Czy roboty wyprą nas z roboty?

Ograniczanie roli żywych ludzi w procesach produkcyjnych to tendencja trwająca od stuleci, ale koronawirus może ją przyśpieszyć.

Aż 53 proc. mieszkańców naszego kraju boi się utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego jaki spowodowała pandemia COVID-19. Polacy, jako główne powody obaw związanych z ryzykiem utraty pracy wskazują samą recesję (59,6 proc.), dłuższą izolację bądź kwarantanne wywołaną zakażeniem, co w konsekwencji może doprowadzić do zwolnienia (41,6 proc. ) oraz – co ciekawe – automatyzację ich stanowiska pracy (18,7 proc.).
Te ostatnie lęki, rodem jeszcze z późnego średniowiecza – bo wtedy pojawiły się pierwsze obawy przed nowymi metodami produkcji mogącymi zmniejszyć zapotrzebowanie na pracę – są, jak widać, nadal aktualne w Polsce.
Okres pandemii wiąże się z redukcją etatów oraz oszczędnościami wprowadzanymi przez wiele firm – na bardzo różne sposoby. Blisko 40 proc. badanych wskazuje, że z powodu wszechobecnej pandemii do ich pracy zostały wprowadzone nowe narzędzia technologiczne. Dwóch na trzech badanych przyznaje, że obecna sytuacja skłoniła ich do jeszcze częstszego korzystania ze smartfonu i komputera. Jednocześnie w pracy zdalnej pracują oni znacznie dłużej i ciężej niż dotychczas – takie wyniki przynosi raport Procontent Communication pt. „Pandemia automatyzuje Polskę?”.
Roboty nie chorują, nie męczą się, ani nie przenoszą wirusa – ze względu na te właśnie zalety stanowią idealną odpowiedź na czasy pandemii. Aspekt ten jest widoczny wśród pracowników, gdyż prawie, co piąty badany obawia się zautomatyzowania swojego stanowiska, które może zostać zastąpione przez nową technologię. Należy jednocześnie podkreślić, że na automatyzację pracy wskazało więcej respondentów obawiających się utraty zatrudnienia, niż na ucieczkę inwestorów z naszego rynku (15,9 proc.). Jeszcze mniej badanych, gdyż jedynie 11,3 proc. obawia się konkurencji ze strony imigrantów zarobkowych.
„Pandemia sprawiła, że znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem i smartfonem” – z tym stwierdzeniem zgodziło się ponad dwie trzecie badanych. Na to wpływ bez wątpienia miała praca zdalna, którą, jak wynika z raportu, w ostatnim czasie wykonywał co drugi ankietowany. Polakom jednak ta forma pracy nie do końca odpowiada. Ponad połowa z nich (52 proc.) ocenia, że za sprawą zdalnego wykonywanie obowiązków pracowali oni ciężej i dłużej niż zwykle.
Jednocześnie ankietowani, w wyniku wzmożonego kontaktu z zaawansowanymi technologiami podczas pandemii, coraz bardziej obawiają się cyfrowej manipulacji. Aż 56 proc. badanych jest zdania, że firmy projektujące i kontrolujące technologie wykorzystują je do manipulowania użytkownikami. Z takim wnioskiem zdecydowanie nie zgadza się jedynie 2 proc. Polaków.
„W najbliższym czasie będziemy funkcjonować w modelu hybrydowym, łączącym pracę zdalną – tam gdzie jest ona możliwa – ze stacjonarną, np. w trybie rotacyjnym. To wymusza dalszą transformację cyfrową polskich przedsiębiorstw. Automatyzacja pracy pozwoli zapewnić ciągłość funkcjonowania i bezpieczeństwo w trudnych warunkach sanitarnych. Jest to nieuniknione. Nasz kraj i świat zostaną wkrótce zdefiniowane przez nowoczesne technologie cyfrowe, algorytmy i sztuczną inteligencję. Już obecnie są to supertrendy, na których warto budować strategię przedsiębiorstw” – uważa Emil Muciński z Instytutu Interwencji Gospodarczych Business Centre Club.
Obecne lęki przed robotyzacją wydają się jednak nieco rozdmuchane – bo przecież nawet i bez pandemii, przedsiębiorcy – jeśli im to się opłaca – automatyzują i restrukturyzują stanowiska pracy, by zatrudniać jak najmniej ludzi. Ale oczywiście, koronawirus może stanowić dodatkowy bodziec skłaniający do takich działań.
Dodatkowo, przez obecną sytuację gospodarczą Polacy chcą ograniczać wydatki, co zmniejszy konsumpcję, pogłębi recesję i będzie stanowić kolejny powód ograniczania zatrudnienia. Trudno jednak nie przygotowywać się na czekające nas, coraz cięższe czasy. Ponad połowa badanych (52 proc.) deklaruje, że oszczędza ze strachu przed drugą falą epidemii.
„Można powiedzieć, że pandemia stała się swego rodzaju katalizatorem, który skłonił Polaków do myślenia, że trzeba być przygotowanym na nieprzewidziane sytuacje. Wyniki badania wyraźnie obrazują, że obecnie Polacy są bardzo świadomi potrzeby posiadania poduszki finansowej, która zabezpieczy spokojne funkcjonowanie wielu rodzinom. Miejmy nadzieję, że obecna sytuacja pozytywnie wpłynie i wykształci nawyki takie jak kontrola wydatków i skłonność do świadomego oszczędzania. Polacy w porównaniu do mieszkańców Unii Europejskiej niestety wciąż odstają, jeśli chodzi o poziom posiadanych oszczędności.” – dodaje Jarosław Bartkiewicz prezes Prudential Polska. Tyle, że wszystkie zachęty do oszczędzania wezmą w łeb, jeśli coraz więcej ludzi straci pracę i nie będzie miało co oszczędzać.
Obawy przed drugą falą pandemii wpływają również na priorytety w naszym życiu zawodowym. Od swoich pracodawców Polacy wymagają dziś przede wszystkim przygotowania się na druga falę epidemii COVID-19 (56,1 proc.) oraz poradzenia sobie z kryzysem gospodarczym i odbudową gospodarki (53,8 proc.) – choć oczywiście znacznie bardziej odpowiedzialne za to są władze państwowe. Istotnym aspektem jest też dbanie o tzw. dobrostan pracowników i ich samopoczucie psychiczne związane ze stanem długotrwałej izolacji (47,3 proc.).
Nieliczni wskazali zaś na zmiany klimatyczne (21,1 proc.), jako istotny temat, którym powinni się obecnie zajmować pracodawcy. Warto zauważyć, że nigdy te kwestie nie były postrzegane jako ważne zadanie dla przedsiębiorstw – i słusznie, gdyż przeciwdziałanie niekorzystnym zmianom klimatycznym to przede wszystkim domena rządu, a nie przedsiębiorców. Ich zadaniem jest wytwarzanie dóbr w sposób jak najbardziej efektywny. Natomiast władze państwowe muszą zadbać o to, by metody wytwarzania tych dóbr były również jak namniej szkodliwe dla środowiska.
„Najważniejszym dla społeczeństwa jest dziś zapewnienie bezpieczeństwa finansowego i stabilizacja zatrudnienia. Tematy kluczowe dotyczą bezpieczeństwa zatrudnienia oraz wizji radzenia sobie z kryzysem” – dodaje Iwona Kubicz z Procontent Communication.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią może przyśpieszyć trend ku automatyzacji i robotyzacji procesów produkcyjnych, ponieważ firmy szukają wszelkich sposobów, aby zredukować zatrudnienie i być bardziej konkurencyjnymi. To wielka szansa dla polskiej gospodarki, wciąż mało innowacyjnej i zapoźnionej technologicznie. Pytanie, czy kierownictwo gospodarcze naszego kraju będzie w stanie ją wykorzystać?
Oczywiste jest, że wiele firm, które wprowadzi nowe technologie i zainwestuje w automatyzację, już nigdy nie wróci do mniej nowoczesnych metod wytwarzania. I bardzo dobrze – ale trudno przypuścić, aby ten proces odbył się w sposób całkowicie bezbolesny dla pracowników najemnych.
Obecnie Ministerstwo Rozwoju wspólnie z Ministerstwem Finansów pracuje nad rozwiązaniami podatkowymi, które mają zachęcić przedsiębiorców do inwestycji w automatyzację. Ulga na tzw. robotyzację przemysłową umożliwi firmom, które będą chciały zakupić nowe roboty przemysłowe do swoich zakładów lub zwiększyć ich liczbę, odliczenie 50 proc. kosztów robotyzacji w zeznaniu rocznym. Nie wiadomo jednak, czy w sytuacji trzeszczącego budżetu jakiekolwiek nowe ulgi są realne.

Cacanki i gen odchudzania

„Przed nami ponad trzy lata na współpracę. Współpracę między rządzącymi i opozycją. Dlatego zaprosiłem również przedstawicieli wszystkich obecnych w parlamencie partii opozycyjnych do dyskusji na temat Białorusi. Bo to dzisiejsze ognisko zapalne. Tu musimy działać wspólnie – powiedział pan premier Morawiecki podczas swego pobytu w Gdyni.
To piękna idea, można by teraz westchnąć i przyklasnąć panu premierowi. Nawet kiedy jednym z podstawowych celów tego spotkania jest podzielenie się z opozycją odpowiedzialnością za dotychczasowe błędy rządowej polityki wschodniej.
Niestety ten rząd i ten premier niewiele może Białorusinom pomóc. Niewiele też nowego ma im realnie do zaproponowania. Ale znając pana premiera z wcześniejszych krętactw, kłamstw i gejzerów obietnic, to po środowym spotkaniu zapewne usłyszymy liczne obiecanki składane białoruskiej opozycji. Gdybym był białoruskim opozycjonistom nie przywiązywałbym się jednak do nich. Zwłaszcza, że już w przyszłym miesiącu uwaga polskiej opinii publicznej skupi się na zupełnie innym problemie.
Nawet co piąty pracownik administracji państwowy może wkrótce stracić pracę. Dla pozostałych zatrudnionych w sektorze publicznym rząd rozważa możliwość zamrożenie podwyżek płac oraz zmniejszenie wysokości odpraw. Plan redukcji administracji oraz cięcia jej kosztów pan premier Morawiecki ma przedstawić we wrześniu, razem z planem rekonstrukcji rządu. Cięcia kadrowe mają dotyczyć administracji rządowej, organów kontroli państwowej, ochrony prawa, państwowych funduszy celowych, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, i wielu innych instytucji budżetowych.
Zwolnieni będą przede wszystkim pracownicy ze stażem sięgającym Polski Ludowej i okresów niekarzyńskich rządów w czasie III RP. Już teraz związane z PiS media przygotowują wyborców PiS na te cięcia, określając falę zwolnień „dokończeniem wielkiego dzieła dekomunizacji Polski”.
I tu o żadnej „współpracy” z opozycją mowy nie ma.
Sam pan premier już w kwietniu tego roku apelował do swych podwładnych o uruchomienie „genu odchudzania”. Jego rządowi i partyjni koledzy posłuchali go i bogacili się ostatnio jak tylko mogli.
Aby łatwiej było im się odchudzać?

Profilaktyka, czyli inwestycja gospodarcza

Niby wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć, ale ten pogląd wciąż nie przekłada się na pożądane zmiany w praktyce naszej opieki medycznej.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), państwa rozwinięte ponad połowę budżetu przeznaczonego na ochronę zdrowia przekazują na opiekę zdrowotną. Tak ważna profilaktyka i programy z nią związane otrzymują zaledwie niewiele ponad 2 procent.
Czy to oznacza, że rządzącym bardziej opłaca się nas leczyć niż zapobiegać chorobom?
W Polsce wciąż nie ma kompleksowego, spójnego i sprawnego systemu profilaktyki zdrowotnej, zaś środki finansowe przeznaczane na profilaktykę oscylują w okolicy jednego procenta łącznych wydatków na ochronę zdrowia. Brakuje systemów edukacyjnych na każdym poziomie wiekowym; rzetelnych i wiarygodnych – a jednocześnie przystępnych informacji o zastosowaniu działań prozdrowotnych w codziennym, także zawodowym życiu.
Zdrowy pracownik to zdrowa gospodarka. Do profilaktyki należą zaś między innymi szczepienia.
Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 3 stycznia 2012 r. wyraźnie określa rodzaje czynności zawodowych, w których zalecane są szczepienia. Na przykład, pracownicy budowlani mający kontakt z ziemią powinni szczepić się regularnie przeciwko tężcowi. Pracujący w okolicach leśnych – przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu. Osoby pracujące przy odpadach komunalnych, zarówno stałych, jak i ciekłych, powinny zaszczepić się przeciwko durowi brzusznemu, wirusowemu zapaleniu wątroby typu B oraz tężcowi. Szczegółową listę zawodów określa wspomniane rozporządzenie.
Nierozsądnym byłoby kwestionowanie tego rodzaju profilaktyki, zwłaszcza w zawodach wysokiego ryzyka. Jednak wielu osobom błędnie wydaje się, że samo szczepienie bez większego wysiłku zapewni im zdrowie.
Szczepionka często bywa wymówką od należytej dbałości o odporność. A przecież bez niezbędnej profilaktyki i stałego budowania odporności organizmu, szczepionka jest jak dziurawy parasol w ulewny deszcz.
Każdy pracodawca, chcący zminimalizować absencję pracowników spowodowaną chorobami, powinien przede wszystkim wprowadzić do swojego przedsiębiorstwa konkretne rozwiązania w budowaniu odporności członków zespołu – czyli właśnie profilaktykę. Coraz więcej właścicieli firm ma tego świadomość. Decydują się na działania mające motywować pracowników do uprawiania sportu, korzystania z przyrody czy jedzenia żywności organicznej. To wszystko służy budowaniu odporności i jest inwestycją.
Jesienny powrót pandemii nadal jest kwestią sporną. Naukowcy i pseudonaukowcy prześcigają się w sprzecznych opiniach co do prawdopodobieństwa jej wystąpienia. Jednak faktem jest, że we współczesnym świecie będzie pojawiać się coraz więcej chorób, których przyczyną rozwoju oraz rozprzestrzeniania jest postęp cywilizacji.
Są one tykającą bombą, do rozbrojenia której niezbędne są działania profilaktyczne. Dlatego przedsiębiorcy zrzeszeni w Warszawskiej Izbie Gospodarczej nie od dziś apelują o opracowanie systemu profilaktyki zdrowotnej, obejmującego planowanie działań, nadzór nad ich realizacją oraz ocenę uzyskiwanych efektów.
Profilaktyka to nieprzerwana inwestycja państwa w zdrowe społeczeństwo, gdzie włożone środki finansowe mogą zwrócić się zaskakująco szybko.

Chory człowiek Europy

Druga fala pandemii na naszym kontynencie jakoś ogranicza się przede wszystkim do Polski. To smutny wynik działań PiS-owskiej ekipy.

Na zapisane niechlubnie w historii określenie „chorego człowieka Europy” zasługuje dziś niestety objęta pandemią Polska – a zwłaszcza jej PiS-owskie władze,. Najpierw nie umiały one przygotować kraju do nadejścia pandemii koronawirusa, choć miały ku temu czas i stosowne środki (o czym samochwalczo przekonywały), a teraz nie potrafią zapobiec rosnącej fali zakażeń. Fali zakażeń, której wzrost same spowodowały, prowadząc – dla swych niskich, partyjnych celów – działania nie liczące się z życiem i zdrowiem Polaków.
Od samego początku pandemii władze ociągały się ze zwiększaniem ilości testów. Czy powodem tej opieszałości nie było przyjęcie założenia, że jeśli będzie mało testów, to wykażą też one mało stwierdzonych zakażeń, a więc PiS-owska ekipa będzie mogła się chwalić w rządowych mediach swą (rzekomą) skutecznością w zwalczaniu koronawirusa?
Szczególnie drastycznym przykładem poświęcania przez władzę zdrowia i życia Polaków dla celów partyjnych, stało się zorganizowanie w trakcie pandemii wyborów prezydenckich. PiS-owscy prominenci pragnęli bowiem, by wybory prezydenckie odbyły się jak najwcześniej, zanim jeszcze większość Polaków zacznie negatywnie oceniać rządzących za ich nieumiejętność zwalczania epidemii.
PiS-owska władza nie chciała więc ogłosić stanu klęski żywiołowej (przewidzianego między innymi właśnie na wypadek epidemii), nie godząc się na odkładanie wyborów – a nakazują to przepisy o stanie klęski żywiołowej. Cel osiągnięto, nie bacząc na zdrowie i życie mieszkańców kraju, oraz na Konstytucję, którą Prawo i Sprawiedliwość złamało przeprowadzając te wybory.
Do historii pogardy rządzących wobec dobra rządzonych na zawsze wejdzie słynna wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego, który apelował do osób starszych, najbardziej zagrożonych koronawirusem: „Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii i to jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już nie trzeba się go bać, trzeba pójść na wybory, tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się. Idźmy na wybory”.
Tymi słowami premier chciał zmobilizować do udziału w wyborach ludzi starszych, stanowiących w dużej mierze elektorat Andrzeja Dudy, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich z obawy przed koronawirusem, nie głosowali zbyt tłumnie. Zachęcenie ich do liczniejszego udziału w drugiej turze – bez liczenia się z ich życiem i zdrowiem – miało stanowić jeden ze sposobów zapewnienia zwycięstwa Andrzejowi Dudzie.
„Obywatele usłyszeli, że nie ma zagrożenia, żeby się nie obawiać. Ale nie jest to, niestety, prawda” – powiedział prof. Bolesław Samoliński z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Dziś Polacy zbierają owoce tej wymierzonej przeciw ich zdrowiu, dzialalności rządzących. Dane z bilansu sobotniej doby informują, że w naszym kraju na koronawirusa zmarło 13 osób. To, przykładowo, tyle samo co we Włoszech (13) i więcej niż w Niemczech (12) – choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nieprawdopodobne, że nasz kraj osiągnie takie nasilenie pandemii, jak wspomniane kraje, znacznie ludniejsze od Polski. A pamiętajmy, że we Włoszech czy w Niemczech przeprowadza się przecież znacznie więcej testów, niż u nas. Jak „rzetelnie” analizuje się u nas testy pokazuje przykład niedbalstwa z Kielc, które spowodowało konieczność unieważnienia wyników badania aż 230 tys. próbek.
I nie ma co opowiadać kłamliwych bajek o drugiej fali koronawirusa opanowującej również nasz kontynent. Jakoś w Europie ta fala ogranicza się niestety głównie do Polski. Nie możemy się równać choćby z najbliższymi unijnymi sąsiadami, Czechami czy Słowacją, gdzie już nie umiera się na koronawirusa. U Słowaków dotychczas zmarło na pandemię w ogóle tylko 31 osób. W Polsce – już 1800. W potężnie zaludnionej Japonii – dotychczas 1042, a sobotniej doby jedynie 6 (podczas gdy u nas trzy razy więcej).
PiS-owska władza, która zasiała wiatr, unika jak może zbierania burzy – i oczywiście nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za wzrost zakażeń i zgonów. Przy pomocy propagandy w rządowych mediach chce całą winą obarczyć obywateli, zarzucając im nieprzestrzeganie ograniczeń – choć sama zapewniała, iż koronawirusa nie trzeba się bać. PiS-owska ekipa jest pierwsza w przechwalaniu się, a do błędów nie zamierza się przyznawać nigdy.

Refleksja pandemiczna

Indie są jednym z krajów najmocniej dotkniętych przez pandemię koronawirusa. W momencie pisania tego tekstu liczba zarejestrowanych w tym kraju przypadków przekroczyła półtora miliona. Statystyki jednak nie oddają jednak rzeczywistości. Są bowiem rejony Indii, które radzą sobie z tym kryzysem zdrowotnym lepiej niż większość krajów Europy, w tym Polska.

Położona na południowym zachodzie Indii Kerala jest stanem niezwykle niewygodnym z perspektywy polskiego neoliberała. Ma porównywalną do Polski populację, podobną średnią życia i zbliżony, bardzo niski wskaźnik dzietności. W odróżnieniu jednak od nadwiślańskiego bastionu wolnego rynku i homofobii, Kerala szczyci się długimi i bogatymi tradycjami lewicowymi. O tym, że wpływa to na politykę regionalnego rządu wobec największego globalnego kryzysu zdrowotnego od dekad nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Zestawmy ze sobą kilka podstawowych faktów. Pierwszy przypadek koronawirusa w Kerali odnotowano 30 stycznia. W Polsce pierwsze zachorowanie potwierdzono 4 marca. W Kerali do 28 lipca zanotowano 20 894 zachorowań, w Polsce 43 904. W Kerali zmarło 67 osób. W Polsce bilans ofiar śmiertelnych obecnie wynosi 1682. Już sam zdrowy rozsądek (ironicznie) każe zapytać, skąd tak wielkie różnice. I czy przypadkiem w tych różnicach nie odbija się, jak w jakimś smutnym lustrze, prawda o współczesnej Polsce.
O reakcji stanowego rządu Kerali na pandemię w mediach światowych pisano obszernie od samego początku kryzysu. Wskazywano na masowe i łatwo dostępne testy, baczny i oryginalny w środkach monitoring osób przybywających do Kerali z innych części kraju, doskonale zorganizowaną kwarantannę i kompleksowe wsparcie finansowe dla dotkniętej skutkami pandemii populacji. K. K. Shailaja, pieszczotliwie obdarzana ksywką nauczycielka, momentalnie stała się medialną gwiazdą, goszcząc wszędzie od BBC po Vogue. Guardian ochrzcił ją mianami gwiazdy rocka i pogromczyni wirusa. Nie był to jedynie zwyczajowy medialny bełkot. Za sławą stały konkretne osiągnięcia: nie tylko mała liczba przypadków, ale też relatywnie niewielkie spowolnienie gospodarcze, przynajmniej w relacji do reszty kraju. No i rekordowo wysokie wskaźniki poparcia dla rządzącej partii komunistycznej.
Co w tym czasie czyniła patriotyczna, żarliwie chrześcijańska czereda miłosiernie rządząca krajem nad Wisłą? Po krótkotrwałym przerażonym początku, w którym przynajmniej częściowo brała zagrożenie na poważnie (może z powodu perspektywy wyborów) – postanowiła być sobą. Zamiast kompleksowego wsparcia ekonomicznego dostaliśmy kolejne edycje kuriozalnie antyspołecznej Tarczy Antykryzysowej. Zamiast masowych i łatwo dostępnych testów dostaliśmy testy, którą jedyną istotnie masową cechą była (rzecz jasna!) ich cena. Zamiast kompetentnego lidera sterującego odpowiedzią państwa na bezprecedensowy kryzys zdrowotny musieliśmy się zadowolić ćwierkompetentnym bufonem, który swoje wskazania, czy w kwestii wyborów, czy noszenia maseczek modeluje wyłącznie podług krótkotrwałych zysków politycznych.
Czy sytuacja w Kerali jest wzorcowa? Oczywiście, że nie. Ostatnich kilkanaście dni przyniosło gwałtowny wzrost zarażeń. Tylko między 16 a 28 lipca liczba potwierdzonych przypadków w stanie podwoiła się. Szczególnie zła sytuacja panuje w stołecznym Trivandrum, gdzie wirus rozprzestrzenia się w przerażającym tempie. Walkę z pandemią przypłacili życiem liczni pracownicy miejscowej służby zdrowia. Keralskie media regularnie donoszą o braku odzieży ochronnej. Niepokój budzi również znaczna liczba keralskich ekspatriantów, którzy zachorowali bądź zmarli w wyniku wirusa w krajach Zatoki Perskiej.
Ale jestem dziwnie spokojny o rozwój sytuacji w Kerali. Nawet jako część skomplikowanego kraju, który obecnie ma u steru faszystę, Kerala jest bezpieczna. Ze swoim proludowym rządem i długą tradycją postępu społecznego, Keralczycy zrobią wszystko, by zagrożenie związane z wirusem zminimalizować. Polskie władze natomiast będą się uganiać za demonami LGBT, nawet jeśli liczba zarażeń sięgnie setek tysięcy. W końcu, by sparafrazować przysłowie, prawdziwych liderów poznaje się w potrzebie.

Autor jest lewicowcem, wikipedystą i poetą, bacznym obserwatorem indyjskiego kina, organizował projekcje filmów południowoindyjskich w Polsce. Wydał dwie książki poetyckie, ślepe okna (2009) i fermę formy (2015).

Flaczki tygodnia

Pan minister zdrowia Łukasz Szumowski przerwał swój urlop! I dla Ojczyzny ratowania wrócił do pracy. Komentując ten heroiczny wyczyn pana ministra prorządowe media aż pijały z zachwytu nad takim niezwykłym aktem poświęcenia.

A przecież jeszcze niedawno, przed wyborami prezydenckimi pan premier Mateusz Morawiecki i pan minister zdrowia Łukasz Szumowski przekonywali nas wszystkich, że nie ma się już czego bać.

„Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. To jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się go bać”, zapewniał w zeszłym miesiącu pan premier Mateusz Morawiecki.

Swojemu szefowi wtórował pan minister zdrowia Szumowski. Przed wyborami prezydenckim stwierdził w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej”, że epidemia jest już u nas w odwrocie. Dlatego osoby starsze, nawet chore, mogą spokojnie głosować, bo w lokalach wyborczych będą bezpieczniejsi, niż w sklepach do których codziennie chodzą.

Czemu wtedy obaj tak lekkomyślnie kłamali?

Trzeba przypomnieć, że wtedy w przedwyborczych sondażach obaj kandydaci osiągali podobne poparcia. Przysłowiowo szli łeb. Pan prezydent Duda potrzebował dodatkowej mobilizacji swych wyborców, żeby wygrać. Dlatego pro PiSowskie media rozpoczęły kampanię straszenia starszych wiekiem wyborców. Przekonywały ich, że Rafał Trzaskowski po swej wygranej podniesie wiek emerytalny i wprowadzi eutanazję dla ludzi starszych.

I pewnie dlatego elity PiS znów postanowiły okłamać obywateli naszego kraju, że zaraza ustępuje.

Kłamstwo pandemiczne opłaciło się. Pan prezydent Andrzej Duda został wybrany ponownie. Zadecydowały o tym głosy starszych wyborców. Przeważnie tych słabo wykształconych.

Zadowolony z wyniku wyborów pan minister Szumowski wyjechał na urlop, który teraz musiał przerwać z powodu rekordowej liczny zakażeń.

Najbliższe tygodnie pokażą, jaką cenę zapłacimy za to kłamstwo pandemiczne władzy. Polacy znów uwierzyli tej władzy. Tym razem, że są już bezpieczni. Przestali chodzić w maseczkach, przestrzegać zalecanych odstępów, reguł bezpieczeństwa. Uznali, że zagrożenia już nie ma.

Już za miesiąc rozpocząć się ma nowy rok szkolny. Na razie nie wiemy w jakiej formie uczniowie podejmą obowiązki szkolne, bo o edukacji trudno dziś mówić. Zbigniew Broniarz, przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego, dobitnie przypomniał w radio TOK FM, że wiosną blisko 1/3 uczniów nie uczestniczyła w zdalnym nauczaniu. Bo nie miała warunków technicznych do tego.

Teraz rząd chce uchylić się od odpowiedzialności. Decyzję o sposobie realizowania obowiązku szkolnego ceduje na dyrektorów szkół i lokalnych inspektorów sanitarnych. To oni mają zdecydować, czy młodzież wróci do szkół, czy znowu będzie nauczanie zdalne. Co trwale wykluczy przynajmniej jedną trzecią z uczestnictwa w nim. Nie wiadomo też na podstawie jakich danych taka decyzja ma być podjęta.
Jesienią uaktywnią się też sezonowe wirusy, zwłaszcza wirusy grypy i pneumokoki, które wraz z nowym koronawirusem sprawdzą stan naszego systemu ochrony zdrowia, jego przygotowania na poważny wzrost nowych pacjentów.

Dlatego lekarze zalecają, przede wszystkim ludziom starszym, szczepienia na grypę. Nie są ona u nas popularne, bo ludzie, zwłaszcza starsi i gorzej wykształceni, wolą zaufać ruchom anty szczepionkowym. Wpisującym się w popierany i lansowany przez prorządowe media „nurt antyoświeceniowy”.

Obowiązkowe szczepienia prezentowane są tam jako przejaw „lewackiej ideologii”, albo lobbingu farmaceutycznych koncernów. Dodatkowo nie ma powszechnie dostępnej informacji o tym gdzie, kiedy i za ile można się zaszczepić.

Wielki ukłon w stronę ruchów anty szczepionkowych wykonał na finiszu kampanii wyborczej pan prezydent Duda. Nie pytany nawet zadeklarował swój wielki sceptycyzm wobec skuteczności szczepionek. Zwłaszcza tych przeciwko grypie.

Czy teraz poprze apele Głównego Inspektora Sanitarnego Jarosława Pinkasa wzywającego obywateli naszego kraju do profilaktycznych szczepień?

Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania podpisały w lipcu kontrakty na dostawę dużych partii przygotowywanych szczepionek przeciwko koronowirusowi.Polska nie zrobiła żadnych ruchów w tej sprawie, bo zdaniem rządu jest jeszcze na to za wcześnie.

Co będzie kiedy czas ku temu nastąpi, ale dostępnych szczepionek na rynku nie będzie, bo wcześniej zostały zakontraktowane?

Czy wtedy znowu inicjatywę podejmie pan minister Szumowski i wraz z zaprzyjaźnionym, przysłowiowym już „instruktorem narciarstwa” zakupi na nasze miliardy wyroby szczepionko podobne?

I znów zarobi na tym miliony. Skoro musiał wrócić z urlopu.

Coraz więcej ogłoszeń o masowych zwolnieniach

Chodzi zarówno o duże, jak i mniejsze przedsiębiorstwa. Jesień zapowiada się bardzo boleśnie dla wielu sektorów gospodarki. W Stanach Zjednoczonych linie lotnicze American Airlines (AA) ogłosiły zwolnienie w październiku 25 tys. pracowników z powodu następstw epidemii koronawirusowej, powiększając olbrzymią falę bezrobocia, która na jesieni dotknie miliony ludzi.

Jak w wielu przedsiębiorstwach na świecie, w AA uważano jeszcze niedawno, że transport lotniczy, zarówno pasażerski, jak i towarowy, odrodzi się na jesieni, „ale tak nie będzie” – zakomunikował szef AA Doug Parker. Dochody w czerwcu były o 80 proc. niższe od dochodów rok temu. Gospodarkę hamują różne środki kwarantannowe podejmowane na nowo w związku z odkrywaniem, dzięki upowszechnieniu testów, coraz więcej zarażonych osób. Choć olbrzymia większość z nich nie ma żadnych objawów choroby, obawy przed nią paraliżują zapowiadany „restart” gospodarki.
Liniom lotniczym nie pomaga pomoc państwa: dostały 25 miliardów dolarów na przetrzymanie kryzysu, ale jest on silniejszy, niż się spodziewano. Inny przewoźnik United Airlines zapowiedział rozstanie się z 36 tys. pracowników.
Kryzys sanitarny dotyka dosłownie wszystkie sektory zarówno w Ameryce, jak i w Europie, gdzie pieniądze przygotowane przez Unię na wznowienie życia gospodarczego mogą okazać się dalece niewystarczające. Zwolnienia ogłaszają nawet duże media, jak np. brytyjski The Guardian, który rozstanie się z 180 pracownikami. Rządowa BBC ma zamiar zwolnić 520 ludzi.
Główny powód narastającej fali to „perspektywy finansowe nie do wytrzymania”. W Europie, która wprowadziła w pierwszych miesiącach epidemii różne środki ochronne, bezrobocie dotyka na razie przede wszystkim wielką masę pracowników tymczasowych, w budownictwie, przemyśle i handlu. Złe wiadomości napływają nawet z Chin, gdzie zaczęły padać prywatne banki, wywołując lokalnie różne formy paniki. Jesień zapowiada się jako szczyt masowych zwolnień, który może dotknąć niemal cały świat.

Polski rząd luzuje obostrzenia

21 lipca wchodzą w życie kolejne poluzowania ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa. Między innymi zostanie skrócony obowiązujący dotąd dystans społeczny z dwóch do 1,5 metra, a na obiektach sportowych limit publiczności zostanie podwyższony do 50 procent pojemności trybun.

To dobra wiadomość dla organizatorów meczów piłkarskich i żużlowych, którzy do tej pory mogli wpuszczać widzów na trybuny na jedną czwartą ich pojemności. W zajęciach lub w wydarzeniach sportowych oraz współzawodnictwie sportowym z wyłączeniem pól golfowych, kortów tenisowych, stajni, stadnin i torów wyścigowych dla koni, infrastruktury do sportów wodnych i lotniczych, których nie dotyczą ograniczenia co do maksymalnej liczby osób, będzie mogło uczestniczyć nie więcej niż 300 uczestników. W limicie nie uwzględnia się osób zajmujące się obsługą wydarzenia. Podniesienie limitu publiczności do 50 procent przewiduje również otwarcie dla widzów hal sportowych, ale w dozwolonym limicie 50 procent pojemności. Zdecydowano także o zniesieniu ograniczenia liczby uczestników zajęć na basenach. Podniesiono limit uczestników do 50 procent liczby miejsc przewidzianych dla publiczności i zniesiono różnicowanie basenów otwartych i zamkniętych. Z kolei z aquaparków będzie mogło korzystać nie więcej osób, niż wynosi 75 procent maksymalnego obłożenia obiektu. Zwiększono też limity dla uczestników targów, wystaw, kongresów, konferencji i spotkań – jedna osoba może przypadać na 2,5 mkw. W rozporządzeniu zniesiono też obowiązku naprzemiennego zajmowania miejsc w kinach, na imprezach artystycznych i rozrywkowych w pomieszczeniach, w tym w klubach muzycznych i salach widowiskowo-sportowych.

Czy pandemia zmienia panie?

Większość polskich kobiet raczej nie zamierza szukać innej pracy.

Koronawirus zmienił życie codzienne i zawodowe wielu Polek, ale również ich nawyki. Pandemia ma, jak dotychczas, największy wpływ na najmłodsze mieszkanki naszego kraju.
W grupie wiekowej 25 – 34 lata aż 80 proc. kobiet częściej niż przed pandemią gotuje posiłki, 70 proc. ma więcej czasu dla bliskich, a dwie na trzy kobiety znajdują zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Polki stały się również bardziej oszczędne, ograniczają wydatki (53 proc.) oraz są lepiej zorganizowane (55 proc.). Takie wyniki przynosi badanie przeprowadzone w kwietniu i maju przez agencję badawczą IQS na zlecenie Promedica24 na reprezentatywnej, ogólnopolskiej grupie kobiet w wieku 25 – 64 lata.
Okazuje się więc, że pandemia wywiera raczej pozytywny wpływ na młodszą generację polskich pań. Nie zaszkodziła też relacjom męsko-damskim. “Kobiety deklarują, że pandemia nie ma większego wpływu na ich związki – nie są ani zmęczone, ani podekscytowane możliwością spędzania większej ilości czasu z partnerami” – stwierdza raport z badania Promedica24.
W dobie pandemii nieco zmieniło się natomiast podejście Polek do kwestii zawodowych. Około 44 proc. zapytanych w wieku 25 – 34 lata oraz 37 proc. w wieku 35 – 44 lata, deklaruje, iż mimo posiadania pracy, wyraża chęć jej zmiany. Jak widać, zdecydowana większość polskich kobiet nie zamierza zmieniać pracy, co oznacza iż są raczej zadowolone z tego co robią.
W najmłodszej grupie wiekowej Polki, co oczywiste, są nieco bardziej otwarte na nowe zatrudnienie, nawet daleko od domu: 36 proc. kobiet z grupy 25 – 34 lata byłoby gotowe podjąć sezonową pracę poza Polską, 34 proc. pracę tymczasową lub na okresowym kontrakcie, a 31 proc. stałą. Trudniej podjąć taką decyzję w późniejszym wieku, gdy już ma się rodzinę.
Nie dla wszystkich młodych kobiet wyjazd do pracy poza Polską byłby jednak nowym doświadczeniem. 28 proc. Polek w wieku 25 – 34 lat co najmniej raz w życiu wyjechało za granicę do pracy sezonowej, natomiast w przypadku pracy na kontrakcie oraz pracy stałej, odsetek ten wynosi 13 proc.

Walczą z władzą, a ta z pandemią

Od kilku dni w Belgradzie dochodzi do starć manifestantów z policją. Zamieszki mają miejsce najczęściej gdy tłum próbujeł dostać się do parlamentu. Kamienie, petardy i race lecą na oddziały policji chroniące budynku. Policjanci opróżnili w końcu plac przy pomocy gazów łzawiących. Ludziom nie podoba się zarządzanie epidemią przez prezydenta Vucica.

Do 21 czerwca, daty wyborów parlamentarnych, epidemii w Serbii prawie nie było: 370 zmarłych. Ale kiedy rządząca partia prezydencka triumfalnie przejęła parlament, liczby zaczęły rosnąć. Serbowie zostali wcześniej poddani surowej kwarantannie, prezydent ogłosił zwycięstwo w walce z epidemią, według opozycji tylko po to, by doprowadzić do wyborów. Prezydent Aleksandar Vucic, kiedyś nacjonalista, dziś reprezentuje raczej tradycyjną prawicę, ale niektóre organizacje pozarządowe oskarżają go o autorytaryzm.
Na manifestacjach w stolicy i innych miastach zbiera się bardzo różnorodny tłum. Są tu młodzi, całe rodziny, lecz również grupki z krzyżami i ikonami, antyszczepionkowcy, widać, że protesty nie są organizowane przez jakąś siłę polityczną. Bezpośrednią przyczyną wyjść na ulice stało się ogłoszenie powtórnej kwarantanny, od dzisiaj. To tylko kilka dni – do poniedziałku, jak sprecyzował prezydent, ale jego ogłoszenie wywołało zniecierpliwienie: rząd prowadzi niespójną politykę. Po dwóch miesiącach pozostawania w domach, Serbowie przywrócili pełną wolność: mecze piłki nożnej z dziesiątkami tysięcy widzów, huczny restart gospodarki, otwarte knajpy i widowiska.
Manifestanci są przekonani, że rząd manipuluje liczbami epidemii, według potrzeb własnej polityki. Vucic, były minister u Slobodana Milosevica, zrezygnował z ogłoszenia stanu wyjątkowego w Belgradzie, ale poprzysiągł walkę z „chuliganami”. Ma po swojej stronie olbrzymią większość mediów, a opozycji nie ma w parlamencie. Prezydent dał do zrozumienia, że manifestacjami mogą manipulować „wpływy zagraniczne”, a oddany mu tabloid Kurir zasugerował, że winny może być Putin, który miałby złośliwie spiskować, by Serbia nie dostała się do Unii Europejskiej.