Koronawirus i mordercze sankcje

Kto jeszcze pamięta, jak zaczynał się 2020 rok na Bliskim Wschodzie i jak bardzo obawialiśmy się, że zabójstwo Ghasema Solejmaniego zapoczątkuje eskalację przemocy na wielką skalę? Dziś ojczyzna „Generała Cienia” trafia na czołówki mediów niemal wyłącznie w kontekście pandemii. Koronawirus zabił w Iranie, według obliczeń z 23 marca, 1812 osób, i zabija dalej. Nie dokonał tego dzieła zniszczenia sam.

W ciągu każdej godziny w Iranie koronawirusem zaraża się 50 osób, co 10 minut ktoś umiera – to ocena teherańskiego Ministerstwa Zdrowia; według Światowej Organizacji Zdrowia ich wyliczenia i komunikaty i tak mogą być zaniżone. Badacze z Uniwersytetu Technologicznego w Teheranie pokusili się o stworzenie, przy pomocy komputerowego symulatora, scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji. W tym najbardziej optymistycznym szczyt zachorowań miałby przypaść około 25 marca, a liczba ofiar śmiertelnych utrzymać się na poziomie ok. 12 tysięcy. W najgorszym szczyt wypada pod koniec maja, a zgonów może być nawet 3,5 miliona. I właśnie katastroficzny wariant rozwoju wypadków jest bardziej prawdopodobny, bo ten pozytywny, według specjalistów, mógłby zaistnieć dzięki trzem czynnikom: wprowadzeniu rygorystycznej kwarantanny wszędzie tam, gdzie ryzyko zarażenia jest wysokie, pełnemu podporządkowaniu się przez obywateli zaleceniom władz i wystarczającej dostępności leków, zabezpieczeń, preparatów odkażających i sprzętu medycznego. Spełniony nie jest żaden z warunków.
W najwcześniejszych relacjach z dotkniętego chorobą Iranu akcentowano aspekt pierwszy, niedocenienie znaczenia społecznej izolacji, zwłaszcza odmowę odwołania zbiorowych modlitw w meczetach. Faktycznie, to święte miasto szyitów, Ghom ze swoim meczetem Fatimy i innymi otwartymi przez całą dobę świątyniami, stało się epicentrum epidemii. Jak plastycznie opisuje polska iranistka Jagoda Grondecka, w sanktuarium, przy grobie córki ósmego imama
Alego ar-Ridy
„stłoczeni, dosłownie wchodzący jedni na drugich wierni przeciskają się, by choć przez chwilę złapać – a najlepiej pocałować – odgradzające grób kraty. Kobiety często głośno zawodzą i łkają. Według przypowieści każda wylana łza to jedna perła do odbioru u bram raju”. Imamowie opiekujący się świętym miejscem w pierwszych reakcjach z oburzeniem odrzucali możliwość zamknięcia meczetu, jako rażący dowód niewiary; więcej, wprost zachęcali, by przychodzić do niego po uzdrowienie. Dopiero 16 marca władze Republiki Islamskiej zdołały przekonać duchowieństwo, że nie ma innego wyjścia, jak tylko zakazać wstępu do meczetów i zawiesić uroczyste modlitwy piątkowe. Następnego dnia znaleźli się wyznawcy tyleż konserwatywni, co zdezorientowani, którzy dzień po zakazie usiłowali sforsować zamknięte bramy meczetu Fatimy oraz równie znaczącego sanktuarium w Meszhedzie, ale imamowie nie ustąpili. Sprawa stała się za poważna: wśród śmiertelnych ofiar wirusa są wysocy rangą szyiccy duchowni i politycy, w tym parlamentarzyści, zachorowała wiceprezydent
Masume Ebtekar,
przez co w pewnym momencie obawiano się o zdrowie samego prezydenta Hasana Rouhaniego.
Rouhani chory nie jest i regularnie pojawia się w mediach, starając się tyleż uspokajać obywateli, co ratować własną pozycję polityczną; zanim pandemia stała się w Iranie tematem nr 1, jego konserwatywni przeciwnicy wygrali wybory parlamentarne i szykowali się do ostatecznego przeformatowania sceny politycznej pod swoje dyktando. Mieli wszelkie szanse powodzenia, wszak reformistyczna wizja otwarcia na świat i uzdrowienia gospodarki dzięki ożywieniu wymiany handlowej została zamordowana przez administrację Donalda Trumpa, a dwie fale dość desperackich protestów wywołanych pogarszającą się sytuacją gospodarczą stłumiono. Do więzień posłano m.in. lokalnych liderów związków zawodowych. Prezydent stracił wtedy poważnie na wiarygodności, a i teraz trudno go nazwać twarzą rządu sprawnie walczącego ze śmiertelnym zagrożeniem. Na początku epidemii irański minister zdrowia bagatelizował sytuację i zapewniał, że kwarantanny należą do odległej przeszłości. Najwyższy Przywódca Ali Chamenei rzucał teoriami spiskowymi, a sekundował mu dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Hosejn Salami, sugerujący, że wirus to amerykańska broń biologiczna, celowo uruchomiona w Chinach i Iranie. Także późniejsze publiczne wystąpienia władz nie uspokajają społeczeństwa, gdyż pokazują raczej chaos kompetencyjny i zakulisową rywalizację, niż sprawne zarządzanie kryzysowe.
Najwyższy Przywódca
najpierw polecił wojsku przejąć faktyczne dowodzenie w walce z epidemią, realizując przy tym wytyczne Ministerstwa Zdrowia, potem nakazał armii podporządkować się decyzjom rządu. Irański szef sztabu zdążył zadeklarować, że w 10 dni przywróci normalność – pojawiły się „wiarygodne” doniesienia o rychłej kwarantannie czy godzinie policyjnej w Teheranie. Te jednak zdementował prezydent Rouhani, oznajmiając, iż kroki nadzwyczajne może zadekretować tylko utworzona przez niego specjalna grupa. Do tego mer Teheranu Piraz Hanachi przyznał, że wprowadzić i wyegzekwować surowej kwarantanny w całej metropolii zwyczajnie nie jest w stanie.
W ostatecznym rozrachunku w irańskich mediach w marcu po prostu nie podawano informacji o liczbie zgonów czy realnym zasięgu zakażeń w irańskich megalopolis. Kiedy
Masud Mardani,
dyrektor Irańskiego Centrum Badań nad Chorobami Zakaźnymi, zasugerował, że w blisko dziewięciomilionowym Teheranie może być nawet 2,5-3,5 mln nosicieli, po kilku dniach musiał publicznie odwołać swoje wnioski, rzekomo z powodu błędów metodologicznych. Główne irańskie oficjalne media raczej tradycyjnie atakują regionalnych rywali, tym razem za zaniżanie epidemicznych statystyk, albo nadają dobre wiadomości, jak ta o 101-letnim pacjencie, który wyszedł z choroby. Efektem całego chaosu kompetencyjnego i informacyjnego jest kompletny brak zaufania społeczeństwa do władz i ich zarządzeń.
Jeśli wierzyć wpisowi na jej własnym Twitterze, wyzdrowiała też wiceprezydentka Masume Ebtekar. Walkę z wirusem wygrał tym samym jeden z żywych symboli rewolucji, której 40. rocznicę świętowano w Teheranie zaledwie kilka miesięcy temu. Ebtekar była wśród studentów, którzy w listopadzie 1979 r. wtargnęli do amerykańskiej ambasady i wzięli jej personel jako zakładników, zdeterminowani powstrzymać imperium przed wtrącaniem się w sprawy Iranu. Ona właśnie, wykształcona w Stanach Zjednoczonych, podawała z ambasady anglojęzyczne komunikaty dla mediów.
Dziś znowu Irańczycy zwracają się do Waszyngtonu z apelami i oskarżeniami, alarmując, że to za sprawą USA ich kraj musi szykować się na drastyczny scenariusz rozwoju epidemii. Irański minister spraw zagranicznych Mohammed Dżawad Zarif wzywa do zdjęcia sankcji, gdy trwa walka z chorobą i śmiercią, i nie przebiera w słowach: – Donald Trump złośliwie zacieśnia amerykańskie nielegalne sankcje w celu wydrenowania Iranu z zasobów niezbędnych do walki z COVID19. Świat nie może pozostać obojętnym, gdy USA dodają do terroryzmu ekonomicznego terroryzm medyczny – napisał na Twitterze. W kolejnym wpisie dodawał: oni dosłownie zabijają niewinnych ludzi!
Nie żaden ekstremista, a
Jeffrey Sachs
18 marca wezwał Waszyngton, by natychmiast uchylił sankcje nałożone na Iran (ale też Wenezuelę czy Kubę), gdyż w obecnej sytuacji są one niczym innym, jak rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i wywoływaniem powszechnego cierpienia. W obliczu epidemii sankcje są, pisze dalej Sachs, nielegalne i niemoralne. – Nie ma wątpliwości, że zdolność Iranu do odpowiedzi na nowy szczep koronawirusa została nadwątlona przez sankcje ekonomiczne nałożone przez administrację Trumpa, a liczba ofiar będzie zapewne znacznie wyższa, niż gdyby sankcji nie było – to z kolei Mark Weisbrot, wicedyrektor socjaldemokratycznego think-tanku Center for Economic and Policy Research. Apel szefa irańskiej dyplomacji oficjalnie popiera ONZ, a według „The Guardian” nawet rząd Wielkiej Brytanii nieoficjalnymi kanałami starał się przekonać Biały Dom do tego, że walka z wirusem to wspólna sprawa, ważniejsza od sankcji, które można na chwilę „rozluźnić”.
Tyle, że administracja Trumpa ma wobec Iranu własne plany: w mijającym tygodniu 12 kolejnych przedsiębiorstw (z Chin, Tajwanu, RPA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich) zostało objętych sankcjami za robienie biznesu z irańskimi firmami z sektora petrochemicznego. – Polityka maksymalnego nacisku na reżim jest kontynuowana – oznajmił dziennikarzom Brian Hook, amerykański Specjalny Przedstawiciel ds. Iranu. Nic nie zmienia się od grudnia 2019 r., gdy Departament Stanu zapowiedział dalsze zaostrzanie kursu wobec znienawidzonej republiki na Środkowym Wschodzie, a na spotkaniu z prasą 30 grudnia jeden z amerykańskich urzędników z satysfakcją mówił o pogrążaniu się Iranu w recesji i dyplomatycznej izolacji. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś zbędne humanistyczne wątpliwości, Sekretarz Stanu Mike Pompeo i sam Trump rozwiali je podczas konferencji prasowej 20 marca. – Irańscy przywódcy znają odpowiedź na pana pytanie – rzucił prezydent dziennikarzowi, który poruszył kwestię możliwego cofnięcia sankcji. Krótko potem Trump złożył Irańczykom… życzenia z okazji przypadającego właśnie perskiego Nowego Roku, Nouruz. To „bezmyślne podżeganie” – ocenia na łamach „The Guardian” Simon Tisdall. Zaś Mehdi Hasan w The Intercept zastanawia się, czy amerykańskim rządem kierują socjopaci, którym w bezduszności udało się przebić nawet administrację George’a W. Busha: ona wszak w 2003 r. zgodziła się na czasowe ograniczenie sankcji i przysłanie pomocy medycznej, gdy trzęsienie ziemi zabiło 26 tys. ludzi w południowo-wschodnim Iranie. Teraz USA teoretycznie złożyły Iranowi ofertę pomocy humanitarnej (szczegółów nie ujawniono), ale bez cofania sankcji.
Mike Pompeo
sugerował podczas konferencji, że Iran cierpi na własne życzenie, bo przecież sankcje nie obejmują pomocy humanitarnej czy zakupu leków. Tak samo to wiarygodne, jak jego twierdzenia, że Teheran jest jedynym źródłem przemocy i agresywnym państwem na Bliskim Wschodzie. Raport Human Rights Watch z października 2019 r. dowodzi, że prawda jest o wiele okrutniejsza: „szeroko zakrojone restrykcje dotyczące transakcji finansowych, połączone z agresywną retoryką amerykańskich urzędników, dramatycznie ograniczyły zdolności irańskich podmiotów do finansowania importu na cele humanitarne, w tym importu podstawowych leków i sprzętu medycznego. Chociaż rząd USA uwzględnił wyjątki dotyczące takiego importu w systemie sankcji, HRW przekonało się, że te wyjątki nie zdołały przekonać amerykańskich i europejskich firm oraz banków do przełamania obaw przed sankcjami. Nie decydowały się one eksportować czy finansować dóbr humanitarnych objętych wyjątkami. W efekcie Irańczykom odmówiono dostępu do podstawowych leków, ograniczono ich prawo do zdrowia”. Krótko mówiąc: banki wolą blokować wszelkie transakcje z irańskimi podmiotami, a europejscy producenci leków i wyborów medycznych rezygnować ze sprzedaży. Wolą wykazywać się nadgorliwością i mieć pewność, że nie dotkną ich karne sankcje, zamiast zastanawiać się, czy w konkretnym przypadku spełnione byłyby kryteria transakcji humanitarnej. Z podobnych powodów, twierdzi Teheran, utrudnione jest też działanie tzw. Kanał Szwajcarskigo (Swiss Humanitarian Trade Arrangement), uruchomionego w końcu lutego mechanizmu umożliwiającego import leków i towarów humanitarnych do Iranu. Przez sankcje i niechęć banków do współpracy, twierdzi Teheran, nie sposób przekierować na kanał funduszy, które Iran miał zdeponowane za granicą.
Jesienią 2019 r. obrońcy praw człowieka alarmowali, że Iranowi z powodu sankcji brakuje już najważniejszych leków na padaczkę, białaczkę, preparatów używanych w chemioterapii czy specjalistycznych bandaży, bez których nie mogą funkcjonować chorzy na pęcherzowe oddzielanie się naskórka (EB). W opisanym przez HRW przypadku produkująca opatrunki firma z Europy odmówiła ich sprzedaży, gdyż bała się sankcji. Teraz Iranowi brakuje testów na koronawirusa; część jego ofiar widnieje w statystykach jako zmarli na zaburzenia oddychania i inne choroby, bo nie było nawet możliwości przebadania ich pod kątem epidemii. Na początku marca zaczynało brakować masek i strojów ochronnych, lekarze wyrażali obawy o dostępność środków odkażających i wzmacniających odporność preparatów witaminowych. Przed epidemią Iran był w stanie je wytwarzać na określoną skalę, teraz musiałby w krótkim czasie zaimportować dużą ilość tak gotowych produktów, jak i substratów niezbędnych do produkcji środków odkażających. Sankcje taką operację poważnie komplikują.
Prezydent Hasan Rouhani,
który walczy o zachowanie własnej pozycji w obliczu ofensywy konserwatystów, zwrócił się z apelem do amerykańskiego społeczeństwa, by zażądało od swoich przywódców wykazania się humanistyczną postawą, ale sam raczej nie wierzy w powodzenie listu. Jeszcze przed jego publikacją rząd Iranu po raz pierwszy od 60 lat zwrócił się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kredyt o wartości 5 mld dolarów miałby zostać udzielony w ramach specjalnej kwoty wsparcia walki z pandemią w krajach o niskim dochodzie. Tyle, że również tutaj głos decydujący będą mieć Amerykanie, których przedstawiciel może zawetować każdą decyzję o pożyczce wydaną przez IMF. Nawet gdyby jakimś cudem nie zawetował, pozostaje jeszcze kwestia technicznego transferu pożyczki: jak go przeprowadzić, gdy żaden bank nie chce narazić się na kary za transakcje z irańskim Bankiem Centralnym?
Nouruz jest tradycyjnie okazją do spotkań w gronie przyjaciół, urlopów, odwiedzin u rodziny. Tegoroczny nie był inny: ostrzeżenia o zagrożeniach związanych z nieizolowaniem się zostały zignorowane. Według policyjnych danych na irańskie drogi wyjechało 1,2 mln samochodów, niewiele mniejszą niż w ubiegłym roku popularnością cieszyły się wyjazdy nad Morze Kaspijskie. I właśnie pod koniec weekendu, gdy zaczyna się wiosna, władze prowincji Teheran ogłosiły, że wszystkie stołeczne przedsiębiorstwa, oprócz supermarketów i aptek, mają zostać zamknięte do 3 kwietnia. Irańczycy nie zrezygnowali ze święta, bo ci zamożniejsi i tak od dawna dysponują środkami do ochrony siebie i najbliższych, ubożsi najwyraźniej uznali, że nie mają nic do stracenia. Ludzie z klasy pracującej, których jeszcze nie dotknęło bezrobocie, i tak musieli normalnie wykonywać swoje obowiązki. Prywatni pracodawcy nie zamykali biznesów, wiedząc, że duszony sankcjami kraj nie wprowadzi żadnej „tarczy antykryzysowej”, nie weźmie na siebie wynagrodzeń pracowników, nie zawiesi spłacania kredytów czy płacenia rachunków. Tego, co zrobi z gospodarką ograniczenie działalności gospodarczej w stolicy, a w dalszej perspektywie również poza nią, nikt nawet nie podejmuje się głośno prognozować.
Krach irańskiej gospodarki, który wywoła potężny społeczny gniew i zmiecie rząd to marzenie amerykańskiej administracji. Z publikacji niezwykle aktywnego w mediach ministra spraw zagranicznych Mohammeda Dżawada Zarifa przebija świadomość tego faktu i chęć uprzedzenia kompletnego chaosu. W przesłaniu na Nouruz, w którym ponownie wybrzmiały gorzkie słowa pod adresem Waszyngtonu, dyplomata zawarł zaskakująco trzeźwą ocenę systemu, którego jest częścią i twarzą. – Walka z koronawirusem przekonała nas, że musimy odnowić nasze metody rządzenia – napisał. Zasugerował, iż potrzeba mniej kontrolowania wszystkiego i wszystkich, za to więcej organizacji pozarządowych, sprzyjania oddolnej aktywności obywateli. To ostatnie już się dzieje: w Ghom powstały oddolne grupy wolontariuszy i wolontariuszek wspierające osoby starsze i uboższe, biorące na siebie sprzątanie i dezynfekowanie przestrzeni publicznej, upowszechnianie zasad higieny. Zagraniczne media pokazują takie sceny solidarności nieporównywalnie rzadziej, niż fanatyków szturmujących zamknięte meczety czy kolejne na poły obłąkańcze tyrady Najwyższego Przywódcy. Łatwiej podtrzymywać stereotypy o zacofaniu, niż pokazać tych Irańczyków, zwykłych ludzi, którzy – po raz kolejny na przestrzeni ostatnich dekad – nie chcą poddać się przeciwnościom nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Koronawirusa narodzin teorie spiskowe

Dziennikarze czołowych amerykańskich gazet New York Times, Washington Post i Wall Street Journal muszą pożegnać się z Chinami: władze unieważniły ich lokalne legitymacje. Razem 13 reporterów będzie musiało wrócić do domu. Oba wielkie kraje kłócą się o opowieść o pandemii. To, co sugerują Chińczycy, nie jest teorią spiskową, jak utrzymują Amerykanie, bo właściwie nie mieści się w definicji.
Ale pekińska wersja ma fabularne odnogi, które wyglądają podejrzanie.

O co chodzi Chińczykom? Dlaczego wyjeżdżają z tezą, że pandemia narodziła się w Stanach Zjednoczonych? Czy są wariatami? Podłymi propagandystami? Kierują nimi najniższe uczucia? Według mediów, Chiny złośliwie sieją teorie spiskowe. Podniosły się u nas rytualne głosy, że wszystkiemu jest winien Putin, a ci, którzy podejrzewają, że epidemia wzięła się skądinąd niż z Chin, to nieświadome końcówki jego oślizłych macek. Na szczęście Polacy są ostrzeżeni. Powstały nawet internetowe rankingi teorii spiskowych.
Według definicji teorii spiskowej, musi w niej występować element ukrywania czegoś przed ludźmi. Chiny właściwie nie zarzucają Amerykanom, że zataili epidemię Covid-19, która miała wybuchnąć w USA w sierpniu-wrześniu zeszłego roku, tylko, że jej nie zauważyli. Interpretuje się to na ogół jako propagandowe kontruderzenie Chińczyków, którzy nie mogli znieść ciągłego nazywania w Stanach koronawirusa „chińskim”, „Made in China” itp. Ich zdaniem, takie stawianie sprawy prowadzi do rasizmu i nie odpowiada prawdzie.
Było ich 300
Tłem chińskiej wizji jest wojna handlowa, którą prezydent Trump wydał Państwu Środka, ale w centrum obrazu widać raczej amerykańskie niedbalstwo, niż jakąś przemyślaną strategię. 12 marca dr Robert Redfield, szef CDC (Centers for Disease Control and Prevention) – centralnego organu USA koordynującego walkę z wirusem, powiedział, że w ubiegłym roku niektórych pacjentów, którzy mieli umrzeć na grypę, źle zdiagnozowano. Dopiero po ekshumacjach i ponownym przebadaniu okazało się, że to ofiary Covid-19. Redfield wskazał wrzesień 2019 r. jako prawdopodobny początek epidemii, lecz nie podał szczegółów.
Rzecznik chińskiej dyplomacji Zhao Lijian zadawał wtedy z Pekinu natychmiastowe pytania: „Gdzie jest pacjent zero? Ile było ofiar?”. To pasowało mu do do tezy, że epidemia nie zrodziła się w Wuhan w listopadzie, jak wszyscy dziś myślą, tylko w Stanach, w sierpniu-wrześniu. Zarazę do Wuhan mieli przywlec amerykańscy żołnierze, którzy prawie do końca października uczestniczyli w miejscowych Igrzyskach Wojskowych. Było ich 300, wychodzili na miasto, a jeśli część była zarażona…
100 proc. bio
Biały Dom wyśmiał te pytania i na żadne nie odpowiedział. A Amerykanie mogli przegapić początek epidemii. Już zdarzało się w historii plag wirusowych, że miejsce, które wydawało się wielkim ogniskiem, nie było nim wcale. Wygląda też, że Stany Zjednoczone są słabo przygotowane. Imperium działało nieświadomie. Nie wiadomo, jaka była skala pomyłek diagnostycznych. Pekin podejrzewa Pentagon, że nie badał jak trzeba swoich ludzi, bo nie wiedział, że trzeba.
W prasie internetowej przypuszczalne amerykańskie pochodzenie zarazy szybko obrosło koroną teoretycznych odrostów opartych na domysłach i analizach, zależnych czasem od pozycji na mapie. Teoria, jakoby Amerykanie mieli „stworzyć” tego koronawirusa drogą jakiejś inżynierii natrafia na poważne trudności. Atak biologiczny na przeciwnika wojny handlowej? To się wydaje za grube, a poza tym znawcy przekonują, że w kodzie genomu wirusa byłoby widać ludzką interwencję. Nie są politykami, nie muszą kłamać. Według nauki, koronawirus jest 100 proc. bio, beztroskim dzieckiem natury.
Fort Detrick
Zwolennicy teorii „sztucznego” wirusa wskazują na kłopoty administracji amerykańskiej z bazą Fort Detrick, Maryland. To były ośrodek doskonalenia śmiercionośnych broni biologicznych. Tu badano wirusy nietoperzy, aż Stany Zjednoczone podpisały układ o niestosowaniu takich broni i Fort Detrick ograniczył działalność. Według źródeł amerykańskich, sporo zeń wyniesiono, w tym materiał biologiczny.
Ale to było dawno. Latem zeszłego roku usłyszano o dawnej bazie jeszcze raz, gdy zakazano tam badać ebolę i inne niebezpieczne wirusy: niektóre gdzieś ginęły. Ale dlaczego koronawirus miałby pochodzić właśnie stamtąd? Aż tak zaawansowanych eksperymentów tam nie robiono. Zarazek był najpewniej odzwierzęcy, mógł się pojawić w każdym zakątku Ameryki. Jest zresztą typowy dla tego regionu świata, jeśli wierzyć cytowanym naukowcom z Dalekiego Wschodu.
Teoria hard
Jedną z odnóg ogólnych podejrzeń stanowi też tradycyjne spoglądnie w kierunku Izraela. Impulsem do oskarżeń było ogłoszenie w lutym, że Izraelczycy mają prawie gotową szczepionkę na koronawirusa. Skoro już mają, to dlatego, że wszystko wiedzieli – sugerują niektórzy autorzy. Podają przykład amerykańsko-izraelskiego wirusa komputerowego Stuxnet, który miał uderzyć w Iran, ale przyniósł szkody na całym świecie, cytują wysoko postawionych przedstawicieli lobby pro-izraelskiego wyrażających satysfakcję z liczby ofiar koronawirusa w Iranie. To za mało.
Laboratorium z północnego Izraela, które wyrwało się przed orkiestrę, podlega ministerstwu rolnictwa, nie obrony. W lutym rzeczywiście ogłosiło, że „za kilka tygodni” będzie miało szczepionkę na koronawirusa, lecz w tzw. międzyczasie znacznie spuściło z tonu. Możliwe, że nasz koronawirus jest prawie doskonałym bliźniakiem zarazka wywołującego bronchit u kur, ale od tego do szczepionki jeszcze daleko. Podany termin jest nierealistyczny, nawet gdyby prace były zaawansowane. Izraelczycy wyskoczyli z tym jak filip z konopi, to wszystko. Iran cierpi, ale nie jest jedyną ofiarą wirusa.
Rzeczywiście, Mark Dubowitz, dyrektor wykonawczy amerykańskiej organizacji proizraelskiej Fundacji Obrony Demokracji (FDD), pisał na Twitterze, że „koronawirus robi to, do czego niezdolne były sankcje amerykańskie: wstrzymał irański eksport pozanaftowy”, w czym można ujrzeć satysfakcję, ale najważniejsze było jego przekonanie, że „koronawirusa rozsiewa Iran”, a to jest dopuszczalną formą teorii spiskowej, marginalną zresztą. W każdym razie, teoria antyizraelska wygląda, jakby bliżej jej było do Protokołów Mędrców Syjonu (dziejowego wzorca teorii spiskowej), niż do faktów. Irańczycy nie rozdrabniają się na ogół, głoszą, że to Ameryka ściągnęła „to diabelstwo” na naszą planetę.
Wielkie moce
Teorie spiskowe dzielą się na oficjalne i nieoficjalne, do przyjęcia i do odrzucenia. Ich elementy, jak przypisywanie destrukcyjnej wszechmocy wyznaczonej grupie, krążą po obu stronach barykady. Np. ci, którzy pogardliwie wyśmiewają się z obsesji PiSu „to wina Tuska”, biorą poważnie doniesienia, według których knujący Putin jest odpowiedzialny za onanizm w Paryżu. Amerykańsko-chińskie szarpanie się w sprawie usuwania Chińczyków pracujących w chińsko-amerykańskich mediach i późniejsze retorsje mocno podniosły ton w sprawie, która w zasadzie mało kogo dziś interesuje. Co za różnica, skąd to się konkretnie wzięło, skoro już jest?
Tym niemniej Amerykanie ulegli europejskim namowom i w nieujawnionej skali zmniejszą swój udział w przewidzianych na przyszłe miesiące wielkich manewrach wojsk lądowych USA na naszym zabarykadowanym kontynencie. Przemarsz wojsk miał sprawdzić drogę czołgów z Zachodu do granicy Rosji w krajach bałtyckich, czy mosty wytrzymają, itp. Od lutego we włoskich, francuskich i niemieckich portach wyładowywano sprzęt, a pierwsze jednostki z Ameryki zaczęły lądować na początku marca. Oczywiście nikt oficjalnie nie podejrzewa Amerykanów o rozsiewanie wirusa, ale mogą to robić nieświadomie. Ich wojsko jest jednak trochę podejrzane, mimo wszystkich zaprzeczeń.
Stany Zjednoczone postanowiły jednocześnie, że „bezpieczna wirusowo” część lotnicza ćwiczeń Defender Europe 2020 jednak się odbędzie w pełnej skali. Lecą do nas strategiczne, „niewidzialne” i bardzo drogie bombowce amerykańskie B-2 Spirit. Każdy może przenosić po 16 bomb termonuklearnych typu B-61 lub B-83. To z grubsza 1200 bomb na Hiroszimę w jednym samolocie. Rosja oczywiście sądzi, że to niepotrzebne w obecnej sytuacji. Wpływ obecności amerykańskich żołnierzy w Europie na rozpowszechnienie się koronawirusa jest raczej marginalny i dzięki ćwiczeniu nalotów atomowych taki pozostanie.
Historie pandemiczne
W tak wyjątkowych warunkach walka różnych propagand wygląda trochę komiksowo. Trump nie wahał się obrzucać Chin „winą” za epidemię, teraz nadchodzi chińska kontra, w postaci opowieści alternatywnej. Powiedziałoby się, że zaraz oba mocarstwa zaczną rozbijać garnki wiszące na płocie. Chiny jednocześnie pomagają, komu mogą. Amerykanie nie wypadają na geniuszy. Dopóki nie zrobią odpowiednich badań nad przebiegiem epidemii, kwestia pierwotnego ogniska pandemii pozostaje właściwie otwarta i drugorzędna. Trump tymczasem postanowił zwalczać chorobę lekarstwem stosownym przez Chińczyków, chlorochiną, co wygląda paradoksalnie na tle jego antychińskich wyskoków.
Teorie spiskowe, ciemne opowieści, zawsze towarzyszyły uniwersalnym katastrofom, są więc czymś naturalnym. Opierają się często na różnych niedomówieniach władzy, prawie zrozumiałych w tym zamęcie. Niektóre, napiętnowane z początku, potwierdzają się w przyszłości, ale z braku twardych dowodów lub sensu wszystkie są wątpliwe.

Wirus zjada gospodarkę

Część osób straci swoje źródła utrzymania, może czekać nas także fala bankructw. Skutki społeczne będą zapewne ogromne.

Początek 2020 roku zostanie zapamiętany jako okres globalnej walki z wirusem, który przez swoją zjadliwość i praktycznie nieskrępowaną mobilność ludzkości rozprzestrzenił się na niespotykaną dotąd skalę. Można szacować, że w najbliższych dniach liczba osób zainfekowanych przekroczy zapewne 200 tys. osób na całym świecie.

W skali całej populacji może się to wydawać niewiele, ale praktycznie wszystkie rządy na świecie podejmują działania, by ta liczba nie zwiększyła się w znaczący sposób. Oznacza to jednak bezprecedensowe skutki dla przyjętego dotychczas modelu życia, jak i całej gospodarki.

Walka z pandemią

Bezpośrednim skutkiem walki z pandemią jest i będzie bezprecedensowy w ostatnich latach spadek międzynarodowej wymiany gospodarczej. Z uwagi na zamknięcie granic, centrów handlowych, restauracji, obiektów kulturalnych w najbliższych miesiącach drastycznie spadnie konsumpcja prywatna.

Część sektorów gospodarczych, jak branża rozrywkowa, restauracyjna, a przede wszystkim branża turystyczna i transportowa musi przygotować się na gwałtowne spowolnienie. Na chwilę obecną poza Azją, gdzie drakońskie ograniczenia w mobilności mieszkańców zaczęły przynosić wymierne skutki, trudno jest mówić o wygranej z wirusem, za wcześnie więc jest szacować całą skalę problemu.

Pandemia COVID-19 ma swoją genezę w Chinach, gdzie do dziś mieszka najwięcej osób dotkniętych chorobą. Podjęte przez rząd chiński działania zapobiegawcze wyłączyły jednak dużą część chińskich mocy produkcyjnych, co będzie miało bezprecedensowy wpływ na globalne łańcuchy dostaw. Cześć komponentów, jak zaawansowana elektronika czy odzież są produkowane w dużej mierze właśnie w Azji Południowo – Wschodniej. Przedsiębiorstwa z innych regionów świata, też już dotknięte skutkami pandemii, będą musiały sobie poradzić bez tych czynników produkcji. Sytuacja w znaczący sposób spowolni więc globalną gospodarkę, przynajmniej w pierwszym półroczu bieżącego roku.

Na krajowym gruncie

Najwcześniej wpływ koronawirusa dotknął w Polsce branże eventową (imprez i spotkań) oraz turystyczną. Zamknięcie galerii handlowych spowolni cały sektor sprzedaży detalicznej. Odczują to zarówno poszczególne przedsiębiorstwa, jak i krajowy budżet, który zostanie pozbawiony znaczącej wartości wpływów podatkowych.

Wszystko będzie zależało od czasu trwania pandemii, ale należy przygotować się na krótkotrwałe spowolnienie gospodarcze, bądź nawet krótkoterminową recesję. Skutki społeczne będą zapewne ogromne, część osób straci swoje źródła utrzymania, może czekać nas także fala bankructw części przedsiębiorstw.

W najbardziej czytelny sposób wpływ pandemii widać, jeśli spojrzymy na giełdowe indeksy. Indeks WIG20 spadł do poziomów obserwowalnych ostatnio podczas kryzysu finansowego z 2008 r. Dzienny spadek indeksu potrafił osiągnąć wartość ponad 13 proc. Niewiele lepiej zachowywały się indeksy globalne, konsumując cały wzrost wygenerowany w ostatnich dwóch latach.

Działania wspomagające

W najbliższych miesiącach możemy spodziewać się bezprecedensowych działań ze strony polityki monetarnej i fiskalnej. Stopy procentowe niemal na pewno zostaną obniżone, wprowadzona zostanie stymulacja monetarna.

Jeszcze mocniejszy efekt zobaczymy ze strony polityki fiskalnej, gdzie rządy będą musiały przeciwdziałać negatywnym skutkom dla gospodarki. Prawdopodobnie poluzowane zostaną kryteria fiskalne dotyczące zadłużenia. Wprowadzone zostaną obniżki podatków oraz subwencje dla najsilniej dotkniętych kryzysem sektorów gospodarczych.

Być może rozwój zasięgu wirusa będzie katalizatorem dla odważniejszych zmian w strukturze międzynarodowych stosunków gospodarczych, jak i w samym sposobie pracy. Tak jak epidemia dżumy z XIV w., która poza ogromnym spustoszeniem demograficznym Europy Zachodniej, stała za zmianą stosowanych od lat czynników produkcji, rozwojem manufaktur i wzrostem zamożności europejskiego społeczeństwa w kolejnych wiekach.

W obecnej sytuacji głównym problemem, oczywiście znanym od dawna, jest koncentracja niektórych środków produkcji w Chinach. Pomimo świadomości problemu, wcześniej brakowało impulsów do zdecydowanych zmian. Być może obecny model globalizacji gospodarki za kilka lat będzie wyglądać zupełnie inaczej. Niektóre projekty już się toczą.

Kolejnym czynnikiem może być intensyfikacja istniejących trendów, jak dalszy rozwój handlu na odległość, w coraz bardziej zaawansowanych formach, czy zmiana systemu pracy ludzi (wzrost znaczenia pracy zdalnej, stworzenie nowych efektywnych rozwiązań wspierających te trendy). Możliwości można wymieniać w nieskończoność. Jest też w tym duża szansa dla Polski, jeśli oczywiście odpowiednio szybko poradzimy sobie ze skutkami pandemii.

Szansa dla rynku

Po ostatnich przecenach wiele spółek na krajowej giełdzie stało się śmiesznie tanich. Nie sugeruję oczywiście wchodzenie na ślepo na rynek, gdyż nie wiemy, jak długo potrwają spadki. Jednak taki niski poziom wycen jest idealnym momentem na stopniowy wzrost  zaangażowania w akcje, z myślą o perspektywie 3 do 5 lat. Wybierać należy branże, które dostały rykoszetem przy globalnej wyprzedaży.

Co robić obecnie?. Przede wszystkim zachować spokój. Nawet jeśli dotkną nas skutki pandemii, nie musi to oznaczać najgorszego scenariusza. Jeśli zostaliśmy zmuszenia do pozostania w domu, można ten czas wykorzystać na własny rozwój oraz poświęcić go rodzinie.

W dłuższym terminie gospodarki odbiją, a dynamiczny wzrost zawsze daje więcej szans niż zagrożeń. Nawet jeśli obecnie jest trudno, należy to ze spokojem przeczekać i z optymizmem patrzyć w przyszłość. Być może będzie ona inna niż przed pojawieniem się epidemii COVID-19, ale wierzę, że przyniesie ona nie tylko złe, ale też dużo dobrych zmian.

Hiszpania przejmuje prywatną służbę zdrowia

Lewicowy rząd Hiszpanii w ramach ogłoszonego w niedzielę stanu wyjątkowego przejmie kontrolę nad prywatnymi placówkami medycznymi. Ponadto wszystkie prywatne podmioty, które produkują lub mają na stanie maseczki ochronne, preparaty odkażające i testy na koronawirusa mają obowiązek w ciągu 48 godzin o tym poinformować.

Centrolewicowy rząd Pedro Sancheza chce zrobić wszystko, by powstrzymać dalsze postępy epidemii. I nie ograniczył się do wezwania obywateli, by nie wychodzili z domów w absolutnie żadnym wypadku, chyba że potrzebują kupić żywność lub lekarstwa.
W wygłoszonym w niedzielę wieczorem oświadczeniu minister zdrowia Salvador Illa oznajmił, że wszystkie prywatne placówki medyczne zostaną podporządkowane potrzebom państwowego systemu służby zdrowia. Hiszpańskie media nie wahają się pisać – na wyrost – o „nacjonalizacji”, chociaż środek będzie tymczasowy: prywatne szpitale przejdą pod kontrolę regionalnych władz jedynie na czas stanu wyjątkowego, póki będzie trwała walka z koronawirusem. Na tym jednak nie koniec. Decyzją władz regionalnych dowolne obiekty, publiczne i prywatne, będą mogły zostać zaadaptowane na cele walki z epidemią.
Rząd wydał również specjalne polecenie wszystkim firmom, które produkują lub mają na stanie leki i sprzęt medyczny, a także ochronne maski i rękawiczki. Podmioty takie dostały 48 godzin (począwszy od niedzieli wieczorem) na poinformowanie władz publicznych o swoich zapasach i możliwościach produkcyjnych, pod groźbą mandatów. Łatwo się domyślić, że kolejnym krokiem może być rekwizycja i/lub przymusowe zwiększenie produkcji preparatów i przedmiotów ratujących życie. Do walki z epidemią zostaną zaangażowani również studenci ostatniego roku studiów medycznych; ich obowiązkowa rezydentura w szpitalach zostanie wydłużona.
Hiszpania zamierza również ograniczyć o 50 proc. liczbę wewnętrznych połączeń lotniczych i morskich, a nawet o 85 proc. – kursy państwowego przewoźnika kolejowego Renfe. O tym, co z transportem publicznym na skalę lokalną, zdecydują samorządy. Stan wyjątkowy w kraju potrwa co najmniej 15 dni.

Koronawirus a wybory prezydenckie w USA i Polsce

W sposób zupełnie niespodziewany okazuje się, że czynnikiem przesądzającym o wynikach wyborów prezydenckich zarówno w Stanach Zjednoczonych (w listopadzie br.), jak i w Polsce (w maju, o ile ich termin nie zostanie przesunięty) może okazać się sytuacja związana z pandemią koronawirusa, jej rozwój, a zwłaszcza sposób radzenia sobie władz z tym nowym jakościowo wyzwaniem.

Pamiętając o starej maksymie niemieckiej „Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”) dostrzega się od razu szereg elementów wspólnych. To przede wszystkim sytuacja ekonomiczna. Nad Wisłą wysoka inflacja, spadek wartości złotego,a nawet groźba recesji (do kategorii bajek należy już włożyć opowieści członków rządu,szczególnie premiera, o budżecie bez deficytu) budzą uzasadniony niepokój. W USA, m.in.po kontrowersyjnych decyzjach Donalda Trumpa o ograniczeniu wjazdów do Stanów i pół-blokadzie połączeń lotniczych, doszło do niemal paniki na giełdach. Otwarcie porównuje się to z tzw. Czarnym Poniedziałkiem z października 1987r. Indeks Dow Jones spadł o 9,99 proc. , Nasdaq o 9,43 proc. ,a S&P o 9,51 proc. . Zamknięto Disneyland w kaliifornijskim Anaheim i nie gra się przedstawień na Brodway’u.
I nad Wisłą i nad Potomakiem kampanie wyborcze zmieniły swój charakter. Z oczywistych względów nie ma dużych wieców,a kandydaci mniej jeżdżą po kraju. Wspólne pozostaje też silne przekonanie,iż trwa teraz test kompetencji oraz przywództwa politycznego. I on może mieć znaczenie decydujące.Jednak ze względu na różnice w systemie politycznym wynik tego testu łatwiej jest ocenić w prezydenckim systemie amerykańskim niż w naszym parlamentarno-gabinetowym.
Paradoksalnie moim zdaniem także więcej w tym momencie da się powiedzieć o szansach wyborczych czołowych kandydatów w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. W USA de facto pozostało już tylko trzech liczących się graczy: Trump oraz dwójka Demokratów: Joe Biden (przez dwie kadencje wiceprezydent u Obamy) i senator Bernie Sanders z Vermontu o lewicowych poglądach,który obecnie mocno akcentuje m.in. słabości amerykańskiej służby zdrowia, szczególnie brak podstawowych ubezpieczeń w tej sferze dla dużej części społeczeństwa. To klasyczny socjaldemokrata koncentrujący się na istniejących nierównościach.
Uważam,iż szanse aktualnego prezydenta USA na reelekcję bardzo zmalały. Traci zaufanie społeczne,zaś jego główny argument wyborczy,iż sytuacja ekonomiczna obywateli jest lepsza aniżeli przed objęciem przez niego funkcji głowy państwa wyraźnie traci na aktualności. Ponadto lekceważył zagrożenie koronawirusem (odmówił nawet zaszczepienia się),co przypominało jego kuriozalne podważanie tezy o ocieplaniu się naszej planety.Prawybory wśród Demokratów (szczególnie w Michigan) wykazały,iż w tzw. pasie rdzy (także w Ohio i Wisconsin), gdzie przed 4 laty Trump wygrał o włos, poglądy Republikanów są gorzej odbierane.Biden ma większe szanse od Sandersa, m.in. ze względu na duże poparcie wśród Afroamerykanów i społeczności hiszpańskojęzycznej oraz bardziej centrowe poglądy. Ma także większe polityczne doświadczenie.
Z pewnością Sanders,z którym sympatyzuję i który będzie walczył do końca ma wielkie poparcie wśród młodego pokolenia, ale jego przedstawiciele-podobnie jak w Polsce-często nie idą do urn. W miniony czwartek w przemówieniu w Burlington,gdzie kiedyś był burmistrzem, sformułował bardzo daleko idącą tezę,iż liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa może być większa niż liczba Amerykanów zabitych w ciągu II wojny światowej (szacuje się ją na ok. 400 tys.).
W Polsce trudno przewidzieć rozwój sytuacji w najbliższym czasie tak politycznej, jak i na płaszczyźnie walki z wirusem. Podjęto wprawdzie szereg niezbędnych kroków,ale zarazem ujawniły się liczne niedostatki jeśli chodzi np. o wyposażenie pracowników służby zdrowia, sprzęt, czy kwestie organizacyjne. Jeśli sytuacja będzie się komplikować,to logiczne byłoby przesunięcie daty wyborów prezydenckich, gdyż obecnie kandydaci nie mają równych szans. A generalnie uważam , że korzystna byłaby dla Polski i świata zmiana dotychczasowych lokatorów tak Białego Domu, jak i Pałacu Namiestnikowskiego.

Pokazuję co naprawdę się dzieje w Chinach

“Zrobiłem to ze względu na babcię i siostrę, które są w Polsce i bardzo panikują. Przez codzienne telefony z domu i prośby o pilny powrót, zdecydowałem się publikować filmiki dla rodziny i bliskich aby pokazać jak to naprawdę wygląda, że nie jest tak źle jak to pokazują polskie media” – mówi Denis Gierczak.

Polak, pracuje i mieszka ze swoją chińską dziewczyną w Szanghaju od czterech lat. W ciągu kilku dni od wybuchu epidemii koronawirusa w Chinach, zaczął filmować i robić wideo, aby pokazać swoje miasto w mediach społecznościowych.

Kasia Le, Polka, która od 10 lat mieszka w Zhoushan (ponad 200 kilometrów na południe od Szanghaju), również zaczęła dokumentować swoje życie po wybuchu epidemii. Od momentu przybycia do Chin zaczęła blogować o tym, jak szybko zmieniają się Chiny.

„A czemu teraz zaczęłam pisać? Dlatego, że w mediach ukazuje się wiele przekłamanych informacji na temat obecnej sytuacji. Czytam, że nie mamy co jeść, bo półki sklepowe są puste, że jesteśmy więzieni, musimy siedzieć zamknięci w domach. Teściowa nie śpi po nocach, bo martwi się o mnie i wnuczkę. Zaczyna podejrzewać, że ją okłamuję, bo jestem podejrzanie spokojna. Chciałam pokazać jak to rzeczywiście wygląda w mojej okolicy. Obecnie jest spokojnie, ludzie stosują się do zaleceń miejscowych władz i wszyscy liczą na szybki powrót do normalności” – opowiada Kasia.

Na filmach zrealizowanych przez Denisa pokazywane są towary w supermarkecie i mieszkańcy stojący w kolejce po maski.

„Przez pierwsze dni popyt przekraczał podaż, ale potem sytuacja się ustabilizowała i raczej nie brakuje żadnych przedmiotów codziennego użytku. Praktycznie cały czas próbujemy robić zakupy w sklepach stacjonarnych. Aby ograniczyć sytuacje, kiedy mnóstwo ludzi stoi w kolejkach do aptek – co zwiększa ryzyko zakażenia – w niektórych miastach chińskich wprowadzono specjalny system zdalnego zakupu maseczek. W Szanghaju możesz zapisać w systemie dystrybucji masek prowadzonym przez administracje osiedli” – wyjaśnił Denis.

Z zakupami nie było i nie ma żadnych problemów dla Kasi. Od początku epidemii do dnia dzisiejszego w markecie są wszystkie niezbędne produkty. Otwarte są również małe sklepiki w których można kupić najpotrzebniejsze rzeczy.

„Zdarza mi się robić zakupy online. W tej kwestii zmieniło się tylko to, że nie są dostarczane pod drzwi jak to było wcześniej, trzeba się wybrać na główną bramę osiedla aby je odebrać, gdyż nie są wpuszczani ludzie z zewnątrz. Ale tak się dzieje również jak nie ma epidemii, bo wiele osiedli w Chinach jest strzeżonych i nie wpuszcza się obcych na ich teren” – wyjaśnia Kasia.

W celu kontroli rozprzestrzeniania się epidemii wiele chińskich miast wdrożyło ścisłe środki zarządzania, a osiedle, w których mieszka Denis, są podobnie zarządzane.
„W tej chwili jedynie mieszkańcy mogą wejśc na teren osiedla po uprzedniej kontroli temperatury i pokazywaniu przepustki wejściowej. Kurierzy nie mogą wjechać na osiedla i wszystkie przesyłki lub jedzenie muszą być zostawiane, lub odbierane bezpośrednio przed bramą. Dodatkowo każda osoba powaracająca spoza Szanghaju musi się zgłosić u administracji osiedla i zgłosić swoją podróż. Po tym czasie jest rekomendowana 14 dniowa kwarantanna. Codziennie wolontariusze informują ludzi o środkach zapobiegwaczych jak mycie rąk, przewietrzenie pomieszczeń, noszenie maseczek itp. Jest rekomendowane pozostawanie w domach. Działania są zakrojone na bardzo obszerną skalę” – opowiada Denis.

W odpowiedzi na krytykę chińskiego ograniczenia praw człowieka, w opinii Kasi wszystkie te środki są z korzyścią dla ludzi.

„Środki podjęte przez rząd chiński, uważam za bardzo dobre. Myślę, że tylko w taki sposób można wyodrębnić osoby już chore i nie dopuścić do przemieszczania się wirusa w tak ogromnej populacji. Można widać duże zaangażowanie i ciężką pracę ludzi pilnujących tych kontroli” – wyjaśniła Polka.

Z powodu epidemii wszystkie szkoły podstawowe i średnie oraz przedszkola w całym kraju zostały zamknięte. Pod koniec lutego chińskie Ministerstwo Edukacji wydało zawiadomienie, że zasadniczo szkoły nie zostaną otwarte, dopóki sytuacja epidemii nie zostanie opanowana. Szkoła, w której znajduje się córka Kasi, również przełożyła datę rozpoczęcia nauki. Od 17 lutego jej córka rozpoczęła naukę online w domu. Szkoła przywiązuje dużą wagę do edukacji.

„U mojej córki w szkole system nauczania jest bardzo dobrze zorganizowany. Jest bardzo dobry kontakt ucznia z nauczycielami. Pokaz slajdów, odpytywanie w trakcie wykładu, prace domowe. Nauczyciele pilnują przerw między lekcjami i przypominają, żeby odkładać komputery w czasie przerwy z obawy na oczy. Kontaktują się z rodzicami aby w takiej sytuacji kontrolowali czas spędzony na telefonach, laptopach i innym sprzęcie” – opowiada mama dziewczynki.

Walka z epidemią to także udział dużej liczby personelu medycznego na pierwszej linii frontu. Po wybuchu epidemii personel medyczny w całym kraju pomagał Wuhanowi, a większość z nich zgłosiła się na ochotnika, ryzykując życiem. Aby pokazać szacunek i wsparcie dla nich, Kasia i jej polska przyjaciółka przetłumaczyły chińską piosenkę „Ruszajmy, kierunek światło”, która jest dedykowana dla wszystkich osób ciężko pracujących i walczących na linii frontu w zapobieganiu epidemii, na różne języki obce.

„Chciałam im przekazać, że jestem pełna podziwu dla ich morderczej pracy, szczególnie dla tych, którzy są na pierwszej lini zagrożenia. Życzę im z całego serca dużo zdrowia i siły. Z mojego miasta pojechała ekipa lekarzy i pielęgniarek do Wuhanu aby zmienić osoby tam będące. Jest wśród nich moja koleżanka Denny, którą bardzo w myślach wspieram” – tłumaczy Polka.

Denis wykorzystał również swoje siły, aby pomóc swojemu miastu przetrwać epidemię. Po tym jak ujrzał inicjatywę krwiodawstwa zorganizowaną w Szanghaju dołączył do zespołu.

„Czterokrotnie uczestniczyłem w nieodpłatnym oddawaniu krwi, odkąd przybyłem do Chin. Wiem, że Chiny potrzebują teraz oddawania krwi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To może pomóc innym. Przybyłem z daleka. Jako gość w Chinach zostałem ciepło przyjęty przez Chińczyków. Stąd moja chęć zrobienia czegoś, aby pomóc Chińczykom” – opowiada Denis.

W ostatnich dniach Denis zaczął nagrywać swój powrót to pracy, także innych pracowników w całym Szanghaju. Wszyscy mają nadzieję na powrót do normalnego życia i pracy jak najszybciej, a tylko pozytywna energia może dać siłę do przetrwania.