Heynen wolał Zakopane

Drużyna Rosji okazała się najlepsza w drugiej edycji Ligi Narodów. W finale turnieju w Chicago pokonała zespół USA 3:1 i powtórzyła ubiegłoroczny sukces. Reprezentacja Polski po wygranej z Brazylią 3:0 zajęła 3. miejsce. W naszym kraju więcej jednak niż o wyczynie siatkarzy mówiono o opuszczeniu zespołu przez trenera Vitala Heynena tuż przed potyczką o brązowy medal.

Ekipa „Sbornej” w fazie grupowej przegrała gładko 0:3 z Amerykanami, ale w tamtym spotkaniu jej fiński trener Tuomas Sammelvuo nie posłał do boju wszystkich swoich najlepszych zawodników. Musiał ostrożnie szafować ich siłami, bo rosyjska drużyna zaczynała najpóźniej swoje występy w Final Six i miała w perspektywie do rozegrania cztery mecze dzień po dniu. Ta kalkulacja jak się okazało przyniosła im sukces, bo w meczu o finał pokonali biało-czerwonych 3:1. Oczywiście trener Sammelvuo do gry z Polakami wystawił podstawowy skład, a nie ma w nim praktycznie słabych punktów – Dmitrj Wołkow, Jegor Kliuka, Iwan Jakowlew czy Wiktor Połetajew to już teraz gracze światowego formatu. Rosjanom w starciu z młodym polskim zespołem dopisało jednak też trochę szczęście, bo po pierwsze – trafili na jego słabszy dzień, a po drugie, zwykłej żądzy zwycięstwa nie przejawiał tym razem trener biało-czerwonych Vital Heynen.

Belgijski szkoleniowiec, aczkolwiek cieszyły go wcześniejsze wygrane jego podopiecznych z Brazylią i Iranem, to jednak myślami był przy trenujących w tym czasie w Zakopanem zawodnikach głównej kadry, bo w jego, a także szefów PZPS hierarchii celów, najważniejsze są w tym roku sierpniowe kwalifikacje olimpijskie oraz wrześniowe mistrzostwa Europy. I do tych imprez wykuwają formę w polskich górach nasi najlepsi obecnie gracze, z Michałem Kubiakiem, Jakubem Kochanowskim i Wilfredo Leonem na czele.

Zwycięstwa nie na rękę

Dlatego znakomita postawa kadry, która została wysłana do Chicago, była Heynenowi trochę nie na rękę, chociaż nie krył podziwu nad jej grą. Tak na marginesie, trenerzy pozostałych pięciu zespołów rywalizujących w Final Six szczerze Belgowi zazdrościli, bo żadna z ekip, nawet Amerykanie, Rosjanie i Brazylijczycy, nie miała w swojej kadrze nawet dwóch równorzędnych szóstek, więc trochę z przerażeniem patrzyli na popisy rezerwowej kadry biało-czerwonych. Zszokowani byli zwłaszcza Brazylijczycy, którzy w fazie grupowej zagrali przeciwko Polakom w najmocniejszym składzie i przegrali 2:3, a gdy w spotkaniu o brązowy medal posłali do boju drugą szóstkę, dostali tęgie lanie 0:3. Fiński trener „Sbornej” w półfinałowej potyczce z Polakami rzucił na szalę wszystkie siły swojego zespołu, ale chociaż ostatecznie wygrał 3:1, to kilka razy w trakcie meczu musiało mu się robić nieswojo, gdy grający w optymalnym ustawieniu rywale chwytali swój rytm gry i zaczynali seryjnie zdobywać punkty. Gdyby Heynen chciał ten mecz rzeczywiście wygrać, pewnie znalazłby sposób na powstrzymanie rosyjskich ataków. Potraktował jednak mecz wybitnie szkoleniowo i chyba dlatego Polacy go przegrali. Nawiasem mówiąc, w finale Amerykanie wystawili przeciwko „Sbornej” najmocniejszą szóstkę i też przegrali 1:3.

Potępiać za to belgijskiego trenera nie ma powodu, podobnie jak za jego rejteradę z Chicago przed meczem o brązowy medal z Brazylią. Na zdrowy rozum jego decyzja była niezbyt zrozumiała, bo tak naprawdę przyspieszył swój powrót do trenującej w Zakopanem kadry A ledwie o kilkanaście godzin. Opuszczając zespół w tak ważnym momencie Belg podpadł natomiast trochę kibicom, którzy już zdążyli polubić ten dzielnie walczący zespół, a także samym siatkarzom, bo nikt nie chce być lekceważony.

Hierarchia pozostała bez zmian

Nie okazywali jednak niezadowolenia, bo chociaż osiągnęli w Chicago niewątpliwy sukces, to przy całym szacunku dla ich osiągnięć (w poprzednim sezonie Polacy zakończyli występ w Final Six na fazie grupowej, zaś na podium stanęli po raz trzeci, licząc też poprzedzające Ligę Narodów rozgrywki Ligi Światowej), nic to w hierarchii polskiej kadry nie zmienia. Dowodzi tego choćby decyzja trenera Heynena, który z tej ekipy na zgrupowanie do Zakopanego zaprosił tylko pięciu zawodników – Karola Kłosa, Bartosza Bednorza, Macieja Muzaja, Łukasza Kaczmarka i Bartosza Kwolka.

Z naszych graczy indywidualne wyróżnienie za występy w Final Six przyznano jedynie Bednarzowi, który z dorobkiem 78 punktów został najlepiej punktujących zawodnikiem. W opinii ekspertów FIVB najlepszym zawodnikiem turnieju (MVP) został właśnie Matthew Anderson. Wśród środkowych za najlepszych uznano Amerykanina Maxa Holta i Rosjanina Iwan Jakowlewa, chociaż zapewne żaden z nich nie był lepszy od Karola Kłosa. Amerykanin Micah Christensen dostał nagrodę dla najlepszego rozgrywającego, a jego rodak Erik Shoji dla najlepszego libero. Te wybory Kłos skomentował krótko: „Największą nagrodą dla mnie jest to, że mogłem być kapitanem tej drużyny, a nie jakieś śmieszne wyróżnienia” – napisał na Twitterze kapitan naszej drużyny.

Ta jego rola zapewne nie skończy się po powrocie z Chicago, bo parę spraw w imieniu młodszych kolegów przyjdzie mu przypilnować. Liga Narodów to rozgrywki komercyjne, a nasza reprezentacja zarobiła w nich w sumie, za 3. miejsce, awans do Final Six i premie za wygrane mecze w fazie interkontynentalnej 1 848 000 złotych, a że nie wszyscy siatkarze z szerokiej kadry do tego zarobku jednakowo się przyczynili, przyjdzie starszyźnie drużyny trochę z kalkulatorem popracować, żeby nikt naprawdę nie poczuł się pokrzywdzony.

 

I znów są najlepsi na świecie

Nasi siatkarze wrócili z mistrzostw świata w glorii zwycięzców. Mało kto wierzył, że w Bułgarii i Włoszech zdołają obronić tytuł wywalczony cztery lata temu. Oni jednak tego dokonali pokonując w decydujących meczach faworyzowane zespoły Brazylii i USA.

 

Sukces polskiej drużyny zaskoczył przede wszystkim jej rywali. Najpierw kręcili nosami Francuzi, którzy pokonali biało-czerwonych w trzeciej fazie turnieju, ale odpadli po miażdżącym zwycięstwie Polaków w potyczce z Serbami. Potem swoje niezadowolenie manifestowali gospodarze turnieju Włosi, bo oni w bezpośrednim starciu też okazali się lepsi od biało-czerwonych, ale żeby awansować do do półfinału musieli wygrać do zera, tymczasem Bartosz Kurek, Michał Kubiak i spółka już w pierwszym secie pozbawili ich szans i potem mogli sobie pozwolić na odpuszczenie meczu.

W półfinałowym starciu z reprezentacja Stanów Zjednoczonych, uważana powszechnie za najlepszą ekipę tegorocznego czempionatu, podopieczni trenera Vitala Heynena już niczego nie odpuszczali. Po kapitalnym meczu pokonali Amerykanów 3:2 i w niedzielę ponownie, jak cztery lata wcześniej w katowickim Spodu, do walki o mistrzostwo świata stanęli naprzeciwko drużynie Brazylii. Oczywiście znów mało kto dawał im szanse na pokonanie złotych medalistów olimpijskich z Rio de Janeiro. Dopiero ciężkie lanie 3:0 jakie sprawili canarionhos polscy siatkarze zmieniło wystawiane im wcześniej cierpkie oceny w pełne zachwytu recenzje.

 

Brazylijczycy byli pod wrażeniem

Trener canarinhos Renan Dal Zotto po meczu przyznał otwarcie, że o porażce jego zespołu w pierwszym rzędzie przesądzili fenomenalnie grający Bartosz Kurek i Michał Kubiak. Oni byli genialni i nie mogliśmy ich zneutralizować. Kubiak grał bardzo technicznie, znajdował dziury w bloku, czym strasznie nas denerwował. Ale uczciwie trzeba powiedzieć, że to świetny zawodniki i doskonały przywódcą. Natomiast Kurek, przecież od lat jeden z najlepszych graczy na świecie, swoimi atakami wręcz demolował naszą obronę”. Brazylijski szkoleniowiec nie ukrywał, że znakomita gra Polaków była dla niego zaskoczeniem, ale nie winił swoich zawodników za porażkę. „Kończymy turniej z podniesionymi głowami, bo wykonaliśmy tu świetną robotę. W finale przez kontuzje nie mogli u nas zagrać Luicarelli i Mauricio Borges, uważani za najlepszych przyjmujących na świecie, pewnie z nimi w składzie stawilibyśmy Polakom większy opór. Ale ich zwycięstwo było w pełni zasłużone” – zakończył Dal Zotto.

Zdecydowanie mniej zadowolony z trzeciego miejsca w turnieju był trener amerykańskich siatkarzy John Speraw, który przyznał, że brązowy medal zdobyty po wygranej z Serbią nie ma dla jego drużyny większej wartości. „Bardziej będę pamiętał o półfinałowej porażce z Polakami” – stwierdził amerykański szkoleniowiec, narzekając przy okazji na bezsens rozgrywania spotkań o trzecie miejsce. „Gdy się przegrywa półfinał i traci szansę gry o złoto, to trudno potem walczyć o trofeum niższej rangi.

Speraw skrytykował też terminarz gier. „Żaden sportowiec nie powinien grać cztery dni z rzędu. Z tego powodu musiałem w jednym ze spotkań grać rezerwowymi, bo gdybym wystawił do każdego z tych meczów podstawowych graczy, to ktoś prędzej czy później doznałby kontuzji, a ja wyszedłbym na idiotę. Zwłaszcza w fazie finałowej powinno grać się maksymalnie dwa spotkania z rzędu. Dlaczego jakoś w turnieju olimpijskim można się tego trzymać, a w mistrzostwach świata już nie?” – grzmiał pod adresem działaczy FIVB.
Włodarze światowej federacji siatkarskiej takie opinie mają jednak w głębokim poważaniu. Nie przejmują się też krytycznymi opiniami o bałaganie organizacyjnym, niedopracowanym scenariuszu ceremonii nagradzania, w której zapomniano choćby o odegraniu hymnu dla zwycięskiej drużyny. Dobrze, że wśród wyróżnionych indywidualnymi nagrodami nasi siatkarze stanowili znaczącą siłę, zaś na najlepszego gracza turnieju (MVP) wybrano Bartosza Kurka. Dla tego siatkarza to trofeum miało przecież szczególne znaczenie. Cztery lata temu decyzją trenera Stephane’a Antigi wypadł z kadry tuż przed mistrzostwami, potem miał okres głębokiego kryzysu i dopiero pod wodzą Heynena zdołał si pozbiera i teraz wspiąć się na sam szczyt siatkarskiej hierarchii.

 

Konsumowanie sukcesu

Zdobycie po raz drugi z rzędu mistrzostwa świata obudziło w Polsce przygasłe nieco ostatnio zainteresowanie siatkówką. Oczywiście w pierwszym rzędzie pod sukces biało-czerwonych podpięli się politycy rządzącej partii. Prezes publicznej telewizji Jacek Kurski nie omieszkał pochwalić się wynikami oglądalności (finał z Brazylią według niego obejrzało ponad siedem milionów widzów) oraz zakupem praw telewizyjnych do siatkarskich imprez na najbliższe trzy lata. Do medialnego zgiełku dołączył rzecz jasna prezydent Andrzej Duda, przyznając siatkarzom państwowe odznaczenia, a premier Mateusz Morawiecki poszedł jeszcze dalej, bo na wieść o tym, że za swój sukces siatkarze dostaną pięć razy mniej pieniędzy niż dostali piłkarze tylko za awans do finałów mistrzostw świata, obiecał im coś tam dorzucić z rządowej szkatuły.

Dobrze, że spokój w tym zamieszaniu zachował sprawca tego sukcesu Vital Heynen, któremu za miesiąc kończy się kontrakt. Chyba nie chce odchodzić, bo publicznie zapowiedział, że teraz chce dla Polski zdobyć w Tokio złoty medal olimpijski.