150 lat temu poległ Jarosław Dąbrowski

23 maja 1871 roku generał Jarosław Dąbrowski po raz ostatni poprowadził żołnierzy do walki „za wolność waszą i naszą”. Polski dowódca od 5 maja 1871 roku był wodzem naczelnym wojsk Komuny Paryskiej – zbuntowanych mieszkańców Paryża walczących o wyzwolenie społeczne.

Dąbrowski był doświadczonym żołnierzem. W latach 1859-1861 studiował w Mikołajewskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Został kapitanem sztabowym. Mimo, że kariera w carskiej armii stała przed nim otworem włączył się w działania polskiej konspiracji. Opracowywał plany powstania i regulaminy dla przyszłych wojsk powstańczych. Został naczelnikiem warszawskiego Komitetu Miejskiego – konspiracyjnych władz miasta. Jarosław Dąbrowski dał się poznać jako człowiek o radykalnych, jak na ówczesne czasy, poglądach społecznych. Inspirował się działalnością włoskich „czerwonych koszul” Giuseppe Garibaldiego. Uważał, że powstanie powinno objąć wszystkie warstwy społeczne i wyeliminować przywileje szlachty oraz uwolnić chłopów. Dąbrowski stał się jedną z czołowych postaci w kształtującym się wówczas powstańczym stronnictwie „Czerwonych”.

Nie dane było mu jednak stanąć na czele rewolucjonistów. Zadenuncjowany przez agenta policji politycznej został aresztowany 14 sierpnia 1862 roku i uwięziony w Cytadeli Warszawskiej. Sąd skazał go na 15 lat katorgi. W drodze na zesłanie Dąbrowski uciekł z więzienia przejściowego w Moskwie. Od roku 1865 przebywał we Francji wiodąc skromne życie emigranta politycznego.

Gdy w roku 1870 wybuchła wojna francusko-pruska jako doświadczony wojskowy wystąpił z pomysłem organizacji polskich oddziałów walczących u boku armii francuskiej. Władze rządzonego przez Napoleona III cesarstwa nie chciały na to przystać, Dąbrowski został jednak mianowany dowódcą 11 legionu Gwardii Narodowej i uczestniczył w obronie przeprawy przez Sekwanę w okolicach podparyskiego Neuilly.

Gdy Paryż znalazł się w oblężeniu przez wojska pruskie, a Francja skapitulowała, mieszkańcy miasta odmówili podporządkowania się władzom. Nie chcieli oddać armat, które dla Gwardii Narodowej zakupił lud Paryża. Wybuchła Komuna Paryska. Od początku brakowało jej dowódców dla oddziałów Gwardii Narodowej. Jarosław Dąbrowski został dowódcą jednego z frontów Komuny. Wystąpił ze śmiałym planem ataku na Wersal, gdzie znajdowała się siedziba francuskiego rządu i rozszerzenia Komuny na inne miasta. Propozycja ta nie została jednak zrealizowana. Dąbrowski dowodził więc obroną miasta przed napływającymi z całego kraju siłami rządowymi. Zgromadził wokół siebie innych polskich oficerów oraz doświadczonych żołnierzy. Znany był z dowodzenia w pierwszej linii i inspirowania ludzi własnym przykładem.

21 maja 1871 roku, w wyniku zdrady, wojska rządowe przełamały obronę Komunardów i wkroczyły do miasta. Rozpoczął się „krwawy tydzień” podczas którego wojsko dokonywało masowych mordów na rewolucjonistach i mieszkańcach miasta. 23 maja, na Montmartrze, obecnie dzielnicy Paryża, wówczas podparyskim miasteczku, Jarosław Dąbrowski zebrał siły do kontrataku. Dowodził zaledwie dwiema kompaniami Komunardów i garstka wspierających ich ochotników. Idąc na czele natarcia został śmiertelnie ranny w brzuch. Pomimo natychmiastowego przewiezienia do szpitala zmarł na rękach swojego przyjaciela, Henryka Gierzyńskiego. Zwłoki generała przewieziono z honorami do paryskiego ratusza. Został pochowany na cmentarzu Père-Lachaise, który kilka dni później stał się jednym z ostatnich punktów oporu Komuny, a następnie miejscem masowych egzekucji.

Jarosław Dąbrowski stał się symbolem walki „za wolność waszą i naszą”. Podczas Wojny Domowej w Hiszpanii 1936-1939 jego imię nosiły batalion oraz brygada złożone z polskich ochotników w Brygadach Międzynarodowych. W Powstaniu Warszawskim 1944 roku na warszawskim Żoliborzu walczył IV Batalion Organizacji Wojskowej PPS im. J. Dąbrowskiego. W czasach Polski Ludowej polski generał Komuny Paryskiej został patronem szkół oraz ulic, powstały również upamiętniające go pomniki. Jego podobizna widniała na banknocie 200 zł.

Opowieść o polskim Cyklopie

Zapomniany, naznaczony etykietą zdrajcy. Kim był Aleksander Wielopolski?

Pierwszą pracą o Aleksandrze Wielopolskim była jego hagiograficzna biografia autorstwa Henryka Lisieckiego (1878), napisana w oparciu o dokumenty udostępnione mu przez rodzinę margrabiego. Po drugiej wojnie światowej pierwszą z kolejnych prac był esej Ksawerego Pruszyńskiego „Margrabia Wielopolski” (1944, kolejne wydanie 1957), aktualizujący kwestie relacji polsko-rosyjskich w obliczu perspektywy ponownego znalezienia się Polski w orbicie wpływów rosyjskich (wtedy radzieckich) po konferencji w Jałcie. Drugą, popularne, ale rzetelne opracowanie biograficzne, „Dzieje wielkości i upadku Aleksandra Wielopolskiego” Zbigniewa Stankiewicza (1967). Trzecia, najnowsza rzecz, to obszerna biografia autorstwa Andrzeja Żora, „Ropucha, studium odrzucenia” (2005), będąca ciekawą syntezą badań historycznych nad postacią Margrabiego oraz refleksji historiozoficznej, jaką wywoływał przez dziesięciolecia. Ukazały się też liczne pomniejsze publikacje polemiczne, m.in. autorstwa jednego z przywódców Powstania Styczniowego, Agatona Gillera. W stosunku do wspomnianych prac, biografia autorstwa Adama Skałkowskiego (1877-1951) – „Aleksander Wielopolski – Margrabiego lata przedhistoryczne” i „Margrabiego i Polski tragedia” (1947) stanowi fundament wyjściowy, oparty na krytycznej egzegezie dokumentów, dokonanej u samego źródła, w majątku Wielopolskich w Chrobrzu, w czasie okupacji niemieckiej, w roku 1940. Zanim jednak o niej, przyjrzyjmy się tej postaci w krótkim rysie.
Aleksander Wielopolski urodził się 13 marca 1803 roku. Pierwszą determinantą jego losu było kilka miesięcy (grudzień 1830-kwiecień 1831), które spędził w Paryżu i Londynie jako wysłannik powstańczego Rządu Tymczasowego. Prezes tego rządu, książę Adam Jerzy Czartoryski posłał młodego, 27-letniego Wielopolskiego nad Sekwanę i Tamizę dla rozpoznania ewentualnych szans pomocy ze strony zachodnich mocarstw dla Polski, gorejącej w ogniu Powstania Listopadowego. Cios, jaki zadano tym nadziejom spadł najpierw na głowę młodego arystokraty. Od tamtej pory, ilekroć ktokolwiek w jego obecności wspominał o zachodnim wsparciu dla polskich dążeń niepodległościowych, Wielopolski stawiał pytanie z właściwą mu ironią i gorzkim sarkazmem: „Czy flota anglo-francuska podpłynęła już pod Częstochowę”. Tam właśnie, w cieniu gmachów ministerstw spraw zagranicznych, paryskiego Quai d’Orsay i londyńskiego Foreign Office, młody Wielopolski uzmysłowił sobie z pełna jasnością, że Polska skazana jest na porzucenie i osamotnienie przez ciągle jeszcze mitycznie przyjazną i zatroskaną o jej los zachodnią Europę. I że skazana jest na przebywanie przez czas długi, a nieokreślony (jako żelazny logik nie uznawał pewnie zwrotu „na zawsze”) w żelaznych objęciach Rosji. Tamte parysko-londyńskie miesiące zadecydowały też o jego postawie i ostatecznym losie, a w szczególności o roli, jaką odegrał wobec tragicznego Powstania Styczniowego. Los indywidualny, osobisty i rodowy margrabiego Aleksandra Gonzagi Wielopolskiego był losem magnata, choć fortuna jego prastarego rodu, w chwili gdy się rodził, była w stanie opłakanym. Powodowało to perturbacje natury majątkowej i procesy sądowe. Młody Aleksander otrzymał mimo to nie tylko doskonałe wykształcenie w wiedeńskim Terezjanum, w warszawskim liceum oraz na wydziałach prawa i filozofii uniwersytetów w Paryżu i Getyndze, ale także zabłysnął praca doktorską „O idei wieczności”, która napisał jako 21-latek. Dał nią świadectwo wybitnych zdolności. „Uparty, niezwykle silnej woli – pisali o nim Wojciech Karpiński i Marcin Król w szkicu pomieszczonym w „Sylwetkach politycznych XIX wieku” – był rozsądny i realistycznie patrzył na świat. Miał jedną tylko wadę: brakowało mu miękkości i cienia melancholii, nie był lubiany”. Wielopolski, choć miał w przyszłości odwagę, by czynnie przeciwstawić się marzeniom i aspiracjom najbardziej czynnej części narodu oraz romantycznym ideom części elity przywódczej, pozostał do końca nieodrodnym synem swej warstwy. Poglądy miał arcykonserwatywne, a do ideałów i spuścizny Wielkiej Rewolucji Francuskiej odnosił się z nienawiścią. Pisał o niej tak: „Kiedy ogień rewolucji francuskiej palił wnętrzności tylu innych narodów, dla nas, ja żeby do lepszych przeznaczeń w czystości Opatrzność zachować nas chciała, wylało się morze, z którego dopiero otrząsnęliśmy się, ażeby pod przywództwem Boga przewodniczyć innym narodom, nie siłą, jak chciał pogańska Francja, lecz umysłowo. (…) W Polakach religia i przywiązanie do przeszłości są, równie ze staraniem o obecność w jedno spojone”. Ten passus, pochodzący z wcześniejszego okresu jego życia, wart jest szczególnej uwagi. Idealizm narodowy owej deklaracji kontrastuje bowiem jaskrawo z tym najbardziej znanym, przyszłym Wielopolskim epoki styczniowej 1863 roku: pełnym pogardy dla własnego narodu, rozczarowanym brakiem u niego rozumu politycznego, osamotnionym, wyzbytym złudzeń, że z Polakami można cokolwiek zdziałać, choć dla nich uczynić co nieco można. Słowa te przypisywano później także Piłsudskiemu. Z takim gorzkim nastrojem i coraz cięższym bagażem wspinał się po stopniach administracyjno-politycznej kariery w Królestwie Polskim, aż do stanowiska Naczelnika Rządu Cywilnego Królestwa Polskiego. Budował ją Wielopolski nie po magnacku, ale jakby po mieszczańsku, ciężką pracą po 20 godzin na dobę. Przygotował projekt konstytucji dla Królestwa i przebijał się z nim z ogromnym wysiłkiem. Krok po kroku wykuwał fundamenty planowanych reform społecznych, w domenie prawa, administracji, samorządu i edukacji. Jak w książce „Dzieje wielkości i upadku Aleksandra Wielopolskiego” pisał Zbigniew Stankiewicz: „program Wielopolskiego sprowadzał się więc do oferty współdziałania „kraju”, czyli szlachty, z caratem, za cenę przywrócenia konstytucji 1815 roku, przyłączenia Litwy i Rusi do Królestwa oraz przeprowadzenia reform w dziedzinie szkolnictwa, położenia Żydów, obsady stanowisk rządowych, ustalenia kompetencji administracji, ograniczenia cenzury”. Chciał też oczynszowania chłopów. Aspiracje te wyraził w adresie do cara. W marcu 1861 roku car mianował go głównym dyrektorem Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z prawem zasiadania w Radzie Administracyjnej czyli rządzie cywilnym Królestwa. Tymczasem w Królestwie, zwłaszcza w Warszawie rozwijała się irredenta, w następstwie krwawych wydarzeń 27 lutego i 8 kwietnia 1861 roku. Wrogów miał Wielopolski wszędzie. Po pierwsze: w carskiej biurokracji z zazdrosna nienawiścią patrzącej na fawory i uprzejmości jakie pysznego polskiego magnata spotykały ze strony cara. Wielopolski ani myślał zginać karku przed moskiewsko-petersburskimi czynownikami, a poczekalni carskiej zachowywał się jak udzielny suweren. Po drugie, naraził się łagodnej opozycji ziemiańskiej spod znaku Towarzystwa Rolniczego i jego prezesa, hrabiego Andrzeja Zamoyskiego. Po trzecie, gwałtownej irredencie „czerwonej” spod znaków Jarosława Dąbrowskiego i jego towarzyszy. Po czwarte, rwącej się do czynu młodzieży warszawskiej. Po piąte, co było nieco bardziej skryte, Kościołowi katolickiemu, który miał mu za złe, że nie bronił świątyń zamykanych w ramach represji po „mszach za ojczyznę”. Nastrój nienawiści do margrabiego zrodził w końcu kilka – nieudanych – zamachów na jego życie. Ten zimnokrwisty człowiek wybronił się sam, zamachowców posłał na szubienicę. Widząc narastające napięcie, które nieuchronnie musiało doprowadzić do niepohamowanego buntu, Wielopolski, naczelnik cywilny Królestwa zarządził słynną brankę młodzieży do carskiego wojska Przyspieszył tym samym to, czemu próbował zapobiec – wybuch powstania. W tym momencie jego rola zakończyła się. Nie był już potrzebny nikomu. Także carowi. Opuścił Królestwo w lipcu 1863 roku. 14 lat później, 30 grudnia 1977 roku zmarł w Dreźnie, jako kawaler orderu „za usmierenije polskogo miatieża”. Historycy oceniali go różnie, ale bez entuzjazmu. Piłsudczyk Artur Śliwiński dostrzegał tragizm margrabiego, ale miał mu za złe, że „odepchnąwszy od siebie cale społeczeństwo, oparł się na władzy rosyjskiej (…)”. Grabiec, czyli Józef Dąbrowski, autor jednej z wczesnych monografii Wielopolskiego krytykował jego myśl polityczną i skutki działania, ale wyrażał podziw dla „człowieka mocnego”. Michał Bobrzyński, „papież galicyjskich Stańczyków”, doceniał go z kolei za politykę ugody z Rosją. Adam Szelągowski za to samo potępiał go i przypisywał do Targowicy. W PRL poza wspomnianym esejem Pruszyńskiego pisali o nim: Jerzy Łojek, porównujący Wielopolskiego do Quislinga, a także Stanisław Stomma, który w 100 rocznicę Powstania Styczniowego (1963),w artykule „Z kurzem krwi bratniej”, chwalił Margrabiego za próbę ugody z Rosją. Marcin Król i Wojciech Karpiński wysoko go cenili, ale zarzucali brak realizmu w próbie narzucenia Polakom tego, co ono odrzucało. Historyk Powstania Styczniowego Stefan Kieniewicz zachował w stosunku do Wielopolskiego postawę olimpijskiej bezstronności. W twórczości artystycznej Wielopolski nie zajął wiele miejsca. Tylko Przemysław Gintrowski poświęcił mu gorzko-sarkastyczną pieśń „Margrabia” („Tej pogardy nikt ci nie wybaczy/Myśmy ciemni, zapalni i łzawi/A tyś dumny, ty z nami nie raczysz w narodowym barszczu się pławić/Po co w twarze logiką nam chlustasz/Nie czytaliśmy Hegla Jaśnie Panie/ Dla nas Szopen, groch i kapusta/ I od czasu do czasu powstanie”) , a Władysław Lech Terlecki uczynił go bohaterem sztuki „Cyklop”.
Obszernego dzieła Adama Skałkowskiego nie czyta się łatwo. Choć tak na pozór się zaczyna, efektownym opisem fizys Wielopolskiego („Na potężnym tułowiu pyszna, jakby z posągu rzymskiego głowa (…) o wspaniałym, milczącym czole (…) z wyrazem pogardliwej wyniosłości”), to dalej nie jest to brawurowa, potoczysta opowieść ani błyskotliwy esej historyczny w typie ujęć Pawła Jasienicy. Po pierwsze, Skałkowski przynależał do tej przedwojennej jeszcze szkoły pisania o historii, która kładła nacisk na drobiazgową rzetelność w korzystaniu z dokumentów, a nie na efektowną narrację. Po drugie, mimo, że redaktor naukowy używa we wstępie do edycji określenia „melodyka barokowa konstruowania wywodów przez uczonego”, to wydaje się, że akurat lekkość czy wdzięk stylu nie należały do mocnych stron Skałkowskiego. To w żadnym stopniu nie umniejsza wybitnej wartości pracy, ale czyni jej lekturę dość żmudną. Skałkowski nie formułuje efektownych konkluzji, błyskotliwych figur, a samej sylwetce psychologicznej margrabiego poświęca relatywnie mało miejsca. Podobnie jak niewiele jest w pracy Skałkowskiego opisów barwnych zdarzeń z udziałem Wielopolskiego, takich jak obrazek epizodu ze schyłku Powstania Listopadowego, po masakrze z nocy z 15 na 16 sierpnia 1831 roku, gdy nieskutecznie namawiał generała Henryka Dembińskiego do wzięcia odpowiedzialności za opanowanie sytuacji w Warszawie. To nie są „przygody margrabiego Wielopolskiego”. Dominuje obraz bohatera monografii wysnuty z dokumentacji jego działań, najpierw w niezliczonych procesach o dziedzictwo majątkowe (w okresie „przedhistorycznym”), a po podjęciu przez Wielopolskiego działalności publicznej i politycznej, także z jego aktywności intelektualnej na niwie teorii i praktyki prawa. Pierwszy tom poświęcony jest właśnie, po pierwsze, wspomnianym, wieloletnim procesem majątkowym, które historyk zrelacjonował z drobiazgowością wręcz aptekarską, choć do meritum losów „człowieka politycznego” one nie należą. Nie mniej, redaktor naukowy edycji, Mariusz Nowak zwraca uwagę we wstępie, że mankamentem biografii była (…) wąska baza źródłowa, co mogło mieć wpływ na zauważalne powierzchowne potraktowanie niektórych zagadnień. Tak jest n.p. w przypadku genezy powstania obozu „czerwonych”. Do tego dochodzą obszerne passusy, w tym fragmenty listów, dokumentów, etc. w języku francuskim, w dużej części nie przetłumaczone, co dla czytelnika nie obeznanego z francuszczyzną czyni je niezrozumiałymi. Przy okazji dostajemy obraz historii magnackiego rodu Gonzaga Wielopolskich i jego familijnych paranteli. Po drugie, co do pewnego stopnia wątpliwym czyni sens podtytułu („lata przedhistoryczne”) w obręb pierwszego tomu wszedł czas udziału młodego, 27-letniego margrabiego w Powstaniu Listopadowym, najpierw w roli dyplomatycznego emisariusza do Londynu i Paryża, a później uczestnika, w roli drugorzędnej, acz istotnej merytorycznie, w cywilnej administracji władz powstańczych, co zmusiło go do kilkuletniej emigracji. O ile tom pierwszy obejmuje 57 pierwszych lat życia Wielopolskiego, o tyle tom drugi obejmuje ostatnich 17 lat zaledwie, a wśród nich trzy bez mała (1861-1863) najważniejsze lata, które zadecydowały o jego miejscu w historii Polski. I tu nie znajdziemy tak barwnych scen, jak obecne u Stankiewicza dramatyczne opisy zamachów na Margrabiego. Te znajdujemy odesłane do przypisów. Z kolei może zbyt drobiazgowy i niezbyt wiele wnoszący do meritum może się wydać drobiazgowy, niemal naturalistyczny opis jego ostatnich lat spędzonych w ciężkiej chorobie i niedołężności. Dopiero na ostatnich stronach biografii dokonał Skałkowski brawurowego syntetycznego ujęcia sylwetki Wielopolskiego: „Margrabia (…) był odwrotnością najzupełniejsza charakteru polskiego, jaki wyrobił się przez cały ciąg dziejów (…). Kraj cały myślał sercem – margrabia rozumem. Naród miał z dawna niemała dozę anarchii we krwi – margrabia nienawidził rewolucji. Naród cały był gwałtowny – margrabia umiarkowany, nawet zimny. Naród najniepraktyczniej chciał wszystko mieć natychmiast – margrabia widział, że trzeba budować z wolna. Naród się nie rachował z żadnymi trudnościami – margrabia trafnie oceniał położenie Europy (…) Naród był serdeczny, otwarty, mówił wiele i bez namysłu – margrabia był poważny, milczący i myślący”. (…) „Zarzucają margarbi, że był dumny, odpychający. Margrabia w istocie miał powierzchowność najzupełniej angielskiego lorda, wszystkie nawet maniery – przemagał w nim rozum… serca było niby nie widać, a nam Polakom najwięcej podoba się serce – gdzie go nie dostrzeżem, odwracamy się zaraz”.

Adam Skałkowski – „Aleksander Wielopolski”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, tom I („Margrabiego lata przedhistoryczne 1803-1860”), str. 512, ISBN 978-83-06-03466-0; tom II („Margrabiego i Polski tragedia 1861-1877”), str.411, ISBN 978-83-06-03467-7.

Powstanie społeczne

Z profesorem ANDRZEJEM SZWARCEM z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą historii XIX wieku, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Historia Powstania Styczniowego ma swoją warstwę walki militarnej, bohaterską i ofiarniczą, ale zawiera też warstwę społeczno-ideową i jej rozlegle konsekwencje. Jakie przede wszystkim?

Klęska Powstania Styczniowego odcisnęła piętno na pokoleniu, które wzięło w nim udział i na pokoleniu trochę młodszym. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku pojawiały się liczne głosy krytyczne, że ofiara była daremna, a to co się stało, było dla narodu niekorzystne i w kraju i na emigracji. Fakt, że jego klęska spowodowała na długie lata zepchnięcie na daleki plan europejski sprawy polskiej, choć miała na to wpływ także klęska Francji wojnie z Prusami w 1871 roku i gry europejskich mocarstw. Warszawscy pozytywiści i krakowscy „Stańczycy” swoje koncepcje polityczne budowali w opozycji do tego, co nazywali romantyzmem politycznym. Jednak pokolenie lat dziewięćdziesiątych XIX wieku nawiązało do tradycji heroicznej, do niepodległościowego impulsu, krytykując „Stańczyków” i pozytywistów za to, że zrezygnowali z niepodległości. Obóz niepodległościowy skupiony wokół Piłsudskiego, demokraci galicyjscy i lewica patriotyczna mówili, że negatywna ocena Powstania Styczniowego wpływa na spadek aspiracji politycznych narodu polskiego, powodując godzenie się z niewolą. W 50 rocznicę Powstania, w 1913 roku, widać już było zmianę obrazu Powstania, oddawanie mu hołdu i nawiązywanie do tradycji Czerwonych.

Czy podział na Czerwonych i Białych był głównie polityczno-temperamentalny czy też miał istotne tło społeczne, związane z różnicami klasowymi?

Te różnice były, choć zostały wyolbrzymione. I na prawicy i na lewicy zagadnienia społeczne były żywe od lat po 1830 roku, także na emigracji po Powstaniu Listopadowym. I radykałowie i umiarkowani demokraci wysuwali w Towarzystwie Demokratycznym Polskim hasło „uobywatelnienia” ludu, krytykując, w dużej mierze słusznie, egoizm części elit, zarzucając im, że godzą się na niewolę narodową w imię interesów klasowych. Z drugiej strony czynny był w Paryżu krąg konserwatystów skupionych wokół księcia Adama Czartoryskiego, którzy z niepodległości nie rezygnowali, licząc na wojnę europejską, która ponownie wyniesie na pierwszy plan sprawę polską. Ostre, zażarte dyskusje trwały przez trzydzieści lat i to one antycypowały podział na Białych i Czerwonych, który zaznacza się w okresie poprzedzającym powstanie, w okresie manifestacji religijno-patriotycznych i tworzenia podziemnego państwa polskiego oraz już w okresie powstańczych walk partyzanckich. To były „Dwie drogi”, że nawiążę do tytułu książki Pawła Jasienicy. Były też jednak podobieństwa i elementy integrujące, przede wszystkim wspólny wróg, bo i Biali i Czerwoni żywili wielką niechęć do Moskala. Gdy na progu wiosny, w końcu lutego 1863 roku, Biali przystąpili do powstania, to przecież dlatego, że jednak cel generalny był wspólny.

W jakim stopniu powstańczy dekret uwłaszczeniowy z 22 stycznia 1863 roku udawało się realnie wprowadzać w życie? I dlaczego car uwłaszczył chłopów dopiero ponad rok później, w marcu 1864 roku. Skąd wybór tego terminu?

Gdy dekret powstańczy, wraz z wezwaniem do walki, został opublikowany, wierzono, że uda się szybko i na trwałe opanować jakiś obszar kraju. Rząd Narodowy miał się objawić w Płocku. Liczono, że administracja powstańcza będzie działać w sposób jawny i ciągły. Jednak tak się nie stało i powstanie przekształciło się w serię ponad dwustu bitew i potyczek rozegranych w ciągu kilkunastu miesięcy. Poszczególne obszary, wsie i miasteczka przechodziły z rąk do rąk, więc tego dekretu nie sposób było wykonać w pełni i konsekwentnie. W literaturze pisze się, że niektórzy dowódcy powstańczy realizowali dekret uwłaszczeniowy gorliwie, a inni mniej. Jednak żaden z nich nie działał, przez czas dłuższy niż kilka dni, w jednym miejscu i nie miał jako partnera jawnej powstańczej administracji, która by to wszystko wykonywała i przydzielała ziemię chłopom, czy – jak się wtedy mówiło – włościanom. Uwłaszczenie carskie przyszło z opóźnieniem między innymi dlatego – jak myślę – że chciano uniknąć kopiowania postanowień Rządu Narodowego. Widzi się ten dekret czasem jako gwóźdź do trumny powstania, bo chłopi mieli by jakoby nie być już zainteresowani udziałem w walce. Nie wytrzymuje to krytyki. Na początku marca 1864 roku powstanie już bowiem de facto upadło, a w istniejących oddziałach, nielicznych i na ogół już tylko się ukrywających, chłopów było całkiem sporo. Od powstania odżegnuje się natomiast ziemiaństwo, bardzo wyczerpane konfiskatami i represjami. Książę Adam Czartoryski kończy swoją misję jako reprezentant dyplomatyczny powstania w zachodniej Europie, widząc brak szans na poparcie ze strony Francji czy Anglii. Uwłaszczenie carskie zmierzało do uznania przez chłopów monarchy rosyjskiego za ich dobroczyńcę i w tamtych warunkach wchodziło w życie bardzo powoli.

Czy chodziło głównie o zadanie moralnego ciosu szlachcie czy wynikało to też z przekonania o nieuchronności takiej przemiany na ówczesnym etapie rozwoju społecznego?

Z pewnością i jedno i drugie. Koła rządzące Rosją uznały, że to szlachta i duchowieństwo są najbardziej winne i godne najbardziej surowej kary, odizolowania ich od wpływu na lud, który przecież nie miał jeszcze nowoczesnej świadomości narodowej. Sytuacja była podobna do tej w zaborze pruskim, gdzie Bismarck powiedział wyraźnie, że z tego ludu „da się zrobić Prusaków”. W Petersburgu uznano, że nawet jeśli z ludu polskiego nie da się od razu zrobić Rosjan, to przynajmniej wiernych i wdzięcznych poddanych cara. Stąd uwłaszczenie w Królestwie Polskim jest bardziej radykalne niż w rdzennym Cesarstwie Rosyjskim. Ziemię nadano wszystkim bezrolnym, nie tylko tym, którzy zgodnie z oczekiwaniem Rządu Narodowego wzięli udział w walce. Rosyjscy komisarze włościańscy wiele sporów rozstrzygali na korzyść chłopów, indemnizacja czyli odszkodowanie dla ziemian było mniejsze niż w innych zaborach. Wyraźna też była akcja nacjonalistycznej publicystyki rosyjskiej z Michaiłem Katkowem na czele. Nie ukrywała ona chęci ugodzenia w polskie elity, którym zarzucano postawę Konradów Wallenrodów. To przypomnienie poematu Mickiewicza w rosyjskiej publicystyce było bardzo symptomatyczne. Z punktu widzenia Petersburga uznano, że mają do czynienia ze zdrajcami. Bowiem duża część Polaków służąca w carskiej armii w randze oficerskiej czy w roli urzędników, jak Romuald Traugutt, Zygmunt Padlewski, Ludwik Narbutt czy Jarosław Dąbrowski, na dźwięk powstańczej trąbki, przeszła na druga stronę. Z tego punktu widzenia, to Polacy są zdrajcami zasługującymi na represje i nieufność.

Jak była wtedy realna sytuacja warstwy chłopskiej?

Bardzo skomplikowana, choć my ją sobie wyobrażamy z perspektywy czasu jako jednolitą, według reguły odwróconej lunety. Byli przecież chłopi-gospodarze, użytkownicy jakichś areałów, którzy mieli je teraz otrzymać na własność, ale byli też bezrolni czy parobkowie, co najmniej kilkanaście procent, którzy mieli otrzymać po trzy morgi ziemi z dóbr narodowych, jeśli wezmą udział w walce. Był też szereg innych kategorii chłopów, w różny sposób uzależnionych od dworu, czynszowników chociażby. W trakcie realizacji była przecież reforma polegająca na oczynszowaniu z urzędu, bez dania chłopom ziemi. Na zachodnich kresach Królestwa Polskiego ponad dziewięćdziesiąt procent chłopów już było oczynszowanych, nie odrabiało pańszczyzny, choć w powiecie hrubieszowskim były odwrotne proporcje. Z uwłaszczeniem powstańczym inaczej było na wsiach położonych blisko większych miast, gdzie stacjonowały silne garnizony rosyjskie, a inaczej w okolicach Puszczy Białowieskiej, gdzie wojsko zapuszczało się niechętnie.

Czy Rząd Narodowy dawał wyraz ocenie procesu uwłaszczenia?

Romuald Traugutt uznał, iż te dekrety są wykonywane zbyt mało gorliwie. Wydał postanowienie grożące nawet śmiercią tym, którzy by się sprzeciwiali rozdawaniu chłopom ziemi, rezygnacji z czynszów i danin. Było już jednak za późno.

Ważnym wątkiem duchowo-artystycznego obrazu Powstania Styczniowego, uwydatnionym szczególnie mocno i gorzko w „Wiernej rzece” Stefana Żeromskiego, jest obraz chłopów masakrujących powstańca czy chłopów obdzierających poległych powstańców czy rannych z odzienia. Czy ten obraz był reprezentatywny czy raczej rzadki?

To kolejne pytanie, na które nie można odpowiedzieć jednoznacznie. Nietrudno wskazać przykłady bierności, przypadki donoszenia do władz carskich na powstańców, czy sceny takie jak u Żeromskiego, obdzierania trupów powstańczych lub rannych na pobojowiskach. Można też jednak pokazać przykłady wstępowania chłopów do oddziałów powstańczych i to u schyłku trwania zrywu. Na Lubelszczyźnie i Kielecczyźnie udział ochotników-chłopów jest znaczący. Pojawili się też pierwsi plebejscy dowódcy. Postawa chłopów zależała w dużej mierze od zachowania wojsk rosyjskich i postawy dworów. Jeśli były w stosunku do chłopów szczególnie brutalne czy nieprzychylne, to zachęcało ich do wstępowania do oddziałów powstańczych. Inna była sytuacja gospodarza, użytkownika ziemi, mającego do wyżywienia liczną rodzinę, a inna młodego parobka, nie mającego nic do stracenia. Ten mógł marzyć choćby o przyodziewku i strawie, które mu przysługiwały w oddziale czy o niewielkim żołdzie, który płacił już pierwszy dyktator Powstania, Marian Langiewicz. Mógł też liczyć na łupy po zabitych Rosjanach, które z nędzarza sprzedającego swoją pracę za parę groszy uczyniły by go właścicielem jakiegoś dobytku. O tym prawie się nie mówi, nie ma tego nawet u Żeromskiego, ale społeczna wyobraźnia wsparta pewnymi pamiętnikami dowódców powstańczych poświadcza, że tak bywało. Bywali jednak i tacy, którzy uchylali się od wojskowego poboru powstańczego, który przeprowadzali dowódcy po wejściu do wsi, odczytaniu dekretu, zrzuceniu carskiego orła i zawieszeniu polskich znaków narodowych. Nie wszyscy powstańcy chłopscy byli ochotnikami i gdy stawali później przed carskimi komisjami śledczymi, to twierdzili, że zostali wcieleni do oddziału powstańczego siłą. Dezercja z oddziałów powstańczych była znaczna.

Powstanie Styczniowe wybuchło 17 lat po słynnej rabacji Jakuba Szeli i rzezi galicyjskiej 1846 roku. Czy w dokumentach władz i w powstańczej publicystyce są jakieś ślady obaw przed powtórzeniem się tamtych zdarzeń?

W 1861 rozpoczęły się niepokoje na wsi w Królestwie na wieść o uwłaszczeniu chłopów w Rosji. Były one pacyfikowane przez wojsko i policję rosyjską, zdarzało się, że wzywane na pomoc przez niektórych ziemian zagrożonych rozruchami. Trzeba jednak powiedzieć, że choć chłopi nie mieli nowoczesnej świadomości narodowej, to jednak mieli poczucie przynależności do tego samego narodu co szlachta, kler czy nauczyciele wiejscy. A Moskal był naprawdę niepopularny, także dlatego, że ściągał wysokie podatki i brał na 25 lat do wojska. Poza tym chłopi byli religijni i Moskal to był dla nich heretyk, człowiek obcy wyznaniowo. Tak więc wdzięczności chłopów za uwłaszczenie w stosunku do Petersburga było niewiele. Kiedy szereg lat po powstaniu, w latach osiemdziesiątych, na Wałach Jasnogórskich w Częstochowie wzniesiono kilkumetrowy pomnik cara Aleksandra II z napisem, że ów monarcha był dobroczyńcą ludu, bo go uwłaszczył, chłopów przybywających w pielgrzymkach na ogół to irytowało.

Obraz okresu przedpowstańczego i powstania, to także sceny wdzierania się wojska i żandarmerii rosyjskiej do kościołów, zamykania ich w rezultacie mszy patriotycznych. To jednak także wizerunek biskupa wrogiego powstaniu i jednemu z dowódców powstańczego oddziału, księdzu Brzósce, zawarty w głosnej swego czasu powieści Marii Jehanne-Wielopolskiej „Kryjaki”. Jak powstanie wyglądało z tego punktu widzenia?

Kościół odzwierciedlał społeczne i polityczne podziały. Zdarzali się biskupi o wyraźnie ugodowej postawie, jak Wincenty Popiel czy Konstanty Łubieński. Zdarzali się tacy jak Zygmunt Feliński, którzy próbowali lawirować między władzą rosyjską a samozwańczą w końcu powstańczą. W niższym duchowieństwie dużo było postaw ewidentnie propowstańczych, niejednokrotnie nawet radykalnie „czerwonych”. Mam na myśli nie tylko kapelanów powstańczych jak Agrypin Konarski, ale także księży dowódców, jak – na Litwie – ksiądz Antoni Mackiewicz, czy – na Podlasiu – ksiądz Brzóska, którzy zapłacili życiem. Wielu wspomagało powstanie na rozmaite sposoby. Z punktu widzenia caratu duchowieństwo katolickie było wrogiem nieprzejednanym. Zesłano do Rosji nawet ugodowych biskupów jak Popiel czy Łubieński. Obca władza dużo zrobiła dla jednolitości postawy duchowieństwa wobec niej.

O Powstaniu Styczniowym pisano często w publicystyce, że było ono początkiem końca Polski szlacheckiej i dało początek narodzinom polskiej inteligencji, wywodzącej się ze szlachty zrujnowanej w wyniku popowstańczych konfiskat majątkowych…

Ten stan rzeczy padł na podatny grunt w postaci rodzących się idei pozytywistycznych, pracy organicznej. Wskazywały one, że można trudzić się dla ojczyzny nie tylko na polu bitwy, ale także w codziennej pracy, nauce i szerzeniu oświaty. Trafiało to zwłaszcza do części młodej generacji i w ogóle do części ziemiaństwa oraz zamożnego mieszczaństwa. Dawało ono pieniądze na różne instytucje, takie jak Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie czy na rozmaite stowarzyszenia i organizacje oświatowe, mocno skądinąd krępowane przez administrację rosyjską, działającą wtedy w nacjonalistycznym duchu wynarodowienia Polaków. W szeregach inteligencji zachodzą wtedy interesujące procesy. Jej część ląduje od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych na bruku. Absolwenci rozmaitych szkół nie mogą znaleźć pracy, zasilając szeregi inteligenckiego proletariatu, zarabiającego na życie dorywczymi pracami, choćby korepetycjami i próbującego zaczepić się w sektorze prywatnym. Rodziło to w nich frustrację i nienawiść we stosunku do carskiej władzy, motywowaną nie tylko patriotycznie ale także przez pryzmat osobistej sytuacji ekonomicznej. To właśnie te kręgi dostarczą działaczy i zwolenników dwóch antagonistycznych obozów politycznych, które zaczęły się tworzyć pod koniec lat osiemdziesiątych – socjalistycznemu i narodowo-demokratycznemu, czy jak wtedy mówiono: wszechpolskiemu. Oba te ruchy u swych początków były zarówno antyrosyjskie, jak społecznie radykalne, choć obóz wszechpolski w 1905 roku zaczął zmieniać front. Konserwatywna, nacjonalistyczna, reakcyjna polityka caratu hodowała sobie wrogów w samej Rosji i zaczęła rusyfikować nawet spokojnych Finów, a co dopiero mówić o ziemiach polskich. Doprowadziło to do powstania anarchistycznych partii oporu, dokonujących zamachów na rosyjskich dygnitarzy i konferujących w Paryżu z Organizacją Bojową PPS Piłsudskiego.

Co można uznać za najważniejsze dziedzictwo Powstania Styczniowego?

Z tym wiąże się kwestia moim zdaniem nie dość akcentowana, także podczas obecnych obchodów. Jest nim wizja państwa i społeczeństwa, państwa demokratycznego a społeczeństwa solidarnego, państwa ludzi równych. W tym kontekście uwłaszczenie chłopów było jednym z działań, które miały doprowadzić do państwa, które po części, na krótko, udało się zbudować. Państwo podziemne, „tajemne”, jak wtedy mówiono, Rząd Narodowy, miały charakter republikański, obywatelski. Rzecz jak na owe czasy niezmiernie nowoczesna, w tej Europie środkowo-wschodniej, monarchicznej, konserwatywnej, pełnej przeżytków feudalizmu i z wyraźnie akcentowaną pozycją tradycyjnych elit społecznych. Wszakże spora część tych elit godziła się na tę zmianę. Rozumiano, że na stanowiskach w państwie podziemnym są ludzie mieszczańskiego, plebejskiego pochodzenia, że już minęły czasy, kiedy jedynie śmietanka szlachecka, arystokracja nadawała ton. Te elementy wizji państwa są rozsiane po rozmaitych manifestach, odezwach, wypowiedziach kolejnych ekip Rządu Narodowego, i tych Czerwonych i tych Białych. Skoro zatem słusznie czcimy Konstytucję Trzeciego Maja jako ważną część dziedzictwa, które warto kultywować, skoro uważamy, że była to próba modernizacji ówczesnego ustroju Polski, to dlaczego z podobną konsekwencją nie pokazujemy tej wizji modernizacji w dokumentach Powstania Styczniowego?

Dziękuję za rozmowę.