IO Tokio 2020/21: Pandemia nie odpuszcza

Władze Tokio martwią się rosnącą z dnia na dzień liczbą zakażeń koronawirusem. W środę odnotowano 3177 nowych przypadków. Wirus nie omija też wioski olimpijskiej. Jego ofiarą padł m.in. amerykański tyczkarz Sam Kendricks.

We wtorek odnotowano w stolicy Japonii 2848 przypadków zakażeń, zaś w środę ich liczba po raz pierwszy od wybuchu pandemii przekroczyła w stolicy Japonii barierę trzech tysięcy. W porównaniu z wynikami odnotowanymi tydzień wcześniej liczba zarażonych Covid-19 wzrosłą o jedną trzecią. Także tygodniowa średnia jest w Tokio najwyższa od początku kryzysu. Nasilenie pandemii wiązany jest z szerzącym się w Japonii bardziej zaraźliwym wariantem koronawirusa (Delta). Tokijska służba zdrowia znajduje się pod coraz większą presją” – alarmuje agencja Kyodo, oceniając, że rekordowe bilanse zakażeń rodzą też nowe zagrożenia dla uczestników trwających igrzysk olimpijskich. Ale koronawirus szybko rozprzestrzenia się również w innych japońskich prefekturach. Wtorkowy bilans ogólnokrajowy przekroczył barierę siedmiu tysięcy nowych zakażeń po raz pierwszy od maja, zbliżając się do rekordowej wartości około ośmiu tysięcy przypadków odnotowanych na początku stycznia tego roku. Bariera ośmiu tysięcy została przekroczona już środę.
Zakażenia wirusem w objętej surowym reżimem sanitarnym wiosce olimpijskiej zdarzają się sporadycznie, ale Covid-19 potrafi zamieszać nawet w olimpijskiej rywalizacji. Tak właśnie się stało w przypadku amerykańskiego tyczka Sama Kenricksa, dwukrotnego mistrza świata i jednego z kandydatów do olimpijskiego złota, u którego testy wykazały obecność koronawirusa. Negatywny wynik miał też jego argentyński kolega ze skoczni German Chiaraviglio. Obu odesłano na 10-dniową kwarantannę, co obu wyklucza z walki o olimpijskie medale. Ponieważ Kendricks miał codzienne kontakty z australijskimi lekkoatletami, całą liczącą 60 osób reprezentację tego kraju odizolowano i poddano testom. Jak poinformował w czwartek australijski komitet olimpijski, wszystkie dały negatywny wynik i cała ekipa może wrócić do normalnej aktywności.

Milion szczepionek dla Wietnamu

Jeszcze w końcu zeszłego roku Wietnam należał do grona państw, które nie doświadczyły skutków pandemii koronawirusa. Pierwsza,wiosenna fala pandemii nie przyniosła śmiertelnych ofiar. W czasie drugiej, jesienią 2020 roku, odnotowano 35 zgonów.
Pierwsze miesiące tego roku dawały nadzieję na wygasanie pandemii. Ale od końca kwietnia pojawił się nagły wzrost zakażeń. Do końca lipca zanotowano niestety już ponad 500 zgonów.
Starania o dostawy szczepionek władze wietnamskie rozpoczęły już w maju 2020 roku. Niestety pomimo swego znaczenia w regionie i prawie stumilionowej populacji, Wietnam nie miał tak silnej pozycji przetargowej jak Unia Europejska, USA, czy potężna gospodarczo Korea Południowa.
Pierwsze szczepionki dotarły do Wietnamu w końcu lutego 2021 roku, a szczepienia rozpoczęto 8 marca. Do tej pory Wietnam pozyskał ponad 14 milionów dawek szczepionek. Część z nich, marki Pfizer i Astra/Zeneca, zakupiono bezpośrednio od firm farmaceutycznych. Reszta pochodzi z darów od USA, Japonii, Rosji i Chin.
Władze Wietnamu zakontraktowały na ten rok 120 milionów dawek szczepionek. Dla uzyskania standardowego efektu odporności potrzebują co najmniej 150 milionów dawek.
Aby przyspieszyć proces pozyskiwania szczepionek i akcji szczepienia władze centralne Wietnamu udzieliły zgody władzom wojewódzkim na bezpośredni import szczepionek oraz zorganizowanie akcji szczepień zgodnie z warunkami lokalnymi. Udzielono też licencji 38 firmom na import szczepionek. Zatem nie ma w Wietnamie żadnych administracyjnych barier blokujących wsparcie Wietnamczyków w procesie szczepień.
Pomoc wietnamska, polski rewanż
Wszyscy pamiętamy pomoc Wietnamczyków mieszkających w Polsce w czasie naszej wiosennej pandemii. Stowarzyszenia polskich Wietnamczyków zorganizowały zbiórki pieniędzy i maseczek dla polskich placówek zdrowia.
Podobną akcję charytatywną przeprowadzili wietnamscy absolwenci polskich uczelni zrzeszeni w Towarzystwie Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej.
Pisaliśmy w „Trybunie”: ”Dwudziestego piątego marca w czasie spotkania w Ambasadzie RP w Hanoi, delegacja Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko – Polskiej kierowanego przez byłego prezydenta Hanoi Nguyen The Thao, absolwenta Politechniki Krakowskiej, przekazała JE Ambasadorowi RP Wojciechowi Gerwelowi dary pieniężne i materialne dla szpitali w Polsce.”
Podobnego wsparcia udzielili polskiej służbie zdrowia wietnamscy absolwenci zrzeszeni w polskim Stowarzyszeniu Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”. Jego wiceprezes pan Mac Dang Minh, właściciel polskich firm, zorganizował wtedy zbiórkę pieniędzy dla polskich szpitali.
Obecnie mamy w Polsce, zakontraktowanych lub zmagazynowanych, ponad kilkanaście milionów szczepionek. Część z nich może być niewykorzystanych, bo tempo szczepień słabnie w naszym kraju. A terminy przydatności szczepionek zbliżają się do granicy używalności.
Propozycje, aby część takich nadwyżek przekazać do Wietnamu, pojawiły się w parlamentarnej grupie polsko- wietnamskiej kierowanej przez posła Grzegorza Napieralskiego, ambasadzie RP w Wietnamie kierowanej przez JE Wojciecha Gerwela oraz Stowarzyszeniu Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyjaźń” kierowanym przez profesora Tadeusza Iwińskiego.
Stowarzyszenie otrzymało też List od Komitetu Ludowego prowincji Hai Duong. Wiceprzewodniczący Komitetu Ludowego Nguyen Minh Hung napisał w nim:
„Według opinii Światowej Organizacji Zdrowia Wietnam jest jednym z nielicznych na świecie krajów, który może pochwalić się skuteczną walką z Covid-19. Natomiast biorąc pod uwagę nieprzewidywalnego rozwoju nowych mutacji koronawirusa z Indii, szeroki program szczepień może być dobrym narzędziem w walce z rozprzestrzenianiem się wirusa.
W chwili obecnej ilość zaimportowanych szczepionek COVID-19 do Wietnamu i do prowincji Hai Duong jest ograniczona. W imieniu Komitetu Ludowego Hai Duong chciałbym wyrazić prośbę o przekazanie polskim władzom naszej chęci odkupieniu nadmiaru szczepionek. Mam nadzieję, że dzięki tradycyjnej wieloletniej przyjaźni między Wietnamem a Polską polski rząd zgodzi się na odsprzedaż posiadanych nadwyżek dawek szczepionki do naszej prowincji.”
Stowarzyszenie, ambasada RP i Grupa Parlamentarna od dawna stale współpracują ze sobą. Zatem pozyskaniem nadwyżek szczepionek zajęła się parlamentarna grupa polsko- wietnamska wzmocniona wsparciem społecznym i dyplomatycznym.
Rząd pokazał skuteczność
Dzięki aktywności wszystkich członków Grupy, a zwłaszcza posłów Zbigniewa Chmielowca i Grzegorza Napieralskiego, doszło do spotkań reprezentacji Grupy z koordynatorem akcji szczepionkowej ministrem Michałem Dworczykiem, wiceminister zdrowia Anną Goławską i kierownictwem Agencji Rezerw Materiałowych.
Teraz uwaga ! Redakcja ”Trybuny” gromko chwali ministra Michała Dworczyka, minister Annę Goławską, wszystkich ludzi dobrej woli z rządu i administracji centralnej. Bo dzięki ich działaniom uzyskaliśmy zgodę administracji Unii Europejskiej na odsprzedaż szczepionek krajom trzecim, wśród nich Wietnamowi. Dzięki takiej zgodzie będziemy mogli odsprzedać Wietnamowi co najmniej milion dawek z nadwyżek szczepionek.
Na podobnej zasadzie rząd polski uzyskał w Unii Europejskiej możliwość zaszczepienia Polaków mieszkających w Ukrainie, Rosji, Mołdawii, Białorusi.
Cena odsprzedaży jest poufna. Możemy jedynie poinformować,że transakcja oparta jest na zasadzie non profi. Dzięki temu ilość przekazanych do Wietnamu może się jeszcze zwiększyć. Pan Mac Dang Minh, wspomniany już wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”, odpowiedzialny w Zarządzie za pomoc szczepionkową i jednocześnie właściciel polskich firm, zobowiązał się do charytatywnego zakupu kolejnej partii nadwyżek szczepionek z Polski. Podobne działania rozważają inni polscy przedsiębiorcy pochodzący z Wietnamu.
Odsprzedane Wietnamczykom szczepionki na pewno nie zmarnują się. Nie tylko dlatego, że są tam pilnie oczekiwane. Dzięki staraniom rządu,ambasady RP, Grupy parlamentarnej, Stowarzyszenia, podjęto już w Wietnamie przygotowania do akcji szczepień dawkami z Polski.
Administracja prowincji Hai Duong też jest gotowa już na przyjęcie polskich nadwyżek.
Działająca w Wietnamie polska firma Adamec pomoże w zorganizowaniu akcji szczepionkowej, przeszkoleniu miejscowego personelu medycznego.
Polskę i Wietnam łączą od lat tradycyjne więzi przyjaźni. Pisaliśmy o nich wiele już razy.
Teraz ta tradycyjna przyjaźń zostanie wzmocniona dodatkowo wspólną akcją szczepionkową.

„Chiński lekarz” budzi chińską siłę

9 lipca wszedł na ekrany chińskich kin w całych Chinach film „Chiński lekarz”. Film powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce podczas walki z epidemią COVID-19. Akcja filmu rozgrywa się w w szpitalu Wuhan Jinyintan i w innych szpitalach w tym mieście. Inspiracją do stworzenia postaci bohaterów filmu był personel medyczny z Wuhanu, i zespoły medyczne z innych prowincji oraz i miast w całym kraju oraz ich heroiczna walka z epidemią.

Według danych statystycznych Narodowej Komisji Zdrowia, z 1 marca 2020 r. z pomocą do prowincji Hubei przyjechały z całych Chin 344 zespoły medyczne, 38 478 cywilnych i 3844 wojskowych członków personelu medycznego. Ci bohaterowie pochodzili ze wszystkich zakątków kraju, ale mieli wspólne imię: chiński lekarz.
Według reżysera Liu Weiqianga, za scenariuszem „Chińskiego lekarza” kryje się ponad 1000 prawdziwych historii. To właśnie te żywe historie i postacie nadają filmowi najpotężniejszą siłę. Aby jak najwierniej pokazać pracę personelu medycznego, aktorzy przed rozpoczęciem zdjęć , uczyli się pod okiem profesjonalnych lekarzy intubacji, pozaustrojowego natleniania krwi ECMO, posługiwania się instrumentami medycznymi. By bardziej wczuć się w rolę, nosili odzież ochronną i maski przez siedem lub osiem godzin dziennie, a ich ciała były przesiąknięte potem. W wywiadach aktorzy mówili, że tych trudów nie można porównać z trudami prawdziwych pracowników medycznych. „Podczas grania nie mogliśmy wyglądać na wypoczętych, to nie pasowało do naszych postaci. W tej sztuce żaden komfort nie pasuje do roli. Kiedy jesteś wyczerpany, możesz zbliżyć się do stanu granych przez nas bohaterów” – powiedziała odtwórczyni głównej roli Yuan Quan.
Jeśli szpital Wuhan Jinyintan był „okiem cyklonu” epidemii, to jego dyrektor Zhang Dingyu był „latarnią”, która opierała się burzy. 57-letni „Twardziel Dean” jest pierwowzorem męskiego bohatera filmu. Aby wiernie odtworzyć tą postać, aktor Zhang Hanyu, przez kilka dni, w październiku ubiegłego roku mieszkał i pracował z Zhang Dingyu. Towarzyszył mu podczas szpitalnych obchodów, uczestniczył w spotkaniach i podczas rozwiązywaniua różnych problemów. Dokładnie wczuł się w osobowość postaci. „Jest ciężko pracującym dyrektorem, człowiekiem o wielkim sercu, a także prawdziwym twardzielem” – zauważył aktor.
Szpital Jinyintan przyjął ponad 2800 pacjentów z COVID-19, z których większość znajdowała się w stanie krytycznym. Zwłaszcza we wczesnej fazie epidemii wszelkiego rodzaju trudności, takie jak brak lekarzy, brak sprzętu i brak doświadczenia, spadały wyłącznie na barki Zhang Dingyu. Spał on tylko 2 godziny na dobę, telefony ciągle dzwoniły, ale w końcu opanował sytuację w szpitalu. Zhang Dingyu jest nie tylko niezwyciężonym dyrektorem, ale jest również pacjentem. Choruje na ALS czyli stwardnienie zanikowe boczne, cierpi z powodu skurczu nóg i stopniowej utraty czucia w całym ciele.
Pomimo choroby Zhang Dingyu zachował optymizm i spokojne usposobienie. Rzadko wspominał kolegom o swojej chorobie, bo i nie chciał być specjalnie traktowany. Miał tylko nadzieję, że wykorzysta każdą minutę i każdą sekundę swojego życia, by zapewnić pacjentom kompleksową opiekę medyczną. „Muszę działać szybciej, aby dokończyć ważne rzeczy i wyrwać więcej pacjentów ze szponów wirusa”. Te słowa stały się mottem Zhang Dingyu.
8 września 2020 r. Zhang Dingyu został odznaczony narodowym honorowym medalem tytułem „Bohatera Ludu”.
Komentując film „Chiński lekarz”, Zhong Nanshan, członek Chińskiej Akademii Inżynierii i znany ekspert ds. układu oddechowego, powiedział: „Nie ma tam nic do ukrycia. Ten film pokazał prawdziwy obrazą sytuację walki z epidemią w mieście Wuhan i przedstawił ludzi z całego kraju, pokonujących trudności. Najważniejsze w filmie jest to, że pokazuje siłę Chin!”
Film przedstawia chaos na początku epidemii. Zatłoczona izba przyjęć, nieodpowiednia odzież ochronna personelu medycznego i pacjenci miotający się po oddziale. Ujęcia akcji ratowniczych i operacji nakręcone zostały w wysokiej rozdzielczości, co wywołuje bardzo silne emocje wśród widzów. Niezależnie od tego, czy przedstawiany jest chaos podczas wybuchu epidemii, czy działania personelu medycznego, film jest prawdziwy i ekstremalny w każdym aspekcie. Jest poruszający, ponieważ odnosi się do prawdziwych wydarzeń i przeżyć.
Film w żywy sposób pokazuje siłę charakteru personelu medycznego, który z narażeniem własnego życia leczy chorych i ratuje życie pacjentów. Akcja rozgrywająca się w szpitalu pozwala widzom zobaczyć, jak w krytycznych momentach działa personel medyczny, który zachowuje spokój i podejmuje profesjonalne działania. Film opowiada, również o tym jak stawić czoła cierpieniu. Pokazuje rolę państwa i wsparcie ludzi z całego kraju w walce z epidemią.
Walka z epidemią. Zapobieganie i kontrola epidemii przypomina wojnę ludową prowadzoną przez całe społeczeństwo. Małe supermarkety wokół szpitala zapewniają bezpłatne posiłki dla personelu medycznego. Dostawcy podejmują ryzyko, aby dostarczyć dla wszystkich artykuły codziennej potrzeby. Wolontariusze codziennie służą każdej rodzinie. Wspólne działania dają wszystkim siłę i prowadzą do późniejszego zwycięstwa z epidemią.
Poczuj siłę Chin i zainspiruj się nią. Obejrzyj film „Chiński lekarz”, poznaj przeżycia chińskich lekarzy podczas walki z epidemią i korzystaj z tej siły w swoim życiu.

Globalna pandemia – i co dalej?

Straszliwa bezprecedensowa pandemia, zwana zagadkowo Covid-19, dobiegnie końca wcześniej czy później. Już teraz nadchodzi jednak pora, aby zastanowić się nad tym, co jest już za nami, co trwa obecnie i co nas (ludzkość) jeszcze czeka?

Analizuję, na wszelkie możliwe sposoby, drogę, jaką przebył człowiek od zarania swego istnienia po dziś dzień oraz efekty tego marszu w czasie i w przestrzeni „na tym łez padole”. Staram się wypracowywać realistyczne oceny i wysnuwać konstruktywne wnioski na dziś i na jutro dla rozwoju cywilizacji ludzkiej. Skoro wiemy z grubsza, co, jak, kiedy i gdzie już było źle, to zastanówmy się, choć hipotetycznie, czy mogłoby być inaczej, a może, dalibóg, lepiej niż było do tej pory? Odpowiedź na to fascynujące i pierwszoplanowe pytanie jest bardzo trudna, ale mieć ona będzie zasadnicze znaczenie dla przyszłości cywilizacji ludzkiej. Dlatego też, niniejsze opracowanie niech będzie bardzo poważnym ostrzeżeniem przed najgorszym – czyli przed totalną (już VI) zagładą gatunków, łącznie z homo sapiens i przed unicestwieniem życia na Ziemi. Za przyczyną i z winy człowieka, tak źle jeszcze nigdy nie było w całej jego ewolucji na naszej planecie.
Pandemia, jak wiele innych dziedzin „rozwoju” i współistnienia państw i narodów, stała się też obiektem sławetnej globalizacji i to w jej szczególnie ostrym i maksymalnym wymiarze. Szybko rozlała się na cały świat. Uwidoczniła ona także, iż świat nie jest przygotowany do sprostania zjawiskom tego rodzaju. Bowiem, poczynając od Adama i Ewy do dziś, nie ma na świecie stabilnego i jednorodnego systemu „rozwoju” ludzkości ani też globalnej instytucji kierowniczej czy przywódcy, który programowałby, koordynowałby i korygowałby ów „rozwój”. Każdy sobie rzepkę skrobie, czego dramatyczne konsekwencje zostały uwidocznione również w zwierciadle pandemii. Najwyższy więc czas, aby poprawić ten stan rzeczy – wprowadzić uniwersalny system dla całego świata i dla każdego kraju z osobna oraz odstąpić od anachronicznej i poronionej dyferencjacji oraz od globalizacji wszystkiego. W niedawnej przeszłości podejmowane były wprawdzie próby uniwersalizacji ewolucji i życia na Ziemi, ale poniosły one fiasko. Teraz pojawiła się chyba już ostatnia szansa, aby ujednolicić i usprawnić ów przeklęty „system” zanim doprowadzi on do Armagedonu i do Sądu Ostatecznego. Taki powinien być też główny wniosek wynikający z doświadczeń pandemicznych.
Od początku swego istnienia – z irracjonalnym uporem człowiek, szczególnie z półkuli północnej, kroczy uparcie złą (niewłaściwą) drogą, która może doprowadzić go i całą planetę do ww. niewyobrażalnej, wręcz kosmicznej katastrofy. Rozum ludzki, jakże niedoskonały w swej doskonałości, nie był i nadal nie jest w stanie rozumować przytomnie i racjonalnie (sic!) oraz wyciągać odpowiednich wniosków z popełnionych błędów, aby unikać ich teraz i w przyszłości. Co gorsza, bliższa analiza ewolucji człowieczeństwa w ciągu minionych prawie 8 mln lat wykazuje jednoznacznie, że łączna spirala ludzkich błędów i przykładów bezmyślności wznosi się coraz szerzej i coraz wyżej; przy czym suma tychże błędów jest, za każdym razem, coraz groźniejsza i coraz bardziej szkodliwa pod względem ilościowym i jakościowym. Pandemia i jej skutki są tego szokującym świadectwem. Obecnie wkraczamy na ostatni krąg owej spirali, od którego nie będzie już odwrotu. Nawet imponujący postęp naukowo-techniczny, najnowsze technologie i sztuczna inteligencja, zapewne znacznie sprawniejsza od naturalnej inteligencji ludzkiej, nie będzie w stanie zawrócić nas z drogi śmierci oraz powstrzymać VI (i ostatniej?) zagłady gatunków. Wręcz przeciwnie, jak na ironię, sztuczna inteligencja może ją stymulować i doprowadzić do tragicznego końca. Memento mori!
Oczywiście, w grupie przyczyn naturalnych pierwszeństwo należy do V zagłady gatunków, czyli do wyginięcia dinozaurów (i innych istot żywych). Stąd bierze się ów sławetny „syndrom dinozaurów”, który zagraża nam również współcześnie, choć samych dinozaurów już dawno nie ma. Drugie miejsce – to biblijny (mityczny?) potop opisany w Starym Testamencie. Nie ma jasności naukowej, co do przyczyny, czasu i miejsca tego wydarzenia. Jedni uczeni (np. austriaccy) plasują je w 9545 r. p.n.e., z powodu uderzenia asteroidy i wywołania tsunami; zaś inni – w listopadzie i grudniu 2370 r. p.n.e., kiedy ulewne deszcze padały bez przerwy przez 40 dni. Wytrwałe badania są prowadzone nadal wokół góry Ararat (w Armenii), na której, rzekomo, wylądowała arka Noego.
Jako przekonany humanista, uniwersalista i globalista odrzucam wszelakie egoizmy i partykularyzmy, także atlantyzm oraz polono – i eurocentryzm. Nie uważam regionu Północnego Atlantyku, Polski i Europy za pępek świata i za najważniejszą siłę motoryczną jego rozwoju. Znacznie wcześniej siłą tą były Chiny oraz inne stare cywilizacje azjatyckie, środkowo – i bliskowschodnie. Owszem, cała ludzkość „zawdzięcza” Europejczykom i Amerykanom wiele znakomitych odkryć, dokonań, utworów i wynalazków, ale też masę zła, zbrodni i nieszczęść (podboje, wojny, kolonizacja, niewolnictwo, rasizm, kryzysy, faszyzm, sowietyzm, dyskryminacja i in.). Prawdą jest także, iż przez wiele stuleci, atlantyzm nadawał nieudolnie ton rozwojowi cywilizacji globalnej, co doprowadziło jednak, w konsekwencji, do obecnego totalnego bałaganu, do głębokiej zapaści kryzysowej (pandemiczno-ekonomicznej), do poważnej niepewności na świecie oraz do wielkiego ryzyka związanego z jego przyszłością.
Niestety, Atlantydzi nie zdołali wypracować i wdrożyć optymalnego modelu rozwoju nie tylko własnych, ale i pozostałych kontynentów oraz odpowiedniego ładu (systemu) światowego. Przez pryzmat pandemii opłakane skutki tych niedociągnięć są dziś widoczne gołym okiem. Można tylko fantazjować, jak obecnie wyglądałby świat, gdyby Atlantydzi, szczególnie Amerykanie i Europejczycy, wskazali i obrali lepszą drogę oraz efektywniejszą metodologię jego rozwoju (np. autentyczną demokrację zamiast dyktatury, tyranii i anarchii grup interesów, społeczną gospodarkę rynkową zamiast neoliberalizmu, zieloną energię zamiast paliw węglowodorowych, komunikację zbiorową zamiast samochodowej itp.)? Zabrakło im jednak długoterminowej globalnej wizji strategicznej, innowacyjnej praktyki oraz wyzwolenia się ze zgubnych egoizmów partykularnych, regionalnych i narodowych (np.: amerykanizacja, germanizacja i in.).
Współczesna coraz szybsza zagłada gatunków [1] i destrukcja klimatyczna (np. ocieplenie atmosfery i wód oceanicznych) jest już wynikiem poczynań rzekomo rozumnego człowieka, szczególnie w XIX, w XX i w XXI wieku. Takoż dochodzimy do określenia pierwszego i chyba największego paradoksu makro w dziejach ludzkości (wymagającego wyeliminowania post pandemium), czyli do opacznego (niewłaściwego) korzystania z rozumu, unikalnego tworu i efektu ewolucji, czy daru Boga, jak wolą niektórzy. Przewrotnym aspektem tej drugiej ewentualności jest twierdzenie dogmatyków, fanatyków i fundamentalistów, że Bóg dał człowiekowi rozum po to, aby odpowiednio z niego korzystał; ale, o dziwo, człek nie chce, czy też nie umie sprawnie i właściwie korzystać z tegoż daru. Łączny odwieczny wolumen głupoty ludzkiej zdecydowanie dominuje nad wolumenem mądrości. Pandemia potwierdza tę smutną prawdę niezwykle jaskrawo.
Przeto, Bóg nie ponosi odpowiedzialności za dobre ani za złe efekty myślenia i działania człowieka oraz, nade wszystko, za niesamowite dramaty i nieszczęścia, które homo sapiens (człowiek niby rozumny?) sam sobie i swym żywym ziemskim towarzyszom sprokurować raczył. W świetle tego, rozum dotychczasowego człowieka miał stać się siłą motoryczną jego mądrości, dobrobytu i szczęścia, ale, syntetycznie rzecz ujmując, był i jest nadal symbolem jego głupoty, nędzy i nieszczęścia. W każdym razie, w całym rozwoju homo sapiens, negatywy znacznie przeważają nad pozytywami, zło nad dobrem i czarne nad białym. Ich wypadkowa jest jednoznacznie negatywna. Jak długo jeszcze tak można? Chyba już niezbyt długo! Dziś wiadomo z pewnością, iż tak dalej być nie może. W analizach globalnej pandemii i jej dotychczasowych (dalece nie wszystkich) konsekwencji dominują raczej oceny skrajne w obydwu kluczowych sferach: społeczno – ekonomicznej i strategiczno – militarnej, o której mówi się relatywnie mało, albo wcale. Dlatego też poniżej przedstawiam najważniejsze aspekty analizy obydwu tych grup zagadnień.
Kumulacja zagrożeń :
stanowi ona zjawisko niespotykane nigdy w takiej skali w całej historii naszej cywilizacji. Każda z osobna spośród licznych części składowych kumulacji stanowi wielkie zagrożenie dla rozwoju oraz dla istnienia ludzkości i życia na Ziemi; ale najbardziej niebezpieczna jest ich suma stanowiąca już ogromną „masę wybuchową”. Określana jest ona także mianem tykającej zegarowej „bomby cywilizacyjnej”. Obecnie ludzkość zbliża się do krytycznej granicy oddzielającej ją od wybuchu tej materii. Przekroczenie owej granicy może spowodować eksplozję o niesamowitych konsekwencjach, choć dość łatwych do przewidzenia nawet dla laików. Zasadne jest więc mówienie o tym jako o kolejnym wielkim paradoksie cywilizacyjnym (kumulacyjnym), wymagającym niezwłocznego usunięcia po pandemii.
Głównymi częściami składowymi kumulacji są istniejące (namacalne) patologie i zagrożenia polityczne, ekonomiczne, społeczne, ekologiczne, militarne i wiele innych. Ich głębsza analiza wymagałaby dłuższych rozważań, ale – dla celów niniejszego opracowania – przedstawię jedynie i w bardzo syntetycznym ujęciu kluczowe zagrożenia gospodarcze, społeczne i ekologiczne. Bowiem te trzy grupy zagadnień składają się na koncepcję tzw. „zrównoważonego rozwoju” („sustainable development”) ludzkości i świata, który to rozwój – póki co – pozostaje jedynie w sferze marzeń i chyba już nigdy nie zostanie w pełni urzeczywistniony. Bowiem dotychczasowe szkody, straty, opóźnienia i zaniedbania w tych trzech sferach są tak wielkie, iż człowiek nie zdoła ich zniwelować, zneutralizować i odrobić (jeszcze przed „końcem świata”). Analizę komponentów niedoszłego „zrównoważonego rozwoju”, jako irracjonalnej fata morgany, uzupełnię poprzez niezbędną prezentację jego aspektów militarnych, groźnych per se (same przez się).
Perturbacje ekonomiczne: wywołany przez skrajnych neoliberałów amerykańskich II globalny kryzys ekonomiczno-finansowy (od 2007 r. do 2019 r.) i III kryzys (od 2019 r. do…?) spowodowały już ogromne straty i spustoszenie w całym gospodarstwie światowym, w poszczególnych grupach krajów i w zdecydowanej większości państw świata – w każdym z osobna. Oto podstawowe dane makro ilustrujące skutki kryzysu i stan rzeczy w omawianej dziedzinie w roku 2020/2021: – prognozowana (np. przez MFW) stopa wzrostu ŚPB (Światowego Produktu Brutto) = ok. 6 proc. (to wartość raczej propagandowa, która spadnie do ok. 4 proc. już w 2022 r.). Generalnie – fachowcy zachodni, np. z Institute for International Finance, przewidują „rozczarowujące dziesięciolecie 2020 – 2029, w sferze stopy wzrostu ŚPB” (tzw. decade of growth disappointments) o wielkości tylko 1,8 proc. ; – spodziewana wartość ŚPB w 2021 r. = 91.03 bln USD; – zadłużenie globalne (tylko dług państwowy, publiczny w 2020 r.) = 281 bln USD, czyli ponad trzykrotnie (!) więcej niż wynosi wartość ŚPB. Do tego trzeba by dodać łączną globalną sumę długów: przedsiębiorców, konsumentów, długu zagranicznego i tzw. długów ukrytych, które, z reguły, są 3-4-krotnie wyższe od długu publicznego. I wówczas, łączne zadłużenie gospodarstwa światowego urośnie do monstrualnych i niespłacalnych rozmiarów. Krótko mówiąc, światowe post covidove ożywienie gospodarcze w racjonalnych rozmiarach (5 proc. – 6 proc. ) i likwidacja (umorzenie?) olbrzymiego zadłużenia globalnego stanowią priorytetowe warunki sine qua non powrotu cywilizacji do względnej normalności.
Prognozowane stopy wzrostu wartości obrotów handlu światowego = 8 proc. (w 2021 r., 5,3 proc. w 2020 r. i tylko 4 proc. w 2022 r.) ; – spadek wartości globalnych bezpośrednich inwestycji zagranicznych o 42 proc. w 2020 r. do sumy 859 mld USD w porównaniu do 1,5 bln USD w roku 2019; – zwiększenie się liczby bezrobotnych na świecie do prawie 200 mln osób (co stanowi ok. 5,8 proc. ogółu ludzi zdolnych do pracy). Nota bene: liczbę tę należy pomnożyć przez (min.) 4 osoby wchodzące (średnio) w skład rodziny bezrobotnego. Wynik: prawie 1 mld osób cierpi wskutek plagi bezrobocia w świecie; – globalna stopa inflacji = 3,18 proc. w roku 2020 i 3,39 proc. – w roku 2021; – spadek dochodów z turystyki globalnej w 2020 r. = – 63 proc. ; – zwiększenie przepaści między „biegunem bogactwa” a „biegunem nędzy”, co ilustrują wymownie ogromne różnice między wielkościami PKB per capita: 1 miejsce – Luksemburg (105.829 USD, w kategoriach nominalnych i 101.936 USD, w kategoriach PPP – czyli parytetu siły nabywczej); to ponad 10 razy więcej od średniej światowej wynoszącej 10.313 USD (nom.) i 16.329 USD (PPP). Ostatnie 189-te miejsce na „biegunie nędzy” zajmuje Sudan Południowy: 210 USD (nom.) i 1.671 USD (PPP) [2].
Problemy społeczne: szczególnie groźny dla samozwańczych „panów świata” jest żywiołowy i niekontrolowany przyrost ludności i nasilające się przeludnienie na Ziemi. Tyka coraz szybciej zegarowa „bomba demograficzna”. Wielki kapitał, masoneria, kompleks wojskowo-przemysłowy i inni pretendenci do rządzenia i do dominowania w świecie nie są w stanie opanować sytuacji; ale sądzą, że ich interesy i zyski są bezprecedensowo zagrożone. Trzeba, ich zdaniem, radykalnie (nawet o połowę) zmniejszyć liczbę obywateli Ziemi, którzy…”szkodzą środowisku naturalnemu”(?!). Pierwszy miliard ludności świata zanotowano w roku 1804. Potem odstępy czasowe pomiędzy kolejnymi miliardami systematycznie się zmniejszały. I tak, w roku 1927 były już 2 mld ludzi; w roku 1960 – 3 mld, w roku 1974 – 4 mld, w roku 1987 – 5 mld, w roku 1999 – 6 mld i w roku 2011 – 7 mld. Corocznie przybywa (netto) 83 mln Ziemian. Obecnie jest nas 7,6 mld. Prognozy na przyszłość są następujące: w roku 2050 – 9,7 mld i w roku 2100 – 11,2 mld [3].
Oczekiwana (przy urodzeniu) średnia długość życia Ziemianina wynosi 71 lat (kobiety – 73,6 lat, mężczyźni – 68,6 lat). Najdłużej żyją Japończycy (83,7 lat) i Szwajcarzy (83,4 lata), a najkrócej – obywatele Angoli (52,4 lat) oraz Sierra Leone (50,1 lat). Dość wysoka średnia światowa wynika, głównie, z jeszcze wyższych średnich długości życia w krajach o dużej liczbie ludności, np.: Chiny (76,5 lat), Japonia (83,7 lat), USA (79,3 lat), UE (79,0 lat). Szczerze powiedziawszy, ów niekontrolowany i żywiołowy przyrost ludności świata, a także zwiększanie długości życia (mimo wszystko), z jednoczesnym zmniejszaniem się zasobów naturalnych, gruntów uprawnych, wody pitnej i z pogarszaniem się warunków życia i pracy oraz z ww. kumulacją zagrożeń stanowi jedną z kluczowych przyczyn nadciągającej VI zagłady gatunków. Pytanie: czy pandemia miała zmniejszyć liczbę ludności świata do 2 mld, do czego zmierza tzw. „brygada miliarderów w ramach kontroli ludności” („billionaire brigade of population controllers”), m.in.: Bill Gates, George Soros, Warren Buffett, Ted Turner i in? Przy pomocy pandemii nie da się raczej osiągnąć wymarzonego celu (ww. 2 mld), bowiem wg stanu na 24.05.2021 r. liczba zachorowań na Covid-19 w świecie wynosiła 167.533.334, a liczba zgonów – 3.478.523. Internauci dosłownie szaleją z powodu „miliarderów”, zarzucając im czipowanie ludzi w procesie testów i szczepień, rozsiewając rozmaite teorie spiskowe (a przecież „w każdej bajce jest źdźbło prawdy”?), zarzucając eugenikę, sterylizację i inne formy kontroli ludności oraz zmniejszania jej liczebności.
W tej ogromnej i stale zwiększającej się gromadzie ludzkiej: – poniżej poziomu ubóstwa, tzn. za 2,5 USD dziennie na utrzymanie (nie mylić z minimum socjalnym) żyje ponad 3 mld obywateli, czyli prawie 50 proc. ludzkości; zaś w skrajnej nędzy (1,25 USD per capita na utrzymanie dziennie) – ponad 1,3 mld obywateli [4]; – liczba głodujących wynosi ponad 805 mln osób, w tym 161 mln dzieci (czyli około 11 proc. ogółu ludzkości). Średnio, 22.000 dzieci umiera codziennie z powodu głodu i nędzy; – ponad 750 mln obywateli nie ma dostępu do czystej wody (pitnej). Nasilają się spory i wojny o wodę. Z powodu chorób związanych z niedostatkiem czystej wody (biegunka, zatrucia pokarmowe, choroby brudnych rąk i in.) umiera corocznie ponad 842.000 ludzi (czyli ok. 2.300 dziennie); – liczba analfabetów stanowi 17 proc. ogółu ludzkości, czyli 781 mln osób, z czego 63 proc. – to kobiety; – jest 200 mln bezdomnych + 1,6 mld ludzi nie ma odpowiednich warunków mieszkaniowych; – liczba uchodźców szacowana jest na 21,3 mln, przesiedleńców – na 107 mln i bezpaństwowców – na 10 mln osób;
– liczba chorych psychicznie wynosi już ponad 1,8 mld ludzi (czyli ponad 25 proc. ludzkości). Np., na depresję cierpi ponad 300 mln, a na schizofrenię ponad 35 mln chorych; – nic przeto dziwnego, że notujemy corocznie ponad 800.000 („udanych”) samobójstw, przy czym liczba „nieudanych” prób samobójczych jest 20-krotnie większa (!); – inne choroby i epidemie: 13 „największych morderców” („top killers”) powoduje corocznie około 55 proc. wszystkich zgonów na świecie. Oto one: – choroby wieńcowe (7,5 mln zgonów); – udar mózgu (6,7 mln); – gorączka denge (3,2 mln); – chroniczne zapalenie płuc (3,15 mln); – zapalenie płuc, gruźlica, grypa itp. (3,1 mln); – cukrzyca (1,8 mln); – rak płuc i dróg oddechowych (1,6 mln); – AIDS/HIV (1,5 mln); – biegunka (1,5 mln); – wypadki komunikacyjne (transportowe) (1,3 mln); – nadciśnienie i choroby serca z tym związane (1,1 mln); – malaria (250 mln nowych przypadków, 430.000 zgonów); – ebola (tylko w: Gwinei, Liberii i Sierra Leone – 28.616 przypadków zachorowań, 11.310 zgonów i 10.000 wyleczonych). Liczba zgonów systematycznie wzrasta głównie z uwagi na to, że w krajach biednych i najbiedniejszych brak jest odpowiedniej opieki lekarskiej a pacjentów nie stać na pokrycie kosztów leczenia. Dodatkowo – pandemia zdewastowała i zdezorganizowała normalną służbę zdrowia, którą trzeba szybko odbudować. Tak oto wyglądają główne parametry makro sytuacji społecznej w świecie, która ulega znacznemu pogorszeniu w wyniku pandemii. Kto, kiedy i jak doprowadzi do polepszenia tej sytuacji? Nie wiem!
Katastrofa ekologiczna: następny wielki problem i post pandemiczne pole do popisu rozwojowego to fakt, iż szybkiemu wzrostowi ludności świata towarzyszy dramatyczne pogarszanie ekologicznych warunków jej egzystencji i bytowania. Poczynając od I rewolucji przemysłowej, następuje przyśpieszona degradacja i zatruwanie środowiska naturalnego na Ziemi, szczególnie powietrza, wody i gleby. W okresie od połowy lat 70-tych XX wieku do dziś, człowiek spowodował ponad 20 groźnych katastrof ekologicznych, jak np.: awarie w elektrowniach nuklearnych (Czarnobyl, Hanford (USA) i Fukushima), emisje gazów trujących (Bhopal, Indie i in.) oraz liczne wycieki ropy naftowej z tankowców (Amoco Cadiz i in.) oraz z platform wiertniczych. Łączne traktowanie przyspieszonej degradacji trzech środowisk (powietrza, wody i gleby) daje wyobrażenie o niebywałej skali niebezpieczeństwa. Procesy te doszły obecnie do takiego pułapu, że stanowią bezprecedensowe zagrożenie fizyczne, chemiczne i biologiczne dla wszelkich istot żywych (fauny i flory) na Ziemi. Decydenci i co bardziej światli obywatele mają świadomość tego zagrożenia, ale podejmują nieefektywne poczynania (głównie gadulstwem), aby mu zapobiec. Tymczasem, zagrożenie nie zna granic i ma charakter globalny (tzw. globalizacja katastrofy ekologicznej). Wymaga więc skutecznych globalnych rozwiązań, których brak. Podpisywane są wprawdzie ważne porozumienia międzynarodowe (np. Protokół z Kyoto, Układ z Paryża i in.), ale zawodzi ich realizacja, współpraca i koordynacja poczynań praktycznych.
Na World Economic Forum w Davos (w 2017 r.) przedstawiono raport o sytuacji ekologicznej świata zawierający, m.in., wymowne wskaźniki dot. ochrony środowiska, tzw. Environmental Performance Index. Sytuacja w pierwszej 30-tce krajów najbardziej dbających o środowisko jest następująca: na 100 możliwych punktów: 1 miejsce zajmuje Finlandia (90,88), 2. Islandia (90,51), 3. Szwecja (90,43), 4. Dania (89,21), 5. Słowenia (88,98)….., 26. USA (84,72), 27. Czechy (84,67), 28. Węgry (84,60), 29. Włochy (84,48) i 30. Niemcy (84,26). Natomiast sytuacja w pozostałych prawie 200 krajach świata jest coraz bardziej krytyczna w sferze ekologicznej. Obok tradycyjnych zagrożeń ekologicznych, coraz groźniejsze są również ich nowe kategorie, szczególnie nadmierny hałas (tzw. noise pollution) oraz niewłaściwe oświetlenie (light pollution) – szkodliwe dla człowieka i dla innych organizmów żywych.
Krótko o skażeniu powietrza atmosferycznego. Jeszcze tak trochę, a nie będziemy mieli czym oddychać! Już dziś aż 92 proc. ludzi na świecie oddycha zanieczyszczonym powietrzem. Smog jest niezwykle poważnym problemem w zdecydowanej większości krajów. Skażenie powietrza powoduje na świecie około 9 mln zgonów rocznie, głównie z powodu chorób dróg oddechowych oraz straty finansowe szacowane na ponad 6 bln USD (zmniejszenie wydajności pracy, absencja pracownicza, koszty leczenia i in.). Współczesna cywilizacja emituje rocznie do atmosfery ponad 45 mld ton 6 gazów cieplarnianych (przemysłowych i naturalnych, np., metan). Z masy tej, na Chiny przypada (szacunkowo) 11 mld ton, USA – 7 mld, UE – 5 mld, Indie – 2,5 mld, Rosja – 2,5 mld, Japonia – 1,5 mld i Niemcy – 1 mld ton. Najgorzej prezentuje się sytuacja w zakresie emisji dwutlenku węgla (CO2). Wielkość emisji globalnej = około 37 mld ton rocznie. W tym: Chiny – 8,6 mld, USA – 5,5 mld, UE – 3,5 mld, Indie – 2,5 mld, Rosja – 1,8 mld i Japonia – 1,3 mld ton. Ponadto, obecnie jest w ruchu ponad 500 mln pojazdów samochodowych na świecie, a ich liczba wzrośnie do 1 mld sztuk około roku 2030, a także 39.000 samolotów cywilnych i wojskowych emitujących spaliny stanowiące około 5 proc. ogółu gazów przemysłowych (cieplarnianych) wydalanych do atmosfery.
Zwiększa się zanieczyszczanie, zakwaszanie i ocieplanie wód morskich, oceanicznych, śródlądowych i gruntowych stanowiących ponad 75 proc. powierzchni Ziemi („bez wody nie ma życia”). Przykłady: wskutek ocieplenia wody oceanicznej i braku alg, już ponad 2/3 wielkiej rafy koralowej o długości 1.500 km (na wschodnich obrzeżach Australii) uległo zniszczeniu. Czysta woda (pitna) stanowi zaledwie 2,5 proc. ogólnej masy wody. Np., ponad 320 mln Chińczyków i 60 mln Pakistańczyków nie ma dostępu do czystej wody. Obecnie ponad 1 mld ludzi pije wodę niezdatną do spożycia. Liczba ta wzrośnie do 3,5 mld osób, w terminie do roku 2025. Z powodu spożywania zanieczyszczonej wody, corocznie, umiera na świecie 250 mln ludzi (cholera, tyfus i in.). Nie należy wykluczać napięć, starć, a nawet wojen o wodę, jak to się już dzieje, np., między Etiopią, Sudanem i Egiptem wokół wykorzystania wód Nilu.
Wody morskie i oceaniczne ocieplają się (absorbują ciepło wskutek global warming) 20 razy więcej niż powierzchnia lądów, a następnie podgrzewają powietrze atmosferyczne (zabójcze sprzężenie zwrotne). Obecnie, średnia temperatura wód morskich i oceanicznych wynosi 17st.C (minimum: morza polarne: – minus 2 st.C, a maksimum: Zatoka Perska – plus 36 st.C). Zjawiska te powodują poważne perturbacje i zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych, pogarszając klimat i wywołując ekstremalne zjawiska pogodowe (szczególnie gwałtowne tajfuny). Ponadto, ocieplanie atmosfery i wód wpływa na topnienie lodów (szczególnie tzw. czap biegunowych), co przyczynia się do podnoszenia poziomu wód oceanicznych i morskich. W minionym stuleciu poziom ten wzrastał o 2 mm średniorocznie. Zwiększa się także skala zatrucia wód śródlądowych, szczególnie rzek i jezior. Najgorzej wygląda ta sytuacja w Azji. Najbardziej zapaskudzony jest Ganges, święta rzeka Hindusów, do której odprowadza się 80 proc. odpadów komunalnych w Indiach. Również w USA, ponad 40 proc. rzek i jezior jest już tak zanieczyszczonych, że nie można nawet kąpać się w nich. Nota bene: Stany wytwarzają 30 proc. ogólnej masy odpadów światowych i zużywają 25 proc. zasobów naturalnych wydobywanych na Ziemi.
Degradacja gleby: grunty uprawne stanowią zaledwie 11 proc. ogólnej powierzchni lądów na świecie. Skala zanieczyszczenia i degradacji tych gruntów systematycznie się zwiększa, osiągając już ponad 20 proc. ich powierzchni. Do tego dochodzi intensyfikacja procesu pustynnienia (dezertyfikacji), któremu ulega corocznie ponad 14 mln ha oraz wycinania lasów (deforestacja). Lasy zajmują jeszcze 31 proc. powierzchni lądów, ale corocznie wycina się ich ponad 93.000 km kw. Skutkiem deforestacji jest emisja 15 proc. ogólnej masy gazów cieplarnianych do atmosfery. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna – bowiem liczba ludności świata i zapotrzebowanie na żywność zwiększa się, a obszary gruntów uprawnych ulegają zmniejszeniu.
W ciągu następnego półwiecza, liczba ludności świata zwiększy się o prawie 3 mld osób. Żeby wyżywić ponad 10 mld ludzi, trzeba by zwiększyć produkcję żywności o 40 proc. w stosunku do obecnej wielkości. Tymczasem, ze statystyk FAO wynika, że 10 mln ha gruntów uprawnych ulega corocznie zanieczyszczeniu, erozji, odwodnieniu, zakwaszeniu i zasoleniu, a 20 mln ha staje się nieużytkami nie nadającymi się do uprawy. Widmo głodu na niespotykaną skalę staje się ewidentne. W wielu krajach sytuacja wygląda już bardzo źle; np. w Chinach zanieczyszczonych jest ponad 100.000 km kw. gruntów uprawnych (głównie poprzez chemizację i podlewanie brudną wodą) oraz 23.500 km kw. – odpadami stałymi. W Wielkiej Brytanii, na pola wysypuje się, średniorocznie, ponad 30 mln ton śmieci i odpadów. Nowym zjawiskiem globalnym jest wyrzucanie na pola i do lasów zużytych przedmiotów elektrycznych i elektronicznych, ok. 3 mln ton rocznie (tzw. e-waste).
Aspekty militarne: jeśli nasza „cywilizacja” nie odstąpi od dotychczasowej metodologii przemocy i prawa pięści oraz nie wkroczy na drogę humanizmu, pokoju, bezpieczeństwa i współpracy, to rzeczywiście zginie marnie! Bowiem dzisiejsze najnowocześniejsze środki prowadzenia wojen oraz, głównie, jakościowy wyścig zbrojeń (o czym poniżej) gwarantują, bez wątpienia, bardzo skuteczne i szybkie „rozwiązanie finalne”, czyli koniec świata. Broń bakteriologiczna, a za taką uważa się również Covid-19, ebolę, węglik i inne wirusy, zwana jest także „bombą atomową dla ubogich”. Nie ustalono jeszcze dokładnie, skąd, gdzie i jak pandemia została zapoczątkowana. Pod niebiosa rozdmuchano propagandowo casus Wuhan, który nie znalazł potwierdzenia w dochodzeniach ŚOZ. A tymczasem aktywne „prace nad broniami B” trwają od dawna w kilku ośrodkach badawczych oraz w licznych laboratoriach w USA, głównie w Fort Detrick, k. Waszyngtonu, w stanie Maryland (600 budynków na obszarze 50 km kw.). Majstrują tam nie tylko nad broniami „B” sensu stricto, ale również nad środkami kontrolowania umysłów ludzkich. I tu „kółko pandemiczne” się zamyka.
Pracując w Ambasadzie RP w ChRL, niejako na własnej skórze przeżyłem epidemię SARS-1 w Pekinie. Dobrze wiem, czym to pachnie. Wiem również, że pierwsze ognisko owego wirusa pojawiło się najpierw w Hongkongu, w listopadzie 2002 r. (osiedle Amoy Gardens, Jordan Valley, dzielnica Kowloon, 19 wieżowców po 30 – 40 pięter, 4.896 apartamentów, 10.721 mieszkańców). Pytanie: skąd i jak ów wirus tam się pojawił? Wiadomo natomiast, że do dnia 01.07.1997 r. HK był posiadłością brytyjską oddaną bezboleśnie Chinom. Ale zwolennicy UK (United Kingdom) starali się rozrabiać w HK jeszcze do niedawna. Z Hongkongu SARS-1 dotarł do wielkich miast chińskich samolotami, pociągami, statkami itp. Łatwo wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby taka groźna epidemia rozlała się na całego w wielkiej masie społeczeństwa chińskiego (prawie 1,5 mld obywateli)? Na szczęście tak się nie stało, dzięki bardzo zdecydowanej reakcji władz i wzorowemu zdyscyplinowaniu społeczeństwa. W ChRL zanotowano jedynie (i aż!) 2521 przypadków zakażenia i 191 zgonów, a na świecie – 8459 przypadków i 805 zgonów. Dnia 05.07.2003 r. WHO proklamowała zakończenie epidemii SARS-1 w Chinach i na całym świecie (źródło: czasopismo „The Lancet”, vol. 361, z dnia 28.06.2003 r.).
Tak więc, kolejną anomalią ludzką i wielkim zadaniem makro po pandemii jest totalna demilitaryzacja świata, likwidacja sił zbrojnych i ofensywnych doktryn militarnych oraz odstąpienie od Hard Power na rzecz Soft Power. Słowem, degeneracja i zezwierzęcenie tzw. rodzaju ludzkiego dokonuje się nieprzerwanie od niepamiętnych czasów i znów nabiera obecnie bezprecedensowych rozmiarów i tempa. Setki milionów często niewinnych ludzi zapłaciły najwyższą i okrutną cenę za dotychczasowy irracjonalny rozwój tej „cywilizacji” oraz za jej metody siłowe. W okresie od roku 0 do chwili obecnej prowadzono 136 dużych wojen (oraz dziesiątki pomniejszych) w skali całego świata. Obecnie, różnorodne konflikty zbrojne i działania bojowe mają miejsce w 50 miejscach na kuli ziemskiej.
Obliczono przybliżoną ilość ofiar ludzkich w wyniku wszystkich wojen prowadzonych od zarania „cywilizacji” na świecie i odnotowanych w dokumentach historycznych. Liczba ta szacowana jest w granicach od 315 mln do 755 mln ofiar, w związku z czym, średnia ważona wynosi około 490 mln ofiar! Również koszty prowadzenia wszystkich wojen są monstrualne i nieobliczalne. Dysponujemy jedynie dość dokładnymi danymi dotyczącymi kosztów prowadzenia obydwu wojen światowych: I-ej – 187 mld (ówczesnych) dolarów amerykańskich, co w przeliczeniu na dzisiejsze USD daje sumę dziesięciokrotnie większą. Zaś łączne koszty prowadzenia II wojny światowej wyniosły ponad 11,5 bln USD (dzisiejszych). Jeśli chodzi o trwające obecnie wojny i konflikty zbrojne, to ich łączne koszty wyniosły już ponad 14 bln USD w roku 2014, czyli 13 proc. ówczesnego światowego PKB! Z kolei, np., wydatki USA na prowadzenie wojen w Afganistanie, Pakistanie, Iraku i Syrii wyniosły, jak do tej pory, ponad 5 bln USD [5].
Wyścig zbrojeń : „si vis pacem, para bellum” czyli: „jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”. To odwieczne absurdalne zawołanie stanowi kolejny wielki problem makro we współczesnej ewolucji ludzkości i świata. Obecnie trwa kolejna nowa jakościowo faza wyścigu zbrojeń w obydwu głównych dziedzinach: klasycznej i modernistycznej. Najnowsze dane statystyczne w tej materii są następujące [6]: światowe nakłady na siły zbrojne wyniosły, w roku 2020, 1,99 bln USD (czyli 2,4 proc. światowego PŚB; wzrost o 2,6 proc. w stosunku do roku 2019). Na jednego mieszkańca Ziemi przypada więc ok. 250 USD rocznie na zbrojenia. Wydatki USA – 778 mld USD (wzrost o 4,4 proc. w stosunku do roku 2019 i 39 proc. całości nakładów światowych); Chiny – 252 mld USD (wzrost o 1,9 proc. ); Rosja – 66,7 mld USD (wzrost o 2,5 proc. ); Niemcy – 52,8 mld USD (wzrost o 5,2 proc. ); Polska – 11,9 mld USD w 2019 r. (2,02 proc. PKB). W ostatnim czasie nastąpił jednak poważny wzrost (o 13 proc. ) polskich wydatków na zbrojenia związanych z programem modernizacji sił zbrojnych w latach 2013 r. – 2022 r. [7].
Niezależnie od najnowocześniejszych broni, utrzymywane są potężne arsenały „starych” broni masowej zagłady: bakteriologicznej, chemicznej i nuklearnej. 9 państw [8] posiada łącznie 15.850 ładunków (głowic, pocisków itp.) tego rodzaju, z czego 4.300 w siłach operacyjnych (amerykańskich – 2.080 i rosyjskich – 1.780 sztuk). 1.800 ładunków utrzymywanych jest w stanie podwyższonej gotowości bojowej. Łączna siła niszczycielska ewentualnego wybuchu tej ogromnej masy nuklearnej wystarczyłaby na kilkakrotne rozbicie kuli ziemskiej w proch i w pył kosmiczny. Ponadto, kilkanaście państw (np.: Japonia, Australia, Iran, Kazachstan, Ukraina, Arabia Saudyjska, Afryka Południowa, Nigeria, Brazylia, Kanada, Niemcy i… Polska) posiada technologie, zdolności i potencjał umożliwiający wyprodukowanie broni nuklearnej. Stale wzrasta też ryzyko zastosowania broni masowej zagłady przez terrorystów. Doskonalone są także jakościowo i zwiększane ilościowo systemy rakiet różnego zasięgu zdolnych do przenoszenia głowic z ładunkami masowej zagłady oraz antyrakiet, a także zbrojenia kosmiczne.
Następuje wzrost liczby samobójstw w świecie (ponad 800.000 przypadków rocznie); nasila się fundamentalistyczny i fanatyczny terroryzm oraz jego uniwersalizacja (globalizacja) [9]. Brak dokładnych danych ws. ofiar ludzkich i strat materialnych za cały okres jego istnienia. Są one jednak ogromne. Obecnie (w ciągu ostatnich 20 lat) obserwujemy bezprecedensowe nasilenie tych zjawisk, co jest wynikiem i wyrazem ogólnego pogarszania się analizowanej sytuacji w świecie oraz wojen religijnych, biedy i szerzenia się patologii cywilizacyjnych; liczba zmuszonych do opuszczenia swych domostw szacowana jest w świecie na 65,3 mln wypędzonych;
Rozważania końcowe:
impotencja systemowa jest chyba najpoważniejszym paradoksem cywilizacyjnym makro. Pandemia go potwierdza. Polega on na tym, iż ludzkości nie udało się nigdy wypracować i wdrożyć funkcjonalnego (optymalnego) systemu (ustroju) polityczno – ideologicznego i społeczno – gospodarczego oraz ładu międzynarodowego, które byłyby odpowiednie i niezbędne dla pomyślnego rozwiązywania nieprzerwanie narastających problemów cywilizacyjnych w skali poszczególnych krajów i całego świata. Bez dobrego systemu świat nie mógłby rozwijać się pomyślnie. Zamiast jednego porządnego i stabilnego ustroju, mieliśmy ich całą mnogość, ale żaden z systemów znanych w historii, od pradawnej wspólnoty pierwotnej do obecnej luki systemowej, nie zdołał rozwiązywać skutecznie nabrzmiewających problemów rozwojowych i przekazywał zaległości i nieprawidłowości swemu następcy: feudalizm – kapitalizmowi, kapitalizm – faszyzmowi, sowietyzmowi, neoliberalizmowi, rządom autorytarnym i in. Wszystkie te „systemy” waliły się jak domki z kart, pozostawiając za sobą wojny, pobojowiska, gruzowiska, zgliszcza i kryzysy oraz ogrom cierpienia i nieszczęścia ludzkiego. Właśnie wynikiem permanentnej i irracjonalnej impotencji systemowej są jej najważniejsze negatywne skutki cywilizacyjne, zarówno fragmentaryczne, jak i sumaryczne, które przedstawiłem powyżej.
Niedowład systemowy (krajowy i globalny) jest, głównie, wynikiem egoizmu i egocentryzmu ludzkiego oraz dążenia do panowania jednych nad drugimi oraz bogacenia się jednych kosztem drugich. Niedowład ów nie wyglądał jeszcze nader szkodliwie w czasach, kiedy problemy cywilizacyjne i rozwojowe nie były tak nabrzmiałe i wręcz wybuchowe, jak obecnie i kiedy społeczność ziemska nie była tak liczna i tak świadoma, jak w naszych czasach. Kiedyś władcy, prorocy i kaznodzieje bazowali na głupocie i na niewiedzy ludzkiej, ale obecnie nie jest to już możliwe. W XX i w XXI wieku miarka wytrzymałości systemowej (i ludzkiej) przebrała się na dobre. Trzy kolejne „systemy”, które pretendowały do panowania nad światem: amerykanizm, faszyzm, sowietyzm i neoliberalizm wylądowały w niesławie na „śmietniku historii”, powodując za każdym razem wielkie ofiary w ludziach i ogromne straty materialne. Zupełnie niepotrzebnie! Niemała w tym „zasługa” teoretyków, uczonych, tzw. autorytetów moralnych i innych sługusów systemowych, którzy popychali autorytarnych władców ku poronionym rozwiązaniom i ku nieefektywnym rządom [10]. Zresztą, ironią historii jest również to, iż cywilizacja ludzka wydała bardzo wielu wybitnych myślicieli i twórców, którzy jednak zajmowali się raczej problemami cząstkowymi a nie kompleksowymi (systemowymi, globalnymi itp.), choć niektórzy pozostawili po sobie wiekopomne dzieła. Szkopuł jednak w tym, iż autorytarni władcy nie chcieli słuchać uczonych i doradców, z reguły mądrzejszych od nich.
W taki to sposób, drogą odwiecznej impotencji i niedowładu systemowego ludzkość dotarła do współczesnej „luki systemowej” w świecie (i w wielu państwach), jaka powstała pod koniec I dekady XXI wieku po upadku neoliberalizmu i systemu jednobiegunowego (USA). Im dłużej taka „luka” będzie utrzymywana, tym gorzej dla wszystkich razem i dla każdego z osobna. Niebezpiecznymi znamionami tej „luki” jest pogłębiający się chaos, anarchia, patologie, kryzys i wzrost napięcia międzynarodowego oraz nowe ciągoty byłego supermocarstwa jednobiegunowego do odzyskania dominującej pozycji w świecie. Dziś nie jest to jednak możliwe, bowiem, w międzyczasie, gruntownie zmienił się układ sił na arenie międzynarodowej. Cywilizacja podąża raczej w kierunku rozwiązań wielobiegunowych (multilateralizm), pokojowych, równoprawnych i partnerskich (np. chiński nowy sprawiedliwy ład międzynarodowy i wspólna przyszłość dla całej ludzkości), a nie tajemny New World Order, np., lansowany przez niektóre instytucje kapitałowe, masońskie i mafijne.
Zaś na gruzach neoliberalizmu powinien powstać zupełnie nowy system kojarzący efektywnie i optymalnie wymagania humanizmu, sprawiedliwości, solidaryzmu, egalitaryzmu oraz racjonalnego gospodarowania, wolnego rynku i interwencjonizmu państwowego w odpowiednich proporcjach. Wymaga to jednak całkowitego wyeliminowania wszystkich dotychczasowych anomalii, absurdów i paradoksów systemowych. Szczególnie ważne jest ustabilizowanie stosunków pomiędzy niektórymi wielkimi mocarstwami oraz wyeliminowanie z nich licznych negatywnych zjawisk: wrogości, podejrzliwości, niezdrowej rywalizacji, dążenia do panowania nad światem itp. A także usunięcie pewnych zgubnych czynników, które mają swe obrazowe acz wymowne określenia: – huśtawka deskowa (jak dla dzieci), raz do góry, raz na dół; – gra na „sumę zero” („zero sum game”) – przegrana jednego partnera równa jest wygranej drugiego partnera; – „pułapka Thucydidesa”, starożytnego historyka greckiego (460 r. – 394 r. p.n.e.), autora teorii, iż nowopowstające mocarstwo budzi obawy i wrogość u istniejącego już mocarstwa, co może doprowadzić nawet do wojny.
Marne perspektywy : powyższa analiza, faktografia i dane statystyczne mówią same za siebie oraz nie wymagają dodatkowych komentarzy i uogólnień. Pandemia pogorszyła bardzo znacznie ww. (i inne) wskaźniki makro oraz sytuacje w wielu dziedzinach życia, pracy i rozwoju. Sprawa jest coraz bardziej oczywista: kumulacja i suma zaniedbań, nieprawidłowości i zagrożeń nagromadzonych w całym rozwoju ludzkości jest już tak ogromna, że sprawia, iż ich usunięcie staje się praktycznie niemożliwe. Tego obawiam się najbardziej. Również z niemożnością graniczy pożądane wprowadzenie świata na drogę zdrowego i zrównoważonego rozwoju. Musimy nazwać te rzeczy po imieniu w duchu uczciwości intelektualnej i moralnej. Cóż więc pozostaje światu? Realnie: brnąć dalej dotychczasową drogą i pogrążać się w bagnie, czy też starać się o poprawę sytuacji ogólnej i szczególnej, mając cichą nadzieję, że tylko nielicznym narodom i państwom (Chiny, Szwajcaria, Skandynawia…) może udać się na początek uniknięcie okrutnej perspektywy?!
Wyjściem z sytuacji powinno być więc zrezygnowanie z wszelkich dotychczasowych poronionych koncepcji teoretycznych, zgubnych modeli rozwojowych i skompromitowanych działań praktycznych, których wypadkowa (suma) doprowadziła świat do skraju przepaści. Faktycznie, niezbędne jest rozpoczęcie wszystkiego prawie od nowa (ale przecież nie od „zera”!). Wiem, że są to zamierzenia tak mało realne, że aż niemożliwe. Niezbędna byłaby chyba wielka rewolucja światowa, aby je zrealizować? Trzeba wszakże się starać i jednocześnie mieć świadomość, że alternatywa jest następująca: albo kompleksowa odnowa globalna, albo też totalna katastrofa cywilizacyjna. Proszę wybierać!

[1]. Wymieniona powyżej w tekście V zagłada gatunków dokonała się około 65 mln lat temu. Wówczas to, ogromna planetoida, o średnicy kilkunastu kilometrów, uderzyła w Ziemię w okolicach Zatoki Meksykańskiej i Półwyspu Yucatan, wyzwalając energię o 2 mln razy większą od energii wybuchu największej bomby wodorowej przeprowadzonego w Związku Radzieckim, w roku 1961. Krater po uderzeniu planetoidy miał średnicę 200 km i głębokość 30 km. Pyły przesłoniły światło słoneczne, średnia temperatura atmosfery ziemskiej, wynosząca przed uderzeniem 27 stopni C, spadła do 5 stopni C. Nastąpiło wielkie ochłodzenie. W wyniku tego i potężnego tsunami wyginęło ¾ gatunków morskich i lądowych, łącznie ze sławetnymi dinozaurami. Obecnie mamy do czynienia z wielkim ociepleniem, póki co, o prognozowane 2 stopnie C (średnio) do końca XXI wieku i też z wymieraniem gatunków w wyniku zmian klimatycznych i destrukcji środowiska naturalnego; Uczeni stwierdzają, iż obecnie dokonuje się, z winy człowieka, VI zagłada gatunków fauny i flory na Ziemi. Rocznie ginie bezpowrotnie 27.000 gatunków. Prof. Louis Leakey, kenijski paleontolog i archeolog, absolwent Uniwersytetu w Cambridge, autor książki „The Sixth Extinction” („Szóste Wymieranie”) ocenia, iż – w ciągu nadchodzących 100 lat – z powierzchni Ziemi zniknie około 50 proc. gatunków fauny i flory, łącznie z homo sapiens, głównym winowajcą. Byłaby to właśnie droga prowadząca do położenia kresu życiu na naszej planecie;
[2]. W 3 krajach (Czad, Haiti, Liberia) liczba mieszkańców żyjących w nędzy wynosi 80 proc. , w 5 krajach (DR Konga, Sierra Leone, Nigeria, Surinam i Swaziland) – 70 proc. oraz w 7 krajach (Zimbabwe, Burundi, Sao Tome i Principe, Niger, Zambia, Komory i Honduras) – 60 proc. . Tak wygląda czołówka największych nędzarzy świata. Szczytowym wyrazem dyferencjacji są dane opublikowane w raporcie konfederacji Oxfam z dnia 18 stycznia 2016 r. Wynika z nich, że 1 proc. najbogatszych ludzi świata posiada taki majątek, jak pozostałe 99 proc. mniej zamożnych, biednych i najbiedniejszych. Ponadto, 62 najbogatszych posiadaczy dysponuje takim majątkiem, jak 50 proc. wszystkich najbiedniejszych ludzi na świecie. Nota bene: organizacja Oxfam została utworzona w Wielkiej Brytanii, w roku 1942, celem walki z biedą i z zacofaniem rozwojowym. Obecnie jest ona konfederacją złożoną z 20 organizacji pozarządowych (NGO’s) współpracującą z partnerami w 90 krajach;
[3]. Źródło: Report of the United Nations’ World Population Prospects, z roku 2015);
[4]. Dane ONZ, FAO, MFW, Banku Światowego i in.;
[5]. Np., w odniesieniu do Syrii, siły zbrojne USA rozpoczęły tam anty assadowskie działania bojowe w sierpniu 2014 r. Średni koszt tych działań wynosi ponad 11,5 mln USD dziennie. Zaś, armia rosyjska przystąpiła do tej wojny (głównie: pro assadowskie bombardowania lotnicze) we wrześniu 2015 r. Dzienny koszt tych poczynań szacowany jest na około 4 mln USD;
[6]. Dane te zostały zaczerpnięte z SIPRI Fact Sheet z dn. 26.04.2021 r. (SIPRI = Stockholm International Peace Research Institute);
[7]. Dane MON;
[8]. Wedle źródeł irańskich, Izrael posiada ponad 400 głowic nuklearnych (głównie neutronowych) zmagazynowanych w ośrodku badań jądrowych Dimona, na pustyni Negev oraz rakiety i myśliwce bombardujące zdolne do przenoszenia tych głowic na średnie i duże odległości;
[9]. Od dawien dawna terroryzm jest zmorą cywilizacji ludzkiej. Za pierwszych terrorystów uważa się żydowskich sykariuszy – nożowników (sicari), którzy atakowali Rzymian (oraz Żydów kolaborujących z nimi) w I wieku. Celem było położenie kresu okupacji Judei przez Rzym. Lucjusz Anneusz Seneka młodszy (4 r. p.n.e. – 65 r. n.e.), znany filozof rzymski, twierdził, iż „ dla bogów nie ma milszej ofiary, jak krew tyranów…”. Od tamtej pory terroryzm wszelkiego rodzaju pochłonął niezliczone ofiary na całym świecie. Nasilenie tego zjawiska obserwujemy w XXI wieku, szczególnie w wydaniu fundamentalistów islamskich. Od 1970 r. do dziś zanotowano na świecie prawie 200.000 aktów terrorystycznych różnego rodzaju. Również w tym przypadku, terroryzm jest wynikiem niesprawiedliwości i zła, które szerzy się na Ziemi. Nowym zjawiskiem jest terroryzm internetowy (cyber terrorism). Ponadto, znajdujemy się w przededniu stosowania przez terrorystów broni masowej zagłady;
[10]. Tragicznym przykładem takich myślicieli jest Milton Friedman (31 VII 1912 r. – 16 XI 2006 r.), znany ekonomista z tzw. szkoły chicagowskiej, noblista, doradca Ronalda Reagana, Margaret Thatcher i US Federal Reserve. Zdecydowany przeciwnik „naiwnej teorii keynesizmu” postulującego, m.in., interwencjonizm państwowy i zwolennik gospodarki wolnorynkowej, „niewidzialnej ręki rynku”, „naturalnej stopy bezrobocia”, monetaryzmu (zwiększania ilości pieniądza w obiegu), stagflacji, prywatyzacji, deregulacji itp. Jego koncepcje legły u podstaw neoliberalizmu, reaganomics i thatcheryzmu, co przyczyniło się do II wielkiego kryzysu globalnego – z wiadomymi skutkami.

Wielkie narodowe wymieranie Polaków

Pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości umieramy na potęgę. W porównaniu z wieloma krajami europejskimi staliśmy się prawdziwą „czarną wyspą”. To najbardziej wymierny skutek rządów zjednoczonej prawicy.
Te zgony obciążają prominentów PiS i sposób, w jaki sprawują oni władzę nad Polakami. Niestety, trudno mieć nadzieję, że ci ludzie poniosą odpowiedzialność karną za swe czyny i świadome zaniechania.
To nie jest tylko efekt koronawirusa. Prawda, rząd PiS nie przygotował kraju na nadejście pandemii, choć miał ku temu czas, pieniądze i wszelkie możliwości. Cynicznie i świadomie narażał też Polaków na śmierć, odmawiając wprowadzenia stanu nadzwyczajnego i forsując przeprowadzenie wyborów. Przede wszystkim jednak, PiS-owska władza doprowadziła do załamania systemu ochrony zdrowia, co zamieniło Polskę w umieralnię.
Liczba zgonów w 2020 roku przekroczyła o ponad 100 tys. średnioroczną wartość z ostatnich 50 lat (477 tys. wobec 364 tys.), natomiast współczynnik zgonów na 100 tys. ludności osiągnął najwyższą wartość od 1951 roku – policzył Główny Urząd Statystyczny.
W ubiegłym roku zmarło 477 335 osób – wzrost liczby zgonów w stosunku do 2019 r. wyniósł prawie 68 tys. Najwyższe natężenie zgonów zanotowano w IV kwartale 2020 r. – zarejestrowano ich o ponad 60 proc. więcej niż w tym samym okresie roku poprzedniego.
Jak wskazuje GUS, szczególnie krytyczny okazał się 45 tydzień roku (przypadający na dni od 2 do 8 listopada, czyli zaraz po Święcie Zmarłych), w którym odnotowano ponad 16 tys. zgonów. Współczynnik zgonów w ubiegłym roku był najwyższy od 70 lat. Jego wartość na 100 tys. ludności przekroczyła 1240.
Analiza danych o śmierci mieszkańców Polski w latach 2019 i 2020 według struktury wieku, wskazuje skok niemal we wszystkich grupach. Największe wzrosty – blisko 20-procentowe – odnotowano wśród osób najstarszych, w grupie 70 – 84 lata. Najniższa dynamika wzrostu, na poziomie od 1 proc., była w grupie 15 -19 lat. Natomiast w najmłodszej grupie (0 – 14 lat), wielkości współczynników umieralności na 100 tys. ludności obniżyły się średnio o 10 proc. To jedyny jaśniejszy punkt w tej fatalnej statystyce.
Według danych za 2020 r., głównymi przyczynami zgonów były jak zwykle choroby układu krążenia i choroby nowotworowe. Te dwie przyczyny odpowiadały łącznie za blisko 60 proc. wszystkich zgonów w Polsce.
Natężenie umieralności jest zróżnicowane w zależności od płci i wieku. Począwszy od najmłodszych grup ludności, widoczna jest nadumieralność mężczyzn, a współczynniki zgonów są dla nich dużo wyższe. W grupie wiekowej 0 – 4 lata dysproporcje są jeszcze niewielkie (86 zgonów chłopców i 69 zgonów dziewczynek na 100 tys. ludności danej płci), ale w grupie wieku 20 – 44 lata stają się trzykrotnie wyższe dla mężczyzn, zaś w grupie 25 – 29 lat przewaga panów jest aż czterokrotna.
Przyczyny tej różnicy są takie same od lat – czyli nałogi, wypadki i gorsza kondycja zdrowotna mężczyzn w Polsce. I mężczyźni, i kobiety, w wyniku rządów PiS mają bardzo utrudniony dostęp do jakiejkolwiek profilaktyki. Jednak mężczyźni częściej zaniedbują badania i obarczeni są licznymi, nieleczonymi schorzeniami.
Wraz ze wzrostem wieku rośnie liczba zgonów – a w najstarszych rocznikach rośnie wręcz lawinowo – podkreśla GUS. Wyrównują się też nieco wielkości współczynników dla obu płci – na każde 100 tys. mężczyzn w wieku 90 lat i więcej w 2020 r. umarło ich ponad 26,5 tys., a wśród kobiet, niespełna 23 tys.
Ważną, ale oczywiście nie jedyną przyczyną wzrostu liczby zgonów w Polsce w 2020 r. była pandemia koronawirusa, której szczyt przypadł na ostatnie miesiące roku. Tak więc, wśród danych o zgonach za ubiegły rok pojawiła się nowa kategoria – COVID-19. W Polsce z powodu pandemii zmarło w 2020 r. niemal 41,5 tys. osób.
To ogromna liczba, ale przypomnijmy, że w ubiegłym roku liczba zgonów zwiększyła się o prawie 68 tys. w porównaniu z 2019 r. Pandemia odpowiada więc tylko za część wzrostu śmiertelności Polaków, systematycznie nasilającej się pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Główni architekci tej lawiny zgonów to decydenci obozu rządzącego.
Sama pandemia w większym stopniu dotknęła mężczyzn i mieszkańców miast. Współczynnik zgonów na 100 tys. ludności z powodu COVID-19 dla mężczyzn był o 41 wyższy niż dla kobiet, natomiast dla mieszkańców miast o 19 wyższy niż dla osób z obszarów wiejskich.
Analiza zgonów z powodu COVID-19 według wieku osób zmarłych, także wskazuje na dużą nadumieralność mężczyzn. Niemal we wszystkich grupach wieku współczynnik umieralności na 100 tys. ludności jest dwukrotnie wyższy wśród mężczyzn, a w grupie sześćdziesięciolatków – nawet trzykrotnie wyższy.
Nasze perspektywy są złe. Nie wiadomo, czy i kiedy zatrzyma się wielkie wymieranie Polaków, ale można mieć pewność, że nie zatrzyma się tak długo, jak długo Prawo i Sprawiedliwość będzie u władzy. Bo pod rządami tego ugrupowania nie można liczyć na odbudowę systemu ochrony zdrowia w Polsce.

Okropny czas dla muzyków

Osoby pracujące w operze czy filharmonii mają zapewnione jakieś finansowanie. Natomiast mamy bardzo trudne czasy dla osób na samozatrudnieniu czy muzyków żyjących wyłącznie z koncertów – mówi Roman Czura, kompozytor i wykładowca Akademii Muzycznej w Katowicach, w rozmowie z Julią Anną Lauer.

Co zmieniło się w Twojej pracy kompozytora i nauczyciela w trakcie pandemii?

Urodziłem się i wychowałem w Niemczech. Pracuję na Akademii Muzycznej w Katowicach, prowadzę tam zajęcia dla studentów. Jestem także nauczycielem w szkole muzycznej w Chrzanowie. Mam żonę i dwie córki.

Na początku pandemia nie wywołała w moim życiu wielu zmian. W tym czasie urodziła się moja druga córka, ale to osobna kwestia. Wszystkie zajęcia online były dla mnie początkowo bardzo ciekawe, ale w późniejszym czasie byłem już nimi zmęczony. Dzieciom brakuje kontaktu ze sobą nawzajem oraz z nauczycielami.

Wielu studentów z powodu pandemii koronawirusa omija tradycyjne życie studenckie. Dla większości muzyków jest to okropny czas i to na całym świecie.

Czy masz poczucie, że państwo udzieliło muzykom odpowiedniego wsparcia?

Życie muzyczne jeśli chodzi o muzykę poważną, jest wspierane przez państwo i dobrze, że to ma miejsce. Jestem natomiast przekonany, że poziom tego wsparcia jest zbyt niski. W Niemczech rodzice zwykle są bardzo zaangażowani, gdy ich dziecko kształci się muzycznie, tutaj jest mała różnica.

Jeśli chodzi o wsparcie w pandemii – osoby pracujące w operze czy filharmonii mają zapewnione jakieś finansowanie. Natomiast są to bardzo trudne czasy dla osób na samozatrudnieniu czy muzyków żyjących wyłącznie z koncertów. Jest fundusz mający na celu wspieranie muzyków, ale jest on zbyt mały.

Jak pandemia zmieniła Twoją pracę pedagogiczną?

Bardzo, ponieważ wszystko było prowadzone online. Na Akademii Muzycznej przejście na zajęcia online nie była problemem, ponieważ zdążyłem wcześniej poznać studentów, których miałem uczyć.

Co innego szkoła. Gdy zadzwoniłem do dyrektora szkoły, w której wtedy uczyłem, na początku roku szkolnego dowiedziałem się, że nie ma zamiaru przedłużenia ze mną umowy. Przez miesiąc pozostawałem bez pracy. W późniejszym czasie znalazłem zatrudnienie w szkole muzycznej w Chrzanowie. Dzieci, które uczę widziałem tylko raz i jest to dla mnie bardzo trudne. Natomiast widzę potencjał w zajęciach online, chociaż są też oczywiste minusy.

Nie możemy na przykład wspólnie śpiewać podczas zajęć, a to jest bardzo ważny element nauki. Wśród studentów niektóre rozwiązania sprawdzają się lepiej – na przykład przedstawianie partytur na ekranie. Może w przyszłości będziemy wykorzystywać takie rozwiązania.

Czy Twoja praca kompozytorska się zmieniła?

Co do zasady nie, ale na pewno zmieniła się dla niektórych osób. Odkładano lub odwoływano wykonania utworów, to dla kompozytora duży problem. Ja miałem w tamtym czasie wykonanie na Litwie, musiałem wykonać bardzo drogi test na koronawirusa, ale wykonanie ostatecznie się odbyło. Jestem jeszcze dość młodym kompozytorem, nie miałem jeszcze zbyt wielu wykonań moich utworów.

Jaka jest teraz atmosfera wśród muzyków?

Po cofnięciu obostrzeń wszyscy są niezwykle zadowoleni, niedawno pierwszy raz po przerwie widziałem się z innymi pracownikami. Cieszyłem się, że mogłem ze wszystkimi spokojnie porozmawiać i podzielić się naszymi wrażeniami i refleksjami.

Jak edukacja muzyczna w Polsce różni się od tej w Niemczech?

W Niemczech w niektórych szkołach prowadzone są zajęcia muzyczne, są także zajęcia przy kościelnych chórach chłopięcych. Edukacja przebiega następująco – uczęszcza się do zwykłej szkoły, gdzie mamy zajęcia muzyczne, a szkoły już typowo muzyczne są w dużej mierze prywatne.

W Polsce mamy też ogólnokształcące szkoły muzyczne, gdzie oprócz zajęć muzycznych odbywają się matematyka, język polski i pozostałe zajęcia ogólnokształcące. Są też szkoły popołudniowe, do których uczniowie uczęszczają po zajęciach w szkole. Szkoły te są publiczne, studia wyższe również.

Pandemia? Jaka pandemia?

Szczepić się chcemy albo nie, ale do ogródków – i nie tylko – ruszyliśmy tłumnie. Rządowa zasada „DDM” – dezyfencja, dystans, maseczka – nie miała szans z „PPM” – piwem, pizzą i muzyką.

Nowy Rok był w 2021 r. dwa razy. Pierwszy, styczniowy, z fajerwerkami i nadziejami, ale jednak domowy i przez to skromniejszy. 15 i 16 maja nadrobiły stratę. Społeczeństwo tak tęskniło za normalnością, że wyległo na popularne rozrywkowe ulice swoich miast w środku nocy z piątku na sobotę, zalewając przygotowane na historyczny moment restauracyjne ogródki. Dystans? Wiadomo, niemożliwy, wręcz niepożądany. Maski? Wielu obywateli wyrzuciło je jeszcze kilka dni wcześniej.

Warszawskie bulwary, łódzka Piotrkowska, Rynek Główny i inne historyczne place Krakowa, Rynek wrocławski czy Mariacka w Katowicach – wszędzie od północy strumieniami lały się ulubione napoje, a przed ogródkami, gdzie można też coś zjeść, stały kolejki.

Kogo tam nie było!

Studenci, którzy rozpoczęli naukę w tym roku akademickim, licząc na świetną zabawę w większych miastach, a dopiero teraz spotkali na żywo kolegów i koleżanki. Młodzież, która nie miała jak z przytupem odświętować osiemnastki czy matury. Pary z aplikacji, którym dotąd przepadały randki na mieście. Umęczone zdalnym nauczaniem rodziny z dziećmi i stęsknieni do rozrywek dorośli. A nawet policja. Żeby wypatrywać pijanych i awanturujących się, bo przecież nie egzekwować przepisy o ustawieniu stolików. Ale zgromadzenie było ludyczne, nie polityczne, więc zamiast wszczynać awantury, pluralistyczny tłum na Mariackiej tańczył pod gołym niebem jeszcze po trzeciej nad ranem. Dosłownie, jedna z knajp wystawiła nie tylko kraftowe piwo, ale też DJ-a.

A potem była Noc Muzeów

Impreza kulturalna, z roku na rok coraz bardziej modna, a do tego darmowa. Można było połączyć przyjemne z pożytecznym. Kto zabroni najpierw stanąć w długiej kolejce na wystawę, a potem ruszyć do knajpy? Kolejki były wszędzie, bo w odróżnieniu od ogródków muzea chciały zachować powagę, maski i dystans. Nawet jeśli zwiedzający, jak się zdarzyło w Gliwicach, chwilę wcześniej dosłownie stali jeden na drugim, obserwując wyczyny rekonstruktorów historycznych z czasów III powstania śląskiego.

(Nie) szczepimy się

Pierwszy dzień (chwilowej?) wolności świętowali i zaszczepieni, i antyszczepionkowcy, i ozdrowieńcy, i tacy, co zaszczepić się dopiero chcą. Nie da się w nieskończoność oczekiwać od ludzi, którzy pamiętają inne życie, że będą wiecznie siedzieć w domach. Tym bardziej, że „Polak potrafi”.
16 maja zaszczepionych dwiema dawkami było 11 proc. społeczeństwa. Jedną – mniej niż 1/3. Mniej więcej tyle samo, co ludzi odpowiadających w kwietniowych sondażach, że nie zaszczepią się za żadne skarby.

Z puntu widzenia posiadacza lewego zaświadczenia

Posiadam lewe zaświadczenie, tzn. papier poświadczający nieprawdę, podbity urzędową pieczęcią. Mowa w nim o tym, że noszenie przeze mnie maski na świeżym powietrzu, jest dla mnie niewskazane ze względów medycznych. Nie korzystam zeń, nie dlatego, że źle bym się z tym czuł, że okłamuję Polskę i Polaków. Nie sięgam po kwit dlatego, że nie chce mi się tracić czasu na udry z milicją, bo finalnie i tak musiałbym się prawować w sądzie.

Noszę skan oświadczenia poświadczającego nieprawdę w telefonie. Ani razu jeszcze nie byłem zmuszony go użyć, ale oczywiście, jeśli zajdzie taka konieczność, zapewne z tego skorzystam. Postawiony pod ścianą przez stróżów prawa, którzy zajmują się dziś w Polsce głównie sprawdzaniem maseczek na twarzach, nie poddam się bez walki. Zakładam więc maskę byle jak; na brodę, pod brodę, przy brodzie, pod nosem. Zasłaniam usta jedynie w sklepach, żeby nie gorszyć legalistów i zostać obsłużonym przy kasie. Na powietrzu, pomny tego, co twierdził rok temu prof. Szumowski, nie widzę specjalnego sensu noszenia maski, bo morowe powietrze jeszcze nie opanowało atmosfery. Zwłaszcza latem, kiedy smog u nas ściska słabiej za gardziel. Nie wyobrażam też sobie uprawiania sportu w masce, czy to w środku, czy na zewnętrzu; biegania, jazdy na rowerze, czy zwykłego spaceru z kijami po lesie. Niemniej, fakt, że ja sobie czegoś nie wyobrażam, nie oznacza, że moi współziomkowie w polskiej niedoli, nie posiadają dużo większej wyobraźni, bo obserwuję z trwogą co dzień, że dużej części z nich maska przyrosła już do twarzy na dobre. W lesie, gdzie mogą zarazić wiewiórkę albo żuka. W parku, gdzie zakażeniu ulegnie piesek sąsiadów. Na placach zabaw, pośród dziatwy maleńkiej, która zakaża się w zasadzie zerowo. Nawet w prywatnych autach, w drodze do pracy. Wszędzie tam, Polak ubiera karnie maskę. Bojaźń boża i prawna jest u nas doprawdy wielka. Dużo większa niż zdrowy rozsądek. Śmiem twierdzić, że będzie jeszcze większa, bo ze świata docierają alarmistyczne wieści, że maska masce nierówna i „odpowiedzialne” społeczeństwo musi zrobić kolejny krok do przodu. A może do tyłu?
Naukowcy amerykańscy odkryli, że brytyjski wariant covidu, który zbiera i u nas śmiertelne żniwo, jest w zasadzie maseczkoodporny. Przenosi się już po dwóch minutach od kontaktu, a nie jak ten stary, dobry covid, po kwadransie. Może skakać na ofiary z odległości większej niż półtora metra, także zasady dystansu w jego wypadku też przestają być aktualne. Okazuje się również, że żadne maseczki chirurgiczne albo wielorazowego użytku, czyli popularne szmacianki, chronią przed przenoszeniem brytyjskiego covidu w stopniu żadnym. Jedyną potencjalną ochroną ust i nosa, taką na 30 procent, pozostaje maska typu FFP2; czubata, z filtrem, droższa od taniochy z marketów. Wystarcza ona na kilkanaście godzin. Można ją oczywiście sterylizować. Np. promieniami UV. Wiadomo wszak, że każdy w domu trzyma specjalny sterylizator, więc nie powinno to być dla obywatela nazbyt kłopotliwe. Zapytano również polskich naukowców, czy uważają podobnie jak ich koledzy z Ameryki. Naturalnie, żaden nie śmiał zaprzeczyć. Tylko maski z filtrem mogą coś tu pomóc, a oni, polscy naukowcy, będą rekomendować Horbanowi, a ten rządowi, żeby w najbliższym czasie nakazać Polakom zasłanianie buzi wyłącznie maskami typu FFP2. Zaraza jest bowiem tak mocna, że trzeba sięgać po coraz mocniejsze środki zapobiegawcze. I na tym koniec. Jakby to, co ustalono, miało tylko jedną, właściwą i dogmatyczną interpretację. Spróbujcie jednak, dobrzy ludzie, spojrzeć na sprawę z punktu widzenia nocnego stróża.
Wirus mutuje. Jak każdy wirus. Ten covidowy mutuje w najmniej pożądanym kierunku. Staje się coraz bardziej zaraźliwy i mocniej uderza w organizm żywiciela. Nie jest wykluczone, a wręcz bardzo prawdopodobne, że w następnych miesiącach i latach, zmutuje jeszcze bardziej. Może oczywiście wrócić do wersji light, ale wcale nie musi. Skoro wiemy dziś, że maseczki nie chronią praktycznie wcale przed jego najnowszymi formami, a jedynie specjalne maski dają ochronę w stopniu niewielkim, czy nie bardziej zasadnym byłoby postawić pytanie o sens ich używania w ogóle, niźli zalecać noszenie czegoś, co jest jedynie erzacem bezpieczeństwa. Jeśli bowiem na początku pandemii nie trzeba było nosić masek, później noszono je na przemian z plastykowymi przyłbicami, zasłaniano się czym kto miał, a dopiero od niedawna wprowadzono obowiązek totalny, strach pomyśleć, czym władze każą się zasłaniać, kiedy dojdą do wniosku, że maski FFP2 również nie zdają egzaminu, bo nowa mutacja wyskakuje i spod nich. Kolejnym krokiem, jakiego należałoby się spodziewać, będzie zapewne nakaz chodzenia w maskach p-gaz. Najlepiej takich typu „słoń”, z filtrem przytroczonym do twarzy za pomocą „trąby”. A kiedy i to nie pomoże, proponuję dla władzy i co bardziej bojaźliwych organizmów, rozszerzone, zbiorowe samobójstwo, za pomocą wstrzymania oddechu na co najmniej 24 godziny. Jedynie to naprostuje ludzkość i wrócimy na właściwe tory. Powiedzie nas tam za rękę Episkopat, wydając okólnik dla wikarych i proboszczów, żeby nie dawać rozgrzeszenia tym wszystkim, którzy zaszczepili się Astrą albo Johnsonem.

I po świętach

Owszem, w niektórych kościołach zawisły ostrzeżenia przed przekroczeniem względnie bezpiecznej liczby zebranych. W innych jednak święcono masowo. Była też polityka.

Bez odwołań do aktualnych wydarzeń nie wyobrażał sobie Grobu Pańskiego proboszcz z kościoła świętych Piotra i Pawła w Łapach w diecezji łomżyńskiej. Zainstalował więc nie tylko figurę martwego Jezusa i żółte żonkile zapowiadające z martwych powstanie, ale też kombinezon pracownika medycznego z oddziału covidowego, górę puszek i butelek po piwie, rozłożył „Gazetę Wyborczą” i dodał jeden z tygodników prawicowych, bo na okładce znalazło się zdjęcie Marty Lempart oraz dwójki znanych aktywistów LGBTQ: Margot i Barta Staszewskiego. Całość opatrzył poruszającym sumienia napisem „Jak zabijam Jezusa”.
Na wszelki wypadek, żeby nikt z wiernych nie pomyślał, że do zabijania przykładają rękę pisma bliskie rządowi, tytuł prawicowego periodyku został zasłonięty. Można było skoncentrować się na twarzach wrogów Kościoła (ba! Jezusa!) i zastanawiać choćby nad tym, jak nie dopuścić do powtórki z jesieni ubiegłego roku, gdy nawet w Łapach, gdzie proboszczowie są ważnymi postaciami, znalazły się kobiety na tyle odważne, by zorganizować protesty przeciwko zakazowi aborcji. Nie masowe, ale jednak. Co ciekawe, w zaproszeniu na jeden z tych spacerów, które ciągle można odgrzebać na Facebooku, widnieje stanowczy apel organizatorek: to pokojowy marsz, nie planujemy iść pod kościoły. Jak widać, gest pozostał niedoceniony.

Kalwaria aborcyjna

Temat aborcji zdominował również uroczystości wielkopiątkowe w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tamtejsi bernardyni w jakimś tam stopniu potraktowali obostrzenia pandemiczne poważnie i odwołali tradycyjne misteria z inscenizacją drogi krzyżowej. Tyle, że później i tak pozwalali wszystkim chętnym gromadzić się na terenie klasztoru i kalwarii, w dużych grupach iść jej drogami, z arcybiskupem Markiem Jędraszewskim przemawiającym z głośników w tle.

A ten kreślił analogię między sądem Piłata i ukrzyżowaniem Jezusa a prawem do przerywania ciąży. Część tej nauki zanotował reporter Wyborczej: ”Piłat przypomniał sobie również, co objaśniali mu przedstawiciele nauk biologicznych, zwłaszcza genetyki i embriologii, że życie człowieka rozpoczyna się w chwili poczęcia i że taka właśnie jest naukowa prawda. Ale że bał się posądzenia o słabość, szybko stłumił w sobie to wspomnienie. „Cóż to jest prawda?” – pomyślał, z satysfakcją przy tym zauważając, że sceptycyzm jest najlepszym lekarstwem na wszelkie prawdy, w tym również naukowe. Jego wahanie bezbłędnie wyczuli przywódcy ludu. „Jeżeli ten zbiór komórek uznasz za człowieka i przyznasz mu prawo do życia, nie jesteś przyjacielem władców tego świata. Co więcej, stajesz się wrogiem mainstreamowych mediów. Każdy, kto tak czyni, sprzeciwia się wolności i postępowi”.

Skromne mandaty

Oczywiście policja, która nie ma przecież zwyczaju wchodzenia do kościołów, nawet bez wysłuchania przemów Jędraszewskiego wiedziała, że kalwaryjscy pielgrzymi to nie protestujące kobiety, nie ma zatem potrzeby egzekwowania żadnych obostrzeń. Były jednak miejsca, gdzie mundurowi ostatecznie się pojawili. Z bloczkiem mandatów, nie z koszykiem pełnym jajek i kiełbasy.

W wielkopolskim Wolsztynie, w parafii św. Józefa, na nabożeństwie w świątyni było 360 osób. Oznacza to, że limit został przekroczony o 140 wiernych. Proboszcz został ukarany mandatem opiewającym na 50 zł. W innym kościele, Maksymiliana Kolbego w Mochach, na nabożeństwo ściągnęło 81 osób, podczas gdy dopuszczalna liczba wynosiła 14. Policjanci stwierdzili naruszenie, po czym wlepili karę w wysokości 20 zł. Dochód z tacy zapewne ekspresowo pokrył stratę… i życie potoczyło się swoim torem. Jak zawsze w Polsce. Święta – i po świętach.