wszystkich podatników, która może wpłynąć na ograniczenie nadużywania wszczynania przez organy administracji skarbowej postępowań karnych-skarbowych wyłącznie w celu zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych, mimo braku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa. W tej niekorzystnej dla podatników praktyce chodzi o to, by organ mógł dalej prowadzić postępowanie (choćby opieszale), bez dyscyplinującego czynnika w postaci upływającego terminu przedawnienia.

Tuba propagandowa PiS
Po raz kolejny stanowczo protestujemy przeciwko przejęciu przed PKN Orlen gazet regionalnych i lokalnych oraz portali internetowych należących do grupy Polska Press. Mimo wielu zastrzeżeń zgłaszanych przez środowiska dziennikarskie uruchomiony został proces błyskawicznego przekształcania tych mediów w propagandowe tuby Prawa i Sprawiedliwości. Trwa błyskawiczna wymiana redaktorów naczelnych i kadr kierowniczych. Zwalniani są dziennikarze niezgadzający się z linią propagandową narzucaną tym gazetom – stwierdza oświadczenie Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. SDRP domaga się zaprzestania rugów kadrowych i przywrócenia odwołanych redaktorów naczelnych. Wzywa też Orlen do poszanowania wyroku niezawisłego sądu oraz zaprzestania działań ingerujących w podmiotowość redakcji. Media przejęte przez PKN Orlen znalazły się w ogromnym niebezpieczeństwie. Grozi im trwała marginalizacja i utrata wiarygodności jaką mozolnie budowały przez dziesięciolecia. Stowarzyszenie domaga się zatem także przestrzegania konstytucyjnych zasad gwarantujących wolność słowa. Bez niezależnej prasy nie może być w Polsce dobrze funkcjonującej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, którego częścią są zarówno ci, którzy popierają rządzących jak i ci, którzy ich krytykują. Tymczasem dziennikarze zatrudnieni w grupie Polska Press zostali potraktowani przez PKN Orlen w sposób urągający elementarnym zasadom etyki i kultury. SDRP deklaruje, że będzie – w miarę możliwości – udzielać wsparcia i porady prawnej dziennikarzom z Polska Press nagle zwolnionym lub zagrożonym utratą pracy.

Parówki zamiast planu

Wystarczyło jedno średnio dowcipne zdjęcie, by dyskusja o Krajowym Planie Odbudowy znowu odpłynęła w rejonie bliskie histerii. A przecież sprawa była dość poważna: politycy Lewicy ruszyli w teren, poza wielkie miasta, by pokazywać miejscowym, co da im KPO.

Adrian Zandberg je parówkę na stacji benzynowej. Konkretnie – „parówkę” wegańską. To samo jego koleżanka z sejmowej ławy Magdalena Biejat i ich współpracownicy. Za nimi logo Orlenu. Zatrzymali się w trasie, zaraz jadą dalej.

Dokąd i po co? To już niespecjalnie kogokolwiek obchodziło. Nie mamy dużych lewicowych mediów, najbliższe nam socjaldemokratyczne partie próbują ratować się Facebookiem i Twitterem, godząc się na tamtejsze standardy „dyskusji”. Polegają one między innymi na tym, że zainteresowanie swoją osobą wypada podtrzymywać poprzez treści niepoważne, a potem obserwować, jak tłumy fanów biją się z jeszcze liczniejszymi zastępami przeciwników.

Zasięgi były wysokie

Zandberg zadziałał zatem, jak społecznościowe algorytmy nakazują. Zarzucił dowcipną treść i mógł obserwować z satysfakcją rosnące zasięgi. Bo zdjęcie komentowali wszyscy: rzecznik prasowy PiS zachwycony sztuką trollingu, zwolennicy Lewicy, zastanawiając się niekiedy, czy parówka naprawdę jest wegańska, i parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej, zastanawiając się, czy po hot-dogu w trasie Zandberg wybiera się na bardziej uroczysty obiad do samego Daniela Obajtka. Czy i kogo obsadzi w spółkach skarbu państwa dzięki nowym znajomym z PiS. Czy nie obchodzą go dziennikarze z lokalnych mediów wykupionych przez Orlen, którzy właśnie tracą pracę.

I właśnie ten przekaz najsilniej poszedł w świat, chociaż Zandberg po paru godzinach wrzucił kolejnego tweeta, w którym dość prosto tłumaczył, żadna koalicja między Lewicą a PiS-em się nie kroi. Kto miał zrozumieć, ten zrozumiał już wcześniej. Kto zaabsorbował już konkurencyjny przekaz, ten pozostał przy swoim. Taka anty-uroda mediów społecznościowych, do których chodzi się po to, żeby utwierdzać się we własnych poglądach.

Dokąd oni jechali?

Zatem jako że Lewica uparcie nie chce mieć własnych dużych mediów, najgłośniej rozlega się dalej przekaz liberalny. Lewica zdradziła, rzuciła koło ratunkowe rządowi, a teraz reklamuje Orlen. Nie ma już nawet znaczenia, o co chodzi z tym Krajowym Planem Odbudowy i po co właściwie nad nim głosowano. Dla liberałów Lewica jest zła, bo stoi razem z PiS. Dla rządzących i ich mediów rząd jest dobry i właśnie zagwarantował Polkom i Polakom 770 mld. Banery tej treści już stoją.

Lewica jechała w teren, żeby o sobie przypomnieć. Pokazać przed siedleckim szpitalem planszę z wypisanymi postulatami i opowiedzieć, że bez Zandberga i kolegów nie byłoby kasy na miejscowy szpital. Stanąć przed mieszkańcami i pokazać się z dobrej strony. Udało się? Chyba nie bardzo, skoro zainteresowanie było przeciętne, newsy w mediach lokalnych zdawkowe. Miejscowi prędzej usłyszą z TVP i TVN i parówce.

To może jednak Lewica chce mieć te swoje media? Nie tylko memy z Facebooka?

Gospodarka 48 godzin

Pretensja do sądu
Jak było do przewidzenia, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznał, że sąd niesłusznie wstrzymał przejęcie prasy lokalnej przez państwowy Orlen. 8 kwietnia sąd ochrony konkurencji i konsumentów wydał decyzję w związku z wnioskiem Rzecznika Praw Obywatelskich o wstrzymanie wykonania decyzji prezesa UOKiK wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen spółek należących do Polska Press. W postanowieniu sąd uznał, że do czasu rozstrzygnięcia złożonego przez Rzecznika odwołania, trzeba wstrzymać się z wykonaniem zaskarżonej przez RPO decyzji.
Oświadczenie prezesa UOKiK zarzuca, iż sąd wydając postanowienie, nie odnosił się do merytorycznych zagadnień w zakresie tego, czy decyzja została wydana zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów, i w oparciu o przewidziane prawem kryteria. Postanowienie dotyczy wyłącznie kwestii możliwości „zawieszenia” wykonywania decyzji do czasu rozstrzygnięcia wniesionego przez Rzecznika Praw Obywatelskich odwołania. Zdaniem prezesa Tomasza Chróstnego, chronologia zdarzeń wskazuje, że sąd wydając swoje postanowienie, mógł nie zapoznać się ze stanowiskiem prezesa UOKiK oraz z aktami sprawy zgromadzonymi w toku postępowania. „Sąd na etapie wydawania postanowienia o zastosowaniu bardzo poważnego środka tymczasowego nie podjął się oceny merytorycznych przesłanek wstrzymania decyzji, w tym braku potencjalnych skutków dla konkurencji. Podobnie nie zweryfikowano tego, czy zastosowanie środka tymczasowego jest uzasadnione podnoszonymi przez RPO argumentami” – zarzuca prezes UOKiK.
W ocenie prezesa UOKiK, sąd w sposób nieuprawniony przyjął, że złożenie odwołania od decyzji automatycznie powinno skutkować koniecznością jej wstrzymania. Automatyczne wstrzymywanie zgód koncentracyjnych, gdy wątpliwości co do zasadności decyzji nie znajdują solidnych podstaw, jest niepokojącym precedensem, który niewątpliwie może godzić w prawa przedsiębiorców – uważa szef UOKiK. Według niego, taka interpretacja przepisów zwiększa niepewność co do sytuacji prawnej oraz może istotnie opóźniać realizację transakcji gospodarczych, generując szereg ryzyk z tym związanych, w tym w zakresie inwestycji zagranicznych (choć trudno pojąć co mają wspólnego z inwestycjami firm zagranicznych, postanowienia sądu wobec UOKiK). Prezes Chróstny oświadczył, że UOKiK analizuje dalsze kroki prawne, w tym możliwość wzruszenia postanowienia sądu. Prezes UOKiK zapowiedział, że zamierza złożyć do sądu wniosek o przyspieszenie rozstrzygnięcia odwołania RPO od wydanej decyzji. „Uznajemy, że okoliczności wydania środka tymczasowego, w tym brak zapoznania się przez sąd ze stanowiskiem Prezesa UOKiK oraz przekazanym materiałem postępowania, rodzi poważne wątpliwości, czy nie doszło do naruszenia praw przedsiębiorców” – stwierdził szef UOKiK. Chodzi tu oczywiście o prawa państwowego Orlenu.
Prezes Chróstny dziwi się, że odwołanie RPO w głównej mierze podnosiło zarzut nieuwzględnienia przez UOKiK „pozaustawowych przesłanek” wydania zgody, których analiza pozostaje poza kompetencją organu ochrony konkurencji (tą pozaustawową przesłanką była wolność prasy w Polsce). „Tym bardziej zaskakuje wydanie środka tymczasowego tak dalece ingerującego w prawa przedsiębiorców bez nawet pobieżnej analizy prawnej tego zagadnienia” – dodaje Tomasz Chróstny. I podkreśla, że jest przekonany o słuszności wydanej decyzji dotyczącej przejęcia przez PKN Orlen spółek Polska Press.

Flaczki tygodnia

Zbrodnia kainowa w PiS. Zamordowano ukochanego tam Abla. Wybrańca, ulubieńca i politycznego syna pana prezesa Kaczyńskiego. „Nadzieję dla całej Polski”.

Zanim wskażemy Kaina, sprawcę tej politycznej zbrodni, pochylmy się nad jego ofiarą.
„Zupełnie niezwykłym człowiekiem, jeżeli chodzi o talent organizacyjny, dynamikę, łatwość podejmowania decyzji i to celnych decyzji, słusznych decyzji”, jak ocenił go pan prezes Kaczyński.
I kreśląc jego świetlaną przyszłość dodał „Ma ogromne możliwości, ma niezwykłą determinację i coś takiego, co daje pan Bóg, a co trudno zdefiniować. Aurę, która pozwala mu ludzi mobilizować, jednoczyć wokół jakiegoś celu”.

Rzeczywiście ten pomazaniec boży posiada życiorys idealnie pasujący do wzorców osobowych preferowanych i propagowanych dla młodzieży przez kaczystowstów.
Urodził się w niezamożnej rodzinie, z dala od wielkomiejskich elit. W młodości zmagał się z biedą i chorobliwym neurologicznym zespołem Tourette’a. Objawiającym się pobudliwością ruchową, nerwowymi tikami, powtarzanymi wyrazami. Takie dziecko zwykle jest wyśmiewane przez rówieśników i często odrzucane przez wstydzących się go dorosłych.
Trzeba było jego wielkiej determinacji i pracy nad sobą, aby pomimo takich dolegliwości zacząć sprawnie działać publicznie, a nawet pełnić funkcje przywódcze.

Karierę polityczną zaczynał jako wójt Pcimia. W polskiej, wielkomiejskiej tradycji „Pcim” to synonim prowincjonalnego zadupia. Wójt Pcimia to gorzej niż wójt Wąchocka. Bo w Wąchocku przynajmniej ludzie jaja sobie robią, a w stereotypowym Pcimiu ma być jak miało być w Białymstoku po pięciu kadencjach prezydentury Krzysztofa Kononowicza.

On jednak potrafił zrobić z Pcimia polityczną wartość. Kaczystowska „Dobra Zmiana” jest ruchem programowo anty elitarnym i anty wielkomiejskim. Chce stworzyć własne narodowo- katolickie elity. Wyższe moralnie i patriotycznie od skosmopolityzowanych, zeuropeizowanych i zliberalizowanych elit samorządowych związanych z Platformą Obywatelską.
Pan wójt Pcimia Daniel Obajtek miał być odtrutką na prezydentów Szczurka, Karnowskiego, Trzaskowskiego, Zdanowską.
Jego twarz ubrana w modne okulary i osadzona na cokole modnego garnitury miała być wizerunkowo przystojniejszą i bardziej światową nawet od znanego eleganta, kosmopolitycznego liberała, wiceprezydenta Warszawy Pawła Rabieja.

Tak jak pani Beata Szydło, z domu Kusińska, wdarła się do europejskiej polityki z fotela burmistrza Brzeszcze, aby zostać premierem IV PR, eurodeputowaną i przede wszystkim „Królową ludzkich serc”, tak i pan Daniel dostał od Partii, zwącej się dla oszukania wyborców „Prawem i Sprawiedliwością”, niezwykłą życiową szansę.
Sprawdzić się w biznesie. I to tym z najwyższej krajowej półki.

Wcześniej pan Daniel sprawdził się w biznesie lokalnym. Nie miał rodzinnego kapitału kulturowego i finansowego jak jego niektórzy rówieśnicy w kraju i za granica. Aby moc po raz pierwszy pracować na swoim, w branży granulatów, musiał wydymać swego wuja. Dymał go, jak niejeden polski biznesowy Janusz dymał swoich wspólników, niejeden dyma teraz, i niejeden dymać będzie.

Polska nie zna protestanckiej etyki pracy, zna jedynie katolicką, czyli zakłamaną. W Polsce oszukiwanie w biznesie nie przywarą, a czasem nawet jest cnotą. Skoro pan Daniel cwaniurko wydymał wuja, to znaczy, że ma kwalifikacje na prezesa narodowego czempiona, narodowego koncernu paliwowego.
Bo teraz może wydymać Litwina, Ruchala, a może i uda mu się wydymać nawet Dojczmana.

W kaczystowskiej wizji Nowego Ładu mieści się etyka grabienia. Oszukiwania partnera. Sam pan prezes Kaczyński publicznie umawiał się w Krynicy z premierem Orbanem na wydymanie „brukselskiej stajni”. Dla kaczystów nie ważne jest, że kradniesz. Ważne by grabić dla siebie, bo im się to złodziejstwo zwyczajnie należy. Ważne, by dzielić się zagrabionym z katolickim narodem. Zwłaszcza z Polakami najwyższego sorta, czyli elitami PiS.

Stare, ale nadal aktualne polityczne powiedzonka mówią; „Polityk jest jak mucha- łatwo go zabić gazetą”, „Polityk jest jak małpa- im wyżej na palmę wchodzi tym bardziej swą dupę odsłania”, no i „Polski polityk ma politycznych wrogów, śmiertelnych wrogów politycznych i kolegów z partii”.
Pan prezes Obajtek został trafiony gazetą kiedy wspinał się na szczyt politycznej palmy. Kiedy został kandydatem na premiera RP na miejsce pana Morawieckiego. I kiedy zapragnął wejść na rynek mediów.

Kompromitujące pana Objtka nagrania wypłynęły zapewne z prokuratury kontrolowanej przez pana ministra, prokuratora Ziobrę. Ale pewne przez łańcuszek „ludzi dobrej woli” dotarły do „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN. I tym łańcuszkiem uduszono poczętą, lecz jeszcze nie narodzoną, karierę polityczną pana prezesa Daniela.

Kto miał interes w aborcji tak dobrze zapowiadającej się kariery?
Pan premier Morawiecki, bo o jednego silnego kontrkandydata mniej.
Pan minister Ziobro, bo mógł pokazać panu prezesowi, że ma „kompromaty” i może wyskrobać kolejne personalne „nadzieje” pana prezesa Kaczyńskiego. Do tego dochodzi jeszcze zemsta za wyskrobania pana Janusza Kowalskiego z posady wiceministra.
Interes miały też krajowe koncerny medialne, by osłabić pozycję rosnącego magnata medialnego.
I wszyscy inni, którzy chcieli pokazać wszechmocnemu panu prezesowi, że teraz już jednak wszystkiego nie może.

Tak to się bawią elity kaczystowskie w czasie kiedy mamy kolejne nasilenie pandemii, kryzys wielu branż gospodarki, brak poparcia prawicowej większości dla unijnego Funduszu Odbudowy oraz izolację Polski na arenie międzynarodowej.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Daniel „totalna klęska”

– Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie – mówi dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy Daniel „Napoleon” Obajtek dotarł właśnie do swojego Waterloo, czy jak zwykle sprawa taśm PiS-owskich działaczy rozejdzie się po kościach?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Tu sprawa wygląda na bardziej skomplikowaną. Trzeba powiedzieć, że pan Obajtek był znaczącym delfinem na PiS-owskim morzu i lada chwila miał wypłynąć na morza i oceany świata. Może się okazać, że jednak delfiny nie są w stanie pływać w ropie, bo jest to dla nich szkodliwe.

Mówiąc serio, to byłbym zdziwiony, gdyby sprawa taśm pana Obajtka rozeszła się po kościach. Skala tego jest tak duża, nawet jak na PiS, a jesteśmy uwarunkowani na śledzenie różnych nagrań, przecieków, obecna koalicja wygrała na tym przecież wybory. Jednak to, co było na taśmach Sowy, to mały pikuś w stosunku do tego, co tu słychać. Te taśmy są słusznie porównywane do propozycji korupcyjnych pana z SLD z Łodzi, który zamawiał firanki do mercedesa.

Tutaj przyszły premier Obajtek pokazuje, że po pierwsze jego moralność jest pod sporym znakiem zapytania, przejrzystość jego działań jest mocno wątpliwa, też przymioty osobiste tytułują pana Obajtka raczej daleko od ludzi kulturalnych.

Co może zrobić największe wrażenie na wyborcach PiS-u? To, że tak siarczyście przeklinał, że skłamał w sądzie, czy to, że chciał wykończyć firmę wuja?

To jest pytanie za 10 punktów, podobnie jak to, czy PiS-owscy wyborcy w ogóle się o tym dowiedzą.

Na pewno klienci Orlenu nie, bo na stacjach nie można kupić „Gazety Wyborczej”.

Nie oszukujmy się, żyjemy w kraju półcenzuralnym, gdzie jeden ciąg informacyjny kompletnie nie dopuszcza do pewnego typu wiadomości i gdzie grupa ludzi jest kompletnie wyłączona z prawdziwych informacji. Okazało się, że te delikatne przekleństwa u Sowy nie były jakoś strasznie nie do przyjęcia dla ludzi, chociaż pan Marek Belka, prezes NBP, nie powinien nawet prywatnie tak mówić.

Zatem kim jest prezes największej spółki, która przejmuje właśnie media i miał być następcą Mateusza Morawieckiego, a być może nawet prezesa Kaczyńskiego?

Jeżeli to dotrze do wyborców, to może sprawić pewien myślowy kłopot. Być może wiele osób z ludu PiS-owskiego, kiedy się dowie czy dosłucha tego, co mówił pan prezes Obajtek, może być oburzonych tym, jak postępuje z własnym wujem. Nie dość, że go mocno miesza z błotem, przyznam, że dawno nie słyszałem tak obelżywych określeń – to też dużo mówi o relacjach rodzinnych pana Obajtka – to jeszcze chciał wykończyć własnego wuja i to w sposób nieczysty. Niestety na samym końcu jest to, że skłamał, że nie był powiązany ze spółką, kiedy był samorządowcem.

Jak widać, w Polsce odporność na łamanie prawa jest dość duża i PiS przyzwyczaił już nie tylko lub PiS-owski, ale i „żabę polską”, że jest ugotowana.

Jak ocenia pan strategię obrony?

Na razie obrona jest bardzo kiepska. To przedziwne, że nagrania pochodzą z 2009 roku, podobno trafiły do prokuratury w 2016…

…a w 2017 prokuratura Ziobry umorzyła postępowanie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo to, o czym rozmawiamy i wszyscy od rana tłuką, to są emocje. A w tle jest gra na zimno, stawiam, że Zbigniewa Ziobry, który doszedł do wniosku, że dość już lansowania pana Obajtka i trzeba to ukrócić; dlatego pojawiły się taśmy.

Pana zdaniem to z obozu Zjednoczonej Prawicy wyszły taśmy?

Absolutnie tak. Jeżeli coś wpada do prokuratury i pan Święczkowski albo Ziobro tego nie chcą, to przepada na wieki. Oczywiście można opowiadać bajki, że nie wiadomo, co, kto i gdzie, ale gdyby miały nie wyciec, to tak by się stało.

Przypomnijmy, że Zjednoczona Prawica akurat ma doskonale opanowany ten element marketingu, oczywiście mówię to ironiczne – czyli zabijanie przeciwników taśmą. Podejrzewam, że jutro wszystkie prawicowe tygodniki, gazety i portale będą krytykować pana Obajtka, jak można tak postępować i posługiwać się takim językiem. Niestety, to tragiczne dla nas wszystkich, bo menedżer namaszczony przez króla Polski Jarosława okazał się dyskusyjny pod względem moralnym i wizerunkowym. Skoro ten jest tym najlepszym, tym najbardziej skutecznym, to jaki jest ten średni? Daniel „wszystko mogę” Obajtek przeistoczył się w Daniel „totalna klęska” Obajtek.
Moim zdaniem to jest nie do obrony, choć nie takie obrony już się widywało. Pytanie, co jest jeszcze, bo na razie ten atak był bezpardonowy.
Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu PAP, w którym dyskredytuje „GW”, a to oznacza, że wiedział, że czeka go bomba. Wiele można mu zarzucić, ale nie to, że jest zdziecinniały; musiał wiedzieć, że ta sprawa nie rozejdzie się po kościach. Oczywiście możliwy jest też scenariusz, że ktoś niezależny, kto ostał się w prokuraturze, zabrał do domu taśmy Obajtka i z własnej „szafy Lesiaka” wyciągnął właśnie teraz taśmy. Ciekawe będzie teraz, na kogo postawi reszta prawicowych mediów: czy na Ziobrę, czy na Kaczyńskiego.

Co powinno się teraz stać z prezesem Orlenu?

W takiej sytuacji pan prezes Obajtek powinien być natychmiast zdymisjonowany z zarządzania koncernem Orlen, a po drugie powinna się temu przyjrzeć prokuratura i CBA.

Na pewno taka osoba nie powinna zarządzać największym koncernem tej części Europy.

Zobaczymy, na co zdecyduje się prezes Kaczyński. Pamiętajmy, że podziały w Zjednoczonej Prawicy idą dwutorowo.

Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie. Tego nie da się już rozbroić, można tylko zdetonować na poligonie w kordonie sanitarnym albo on wybuchnie w kuchni i pourywa wszystkim w pobliżu nogi i ręce.

Ale trzeba przyznać, że do tej pory Daniel Obajek miał bardzo dobrą strategię i świetny PR.

Kariera Obajtka przypomina na swój sposób karierę Nikodema Dyzmy. Tylko to kolejny Dyzma już w następnym pokoleniu…

Wróćmy do wywiadu prezesa dla PAP. Co można z niego wyczytać?

Ten wywiad ma wszelkie znamiona uderzenia wyprzedzającego – jest skierowany ewidentnie do członków Zjednoczonej Prawicy wszelkiej maści i jasno wynika z niego, że prezes boi się i jest trochę pod ścianą, bo wszystko zaczyna mu się walić.

Mocny człowiek nie idzie do mediów i nie skarży się. Prezes nawet wraca do czasów opozycji, która „nic nie robiła”. To trochę żenujące, bo PiS rządzi od 6 lat i wyciąganie tego kotleta z bułki jest bez sensu, bo to już inny kotlet, inna bułka i inna restauracja.

Prezes najprawdopodobniej traci kontrolę nad tym, co się dzieje, i próbuje teraz groźbą zapanować nad swoimi wyznawcami na zasadzie „ten, kto głosuje przeciwko nam, głosuje przeciwko Polsce”.

„Każdy, kto rozbija Zjednoczoną Prawicę, działa przeciwko Polsce” – mówi prezes. To groźba kierowana do koalicjantów?

To wielkie słowa, natomiast szef partii czy całego ugrupowania prawicy Kaczyński nie musi udzielać takich wywiadów, aby uratować Daniela „wszystko mogę” Obajtka. Zaczyna się zatem coś dziać i być może okaże się, że Jarosław „niewiele już mogę” Kaczyński nie uratuje pana Obajtka.

Nowy, wspaniały orlenowski ład

Kiedy widzisz, że po ulicy idzie bandzior i wali po kolei w pysk przechodniów, jeden po drugim, wiedz, że jeśli nie zareagujesz, prędzej czy później uderzy też ciebie. Może nieco lżej, bo się już zmęczy, albo nie trafi czysto i cios nie wyrządzi wielkiej krzywdy. Na pewno jednak zaboli. Bandzior ma wprawę w biciu. Nie mów jednak, że nic się nie stało, bo akurat tobie nie dzieje się krzywda. Krzycz ile sił, że biją. Bo następny do bicia możesz być Ty.

Nawet, jeśli jeszcze nie podpadłeś. Nawet, jeśli bandzior jest daleko. Nawet jeśli wiesz, że po ciosie się podniesiesz. Krzycz, że to zwykła granda, bić tak ludzi w biały dzień, bo masz obowiązek reagować na niesprawiedliwość skrytą pod drelichem prawa. Inna rzecz, jak bardzo Twój krzyk wystraszy bandziora. I czy w ogóle.

No właśnie; piszę te słowa po środowym manifeście mediów komercyjnych i sam trochę nie dowierzam w jego zbawczy sens. Że krzyk środowiska, niemy krzyk, sugestywny i wymowny, cokolwiek da. Jeśli pustki w budżecie są istotnie tak duże, a zapewne są, to, moim zdaniem, rządzący się nie ugną. Śmiem wątpić, czy i tym razem ulegną przed Amerykanami, kiedy ambasador USA z nadania Bidena wezwie Morawieckiego na dywanik. Nasi chłopcy doskonale wiedzą, że z nową administracją niewiele ugrają, i że umizgi w ich stronę-czytaj: wiemy, kto jest właścicielem TVN-u, dlatego nie bijemy go po kieszeni, na nic się tu zdadzą. A jeśli nie, trzeba ciąć równo z trawą. I tu jest największa przewina pisowczyków. Że pod przykrywką golenia owiec tłustych, co akurat specjalnie mi nie przeszkadza, zarżną na śmierć chabety i chudziny, na których już dziś wiszą sama skóra i kości. Mam tu na myśli choćby prasę lokalną, która nie wpadła jeszcze w ręce Orlenu albo innego, dużego wydawcy. Lokalne tygodniki, dwutygodniki, miesięczniki społeczno-kulturalne, których i tak już pozostało na rynku tyle, co kot napłakał. Nie dość że ledwo zipią, bo przychody reklamowe od stałych zleceniodawców pozwalają im przekulać się z miesiąca na miesiąc, teraz będą musieli oddać Państwu kolejne myto, bo żarłocznej i nienasyconej wiecznie bestii ciągle mało. A duzi gracze? Myślicie, że na kim odbiją sobie straty po podatku? Nie wierzcie, że ucierpią „Wasze ulubione programy”, na które nie będzie pieniędzy. Milionerzy dalej będą wygrywać, a Magda Gessler nadal będzie wzniecać rewolucje, podobnie jak Wojewódzki śmieszyć i tumanić, bo żaden wydawca z głową na karku nie pozwoli zarżnąć sobie kury znoszącej złote jaja. Utnie się, jak to u nas, na szarych pracownikach. Zwolni się po jednym, dwóch ludzi z każdego działu, a ich obowiązki przekaże pozostałym szczęśliwcom. Zawsze się tak robiło, to czemu i nie tym razem. Zarząd się wyżywi, spokojnie. Proponowane przez rząd kierunki i powoływanie się choćby na francuskie przykłady opodatkowania gigantów medialnych, trochę rozmijają się ze stanem faktycznym. Najwięksi, czyli np. Facebook, YouTube itd. i ta dostaną mniejsze myto, per saldo, niźli mniejsi i jeszcze mniejsi.

Nie ma pisowska władza wstydu za grosz. Dotuje publicznego nadawcę państwowymi pieniędzmi, większymi niż Owsiak zdołał zebrać przez 20 lat ze swoją Orkiestrą, i bezczelnie, jak złodziej, wydziera w tym samym czasie, prywaciarzom ich zyski, które ci wypracowali sobie na wolnym rynku. Bo zasadą działania prywatnego nadawcy; dużego, małego, tradycyjnego, internetowego czy każdego innego, jest właśnie zysk. Działając w ramach obowiązujących przepisów, nadawca chce zarabiać pieniądze. Tak jak partia polityczna dąży do tego, żeby wszystkimi możliwymi, legalnymi sposobami, zdobyć i utrzymać władzę. Nie ma w tym żadnej wielkiej filozofii. Rząd tymczasem robi klasyczny pull up, jak w dancehallu, zaciąga hamulec i oświadcza: nasze państwo, nasze przepisy i nasze pieniądze, a przynajmniej ich część. Owszem, jesteście prywaciarzami, ale zarabiacie na polskiej ziemi, trzeba się podziałkować. A kiedy im nadawcy mówią, że już oddają co należne władzy, ta oświadcza, że gdzie indziej oddają jeszcze więcej, więc niech się cieszą, że nie mają do oddania jak na Zachodzie, tylko jakieś marne, polskie grosze. Czytałem niedawno wypowiedź tzw. eksperta z rynku mieszkaniowego, który wieszczył na łamach jednej z gazet, że w Polsce i tak jest bardzo dobrze i bardzo tanio, bo w Singapurze albo w Bangkoku, metr mieszkania kosztuje 100-120 tys. zł a w Warszawie tylko 20 tys. Tego rodzaju więc jest to retoryka. Bo bogaty ma, to trzeba mu zabrać. Być może i bogaty ma. Być może należałoby się zastanowić, czy nie powinien dawać więcej. Tylko z głową. Pomyśleć, żeby nie wrzucić do jednego wora wszystkich małych, który domiar zmiecie z rynku.

Tymczasem, takie a nie inne postawienie sprawy przez rząd, każe poważnie się zastanowić, jakie są jego prawdziwe intencje. Czy nie idzie czasem o to, żeby w polsko-orlenowskich kioskach sprzedawana była tylko polsko-orlenowska prasa, a w radiu leciał jeden, właściwy przekaz przy akompaniamencie Jana Pietrzaka i Contra Mundum. O tempora, o mores!

Interes życia Daniela Obajtka

Bardzo lubię, kiedy mogę pisać o tym, na czym się znam. Nie zdarza się to znowu zbyt często. Po pierwsze dlatego, że zaiste, nie znam się zbyt dobrze na zbyt wielu rzeczach. Przyzwoicie, to może na kilku. Nawet kranu sam w chałupie nie zreperuję, bo się boję, że jeszcze bardziej zepsuję. Średnio znam się np. na piłce nożnej. Ale to tak, jak u nas każdy. W większości znam się na wszystkim tak sobie. A po wtóre i ostatnie, nie lubię się mądrzyć. Że wiem, kiedy nie wiem. Ale w tym wypadku akurat wiem.

Rząd, pieniędzmi Orlenu, zakupił dzienniki regionalne od Polska Presse. Formanie oczywiście rząd nie ma z tym nic wspólnego. Ot, spółka skarbu państwa chciała kupić medialną grupę z portfolio prasy regionalnej. Trafił się sprzedający. Uzgodniono cenę. Podaż spotkała się z popytem. Wolny rynek zadziałał. Przy okazji załatwiono za jednym zamachem sprawę repolonizacji mediów, zapowiadaną przez Wielkiego Stratega jeszcze przed wyborami, bo tak się szczęśliwie złożyło, że sprzedającymi byli Niemcy, więc lepiej trafić się nie dało. I cena przy okazji okazyjna, bo raptem sto milionów z ogonkiem, kiedy jeszcze parę lat temu, wyceniano wartość grupy na grubo ponad 300. Inna rzecz, że od tamtego czasu czasy się nam zmieniły. Z roku na rok spada sprzedaż prasy drukowanej. Tej regionalnej i lokalnej spada w zastraszającym tempie. Dość powiedzieć, że najlepiej sprzedający się lokalny tygodnik, ma dziś nakład rzędu niecałych 20 tysięcy, co i tak jest bardzo dobrym wynikiem. Trend ów, tj. odwrotu od papieru, jest nie do zatrzymania, niestety. Oczywiście, pogłoski o śmierci tradycyjnej prasy są na razie cokolwiek przedwczesne, ale ucieczki od cyfryzacji nie ma i być nie może. Za daleko to wszystko zaszło. Zdają sobie z tego sprawę i Niemcy z Verlagsgruppe Passau, którzy opchnęli swój deficytowy towar bez specjalnego sentymentu, bo z każdym dniem traciłby tylko na wartości, więc jak trafił się kupiec, trzeba było interes sprzedać, żeby z nim nie zostać, jak, nie przymierzając, Himilsbach z angielskim. W tym sensie umowna repolonizacja może się okazać kolejnym przykładem na to, jak polska myśl ekonomiczna góruje nad Niderlandami, które uprzednio sprzedała taniej, żeby kupić drożej. Tak czy owak, na naszym umiłowaniu ojczyzny i ojczystego języka zarobili Niemcy.

Marek Belka straszy, że nie będzie tankował na Orlenie. Stać go. Może lać na BP i to nawet tą droższą wahę. Orlen nie specjalnie też zbiednieje, kiedy 120 milionów rozejdzie mu się w budżecie rocznym. Nie specjalnie też na gazetach regionalnych zarobi, bo jako się rzekło, nawet przy inwestycjach i chodliwych tematach, sprzedaż gazet będzie się kurczyć, a rozwój serwisów internetowych z lokalną informacją jest u nas w powijakach. Zupełnie przeciwnie niż np. w Ameryce, gdzie lokalne portale informacyjne, zyskują kosztem prasy ogólnokrajowej. To jednak temat na osobny tekst, a póki co publikujemy na papierze, który…nie jest z gumy, tylko z makulatury. Po co więc kupił Orlen regionalne gazety? Oficjalnie po to, żeby była synergia z „Ruchem” i żeby rozwijać narzędzia Big Data, czyli zarządzać szczelniej danym potencjalnych klientów, ale to bujda na resorach, bo za wszystko mógł zapłacić, tak jak robił to do tej pory, wyspecjalizowanym agencjom. Kupił, bo tak kazał mu jego Pan. A kazał, ponieważ repolonizacja mediów idzie opornie. Ustawowo się nie da, bo się pokapują. Poza tym ambasadorka USA pogroziła już jakiś czas temu palcem, i nawet przy zmianie na fotelu prezydenta w Ameryce, nikt w Stanach nie zgodzi się, żeby włos z głowy spadł jego chłopcom, którzy kupili sobie u nas telewizję. Skoro nie da się na legalu, zastosowano więc znany i sprawdzony model putinowsko-orbanowski; firmy państwowe będą przejmować pojedynczo lub całymi grupami, media małe i duże, żeby te dobrze pisały i mówiły o władzy. Tylko o to w tym chodzi i nie dajcie sobie Państwo wmówić, że jest inaczej. Odbyt zawsze będzie z tyłu, choćby najtęższy umysł przekonywał Was, że jest inaczej. Inna sprawa, czy sprawdzi się pogląd, że po zakupie przez Orlen regionalnych dzienników, ucierpi radykalnie nasze dziennikarstwo i poziom wysycenia demokracją, zwłaszcza w małych, lokalnych ojczyznach i ojczyzenkach. Bo, umówmy się. Kapitał ma znaczenie i narodowość.
Nie dziwię się wcale, że dziennikarze z tytułów które przejął Orlen, nie biją na alarm, że kończy się ich niezależność, bo ktoś zakłada im kaganiec na prawdę i na o prawdzie pisanie. Żeby go nałożyć, prędzej musiałby go z nich zdjąć. A kaganiec ubierany był od lat, przez różnych, na różne sposoby. Zazwyczaj wykuty był z żywej gotówki: marek, euro, franków, złotówek. Różnie. Oczywiście, nikt pod nazwiskiem nie potwierdzi, ale to, że niezależności, zwłaszcza w dawnych wojewódzkich tytułach, a w powiatowych to już w ogóle, jest w dziennikarstwie tyle, co kot napłakał, najlepiej powie Wam burmistrz czy wójt, który ogłoszeniami magistratu decyduje o być albo nie być lokalnej redakcji. Od kiedy wszedł pod strzechy szerokopasmowy internet, a po gazety i czasopisma zaczęto sięgać coraz rzadziej, władza w interiorze pokapowała się, że żeby trzymać za ryj czwartą władzę, wystarczy odpowiednio dozować kurek z publiczną kasą. Tam, gdzie inwestor był zachodni, też specjalnie się nim nie przejmowano, zwłaszcza przy malejących w oczach nakładach, bo kto tam czyta, co napisze jeden z drugim. I tak się ten kołowrotek u nas kręci od lat. Jeszcze nie nowy i cyfrowy, ale jeszcze nie do końca spróchniały, choć mocno już wysłużony. A że posłuży jeszcze parę lat, to czemu by nie skorzystać. Przed wyborami. Zwłaszcza za takie pieniądze.

Z deszczu pod rynnę

Parę słów o zakupie prasy lokalnej przez ORLEN.

PiS twierdzi, że media pozostające we władaniu zagranicznego kapitału reprezentują obce Polsce interesy i swoimi działaniami mogą wpływać na ograniczenie suwerenności. Dodatkowo obcy kapitał realizuje zyski wyprowadzane z Polski. Jeżeli nawet przyjąć, że w tych stwierdzeniach jest pewna logika, to w porównaniu do zakupu przez Orlen spółki Polska Press od zagranicznego (głównie niemieckiego ) właściciela jest to zamiana niedogodności związanych z przebywaniem pod umiarkowanym deszczem na poważne skutki znalezienia się pod strumieniem z uszkodzonej rynny przy obfitym deszczu.

Rozpatrzę dwa aspekty tej transakcji.

Po pierwsze chęć sprzedaży tej spółki przez firmę Passauer Press znana była od dłuższego czasu, a podstawową przyczyną były niewielkie zyski jakie przynosi prasa regionalna, borykająca się z szeregiem problemów lokalnych, brakiem chętnych na wysoko opłacane reklamy i niewielką ilością płacących czytelników.

Model biznesowy zaprezentowany prze Pana Obajtka budzi zdziwienie i po bliższym przyjrzeniu można go uznać za śmiechu warty. Przejęcie prasy regionalnej przez Orlen nie spowoduje wzrostu płatnego czytelnictwa, nie będzie też skutkował napływem reklam od podmiotów prywatnych, nie spowoduje więc wzrostu zysków .Koszty reklam umieszczanych w mediach lokalnych przez Orlen lub inne spółki Skarbu Państwa to zmniejszenie ich zysku, z którego znaczna część zasila budżet państwa. Oznacza to wzrost zapotrzebowania na podatki płacone przez Obywateli. Reasumując, za realizację tego modelu biznesowego zapłaci społeczeństwo i to ono kupiło prasę lokalną.

Na marginesie trzeba dodać, że deklarowane przez pana Obajtka, zmniejszenie kosztów umieszczania reklam w tych mediach jest pustym frazesem, bo dotychczas jako wyjątki można odnotować reklamowanie produktów Orlenu w mediach regionalnych.

Nie zauważyłem aby ten aspekt zakupu był szeroko zauważany w komentarzach.

Szeroko komentowany jest inny aspekt przejęcia mediów regionalnych. Powstaje uzasadniona obawa, że to przejęcie spowoduje nacisk polityczny na redaktorów mediów lokalnych do prezentowania poglądów bliskich Zjednoczonej Prawicy, uzupełniając w ten sposób machinę propagandową obecną w mediach publicznych, niesłusznie zwanych narodowymi. Media te nie w coraz mniejszym stopniu reprezentują poglądy większości narodu.
Sprytną zagrywką poprzez zakup prasy regionalnej przez Orlen, a nie bezpośrednio przez państwo, ukryto, wzbudzające sprzeciw finansowanie PiS z budżetu.

Media regionalne są potrzebne, ale muszą one być niezależne od polityków i umożliwiać obiektywne informowanie społeczeństwa o wydarzeniach regionalnych, sukcesach, ale i aferach dziejących się na tym podwórku, a także umożliwiać swobodne wypowiadanie się społeczeństwa lokalnego.
To jeden z podstawowych warunków istnienia lokalnej samorządności.
Media te wymagają finansowego wsparcia rządowego i samorządowego, ale nie w formie własności lecz subwencji i grantów.

Gdyby zakup spółki Press Polska miał temu służyć, to można by było przyklasnąć tej transakcji, niestety pozostaje to na razie w sferze postulatów socjalistów.

Przy okazji można się spytać Platformy Obywatelskiej, co zrobi z własnością prasy regionalnej, po ewentualnym dojściu do władzy. Czy uzna ją za ważne narzędzie samorządności, do której przywiązanie deklaruje, czy też w myśl neoliberalnych ideałów sprzeda prywatnemu kapitałowi, być może też zagranicznemu.

Pod patriotyczną przykrywką

Na PiS „polonizacji” najszybciej zarobią Niemcy.
PKN Orlen ogłosił zamiar kupna wydawnictwa prasowo- internetowego Polska Press należącego do niemieckiego koncernu Verlagsgruppe Passau. Dzięki transakcji za przynajmniej 120 milionów złotych Polski Koncern Naftowy stanie się solidnym graczem na rynku krajowych mediów.
Do grupy Polska Press należy bowiem ponad 20 dzienników regionalnych, a także prawie 150 tygodników lokalnych oraz bezpłatna gazeta „Naszemiasto.pl”. Firma wydaje też szereg serwisów internetowych i portale poszczególnych tytułów prasowych.
Dodatkowo Polska Press posiada sześć drukarni prasowych. Jeśli dodamy do tego sieć kolporterską „Ruch”, którą już kontroluje PKN Orlen oraz rozbudowywaną firmę reklamową Dom Mediowy Sigma Bis, to w przyszłym roku z posiadanych zasobów można stworzyć w koncernie naftowym solidny koncern medialny.
Repolonizacja
Większość polskich medioznawców i dziennikarzy komentujących ten zakup podkreśla przede wszystkim jego polityczne tło.
Kupno Polska Press przez kontrolowaną przez rząd giełdową spółkę to realizacja długo zapowiadanej przez elity PiS „repolonizacji” mediów. Przejęcie kontroli nad mediami obsługującymi rynki lokalne można też uznać za początek samorządowej kampanii wyborczej. Zwłaszcza w województwach gdzie rządzą koalicje PO- PSL i w miastach gdzie wybrano prezydentów niechętnych Zjednoczonej Prawicy.Tam posiadane przez PKN Orlen media mogą się szybko zradykalizować i stać się „totalną opozycją”.
To oznacza wykorzystanie kupionych tytułów przede wszystkim do utwardzania swojego elektoratu, a nie zdobywanie nowego. Oraz toporną propagandę, która działa tylko na pewną grupę.To będzie też kolejny etap do orbanizacji. Czy się powiedzie? Sądząc po ostatnich latach nic, w politycznym układzie się nie zmieni. Wiele się za to zmieni dla dziennikarzy. Kręgosłupy będą trzeszczeć. Inaczej patrzy na to Sławomir Jastrzębowski były szef „Super Expressu, obecnie udziałowiec słynnej dziś agencji R4S, tej Adama Hofmana.
„Na kluczowych, managerskich stanowiskach należy spodziewać się zmian, to jest normalna droga. Tytuły mogą zostać poważnie doinwestowane. Od kilku lat inwestycje się raczej zwijały, a Polska Press pozbywała się niektórych części majątku. Należy spodziewać się więc teraz poważnych inwestycji. Pracowałem w Polska Press – wiem, że jest tam bardzo wielu wartościowych dziennikarzy. Nie sądzę, żeby zmiana optyki politycznej sprawiła, iż przestaną mieć nagle swoje poglądy i nie będą pisać zgodnie z własnym sumieniem. Tak nie będzie.” – uspokaja.
Kolejna polsko- polska
Kupno niemieckiego wydawnictwa wiąże się dla Orlenu z ryzykiem finansowym. Zyski z wydawnictw prasowych w Polska Press od kilku lat systematycznie spadały, a spodziewane zyski z portali internetowych nie przychodziły. Dlatego zagraniczny wydawca nie był zainteresowany w rozwoju polskich lokalnych mediów. Lata jego łatwych zysków minęły, aby je teraz zwiększać należałoby dokonać wielu kosztownych inwestycji. Tego właściciele nie chcieli.
Od kilku lat Polska Press była wystawiona na sprzedaż, ale nie było chętnych na taki ryzykowny projekt biznesowy. Kontrolowany przez PiS PKN Orlen, obracający finansami swych prywatnych giełdowych akcjonariuszy i pieniędzmi polskich podatników, może dosypać kolejne setki milionów aby poprawić atrakcyjność posiadanych gazet i portali internetowych. Uczynić z nich sprawny oręż w najbliższych kampaniach wyborczych. Tylko dlaczego ma to czynić za pieniądze polskich podatników, również pieniądze przeciwników politycznych PiS? Wchodząc na rynek medialny PKN Orlen szybko stanie do konkurencji z innymi wydawcami lokalnych mediów. Będzie uprzywilejowany w stosunku do nich, bo będzie dysponował sporą pulą pieniędzy podatków. Posiadając duży dom medialny łatwiej będzie mógł pozyskiwać reklamy dla swoich mediów. Dodatkowo posiadając sześć drukarni prasowych będzie mógł walczyć z konkurencją na innym polu. Swoje tytuły drukować tanio, obce już drożej.
Podobnie będzie mógł czynić kontrolując dużą firmę dystrybucji prasowej Ruch. Jeśli dodamy to tego sprzedaż prasy na orlenowskich stacjach benzynowych i w „sojuszniczych” placówkach Poczty Polskiej, to pozostałej polskiej, lecz nie związanej z PiS, prasie lokalnej będzie coraz trudniej. Zwłaszcza kiedy konkurencja na rynku prasowym przerodzi się w kolejną wojnę polsko- polską.
Przestroga dla lewicy
Wiele razy apelowałem do wybitnych liderów i parlamentarzystów lewicy. Aby promowali istniejące media lewicowe i wspierali je materialni. I te uważane za nowoczesne, czyli portale internetowe, i te tradycyjne, lekceważone niesłusznie, czyli wydawnictwa prasowe.
Jeśli dojdzie do eskalacji medialnej wojny polsko-polskiej, a po zakupach Orlenu takiej można się spodziewać, to lewica znowu wyląduje na pozycji petenta mediów liberalnych.
Będzie zapewne wtedy miała jakiś dostęp do mediów informacyjnych. Ale o kształtowaniu opinii publicznej, o pełnoprawnych uczestnictwie w debatach publicznych mowy już nie będzie.
Niektórzy komentatorzy polityczni uważają, że nowy koncern medialny nie będzie takim wielkim zagrożeniem. Bo za trzy lata PiS straci władzę. Wtedy utraci też kontrolę nad KPN Orlen i jego mediami. Wtedy nastąpi czas dePiSyzacji mediów. Ale przecież zanim PiS utraci władzę to KPN Orlen może zdążyć sprzedać najbardziej zyskowne media, drukarnie, firmy handlowe. Kupią je zapewne związani z PiS biznesmeni lub politycy, którzy „będą chcieli się sprawdzić w biznesie”. Korzystne kredyty na takie zakupy otrzymają w bankach, które rząd PiS zrepolonizował, i teraz kontroluje.
W ten sposób, za pieniądze wszystkich polskich podatników, powstanie oligarchia PiS.
Morał
W 1990 roku zwycięska polska prawica przejęła media należące do PZPR. Pod przykrywką oddania Polakom to co im „komuna” ukradła.
Potraktowała te media jak mienie pożydowskie. Podzieliła się prasowymi tytułami. Ówczesne Porozumienie Centrum, partia Jarosława Kaczyńskiego dostała w ramach podziału gazetę „Super Express”. Oraz drukarnię i działkę przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie. Gazeta upadła, drukarnię sprzedano. Najbardziej wartościową okazała się działka. Stała się początkiem imperium finansowego pana prezesa Kaczyńskiego i jego drużyny.
Prasę lokalną w 1990 roku przekazano za darmo na własność NSZZ” Solidarność”, akcjonariuszom pracowniczym, a francuskim wydawcom sprzedano 1/3 udziałów w tak powstałych spółkach. Potem zagraniczni wydawcy odkupili pracownicze akcje od dziennikarzy, bo dziennikarze byli biedni. Potem odkupili akcje od NSZZ ”Solidarnosci”, bo związkowcy zamarzyli o zostaniu politykami i w 1997 roku potrzebowali kasy na wybory parlamentarne. A potem francuscy wydawcy sprzedali swe udziały wydawcom niemieckim.
Teraz prominenci PiS za pieniądze polskich podatników odkupią to co w 1990 roku ukradła obywatelom polskim polska prawica i NZSS” Solidarność”. Aby oddać to potem swoim nowych oligarchom. Pod przykrywką repolonizacji.
Historia pokazuje że do tej pory najlepiej na takich „repolonizacjach” zarobili wydawcy francuscy i niemieccy.

Gospodarka 48 godzin

Bez równowagi

Ministerstwo Finansów poinformowało, że deficyt budżetowy na koniec lipca 2020 r. wyniósł 16,3 mld zł. W okresie styczeń – lipiec dochody budżetu osiągnęły 235,8 mld zł, a wydatki 252,1 mld zł. W opinii przedstawicieli rządu lipiec pokazał, że polska gospodarka zaczyna wychodzić ze spowolnienia, o czym świadczy zwłaszcza dobre wykonanie dochodów z VAT. W okresie styczeń – lipiec br. wpływy z VAT były o 6,5 mld zł mniejsze, niż w tym samym okresie ubiegłego roku, ale w samym lipcu już o 1,7 mld większe w porównaniu z lipcem 2019 r.

Bierni i aktywni

Jak pokazuje Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności, w Polsce na koniec IV kwartału 2019 r. było 13,3 mln osób biernych zawodowo w wieku 15 lat i więcej. Największą część z nich, bo 56,2 proc. stanowiły osoby, które nie podejmowały pracy z powodu przebywania na emeryturze. Kolejnymi przyczynami bierności były nauka i uzupełnianie kwalifikacji (15,8 proc.), obowiązki rodzinne (13,7 proc.) oraz choroba i niepełnosprawność (11,5 proc.). Natomiast wśród osób w wieku produkcyjnym (18 — 59/64 lata) głównymi przyczynami bierności zawodowej były obowiązki rodzinne (34,1 proc.), spoczywające w Polsce głównie na kobietach. W wyjściu ze stanu bierności zawodowej teoretycznie powinny pomagać aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. W ciągu 2019 r. skorzystało z nich zaledwie 43,7 tys. osób, podejmując zatrudnienie przy pracach interwencyjnych i robotach publicznych (często przybierających formę aż nadto częstego koszenia trawników miejskich). Ponadto, 34,2 tys. osób rozpoczęło szkolenie, a aż 101,7 tys. staże u pracodawców (stanowiąc tanią, okresową siłe roboczą).

Orlen bliżej Lotosu

PKN Orlen podpisał ze Skarbem Państwa porozumienie w sprawie nabycia akcji grupy Lotos. Nie jest to jeszcze transakcja kupna akcji Lotosu od Skarbu Państwa. Porozumienie zbliża jednak PKN Orlen do przejęcia kontroli nad Lotosem. Ma ono formę zbliżoną do listu intencyjnego (aczkolwiek formalny list intencyjny podpisano już w 2018 r.) – bo obie strony potwierdziły zamiar przeprowadzenia transakcji kupna akcji oraz zapowiedziały prowadzenie rozmów w celu dopracowania jej szczegółów. Najważniejszym elementem porozumienia jest zapis o konieczności spełnienia warunków, od których Komisja Europejska uzależniła zgodę na tę fuzję. Orlen będzie musiał przekazać część swego potencjału innemu konkurentowi, co ma zapobiec w zdobyciu dominującej pozycji na polskim rynku przez koncern powstały w wyniku wchłonięcia Lotosu. Przy okazji prezes Orlenu Daniel Obajtek powtórzył kilka sloganów o pożytkach z powstania jednego silnego państwowego koncernu. Oprócz Orlenu i Lotosu ma należeć do niego także Energa i PGNiG, a koncentracja powinna służyć zarówno rozwojowi tych firm, jak i bezpieczeństwu energetycznemu Polski. Tak silny podmiot gospodarczy będzie miał bowiem większe możliwości inwestycyjne i mocniejszą pozycję negocjacyjną. Jak stwierdza oświadczenie PKN Orlen, strategicznym celem tej transakcji jest budowa silnego koncernu multienergetycznego, odpornego na zmienne otoczenie makroekonomiczne oraz zdolnego do realizacji ważnych inwestycji rozwojowych, wpisujących się w założenia transformacji energetycznej.