Nadzieja dla kupujących mieszkanie

Cena metra kwadratowego podłogi długo szła w górę, ale koronawirus sprawił, że w kwietniu nastąpiła lekka obniżka.
Pierwszy kwartał 2020 r. to kontynuacja wzrostów cen transakcyjnych mieszkań notowanych w poprzednich kwartałach. Podwyżka w I kw. 2020 r. dotknęła zwłaszcza najmniejszych metraży, choć w relacji kwartał do kwartału nie była tak znaczna jak przed trzema miesiącami.
Więcej nadziei w serca poszukujących własnego „M” wlał jednak kwiecień. To pierwszy od dawna miesiąc spadków cen transakcyjnych mieszkań w Polsce. Zastój na rynku nieruchomości i spadający popyt zaowocował spadkami stawek – pokazują dane Bankier.pl udostępnione przez Cenatorium.
Indeks urban.one dla całego kraju spadł do 102,20 pkt. Kwietniowy odczyt był tym samym o 1,08 pkt. niższy od marcowego i jednocześnie o 0,68 pkt. wyższy od notowanego w kwietniu 2020 r. Jeszcze większy spadek względem marcowego odczytu zaliczył w kwietniu indeks urban.one liczony dla dużych miast. W kwietniu odczyt wyniósł 103,64 pkt. (minus 1,95 proc. w porównaniu z marcem). W skali rocznej wzrósł on jedynie o 0,24 pkt.
W najbliższych miesiącach największy wpływ na ceny transakcyjne nieruchomości i popyt będzie miała sytuacja finansowa Polaków, a zwłaszcza wpływ pandemii koronawirusa na zasobność portfeli. Na pewno stopa bezrobocia wzrośnie. W kwietniu w ujęciu miesięcznym wzrosła o 0,4 p.p. do poziomu 5,8 proc. To jednak nie koniec serii zwolnień, a raczej początek, gdyż do końca lipca przedsiębiorcy korzystają jeszcze z rządowej tarczy antykryzysowej, która na pewien czas zawiesiła decyzje o uszczuplaniu etatów. Dopiero jesienią, a nawet zimą będziemy mogli ocenić realną skalę zmian, która w dużej mierze uzależniona będzie też od tego, czy czeka nas sezonowy nawrót pandemii – mówi Anna Karaś, starszy analityk ds. rynku nieruchomości w Cenatorium.
Rynek mieszkaniowy, zdaniem ekspertów, jest jednak znacznie bardziej odporny na wstrząsy niż inne gałęzie gospodarki. Zapotrzebowanie na nowe mieszkania wciąż będzie znaczne.
– To z uwagi na utrzymujący się wciąż wysoki deficyt mieszkań w przeliczeniu na milion mieszkańców. Przy chwiejnym zainteresowaniu ze strony kupujących deweloperzy będą ograniczać podaż, by utrzymać rozsądne zyski. A prawo popytu i podaży zweryfikuje z pewnością taką strategię – twierdzi Michał Kubicki, prezes zarządu Center Management Polska.
W kwietniu 2020 roku ograniczenia w przemieszczaniu się i niepewna przyszłość przełożyły się na drastyczny spadek liczby zawieranych transakcji. Na portalach ogłoszeniowych wydłużył się średni czas ekspozycji ogłoszeń z kilkunastu do ponad dwudziestu dni. Mniejsze zainteresowanie potencjalnych klientów i spadek popytu zaowocowało obniżeniem średniej ceny transakcyjnej – wskazuje Bankier.pl.
– Na zakupy decydowały się głównie osoby szukające okazji, a także klienci, którzy wiedzieli, że na spadek ceny wybranej nieruchomości raczej nie mogą liczyć bądź nie mogą czekać. Wielu jednak wstrzymało zakupy, oczekując spadków cen mieszkań, szczególnie tych wysoko wycenianych – zauważa Anna Karaś.
Stawki ofertowe utrzymują się na stabilnym poziomie, a średnia cena w niektórych miastach nawet rośnie, co jest jednak wynikiem szybkiego znikania najniżej wycenianych mieszkań.
– Kryzys gospodarczy z poprzedniej dekady zaczął się podobnie. Obniżka w pierwszej kolejności dotyczyła cen transakcyjnych, podczas gdy ceny ofertowe zaczęły dopasowywać się dopiero w kolejnych kwartałach. Nie jest jednak powiedziane, że tym razem będzie podobnie – dodaje Anna Karaś.
Czy w związku z tym możemy oczekiwać powtórki sytuacji z lat 2008-2009? Zdaniem Michała Kubickiego niekoniecznie. – Rynek pierwotny i poziom cen na nim jest regulowany popytem i kosztem wytworzenia. Na ten moment nie spodziewałbym się znaczących obniżek właśnie ze względu na koszty budowy i ceny działek, które nie chcą gwałtownie spadać – podkreśla.
Jak z kolei przewiduje Marcin Krasoń, ekspert obido.pl, choć na rynku pierwotnym możliwe są kilkuprocentowe wahania stawek, regulowane wyłącznie podażą dostosowywaną do potrzeb przez deweloperów, to bardziej podatny na spadki w najbliższych miesiącach będzie rynek wtórny.
W przypadku nowych mieszkań, zdaniem ekspertów, poszukujący własnego „M” mogą liczyć jedynie na nieznaczne rabaty, dotyczące często dodatków – np. miejsca postojowego lub komórki lokatorskiej i ewentualnie zwiększonych nieco możliwości negocjacyjnych. Takiego zdania jest m.in. Barbara Bugaj, główny analityk w SonarHome.
Spośród największych miast odczyt indeksu urban.one w relacji do marca najmocniej spadł w Warszawie. W kwietniu wyniósł on 101,7 pkt. i był o 2,85 pkt. niższy niż w marcu i jednocześnie o 0,4 proc. niższy w porównaniu z kwietniem 2019 r. To m.in. efekt promocji uruchamianych przez deweloperów. Jednak w dłuższej perspektywie zamiast znaczącej obniżki cen należy spodziewać się zmiany struktury sprzedaży.
– Zwiększy się podaż mieszkań w tańszych dzielnicach, np. na Białołęce, w Wawrze czy Ursusie. Dodatkowo większy odsetek będą stanowiły oferty sprzedaży lokali o niższym standardzie. Taki stan rzeczy faktycznie wpłynie wówczas na spadek średniej ceny ofertowej – przewiduje Anna Karaś. – Na wyraźne obniżki cen mieszkań w atrakcyjnych lokalizacjach na rynku pierwotnym raczej nie ma co liczyć.
Ważną kwestią przy prognozowaniu cen mieszkań jest przyszłe zachowanie klientów inwestycyjnych, którzy w dużej mierze nakręcali rynek mieszkań w ostatnich latach. – W obecnych czasach dużej zmienności na rynkach akcji, walut oraz obawy przed nadmierną inflacją spodziewamy się dalszego zainteresowana inwestowaniem środków w nieruchomości. Obniżenie stóp procentowych, które przełożyło się na niskie oprocentowanie lokat i rachunków oszczędnościowych, będzie dodatkową zachętą. Nawet mimo iż stawki najmu w ostatnim czasie również się obniżyły, to zmiana ta nie była tak drastyczna jak spadek oprocentowania lokat – mówi Radosław Okulski z Santander Bank Polska.
Nieruchomości od dawna są zaś postrzegane jako bezpieczna lokata kapitału.

Trzeci etap wychodzenia z epidemii

Wreszcie pozdrowienia z Włoch, a nie z czerwonej strefy.

Włochy wracają do normalności szybciej, niż się tego wszyscy spodziewali. „Nowa normalność” nie jest wcale aż tak bardzo inna od tej starej.
Od 15 czerwca kraj wszedł w tzw. „trzeci etap” wychodzenia z kryzysu epidemiologicznego. Otworzono kina i teatry. W spektaklach i seansach zamkniętych może uczestniczyć do 200 osób. Można organizować koncerty i imprezy masowe na wolnym powietrzu z udziałem do 1 tys. osób. Dzieci mogą brać udział w obozach i koloniach letnich. Można przemieszczać się po całym terytorium kraju (respektując normy poszczególnych regionów) oraz wyjeżdżać za granicę do krajów UE i Wielkiej Brytanii. Nie można jeszcze uprawiać sportów grupowych i tańczyć w dyskotekach.
Nadal istnieją zakazy i ograniczenia. Wciąż obowiązuje nakaz noszenia maseczek w pomieszczeniach zamkniętych i w środkach komunikacji. Większa część Włochów nosi je również na powietrzu, gdy ma kontakt z innymi osobami. Obowiązuje nadal zakaz zgromadzeń w miejscach publicznych.
Zachowanie dystansu społecznego co najmniej jednego metra oraz częsta dezynfekcja rąk stały się normą.
Ostatnie 40 dni były dla kraju wielką próbą, być może nawet większą niż sama kwarantanna. Wyjście z domu po blisko dwóch miesiącach zamknięcia, powrót do codziennych obowiązków, odmrożenie gospodarcze, rozpoczęcie życia społecznego ze świadomością, że epidemia jeszcze nie wygasła i że nie ma pewności czy znów nie powróci. To było jak poruszanie się we mgle. Posuwanie się do przodu krok po kroku, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, kontrolując statystyki i krzywą epidemiologiczną. Podskórny strach, że z dnia na dzień może wybuchnąć jakieś nowe ognisko zakażeń, co doprowadzi do konieczności wprowadzenia powtórnego lock down, towarzyszył wszystkim.
Wróciła movida
Gdy 4 maja, po 55 dniach zniesiono oficjalnie kwarantannę i ludzie wyszli na ulice, czuć było wielką ostrożność i nieufność. Poszło dobrze. Lepiej niż się spodziewano. Transport publiczny, pomimo wielu zastrzeżeń, zdał egzamin. W tak wielkim i chaotycznym mieście jakim jest Rzym to stanowiło prawdziwe wyzwanie. Wiele osób zaczęło przemieszczać się na rowerze lub hulajnogach. Od 18 maja ruszył handel detaliczny, otworzono bary, restauracje, salony kosmetyczne i fryzjerskie (choć początkowo przewidywano ich otwarcie dopiero na 1 czerwca).
Ze względu na zachowanie dystansu, restauracje i bary musiały ograniczyć ilość stolików wewnątrz lokali, ale w zamian mają możliwość bezpłatnego ustawienia ich na zewnątrz. Nie wprowadzono ścianek z pleksi dzielących stoliki. Ludzie nie siadają naprzeciw siebie i obok siebie, jak dawniej, lecz naprzemiennie, opuszczając jedno miejsce, co pozwala zachować odległość. Kelnerzy obsługują w maseczkach i rękawiczkach. Karta dań jest w formie elektronicznej lub wypisana kredą na dużej tablicy. Włosi zaczęli znowu chodzić do restauracji, na aperitiwy, na kawę do baru. Lokale nie są jednak pełne. W wielu znacząco spadły obroty ze względu na brak turystów lub na smart working (osoby nie przychodzące do biura nie korzystają z usług gastronomicznych). Wszyscy z konieczności stali się bardziej oszczędni. Kryzys gospodarczy wywołany pandemią dotyka kieszenie. To przenosi się na handel i na usługi, i na całą gospodarkę.
Od dwóch tygodni otworzono ponownie również wielki rzymski pchli targ – Porta Portese. To miejsce, w którym w każdą niedzielę robi się największe ludzkie zbiorowisko. Wejścia są kontrolowane, reglamentowana ilość osób, obowiązują maseczki oraz pomiar temperatury. Wszyscy mają nadzieję, że to wystarczy i nie powtórzy się sytuacja, jak ta aktualnie w Pekinie. Zagrożenie wybuchu nowych ognisk koronawirusa i druga fala pandemii to nadal przerażające widmo.
Do włoskich miast wróciła movida. Rzymskie Zatybrze wieczorami znowu stało się gwarne i pełne młodzieży stojącej przed barem z napojami w ręku i cieszącej się życiem jak dawniej. Po dość burzliwym pierwszym weekendzie, podczas którego przez miasto przeszły hordy nowych lancknechtów, pozostawiając po sobie śmieci i maseczki jednorazowe, sytuacja społeczna jest trochę mniej napięta. Ludzie się wyluzowali. Może nawet za bardzo… – jak twierdzą niektórzy.
Włochy przeżyły już nie jedną epidemię i nie jedną kwarantannę w swojej długiej historii. Tutaj najlepszą bronią przeciwko zarazie i innym jej konsekwencjom jest zdrowy rozsądek. Miejmy nadzieję, że go nie zabraknie…
Do Włoch wracają turyści
Pierwsi pojawili się Niemcy. Plażują nad włoskim morzem, można ich spotkać nawet w Rzymie.
Od 3 czerwca do Włoch można przyjeżdżać na wakacje bez obowiązku kwarantanny. Nie wprowadzono osławionego „paszportu sanitarnego”, nad którym dyskutowano burzliwie i długo, ale który w przypadku Covid-19 nie miałby żadnego sensu. W poszczególnych regionach istnieją ściślejsze zalecenia, do których trzeba się zastosować – dotyczy to przede wszystkim rejestracji pobytu dającej możliwość kontaktu w przypadku podejrzenia o zakażenie Sars-Cov-2. Nie wprowadzono również brzydkich i nieekologicznych parawanów plażowych z pleksi na plażach, o których rozprawiały długo i namiętnie wszystkie media świata. Nie ma obowiązku używania internetowych aplikacji, przez które trzeba się rejestrować by wybrać się nad morze, rezerwując leżak i parasol. Na plażach obowiązuje zachowanie dystansu i higieny, no i oczywiście zdrowy rozsądek.
Przyjeżdżając do Włoch i przemieszczając się po kraju należy rezerwować hotele i promy z wyprzedzeniem, najlepiej internetowo. Właściciele hoteli, apartamentów i b&b mają obowiązek zachowania listy gości przez 20 dni, przestrzegając zasad ustawy o prywatności, w celu umożliwienia szybkiego kontaktu z nimi w przypadku podejrzenia o narażenie na zakażenie koronawirusem.
Od 1 czerwca ponownie otworzyły swoje podwoje Koloseum i Muzea Watykańskie (znajdujące się na terenie Państwa Watykańskiego), a także wszystkie inne włoskie muza i zabytki, tak chętnie zawsze odwiedzane. Choć nowe zasady wizyt są podobne, warto zawsze sprawdzić na stronach internetowych jak to wygląda w poszczególnych placówkach. Przede wszystkim ze względu na fakt, że została ograniczona ilość osób mogących dziennie odwiedzać zabytki i muzea – zakup biletów i rezerwacja terminu z konkretną godziną odbywa się przez internet. Została ograniczona liczebność grup. Przed wejściem jest mierzona temperatura i osoby z gorączką powyżej 37,5 stopnia C nie są wpuszczane do środka. Podczas zwiedzania obowiązuje maseczka i zachowanie dystansu przynajmniej 1 metra. Przed wejściem należy zdezynfekować ręce żelem umieszczonym w pojemniku. Nie można wymieniać się napojami (pić z tej samej butelki lub kubeczka plastikowego) i jedzeniem.
Już 18 maja została otworzona Bazylika św. Piotra, a 9 czerwca Panteon. Przed wejściem znajdują się termoskanery oraz dozowniki żelu dezynfekującego. Kolejka jest regulowana przez pasy wyznaczające na ziemi odległość przynajmniej jednego metra. Po długim okresie zamknięcia z powodu kwarantanny wejście do tych wspaniałych świątyń kultury i wiary jest niesamowitym przeżyciem.
Wreszcie ruszyła wystawa poświęcona Rafaelowi z okazji 500 rocznicy jego śmierci. Trudno jednak będzie ją obejrzeć, gdyż bilety zostały już praktycznie wysprzedane, choć ekspozycję w Scuderie del Quirinale przedłużono do końca sierpnia.
Rzym, w którym brakuje turystów, wydaje jest dobrze przygotowany na ich powtórne przyjęcie. Jest jak zawsze majestatyczny i zachwycający pięknem swoich zabytków. Znowu stał się hałaśliwy i chaotyczny, jak przed pandemią koronawirusa. Pod Fonatnną di Trevi jest już tłoczno. Wszyscy robią sobie selfie w maseczkach…
Teraz nas wszystkich czeka nowy sprawdzian – loty… Będziemy uczyć się latać ponownie, z większymi trudnościami, jak po 11 września…
Wreszcie dobre wiadomości
Patrzę z ulgą na statystyki z 16 czerwca 2020 roku i myślę o tych tragicznych dniach, w których pisałam „Pozdrowienia z czerwonej strefy” zaczynając od liczenia zmarłych… Od początku wybuchu epidemii we Włoszech patogenem Sars-Cov-2 zaraziło się łącznie 237.000 osób, zmarło 34.405, wyzdrowiało 178.526. Aktualnie według oficjalnych statystyk jest 24.569 osób pozytywnych, z czego 3.301 znajduje się w szpitalu, a 177 z nich wymaga intensywnej terapii. W ciągu ostatniej doby na koronawirusa zmarły 34 osoby. Aż 85 proc. wszystkich przypadków dotyczy Lombardii.
To wiadomości bardzo pozytywne, w porównaniu z tymi, jakie z frontu koronawirusa nadchodziły w marcu i kwietniu. Pandemia we Włoszech jeszcze nie wygasła, ale jest dobrze. „Wszystko będzie dobrze!” – głosiły napisy w oknach i na balkonach w czasie kwarantanny. Miejmy nadzieję, że tak będzie.
Cieszę się, że wreszcie pozdrawiam Was z Włoch, a nie z czerwonej strefy.

Rząd PiS nie radzi sobie z koronawirusem

Nieudolne, nieprzemyślane, błędne, chaotyczne, mało energiczne, spóźnione – takie są działania administracji państwowej mające zwalczać pandemię.
To, iż rząd Prawa i Sprawiedliwości nie umie podjąć skutecznej walki z epidemią stanowi najważniejszy wniosek, jaki można wyciągnąć z rezultatów ogólnopolskiego badania empirycznego na temat zwalczania koronawirusa w ocenie pracowników ochrony zdrowia.
Ponad 80 proc. ankietowanych pracowników ochrony zdrowia uważa, że w dobie pandemii poziom zaopatrzenia placówek medycznych w środki ochrony osobistej jest skrajnie niewystarczający.
Wobec niezapewnienia przez administrację publiczną środków ochrony osobistej w placówkach medycznych, ich pracownicy w inny sposób próbują pozyskiwać te środki. 66 proc. badanych kupuje je samodzielnie, 44 proc. otrzymuje od darczyńców, 34 proc. dostaje od zwierzchników, a 11 proc. pozyskuje z innych źródeł.
65 proc. respondentów wskazuje, że zdarza im się pracować bez pełnego zabezpieczenia w środki ochrony indywidualnej, jak maseczki, kombinezony czy rękawiczki jednorazowe, i to nawet w placówkach, gdzie występuje COVID-19. Zdaniem ankietowanych zagraża to ich życiu i zdrowiu, jak również naraża zdrowie pacjentów.
Brak środków ochrony indywidualnej badani uznają za jedną z najistotniejszych przyczyn rozprzestrzeniania się epidemii i poważne zaniedbanie władz publicznych.
Jedna trzecia badanych pracowników sektora ochrony zdrowia nie poznała procedur antycovidowych, określających zasady postępowania z pacjentami podejrzewającymi u siebie zakażenie SARS-CoV-2. Chodzi tu np. o procedurę określającą, dokąd skierować pacjenta w celu wykonania diagnostyki, oraz jakie kolejno kroki powinien podjąć pacjent podejrzewający u siebie zakażenie.
69 proc. respondentów uznaje, że powyższe procedury nie funkcjonują w praktyce w sposób prawidłowy i efektywny, a przeciwnego zdania jest zaledwie 14 proc. badanych.
W ocenie ankietowanych, nieefektywność procedur powoduje, że zarządzanie epidemią jawi się jako chaotyczne, bezplanowe, przypadkowe oraz odbywa się z naruszeniem interesów i praw pacjentów.
Badani jeszcze bardziej krytycznie oceniają działanie procedur określających zasady postępowania z pacjentami, u których potwierdzono zakażenie SARS-CoV-2. 78 proc. ankietowanych uznaje, że procedury te nie funkcjonują w sposób prawidłowy i efektywny, a tylko 8 proc. respondentów przyznaje im ocenę pozytywną. Z wywiadów przeprowadzonych w toku badania wynika, iż nieefektywność tych procedur (np. błędy w zasadach izolacji chorych) może stanowić poważne zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów.
Jedną z przyczyn, dla których wskazane powyżej procedury nie funkcjonują właściwie w praktyce, jest niska jakość komunikacji pomiędzy administracją publiczną a sektorem ochrony zdrowia.
Aż 72 proc. badanych oświadcza, że nigdy nie otrzymało informacji o organizowaniu przez instytucje administracji publicznej szkoleń, seminariów lub innego rodzaju spotkań informacyjnych (także w formie zdalnej, np. webinarium), których celem byłoby zapoznanie pracowników ochrony zdrowia z obowiązującymi w Polsce procedurami określającymi zasady postępowania z pacjentami podejrzanymi o zakażenie SARS-CoV-2?
68 proc. respondentów nigdy nie uczestniczyło w takich szkoleniach. Udział w szkoleniach potwierdziło zaledwie 32 proc. ankietowanych, z czego tylko 11 proc. uczestniczyło w nich więcej niż jeden raz.
Ponad 85 proc. badanych uznaje za konieczne przeprowadzanie profilaktycznych testów na koronawirusa wśród personelu medycznego. Brak takich testów badani uznają za naruszenie ich praw pracowniczych i przepisów BHP.
Wszystkie te wyniki dowodzą tego, jak kłamliwy jest rządowy przekaz o tym, jakoby rząd PiS dobrze przygotował kraj do nadejścia koronawirusa i skutecznie walczył z pandemią. Otóż, jest dokładnie odwrotnie, co zresztą chyba wszyscy już widzimy. Propagandowe kłamstwa w PiS-owskich mediach „publicznych” tego nie ukryją.
Podane wcześniej rezultaty ankietowe to tylko kilka najważniejszych, wybranych wniosków z ogólnopolskiego badania na temat zarządzania epidemią koronawirusa w ocenie pracowników ochrony zdrowia. Badanie w okresie od 20 kwietnia do 20 maja br. zrealizował Instytut Nauk o Zarządzaniu i Jakości Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu. Wzięli w nim udział lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i menedżerowie ochrony zdrowia.
Autorzy badań zapytali ich o ocenę rozmaitych aspektów zarządzania epidemią koronawirusa – od kwestii jakości opracowanych procedur epidemicznych, po zagadnienie zaopatrzenia szpitali i przychodni w środki ochrony osobistej dla personelu medycznego. Badanie „Wybrane aspekty zarządzania epidemią SARS-COV-2 w percepcji pracowników sektora ochrony zdrowia” zrealizowane zostało z wykorzystaniem techniki ankiety oraz wywiadów pogłębionych. Uzyskano więc nie tylko dane liczbowe, ale także cenne komentarze i opinie pracowników ochrony zdrowia pokazujące kulisy walki z epidemią oczami lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych.

-W naszej uczelni zatrudniamy wielu nauczycieli akademickich, pracujących również w ochronie zdrowia. To oni zainspirowali nas do przeprowadzenia badań. Badanie zrealizowaliśmy na grupie najistotniejszej z punktu widzenia skuteczności walki z epidemią. Nasi ankietowani są „na pierwszej linii frontu” i mają najszerszą wiedzę na temat tego, jak zarządzanie epidemią wygląda w praktyce. Gdzie jest dobrze, a gdzie zmierzamy ku katastrofie. Wnioski z badań mogą być ciekawym materiałem dla rządzących i pomóc w poprawieniu wielu błędów, które popełniono na pierwszym etapie zwalczania koronawirusa – mówi prof. ucz. dr hab. Michał Kaczmarczyk, kierownik projektu badawczego.
Może w wielu krajach Europy pandemia już zanika, ale nasza batalia z COVID-19 wciąż dopiero się nasila i nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa. Mądry, skuteczny rząd powinien posłuchać lekarzy i menedżerów ochrony zdrowia, którzy podpowiadają co zrobić, by tę batalię toczyć skuteczniej. Nie można jednak tego oczekiwać po ekipie z PiS.

Włochy: krajobraz po bitwie

Pewien były polski Minister Kultury opowiadał kiedyś na antenie radia że jak był w Stuttgarcie to nie mógł się nadziwić jak pewna kobieta prawie codziennie myła czysty mur przylegający do fabryki Mercedesa. W końcu nie wytrzymał i spytał się czemu to robi. Odpowiedź była prosta: „żeby się nie pobrudziła”. Takiego zdrowego rozsądku i zapobiegawczości zabrakło większości państw europejskich przy pandemii Covid-19. We Włoszech koszt był bardzo wysoki. Ponad 33 tysiące ludzi zmarło, a gospodarka włoska może być kolejną ofiarą wirusa w Italii.

Rzym – miasto, które przez większość roku tętni życiem i wypełnia się zagranicznymi turystami oglądających atrakcje turystyczne, w tym liczne muzea, kaplice, place czy piękne ruiny będącymi  pozostałością po upadłym Cesarstwie Rzymskim, wita teraz żelem do dezynfekcji rąk przy granicy. Przyjeżdżają tu teraz głównie okoliczni mieszkańcy pragnący po wypiciu tradycyjnej filiżanki kawy zacząć powitanie miasta po prawie trzech miesiącach kwarantanny. Docierają też pierwsi turyści z innych części Włoch, co jest możliwe dzięki otwarciu granic regionów od 3 czerwca.
W kawiarniach takich jak Caffe Greco czy  też mojego ukochanego Caffe Teichner, znajdującym się przy  Placu S. Lorenzo in Lucina, obowiązują nowe zasady sanitarne. Personel pilnuje, by za dużo osób nie gromadziło się przy barze, gdzie serwowana jest kawa, bo zdecydowana większość mieszkańców Włoch pije kawę przy barze – stoliki są bardziej dla turystów. I tak kolejne osoby cierpliwie czekają na swoją kolej, a stoliki są w większości puste, co niestety psuje trochę atmosferę włoskiej kawiarni, gdzie w standardzie jest gwar, kolejka, dźwięk rozmów i stukania kolejnych filiżanek o blat.
Jak pamiętam swój czas w Rzymie to okolice Schodów Hiszpańskich, kojarzyły się głównie z trudnością przeciśnięcia się przez turystów i męczących lokalnych sprzedawców, którzy nagminnie chcieli mi wcisnąć jakiś bubel. Dziś te same okolice wydają się jak wyjęte z filmu Danny’ego Boyle’a „28 dni później”. Teraz można tam zrobić zdjęcia takie jakie dotąd możliwe było tylko o świcie.
Po zniesieniu licznych restrykcji w historycznym centrum otwartych jest już wiele restauracji i pizzerii, przede wszystkim tych odwiedzanych codziennie przez pracowników ministerstw, urzędów, różnych instytucji, kancelarii, firm. To dzięki nim trzymają się one na powierzchni. Podobna sytuacja dotyczy legendarnej kawiarni Giolitti, słynącej z wyśmienitych lodów, w której przed pandemią należało solidnie pracować łokciami aby dotrzeć do lady. Teraz przychodzą tam głównie rzymskie rodziny, a przede wszystkim deputowani i senatorowie, ponieważ tuż obok znajduje się Izba Parlamentu. Patrząc na to wszystko i mając w świadomości ile ofiar pochłonęła epidemia covid-19, to aż trudno uwierzyć kiedy życie na półwyspie apenińskim wróci do normalności. Mimo wszystko włosi robią co mogą aby uratować już i tak mocno podniszczony budżet kraju i odzyskać to co pochłonęła pandemia.
Sytuacja jest o tyle trudna, że trzy regiony, gdzie epidemia uderzyła najmocniej, czyli Lombardia, Piemont i Wenecja Euganejska wytwarzają 40 % PKB Włoch. Dalszy postój może okazać się dramatyczny w skutkach dla włoskiej i tak kulejącej gospodarki.
Już 3 czerwca Włochy jako pierwszy europejski kraj otworzyły swoje granice dla wszystkich członków strefy Schengen mimo że tego dnia odnotowano 321 zarażeń w całym kraju.
Nie wszystkie państwa skaczą ze szczęścia na myśl o turystach z Italii. Dla przykładu Grecy owszem otworzyli granice, ale mieszkańcy Lombardii po przylocie są zobowiązani do przejścia kwarantanny, a granica z Francją wygląda jak granice sprzed czasów wejścia w życie Strefy Schengen – niekończące się kolejki. Z tego co udało mi się ustalić to Włosi liczą przede wszystkim turystykę wewnętrzną na podstawie programu państwowego pod hasłem „Bel Paese” (tł. wł. Piękny kraj), ale jednak już teraz turyści z całej Europy i z Wielkiej Brytanii mogą wjeżdżać na Półwysep Apeniński, gdzie nie będą poddani kwarantannie.
Minister Spraw Zagranicznych Luigi Di Maio wyraził satysfakcję, że tego samego dnia władze Szwajcarii zapowiedziały, że również od 15 czerwca otworzą swą granicę z Włochami. „15 czerwca powinien być ważnym dniem europejskiej turystyki, bo zostaną otwarte granice, z nielicznymi wyjątkami” – ocenił włoski Di Maio. Jako jeden z tych wyjątków wymienił Austrię, z którą władze w Rzymie prowadzą rozmowy.
Powoli schodzą demony lokalnych restrykcji, czy jak to lubią włosi nazywać „lockdown” . Są ponownie otwierane muzea w tym również watykańskie. „Odrodzenie kraju zaczyna się od sztuki” tak pisały gazety, po tym jak Eike Schmidt, Dyrektor florenckiego Uffizi, po 85 dniach przerwy wydał zgodę na otwarcie jednego z najbardziej popularnych muzeów w Europie. raca również główny żywioł włoskiej rzeczywistości, czyli piłka nożna. Podobnie jak w Polsce we Włoszech najpierw ruszy gra o krajowy puchar. Już zostały rozegrane rewanżowe spotkania między Juventusem i Milanem, a także Napoli i Interem i już wiemy kto zagra w finale 17 czerwca. Wznowienie Serie A przewidziano na 20 czerwca i oficjalnie potwierdzono decyzję podczas wspólnej wideokonferencji ministerstwa sportu i krajowej federacji (FIGC – Federazione Italiana Giuoco Calcio). Do przeprowadzenia pozostało tylko 13 kolejek. Pojawia się też pytanie co z okienkiem transferowym.
Niestety wciąż sektor służby zdrowia odnotowuje największe straty. Według Pierluigi Mariniego, przewodniczącego Włoskiego Stowarzyszenia Chirurgów Szpitalnych (ACOI – Associazione Chirurghi Ospedalieri Italia), który jest jednocześnie ordynatorem oddziału w rzymskim szpitalu San Camillo z powodu blokady szpitali w związku z covid-19 w całych Włoszech nie wykonano około 600 tys. planowanych operacji, w tym połowy ze 100 tys. planowanych zabiegów onkologicznych. Szpitale będą musiały teraz przyjmować o wiele więcej pacjentów niż planowano, żeby nadrobić stracony czas.
To będzie trudne do wykonania, zwłaszcza że wciąż obowiązują ograniczenia. Tymczasem politycy koalicji rządzącej spierają się o to, czy i jak korzystać z europejskiej pomocy. Ruch 5 Gwiazd, większy z koalicjantów rządowych, nie jest zainteresowane Europejskim Mechanizmem Stabilności, w ramach którego Włochy mogłyby otrzymać prawie 40 mld euro nieoprocentowanej pożyczki.
Z kolei koalicyjna Partii Demokratycznej, popierająca pomysł z użyciem pożyczki od Unii Europejskiej uważa, że rezygnacja z niej była zwyczajną głupotą. Jako przykład podają sytuację wybudowania nowego szpitala, kiedy pojawia się wybór: 4-5-proc. Kredytu w banku albo zero odsetek w ramach wyżej podanego programu unijnego.
Niestety wciąż Ruch 5 Gwiazd jest przywiązany jest do swojej idei antyeuropejskości oraz poczucia autonomii i braku zależności wobec Brukseli, ale tak zwyczajnie rezygnować z europejskich pieniędzy mogą tylko ci, którzy je posiadają, a to niestety od dawna nie jest przypadek Włoch.
W tym całym krajobrazie po bitwie nietrudno nie zauważyć złośliwy uśmiech na twarzy byłego koalicjanta Ruchu 5 Gwiazd – Matteo Salviniego. Z jednej strony może czuć niezadowolenie, że od jesieni 2019 nie jest już w ekipie rządzącej oraz że nie doszło do wyborów w których jego ugrupowanie mogło nawet uzyskać wynik nawet 35% i mieć teoretyczne szanse na samodzielne rządy, ale z drugiej strony teraz w żaden sposób nie może współodpowiadać za wywołany przez epidemią covid-19 kryzys na półwyspie apenińskim, wręcz może śmiało atakować ekipę rządzącą, że sobie nie poradziła w tak trudnej sytuacji.
Jak wiadomo wielkie kryzysy są okazją do wielkich zmian gospodarczych i społecznych, jak również każdy kryzys daje możliwość do przejęcia inicjatywy w przeprowadzeniu ruchów politycznych i stopniowego przełożenia tego na odpowiednią retorykę, a przewodniczący dawnej Ligii Północnej widząc na horyzoncie nowe możliwe ruchy może tylko szykować się. Istnieje szansa, że Włochy mają najgorsze za sobą, tylko pozostaje pytanie co będzie potem.
Mimo wszystko we Włoszech pojawiają się nowe zakażenia, które wykrywa się niemal w całym kraju, możliwe są ich nowe ogniska.
Dane podane przez włoskie Ministerstwo Zdrowia, nie są zbyt pocieszające. Epidemia, jak wynika z raportu sporządzonego na podstawie danych z pierwszego tygodnia czerwca, nie skończyła się mimo ogólnej poprawy. Można mieć tylko nadzieję, że takie koszmarne widoki jak wojskowe ciężarówki wywożące trumny z Bergamo może się nie powtórzą.

Co jest priorytetem dla nowej szczepionki przeciwko koronawirusowi? Czy nadal będziemy nosić maseczki?

Biuro Informacyjne Rady Państwa Chin wydało 7 czerwca białą księgę pod tytułem „Działania Chin przeciwko epidemii koronawirusa”. Na konferencji prasowej osoby odpowiedzialne przedstawiły informacje dotyczące tej publikacji oraz odpowiedziały na pytania dziennikarzy.

1. Kto zostanie zaszczepiony po tym, jak Chiny opracują nową szczepionkę przeciwko koronawirusowi?
Wang Zhigang, minister nauki i technologii: Badania i rozwój nad szczepionkami są trudne i długoterminowe, wiążą się z dużą niepewnością. Proces opracowywania szczepionek w Chinach koncentruje się na zacieśnianiu współpracy międzynarodowej. Jeśli chodzi o wejście do użytku, spełnimy nasze zobowiązanie i wprowadzimy szczepionkę jako globalny produkt publiczny.

2. Czy chińskie media toczą „wojnę propagandową”?
Xu Lin, dyrektor Biura Prasowego Rady Państwa: Od wybuchu epidemii 480 chińskich dziennikarzy wyjechało do Wuhanu, gdzie miało miejsce epicentrum zachorowań. Jest to godne szacunku. Doniesienia chińskich mediów na temat walki z epidemią są prawdziwe i obiektywne. Oskarżenia, że prowadzą one tak zwaną „fałszywą propagandę” oznacza brak uwzględnienia faktów, co jest nie do przyjęcia. Chińskie media nie zamierzają walczyć z „wojną propagandową”, ale w obliczu zniesławienia i ataków na Chiny, muszą one odpowiedzieć. Ten rodzaj reakcji nie jest „bitwą medialną”, ale pokazaniem wyraźnego źródła prawdy i rozróżnienia między dobrem a złem. Wirusy są wspólnym wrogiem ludzkości, podobnie jak fałszywe informacje. Media powinny wykazać się odpowiedzialnością, chińskie media już to robią i nadal będą to robić.
3. Jakie doświadczenia związane z leczeniem w Chinach można udostępnić społeczności międzynarodowej?
Ma Xiaowei, dyrektor Narodowej Komisji Zdrowia: Warto zaprezentować doświadczenie w następujących kwestiach: kontrolowanie źródła choroby, przyspieszenie badań, prowadzenie ratownictwa medycznego na dużą skalę i odgrywanie roli tradycyjnej medycyny chińskiej.
4. Jak wznowić międzynarodową wymianę personelu?
Ma Zhaoxu, wiceminister spraw zagranicznych: Stopniowo przywracamy przepływ chińskiego i zagranicznego personelu w uporządkowany sposób, co służy wznowieniu produkcji. Chiny ustanowiły „drogi ekspresowe” w sprawie otworzenia granicy z Koreą Południową, Niemcami, Singapurem i innymi krajami. Działają w tej kwestii płynnie.
5. Czy musimy nadal nosić maski?
Wang Chen, dziekan chińskiej Akademii Nauk Medycznych: Obecnie w Pekinie został obniżony poziom zagrożenia epidemicznego do trzeciego stopnia. Oznacza to, że większość ludzi w większości miejsc może nie nosić masek. Ale kluczowe osoby w kluczowych obszary powinny nadal je nosić. Jeśli nie masz pewności, powinieneś mieć maseczkę ze sobą. Ogólnie rzecz biorąc, jest coraz więcej okazji do tego by ich nie nosić.
6. Czy stosunki Chin z innymi krajami pogorszyły się z powodu epidemii?
Ma Zhaoxu, wiceminister spraw zagranicznych: Nie zgadzam się z tym oświadczeniem. Faktem jest, że z naszym przyjaciółmi łączy nas „żelazna” relacja, a „krąg przyjaciół” Chin stale się powiększa. Od 1 marca do 31 maja Chiny wyeksportowały 70,6 miliarda masek i 340 milionów sztuk odzieży ochronnej. Jest to przykład, że Chiny to odpowiedzialny duży kraj, a także jak ważna dla nas jest promocja rozwoju stosunków z innymi państwami.
7. Jak przebiega współpraca z zagranicznymi ekspertami w celu ustalenia pochodzenia wirusa?
Wang Zhigang, minister nauki i technologii: Należy dążyć do wiedzy naukowej, postępować zgodnie z podejściem naukowym i wykorzystywać metody naukowe do ustalenia pochodzenia wirusa.
8. Czy Chiny opóźniały publikację danych dotyczących koronawirusa o tydzień, powodując tym samym rozprzestrzenienie się epidemii?
Ma Xiaowei, dyrektor Narodowej Komisji Zdrowia: Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Faktem jest, że chiński rząd nie opóźniał podawania informacji ani ich nie ukrywał. Koronawirus jest bezprecedensowym nowym wirusem. Istnieje wiele niewiadomych na temat ludzkiej wiedzy. Trwa proces gromadzenia dowodów i prac nad jego zrozumieniem.
9. Jaką rolę odegrali Chińczycy w walce z epidemią?
Xu Lin, dyrektor Biura Prasowego Rady Państwa: W Chinach partia i rząd są nierozerwalnie związane z narodem. Główna rola ludu została w pełni wykazana w walce z epidemią. W Wuhanie mieszka młoda kobieta. Niestety cała jej rodzina została dotknięta przez epidemię koronawirusa, jej ojciec zmarł, mimo podjętego leczenia. Dziewczyna codziennie logowała się na WeChat, podszywając się pod ojca, aby zachęcić swoją matkę do podjęcia przez nią leczenia. Dzięki temu zarówno dziewczyna jak i jej matka wróciły do zdrowia. Młody chłopak z Changsha, w prowincji Hunan, po zamknięciu Wuhanu, pożegnał swoją rodzinę oraz przyjaciół, i prywatnym samochodem pojechał do Wuhanu, aby świadczyć usługi dla pracowników medycznych. Ci dwoje młodych ludzi to uosobienie 1,4 miliarda Chińczyków. 1,4 miliarda Chińczyków to świetni bojownicy w walce z epidemią.
10. Jakie działania będą kontynuowane przez Chiny, aby pogłębić międzynarodową współpracę w walce z epidemiami?
Ma Zhaoxu, wiceminister spraw zagranicznych: Ogłoszone przez Chiny środki współpracy są wdrażane. Jeśli chodzi o pomoc Chin w wysokości 2 miliardów dolarów, obejmie ona przekazanie materiałów antyepidemicznych, a także wsparcie w ożywieniu gospodarczym i społecznym oraz rozwój zainteresowanych krajów po epidemii. Dotyczy to zarówno pomocy dwustronnej, jak i wielostronnej darowizny. Ponadto w odniesieniu do budowy magazynu i centrum pomocy humanitarnej ONZ w Chinach sprawa ta jest dyskutowana i intensywnie przygotowywana.

11. W jaki sposób opracowuje się chińskie leki przeciwko koronawirusowi? Czy będą one rekomendowane i promowane za granicą?
Wang Zhigang, minister nauki i technologii: Badamy teraz leki na przeciwciała. Obecnie pierwszy lek na przeciwciała przeszedł przegląd prowadzony przez Administracją Kontroli Żywności i Lekarstwa. Chiny dzielą się osiągnięciami badań naukowych z ponad 200 krajami i regionami, ale każde państwo podejmuje decyzje w tej kwestii według własnej sytuacji.

Igranie życiem obywateli

Pandemia koronawirusa zbiera w Polsce coraz tragiczniejsze żniwo. Znowu z dnia na dzień rośnie liczba ofiar śmiertelnych.
Jeszcze niedawno wydawało się, że sytuacja epidemiologiczna naszego kraju wreszcie zaczyna się powoli poprawiać – nawet mimo masowych zakażeń na Śląsku. Zmniejszała się bowiem liczba umierających osób, zakażonych koronawirusem.
W piątek 29 maja resort zdrowia poinformował, że koronawirus zabił 13 osób. W sobotę 30 maja – 10 osób. W niedzielę – tylko trzy (choć niedzielnym statystykom nie za bardzo można u nas wierzyć). Są to oficjalne dane rządowe, więc w rzeczywistości liczba ofiar śmiertelnych była prawdopodobnie większa, ale tendencja wydawała się jednoznaczna – coraz mniej zgonów.
Niestety, ostatnie dni przyniosły odwrócenie tego pozytywnego trendu. W Polsce znowu zaczęła się zwiększać liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. W poniedziałek 1 czerwca rząd zawiadomił, że zmarło 9 osób. We wtorek 2 czerwca – już 18. W środę 3 czerwca – poinformowano o zgonie 23 ofiar. Aż strach prorokować co się stanie, jeśli te tragiczne statystyki będą rosnąć w podobnym tempie.
Wydaje się że wzrost liczby ofiar to wynik nieodpowiedzialnych działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który pochopnie złagodził (i łagodzi dalej) obostrzenia, ograniczające kontakty między ludźmi.
Jeszcze bardziej szkodliwe jest to, że rządowa propaganda w mediach publicznych przejętych przez PiS, usilnie próbuje sugerować, że epidemia jest w odwrocie, wszystko idzie ku lepszemu, a rząd w pełni panuje nad sytuacją.
Chodzi o stworzenie wrażenia, że – naturalnie dzięki sprawnym i mądrym poczynaniom rządu PiS – w Polsce w zasadzie wszystko jest już normalnie, a władza poradziła sobie z zagrożeniem. Dlatego, wedle przekazu propagandowego płynącego z rządowych mediów, warto tę władzę popierać, a zwłaszcza dać temu wyraz w wyborach prezydenckich.
Niestety, jakaś część społeczeństwa uwierzyła w rządowy przekaz, sugerujący, iż epidemia się cofa – i zaczęła ograniczać stosowanie środków ostrożności. Szybko przyniosło to smutny efekt. Wypada wyrazić dość oczywiste przekonanie, że obecna władza nie powinna igrać życiem i zdrowiem Polaków dla realizacji swych partyjnych interesów.

Migracja w czasach zarazy

Setki migrantów i migrantek z Ameryki Środkowej, zatrzymywanych przez Amerykańską Ochronę Graniczną (Border Patrol), w cieniu pandemii COVID-19 znajdują się w sytuacji, w której nie mogą legalnie wrócić do ojczyzny. Nie mogą także pozostać w kraju tranzytowym, czyli w Meksyku.

Polityczny problem, przed jakim staje rząd Meksyku, staje się coraz trudniejszy do logistycznego opanowania. Portal Animal Politico podaje, że według Amerykańskiego Urzędu Celnego i Ochrony Granic tylko w marcu bieżącego roku na południowej granicy USA z Meksykiem 6306 osób nie dostało pozwolenia na przekroczenie granicy Stanów Zjednoczonych. Zdecydowaną większość stanowią tu obywatelki i obywatele Hondurasu, Gwatemali, Salwadoru, a także Nikaragui. Niezależnie od przynależności narodowej jednak ci, którzy nie zostają wpuszczeni do Stanów Zjednoczonych, zawsze trafiają do ośrodków detencyjnych w Meksyku.
Ośrodki detencyjne
Nigdy wcześniej w historii Meksyk nie był zmuszony przyjąć takich ilości deportowanych, kraj nie jest więc przygotowany na zapewnienie wystarczającej liczby miejsc dla wszystkich potrzebujących. Te natomiast znaleźć się muszą, gdyż pod presją pandemicznych okoliczności Gwatemala już w połowie marca oficjalnie zamknęła swoje granice. Nieoficjalnie jednak – poza kontrolą służb – setki osób codziennie przekraczają granicę w poszukiwaniu swojego sueño americano – czy raczej po prostu godnych i bezpiecznych warunków do życia. Niestety, zamiast do Stanów trafiają do meksykańskich ośrodków detencyjnych, które nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków. Długotrwałe niedofinansowanie, braki w personelu oraz ogromne przepełnienie przyczyniły się do niezwykle trudnych realiów, jakim muszą stawiać czoła migrantki i migranci każdego dnia. Wszelkie próby protestów są ignorowane lub często brutalnie tłumione przez policję, Gwardię Narodową (hiszp. Guardia Nacional de Mexico) lub Meksykański Narodowy Instytut do Spraw Migracji (INM), jak miało to miejsce 31 marca . Protestujący, wzniecając ogień w ośrodku detencyjnym w mieście Villahermosa w stanie Tabasco, chcieli zwrócić uwagę rządu na niebezpieczeństwo, jakie stanowi zamknięcie ich w przepełnionych ośrodkach w dobie COVID-19 oraz przeciwstawić się brakowi możliwości powrotu do ojczyzny. Funkcjonariusze INM oraz Gwardii Narodowej uniemożliwili im ucieczkę, w wyniku czego poprzez zatrucie dymem zmarła 1 osoba, a ponad 14 zostało rannych. Jak podkreślają działacze La 72, organizacji wspierającej migrantów i migrantki na terenie stanu Tabasco, bezpośrednia odpowiedzialność za śmierć jednego z protestujących leży po stronie INM. Dodają, że tragedii można było uniknąć, gdyby zwrócono uwagę na ich postulaty.
Co dalej?
Dalsze losy deportowanych mogą potoczyć się dwojako. Część z nich otrzymuje możliwość opuszczenia ośrodka oraz dokument potwierdzający prawo legalnego pobytu w Meksyku na okres 90 dni. Ze względu na kryzysową sytuację ciężko jest im jednak znaleźć chociażby tymczasową pracę, a w strachu przed zarażeniem niewiele osób odważa się ofiarować im pomoc. Jako że nie mogą ani wrócić do ojczyzny, ani opuszczać rejonu w którym się znajdują, zmuszeni są szukać schronienia na ulicy. Inni dostają nakaz natychmiastowego opuszczenia terenu Meksyku. Według relacji działaczy i działaczek organizacji pozarządowych, przewożeni są oni autobusami do granicy z Gwatemalą i tam po prostu opuszczani, bez jedzenia, picia czy jakichkolwiek wskazówek co robić dalej. W tym wypadku również tłumione są wszelkie próby protestów, jak 23 marca, gdy Policja Federalna za pomocą armatek wodnych, gazu łzawiącego oraz przemocy stłumiła protest 50 deportowanych. Ze względu na zamknięte granice tylko obywatele i obywatelki Gwatemali mogą w „świetle prawa” wrócić do kraju. Osobom o honduraskim czy nikaraguańskim pochodzeniu pozostaje albo nielegalnie pozostać w jednej z przygranicznych wsi stanu Chiapas, notabene jednego z najbiedniejszych rejonów Meksyku, albo pieszo przekraczać Gwatemalskie góry ponownie jako ilegal ( hiszp. nielegalny/a migrant/ka), tym razem w drodze powrotnej.
Jak mówi Irineo Mujica, obrońca praw człowieka i działacz organizacji Pueblos Sin Fronteras, działania INM są “nieodpowiedzialne, okrutne i całkowicie poza kontrolą”. Apeluje on do podsekretarza Migracji i Praw Człowieka Alejandra Encinasa o rozwiązanie tego problemu, dodając, że jest on za niego odpowiedzialny zarówno prawnie, jak i moralnie.
Czy Meksyk płaci za mur?
Głosy meksykańskich specjalistek i specjalistów w zasadzie nie są włączane do debaty, która w dużym stopniu pozostaje zdominowana przez głosy anglojęzyczne. Raz na jakiś czas mainstreamowe media pokazują relacje migrantów z Ameryki Środkowej opowiadających o dramacie ucieczki i trudnościach, z jakimi się zmagają. Nie ukazują się w nich jednak przyczyny stojące za ich decyzją, czy świadectwa realiów, od których uciekają. Z świecą szukać wzmianek o antyrządowych zamieszkach w Nikaragui, w których zginęło ponad 300 osób, a ponad 2000 zostało rannych czy o wszechobecnej przemocy, ogromnej liczbie zabójstw, czy głębokiej biedzie panującej w krajach takich jak Gwatemala, Honduras lub Salwador. Zwyczajnie nie mają oni głosu we własnej sprawie. Marginalizacja bezpośrednich przyczyn ucieczki przyczynia się do zrzucenia odpowiedzialności za własne cierpienie na migrantów i migrantki. Nie jest jednak tajemnicą to, że za rozwój tragicznej sytuacji krajów Ameryki Środkowej częściowo odpowiada neokolonialna polityka, jaką od lat uprawiają Stany Zjednoczone.
W czerwcu 2019 prezydent Trump, za pośrednictwem posta na Twitterze, do czego niezawodnie przyzwyczaja nas od lat, wywołał niemałe zamieszanie, zapowiadając nałożenie 5 proc. taryfy na eksporty z Meksyku, jeżeli fala migrantów i migrantek z Ameryki Centralnej nie zmaleje, nie precyzując jednak o eksport czego dokładnie mu chodzi. Zrzucił w ten sposób odpowiedzialność za radzenie sobie z problemem na kraj o wiele mniej zamożny od USA, jakim jest Meksyk, który ponadto dla większości migrantów i migrantek zmierzających do Stanów jest jedynie krajem tranzytowym. Podobne praktyki zatrzymywania migrantów w krajach tranzytowych są sposobem znanym i lubianym także przez elity europejskie, które eksternalizują politykę kontroli migracji tak, aby zatrzymać jak najwięcej osób w państwach takich jak Turcja czy kraje Bałkańskie, przed dotarciem do strefy jurysdykcji Unii Europejskiej, zwalniając się z obowiązku rozpatrywania ich wniosków o azyl bądź pozwolenie na pobyt. Ciekawy raport na ten temat autorstwa Billa Frellicka, Iana M. Kysela oraz Jennifer Podkul wydał Journal on Migration and Human Security.
Kryzys polityczny, jaki wywołał swoim tweetem Trump, doprowadził do negocjacji między nim a prezydentem Meksyku, Andrésem Manuelem Lópezem Obrador, w wyniku których powołana do życia została Gwardia Narodowa. Strona internetowa meksykańskiego rządu podaje, że zadaniem Gwardii Narodowej jest, między innymi, tworzenie i zachowanie porządku publicznego czy obrona dóbr narodowych. W rzeczywistości jednak jej głównym zajęciem pozostaje ochrona południowej granicy Meksyku z Gwatemalą przed napływem migrantów i migrantek. Meksyk nie zapłacił za mur na granicy ze Stanami Zjednoczonymi, jak dziarsko zapowiadał to Donald Trump. Płaci jednak za uzbrojonych żołnierzy broniących granic kraju przed osobami, dla których jest on jedynie przystankiem po drodze do USA.
Migracja w cieniu pandemii
Migrantki i migranci, z reguły w nienajlepszym stanie zdrowotnym, z utrudnionym dostępem do czystej wody czy leków są jedną z najbardziej podatnych i wrażliwych na zarażenie grup w kontekście COVID-19. Jak izolować się w ośrodku przeznaczonym dla 30 osób, w którym znajduje się ich 60? Jak pozostać w domu, jeśli się go nie ma? Przepełnione centra detencyjne tworzą niebezpieczne skupiska, w których izolacja czy zachowanie wystarczających środków ostrożności są praktycznie niemożliwe. W większości z nich brakuje podstawowych środków prewencyjnych, takich jak żele antybakteryjne czy maseczki. Warto zaznaczyć tutaj, że nie jest to jedynie problem Meksyku. Panująca pandemia stwarza ogromne zagrożenie dla 272 milionów migrantów i migrantek na całym świecie. Restrykcje związane z zamkniętymi granicami, znaczne spowolnienie przetwarzania podań o azyl czy prawo legalnego pobytu, a także pogłębiająca się dezinformacja i niepewność dodatkowo pogarszają i tak od zawsze bardzo niestabilną pozycję, w jakiej znajdują się migranci i migrantki w każdym kraju. Ich sytuacja to dla mainstreamowych mediów i znacznej części opinii publicznej temat drugorzędny, dyżurny, który w dobie pandemii zagrażającej status quo bogatej północy przestaje kogokolwiek interesować.
Wyjątkowo przygnębiający jest fakt, że po uspokojeniu się kryzysu związanego z pandemią nadzieja na poprawę sytuacji jest złudna. Dyżurne tematy – jak sytuacja migrantów – pojawiają się raz na jakiś czas na końcu wieczornych wiadomości, poruszając nielicznych. Ciężar zapewniania podstawowej opieki medycznej czy zakwaterowania nie przestanie spadać na organizacje pozarządowe, które w większości przypadków mają mocno ograniczone możliwości. Rosnąca nieufność wobec obcokrajowców, nieudolność światowych rządów czy krążące nad światem widmo potężnego kryzysu ekonomicznego stawia migrantki i migrantów z całego świata w coraz cięższej pozycji, pozostawionych samych sobie. Światowa walka z COVID-19 powinna więc stawać się bardziej inkluzywna, a elity polityczne zaprzestać wartościowania ludzkiego życia według neoliberalnych standardów.

Wilk i owce na politycznej szachownicy

Po kompletnej kompromitacji z próbą przeforsowania przez PiS, wyborów w dniu 10 maja, mamy do czynienia jakby z nowym otwarciem.

Po roszadzie w Platformie, o ile Trzaskowski skutecznie zostanie zarejestrowany jako kandydat, będziemy mieli do czynienia z restartem systemu. Wedle badania przytoczonego przez TVP (być może wyjątkowo wiarygodnemu), Andrzej Duda ma poparcie 41 proc., Rafał Trzaskowski 21 proc., Szymon Hołownia 18 proc., Kosiniak Kamysz 7 proc. a Robert Biedroń 5 proc.. Istotny statystycznie wynik osiąga jeszcze Krzysztof Bosak – 6 proc.
Zakładając, że ewentualne przetasowania obywać się będą raczej pomiędzy kandydatami, to można powiedzieć, że pierwszy warunek umożliwiający pokonanie Andrzeja Dudy i PiS został spełniony. Główni kandydaci opozycyjni mają szansę osiągnąć wynik w granicach 50 proc., czyli z ok 10 proc. przewagą nad kandydatem PiS (choć kolejne sondaże nie dają takich powodów do optymizmu).Mamy więc polityczną grę w wilka i owce. Co do wilka, to raczej jest to figura pusta w środku, ale poruszana zdalnie przez bezwzględnego gracza. Tym niemniej cele gry dla baranów zostają te same. Zapędzić wilka do matni… lub przedrzeć się do celu.

Liderem wyścigu o drugą kadencję stał się Trzaskowski. Ta kandydatura wydaje się być do zaakceptowania (z większą lub mniejszą niechęcią) w drugiej turze przez wyborców większości kandydatów. Zapewne oprócz Bosaka, ale ich wpływ na ostateczne rozstrzygnięcie wydaje się pomijalny. Poza problemami programowymi, bo na razie Trzaskowski, w porównaniu z Kidawą, zradykalizował jedynie krytykę PiS, PO będzie miała problem z rejestracją kandydata. Nawet jeśli dostarczy w wymaganym czasie podpisy, a będzie miał na to 3-5 dni, wcale nie jest pewne, czy zostanie zarejestrowany. PO może w najgorszej sytuacji zostać bez kandydata lub ponownie z Kidawą. Platforma coś nie ma szczęścia do kobiet lub kobiety nie mają szczęścia do PO.

Zakładając optymistyczny przebieg wydarzeń, wygląda na to że restart kampanii PO ma polegać na mobilizacji elektoratu zagubionego, rozproszonego, w czasie pseudo kampanii. Nie widać chęci przyciągnięcia kogokolwiek nowego, a już na pewno nie wyborców mogących się czuć rozczarowanymi działaniami PiS. Tych co najwyżej stara się zebrać Bosak.
Do restartu kampanii przystąpił też Robert Biedroń. Zaczęto od zmiany w składzie sztabu. To zgadza się z powszechnym odczuciem, że sztab raczej nie pomagał kandydatowi. Podobnie można powiedzieć o sztabie PO, choć miał być taki dynamiczny i profesjonalny. Przynajmniej w deklaracjach. Sztab Biedronia zdecydowanie nie poradził sobie z pandemią. To prawda, że Biedroń dobrze wypadał na żywo i to był jego atut. Przynajmniej zeszłej wiosny. A wiosna przeminęła, efekt nowości minął, została zimna rzeczywistość.

Mogło by się wydawać, że krytyka działań rządu, szczególnie z pozycji socjaldemokratycznych to niemal samograj. Jednak taktyczne gierki klubu parlamentarnego lewicy nie sprzyjały kreowaniu jasnego przekazu wyborcom. A lewicowi wyborcy są dosyć drażliwi, pamiętliwi, raczej nieskłonni do tolerowania błędów. Wydawać by się mogło, że nikt nie będzie w stanie wyprzedzić lewicowego kandydata w krytyce działań rządu. A tu, jak się okazuje, Robert Biedroń nie dotrzymuje nawet kroku, dosyć zwykle wstrzemięźliwemu w ocenach, kierownictwu OPZZ. Więc restart, jeśli ma być skuteczny i pozwolić na powrót to pierwszej trójki kandydatów, powinien być szybki, stanowczy i radykalny. Na tyle radykalny by część zniechęconych nieco, wyborców lewicy z 2019 roku, wróciła do macierzy. Choć z drugiej strony sygnały, że część wyborców lewicy popiera aktualnie Hołownię, sugerowałby, że ich wcześniejsze oddanie głosów na listę lewicy było raczej wynikiem bardziej tajemniczego splotu okoliczności, niż świadomą decyzją. Celnie odpowiedział Hołowni Maciej Gdula, ale ten dialog powinien być raczej prowadzony pomiędzy politykami lewicy a ich wyborcami. Tymi co jeszcze zostali tymi, którzy zniechęceni odeszli i tymi, którzy jeszcze się nie podjęli ostatecznych decyzji.

A wracając do naszych baranów. Zakładając, że rzutem na taśmę uda się zarejestrować Trzaskowskiego, to jest szansa na pokonanie wilka i jego animatora. Wymaga do sensownej i intensywnej kampanii kandydatów, dużej mobilizacji obywateli oraz … sprzyjającego zbiegu okoliczności. Bo mam wrażenie, że zarówno efekty działań rządu jak i opozycji wspierają odpowiednich kandydatów, jak i ich osłabiają.

Jak mawiał nasz ulubiony komentator sportowy przed derbami, wszystko w rękach konia.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć.

Oblicza koronawirusa

Francuska firma opracowuje szczepionkę, ale Francuzi z niej nie skorzystają. Wszystko wezmą Stany Zjednoczone. Jest też pomysł, by znieść powszechne ograniczenia i spróbować pokonać koronawirusa poprzez osiągnięcie tzw. odporności zbiorowej (zwanej też stadną).

Znany koncern farmaceutyczny Sanofi Pasteur, jeden z dziesięciu największych na świecie, pracuje nad dwiema szczepionkami. Pierwszą we współpracy z brytyjskim GlaxoSmithKline Plc, na które to badania amerykańska Agencja Zaawansowanych Badań Biomedycznych i Rozwoju (Biomedical Advanced Research and Development Authority, BARDA), zarządzana przez Departament Zdrowia i Spraw Socjalnych USA wydzieliła 30 mln dolarów i drugą, we współpracy z amerykańską korporacją Translate Bio Inc. Prace nad tą pierwszą są już poważnie zaawansowane i firma zapewnia, że szczepionka może być gotowa w drugiej połowie 2021 roku.
Niemniej, nawet jeżeli tak się stanie, to lekarstwo trafi najpierw do USA, Franzuzki i Franzuci nie będą mogli z niej skorzystać. To dla dyrektora generalnego Sanofi jest oczywiste. W wywiadzie dla telewizji Bloomberg Paul Hudson powiedział, że skoro USA wzięły na siebie ryzyko finansowe projektu, to otrzymają szczepionkę jako pierwsi.
We Francji zawrzało. Tym bardziej, że Sanofi otrzymuje od państwa francuskiego całkiem pokaźne ulgi finansowe: około 150 milionów euro.
„To niewyobrażalne, żeby firma z siedziba we Francji, korzystająca ulg podatkowych na badania, chce dać szczepionkę USA wcześniej niż nam”, mówił prezydent regionu Hauts-de-France, Xavier Bertrand, znany prawicowy polityk, który wezwał prezydenta Francji do przeciwdziałania tej sytuacji.
„Szczepionka na COVID-19 powinna być dostępna dla całej ludzkości. To kwestia nie tylko zdrowia publicznego, ale i godności człowieka”, powiedziała dyrektorka francuskiego oddziału międzynarodowej organizacji humanitarnej Oxfam Cécile Duflot. W przeszłości Duflot była aktywną polityczką związaną z ruchem zielonych, była między innymi ministrą równości terytorialnej i mieszkalnictwa za czasów Françoisa Hollande’a .
Prezydent Francji Emmanuel Macron, neoliberalny ekstremista, poczuł się wywołany do tablicy i oświadczył, że szczepionka na koronawirusa jest dobrem wspólnym i prawa rynku nie mają w tej sytuacji zastosowania. Zapowiedział, iż w przyszłym tygodniu spotka się z kierownictwem farmaceutycznego giganta w Pałacu Elizejskim.
Sanofi stara się teraz zmiękczyć przekaz, twierdząc, że słowa Hudsona zostały, a jakże, „wyrwane z kontekstu”. Hudson w wypowiedzi dla Financial Times mówił już co innego, a mianowicie, że „musimy dać szczepionkę całemu światu”.
Wobec przedłużających się prac nad szczepionką na Covid-19 coraz częściej stawiany jest pomysł, by znieść powszechne ograniczenia i spróbować pokonać koronawirusa poprzez osiągnięcie tzw. odporności zbiorowej (zwanej też stadną). Ekspert WHO ostrzega, że to niebezpieczne kalkulacje.
Zdaniem Michaela Ryana, eksperta ds. sytuacji nadzwyczajnych Światowej Organizacji Zdrowia, zniesienie ograniczeń i powrót do standardowych interakcji społecznych może być tragiczne w skutkach i wcale nie gwarantuje osiągnięcia eliminacji zachorowań.
„Jeśli choroba utrzymuje się na niskim poziomie w krajach, które nie są w stanie zbadać ognisk, aby je zidentyfikować, zawsze istnieje ryzyko, że choroba zacznie się od rozprzestrzeniać ponownie” – ostrzegł Ryan podczas specjalnej wirtualnej konferencji. Podawany był przykład Niemiec i Korei Południowej, w których łagodzenie restrykcji doprowadziło do ponownego skokowego wzrostu zakażeń.
„Badania serologiczne pokazują, że stosunkowo niewielka część populacji ma przeciwciała zwalczające Covid-19” – dodał, na tej samej konferencji, dyrektor WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus. Oznacza to, że​ „większość populacji pozostaje narażona na wirusa”.
W Korei Południowej notuje się przypadki ponownego zachorowania na Covid-19. Jednak tamtejsi lekarze i eksperci podkreślają, że nie są pewni tego, czy dana osoba rzeczywiście zachorowała po raz drugi, czy też odczyty testu za pierwszym razem były błędne. Potwierdzenie czy mamy do czynienia z ponownymi zachorowaniami, wymaga czasu i dodatkowych badań.
Ryan powiedział, że powrót do stanu sprzed lockdownu nie może opierać się na luźnych spekulacjach dotyczących „odporności zbiorowej”. „To naprawdę niebezpieczne kalkulacje”, a „ludzie nie są stadem” – podkreślił, ostrzegając, że stosowanie tych samych standardów wobec ludzi jak wobec zwierząt „może prowadzić do brutalnej arytmetyki, która nie stawia ludzi, życia i cierpienia w centrum tego równania”.
Warto podkreślić, że w weterynarii odpowiednikiem terminu „odporność zbiorowa” jest „odporność stadna” i odnosi się do populacji jako całości, bez uwzględniania losu pojedynczych zwierząt.
W przypadku ludzi pojęcie to stosowane jest przy określaniu, jaki procent populacji należy zaszczepić, by liczba nowych zakażonych zaczęła się zmniejszać, w efekcie czego dana choroba zakaźna zostanie wyeliminowana. Ponieważ, jak dotąd, nie wynaleziono szczepionki na Covid-19, niektórzy politycy używają go w aspekcie określenia, jaki odsetek ludzi musi przechorować chorobę, by nabyć „odporność grupową”. W przypadku Covid-19 jest to około 70 proc. ludzkiej populacji.
Efektem ubocznym zakażeń na tak masową skalę byłby ogromny wzrost zgonów. Dyrektor Generalny WHO stwierdził 3 marca, że uaktualniony uśredniony współczynnik śmiertelności SARS-CoV-2 dla całego świata wynosi 3,4 proc. W skali całego globu oznacza to miliony dodatkowych ofiar śmiertelnych tylko z powodu zaniechania jakichkolwiek działań zapobiegających rozprzestrzenianiu się nowego koronawirusa.

Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część I)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się
coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Nie trzeba też być jasnowidzem czy prorokiem, żeby prognozować bardzo niebezpieczne, dla rodzaju ludzkiego, skutki tego stanu rzeczy i jego prawdopodobne niszczycielskie konsekwencje dla życia na Ziemi. Nawet jeśli jej mieszkańcy nie mają takiej świadomości w oparciu o przesłanki empiryczne i naukowe, to – podświadomie i instynktownie – wyczuwają oni, że coś niedobrego wisi w powietrzu, że coś dzieje się nie tak, jak trzeba i obawiają się coraz bardziej o przyszłość. Z rozmaitych zakątków świata dochodzą do nas głosy wręcz alarmistyczne, jak, np., wypowiedzi polityków rosyjskich (prezydent Władimir Putin i minister Siergiej Ławrow), uczonych chińskich, (profesorów: Yang Guangbing, Li Wen i Lin Hongyu) 1/. i in., którzy stwierdzają wprost, iż Stany Zjednoczone ponoszą główną odpowiedzialność za obecny chaos i niepewność panującą w świecie oraz za poważny wzrost napięcia w stosunkach międzynarodowych. Z kolei, władze USA obarczają winą za te patologie inne podmioty państwowe, na zasadzie: „to nie my, lecz koledzy…”; i tak, owo błędne koło zarzutów i oskarżeń kręci się coraz szybciej, a jednocześnie góra nierozwiązanych problemów globalnych, kontynentalnych, regionalnych i krajowych urasta już do niebotycznych rozmiarów i do groźnej „masy krytycznej”. Obecna apokaliptyczna pandemia stanowi wymowny test i papierek lakmusowy tej masy.
Tymczasem, tzw. prawda obiektywna jest jedna jedyna i niepodważalna. Trzeba tylko odważnie ją odnaleźć i spojrzeć jej w oczy. W tym celu niezbędna jest właściwa doza realizmu i obiektywizmu, jakiej, z reguły, nie staje niektórym myślicielom i decydentom odpowiedzialnym nie tylko za losy własnych państw i narodów, ale także za teraźniejszość i za przyszłość całego świata i rodzaju ludzkiego. Stwierdzenie to jest tym bardziej aktualne we współczesnej sytuacji (wybory prezydenckie w USA i nie tylko tam), kiedy może dojść do pewnych przewartościowań w polityce globalnej Stanów Zjednoczonych. Czy będą to zmiany na lepsze, które mogłyby położyć kres owemu światowemu chaosowi, zagrożeniom i neoliberalnemu marazmowi made in USA? Bardzo wątpię! Bowiem, w programach wyborczych obydwu partii i osobistości kandydujących na najwyższy urząd w Waszyngtonie próżno by szukać jakościowo nowatorskiej wizji lepszego świata – z myślą o szeregowych obywatelach a nie tylko o bogatych kapitalistach oraz o całym świecie a nie tylko o USA! Poza wszystkim, nie miejmy złudzeń – niezależnie od tego, kto wygrywa tam wybory i jakie nosi nazwisko, to sedno, istota, programy i mechanizmy władzy w USA nie ulegają zmianie. Nadal rządzić tam będzie, de facto, wielki kapitał, bezpieka i kompleks wojskowo – przemysłowy. Tak uczy historia i tak potwierdzają to najnowsze doświadczenia, także z obydwu kadencji obamowskich i trumpowskich.
Łatwo jest powiedzieć, że USA ponoszą główną odpowiedzialność za obecny chaos, marazm, impotencję i za zagrożenia na świecie. Ale już znacznie trudniej udowodnić takie twierdzenie – obiektywnie i przekonująco. Warto jednak podjąć tę dość ryzykancką próbę, bowiem teraz nie mamy już wiele (czyli prawie wszystko) do stracenia, zaś stawka w toczącej się bezładnej grze globalnej jest maksymalna.
Obecne położenie i funkcjonowanie USA na scenie globalnej jest nie tylko funkcją i konsekwencją ich polityki z ostatnich lat czy nawet przeszło ćwierćwiecza (od upadku systemu dwubiegunowego – rozpadu Związku Radzieckiego, dnia 26 grudnia 1991 r.). Wszakże właściwe zrozumienie i racjonalną ocenę tego zjawiska można osiągnąć dopiero dzięki jego analizie w szerszym kontekście historycznym, powiedzmy, od zakończenia II wojny światowej, zawarcia zmowy jałtańsko – poczdamskiej i od początku „zimnej wojny” (1947 r. – 1991 r.). Stany Zjednoczone zmarnowały wówczas unikalną i niepowtarzalną szansę zbudowania, wraz z sojusznikami, lepszego świata, jaka pojawiła się w warunkach euforii zwycięstwa nad faszyzmem niemieckim i włoskim oraz nad militaryzmem japońskim.
Szansę tę można byłoby wykorzystać i urzeczywistnić tylko pod warunkiem, gdyby USA niezmiennie „nie były sobą”, czyli gdyby nie dążyły one do panowania nad światem i do narzucenia mu perswazją lub, głównie, siłą swych rozwiązań systemowych: Pax Americana, American Dream, hegemonizm, totalitaryzm, liberalizm i neoliberalizm, iluzje wolności i niepodległości czy, wreszcie, tzw. demokracji amerykańskiej.
Jak by to paradoksalnie nie brzmiało, w USA nigdy nie było i nadal nie ma autentycznej demokracji (władzy ludu – demos’u). Są natomiast wyrafinowane i kosztowne pozory demokracji fasadowej (na pokaz); oraz, faktycznie, autorytarne rządy (dyktatura) bogatych nad biednymi, kapitału nad pracą, oświeconych nad nieoświeconymi, mundurowych nad cywilami, grup interesów nad ogółem bezwolnego społeczeństwa itp. Jednak, poczynając od 1945 r., wszystkim kolejnym władzom (prezydentom, rządom…) amerykańskim zabrakło odwagi, wyobraźni i dalekowzroczności. Zasklepiały się one natomiast w swych przestarzałych koncepcjach, wyobrażeniach i dążeniach do panowania nad światem oraz brną tak dalej. Choć, bez wątpienia, mają świadomość, iż praktyczna realizacja tych koncepcji i dążeń była od początku niemożliwa i taką też pozostaje tym bardziej teraz – we współczesnej zmienionej konfiguracji sił globalnych. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem owej stagnacji intelektualno – realizacyjnej jest chęć zarabiania dużych pieniędzy w „mętnej wodzie” sytuacji globalnej, m.in. poprzez opaczną globalizację, intensyfikację zbrojeń, militaryzację gospodarki, wojny regionalne oraz terroryzowanie i dyscyplinowanie obywateli prawdziwymi i urojonymi zagrożeniami (Armagedon, koniec świata, atak z kosmosu, pandemia itp.). Od dawien dawna, w USA pokutuje zasada, iż jeśli masz siłę, to „wykorzystaj ją” – bo, w przeciwnym razie, „ją stracisz”. W wersji amerykańskiej, to się nawet rymuje: „use it or lose it” (wym.: „juz yt or luz yt”).
Nierealne założenia:
Ową przepaść między teorią a praktyką, między chciejstwem a wykonawstwem w polityce globalnej USA uważam za największy paradoks w krótkiej historii tego znakomitego, skądinąd, wielkiego mocarstwa i społeczeństwa. Nijak tego pojąć nie mogę, bowiem są przecież w Stanach całe zastępy mądrych i światłych ludzi, którzy nie raz zadziwiali nas swymi imponującymi dokonaniami w wielu dziedzinach. Tyle tylko, że zaślepieni bogacze i egocentryczni decydenci nie chcą słuchać mądrzejszych od siebie i brać pod uwagę ich propozycji, także w sferze polityki zagranicznej i globalnej.
Bardzo szkoda, bowiem mocno traci na tym cały świat, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi! Prawda jest brutalna – w dobie współczesnej, realizacja dominacyjnych i hegemonistycznych aspiracji amerykańskich nie jest możliwa na drodze pokojowej; natomiast wielkiej wojny światowej Stany już w żaden sposób wygrać nie zdołają! Oto jest wielki dylemat!
W swej dotychczasowej filozofii, metodologii i polityce znalazły się więc one w ślepym zaułku i w sytuacji bez wyjścia. O przepraszam, wyjściem jest rezygnacja z aspiracji dominacyjnych, hegemonistycznych i dyktatorskich oraz racjonalne próbowanie układania się z resztą świata na pokojowych i partnerskich zasadach – celem wypracowania autentycznie nowego i sprawiedliwego ładu globalnego – w odróżnieniu od szkaradnej karykatury post jałtańskiej i proamerykańskiej. W tym celu potrzebna byłaby chyba IInd American Revolution, bowiem panujący tam establishment nie zdobędzie się raczej na taki zwrot i przełom, nawet gdyby „śmierć zaglądała mu w oczy”. Jeśli ktoś przyzwyczaił się na dobre do polityki z „pozycji siły”, do prawa pięści, do patologii pieniądza i zysku, do pałowania niewolników czy do kowbojskich metod z dzikiego Zachodu, to tak łatwo teraz nie zrezygnuje z tych nawyków, o ile w ogóle?
Kolejny zasadniczy błąd strategiczny USA o znaczeniu długofalowym polega na przecenianiu ich własnej (choć rzeczywistej) potęgi, pozycji monopolistycznej pod wieloma względami i na szantażowaniu tymi i innymi sposobami licznych państw i narodów świata.
Drastycznym symbolem owego szantażowania było (niepotrzebne, militarnie) zrzucenie 2 bomb atomowych na Japonię, pod koniec II wojny światowej. Wtedy w Waszyngtonie wielu pomyślało sobie, że nikt im „nie podskoczy”, bo mieli monopol atomowy. Ale już wkrótce potem okazało się, to mrzonką i sennym marzeniem. ZSRR przeprowadził swą pierwszą próbę z bronią atomową w 1949 r. Obecnie do „klubu nuklearnego” zalicza się już 9 państw (łącznie z Izraelem), a następne 9 ma zdolność i potencjał niezbędny do wyprodukowania takiej broni. Ironią losu i koszmarem kiedyś monopolistycznej Ameryki jest program nuklearny Korei Północnej oraz wysokie prawdopodobieństwo, iż ta i inna (np. biologiczna) broń masowej zagłady może być zastosowana przez terrorystów, właśnie przeciwko Ameryce.
Przełamanie amerykańskiego monopolu atomowego nastąpiło więc dużo szybciej niż się spodziewali jego promotorzy. Kategoria monopolu została zastąpiona przez „równowagę strachu” i przez „wzajemnie zapewnione zniszczenie” (tzw. MAD, po amerykańsku = „Mutually Assured Destruction”). To kolejne absurdy strategiczne, choć niektórzy (np. amerykańscy uczeni: John von Neumann i Herman Kahn) powiadali, iż właśnie dzięki tymże absurdom nie doszło jeszcze do wojny nuklearnej. Jednak bezpieczeństwo bazujące na strachu nie jest żadnym bezpieczeństwem. W latach 1940 r. – 1996 r. USA wdały 5,5 bln USD na doskonalenie potencjału nuklearnego. Ów pierwotny monopol amerykański, jako geneza i praprzyczyna nieszczęścia nuklearnego, oraz jego przełamywanie doprowadziło współcześnie do niezwykle niebezpiecznej sytuacji w świecie. Zgromadzono już 15.400 głowic (ładunków) nuklearnych. Użycie tylko niedużej ich części wystarczyłoby do wielokrotnego rozbicia planety Ziemia w pył kosmiczny. Oto skala tego absurdu.
W politologii światowej podkreśla się, iż III wojna światowa mogłaby się rozpocząć od celowego uderzenia nuklearnego, biologicznego, laserowego, elektromagnetycznego itp. lub wybuchnąć przez przypadek (błąd komputera, poczynania szaleńca czy kolejny miscalculation). Inny wielki błąd w rachubach polega na przeświadczeniu, iż potęga, potencjał i przewaga USA nad innymi trwać będzie wiecznie oraz że nikt im nigdy nie zagrozi i nie sprosta (nie wygra) konkurencji z nimi. Istotnym elementem owego myślenia i postępowania było i jest lekceważenie potencjalnych przeciwników i konkurentów. Tymczasem, poważnym konkurentem okazała się nawet rozkojarzona i rozlazła Europa (UE), która kiedyś zakładała Stany Zjednoczone i której ludność przewyższa o około 200 mln społeczność amerykańską. Zdruzgotana przez II wojnę światową, Europa dość szybko i sprawnie dźwignęła się z gruzów, a Ameryka tej wojny nie zaznała na swym terytorium (naturalnie, z wyjątkiem Hawajów, Pearl Harbour i obszarów Pacyfiku). Zresztą, od zakończenia amerykańskiej wojny domowej i utworzenia USA, ich strategia polega na prowadzeniu wojen jak najdalej od własnego terytorium i, najlepiej, przy pomocy cudzoziemskich żołnierzy (tzw. wojny per procura – Proxy Wars, ang., – np. Wojsko Polskie w Afganistanie, czy w Iraku).
USA i ChRL:
Kolejne władze amerykańskie popełniały i popełniają nadal kardynalne błędy również w odniesieniu do Chin. Oby tylko, jak w przypadku Rosji, nie doprowadziło to do przekształcenia ChRL z partnera strategicznego w przeciwnika strategicznego USA. Jest tam co niemiara wątpliwości, czy Chiny – to „przyjaciel, czy też wróg”? Prof. Richard Starr (Hoover Institiution, Stanford University, California) prorokował wręcz nieuchronność „czołowego zderzenia” militarnego („Head-on Crash”) między Ameryką a Chinami. Czysty surrealizm, chyba że Ameryka bardzo tego zapragnie? Chiny dążą do dobrego, ale przygotowane są na najgorsze.
Analiza i ocena ewolucji oraz konsekwencji polityki amerykańskiej w kwestii chińskiej prowadzi do bardzo ciekawych wniosków i uogólnień. I znów, ironia losu amerykańskiego polega na tym, że właśnie USA znacznie przyczyniły się do wykreowania obecnej wielkiej potęgi nowoczesnych Chin („China’s Rise”). Rachuby amerykańskie zakładały obfite zyski z tytułu handlu, produkcji i inwestycji na ogromnym rynku chińskim. Zysków rzeczywiście było niemało, ale, z biegiem czasu, okazuje się, że gospodarka amerykańska nie wytrzymuje konkurencji ilościowej, jakościowej i cenowej z innymi na tymże rynku. W wyniku tego, Chiny zarabiają już więcej na rynku amerykańskim niż Ameryka na rynku chińskim 2/.
W okresie od 1949 r. (powstanie ChRL), stosunki amerykańsko-chińskie kształtują się rozmaicie, raz lepiej, raz gorzej, w sumie – sinusoidalnie. Jest w tych stosunkach wiele pozytywów i oznak nadziei, ale jednocześnie niemało też negatywów i symptomów niepokoju. Ważne jednak, iż – nawet w okresach szczytowego napięcia – obie strony powstrzymywały się od przekroczenia ostatecznej granicy bezpieczeństwa. Do „czołowego zderzenia” nie doszło. Mimo ogromnych wahań i manipulacji w kwestii chińskiej, wojen hybrydowych, prowokacji morskich, pandemii polityczno – propagandowej itp., kolejne władze amerykańskie zdołały jednak zdobyć się na minimum realizmu i rozwagi w kwestiach konfliktowych. A jednak można, jeśli się chce i potrafi. Ze strony chińskiej, jedynie Przewodniczący Mao Zedong zwalczał początkowo amerykańskiego „papierowego tygrysa”, a nawet groził zniszczeniem USA. Przeanalizujmy więc, na najważniejszych konkretnych przykładach, jak kształtowała się owa sinusoida stosunków wzajemnych?
Do bezpośredniej konfrontacji chińsko – amerykańskiej na polu walki doszło w czasie wojny koreańskiej. 1 listopada 1950 r. wojsko chińskie przystąpiło tam do boju z US Army. Wojna zakończyła się porozumieniem o zawieszeniu broni (do tej pory brak traktatu pokojowego), dnia 27 lipca 1953 r. Nie można powiedzieć, żeby USA wygrały tę wojnę. Poniosły ogromne ofiary ludzkie (ok. 50.000 zabitych) i koszty finansowe: 30 mld USD (obecnych). Wojna ta zapoczątkowała całą serię porażek militarnych US Army, trwających po dziś dzień. Znamienne, że USA rozpoczynają i prowadzą wojny z państwami mniejszymi i znacznie słabszymi od siebie. Z silnymi wolą nie zaczynać.
Powstały dwa państwa koreańskie, co nadal jest nieprawdopodobną anomalią i tragedią narodu koreańskiego. W różnych aspektach, wielkie mocarstwa rozgrywają ryzykownie od lat „kartę koreańską”, (np. kwestia zjednoczenia, tzw. Korean Peninsula Nuclear Issue itp.) w swych stosunkach wzajemnych; a, w międzyczasie, Niemcy i Wietnam zostały zjednoczone!
Groźnie było także w okresie wojny wietnamskiej (1 XI 1955 r. – 30 IV 1975 r.), w której Chiny zaangażowały się zdecydowanie po stronie Północy, a Amerykanie (z sojusznikami) pod stronie Południa. Wojna zakończyła się totalną klęską USA i kosztowała 111 mld USD; 58.220 Amerykanów zapłaciło życiem za udział w wojnie; ale wietnamskie straty w ludziach sięgają 3 mln obywateli cywilnych i wojskowych + ogromne zniszczenia kraju.
I teraz znów kolejna ironia historii: w dniach 23 – 25 maja 2016 r., Prezydent Barack Obama złożył oficjalną wizytę w Wietnamie. Usiłował zabliźnić rany wojenne i obiecał dostawy broni amerykańskiej dla Wietnamu. Przeciwko komu ma być wymierzona ta broń? Otóż, obawiam się, że USA (irracjonalnie i majdanowo) chciałyby ustawić Wietnam i Filipiny przeciwko Chinom w podobny sposób, jak ustawiły Polskę (majdan = stocznia gdańska im. Wł. Lenina) i Ukrainę (majdan kijowski) przeciwko Rosji!?
Po co Ameryce była wojna koreańska i wietnamska? Wytłumaczeń jest wiele: realizacja aspiracji hegemonistycznych i dominacyjnych, nakręcanie koniunktury, militaryzacja gospodarki, dyscyplinowanie, straszenie i terroryzowanie własnego społeczeństwa oraz innych narodów i państw („jeżeli nie będziecie posłuszni Ameryce, to może was spotkać taki sam los, jak Koreańczyków czy Wietnamczyków”) oraz – i przede wszystkim – testowanie i osłabianie głównych rywali: ZSRR i ChRL. Łatwo wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby USA wygrały wojnę koreańską i wietnamską? Zapewne przekształciłyby one Koreę i Wietnam we własne kolonie lub stany zamorskie, graniczące bezpośrednio z… Chinami i z Rosją. Stanowiłoby to dla nich kolosalne zagrożenie strategiczne, na które oba te wielkie mocarstwa nie mogły sobie pozwolić.
Dlatego tak mocno wspierały one Koreańczyków i Wietnamczyków w nierównej walce z Amerykanami i wygrały. Ale, Amerykanie, jak to w ich zwyczaju, nie wyciągnęli odpowiednich wniosków z tej lekcji historycznej i brnęli dalej w kolejne awantury wojenne.
W 1964 r. Chiny przeprowadziły I próbę z bronią atomową. W USA zapanowała panika z tego powodu. Prezydent Lyndon B. Johnson zamierzał wówczas zaatakować ChRL, aby pokrzyżować realizację jej programu nuklearnego. Na szczęście, doradcy wybili mu to z głowy. Zresztą, pozostałości koncepcji „uderzenia wyprzedzającego” – tzw. „Preemptive Strike”, „póki nie jest jeszcze za późno”) pokutują nadal w niektórych kręgach amerykańskich; ale ci panowie chyba zdają sobie sprawę, że jest już za późno! Lata 60-te XX wieku to był trudny okres w powojennej ewolucji stosunków chińsko – amerykańskich. USA blokowały dostęp ChRL do ONZ, upierając się przy członkostwie Tajwanu w tej Organizacji. Ale rozmowy dwustronne trwały na szczeblu ambasadorów. Łącznie, poczynając od roku 1954, odbyło się 136 takich spotkań, w Genewie i w Warszawie.

Od roku 1971 nastała era „dyplomacji pingpongowej” i tajnych rozmów z Chińczykami prowadzonych przez Henry Kissingera (głównie z Zhou Enlaiem). W ich wyniku, Przewodniczący Mao zaprosił Prezydenta Richarda Nixona do Chin. To był pozytywny przełom. Wizyta odbyła się w dniach 21 – 28 II 1972 r. Nixon proklamował erę negocjacji zamiast konfrontacji. Epokowym wynikiem wizyty był tzw. komunikat szanghajski prowadzący do normalizacji stosunków. USA uznały koncepcję jednych Chin, a Tajwan – jako ich integralną część. Najpierw ustanowiono biuro łącznikowe, a nawiązanie stosunków dyplomatycznych nastąpiło z dniem 1 I 1979 r., czyli prawie 30 lat po utworzeniu ChRL. Ambasady obydwu mocarstw rozpoczęły swą działalność z dniem 1 III 1979 r.
Od tej pory obserwujemy systematyczny i dość wszechstronny rozwój wzajemnych stosunków. Ich kolejnym etapem była pamiętna wizyta w USA wielkiego reformatora chińskiego, Przewodniczącego Deng Xiaopinga ( 28 I – 5 II 1979 r.). W ślad za tym, następni najwyżsi przywódcy chińscy i amerykańscy wizytowali się nawzajem. Za ich przykładem szli premierzy, ministrowie, wysocy dowódcy wojskowi, gubernatorzy prowincji i stanów, prezydenci miast, przedsiębiorcy, turyści, uczeni, studenci, ludzie pióra i zwykli obywatele. Już przeszło 300.000 studentów i doktorantów chińskich pobiera nauki na uniwersytetach amerykańskich, a 100.000 młodych Amerykanów – w Chinach. Ustanowiono system strategicznego dialogu gospodarczego (Strategic Economic Dialogue). Ponad 100 Instytutów Konfucjusza funkcjonuje w USA, a Uniwersytety amerykańskie uruchamiają swe filie w Chinach.
Słowem, kontakty rozwijają się na wszelkich możliwych płaszczyznach i szczeblach oraz we wszystkich najważniejszych formach, nie tylko na gruncie dwustronnym lecz również wielostronnym (np. ONZ, G-20, APEC, Asia – Pacific Economic Cooperation i in.). Zdecydowanym rzecznikiem efektywnej współpracy chińsko – amerykańskiej jest Prezydent Xi Jinping, dobrze znający problematykę amerykańską oraz doceniający rolę i znaczenie konstruktywnej współpracy nie tylko dla dobra obydwu Stron lecz również dla całego świata., Na długo przed pandemią, Prezydent Xi zaproponował opracowanie i wdrożenie nowego modelu stosunków wzajemnych między największymi mocarstwami: ChRL i USA.
Współpraca koncentruje się wokół spraw o kardynalnym znaczeniu dla obydwu Stron i dla całego świata. Nie jest to współpraca łatwa, prosta i przyjemna dla Chińczyków, bowiem partnerzy amerykańscy, na najwyższych szczeblach decyzyjnych, są często egocentryczni, uparci, nieszczerzy, zadufani w sobie i dążący do „ogrania” czy „przechytrzenia” drugiej Strony. Należy podziwiać pragmatyzm, realizm, wytrzymałość nerwową i anielską cierpliwość Chińczyków, którzy – ze stoickim spokojem, ale też z wielką determinacją, znoszą rozmaite wybryki amerykańskie (np. ministra Marka Pompeo). Bowiem, prawdę mówiąc, bez optymalnej współpracy chińsko – amerykańskiej, niemożliwe byłoby rozwiązywanie nie tylko własnych problemów obydwu Stron, ale również kluczowych kwestii globalnych. Tak więc, spraw wspólnego zainteresowania jest multum, jak np.: pokojowy rozwój, nowy ład światowy, współpraca gospodarcza, handlowa i finansowa, najnowsze technologie, bezpieczeństwo międzynarodowe, bronie masowej zagłady, problematyka kosmiczna, wojny informatyczne, regeneracja gospodarstwa światowego po pandemii i po kryzysie globalnym wywołanym przez neoliberałów amerykańskich, walka z terroryzmem, ochrona środowiska naturalnego, zmniejszenie emisji gazów przemysłowych, zmiany klimatyczne, patologie rozwojowe, problem uchodźców, nowy model stosunków ChRL – USA, współpraca gospodarcza między państwami Pacyfiku, prawa autorskie i wiele, wiele innych. Z reguły, podejście Amerykanów jest bardziej konstruktywne i koncyliacyjne w tych kwestiach, których sami (bez Chińczyków) nie zdołaliby rozwiązać oraz w tych, w których mogą oni odnieść określone korzyści. To jedna strona medalu, raczej pozytywna.
Druga strona jest znacznie trudniejsza, raczej negatywna i bardziej skomplikowana. Bowiem, decydenci amerykańscy stosują taktykę „podszczypywania”, nękania i denerwowania Chińczyków rozmaitymi sposobami. W polityce amerykańskiej metodologia ta znana jest pod mianem „powstrzymywania” rywala/partnera (tzw. Containment). Była ona stosowana w szerokiej skali i dość skutecznie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Jednak ChRL – to nie ZSRR i ta ograna sztuczka już się Amerykanom nie uda. Na „szczycie” G20, w Hangzhou, Barackowi Obamie dano jednoznacznie do zrozumienia, z czego Chińczycy nie są zadowoleni.
Chyba najpoważniejszym problemem kontrowersyjnym jest hegemonizm i dążenie USA do umacniania swej pozycji w świecie, szczególnie, na obszarach Azji i Pacyfiku (kosztem Chin i tuż obok ich terytorium). W ostatnich latach, Stany znacznie przeorientowały swe zainteresowania i obecność polityczno – strategiczną, np., z Europy w kierunku Azji/Pacyfiku, dostrzegając, zapewne, iż tam przeniosło się centrum rozwoju naszej cywilizacji w XXI wieku i w stuleciach następnych. Zrozumiałe, że taka reorientacja zahacza o żywotne interesy Chin, które nie dopuszczą do ich uszczuplenia. Jest to więc powodem wzrostu napięcia w stosunkach wzajemnych i nosi wyraźnie antychiński charakter; tym bardziej, że USA wykorzystują, w swych zamiarach i poczynaniach, sojuszników azjatyckich: Japonię, Filipiny, Koreę Płd., Australię i starają się pozyskać w tych celach nawet Wietnam. Wygląda to nieciekawie i groźnie.
Nękanie Chin polega, m.in., na mieszaniu się w ich sprawy wewnętrzne, na „udzielaniu lekcji” w kwestiach praw człowieka, demokracji, wyborów, Tybetu, Dalajlamy, Tajwanu (któremu USA dostarczyły ostatnio uzbrojenie o wartości 6,4 mld USD), Ujgurów, „kolorowych rewolucji”, wolności słowa, dysydentów, na podsycaniu niepokojów społecznych w Hongkongu itp. Od wielu lat, obie Strony prowadzą swoistą wojnę podjazdową na, publikowane corocznie, „białe księgi” w kwestii praw człowieka. USA twierdzą, iż nie są one przestrzegane w ChRL; a ChRL czyni to samo w stosunku do USA. Poważną sprawą jest także negowanie przynależności do Chin wysp na morzach otaczających ich terytorium, szczególnie na Morzu Południowo – Chińskim oraz popieranie pretensji terytorialnych do tych wysp ze strony innych państw regionu.
Nie dziwi przeto wprowadzenie nowej zdecydowanej doktryny militarnej Chin („armia musi nie tylko prowadzić, ale wygrywać wojny…”) oraz systematyczne wspólne ćwiczenia z siłami zbrojnymi Rosji i innych państw członkowskich Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Nie można też pominąć milczeniem istnienia i funkcjonowania ponad 20 amerykańskich baz wojskowych otaczających długim łańcuchem terytorium Chin od Zachodu, Południa i Wschodu, nieustające misje patrolowe samolotów bojowych US Air Force i okrętów US Navy nieopodal terytorium ChRL. Nie zmienia to faktu, iż, od czasu do czasu, okręty VII floty amerykańskiej (Pacyfiku) składają „wizyty przyjaźni” w portach chińskich. Obłuda amerykańska ma swoją specyfikę i swój „urok”. Jest też niemało spornych spraw w dziedzinie gospodarczej, handlowej, inwestycyjnej i finansowej (protekcjonizm, prawa autorskie czy zarzuty amerykańskie ws. „niedowartościowania” waluty chińskiej, juana itp.).
Słowem aktualny stan stosunków amerykańsko – chińskich, choć nie idealny a nawet nie optymalny, jest wypadkową ww. „raczej pozytywów” i „raczej negatywów”. Stosunki te wymagają również radykalnych reform, uzdrowienia, ubezpieczenia, optymalizacji i usprawnienia – dla dobra obydwu Stron i całego świata. Tak dalej być nie powinno. Ameryka nie ma chyba innego racjonalnego wyjścia, jak tylko określić i wdrożyć swą nową „China Policy” oraz zgodzić się na poprawę i na nowy model tych stosunków. Pewne jest jednak, iż, niezależnie od amerykańskiego nękania i „powstrzymywania” oraz w wyniku chińskiej polityki reform i otwarcia na świat (od 1978 r.), pozycja ChRL wobec USA (i reszty świata) stale się umacnia, zaś pozycja USA wobec ChRL (i reszty świata) systematycznie ulega osłabieniu. Tego obawiają się najbardziej antychińscy jastrzębie w Stanach i w innych krajach.

  1. Por. artykuły trzech ww. profesorów opublikowane w dzienniku „Żenminżibao”, z dnia 18 września 2016 r.;
  2. Niedawne dane makroekonomiczne dotyczące chińsko – amerykańskiej współpracy gospodarczej, handlowej i finansowej: wartość eksportu chińskiego do USA w 2015 r. = 483, 2 mld USD (w roku 2016 = 251,7 mld USD); wartość eksportu amerykańskiego do Chin w roku 2015 = 116 mld USD (60,4 mld USD w roku 2016); ujemne (dla USA) saldo w bilansie handlowym z Chinami = 367 mld USD (w roku 2015) i 191, 4 mld USD (w roku 2016); wartość inwestycji chińskich w USA = 30 mld USD, w roku 2016 = 30 mld USD (szacunek) i 15 mld USD, w roku 2015; wartość inwestycji amerykańskich w Chinach = 74,6 mld USD, w roku 2015; wartość chińskich rezerw walutowych = 3,5 bln USD (z czego ponad 60 proc. utrzymywanych jest w USD); Chiny posiadają także obligacje amerykańskie o wartości 1,24 bln USD, czyli około 30 proc. wartości wszystkich obligacji tego rodzaju znajdujących się w rękach właścicieli zagranicznych.