Uchwała Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej z dn. 6 czerwca 2020 r.

W sprawie wyborów na urząd Prezydenta RP.

Chcąc przeforsować posłusznego Prawu i Sprawiedliwości prezydenta Zjednoczona Prawica zafundowała społeczeństwu chaos wyborczy. Zaplanowane na 10 maja wybory nie odbyły się. Nie został wprowadzony żaden ze stanów nadzwyczajnych. Rząd RP nie sprostał tej sytuacji. Mimo oczekiwań Polaków na wypracowanie konsensusu pomiędzy władzą a opozycją zjednoczona prawica nadal brnęła w rozwiązania niekonstytucyjne, deklarując dla pozoru wolę dialogu. Do stworzonego wcześniej podziału społeczeństwa doszła głęboka nieufność obu stron grożąca całkowitą dekompozycją układów społecznych.

Polska Partia Socjalistyczna opowiadała się zawsze za dialogiem i porozumieniem.

Dla przywrócenia równowagi politycznej niezbędny jest wybór prezydenta nieuwikłanego w budowanie w Polsce ustroju autorytarnego. PPS poparła już kandydata Roberta Biedronia i podtrzymuje dziś to poparcie. W chwili obecnej tylko Robert Biedroń jest kandydatem głoszącym hasła lewicowe, oczekujemy jednocześnie mocnego zaakcentowania w kampanii wyborczej postulatów obrony interesów pracowniczych, bo to praca jest źródłem dobrobytu społecznego.

Przewodniczący RN PPS
(-) Wojciech Konieczny

Gospodarka 48 godzin

Triumf bogatych

Po raz kolejny w Polsce zatriumfowała solidarność ludzi bogatych, która okazała się ponad partyjna i ponad światopoglądowa. Prawo i Sprawiedliwość wycofało bowiem z Sejmu projekt ustawy zakładający zniesienie limitu trzydziestokrotności składki na ZUS. Dobrze to pokazuje jak mało warte są obietnice tego ugrupowania. Oczywiście, gdy PiS-owi naprawdę na czymś zależy – a tej partii zależy zwłaszcza na maksymalnej władzy nad obywatelami – to potrafi to przeforsować, tak jak w było np. w przypadku połączenia urzędów Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego. Nie da się też ukryć, że decyzja PiS o wycofaniu projektu ustawy z Sejmu uratowała twarz posłów lewicy, uwalniając ich od hamletyzowania i niezręcznego tłumaczenia, dlaczego są przeciwko temu, słusznemu akurat, projektowi PIS. Co nie zmienia faktu, że niepokojąco brzmiały sygnały, świadczące, iż niektórzy posłowie lewicy zdecydowanie chcieli jego odrzucenia.

Więcej torów do Tłuszcza

Zarządzająca infrastrukturą kolejową firma PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. podpisała umowę na opracowanie studium wykonalności dla poprowadzenia dwóch dodatkowych torów od stacji Warszawa Wschodnia do Tłuszcza. Projekt zakłada budowę około 55 km nowych torów wraz z siecią trakcyjną. W miejscu ok. 30 przejść i przejazdów kolejowo-drogowych przewidziano budowę nowych skrzyżowań bezkolizyjnych. Opracowanie obejmie też analizę dostosowania stacji Warszawa Wileńska, Marki, Zielonka, Wołomin i Tłuszcz do zwiększonej liczby podróżnych. Dzięki nowemu systemowi i urządzeniom sterowania ruchem kolejowym najszybsze pociągi miałyby pędzić między Warszawą a Tłuszczem z prędkością 200 km/h. Cztery tory od Warszawy do Tłuszcza to zdecydowanie większa przepustowość i szybsze podróże w regionie podwarszawskim. Czterotorowa linia kolejowa stanowiłaby ewenement w Polsce – ale nawet w przybliżeniu trudno określić, kiedy miałyby się rzeczywiście rozpocząć prace na linii Warszawa – Tłuszcz.

Będą konsultować

Premier Mateusz Morawiecki obiecał, że projekt zniesienia limitu 30-krotności przy składkach ZUS zostanie przekazany do konsultacji. „Dobrą praktyką jest spróbować bez zbędnej eskalacji wypracować konsensus” – powiedział premier. Jak widać, przypomina on sobie o konsultacjach wtedy, gdy liderzy PiS szukają pretekstu do wycofywania się z kolejnych swoich obietnic.

Palenie kasy

28 mld zł mają Polacy wydać na wyroby tytoniowe w 2019 roku. Odpowiada to cenie ok. 105 tys. mieszkań. Według szacunków firmy HRE Investments przeciętny palacz pozbywając się nałogu, mógłby za zaoszczędzone podczas dotychczasowego życia pieniądze kupić dodatkowy pokój w swym mieszkaniu. Pytanie, czy warto się wyrzekać błękitnego dymu? Dane CBOS zaprezentowane w sierpniu 2019 r. pokazują, iż 26 proc. dorosłych Polaków pali.

Trzy zdarzenia dające do myślenia

Brutalne – jak na charakter sprawy – wypchnięcie protestujących z Sejmu, wylegitymowanie przez policję kobiety, która zadała pytanie marszałkowi Sejmu i podpalenie domu, w którym mieszka poseł Krzysztof Brejza – te trzy zdarzenia powinny wzbudzić daleko idący społeczny niepokój.

 

I. Władza pokazuje figę i pięść

Te trzy zdarzenia na pozór niewiele łączy, są różnej wagi i różnego autoramentu a jednak mają, lub mogą mieć, wspólny mianownik. Wypchnięcie z Sejmu protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów, bo tak trzeba nazwać nasilające się przeciw nim pod koniec protestu szykany ze strony pisowskiego aparatu administracyjnego Sejmu, to nie tylko pacyfikacja i wycięcie jednego uciążliwego „wrzodu”. To także ostrzeżenie ze strony władzy, że jest gotowa na przyjęcie ostrego kursu wobec wszelkich protestów, jakie mogą niedługo wybuchnąć. Sygnał jest taki – skoro nie ustąpiliśmy przed taką „wrażliwą” grupą, jaką są ludzie najbardziej potrzebujący i budzący powszechne współczucie, to tym większą okażemy twardość wobec innych, znacznie mniej pokrzywdzonych środowisk. A że fala takich protestów prędzej czy później wybuchnie, to jest pewne jak amen w pacierzu. Innymi słowy, pisowska władza utwardza swój wizerunek i szykuje się do ewentualnej konfrontacji z opozycją i niechętną jej częścią społeczeństwa. PiS bowiem już wie, że po odepchnięciu niepełnosprawnych, jego wizerunek jako formacji wrażliwej socjalnie został poważnie nadwerężony. Na wizerunku formacji „dobrej pani Beaty pachnącej rosołem” i wspomagającej pokrzywdzonych przez transformację, wiele już nie ugra. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że ten aspekt wizerunku PiS legł w gruzach, choć w sondażach to się jeszcze nie zaznaczyło. PiS nie ma teraz innej drogi, niż stwardnieć i „pokazać pazurki”, a raczej „pazury”.

 

II. Wylegitymowanie za pytanie

W Sanoku, funkcjonariusz policyjnej drogówki wylegitymował uczestniczkę spotkania z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. Przypadków represjonowania kontrmanifestantów na spotkaniach z pisowskimi oficjelami było już sporo. Jednak o ile dotąd szykany te spotykały osoby wykrzykujące na spotkaniach antypisowskie hasła i wznoszących antypisowskie transparenty, o tyle po raz pierwszy spotkało to osobę, która ograniczyła się do zadania marszałkowi Sejmu pytania o protest niepełnosprawnych. Byłoby naiwnością przypuszczać, że była to inicjatywa skromnego aspiranta lub nawet jego bezpośredniego przełożonego. Trudno nie szukać tu inspiracji płynącej z góry. Wylegitymowanie osoby, która nie dała najmniejszego nawet pozoru zakłócania zgromadzenia jest wyraźnym sygnałem dla ewentualnych przyszłych, krytycznych wobec władzy uczestników takich spotkań – siedźcie cicho, bo spotkają was przykrości. Bycie wylegitymowanym przez policję w błahej sprawie, gdy ma się przy tym uzasadnione poczucie pełnej niewinności nie jest co prawda dla wielu osób szczególnie dramatycznym zdarzeniem, ale są i tacy, którzy tego rodzaju sytuację mocno przeżywają emocjonalnie. To ostrzeżenie skierowane właśnie do nich, a jednocześnie komunikat do „milczącej większości”, by nie mieszała się do polityki, bo władza tego nie lubi. Chyba, że ktoś z „milczącej większości” chce władzę właściwie i w miły sposób postawionym pytaniem (to znaczy pytaniem à la Danuta Holecka) poprzeć. Przypadek niedawnego najścia policji na spokojną – jak noc w szwajcarskim uzdrowisku – konferencję filozoficzną w Pobierowie zdaje się tylko potwierdzać, że mamy do czynienia nie z przypadkami, ale z kursem władzy. Fakt, że szef MSW przeprosił jej uczestników, nic nie znaczy. Znałem chuliganów, którzy najpierw kopali ofiarę od tyłu, a potem mówili; „Przepraszam, ja niechcący”.

 

III. Pożar u Brejzy

I wreszcie sprawa pożaru kamienicy w Inowrocławiu, miejsca zamieszkania posła Krzysztofa Brejzy. Nie zamierzam formułować tu jakichkolwiek konkretnych oskarżeń, bo nie dysponuję aktualnie (nie ja jeden) żadnymi danymi po temu. Jednakowoż fakt, że pożar zbliżył się do mieszkania, w którym mieszka z rodziną jeden z najbardziej znienawidzonych przez PiS posłów opozycji, poseł który wykrył kompromitującą aferę „nagrodową” rządu i który zajmuje się m.in. brzydko pachnącą sprawą wykupu kolekcji Czartoryskich, nie pozwala przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Swego czasu sformułowałem na łamach „DT” hipotezę, że PiS jest formacją, która w obronie swojej władzy zdolna jest z psychologicznego punktu widzenia, czy też zdolna byłaby, w skrajnych przypadkach, do aktów fizycznej przemocy, włącznie z zadawaniem śmierci oponentom. Nie można też a priori wykluczyć, że interesy władzy mogły sprząc się w jakichś aspektach z interesami świata kryminalnego. Historia uczy, że sięganie przez władzę (także władzę deklarującą nieubłaganą walkę z przestępczością) po usługi świata przestępczego, po usługi „ludzi luźnych w służbie przemocy” nie należy do rzadkości. Tak przecież działają m.in. agentury policyjne. Po ludzi „luźnych w służbie przemocy” ochoczo sięgały reżimy faszystowskie. Niedawno prognozowałem na łamach „DT”, że z konieczności, z powodów pragmatycznych (czytaj: ekonomicznych), kończy się – zasadniczo – w praktyce obecnych rządów PiS okres „rozdawania chleba”, a zaczyna czas igrzysk ku uciesze agresywnie i autorytarnie usposobionego pisowskiego motłochu. Trzy zdarzenia, o których była wyżej mowa, zdają się potwierdzać sformułowaną przeze mnie hipotezę.

PiS prowadzi Polskę na peryferia

Rozmowa z dr. Ireneuszem Bilem, dyrektorem Fundacji Amicus Europae, ekspertem ds. stosunków międzynarodowych.

Czy relacje polsko-amerykańskie znalazły się w kryzysie? Ireneusz Bil: – O kryzysie w relacjach międzypaństwowych nie może być mowy, nasze kraje łączy zbyt wiele interesów i więzi politycznych, sojuszniczych, ekonomicznych. Ale możemy mówić o kryzysie zaufania do polskich władz. Takiego ochłodzenia relacji jak obecnie nie było w ciągu ostatnich 25 lat. Amerykańska konsternacja sytuacją w Polsce jest bezprecedensowa. Skala negatywnego zaskoczenia w Waszyngtonie jest większa aniżeli po wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego nad Lechem Wałęsą w wyborach prezydenckich 1995 r. Wtedy przyczyny niepewności były zrozumiałe: oto przywódcą państwa prowadzącego negocjacje o członkostwie w NATO został „postkomunista”, który w dodatku pokonał ikonę walki o demokrację, laureata Nagrody Nobla, którego uhonorowano wystąpieniem przed amerykańskim Kongresem. Ale Kwaśniewski szybko zjednał Amerykanów determinacją na drodze do NATO i UE, przyjęciem konstytucji, która de facto ograniczała jego władzę, otwartością wobec świata, polityką pojednania i rozwoju dobrych relacji z sąsiadami. A były to wartości szczególnie cenne w obliczu zmagania się ówczesnego świata z konsekwencjami wojny narodowościowej w byłej Jugosławii, która pokazała, dokąd wiedzie nacjonalistyczna i szowinistyczna polityka prowadzona na obszarze postkomunistycznym. Dzisiaj skala zaskoczenia jest większa, bo i większe jest niezrozumienie przyczyn zamachu na praworządność i procedury demokratyczne, gwałtownego zachwiania się stabilności polskiej demokracji. Amerykanie niewątpliwie uważnie obserwowali rozwój sytuacji w Polsce. Wiemy z depesz ujawnionych przez WikiLeaks, jak drobiazgowe są depesze amerykańskiej ambasady. Można sądzić, że wiązali nadzieje z nowym prezydentem, który dzięki mocnemu mandatowi z wyborów powszechnych będzie odgrywał rolę stabilizującą polskie podziały, starając się moderować konflikty i spory instytucjonalne. Wyrazem tej nadziei było zaproszenie Prezydenta Dudy przez Baracka Obamę do jednego stołu podczas szczytu ONZ. Dali sygnał – traktujemy Polskę poważnie, jako dojrzałą demokrację, solidnego i ważnego sojusznika, przykład udanej transformacji dla innych – także obecnej przy tym samym stole putinowskiej Rosji. Ten test Andrzej Duda swoimi późniejszymi działaniami oblał. Złamanie konstytucji, a w szczególności naruszenie fundamentalnej zasady „checks and balances” było zauważone w USA nie tylko przez liberalne media, ale i przez administrację. Dzisiaj mamy tego konsekwencje. Jak ocenia Pan wypowiedź ministra Waszczykowskiego na temat „murzyńskości” w relacjach z USA. Sformułowania tego, jako pierwszy użył minister Sikorski. Miało to jednak miejsce w prywatnej rozmowie, która została nagrana. Waszczykowski użył go z premedytacją w programie telewizyjnym, zapewne wiedząc, jaki skutek wywoła. To nie pierwszy przypadek, kiedy Waszczykowski daje się ponieść publicystycznemu temperamentowi. Czy nadaje się on na szefa polskiej dyplomacji? – Rzeczywiście, termin „murzyńskość” został użyty przez Radosława Sikorskiego w prywatnej rozmowie. W sposób obrazowy przedstawił swoją ocenę relacji polsko-amerykańskich. Ocenę, z którą osobiście się nie zgadzam. Z drugiej strony, użycie tego terminu w wywiadzie telewizyjnym przez aktualnego ministra spraw zagranicznych Polski należy ocenić fatalnie. Rozumiem ten fakt, jako wypowiedź nakierowaną na politykę wewnętrzną. Mimo wszystko wypowiedź niezrozumiałą, będącą chyba wyrazem frustracji Pana Ministra z faktu braku spotkania Andrzeja Dudy z Barackiem Obamą, o które zabiegała podległa mu dyplomacja. Jeżeli natomiast ta wypowiedź ma być symbolem „wstawania z kolan”, to jest przykładem niepokojącym, biorąc pod uwagę starania Polski o stałe stacjonowanie wojsk NATO w naszym kraju. Kiedy, jak nie podczas „szczytu jądrowego” rozmawiać z amerykańskim prezydentem o polskich obawach związanych z polityką Rosji? Wypowiedź ministra Waszczykowskiego być może nie dyskwalifikuje go, jako ministra, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że to nie jest postać na miarę Geremka, Bartoszewskiego czy Adama Daniela Rotfelda. Radykalny język odwołujący się do jakiś polskich kompleksów nie wzmacnia, ale dramatycznie osłabia jego autorytet i po prostu nie przystoi szefowi polskiej dyplomacji. Osobista pozycja szefa MSZ współdeterminuje pozycję międzynarodową Polski; szanowany minister spraw zagranicznych jest słuchany z większą uwagą, zapraszany na międzynarodowe konferencje i odczyty. Jego znaczenie, czyli innymi słowy oddziaływanie publiczne i medialne, może daleko wykraczać ponad formalne umocowanie, jako szefa dyplomacji. Minister Waszczykowski swoimi wypowiedziami trwoni kapitał początkowy, z którym tę funkcję objął. Czy szczyt NATO w Warszawie jest zagrożony? – Szczyt NATO w Warszawie się odbędzie, ale to nie będzie festiwal sympatii i wzajemnego zrozumienia. Nie przekuje się w poparcie dla polskich priorytetów, naszych starań i aspiracji. Czy to ze strony USA, Francji czy Niemiec. Raczej będzie to próba odniesienia sukcesu mimo wszystko. Nikt nie będzie chciał się specjalnie afiszować zdjęciami z Prezydentem Andrzejem Dudą, czy ministrem obrony Macierewiczem, dając się wmanewrować w domniemanie popierania antyeuropejskiej i antydemokratycznej agendy rządu PiS-u. Szczyt NATO może stać się płaszczyzną wzmożonego zainteresowanie świata Polską, ale niestety w negatywnym sensie – analizowania przyczyn kryzysu konstytucyjnego i politycznych celów aktualnej władzy w Polsce. Obawiam się, że obraz naszego kraju, jaki się z takiej analizy wyłoni, raczej się pogorszy aniżeli polepszy. Sukces umiejscowienia szczytu NATO w Warszawie zostanie zmarnowany. Jakie mogą być polityczne, gospodarcze i militarne konsekwencje ochłodzenia w relacjach polskoamerykańskich? – Jestem ostrożny w przewidywaniu negatywnych konsekwencji polityczno-militarnych, gdyż kreślenie scenariuszy erozji relacji sojuszniczych w NATO byłoby zdecydowanie przedwczesne. Amerykanie wiedzą jak działa demokracja; już za kilka lat sytuacja polityczna w Polsce może ulec diametralnej zmianie. Do tego czasu będą się starali zachować polityczną poprawność, próbując delikatnie przypominać o zobowiązaniach międzynarodowych Polski w zakresie jakości demokracji i rządów prawa. W przyszłym roku władzę obejmie nowy Prezydent USA, od tego wiele zależy, jak będzie kształtować się polityka Waszyngtonu także wobec naszego regionu Europy. Natomiast warte podkreślenia jest utracenie w polityce krajowej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości potężnego argumentu, jakim jest sojusz z USA, jako przeciwwagi dla systemowego pogorszenia relacji z Niemcami i Unią Europejską. Nie tylko symbolicznie, ale i realnie polityka PiS zaprowadzi wtedy Polskę ponownie na międzynarodowe peryferia, z których wyrwaliśmy się z takim sukcesem 25 lat temu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}

Myślę więc jestem – Dziennik Trybuna rozmawia z Leszkiem Millerem

A o panu ciągle głośno. Tym razem zarzucają panu, że zerka pan w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Wizyta w TV Republika, komentarze na prawicowych portalach – czy jest coś na rzeczy?

– Zabieram głos przy każdej okazji, uważam bowiem, że lewica powinna być suwerenna i umieć wyrazić swoje zdanie w sposób autonomiczny, nie bacząc, czy to się komuś podoba, czy nie. Moje opinie znajdują potwierdzenie w różnych środowiskach, także w Platformie Obywatelskiej. Kilka dni temu słyszałem, jak pan Grzegorz Schetyna powiedział, że w Polsce nie ma żadnego zamachu stanu, chociaż jeszcze kilka dni temu mówił coś przeciwnego. Ja to mówię od dawna. W Polsce, jak dotąd, były dwa zamachy stanu. W 1919 roku płk. Januszajtisa – to zamach operetkowy, mimo że zamachowcom udało się na krótko aresztować ówczesnego premiera i kilku ministrów, i w 1926 r. – tragiczny zamach stanu Piłsudskiego, który obalił legalny rząd Witosa i pociągnął za sobą ok. 400 ofiar zarówno pośród wojskowych jak i cywilów. Chodzi mi o to, że klasyczna definicja zamachu mówi, że to jest działanie wymierzone w legalny rząd, w legalną władzę. A przecież tą legalną władzą jest PiS – trudno powiedzieć, że PiS dokonuje zamachu na samego siebie.

To jakby pan nazwał to, co się dzieje?

– W Polsce mamy do czynienia z deplatformizacją układu PO-PSL, który od ośmiu lat rządzi krajem, przejął kontrolę nad wszystkimi ogniwami państwa. W poprzedniej kadencji Sejmu, to my – SLD, zwracaliśmy na to wielokrotnie uwagę i to my – SLD, mówiliśmy, że w wielu urzędach centralnych, wojewódzkich, sejmikach, nie można zostać sprzątaczką, jeśli nie ma się legitymacji PSL, czy PO. Teraz PiS, który wygrał wybory, będzie robił wszystko, żeby w miejsce poprzedniej stabilizacji wprowadzić nową, będącą odzwierciedleniem wyniku wyborczego. Tak jest we wszystkich demokracjach.

Trzeba było nie siedzieć w domu, ale iść i głosować. Nie byłoby dziś tego płaczu i chlipania.

– No, właśnie.

Jednak oprócz tej pańskiej zimnej logiki są jeszcze gorące emocje. Także w środowiskach eseldowskich. Ma się mianowicie panu za złe, że tak zdecydowanie i jednoznacznie krytycznie patrzy pan na to, co w każdą sobotę dzieje się na ulicach. Czytam na przykład za portalem „Na Temat”:

[LM] jasno deklaruje, że na marsz KOD-u nie pójdzie, bo to fałsz i hipokryzja, a Platforma odrzucała różne projekty ustaw już w pierwszym czytaniu. (…) Podsumował też, że Trybunał Konstytucyjny, to nie Biblia i całe zamieszanie jest przesadzone

Otóż powiem panu, że w szeregach SLD jest całkiem sporo takich, którym spodobało się, że jest ciepła woda w kranie i są wdzięczni, że do tego kranu zostali dopuszczeni. Nie wszyscy w SLD przyjmują więc pańskie słowa z aprobatą. Wiele głów kiwa się z niedowierzaniem, na wielu twarzach maluje się zdumienie, na niektórych nawet bunt.

– Nie pierwszy raz tak się dzieje. SLD zawsze miał problemy z odrzuceniem skłonności do bycia partią koncesjonowaną. Przypomnę, że wiele, wiele lat temu wpływowe środowiska orzekły, że SLD mniej wolno. Byli i są ludzie, którzy uważają, że rzeczywiście tak jest, i że Sojusz musi zawsze przytulać się do tej części elit, które uważają się za słusznie predysponowane do sprawowania władzy w Polsce. W tej sprawie zawsze miałem inne zdanie. Uważam, że SLD musi mówić własnym głosem i musi mieć dystans zarówno do jednego prawicowego obozu, jak i do drugiego. Ja po prostu uważam, że nikt nie jest wyłączony spod krytyki – również politycy PO i całe to ich środowisko. Jeśli mówią głupstwa, lub mówią rzeczy nieprawdziwe, to trzeba o tym mówić niezależnie od konsekwencji, choćby nawet i przykrych.

Platforma była butna i arogancka, nie powinna się więc dziwić bucie i arogancji PiS?

– Pierwsze demonstracje KOD-u, były zdominowane przez polityków PO i PSL. Oni przemawiali, protestowali przeciwko lekceważeniu głosów obywateli. A ja przecież pamiętam, mam nadzieję, że moi koledzy też – jak próbowaliśmy forsować rozmaite rozwiązania w Sejmie – prospołeczne, probywatelskie…

Na przykład podatek bankowy.

– W pierwszym już czytaniu odrzucony głosami PO i PSL. Na przykład kwestia dotycząca podwyższenia płacy minimalnej, podwyższenia stawki godzinowej. Popieraliśmy projekty obywatelskie dotyczące referendum w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. Wszystko było odrzucane w pierwszym czytaniu, bez żadnej dyskusji. Słyszeliśmy pełen szyderstwa głos: wygrajcie wybory, to sobie będziecie to wprowadzać. Nie wygraliśmy, to prawda, ale inni wygrali i oni realizują tę sugestię. Jeśli ja potem na manifestacji KOD widzę tych samych ludzi, którzy dziś mają usta pełne frazesów o demokracji i społeczeństwie obywatelskim, to jaki ja mogę mieć do tego stosunek?

W sobotę odbyły się demonstracje w sprawie wolności słowa. Miałem podobne odczucia widząc panów Kurskiego i Blumsztajna wołających o wolność słowa. Przypominała mi się niesławnej pamięci, akcja „Wyborczej”, znana jako „afera Rywina”. Nikt wtedy nie słyszał jeszcze o „Sowie i Przyjaciołach”, kiedy redaktor naczelny „Gazety” w praktyce zaczął stosować „niekonwencjonalne” metody dziennikarskie. Nie wiem dlaczego, ale pamięć przywoływała też informacje o tym, że „Gazeta Wyborcza” otrzymała od rządu PO-PSL ponad 50 proc. ze 120 milionowej puli wydanej w latach 2004-2012 przez rząd na promocję i reklamę. Na ich miejsce też broniłbym takiej wolności.

– Dwa razy w historii III RP obalono dwa lewicowe rządy za pomocą metod, które w żadnym wypadku nie można uznać za parlamentarne. Obalono dlatego, że w normalny, demokratyczny sposób to by się nie udało. Raz, kiedy zmontowano tzw. „aferę Olina” i dorowadzono do upadku rządu Oleksego i drugi raz, kiedy wymyślono „aferę Rywina”, żeby doprowadzić do upadku mój rząd. Prawica wiedziała, że z nami normalnie się wygrać nie da, więc uciekano się do takich metod. Ludzie SLD też powinni o tym pamiętać.

Ale wracając do rzeczy – oczywiście nie podoba mi się, że minister rządu mianuje szefa publicznej telewizji i radia. Wyobraźmy sobie, że oto jest rok 2003 i minister skarbu, Wisław Kaczmarek, wręcza nominację Robertowi Kwiatkowskiemu na szefa telewizji. To nawet trudno sobie wyobrazić, co by się działo. Ale po 14 latach, ten „obyczaj” jest faktem. To też pokazuje, że w miarę oddalania się od 89 roku wiele dobrych rozwiązań dotyczących demokracji i kontroli Sejmu nad rządem, zostało przez obóz prawicy – mówię tu o PO i o PiS – zglajszachtowanych i wyrzuconych na śmietnik. Zanim w 1993 roku zostałem ministrem pracy, byłem przesłuchiwany przez odpowiednią komisję sejmową. Gdy w 2001 powstawała Komisja do Spraw Służb Specjalnych, to przyjęliśmy zasadę, że jej szefem jest zawsze przedstawiciel opozycji. Kto dziś zawraca sobie takimi „głupstwami” głowę? Widać wyraźnie jak prawica rozstawała się po kolei z tymi dobrymi, pro-demokratycznym zwyczajami. Prawica tylko mówi o demokracji, w praktyce demokracja częściej jej przeszkadza niż pomaga. Apogeum tego trendu politycznego nastąpiło w trakcie ostatniej kadencji, kiedy całkowicie odwrócono zasady relacji między Sejmem a rządem. Zgodnie z Konstytucją, to Sejm sprawuje kontrolne funkcje nad rządem, ale w praktyce to rząd kontrolował Sejm. W imię poprawności politycznej, ja mam teraz o tym wszystkim zapomnieć? No, nie! Trzeba o tym mówić i zachęcam do tego moje koleżanki i kolegów, żeby o tym mówili. Zwłaszcza tych, którzy obserwowali to z bliska. Na przykład tych, którzy pisali liczne protesty w imieniu SLD do szefa telewizji publicznej, czy do szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, wskazujących na to, że różne nasze inicjatywy ważne dla obywateli są systematycznie pomijane. Jak na przykład Sejmiki Kobiet Lewicy, które w opinii ówczesnych redaktorów telewizji publicznej nie zasługiwały na żadne wzmianki. Mamy udawać, że tego nie pamiętamy, że tego nie było? Było!

Są jednak chętni, którzy łatwo puszczają to w niepamięć. Jak skomentować tę przeklętą, istniejącą od ćwierć wieku skłonność lewicy eseldowskiej do łaszenia się do środowisk dawnej Unii Wolności, teraz PO, do kręgów „Gazety Wyborczej” Jak skomentować to wypatrywanie aprobaty i biletu dostępu do kranu z ciepłą wodą?

– Mają koledzy wyraźną skłonność do tego, żeby mieć jakiegoś pana, jakiś ośrodek dyspozycyjny. Co więcej przez te ćwierć wieku wszyscy się do tego przyzwyczaili – i dysponent łask i ten, kto odbiera dyspozycje.

Czyli co – nie taki PiS straszny, a przynajmniej nie tak straszny, jak go Platforma i KOD malują?

– PiS oczywiście zachowuje się nieodpowiednio, podejmując decyzje i finalizując je w nocy, łamiąc regulamin Sejmu, dobre obyczaje itd. Odnoszę wrażenie, że to jest jakaś przemożna potrzeba rewanżu, za to, że ta partia była w ostatnich latach ośmieszana, marginalizowana. No i teraz jest chęć odreagowania, pokazania, kto tu naprawdę rządzi. To oczywiście jest szkodliwe dla państwa, to nie służy polskiej racji stanu. Mam wrażenie, że oni lepiej czują się w opozycji niż będąc władzą. Ale trudno jednak powiedzieć, że żyjemy w państwie totalitarnym. Na razie nie żyjemy. I trzeba się miarkować, trzeba obserwować, bić na alarm, jeśli jest taka potrzeba, ale nie powinno się histeryzować. Bo jeśli dziś używa się słów ostatecznych, to jakich słów trzeba będzie użyć, gdyby sytuacja naprawdę zmierzała w stronę jakiegoś rzeczywistego reżimu. Chodzi o umiar.

Czy nie czuje pan, że składając daninę zdrowemu rozsądkowi nolens volens staje się pan sojusznikiem pani Pawłowicz, pana Piotrowicza, pana Suskiego i innych równie sympatycznych pań i panów z PiS?

– Nie jestem żadnym sojusznikiem kogokolwiek. Jestem sojusznikiem zdrowego rozsądku i polskiej racji stanu. Polska demokracja i jej mechanizmy są zbyt głęboko zakorzenione wśród Polaków i w polskim życiu państwowym, by ktokolwiek mógł je zburzyć. Natomiast jestem przeciw histerii, bo on pcha do działań nieobliczalnych. Dla lewicy, dla nowego kierownictwa SLD, musi być jasne, że SLD powinno być stać na własne zdanie, na wypracowanie swojego punktu widzenia na to, co się dziś dzieje, a nie małpowanie i potarzanie słów i gestów płynących z jednego bądź drugiego obozu. Jeśli SLD nie będzie stać na suwerenne zachowania, to nikomu taka partia nie będzie potrzebna. SLD musi odnaleźć swoją własną narrację, swoje własne oceny i musi się nimi posługiwać. Tu nie ma mowy o żadnych sojuszach, doraźnych, czy długofalowych. Tu chodzi o coś znacznie więcej. Tak na marginesie – SLD tylko raz zawarł sojusz z PiS. Była to koalicja medialna, chodziło o telewizję. Została zawarta wtedy, gdy przewodniczącym SLD był Grzegorz Napieralski, dzisiejszy senator Platformy Obywatelskiej. Wówczas był kandydatem SLD na prezydenta i medialna koalicja z PiS-em pomogła mu w uzyskaniu dobrego wyniku.

Dziękujemy za rozmowę

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}