Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.

Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Pożegnanie Janusza Kasprzyckiego

W poniedziałek pożegnamy Janusza Kasprzyckiego. Mego przyjaciela z tygodnika „Nie”. Wielce zacnego, którego liczne zasługi przypominali w nekrologach w „Trybunie” liczni jego przyjaciele. Ja zaś do końca dni swoich będę pamiętał jeszcze jeden, jakże zacny, przymiot Janusza, o którym dotąd nie wspominano.
Otóż Janusz był mistrzem tradycyjnej sztuki popularnie zwalanej „świntuszeniem”. Nikt tak subtelnie, dyskretnie, erudycyjnie i głęboko nie „świntuszył” w naszym zakłamanym i pełnym hipokryzji kraju, jak On.
Wybacz mi Janusz, że piszę o tym dopiero teraz, ale dziś już nikt Ci też za to głowy nie urwie.
Cześć twojej pamięci!

Pamięć na taśmie czy taśma na pamięci?

Od czasu „Filmowej pop-historii” Rafała Marszałka wydanej w 1984 roku, a więc już 34 lata temu, nie ukazała się żadna synteza poświęcona gatunkowi kina historycznego, w szczególności polskiego filmu historycznego, co warto odnotować tym bardziej, że tamta pozycja była kinu narodowemu poświęcona tylko w części.

Upływ tak długiego i brzemiennego w przemiany czasu całkowicie uzasadnia więc podjęcie tematyki gatunkowego filmu historycznego, która zazwyczaj traktowana jest przez krytyków i filmoznawców dość po macoszemu, bo choć autor pracy o której będzie mowa, Maciej Biełous przytacza nader obfitą bibliografię, to składa się ona z pozycji podejmujących tematykę raczej wąsko i detalicznie (jeśli nie liczyć przytaczanych generalnych syntez w rodzaju „Historii kina polskiego” Tadeusza Lubelskiego) i nie sposób znaleźć wśród nich syntezy podobnej zakresem do tej, której podjął się autor „Społecznej struktury filmów historycznych”. Nieprzypadkowo skądinąd w tytule pracy znalazło się określenie „społeczna struktura”, jako że autor jest przede wszystkim socjologiem i z tego właśnie badawczego punktu widzenia postrzega polskie kino historyczne. Jednak taka synteza jest potrzebna z jednego jeszcze powodu. Dopiero bowiem w ostatniej dekadzie pojawiło się nowe spojrzenie na film historyczny jako na funkcję pamięci zbiorowej i jako efekt świadomej polityki pamięci, w każdym razie w takim sensie w jakim się je obecnie rozumie, inaczej niż w PRL i inaczej niż w II Rzeczypospolitej.

Pojęcia „pamięci historycznej” i „polityki historycznej”, odnoszące się do procesów świadomego formowania zbiorowej pamięci w dużym stopniu wyparły, może nie z uniwersyteckich wydziałów historii, ale ze zbiorowej percepcji funkcję historii, a w ślad za tym filmu historycznego, jako procesu poszukiwania i badania obiektywnej (na ile to możliwe) prawdy o przeszłości a zastąpiły ją doktryną i praktyką urabiania przeszłości na potrzeby współczesności. Można by rzecz – nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem), ale w każdej epoce politycznej wygląda to nieco inaczej. Ten brak entuzjazmu dla podejmowania tematyki filmu historycznego bierze się zabawne z wielu powodów, a jednym z nich jest niechybnie dwudyscyplinarność problematyki kina historycznego. Żeby rzetelnie je ocenić na poziomie wiedzy naukowej, trzeba by, będąc krytykiem czy filmoznawcą być jednocześnie historykiem i odwrotnie, a to się rzadko zdarza. Widać to choćby po tym, że napisania dzieła, o którym mowa podjął się nie historyk, a socjolog z wyposażeniem filmoznawczym. Maciej Biełous nie zawahał się podjąć tej tematyki z prawdziwym, odważnym chronologicznym rozmachem, bo zacząwszy od „Obrony Częstochowy” Edwarda Puchalskiego z 1913 roku kończy aż w naszych dniach, niemal dosłownie, bo na „Smoleńsku” Antoniego Krauze (2016). Słusznie przy tym zrezygnował z formy eseju na rzecz chronologicznego wykładu, który rozpoczyna od definicji podstawowych pojęć i kategorii, takich jak „film historyczny”, „pamięć zbiorowa”, „polityka pamięci”, czy „społeczny charakter kinematografii”, odwołując się przy tym w swoich analizach do teoriiPierre’a Bourdieu w odniesieniu do kinematografii. W kolejnych trzech częściach auto zarysował dzieje gatunku filmu historycznego w polskiej kinematografii od najwcześniejszych początków do dziś, sposób ujmowania w tego rodzaju filmach takich kwestii, jak zwycięstwo a klęska, Kościół i religijność, a także poszczególne kategorie ludzkie, jak robotnicy, chłopi, wielcy przywódcy, Żydzi i Polacy, Niemcy i Rosjanie, a także kobiety w aspekcie fenomenu kobiecości. Przeanalizował też charakter odbioru filmów historycznych przez widzów. W podsumowaniu swojej pracy autor stwierdził: „starałem się przybliżyć produkcję filmów historycznych jako efekt działań poszczególnych twórców znajdujących się w polu produkcji filmowej, zajmujących określone pozycje względem siebie czy względem pola władzy. Starałem się również pokazać, że filmy historyczne nie tylko odtwarzają przeszłe epoki i wydarzenia, ale poprzez to opisują także rzeczywistość teraźniejszą.

Przy tym filmy opierają się często na historycznych mitach i podobnie jak one opowiadają o tym, co wydarzyło się kiedyś, aby wyjaśnić, uzasadnić to, co dzieje się dziś. W historycznych kostiumach mówi się w nich o wybranych problemach współczesności. Spróbowałem wreszcie, przynajmniej w podstawowym stopniu, zbadać, w jaki sposób filmy historyczne żyją w świadomości współczesnych odbiorców i czego oczekują od nich widzowie. Zamierzonym rezultatem było więc spojrzenie na fabularne filmy historyczne z możliwie najszerszej perspektywy, obejmującej twórców, władze państwowe i inne podmioty polityki pamięci, odbiorców oraz same filmy”. Wydaje się, że mottem do tej interesującej i potrzebnej pracy mogłoby być stwierdzenie Andrzeja Wajdy, że „w ogóle nie ma filmów historycznych. To nieważne, że aktorzy grają na przykład w togach – każdy film jest współczesny, bo widzowie odczytują problem filmu zawsze jako problem dzisiejszy”.

 

Maciej Biełous – „Społeczna struktura filmów historycznych. Pamięć zbiorowa i polityka pamięć w kinematografii polskiej”, wyd. Katedra Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 534, ISBN 978-83-65155-49-8.