Wielkopolscy lokatorzy oburzeni

Kilka godzin koczowała na klatce schodowej. Nie mogła wrócić do mieszkania, w którym zamknęła się osoba, którą miała za właścicielkę. Teraz poznański sąd uznał, że… nie doszło do żadnego przestępstwa. A Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, które wsparło pokrzywdzoną, nie posiada się z oburzenia.

Weronika, młoda matka z mężem i dwójką dzieci, mieszkała na osiedlu Poznańskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego przy ul. Folwarcznej w Poznaniu od kwietnia 2018 r. Nie wiedziała, że wynajęła mieszkanie nie od właścicielki, a od najemczyni lokalu, która nie miała prawa odstępować go kolejnej osobie. Przez kilka miesięcy zajmowała lokal i terminowo płaciła za niego 1800 zł. W sierpniu 2018 r. spóźniła się o tydzień.

31 sierpnia 2018 r. najemczyni Agnieszka G. i jej partner przyjechali do mieszkania przy Folwarcznej. – Wpuściłam ich w dobrej wierze, normalnie rozmawialiśmy. Kobieta powiedziała, że zdewastowałam mieszkanie, bo ściana była porysowana pisakiem przez córkę. Chwyciła mnie za rękę i wypchnęła z mieszkania. Trzymałam córkę, omal się nie przewróciłam – opowiadała kobieta na gorąco poznańskiej Gazecie Wyborczej.

Wyrzucona kobieta nie miała szansy zabrać swoich rzeczy ani rzeczy dzieci. Kilka godzin koczowała na klatce schodowej z córeczką ubraną tylko w pieluchę.

Kilkakrotne telefony na policję, także od sąsiadki, nie pomagały. Patrol pojawił się na miejscu dopiero wtedy, gdy wiedział, że sprawą interesują się już lokalne media i Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów. Sąsiadka kobiety zaświadczyła, że Weronika z rodziną tu mieszka. Agnieszka G. twierdziła bowiem, że rodzina z dziećmi… włamała się do pustego mieszkania i zajęła je, gdy gospodarze wyjechali. Dopiero podczas drugiej interwencji policji Agnieszka G. zgodziła się wpuścić podnajemców z powrotem do mieszkania, pod warunkiem, że w ciągu miesiąca znajdą inne.

Ostatecznie również Agnieszka G. musiała opuścić osiedle. Wypowiedziano jej umowę, bo wbrew przepisom podnajmowała lokal. Lepiej dla niej skończyła się sprawa w sądzie pierwszej instancji. Prokuratura oskarżyła kobietę o naruszenie miru domowego i zmuszenie podnajemczyni do opuszczenia mieszkania przemocą fizyczną. 28 czerwca Agnieszka G. została uniewinniona.

Drugi zarzut zdaniem sądu upadł, gdyż oskarżona i pokrzywdzona różnie relacjonowały przebieg wypadków. Agnieszka G. do końca twierdziła, że Weronika sama wyszła z lokalu, w dodatku grożąc jej. Tak samo zeznawał obecny mąż, wtedy partner Agnieszki G. Tymczasem Weronika najpierw powiedziała sąsiadce, że wypchnął ją partner oskarżonej, potem, że oskarżona. Sąd uznał, że powstała w ten sposób nierozwiązywalna wątpliwość, którą trzeba interpretować na korzyść oskarżonej.

A co z naruszeniem miru domowego? Według sędzi Agnieszki Lehwark do niego również nie doszło, gdyż pokrzywdzona nie wezwała oskarżonej i jej partnera do wyjścia z mieszkania. Dopiero po takim wezwaniu i jego zignorowaniu można mówić o naruszeniu miru domowego – stwierdził sąd.

– To skandaliczny wyrok i zachęta do następnych nielegalnych eksmisji – powiedziała Gazecie Wyborczej Anastazja Wieczorek-Molga z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Kobieta nie mogła uwierzyć, że sąd uznał wyjaśnienia oskarżonej o samodzielnym wyjściu podnajemczyni z mieszkania za wiarygodne. – Jeśli ktoś dobrowolnie opuszcza mieszkanie, to nie zabiera rocznego dziecka w samym pampersie, bez wody, bez jedzenia. Nawet pies został wyrzucony bez smyczy. A oskarżona kłamała w tym czasie, że doszło do włamania i nikomu nie podnajmowała mieszkania.

Nie wiadomo, czy będzie odwołanie od wyroku. Prokurator, który oskarżał w sprawie, nie był obecny na jego ogłoszeniu.

Władza czyści kamienice

Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.

„Mieszkanie plus” zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie, i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych, czy łazienkowych. I w jednym i w drugim przypadku zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70-80 proc. tego czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje, albo straci pracę, i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania. Na bruk, bez żadnej możliwości wyszukiwania takiej osobie lokali zastępczych.

Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej, wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie, PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60 proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90 proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł. 

Mieszkasz, to pokazuj

Najlepsze jednak przed nami. Od 21 kwietnia 2019 r. obowiązuje prawo klepnięte bez rozgłosu rok wcześniej. A ono mówi, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych, mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.

Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdemu, komu przyznają mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie 3 miesiące. I jakby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej). 

A nie daj Boże, żeby taka 4-osobowa rodzina z mieszkania komunalnego, dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu. 

Kara za podwyżkę zarobków

Miesięczny czynsz w wysokości 40 zł/metr kw. może być oczywiście wyższy. Tyle bowiem wychodzi za mieszkanie wycenione na 6 tys. zł za metr. Czyli w przypadku Warszawy za jakieś stołeczne peryferia. W centrum, wartość odtworzeniowa spokojnie mogłaby wynosić i 8-9 tys zł. I wtedy ktoś mieszkający w kamienicy w Śródmieściu, za 60 metrowe mieszkanie, za które teraz płaci niecałe 450 zł, musiałby wykładać 3 600 zł czynszu miesiąc w miesiąc. Wystarczyłoby, żeby taki lokator samorządowego mieszkania, będący posiadaczem jednego dziecka, zarabiał wraz małżonką 4000 zł na rękę. Bo warszawskie przepisy komunalne określają, że limit przychodów lokatora w wieloosobowym gospodarstwie to 1330 zł na osobę. Gdy więc mąż i żona dostają na konto po 2 tysiące, to od kwietnia będą jako krezusi płacili za komunalną chałupę znacznie więcej niż takie samo mieszkanko wynajęte prywatnie. 

A gdy nie będą chcieli płacić, to właściwe służby będą miały obowiązek wywalenia ich na zbitą twarz.

Nie musi tak jednak być, bo pisowska ustawa jest ludzka. I nie nakazuje, ale pozwala, gminom skorzystać z opcji niepodnoszenia czynszu do maksimum, ale np. do wysokości, w której zmieści się to, co lokator zarabia powyżej limitu. Czyli, jak mąż czy żona dostaną w pracy podwyżkę, o 300-400 zł miesięcznie, to mają tę kasę przelać na konta samorządu, bo o tyle wzrośnie im czynsz. To oczywiście nader motywujące dla każdego… 

W związku z czym pomysły te jeszcze bardziej nakręcą rozwinięty przez „500 plus” system płacenia pod stołem.

Kierunek przedmieście

Pocieszeniem dla większości ludzi mieszkających w lokalach komunalnych jest to, że nowe przepisy będą obowiązywać tylko osoby, które podpiszą umowę najmu po 20 kwietnia. Tyle, że w ustawie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmusić do tego osoby mające od lat najem na czas nieokreślony. Jak urząd zagnie parol na jakąś nieruchomość, to przecież znajdzie setki powodów aby przenieść „starych” lokatorów no nowych lokali. A wtedy będzie potrzebna nowa, restrykcyjna finansowo umowa nakazująca płacić horrendalne stawki. Budynki trzeba wszak rewitalizować i dokonywać kapitalnych remontów w obawie przed katastrofa budowlaną. 

Przepis o niedziałaniu prawa wstecz spowodował, że do urzędów biegają wszyscy, którzy mieli dotąd umowy na czas określony. Sądzą, że jak zdążą przed kwietniem stać się posiadaczami umów na wynajem bezterminowy, to im się upiecze. Sęk w tym, że urzędnicy też to wiedzą i albo sprawy przeciągają poza 20 kwietnia, albo wydają decyzje odmowne.  

Jaki będzie efekt opieki państwa PiS nad setkami tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych łatwo przewidzieć. Oberwą, jak zwykle, najbiedniejsi, którzy, nie mogąc zakombinować z pracodawcą przy zarobkach, będą musieli wynieść się z horrendalnie drogich mieszkań komunalnych i zamieszkując na obrzeżach wielkich miast, płacić na wolnym rynku nawet połowę tego, co zarabiają. Choć i tak mniej niż za mieszkanie komunalne.

Jak stracić na dopłacie

Ale, ale. Przecież od stycznia weszły przepisy pisowskiej ustawy „o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania”. To się nazywa „Mieszkanie na start” i polegać ma na tym, że dopłaty do czynszu pomogą Polakom w obniżeniu kosztów życia. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju „program dopłat do czynszów jest kierowany do ludzi, których nie stać na wynajem czy zakup mieszkania na rynku komercyjnym, a ich dochody są zbyt wysokie, by mogli ubiegać się o mieszkania komunalne”. Tacy ludzie przez 15 lat będą mogli dostawać dopłaty do czynszu. W przypadku 4-osobowych rodzin dotacja może wynieść nawet od 300 do 560 zł miesięcznie. W tym roku na ten cel państwo wyłoży 200 mln zł. I odtąd co rok będzie wydawało o kolejne 200 mln zł więcej, by w 2034 osiągnąć 3,2 mld zł i przestać rosnąć. 

O dotację do czynszu może się starać tak singiel jak i rodzina. Tyle, że osoba pojedyncza nie może zarabiać więcej niż 2600 zł brutto. A dochody czteroosobowej rodziny winny być niższe od 6 400 zł.

I na tym koniec dobrych wiadomości. Dopłaty będą przyznawane osobom wynajmującym mieszkania wyłącznie w nowym budownictwie i tylko po zawarciu stosownej umowy z gminą. Czyli nie będą przyznawane tym, którzy wynajmują używane mieszkanie od osób prywatnych.

Jest zatem tak, że dopłaty są dla limitów znacznie wyższych niż te ustalane dla mieszkań komunalnych przez gminy. A ponieważ wejdą do dochodu lokatorów, to zostaną zeżarte przez podwyżkę czynszu. Dokona się zatem transfer z kasy państwa na konto samorządów. Co samo w sobie, jest może idiotyczne, ale nie złe. 

A, że wywaleni w mieszkań komunalnych nic z tego nie będą mieli? No cóż… Kazał im ktoś zarabiać więcej niż najniższa krajowa?

PiS, zamiast opowiadać jak robi dobrze ludziom z problemami mieszkaniowymi, mógłby zrobić coś konkretnego. I to dla milionów Polaków. Znieść, albo choć obniżyć podatki od wynajmowanych mieszkań. Dziś wynajmujący płaci właścicielowi mieszkania za jego podatek. A ten wynosi 18 lub 32 proc, w zależności od przychodów posesjonata, gdy ten chce opodatkować się według „normalnych” zasad, czyli z odliczaniem kosztów. Albo 8,5 proc. podatku zryczałtowanego, gdy właściciel jest leniwy.  

Oczywiście podatki takie płaci – zdaniem ekspertów – najwyżej co dziesiąty wynajmujący. Co nie przeszkadza większości z nich wliczać go w koszt najmu. Gdyby zatem podatek taki znieść, to budżet nawet by tego nie poczuł. A gdyby wprowadzić tylko ryczałt w wysokości 1 proc., to mogłoby się okazać, że dochody państwa będą większe niż dziś. Płacenie paru złotych miesięcznie nie byłoby problemem dla właścicieli, a powodowałoby, że mogliby bez strachu przed fiskusem rejestrować taki najem. I spaliby spokojnie, że lokatorzy – świadomi, że trzymają w szachu niepłacącego podatków właściciela – nie sprzedadzą wyposażenia lokalu. I to w poczuciu zupełnej bezkarności. Bo jak można ścigać kogoś, kto formalnie lokatorem nie był? 

Na tej operacji skorzystaliby i lokatorzy. Może nie 30 proc., jak w mitycznym „Mieszkaniu plus”, ale co dziesiątą złotówkę, by zaoszczędzili.

Państwa jak nie było, tak jest go jeszcze mniej

Prawo od lat stosowane jest nader wybiórczo. „Dobra zmiana” nic w tym zakresie nie zmieniła, z wyjątkiem przestawienia celownika.

W Poznaniu na ulicy Stolarskiej stała kamienica. Tak się złożyło, że znalazł się jej właściciel. Wkrótce na terenie nieruchomości pojawili się dwaj obywatele, podający się raz za jej właścicieli, raz za zarządców, i rozpoczęli remont. Rozkopali podwórze. Wyjęli okna na klatce schodowej i drzwi wejściowe. Skuli tynki na klatce schodowej. Zawalili gruzem wejście do kamienicy. Opróżnili też zajęte przez lokatorów piwnice i tak im jakoś wyszło, że nawet nie uprzedzili ich o tym. Na koniec rozwalili jedną ze ścianek działowych na poddaszu. A po tym wszystkim prace przerwali. Przy okazji remontu dochodziło do zalewania jednego z mieszkań, w skrzynkach pocztowych pojawiały się robaki a na terenie posesji szczury. Dopełnieniem całości było dekorowanie przez ekipę remontującą budynku wstęgami pogrzebowymi z napisem „ostatnie pożegnanie”.

Czyściciele

Obywatelom nadzorującym te działania chodziło, by zamieszkujące kamienicę osoby poszły sobie z niej w cholerę. Ponieważ jednak lokatorzy byli oporni na takie sugestie, wyłączono im wodę i odcięto gaz.

Poznański przykład zachęcił innych obywateli do podejmowania podobnych działań w całej Polsce. Media ochrzciły wykonujących taki fach obywateli mianem czyścicieli kamienic.

Nad losem postponowanych lokatorów załkała cała Polska. W końcu sprawa trafiła do wymiaru sprawiedliwości. Czyścicieli raz skazywano, raz uwalniano od zarzutów. Co w świetle konstytucji dziwić nie powinno albowiem panowie stali na straży tak priorytetowej dla Rzeczpospolitej wartości jak święte prawo własności.

W imię tejże własności można w Polsce robić wszystko. A zatrudniony przez lokatorów papuga może się najwyżej powoływać na przepis zabraniający uporczywego nękania, czyli stalkingu. Ba, papuga może nawet wywalczyć lokatorom, że czyściciele nie zbliżą się do zamieszkiwanej przez nich kamienicy. Tyle tylko, że niczego nie zmieni to w ich położeniu. Wody i gazu mieć nie będą, a po klatce schodowej nawet zimą będzie hulał wiatr.

Ulice

W centrum Krakowa jest ulica Bydgoska. Ludzie zamieszkujący ją tym jednak różnią się od innych obywateli tego miasta, że któregoś nieszczególnie pięknego dnia otrzymali wezwanie do zapłaty za użytkowanie tejże ulicy.

Rachunki były ledwie za ostatnie dziesięć lat. Kwoty nie były może oszałamiające, bo wynosiły od tysiąca do 1800 złotych. Szokiem dla mieszkańców był jednak sam fakt, że istniał tytuł prawny do ich wystawienia. A istniał. Droga była bowiem jak najbardziej prywatna, bo miasto nigdy jej nie wykupiło.

Co można począć z jezdnią i chodnikiem gdy się jest ich właścicielem? Zdawałoby się, że niewiele. Przecież nie kupi tego żaden deweloper bo na środku ulicy nieszczególnie mógłby coś wybudować. Od czego jednak prawo własności? A jeszcze bardziej prawo to połączone z przepisami o bezumownym korzystaniu?

Właściciele 13 arów skorzystali zatem z tego co im przysługuje i pojechali po mieszkańcach ulicy. Efekt był taki jak się spodziewali. Zrobił się szum. Ludzie z Bytomskiej pognali do krakowskiego magistratu i do mediów.
Zgodnie z przewidywaniami posiadaczy świętego prawa, po pół roku dostali co chcieli. Nie ma jednak co sądzić, by przestraszony oskarżeniami o nieudolność krakowski ratusz mógł wiele stargować z zaproponowanej przez uliczników ceny 750 tys. złotych. Postępowania egzekucyjne w stosunku do chodzących chodnikiem i jeżdżących Bytomską były już w toku.

Komórkowcy

W kodeksie karnym jest paragraf 1 artykułu 286, którego główną rolą we współczesnej Polsce jest przyprawianie oszustów o śmiech. Jak tu się bowiem nie roześmiać, gdy czytamy, że „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.” Już pali licho kredyty we frankach i inne polisolokaty, które wbrew prawu były wciskane jako zwykłe kredyty i ubezpieczenia, a wedle znakomitej części palestry były nie czym innym, jak instrumentami finansowymi, które instytucjom finansowym wolno wciskać tylko klientom, którzy wykazali się pogłębioną wiedzą na temat inwestowania.

Każdego dnia miliony Polaków dostają SMS-y z propozycją skorzystania z wygranej kilkuset tysięcy złotych. Codziennie, ktoś zamawia SMS-em usługi, które nie występują, ale za które operator komórki skwapliwie ściągnie na koniec miesiąca. Ustawa ograniczyła jednostkowe naciąganie nas do 35 zł. Można mieć zatem pewność, że nikt nie pozwie naciągaczy.

Niedozwolone zapisy w umowach, klauzule nieważne z mocy prawa. Owszem, takie pojęcia w zapisach kodeksowych istnieją. Tyle, że przed sądami cywilnymi liczy się tylko to, że klient podpisał umowę. A, że umowa powinna być przez sędziego wyśmiana i wywalona do kosza, bo jest ewidentnym wyłudzeniem i spełnia warunki każdej z liter artykułu o niekorzystnym rozporządzeniu? No cóż – powinna.

Choć nie powinno to nawet trafić przed sąd cywilny, bo psim obowiązkiem prokuratury jest dbać o to, żeby oszuści siedzieli w więzieniu, a nie grasowali w internecie i sieciach komórkowych. Wystarczyłby jeden myk. Tak jak w przypadku pojazdu, czy czegokolwiek z czego przestępca korzysta w czasie przestępstwa, to coś może z mocy prawa przestać być jego własnością. Gdyby zatem zdarzyło się tak, że korzystający z przestępstwa właściciele sieci komórkowych, w których pojawiają się oszukańcze SMS-y popłynęli na jakąś olbrzymią kasę, to sami dbaliby, by nikt tą drogą nie przekręcał. Powód jest prosty. Z każdego złodziejskiego SMS-a operatorzy dostają działkę. Dużą działkę. Są zatem współsprawcami wyłudzenia.

Zablokowane bloki

Na parkingach wielu spółdzielni mieszkaniowych na Śląsku, niewielu kierowców zwraca uwagę na napisane drobnym drukiem informacje na tablicach przy wjeździe. Odczytanie ich z jadącego samochodu jest bowiem niemożliwe. Małe literki informują, że koszt parkowania wynosi 150 zł, niezależnie od czasu postoju. Jeśli ktoś nie ma ochoty zapłacić, parkingowy zakłada mu blokadę na koła. Zdjęcie blokady to wciąż 150 zł. To chyba najcudowniejsze w Polsce połączenie świętości umów, prawa własności i braku jakiejkolwiek sankcji za działanie bezprawne.

Bo prawo do zakładania blokad – a i to w bardzo precyzyjnie określonych sytuacjach – ma jedynie straż miejska i policja.

No i co z tego? Parę lat temu ludzie zaczęli protestować przeciwko zakładaniu blokad samochodowych przez prywatną firmę z Dąbrowy Górniczej. Wymiar sprawiedliwości w większości wypadków, rzecz jasna, umarzał skargi kierowców. Po kilku latach Sąd Okręgowy w Katowicach orzekł, że umorzenie sprawy przez sąd niższej instancji było błędem. A to dlatego, że założenie blokady obniża wartość samochodu i stanowi szkodę dla kierowcy. Znaczy się sąd pochylił się nad własnością w postaci samochodu i przedłożył ją nad własność spółdzielni. Nie zająknął się jednak słowem, że bezprawne działanie mające na celu uzyskanie korzyści materialnej jest wyłudzeniem. Jak widać wyłudzać można, byle tylko nie rysować lakieru.

Wyjazd za normalnością

Niemal wszyscy emigrujący na Wyspy, czy do Niemiec, powtarzają jak paciorek, że mają dość życia w kraju, gdzie nie ma państwa, a prawo chroni złodziei.

PiS zapowiadał, że państwo zacznie być państwem. Bzdura. Zamiast spowodować, że prawo i sprawiedliwość zaczną być egzekwowane, sam zaczął łamiącą wszelkie normy prawne populistyczną rozgrywkę. Taką, która na celowniku zawsze ma kogoś z opozycji. Gawłowski i Nowak, znikąd się nie wzięli. Komisja Jakiego też z reguły nie robiła kuku firmom będącym właścicielami zreprywatyzowanych kamienic, ale gdy pojawiało się nazwisko Waltz, to domagała się 5 milionów zł. Przekręciarze apolityczni lub – Boże broń – wspomagający partię rządzącą, mogą spać spokojnie.

Zwycięstwo warszawskich lokatorów

Po wielu latach oczekiwań i walki, morzu niesprawiedliwości, ludzkich dramatów i rozpasania bandytów, którzy wyrzucali ludzi na ulicę w majestacie prawa, Sejm wreszcie uchwalił potrzebne rozwiązania związane z reprywatyzacją.

Ustawy całkowicie zamykającej temat reprywatyzacji wciąż nie ma – zbyt wielkie interesy tu się ścierają i zbyt wielkie pieniądze, żeby to łatwo poszło. Należy trzymać kciuki, by sejmowa Lewica wytrwała w zamiarze opracowania kompletnego projektu i złożenia go w parlamencie jesienią, po konsultacjach z ekspertami, samorządowcami i organizacjami lokatorskimi. Ale to, co znakomitą większością głosów uchwalił dziś Sejm ponad podziałami, kładzie tamę przynajmniej najbardziej jaskrawym przypadkom nieprawości.

Akt prawny przegłosowany w Sejmie to nowelizacja ustawy o komisji weryfikacyjnej. Usprawnia wypłatę odszkodowań lokatorom poszkodowanym w wyniku reprywatyzacji w Warszawie. Zakazuje reprywatyzacji budynku, w którym zamieszkuje choć jeden lokator. Ustawa przecina wreszcie granie na zwłokę przez urząd miast Warszawy, który hurtowo zaskarżał decyzje komisji weryfikacyjnej, blokując nie tylko przywracanie stanu sprzed prywatyzacji, ale też blokując wypłatę odszkodowań za krzywdy i cierpienia lokatorom. Teraz koniec z tym. Wszystkie zaskarżone decyzje uznane zostały za ostateczne i prawomocne, a wypłata nastąpi w ciągu 30 dni od daty wejścia w życie znowelizowanej ustawy.

Z reprywatyzacji mają być wyłączone nieruchomości przeznaczone na cele nauki, oświaty i kultury, znajdowanie się gruntu do reprywatyzacji na terenie publicznego kompleksu wypoczynkowego lub „niemożność pogodzenia z prawidłowym ukształtowaniem stosunków sąsiedzkich”. Nie przeszła jednak poprawka, na mocy której z reprywatyzacji miały być wyłączane nieruchomości, w których znajdują się mieszkania komunalne (gmina realizuje cel, jakim jest zapewnianie mieszkań). O taką poprawkę walczyła sejmowa Lewica wspólnie z organizacjami lokatorskimi, ale nie zdołała przekonać pisowskiej większości.

Za tak sformułowaną ustawą głosowało 416 posłów, w tym posłowie Lewicy i, co zaskakujące, Koalicji Obywatelskiej.

Lokatorzy do ostatniego dnia nie byli pewni, czy ustawa przejdzie przez Sejm. Wszak już dwukrotnie spadała z porządku obrad, za każdym razem pod błahym pretekstem. Dlatego 13 sierpnia, dzień przed głosowaniem, grupa aktywistek i aktywistów Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz Komitetu Obrony Praw Lokatorów przybyła przed gmach parlamentu, by raz jeszcze zakrzyknąć: Lokatorzy to nie towar!

Obok gorzkich wspomnień z czasów, gdy ludzi wykurzano z domów, padły na tej demonstracji ważne słowa. To ludzie podnosili Warszawę z gruzów, wspólną pracą odbudowywali domy. Gdzie wtedy byli, czy razem z nimi nosili cegły ci, którzy dziś najgłośniej domagają się milionowych odszkodowań? Czy praca ludzi nie jest warta nic?

Lokatorzy znów nieważni

Gdy trzeba było w kampanii wyborczej uderzyć w Rafała Trzaskowskiego, temat niewypłaconych odszkodowań dla lokatorów warszawskich kamienic był jak znalazł. Gdy wybory są już wygrane…

… wtedy sprawa uchwalenia i wypłacenia odszkodowań może sobie poczekać. O ile w ogóle zostanie sfinalizowana.

Ustawa firmowana przez posłów PiS Sebastiana Kaletę i Pawła Lisieckiego nie pretendowała do kompleksowego rozwiązania problemów reprywatyzacyjnych. Dotyczyć miała jedynie nieruchomości w Warszawie i bezpośrednio tylko spraw, które już rozpatrzyła tzw. komisja weryfikacyjna (kierowana przez Kaletę, a wcześniej przez Patryka Jakiego). Przewidywała, że decyzje komisji przyznające odszkodowania lub zadośćuczynienie dla lokatorów zostaną uznane za ostateczne i prawomocne, a tym samym miasto będzie zobowiązane do ich wypłacenia. Do tej pory ratusz zaskarżał decyzje do sądu.

Organizacje lokatorskie przyjęły projekt pozytywnie. Także Lewica deklarowała, że poprze go w sejmowym głosowaniu, równocześnie pracując nad własną ustawą reprywatyzacyjną (jej założenia prezentowaliśmy też na łamach „Dziennika Trybuna”). III czytanie ustawy i głosowanie jednak zostało już dwa razy odłożone.

– Tydzień temu marszałkini Witek w ostatniej chwili zdjęła z porządku obrad ostatnie czytanie projektu ustawy o odszkodowaniach za reprywatyzację dla warszawskich lokatorów. Mieliśmy głosować nad tym projektem dzisiaj, ale znów usunięto go z porządku obrad. Tym razem dlatego, że głosowanie kolidowało z uroczystym złożeniem kwiatów pod pomnikiem Wincentego Witosa – napisała 24 lipca na Facebooku posłanka Magdalena Biejat. – Chciałam zapytać z mównicy, jak to się dzieje, że akurat ta ustawa ciągle z czymś koliduje. Niestety Marszałkini Witek nie dopuściła mnie do głosu – stwierdziła.

Nie ma reprywatyzacji dobrej i złej

Sprawa reprywatyzacji i jej ustawowego uregulowania mignęła w kampanii wyborczej – i od razu została przesłonięta przez bardziej „chodliwe” tematy. Całkowicie niesłusznie.

– Żeby rzetelnie zmierzyć się z tym problemem, musielibyśmy wyłączyć neoliberalne myślenie, według którego własność prywatna zawsze jest wartością wyższą niż jakiekolwiek względy społeczne – mówi Beata Siemieniako, adwokatka i badaczka polskiej reprywatyzacji.

Siemieniako klientów ma z całej Polski. Historie lokatorów, którym zamknięto na kłódkę bramę do własnego domu, odcięto w mieszkaniach prąd, słyszy w czasie teraźniejszym. Dla ludzi przychodzących do niej po pomoc to są sprawy absolutnie bieżące, nie skandale z przeszłości. Dekady działalności stowarzyszeń lokatorskich, ujawnienie dziesiątków bulwersujących spraw przez społeczników i aktywistów ciągle nie wystarczyły, by doprowadzić do uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej, kończącej temat i uwzględniającej interes społeczny. Jako że ustawy nie ma – w sprawach dotyczących nieruchomości muszą orzekać sądy.

– Jak zwracała uwagę profesor Ewa Łętowska, linia orzecznicza, jaka się ukształtowała, jest bardzo niekorzystna dla lokatorów – mówi mi posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek, jedna z najsilniej zaangażowanych w sprawę ustawy reprywatyzacyjnej parlamentarzystek swojego klubu. – Reprywatyzacja w Polsce była bardzo mocno ukierunkowana na interes osób, które „odzyskiwały” mienie i zwykłych handlarzy roszczeń. Wobec bezsilności państwa i przy sądach, które orzekały, zdecydowanie stawiając na pierwszym miejscu prywatną własność, lobbyści mieli fantastyczne warunki do działania, a mafia reprywatyzacyjna – znakomite warunki do rozwoju. A chodzi tutaj o ogromne pieniądze.

O mafii, handlarzach roszczeń i kuratorach dla 120-latków, za sprawą walki aktywistów lokatorskich i podchwycenia tematu przez polityków, usłyszała już cała Polska. Znacznie słabiej przebijała się refleksja ogólniejsza: że nie byłoby nieprzychylnej lokatorom linii orzeczniczej, gdyby nie ogólny triumf myśli antyspołecznej w latach 90.

– Problem leży w całym neoliberalnym podejściu do reprywatyzacji i do własności. W latach 90. powtarzano nam, że własność prywatna jest święta i że jest własnością nadrzędną w stosunku do jakichkolwiek względów społecznych. Zakładano, bez dyskusji i głębszej refleksji, że potomkom dawnych właścicieli po prostu należy się zwrot znacjonalizowanych niegdyś dóbr, bo to właśnie dawni właściciele „na nie pracowali”. Neoliberalizm zamyka oczy na fakt, kto faktycznie wytworzył to bogactwo – mówi Beata Siemieniako.

Kilkanaście podstaw prawnych

Ustawa reprywatyzacyjna pisana przez Lewicę sformułowana będzie tak, by sprawę zamknąć. Zakłada całkowite wygaśnięcie roszczeń oraz rozszerzenie możliwości zasiedzenia przez samorządy lub przejęcia przez Skarb Państwa opuszczonych nieruchomości, których status jest skomplikowany. Wszystkie sprawy nieruchomości będą rozwiązywane pod bacznym okiem strony społecznej. Znikną też zwroty w naturze – zastąpi je 10-procentowe odszkodowanie, i to obliczane na podstawie wartości nieruchomości w momencie znacjonalizowania.

W czerwcu socjaldemokraci pokazali tylko te ogólne założenia ustawy. Całościowy projekt ciągle nie jest gotowy, jeszcze pracują nad nim eksperci, społecznicy, także samorządowcy, którzy, jak podkreśla Gill-Piątek, okazali się w tej sprawie sojusznikami Lewicy.

Bo reprywatyzacja to nie tylko Warszawa, nie tylko większe ośrodki i nawet nie tylko miasta. Wyjątkiem są może tylko Ziemie Odzyskane. Ile różnego rodzaju nieruchomości w Polsce zostało powtórnie oddanych w prywatne ręce? Ile w tej chwili stanowi przedmiot roszczeń lub jest roszczeniami zagrożonych? Nikt nie podjął się ich skatalogowania. Jeśli PiS twierdzi, że chce nadrobić zaniedbania poprzedników i zająć się reprywatyzacją na poważnie, chyba powinien zacząć od oszacowania, o jakim majątku w ogóle mówimy – zauważa Siemieniako. Wyliczeń nie ma, za to jest kilkanaście podstaw prawnych, na jakie powołują się wnoszący roszczenia. Próbuje się podważać wszystkie decyzje nacjonalizacyjne wydane po II wojnie światowej, łącznie z reformą rolną. Zawsze z tym samym refrenem w tle: własność prywatna jest najważniejsza! Pomija się nie tylko faktyczne okoliczności „wypracowywania majątku” przez ziemian, ale też to, że świętość wielkiej własności ziemskiej nie zawsze była oczywista. Przecież reformy rolne przeprowadzały w Europie także rządy niekomunistyczne, czując, że dla stabilności i spokoju w społeczeństwie lepiej jest przyznać chłopom kawałek ziemi. Podział ziemi planowano nawet w Polsce międzywojennej.

Na przykładach historii ze wsi można doskonale zobaczyć, co jest nie tak z reprywatyzacją, w której wszystko z prawnego punktu widzenia jest w porządku. W Łopusznie (woj. świętokrzyskie) spadkobierca ziemiańskiej rodziny zgłosił się po znacjonalizowany po wojnie pałac. Nieruchomość na drodze sądowej odzyskał. Zespół szkół z internatem, który mieścił się w budynku, musiał go ostatecznie opuścić. W tym konkretnym wypadku powiat, dzięki unijnej dotacji, mógł sobie pozwolić na wybudowanie nowej szkoły. Ile jednak było miejsc, gdzie milionów na nowy budynek szkoły w samorządowej kasie zwyczajnie brakowało? Czy (konstytucyjne!) prawo mieszkańców do nauki nie ma żadnego znaczenia?

Najwyższe stadium rozwoju kamienicy

Nawet w mniej drastycznych przypadkach, gdy reprywatyzacja nie pozbawiała danej społeczności budynku o podobnym znaczeniu, wypłacanie odszkodowań stanowiło ogromne obciążenie dla samorządów. Miasta chciałyby też uporać się z problemem pustostanów. Niszczejące, pozbawione opieki kamienice przeszkadzają inwestować, przeprowadzać estetyzację centrów miast, ratować zabytki, co z kolei przekłada się na przyciąganie gości i inne korzyści. A przyczyną, dla której budynki niszczeją, są nader często właśnie sprawy związane z reprywatyzacją. – W Łodzi, jeśli budynek stoi porzucony, to albo jest czyszczony z lokatorów i celowo degradowany, albo nie ma jednego z kilku właścicieli, co uniemożliwia podjęcie jakichkolwiek działań, albo jego właścicielem został zagraniczny fundusz i wykorzystuje nieruchomość, by przepływały przez nią jakieś finanse – często sprowadza się to do prania pieniędzy – opowiada parlamentarzystka.

Łodzianie ukuli nawet pojęcie „dziadoparkingu, najwyższego stadium rozwoju kamienicy”. – Są tacy właściciele, którzy pozwalają budynkowi popadać w ruinę, czekając, aż miasto doinwestuje najbliższa okolicę i wartość nieruchomości wzrośnie. W międzyczasie zarabiają, oferując na posesji „parking strzeżony”… wśród ruin i gruzów – tłumaczy posłanka, która mieszka w centrum Łodzi, gdzie takie obrazki nie należą wcale do absolutnej rzadkości.

Patrząc na swoje miasto socjaldemokratka i tak podkreśla, że wiele zmieniło się na lepsze. Za prezydenta Kropiwnickiego w zasadzie rozdawano kamienice, zakładając, że wolny rynek wszystko ureguluje. Efekt? Zniszczone zabytki, dramaty mieszkańców. Inną formą „regulowania” było pojawienie się specyficznego „segmentu rynku”: ofert wynajmu przeznaczonych wprost dla lokatorów, którzy opuścili zreprywatyzowane kamienice. W zamian za szybką wyprowadzkę dostawali 10-15 tys. złotych. Te pieniądze w nowym miejscu wpłacają jako kaucję, potem płacą za mieszkanie z bardzo podstawowymi wygodami czynsz bliski komunalnemu. Za rządów Hanny Zdanowskiej wiele się jednak poprawiło. – Krytykuję ją za pewne działania, ale akurat w tej kwestii muszę pochwalić – mówi o swojej imienniczce parlamentarzystka Lewicy.

Władze Łodzi zapewniły m.in. lokale dla mieszkańców kamienicy przy Targowej 47, niedaleko słynnej Filmówki i gdzie prywatny właściciel sięgnął po typowy arsenał drastycznych metod pozbywania się lokatorów, a sąd ukarał ich grzywną za to, że zawiesili na budynku transparent protestacyjny, którego właściciel sobie nie życzył. Mieszkania otrzymali również ostatni mieszkańcy kamienicy przy Kilińskiego 69, po tym, gdy podpalili ją tzw. nieznani sprawcy.

– Policja przyjęła, że byli to bezdomni, ale musieliby być to bardzo zdolni bezdomni, skoro zapalił się cały dach ogromnego domu – wspomina Gill-Piątek, która do dziś żałuje, że nie zdołała zrobić zdjęcia parkującego przed kamienicą samochodu z obcą rejestracją i pięciu dobrze zbudowanych mężczyzn, którzy z niego wysiedli, po czym skierowali się do budynku. Pożar był jedynie ostatnim aktem dramatu: na schodach budynku porzucano odchody, odcięto wodę, jeden z ostatnich lokatorów nosił ją w wiadrach z sąsiedniego podwórka. Drugie mieszkanie, które pozostawało zajęte do ostatniego dnia, zamieszkiwała para starszych, schorowanych ludzi. – Pamiętam do dziś, jak stali przed płonącą kamienicą i płakali – mówi posłanka Lewicy.

Łódź próbuje stawiać tamę nieprawidłowościom poprzez specjalną komórkę w urzędzie miasta, która bada sprawy reprywatyzacyjne, także podważając na drodze sądowej zwroty już przeprowadzone. Powstał zespół prawników pod kierunkiem młodego, progresywnie myślącego Marcina Górskiego, który w swoich wnioskach sięgał, gdy było to potrzebne, nawet po Kodeks Napoleona (z powodzeniem!). To jednak wyjątek. – Nie słyszałam o podobnych rozwiązaniach gdzie indziej w Polsce – przyznaje Gill-Piątek. Ilu lokatorów z całej Polski nie miało tej odrobiny szczęścia w nieszczęściu, co łodzianie? Znowu – tak jak w przypadku budynków, nikt tego nie policzył.

Dopóki nie ma ustawy, i polityka miast, i decyzje sądów pozostają w sferze uznaniowości. Nowelizacja ustawy o gospodarce nieruchomościami, którą proponuje – i zapewne przegłosuje – PiS, nawet nie aspiruje do całościowego rozwiązania problemu. Jej celem jest zagwarantowanie lokatorom z warszawskich kamienic, których sprawy przeprowadziła do końca komisja reprywatyzacyjna, wypłaty przyznanych odszkodowań. Tylko im. Co z mieszkańcami budynków, co do których sprawy są dalekie od finału? Co z wiecznie zapominanymi lokatorami spoza Warszawy?
W 2017 r. Beata Siemieniako przewidywała, że komisja Jakiego zaledwie dotknie tematu reprywatyzacji, nawet jeśli zawęzić sprawę do warszawskiej perspektywy. Z perspektywy trzech lat jest już pewna: niestety, nie myliła się. – Pierwszą kamienicą, którą zajęła się komisja, była Poznańska 14. Było rozstrzygnięcie, szum medialny i… do dzisiaj nie wiadomo, czyj tak naprawdę ten budynek jest. Większość mieszkań stoi pusta, remont kamienicy został przerwany w połowie. Lokatorzy płacą czynsz do gminy, ale boją się, że któregoś dnia upomni się o niego spółka Fenix, dalej wpisana do księgi wieczystej – podsumowuje prawniczka.
Hanna Gill-Piątek jest przekonana, że w PiS swojego czasu istniał projekt, jak zakończyć sprawę reprywatyzacji, a przy okazji pozyskać fundusze na flagowy program mieszkalnictwa, który potencjalnie mógł przynieść mocny wzrost poparcia. Posłanka zastrzega: nikt tego planu nigdy od A do Z publicznie nie wyłożył, jednak śledzenie różnych rządowych doniesień pozwala połączyć kropki i uzyskać interesujący obraz. – Całe mienie zagrożone reprywatyzacją – w całej Polsce, nie tylko w Warszawie – miało być zgromadzone w jednej państwowej spółce. Jak wyglądałoby przejęcie go od samorządów – to było niejasne, przecież przy każdej takiej transakcji trzeba byłoby zapłacić VAT itd. Z drugiej strony, PiS miał w ręku całą władzę, mógł uchwalić takie prawo, które stworzyłoby ramy dla całej inicjatywy. Można sobie wyobrazić, jaki majątek zgromadziłaby taka spółka – tłumaczy socjaldemokratka. – Dalszy pomysł był taki: wypłacać odszkodowania w wysokości 20 proc. wartości nieruchomości, a mienie spółki systematycznie prywatyzować. Oznaczałoby to wyprzedaż całych kwartałów zabudowy miejskiej… ale rząd zyskałby w ten sposób pieniądze na sfinansowanie Mieszkania+. Chętnych by nie brakowało – przecież PiS wprowadził również lex developer, zwolnienie z CIT-u dla funduszy inwestycyjnych, które mają zdywersyfikowaną własność i inwestują na lokalnym rynku mieszkaniowym, ustawę o dopłatach do wynajmu.
Dlaczego projekt upadł? Gill-Piątek skłania się ku przekonaniu, że znowu zwyciężyli lobbyści, podmioty, które tylko korzystają na obecnym stanie rzeczy. Również odsunięcie na dalszy plan premier Beaty Szydło i całej ekipy polityków, którzy chcieli rozszerzać transfery i projekty socjalne, w tym budować mieszkania, nie sprzyjało realizacji pomysłu. Zostały rozwiązania cząstkowe, szczątkowe, za to efektowne i pozwalające zbijać maksimum politycznego kapitału. Wypadają efektownie zwłaszcza na tle marnego dorobku poprzedników PiS, których krzywda lokatorów kompletnie nie interesowała. Ale gdy komisja weryfikacyjna patrzy w przeszłość, sądy rozpatrują kolejne sprawy reprywatyzacyjne. Dochodzą kolejne rozstrzygnięcia: może niektóre z nich też kiedyś zostaną zakwalifikowane do weryfikacji? – Komisja mieli swoim młynem, reprywatyzacja swoim, władza na to pozwala. Błędne koło za przyzwoleniem władz – podsumowuje Beata Siemieniako.

Co z ustawą Lewicy? Parlamentarzyści są realistami. Wiedzą, że w obecnym Sejmie nie będzie zgody na 10-procentowe odszkodowania i zamknięcie sprawy roszczeń. Na dzień dzisiejszy maksymalnym sukcesem lewicy byłoby wrzucenie do debaty publicznej kilku niewygodnych pytań. – Dlaczego po ponad 30 latach od upadku PRL ciągle mówi się o odszkodowaniach za znacjonalizowane nieruchomości? – pyta Beata Siemieniako. – Już prawo rzymskie znało instytucję zasiedzenia w złej wierze: w wielu porządkach prawnych właśnie po 30 latach nieruchomość przechodzi w ręce tego, kto faktycznie nią włada, niezależnie od tego, kto był dawnym właścicielem. Dlaczego choćby w oparciu o tę zasadę nie postawić tamy roszczeniom, skoro minęło już tyle czasu?

Zakończyć dramat lokatorów. Teraz albo nigdy!

Nabierająca tempa kampania prezydencka po raz kolejny staje się okazją do rywalizacji na wizerunki i pogłębianie podziałów dla doraźnej korzyści politycznej. Jednocześnie zaniedbane pozostają palące kwestie społeczne, które narastają od lat, powodując dramaty dziesiątek tysięcy Polek i Polaków i wystawiając jednoznacznie niekorzystne świadectwo całej polskiej klasie politycznej.

Taką właśnie kwestią jest reprywatyzacja mienia sprzed 1945 r. W ciągu ostatniej dekady ujawniono wielką skalę bezprawia i ludzkiej krzywdy, z którymi wiązały się zwroty nieruchomości dokonujące się w “próżni prawnej”.

W poniedziałek 15 czerwca swoje propozycje rozwiązania kwestii dzikiej reprywatyzacji przedstawiły ugrupowania polityczne: Lewica i Zjednoczona Prawica. Otwiera się historyczna szansa na rozwiązanie tego problemu. Polska jest jedynym krajem dawnego Bloku Wschodniego, który nie przyjął żadnych systemowych rozwiązań dotyczących reprywatyzacji. Rezultatem było morze ludzkich krzywd, korupcja i rozbite społeczności. W kolejce do reprywatyzacji w samej tylko Warszawie czeka jeszcze osiem tysięcy nieruchomości, w których mieszkają dziesiątki tysięcy osób. Nie można dłużej zwlekać z działaniem.

Zwracamy się zatem z apelem do przedstawicieli wszystkich sił politycznych obecnych w Sejmie i Senacie Rzeczypospolitej Polskiej o pilne przyjęcie rozwiązań ustawowych, które położą kres dramatowi tysięcy mieszkańców Warszawy oraz innych polskich miast. Stoimy dziś przed przypuszczalnie jedyną, realną szansą na to, żeby przyjąć rozwiązania, które zabezpieczą prawa lokatorów, a w przyszłości pozwolą uniknąć znanego już bezprawia i żywić nadzieję na sprawiedliwość społeczną w kwestii mieszkaniowej. wszystkie siły polityczne mają dziś możliwość udowodnić, że stoją po stronie skrzywdzonych i potrzebujących – nie tylko ze względu na kampanię wyborczą. To historyczny sprawdzian dojrzałości i przyzwoitości polskich parlamentarzystek i parlamentarzystów.

Apelujemy o przyjęcie ustawy, która pozwoli na:

1. wypłatę odszkodowań lokatorom pokrzywdzonym przez reprywatyzację,

2. zablokowanie możliwości reprywatyzacji mieszkań komunalnych i socjalnych,

3. zatrzymanie reprywatyzacji nieruchomości uspołecznionych na podstawie Dekretu Bieruta i reformy rolnej.

Pierwszy punkt częściowo spełnia projekt Zjednoczonej Prawicy. To już byłoby bardzo wiele. Drugi i trzeci punkt spełnia jeszcze ambitniejszy projekt Lewicy. Niewiele brakuje, by problem rozwiązać całościowo. Miarą dojrzałości i przyzwoitości będzie właśnie to, czy polscy parlamentarzyści i parlamentarzystki ocenią względy merytoryczne i połączą dobre rozwiązania chroniące lokatorów.

Jeśli nie uda się uchwalić tych zmian teraz może nie udać się ich uchwalić nigdy. Każda zmiana będzie zmianą na lepsze po długich latach ludzkich tragedii i grabieży majątku. Dlatego wzywamy do ponadpartyjnego poparcia dla ustawy reprywatyzacyjnej kończącej dramat lokatorów.

Pełna lista sygnatariuszy znajduje się pod adresem: http://pospolita.eu/zakonczyc-dramat-lokatorow-teraz-albo-nigdy-list-otwarty/

Dość już reprywatyzacji

To będzie jedna z ważniejszych legislacyjnych inicjatyw klubu Lewicy w tej kadencji. Projekt ustawy reprywatyzacyjnej, który będzie jeszcze przedmiotem konsultacji z ekspertami, ma zakończyć zwroty w naturze, zablokować handel roszczeniami i ukrócić wypłacanie horrendalnie wysokich odszkodowań. Lokatorom zaś przywrócić wiarę w sprawiedliwość.

Na konferencji prasowej 15 czerwca Robert Biedroń, jedyny lewicowy kandydat na prezydenta Polski, oraz posłanki Lewicy między innymi Hanna Gill-Piątek, przedstawili w Sejmie założenia do projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Do prac nad projektem zapraszają szerokie środowiska społeczne i polityczne, by w końcu położyć kres krzywdzie lokatorów i bezkarności mafii handlarzy roszczeniami. Szczegółowe zapisy ustawy wypracują razem z lewicowymi parlamentarzystami działacze broniący praw lokatorów, samorządowcy, prawnicy.

Wiadomo jednak, jakie będą podstawowe filary projektu. W pierwszej kolejności Lewica chce, by reprywatyzacyjne roszczenia wygasły. Ci, którym niegdyś odebrano nieruchomości oraz ich spadkobiercy mieli dość czasu, by zgłosić swoje roszczenia. Roszczenia i prawo do rekompensaty nie będą też mogły być sprzedawane osobom trzecim. Lewica chce również ułatwień w procedurze zasiedzenia własności nieruchomości przez jednostki samorządu terytorialnego. Proces wygasania roszczeń reprywatyzacyjnych miałby również zostać poddany pod kontrolę społeczną.

Czas na sprawiedliwość

– Przez ostatnie 31 lat państwo w sprawie reprywatyzacji było silne wobec słabych i słabe wobec silnych. W tym okresie państwo pozwalało na bezkarne funkcjonowanie tzw. czyścicieli kamienic. Lokatorzy byli często w brutalny sposób przejmowani razem z kamienicami i wyrzucani na bruk – przypomniał Robert Biedroń. Oznajmił, że mieszkańcy polskich miast od dawna czekają, by zatriumfowała sprawiedliwość.

Dla wielu ludzi wyrzuconych z mieszkań, w których przeżyli całe życie, nękanych przez „czyścicieli” czy odważnie upominających się o prawa lokatorów sprawiedliwość przyjdzie – jeśli ustawa zostanie w ogóle przyjęta – za późno. Robert Biedroń przypomniał Jolantę Brzeską, działaczkę lokatorską z kamienicy przy ul. Nabielaka na warszawskim Mokotowie, której okrutna śmierć do dziś nie została całkowicie wytłumaczona.
– Przez 31 lat złożono ponad 20 projektów ustaw i żaden z tych projektów dotyczących reprywatyzacji nie został przyjęty – przypomniał Biedroń. Zaniechania i udawanie, że problemu nie ma, dotyczą zarówno obecnie rządzącej Zjednoczonej Prawicy, jak i ich poprzedników z Platformy Obywatelskiej. Jedni i drudzy tylko obiecywali pomóc lokatorom i definitywnie przeciąć patologie.

Nie tylko Warszawa

W praktyce temat reprywatyzacji eksploatowany był przed wyborami, a potem odkładany. Tymczasem, jak przypomniały posłanki Hanna Gill-Piątek i Karolina Pawliczak, sprawa dotyczy kilkudziesięciu tysięcy poszkodowanych z całego kraju. Nie tylko lokatorów warszawskich, o których, za sprawą komisji weryfikacyjnej, było stosunkowo najgłośniej.
– Skala dramatów pozostawionych samym sobie mieszkańców jest ogromna. Czas zakończyć wreszcie ten legislacyjny i administracyjny chaos. Dość dramatów lokatorów! – apelowała posłanka Pawliczak, w latach 2014-2018 wiceprezydent Kalisza. – Chcemy jasnego, przejrzystego i skutecznego prawa, które rozwiąże problemy mieszkańców i raz na zawsze zakończy patologię dzikiej reprywatyzacji w Polsce.

Słowo „patologia” nie jest w najmniejszym stopniu przesadzone. O tym, do czego doprowadził brak ustawy reprywatyzacyjnej, mówiła, na przykładach z rodzinnej Łodzi, Hanna Gill-Piątek.

– Targowa 47 – grzywna za lokatorów za transparent w obronie praw lokatorskich na kamienicy po odcięciu im instalacje. Kilińskiego 89 – kamienica, którą podpalili tzw. nieznani sprawy z lokatorami w środku, po tym jak wcześniej odcięto im wodę, czy w ostatnich miesiącach. Tuwima 48 – właściciel odciął lokatorów od ich mienia, po prostu zamykając im bramę. Tak wygląda dziś rzeczywistość lokatorów w reprywatyzowanych kamienicach w Łodzi – powiedziała posłanka. Zaznaczyła przy tym, że jej miasto i tak w szczególny sposób zaangażowało się w obronę przed nieuczciwymi roszczeniami.

– W Łodzi w 2012 roku Hanna Zdanowska powołała specjalną komórkę, prowadzoną przez mecenasa Marcina Górskiego, zajmującą się reprywatyzacją. To jedyne takie biuro w polskim samorządzie, które wniosło ponad 100 spraw przeciwko mafii reprywatyzacyjnej i walczy o zwrot ponad 300 kamienic – powiedziała Gill-Piątek. – Jeśli jakiś cwaniak grzebie w starych aktach własności, w Łodzi wiemy o tym, zanim wyjdzie z archiwum. Jednak przez brak porządnej ustawy sprawy ciągną się bardzo długo, a miasto musi odwoływać się nawet do kodeksu Napoleona.

Gdyby politycy prawicy traktowali lokatorów z minimalnym szacunkiem, odpowiednia ustawa dawno zostałaby napisana. Obiecywano ją jeszcze w 2017 r.

Mieszkanie prawem, nie towarem

Jednak tylko Lewicy zależało na społecznej sprawiedliwości. Posłanka Magdalena Biejat przypomniała, że aktywiści lewicowi zawsze występowali w obronie lokatorów, razem z nimi demonstrowali, blokowali bezprawne eksmisje, domagali się ustawy, która zakończy ludzkie dramaty.

– Lewica jako jedyna dąży do tego, aby zakończyć czarny okres w historii polskiego prawodawstwa. Nie może być tak, że lokatorzy obawiają się, że kilkukrotnie lub kilkunastokrotnie podniesie się im czynsz, a zarządcy kamienic wynajmują zbirów do szykanowania mieszkańców, że po klatkach płyną ścieki i dozorcy doprowadzają budynki do ruiny, żeby wykurzyć lokatorów – mówiła parlamentarzystka z Warszawy. – Mieszkanie powinno być bezpiecznym miejscem i lokatorzy na to zasługują.

Biejat odniosła się również do projektu ustawy, który w ubiegły piątek przedstawili Sebastian Kaleta i Paweł Lisiecki, prawicowcy, członkowie komisji weryfikacyjnej. Nie jest to projekt kompleksowy, jak propozycja socjaldemokratów. W swojej istocie odnosi się tylko do Warszawy i do kwestii odszkodowań, jakie komisja przyznała poszkodowanym lokatorom. Miasto odwołało się w 210 takich sprawach do sądów, nie zapłaciło. Dla prawicy to okazja, by uderzyć w Rafała Trzaskowskiego i zarzucić mu wspieranie mafii reprywatyzacyjnej. Postawa prezydenta Warszawy budzi wśród obrońców praw lokatorów uzasadnione i zasadnicze zastrzeżenia, ale trudno nie zauważyć, że działacze Solidarnej Polski znowu instrumentalnie i w związku z kampanią „wyciągnęli” zapomnianą wcześniej sprawę lokatorską.

Lewica ustami posłanki Biejat zadeklarowała jednak, że poprze nawet taki niekompletny projekt. – To krok w dobrym kierunku – powiedziała warszawska działaczka Lewicy Razem. Zdaniem socjaldemokratki prawa lokatorów tak długo cierpiały, że należy poprzeć każdy ruch, który choć trochę je zabezpiecza.

Kwestie historyczne

Ze stanowiskiem Lewicy w sprawie ustawy Kalety i Lisieckiego zgodzi się Komitet Obrony Praw Lokatorów. Jego działacze zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt regulowania spraw reprywatyzacyjnych: ustanowienie zakazu zwracania budynków razem z lokatorami i zapobieżenie jego omijaniu.

– Sama deklaracja zakazu zwrotu kamienic z lokatorami nie jest wystarczająca. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której budynki wielorodzinne są wysiedlane, mieszkania należące do zasobów Miasta ulegają likwidacji, a budynki są zwracane w naturze – tłumaczy Komitet w opublikowanym na Facebooku stanowisku. – Nigdy nie powinna mieć miejsce sytuacja, w której następuje uszczuplenie zasobu mieszkaniowego Miasta, a zamieszkujący w nich lokatorzy tracą przez reprywatyzację miejsce swojego wieloletniego zamieszkiwania i możliwość korzystania z czynszu regulowanego

Klub Lewicy zgłosi jeszcze jedną istotną poprawkę. Ma ona ukrócić wypłacanie horrendalnie wysokich odszkodowań, nieuwzględniających stanu budynków w momencie ich przejęcia przez Skarb Państwa (w Warszawie często były to po prostu ruiny).

– Nowelizacja ma też znacząco ograniczyć wysokość odszkodowań, jakie miasto musi płacić za odmowę zwrotów, uwzględniając uwarunkowania historyczne – powiedziała posłanka Biejat. Stwierdziła, że rekompensaty powinny kształtować się na poziomie 10 proc. wartości nieruchomości w momencie nacjonalizacji.

Kamienicznik-oszust skazany

Poznański sąd skazał kamienicznika Josefa L. na 8 miesięcy więzienia i 20 tys. grzywny za oszustwo. Aby zmusić lokatorki do wyprowadzki, mężczyzna uniemożliwił swobodne poruszanie się po klatce schodowej, odciął wodę i gaz oraz próbował im wmówić, że kamienica jest przeznaczona do rozbiórki.

Lokatorka, która razem z córką złożyła w sprawie prywatny akt oskarżenia, nie dożyła wyroku, jaki zapadł w środę. Stefania Chlebowska zmarła w czerwcu w wieku 101 lat. W kwietniu zdążyła jeszcze złożyć w sprawie zeznania. Opowiadała, jak kamienicznik Josef L. wymuszał na niej opuszczenie domu, w którym mieszkała od 1959 r., niewielkiej kamienicy na poznańskim Starym Mieście. Mówiła o pozorowanym „remoncie”: wykopach, wierceniu, wymontowywaniu drzwi z mieszkań, które już stały puste. Wreszcie o tym, jak na klatce schodowej pojawiły się drewniane bale, rzekomo do podtrzymywania stropu. Odległość między nimi wynosiła zaledwie 40 cm i starsza, nie w pełni sprawna fizycznie osoba nie miała szans swobodnie między nimi przechodzić. Gdy kobieta doznała ataku duszności i musiało przyjechać do niej pogotowie, ratownicy musieli przenosić ją do karetki na specjalnych saniach przez poręcz schodów. Po powrocie ze szpitala Stefania Chlebowska przekonała się, że w budynku odcięto wodę i gaz.

Kobieta oraz jej córka Hanna otrzymały również pismo, z którego wynikało, że muszą opuścić kamienicę, bo został wydany nakaz jej rozbiórki. Sprawdziły w nadzorze budowlanym i przekonały się, że to nieprawda. Dopiero wtedy pojawiła się szansa na zainteresowanie sądu działalnością Josefa L: prywatny akt oskarżenia o oszustwo.

Wcześniejsze próby zainteresowania policji i prokuratury postępowaniem kamienicznika nic nie dały. Czynności śledczych były umarzane lub nie podejmowano ich wcale.

Mężczyzna nie przyznawał się do winy i twierdził, że wysłał pismo w najlepszych intencjach – z troski o lokatorki! Dlaczego zaś niezgodnie z prawdą sugerował, że nadzór budowlany nakazuje rozebrać budynek? Tłumaczył się… niedostateczną znajomością gramatyki języka polskiego (urodził się na Ukrainie, deklaruje narodowość szwajcarską).

Sąd Rejonowy w Poznaniu nie dał wiary tym wyjaśnieniom. W środę Josefowi L. wymierzono karę 8 miesięcy bezwzględnego więzienia i 20 tys. zł grzywny za oszustwo, a sędzia Renata Żurowska stwierdziła w uzasadnieniu, że nie ma wątpliwości, iż całokształt działań mężczyzny zmierzał do jak najszybszego opróżnienia kamienicy z lokatorów. Kamienicznik zamierzał na miejscu budynku mieszkalnego wznieść nowoczesny obiekt z przestrzenią biurową, czym chwalił się w lokalnych mediach. W momencie, gdy wysyłał Stefanii i Hannie Chlebowskim pismo o rzekomej rychłej rozbiórce, na parterze kamienicy normalnie działały sklepy – ich nie starał się zlikwidować. Prawdziwy wniosek do nadzoru budowlanego mężczyzna złożył dużo później.

– W ocenie sądu, on doskonale sobie zdawał sprawę, że stan kamienicy w momencie jak ją zastał nie uzasadniał natychmiastowego wysiedlenia lokatorów, a podejmował działania, aby ten stan pogorszyć – mówiła sędzia Żurowska o Josefie L.

Jego działania nazwała „brutalnymi i bezprawnymi”, podkreśliła, że „prawo własności nie ma bezwzględnego charakteru” – właściciel nieruchomości musi respektować prawa lokatorów.
Josef L. nie stawił się w sądzie. Obecnie przebywa poza granicami Polski.

Z satysfakcją wyrok przyjęli bliscy zmarłej Stefanii Chlebowskiej. – Oskarżony organizował zło przeciwko innym ludziom. Działał z premedytacją przeciwko 93-letniej wówczas kobiecie [fałszywe pismo wysłał w 2011 r. – przyp. MKF]. Mam nadzieję, że ten wyrok będzie ostrzeżeniem dla innych „czyścicieli” kamienic. Na ich moralność nie ma co liczyć. Dla nich liczy się jednak rachunek ekonomiczny. Mogą zrozumieć, że to się nie opłaca – powiedział poznańskiej Gazecie Wyborczej zięć kobiety Stefan Rusek.

Głos lewicy

Warszawa eksmituje

Na warszawskiej Woli przy ul. Piaskowej grozi zawaleniem budynek oddany przez miasto do użytku w 2010 r. Trzeba wyprowadzić i dać mieszkanie 140 rodzinom. Kto zawinił? Prywatny wykonawca. Ale i urzędnicy miejscy, którzy nie umieli w sposób należyty dopilnować budowy, za którą miasto płaciło. Kryzys wokół Piaskowej sprawił, że ludziom, którzy już mieli się wprowadzać do przyznanych im mieszkań, usłyszeli, że będą musieli znowu ileś miesięcy czekać. Niektórzy zdążyli wpłacić już kaucję, którą im zwrócono. Trwa wyścig z czasem. Czy miasto zdąży wyprowadzić wszystkie rodziny z zagrożonego budynku zanim budynek runie. Ratusz zawinił, ale cenę płacą mieszkańcy. Poszukiwanie lokali, żeby mieć gdzie wyprowadzić lokatorów zagrożonego budynku sprawia, że rośnie presja na eksmisje. Przychodzą do nas ludzie, których ewidentnie nie powinno się eksmitować, ale miasto potrzebuje mieszkań, więc upiera się przy wyrzucaniu. W Warszawie najwięcej eksmisji dokonuje się z mieszkań komunalnych. Teraz jednak w związku z kryzysem zjawisko to się nasila. Na Pradze Północ brakuje tysiąca mieszkań w związku z rewitalizacją i decyzjami PINB o wyłączaniu kolejnych walących się kamienic z eksploatacji. A w Śródmieściu wyłączono z użytkowania i wyburzono na ul. Świętokrzyskiej wielką kamienice ze 150 mie4szkaniami pod pozorem uszkodzeń jakich budynek doznał w wyniku wybuchu gazu w jednym z mieszkań. Nie muszę dodawać, że działką już się zajmie deweloper, który na miejsce kilkupiętrowego budynku walnie tam kolejny drapacz chmur.
Przyczyn kryzysu mieszkaniowego jest kilka. Po pierwsze jak na istniejące potrzeby to praktycznie oprawie się nie buduje. Po drugie, kierujący się żądza zysku prywatni wykonawcy odwalają fuszerkę ( Piaskowa), po trzecie, istnieje wielkie ciśnienie na pozyskiwanie działek budowlanych ze strony deweloperów, więc pod byle pretekstem burzy się istniejące budynki, Po czwarte wreszcie, nie remontowane przez dziesięciolecia kamienice popadają w ruinę i trzeba je rozbierać. To ostatnie dotyczy w szczególności najbiedniejszych dzielnic na Pradze. Tam też doszło do kilku tajemniczych pożarów, które według strażaków były skutkiem podpaleń. Oczywiście na likwidacji tych spalonych domów skorzystali jak zwykle deweloperzy.
Wczoraj przyszła do mnie samotna matka trójki dzieci. Po spłaceniu 9000 zł. długu czynszowego zwróciła się do miasta o ponowne zawarcie umowy najmu. Miasto odmówiło twierdząc, że ta pani tam nie mieszka. Uzyskali nawet kilka oświadczeń sąsiadów, że „jej nie widują”. Wkrótce rozprawa o eksmisję. Postaramy się zapobiec temu, by samotna matka trójki dzieci trafiła do przytułku. Bo za błędy urzędników, za korupcję i bałagan nie mogą płacić najsłabsi Piotr Ikonowicz na Facebooku.