Gadzinowski w Krakowie

Podczas spotkania członków i sympatyków Stowarzyszenia Pokoleń, które odbędzie się w piątek 23.07.2021 w Dolinie Będkowskiej Łowisko/pod Krakowem/, już od godziny 16.00,

będzie okazja do podyskutowania o polskich mediach lewicowych, ich obecnym stanie i przyszłości, z obecnym tam redaktorem naczelnym „Trybuny” Piotrem Gadzinowskim.

Starym zwyczajem redaktor Gadzinowski będzie pielgrzymował od pokoleń do pokoleń głosząc słowo lewicowe.

Poza nim organizatorzy przygotowali wiele innych jeszcze atrakcji.
Polecamy promocję nowej książki Sławomira Tabkowskiego,
znanego Czytelnikom „Trybuny” z licznych publikacji,
oraz spotkanie z nałogowym czytelnikiem „Trybuny”,
byłym prezydentem RP Aleksandrem Kwaśniewskim.

Nie lękajcie się – przybywajcie !”

Paragraf debilny

W Polsce najłatwiej jest obrazić prezydenta RP.  Najlepiej robić to publicznie, po pijaku, albo w Internecie. Potem, po chwilowych przykrościach, szybko zyskujesz mołojecką sławę i aureolę bojownika o wolność słowa.

Prezydenta RP obraża się łatwo, bo paragraf 2 art.135 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”, nie pozostawia prokuraturze drogi odwrotu. Zawiadomiona o popełnionym musi wszcząć postępowanie, nawet w głupiej sprawie, a sąd też musi zarzuconą „obrazę” osądzić. Waga artykułu 135 paragraf 2 kk nie zachęca prokuratur i sądów do oddalania oskarżeń.

Bezkarnie

W sojuszniczych USA sądy tego nie muszą, bo tam za znieważenie prezydenta zwyczajnie nie karze się. To gwarantuje przyjęta jeszcze w 1791 roku I poprawka do Konstytucji. Gwarantująca swobodę wypowiedzi i wolność prasy. W 1964 roku Sąd Najwyższy dodatkowo orzekł, że media mogą być sądzone za znieważenie funkcjonariuszy publicznych tylko wtedy, gdy udowodni się im działanie w „faktycznie złej wierze”.

W Wielkiej Brytanii też można już królową znieważać bezkarnie. Potwierdza to wypowiedz Prokuratora Generalnego z 2004 wykluczająca prowadzenie jakichkolwiek postępowań karnych dotyczących obrazy królowej. Gdyby ktoś koniecznie chciał być skazanym za obrazę królowej to musiałby swe obelgi połączyć z nawoływaniem do nienawiści rasistowskich lub religijnych.

Obowiązujący w Watykanie kodeks prawa kanonicznego nie przewiduje przestępstwa znieważenia papieża. Zapiekły znieważający mógłby zostać skazany, gdyby władze Watykanu zażądały zastosowania obowiązującego tam włoskiego kodeksu karnego. Od ponad 50 lat takiego wniosku nie było.
 Sankcje za obrazę głowy państwa nie obowiązują już w Republice Korei. Zniesiono je w 1998 roku, po kompromitującym władze procesie dziennikarza skazanego za krytykę poglądów prezydenta Kim Dae Junga. Nie karze się za takie przestępstwa na Ukrainie od 2001 roku i w Rosji od 2002 roku.

Można być w Rosji skazanym za „publiczną obrazę władz w czasie w wykonywania przez nich obowiązków służbowych”. Sankcje są niższe: grzywna, praca przymusowa, kolonia karna. Do tej pory za obrazę Putina ani Miedwiediewa nikogo jeszcze nie skazano.

Podobnie jest w Chinach. Kodeks karny nie zawiera już „przestępstw kontrrewolucyjnych”, oznaczających kiedyś też obrazę władz najwyższych. Dziś głowa państwa traktowana jest jak inni znieważani obywatele. Można za to dostać nawet 3 lata więzienia. Ale od 2000 nie było informacji o sankcjach za znieważenie prezydenta. Może dlatego, że do Chin powrócił konfucjanizm, zakładający, że dobrze wychowany człowiek swego szefa publicznie nie znieważa.

Niekaralność

Prawo niemieckie przewiduje karę, nawet do 5 lat więzienia, za znieważenie prezydenta republiki. Ale ściganie za obrazę uzależnione jest od zgody prezydenta. Podobnie w Japonii od zgody cesarza. Najstarsi niemieccy prawnicy nie pamiętają takiej zgody, a japońscy przypominają, że wedle zwyczajów cesarzowi nie wypada jej udzielać.
Dodatkowo, w 1990 roku, niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że „nawet poważne ataki na funkcjonariuszy państwowych, w tym satyryczne, mieszczą się w konstytucyjnie chronionej wolności wypowiedzi”.

Teraz trzeba przypomnieć, że w naszym porządku prawnym polski prezydent nie może zastopować, nawet głupiego prokuratorskiego postępowania, nawet kiedy nie czuje się być obrażonym.

We Francji istnieje za obrazę prezydenta odpowiedzialność karna, ale sankcje są łagodniejsze niż w Polsce. Grozi grzywna do 7500 euro lub 6 miesięcy więzienia. Jeśli obraza jest zbiorowa, jak gwałt, kara ulega podwojeniu. W przeciwieństwie do gwałtów, w praktyce sankcje za obrazę prezydenta pozostają we Francji na papierze.

Podobnie jest w Hiszpanii, we Włoszech, w krajach skandynawskich. Obraza głowy państwa zagrożona jest też więzieniem, nawet do lat pięciu. Ale wszędzie tam od przynajmniej trzydziestu lat nikt za taki czyn nie został skazany. Od dawna nie było tam za takie przestępstwo procesów sądowych. W Danii ostatni zanotowano w 1930 roku .

Karalność

Za obrazę głowy państwa karze się nadal na Białorusi, w Tadżykistanie i Kazachstanie. Najlżej w Kazachstanie, bo tam władze nakładają grzywny w wysokości kilkuset euro, co czasem też bywa dotkliwe. W Turkmenistanie od 2002 roku znieważenie głowy państwa równoznaczne jest zdradzie stanu i dożywotniemu więzieniu. Nie wiadomo ilu skazano.

Ochronę czci Domu Panującego Tajlandii wpisano do Konstytucji. W tajskim kodeksie karnym mamy aż dziesięć typów zniewag króla i odpowiednią drabinę sankcji. W kwietniu 2006 roku skazano dziennikarza gazety „Fah Diew Kan” jedynie za wywiad z osobą wypowiadającą się obraźliwie. W Tajlandii jest cenzura prewencyjna, widać musiała zaspać. Nie zaspała w przypadku filmu „Anna i król” z Jodie Foster, bo Tajlandzka Rada d/s Filmów orzekła, że scenariusz znieważa króla Mongkuta panującego w XIV wieku. Nie dopuściła do jego projekcji.

Bezmyślność

W III RP próbowano karać za zniewagi prezydentów Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i Komorowskiego. Wydarzenia zyskiwały medialny rozgłos, ale żaden z oskarżonych w więzieniu nie siedział. W październiku 2006 roku Trybunał Konstytucyjny uznał, że przestępstwem ściganym przez prokuraturę może być jedynie znieważenie funkcjonariusza państwowego w trakcie pełnienia przez niego czynności służbowych.  Warto dodać, że wedle obowiązującego w RP prawa każdy funkcjonariusz publiczny RP i nawet „osoba do pomocy mu przybraną podczas lub w związku z pełnieniem  obowiązków służbowych” podlegają innej ochronie przed znieważeniem. Artykuł 226 paragraf 1 kodeksu karnego przewiduje za to sankcje w wysokości: grzywny, karze ograniczenia wolności, albo pozbawienia wolności do roku.

Prezydent RP jest formalnie najważniejszym z funkcjonariuszy publicznych w naszym kraju, choć największego zakresu władzy nie ma. Nietrudno dziś zauważyć, że chroniący urząd prezydenta przed obrazami paragraf 2 art.135 kodeksu karnego nie spełnia swego zadania. Nie chroni faktycznie powagi głowy państwa. Zmusza jedynie prokuraturę i sądy do marnowania swego czasu i pieniędzy podatników na analizę wypowiedzi mieszcząca się w obecnych normach politycznej polemiki.

W 2007 roku, kiedy byłem posłem RP, złożyłem do laski marszałka Sejmu RP, popierany przez SLD,  projekt ustawy  uchylający paragraf 2 art.135. Wnosiłem też o uchylenie  paragrafów 3 i 4 art.136. Tam trzy lata więzienia grożą za obrazę głowy obcego państwa.

Gdyby polscy miłośnicy  prezydentów Aleksandra Łukaszenki, Kim Dzong Una i Władimira Putina byli bardziej aktywni, to mogliby nasłać prokuraturę na liczne polskie media. Regularnie obrażające tych prezydentów.

Jedynym do tej pory skazanym w III RP z tych paragrafów jest redaktor Jerzy Urban. Za „obrazę” ówczesnej głowy państwa watykańskiego, papieża Jana Pawła II, w felietonie satyrycznego tygodnika „Nie”.

Mój projekt pozostał w „zamrażarce” marszałka Sejmu RP. Nie wzbudził entuzjazmu posłów rządzącego wówczas PiS ani PO, myślących wtedy o prezydenturze dla Donalda Tuska.

Pan prezydent Duda ma inicjatywę ustawodawczą i mógłby owe debilne paragrafy znieść. Ale nie deklaruje tego.

Dlatego apeluję do Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy. Usuńcie paragrafy 135 i 136 z polskiego kodeksu karnego.

Odszedł

Odszedł

Andrzej WAWRZYNIAK

Dyplomata, wybitny znawca sztuki orientalnej, założyciel

oraz długoletni dyrektor Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie

Dla obywateli wielu krajów azjatyckich, zwłaszcza Indonezji,

ale także Wietnamu, Nepalu, Laosu, Sri Lanki i Afganistanu był jednym

z symboli Polski.

Łączymy się w bólu z Rodziną i Bliskimi Andrzeja

Piotr Gadzinowski

Tadeusz Iwiński

Zdziwienie ze zdziwienia i krewetce śmierć

Bartosz Rydliński znany jest mi z wywiadu, którego udzielił uprzejmie dla naszego portalu oraz aktywności jako utytułowany działacz socjaldemokratycznego Centrum im. Daszyńskiego i koordynator projektów Fundacji Amicus Europae Aleksandra Kwaśniewskiego. Miło nam się gawędziło, a to, z czego szczególnie zapamiętałem pana Bartosza, to jego szczera i bezkrytyczna obrona NATO jako gwaranta pokoju światowego. Tym bardziej zdziwiło mnie zdziwienie Rydlińskiego wyrażone w jego ostatnim komentarzu dla portalu Strajk. W nim dziwi się Autor gorliwości, z jaką część lewicy popierała Trzaskowskiego: „(…) jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego”.

To ja się jednak dziwię temu zdziwieniu. Bartosz Rydliński dopiero teraz się obudził? Nie widział wcześniej, jak jego lewicowy podobno pryncypał firmował powstanie w Polsce więzień CIA, które były zaprzeczeniem nie to, że lewicowych wartości, ale podstawowych praw człowieka? Jak przytulał się do liberalnych polityków?

Pan Rydliński konstatuje „kolejny rozdział swojej nielojalności względem lewicy” Włodzimierza Cimoszewicza. No wolne żarty… Cimoszewicz? Lewica? Lojalność? Tych trzech słów nie należy pochopnie stawiać obok siebie. Ten absolwent programu Fulbrighta wielokrotnie demonstrował swoje przywiązanie do liberalnych wartości i chęć współpracy z liberalnymi działaczami.

Mówiąc krótko, już dawno przecież było widać, że podstawową troską socjaldemokratycznych ugrupowań w polskim parlamencie było poklepanie po plecach przez neoliberalna prawicę i przyjęcie z ich rąk czegoś w rodzaju świadectwa przyzwoitości. Nigdy tego oczywiście nie dostali i nie dostaną, ale wciąż trwają w złudzeniach i sami się ograniczają aktywności i retoryce. Biegną obejmować się z chwalcami Pinocheta i ludźmi mięciutkimi jak plastelina.

To jest ten sam nurt, którym płynie Piotr Gadzinowski, redaktor naczelny bratniej „Trybuny”. Z pewnym zażenowaniem obserwowałem okładkę tej gazety z entuzjastyczną zachętą, by głosować na Trzaskowskiego, podobne uczucie towarzyszyło mi przy lekturze dość lokajskiego postu, że cała redakcja gazety będzie głosować na neoliberalnego kandydata. Okrasił to wszystko red. Gadzinowski tekstem, przedrukowanym na Portalu Strajk (dyskusja wszak źródłem siły) „Sztuka czekania”. W nim Piotr jest uprzejmy troszkę pobiadolić, jakim opresyjnym państwem była PRL, bez dostępu do Unii Europejskiej i otwartych granic. Bardzo współczuję tych traumatycznych doświadczeń, choć jak pamiętam mojego kolegę na studiach Piotrka Gadzinowskiego, to nie wyglądał na szczególnie uciemiężonego. Dziś na szczęście już się odbił od dna i daje, po klęsce kandydata, do głosowania na którego wzywał, recepty dla dalszego funkcjonowania lewicy: „Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie”. Innej drogi zatem red. Gadzinowski nie widzi, przynajmniej na razie.

A weźcie wy się, drodzy towarzysze, pardon, panowie… Jeden wpada na coś, co wszyscy widzą od kilkunastu lat i się temu dziwi, drugi pogodnie godzi się na to, by lewica była jakimś gównianym dodatkiem do prawicowych kohort. Dajcie wy już tej krewetce zrobić to, o czy marzy – wejść w dupę wielorybowi i niech tam zastygnie, skoro jej to odpowiada. Nie udawajcie, że będzie inna niż jest. Nie będzie. Czas budować coś nowego po lewej stronie. Jest coraz więcej ludzi, którzy mają dość tego systemu, dość reguł, które wy akceptujecie i przyjdzie ich czas. Szybciej niż wam się wydaje.

Nasi kandydaci dziękują za Wasze głosy

Odpowiadając na pytania naszych Czytelników informujemy, że:

Piotr Kusznieruk – lider podlaskiego SLD i wydawca naszej „Trybuny” kandydował do Sejmu RP z listy Lewicy, z drugiego miejsca na liście.

 

 

Piotr Gadzinowski – redaktor naczelny „Trybuny” kandydował do Sejmu RP z tej samej listy w mieście stołecznym Warszawie. Zapewne z ostatniego miejsca na liście.

 

 

Anna-Maria Żukowska – rzeczniczka prasowa Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Kandydowała z listy Lewicy w Warszawie na drugiej pozycji.

 

 

Wincenty Elsner – publicysta i od 2016 wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej, startował z 9 miejsca na liście wrocławskiej.

 

 

Jacek Gallant – prawnik, dziennikarz, były: radny, wiceprezydent Lublina, wieloletni dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Lublinie, miłośnik Bałkanów i kotów, startował z tamtejszej listy z ostatniego miejsca.

 

 

Tymoteusz Kochan – publicysta i aktywista lewicowy, kandydował z listy Lewicy z regionu szczecińskiego: czyli Szczecin, Świnoujście, powiaty: goleniowski, gryficki, gryfiński, kamieński, łobeski, myśliborski, policki, pyrzycki i stargardzki.

 

 

Cezary Żurawski – Członek Rady Naczelnej PPS, Rzecznik prasowy Partii. Działacz związkowy (ZZPE). „Warszawiak” z urodzenia i przekonania. Publicysta, dziennikarz – startował z listy Lewicy w Warszawie.

 

 

Lech Fabiańczyk – o mandat ubiegał się z listy Lewicy w Koszalinie. Prawdopodobnie był jedynym komunistycznym kandydatem do Sejmu.

 

 

 

Niech żyje starość!

W Sejmie zadbam o poprawę losu ludzi starszych. Dlatego liczę też na głosy młodych.

Polscy politycy, zwłaszcza kandydaci na parlamentarzystów, gromko, podlizują się w czasie kampanii wyborczej młodym.
Bo młodzi ludzie to przyszłość Polski. Ale co to za przyszłość, skoro nie mają oni u nas pracy. A jeśli już pracują, to zwykle na śmieciowych umowach. Dlatego są pozbawieni opieki socjalnej państwa, szans na godziwe emerytury.
Ale – oprócz młodego prekariatu – żyje w naszym kraju też stary prekariat. Pokolenie 50+ i 60+. I ci jeszcze starsi.
Media rzadko dyskutują o ich problemach, bo nie są one tak modne jak te młodej generacji. Pewnie dlatego i kandydaci do parlamentu rzadko o problemach starszych ludzi wspominają. Zwłaszcza, że starsi ludzie nie demonstrują na ulicach w obronie swych praw, nie grożą, że z Polski wyemigrują, bo najczęstszym kierunkiem ich emigracji są cmentarze.
„Popierajcie władzę czynem – umierajcie przed terminem”, stare porzekadło znowu jest aktualne.
Najstarsi ze starzejących się mieszkańców Polski bywają szczęściarzami, jeśli zdążyli załapać się na emerytury przed wydłużeniem wieku emerytalnego przez koalicję PO-PSL. Gorzej mają pokolenia 50+ i 60+. Nawet po obniżce progów uprawniających do emerytur.
To nader często są ludzie, którzy nie pracują już etatowo. Nie dlatego, że nie chcą, lub nie potrafią.
Są bez umów o pracę, bo zlikwidowano im zakłady pracy albo ich stanowiska. Albo zwolniono ich w czasie „optymalizacji” stanowisk pracy. Czasem aby dać pracę młodszym, czyli tańszym.
Innych zmuszono do rezygnacji z etatu i zarejestrowania jednoosobowej działalności gospodarczej. Czyli do zarabiania na śmieciowych umowach.
Podwyższając automatycznie wiek emerytalny zmuszono ich do wyczekiwania, często do wegetacji, bo bez świadczeń społecznych, aż doczekają należnej im emerytury. O niegwarantowanej już wysokości. Chociaż przez dziesiątki lat systematycznie na nią składki swe odprowadzali.
Obecnie rządzący PiS wiele mówi o potrzebie zatrudniania młodych i ułatwiania im startu. Słodzi im przeróżnymi, „elastycznymi” formami umów o pracę.
Koalicja „Lewica” chce wprowadzić takie „elastyczne” formy umów o pracę także dla seniorów. Także dla emerytów. Jeśli zdrowie im dopisuje, będą mogli dalej pracować w mniejszym wymiarze czasowym i bez uszczuplania wypracowanych przez nich emerytur.
Proponuje wypłacanie emerytur bez podatku. A także prawo do dziedziczenia emerytur przez małżonków bez żadnych ograniczeń.
Ludzi starszych rządzący PiS traktują jak już umarłych. Im nie proponuje się „elastycznych” umów, albo systemu świadczeń przedemerytalnych. Aby kupić ich głosy, daje im się trzynastą emeryturę – taki zasiłek przedpogrzebowy.
A umrzeć w IV Rzeczpospolitej coraz łatwiej. To potwierdzają już statystyki. Najłatwiej umrzeć w kolejkach do służby zdrowia. W Polsce brakuje nie tylko lekarzy geriatrów, brakuje już lekarzy wszystkich specjalności. Choć z roku na rok społeczeństwo polskie starzeje się. Czyli rosną potrzeby na usługi lekarskie.
Koalicja „Lewica” obiecuje w swym programie zlikwidowanie kolejek do lekarzy rodzinnych i radykalne skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów. Wszystkie leki zapisywane na recepty będą kosztować maksymalnie 5 złotych.
W ciągu czterech lat zwiększymy liczbę lekarzy o 50 tysięcy. Dzięki zwiększeniu miejsc na wyższych uczelniach o połowę, migracji zarobkowej zagranicznych lekarzy i usunięciu barier biurokratycznych utrudniających specjalizację młodych lekarzy.
Do 2020 roku koalicja „Lewica” przeznaczy na publiczną ochronę zdrowia 6,8 PKB.
Podczas debat o wzroście demograficznym nie wspomina się o roli seniorów. O babciach i dziadkach. A przecież bez ich pomocy wiele matek i ojców nie zdecydowałoby się na posiadanie dzieci.
To seniorzy nadal uzupełniają deficyty żłobków i przedszkoli. To oni gwarantują bezpieczeństwo dzieci z początkowych klas podstawówek. Skoro mamy już urlopy tacierzyńskie i macierzyńskie, czemu nie możemy mieć świadczeń babcierzyńskich i dziadkorzyńskich?
Polscy seniorzy żyją skromnie, często biednie. Choć nie wszyscy. Wiedzą o tym gangi okradające seniorów metodami „na wnuczka”, „na pielgrzymkę” i sprzedaż „cudownych garnków”, a także „banksterzy” wciskający im długoletnie, złodziejskie polisy. Polskich seniorów łatwo jest w naszym kraju oszukać, bo rzadko są o takich zagrożeniach wystarczająco informowani. Prawo konsumenckie też ich wystarczająco nie chroni przed szalbierzami w garniturach i sutannach.
Trudno im się też uchronić przed zapiekłymi polskimi prawicowcami. Ci pod pretekstem „polityki historycznej” opluwają ich życie i dorobek zawodowy. Dekomunizują im ich młodość, plują na groby, burzą pomniki. Zakłamują historię.
Haniebnie i bezprawnie polscy prawicowi politycy obniżyli byłym pracownikom służb specjalnych i mundurowych należne im emerytury. Zaczęła czynić to koalicja PO-PSL, dokończyło PiS. PiS dodatkowo planuje wielką obniżkę emerytur wszystkich mundurowych, którzy służyli Ojczyźnie w czasie Polski Ludowej. Tylko dlatego, że oni Polski Ludowej nie uznają za swoją Ojczyznę.
Jeśli zostanę posłem, zrobię wszystko by zahamować te haniebne praktyki.
Starsi ludzie zbyt często są w Polsce samotni. Za mało jest uniwersytetów III wieku, klubów seniora, domów dziennej opieki, stowarzyszeń senioralnych.
A przecież starość to też radość. Radość z dalej wykonywanej pracy, nawet w niepełnym wymiarze. Radość z życia rodzinnego, z aktywnego wypoczynku.
Starość nie musi być w Polsce samotnością. Może być wspólnym ukoronowaniem życia.
Dlatego jako przyszły poseł Sejmu RP będę dbał o rozwiązywanie problemów ludzi starszych. O stworzenie systemu gwarantującego im – czyli nam – maksimum godnej i radosnej starości.
Starość może być piękna. Starość może być radosna.

PS. Tworząc taki program liczę też na liczne głosy ludzi młodych. Ani się nie obejrzą, a już starszymi zostaną.

Flaczki tygodnia

Na pytanie: „Co decyduje o sukcesie filmu?, Andrzej Wajda odpowiadał zawsze: „Obsada, obsada”.

Czas pokazał, że mistrz kina miał rację. Bo scenariusz filmu zawsze można, nawet w trakcie realizacji filmu, poprawić. Zdjęcia są niezwykle ważne, ale można je wzbogacić nowatorskim montażem. Podobnie muzykę aranżem, scenografię zdjęciami. I nawet reżyser filmu nie zawsze jest najważniejszy, bo w razie kryzysu twórczego można go zastąpić drugim reżyserem z ekipy. Albo awaryjnie ściągniętym nowym. „Flaczki” znają z historii kina takie przypadki.

Jedynie aktorów, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie da się łatwo podkręcić. A w trakcie realizacji filmu skutecznie zastąpić. Wcześniej nakręcony materiał filmowy zostaje, trudno ich z niego usunąć.

Proponowana przez Wajdę recepta nie dotyczyła tylko ról pierwszoplanowych. Każdy świadomy widz wie jak ważne są role drugoplanowe. Często nagradzane na prestiżowych festiwalach filmowych. Bywają aktorzy okrzyknięci przez krytykę mistrzami drugiego planu. Charakterystyczni, szczególnie ukochani przez filmową publikę.

Realizacja filmu podobna jest do realizacji projektu politycznego.
Bo efektem produkcji filmowej jest dzieło oglądane potem w kinach i omawiane w mediach.
Efektem realizowanego w trakcie kampanii wyborczej, projektu politycznego jest klub parlamentarny kandydującego komitetu wyborczego. Oglądany potem w Sejmie i Senacie i też często omawiany w mediach.

Film znika zwykle z kin po roku eksploatacji. Klub parlamentarny ma dłuższy, bo czteroletni okres emisji.

Bywa, że produkcja filmu zostaje przerwana i trud ekipy idzie do przysłowiowego piachu. Bywa, że lista wyborczy nie przekracza progu wyborczego i kandydujący do parlamentuj tracą szansę na emisję.
Bywa też, że ambitnie zakrojony na pełnometrażowy projekt filmowy, w trakcie realizacji kończy się formą krótkometrażową.
Podobnie w polityce. Zakrojony na duży klub parlamentarny projekt polityczny może przynieść w efekcie kilkuosobowe poselskie.

I kino i parlament nie istnieją bez publiczności. Fani projektów filmowych głosują swą obecnością w salach kinowych, fani projektów politycznych w lokalach wyborczych.

„Flaczki tygodnia” nieraz pytały redaktora naczelnego „Trybuny”, byłego posła na Sejm RP, uznawanego wtedy za jednego z najbardziej pracowitych i skutecznych posłów, współtwórcę ustawy o kinematografii, czyli Piotra Gadzinowskiego, o warunki sukcesu listy wyborczej i jej klubu parlamentarnego.

I wtedy „Flaczki” zawsze słyszały receptę Wajdy. Bo każda ekipa filmowa ma scenariusz przyszłego filmu, a komitet wyborczy swój program. Oba mogą być od początku solidnie napisane i skończone. Czasem mogą być jedynie pomysłem na realizację filmową lub polityczną. Zmienianą w trakcie realizacji, dostosowywaną do falującej rzeczywistości.
Często odejście od pierwotnego scenariusza kończy się klapą filmu. Podobnie jak nierealizowanie złożonych w trakcie kampanii obietnic wyborczych przez klub parlamentarny.

Każdy film ma swojego reżysera. Każda partia swojego lidera. Każda publika, i filmowa i polityczna, lubi w nich widzieć swego „charyzmatycznego” wodza.

Nie ma precyzyjnej definicji „charyzmatyczności”. Ową „charyzmę”, podobnie jak piegi, albo się genetycznie ma, albo się nie ma.
Czasem „charyzma” wyskakuje na bladym wizerunku reżysera albo lidera politycznego w czasie ich działalności. Czasem owe piegi u reżyserów i liderów dostrzegają jedynie sprzyjające im media. Jeśli media informują o tych piegach często i intensywnie, to w końcu widzowie i wyborcy też mają podobne zwidy.

Jednak w ostatecznym rozrachunku to nie charyzmatyczne piegi są najistotniejsze. Zawsze o prawdziwym sukcesie branżach filmowych i politycznych decyduje obsada.

Ważne są oczywiście role pierwszoplanowe. Widzowi chodzą do kina aby zobaczyć swe gwiazdy. Wyborcy, zwłaszcza polscy, też kochają polityków, których od dawna znają.
Gwiazdą kampanii do Parlamentu Europejskiego okazała się pani poseł Beata Szydło. Królowa małopolskich serc. Krytycy odnotowali sukces Bartosza Arłukowicza, reprezentującego średnie pokolenie aktora sceny politycznej. I ku ich zdumieniu powrót starych mistrzów, premierów Belki, Cimoszewicza i Millera.
W przypadku premierów sprawdziła się zasada, że dawny gwiazdor, powracający po okresie nieobecności w filmie i polityce, może liczyć na renesans sympatii swego dawnego elektoratu.

Nie ma sukcesu filmu i listy wyborczej bez efektownych debiutantów. Widzowie- wyborcy lubią znanych sobie aktorów scen, ale w każdym sezonie jednocześnie tęsknią za zmianą. Za nowymi, najlepiej młodymi twarzami.
Dlatego w dobrym filmie musi być w głównej obsadzie aktorka lub aktor debiutujący. Nowość. Podobnie na liście wyborczej muszą być nowe, wielce obiecujące twarze.
Niektórzy z nich karierę swą zakończą na efektownym debiucie. Ale widzowie i obserwatorzy polityki lubią, czasem sadystycznie nieco, śledzić kariery gwiazd, które nagle rozbłysły i zaraz potem szybko zgasły.

Niezwykle istotni, a może najważniejsi, w obsadzie filmowej i klubach parlamentarnych są aktorzy drugiego planu. Rzadko dostrzegani w mediach, rzadko zapraszani do nich, ale ciężko pracujący na planie filmowym i w parlamencie. Gwiazdy co prawda strzelają bramki, ale ktoś wpierw musi im piłkę podać.

Dlatego „Flaczki” podpowiadają liderom SLD receptę Wajdy. Kiedy będą ustalać kandydatów SLD na listy wyborcze, czyli skład przyszłego klubu parlamentarnego lewicy, niech uczynią to roztropnie. Zadbają o gwiazdy, wyszukają debiutantów. Ale przede wszystkim niech pamiętają o jakości drugiego planu. Widzowie i wyborcy lubią postacie charakterystyczne. Czyli z te charakterem.

Wiater (Jandzie) w oczy

Na Facebooku wywiązała się ciekawa polemika naszego redaktora naczelnego i jednej z autorek. Poszło zaś o powyborczy rysunek Tomasza Wiatera, który udostępniła u siebie Krystyna Janda…

Pan Piotr Gadzinowski, tak, tak, ten z „Nie”, którego nieprzerwanie od lat lubię i cenię, lubić i cenić nie przestanę, był tak miły i popróbował wytłumaczyć jakoś Kryśkę Jandę z tego, że za ilustrację swego powyborczego stanu ducha uznała obrzydliwy w swej wymowie rysunek z wiejską babą, dającą głos w zamian za 500+…
Uznałam, że trzeba coś wyjaśnić… I będzie po „prywatnych”…
1.
Od trzynastu lat mieszkam na wsi, w bloku po-PGR-owskim, dokąd uciekliśmy wraz z Mężem, chorym na SM, niewidomym i sparaliżowanym z poznańskiego mieszkania (ilekroć to piszę, tylekroć pewna działaczka SLD śmie to pisanie nazwać „rozdzieraniem szat”). .
Uciekliśmy w roku, w którym rząd pod przewodnictwem Leszka Millera – bez żadnych osłon socjalnych – zrealizował „uwolnienie czynszów”. W praktyce oznaczało to, że każdy, kto zamieszkiwał w lokalu, stanowiącym część prywatnej kamienicy, musiał podołać wszelkim kaprysom czynszowym właściciela tej kamienicy. W naszym przypadku oznaczało to konieczność natychmiastowej, comiesięcznej zapłaty 1,5 krotności renty Męża. Do wyboru mieliśmy: most albo ucieczkę. Byle gdzie i byle jak. Ciężka choroba, bezrobocie nie stanowiły żadnej okoliczności łagodzącej.
Dzisiejsze wyniesienie Leszka Millera na salony europarlamentu odczuwam jak plunięcie w twarz wszystkim, którzy w wyniku tego gestu „skapitalizowanego lewicowca” zmarli w schroniskach dla bezdomnych, powiesili sie w chwili, gdy ekipa eksmitująca wyważała drzwi (podkreśl właściwe). Lista milczących ofiar jest bardzo, bardzo długa.
2.
Mieszkając tu, a nie gdzie indziej, na własnej skórze odczuliśmy, czym były „reformy” rządów Unii Wolności, SLD, AWS… Z mapy powiatu czarnkowsko-trzcianeckiego zniknęły autobusy, likwidowano dworce kolejowe i kolejne kursy pociągów. Na szosy powróciły stare rowery i „komarki”, ci, co ich nie mieli, wędrowali do pracy po 10 km pieszo. Trudno zapomnieć mi pewną mieszkankę małej wsi Mniszki, która do grzybiarni w Rosku dojeżdżała dzien w dzień – 20 km – rowerem. Także – jesienią, także – zimą.
Na coraz częściej spóżniające się, a rzadko kursujące pociągi czekaliśmy po godzinie, dwie, przed zamkniętymi na cztery spusty dworcami kolejowymi (Trzcianka). Gdy już dojechaliśmy do stacji węzłowej, dalej przesiadaliśmy się na rowery i rozmaite „komary”.
Taki był wynik liberalnej reformy transportu zbiorowego, zaprojektowany z całą pewnością przez miejskich inteligentów.
3.
Chorzy na wsi nie mogli liczyć na żadną poważniejszą pomoc lekarską. Był to wynik koszmarnej reformy służby zdrowia, której podstawą stał się kapryśny, chamowaty, szybko bogacący się przedsiębiorca, zwany „lekarzem rodzinnym”. Ponieważ był „podmiotem prywatnym” mógł zapisać chorego lub nie, wystawić skierowanie lub nie, leczyć lub nie leczyć. I taki to lekarz rodzinny odmówił trzeciej – przez cały rok – wizyty u Męża na kilka dni przed śmiercią. I nie było takiej siły, któraby go do złożenia tej wizyty zmusiła.
Czy wsadzono do więzienia tych UD, SLD, AWS-skich ministrów zdrowia, którzy tak a nie inaczej tę strukturę „pomocy medycznej” skonstruowali?
Kto poniósł odpowiedzialność za to, że cieżko chory na wsi nie może liczyć na pomoc neurologa, dentysty czy psychologa, a gdy okaże się, że konieczna byłaby pomoc tzw. opiekunki, to miejscowy MGOPS jest w stanie przysłać jedynie – tak jak było w naszym przypadku – alkoholiczkę z wyrokiem karnym za nożownictwo?
Gdy zatem widzę dzisiejsze wyniesienie posłanki Kopacz, trafia mnie szlag. Was nie?
4.
W ramach innej reformy kazano pracować m.in. kobietom do 67 roku życia, zaś przydzielane im emerytury to dziś 1000 zł w porywie. Za te pieniądze aktualny europoseł nie przeżyłby nawet tygodnia. Wydłużenie czasu koniecznej – do osiągnięcia emerytury – pracy przyniosło tu, na prowincji i taki obrazek: oto kobieta, lat 61, z widoczną przepuchliną, nogami jak banie, dźwiga wielkie wory z gąbką i kładzie pod maszynę pikującą – szkoda, żeście nie widzieli, jak – mokra od potu – spieszyła się, aby wyrobić normę.
Taki los zgotowali jej warszawscy na ogół inteligenci, czynni w polityce.
5.
Polityka winna być służbą. Skutkiem tej służby – dobrobyt wszystkich lub prawie wszystkich.
Polska polityka po 1989 roku nie była służbą, a jedynie torowaniem sobie przez mniejszość dróg do osiągnięcia osobistego powodzenia.
Polska polityka po 1989 roku była też wielkim zmasowanym ruchem kamerdynerów, gotowych obsłużyć każdy zagraniczny „kierunek”. Rodak w oczach tych kamerdynerów, taki, co potrzebował pracy, mieszkania, autobusu, co by go do tej roboty dowiózł – g..no znaczył.
I nic się nie zmieniło. Urągliwy, chamski rysunek udostępniony przez Kryśkę Jandę, co to się jej wydało, że jest jaką George Sand, a nie jest, najlepszym na to dowodem.

Flaczki tygodnia

„Módlmy się, żeby ten deszcz przestał teraz padać”, zaapelował pan premier Mateusz Morawiecki do ministrów swego rządu, wojewodów z zalanych terenów, przedstawicieli wojska zawodowego oraz Wojsk Obrony Terytorialne a także policji, zawodowej i ochotniczej straży pożarnej. O skuteczności modlitw świadczy sytuacja na terenach zalanych i podtopionych.x/ Trzy lata temu prawicowi marszałkowie Sejmu RP wzywali Wysoką Izbę do intensywnych modłów o deszcze. Trochę się pan bóg ociągał, ale w końcu te wymodlone deszcze nadeszły.

W czasie pomiędzy zbiorowymi modlitwami rządzącej Polską prawicy, tych o deszcze i tych i zaprzestanie deszczu, nie wybudowano na zalewanych obecnie terenach ani jednego większego zbiornika retencyjnego.
Te, istniejące od lat w Polsce zbiorniki, zatrzymują obecnie około 14 procent rocznych opadów deszczu. Tych wymodlonych i niewymodlonych. W również katolickiej Hiszpanii tego typu zbiorniki zatrzymują około 40 procent spadającej tam z nieba wody. Ale tam rządzący nie modlą się o deszcz lub suszę tylko budują zbiorniki.

Czy mamy zatem modlić się aby polskie prawicowe elity rządzące zaczęły modlić się o zbiorniki retencyjne?
Może wtedy spadną nam z nieba.

„Mówimy „nie” euro, mówimy „nie” europejskim cenom. Mówimy europejskie płace, nie europejskie ceny” – ogłosił program Partii i katolickiego narodu pan prezes Jarosław Kaczyński. Człowiek funkcjonujący w naszym kraju na prawach boga.
Jak każdy widzi europejskich cen na pewno jeszcze nie mamy, bo Polska, swymi cenami na poziomie 57 procent średniej unijnej, jest trzecim na liście najtańszych krajów Unii Europejskiej. W niedalekiej Belgii wskaźnik cen osiągnął już 111 procent średniej unijnej.
Jak pan prezes Kaczyński zamierza wprowadzić europejskie płace bez podnoszenia cen, tego ani on, ani ktokolwiek z jego doradców nadal nam nie wyjaśnił. Pozostaje zatem modlić się w tej intencji.

Nie ma powodu już modlić się o wprowadzenie euro w Polsce. Przynajmniej do roku 2022. Wtedy bowiem kończy się kadencja pana Adama Glapińskiego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pan prezes jednoznacznie zadeklarował, że za jego prezesury Polska do strefy euro nie wejdzie. Nawet w strefie ERN II, czyli przedsionku europejskiej wspólnoty walutowej noga jej nie stanie.
W tym samym kampanijnym czasie pan prezes Kaczyński objawił potencjalnym masom wyborczym, że „Euro jest dobre dla tych, którzy są silni”.
Ponieważ pan prezes Glapiński jest wasalem i realizatorem woli pana prezesa Kaczyńskiego, to jasnym jest, że przynajmniej do 2023 roku Polska w siłę nie urośnie.
Zatem przez najbliższe cztery lata wszelkie modlitwy o rychłe nadejście „silnej Polski” można sobie o przysłowiowy kant potłuc. O czym „Flaczki” lojalnie wszystkich rozmodlonych uprzedzają.

Nie wysłuchano modlitw ani aktów strzelistych pana ministra Krzysztofa Szczerskiego, pana ministra Pawła Solocha, pana ministra Mariusza Błaszczaka i przede wszystkim pana prezydenta Andrzeja Dudy.

W zeszłym tygodniu Komisja Sił Zbrojny Senatu US dwudziestoma pięcioma głosami za, przy dwóch głosach przeciw, przyjęła projekt ustawy o finansach sił zbrojnych na rok 2020. Teraz dokument trafi pod obrady Izby Reprezentantów, która zapewne przyjmie go bez większych poprawek. Co oznacza, że USA przeznaczą w 2020 roku na swe bezpieczeństwo 750 mld dolarów, czyli o 34 mld więcej niż w 2019 roku.
W uzasadnieniu ustawy czytamy, że świat staje się coraz bardziej niestabilny i niebezpieczny, a strategiczni konkurenci, czyli Chiny i Rosja, podważają dominację militarną USA. I zagrażają bezpieczeństwu i dobrobytowi Ameryki. Dlatego Waszyngton zamierza zwiększyć swoją obecność wojskową także w Polsce.

Zwiększą, ale inaczej niż to sobie obecne polskie władze wyobrażały. Pan prezydent Duda i liczni ministrowie usilnie zabiegali o stałą (permanent) obecność wojsk amerykańskich wojsk w Polsce. Jej symbolem miał być wymyślony przez pana ministra Szczerskiego „Fort Trump”.
Jednak Amerykanie postawili na obecność trwałą(persistent).Ta różnica słów oznacza, że wielce wymarzony, wymodlony, i już zwiastowany przez wyżej wymienionych prominentów PiS, „Fort Trump” można teraz w bajki włożyć.
Zamiast przyjeżdżać na kilkuletnią służbę do nowej stałej bazy, amerykańscy żołnierze będą wpadać do nas, jak niedawno Ukraińcy do pracy. Na okres od kilku miesięcy do roku.
Zamieszkają w starych polskich, czyli po niemieckich i poradzieckich, koszarach. Tam poćwiczą sobie, wypiją browary z kolegami z innych armii, pierogów podjedzą, bzykną sobie może, i zadowoleni do domów powrócą.
Takie rotacyjne pięć, sześć tysięcy wojska stale przebywającego w Polsce będzie dodatkowym argumentem prezydenta Donalda Trumpa w jego kolejnych negocjacjach biznesowo- politycznych z prezydentem Rosji Władymirem Putinem. W zamian za ewentualne ustępstwa prezydenta Putina prezydent Trump łatwo i tanio zredukuje swój rotacyjny kontyngent.

Umierać za swój „Fort Trump”, albo polski Gdańsk, amerykańskie wojska nie będą.

Ile polski budżet zapłaci za wzmocnienie amerykańskiej pozycji przetargowej, jeszcze nie wiemy. W niedawnej przeszłości rząd PiS deklarował na te wydatki 2 mld USD. Ale od tamtego czasu wszystko Polsce podrożało, nawet kilogram pietruszki. Chociaż zarobków europejskich nadal nie mamy.

Biolodzy z Nottingham University potwierdzili, że ilość męskiego nasienia maleje i jest ono coraz gorszej jakości. W ciągu ostatnich 50 lat liczba plemników spadła o połowę. Co gorsza są one coraz bardziej „powolne” lub obarczone wadami genetycznymi. Nawet te polskie. Winnymi za ten ubytek są chemiczne składniki plastikowych opakowań, zwłaszcza torebek, którymi praktycznie opakowane jest całe nasze ludzkie życie. Powszechnie występują w naszych środowiskach domowych i po zużyciu nie chcą się rozkładać. Szybciej za to rozkładają się ich ludzcy producenci i użytkownicy.

Kiedy zsyłaliśmy to wydanie „Trybuny” do drukarni trwały w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego. Wyniki wyborów skomentujemy w wydaniu środowo- czwartkowy.

Przez całą minioną sobotę i niedzielę delektowaliśmy się kojącą wszystkie zmysły ciszą wyborczą. A może by wprowadzić raz w miesiącu jeden weekend wolny od tych licznych, gównianych wiadomości, kabotyńskiego ćwierkania twitterowego i ciągłego komentowania cudzych komentarzy? Czyli tej wielkiej polityki uprawianej po polsku?

Wiecie do kogo się o to pomodlić?