Daltonizm polityczny

Daltonizm polityczny jest pozamedyczną ślepotą barw powiązanych z określonymi kierunkami politycznymi. Stosowana z nadmiarem czarna barwa charakteryzuje ugrupowania, otwarcie lub dyskretnie, sięgające do wzorów faszystowskich. Czerwona zawsze zdobiła sztandary socjalizmu i komunizmu. Zielona jest teraz barwą obrońców przyrody a biała z żółtą lub złotą walczących katolików – rycerzy Watykanu. Tylko liberalizm wacha się w wyborze zdecydowanej barwy i najczęściej wykorzystuje odcienie szarości i błękitu.

Diagnoza

Daltonizm polityczny nie jest dosłownie chorobą – jest chorobliwą cechą charakteru. Najczęściej wrodzoną, ale czasem bywa nabytą pod wpływem środowiska, przeważającego intelektualnie przyjaciela lub tęsknoty za lepszą pozycją społeczną albo (częściej) finansową. Na ogół krótkotrwały wpływ daltonizmu politycznego objawia się tym, że mamy wrażenie, iż dotychczasowa barwa naszego zainteresowania uległa zmianie, mniej nam się podoba i zmusza do poszukiwań nowej, piękniejszej. Taki stan chorobowy występuje często, ale jest najbardziej widoczny wówczas, kiedy dotyka polityków, zwłaszcza posłów, senatorów i radnych.

Objawy politycznego daltonizmu u „szarego” obywatela są widoczne dla jego przyjaciół i rodziny wówczas, kiedy w towarzyskiej wymianie poglądów zmieni wyrżnie swoją sympatię i informuje, że w kolejnych wyborach zagłosuje inaczej niż w poprzednich.

Opinia publiczna namiętnie ostatnio wzywana przez ministra od spraw wewnętrznych interesuje się bardziej zmianami ulubionych barw deklarowanymi przez posłów i senatorów. Koryguje to bowiem istniejące układy i proporcje polityczne, jest także interesujące z psychologicznego punktu widzenia.

Pani Monika

Niedawno pewna posłanka, o wdzięcznym imieniu Monika, publicznie oświadczyła, że dostąpiła zaszczytu bezpośrednich rozmów z najważniejszymi politykami rządzącej partii. Rozmowy musiały być podniecające, bo pod ich wpływem Pani Monika doznała patriotycznego olśnienia, że tylko rządy tej partii dają nadzieję na lepszą przyszłość. Chcąc mieć w tym udział, Pani Monika zerwała swoje polityczne związki z różnymi kolorami, wśród których przeważał kolor czerwony, i przeszła do klubu tej partii, połyskującej kolorem szarym, z coraz częstszymi czarnymi wtrąceniami.

Nieudolna klasyfikacja

Mamy ustaloną w Konstytucji liczbę 400 posłów i 100 senatorów. Nie liczę dokładnie, ale gapiąc się w telewizor mogę oszacować, że około 50 posłów i 30 senatorów bierze aktywny udział w parlamentarnych i pozaparlamentarnych dyskusjach, mniej lub bardziej odważnie prezentuje dwoje poglądy, nie zawsze i nie do końca zgodne z „linia partii”. Szeregowy obywatel może zapamiętać ich twarze. Jeśli ktoś z nich decyduje się na zmianę barwy i przynależności partyjnej, to na ogół potrafi to dość przekonująco wytłumaczyć nadmiernym skręcaniem jego partii na lewo lub prawo – z czym ma prawo się nie zgadzać. Czasem też uważa, że lansowane przez partie koncepcje i podejmowane decyzje nie są aktualnie zgodne z jego przekonaniami. Najczęściej mu wierzę, choć ta wiara nie jest zbyt głęboka.

Druga grupa – według mojej klasyfikacji – obejmuje kolejnych 50 posłów i 20 senatorów. Są – być może – z natury skromniejsi, albo mniej doceniani przez media. W każdym razie rzadziej widoczni w telewizorze i mniej zawzięci w walce o swoje poglądy. Jeśli decydują się na zmianę przynależności do określonej barwy, to tłumaczą to podobnymi przyczynami, Nie mają jednak takich zdolności przekonywania, bo z moich częstych gości na przyzbie, prawie nikt im nie wierzy.

Reszta posłów i senatorów jest dla szarego obywatela grupą osób właściwie nieznanych. W ich okręgach wyborczych niektórzy coś o nich wiedzą i niekiedy mają zaszczyt zetknąć się z nimi w czasie lokalnych uroczystości. W innych regionach Polski prawie nikt ich nie kojarzy.

Zmiana barw w tej grupie polityków nie budzi sensacji, a nawet przechodzi niezauważalnie W parlamentarnej arytmetyce ich głos może być czasem decydujący, ale dla obywatela ma mniejsze znaczenie, niż zmiana komendanta miejscowego posterunku policji i dużo mniejsze, niż zmiana wójta.

Pani Monika w mojej klasyfikacji mieści się w drugiej grupie. Z czterech aktualnych gości na przyzbie, dwóch wiedziało, kim jest, chociaż jeden z nich zachwycał się głównie jej urodą i seksapilem, a nie działaniami politycznymi. Jej oświadczenie było krótkie i odpowiadało standardom
Patrząc z oddali na to polityczne zdarzenie można sobie zadać pytanie, jakich argumentów użyli rozmówcy Pani Moniki, że tak łatwo przestawiła żagle, zapewne nie konsultując tego ze swymi wyborcami.

Na mojej przyzbie zastanawiano się nad głębią wpływu psychologicznego wodzów PISu, która uwiodła Panią Monikę. Nie wykluczano podtekstu damsko – męskiego, opartego na znanej błyskotliwości intelektualnej rozmówców. Ale zgadzano się, że decydujące znaczenie musiały mieć obrazy nadchodzącej makrokulturowej i makroekonomicznej szczęśliwości narodu, wspomagane sugestiami mikroekonomicznymi. Zebrani byli zdania, że Pani Monika jest na tyle doświadczonym politykiem, aby wierzyć tylko w marzenia i bajki, niewspomagane względnie szybkimi i wymiernymi czynami.

Wymiana poglądów spowodowana decyzją Pani Moniki nieco się przedłużyła, bo zaczęto się zastanawiać nad konsekwencjami, jakie mogą czekać osobę dotkniętą politycznym daltonizmem. Podawano przykłady, z których wynikało, że nie ma tu żadnych reguł. Są przypadki, w których środowisko tej osoby wpada w krótkie zdenerwowanie, przekaże kilka uszczypliwości i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Ale są też przypadki oskarżania o zdradę, o protekcjonizm i przekupstwo, prowadzące w konsekwencji do towarzyskiego izolacjonizmu. Wydaje się, ze społeczna opinia i reakcje w dużym stopniu zależą od tego, jakie są dalsze losy osoby zmieniającej ulubione kolory, w krótkim czasie po takiej decyzji.

Stanowisko RN Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie wyroku TK

Członkowie Polskiej partii Socjalistycznej stanowczo oświadczają, że uczynią wszystko co możliwe, aby „tłuste koty” z PiS nie karmiły się kosztem drastycznego biednienia większości społeczeństwa.

Taki scenariusz wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego uznającego nadrzędność polskiej Konstytucji nad prawem unijnym. Wyrok ten fałszuje rzeczywistość, bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nie dotyczą zapisów polskiej konstytucji, lecz ustaw wydanych na podstawie stronniczej i dowolnej jej interpretacji. Dobrowolnie zgodziliśmy się na zapis, że prawo unijne ma pierwszeństwo przed takimi ustawami. Stwierdzał to kilkakrotnie Trybunał Konstytucyjny, gdy był jeszcze prawdziwym i demokratycznie powołanym Trybunałem. 

Nie może tego negować Trybunał powołany z naruszeniem zapisów konstytucyjnych.

Całkowicie nie zgadzamy się z poglądem rządzących, że wyroki TSUE naruszają naszą suwerenność, przeciwnie służą one umacnianiu poczucia przynależności do wspólnoty, w której obowiązuje praworządność, a nie manipulacje mające na celu umocnienie władzy i stworzenie warunków do manipulowania w przyszłości Prawem Wyborczym. Jesteśmy i pozostaniemy wierni przekonaniu, że wybory to wybór społeczeństwa, nie zmanipulowanego fałszywym przekazem medialnym i „cudami nad urną”.

Wielokrotnie wygłaszane przez rządzących kłamstwa dotyczące sytuacji gospodarczej, wskazują, że Polska bez wsparcia unijnego związanego z przyjęciem Nowego Ładu i powiązania go z kwestią praworządności, przez dziesięciolecia odrabiać będzie straty gospodarcze wynikające z pandemii, ale także nieudolnej polityki gospodarczej prowadzonej w latach 2015- 2020 nastawionej nie na rozwój całego społeczeństwa, lecz „kupowanie” wybranych jego grup, a także tworzenie dobrobytu dla ludzi związanych z władzą.

Mutacje polskiego patriotyzmu

Z pewnym rozbawieniem wysłuchuję coraz częstszych wypowiedzi polityków różnych szczebli, podkreślające, że oni są twardymi patriotami i nie pozwolą na to, aby „jakaś wspólnota” narzucała nam swoje poglądy i zwyczaje, odmienne od naszych, wypracowanych jeszcze w średniowieczu.

Patriotyzm w Polsce przypomina korona – wirusa, bo stale mutuje i zmusza do ciągłej analizy, kto jest, i kto nie jest patriotą. Pamiętam czasy, kiedy przeprowadzenie takiej oceny było zdecydowanie łatwiejsze.

Patriotyzm (po)wojenny

Bezpośrednio po II wojnie zaszczytne miano patrioty opinia publiczna przyznawała każdemu, kto czynnie walczył z III Rzeszą. Wprawdzie aktualna władza jednych tak rozumianych patriotów uwielbiała, innych tylko tolerowała, a jeszcze innych zwalczała, ale większość jej ogniw robiło to bez większego przekonania. Przez pewien czas miałem wtedy szefa, zdecydowanie zaangażowanego politycznie po lewej stronie. Ale w jego nasączonym militarnymi doświadczeniami umyśle podział był jasny – patriotami płci męskiej byli ci, którzy gdzieś walczyli z wrogiem. Nie ulegał naciskom „selekcyjnym”. Dla niego „towarzyszem broni” był zarówno ten, który walczył na wschodzie jak i na zachodzie, albo działał w dowolnej partyzantce. A także ten, który „siedział” w obozach koncentracyjnych. Jak mu prezentowano ,życiorys i zalety kandydata na ważniejsze stanowisko, potrafił – niby żartem i z uśmiechem – zapytać: „A sprawdziliście, czy on potrafi odbezpieczyć niemiecki granat z drewnianą rączką, a także załadować i zarepetować mauserowski karabin?. Bo przyzwoity facet w jego wieku powinien to umieć.”

Mijały lata i zabliźniały się powojenne rany. Liczba patriotów wojennych powoli się zmniejszała. W ich miejsce wchodziło nowe pokolenie, pamiętające wojnę tylko z dziecięcych obserwacji. Dochodziły nowe kryteria patriotyzmu – być społecznie przydatnym, możliwie dobrze się uczyć, a potem pracować, być uczciwym i – w ramach swoich możliwości, dbać o dobrą opinię kraju. I wyrwać kraj z objęć wielkiego sąsiada. Stopniowo też dochodziło kryterium – wychowywać dzieci tak, aby znały naszą historię i też stawały się patriotami. W tym zakresie rosła rola szkoły, a zwłaszcza takich przedmiotów jak literatura i historia, – jeśli prezentowano w nich albo obiektywną prawdę, albo paletę często sprzecznych poglądów. Niestety – taki obiektywizm w szkołach nigdy za moich czasów nie istniał. I nie zapowiada się, aby teraz się pojawił.

Patriotyzm werbalny

Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to w końcu lat 70-tych ubiegłego wieku zaczął przybierać na sile patriotyzm werbalny. „Stara” kadra patriotów, ostrzelana, podrapana psychicznie i poszkodowana w czasie wojny, nie lubiła zbyt wiele opowiadać o swoich przeżyciach, osiągnięciach i tragediach. Jako przykład niechęci do patriotycznej „sławy” kołacze mi się po głowie wizyta w I Dywizji Pancernej gen. Maczka, W kilkanaście dni po formalnym zakończeniu wojny, z dużej grupy powstańców warszawskich, którzy byli w niemieckim obozie jenieckim VIJ w Dorsten, wybrano kilkunastu wyglądających na najmłodszych i zorganizowano wyjazd do Wilhemshaffen, gdzie dywizja wtedy stacjonowała. Byłem w tej grupie, już umundurowanej i zagospodarowanej przez Kanadyjczyków (II Armia Kanadyjska wyzwalała ten obóz). Przywitała nas grupa wyższych oficerów. Jeden z nich wygłosił mowę powitalną, nazywając nas „bohaterami Warszawy”. Kolega znany w naszym gronie z cynicznego poglądu na świat i specyficznego poczucia humoru powiedział wówczas – „Panie pułkowniku, my mamy taki samokrytyczny pogląd. Bohaterowie wyginęli w Powstaniu. A przed sobą ma Pan tych bardziej ostrożnych, albo dekowników. I specjalnie się tego nie wstydzimy, bo w tamtych warunkach i to było trudne”.

Ale już po kilkunastu latach dochodziło do głosu następne pokolenie, zachłanne na publiczne potwierdzanie ich patriotyzmu. Paradoksalnie – tak mówili o sobie zarówno ci, którzy mieli znaczące osiągnięcia w PRL, jak i ci, którzy tworzyli walczącą z ustrojem opozycję. Uważałem tą „oczekiwaną zmianę miejsc” w hierarchii patriotyzmu za normalną i historycznie powtarzalną, nie tylko u nas. Jednak już po roku 1980, w końcówce XX wieku, patriotyzm werbalny zaczął mutować w nienajlepszym kierunku. Stał się w znacznej części patriotyzmem krzykliwym i „hurrapatriotyzmem”, wymagającym ciągłego podtrzymywania masowymi imprezami. W tej formule niemal każdy działacz polityczny krzykliwie zapewniał naród o swoich patriotycznych zasługach i, co gorsza, usiłował pouczać, co trzeba robić, aby być podobnym do niego patriotą. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że w tej trwającej do dzisiaj atmosferze uwielbiania werbalnego patriotyzmu dąży się niemal do wydawania zaświadczeń, że obywatel „X” zasługuje na to miano, bo ……Kłopot był by tylko z tymi, którzy już opuścili ten padół płaczu i nie rozwiano wątpliwości dotyczących ich zasług. Jak z „żołnierzami wyklętymi”, którzy w zbiorowej pamięci niektórych wsi są bohaterami, a w innych, wręcz przeciwnie.

Patriotyzm krzykliwy

Patriotyzm krzykliwy zaczął wykazywać kilka zaskakujących cech, których w poprzednich wcieleniach był pozbawiony. Przede wszystkim nowi patrioci coraz częściej i coraz bardziej zdecydowanie dawali narodowi do zrozumienia, że tylko to – w historii i aktualnym działaniu – jest prawdziwie patriotyczne, co oni za takie uznają. Jeśli ktoś usiłuje przemycić inne wzorce, to jest to objaw „zdrady, targowicy, albo chęci deprawowania młodzieży”, często wspieranej przez LGBT.

Niespodziewanym terenem patriotycznych przepychanek stały się też spory o miejsca pamięci – zwłaszcza pola wielkich bitew i lokalizacji zawsze patriotycznych pomników. Okazało się, że jeśli takim miejscem opiekuje się samorząd i on organizuje okresowe uroczystości rocznicowe – to źle. Dobrze jest wtedy, gdy taką opiekę bierze na siebie władza centralna, wspierana przez wojsko. Zupełnie straciłem orientację „who is who”, gdy ważny minister powiedział, że takimi miejscami powinno opiekować się „państwo”. A ja, dojrzały wiekiem sklerotyk, naiwnie myślałem, że samorządy, pozarządowe organizacje obywatelskie i wszyscy wyborcy, są też częścią państwa.

Patriotyczne pieniądze

Ale to nie jedyny błąd mego psującego się umysłu. Inny minister zajmujący się kulturą powiedział, że nie jest patriotą taki decydent, który zbyt ubogo wspomaga budowę nowych muzeów, w których młodzież może pełną garścią czerpać patriotyczna wiedzę i wzruszenia. Słuchając go instynktownie potakiwałem zapominając, że decydent, zarówno centralny jak i terenowy, musi jednak pamiętać także o wielu innych „sprawach”, na które (podobno) też warto wydawać pieniądze zebrane od Narodu. Może nawet ważniejsza od muzeów jest ochrona zdrowia, budowa tanich mieszkań, budowa domów spokojnej i niespokojnej starości. Zdaniem strachliwych, a także tęskniących za jakąś wojenką, wydaje się ważniejszy zakup supernowoczesnych czołgów, które przez kilkanaście lat trochę poćwiczą na poligonach, trochę postoją, q potem zostaną zastąpione przez jeszcze nowocześniejsze i kupowane za jeszcze większe pieniądze.
Rząd PISu ma zresztą wyjątkową łatwość wydawania pieniędzy. Być może robi to pod wpływem wiary w powtarzanie historii i zakłada, że dopiero jego następcy będą musieli spłacać zaciągane bez umiaru pożyczki państwa. Jeśli jeszcze do tego dojdą takie kary, jak za niedbałość w rozwiązywaniu sporu o kopalnię w Turowie i za doprowadzenie do kompletnego bałaganu w sądownictwie, to nasza finansowa przyszłość nie zapowiada się zbyt radośnie.

Niebędącego bezkrytycznym sympatykiem PISu patriotę zaczyna też niepokoić i denerwować przyspieszenie inflacji. Jego, z trudem zebrane w banku albo pod materacem, oszczędności z każdym dniem tracą na wartości. Rada Polityki Pieniężnej i NBP zdusiły do zera stopy procentowe, tym razem nie biorąc przykładu z Węgier, które właśnie podniosły stopy – i to po raz trzeci w ostatnim okresie.

Przypuszczam, że rosnąca inflacja ograniczy krzykliwy patriotyzm, ale jednocześnie będzie wzmacniać propagandę tezy, że patriotą jest tylko ten, który podziela poglądy rządzącej partii. Skuteczność tej propagandy może się jednak załamać w sytuacji, kiedy „masy” wyraźnie odczują wpływ inflacji na ich życiowe plany inwestycyjne i kulturowe. Jeśli oszczędności młodego małżeństwa, które jeszcze rok temu wystarczały na kupno dwupokojowego mieszkania, teraz z trudem mogą pokryć koszt nabycia niewielkiej kawalerki w gorszej dzielnicy. Jeśli inni będą musieli zrezygnować z planowanego od kilku lat urlopu nad ciepłym morzem, albo z wzięcia bezpośredniego udziału w festiwalu filmowym w Wenecji.

I – być może – wtedy zaczniemy wracać do „normalnego” pojmowania patriotyzmu i tolerować wiele jego mutacji. Co – jak nieśmiało przypuszczam – wymagać będzie także zmiany władzy.

Warszawa – Marki, 26.09.2021.

Addio, konkordacie

Polski konkordat, ten obowiązujący, jest dobrym tematem do dyskusji o współczesnej Polsce, demokracji, religii i kościele katolickim. Dyskutujmy więc, dopóki obowiązuje.

Niestety, prawdziwy jest pogląd, że gdyby relacje państwo – kościół katolicki opierały się tylko na zapisach konkordatu, to sytuacja nie wyglądałaby najgorzej i dla państwa, i dla jego obywateli. A przecież konkordat układany był przez polski episkopat i przedstawiony do podpisu Hannie Suchockiej, która podpisała go zapewne nawet bez czytania. Podpisałaby każdy konkordat. Jej uległość wobec kościoła była nawet większa niż uległość Andrzeja Dudy wobec prezesa.

Może się dziś wydawać śmieszne, że preambuła konkordatu odwołuje się do powszechnych zasad prawa międzynarodowego, łącznie z normami dotyczącymi praw człowieka i podstawowych swobód oraz wyeliminowania wszelkich form nietolerancji i dyskryminacji – choć tylko z powodów religijnych. Odwoływanie się do praw człowieka dzisiaj pewnie biskupi by sobie darowali. Źle im się kojarzy.

Zapewne dopiero po opóźnionej – z winy lub zasługi SLD – ratyfikacji konkordatu polscy biskupi zdali sobie sprawę, że ich realne wpływy oraz potrzeby wykraczają poza to, co sobie w konkordacie zagwarantowali. Plucie sobie w brodę i narzekania trwały jednak krótko. Szybko udało się uzyskać, cokolwiek biskupom przyszło do głowy.

W rezultacie kapelanów mamy nie tylko w wojsku, ale we wszystkich służbach mundurowych, nawet u kominiarzy. Kościół zaliczył tylko jedną wpadkę: komisję majątkową, choć wystarczyło tam po prostu bezczelnie nie kraść. Piszę: bezczelnie, bo można było śmiało zawłaszczać majątek publiczny, ale najwyraźniej okazało się to za mało. Jednak dzięki życzliwej postawie premiera Tuska kościół, jeśli nawet wyszedł z tej afery z uszczerbkiem na wizerunku, to na pewno nie na majątku.

„Wpływ Kościoła na sprawy publiczne i na społeczeństwo będzie się utrzymywał tak długo, jak długo Kościół będzie mógł zagwarantować rządowi wsparcie, i dopóki to wsparcie będzie dla rządu wartościowe. Jeśli duże grupy wyborców będą uważały, że Polska niekoniecznie musi być katolicka, i odwrócą się od Kościoła albo od niego odejdą, jego siła polityczna także zniknie. Jeśli Kościół straci autorytet moralny, znikną jego wpływy polityczne” – A. Grzymała-Busse „Polska jako anomalia w stosunkach pomiędzy Kościołem i państwem?” (również: Nations under God: How Churches Use Moral Authority to Influence Policy, Princeton: Princeton University Press, 2015).

Ta opinia to kwintesencja nowych relacji Kościoła z politykami PiS-u, chociaż trudno powiedzieć, czy Kościół uzyskuje od tego rządu więcej niż od innych. Przypomnijmy sobie, jak wprowadzano dzień świąteczny Trzech Króli (albo sześciu, jak twierdzą niektórzy katoliccy politycy). Zrobiono to tak szybko, że zapomniano poprosić episkopat o formalną zgodę, czyli w zasadzie złamano zapisy konkordatu. Episkopat oczywiście był za, choć nawet jego zaskoczył ten pęd do świętowania.

Trzeba przyznać, że biskupów i polityków PiS-u łączy pewna wspólnota ideologiczna. Tak się przy okazji składa, że część postulatów moralnych wydaje się nie dotyczyć kleru, a politycy są przekonani, że ich na pewno nie dotyczy. Wspólnie chcą regulować życie seksualne nie tylko dzikich obywateli, wspólnie też udają, że do nich samych te regulacje się nie odnoszą.

Politykom PiS-u podoba się sposób, w jaki biskupi traktują wiernych, bo sami tak samo traktują swoich wyborców. Przeświadczenie o szczególnej społecznej misji religii jest jednym z podstawowych problemów i zagrożeń naszej bardzo ułomnej demokracji. Kiedy PiS mówi o suwerenie, czyli „ludzie” głosującym, ma na myśli wyłącznie własny elektorat, w demokracji zaś nie ma innych suwerenów niż „lud”, bo demokracja to właśnie władza ludu. Jeśli przyjmiemy tezę o szczególnej roli religii i w konsekwencji to, że władza pochodzi od boga, to nie mamy już demokracji, ale teokrację, a przynajmniej realny sojusz ołtarza z prezesem. Czyli to, co dziś.

Naprawę Rzeczypospolitej trzeba więc rozpocząć od naprawy relacji państwo – kościół – społeczeństwo. I to szybko, zanim patrzący na nas z góry Kościuszko zareaguje adekwatnie do sytuacji.

Tak więc addio, konkordacie, witajcie, pomidory. Choćby i w keczupie.

Jak się wszyscy zapewne domyślacie, uważam, że konkordat powinien zostać wypowiedziany.

Ani paw ani papuga

Pawiem narodów byłaś i papugą – pisał przed laty Juliusz Słowacki. Jednak, zdaniem szewca Fabisiaka, w odniesieniu do dzisiejszych realiów trafniejsze byłyby inne zoologiczne porównania.

Współczesna rządzona przez PiS Polska bardziej bowiem niż dumnego pawia przypomina agresywnego psa ujadającego na widok innych psów nie stroniąc przy tym od atakowania psów większych od niego samego. W taki sposób nasz kraj postrzegany jest nie tylko przez rodzimą opozycję, lecz coraz częściej także zagranicą. Najnowszym tego przykładem jest przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji krytycznie oceniającej działania polskiego rządu w sferze wymiaru sprawiedliwości, wolności mediów, ograniczania praw kobiet oraz traktowania mniejszości seksualnych. Jednocześnie Parlament wezwał odpowiednie organy UE do zablokowania wypłaty środków, jeśli Polska nie wykona wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie zawieszenia działalności Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Ponadto europarlamentarzyści apelują do premiera Mateusza Morawieckiego o wycofanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie wyższości prawa unijnego nad krajowym.
Europarlamentarna rezolucja wywołała falę histerii w szeregach PiS i Solidarnej Polski. Mimo tego, że jest to jedynie stanowisko PE a nie wiążąca decyzja. Albowiem – jak zauważa szewc Fabisiak – w systemie unijnej demokracji Parlament jest jedynie ciałem opiniotwórczym i doradczym wobec Komisji Europejskiej. Może, jak to właśnie uczynił, apelować do KE, natomiast Komisja może sobie zadecydować jak sama zechce, choć stanowisko PE może stanowić dodatkowy argument. PE może też zwracać się z apelem do władz państwa członkowskiego UE, w tym przypadku Polski. O ile jednak KE raczej bierze pod uwagę europarlamentarne sugestie, o tyle Polska może je sobie olać. Świadczy o tym odmowa wycofania przez premiera wspomnianego wyżej wniosku skierowanego do TK. Co ciekawsze, poinformował o tym zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel, choć premier ma swojego rzecznika w osobie Piotra Müllera. Zdaniem szewca Fabisiaka, jest to jeszcze jeden dowód na to, kto w naszym kraju faktycznie rządzi.

O stosunku do sporów Polski z większością Unii świadczy wynik głosowania w PE, kiedy to za przyjęciem rezolucji głosowała zdecydowana większość 502 europosłów wobec 149 głosów przeciwnych i 36 wstrzymujących się. Warto w tym miejscu zauważyć, że poparcia dla polskiego rządu udzielili parlamentarzyści z Węgier oraz skrajnie prawicowej, nacjonalistycznej Alternatywy Dla Niemiec. Co do Węgrów sprawa jest jasna. Kraj ten ma podobne jak Polska problemy z praworządnością w związku z czym dzisiejszych realiach tradycyjne powiedzenie o Polaku i Węgrze jako dwóch bratankach nabrało nowego znaczenia. W wersji węgierskiej brzmi ono: lengyel, magyar – két jó barát, co oznacza: Polak, Węgier dwoje dobrych przyjaciół. Obecnie ta formuła została zawężona do dwóch panów – Kaczyńskiego i Orbána. Natomiast co do niemieckiej Alternatywy to można tylko pogratulować Pisowcom takiego sojusznika – stwierdza sarkastycznie szewc Fabisiak.

To, ze obóz rządzący zareagował jak furiat nikogo nie powinno specjalnie dziwić. Jest to bowiem normalna w jego wydaniu i konsekwentnie ugruntowywana praktyka. Jednakże w tym przypadku powód do takiej a nie innej reakcji jest jeszcze jeden. I to poważniejszy niż krytyka ze strony opozycji. Chodzi tu bowiem o groźbę utraty unijnego szmalu w kwocie 57 mld euro w ramach pomocy w zwalczaniu skutków pandemii. Rządzący stanęli więc przed dylematem. Albo twardo iść w zaparte i zrezygnować z tych miliardów albo ugiąć się przed brukselską presją. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że to rządzący sami sobie stworzyli ten problem i teraz muszą główkować nad tym jak go rozwiązać. W końcu powinni przyznać się do tego o czym wszyscy wiedzą, że to w Polsce a nie w Finlandii, Portugalii czy Luksemburgu nastąpiła kumulacja zjawisk, które w efekcie musiały doprowadzić do reakcji ze strony Europarlamentu.

Stosunkowo najłatwiej będzie poradzić sobie z problemem mniejszości seksualnych. O ile bowiem manipulowanie praworządnością ma jakieś uzasadnione z punktu widzenia obozu rządzącego motywy, to wyznaczanie stref wolnych od LGBT jest wyrazem nadgorliwej samorządowej głupoty. Tym nie mniej temat ten pojawia się w debacie publicznej. Szewc Fabisiak zauważa, że Solidarna Polska podzieliła się rolami. Zbigniew Ziobro jak zwykle z furią atakuje Unię za wtrącanie się w polski wymiar, jak by to komicznie nie brzmiało, sprawiedliwości, zaś jego resortowy zastępca i partyjny kolega Marcin Romanowski pomstuje na LGBT wyrażając przy tym nadzieję, iż samorządy nie wycofają się ze swych uchwał, ponieważ chronią one rodzinę. która – jego zdaniem – jest istotą społeczeństwa, narodu i państwa. W jaki sposób stanowiące zamknięte w sobie społeczności homoseksualne mają zagrażać rodzinie tego już nie wyjaśnił, bowiem wyjaśnić się tego po prostu nie da. Skoro koalicjant tak mówi, to tym bardziej powinno w tej sprawie wypowiedzieć się PiS aby ktokolwiek sobie nie pomyślał, że odpuszcza sobie tak ważki dla Polski temat. Głos dał osobiście sam prezes Kaczyński za pośrednictwem listu wysłanego do klubów „Gazety Polskiej” powtarzając po raz kolejny coraz bardziej już zużyte slogany o obronie „cywilizacji chrześcijańskiej, która jest naszym duchowym domem”. Szewc Fabisiak będący osobą nie wierzącą w bóstwa wszelakie oświadcza, że ma inny duchowy dom i nie życzy sobie aby ktokolwiek nakazywał mu w jakim domu ma mieszkać.

Sprawa się rypła czyli Nielegały u władzy

Sprawa się rypła, ktoś za to beknie! Stare porzekadło, którego pierwsza część została wykorzystana m.in. w tytule filmu Janusza Kidawy z 1984 r. z udziałem Franciszka Pieczki i Mariana Dziędziela, nabrało świeżości za przyczyną posła Marka Suskiego, czołowej postaci obecnej sceny politycznej w Polsce, totumfackiego samego guru Jarosława, pana na Nowogrodzkiej.

Słoń w składzie porcelany, w porównaniu z wdziękiem i gracją posła, zwanego Carycą, poruszającego się po scenie politycznej, to primabalerina moskiewskiego Teatru Bolszoj w „Jeziorze Łabędzim” .

Mnie nieodparcie poseł S., zwłaszcza swoim promiennym uśmiechem, kojarzy się ze znakomitą rolą czeskiego aktora Rudolfa Hrušinský’ego odtwarzającego postać pewnego poczciwego mieszkańca Pragi Czeskiej, dotkniętego podagrą, stałego bywalca gospody „Pod kielichem” i przede wszystkim jednego z najwybitniejszych myślicieli wszechczasów, przez niezrozumienie jego głębokich przemyśleń, uważanego powszechnie za idiotę.

Pana posła z wybitnym prażaninem łączy ów promienny uśmiech. Natomiast co do jego intelektualnej sprawności zdania w społeczeństwie są podzielone.

Niemniej to właśnie on ujawnił jedną z najbardziej strzeżonych i kamuflowanych tajemnic obecnie rządzących. Co istotne, nie zauważyłem, by to ujawnienie zostało dostrzeżone przez media, opozycję… A rzecz jest najwyższej wagi państwowej! Otóż podnóżek i guru Jarosława na Nowogrodzkiej oświadczył publicznie, że obecna władza w Polsce jest nielegalna!

Tak, tak!!! To z jego ust padło publicznie 9 września 2021 roku stwierdzenie, że Polska nielegalna walczyła z okupantem niemieckim, potem sowieckim, a teraz z brukselskim!

Sprawa się rypła: Polska nielegalna!!! walcząca z „ brukselskim okupantem”

Król stał się nagi!:

Bo przecież z „okupantem brukselskim” nie walczy cała Polska tylko jej część – ta która obecnie rządzi. Większość Polek i Polaków nie widzi tej okupacji, i chociaż wielu ma pod adresem UE sporo uwag krytycznych (sam do nich należę) to jednak nikt z tej większości nie odgrywa szopki, że jęczy pod brukselskim knutem, ale jest zadowolone z wielu profitów, które daje przynależność do Unii.

Tragifarsę odgrywa mniejszość, konserwa, o świadomości ukształtowanej na żoliborsko-toruńskim Uniwersytecie Kaczyzmu-Rydzykizmu, którego ideowe motto brzmi – NAM SIĘ NALEŻY!

Powtórzmy jeszcze raz, z brukselskim ciemiężycielem nie walczy cała Polska tylko jej mniejszość składająca się z rządzącej kamaryli i przyssanych do jej cycków doicieli, Toteż gdy odbierzemy precyzyjnie wypowiedź posła Suskiego, nie ma wątpliwości. – POLSKĄ RZĄDZĄ NIELEGAŁY!

*

Powyższa analiza to moja licentia poetica. Ale czy jest ona daleka od prawdy?

Jean Paul Sartre powiedział: Uzurpowana władza zawsze ma najlepsze świadectwa legalności.

Obecnie sprawujący u nas władzę podpierają się tym świadectwem legalności – wygranymi wyborami. Tylko na tej podstawie uznali, że mają prawo do wszystkiego. Zaczęli demolować i niszczą nadal podstawowe kanony, jakie obowiązują rządy w demokracji, czyli m.in.: kultura polityczna, stwarzanie formalnych zabezpieczeń obywateli przed nadmierną i nieuzasadnioną ingerencją władzy w ich sprawy, równość wobec prawa, wolność w wyrażaniu poglądów i związana z tym wolność organizowania się, ochrona praw mniejszości, przestrzeganie wolności słowa, mediów.

Od kilku lat, niemal codziennie, mamy do czynienia przez maskowane lub bezczelne wprost deptanie tych kanonów przez rządzących

A skoro zasad demokratycznego rządzenia nie przestrzegają, łamią Konstytucję, zaczynają działać nielegalnie, to w państwie demokratycznym stają się nielegalni.

Czyli Marek Suski powiedział prawdę.

Wielu jego współwyznawców się z nim zgodziło, w tym poseł Waldemar Andzel, który powiedział dziennikarzom, że przyłancza się do posła Suskiego. Ciekawe, jaką fuchę za to przyłanczenie dostanie?… Może dzyndzla Carycy?

Polski XIX-wieczny pisarz, publicysta, filozof, historyk Aleksander Świętochowski stwierdził: Jeśli tyran powie, że trójkąt jest kołem, natychmiast zbierze się tłum dobrowolnych niewolników, którzy zażądają zmiany w prawidłach geometrii.

Wyznawcy sekty z Nowogrodzkiej są tego dobitnym dowodem.

Tylko patrzeć, jak jeden z jej czołowych kaznodziejów i nadzorców wychowania szkolnego dzieci i młodzieży, Przemysław Czarnek, weźmie się też za reformę geometrii.

Tales z Miletu, Archimedes i inni ojcowie matematyki zostaną wskrzeszeni (cudotwórców w sekcie nie brakuje) i skierowani do zreformowanej szkoły, gdzie poznają zmienione prawa geometrii. Przy okazji otrzymają nową wykładaną tam wiedzę z innych przedmiotów, w tym najważniejszy przekaz – Kto jest jeszcze nieemerytowanym zbawcą ludzkości.

Kaczyński w kręgu kościelnych idei programowych

Zbieg zwycięstwa wyborczego PiS z antyoświeceniową kontrrewolucją religijną zaznaczającą obecność irracjonalizmu w całym świecie zachodniej cywilizacji został w Polsce wzbogacony o narodowe wzmożenie, stosownie do endeckiej tradycji politycznej wywodzącej się z czasów II Rzeczpospolitej. Resentymenty narodowo-wyznaniowe odżyły – bynajmniej nie ze względu na faktyczny wzrost religijności, lecz jako reakcja na bezradność neoliberalnej i nie dość zaangażowanej religijnie  – jak na polskie warunki – władzy, która ponadto okazała się nieskuteczna w rozwiązywaniu problemów społecznych.

Niezadowolenie części społeczeństwa z warunków ekonomicznych, deficyt poszanowania godności realnie marginalizowanych warstw społecznych doprowadził do trwałego podziału i zantagonizowania zwolenników obecnej narodowo-katolickiej władzy z tymi, którzy stojąc na gruncie demokratycznego państwa prawnego nie mogą akceptować burzenia wciąż jednak obowiązującego konstytucyjnego porządku. Wyborcza klęska liberalnej koalicji rządowej w 2015 roku była nieunikniona i ściśle związana tak z rozpadem liberalno-konserwatywnego konsensusu popieranego przez SLD, jak i brakiem zdolności partii lewicowych do współdziałania programowego i wyborczego.     Zawłaszczenie liberalizmu nadanie mu jednostronnie ekonomicznego wymiaru, w którym nie człowiekowi lecz rynkowi miała służyć wolność i jej gwarancje oraz ofensywa techno-scjentystycznego i konsumpcyjnego indywidualizmu zderzyła się w Polsce z tradycjonalizmem mas plebejskich zmęczonych nowoczesnością i stawianymi przez nią wyzwaniami, które zmuszają nie tylko do posługiwania się narzędziami współczesnej techniki cyfrowej, lecz także do akceptacji ciągłych zmian wymuszanych okolicznościami zewnętrznymi znoszenia innych stylów i sposobów życia, innej hierarchii wartości części społeczeństwa, koegzystencji odmiennych obyczajów i zachowań niż ukształtowane przez dotychczasową tradycję.

Sytuację taką politycznie wykorzystała partia rządząca, proponując– w zamian za iluzję zabezpieczenia kraju przed obcymi cywilizacyjne imigrantami – poczucie więzi wynikającej z narodowej wspólnoty, oraz pomoc socjalną skierowaną do rodzin, wraz z całym zestawem innych wartościowych prezentów i oczekując jednakże ograniczenia jeżeli nie odrzucenia korzystania z wolności w jej liberalno-politycznym wymiarze. Niezależnie od wagi konkretnych przyczyn niezadowolenia znacznej części społeczeństwa, a w szczególności czy były  nim sposoby realizowania transformacji gospodarczej i związane z tym patologie, czy też pochód nowoczesności techniczno-informacyjnej niosący za sobą zmiany obyczajowe, kulturowe i związaną z nimi możliwość demonstracji odmiennych stylów i sposobów życia, to sprzeciw wobec konieczności sprostania nowoczesności zakwestionował skuteczność i trwałość procesu modernizacji Polski na wzór zachodnioeuropejskich demokracji.

Nowoczesność, która wdarła się do w przestrzeń tradycyjnej plebejskiej kultury, narzucana przez liberalne elity zapatrzone w zachodnie centra świeckiej modernizacji i przejmujące często bezrefleksyjnie stosowane tam rozwiązania musiała w efekcie wywołać konflikt, który podporządkował sobie wszystkie wcześniejsze spory polityczne redukując je zasadniczo do podziału na dwa wrogie obozy. Stopniowe eskalowanie konfliktu nie jest zresztą zjawiskiem obojętnym dla Zjednoczonej Prawicy poczawszy od zwycięstwa wyborczego w 2015 roku. Jego przedsmakiem były rządy koalicji zbudowanej przez PIS w latach 2005–2007. Doszło wtedy do wyartykułowania koncepcji IV Rzeczpospolitej niezbyt powszechnie akceptowanej chociażby przez Kościół katolicki i związane z nim siły społeczne czy umiarkowanie narodowe. Koncepcja ta miała ona przy tym raczej republikański rodowód pomimo ujawniających się tęsknot za państwem wyznaniowym w reakcji na istniejący jakoby deficyt religijności. Powrót do władzy elit kontynuujących neoliberalne rządy – szczególnie w latach kryzysu ekonomicznego i związane z tym pogorszenie się sytuacji ekonomicznej ludności oraz tragiczna w skutkach katastrofa lotnicza nadała politycznej propozycji PiS szczególnej atrakcyjności, kanalizując niezadowolenie społeczne znacznych części elektoratu – tym bardziej, że do jej promocji włączyła się poza środowiskami Radia Maryja przeważająca część Kościoła katolickiego. Wchłaniając resentyment ludu wobec elit i formułując ostrze politycznego sporu poprzez przeciwstawienie tradycjonalistyczno – religijnej wizji odbudowy kraju wszelkim świeckim – lewicowym czy liberalnym – projektom politycznym zyskiwała pełne poparcie Kościoła i kleru wspieranego przez formujące się silne ultrakonserwatywne organizacje o niejasnej proweniencji jak Ordo Iuris..

Wykorzystanie specyfiki sytuacji w Polsce dla realizacji planów kościelnych powrotu do politycznej roli kreatora lub chociaż współdecydenta w kluczowych sprawach państwa nie jest autorską koncepcja polskich biskupów ani środowiska Radia Maryja. Jest to natomiast zespołowa akcja watykańskich hierarchów wyższego szczebla, którzy zdobywali znaczenie i doświadczenie w próbie realizacji idei Jana Pawła II związanej z rechrystianizacją Europy m.in. poprzez wprowadzenie do dokumentów unijnych odwołania do istoty nadprzyrodzonej i roli religii w kształtowaniu cywilizacji europejskiej. Ze względu na stopień sekularyzacji państw zachodnich tak sformułowany cel był z góry skazany na niepowodzenie, co w efekcie zaowocowało zmianą koncepcji promocji chrześcijaństwa katolickiego i przyobleczeniem go w konstrukcję państwa „pozytywnie laickiego”, tj. uwzględniającego w systemie prawnym wartości religijne.  

W efekcie wypracowany został nie tylko projekt intelektualny, lecz przede wszystkim metoda włączenia w realizację tego projektu szerokich mas ludowych, składających się z praktykujących katolików, przy wykorzystaniu sytuacji politycznej w tych państwach, w których odrzucenie i potępienie świeckiego ładu społecznego i politycznego było najbardziej prawdopodobne wobec słabości instytucji demokratycznych, silnej pozycji Kościoła i aspiracji lokalnych polityków do przeprowadzenia rewolucyjnych przemian społecznych.

Partia, która zdobyła władzę w Polsce była wręcz idealnym partnerem dla hierarchów kościelnych. Jej dążenie do całkowitego przekształcenia stosunków społecznych poprzez wymianę elit, zburzenie dotychczasowego porządku konstytucyjnego, a nawet etycznego i chęć stania się stabilną partią władzy konstytuującą nowe polityczne centrum musi opierać się na radykalnej doktrynie i doprowadzić do ukształtowania się jeszcze bardziej radykalnych środowisk – by się nimi posłużyć w razie potrzeby w odpowiednio dogodny sposób. Organizowanie zatem życia w kraju na podstawie zasad wynikających z dogmatyki religijnej, a nie wedle wyników debaty publicznej czy ustaleń demokratycznych procedur, było oczywiście pierwszym wyborem partii władzy i jednocześnie upragnionym wyborem dla Kościoła katolickiego. Religijna wizja państwa „pozytywnie laickiego” opracowana przez papieża Benedykta XVI – Josepha Ratzingera i krąg jego współpracowników w przeciwieństwie do różnych odstręczających nazwą projektów republik wyznaniowych pozornie wydawał się być ukłonem w stronę laickości państwa.

Państwo pozytywnie laickie według Ratzingera spełniało warunki przyjęcia jej przez państwa peryferyjne o słabo ugruntowanej demokracji, gdzie tradycjonalistyczne społeczeństwa poszukujące głębszego uzasadnienia demokracji jako formy rządów mogły wywodzić go z religijnego umocowania pod warunkiem podporządkowania zasad systemu demokratycznego regułom konfesyjnym ( prawu naturalnemu czy boskiemu). Koncepcja Ratzingera okazała się wręcz idealnym instrumentem dla populistycznej narodowo-wyznaniowej partii dyktującej swoje warunki funkcjonowania państwa położonego cywilizacyjnie na obrzeżach Europy, a hierarchowie Kościoła katolickiego jej największymi orędownikami .

Przyjecie przez Kaczyńskiego religijnej i narodowej ideologii realizowało najlepiej cele jego agresywnego ugrupowania politycznego tworząc rzekomo zastępy totalnych wrogów mających niszczyć polskość, której fundamentem jest religia katolicka w lokalnym wydaniu, przeciwko którym mobilizował szerokie warstwy społeczne z aktywnym wsparciem Koscioła. 

Werbalnie partia rządząca wobec braku możliwości wyrównania deficytów cywilizacyjnych dąży do ich skompensowania poczuciem wyjątkowości wynikającej z głoszonej przez Kościół katolicki w Polsce zasady powiązania niepodważalnej i absolutnej wartości Kościoła pochodzącej z nadania boskiego z „katolicką tożsamością narodu polskiego”, o czym pisze prof. Tomasz Polak w tekście W co nas wciąga i co nam pożera polski Kościół? (opublikowanym na stronie internetowej Medium Publicznego). Autor zwraca uwagę na fakt, że w przekazie kościelnym – podobnie jak w nacjonalistycznej pisowni – słowo „Naród” jest traktowane jako wartość absolutna, a zatem cierpienia i krzywdy doznane przez katolicki naród urastają do krzywd kluczowych dla świata. Dalej autor ten uważa, że w takim ujęciu naród polski pojmowany, jako ucieleśnienie historycznej, kulturowej, cywilizacyjnej i politycznej misji chrześcijaństwa poradzi sobie z cywilizacyjnymi zagrożeniami lepiej niż inne narody i zdecyduje o zwycięstwie idei i społeczności katolickiej.

Motorem tego marszu po zwycięstwo ma stać się tożsamość narodowa będąca źródłem siły i wzrostu znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Zawartość tożsamości narodowej stanowi historyczny depozyt szczególnego rodzaju misji realizowanej w przywiązaniu do religii i tradycji, łączy się z tym bezkrytyczna znajomość dziejów „narodu wybranego” w wersji pozbawionej jakichkolwiek kontrowersji i duma z faktu przynależności do tak wspaniałej wspólnoty. Próbą sformułowania narodowo-katolickiej koncepcji współczesnego państwa wyznaniowego, miała wprawdzie już miejsce w czasie pierwszego okresu rządów koalicyjnych z udziałem PiS. Były minister w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski otwarcie wyłożył zasady takiego państwa w artykule Polska – republika wyznaniowa opublikowanym w piśmie „Pressje” (nr 5, 2005 r.). Ustrój kraju miał realizować zasady radykalizmu ewangelicznego przeciwstawionego – jak pisał –uzurpacji rozszalałej demokracji, a w organach przedstawicielskich o ograniczonych kompetencjach mieli zasiadać przedstawiciele kleru. Podobnie jak inni autorzy zamieszczeni w tym periodyku reprezentujący tzw. „duchowość religijną” i konstruujący propozycje modelu państwa PiS w sposób oczywisty inspirowali się endecką myślą narodową Romana Dmowskiego, wzbogacając ją o wyższy stopień religijnego radykalizmu– zgodnie z obserwowanymi od początku obecnego wieku tendencjami upolityczniania wszystkich religii monoteistycznych.

Wracając jednak do narzucania państwom peryferyjnym religijnych koncepcji politycznej organizacji państwa należy przywołać za prof. Zbigniewem Mikołejko szeroko omawianą przez tego uczonego pracę Georgesa Szazrsezi Teodemokracja czyli pokusa peryferii.

Autor twierdzi mianowicie w swojej pracy, że w pewnych państwach peryferyjnych, jak np. Gruzja, Izrael czy Polska istnieje przeświadczenie, że demokracja nie jest wartością autonomiczną i wymaga uzasadnienia w szerszym porządku wartości, w porządku światopoglądowym, transcendentnym czy religijnym – bo jako forma organizacji państwa jest narzucona, a jej formalne źródła są słabe, gdyż wynikają jedynie z rzekomej umowy społecznej. Tymczasem przyjęcie źródła religijnego i zakorzenienie demokracji w religijnej przestrzeni wiary – na straży, której stoi instytucja religijna: synagoga, cerkiew czy kościół – pozwala niezależnie od chwilowych konfliktów państwa czy raczej władzy z Kościołem przyjąć i zaakceptować jakąś formę demokracji właściwą państwu wyznaniowemu, przyjmując jednocześnie nadrzędną pozycję instytucji religijnej.

W koncepcji J. Ratzingera równowaga polityczna pomiędzy światem laickim i religijnym realizuje się w państwie uznającym wartości religijne i prawo naturalne, jako jedyny skuteczny bastion oporu przeciwko samowoli władzy, czy oszustwom manipulacji ideologicznej. Autonomia prawd moralnych wynikających z doktryny wiary, stanowiących zdaniem przedstawicieli Kościoła tzw. „prawdy nienegocjowane” musi być przez państwo szanowana,a jej ignorowanie uzasadnia nawet stosowanie prawa do oporu.

Oznacza to, że państwo J. Ratzingera jest właśnie państwem zakorzenionym w porządku religijnym – jest państwem wyznaniowym spenetrowanym i kontrolowanym przez Kościół, jako instytucjonalny wyraz religii panującej. Pomimo tak daleko idących propozycji, były papież podkreśla konieczność dialogu pomiędzy światem wiary i racjonalizmu – jako dialogu służącego rozwojowi osoby ludzkiej (chociaż trudno nie być sceptykiem, co do możliwości takiego dialogu, jeżeli z góry zakłada się akceptację przez zwolenników racjonalizmu owych nienegocjowanych wartości). Wśród nich, bowiem znajdują się takie jak całkowity zakaz aborcji, przeciwdziałanie rozpowszechnianiu tzw. ideologii gender – jakoby domagającej się seksualizacji człowieka od najmłodszych lat, stosowania zabiegów in vitro, zawierania małżeństw jednopłciowych czy przeciwdziałania zeświecczeniu – cokolwiek miałoby to oznaczać. Niektórzy znani przedstawiciele nurtów klerykalnych w polityce jak np. Marek Jurek, reprezentują pogląd, że społeczeństwo w większości katolickie ma prawo do posiadania katolickiego ustawodawstwa i państwa.

Jest to wprawdzie uczciwe postawienie sprawy, ale z pozycji absolutnego przekonania o realnie istniejącej w Polsce większości fundamentalistów katolickich. Tak przecież nie jest, bo nawet liczba osób regularnie biorących udział w obrzędach kościelnych wyraźnie spada, nie mówiąc już o niekonfesyjnej części społeczeństwa, innowiercach, a nawet tych katolikach, którzy nie podzielają poglądu o trwałej identyfikacji religijnej narodu polskiego, ani nie uważają by Jezus kierował pomocnikami partii rządzącej – nawet w obliczu cudu dojścia PiS do władzy. Utrwalone praktycznie od dnia uchwalenia obowiązującej Konstytucji RP jawne lekceważenie postanowień o neutralności (bezstronności) światopoglądowej państwa uzasadnia w pełni pogląd reprezentowany przez dr hab. Pawła Boreckiego, że na skutek niestosowania, odnośne postanowienia wygasły (desuetudo), a rzeczywistość jest kształtowana mocą faktów dokonanych.

Obecna forma relacji władzy z Kościołem zdaje się wiec polegać raczej na całkowitym ignorowaniu przez jej przedstawicieli chrześcijańskich obowiązków miłosierdzia, pomocy bliźniemu jak w wypadku postępowania z uchodźcami czy szacunku i powściągliwości przy demonstracyjnym wręcz manifestowaniu rzekomej pobożności poprzez bezrefleksyjne uczestnictwo w religijnych obrzędach i celebrze organizowanej dla oprawy politycznych spektakli. Jednocześnie Kościół ma niemały problem z ustosunkowaniem się do wyraźnych przejawów coraz bardziej instrumentalnego wykorzystywania religii na użytek politycznych przedsięwzięć partii rządzącej czy uroczystości państwowych. Rytualny charakter takich imprez ma zdaniem wielu autorów (prof. Zbigniew Mikołejko, prof. Tomasz Polak) charakter tworzenia religii publicznej,o której prof. Zbigniew Mikołejko mówi, że nie jest żadną ortodoksją katolicką. Chociaż władza korzysta z kościołów, z obecności księży,z pewnych elementów katolicyzmu, to tworzy coś, co jest absolutnie nieprawomyślne z punktu widzenia Kościoła, czyli gnozę w jej manichejskim wydaniu, okraszonym neopogańskimi elementami z mitologii germańskiej – religię smoleńską, której jądrem jest ofiara złożona z przedstawicieli narodu w katastrofie lotniczej.

Przeciwdziałanie wiec metodami politycznymi tak prowadzonej ofensywie oświeceniowej kontrrewolucji mającej gwarantować utrwalenie władzy PiS i panowania światopoglądowego Kościoła jest o tyle trudne,że w przeciwieństwie do weryfikowalnych mesjanizmów świeckich – z reguły szybko kończących swój byt realny – mesjanizmy religijne pozostają w sferze wiary, mając duży potencjał mobilizacyjny do zwalczania wszelkich świeckich systemów rządów, które okazały się nie dość efektywne w rozwiązywaniu problemów społecznych. W Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której istotna część społeczeństwa związana z Kościołem emocjonalnie, rodzinnie, a często także ekonomicznie popiera partię rządzącą, panującą niepodzielnie nad tą częścią społeczeństwa. Jednocześnie większość księży parafialnych intensywnie wykorzystuje tłumy w kościołach do organizacji poparcia dla tej partii, tworząc zamknięty krąg symbiozy Kościoła z władzą, w którym dialektyczne korzyści przesłaniają istotę chrześcijaństwa. Przeważająca część biskupów związała się z jedną opcją polityczną i dlatego nie jest w stanie przeciwstawić się heretyckim wybrykom Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów. Skonfrontowani z narastającym sprzeciwem ulicznych demonstracji wobec realizowanej przez władze dewastacji sądownictwa i ostatecznej likwidacji systemu trójpodziału władzy hierarchowie odpowiedzialni za losy Kościoła nie mogą zdobyć się nawet na delikatne upomnienie rządzących nawet w sytuacji gdy jawnie odwołują się oni do przemocowych form działania np. wobec mniejszości seksualnych czy imigrantów. Uporczywe trwanie przez Kościół katolicki w faktycznej koalicji z rządzącej z partią, która obiektywnie niszczy czy choćby tylko poważnie nadweręża przesłanie religijne, powinno wbudzać zaniepokojenie wiernych – przynajmniej tych, których potencjał intelektualny pozwala na krytyczną analizę poczynań władzy. Musi budzić zaniepokojenie również tych bardziej światłych biskupów, którzy teoretycznie przynajmniej powinni liczyć się z przegraną partii nastawionej na cywilizacyjny regres.

Osłabienie i skompromitowanie wartości religijnych, oraz przegrana PiS w efekcie pociągnąć za sobą musi dotkliwe konsekwencje dla instytucji Kościoła – w postaci obniżenia jego pozycji w społeczeństwie, pozbawienia wpływów politycznych, likwidacji wszelkich form finansowania, a także może zaowocować brakiem zainteresowania polityków do szukania poparcia ze strony Kościoła. Chociaż nie ma obecnie żadnych przesłanek świadczących o możliwości odzyskania zwolenników partii władzy dla demokracji o wolnościowym obliczu – z instytucjami i prawem te wolności gwarantującym – to nieustanne demonstrowanie sprzeciwu wobec działań władzy może skłonić biskupów obawiających się dalszej eskalacji protestów, jeżeli nie do rewizji poparcia dla władzy, to do poczynienia ustępstw w prawnie zawarowanej pozycji Kościoła w Polsce. Baczny obserwator może zasadnie – jak się wydaje – przyjąć, że taka linia jest proponowana w programie „Polski 2050” Szymona Hołowni, w której podstawowy trzon klienteli zdają się stanowić wierni Kościoła katolickiego.

Niestety bardziej prawdopodobna wydaje się opcja ucieczki do przodu, w której Kaczyński będzie starał się eskalować konflikt religijny tym razem kierując ataki na niewielkie stosunkowo środowiska ateistyczne i laicką Europę zachodnią jako źródło wszelkiego zła mające uprawdopodobnić realnie planowany zresztą polexit. Nie wywoła więc zdziwienia wśród obserwatorów polskiej polityki jeżeli rządzący spychani w stronę opuszczenia struktur Unii Europejskiej wystąpią z koncepcją utworzenia konkurencyjnej unii opartej na fundamencie chrześcijaństwa i poszanowania pełnej suwerenności państw członkowskich przy pełnym poparciu Kościoła katolickiego dla którego byłoby to upragnionym powrotem do udziału we władzy.

PiS nic już więcej nie osiągnie

– Polacy stają się powoli, ale coraz bardziej tolerancyjni i praktycznie we wszystkich obszarach, które PiS wybrał sobie jako pole bitwy, trendy idą w odwrotnym kierunku, niż propaganda rządowa – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy jesienią czeka nas polityczne przyspieszenie? Czy i jak duża będzie rekonstrukcja rządu? Wiadomo, że trzeba będzie zastąpić gowinowców nowymi osobami.

KLAUS BACHMANN: Jestem bardzo ostrożny z prognozowaniem, zwłaszcza kiedy idzie o Polskę po 2015 roku. Nigdy nie prognozowałbym, że jedna z polskich partii może tak daleko zwasalizować Trybunał Konstytucyjny, że może go używać do unieważnienia dowolnych, niewygodnych dla niej ustaw, albo że dążący do autorytaryzmu polski rząd może chcieć unikać ogłoszenia stanu wyjątkowego z powodu pandemii i konieczności przesunięcia wyborów, aby go potem ogłosić z powodu kilkudziesięciu ludzi, którzy chcą się w Polsce ubiegać o ochronę międzynarodową.

Stymuluje to moją wyobraźnię do tego stopnia, że za możliwe uważam teraz też, że rząd bez większości parlamentarnej porządzi do końca kadencji za pomocą ustaw wydawanych na podstawie stanu wyjątkowego przez prezydenta. Jest to możliwe, jeśli w Sejmie nie znajdzie się większość bezwzględna konieczna do ich odrzucenia.

Można też próbować rządzić za pomocą referendów, co wymaga tylko inicjatywy prezydenta i zgody Senatu.

Wątpię, aby wahający się senatorowie odważyli się głosować przeciwko temu, aby „narodowi oddać głos”, w Polsce wszyscy są przecież za tym, aby to naród decydował, nawet jeśli przy tym rozsądek może przegrać. A jak fajnie można rozhuśtać emocje przy takich referendach, o niebo lepiej niż głodząc kilkudziesięciu migrantów na granicy wespół z Łukaszenką!

Jak ocenia pan decyzje o wprowadzeniu stanu wyjątkowego przy granicy? Na ile to decyzja polityczna?

Trochę niezręcznie mi się o tym wypowiadać, bo jestem obywatelem kraju, do którego w 2015 roku wjechało ok. 800 000 uchodźców w ciągu kilku tygodni i który wtedy nie ogłosił stanu wyjątkowego, a tu polski rząd wpada w panikę z powodu kilku rodzin i może kilkuset imigrantów tygodniowo, którzy przedostają się przez granicę białoruską do Polski.

Nie nazwałbym tego decyzją polityczną, to chwyt propagandowy, dość przejrzysty zresztą, wystarczy dokładnie przeczytać uzasadnienie rządu: „Ma to związek ze szczególnym zagrożeniem bezpieczeństwa obywateli oraz porządku publicznego w związku z obecną sytuacją na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi”.

Czy choć jeden z tych migrantów, którzy przeszli tam, potem zagroził bezpieczeństwu obywateli albo porządkowi publicznemu? Napadli na kogoś, coś ukradli?

I dlatego, że Straż Graniczna nie radzi sobie z 3000 próbami przekroczenia zielonej granicy z Białorusią w sierpniu (dane też pochodzą z uzasadnienia rządu), mieszkańcy przygranicznych gmin muszą teraz zawsze mieć dowody osobiste przy sobie, myśliwi nie mogą nosić broni i na obszarze 68 miejscowości nie można urządzić wesel i innych imprez masowych. To pomaga Straży Granicznej wyłapywać imigrantów na zielonej granicy?

Straż Graniczna dysponuje helikopterami, noktowizorami, sprzętem do namierzania ludzi na podstawie wydzielonego przez ich ciała ciepła, samochodami specjalnymi z prawem do poruszania się wzdłuż granicy, może zakładać podsłuchy i opłacać informatorów. Ona potrzebuje stanu wyjątkowego, aby wojsko, które o tym wszystkim nie ma pojęcia, mogło jej pomoc? Mam silne wrażenie, że rząd wprowadza stan wyjątkowy, aby ukryć, że nie panuje nad swoimi służbami.

Czy PiS wzmocni się na sprawie uchodźców, imigrantów z Białorusi?

Niektóre pojedyncze sondaże na to wskazują, ale zgodnie z radami moich kolegów, którzy się profesjonalnie zajmują sondażami, patrzę zawsze na długofalowe trendy. Zgodnie z nimi

Polacy stają się powoli, ale coraz bardziej tolerancyjni i praktycznie we wszystkich obszarach, które PiS wybrał sobie jako pole bitwy, trendy idą w odwrotnym kierunku, niż propaganda rządowa: wzrasta odsetek ludzi przyjaznych ludziom LGTB, imigracji, uchodźcom, popierających ochronę środowiska, wrażliwych wobec zmian klimatycznych.

To znika w tym polskim zgiełku, w którym jedna strona próbuje to zagłuszyć tępą propagandą, która głownie mobilizuje przeciwników, a druga strona nieustannie szuka powodów, aby wstydzić się za swój naród, któremu imputuje, że wierzy w tę propagandę. Między tymi dwoma wrogimi obozami są prawdziwi Polacy, prawdziwi w tym sensie, że to oni są większością, a oni milczą, bo wiedzą, że jak się wypowiadają, to albo jedna, albo druga strona na nich napadnie.

Czy mimo wszystko inflacja, drożyzna i pandemia spowodują spadek notowań rządu i PiS-u?

Nie sądzę. Sukces PiS w 2015 roku miał dwóch ojców: pozostałe partie, które w tym samym czasie demobilizowały swoje elektoraty, dając im do zrozumienia, że wybory są i tak przegrane, kiedy PiS dał swoim do zrozumienia, że mogą wygrać i że są solą tej ziemi, mimo że mają niskie wykształcenie, niskie dochody i mieszkają na prowincji, za co miejskie elity nimi gardzą. Transfery socjalne wzmocniły ten przekaz, ale on byłby też skuteczny bez transferów.

W Polsce nie da się kupować głosów wyborców. Być może politycy o tym nie wiedzą, bo zbyt często kupują głosy swoich kolegów w Sejmie i to jakoś funkcjonuje, ale wobec wyborców robienie ich w konia jest bardziej skuteczne. Można im wmawiać kompletnie wydumane zagrożenia ze strony uchodźców, jakichś groźnych ideologii, które rządzący sami sobie wymyślili, albo to, że wchodząc do lokali wyborczych z maską i w rękawiczkach zarażą się COVID19. To funkcjonuje u wyborców wszystkich partii, natomiast wręczanie im gotówki powoduje tylko obojętność, bo wyborca i tak jest przekonany, że mu się to należy, a połowa beneficjentów i tak nie pójdzie na wybory.

Czy Kaczyński będzie próbował jakiejś formy rządu mniejszościowego, wcześniejszych wyborów, czy za wszelką cenę będzie chciał utrzymać większość rządzącą? Czy głosowanie nad Polskim Ładem będzie sprawdzianem dla koalicji rządzącej? Czy PiS może je przegrać, a jeżeli tak, to czy to spowoduje upadek rządu?

Racjonalnie rzecz biorąc nie ma powodu, aby ogłosić wcześniejsze wybory. PiS potrzebuje do tego albo opozycji, albo prezydenta i w tym drugim przypadku musiałby udawać, że nie jest w stanie uchwalić budżetu. Być może tak faktycznie będzie, zwłaszcza jeśli w budżecie znajdą się kontrowersyjne elementy Polskiego Ładu.

Ale jeśli Kaczyński chce, to może rozbroić ten Ład, przedstawić nieideologiczny budżet, wycofać się z kontrowersyjnych pomysłów, na które i tak nie ma większości (wobec ustawy o TVN i Izby Dyscyplinarnej właśnie to robi) i utrzymać rząd do końca kadencji, dokupując incydentalnie głosy wolno fruwających po Sejmie posłów.

Inna sprawa, czy PiS ma szansę, aby za dwa lata wtedy wygrać wybory – ale jeśli obecnie Kaczyński bije głową w mur (przy ustawie medialnej próbował), to też nie wygra, bo demonstruje tylko bezsilną wściekłość wobec wyborców, dla których dotąd był mężem opatrznościowym.

Myślę, że PiS już nic więcej nie osiągnie i pogrąży się we wzajemnych oskarżeniach i intrygach pałacowych, a przy tym stanie się coraz bardziej autorytarny.

Czy UE powinna mocniej się zaangażować w sytuację na polskiej granicy z Białorusią?

Tu mamy ten sam problem, co w 2015 roku: wobec migracji UE jest podzielona i niezdolna do przyjęcia jednolitego stanowiska. Stąd takie dwuznaczne wypowiedzi rzeczników Komisji o tym, że trzeba chronić granic i humanitarnie traktować tych, którzy ubiegają się ochronę. Jeszcze bardziej dwuznaczne jest ich stanowisko wobec Afganistanu: Talibowie mają maksymalnie dużo ludzi wypuścić z kraju, choć nikt tych ludzi nie chce przyjmować, ani kraje sąsiednie, ani Europejczycy, którzy uważają, że miejsce afgańskich uchodźców jest „w regionie”, to znaczy w krajach sąsiadujących z Afganistanem.

To jest problem dla UE, granica polsko-białoruska nim nie jest. Aby sobie radzić z tą wojenką hybrydową Łukaszenki, wystarczy stosować przepisy, które są zgodnie z prawem UE, z prawami człowieka i z polskim prawem: wpuścić każdego, który się ubiega o ochronę, sprawdzić, czy na to zasługuje, jeśli tak, to integrować go (po kilku latach zazwyczaj i tak zniknie w Europie zachodniej), jeśli nie, deportować go do kraju pochodzenia.

Kraje zachodnioeuropejskie sobie radziły z tym po 2015 roku wobec ponad miliona przybyszy, dlaczego Polska ma sobie nie radzić wobec kilkuset albo nawet kilku tysięcy? W latach 90. Polska była jednym z naprawdę nielicznych krajów, który dał ochronę Czeczenom, wobec których inne kraje uznały, że są oni bezpieczni w nieczeczeńskich obszarach Rosji więc nie muszą uciekać na Zachód. Krążą różne szacunki, ilu Czeczenów Polska wtedy przyjęła, ale obojętnie które bierzemy, to i tak było ich więcej niż ludzi, których Łukaszenka zdołał ściągać z Iraku.

Ani dla Irakijczyków, ani dla Afrykańczyków, ani dla Afgańczyków Białoruś nie leży na głównych szlakach migracyjnych do Europy zachodniej, dlatego może on nas trochę drażnić, ale nic naprawdę groźnego nie wymyśli.

Może to robić Rosja, otwierając szlak z Afganistanu przez terytorium zależnych od niej dawnych republik radzieckich do Europy zachodniej. Ale wtedy żaden mur, żadne zasieki przed tym nie będą chronić, tylko presja dyplomatyczna większych od Polski państw, taka sama presja, która kazała Irakowi 18 sierpnia zablokować loty Belavii między Bagdadem i Mińskiem.

Czy obecny kryzys migracyjny w Europie ponownie wzmocni populizmy?

Na razie nie ma żadnego kryzysu migracyjnego w Europie. Strach ma wielkie oczy i tak zwany Zachód, kraje, które opuściły Afganistan, pada ofiarą własnej propagandy. Podczas ostatnich 20 lat wojny powstał taki obraz Afganistanu w mediach, że jest to kraj, który do 2001 roku był pod jarzmem Talibów, którzy teraz wrócą i znowu ujarzmią Afgańczyków. Ale Talibowie są w równym stopniu, co wszyscy inni Afgańczykami, i gdyby nie mieli poparcia społecznego, nie byliby w stanie w kilka tygodni zdobywać kraj i armia afgańska by się nie rozpadła na naszych oczach. To nie jest tak, że teraz mała grupka Talibów zbrojnie wypędza wszystkich Afgańczyków z kraju i oni wszyscy wędrują do Europy zachodniej.

Ucieka ta część polityków i ich zwolenników, którzy nie są w stanie albo nie chcą się ani dogadać, ani walczyć z Talibami. Według danych Narodów Zjednoczonych ok. 95 proc. wszystkich uchodźców na świecie szuka schronienia w krajach sąsiednich albo nawet na spokojniejszych obszarach swego własnego kraju. Do Europy dotrze tylko ułamek. Jeśli Europa się teraz boi kilkumilionowego marszu Afgańczyków do Europy, to wpada ofiarą własnej propagandy, zgodnie z którą to Zachód w 2001 roku wyzwolił wszystkich Afgańczyków spod jarzma Talibów, choć tak naprawdę to tylko wypędził jedną grupę etniczną i dogadał się pozostałymi.

Jeśli zaś chodzi o populizm, to trzeba o jednym pamiętać: kluczowe tu jest, jak nasze elity i media mówią o migracji.

Z badań w różnych krajach europejskich wiemy, że ludzie nie boją się uchodźców lub imigrantów, których widzą na ulicy albo obok których mieszkają – bo w nich widzą ludzi – lecz tych, których widzą w telewizji albo nawet tylko we własnej wyobraźni. Tych ostatnich widzą jako bezkształtną masę, to są wtedy nie ludzie jak ty i ja, lecz „ci muzułmanie”, „ci uchodźcy”, „ci obcy” albo nawet „ci terroryści”. Ja wtedy zawsze pytam ludzi, czy chcieliby, aby w innych krajach też tak myślano o Polakach, jako o groźnej, bezkształtnej, nacierającej masie, w której nie widać ani jednego człowieka…

Jaką lekcję wyciągnęła Europa z 2015 roku i tamtego kryzysu?

Unia Europejska żadnej, bo nie ma jednolitego stanowiska. Większość rządów teraz chce przede wszystkim bronić granic, mniejszość uważa, że postawa humanitarna jest bardziej adekwatna, kraje na obrzeżach chciałyby zreformować system dubliński tak, aby je odciążyć, ale bez klucza przymusowej redystrybucji to się nie da, więc kraje, które nie są głównym celem migrantów, bronią się przed relokacją rękami i nogami – do czasu, kiedy staną się same celem migrantów, ale to może jeszcze potrwać.

Jeśli miałbym wyciągnąć wnioski z 2015 roku, to bym rekomendował wszystkim, którzy obawiają się powtórki, aby wzmocnili Urząd do spraw Cudzoziemców, Straż Graniczną i sądownictwo. Nie po to, aby złapać, uwięzić i ukarać uchodźców, ale aby sprawnie i szybko przeprowadzić uczciwe postępowania azylowe i tych, którym ochrona nie przysługuje, szybko odesłać do swoich krajów. Tu był w 2015 roku największy mankament w Niemczech: kiedy na granicy pojawiło się 800 000 ludzi niemiecki odpowiednik UdsC miał jeszcze 200 000 zaległych postępowań z lat poprzednich, na granicy od 2007 roku w ogóle nie było strażników, którzy mogliby rejestrować przybyszy (robiła to potem policja), a kiedy pierwsi odrzuceni imigranci odwołali się do sądów, zablokowało się sądownictwo. Z tego powodu wielu tych, którym nie przysługuje ochrona, zostało w Niemczech czasami nawet kilka lat.

Pierwszoplanową rolę w integracji uchodźców odgrywały samorządy, organizacje pozarządowe, inicjatywy sąsiedzkie i nawet kluby sportowe, które uruchomiły kursy integracyjne i językowe.

Kto się boi wielkiej fali migracji, niech wzmocni administrację, samorządy i organizacje obywatelskie, zamiast budować zasieki. Nie dlatego, że jest to bardziej humanitarne albo chrześcijańskie, ale dlatego, że jest to bardziej skuteczne, bo dzięki temu unikamy kłopotów z prawem i z innymi państwami.

Mury i zasieki nie powstrzymają migracji, tylko ją trochę utrudnią i przekierują do sąsiadów. Jeśli teraz zbudujemy mur z Białorusią, utrudnimy też ucieczkę tym Białorusinom, którzy nie mogą uciec przez przejścia graniczne, na przykład dlatego, że nie mają ważnego paszportu.

Nieuleczalna żądza władzy

Pogoda na przełomie sierpnia i września nie sprzyja urlopowym zajęciom. W związku z tym kilkoro znajomych zaczyna pokazywać się u mnie na przyzbie, tęskniąc za wnikliwymi dyskusjami i za piwem. Czasem ktoś rzuci tematem, który powoduje zdenerwowanie wszystkich obecnych i niekorzystne dla mnie zwiększenie konsumpcji tego szlachetnego napoju. A wszystko teraz drożeje, więc i on także.

Jak dobrze mieć władzę

Ostatnio zjawił się na przyzbie znany w naszym gronie optymista. Wszyscy z troską zauważyli, że jest smutniejszy niż zwykle, że coś go musi gnębić. Długo odmawiał wyjaśnień i domagał się tylko mocniejszego piwa. W końcu jednak rozsiadł się bardziej wygodnie i zaszczycił nas takim – w skrócie – opowiadaniem:

„Przestudiowałem wygłaszane ostatnio przemówienia czołowych działaczy opozycji, z Donaldem Tuskiem na czele, i zauważyłem w nich, mniej lub bardziej ukrywane, ostrzeżenie – PIS może nie oddać władzy, nawet po ewidentnie przegranych wyborach. Będzie kwestionował ich wynik, domagał się – jak ostatnio w Sejmie – reasumpcji. A w kampanii wyborczej będzie stosował na najniższych szczeblach zróżnicowane metody nacisku na obywateli, aby głosowali na ich partię i jej kandydatów. W skrajnie niekorzystnych sytuacjach może nawet posunąć się do „fryzowania” wyników.

Dlaczego? Dlatego, że w sposób niespotykany w państwach demokratycznych zakochał się w sprawowaniu władzy i niemal wszystko – poczynając od sołtysów a kończąc na dowódcach struktur wojskowych obsadził swoimi ludźmi. Jednym z wybrańców wystarcza sam fakt możliwości wydawania poleceń wielu „podległym” ludziom, innym uderza do głowy prestiż i blichtr, uniżoność otoczenia, łatwość uzyskiwania dodatkowych dochodów. Oddanie władzy było by tragedią dla wielu rodzin, które przywykły już do objawów, pozornie powszechnego, uwielbienia. Władza jest ich narkotykiem, bez którego nie potrafią już żyć. Chorobliwe pożądanie jej posiadania powoduje, ze wzniosłe, narodowo – patriotyczne cele, stają się tylko drugorzędnymi hasłami, pomagającymi utrzymać przychylność „ciemnego ludu.

Nikt z działaczy PISu nie powiedział tego wyraźnie, ale mentalnie zgadzają się oni z Władysławem Gomułką, który w 1945 roku poinformował naród, że „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Mylił się. Mylą się także zwolennicy i członkowie PISu sądząc, że suweren będzie ich bez końca wybierał, albo, że potrafią niezauważalnie zmieniać złe wyniki na dobre. Nie wierzą też, że suweren może tupnąć nóżką nie czekając na wybory i zapominając o darowanych mu, z jego pieniędzy, prezentach, w rodzaju 500+.

Zgubna zachłanność

Wysłuchaliśmy zwierzeń naszego przyjaciela w nabożnym skupieniu, czując narastajże dreszcze strachu i podniecenia. Większość zebranych była zdania, że takie marzenia mogą rzeczywiście nękać wierchuszkę PISu i co aktywniejszych jego zwolenników „w terenie”, ale ich realizacja jest nierealna. W mozolnej wymianie poglądów uznaliśmy, że utrzymywanie władzy przez PIS ad calendas graekas, nie uda się z kilku powodów.
Przebieg kolejnych wyborów parlamentarnych będzie nadzorowany nie tylko przez formalnych „komisarzy” innych ugrupowań politycznych, ale także przez wolontariuszy, rekrutujących się z rozbudzonej politycznie młodzieży i niezadowolonych emerytów. Groźna może być różnica możliwości zjednywania zwolenników w czasie kampanii wyborczej, wynikająca z opanowania [rzez PIS państwowej telewizji i radia oraz znacznej części lokalnej prasy. Osłabienie TVN prawdopodobnie się nie uda, ale nawet zachowanie jej niezależności nie zrównoważy możliwości propagandowych. Tu będzie potrzebny wzmożony wysiłek, szybkie prostowanie kłamliwych informacji i zmiana jakości kontaktów z suwerenem. Pozytywną próbą takiej zmiany był w sierpniu br. Campus młodzieży w Olsztynie, organizowany przez PO.

Wieść o sfałszowaniu wyniku wyborów w Polsce lub o przeszkodach w oddawaniu władzy, po ich niekorzystnym dla rządzących wyniku, była by czołowym newsem nie tylko w Europie, i nie tylko w państwach demokratycznych. Przypuszczamy, że Unia Europejska natychmiast rozpoczęłaby procedurę usunięcia nas ze swego grona, a NATO przeprowadzałoby analizę wiarygodności. Turecki przykład nie świadczy o tym, że państwo w środku Europy może niszczyć demokrację i mimo to nadal korzystać z przywilejów członka tych organizacji.

Reakcje świata mogą być jednak mniej groźne dla władzy niż reakcje wewnętrzne. Wykształcona przez PIS znieczulica polityczna znacznej części suwerena, prawdopodobnie pękłaby w godzinie takiej próby. Masowe demonstracje protestu mogą mieć burzliwy przebieg i mogą być niebezpieczne dla ośrodków i ludzi władzy.

A może szybciej?

Taki obraz wyłaniał się z dyskusji na przyzbie. Ale wśród dyskutantów był też odłam, który uważa, że zmiana władzy w Polsce nastąpi szybciej, niż w konstytucyjnym terminie kolejnych wyborów. Zwolennicy tej tezy zdają sobie sprawę, że PIS ma nadal wielu zwolenników wzbogaconych prezentami i obsiadających coraz gęściej ośrodki władzy wykonawczej i sądowniczej, a także spółek skarbu państwa. Ale nawet szarańcza rozleniwia się i uspakaja, kiedy nakarmi się do granicy potrzeb. Armia PISU jest nadal posłuszna genialnemu przywódcy i zdyscyplinowana, ale już trochę rozleniwiona. Jej walka z opozycją polega na coraz mniej przekonywującym pokrzykiwaniu i chwaleniu się ciągle tymi samymi, prawdziwymi i rzekomymi, osiągnięciami.

Może więc któregoś dnia, nawet jeszcze w tym roku, zaskoczyć nas nagły przełom. Dzierżący władzę, dysponujący już tylko galaretowatą większością w sejmie, przegrają kilka ważnych dla nich głosowań i sami zdecydują się na nowe wybory. Będą liczyć na poprawność badan opinii, w których ciągle mają przodująca pozycję, oraz na nieudolność opozycji, która nie potrafi się zjednoczyć i wykorzystywać takich okazji. I tu mogą się mylić, bo nasza opozycja jest nieprzewidywalna. Wystarczy dodać Platformę, Lewicę i Hołownię, aby przejąć władzę.

Nie można też wykluczyć decyzji o przyspieszonych wyborach podejmowanej z przyczyn pozaparlamentarnych. Suweren w ostatnich latach bardzo się rozleniwił i podzielił, ale może się obudzić z groźnym pomrukiem. Taki pomruk może wywołać przedłużająca się inflacja, albo zbyt prawicowe zmiany w przepisach ograniczających aborcję. Sto tysięcy zdenerwowanych demonstrantów można jakoś wytrzymać. Ale miliona nie udało się żadnemu europejskiemu rządowi.

Rząd znów zlekceważył związkowców

Zaledwie 4,3 proc. – o tyle mają wzrosnąć wynagrodzenia dla pracowników budżetówki w roku 2022. Rząd uważa, że to pracownicy powinni być wdzięczni. Ci jednak mają inne zdanie.

Sfera budżetowa w Polsce wciąż będzie strefą niskich płac, wciąż będą odchodzić wartościowi pracownicy, a ci, którzy zostaną, skazani będą na wegetacje i brak perspektyw. To efekt decyzji rządu z 24 sierpnia, który w uchwalonej ustawie budżetowej wyraźnie poskąpił grosza ludziom, którzy na co dzień pracują na rzecz państwa.

OPZZ: postulaty związkowców nie zostały zrealizowane

Centrala przypomina, że propozycją strony związkowej było co najmniej 12 proc. podwyżki dla pracowników sfery budżetowej. Ten postulat został zgłoszony w Radzie Dialogu Społecznego przez OPZZ, NSZZ „Solidarność” i Forum Związków Zawodowych w maju bieżącego roku.

„Ta propozycja rządu w połączeniu z wysoką inflacją, wzrostem cen podstawowych artykułów żywnościowych, usług czy stałych opłat związanych z utrzymaniem gospodarstw domowych nie sprawi, że trudna sytuacja materialna pracowników budżetówki ulegnie poprawie” – wskazuje kierownictwo OPZZ.

Centrala zwraca uwagę, że w Polsce nadal obowiązuje stan epidemii i wraz z czwartą falą COVID-19 na pracowników będą nakładane kolejne zadania. „Dzięki zaangażowaniu pracowników, m.in. urzędów, służb i inspekcji, rząd mógł skutecznie realizować działania w zakresie zwalczania koronawirusa” – pisze OPZZ.

Organizacja wskazuje, że rządzący byli na bieżąco informowani o potrzebach pracowników. „12 sierpnia wystosowaliśmy kolejne, wspólne stanowisko w tej sprawie. 18 sierpnia organizacje członkowskie OPZZ, reprezentujące pracowników państwowej sfery budżetowej, skierowały pismo do premiera, w którym zapowiadają podjęcie zgodnych z prawem działań, aby przypomnieć, że bez pracowników tej sfery polskie państwo nie jest w stanie funkcjonować” – ostrzega kierownictwo OPZZ.

Sobie nie żałowali, pracownikom żałują

W jeszcze mocniejszych słowach podwyżki skomentowała Związkowa Alternatywa.

„Ciąg dalszy lekceważenia i pogardy dla pracowników sfery budżetowej ze strony PIS-owskiego rządu. Władza podniosła sobie wynagrodzenia o 60 proc., a tymczasem budżetówce proponuje wzrost funduszu płac o 4,3 proc., przy czym nie zgadza się na waloryzacje płac, tylko chce podwyżek dla pracowników wskazanych przez kierowników poszczególnych placówek” – czytamy w komunikacie ZA.