Autor w okopach

Utożsamione PZPR i PiS to tyle samo co wół do karety

Wiele było i jest nadal przyczyn, a nawet konieczności, podobnie jak w nadmiarze polityków i różnych innych, do opluwania Polski Ludowej od pierwszych dni III RP. Ostatnio porównywanie czasów PRL-u do rządzącego od sześciu lat PiS-u ma na celu podkreślenie, jakby mało jeszcze brakowało tego codziennego bezprawia, matactwa i wyjątkowego bezhołowia, że oba te okresy równe są sobie, a wiadomo przecież, że za komuny było tylko zło. A jeszcze gdy dodać przepoczwarzanie się partii Jarosława Kaczyńskiego w PZPR oraz ogrom dokonanych zmian w dzisiejszej Lewicy, to odsyłam do „Trybuny” (26-27.07.2021), w której ukazał się bardzo obszerny tekst Jacka Jaworskiego „PiS w opuszczonych okopach PZPR”.

Utożsamianie tych dwóch partii,

poza ich autorytarnym charakterem, co niewątpliwie istotne, jest błędne bowiem dzieli je nieskończoność Kosmosu, a łączy jedynie bliskość Księżyca. To samo dotyczy także kwestii ideologicznych i wszelkich zresztą innych.

Jeżeli nawet przypomnieć wymowne słowa Władysława Gomułki z 18 czerwca 1945 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, to jednak PPR, a później PZPR, co by nie powiedzieć najbardziej krytycznego o tamtym czasie, dokonały epokowego i bardzo wartościowego przeobrażenia kraju. Wiele przyczyn złożyło się na to, że ówczesna władza zaproponowała Okrągły Stół, a jeszcze później dokonała samo transformacji przyjmując socjaldemokratyczny charakter. To za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego Polska znalazła się w NATO i za premierostwa Leszka Millera w Unii Europejskiej zadomawiając jej wartości. To właśnie tamte przemiany i decyzje wyznaczyły kierunek współczesnej Lewicy i stad wcale nie musiała wykonać „ogromnej pracy”, jak chce autor.

Podobnie nie jest prawdą, że „PiS jednak przyjął kurs na drogę wstecz”, bowiem robi to co od początku zapowiadał. Po jego „osiągnięciach”, poza słusznym acz uproszczonym do granic absurdu i politycznie motywowanym, wsparciem typu 500+ i 13-14 emerytury, ale także wyjątkowym namotaniem w głowach Polaków i powszechnym skokiem na państwową kasę, pozostanie tylko spalona ziemia, na której nie sposób będzie postawić nie tylko okrągłego, ale i żadnego innego stołu. Nawet w okopach pana Jaworskiego.

Problem i stosunek do ludzi LGBT

jest dla autora kolejnym dowodem identyfikacji czasów PRL – PiS oraz chwały dla obecnej Lewicy. Pisze, że poza „stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną”. Nadto podpiera się milicyjną akcję „Hiacynt”, sam sobie zresztą zaprzeczając, gdyż uznaje ją za tzw. szukanie haków. Świadczyła ona nie „o głęboko tkwiącej w świadomości aparatczyków niechęci do środowiska LGBT”, a o ówczesnym stanie świadomości całego społeczeństwa i standardowej procedurze wszystkich na świecie służb, polujących zawsze na jakieś dysonanse, słabości czy też inne sytuacje umożliwiające szantaż.
Zmiana stosunku do odmienności seksualnej nawet w krajach demokratycznych była bardzo długim i pełnym dramatycznych wydarzeń procesem. A co dopiero w Polsce pod przemożnym wpływem w tej kwestii nie PZPR a Kościoła katolickiego. Dość przypomnieć radosny rechot licznych, męskich gęb i zapewne zatroskanie niektórych matek po (niezręcznych i niechcianych wywołać taki skutek) słowach sprawozdawcy sportowego Bohdana Tomaszewskiego: „Jadą. Cały peleton, kierownica koło kierownicy, pedał koło pedała” oraz „Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”.

Jaworski po prostu nie dostrzega, że informacja o dokonanym właśnie coming out przez znaną polską sportsmenkę, o czym donosił Onet, dowodzi odwagi i przykładu, ale przede wszystkim nadal stanowi wyjątkowość zjawiska, co na Zachodzie na ogół już nikogo nie interesuje. Szacunek dla seksualnej odmienności przyszedł do Polski, także do Lewicy, akceptowany głównie przez młodych, wraz z otwarciem granic i świata, tyle tylko, że ten PRL-owski, z co najmniej jednej ważnej przyczyny był zamknięty. A, że PiS ponownie go zamyka, to już inna, acz oczywista sprawa.

Jest i sporo o polskim kościele,

na ogół powszechnie znane sprawy, ale warto przywołać cytat: „Pazerny kler, hierarchowie zabiegający o dobra doczesne, przywileje i wpływy na władzę…w toksycznym uścisku z politykami PiS, nieświadomie ściągają się wzajemnie na dno. Teraz komuchy widzicie jak kościół zagłaskać na śmierć, ale już za późno na nauki.”

Poza okresem stalinowskim ówczesna władza nie prowadziła państwowej ateizacji, w czasach Gomułki miało miejsce szereg starć z Kościołem, ale nigdy i w żaden sposób nie podważono jego istnienia, za Gierka te relacje obfitowały wręcz serdecznością wyrażającą się także w setkach nowych kościołów, w latach osiemdziesiątych stosunki gen. Jaruzelskiego z Janem Pawłem II należały do doskonałych, a nadto premier Rakowski ubogacił na lata polski Kościół stosowną ustawą. Jak się okazuje komuchy nie chciały uśmiercać Kościoła, a wyszło wręcz odwrotnie.

I jeszcze jeden: „Ten powrót do korzeni i cywilizowanych zasad działania kościoła proponowane przez Lewicę powinno być przez hierarchów przyjęte z wdzięcznością i uwagą, to właśnie, a nie pisowska służalczość wobec kościoła, może faktycznie zadziałać jak rzucone mu koło ratunkowe. Nie mam jednak złudzeń; z lewackiej rady pyszny kościół nie skorzysta, ale to i dobrze.”

Jaki powrót? Jakie korzenie ? Ale i dobrze ??? Chce pan, panie Jaworski uśmiercić Kościół ? Ja się po panu tego nie spodziewałem.

Z determinacją i wielkim poświeceniem

Jacek Jaworski atakuje PiS, głownie poprzez obnażanie całego zła okresu PRL. Metoda nie jest nowa, acz nowatorsko i okazale rozwinięta. Nowość polega na tym, że tradycyjnie tym sposobem prezentowano wyższość jakiegoś ustroju, okresu, polityki nad innym, tym gorszym, minionym słusznie, złym. Tak miało miejsce nie tylko z oceną II RP w pewnych latach PRL. A tu nowość: bezkompromisowy krytycyzm Prawa i Sprawiedliwości poprzez równie mocne obnażanie PRL-u.

Tragifarsa zbudowana jest na wybiórczym i często dalekim od prawdy, ale przystającym do wyobrażeń autora, przywoływaniu pewnych, często wybranych i jednostkowych wydarzeń, działań, sytuacji, a nawet na pomówieniach. Również w sprawie seksu, acz tu Jaworski, chyba z konieczności, posłużył się radzieckim przykładem: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”

Prezentowany tekst

pozbawiony jest elementarnych reguł: uwzględnienia pojęcie czasu, okresu i zmiany, także społecznej, uwarunkowań nie tylko politycznych czy ekonomicznych, również historycznych i kulturowych. Nadto zabarwiony biało-czarnymi ocenami, a wiec bez minimum obiektywizmu. Takim sposobem, bo przecież nie poważną analizą historyczno-politologiczną, posługuje się wspomniany przez autora IPN, tylko skąd to odwzorowywanie u gorącego zwolennika Lewicy?

Czytamy na koniec tych wywodów:

„PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić” i w naturalny sposób rodzi się pytanie w jakich to okopach, w twierdzy raczej, tkwi autor ze swoją wiedzą i oglądem świata. Jeżeli te pisowskie okopy mają mieć coś wspólnego z socjalizmem w ogóle, a nawet z tym jakże wypaczonym i ułomnym z okresu Polski Ludowej, to ja widocznie mieszkam na zupełnie innej planecie niż autor.

Takich i podobnych fragmentów znajdą Czytelnicy w tym tekście w nadmiarze. Nie jestem w stanie podjąć dalszej, poważnej polemiki z zaprezentowanym poziomem argumentacji, gdyż przypomina mi szereg wypowiedzi i publikacji z okresu festiwalu Solidarności.

Peany autora

wyrażone na temat współczesnej Lewicy, liczne, wielkie, z zachwytem i wszystkim innym – w kontekście całej wypowiedzi – jej nie pomogą i nikogo nie przekonają. Sukces odniesie, gdy upora się z wewnętrznymi problemami i zyska zdecydowanie większy elektorat.

PiS w opuszczonych okopach PZPR

W 1989 r. najtęższe głowy politologów nie były w stanie przewidzieć kuriozalnego i absurdalnego zjawiska przejmowania przez prawicową partię jaką jest PiS, opuszczonych, ideowych okopów PZPRu, z jej sposobem myślenia o polityce, świecie i społeczeństwie. Teraz obecna władza zamierza zaciekle bronić zajętych pozycji przed partią będącą spadkobiercą PZPR.

Od objęcia w 2015 roku rządów przez PiS, na polskiej scenie politycznej daje się zaobserwować przedziwne zjawisko. Gołym okiem staje się ono dostrzegalne kiedy spojrzymy na nie retrospektywnie, sięgając do czasów realnego socjalizmu i ówczesnych doświadczeń, kiedy wszystko wydawało się jasne i wyraziście określone, a polityczne i ideologiczne podziały przebiegały wzdłuż wyraźnie zdefiniowanych linii. Strona partyjno-rządowa i opozycyjna szły kursem kolizyjnym, a ich rozbieżne wizje, programy i zamierzenia były nie do pogodzenia, przynajmniej do czasów trudnych ustaleń Okrągłego Stołu. Ostatnie dekady to okres kiedy w wielu sferach życia społecznego i politycznego doszło do pewnej homogenizacji stanowisk partii, kompromisu i konsensusu wobec kluczowych spraw dotyczących życia wszystkich Polaków. To sfery choćby takie jak poszanowanie dla zasad demokracji, praworządności, niezależności sądownictwa, trójpodziału władzy, gospodarki rynkowej, podejścia do kwestii europejskich itd., uznawanych dotąd niezależnie od podziałów ideologicznych i barw partyjnych sztandarów.

O ile PZPR ze swym niedemokratycznym bagażem własnej ideologii i praktyki, była adresatem wielu zasadnych, krytycznych uwag i ataków ze strony ówczesnej opozycji, to dzisiejsza Lewica wykonała ogromną pracę, dzięki której reprezentuje wszelkie europejskie wartości, a w codziennej praktyce pokazuje poszanowanie dla zasad politycznej rywalizacji. Przeszła długą drogę ku demokracji, tolerancji i nowoczesności..

PiS – marsz ku przeszłości

PiS jednak przyjął kurs na drogę wstecz, na powrót do tego wszystkiego co wydawało się, odeszło w przeszłość wraz z transformacją ustrojową. To zjawisko dotyczące prawicowej siły jaką jest PiS, musi budzić zdumienie. Partia J. Kaczyńskiego coraz wyraźniej przybiera oblicze ideowe dawnej PZPR i w sposób zdumiewający zmierza w swej codziennej, partyjnej praktyce ku politycznemu regresowi, błędom przeszłości, z których Lewica dawno się otrząsnęła. Można powiedzieć, że PiS zajął opuszczone okopy PZPR, albowiem jesteśmy świadkami zdumiewającej zamiany miejsc i stanowisk dwóch przeciwstawnych sobie partii, z których jedna zmierza od przeszłości i autorytaryzmu, ku przyszłości i demokracji, druga w odwrotnym kierunku, od demokracji ku autorytaryzmowi. Obie partie przeszły zasadniczą metamorfozę, lecz o ile Lewicy wyszła ona na korzyść, to PiS musi swoje przepoczwarzenie wstydliwie maskować i z pewnością staje się to dla jej wyborców coraz większym obciążeniem.

Skoro PiS jest zdeklarowanym miłośnikiem polityki historycznej i uwielbia nurzać się w przeszłość, spójrzmy na ten polityczny dziw od strony historycznej. Niechże choć raz posłuży ona czemuś pożytecznemu, tj. obnażeniu antydemokratycznego profilu tej partii.

LGBT, wróg potrzebny od zaraz

Daleko do historii sięgać nie będę, zaledwie do tej sprzed kilku dziesiątków lat. Zacznę od spraw mniejszego kalibru, choć dla wielu Polek i Polaków jednak pierwszoplanowych. Porównajmy stosunek władz PRL i PiS do środowiska LGBT. Wówczas, w latach 1985 – 1987 władze rękoma milicji przeprowadzały pamiętną akcję ,,Hiacynt”, polegającą na zbieraniu materiałów o polskich homoseksualnych mężczyznach i ich środowisku, przesłuchiwaniu ich, szantażowaniu i zakładaniu teczek osobowych.
Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych. Choć u podstaw akcji ,,Hiacynt” leżała chęć zebrania kompromitujących materiałów na tzw. figurantów, to świadczyła ona zarazem o głęboko tkwiącej w świadomości aparatczyków niechęci do środowiska LGBT.

Minęły lata i Lewica kojarzona z tamtym systemem odrobiła trudną lekcję, zerwała z uwiędłymi, antyspołecznymi i antyeuropejskimi poglądami, dojrzała, nabrała świadomości społecznej i wyrosła wśród wszystkich partii politycznych na głównego, a może i jedynego obrońcę i rzecznika tego środowiska. To przedstawiciele Lewicy widoczni są na Paradach Równości, bronią praw gejów i lesbijek, osób transpłciowych, prowadzą akcję edukacyjną, podnoszącą stan świadomości społecznej do poziomu europejskich standardów. To współczesna, nowoczesna Lewica i jej ludzie są dziś najbardziej proeuropejscy, otwarci na równość i różnorodność, na poszanowanie europejskich norm politycznych, prawnych, kulturowych i obyczajowych.

Co tymczasem stało się w tym zakresie z stanowiskiem prawicy, szczególnie PiS?, co takiego zaszło w głowach pisowskich aparatczyków, jaki regres nastąpił w ich mentalności, tym bardziej absurdalny, iż żyjemy w XXI wieku, w cywilizowanej Europie nie zaś w dusznych latach 80. Jak wytłumaczyć tę zamianę miejsc i stanowisk Lewicy i Prawicy, jakie przemyślenia towarzyszyły prawicowcom zajmującym opuszczone okopy władz PRL? Kompetentnie wytłumaczyć mogliby to kuriozalne zjawisko socjolodzy, psycholodzy i pewnie psychiatrzy. Osobiście postrzegam to zjawisko w kategoriach politologicznych; obecnej grupie trzymającej władzę totalną, wszelkie sposoby sprawowania tej władzy rodem z komunistycznej przeszłości całkowicie odpowiadają i są dla niej wygodne; to sianie nienawiści, wskazywanie na wroga, dzielenie społeczeństwa, kategoryzowanie obywateli, odwracanie uwagi od własnej niegodziwości, bezprawia i licznych afer. Lecz poza takim obyczajem pisowców i ich wodza, cechuje ich po prostu mentalne zacofanie, zapatrzenie w normy, poglądy i obyczaje z przeszłości, choćby miały pochodzić z przeszłości komunistycznej, to im nie przeszkadza, chłoną je i nimi żywią się niczym bakterie martwą tkanką.

Prawicowa pruderyjność i lewicowy luz

A stosunek do norm moralności i obyczajności dzisiejszej Lewicy i PiS. Jakże ciekawe zjawisko rysuje się na naszych oczach. Kto pamięta posuniętych wiekiem towarzyszy partyjnych o niewysportowanych sylwetkach, w niemodnych garniturach, z zaczesami do tyłu, kojarzy ich z pruderią rozumianą jako fałszywą skromność lub udawaną wstydliwość. Niektórzy może pamiętają rysunek Andrzeja Mleczki przedstawiający cenzorów zgadzających się, że obejrzany właśnie film jest na tyle amoralny, odrażający, pornograficzny, że należy go uważnie obejrzeć jeszcze raz. Takimi właśnie zełganymi hipokrytami stali się dzisiaj pisowcy. Kreują średniowieczne normy moralne, ugruntowują cnoty niewieście, promują wstrzemięźliwość seksualną, dziewictwo, wierność małżeńską, wychowanie w trzeźwości, choć ich osobiste postawy rażąco przeczą głoszonym normom. W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją. Ale to już było … choć z drugiej strony, wróciło. Wróciło wraz z duszną władzą PiS wspieranego przez zakłamany i rozpasany kler i parafialnych aktywistów głoszących, że mycie części intymnych jest bezeceństwem i grzechem ciężkim. Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana. Ale tamtych działaczy już nie ma, są za to partyjni aktywiści PiS zawsze na straży katolickiej moralności, pruderyjności i ascetyzmu. I są u władzy i decydują. Dlatego decyzją ministra kultury Piotra Glińskiego, z Muzeum Narodowego w Warszawie zostały usunięte przypomniane po latach prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry, w związku z ich ,,gorszącym” i ,,genderowym” charakterem prowokacji.

Prawicowy pseudoascetyzm i kołtuństwo nie kończą się jednak na jednym incydencie. W 2017 r. przed Impartem we Wrocławiu odbyła się wspierana przez władzę Krucjata Różańcowa pikieta religijnych fanatyków i neofaszystów przeciwko wolności kultury, w ramach nagonki na spektakl ,,Klątwa”, nagonki pod przewodnictwem min. Glińskiego, Naczelnego Cenzora PiS. W tym samym czasie neofaszystowskie pieszczochy PiSu wtargnęli do Teatru Powszechnego w Warszawie, odpalali race, rozlali toksyczną substancję, lżyli i atakowali fizycznie. Powodem stał się awangardowy spektakl ,,Diabły” z jego scenami odnoszącymi się do zachowań seksualnych, a także tematyki religijnej.

Nowoczesność ocenzurować

Cenzura w Polsce przestała istnieć w 1990 r. wraz z likwidacją Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Jak wspominał Adam Michnik, nie wszyscy w ówczesnej opozycji życzyli sobie pełnej jej likwidacji. Dziś po stronie władz PiS obserwujemy wyraźny resentyment ku komunistycznym restrykcjom i cenzorskim zamaszkom. To oczywiste; władzy autorytarnej na rękę jest pełna kontrola nad wszystkimi dziedzinami życia społecznego, też w zakresie sztuki i kultury. Demokracja jest systemem wymagającym, opornym wobec ręcznego sterowania, za trudnym dla pisowskich dyletantów. Dlatego władzę totalną demokracja uwiera i stwarza dyskomfort trudny do zniesienia. Dlatego PiS z tęsknotą spoziera ku komunistycznej przeszłości i ile może, czerpie z niej pełnymi garściami.

Jak tymczasem i w jakiej mierze, Lewica odmieniła oblicze ziemi, tej ziemi w dziedzinie kultury i sztuki, wolności twórczej?. Dzisiejsza Lewica jest zupełnym zaprzeczeniem prawicowego, zatęchłego postrzegania podejścia do kultury i ludzi sztuki. Daleko za sobą zostawiła złe doświadczenia i metody, z których obecnie zachłannie korzysta PiS, jego dyletanci i szkodnicy. Lewica w swym programie daje świadectwo nowoczesnego podejścia do tej ważnej dziedziny kształtującej postawy Polaków: ,,Kultura bez cenzury. Zagwarantujemy, że kultura nie będzie obiektem cenzury ani narzędziem politycznej walki”. Krótko i jasno, a jak daleko od przeszłości i zarazem od pisowskiego szkodnictwa.

Kto naprawdę niszczy kościół

Spójrzmy z kolei na tę zadziwiającą zamianę miejsc i poglądów Lewicy i PiS pod kątem stosunku do kościoła. Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość ?. Dziś w warstwie propagandowej PiS wspiera kościół, a kościół pisowską władzę. Na dobre z pewnością nie wyjdzie to żadnej ze stron. Ale to akurat nie martwi. Zastanawia natomiast z czyich tak naprawdę rąk, na dłuższą metę, kościół, jego hierarchowie i słudzy boży, ponoszą większą szkodę. Metody walki z kościołem za PRL nie były wysublimowane, skrojono je na potrzeby podkopania autorytetu i pozycji kościoła i stosowano z żelazną konsekwencją, a mimo to celu nie udawało się osiągnąć. Cel ten natomiast udaje się osiągnąć partii Kaczyńskiego. Prawdopodobnie pisowcy ani też ludzie kościoła jeszcze nie zdali sobie z tego sprawy, ale uruchomiony przez nich proces trwa i postępuje. Najszybsze w Europie tempo sekularyzacji i apostazji świadczy o tym dobitnie. Ludzie oburzeni pychą, ukrywaną pedofilią księży, bogactwem nie przystającym do stanu duchownego, odwracają się od kościoła. Ale nikt i nigdy nie zaszkodził kościołowi tak trwale i nieodwracalnie jak zrobił to rządzący PiS. To jedno z bardzo niewielu osiągnięć tej partii. Za świeckie państwo rysujące się za horyzontem najbliższych wyborów PiSowi dziękujemy ! Sojusz tronu i ołtarza nigdy nie wychodził na dobre żadnej stronie takiego aliansu. Pazerny kler, hierarchowie zabiegający o dobra doczesne, przywileje i wpływy na władzę, na politykę, szkolnictwo, wychowanie, rodzinę, w toksycznym uścisku z politykami PiS, nieświadomie ściągają się wzajemnie na dno. Teraz komuchy widzicie jak kościół zagłaskać na śmierć, ale już za późno na nauki.

Paradoksalnie to Lewica i w pewnej mierze niektóre inne partie, jest nieoczekiwanym ratunkiem dla kościoła. Lewica nie występuje przeciw religii i wierze. To czego chce i zapisała w programie Lewica, to państwo świeckie i realizacja zasady rozdziału państwa od Kościoła, ich pokojowe współistnienie, przy opodatkowaniu księży na ogólnych zasadach. Ten powrót do korzeni i cywilizowanych zasad działania kościoła proponowane przez Lewicę powinno być przez hierarchów przyjęte z wdzięcznością i uwagą, to właśnie, a nie pisowska służalczość wobec kościoła, może faktycznie zadziałać jak rzucone mu koło ratunkowe. Nie mam jednak złudzeń; z lewackiej rady pyszny kościół nie skorzysta, ale to i dobrze.

Obronimy propagandę

Władza za PRL opierała się na kilku filarach, wśród których ważne miejsce zajmowała wszechobecna propaganda. Pamiętamy drugą Polskę, dziesiątą potęgę światową, powszechny dostatek i dobrobyt itp. Obecna Lewica od dawna odcięła się od prostackiej, prymitywnej propagandy, mówi językiem akceptowalnym przez ludzi, zrozumiałym, odpowiadającym realiom i faktom. PiS dobrze poznał potęgę propagandy zastępującej rzetelną informację. Korzysta z tego instrumentu bez opamiętania, a widząc wywołane propagandą podziały społeczne i poparcie dla swej linii, łatwość w indoktrynowaniu obywateli, zasila reżimową telewizję gigantycznymi subsydiami, tworzy nowe instytucje służące indoktrynacji i dezinformacji. To nic innego jak bezwstydne czerpanie pełnymi garściami przez prawicową partię z doświadczeń komunistycznego systemu.

Jaką na to zjawisko reakcję obserwujemy u Lewicy?. Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.

Zamknąć Polskę przed światem

Władze PRL przez długie lata zachowywały daleko posuniętą nieufność wobec świata zachodniego, trwały w konflikcie z Zachodem, wyznawanymi tam wartościami i demokratycznymi regułami. Świat zachodni był obcy i wrogi. Co pociągającego i jaki urok PiS dostrzegł w takiej postawie ówczesnych władz, co tak silnie uwiodło Kaczyńskiego w postawie wrogości PZPR wobec Zachodu, że postanowił ją w stanie nienaruszonym przenieść na grunt XXI wieku? Polska pod rządami prawicowego PiSu stała się w pisowskiej propagandzie, oblężoną twierdzą Europy, otoczoną wrogimi państwami, zawistnikami nie potrafiącymi przeboleć polskiego dobrobytu, osiągnieć gospodarczych, roli regionalnego mocarstwa i wzorcowego rozwiązywania problemów kowidowych. Tymczasem staliśmy się zaściankiem i pariasem Europy, gwałcicielem unijnego prawa i własnej Konstytucji, trouble makerem Unii Europejskiej, i jak za komuny – obiektem szykujących się właśnie sankcji. Pytanie: po co właściwie PiSowi taka postawa, jaką wyraźną korzyść z niej dostrzega Kaczyński. Za PRL dla władz, bycie w opozycji, po drugiej stronie barykady wobec Zachodu było racją stanu. Jak jednak pojąć dzisiejszy tok absurdalnego rozumowania władz PiS jeśli nie właśnie resentymentami wobec komunistycznej przeszłości, tkwiącymi w umysłach pisowców, przekonaniami o skuteczności komunistycznych metod sprawowania rządów i prowadzenia polityki.

Postawa Lewicy w tym zakresie daleka jest od pisowskiego pojmowania metod uprawiania polityki. Lewica jest głęboko nowoczesną partią, otwartą na świat, europejską, pro unijną, szukającą nie wrogów, a przyjaciół i sojuszników. Uchwała Lewicy w sprawie polityki zagranicznej jest odwrotnością tego co prezentuje dziś PiS, a niegdyś PZPR: ,,Polska powinna być partnerem współpracującym z innymi państwami UE, wychodzącym naprzeciw wspólnym wyzwaniom, przed którymi stoi cała Unia Europejska. Należy aktywnie promować swoje interesy, poprzez współtworzenie europejskiej polityki”.

Recydywa gospodarki księżycowej i stosunku do przyrody
W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania. Do tego neosocjalistyczny, nieufny stosunek do przedsiębiorców (kapitalistów) jako zagrożenia dla władzy. W oczach pisowców to ludzie gotowi iść na straty własne byle zaszkodzić rządzącym. Stąd wiele mówiące zawołanie Ziobry skierowane do biznesmenów: ,,Idziemy po was!”. Podobnych aspektów jest znacznie więcej, choćby podejście do zasobów naturalnych i przyrodniczych, rabunkowy sposób ich eksploatacji. Stan górniczy w epoce gierkowskiej oznaczał elitarność społeczną, a cała gospodarka opierała się na niepohamowanej konsumpcji czarnego złota. Coś się jednak przez kilka dekad zmieniło w świecie, a jednak PiS ustami swego wybrańca zapowiada eksploatację węgla przez 200 lat. Już na wstępie swych rządów sparaliżował program elektrowni wiatrakowych, a ostatnio zlikwidował dotacje na fotowoltaikę.

W realnym socjalizmie wprawdzie nie odwoływano się do biblijnej zasady czynienia sobie ziemi poddaną, lecz rabunkowo eksploatowano zasoby leśne. Tym wydeptanym śladem socjalizmu idzie obecny prawicowy, antyekologiczny rząd i jego agendy. Lasy Państwowe, które zgodnie z prawem w pierwszej kolejności mają troszczyć się o zachowanie lasów, zaciekle bronią się przed konsultowaną obecnie unijną Strategią na Rzecz Różnorodności Biologicznej. Leśni baronowie rozpowszechniają rozmaite analizy i powtarzają, że lepsza ochrona ekosystemów przyniesie szkody gospodarce. Przeliczają bezcenne lasy na metry sześcienne drewna, a metry sześcienne drewna – na worki pieniędzy. Rżniemy drzewa w takim tempie, że już nawet Ikea i Jysk nie chcą ich od nas kupować.

O ile daje się usprawiedliwić socjalistyczne podejście do zasobów leśnych w okresie socjalizmu kiedy nikt nie słyszał o ekologii, kryzysie klimatycznym i ociepleniu, to obecnie dane o tych zjawiskach są powszechne, a mimo to PiS robi wszystko by stosować socjalistyczne metody gospodarowania zasobami przyrodniczymi.

Lewica wykonała w tym zakresie ogromną pracę i nadrobiła zaległości z przeszłości, a błędy zostawiła na żer wandalicznej prawicy. Lewica mówi dziś: Koniec dominacji węgla. Zredukujemy zużycie paliw kopalnych w energetyce na rzecz czystych źródeł energii. Będziemy inwestować w sieci przesyłowe, termomodernizację budynków, panele słoneczne, elektrownie wiatrowe, pompy ciepła i domową produkcję energii. Do 2035 roku większość energii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Zakażemy importu węgla i uniezależnimy się od gazu z zagranicy.

Dla polskich lasów Lewica opracowała specjalny pakiet zakładający, że co najmniej 10% lasów będzie wolnych od ingerencji człowieka. Zapowiada powołanie Agencji Ochrony Przyrody odpowiedzialnej za kontrolę podmiotów zatruwających środowisko. Przeznaczy 20% przychodów z gospodarki leśnej na Fundusz Dzikiej Przyrody i utworzony zostanie urząd Rzecznika Praw Zwierząt, który będzie dbać o dobrostan zwierząt domowych, hodowlanych i dzikich.

Tymczasem PiS powraca do archaicznego sposobu myślenia o zwierzętach jaki cechował nie tylko okres socjalizmu ale i średniowiecza. Zachęca się do odstrzałów rzadkich gatunków zwierząt i ptaków, wdraża się dzieci do udziału w tym procederze. Pod pretekstem oczyszczania szkół z ideologii MEiN wprowadza własną ideologię w tym zakresie. Wiceminister edukacji Rzymkowski doszukał się w podręcznikach ,,ideologii praw zwierząt”, której usunięcie już zapowiedział. W samym resorcie oświaty powszechnym jest przekonanie, że zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw, a pojęcie prawa zwierząt nie istnieje.

Kadry są najważniejsze

I wreszcie kadry jako podstawa funkcjonowania aparatu państwa. Wydawało by się, że czasy kiedy funkcjonariusz państwowy, robiący zaoczną magisterkę, odpowiadał na egzaminie z fizyki, że ciało lotne to ,,ptok”, dawno przeminęły wraz z wczesnym okresem socjalizmu. Lewicę reprezentują ludzie świetnie wykształceni, kompetentni, mądrzy, rozsądni i otwarci na świat, kierujący się najlepiej rozumianym interesem społecznym. Tymczasem kadry PiSu to jakaś pokraczna karykatura minionej przeszłości, zwierciadło kadrowych błędów i wypaczeń. Likwidacja konkursów na funkcje urzędnika państwowego, obniżanie standardów przyjęć do MSZ, gdzie przyszły dyplomata nie musi już znać języków obcych, obsadzanie spółek skarbu państwa przez niekompetentnych krewnych funkcjonariuszy rządowo-partyjnych – wójtów, wujów, ciotki i bracii, młodociani wiceministrowie po liceach, doradcy ministerialni polecani przez proboszczy, umieszczanie na listach wyborczych PiS takich kandydatów na posłów i senatorów jak niewykształceni i nie mający pojęcia o polityce wyplatacze koszy wiklinowych, czeladnicy piekarscy, ślusarze i stolarze, to wszystko elementy zaczerpnięte z minionej praktyki Kraju Rad okresu leninowskiego czy PRL okresu wczesnopowojennego. Ale w PiSie wiedzą, że starzy bolszewicy mieli rację twierdząc, że rządzący państwem funkcjonariusze nie muszą być kompetentni i wykształceni, mają być posłuszni linii partii.
I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością. Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy.

PRL jako sztuczka erystyczna nr 32

Liberalni krytycy PiS-u często ujawniają swoją bezradność w bezskutecznej krytyce. Trochę to zrozumiałe, ponieważ jak ujawnił Kaczyński, posiada on rację całkowitą a ta, co oczywiste nie podaje się krytyce.

Po drugie krytyka trafiać może jedynie do ludzi, jak Kartezjusz, przynajmniej trochę wątpiących.

Skoro liberalna krytyka PiS- jest bezskuteczna, zarówno ta racjonalna jak i ta, próbująca odwoływać się do emocji, pozostają jedynie chwyty erystyczne. One mogą odnieść jakiś skutek o ile będę się odnosić do podmiotu ocenianego skrajnie negatywnie a związek pomiędzy przedmiotem krytyki a negatywnym porównaniem uda się uzasadnić audytorium.

Jak widać liberalnym krytykom pozostaje już tylko odwołanie się do PRL. Jest to na tyle częste, że można wysnuć wniosek, że stało się powszechną praktyką. Każde niemal działanie Rządu PiS jest przyrównywane do PRL. Nieliczni, goszczących na łamach mediów eksperci, socjolodzy, politolodzy wskazuje inne inspiracje i inne możliwości porównywania Państwa PiS.

Nie pewno są one bliższe ideologom PiS. Nieprzypadkowo porównuje się dobrą zmianę do Salazarowskiej Portugali. Nieprzypadkowo wątki nacjonalistyczne sięgają drugiej Rzeczypospolitej, która nawet jeśli nie była po roku 1935 brunatna, to na pewno nie była różowa. Jednak większości publicystów albo to nie przekonuje, albo nie wydaje się użyteczne. Wolą odwoływać się do porównań z PRL

Tymczasem dzień codzienny PRL – szczególnie po roku 1956 – nie był wcale zły.

Dla niektórych zjadaczy zwykłego chleba, który dla nich przestał być czarny, to były czasy dobrobytu i spokoju i to nie w porównaniu do czasów wojny ale właśnie w porównaniu do II RP. W porównaniu z II RP to był czas dobrobytu, wolności, spokoju i rozwoju. Emancypacji społecznej nieporównywalnej z żadnym okresem.

W III RP dominuje brak poczucia bezpieczeństwa, społeczne nierówności oraz intelektualna degrengolada. Wskazują na to badania społeczne nawet, krytykowana często za propagandę sukcesu „Diagnoza Społeczna”

PRL dla PiS była zbyt porządna i praworządna, zbyt wyrównana i równościowa. Władze liczyły się z opinią publiczna, a nawet z tą opozycją, której istnienia nie uznawały.

Słusznie, tym razem, piszą PiS-meni że taki Trybunał Konstytucyjny, rzecznik praw obywatelski to PRL-owskie wynalazki. PRL chciała się podobać społeczeństwu. Nawet jeśli trochę udawała. I nawet jeśli te wynalazki pochodzą z okresu, którzy dziś uznajemy za schyłkowy. Bo wprowadzając te instytucje rządzący PRL-em wcale nie myśleli o tym, że będą one funkcjonować w zupełnie innych realiach politycznych.

PiS nie musi udawać i nie chce. Polityki PiS z PRL-em nic nie łączy. Co najwyżej niektórych polityków. PRL dawała im wykształcenie ale oni wzięli tylko dyplomy. Nie bez powodu ideolodzy PiS wzdychają za Pinochetem, Margaret Thatcher, Reaganem i żołnierzami wyklętymi.

W tym kontekście bardzo dziwnie wygląda, gdy politycy utożsamiani z III RP oraz rządzące dziś PiS, wyrywają sobie nawzajem tradycje Solidarności. W warstwie postulatów i oczekiwań nie mając nic wspólnego z nadziejami robotników z 1980 roku. Tamci domagali się bardziej demokratycznego socjalizmu.

Zaś III RP przyniosła neokolonialny turbo kapitalizm. A nadchodząca IV marzy o bliżej nieokreślonym narodowym gospodarczym mocarstwie, oczywiście też kapitalistycznym.

Zakładam się, że gdyby robotnicy Szczecina i Gdańska wiedzieli co będzie skutkiem ich strajków, nigdy by ich nie zrobili. Nie mówiąc już o górnikach z Jastrzębia.

Nie mamy wiec recydywy PRL-u Mamy próbę sanacji Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Prezesa. Ani to ludowe, Ani socjalistyczne. Nie pachnie dyktaturą Proletariatu, prędzej przypomina rządy Admirała Horthego, Salazara. Taka mała dyktatura, małego człowieka.

I wzrost nie ma tu nic do rzeczy.

Oburzona pani Witek

Pani marszałek Sejmu, jak cały PiS, jest w pełni świadomą reprezentantką elit politycznych przyklejonych do elit ekonomicznych.

Jej oburzenie jest pochodną transakcyjnego charakteru praw socjalnych, bo tak rozumieją je kapitalistyczne szczyty. Emerytura się wam nie należy, nie należą się wam żadne 500+, ani czyste powietrze, czy godnej wysokości renty… Chyba, że jakieś szczątki przebrane za „jaśniepańskie dary” w zamian za wierną i bezkrytyczną służbę władzy, elitom, reżimowi.

Na tym polega antypracowniczy charakter PiS-u i dlatego jest to partia skrajnie szkodliwa. Wszelkie jej posunięcia są podyktowane takim właśnie uprzedmiotowieniem społeczeństwa. Zamiast praw pracowniczych, praw socjalnych i szacunku do pracy otrzymujemy pogardę do niewolników, którzy mają milczeć, bo kupuje się ich razem z ich głosami za grosze. Jest to przy tym faszystowski klasyk, tzn. odgórne manipulowanie klasą pracującą, by w zamian za profity ze stołu klas panujących zaprzęgnąć ją do wspierania najbardziej nawet obrzydliwych polityk. Masz prawo brać te „dary” i przeżyć, ale tylko w zamian za dołączenie do armii wyborczej PiS-u. Bo bez tego nie należy ci się nic, biedni i ludzie pracy mają dla nich sens tylko wtedy jeśli stają się politycznym mięsem na rzecz konserwy i nacjonalizmu. Szacunek żaden im się nie należy, bo to tylko parobki…

Wartość wytwarza bóg-prezes.

Ratunku!

Tego typu nastroje zdają się dominować w szeregach dwóch największych partii politycznych i są ku temu powody- twierdzi szewc Fabisiak.

Wiadomo bowiem, że dwie czołowe siły polityczne tj. PiS i PO przeżywają ostre kryzysy wewnętrzne w związku z czym starają się podejmować kroki zaradcze, które w sytuacji paniki we własnych szeregach a zwłaszcza w gremiach kierowniczych są mało skuteczne również po względem propagandowym. Taka jest reguła działań podejmowanych na chybcika w sytuacji poczucia narastającego zagrożenia – zauważa szewc Fabisiak. Dla PiS problemem jest coraz bardziej niepewna lojalność ze strony partnerów z tzw. Zjednoczonej Prawicy a także przypadki odchodzenia niektórych posłów co jest o tyle groźne, gdyż może skutkować utratą sejmowej większości. Jak na to reaguje Jarosław Kaczyński? Ano po swojemu starając się pokazać swoją siłę wobec takich wrażych podmiotów, jak TVN czy Strajk Kobiet. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że działania zastraszające podjęto po tym jak szumnie zapowiedziana przezeń walka z nepotyzmem we własnych szeregach przestała kogokolwiek pasjonować. Większość ludzi w gruncie rzeczy mało obchodzi to, kto zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i z kim są skolgaceni. Istnieje taki perskie przysłowie: kabutar be kabutar booz be booz (gołąb z gołębiem, jastrząb z jastrzębiem), które ma swój polski odpowiednik w postaci porzekadła: ciągnie swój do swego. I dopóki ów kolejny swój nie będzie szkodzić zwykłemu obywatelowi, to tenże obywatel będzie go miał w odnośnym poważaniu. A gdy zacznie szkodzić, to wówczas nie będzie ważne czy szkodzi swój czy nie swój. Ponadto zapowiedziana natynepotyzmowa krucjata ma odwrócić uwagę od innego, mającego znacznie większe rozmiary zjawiska jakim jest nagminne wsadzanie partyjnych nominatów wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Szewc Fabisiak zdaje sobie sprawę z tego, że podobne praktyki miały też miejsce w przeszłości. W końcu po to utworzono spółki skarbu państwa by można tam było lokować partyjnych kolesiów. Jednak problem PiS polega na tym, że formacja ta cierpi na ostry niedobór fachowych kadr w związku z czym zmuszona jest do wyłuskiwania osób niekompetentnych czy wręcz indolentnych.
Ratunku! – woła też Platforma. Przez swoje mało przemyślane działania a przede wszystkim bezzębność programową od dłuższego czasu traci poparcie ze strony swoich dotychczasowych wyborców. Przy tym – jak zauważa szewc Fabisiak – PO zachowuje się trochę jak niedouczony bokser, którego szkolono tylko w kontrowaniu przeciwnika a który sam nie umie przejść do ataku. Podobnie jak PiS również Platforma ma problemy związane z kadrowym ubytkiem. Co rusz to jakiś poseł czy inny polityk zsuwa się z Platformy bądź jest z niej zsuwany. W sytuacji, gdy szefostwo PO nie może sobie poradzić z własnym problemami ściąga na pomoc Tuska Szewc Fabisiak przyznaje, że zrobiono to w odpowiednim momencie. W dniu kiedy odbywała się konwencja PiS. Dzięki temu światowe agencje szeroko informowały o powrocie Donalda Tuska, który dzięki pełnionej eurofunkcji zdążył już sobie wyrobić medialną renomę, natomiast kogo zagranicą interesuje to w jaki sposób Jarosław Kaczyński zamierza traktować pociotków swoich partyjnych współplemieńców? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Powracający Tusk natchnął co prawda Platformę i pewną część jej sympatyków duchem optymizmu graniczącym niekiedy z euforią, lecz nie posunął jej ani na krok w jakimś pomyśle na przyszłość. Być może nad takim pomysłem pracuje a może nie. Tymczasem sam powrót Tuska nawet w kraju, gdzie działa magia nazwiska, sam w sobie nie jest wystarczającym atutem na wygranie wyborów skoro nie posiada się propozycji twórczych i trafiających do ludzkiej świadomości rozwiązań. Jak trafnie zauważyła w jednej z telewizyjnych dyskusji socjolożka Elżbieta Korolczuk, „nie da się robić tych samych rzeczy i oczekiwać innych rezultatów”.

Zatem Tusk ma do wykonania dwa zadania – jedno partyjne i jedno osobiste. Pierwsze to wyprowadzenie PO z kryzysu i usiłowanie wygrania wyborów. Drugie polega na wyeliminowaniu potencjalnych konkurentów we własnym obozie i przyległościach. W tym pierwszym przypadku będzie musiał toczyć bój o wyborcze głosy z Szymonem Hołownią i jego Polską 2050, która to nazwa – jak uważa szewc Fabisiak – może sugerować datę objęcia władzy przez to ugrupowanie. Nadzieją dla Tuska jest to, że Hołownia będzie słabnąć, tracić i tak już mało dynamiczny impet oraz zwyczajnie zacznie mu brakować kasy o czym on sam już mówi publicznie.
Za to w tym drugim przypadku Tusk ma większe możliwości wsparte wieloletnim doświadczeniem w tego rodzaju działaniach. Szewc Fabisiak przypomina, że Donald Tusk umiejętnie pozbył się dwóch tenorów z którymi zakładał Platformę Obywatelską, którą ostatecznie przejął w swoje wyłączne władanie. Następnie zmarginalizował Grzegorza Schetynę a Ewę Kopacz wpuścił w premierostwo niemal w przededniu przegranych wyborów parlamentarnych. Borysa Budki nie musiał uziemiać, gdyż sam się uziemił. Teraz na celowniku jest Rafał Trzaskowski, która też ma ambicje przywódcze. Wprawdzie Tusk nie może wynieść go z fotela prezydenta stolicy, lecz może za to utrudniać mu samodzielne i niezależne działania jak choćby zapowiadany młodzieżowy campus w Olsztynie. Jak donoszą niektóre media, Tusk już rozpoczął namawianie platformowych prezydentów miast by nie angażowali się w ruch samorządowy, który podobno ma tworzyć Trzaskowski. Tym samym jednak nie tylko osłabia Trzaskowskiego ale i samą Platformę oraz potencjalnych sojuszników, których największa wadą jest to, że nie chcą się podporządkować jego dominacji. Ciekawe czy dostrzegają to zauroczeni starym-nowym przywódcą działacze oraz wyborcy PO? – zastanawia się Szewc Fabisiak.

Kraina mlekiem i miodem…

Czasem warto się przyjrzeć swojej sytuacji z pewnego oddalenia i podjąć próbę porównania się z innymi krajami. Okazję do takiego oglądu daje najnowszy, ogłoszony niedawno Ranking Celów Zrównoważonego Rozwoju, sporządzony przez ONZ po zbadaniu realizacji siedemnastu wyznaczonych celów w poszczególnych krajach.

Ranking ów słabo przebił się w mediach, a przecież sytuacja Polski, a więc i Polaków, wydaje się w nim bardzo dobra. Zajęliśmy 15. miejsce, wyprzedzając Japonię, Szwajcarię i Wielką Brytanię, a ustępując nieco Chorwacji, Irlandii i Czechom.

Wygląda to bardzo ładnie i trochę jakby wymyka się intuicyjnej ocenie tego, co się u nas dzieje. W dodatku różnice między krajami są niewielkie. Zajmującą 7. lokatę Norwegię (81,98 pkt) dzieli od Nowej Zelandii na 23. miejscu (79,13 pkt) mniej niż trzy punkty. Maksymalnie można zdobyć sto punktów, a będąca liderem w tym rankingu (już po raz kolejny) Finlandia uzyskała ich 85,9. W pierwszej trzydziestce jest tylko pięć krajów pozaeuropejskich: Japonia, Nowa Zelandia, Kanada, Korea Południowa i Chile. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej znalazły się dopiero na 32. miejscu, tracąc 0,7 punktu do Litwy i nieco ponad punkt do Chile. Z rankingu bezsprzecznie wynika, że Europa, szczególnie ta zrzeszona w Unii Europejskiej, to najlepsze miejsce do życia. Dla ludzi.

Można z przedstawionych danych wyciągać różne wnioski, a jeden z nich jest taki, że jeśli chodzi o realizację celów, olbrzymia większość krajów nie zrobiła żadnych postępów w ciągu ostatnich pięciu lat. Tam gdzie żyje się dobrze, nie nastąpiło pogorszenie, a tam gdzie żyje się gorzej, nie ma poprawy. Ot, taka mała – lub większa – stabilizacja na światową skalę.

A nad Wisłą (i Odrą)? Do istotnej poprawy sytuacji (i wskaźników) doszło u nas w okresie 2013–2016. W tym czasie nasz ranking wzrósł o dwa punkty. Ten właśnie wynik zapewne pozwolił nam przeskoczyć Szwajcarię, Wielką Brytanię i Japonię, choć nas samych przegoniła Chorwacja, i to w ostatnich dwóch latach. Na tle reszty świata żyje się w Europie, w tym i w Polsce, względnie, a nawet bezwzględnie dobrze – w każdym razie lepiej niż gdzie indziej. Europejskie standardy życia są, i niestety pewnie jeszcze długo będą, nieosiągalne dla większości globu, nawet dla krajów uznawanych za najbardziej rozwinięte, takich jak Stany Zjednoczone, o Rosji czy krajach Zatoki Perskiej nie wspominając.

Na pierwszy rzut oka może dziwić, że wskaźniki ONZ premiują kraje o stosunkowe niedużym rozwarstwieniu społecznym i gospodarczym, z szeroko rozwiniętymi usługami publicznymi. Być może dlatego w rankingu ogólnym Serbia wyprzedza Australię, a Grecja Izrael, i dosyć wysoko w rankingu jest Kuba (49. miejsce), którą od USA (32. miejsce) dzielą oprócz morza niecałe trzy punkty rankingowe, czyli mniej niż USA tracą do Polski.

A wracając między nasze barany, czy raczej Odrę i Bug – co takiego jest u nas (do)cenione? Spośród siedemnastu celów ONZ poprawę odnotowano w zakresie walki z biedą, dostępu do edukacji, dostępu do czystej wody i kanalizacji, rozwoju gospodarczego i budowy infrastruktury oraz generalnej poprawy warunków życia. Wiele z tego zawdzięczamy wykorzystaniu funduszy europejskich. Dużą ilość środków przeznaczano i nadal się przeznacza na wodociągi i kanalizację, a także transport publiczny, zwłaszcza w miastach. W ostatnim okresie ruszyły też nieco intensywniej inwestycje kolejowe, a nawet zaczęto dostrzegać marną kondycję transportu regionalnego.

Zauważono również sukcesy w walce z biedą, co należy wiązać z decyzjami PiS‑u co do programu 500 plus oraz z podnoszeniem płacy minimalnej. Paradoksalnie, nie wpłynęło to na poprawę sytuacji najuboższych, którzy mają problemy z zaspokojeniem głodu, co potwierdziło wcześniejsze hipotezy, że w najgorszej sytuacji finansowej nie są wyłącznie rodziny wielodzietne.

W dalszym ciągu pozytywnie wypada nasza edukacja (dane z rankingu dotyczą roku 2020), zwłaszcza na poziomie podstawowym i średnim. Utrzymuje się jeszcze, przynajmniej nominalnie, szeroki dostęp do studiów wyższych, choć ranking nie odzwierciedla poziomu kształcenia na tychże studiach. Przyszłość jednak nie rysuje się różowo. Już można dostrzec skutki likwidacji gimnazjów. Powiększają się różnice w wynikach egzaminów ośmioklasistów. Szkoły wiejskie przegrywają coraz bardziej ze szkołami miejskimi i metropolitalnymi, a to w przyszłości odbije się na dostępie młodzieży z małych ośrodków do szkół maturalnych i wyższych.

W rankingu doceniono wskaźniki rozwoju gospodarczego, wpływające także na poprawę ogólnych warunków życia. I na tym w zasadzie pozytywy się kończą. Odnotowano całkowity brak postępów w pozyskiwaniu czystej energii oraz w odpowiedzialnej i oszczędnej produkcji i konsumpcji. Daje to w sumie wynik zerowy, jeśli chodzi realizację celów polityki klimatycznej. Brak postępów odnosi się też do zmniejszania nierówności oraz do współpracy z różnymi organizacjami.

Można przypuszczać – czego tegoroczna ocena już nie obejmuje – że to ostatni nasz tak dobry wynik. Nie zanosi się na zamianę polityki rządu w ocenianych sferach, a w niektórych dziedzinach zmiany będą nas raczej oddalały od wyznaczonych przez ONZ celów. Jeśli sąsiedzi w tabeli nie wypadną równie źle, możemy stoczyć się w rankingu znacznie niżej, nawet w okolice USA czy Kuby.

Trudno też twierdzić, że twórcy Polskiego Ładu inspirowali się rankingiem celów ustalonych przez zespół ONZ. Zresztą, szanse na realizację zapisanych w Polskim Ładzie przedsięwzięć maleją z każdym tygodniem dyskusji i (narastających?) kłótni wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Ostatnie (oby!) jej międzynarodowe osiągnięcie, czyli podpisanie przez sojusznicze partie europejskie nowego paktu stalowego (czy też tekturowego), zapewne nie posłuży realizacji celów ONZ ani nie poprawi życia obywateli krajów uszczęśliwionych paktem. Co więcej, podpisana deklaracja nieco się z celami ONZ rozjeżdża, a niektórych punktach bywa nawet z nimi sprzeczna.

Tak więc delektujmy się chwilą i rankingiem. Cieszmy się, że nie mamy tak najgorzej, bo inni mają gorzej. Jeśli kogoś to nie cieszy, w przyszłości powodów do radości może mieć jeszcze mniej – nawet jeśli mleka i miodu w naszym kraju tymczasowo nie braknie.

A konkordat należy wypowiedzieć. Tym bardziej , że raczej pogarsza oceny i nijak nie mieści się w celach

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca

Wracający do polityki polskiej Donald Tusk zasłynął z wyrażonego w bardzo danych czasach osądu, że „polskość to nienormalność”. PiS z nienawiścią wypominało mu to dziesiątki razy, traktując te słowa młodego jeszcze wtedy człowieka jako świadectwo jego – niemal – apostazji narodowej. Tymczasem rządzący dziś Polską radykalni nacjonaliści, każą nam Polskę kochać za wszelką cenę.

Kultura samouwielbienia i bezkrytycyzmu

Forsują oni kulturę bezkrytycyzmu i samouwielbienia. Każą nam kochać ojczyznę miłością bezkrytyczną, bez ulegania „pedagogice wstydu” i potępiają każdego, kto tego krytycyzmu się nie wyzbywa, kto ośmiela się nie być „prawdziwym Polakiem”. To przymuszanie do miłości, ma akurat w stosunku do szkolnej młodzieży przybrać niebawem postać szkolnego przymusu. Taki program katolicko-nacjonalistycznego, samodurnego wychowania przygotowuje fundamentalistyczny pisowski minister edukacji i nauki Czarnek. Bezkrytycyzm pisowskiego spojrzenia na historię jest szczególną aberracją. Jego heroldom nie wystarczy idealizacja rzeczywistych wydarzeń, eksponowanie pozytywnych warstw polskiej historii i przemilczanie jej warstw negatywnych i wstydliwych.

Absurd unikalny: kult klęsk

Oni czczą nawet klęski. W Europie i na świecie nie istnieje prawdopodobnie inny kraj, w którym muzeami i pomnikami czczono by straszliwe klęski narodowe. Tymczasem od 17 lat w Warszawie istnieje okazałe, technicznie imponujące, zaprojektowane z rozmachem muzeum straszliwej, krwawej klęski, jako było powstanie warszawskie 1944 roku. Trzeba to zestawić z faktem, że we Francji, ojczyźnie Wielkiej Rewolucji 1789-1994 nie ma, nawet w Paryżu, tematycznego muzeum upamiętniającego ten wielki przełom w dziejach ludzkości (jeśli nie liczyć skromnej ekspozycji w Muzeum Historii Paryża i skromniutkiego prowincjonalnego „muzeum” WRF w odległym od Paryża o kilkaset kilometrów miasteczku Vizille). Nie ma w Paryżu nawet pomnika wydarzeń 14 lipca 1789, inicjującego Rewolucję aktu zdobycia Bastylii. Tymczasem w Polsce PiS szykuje kolejne muzeum klęski, czyli muzeum Westerplatte, tak jakby obecna ekspozycja i stojący tam od ponad pół wieku pomnik nie wystarczały. Czy odwiedzający je zagraniczni goście także jak w przypadku warszawskiego muzeum powstania znów będą się zastanawiać, czy czy ich oczy nie mylą i czy nie pomylono przypadkiem deklarowanej wymowy ekspozycji z jej historyczną treścią? I czy nie trafili przypadkiem do świątyni chwały i zwycięstwa, a nie, jak się spodziewali, do mauzoleum przegranych? Wadziła też PiS-owi ekspozycja Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, bo jakoby nie dość uwypuklało imponujące polskie przewagi w tej wojnie, bo „za mało w nim było polskiej sławy i chwały”. Władze PiS zachowują się jak profesor Pimko z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, który chciał wymusić na swoich uczniach miłość do „wielkiego poety Juliusza Słowackiego, wzbudzającego w nas zachwyt, bo wielkim poetą był” i napotyka na ich opór w osobie ucznia Gałkiewicza, który odmawia owej wymuszonej miłości, mówiąc: „jak zachwyca, kiedy nie zachwyca”.

Antypedagogiczna pedagogia

Historia cywilizacji, w tym historia wychowania uczy, że tylko społeczeństwa uformowane na krytycyzmie w stosunku do swojej przeszłości i tradycji (jak n.p. Wielka Brytania) są w stanie osiągać wielkie rejestry cywilizacyjne, kulturowe, gospodarcze. Ale także elementarna wiedza psychologiczno-pedagogiczna uczy, że tylko uformowanie młodego człowieka w duchu zdolności do samokrytycyzmu może zaowocować wychowaniem twórczego obywatela. Wychowanie w duchu bezkrytycyzmu, samozachwytu i samodurstwa prowadzi do uformowania samodurnego, nietwórczego społeczeństwa, bo mało czynników tak kaleczy człowieka jak przekonanie, że jest najlepszy, najdoskonalszy, nieskażony i nie musi nad sobą pracować, pracować, być uczciwym, płacić podatki, dbać o czystość swojego otoczenia i przestrzegać prawa. Nie ma nic bardziej antypedagogicznego niż taka pedagogia. Tworzy ona zakochanych w sobie bezmyślnych egoistów, a nie wartościowych członków społeczeństwa. Jak bardzo unurzany jest PiS w samodurstwie narodowym, w ukochaniu w każdej, najdurniejszej nawet „tradycji” świadczy o tym choćby tryb, w jakim śpiewają oni, przy oficjalnych okazjach polski hymn, czyli „Mazurka Dąbrowskiego”. Nie wystarczają im dwie pierwsze kanoniczne zwrotki. Z demonstracyjnym upodobaniem śpiewają także durną, kompletnie dziś anachroniczną a przy tym kompletnie niezrozumiałą, bełkotliwą zwrotkę o „Basi”, „zapłakanym ojcu” i „naszych, co biją w tarabany”. Bo to też jest ta „wspaniała” tradycja polska. Wydaje się, że odśpiewujący „Mazurka” w całym jego anachronicznym kształcie pisowscy czynownicy dają sygnał: my ten anachronizm traktujemy jako wartość, nie śpiewamy tej zwrotki m i m o t e g o, że jest anachroniczna, lecz d l a t e g o, że jest anachroniczna. Tymczasem we Francji miała swego czasu dyskusja nad sensem wykonywania, przy oficjalnych okazjach, „Marsylianki”, z wszystkimi jej buńczucznymi, wojowniczymi frazami. Co prawda nie skończyła się ona (przynajmniej do tej pory) zmianą zgodną z intencjami tych, którzy wyrazili swoje wątpliwości, ale sam fakt, że taka dyskusja miała miejsce, świadczy o racjonalnym spojrzeniu Francuzów na własną historię.

„Tylko prawda jest ciekawa”

PiS-owi obca jest – w tym przypadku w odniesieniu do historii – formuła radykalnie prawicowego, emigracyjnego pisarza Józefa Mackiewicza (1902-1985): „tylko prawda jest ciekawa”. W powieści „Listopad” (1844), pisarz Henryk Rzewuski, podobnie jak Mackiewicz konserwatysta i reakcjonista, lecz nie nacjonalista polski, przeciwstawił sobie postacie dwóch braci, jednego wychowanego na tradycjonalnego szlachciurę w sarmackim dworze na Kresach, drugiego uformowanego w Paryżu, w duchu oświeceniowym, hołdującego „cudzoziemszczyźnie”, lecz nie stanął bynajmniej po stronie tego pierwszego.

W polskiej kulturze cały ten nurt idealizujący, uformowany w duchu bezkrytycyzmu i „ku pokrzepieniu serc” jest właściwie, poza nielicznymi wyjątkami, bezwartościowy, jałowy, pusty i okropnie nudny. W kulturze polskiej najciekawszy i jedynie wartościowy jest nurt krytyczny, ten w którym twórcy polscy mówili i pisali o Polsce „bez taryfy ulgowej”: od pisarzy oświeceniowych, Juliusza Słowackiego, krytycznej publicystyki epoki pozytywizmu, po krytycyzm nowoczesny Stanisława Brzozowskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza („Niemyte dusze”), Witolda Gombrowicza. Bo kultura to jeden z przejawów krytycznego myślenia o otaczającym nas świecie, to – by użyć sławnej formuły Josepha Conrada – „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Swoje największe sukcesy, doceniane w świecie, odnosił Andrzej Wajda wtedy, gdy „wymierzał sprawiedliwość” najnowszej polskiej historii, w „Kanale” czy „Popiele i diamencie”. Bo choć deklarował patriotyzm i kochał się na zabój w „polskiej formie”, był jednocześnie wobec swojego narodu krytyczny i to publiczność i krytyka, także zagraniczna, potrafiła docenić. Gdy w późniejszej fazie twórczości zamienił ów krytycyzm na schlebianie polskiej miłości własnej, stracił artystyczne zęby, a Złota Palma w Cannes 1981 dla „Człowieka z żelaza”, jednego z jego najsłabszych filmów, podsycającego polskie samouwielbienie, była skutkiem doraźnego, okolicznościowego zapotrzebowania politycznego.

Cynizm jest jedną z koronnych cech ludzi tworzących formację polityczną PiS. To wręcz emblemat tej formacji. W moim jednak przekonaniu w jednej dziedzinie są oni prostodusznie szczerzy – w swoim głębokim i niezbywalnym niezrozumieniu sensu fenomenu, jakim jest kultura. Oni nie są w stanie go pojąć. Dla nich kultura, to nie opatrzony w formę twórczy akt krytycznego myślenia, to nie uczciwe „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Oni do takiego pojęcia kultury są organicznie niezdolni. Dla nich kultura to „akademia ku czci”, to uwielbienie dla obrazków, które Gospodarz w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego nazwał „farbowanym fałszem”. Uważają przy tym, że krytycyzm w stosunku do własnej tradycji i kultury jest jej zdradą. Dla nich kultura, to nie rwący strumień krystalicznej wody rozpryskującej się na kamieniach, lecz zarośnięty glonami, nieruchomy staw. W Polsce Ludowej, której pisowcy nie lubią, krytyczny nurt wobec polskiej tradycji był bardzo żywy. Jednak był on silny także w oficjalnym nurcie II RP, tak cenionej przez obecnie rządzących. Był silny także w XIX wieku. Takiego samodurstwa narodowego jak dziś, nie było jeszcze w polskiej historii. PiS jest pod tym względem formacją jedyną w swoim rodzaju.

Praworządność jest nieodwoływalna

Mimo, że ostatnie „wysłuchanie w sprawie praworządności” w Radzie Unii Europejskiej ponownie dotyczyło Polski, to odnoszę wrażenie, że nie spotkało się z należytą uwagą. W ogóle można by pomyśleć, że ten problem jakby spowszedniał, a i opinia publiczna na tę kwestię zobojętniała.

Moim zdaniem bardzo niesłusznie. W stosunku do naszego kraju toczy się szereg postępowań – zarówno przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, jak i przed unijnymi instytucjami. Na przykład właśnie to, którego dotyczyło ostatnie wysłuchanie. Jego początek sięga grudnia 2017 roku. Wtedy właśnie Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski – jako pierwszego kraju członkowskiego UE – procedurę wynikającą z art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej. Mówi on z grubsza o tym, że jeśli stwierdzi się, iż w kraju członkowskim UE występuje wyraźne ryzyko poważnego naruszenia wspólnych w całej Unii wartości stanowiących o jej praworządnym i demokratycznym charakterze, to może dojść do zawieszenia takiego kraju w prawach członka UE. Wartości, o których mowa, to poszanowania godności, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, respektowanie wyroków TSUE, jak również praw człowieka, w tym praw osób LGBT, szacunek dla pluralizmu, tolerancji, solidarności oraz równości kobiet i mężczyzn.

Sprawa jest więc poważna i rozwija się w niedobrym dla Polski kierunku. Lekceważenie jej albo traktowanie, jak brzęczącej natrętnie muchy, nic nie da. Jednocześnie głośne na całą Europę ekscesy, takie na przykład nazwanie uczestników warszawskiej parady równości per „nienormalni”, tylko naszą sytuację pogarszają. Proszę nie zapominać, że Unia już wiele miesięcy temu uznała, że nie może być bezbronna wobec tych swoich członków, którzy ostentacyjnie i rozmyślnie nie stosują się do wspólnych, obowiązujących wszystkich zasad. Dlatego przyjęto nowe prawo znane jako zasada wzajemności. Oznacza ona, że unijne pieniądze będą wypłacane tylko tym krajom członkowskim, w których praworządność nie jest zagrożona. Tym, w których trójpodział władz istnieje realnie, a nie wyłącznie deklaratywnie, gdzie niezależne sądownictwo zdolne jest rozstrzygnąć każdy spór – także pieniężny – w zgodzie z unijnymi standardami prawnymi. W Unii panuje powszechne przekonanie, że rząd PiS dostarcza ciągle nowych dowodów, iż w odniesieniu do naszego kraju ten problem jest jak najbardziej realny. Jak wiemy ostatnio, po 17 latach naszego członkostwa w UE, premier skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją zasady pierwszeństwa prawa UE zaś grupa posłów PiS złożyła tamże wniosek o zbadanie uprawnień TSUE do kontroli prawa krajowego i stosowania środków tymczasowych w sprawach m.in. sądownictwa państw członkowskich. Zważywszy na okoliczności powołania, skład osobowy TK i publicznie głoszone poglądy sędziów, którym powierzono przewodniczenie tym posiedzeniom, treść przyszłego orzeczenia wydaje się z góry przesądzona. W tej sytuacji odpowiedź Unii też jest do przewidzenia. Věra Jourová wiceprzewodnicząca KE odpowiedzialna za przestrzeganie podstawowych wartości Unii Europejskiej, skomentowała oba wnioski jako kwestionujące podstawowe zasady, które ukształtowały Unię Europejską jako wspólnotę. „Prawo UE ma prymat nad prawem krajowym. A ostatnie słowo w sprawie prawa unijnego ma Trybunał Sprawiedliwości UE”, stwierdziła. Tymczasem przedstawiciele rządu PiS upierają się, że Unia wychodzi poza traktaty, gdyż akurat to prawo nigdzie nie jest expressis verbis zapisane.

Jednak orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu zasadę pierwszeństwa prawa unijnego nad krajowym przesądza jednoznacznie i ostatecznie: – Prawo wspólnotowe wynikające z traktatu, jako niezależnego źródła prawa, ze względu na swą istotę nie może być uchylone przez przepisy prawa krajowego i to niezależnie od ich rangi. Ważność działań instytucji wspólnoty lub skutki takich działań w państwie członkowskim nie mogą być podważane ze względu na niezgodność z prawami podstawowymi wynikającymi z konstytucji państwa członkowskiego. Odwołanie się do zasad i koncepcji prawa krajowego w celu oceny ważności środków przyjętych przez instytucje wspólnoty miałoby niekorzystny wpływ na jednolitość i skuteczność prawa wspólnotowego…

Dalej w orzecznictwie tym czytamy, że traktat ustanawiający Europejską Wspólnotę Gospodarczą (aktualnie traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej) powołał do życia własny system prawny, który z dniem wejścia w życie postanowień traktatu, stał się integralną częścią systemu prawnego państw członkowskich i który jego sądy mają obowiązek stosować. Zasada pierwszeństwa prawa unijnego jest jedną z podstawowych zasad występujących w prawie unijnym…

Osobiście nie widzę tu nawet szczeliny dla jakiejś innej interpretacji niż wyżej zacytowana. Zresztą podobne w formie i treści było stanowisko naszego Trybunału Konstytucyjnego, z okresu, gdy był on jeszcze świątynią prawa. Lekceważąca, a nawet rzekłbym wyzywająca postawa rządu PiS, wobec tego sporu może nas sporo kosztować zarówno w wymiarze prestiżowym, jak i pieniężnym. PiS zdaje się być pewien, że kierując sprytnie do TSUE pytanie o to, które prawo jest ważniejsze – europejskie czy wewnętrzne, odwlecze rozstrzygnięcie, a tymczasem Unia rozdzieli pieniądze zarówno z budżetu na lata 2021 – 2027 jaki i z Funduszu Odbudowy. Reszta go chyba mniej interesuje. Tylko, że ten scenariusz niekoniecznie musi się spełnić. Věra Jourová powiedziała ostatnio, że nie zamierza zbyt długo czekać na rozstrzygnięcia ze strony Trybunału Sprawiedliwości i nie potrzebuje go, aby uruchomić procedurę, w wyniku której rząd PiS będzie mógł być odcięty od unijnych pieniędzy. To bardzo nieprzyjemna perspektywa. Jeśli – oby nie – się ziści, to wszystkie rządowe plany, o których teraz słyszymy, staną pod wielkim znakiem zapytania.

Dobre czasy minęły bezpowrotnie

W naszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych przez Centrum Studiów nad Demokracją, Społeczeństwem Obywatelskim i Elitami Politycznymi Collegium Civitas, widać, że wyborcy PiS są coraz bardziej osamotnieni w opiniach. W poglądach na funkcjonowanie demokracji nawet odstają od tych, którzy deklarują, że nie pójdą do wyborów, nie mają swojego kandydata, nie mówiąc już o wyborcach partii opozycyjnych – mówi dr Robert Sobiech w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Trzech posłów na czele z posłem Girzyńskim odeszło z klubu PiS. Czy to oznacza, że zaczął się odpływ od partii władzy? Co nam to mówi o jej kondycji?

ROBERT SOBIECH: To, że dobre czasy minęły. Chyba bezpowrotnie. Po raz pierwszy od 2015 roku koalicja rządząca nie ma w Sejmie większości. Bardzo trudno będzie nadal stosować metodę ekspresu legislacyjnego, czyli bezrefleksyjnego uchwalania ustaw przy pomocy zdyscyplinowanej większości. Okazuje się, że Zjednoczona Prawica staje się coraz mniej zjednoczona. To PiS tracący posłów, nieobliczalny Ziobro i niespokojny Gowin.

I partia Bielana…

O której wiadomo, że powstała i nic więcej. Zrobiło się wielu aktorów na scenie obozu rządzącego…

Powiało latami 90., kiedy w parlamencie padały rekordy w ilości partii i partyjek…
To już inna sytuacja. Lata 90. były o tyle innym okresem, że każda z tych partii, które powstawały, próbowała zachować odrębną tożsamość. Teraz między Kaczyńskim, Ziobrą, Gowinem i Bielanem trudno doszukiwać się fundamentalnych różnic programowych. Myślę, że tu większą rolę odgrywa kalendarz wyborczy. Prawdopodobnie część posłów dostała sygnały, że nie może liczyć na miejsca na listach wyborczych. W związku z tym wysyła sygnały partii rządzącej, że nie można już liczyć na ich bezwarunkowe poparcie. Jakie warunki będą stawiane i czy zostaną one zapełnione, dowiemy się zapewne już jesienią.

To nowa sytuacja dla PiS. Do tej pory filarem polityki PiS była realizacja planu rządzenia bez zawracania sobie głowy konsultacjami, dialogiem społecznym, uzgadnianiem różnych interesów. Teraz będzie musiał uzgadniać każdy projekt ustawy z małymi partiami czy grupami polityków. Na pewno rządzenie staje się trudniejsze, tym bardziej, że mimo propozycji Nowego Ładu nie widać tu specjalnego planu rządzenia na przyszłość.

A sam plan nie przyniósł skoku poparcia.

Ale też znacząco ono nie spadło. W naszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych przez Centrum Studiów nad Demokracją, Społeczeństwem Obywatelskim i Elitami Politycznymi Collegium Civitas, widać, że wyborcy PiS są coraz bardziej osamotnieni w opiniach. W poglądach na funkcjonowanie demokracji nawet odstają od tych, którzy deklarują, że nie pójdą do wyborów, nie mają swojego kandydata, nie mówiąc już o wyborcach partii opozycyjnych. Sądzę, że ta przepaść pomiędzy PiS i jego wyborcami a całą resztą jeszcze się pogłębia. To wyraźny sygnał, że PiS nie może liczyć na dodatkowych wyborców. W przypadku polityków kierunek jest wręcz odwrotny, coraz częściej chcą opuszczać partię niż do niej dołączać.

PiS przypomina jeszcze kolosa, ale już na glinianych nogach?

To jeszcze zdecydowanie kolos, bo ma władzę praktycznie nad wszystkimi instytucjami, poza nielicznymi wyjątkami jak RPO czy NIK. Właściwie kontroluje wszystkie dziedziny życia i jeszcze tę kontrolę pogłębia, bo czymże innym są te propozycje dotyczące oświaty, według których to rządowy kurator oświaty będzie decydował, kto ma być dyrektorem, jak ma wyglądać profil szkoły, kto może prowadzić zajęcia dodatkowe itd. To kolejny etap upartyjnienia państwa. To wszystko dokonuje się przy odwrażliwieniu opinii publicznej. Znaczna część obywateli uważa, że nic już właściwie nie możemy, że nieskuteczne okazały się różne formy nacisku na władzę.

Brak wiary w możliwości zmiany pogłębiły wyniki wyborów. Widać to w ostatnich badaniach opinii publicznej, gdzie po raz pierwszy od dłuższego czasu odnotowano spadek wiary w możliwości wpływu na sprawy kraju. Okazuje się, że nie reagujemy na wydarzenia, które jeszcze kilka lat temu wywoływałyby zapewne ogromny sprzeciw opinii publicznej.

Pierwszy z brzegu przykład. Artykuł 10 ustawy o Trybunale Konstytucyjnym mówi m.in., że sędzia TK nie może prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Wpisy na Twitterze pani sędzi Pawłowicz wyraźnie pokazują, że nie zamierza ona wychodzić z roli czynnego polityka. Ostatnio nawet zajmuje się polityką zagraniczną domagając się zwrotu dzieł sztuki od Szwecji. I nic się nie dzieje. Nie ma żadnej reakcji dziennikarzy, środowisk prawniczych, nie mówiąc o oburzeniu przeciętnych obywateli. Pogodziliśmy się z tym, że tak musi być.

Przykład drugi: mamy ustawę o radiofonii i telewizji, gdzie wyraźnie jest powiedziane, że telewizja publiczna ma nadawać programy, które cechują się pluralizmem, bezstronnością i wyważeniem. Jest bardzo wiele analiz, które dowodzą, że tego nie robi. I nic się nie dzieje. Pogodziliśmy się z tym, że tak musi być. Co ma o tym wszystkim myśleć zwykły Kowalski? Skoro rząd, politycy mogą nie przestrzegać ustaw, to dlaczego on nie może?

W konsekwencji PiS idzie za ciosem, rozszerza swoją kontrolę na kolejne dziedziny życia, widząc, że znaczna część obywateli już dawno straciła wiarę, że istniejące prawo może ochronić ich interesy czy wartości.

W weekend mieliśmy kongres Porozumienia Gowina. Niestety nie dotarł na nie Jarosław Kaczyński, a na konwencję Republikanów już tak. Jak to rozumieć?

Partia Adama Bielana jest najwyraźniej bliższa prezesowi niż partia Jarosława Gowina. Kaczyński jest jednak na tyle doświadczonym politykiem, że będzie próbował mimo tych różnić doprowadzać do tego, aby kolejne ustawy przechodziły. Oczywiście, że jest jeszcze opcja wcześniejszych wyborów, ale wcale nie jest taka łatwa do przeprowadzenia. Jest też opcja trudnego rządzenia, do którego PiS nie jest przyzwyczajony, bo miał pełen komfort przez ostatnie 6 lat.

Czy teraz PiS będzie zmuszony do jakiegokolwiek dialogu?

Być może, a to umiejętność, która stała się całkowicie obca politykom PiS, którzy od początku przyjęli taktykę, że reprezentują wolę wyborców, mają swój pomysł na Polskę i nikogo się nie pytają. Teraz już widać wyraźnie, że trzeba się będzie pytać, trzeba będzie rozmawiać. Najpierw ze swoimi, być może też z uciekinierami. Już niedługo może się okazać, że trzeba będzie prowadzić trudne rozmowy z Konfederacją czy lewicą. Sądzę, że ustawy wchodzące w skład Nowego Ładu będą tu tym momentem krytycznym.

Czy liberalnego Gowina może tu zastąpić lewica?

Przyznam, że dawno nie słyszałem jasnych wypowiedzi któregoś z trzech liderów w tej kwestii. Wśród komentatorów sympatyzujących z Lewicą pojawiają się coraz częściej głosy, że ta formacja na pewno nie powinna iść z partiami liberalnymi typu Polska 2050 czy KO. Widać zatem wyraźnie, że Lewica chce liczyć na samodzielność, tylko że na razie kiepsko jej to wychodzi, bo w ostatnim sondażu zbliża się do 5-proc. progu wyborczego. A przecież mimo prób zjednoczenia Nowa Lewica pozostaje nadal koalicją, czyli musi liczyć na wyższe poparcie, żeby dostać się do parlamentu w kolejnych wyborach. Może się okazać, że po przegranych wyborach rozpocznie się budowa nowych partii lewicowych.

To ciekawe, bo ta jeszcze dobrze miejsca nie zagrzała w parlamencie.

Cóż, ale trudno utrzymywać jedność partii, kiedy ta się składa albo z ludzi, którzy są, delikatnie mówiąc, w sile wieku, czyli elektorat SLD, lub wielkomiejskich dobrze wykształconych progresywistów o wysokich dochodach i liberalnych poglądach. To mieszanka, którą trudno połączyć, a nie widzę, aby któryś z trzech liderów miał na to pomysł.

Mamy kolejny atak na LGBT. Co ma przykryć tym razem?

Wiele rzeczy, których ten rząd nie robi. Ten temat jest ciągle na agendzie, bo jest tak naprawdę wygodny dla wszystkich, nie wymaga przygotowania. Oczywiście  wiadomo, że kwestia praw mniejszości powinna być uregulowana raz na zawszę, ale póki co ta opowieść o LGBT jest oparta na strachu, że to atak na polskie rodziny. To oczywiście bzdura, ale część elektoratu, zwłaszcza partii prawicowych, czuje się zaniepokojona.

W najbliższy weekend konwencję szykuje PiS, gdzie Jarosław Kaczyński ponownie zostanie prezesem, ale już wiceprezesi nie mogą być pewni swego. Czy Szydło albo Macierewicza zastąpi Morawiecki?

To jest pytanie o przyszłość PiS, czy ma być nadal partią liderów rodem z PC, czy otworzy się na nowych. Nie wiem, jak wyglądają kulisy, ale tarcia w obozie wskazują, że jest wielu, którzy noszą buławy w plecaku.

W sobotę ma też ogłosić swój powrót Donald Tusk…

O ile można coś powiedzieć o rozłamach w PiS, to tu ze zrozumiałych względów politycy PO milczą. Pewnie będzie to pomysł na 3 liderów i podział pewnych doświadczeń, wykorzystania mocnych stron poszczególnych osób: Rafała Trzaskowskiego i jego relacji z samorządowcami, Borysa Budki jako szefa największej partii opozycyjnej i wreszcie Donalda Tuska z jego doświadczeniem i kontaktami międzynarodowymi. Połączenie tych atutów może doprowadzić do efektu synergii, czyli sytuacji, kiedy finalny efekt jest większy niż suma składających się na niego części. Wymaga to jednak bardzo dobrze przemyślanego i zakomunikowanego planu. Łatwo bowiem wpisać się w dominujące interpretacje polskiej polityki, gdzie liczy się przede wszystkim odpowiedź na pytanie, kto wygrał, a kto przegrał.

Być to właśnie zniechęca do polityki znaczną część obywateli. Gdyby PO udało się pokazać, że chodzi bardziej o połączenie zasobów i talentów liderów, niż rywalizację o przywództwo, mogłoby to zwiastować ciekawą zmianę w polskiej polityce.

Bezradne państwo policyjne

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk z Uniwersytetu SWPS, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ostatni tydzień w polityce był pełny nagłych zmian, a wszyscy zastanawiają się, czy rząd ma nadal większość. Czy zatem koalicja dotrwa do 2023 r., czy czekają nas wcześniejsze wybory?

KLAUS BACHMANN: To jest faktycznie intrygujące pytanie, jeśli na moment abstrahujemy od tego, czy takie wybory cokolwiek zmienią. Moim zdaniem wiele nie zmienią, i to nie tylko dlatego, że PiS może je wygrać. Ktokolwiek wygra, odziedziczy owo autorytarne państwo policyjne, które PiS zbudowało przez ostatnie lata. W przypadku powstania bardzo zróżnicowanego rządu od lewicy do prawicy będzie oczywiście trochę więcej pluralizmu w publicznych mediach, ale autorytarne państwo policyjne nie przestaje takim być tylko dlatego, że rządzić nim będą inne partie.

Obecnie mamy taką sytuację, że to funkcjonariusze mianowani i kontrolowani przez PiS ogłaszają i organizują wybory, liczą głosy, ogłaszają wyniki i potem decydują o tym – w Sądzie Najwyższym – czy wynik jest ważny. I w dodatku dowolnie manipulują przekazem w mediach państwowych. W takich warunkach wybory mają dla opozycji tylko sens, jeśli najpierw przejmuje ona władzę i potem przeprowadza wybory. Inaczej to się skończy jak z wyborami prezydenckimi.

Ale wygląda na to, że rząd już teraz nie ma większości, po odejściu trzech posłów PiS. Co dalej?
Rząd przed każdym głosowaniem musi kupować głosy. To fantastyczna okazja dla tych posłów, od których zależą teraz losy ustaw. Jednocześnie rząd traci możliwość uchwalenia najbardziej radykalnych i kontrowersyjnych ustaw, a Solidarna Polska będzie mogła wyskakiwać z takimi radykalnymi pomysłami i konsolidować swój elektorat, aby przekroczyć próg procentowy przy ewentualnych wcześniejszych wyborach, wiedząc, że jej pomysły i tak nie mają szans w Sejmie. Im mniej ktoś ma wpływu na politykę, tym bardziej nieodpowiedzialnie może się zachowywać.

Jaka jest kondycja Zjednoczonej Prawicy?

Mamy w Polsce bezradne państwo policyjne, którym rządzi autorytarny rząd mniejszościowy. To dość oryginalny wkład w historię systemów politycznych. Na czele tego stoi ugrupowanie, które składa się z trzech – a wkrótce nawet z czterech albo pięciu lub jeszcze więcej ugrupowań – które zwalczają się nawzajem i które jedynie łączy chęć utrzymania władzy, prześladowania sędziów i opozycji i unikania odpowiedzialności za korupcję.

Czy partia Adama Bielana może odegrać znaczącą rolę?
Ona jest pionkiem w tej grze, kto kogo wykańcza. Przed wyborami będzie się łączyć z innymi ugrupowaniami, aby mieć jakąś perspektywę przekroczenia progu wyborczego. Jako samodzielny byt polityczny ona nie istnieje.

Czy Jarosław Gowin będzie tolerował w Zjednoczonej Prawicy buntowników z Porozumienia, a obecnie członków Republikanów Adama Bielana?

Nie wiem i nie zawracam sobie z tym głowy. Polski system partyjny na nowo się układa, podobnie jak po rządach SLD, AWS i PO/PSL. Myślę, że będzie dużo transferów, na końcu powstaną całkowicie nowe partie, które będą nam obiecywać, że zrobią wszystko zupełnie inaczej, lewicowcy powiedzą nam, że oddadzą całą władzę w ręce społeczeństwa, a prawicowcy będą nam wmawiać, że całą władzę oddadzą narodowi.

Tak naprawdę będzie znowu tak jak jest, jak w tej piosence. Pojawią się nowi mesjasze polskiej polityki (jeden już jest, drugi zaraz zstąpi na ziemię), których zwolennicy po kolejnej kadencji będą tak samo rozczarowani jak wszyscy dotychczasowi zwolennicy innych mesjaszy. I poszukają sobie innego mesjasza, za którym mogą podążać. Wpływ chrześcijaństwa jest bardzo głęboki w Polsce, on się też udziela ateistom i liberałom.

Co czeka opozycję, czy będzie w stanie się dogadać, jakie są tu możliwe scenariusze?
Patrzmy na moment czysto racjonalnie na rozwój wydarzeń, bez ideologii i moralizowania. Zgodnie z tymi przepisami konstytucji, które PiS jeszcze uznaje, do samorozwiązania parlamentu PiS potrzebuje dwóch trzecich posłów – a więc dużej części opozycji. Nawet przy sprzyjających sondażach nie jest w interesie opozycji, aby się na to zgodzić, bo PiS mógłby je niemal dowolnie manipulować.

Inne opcje to wotum nieufności wobec własnego rządu – bardzo ryzykowne ze względu na kampanię wyborczą potem i na konieczność współdziałania ze strony prezydenta. Można mu dać też pretekst do rozwiązania parlamentu, nie uchwalając budżetu w wymaganym czasie – ale to jest możliwe tylko jesienią. W momencie, kiedy PiS zmierza do wcześniejszych wyborów, opozycja powinna przejąć władzę. Ale ponieważ PiS to wie, to nie powinno nawet dążyć do tego, zwłaszcza obecnie, kiedy nie ma pewności, że ma jeszcze większość. To samo jednak dotyczy też opozycji: nawet po odejściu tych trzech posłów nie ma ona pewności, że wotum nieufności uzyska większość.

Między wnioskiem i głosowaniem musi upłynąć tydzień, podczas którego rząd może kupować sobie dodatkowych posłów. Jeśli wotum nieufności upadnie, rząd będzie miał trzy miesiące spokoju. Czeka nas okres perturbacji – wcześniejszych wyborów raczej nie będzie, ale ponieważ wszyscy będą zakładać, że mogą nastąpić w każdej chwili, to zaczną prowadzić kampanię wyborczą.

To też oznacza, że im bliżej do wyborów, tym więcej Gowin może żądać od opozycji za udział w obaleniu rządu i tworzeniu nowego. W okolicach wiosny 2023 roku – albo przy jakiejkolwiek próbie przeprowadzenia wcześniejszych wyborów – będziemy więc świadkami publicznej licytacji ugrupowania Gowina: kto da więcej, opozycja czy PiS? Jeśli PiS, to Gowin zostanie i wróci po wyborach w barwach PiS do Sejmu, spółek Skarbu Państwa i innych benefitów, jakie w Polsce daje władza państwowa. Jeśli opozycja da więcej, obali z nią rząd. Szkopuł w tym, że w warunkach autorytarnego państwa policyjnego ta licytacja jest trochę nierówna: PiS dysponuje i kijem, i marchewką wobec Gowina, podczas gdy opozycja ma tylko obietnice, które mogą się okazać nic niewarte, jeśli przegra wybory.

Według tej logiki PiS utrzyma się u władzy, Gowin zostaje przy PiS i wspólnie wygrają wybory w 2023 roku?

Tak jest, jeśli zakładamy, że wszyscy zachowują się racjonalnie. Jeśli komuś puszczą nerwy, jeśli PiS zbyt wcześnie i za ostro dociśnie Gowina, jeśli opozycja wtedy wspólnie zaoferuje mu honorowe wyjście z sytuacji, sprawy mogą wyglądać inaczej. Polska polityka nie jest racjonalna. Gdyby nią była, taka oferta miałaby już miejsce rok temu.

Gdyby polska polityka była racjonalna, opozycja w 2016 roku broniłaby Trybunału Konstytucyjnego jak niepodległości, prezydent nie osłabiłby swojej własnej pozycji ustrojowej uczestnicząc w rozmontowaniu TK, a PiS przejąłby TK legalnie, czekając aż w 2017 roku większość w TK i tak składałaby się z nominatów tej partii i opozycja i Unia Europejska i sądownictwo międzynarodowe nie miałoby żadnego powodu, aby podważyć wyroki TK. Teraz mamy taki moment, kiedy znowu wychodzi ten brak racjonalności: PiS mógłby rządzić jeszcze długo, ale ponieważ coraz więcej posłów PiS sądzi, że ten statek zaraz utonie, to opuszczają go.

Każdy wie, że ci, którzy teraz odchodzą, potem będą chwaleni jako ci porządni, odważni, którzy umożliwili odsunięcie PiS od władzy, i będą potem rozliczać tych, którzy wiernie trwali przy prezesie. I nikt nie będzie pytać, jak głosowali w sprawie TK, ustaw sądowniczych, ustawy o IPN czy wyborów kopertowych.

Co afera mailowa ministra Dworczyka mówi nam o polskim państwie?

Niewiele. To, że polskie służby specjalne są głównie zajęte inwigilowaniem i zwalczaniem siebie nawzajem i opozycji, wiemy już od bardzo dawna. Mam wrażenie, że to są takie skrzynki pocztowe, gdzie Amerykanie od czasu do czasu wrzucają wiadomości, kiedy natrafiają na coś, co ma związek z Polską. Wtedy ABW dokonuje spektakularnego zatrzymania i później przed sądem (jeśli rozprawa jest w ogóle jawna) dowiadujemy się, że dowody zostały przekazane przez „zagraniczne źródła”. Kiedy polskie służby mają samodzielnie coś śledzić, to kończy się to jak w przypadku Fundacji Otwarty Dialog.

Dlatego najciekawszym wątkiem tak zwanej afery mailowej jest dla mnie przypuszczenie, że czołowi członkowie obozu rządzącego przenieśli swoje kanały komunikacji z państwowych serwerów do gmail, bo bali się inwigilacji ze strony kolegów. To naprawdę wiele mówi o elitach politycznych, zwłaszcza obecnie rządzących. Państwo na tym tle wygląda całkiem dobrze. Jeśli na moment naśladuję polityków PiS, którzy nieustannie pomstują na Niemcy, ale przy każdej okazji usprawiedliwiają swoje działania porównaniami z Niemcami, to wychodzi mi, że Polska może nie jest drugą Estonią, ale w elektronicznych usługach publicznych jest ona o niebo lepsza niż Niemcy.

Kiedy Niemcy nosili jeszcze papierowe recepty do aptek, w Polsce już dawno mieliśmy e-recepty, a na coś takiego jak e-obywatel i e-pacjent w Niemczech jeszcze czekamy. Niemcy obecnie muszą 10 mln szczepień wprowadzić ręcznie do unijnego systemu zaświadczeń, Polska robiła to automatycznie od pierwszej fali szczepień. Z tej perspektywy nie ma powodu, aby nie ufać polskiemu e-państwu. Natomiast zgadzam się: zaufania wśród elit politycznych, i to nawet tego samego obozu władzy, nie ma ani krzty.

Co może zmienić powrót Tuska dla PO i dla całej opozycji?

Może wprowadzić kogoś do polityki polskiej, który będzie w stanie – ze względu na swoja reputację i doświadczenie – lepiej koordynować działania przynajmniej części opozycji. W przeciwieństwie do innych liderów partii Tusk nic nie musi udowodnić. On już wszystko osiągnął, co polski polityk może osiągnąć, dlatego jedni tak mu zazdroszczą, a inni widzą w nim mesjasza. Łatwiej mu będzie pójść na ustępstwa wobec innych partii i innych polityków. On nie musi się przy każdej decyzji zastanawiać, czy ona pozwala mu zachować twarz, umocni swoja pozycję i jak wpłynie na jego przyszłą karierę. Większej kariery niż ma za sobą już nie zrobi tak czy owak.

Dlaczego lewica bardziej atakuje KO i Tuska niż PiS, czy możliwa jest stała, cykliczna współpraca lewicy z PiS?

Na lewicy jest dużo ludzi, którzy mylą systematyczne zastąpienie usług publicznych transferami gotówkowymi z polityką prospołeczną, i nie interesuje ich to, że taka polityka pogłębia nierówności, osłabia zaufanie do państwa i zbliża nas do modelu Stanów Zjednoczonych. Tam każdy sam jest kowalem swojego losu i nie liczy na państwo, bo wie, że nie ma na co liczyć. Za to płaci niskie podatki. W Polsce zbliżamy się do tego, z tą różnicą, że płacimy wysokie podatki, które państwo nam potem zwraca w gotówce, aby kupować naszą lojalność.

Dlaczego dla lewicy ważniejsze są postulaty socjalne niż praworządność?

Praworządność, niezależność sądownictwa od rządzących i od parlamentu ograniczają pole manewru władzy, każdej władzy. Żadna władza tego nie lubi, czy to jest władza lewicowa jak w Wenezueli, prawicowa jak w Polsce i na Węgrzech, taka postkomunistyczna hybryda jak na Białorusi czy religijna jak w Turcji. To jest poniekąd naturalne, politycy poddają się rygorom praworządności nie dlatego, że są tacy wspaniali i demokratyczni (i Orbán i Erdogan kiedyś byli wspaniali i demokratyczni), lecz dlatego, że inne instytucje, obywatele, organizacje społeczne, ustrój państwa ich do tego zmuszają. O tym, jak mało demokratyczna opozycja jest przywiązana do praworządności, dowiemy się, kiedy zdobędzie większość i wtedy PO skieruje ostrzał tego post-PiS-owskiego państwa policyjnego przeciwko PiS, a lewica stanie przed dylematem, czy uczestniczyć w odbudowie TK, który potem zablokuje liberalizację aborcji…

Czy wybory w 2023 roku to będzie mecz o wszystko?

To będzie mecz o to, która ekipa będzie rządzić autorytarnym państwem policyjnym, które zbudowało PiS. Czy to państwo będzie trochę bardziej pluralistyczne niż obecnie, czy – jeśli PiS zostanie – o wiele mniej pluralistyczne niż obecnie.

PiS od lat podąża drogą węgierską, jak idzie wprowadzanie Budapesztu w Warszawie?

O wiele gorzej. Orbán na początku swoich rządów miał stabilne większości, nie musiał pogwałcić konstytucji, mógł ją po prostu zmienić legalnie. PiS nigdy nie miał i nie ma większości ani wśród Polaków, ani wśród wyborców, jedynie ma słabnącą większość w Sejmie i przyjaznego prezydenta. W dodatku – i to też inaczej niż na Węgrzech – polityka PiS jest kontrproduktywna nawet dla tych celów, które PiS samo sobie stawia.

PiS atakuje uchodźców i ludzi LGBT, ale poparcie Polaków dla nich wzrasta. PiS „stanowczo i z przytupem” przeciwstawia się w Brukseli imigracji, ale obniża wiek emerytalny, wypycha kobiety z rynku pracy i – dzięki likwidacji usług publicznych i zaostrzeniu aborcji – obniża gotowość kobiet do rodzenia dzieci. Z tego powodu Polska jest tylko zdana na imigrację, aby wyrównać deficyt pracowników na rynku pracy i deficyt systemu emerytalnego. Nawet Putin zrozumiał tę logikę i podwyższył wiek emerytalny.

W Krajowym Planie Odbudowy jest taki zabawny akapit, proszący UE o to, aby to ona zapłaciła za aktywizację emerytów i rencistów, aby oni broń Boże nie korzystali z niskiego wieku emerytalnego. Dzięki polityce ostatnich sześciu lat sądy międzynarodowe wyręczają polskie sądy, Komisja Europejska, rząd Stanów Zjednoczonych i nawet rząd Izraela zajmują się szczegółami ustawodawstwa w Polsce, dzięki rekordowemu zadłużeniu państwa międzynarodowe rynki finansowe decydują o finansach publicznych w Polsce, a tu polski rząd uprzejmie prosi tę znienawidzoną UE o to, aby rozwiązała problem, który on sam stworzył.