Dla ofiar pamięć, dla katów – potępienie

Rząd Hiszpanii ogłosił, że przygotowany i zatwierdzony został projekt ,,ustawy o pamięci demokratycznej”.

We wtorekOpiera się ona na istniejącym już prawodawstwie dotyczącym pamięci historycznej („Ley de la Memoria Histórica”), stanowi jednak jego rozległe rozszerzenie. Proponowana ustawa umożliwia likwidację stowarzyszeń i grup, które gloryfikują pamięć gen. Franco (w tym wpływowej Fundacji Franco, założonej przez członków rodziny dyktatora), stwierdza nieważność wszystkich procesów politycznych z czasów czterech dekad dyktatury oraz pozwala odebrać odznaczenia, awanse i obniżyć emerytury frankistowskim funkcjonariuszom zaangażowanym w aparat represji.
Zobowiązuje ona również samorządy do finansowania poszukiwań miejsc pochówku i ekshumacji osób zabitych podczas wojny domowej w Hiszpanii oraz w okresie frankistowskiej dyktatury. Na podstawie tworzonych w ten sposób lokalnych baz danych identyfikowanych szczątków ma powstać w przyszłości ogólnokrajowy bank DNA ofiar frankizmu, który ma pomóc rodzinom odnaleźć zwłoki ich zamordowanych bliskich. A mało jest rodzin w Hiszpanii które by w wojnie domowej i represjach frankistowskich kogoś nie straciły – dla uświadomienia skali powiem tylko, że więcej niż w Hiszpanii osób pogrzebanych w bezimiennych masowych grobach zostało jedynie w Kambodży. Obowiązkowe lokalne finansowanie ma być zaś antidotum na wadliwość ustawy z 2007 roku, która decyzję o wysokości budżetu na ekshumacje zostawiała corocznie w gestii rządu centralnego. To pozwalało prawicy w czasie jej rządów torpedować ekshumacje – premier Mariano Rajoy co roku przy dyskusjach nad budżetem ze złowrogą satysfakcją podkreślał, że jego rząd zadecydował o przeznaczeniu na poszukiwania i wykopaliska ,,zero euro”.
,,Ustawa o pamięci demokratycznej” pozwoli również starać się o uzyskanie hiszpańskiego obywatelstwa potomkom żołnierzy Brygad Międzynarodowych. Wicepremier Pablo Iglesias napisał na Twitterze, że w ten sposób rząd hiszpański chce choćby symbolicznie ,,powiedzieć tym bohaterom i bohaterkom demokracji: Dziękujemy, że przybyliście!”. Projekt ustawy powinien bez problemu uzyskać większość w Kortezach głosami rządzących partii PSOE i Podemos oraz opozycyjnej Ciudadanos. Przeciw będą na pewno postfrankistowska Partia Ludowa oraz skrajnie prawicowy VOX.
Działania hiszpańskiego rządu są promykiem nadziei w mroku brunatniejącej Europy. W czasie, gdy w wielu państwach kontynentu do mainstreamu wraca wychwalanie faszyzujących zbrodniarzy, gabinet Pedro Sancheza ma odwagę zdecydowanie potępić krwawy reżim kata młodej hiszpańskiej demokracji i zakazać jego publicznej gloryfikacji. Hiszpańscy socjaliści nie ulegają liberalnemu hamletyzowaniu, że ,,obie strony miały trochę racji” i ,,najważniejsze jest ogólnonarodowe pojednanie”, tylko otwarcie wskazują, kto walczył o demokrację i wolność, zasługując na hołd oraz upamiętnienie, a kto stał po stronie zamordyzmu i brutalnej dyktatury, ściągając na siebie hańbę i wieczną niesławę. Wystarczająco długo już bowiem na Płw. Iberyjskim ofiary reżimu i ich potomkowie musieli godzić się na uwłaczające ,,narodowe pojednanie”, będące tak naprawdę postfrankistowskim dyktatem mającym zapewnić bezkarność i utrzymanie wpływów ich oprawcom. Najwyższa pora, by skończyć z tą patologią i zapewnić dziesiątkom tysięcy ofiar frankizmu godny pochówek.
Na uznanie zasługuje także symboliczne uhonorowanie przez hiszpański rząd w ustawie żołnierzy Brygad Międzynarodowych. Dzisiaj, kiedy faszyzm coraz odważniej podnosi głowę, powinniśmy w szczególny sposób pamiętać o ochotnikach z całego świata, którzy przybyli, by, jak pisał Władysław Broniewski, ,,walczyć o ciebie ziemio hiszpańska, abyś nie była, jak przed wiekami, znowu królewska, księża i pańska”. Ich przykład najlepiej pokazuje, że naszą najsilniejszą bronią w walce z reakcją i prawicowym zamordyzmem jest internacjonalistyczna solidarność. Wstępując do Brygad Międzynarodowych każdy ochotnik składał przysięgę: ,,walczę tutaj, ponieważ wiem, że jeśli faszyzm zwycięży w Hiszpanii, jutro zdobędzie mój kraj i mój dom”. Warto, wzorem rządu hiszpańskiego, przypominać o tym ostrzeżeniu, by po raz wtóry nie okazało się ono mrocznym proroctwem.

Kapsułki pamięci

„Niedoszły polski Lawrence of Arabia”
W 1976 roku podczas pobytu wczasowego w Spale pokazano mi, jako ciekawostkę personalną, nobliwie wyglądającego starszego pana, który, jak mi powiedziano, pracował przed wojną w służbie kamerdynerskiej prezydenta Ignacego Mościckiego, w jego słynnej, tutejszej rezydencji. Z przedwojennym prezydentem zetknął się też mój rozmówca z czerwca 1997 roku, książę Jerzy Giedroyć, redaktor naczelny paryskiej „Kultury”.
Jako młody publicysta prosanacyjnego pisma „Bunt Młodych” uczestniczył w latach trzydziestych w grupowej audiencji redakcji „u Ignacego” na Zamku Królewskim w Warszawie. Po wojnie Giedroyć założył w Rzymie, a w 1947 roku przeniósł go do Maisons-Laffitte pod Paryżem, „Instytut Kultury”, gdzie redagował i wydawał m.in. legendarny przez kilka dziesięcioleci, sławny miesięcznik „Kultura”, który był osią myślowej politycznej światłej emigracji polskiej na Zachodzie. Okoliczność, jaką było wydanie w Paryżu i promocja tamże, mojego przewodnika historyczno-literackiego po stolicy Francji przyczyniła się przy okazji do takiego oto trafu, że w czerwcu 1997 miałem niebywałą okazję blisko godzinnej osobistej rozmowy z Giedroyciem w jego gabinecie w Maisons-Laffitte.
Giedroyć wpatrywał się we mnie badawczo swoimi sarnimi oczami i wypytywał mnie o różne sprawy polityczne w kraju, hojnie przy tym częstując mentolowymi papierosami marki „Cool”, które palił nałogowo, namiętnie i łańcuszkowo.
Przy tej okazji „opaliłem” go solidnie, a on wypytywał mnie o różne sprawy krajowe. „Audiencję” ową zawdzięczałem głównie temu, że redaktor Giedroyć uprzednio już wiedział, że jestem publicystą miesięcznika „Dziś” Mieczysława Franciszka Rakowskiego, którego bardzo cenił. A że w tym czasie rządził w Polsce Sojusz Lewicy Demokratycznej, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, więc odnosiłem wrażenie, że redaktor odbiera moje uwagi jako w jakimś stopniu „miarodajne”, co odbierałem z satysfakcją, która nie powinna dziwić.
Przez blisko godzinę miałem okazję obcować z postacią historyczną, a przy tym legendarną. Pięć lat później, w 2002 roku zjawiłem się ponownie w Maisons Laffitte, z pakietem książek z Polski, o których grzecznościowe przekazanie mnie poproszono, korzystając z mojej podróży do Paryża.
Jerzy Giedroyć już nie żył, więc przyjęła mnie kawą jego wieloletnia współpracowniczka, Zofia Hertzowa. Po rozmowie, na pożegnanie, podarowała mi ostatni egzemplarz „Kultury”, która przestała wychodzić po śmierci Giedroycia. Numer otwierał artykuł o zmarłym redaktorze, autorstwa Wacława Zbyszewskiego, zatytułowany „Niedoszły polski Lawrence of Arabia”. Tych, których zainteresował sens tytułu, porównującego obie te postacie, zachęcam do lektury biografii ich obu.
Moi pułkownicy sanacyjni
A skoro znaleźliśmy się w odrobinę sanacyjnych klimatach, to wspomnę jeszcze i to…
Mojego dziadka „po mieczu”, Teofila, nie tylko nigdy nie poznałem, ale nawet nigdy nie widziałem go na oczy. Zdaje się, że korzystając z kampanii wrześniowej 1939 roku lub okupacji, wyfiksował się od żony i trojga dzieci (mojego ojca i moich ciotek). Dziadek Teofil był młodocianym żołnierzem II Brygady Legionów, a później działaczem Polskiej Organizacji Wojskowej, który po 1918 roku, zostawszy w wojsku, dostał przydział do baonu Korpusu Ochrony Pogranicza w Klecku, gdzie w tamtejszych koszarach, w marcu 1927 roku przyszedł na świat mój ojciec. W 1932 roku dziadka przeniesiono służbowo do Warszawy, do dowództwa KOP przy Alei Niepodległości, u zbiegu z ulicą Oczki. Dali mu też z rodziną mieszkanie służbowe w nowej kamienicy przy ulicy Tarczyńskiej 12, nieopodal placu Zawiszy. W 1919 roku dziadek dostał Krzyże: Legionowy i POW. Pierwszy z dyplomem podpisanym przez Piłsudskiego i Sławka, a drugi przez Rydza i Koca.
Oba dyplomy mam wśród swoich pamiątek. Być może podpisy są faksymilami, nie wiem, ale na oko wyglądają jak własnoręczne. Tak czy owak sygnowali się pod moim nazwiskiem. Kolejne spotkanie z historią.
Hrabia Bieliński
Sprawami rodzinnymi, rodowymi, genealogicznymi nigdy wcześniej się nie interesowałem. Jestem człowiekiem mało rodzinnym, a z rodziną własną mam głównie złe skojarzenia i nawet wspólne fotografie są kiepskie.
Poza tym na ogół niepodobna, by chłopak, młodzieniec, a potem człowiek aż do późnego średniego wieku mógł interesować się genealogią. Przecież to sprzeczne z naturą rozwoju człowieka, z jego trwającym dziesięciolecia zajęciem się zupełnie innymi sprawami i zainteresowaniami. Zwyczajnie nie ma się wtedy do takich spraw ani serca ani głowy ani czasu.
Mówiąc najkrócej – do sześćdziesiątki wisiało mi to. Dopiero gdy do niej doszedłem, zainteresowałem się jednym z nazwisk z mojej orbity krewnych i powinowatych. Otóż pewna jej odnoga nosiła nazwisko „Bieliński”. Brzmi ono jak historyczne nazwisko arystokratyczne, a nosili je między innymi Franciszek Bieliński, słynny marszałek wielki koronny, a także Piotr Bieliński, prezes Sądu Sejmowego w 1823 roku czy targowiczanin Stanisław Bieliński.
Choć, jak wspomniałem, genealogią rodową się nie interesowałem, to zawsze podobały mi się postacie arystokratów, z którymi stykałem się w powieściach, sztukach, czy filmach. Wydawali mi się zawsze, co oczywiste, postaciami wykwintnymi, kontrastującymi z przaśnym, parcianym otoczeniem. Najbardziej lubiłem arystokratów francuskich, jako najwykwintniejszych, których zapamiętałem z takich filmów jak „Fanfan Tulipan”, „Czarny Tulipan”, „Trzej muszkieterowie”, „Serce i szpada”, „Garbus” czy „Mandrin” i tym podobnych, zwłaszcza gdy dobrze wywijali szpadami, ale nie pogardzałem też polskimi.
Że i ja mogę być potomkiem arystokracji nie przychodziło mi nawet do głowy. Jako się rzekło, po raz pierwszy w życiu zainteresowałem się arystokratycznym z powodu brzmienia wspomnianego nazwiska rodowego mojej babki, mojego wuja i mojego pradziadka. Zaczęło mnie nurtować pytanie, czy przypadkiem nie łączy ich jakaś, jakakolwiek, choćby najcieńsza nić ze wspomnianymi wyżej wielkimi panami. W końcu dlaczego nie? Nazwisko to brzmi tożsamo. Dodatkową inspiracją był dla mnie fragment czołówki filmu kostiumowego, historycznego, „Hrabina Cosel” Jerzego Antczaka, w której nazwisko Bielińskich pojawia się obok nazwisk Pociejów i Denhoffów, jako arystokratów oddających się hulankom i swawolom.
Widziałem tę czołówkę od 1968 roku kilkadziesiąt razy, ale nigdy ten fragment jakoś mojej specjalnej uwagi nie przyciągnął. Moi „Bielińscy” byli raczej biedni, ale wiadomo – Polska Ludowa, a poza tym przecież wiele historycznych rodów popadło w biedę wskutek konfiskat rosyjskich po upadku Powstania Styczniowego i stało się tzw. „wysadzonymi z siodła”. Poza tym po raz pierwszy w życiu z namysłem obejrzałem znaną mi od dzieciństwa starą fotografię mojego pradziadka Jana Bielińskiego, pochodzącą mniej więcej gdzieś z okolicy 1900 roku, na oko biorąc.
I wtedy właśnie po raz pierwszy uderzyło mnie, że wąsaty mój pradziadek na owej fotografii na owalnym, jajowatym tle, nie jest ubrany z chłopska, lecz ze szlachecka, w surdut, wąsy utrzymane nie z chłopska a z szlachecka i że ma zdecydowanie szlachetne, subtelne rysy twarzy. Po tym otworzyła mi się z mózgu kolejna klapka.
Uzmysłowiłem sobie, że pewna budowla należąca do jednej z odnóg rodziny, u której bywałem we w dzieciństwie, brana przeze mnie za chłopską chatę, a tak wyglądała od wewnętrznego podwórka, po którym taplały się w błocie i gnoju kury, świnie i krowy, ta parterowa, drewniana budowla od strony dziedzińca miała drewniany też ganek na półpięterku, z kolumienkami znamionującymi dawny dworek typu szlacheckiego.
W czasie wczesnodziecięcych wakacji u ciotki Zosi z domu Bielińskiej spędzaliśmy na tym ganku, w pobliżu drzewa orzechowego, na który właziłem setki razy, sporo czasu, choćby grając w karty w makao lub warcaby. Ponadto wyczytałem gdzieś historię właściciela majątku Jabłonna (nie mylić z podwarszawską Jabłonną) Aleksandrze Bielińskim, żyjącym w okolicach bytowania mojej rodziny. Do tego, wskutek przynależności do jakiegoś patriotycznego towarzystwa stracił on majątek i na lata wylądował na Syberii. Wziąłem to wszystko za poszlaki prowadzące do arystokratycznych źródeł mojego pokrewnego rodu. Pierwsze poszukiwania genealogiczne szły mi marnie. Znałem jedynie, z napisu grobowego, datę śmierci pradziadka Jana, ale nie tylko nie znałem dokładnej daty jego urodzenia, ale także imion jego rodziców i nazwiska rodowego praprababki. Z faktu, że pradziadek żył lat 81 a umarł w 1945 wywnioskowałem, że urodził się w roku 1864 roku, ale w archiwum akt dawnych w Lublinie położonym obok katedry wyczytałem, że jednak w 1865 lub coś koło tego.
W archiwum ustaliłem też, że jego rodzicami byli Józef Bieliński, urodzony w roku 1838 i Karolina z Gawrońskich. Z kolei Józef miał być synem Marka Bielińskiego, urodzonego w roku 1805 i Marianny z Kostrzewów. Niestety, tych Bielińskich w samej tylko okolicy, było jak psów, mnóstwo gałęzi a i z kilkoma herbami ród ten się łączy, więc ta „wiedza” okazała się wielce niepewna. Do tego, drążąc w tej przeszłości dodrążyłem się właścicieli młyna, natomiast żadnych tropów prowadzących do Marszałka Wielkiego Koronnego czy Hrabiego-Prezesa, ani też filiacji z Habsburgami, jako że jedna z Bielińskich wydała się za przedstawiciela tego rodu.
W tej sytuacji mój zapał nieco ochłódł i na razie na bok odstawiłem plan wyrobienia sobie sygnetu rodowego i wizytówki z napisem: „Krzysztof Hrabia Bieliński” z dodatkiem numeru telefonu i adresu mejlowego. Z nadziejami na odkrycie arystokratycznych korzeni całkowicie się jednak nie rozstaję. Na razie kontentuję się tym, że w indeksie nazwisk do wydania tomu dzienników pewnego znanego pisarza znalazłem się między Sofią Loren, a królem i patronem chrześcijańskiej Francji Ludwikiem IX Świętym. Bo też jestem na „L”. Co będzie dalej, zobaczę.

Dwie rocznice 9 maja – światowa i europejska

Wybitny pisarz francuski Andre Maurois (właściwie Emile Herzog) trafnie zauważył,że „rocznice były zawsze terenem bardzo podatnym do do rozpalania namiętności”. Tak było już w starożytności i jest po dziś dzień. 

9 maja to nade wszystko 75 rocznica zakończenia II wojny światowej-największego w dziejach konfliktu zbrojnego,w którym zginęło ok. 60 mln osób (w tym 27 mln obywateli ZSRR-na temat ścisłości wszystkich tych danych nie ma do dziś pełnej zgody),10 mln-Chin, 7mln Niemiec i 6 mln Polski). Późnym wieczorem 8 maja 1945r. marszałek Wilhelm Keitel (skazany potem na śmierć przez Trybunał Norymberski) podpisał bezwarunkową kapitulację faszystowskich Niemiec. Biorąc pod uwagę różnicę czasu (w Moskwie był już 9 maja) w wielu krajach obchodzona była (np. przez wiele lat w Polsce) lub wciąż jest właśnie ta data.

Różnice stanowisk

W tym roku,ze względu na pandemię Covid-19, po raz pierwszy nie odbyła się na Placu Czerwonym tradycyjna defilada wojskowa.Ale w wystąpieniu telewizyjnym prezydent Putin powtórzył tezę od pewnego czasu popularyzowaną w Rosji,iż to ustalenia Układu Monachijskiego z 1938 r.,a nie układ Ribbentrop-Mołotow przyczyniły się do wybuchu tej wojny. Ta interpretacja w gronie „winnych” odpowiedzialnością obciąża także Polskę w związku z aneksją Zaolzia, co jest naturalnie nie do przyjęcia nad Wisłą,
II wojna zasadniczo przebudowała dotychczasowy porządek globalny,ale pozostawiła też szereg innych konfliktów,które do tej pory nie zostały uregulowane.Wystarczy wspomnieć spór o zajęte wtedy przez Armię Czerwoną Wyspy Kurylskie (w Tokio używa się w odniesieniu do nich określenia ‚Terytoria Północne”). Pewnym zaskoczeniem było to,iż defilada 9 maja odbyła się natomiast w Mińsku-stolicy Białorusi.Mało kto sobie przy tym uświadamia,iż biorąc pod uwagę procentowe straty w II wojnie, to na pierwszym miejscu wśród narodów byli właśnie Białorusini. Już nie chcę otwierać puszki Pandory w związku z wypowiedzią Andrzeja Dudy w Warszawie 8 maja, że to „słodko-gorzka rocznica”, bo po tej wojnie Polska „znalazła się w sowieckiej strefie wpływów”. Dla żyjących wtedy Polaków to zwycięstwo było nade wszystko „słodkie”, gdyż groziła eksterminacja naszego narodu.A strefy wpływów oraz nowe granice w Europie ustalili razem Roosevelt,Churchill i Stalin w Jałcie.

Deklaracja Schumana i Dzień Unii Europejskiej

Pozytywnym ewenementem stało się to, ze już zaledwie 5 lat po zakończeniu II wojny światowej postanowiono wyciągnąć daleko idące wnioski z tego straszliwego konfliktu.Kluczową w tym rolę tym rolę odegrali dwaj politycy francuscy Robert Schumann (1886-1963) i Jean Monnet (1888-1979),przy poparciu pierwszego kanclerza Niemiec Konrada Adenauera. Monnet -ekonomista,po studiach w Londynie, pracy w Chinach oraz jako zastępca sekretarza generalnego Ligi Narodów- po wybuchu wojny dołączył do Wolnej Francji i gen. de Gaulle’a oraz został przedstawicielem rządu francuskiego w Stanach Zjednoczonych.
Po wojnie opracował i realizował plan rekonstrukcji, rozwoju i unowocześnienia gospodarki swego kraju ,ale wkrótce zainteresował się ideą integracji europejskiej.Przedłożył szefowi dyplomacji francuskiej (wcześniej dwukrotnemu premierowi) Schumanowi propozycję utworzenia ponadnarodowej organizacji mającej zarządzać rynkami dwóch surowców strategicznych z punktu widzenia tak gospodarki, jak i obrony-węgla i stali, na zasadach solidarności i pokojowej współpracy, przy zapewnieniu Niemcom Zachodnim równouprawnienia gospodarczego,a także powstania mechanizmu kolektywnej kontroli nad ich pomysłem ciężkim.

Ten tzw. Plan Schumana ogłoszony w maju 1950 r. stał się podstawą zawarcia rok później (18 IV) traktatu paryskiego o powstaniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali,z udziałem także Włoch, Belgii,Holandii i Luksemburga. Monnet został pierwszym przewodniczącym tzw. Wysokiej Władzy EWWiS. W 1976 r. jako pierwszemu przyznano mu tytuł Honorowego Obywatela Europy. Ta Wspólnota stopniowo się rozszerzała oraz przekształcała-w EWG, Wspólnotę Europejską,a następnie-po Traktacie z Maastricht -od 1993 r. w Unię Europejską.

W rocznicę Planu Schumana i zarazem zakończenia II wojny światowej 9 maja obchodzony jest Dzień Unii Europejskiej i organizowana Parada Schumana To nie tylko symbol, lecz swoista lekcja historii. Nota bene-jak pisał Eugene Ionesco,wybitny dramaturg francuski pochodzenia rumuńskiego – „WSZYSTKO JEST LEKCJĄ”

Dzień Zwycięstwa

W dniu 8 maja 2020 roku mija 75 rocznica kapitulacji Niemiec wobec wojsk koalicji antyhitlerowskiej w Europie. Fakt ten zaciera się w pamięci ludzkiej, ale nadal jest żywy w pamięci historycznej całego globu.

II wojna światowa to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii naszej cywilizacji. Wzięło w niej udział 61 państw. Zmobilizowano ponad 110 mln żołnierzy. Według ogólnego bilansu w trakcie działań wojennych zginęło lub zaginęło 55 mln ludzi, 35 mln zostało rannych. Większość ofiar stanowili Europejczycy. Największe straty ludnościowe poniosło ZSRR (16,8 mln ludzi, z czego 10 mln to żołnierze). Spośród pozostałych państw europejskich najboleśniej dotknięta została Polska, która utraciła 5,8 mln swoich obywateli (z tego 2 mln to rdzenni Polacy), stanowiło to 17 proc. całej ludności Polski! Łączne, globalne wydatki na prowadzenie wojny wyniosły 1,166 biliona dolarów.

Jednym z najistotniejszych skutków drugiej wojny światowej była zmiana układu politycznego w Europie i na świecie. Pokonano koalicję krajów faszystowskich (Trzecia Rzesza, Włochy, Japonia) i stworzono nowy ład polityczny. Został on ustalony podczas konferencji Wielkiej Trójki, czyli przywódców Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego. Ład ten trwał nieprzerwanie do roku 1990.

W wyniku wojny i postanowień Wielkiej Trójki Polska została przesunięta na zachód, odzyskała stare ziemie piastowskie i trwały dostęp do Bałtyku. Stała się państwem jednonarodowym.

W dniu 75 rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem trzeba podkreślić bohaterstwo i daninę krwi Polaków, którzy walczyli na wszystkich frontach, szczególnie licznie na europejskim froncie wschodnim i zachodnim. Symbolem polskiego udziału i zwycięstwa była biało-czerwona flaga Polski łopocząca na Kolumnie Zwycięstwa w Berlinie.

W wyzwoleniu Polski spod okupacji hitlerowskiej szczególną rolę odegrali żołnierze sformowanych w trakcie wojny i wyposażonych przez ZSRR jednostek I i II Armii Wojska Polskiego oraz żołnierze Armii Czerwonej. Straty radzieckie, co trzeba podkreślić, wyniosły na ziemiach polskich ponad 600 tysięcy zabitych. Polacy, również dziś, mają te fakty w pamięci, a sercach wdzięczność.

Porozumienie Socjalistów pragnie podkreślić, że do dziś niedoceniony jest udział w wojnie obronnej Polski na różnych frontach, również w kraju w latach 1939-1945, żołnierzy-socjalistów wywodzących się z PPS i innych ugrupowań lewicy. Swoją walką, zaangażowaniem i krwią udowodnili oni patriotyzm i miłość Ojczyzny. Później, po wojnie, pokazali wielkie zaangażowanie w odbudowę i rozwój kraju.

Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej.
Pokój i współpraca między narodami musi być podstawą rozwoju i wskazaniem na przyszłość.

Bezkrytyczny kult „wyklętych” jest niebezpieczny i szkodliwy

– Kult „wyklętych”, wynika z przekonania prawicy politycznej i społecznej, że ma ona monopol na obraz historii Polski, na rozstrzyganie tego,
kto może, a kto nie może należeć do wspólnoty narodowej – z prof. Maciejem Gdulą, posłem Lewicy, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W reakcji na wiadomość o konferencji na temat „Bezdroży państwowej polityki historycznej”, która odniosła się krytycznie do kultu „żołnierzy wyklętych”, szef publicystyki TVP Historia i publicysta „Gazety Polskiej” Tadeusz Płużański stwierdził, że ta „konferencja nie powinna się odbyć”, że jest formą „propagowania komunizmu” i że każdy, kto „pluje na wyklętych, stawia się poza wspólnotą narodową”. Czy to nie wezwanie do likwidacji wolności słowa?
Ta wypowiedź pokazuje, jak bardzo niebezpieczny jest kult „żołnierzy wyklętych”, bo w imię obrony ich dobrego imienia ktoś oficjalnie postuluje ograniczenie prawa do dochodzenia prawdy historycznej. A trzeba pamiętać, że w kręgach „wyklętych”, obok postaci tragicznie zaplątanych, byli liczni zbrodniarze, znani z imienia i nazwiska, ze swoich czynów. Kult o którym mówimy, wynika z przekonania prawicy politycznej i społecznej, że ma ona monopol na obraz historii Polski, na rozstrzyganie tego, kto może, a kto nie może należeć do wspólnoty narodowej. Kiedyś do tych, którzy nie akceptowali „wyklętych”, strzelano, dziś próbuje się im odebrać głos. Nie ma i nie będzie na to zgody w demokratycznym społeczeństwie.
Jak ocenia Pan propozycję, by w przyszłości Dzień Żołnierzy Wyklętych zastąpić Dniem Ofiar Wojny Domowej w Polsce?
To sensowny pomysł warty poważnego rozważenia. Nie można ukrywać i nie można zapominać, że władza ludowa także stosowała przemoc wobec przeciwników, zabijała ludzi sprzeciwiających się nowemu porządkowi ustrojowemu, że zbrodnie popełniano z obu stron. Ten czas powojennej przemocy był zresztą konsekwencją nie tylko wojny ideologicznej, ale także ogólnej fali przemocy, będącej rezultatem wojny, skutkiem demoralizacji i zaniku skrupułów. Taki wszechstronny i bezstronny obraz tych czasów powinien zastąpić jednostronny kult.
Kilka dni temu w telewizyjnej dyskusji posłanka PiS wytknęła Panu fakt, że gdy dziewięć lat temu uchwalano Dzień Żołnierzy Wyklętych, poparła to także część posłów SLD. Jaką drogę trzeba było przejść na lewicy od tamtej postawy do dzisiejszego krytycyzmu?
To był błąd i okazuje się, że trzeba było doświadczeń następnych lat, by uświadomić sobie konieczność zmiany postawy. Myślę, że wtedy posłami SLD kierowało swoiste, historycznie rozumiane, poczucie winy za zbrodnie powojennej władzy. Pewnie doszli wtedy do wniosku, że trzeba pozwolić prawicy mieć swoich bohaterów, że nie trzeba napinać się ideologicznie, że wypada „siedzieć cicho”. Okazało się jednak, że konsekwencją tego był zanik krytycyzmu, wzrost ksenofobii, mitologizacja i gloryfikacja postaw prowadzących do przemocy. Kult wyklętych oznaczał zmianę kanonu myślenia o powojennej historii, także historii roku 1989 roku, kiedy to rezygnacja z przemocy doprowadziła do przeprowadzonego pokojowymi środkami kompromisu Okrągłego Stołu i wprowadzenia demokracji. Dzisiejszy kult „wyklętych” oznacza uznanie, że „Solidarność”, to mięczaki, naiwniacy, słabi ludzie, że trzeba było wtedy łapać za broń i strzelać do władzy. A przecież ruch „Solidarności” przyczynił się, metodami pokojowymi, drogą konsensusu, do wprowadzenia systemu demokratycznego.
Mamy do czynienia z całkowitym monopolem narracyjnym „wyklętych” w sferze publicznego przekazu, przy jednoczesnej totalnej niemal eliminacji bogatych tradycji historii Polski, przede wszystkim tych dyskursywnych, pokojowych. Nieobecne są w oficjalnym dyskursie bogate myślowe tradycje postępowe, społeczne, oświeceniowe, pozytywistyczne XVIII, XIX i XX wieku oraz wielkie postacie przynależące do tych tradycji. Niepodzielnie króluje kult walki zbrojnej, źle pojęty duch „tyrtejski”, wojowniczy, militarystyczny…
Nawet umiarkowany Tadeusz Kościuszko został zepchnięty na margines. Nie liczy się świat myśli, racji, programów. Za jedyny ważny wysiłek intelektualny uważa się zdolność odróżnienia przyjaciela od wroga, „swojego” od „nieswojego”. Nie są natomiast ważni ci, którzy wymyślali Polskę. Ten radykalny antyintelektualizm jest konsekwencją przyjętej linii edukacyjnej, przyjętej pedagogii w sferze ogólnonarodowych wartości. To trzeba zmienić i przywrócić należne miejsce wartościowym polskim tradycjom historycznym, w tym lewicowym, racjonalnym, wolnościowym.
Dziękuję za rozmowę.

Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.

Cwaniakom z „Wyborczej”

…socjalizmu nie oddamy!

 

W miniony weekend Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z Jackiem Dubois, wnukiem słynnego Stanisława, zatytułowany „Lepsza socjalistyczna Polska”. Nagłówek to istotnie zwodniczy, choć pewnie tylko naiwniak spodziewałby się po Wyborczej określenia mianem „lepszej” (od czegokolwiek) Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wspomniana rzecz jest faktycznie częścią zaskakującej kampanii reklamowej, jaką przedwojennemu ruchowi socjalistycznemu postanowiły zrobić media, dla których własność państwowa równa się Gułag, a robotnicy fizyczni to urodzeni faszyści.
Przeczytawszy całość, na którą składają się raczej propagandowe formułki niż historyczna refleksja, można zachodzić w głowę, co w rzeczywistości kieruje redakcją GW i ideologicznie jej pokrewnych mediów, które od niedawna hołubią Daszyńskiego i PPS. Zdecydowanie nie są to przecież socjalistyczne przekonania, bo inaczej Wyborcza nie przedstawiałby Wenezueli jako imperium zła, ani nie przyłączałaby się do nagonki na Jeremy’ego Corbyna.
Rodzajem perwersji wydaje się sam fakt, że wywiad jak najbardziej afirmatywny w stosunku do międzywojennych socjalistów prowadzi nikt inny jak Maciej Stasiński, który kiedyś regularnie porównywał Hugo Chaveza do Hitlera.
Pretekstem do tej publikacji jest oczywiście stulecie odzyskania niepodległości, dlatego tekst aż ocieka patriotycznym zadęciem. Słowo „socjalizm” zostało wyprane z jakiejkolwiek treści poza „sprawiedliwszym rozkładem bogactwa” i – a jakże! – obroną demokracji, w której PPS podobno przodował. Szkoda tylko, że poparł zamach w 1926 r., który był początkiem faszyzacji polskiego państwa, a liderów tej partii nie oszczędził proces brzeski w 1931 r. Szkoda też, że dokładnie sto lat temu PPS-owcy brali aktywny udział w tłumieniu rewolucyjnego wrzenia na polskich ziemiach, bardziej niż o socjalizm dbając o „niepodległość”, która szybko okazała się dyktatem patriotycznego knuta spadającego co i raz na robotnicze plecy. To właśnie wartości demokratyczne w wydaniu typowym dla redakcji z Czerskiej, których ani Mateusz Kijowski, ani Ryszard Petru by się nie powstydzili.
„Lepsza socjalistyczna Polska”. Serio? Dlatego w pakiecie z socjalizmem otrzymujemy tępy antykomunizm? Niespodzianki nie było: ostatecznym usankcjonowaniem socjalizmu okazała się u pana Dubois „walka z KPP”! Niech ten pan – z całym szacunkiem dla jego przodka – nie próbuje sugerować (a sugeruje), że lewicowy radykalizm był domeną PPS. Komuniści, zmuszeni nota bene do działania w podziemiu, przez cały czas, aż do 1937 r., zdolni byli mobilizować tysiące robotników w walkach klasowych i w przeciwieństwie do PPS nigdy nie kapitulowali przed burżuazją. Lecz cóż, słowo „komunizm” wypowiadane jako obelga, załatwia wszystko. Dlatego nikt z rodziny pana Dubois nie układał się z PKWN! Toż to zdrada! Tak przynajmniej nauczają IPN z Gazetą Wyborczą…
Nie powiedzą przecież, że za sanacji Barlicki, na którego powołuje się właśnie Jacek Dubois, żałował duszenia płomienia rewolucji w 1918 r. A u kresu międzywojnia PPS, który przejrzał w końcu na oczy, dwukrotnie przyjmował rezolucje postulujące dyktaturę proletariatu.
Kiedy chłonie się te się obraźliwe dla ogarniętego czytelnika wypociny, w których pod pozorem „przywracania pamięci historycznej” socjalizm zostaje sponiewierany, zeszmacony, a potem jeszcze okradziony przez dwóch „wolnościowych” cwaniaków, nie ulega wątpliwości, że stoi za tym konkretny cel polityczny.
Agorowe media potrzebują ideologicznego paliwa w walce o odzyskanie hegemonii, którą PiS zabrał im jak dziecku zabawkę. Sondują możliwości wykucia sobie nowego rynsztunku ideologicznego, którym mogliby podbić serca pogubionych Polaków, a Prezesa i S-kę odesłać do diabła. Kombinują więc: może więc jakaś taka „inna niepodległość”? Może coś z socjalizmem w nazwie, bo podobno na Zachodzie żyją jacyś socjaliści? Piłsudskiego PiS zawłaszczył, to teraz Daszyńskim w nich i PPS-em. To też Polska, całe mnóstwo Polski i walka z komuną, a jak!
Kombinujcie sobie ile chcecie, polityczni oszuści. Ciągłym nudzeniem o Polsce, „niepodległości” i „demokracji” socjalizmu nie zawłaszczycie. To hasło noszą w sercach ci, którzy wiedzą, że całe wasze antyspołeczną klikę trzeba wraz ze skompromitowanym kapitalizmem odesłać jak najprędzej w miejsce wiadome: mityczne, choć realnie i głośno o was się dopraszające. Lew Trocki dobitnie je nazwał. Tam wreszcie będziecie mogli znaleźć płaszczyznę porozumienia z Prezesem i jego zgrają.

Pożegnanie Janusza Kasprzyckiego

W poniedziałek pożegnamy Janusza Kasprzyckiego. Mego przyjaciela z tygodnika „Nie”. Wielce zacnego, którego liczne zasługi przypominali w nekrologach w „Trybunie” liczni jego przyjaciele. Ja zaś do końca dni swoich będę pamiętał jeszcze jeden, jakże zacny, przymiot Janusza, o którym dotąd nie wspominano.
Otóż Janusz był mistrzem tradycyjnej sztuki popularnie zwalanej „świntuszeniem”. Nikt tak subtelnie, dyskretnie, erudycyjnie i głęboko nie „świntuszył” w naszym zakłamanym i pełnym hipokryzji kraju, jak On.
Wybacz mi Janusz, że piszę o tym dopiero teraz, ale dziś już nikt Ci też za to głowy nie urwie.
Cześć twojej pamięci!

Pamięć na taśmie czy taśma na pamięci?

Od czasu „Filmowej pop-historii” Rafała Marszałka wydanej w 1984 roku, a więc już 34 lata temu, nie ukazała się żadna synteza poświęcona gatunkowi kina historycznego, w szczególności polskiego filmu historycznego, co warto odnotować tym bardziej, że tamta pozycja była kinu narodowemu poświęcona tylko w części.

Upływ tak długiego i brzemiennego w przemiany czasu całkowicie uzasadnia więc podjęcie tematyki gatunkowego filmu historycznego, która zazwyczaj traktowana jest przez krytyków i filmoznawców dość po macoszemu, bo choć autor pracy o której będzie mowa, Maciej Biełous przytacza nader obfitą bibliografię, to składa się ona z pozycji podejmujących tematykę raczej wąsko i detalicznie (jeśli nie liczyć przytaczanych generalnych syntez w rodzaju „Historii kina polskiego” Tadeusza Lubelskiego) i nie sposób znaleźć wśród nich syntezy podobnej zakresem do tej, której podjął się autor „Społecznej struktury filmów historycznych”. Nieprzypadkowo skądinąd w tytule pracy znalazło się określenie „społeczna struktura”, jako że autor jest przede wszystkim socjologiem i z tego właśnie badawczego punktu widzenia postrzega polskie kino historyczne. Jednak taka synteza jest potrzebna z jednego jeszcze powodu. Dopiero bowiem w ostatniej dekadzie pojawiło się nowe spojrzenie na film historyczny jako na funkcję pamięci zbiorowej i jako efekt świadomej polityki pamięci, w każdym razie w takim sensie w jakim się je obecnie rozumie, inaczej niż w PRL i inaczej niż w II Rzeczypospolitej.

Pojęcia „pamięci historycznej” i „polityki historycznej”, odnoszące się do procesów świadomego formowania zbiorowej pamięci w dużym stopniu wyparły, może nie z uniwersyteckich wydziałów historii, ale ze zbiorowej percepcji funkcję historii, a w ślad za tym filmu historycznego, jako procesu poszukiwania i badania obiektywnej (na ile to możliwe) prawdy o przeszłości a zastąpiły ją doktryną i praktyką urabiania przeszłości na potrzeby współczesności. Można by rzecz – nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem), ale w każdej epoce politycznej wygląda to nieco inaczej. Ten brak entuzjazmu dla podejmowania tematyki filmu historycznego bierze się zabawne z wielu powodów, a jednym z nich jest niechybnie dwudyscyplinarność problematyki kina historycznego. Żeby rzetelnie je ocenić na poziomie wiedzy naukowej, trzeba by, będąc krytykiem czy filmoznawcą być jednocześnie historykiem i odwrotnie, a to się rzadko zdarza. Widać to choćby po tym, że napisania dzieła, o którym mowa podjął się nie historyk, a socjolog z wyposażeniem filmoznawczym. Maciej Biełous nie zawahał się podjąć tej tematyki z prawdziwym, odważnym chronologicznym rozmachem, bo zacząwszy od „Obrony Częstochowy” Edwarda Puchalskiego z 1913 roku kończy aż w naszych dniach, niemal dosłownie, bo na „Smoleńsku” Antoniego Krauze (2016). Słusznie przy tym zrezygnował z formy eseju na rzecz chronologicznego wykładu, który rozpoczyna od definicji podstawowych pojęć i kategorii, takich jak „film historyczny”, „pamięć zbiorowa”, „polityka pamięci”, czy „społeczny charakter kinematografii”, odwołując się przy tym w swoich analizach do teoriiPierre’a Bourdieu w odniesieniu do kinematografii. W kolejnych trzech częściach auto zarysował dzieje gatunku filmu historycznego w polskiej kinematografii od najwcześniejszych początków do dziś, sposób ujmowania w tego rodzaju filmach takich kwestii, jak zwycięstwo a klęska, Kościół i religijność, a także poszczególne kategorie ludzkie, jak robotnicy, chłopi, wielcy przywódcy, Żydzi i Polacy, Niemcy i Rosjanie, a także kobiety w aspekcie fenomenu kobiecości. Przeanalizował też charakter odbioru filmów historycznych przez widzów. W podsumowaniu swojej pracy autor stwierdził: „starałem się przybliżyć produkcję filmów historycznych jako efekt działań poszczególnych twórców znajdujących się w polu produkcji filmowej, zajmujących określone pozycje względem siebie czy względem pola władzy. Starałem się również pokazać, że filmy historyczne nie tylko odtwarzają przeszłe epoki i wydarzenia, ale poprzez to opisują także rzeczywistość teraźniejszą.

Przy tym filmy opierają się często na historycznych mitach i podobnie jak one opowiadają o tym, co wydarzyło się kiedyś, aby wyjaśnić, uzasadnić to, co dzieje się dziś. W historycznych kostiumach mówi się w nich o wybranych problemach współczesności. Spróbowałem wreszcie, przynajmniej w podstawowym stopniu, zbadać, w jaki sposób filmy historyczne żyją w świadomości współczesnych odbiorców i czego oczekują od nich widzowie. Zamierzonym rezultatem było więc spojrzenie na fabularne filmy historyczne z możliwie najszerszej perspektywy, obejmującej twórców, władze państwowe i inne podmioty polityki pamięci, odbiorców oraz same filmy”. Wydaje się, że mottem do tej interesującej i potrzebnej pracy mogłoby być stwierdzenie Andrzeja Wajdy, że „w ogóle nie ma filmów historycznych. To nieważne, że aktorzy grają na przykład w togach – każdy film jest współczesny, bo widzowie odczytują problem filmu zawsze jako problem dzisiejszy”.

 

Maciej Biełous – „Społeczna struktura filmów historycznych. Pamięć zbiorowa i polityka pamięć w kinematografii polskiej”, wyd. Katedra Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 534, ISBN 978-83-65155-49-8.