I po świętach

Owszem, w niektórych kościołach zawisły ostrzeżenia przed przekroczeniem względnie bezpiecznej liczby zebranych. W innych jednak święcono masowo. Była też polityka.

Bez odwołań do aktualnych wydarzeń nie wyobrażał sobie Grobu Pańskiego proboszcz z kościoła świętych Piotra i Pawła w Łapach w diecezji łomżyńskiej. Zainstalował więc nie tylko figurę martwego Jezusa i żółte żonkile zapowiadające z martwych powstanie, ale też kombinezon pracownika medycznego z oddziału covidowego, górę puszek i butelek po piwie, rozłożył „Gazetę Wyborczą” i dodał jeden z tygodników prawicowych, bo na okładce znalazło się zdjęcie Marty Lempart oraz dwójki znanych aktywistów LGBTQ: Margot i Barta Staszewskiego. Całość opatrzył poruszającym sumienia napisem „Jak zabijam Jezusa”.
Na wszelki wypadek, żeby nikt z wiernych nie pomyślał, że do zabijania przykładają rękę pisma bliskie rządowi, tytuł prawicowego periodyku został zasłonięty. Można było skoncentrować się na twarzach wrogów Kościoła (ba! Jezusa!) i zastanawiać choćby nad tym, jak nie dopuścić do powtórki z jesieni ubiegłego roku, gdy nawet w Łapach, gdzie proboszczowie są ważnymi postaciami, znalazły się kobiety na tyle odważne, by zorganizować protesty przeciwko zakazowi aborcji. Nie masowe, ale jednak. Co ciekawe, w zaproszeniu na jeden z tych spacerów, które ciągle można odgrzebać na Facebooku, widnieje stanowczy apel organizatorek: to pokojowy marsz, nie planujemy iść pod kościoły. Jak widać, gest pozostał niedoceniony.

Kalwaria aborcyjna

Temat aborcji zdominował również uroczystości wielkopiątkowe w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tamtejsi bernardyni w jakimś tam stopniu potraktowali obostrzenia pandemiczne poważnie i odwołali tradycyjne misteria z inscenizacją drogi krzyżowej. Tyle, że później i tak pozwalali wszystkim chętnym gromadzić się na terenie klasztoru i kalwarii, w dużych grupach iść jej drogami, z arcybiskupem Markiem Jędraszewskim przemawiającym z głośników w tle.

A ten kreślił analogię między sądem Piłata i ukrzyżowaniem Jezusa a prawem do przerywania ciąży. Część tej nauki zanotował reporter Wyborczej: ”Piłat przypomniał sobie również, co objaśniali mu przedstawiciele nauk biologicznych, zwłaszcza genetyki i embriologii, że życie człowieka rozpoczyna się w chwili poczęcia i że taka właśnie jest naukowa prawda. Ale że bał się posądzenia o słabość, szybko stłumił w sobie to wspomnienie. „Cóż to jest prawda?” – pomyślał, z satysfakcją przy tym zauważając, że sceptycyzm jest najlepszym lekarstwem na wszelkie prawdy, w tym również naukowe. Jego wahanie bezbłędnie wyczuli przywódcy ludu. „Jeżeli ten zbiór komórek uznasz za człowieka i przyznasz mu prawo do życia, nie jesteś przyjacielem władców tego świata. Co więcej, stajesz się wrogiem mainstreamowych mediów. Każdy, kto tak czyni, sprzeciwia się wolności i postępowi”.

Skromne mandaty

Oczywiście policja, która nie ma przecież zwyczaju wchodzenia do kościołów, nawet bez wysłuchania przemów Jędraszewskiego wiedziała, że kalwaryjscy pielgrzymi to nie protestujące kobiety, nie ma zatem potrzeby egzekwowania żadnych obostrzeń. Były jednak miejsca, gdzie mundurowi ostatecznie się pojawili. Z bloczkiem mandatów, nie z koszykiem pełnym jajek i kiełbasy.

W wielkopolskim Wolsztynie, w parafii św. Józefa, na nabożeństwie w świątyni było 360 osób. Oznacza to, że limit został przekroczony o 140 wiernych. Proboszcz został ukarany mandatem opiewającym na 50 zł. W innym kościele, Maksymiliana Kolbego w Mochach, na nabożeństwo ściągnęło 81 osób, podczas gdy dopuszczalna liczba wynosiła 14. Policjanci stwierdzili naruszenie, po czym wlepili karę w wysokości 20 zł. Dochód z tacy zapewne ekspresowo pokrył stratę… i życie potoczyło się swoim torem. Jak zawsze w Polsce. Święta – i po świętach.

Klątwa sklepów budowlanych

Pandemia to poważne zagrożenie. Rządy powołują zespoły doradcze i analityczne. Zbierają dane o zakażeniach i zakażonych. Ważą ryzyka i potencjalne korzyści. Na podstawie badań podejmują decyzje. Mamy już nie tyle trzecie maksimum walki z wirusem, ile trzeci etap desperackiej obrony. Po dwóch poprzednich etapach pozostało wiele danych. Można więc się pokusić o analizę najbardziej zagrożonych środowisk, profesji, miejsc pracy. Można sprawdzić przestrzeganie reżimów sanitarnych, przetestować funkcjonowanie branż w reżimach zaostrzonych.

U schyłku słusznie minionego systemu powstał film mający dla niektórych status kultowego. Polskim Indiana Jonesem został w nim Roman Wilhelmi, aktor na pewno kultowy. Film otrzymał mrożący krew w żyłach tytuł „Klątwa doliny węży”.
Scenariusz powstał, nomen omen, na podstawie opowiadania napisanego (pod pseudonimem) przez Wiesława Górnickiego. Opowiadanie, opublikowane najpierw w „Przekroju”, bardzo mnie zaintrygowało. Scenariusz niestety odszedł dosyć daleko od pierwowzoru, jakby na utwór ktoś rzucił klątwę.
Klątwa ta już Polski nie opuściła i przenosi się z miejsca na miejsce. Jakby w pogoni za nią przemieszczają się rządowe obostrzenia. Wszystko z powodu tajemniczej lotnej substancji z Azji.
Z analiz naszego rządu wynika, jak sądzę, że najwięcej osób zakaża się w restauracjach, na kortach tenisowych, w sklepach meblowych i marketach budowlanych. Bardzo groźne są wizyty w zakładach fryzjerskich i kosmetycznych.
Co prawda, nie spotkałem się z żadnymi przytaczanymi przez media badaniami, z których by wynikało, że jakieś miejsca czy aktywności publiczne są bardziej od innych związane z ryzykiem zakażenia. Jedyne opracowanie, na które natrafiłem, było niemieckie (oczywiście) i dotyczyło ryzyka zakażenia wirusem w komunikacji publicznej. Okazało się, że korzystanie z autobusów czy tramwajów przy przestrzeganiu nałożonych ograniczeń, zachowaniu dystansu i obowiązkowym noszeniu maseczek nie stanowi podwyższonego ryzyka zakażenia.
Dawno temu entuzjaści z MythBusters przeprowadzili eksperyment konsumpcyjny. Badali ryzyko zetknięcia się z zawiesiną zawierającą wirusy w trakcie spożywania wspólnego posiłku. Okazało się, że symulowane kichnięcie powoduje dotarcie zawiesiny kropelkowej do wszystkich uczestników eksperymentalnego posiłku. Zasłonięcie ust i nosa z kolei zabezpieczało ich niemal wszystkich przed takim kontaktem. Prosty eksperyment jednak nie przedostał się do zbiorowej pamięci społecznej.
Do przedstawicieli naszej administracji państwowej wiedza naukowa wydaje się nie docierać, choć trzeba przyznać, że wyciąganie wniosków z doświadczeń nie jest im całkiem obce. Wszyscy pewnie zauważyli, że wprowadzając maksymalny (prawie) zakres ograniczeń, rząd tym razem pominął niektóre miejsca i aktywności.
W odróżnieniu od wiosennego wielkiego zamknięcia lasy i cmentarze pozostawiono otwarte. Lasy zapewne dlatego, że ich powierzchnia od zeszłego roku znów bardzo się skurczyła. Cmentarze z kolei z powodu wzmożonego ostatnio ruchu – niestety, raczej jednokierunkowego.
Ostały się również księgarnie. Może ktoś wreszcie doniósł rządowi ostatni raport w sprawie czytelnictwa, dowodzący jasno, że pomimo pandemii Polacy nadal nie czytają książek, więc ryzyko wpadnięcia na rodaka w księgarni jest niewielkie.
Chociaż rozumiem zamknięcie klubów fitness, bo trudno jest intensywnie ćwiczyć w maseczce, a w klubach ćwiczy się grupowo, trudno mi znaleźć uzasadnienie zamknięcia siłowni, w których przecież ćwiczy się indywidualnie. Co prawda, już dawno zorganizowałem sobie minisiłownię w domu i zamknąłem ją dla innych, ale to chyba nieco inny przypadek.
Dziwić też może zamknięcie solariów, choć tym, którzy solariów nadużywali, taka przerwa może uratować… skórę.
A teraz pora na tytułową klątwę sklepów budowlanych. Wiara w tę klątwę musi być szczególnie żywa.
Wiara rozwija się zwłaszcza wtedy, gdy przedmiot kultu (wiary) owiany jest mgiełką tajemnicy. Jak sądzę, ci, którzy doradzają premierowi zamykanie takich sklepów przy każdej okazji, nigdy w nich nie byli. Słyszeli jedynie o satanistycznych orgiach, jakie się tam odbywają tuż po otwarciu albo zamknięciu: o lizaniu tapet i wykładzin, tarzaniu się w zasłonach i firanach, pluciu na kafelki.
Po prostu istny szał. Tylko Podkowińskiego brak…
Nawet na rybnych stoiskach przed Wigilią nie wymyślają takich bezeceństw, do jakich dochodzi między regałami w marketach budowlanych. A w meblowych ? Strach pomyśleć, co się dzieje na tych kanapach i fotelach… bujanych. Aż sam się boję tam zaglądać. Jeśli już pod groźbą śmierci, a przynajmniej utraty zdrowia lub resztek komfortu zmuszony jestem do takiego przeklętego miejsca się wybrać, łapię szybko, co mi potrzebne, i zaraz uciekam. Ledwo zdążę zapłacić…
W tej sytuacji jest chyba logiczne, że rząd nakazał zamknięcie tych niebezpiecznych przybytków.
A przy okazji zakazał uczestnictwa we wszelkich zgromadzeniach, bo wiadomo, że jak tacy sataniści nakupią w marketach sprzętu elektrycznego, to potem się gromadzą i robią krótkie spięcia i małe błyskawice. I tak przyciągają wirusy.
Jedynie miejsca, w których można bezpiecznie się schronić, to kościoły, bo wirus boi się święconej wody oraz kadzidła. Choć kadzidła chyba bardziej. Po wielogodzinnych negocjacjach z Episkopatem rząd ogłosił, że z pewnym ograniczeniami kościoły pozostaną otwarte. Dlatego z pewnym takim zaskoczeniem przeczytałem w Internecie, że Kościół dostosuje się do wszystkich obostrzeń dotyczących, na przykład, sklepów spożywczych. Okazało się jednak, że owszem, Kościół, ale norweski. Nasz twardo trzyma rząd, i wiernych, na kolanach.
Przepraszam za ten przydługi tekst, z którego wynika chyba dosyć jednoznacznie, że rządzą nami idioci. No, ale żeby tak sobie rzucić takim wyrażeniem w przestrzeni publicznej, trzeba być przynajmniej pisarzem… A ja tak sobie tylko piszę tu i tam.
A tak przy okazji: prezydent Duda nie jest już tym, za kogo prawie wszyscy go mają. Przynajmniej w Google. Niech pana bóg błogosławi, panie Rosewater, pardon, panie Sundar Pichai.
PS. Polexit się rozpoczął, premier złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o wyższości polskiego prawa konstytucyjnego nad prawem unijnym. To może sugerować, że premier nie umie czytać (czytać w ogóle, a nie tylko ze zrozumieniem).
Artykuł 91 Konstytucji rozstrzyga o relacjach pomiędzy ratyfikowanymi umowami międzynarodowym (traktatami UE) a prawem stanowionym przez polski parlament. W Googlach tego nie znajdziecie, ale nasz premier jest jak nasz prezydent.
A konkordat należy wypowiedzieć. Między innymi dlatego, by Głódź trafił tam , gdzie jego zasłużone miejsce a nie do swojego pałacyku.

Gra w zamykanego

Ta gra dotyczy nie tylko placówek kultury: kin, teatrów, muzeów, filharmonii. Ale właściwie prawie wszystkiego, co żywe i próbuje działać mimo pandemii.

Trudno tu wskazywać winnego, choć powtarzające się zarzuty o panujący chaos w decyzjach władz, podejmowanych pod naciskiem chwili i nerwowo, powinny rządzącym dać do myślenia. Tak czy owak, zostawiwszy na boku „wieczne pretensje”, jakie zawsze w takich sytuacjach się wzmagają, pora postawić pytanie:
jak przetrwać w czasie trudnym
żeby nie zwariować? Czy naprawdę jedyną metodą uniknięcia najgorszego, czyli szalejącej fazy pandemii, jest zamknięcie. Zwłaszcza że mądrzy ludzie przestrzegają, że stan pandemii może jeszcze potrwać rok albo i dwa.
Dotychczasowe doświadczenia naszych wielkich i małych (regionalnych) lockdownów niekoniecznie potwierdzają zbawienny wpływ izolacji na przebieg pandemii. Owszem, dystans społeczny, zachowanie zasad zachowania (maseczki noszone jak należy), to na pewno pomaga. Ale czy nie można znaleźć takiego sposobu funkcjonowania – myślę tu o całej sferze kultury i wspólnotowego przeżywania sztuki – który dawałby poczucie bezpieczeństwa nie mniejsze niż w sklepie czy środkach transportu, a jednocześnie przeciwdziałałby bolesnemu poczuciu społecznej izolacji.
Niedawno Prezes Polskiej Akademii Nauk profesor Jerzy Duszyński zasugerował, że pora najwyższa opracować takie zasady działania hoteli, restauracji, kawiarni, transportu miejskiego i placówek kultury, które mogłyby działać w warunkach pandemii dając przynajmniej częściowe poczucie życia społecznego, a jednocześnie zapewniając optymalne warunki bezpieczeństwa.
Tymczasem Instytut Teatralny im, Zbigniewa Raszewskiego publikuje kolejne części
raportu z pola walki
opracowanego na podstawie badań ankietowych i indywidualnych rozmów z twórcami kultury o sposobach działania, przetrwania w trakcie pandemii. To bardzo ciekawy materiał, dający do myślenia i potwierdzający, że artyści, organizatorzy życia kulturalnego nie ustają w poszukiwaniu sposobów zachowania ciągłości istnienia instytucji artystycznych, choć nie zawsze to okazuje się możliwe.
Publikacja raportu jeszcze trwa, towarzyszą jej debaty poświęcone (dostępne online) poszczególnym częściom tego wielkiego badania, za wcześnie więc na ich podsumowanie. Zanim przyjdzie na to pora, warto jednak zacytować fragment podsumowujący pierwszą część raportu „W poszukiwaniu strategii. działania instytucji teatralnych w czasie pandemii” autorstwa Marka Krajewskiego i Macieja Frąckowiaka (przy współpracy Kamila Pietrowiaka, Waldemara Rapiora i Janiny Zakrzewskiej):
„Tym, co uderzało nas w trakcie wywiadów prowadzonych z dyrektorami i dyrektorkami teatrów, było niezwykle głębokie urefleksyjnienie kryzysu spowodowanego przez pandemię w tego typu instytucjach. Ta refleksyjność nie musi być oczywiście traktowana jako coś zaskakującego – jak się wydaje, sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, była rodzajem awarii systemu, zawieszenia oczywistości świata, wytrącenia z rutyn i przyzwyczajeń, a to właśnie w takich momentach zaczynamy się zastanawiać nad rzeczywistością, sposobem jej funkcjonowania, na relacjami, które łączą nas z innymi. Wiele wypowiedzi naszych respondentów wskazuje jednak na to, że są oni ogromnie zaangażowani w ratowanie swoich instytucji i zespołów, że ostatnie miesiące to dla nich okres niezwykle trudny, bo nie tylko związany z niepewnością co do przyszłości, ale też z nieustannym trudem podejmowania kluczowych decyzji, za które odpowiada się jednoosobowo”.
Trudno o bardziej
krzepiące wnioski,
trudno o lepsze sposoby naprawy sytuacji od tych, które rodzą się z doświadczeń i możliwości twórczych tych, którzy przewodzą placówkom kultury – w tym przypadku teatrom. Podobne wrażenie odnosiłem wiosną ubiegłego roku, kiedy w okresie pierwszego lockdownu zwróciłem się do dyrektorów teatrów warszawskich z pytaniami o kondycję ich zespołów, a m.in. o sytuację, jaką wywołała pandemia. Pierwsze odpowiedzi sprzed roku okazały się tak naprawdę najlepszymi receptami na dolegliwości czasu zamknięcia.
Adam Sajnuk,
dyrektor artystyczny offowego Teatru WARSawy opowiadał się przeciw teatrowi on line: „teatry to grupa, która nigdy nie jest uprzywilejowana, bo to była pierwsza grupa dotknięta zakazem działania i ostatnia, którą uwolniono – i tak się dzieje zawsze, przy wszelkich innych zakazach. Jesteśmy zwyczajnie traktowani nierówno, a teatr jest przecież miejscem refleksyjnym, to też rodzaj świątyni. Teatry zamknięto w pierwszym rozdaniu i otwarto w ostatnim rozdaniu. Tak jakby tam właśnie najwięcej było zagrożenia… Zapomina się o tym, że jest widz i że ludzie potrzebują teatru. Głęboko w to wierzę i ciekawy jestem jaki to będzie mieć skutek: czy widzowie wrócą, czy zapomną – tutaj mówię głównie o teatromanach, nie o nowej publiczności. To na pewno duża grupa, która chodziła do teatru – sam zadaję sobie pytanie: czy ludzie wrócą do teatru, czy przerzucą się do sieci. Mam nadzieję, że online nie zabierze nam żywego widza. Jestem przeciwnikiem teatru online, bo teatr z natury rzeczy powinien być blisko widza: by czuł – to jest fenomen teatru i to różni żywy teatr od kina i teatru tv”.
Drogę środka proponowała wybrać dyrektorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer: „Od razu, kiedy zamknięto instytucje kultury postanowiłam, że będziemy grali w sieci – i to nie sporadycznie, ale że zaproponujemy widzom stały repertuar. Daliśmy w tym czasie ponad 50 wydarzeń, w stałe dni tygodnia. Spektakle archiwalne, czytania poezji, spotkania z piosenką żydowską, czytania performatywne sztuk, repertuar dla dzieci, filmy związane z Teatrem Żydowskim, koncert poezji Wisławy Szymborskiej, z jej udziałem nagrany tuż po otrzymaniu przez nią nagrody Nobla. Pracujemy na pełnych obrotach, angażując aktorów, technikę, administrację. W rocznicę wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim nadawaliśmy program przez wiele godzin, od południa do późnego wieczora, jak telewizja, nie tylko transmisję spod Pomnika Bohaterów Getta, ale też wypowiedzi ważnych osobistości, a przede wszystkim relacje Ocalonych. Przez cały dzień obserwowałam zainteresowanie, żywe, wzruszające komentarze. To było wszystkim potrzebne – widzom, nam, i pamięci tych, którzy 19 kwietnia rozpoczęli Powstanie. W każdych warunkach walczymy o naszą obecność, o przetrwanie, spotykamy się z widzami. Teatr musi grać. Ale to pokazało też, że być może teatr w jakimś stopniu pozostanie w sieci. Dlatego zaczęliśmy próby do spektaklu online „Nie ma” Mariusza Szczygła w adaptacji i reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskie”.
Dodam tylko, że do realizacji „Nie ma” doszło i powstał jeden z najlepszych spektakli on line, konstruowany z myślą o życiu w sieci.
Paweł Sztarbowski,
dyrektor artystyczny Teatru Powszechnego projektował działania wyprzedzające: „Obecna sytuacja jest bardzo trudna dla wszystkich ludzi teatru, bo straciliśmy to, co w teatrze najważniejsze – możliwość zgromadzeń, a tym samym żywego i bezpośredniego kontaktu z widownią. Tej energii nie da się niczym zastąpić. Jednocześnie staramy się podtrzymywać kontakt z naszymi widzami poprzez działania realizowane w ramach projektu „Teatr minimum. Powszechny online”, które cieszą się dużym zainteresowaniem i dzięki nim możemy dotrzeć do widzów spoza Warszawy. Jeśli zaś chodzi o plany, to pandemia zastała nas w trakcie pisania projektu pod nazwą „Ekologiczny teatr przyszłości”. Już wcześniej zajmowaliśmy się tematem katastrofy ekologicznej, najsilniej chyba w spektaklu Jak ocalić świat na małej scenie? Obecnie wydaje nam się to kluczowy temat dla zrozumienia tego, co czeka nasz świat. W teatrze jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by zajmować się światem społecznym, ludzkim. A obecna sytuacja kryzysu klimatycznego czy epidemiologicznego pokazuje, że należy rozszerzyć tę ramę społeczną, bo ona jest zbyt wąska, by odnaleźć sensowne rozwiązania. Wymaga to zmiany naszych przyzwyczajeń, być może przesterowania naszego dotychczasowego wyobrażenia teatru. Amerykańska badaczka, Una Chaudhuri, stworzyła pojęcie „piątej ściany teatru”, myśląc o patrzeniu w górę, w niebo i szukaniu widoku poza światem społecznym. Mówiliśmy już, że w Teatrze Powszechnym często w ostatnim czasie przekraczaliśmy czwartą ścianę teatru. Czas zatem na przekroczenie jego piątej ściany”.
Słuchajmy artystów. Lepiej niż urzędnicy odnajdują ścieżki wyjścia.

Pożyjemy – zobaczymy

Czy prezydent Andrzej Duda zaszczepi się chińską szczepionką?

Informacja o telefonicznej rozmowie prezydentów Polski i Chin wzbudziła sensacje w mediach. Nie dlatego, że do takiej rozmowy doszło. Obaj prezydenci Xi Jinping i Andrzej Duda kontaktowali się już wiele razy wcześniej. Ostatni raz mieli okazję dłuższej rozmowy podczas lutowego pekińskiego szczytu Formatu „17 + 1”.
Sensację wzbudził jeden z jej tematów. Ujawnił go prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Poinformował polskie media, że „Na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego prezydent poruszył kwestie współpracy polsko-chińskiej w zakresie walki z pandemią koronawirusa, w tym możliwości zakupu przez Polskę szczepionek wyprodukowanych w Chinach”.
I aby nie było warkliwości dodał, że ten problem „będzie przedmiotem dalszych ustaleń na poziomie międzyrządowym”.
Na razie polski prezydent „z zadowoleniem przyjął deklarację chińskiego przywódcy o gotowości Pekinu do uczynienia z produkowanych przez chińskie firmy szczepionek przeciw COVID-19 globalnego dobra publicznego”, podsumował prezydencki minister.
Dobra, ale nielegalna
W Chinach produkuje się już kilka rodzajów szczepionki przeciwko COVID-19. Stosowane są już w wielu państwach na świecie. Dotychczasowa praktyka potwierdziła ich skuteczność. Niedawne, rygorystyczne badania przeprowadzone w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, oceniły skuteczność stosowanej tam chińskiej szczepionki na poziomie 86 procent. To dobry wynik.
I dlatego problem jej zakupu przez państwa Unii Europejskiej nie polega na jakości chińskiej szczepionki, tylko na braku certyfikatu uprawniającego do stosowania jej na terenie wspólnoty europejskiej.
Każdy lek dopuszczony do użycia w państwach Unii Europejskiej musi mieć certyfikat Europejskiej Agencji Leków / EMA/. Chińskie szczepionki jeszcze nie mają go, bo nie były zgłoszone do procedury certyfikacyjnej. Nie były, bo jeszcze na początku roku wszystkie rządy państw Unii przekonane były, że wystarczą im szczepionki produkowane na terenie UE. Posiadające certyfikaty EMA.
Rzeczywistość okazała się mniej optymistyczna. Szczepionek z certyfikatami zaczęło brakować. Przede wszystkim w biedniejszych państwach Europy Środkowo- Wschodniej należących do Unii Europejskiej.
Pierwszy zadeklarował gotowość zakupu szczepionek niecertyfikowanych premier Węgier Wiktor Orban. Ogłosił, że Węgry uzupełnią deficyt szczepionek dodatkowymi zakupami w Chinach i Rosji. Aby przekonać Węgrów do takiego rozwiązania sam publicznie zaszczepił się chińską szczepionką.
W ślad za nim wolę zakupu chińskiej wyrazili też prezydent i premier Czech oraz premier Słowacji. Wsparli ich niemiecki minister zdrowia Jens Spahn, który wezwał Europejską Agencję Leków (EMA) do zatwierdzenia szczepionki Sinopharm „jeśli okaże się bezpieczna i skuteczna”. Austriacki kanclerz Sebastian Kurz wystosował podobny apel i wyraził gotowość do produkcji ich w Austrii. Jego zdaniem „żadne geopolityczne tabu” nie powinno kolidować z celem nadrzędnym, czyli zapewnieniem dostępności szczepionek dla wszystkich nią zainteresowanych.
W odpowiedzi władze chińskie potwierdziły gotowości sprzedaży szczepionki kolejnym krajom naszego regionu, co zresztą prezydent Xi Jinping deklarował na lutowym szczycie z przywódcami Europy Środkowo-Wschodniej w Formacie „17+1”.
Kiedy Polska?
Deficyt szczepionek odczuwalny w Polsce staje się poważnym problemem społecznym i politycznym. Brak certyfikatu EMA i związane z tym administracyjne problemy zniechęca do zakupów produktów niecertyfikowanych. Ale tylko niecertyfikowane chińskie i rosyjskie szczepionki mogą przyśpieszyć ogłoszony przez rząd Narodowy Program Szczepień.
To powoduje, że polski rząd nie ma jeszcze jednoznacznego stanowiska. Minister zdrowia Andrzej Niedzielski opowiada się za stosowaniem szczepionek z certyfikatami Unii Europejskiej.
Mniej rygorystyczny jest już odpowiedzialny za program szczepień minister Michał Dworczyk. Potwierdził, że polski rząd nie rozważa zakupu rosyjskiej szczepionki, na którą zdecydowały się rządy Słowacji i Węgier. Analizuje za to zakup szczepionki z Chin, pomimo, że na razie żadna nie została przetestowana przez Europejską Agencję Leków. Bardziej zdecydowane stanowisko zajął poseł PiS Krzysztof Lipiec, członek Rady Doradców Politycznych premiera Mateusza Morawieckiego. Zadeklarował, że w Polsce powinny być stosowane szczepionki z Chin „jeśli jest gwarancja, że są to szczepionki bezpieczne”. Dodał, że sam gotowy jest zaszczepić się taką szczepionką.
„Może jestem czasami radykalny w swoich sądach, ale poszedłbym drogą Słowacji i Węgier. Na co mamy się oglądać? Przecież dopuszczone już w UE szczepionki do nas nie docierają w potrzebnej liczbie. Trwa jakaś wojna koncernów, która ma wymusić na klientach system aukcyjny. Można kupić szczepionkę z Chin i u nas szybko przeprowadzić badania na ochotnikach, jeżeli mamy jakieś wątpliwości. Potem udostępnić te wyniki – tak jak zrobił Izrael w przypadku Pfizera. Te wszystkie szczepionki oparte są na tym samym białku. Nie wierzę osobiście w to, że któraś jest zdecydowanie mniej skuteczna. Wszystkie są w mojej ocenie dobre i bezpieczne, powiedział znany polski wirusolog profesor Włodzimierz Gut.
Uważa on też, że lepiej mieć „czyste sumienie” i kupić wiele szczepionek od różnych producentów niż czekać na polityczną decyzję wszystkich państw Unii Europejskiej. „Proszę spojrzeć na dane izraelskie. Tam śmiertelność już spadła poniżej 1 procenta, nadal będzie szła w dół. To dają masowe i szybkie szczepienia”, powiedział profesor Gut w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej.
Czy Polacy będą się szczepić się również chińskimi szczepionkami? Na takie, trudne do odpowiedzi pytanie, Polacy odpowiadają tradycyjnym przysłowiem: „Pożyjemy- zobaczymy”.

Koronawirus to największe ryzyko biznesowe

Przedsiębiorcy i eksperci ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe niebezpieczeństwa, które dotychczas nie pojawiały się w zestawieniach i trafiły na listę zagrożeń dopiero pod rządami Prawa i Sprawiedliwości: ryzyko polityczne oraz przemoc.

Przerwy w działalności biznesowej oraz sam wybuch pandemii, to zdaniem przedsiębiorców największe zagrożenia dla działalności gospodarczej w tym roku. Oba zagrożenia wiążą się ze sobą. Niewiele ustępują im ataki i incydenty cybernetyczne, zajmując trzecie miejsce.
Takie wyniki przynosi Barometr Ryzyk Allianz 2021, odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy na świecie i w Polsce. To badanie objęło opinie 2769 ekspertów z 92 krajów. Wzięli w nim udział członkowie zarządów, menedżerowie, brokerzy, eksperci ubezpieczeniowi.
Tak więc, kryzys spowodowany COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie niebezpieczeństwo zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. Na dwa czołowe zagrożenia wskazało odpowiednio 41 proc i 40 proc. ankietowanych.
To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii zajął drugie miejsce w tym rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, żadna pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka (mierzonym od dziesięciu lat) wyższego miejsca niż 16. Dziś koronawirus znajduje się wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.
Ponadto, rośnie ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że w przypadku kredytów kupieckich wskaźnik niewypłacalności osiągnie rekordowy poziom, bo aż 35 proc. do końca 2021 r. Największe wzrosty bankructw spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich.
Incydenty cybernetyczne znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie cyfryzacji i rozwój pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększają podatność na niebezpieczeństwa. Warto zauważyć, że już na początku pierwszej fali pandemii w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało aż 300 proc. wzrost liczby cyber-incydentów w USA. Szacuje się, że w ubiegłym roku cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę około 1 bilion dolarów, czyli o prawie 50 proc. więcej niż dwa lata temu.
Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (8 miejsce z 13 proc. wskazań) oraz ryzyka polityczne i przemoc (10 miejsce, 11 proc. wskazań), które są w niemałej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Mniej groźne okazują się natomiast zmiany w przepisach prawa i regulacjach, katastrofy naturalne, pożary i wybuchy, a także zmiany klimatu (dopiero 9 miejsce na liście zagrożeń, co wskazuje, że tak naprawdę mało kto traktuje serio rzekome nieszczęścia, jakie mają jakoby spaść na świat w związku ze zmianami klimatycznymi). Wszystkie te zagrożenia zostały wyraźnie zdominowane przez obawy związane z pandemią.
W Polsce wybuch pandemii jest już na pierwszym miejscu listy zagrożeń, co pokazuje, że rodzimi eksperci raczej dość nisko oceniają skuteczność pomocy dla gospodarki ze strony rządu Prawa i Sprawiedliwości. – Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na samym szczycie zestawienia w 2021 roku według polskich ekspertów. Zaznaczyli oni, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek właśnie z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz z Allianz Polska.
Na trzecim miejscu wśród największych polskich zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach, będące swoistą „specjalnością” rządu PiS. Incydenty cybernetyczne, wcześniej uznawane za jedno z trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero piątą pozycję w Polsce.
Ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe zagrożenia, które do tej pory nie pojawiały się w zestawieniach – ryzyko polityczne oraz przemoc. To także uznać należy za rezultat sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość

Unia Europejska, szczepionki i lewica

Historia zakupu i wdrożenia szczepionek na COVID-19 obnażyła sprzeczności w Unii Europejskiej oraz ograniczenia rynku kapitalistycznego w radzeniu sobie z kryzysem. Zobaczyliśmy tarcia zarówno między UE a Wielką Brytanią, jak i wewnątrz samej Unii. Przypomina się kryzys zadłużenia z 2011 i 2012 roku. Wobec faktu, że dysponujemy już szczepionkami Oxford/AstraZeneca, produktami firm Pfizer/BioNTech, Moderna i innymi, które są już podawane na całym świecie, można by pomyśleć, że zbliżamy się do końca pandemii. Tak nie jest, bo spekulanci farmaceutyczni i polityczni przedstawiciele klasy rządzącej sprzeciwiają się wprowadzaniu produktów na rynek w niektórych z najbardziej dotkniętych wirusem krajów. Aby powrócić do „normalności” i rozruszać gospodarkę, ignorują naukę i idą na skróty, narażając tym samym życie ludzi na całym świecie. Big Pharma działa w szczególnie skandaliczny sposób, pokazując, że jej rolą w społeczeństwie nie jest dostarczanie leków ani żaden inny filantropijny cel, lecz po prostu osiąganie zysków i wypłacanie dywidend swoim akcjonariuszom.

Pod koniec 2020 roku Der Spiegel doniósł, że Pfizer negocjował z Europejską Agencją Leków (EMA) możliwość wyodrębnienia szóstej dawki z każdej wyprodukowanej fiolki preparatu. Mogło to oznaczać zwiększenie tempa wdrażania leku o 20 proc.. W warunkach gospodarki planowej byłaby to doskonała wiadomość. Nie w kapitalizmie – początkowo Pfizer zapowiadał, że zmiana zostanie dokonana w celu zwiększenia możliwości szczepień, tylko po to, by w rzeczywistości zmniejszyć zasięg dostaw, za to zwiększyć swoje zyski o 17 proc. Pfizer „skorygował” swoje dostawy, szacując, że umowa dotyczyła jednej dawki, a nie jednej fiolki preparatu. Tylko na tym zarobił 17 proc. Pfizer ogłosił, że w pierwszej partii wyprodukuje 100 milionów fiolek, a nie 120 milionów, jak uzgodniono. Co stałoby się z 20 milionami dawek po 12 euro za dawkę? Pfizer sprzedałby je najwyżej licytującemu na rynku międzynarodowym. O tajnych porozumieniach między Pfizerem a Komisją Europejską dotyczących cen szczepionek dowiedzieliśmy się dopiero dzięki usuniętemu później tweetowi belgijskiej minister Evy de Bleeker. Są też inne przykłady postawienia interesów wielkich firm przed interesem ludzi: na razie tylko Włochy, pod naciskiem stowarzyszeń konsumenckich, planują pozwać Pfizera do sądu za niedostarczone szczepionki. Belgia, gdzie produkowana jest szczepionka, woli nie wytaczać procesów, prawdopodobnie z obawy, że koncern może zdecydować się na przeniesienie produkcji. Rząd francuski wynegocjował umowę, na mocy której produkować i dystrybuować szczepionkę Pfizera będzie „narodowe konsorcjum” Sanofi, jednak nie o obronę interesów francuskich obywateli tu chodzi, a właśnie o wsparcie rzeczonego koncernu.
AstraZeneca również znalazła się w centrum uwagi. W przeddzień zatwierdzenia szczepionki przez Europejską Agencję Medyczną, jej dyrektor generalny Pascal Soriot udzielił skandalicznego wywiadu dziennikowi La Reppublica. Najpierw zganił UE za to, że „spóźniła się” w negocjacjach, podpisując umowę trzy miesiące później niż Wielka Brytania, a potem stwierdził, że „ludzie stają się zbyt emocjonalni”. Dlaczego? Dlatego, że sugerują, jakoby produkcja szczepionek miała służyć ludzkości, a nie zyskom.
To nie koniec: unijni urzędnicy są już praktycznie przekonani, że AstraZeneca próbowała uniknąć wypełnienia zobowiązań podjętych wobec UE, która dokonała przedpłaty w wysokości setek milionów euro. Innymi słowy, koncern spekulował szczepionką i pieniędzmi zaoferowanymi przez UE. Podczas spotkania w dniu 25 stycznia pomiędzy urzędnikami państw członkowskich i UE oraz przedstawicielami brytyjsko-szwedzkiego konglomeratu farmaceutycznego AstraZeneca delegacja z Brukseli usłyszała zresztą od ludzi koncernu, że produkcja szczepionek będzie daleka od zobowiązań kontraktowych. AstraZeneca prowadzi z UE grę w kotka i myszkę i trzyma się twardo swoich racji, twierdząc, że umowa wymaga od niej jedynie „najlepszych starań”. Jako że wynegocjowane kontrakty pozostają całkowicie lub częściowo tajne, można zakładać, że przedstawiciele firmy mówią prawdę. Dlaczego miałby kłamać, skoro sam ryzykuje co najwyżej tym, że UE opublikuje umowę? W takim wypadku to Komisja Europejska pokaże swoją niezdolność do negocjowania kontraktów z myślą o zdrowiu publicznym i wszyscy będą mogli się przekonać, że zdolna do skutecznego negocjowania jest tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla Big Pharmy. To właśnie UE robiła przez ostatnie siedem dekad! Problem polega na tym, że interesy niektórych firm farmaceutycznych stoją w sprzeczności z interesami państw (mieszkańców) UE…
Sytuacja zaczyna rozwija się w myśl hasła „każdy działa na własną rękę”. Węgry już ogłosiły, że będą kupować szczepionki z Rosji i Chin, pomimo braku zgody (lub nawet prośby o zgodę w przypadku Chin) ze strony władz europejskich. Sandra Gallina, negocjatorka umów między UE a Big Pharmą, ogłosiła 12 stycznia, że nie wie o żadnych innych umowach poza tymi wynegocjowanymi przez Komisję, a gdyby takie istniały, to – jak powiedziała – byłyby sprzeczne z Traktatem (TFUE). Węgry jednak nie wydają się tym poruszone. Także niemiecka elita rządząca nie wydaje się zainteresowana jakąkolwiek „europejską solidarnością”. Coraz wyraźniej widać, że tak zwana „jedność europejska” rozpada się, gdy tylko pojawia się kryzys. Nie inaczej będzie w przypadku pandemii COVID-19. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim doszło do pierwszych szczepień. Przypomnijmy, że Komisja Europejska nie raz proponowała ustanowienie europejskich przepisów dotyczących podróży obywateli UE, w granicach wspólnoty. Jednak do tej pory wszystkie środki były wdrażane na poziomie krajowym, bez żadnej koordynacji między państwami członkowskimi.
A teraz kontrola!
Unia Europejska jest przede wszystkim strefą wolnego handlu i rynkiem. 70 lat integracji europejskiej stworzyło klub, którego członkowie są zmuszeni do zawierania porozumień, aby móc odgrywać rolę na rynkach światowych. Historia jest jednak pełna dziwnych wydarzeń. Obecny kryzys zmusił Unię Europejską do zaproponowania kontroli eksportu w celu zapewnienia, że Pfizer, AstraZeneca i i inni nie będą eksportować części szczepionek za granicę. Spowodowało to natychmiastowy konflikt między Unią Europejską a Wielką Brytanią, zaledwie trzy tygodnie po wystąpieniu tej ostatniej z UE.
Mimo że regulowanie handlu zagranicznego jest antytezą wszystkiego, za czym opowiada się Komisja Europejska, uparta rzeczywistość jest taka, że aby utrzymać pozory kontroli nad sytuacją, musiała ona zaproponować mechanizm kierowania produkcją szczepionek. Mechanizm ten został ogłoszony przez europejską komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Stellę Kyriakides w piątek 29 stycznia… i w ciągu 48 godzin musiał zostać wycofany z powodu skarg rządu irlandzkiego, gróźb odwetu ze strony Wielkiej Brytanii i krytyki w Komisji Europejskiej ze strony tych, którzy (logicznie!) postrzegali go jako obciążenie dla wolnego rynku. Irlandzki premier szybko zadzwonił do Ursuali Von der Leyen, aby poskarżyć się na użycie artykułu 16 umowy Brexitowej UE-Wielka Brytania, który miał narzucić kontrolę na granicy brytyjsko-irlandzkiej. Reakcja ta nastąpiła znacznie szybciej niż dziesięć lat temu, gdy irlandzka gospodarka zbankrutowała, co pokazuje, jak wrażliwa będzie kwestia granicy w nadchodzących miesiącach, gdy porozumienie w sprawie Brexitu zostanie w pełni wdrożone. Jak powiedział premier Irlandii, Micheál Marti, kwestia ta ma „wybuchowe implikacje polityczne”.
Komisja Europejska stoi przed nierozwiązywalnym problemem reprezentowania interesów Big Pharmy, łagodzenia różnic pomiędzy poszczególnymi członkami bloku i utrzymywania pozorów troski o miliony Europejczyków zarażonych wirusem COVID-19. To jest niemożliwe; nie można służyć dwóm panom. Albo broni się zysków wielkich wielonarodowych firm farmaceutycznych, albo tworzy się plan masowego wprowadzenia szczepionki na całym kontynencie. Oczywiście wybór został dokonany na samym początku, bo UE jest ciągle rynkiem i nie ma bezpośrednich narzędzi wpływu. Wielkie deklaracje stają się farsą w porównaniu z rzeczywistością.
Lewica i nacjonalizacja
Wydawałoby się, że sytuacja jest skrojona na miarę lewicy. Potrzeba nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego jeszcze nigdy nie została podniesiona tak wyraźnie. Nasi oponenci to zrozumieli: prasa prawicowo-liberalna argumentowała przeciwko takiemu posunięciu, otwierając debatę, zanim padł jakikolwiek mocny głos za upaństwowieniem. Libération, niegdyś lewicowa gazeta we Francji, dziś głos liberalnej burżuazji, kilka dni temu zamieściła artykuł, w którym pytała, czy istnieje potrzeba nacjonalizacji. Brukselski korespondent piszący artykuł broni obecnego sposobu produkcji, a także polityki oszczędności. Pisze: „Jedynym sposobem na zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na szczepionki jest zatem zwiększenie linii produkcyjnych w firmach, które mają taką zdolność. Taką drogę wybrała francuska Sanofi, która od tego lata będzie produkować szczepionkę BioNTech-Pfizer, oraz Recipharm, który zawarł porozumienie z firmą Moderna”.
Jak dotąd brakowało wezwań do nacjonalizacji ze strony wybranych przedstawicieli tak zwanych partii komunistycznych, zarówno na szczeblu krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego. Można założyć, że stare kontynentalne partie socjalistyczne dawno zapomniały o takich żądaniach, ale po kryzysie gospodarczym w 2008 roku byliśmy świadkami pewnej radykalizacji i powstania nowych lewicowych partii, których obecne milczenie wiele mówi. Bardzo niewiele z nich wysuwa żądanie nacjonalizacji. Kierownictwo związków zawodowych jest również niezwykle nieśmiałe w wysuwaniu żądań, smutno narzekając na brak przejrzystości i potrzebę innego podejścia, jak gdyby ten system w ogóle na inne podejście pozwalał. We Francji Sanofi ogłosił likwidację 400 miejsc pracy w dziale badawczym w tym samym czasie, kiedy rząd pośredniczy w zawarciu umowy na produkcję szczepionki Pfizer, a mimo to CGT nie wystąpiła z żądaniem nacjonalizacji! Jak dotąd większość lewicy i związków zawodowych wzywała co najwyżej do wywarcia presji na WTO, aby wymusiła zawieszenie TRIPS (porozumienia WTO chroniącego prawo do szczepionek) w odniesieniu do szczepionki i leków COVID-19 oraz do podpisania europejskiej inicjatywy obywatelskiej w celu ustanowienia prawa do szczepionek.
Komunistyczna posłanka do PE Sira Riga i poseł do PE Marc Botenga z Belgijskiej Partii Robotniczej [Portal Strajk rozmawiał z nim o pandemii i dostępie do szczepień – przyp. red.] napisali w ostatni weekend stanowisko, którego główny postulat brzmi następująco: „Wbrew pozorom nie jesteśmy wcale skazani na nadużycia przemysłu farmaceutycznego. Musimy po prostu działać w oparciu o mechanizmy, którymi dysponujemy. Potrzebujemy produkcji m.in. Pfizera i AstraZeneca, a realne koszty tej produkcji można zniwelować. Za szczepionkę zapłaciliśmy już czterokrotnie. Zrywając ich monopol, moglibyśmy szybko zwiększyć produkcję. Oznaczałoby to, owszem, mniejsze dywidendy dla akcjonariuszy firm farmaceutycznych, ale więcej szczepionek dla wszystkich i ratowanie życia w Europie i na całym świecie. Narzędzia techniczne i polityczne są na stole. Nadszedł czas, aby ich użyć”.
Przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę Trocki w Programie Przejściowym:
„Socjalistyczny program wywłaszczenia, tj. politycznego obalenia burżuazji i likwidacji jej dominacji ekonomicznej, nie powinien w żadnym wypadku w obecnym okresie przejściowym przeszkadzać nam w wysunięciu, gdy okazja tego wymaga, żądania wywłaszczenia kilku kluczowych dla bytu narodowego gałęzi przemysłu lub najbardziej pasożytniczej grupy burżuazji.” (…) „Konieczność wysuwania hasła wywłaszczenia w toku codziennej agitacji w formie cząstkowej, a nie tylko w naszej propagandzie w jej bardziej wszechstronnych aspektach, podyktowana jest tym, że różne gałęzie przemysłu znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, zajmują różne miejsce w życiu społeczeństwa i przechodzą różne stadia walki klasowej. Tylko ogólny zryw rewolucyjny proletariatu może postawić na porządku dziennym całkowite wywłaszczenie burżuazji. Zadaniem postulatów przejściowych jest przygotowanie proletariatu do rozwiązania tego problemu”.
Obecny kryzys Unii Europejskiej i pandemia COVID-19 powinny być doskonałą okazją do przedstawienia alternatywy dla obecnego systemu gospodarczego, a nie budowania iluzji opierających się na „istniejącym systemie”.
Zamiast tego należy zwrócić uwagę na prawdziwe źródło tego kryzysu: system kapitalistyczny i jego nieszczęsnych przedstawicieli politycznych. I podnieść żądanie nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego bez odszkodowania, aby dać nam prawdziwe rozwiązanie problemu globalnej pandemii.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu In Defence of Marxism. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Demokracja i autorytaryzm w warunkach pandemii

Pandemia Covid 19 stała się dla wszystkich państw – niezależnie od ich ustroju – wielkim egzaminem. Sprawdza się bowiem zdolność państw do realizowania ich podstawowej funkcji, którą jest zapewnienie bezpieczeństwa obywateli.

Przypomnę tu słowa wielkiego angielskiego filozofa polityki, zwolennika władzy absolutnej, Tomasza Hobbesa. W wydanym w 1651 roku sławnym dziele „Lewiatan” Hobbes pisał o tym następująco:

„Obowiązki suwerena (czy to będzie monarcha czy zgromadzenie) wyznacza cel, dla którego została powierzona moc suwerena, a mianowicie staranie o bezpieczeństwo ludu, do czego zobowiązuje suwerena prawo natury” (str. 297 wydania polskiego z 1954 roku).

Słowa te najczęściej interpretuje się jako odnoszące się do bezpieczeństwa zewnętrznego, ale nic nie wskazuje na to, by Hobbes miał na myśli tylko ten rodzaj zagrożeń . Bezpieczeństwo ludu, które czynił podstawową racją istnienia wszelkiej władzy państwowej, obejmuje także skuteczną ochronę przed zagrożeniami wewnętrznymi, takimi jak anarchia czy klęski żywiołowe. Pandemia jest więc sprawdzianem skuteczności państwa w realizacji jego podstawowego zadania.

Trwająca już ponad rok epidemia Covid-19 postawiła wszystkie państwa świata przed trudnym egzaminem, do którego nie były one przygotowane. Jest jeszcze zbyt wcześnie, by formułować ostateczną ocenę działań podejmowanych dla zwalczenia tego zagrożenia, ale już pojawiają się wstępne oceny, których trafność można będzie w pełni sprawdzić, gdy skończy się obecny koszmar masowych zarażeń i śmierci.

Jedną z najciekawszych takich ocen jest opublikowany ostatnio raport grupy badawczej Economist (związanej ze sławnym tygodnikiem) zatytułowany „Indeks demokracji 2020”, na który zwrócił mi uwagę profesor Grzegorz Kołodko. Obszerna część raportu dotyczy tego, jak państwa radzą sobie z obecną pandemią. Jest to kolejny taki raport, a pierwszy opublikowany został dla roku 2006.

Raport posługuje się pięcioma kryteriami: (1) jakość wyborów i pluralizm polityczny, (2) funkcjonowanie państwa, (3) uczestnictwo w polityce, (4) kultura polityczna i (5) wolności obywatelskie. Każde państwo zostaje ocenione w tych pięciu kategoriach na skali od O do 7, a analizą objęte zostało 167 państw i terytoriów z pominięciem minipaństw. W 2020 roku tylko 23 państwa zaliczono do „pełnych demokracji” a kolejne 52 – do „ułomnych demokracji” (flawed democracies). Łącznie do państw demokratycznych zaliczono więc 44.9% państw, zamieszkałych przez 49.4% ludności świata. Dwie pozostałe kategorie to „reżymu hybrydowe” (35) i „autorytarne” (57). Polska, wraz z innymi państwami środkowo-wschodniej Europy, znalazła się w grupie „ułomnych demokracji”, do której spadły także Stany Zjednoczone – oczywiście wskutek ekstrawagancji Donalda Trumpa. Najważniejszym spostrzeżeniem raportu jest stwierdzenie, że stan demokracji w świecie pogorszył się, przy czym kluczowe pytanie dotyczy tego, czy (lub jak dalece) stało się to wskutek pandemii.

Ofiarą pandemii, a ściślej mówiąc restrykcji wprowadzanych przez rządy dla jej zwalczania, padły wolności obywatelskie. Drastyczne restrykcje wprowadzone przez władze chińskie w prowincji Wuhan okazały się skuteczne, ale tak daleko idącego ograniczenia swobód obywateli trudno byłoby oczekiwać od państw demokratycznych. Raport zwraca uwagę między innymi na to, że amerykańska kultura polityczna, nacechowana nieufnością do państwa, stanowi silną przeszkodę dla skutecznego zwalczania pandemii. Aczkolwiek najsilniejszy regres wolności obywatelskich wystąpił w państwach autorytarnych, raport wskazuje też na to, że w 49 państwach zaliczanych do pełnych lub ułomnych demokracji nastąpiło pogorszenie się stanu demokracji. Nie jest to jednak bezwzględną regułą. Taiwan, zdaniem autorów raportu, okazał się prymusem w walce z pandemią przy równoczesnym zachowaniu standardów demokratycznych.
Ogólnoświatową tendencją okazał się spadek zaufania do rządów, którym obywatele zarzucają nieradzenie sobie z pandemią. Wyraźne nasilenie się protestów obywatelskich w takich państwach, jak Białoruś a ostatnio także Rosja, może (choć nie musi) być choćby w części podsycany niezadowoleniem z tego, jak przebiega walka z pandemią. Od profesora Adama Przeworskiego, jednego z najwybitniejszych socjologów polityki w USA, usłyszałem ostatnio opinię, że od tego, jak poradzi sobie z pandemią, zależeć będzie bilans nowej prezydentury Joe Bidena.

Pandemia – stwierdzają autorzy raportu – wpłynęła na układ sił w skali świata. Najlepiej radzi sobie z nią Azja – skąd inąd kontynent, gdzie dominują reżymy niedemokratyczne, co powoduje, że coraz wyraźniejsze jest przesuwanie się globalnego układu sił w stronę „dynamicznego Wschodu”.

Tyle, gdy idzie o obraz świata w warunkach pandemii. Sytuacja Polski jest jednak szczególna i wymaga odrębnego potraktowania.

Pod względem skuteczności walki z pandemią Polska znajduje się mniej więcej pośrodku państw europejskich. Rządzący chętnie wskazują na to, że jest u nas lepiej niż na przykład w Portugalii, czy sąsiednich Czechach, ale dyskretnie milczą o Norwegii, Szwecji czy Finlandii, gdzie wyniki walki z pandemią są wyraźnie lepsze niż w Polsce. Tym, co negatywnie wyróżnia nasz kraj, nie jest – moim zdaniem – stan pandemii, ani nawet zakres restrykcji i ich wysoce negatywny wpływ na gospodarkę kraju, lecz intensyfikacja konfliktu politycznego pośrednio związana z nieudolnością rządu w walce z pandemią.

Polska jest jedynym państwem europejskim (i, jak mi się wydaje, jednym z bardzo nielicznych w świecie), w którym władze państwowe zdecydowały się na zaostrzenie konfliktu ideologicznego – właśnie w apogeum pandemii i w oczywisty sposób z zamiarem przysłonięcia własnej nieudolności przekierowaniem uwagi na inną sferę spraw. Nikt rozsądny nie uwierzy wszak, że tak zwany „trybunał konstytucyjny”, niemal całkowicie uzależniony od Prawa i Sprawiedliwości, sam z siebie w październiku ubiegłego roku postanowił zaostrzyć przepisy dotyczące warunków legalnego zakończenia ciąży. Była to decyzja polityczna – niemal na pewno podjęta przez szefa rządzącej partii. Jarosław Kaczyński popełnił w tej sprawie wielki błąd, który będzie go dużo kosztował. Liczył zapewne, że polaryzując społeczeństwo wokół spornej kwestii aborcji odsunie na bok niewygodne pytania o to, dlaczego zmarnowano letni okres przejściowego złagodzenia pandemii i nie przygotowano kraju na jej drugą falę, dlaczego nie przygotowano należycie akcji szczepień, dlaczego nie stworzono realistycznej tarczy dla tych gałęzi gospodarki, które padają pod ciężarem narzuconych przez rząd restrykcji. A także – co jest dla Prawa i Sprawiedliwości szczególnie kłopotliwe – jak wyjaśnić skandal z zakupem (zapłaconych, ale niedostarczonych) respiratorów: skrajną niekompetencją czy korupcją w kręgach decyzyjnych?

Efekt okazał się inny od zamierzonego. Sprawa ustawy antyaborcyjnej nie przesłoniła nieudolności rządu w sprawie pandemii, ale dodała siły protestującym. W obozie rządzącym pojawiła się wyraźna rysa, gdyż nie udała się próba wysadzenia z siodła niedostatecznie lojalnego Jarosława Gowina – podjęta niewątpliwie z inspiracji, jeśli nie na rozkaz, Jarosława Kaczyńskiego. Niedaleki czas pokaże, czy konsekwencje będą podobne, jak te z 2007 roku, gdy fiaskiem i utratą władzy skończyła się próba wyeliminowania szefów sojuszniczych partii – Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin.

Wszystko to przemawia za tym, że polityczne konsekwencje pandemii w Polsce są inne, w istocie poważniejsze, niż w większości państw świata.

To właśnie miłość

Może to kogoś zdziwi, ale oprócz modlitwy, pracy, rozmyślania o życiu poczętym i związkach partnerskich oraz wolnych sądach, Polacy znajdują czas na miłość.

Kochamy się coraz bardziej, głębiej i mocniej. Częściowo dzięki polityce rodzinnej PiS, a częściowo za sprawą internetu pod każdą strzechą. Pandemia dała miłości podwaliny logistyczne, a internet pozwala je wykorzystywać.
Dzięki koronawirusowi mnóstwo osób zaczęło przesiadywać w domach. Dzięki sieci, żeby z kimś pogadać, nie muszą ruszać się z mieszkania. Tyle, że po jakimś czasie samo gadanie zaczyna być bez sensu. Przestrzegający dystansu poszerza zatem obszar zainteresowań, by trafić na portale łączące człowieka z człowiekiem. I niekoniecznie chodzi o fejsbuka. Jest mnóstwo portali służących wyłącznie rozkwitaniu miłości.
Początki zawsze są takie same. Zakłada się swój profil po to, by popatrzeć co robią inni. Po kilku wejściach widać, że robią to, o czym marzyło się przez całe życie, ale głupio było to zaproponować małżonkowi lub małżonce.
Poszukiwacz prawdziwej miłości przechodzi zatem do następnego etapu. Zaczyna poznawać ludzi. Na przykład panią, która od kilku lat, mimo posiadania ślubnego i gromadki latorośli, realizuje się miłośnie z panem również posiadającym rodzinę. Kochają się nieustannie, ale najmocniej dwa razy w tygodniu w porze obiadowej. Czasem ich miłość wręcz eksploduje i nie ogranicza się wyłącznie do nich, a dosięga drugą parę lub singli płci obojga. Szczytem romantyzmu staje się prezent urodzinowy dla pani, którym są trzej osobnicy płci męskiej, których zakochany partner zorganizował kochance miast banalnego bukietu. Osobników również dosięga strzała Amora i zakochują się jednocześnie w każdym z zakamarków jej ciała. Umożliwiającym sobie i jej zobaczenie gwiazd, motylków, nieba i piekła w jednym.
Można też natrafić w portalu na niewiastę z Krakowa, która zakochuje się na basenie w 17 letnim młodzieńcu. A właściwie w tej jego części, która pierwej zakochała się w niej, co udowodniła swoim, wykraczającym poza ramy kąpielówek, gabarytem. Wskutek tego pani przelała nań w przebieralni swoje uczucie zmaterializowane przez gruczoł ślinowy. Młodzian odwzajemnił miłość, przelewając z kolej w obręb jej ust to, co miał najcenniejszego.
Internetowy poszukiwacz, czy poszukiwaczka prawdziwej miłości, jeśli choć raz w życiu byli na publicznym basenie, już po takim kawałku widzą, że opowieść ta, to jawny kit. Tyle, że to nie koniec. Pani z Krakowa, będąc nauczycielką, zaprasza młodzieńca do siebie, by pomóc mu w przygotowaniach do egzaminu dojrzałości. Młodzieniec przybywa nie sam, ale ze swoją 16-letnią dziewczyną. Ciąg dalszy tej love story można przewidzieć. Pani idzie się rozebrać do łazienki, a gdy wraca, młodzież jest już bez przyodziewku. Dziewczyna okazuje się być dziewicą i oczywiście z powodu zapałania równoległym uczuciem do chłopaka i nauczycielki składa swój wianek w ofierze tej miłości. Nie tylko ten zresztą. Ten z tyłu również.
Jeśli na panią z Krakowa trafi kobieta, to po opisie tych miłosnych uniesień, dostanie propozycję wymiany swoich prywatnych fotek drogą e-mailową. Gdy już mail od pani z Krakowa przyjdzie, to dzięki dwóm prostym kliknięciom, okaże się, że zrobione dopiero co fotki mają 10 lat i są ściągnięte z internetu. Mało tego, ponieważ dzięki e-mailom można w prosty sposób odczytać IP nadawcy, a potem sprawdzić gdzie napisano maila, to okaże się, że pani z Krakowa jest z okolic Tucholi. I raczej nie jest panią. Po prostu 80 procent ludzi na portalach miłosnych łże.
Następne zatem co musi poszukiwacz prawdziwej miłości, to nauczyć się oddzielać nasienie od plew. Oraz, co bardzo ważne, umiejętnie chronić swoje dane.
Jeśli bowiem w portalu są zdjęcia z twarzą, do których dostęp mają tylko osoby znające hasło, to może być nieciekawie.
Choćby tak. Poszukiwacz miłości dostaje maila z fotami z adresu g.brzeczyszczykiewicz@pikus.pl. Z wcześniejszego klikania wiadomo, że nadawczyni sfotografowanych wdzięków ma na imię Grażyna, ale w portalu nosi ksywę ziuta31. Teraz wystarczy sprawdzić czy czeczywiście jej IP jest tych okolic, o których pisała. Jeśli się to potwierdza, to wystukujemy w fejsbooku lub naszej klasie Grażynę Brzęczyszczykiewicz z Piły i wyskakują nam foty z facjatą, którą znamy z gołych zdjęć. Panna jest zatem zweryfikowana. Ale dla kogoś, kto miałby ochotę na coś więcej, zaczyna się dopiero pole do popisu.
Na portalach społecznościowych ludzie podają miejsca gdzie pracują, mają profile swoich mężów i dzieci. Ktoś, kto zamiast prawdziwej miłości szukałby kogoś, kogo można szantażować, ma wolną drogę. Ma gołe foty z twarzą i namiary na męża, dzieci, kolegów męża i kolegów dzieci. I jeśli pani nie zechce zrobić tego, co taki zły człowiek chce, on nie zawaha się tych namiarów użyć.
Ubogacony wiedzą weryfikacyjną poszukiwacz, sprawdza teraz na potęgę znajomych z miłosnego portalu. Lustruje pozytywnie 45 letniego kamieniarza z zachodniopomorskiego, który po przerobieniu z 40 letnią żoną całej Kamasutry, odkryciu wpływu sikania żony na własną potencję seksualną, oraz uaktywnienie się receptorów doznań miłosnych w jej anusie, postanowił pójść krok dalej. Jako homofob i antysemita zauroczony tezami prezesa, a może z innego powodu, wykoncypował z małżonką, że odegra ona rolę pani, która świadczy obcemu usługi seksualne za gotówkę. Gotówką miało być 500 złotych. Chętny się znalazł i doszło do miłosnego zbliżenia pani kamieniarzowej z klientem. Mąż spotkanie filmował i fotografował, a klient niekoniecznie miał tego świadomość. Kamieniarzowej spotkanie się tak spodobało, że zastosowała rabat specjalny i jedyną gotówką, jaką wzięła było 100 zł na pokrycie kosztów paliwa. Kamieniarz też był wniebowzięty, o czym zaświadczają jego następne produkcje filmowe zamieszczane na miłosnym portalu.
Kolejne obserwacje poczynione w portalu sprowadzają się do stwierdzenia, że kobiety mają łatwiej, tak samo pary. Natomiast faceci muszą się bardzo starać. Nieważne zatem czy poszukiwaczka miłości ma 20 czy 60 lat. Nieistotne czy waży 50 czy 120 kilo. Jeśli jest kobietą, ma branie. Może przebierać w facetach młodszych o 30 lat lub o tyluż starszych. W facetach ze służb specjalnych, pracownikach naukowych lub studentach. Jednej, a właściwie dwóch rzeczy nie jest w stanie jednak bez spotkania kogoś takiego stwierdzić. Gabarytów i możliwości. O ile bowiem białogłowy z reguły zaniżają w profilach swój wiek o 5 lat i wagę o 7 kilo, to faceci przedłużają sobie strzałę Amora o 3 centymetry. Drugą męską ściemą jest czas, który są w stanie poświęcić na wysyłanie kobiety na miłosny Olimp. Zapewniając o swojej długodystansowości, osiągają z reguły czas przedłużonego sprintu. Tłumaczą to oczywiście seksapilem niewiasty, który tak na nich działa, że nie mogą się powstrzymać. Wśród białogłów bywałych w realnym korzystaniu z wdzięków internetowych kochanków, utarło się, że najlepsi są 20-latkowie i ci (co pewnie nie zaskoczy Agnieszki Wołk Łaniewskiej) po 50-ce. Młodsi to ciacha, ale szybkostrzelne i niewładające językami z migowym na czele. A co najciekawsze, większość z nich uskutecznia miłość, przyodziana oprócz lateksowej nakładki w złoty krzyżyk na łańcuszku. Starsi, po pierwsze wiedzą co i jak, a po drugie dzięki naukowcom z firmy Pfitzer, mogą zgłębiać miłosne czeluście przez parę godzin.
Z parami jest inaczej. Regułą jest, że propozycja rozszerzenia składu małżeńskiego łoża pada ze strony mężczyzny. Pada przeważnie po 10 latach trwania związku. Odpowiedzią żony jest z reguły zniesmaczenie, ale jeśli facet jest cierpliwy, to będzie drążył temat tak długo, że dla świętego spokoju małżonka się zgodzi. Jednak od zgody do grupowej realizacji droga jeszcze daleka. Namówiona małżonka musi teraz zobaczyć w co się pakuje, w związku z czym to ona zaczyna przedzierać się przez sekrety portali miłosnych. Trafia na postawione w takiej samej sytuacji kobiety i widząc, że nie jest sama, jak też, że miłosne uniesienia spotęgowane tłumem wcale nie muszą boleć, zaczyna działać.
Szczególnie jeśli wejdzie na internetowy kanał, gdzie pary pokazują na żywo co potrafią. Ośmielona widokiem normalnych ludzi oddających się bez skrępowania upojnościom uczuciowym, postanawia z nimi porozmawiać. Rozmowy kończą się wymianą adresów komunikatorów audio wideo takich jak Skype. A potem już jest z górki. Skoro inni mogą i sprawia im to frajdę, a w dodatku są normalni, to ja też. Po takiej konstatacji rozpoczyna się działanie. Najpierw wyszukiwanie potencjalnych obiektów miłosnego zauroczenia. Potem szybka lustracja mailem, Skype’m i w końcu komórką. Kolejnym krokiem jest spotkanie się we czwórkę, w kawiarni, by w końcu wylądować w poszerzonej wspólnocie małżeńskiej.
Dopiero tu zaczynają się prawdziwe problemy. I to wcale nie ze strony kobiety. Najczęściej nawalają panowie. Zamiast rzucać się od razu w wir emocji, dodają sobie odwagi alkoholem. I oczywiście, któryś przesadza. Nie zawsze jednak procenty stanowią problem. O wiele częściej jest nim niemoc wywołana komparatystyką penisową. Facet widząc, jak do jego ślubnej dobiera się ktoś, o stanowczo dłuższym potencjale miłosnym, doświadcza swoistej zapaści swojego kołczanu. W tej sytuacji, można być pewnym, że nigdy już nie zaproponuje małżonce wspólnego wypadu.
Wiele żon postawionych w takiej sytuacji, zakłada sobie potem swój własny, utajniony przed mężem profil, gdyż jak wiadomo z Romea i Julii, miłość nie znosi ograniczeń. Jako singielka-mężatka zaczyna realizować się uczuciowo na własną rękę i nie tylko rękę.
Czasem zdarza się jednak niewiasta, która przejmuje inicjatywę i oznajmia małżonkowi, że albo będą się spotykać z parami razem, albo ona będzie poszukiwała romantyczniejszej strony egzystencji samotnie. Na takie dictum panowie z reguły przystają. Jak choćby pan ze ściany wschodniej, który dzięki takiemu ultimatum jest zmuszony co tydzień obcować miłośnie z żoną faceta, który piętro wyżej uromantycznia jego ślubną. Pan ma z tego jednak pewne pożytki. Podróżuje z żoną i dziećmi po kraju. Korzystają bowiem z zaproszeń małżeństw i par z atrakcyjnych turystycznie okolic. W ciągu dnia realizują się z rodziną wycieczkowo, a wieczorami uczuciowo. Korzyść jest prosta, weekendowy wypad kosztuje ich tyle co paliwo. Żarcie i noclegi mają za free. Co prawda drugi raz w tym samym miejscu z reguły już nie są, a to z tej prostej przyczyny, że żona pana ze ściany wschodniej ma do uniesień miłosnych stosunek równie twórczy jak deska do prasowania, zaś jej mąż ma poważne problemy spowodowane brakiem znajomości kobiecej anatomii. Medycyna mogłaby to nazwać nawet dysclitorią, czyli absolutnym brakiem umiejętności znalezienia łechtaczki.
Nie tylko pary mogą dzięki internetowym kochankom układać sobie turystyczne przyjemności. W tej dziedzinie brylują głównie panie. Wystarczy, że rzucą w miłosnym portalu hasło, że będą przez tydzień w Świeradowie, by po chwili mogły przebierać w ofertach par i panów oferujących im miłość, szacunek i posłuszeństwo bez granic. Obiady, kolacje i imprezy taneczne nie wymagają zatem od takiej białogłowy żadnych nakładów finansowych.
Poszukiwaczki prawdziwych miłości czasem stawiają swoich kochanków w sytuacji analogicznej z tą, w której postawił milionera Jack Lemmon w ostatniej scenie „Pół żartem pół serio”. Jeśli bowiem para zna się tylko internetowo i telefonicznie, to często w sieciach komórkowych dochodzi do takich rozmów.
On: Hejka! Właśnie wysiadłem na Centralnym, spóźnił się ze Szczecina tylko kwadrans. Gdzie się spotkamy?
Ona: Ale muszę ci wcześniej coś powiedzieć. Ja nie mam 32 lat.
On: To nic. Gdzie będziesz?
Ona: Mam 45. Będę za godzinę w Złotych tarasach przy MC Donaldsie. Ale nie ważę 60 kilo…
On: Nie szkodzi. Jak będziesz ubrana?
Ona: Mam 95… i będę w takim brązowym futerku z wielką czerwoną torebką. Przy wejściu.
On: Wspaniale. Już idę i będę czekał.
Ona: To narka. A tak w ogóle to nie mam na imię Paulina tylko Adela. Buziaczki!
Wiadomo, że nikt nie jest doskonały. Wiedzą to także miłośniczki kochania. Ale żadna niedoskonałość, nie odstręczy kochanka, który już i tak pół dnia i nocy zmarnował, by zakosztować swej Izoldy.
Miłość pochodząca z sieci jest szybka. Nie ma czasu na trzymanie się za rączki i oglądanie gwiazd. Najczęściej spotykaną jej formą jest wylądowanie w alkowie przed pierwszą randką, lub w uniseksualnej toalecie w jej trakcie. Z alkową bezrobotny poszukiwacz miłości nie ma problemu. Żona lub mąż i dzieci w szkole lub przedszkolu, więc gniazdko miłości jest wolne. A jeśli nie jest, to ratunek przychodzi z sieci. Za 40 – 50 złotych można wynająć niekrępujący pokój na 2 – 3 godziny w większości polskich, dużych miast. Bo miłość udziela się także hotelarzom.
W portalach dla dorosłych zarejestrowanych są miliony rodaków. Dzięki nim uczucia mogą rozkwitać. Szczególnie wśród tych, którzy uważają, że seks z własną żoną, czy mężem, to kazirodztwo.

Kultura, głupcy – bo ona obumiera

Czy zauważyliście, że przygnieceni epidemią w realu i zalewani codziennie lawiną informacji oraz pseudoinformacji (także statystycznych) o jej przebiegu (już od samego nadmiaru ich codziennej dawki można się rozchorować), że epatowani gąszczem doniesień o problemach rozmaitych grup społecznych i zawodowych, emerytów, medyków, restauratorów, właścicieli klubów fitness, stoków narciarskich, nauczycieli itd., pouczani o potrzebie „noszenia maseczek, dystansie i dezynfekcji rąk”, zamęczani niemal codziennymi „konferencjami prasowymi” oficjeli rządowych etc. o perturbacjach (może trafniejsze byłoby słowo „blamaż”) z przebiegiem szczepień, prawie – podkreślam słowo „prawie” – niemal w ogóle nie słyszymy o kulturze, rozumianej zarówno jako kompleks instytucji zajmujących się jej upowszechnianiem i sprzedażą, jak i jako twórczość artystyczna czy kondycja duchowa zbiorowości?

Czy zauważyliście, że przygnieceni epidemią w realu i zalewani codziennie lawiną informacji oraz pseudoinformacji (także statystycznych) o jej przebiegu (już od samego nadmiaru ich codziennej dawki można się rozchorować), że epatowani gąszczem doniesień o problemach rozmaitych grup społecznych i zawodowych, emerytów, medyków, restauratorów, właścicieli klubów fitness, stoków narciarskich, nauczycieli itd., pouczani o potrzebie „noszenia maseczek, dystansie i dezynfekcji rąk”, zamęczani niemal codziennymi „konferencjami prasowymi” oficjeli rządowych etc. o perturbacjach (może trafniejsze byłoby słowo „blamaż”) z przebiegiem szczepień, prawie – podkreślam słowo „prawie” – niemal w ogóle nie słyszymy o kulturze, rozumianej zarówno jako kompleks instytucji zajmujących się jej upowszechnianiem i sprzedażą, jak i jako twórczość artystyczna czy kondycja duchowa zbiorowości? Czy zauważyliście, że jest ona – kultura – traktowana tak, jakby była sferą drugorzędną, nawet trzeciorzędną, marginalną? I że powiedzieć, że jest ona traktowana przez władzę po macoszemu, jak „hetka-pętelka” to nic nie powiedzieć? Czy słyszeliście o jakiejś „tarczy” finansowej dla kultury? A jeśli nawet, czy słyszeliście ze strony oficjeli władzy choć jedno publiczne odniesienie się do problemów „kultury”? Jeśli już, to po stronie władzy sytuuje się ono w kontekście jej wrogim, nieprzyjaznym, budzącym skojarzenie z groźną frazą o „odbezpieczaniu rewolweru” na dźwięk słowa „kultura”. I że trafniejsze byłyby tu słowa – dyskryminacja i pogarda? Swoją drogą – czy nie jest tak, że władzy PiS kultura nie tylko nie jest potrzebna (poza kulturą n a r o d o w ą w stylu IPN), ale jest przeszkodą i może bardzo było by jej na rękę takie jej przetrzebienie, by w końcu przestała przeszkadzać w tworzeniu „nowego, pisowskiego człowieka”? Niedługo upłynie rok od momentu zamknięcia, z powodów epidemicznych, teatrów, kin, sal koncertowych czy galerii sztuki. Po stronie władzy postulaty czy sugestie odnoszące się do ich otwarcia nie pojawiają się w ogóle, ze strony świata kultury presja jest bardzo słaba, co może wskazywać na poczucie braku siły przebicia po tej stronie, braku szans na skuteczne konkurowanie z silniejszymi branżami oraz poczucie bezsilności i rezygnacji. A przecież teatr czy kino funkcjonujące przy zastosowaniu niezbędnych rygorów sanitarnych nie stworzyłyby większego zagrożenia epidemicznego niż kościoły, które od początku epidemii są otwarte przy minimalnych ograniczeniach. Pytań jest wiele, a w tym takie oto, zasadnicze: Czy publiczność, odbiorcy kultury, nawet jeśli wrócą do starych okoliczności „sprzed pandemii”, wrócą dokładnie do tego, co było kiedyś? I czy wrócą te dawne uwarunkowania w skali większej niż tylko w wymiarze czysto ekonomicznym, czyli jako zysk z opłat za bilety? A może ta publiczność się zmniejszy, co pogłębi obecnie już zauważalny proces obumierania kultury? Czy problemy podejmowane przez wielkich autorów klasycznych czy współczesnych będą ważne dla widowni teatralnej sprzed epidemii i dla twórców? Czy cień pandemii odciśnie się na percepcji problemów uosabianych przez klasyków tragedii antycznej, Szekspira czy Dürrenmatta a także na problematyce dramaturgii współczesnej? Czy oglądając realizacje sceniczne (klasyczne czy współczesne), nie będą mieli poczucia, że stykają się z problemami zaprzeszłymi, że doświadczenie pandemii już na trwałe zmieni kształt i charakter problemów egzystencjalnych, że na trwałe zdezaktualizuje wiele fundamentalnych kwestii, a więc także kształt jej artystycznej ekspresji? Czy twórcy, doświadczeni pandemią, będą jeszcze stawiali pytania starym klasykom? A może „nowy świat” będzie trzeba mierzyć innymi miarami? Dodam, że te same pytania, choć w innych proporcjach, dotyczą widowni kinowej. Można, owszem, oglądać kino w internecie, choć czy to będzie jeszcze dawne kino? Jednak już teatr bez żywej publiczności zwyczajnie teatrem nie będzie. Rzecz jasna, literatura jako sztuka tworzona kameralnie, bez bezpośrednio spozycjonowanej publiczności czy muzyka, malarstwo i rzeźba jako sztuki asemantyczne, rządzą się innymi prawami, mniej niż teatr i kino podlegają regułom zbiorowej percepcji. Jednak i te dyscypliny nie będą wolne od poważnych dylematów, co do dalszej egzystencji, „po pandemii”.
Nie chcę mnożyć wariantów rozmaitych przebiegów zdarzeń, rozbierać ich na czynniki pierwsze, formułować sztywnych formuł. Nie mam danych naukowych, więc posługuję się tylko własną obserwacją i intuicją, a swoje uwagi zaserwowałem wybiórczo i nieco chaotycznie, bo przecież żyjemy w chaosie. Jedno jest pewne – twórcy kultury (a co za tym idzie i kultura jako taka) już doznali kolosalnych strat materialnych (strata dochodów ze sprzedaży biletów), a także duchowych, rozprzężenia, rozregulowania, „zamartwicy” pracy twórczej. Natomiast po stronie odbiorców kultury, publiczności, tych którzy materialnie „zaoszczędzili na wydatkach na kulturę”, już są ogromne straty duchowe, a w kolejnych rocznikach odbiorców będą jeszcze bardziej dotkliwe. Od przeszło roku nie mogą wybrać się do teatru czy kina, choć akurat kościoły są otwarte. To rozbiło stary paradygmat relacji i osmozy między twórcami a odbiorcami kultury. Nie będę udawał, że znam odpowiedzi na pytania, jakie zadane zostały w tym tekście, nie zamierzam się mądrzyć „po próżnicy” – po prostu je stawiam. Może będzie tak, że stara, rytualna widownia wróci do starych obyczajów i będzie zapełniać teatralne wieczory i „kawowe” antrakty, a może – przeciwnie – na dłuższą metę stara publiczność teatralna się wykruszy, a nowa nie zapełni teatralnych foteli w dawnym stopniu? A nawet jeśli zapełni, to będzie to już może zupełnie inna widownia? Można to już było zresztą zobaczyć podczas niedawnej uroczystości wręczenia dorocznych „Paszportów „Polityki”. Odbyła się ona on-line, bez udziału publiczności, co we mnie wywołało uczucie smutku, a oferta ze strony młodego pokolenia twórców nagrodzonych w różnych dziedzinach działalności artystycznej pokazuje, jak bardzo już zmienił się paradygmat kultury i jak bardzo różni się ona od tego, do którego byliśmy przez dziesięciolecia przyzwyczajeni. Pytań i wątpliwości jest bardzo wiele, odpowiedzi jeszcze brak.
Wiem tylko, że np. twórcy najstarszych generacji aktorstwa polskiego stracili już szansę na spokojne doczekanie twórczego dopełnienia swojego kresu i ich „wyautowanie” dokona się(już się dokonało)w trybie przyśpieszonym, w trybie stanu wyjątkowego.
Jakkolwiek jest i jakkolwiek będzie, stara kultura artystyczna, w tym teatralna, jest u swego kresu i warto zacząć kultywować ją jako składnik tradycji. Dwie wielkie wojny światowej XX wieku radykalnie ją zmieniły i chyba tak będzie i tym razem, bo ta pandemia ma wiele ze stanu wojny. Zatem to ostatni moment na taki zapis, bo – jak powiedział filozof Pedro Velasquez z „Rękopis znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego/Wojciecha Jerzego Hasa – „niedługo wszyscy zaśniemy pośród niekończonej nocy”.
Dlatego jako kontynuację „Kapsułek pamięci” (poprzednie dotyczyły polityków) proponuję Państwu moje wspomnienia ze spotkań, z wywiadów z artystami, aktorami, reżyserami, pisarzami, poetami, rzadziej plastykami czy muzykami. Zacznę od aktorów „starej gildii”, środowiska niezwykle barwnego, zasłużonego dla kultury, środowiska, które właśnie – przez pandemię, ale także z przyczyn metrykalnych – w przyspieszonym tempie przechodzi do historii. W takich „kapsułkowych” portrecikach najważniejszy jest aspekt subiektywnego, osobistego spojrzenia na rozmówcę, bo przecież powielanie suchych danych z Wikipedii i tym podobnych źródeł nie ma sensu. Zastanawiałem się w jakim porządku prezentować poszczególne sylwetki. Od razu odrzuciłem porządek alfabetyczny, bo jego czysto formalny charakter ma sens jedynie w edycjach o charakterze encyklopedycznym czy słownikowym. Rozważałem też zastosowanie chronologicznego porządku przeprowadzania kolejnych rozmów. Jednak po ponad dwudziestu latach jakie upłynęły od pierwszej rozmowy było to trudne, ale i też niecelowe. Postanowiłem więc zdać się na spontaniczny nieporządek, na żywioł pamięci, jak na subiektywne wspomnienia przystało.
Na początek, jako przedsmak, w trybie zajawki, próbki na poczet przyszłego cyklu, fragment jednej z „kapsułek pamięci” o jednym z moich licznych spotkań, licznych rozmów z postaciami z tego środowiska.
Nina Andrycz (1912-2014)
Nieżyjąca już, wielka, wytworna, królewska, także w obejściu, dama polskiego aktorstwa, no i kobieta piękna jakby „staromodną urodą”. Na spotkanie, o które ją poprosiłem, a było to późną jesienią 2002 roku, zaprosiła mnie do swojego mieszkania przy Alejach Jerozolimskich, pełnego starych mebli, obrazów, pamiątek. Na stylowej komodzie zauważyłem oprawną w ramkę fotografię niegdysiejszego męża pani Andrycz, Józefa Cyrankiewicza, wieloletniego PRL-owskiego premiera. Pani Nina była znana jako osoba bardzo energiczna, a nawet władcza. Od samego początku nadała ton naszej rozmowie i rozwinęła swoją własną narrację, moje pytania traktując jedynie jako luźny pretekst. Bardzo wiele opowiedziała mi o swoim życiu aktorskim, rozpoczynając od przedwojennego jeszcze debiutu teatralnego i kontaktach z wielkimi sceny tamtych czasów. Dla dziennikarza taka formuła ma czasem tę dobrą stronę, że działa jak „samograj”, wystarczy nagrany materiał tylko uporządkować, nie trzeba się wysilać, aby wyciągnąć od rozmówcy to, co nas interesuje (a takie sytuacje się zdarzają). Kiedy kilka dni później ponownie pojawiłem się u mojej rozmówczyni, pokierowała autoryzacją w sposób dynamiczny, niemal wojskowy, w pełni dyrygując nanoszonymi przeze mnie korektami i uzupełnieniami, co sprawiło, że była to jedna z najszybszych i najsprawniej przeprowadzonych autoryzacji. Poza tym zwracała się do mnie per „dziecko”, co na mnie, już wtedy czterdziestolatka plus oddziałało mocno odmładzająco. Nasze dwa spotkania pozostały pani Andrycz chyba w pamięci, bo poświęciła mu wzmiankę w jednej (a może nawet obu ) swoich książkach wspomnieniowych.