Klasa średnia: fikcja i statystyczna, i ideologiczna

Odpowiednie dać rzeczy lewicowe słowo

Klasa średnia znów znalazła się na języku medialnego komentariatu. Powstała kałuża łez po tym, jak PiS w Krajowym Planie Odbudowy  koryguje system podatkowy, by potrząsnąć trochę kiesą lepiej sytuowanych. Politycy przypominają teraz, że jej dziełem jest ”sukces transformacji” (poseł M. Wypij), a nawet dzięki niej amerykański Manifest Destiny przyoblekł się w światowe imperium (J. Biden). „Klasa średnia” to nazwa wora, do którego wpada konglomerat klas i stanów społecznych.  Chętnie posługuje się tym określeniem  popsocjologia, a także politycy i publicyści. Dlaczego?  Służy im do tego, by ukryć niewygodne fakty. A te fakty to duże różnice w dochodach, władzy, prestiżu między ludźmi. Nie budzą one zawiści, kiedy stoi za nimi praca i jej efektywność jako równe dla wszystkich kryterium dostępu do dóbr społecznych. Oburzenie budzi natomiast uwłaszczanie się na wspólnym majątku dzięki kontaktom partyjnym, towarzyskim, wykorzystywaniu luk prawnych, słowem, bogactwo materialne przedsiębiorczych inaczej, których lista jest coraz dłuższa.

Dlatego trzeba przypomnieć elementarną wiedzę o zróżnicowaniu społecznym. Taki precyzyjny opis struktury każdego społeczeństwa umożliwia aparat teoretyczny tworzony przez lata przez wybitnych socjologów poznańskich Stanisława Kozyr-Kowalskiego i Jacka Tittenbruna. 

Ogólnie, udział jednostki w puli wytworzonego bogactwa zależy od jej pozycji  w społecznym podziale pracy, a także w podziale własności materialnych i intelektualnych środków produkcji dóbr. Są to dwa systemy zdobywania środków egzystencji biospołecznej: praca i własność, czyli posiadanie względnie niezależnych od pracy czynników gospodarowania. W ten sposób powstaje materialne bogactwo zarówno całych narodów, jak i poszczególnych jednostek.  

Ludzie zajmujący zbliżoną pozycję w systemie własności ekonomicznej i jakości siły roboczej („kapitału ludzkiego”, ergodynamis) tworzą wielkie klasy społeczne – kasy właścicieli kapitału pieniężnego, przemysłowego, handlowego, klasy i stany menedżerów i specjalistów, klasy i stany pracownicze. 

W odróżnieniu od kryterium jakości pracy i własności, klasę średnią wyodrębnia arbitralne kryterium finansowe, zwykle przedział 75-200 proc. krajowej mediany dochodów. To kryterium stosuje OECD. W Polsce należy do klasy średniej około 11-12 milionów w wieku 24-64 lat. Ogólnie, członków klasy średniej wyróżniają wyższe kwalifikacje, zwykle potwierdzone dyplomami wyższych uczelni. Są to w 85. procentach  pracownicy najemni. Przybliżonym wskaźnikiem ich pozycji może być zdolność kredytowa, skoro 70 proc. Europejczyków zaciągnęło kredyty, głównie hipoteczne. To kryterium proponował swego czasu Krzysztof  Gawkowski.   Sprawa się komplikuje, kiedy weźmiemy pod uwagę rolę, jaką poszczególne klasy i stany pełnią we wspólnocie życia i pracy: czy przyczyniają się do jej rozwoju, czy przeciwnie – gratisowo korzystają z jej dorobku. Kiedy weźmiemy pod uwagę rolę jednostek w gospodarce i pozostałych instytucjach życia społecznego – wtedy mamy mozaikę klas i stanów. Rozpada się wówczas obraz wielkiej rodziny Polaków – dumnego narodu cywilizacji łacińskiej. 

W obrębie klasy średniej szczególną pozycję zajmuje klasa menedżerska, zawłaszcza zatrudniona w zagranicznych korporacjach. Wyróżnia ją to, że  na ogół jej członkowie nie są właścicielami materialnych i intelektualnych warunków (czynników) produkcji. Jednak menedżer nie tylko pełni funkcje pośrednio produkcyjną, zarządczą, często posiada też kapitał pieniężny w postaci grubego portfela akcji macierzystej firmy bądź firm notowanych na giełdzie. To top menedżment, kierujący współczesnymi korporacjami przemysłowymi, bankami, funduszami inwestycyjnymi. Jedni z nich pracują w spółkach skarbu państwa, z epizodami pracy w bankach, w zagranicznych korporacjach. Premier Mazowiecki i prezes Obajtek mogą być modelowymi  reprezentantami. Tworzą oni poligarchię – kumulują majątki, dyspozycje władcze w systemie gospodarki, w instytucjach pozagospodarczych. To w ich interesie pisowskie państwo uprawia nacjonalizm gospodarczy, by z jednej strony ograniczyć konkurencję zagranicznego kapitału w strategicznych branżach, a z drugiej chronić bieda-firmy polskiego biznesu.

Menedżerów wspiera drużyna specjalistów – prawnicy, spece reklamy i marketingu, maklerzy, pracownicy naukowo-badawczy, księgowi, planiści, inżynierowie kontrolujący pracę robotów, konserwatorzy,  twórcy programów komputerowych. To polscy working rich, 15-17 proc, najlepiej sytuowanych. Przejmują w Polsce 40 proc. dochodu narodowego (Th. Blanchet, L. Chancel, A. Gethin,WID, World Working Paper No 2019/06). Ponad 23 tys. osób osiąga dochód powyżej 1 mln zł brutto co miesiąc. Zwykle zmieniają status, stają się samozatrudnionymi jednoosobowymi firmami-agentami. To ich uszczęśliwił Leszek Miller 19% podatkiem liniowym. Pełnią kulturotwórczą rolę przewodników stylu konsumpcji, w ich ślady chcą podążać absolwenci uczelni wyższych, zwłaszcza SGH, cieszą się, kiedy firma rzuci ich na odpowiedzialne odcinki do innych krajów. Stają się nabywcami dóbr luksusowych – zegarków Cartiera, torebek Luisa Vuittona, prywatnych samolotów,  jachtów z pływającymi plażami. To polska klasa kompradorska – korzysta z nadwyżek osiąganych przez zagraniczne filie korporacji, które eksploatują tanią pracę rodzimych podwykonawców i poddostawców,  korzystają z polskiego dużego wewnętrznego rynku, z optymalizacji podatkowej. Mogą się wykazać w sektorze bankowym, w którym udział zagranicznego kapitału sięga 60 proc., kiedy w innych krajach rzadko przekracza 10-20%. Pomogli opanować zagranicznym korporacjom handel wielkopowierzchniowy kosztem małych rodzimych firm. Dzięki optymalizacji podatkowej, w której osiągają mistrzostwo, 3 proc. polskiego PKB trafia do macierzystych siedzib korporacji w postaci zysków, sami zaś mogą grać w giełdowym kasynie na małą polską miarę (0,35% światowych przepływów kapitałowych). To pogardzany przez prowincję  warszawski salon, do którego wpuszczają smakosze demokracji liberalnej. Całkiem zasłużeni Neoeuropejczycy – oddali sektor finansowy zagranicznym gościom, by znaleźć w nim zatrudnienie, prywatyzowali emerytury, osłabili warunki pracy i płacy polskiego pracownika, sprywatyzowali ponad 600 przedsiębiorstw zbudowanych przez PRL, często za równowartość działek budowlanych. W istocie, ich dziełem jest powrót Polski do historycznej normalności, tj. statusu peryferii w systemie globalnego kapitalizmu. Co ciekawe, to ich wsparła rządowa pomoc podczas pandemii w przeciwieństwie do prekariuszy. Tych potraktowano po macoszemu. Mając duże dochody płacowe i majątki dokonują recesji ze wspólnoty życia i pracy. Potrzebne usługi zdrowotne dla siebie czy edukacyjne dla dzieci kupują na rynku prywatnym, nie chcą płacić podatków. Ich polityczną reprezentacją jest PO, w mniejszym stopniu Konfederacja. W ostatnich wyborach samorządowych na ówczesną Koalicję Obywatelską głosowało 37 proc. właścicieli firm (na PiS 21), wśród wyborców z wykształceniem wyższym było to 33,5 proc. głosów, PiS poparło 23 proc.

Współczesnym odpowiednikiem robotnika fabrycznego stał się office proletariat. To pracownicy sektora usług dla korporacji w stolicy, w Krakowie , we Wrocławiu – w polskich centrach obsługi biznesowej. Ich liczba sięga 300 tys. To pracownicy z wyższym wykształceniem, ze znajomością języków obcych, znający kulturę organizacyjną. Wypełniają rubryki exela, formularze sprawozdań, wysłuchują reklamacji. To odpowiednik dawnych pracowników fabrycznych, tyle że rękami uderzają w komputerowe klawiatury, męczą oczy śledząc szare szeregi cyferek, boli ich kręgosłup, a dobija monotonia pracy pod nadzorem korporacyjnego kapo. Poświęcił im ostatnią swoją książkę antropolog David Greaber („Praca bez sensu”). Znajdziemy tu także pozarobotnicze klasy pracowników najemnych zatrudnionych w handlu, w finansach, w usługach czy biurach. Są tu także bezpośredni nadzorcy pracy produkcyjnej jak brygadziści, majstrowie.

I wreszcie eksponowanym komponentem umownej klasy średniej są stany wyższego wykształcenia, specjaliści wykonujący pracę pozaprodukcyjną: lekarze, nauczyciele, prawnicy, urzędnicy, piastujący kierownicze stanowiska w wojsku, policji, służbie zdrowia, edukacji. Należą tu też ludzie władzy politycznej i pracy duchowej: politycy, duchowni, uczeni, dziennikarze, artyści. Są tu też pracownicy najemni zatrudnieni w instytucjach pozagospodarczych:  pracownicy biurowi, pracownicy centralnej i lokalnej administracji rządowej, samorządowej na średnich szczeblach zarządzania. To sfera budżetowa żyjąca z wtórnego podziału dochodu narodowego. 

Komercjalizacja sektora usług publicznych, zwłaszcza ochrony zdrowia i edukacji, pozwala specjalistom łączyć pracę w sektorze publicznym z pracą w firmach prywatnych. Mogą łączyć pozycję właściciela czy współwłaściciela firmy prywatnej z pracą najemną w sektorze publicznym (np. sprywatyzowane usługi dentystyczne). Udział funduszy prywatnych w całości nakładów na służbę zdrowia wynosi prawie 30 proc., co plasuje nas w europejskiej czołówce (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 102/2021).

Pozostaje jeszcze stara klasa średnia: farmerzy, rzemieślnicy, właściciele rodzinnych firm handlowych czy usługowych (restauratorzy, branża fitness, biura rachunkowe). To drobni i średni przedsiębiorcy kapitalistyczni, posiadacze środków pracy, które obsługują własną pracą, wspartą pracownikami na niestabilnych warunkach zatrudnienia, często w szarej strefie. Znajdujemy tu też drobnicę poddostawców i podwykonawców, wolnych strzelców (informatycy, influenserzy, doradcy podatkowi).  Natomiast polscy kapitaliści przemysłowi okupują końcowe ogniwa łańcuchów produkcji o małej wartości dodanej: papier toaletowy, meble, standardowe profile okienne. Potrafili tylko stworzyć centrum logistyki dla zagranicznych firm, w następstwie kolejną polską specjalność: usługi transportowe.

Wniosek ogólny potwierdza obraz kapitalizmu, jaki naszkicował w swoich dziełach wielki francuski badacz społeczny Fernand Braudel. Realny kapitalizm  to piramida bogactwa i władzy. Na jej szczycie znajdują się zawsze wielcy posiadacze kapitału pieniężnego, operujący na różnych polach akumulacji – kiedyś John Law, dziś  Elon Musk czy Jeff Bezos. Szeroką podstawę tej piramidy tworzy plankton drobnych producentów. Tu konkurują ze sobą podwykonawcy i poddostawcy globalnych firm. Tu jest Polska.

Co to znaczy dla lewicy? Lewica powinna tworzyć sojusz z klasami specjalistów zatrudnionych w sektorze publicznym (nauczyciele, służba zdrowia, urzędnicy). Ich standard  życia zależy i od dochodów płacowych, i od poziomu usług publicznych, podobnie jak klas pracowniczych o niższych kwalifikacjach. Wszyscy oni uzyskują korzyści i w formie płacy (pocket money),  i w formie konsumpcji zbiorowej.  To w istocie płaca pośrednia. W tym celu muszą istnieć i funkcjonować sprawne, efektywne publiczne systemy ochrony zdrowia, edukacji, domy kultury, stabilne systemy zabezpieczenia społecznego, publiczny system komunikacji, odpowiedniej jakości powietrze i tereny zielone, dostęp do szerokopasmowego internetu – jak w krajach skandynawskich, Niemczech, Kanadzie, Korei Południowej. By to było możliwe, musi istnieć progresywny, sprawiedliwy system podatkowy oraz sprawny aparat państwa. Badania różnych modeli polityki społecznej wykazują, że ważnym warunkiem jej efektywności jest bezpłatność oraz uniwersalność świadczeń. Jest tak, że „gdzie prowadzenie tych polityk zastępuje się działalnością przedsiębiorstw nastawionych na zysk, mamy edukację dla bogatych i edukację dla biednych, opiekę zdrowotną  dla bogatych i opiekę zdrowotną dla biednych, ze wszystkimi  napięciami i stratami dla produktywności systemowej, które z tego wynikają” (L. Dowbor, Poza kapitalizm, KiP 2020). Najlepszy przykład to  najmniej efektywny system opieki zdrowotnej w krajach rozwiniętych,  jakim jest system amerykański, kosztujący 17 proc. PKB. Tym samym pozarobotniczy pracownicy sfery budżetowej powinni być zainteresowani reformą systemu podatkowego, opodatkowaniem korporacji, uspołecznianiem firm za sprawą zwiększania udziału w ich zyskach przez podatki. By zaś uniknąć wyścigu do dna w podatkach czy elastycznych warunkach zatrudnienia – zmiany te powinny mieć charakter globalny.   

W sukurs przychodzi prezydent Biden – w końcu Ameryka causa. Ostatnio do agendy wrócił za sprawą prezydenta USA postulat likwidacji rajów podatkowych i globalnego CIT na poziomie 21 proc. dla firm o dochodzie powyżej 20 mld dolarów. Ten warunek spełniają prawie wszystkie tzw. korporacje technologiczne w rodzaju Amazona, Facebooka czy Google`a. Nadwiślańscy liberałowie i narodowa prawica mają o czym myśleć. Zostali osieroceni. Na początek musieli szybo zrewidować swój stosunek do projektu Nordstream 2. Nagle stał się tym, czym był od początku – ważnym dla zachodniego sąsiada szlakiem zaopatrzenia w gaz w związku z rozwojem energetyki krajowej wykorzystującej to paliwo. Mniej o jedną fobię wobec Rosji. Lewica powinna skorzystać ze sprzyjającej koniunktury międzynarodowej, którą tworzy fiasko neoliberalnego urządzenia społeczeństwa i globalnej gospodarki. Swój program powinna zaadresować nie tylko do klas i stanów pracowniczych, ale też odwołać się do wspólnego interesu całego społeczeństwa. Kapitalizm, podporządkowany logice zysku, dociera do ekologicznych granic. Wymaga radykalnej przebudowy mechanizmów sterowania, by zastopować  kryzys planetarny. W tej sytuacji klasy i stany pracownicze  o różnej jakości „kapitału ludzkiego” mogą stać się sojusznikami partii lewicowych. Według Exit Polls  po wyborach 2019, 31% głosujących na lewicę albo zajmowało kierownicze stanowiska, albo to byli specjaliści. Blisko 2/3 wśród nich to mieszkańcy dużych miast. Popierają oni wolnościowe postulaty, ale lekceważą socjalne – jakby mieli zablokowany dostęp do wiedzy o realnym kapitalizmie. Dostęp blokują dyżurni ekonomiści kraju, lekcje przedsiębiorczości, uśmiechnięte reklamy, eliminowanie lewicowej perspektywy w popularnych mediach. Stąd niechęć do 500+, do rozszerzania państwa socjalnego – mimo braku  mieszkań, największego w Europie prekariatu, emigracji zarobkowej, niskich kosztów pracy. Według Eurostatu w r. 2017 r. za godzinę  pracy polskiego pracownika wystarczyło zapłacić  9,4 euro,  w Szwecji 38,3 euro. Jest jeszcze gorzej, kiedy weźmiemy pod uwagę aktualne badania postaw i wyobrażeń polskiego społeczeństwa. Całkowity triumf narracji liberałów o cudach wolnego rynku i merytokracji! O sukcesie życiowym decyduje najpierw ambicja (20 proc.), potem ciężka praca (15 proc). Dopiero dalej, z kilkunastoprocentowymi wskazaniami, fortuna i wiara w wykształcenie (raport Klasa średnia w Polsce, Polski Instytut Ekonomiczny 2019). Co najgorsze, tyko 4 proc wskazuje na pozycję i zasoby finansowe rodziny jako źródło sukcesu. To klapa ideologiczna, do której przyłożył się bezklasowy język opisu rynkowego społeczeństwa. Językiem tym operuje przecież nowoczesna, progresywna lewica, czekająca na przepustki od bramkarzy stołecznego salonu.

Dlatego dla partii lewicowych zbliżenia z nadwiślańskimi liberałami POPiSu mają charakter sadomasochistyczny. By nie stały się pocałunkiem śmierci politycznej, trzeba precyzyjnie oddzielić taktykę od strategii, a ta się nie zmienia: „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Głos liberała wolność gospodarczą ubezpieczający

Neoliberalizm ma w Polsce szerokie możliwości urabiania poglądów na politykę gospodarczą: Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza, tygodniki opinii Polityka, Newsweek, portale internetowe, dyżurni ekonomiści kraju. Ci odczytują migający szyfr notowań giełdowych, przez który przemawia do nich duch wolnego rynku. Chwalą bez przerwy błogosławionych, którzy tworzą miejsca pracy, często dla księgowych w Luksemburgu czy na Malcie. Jest chyba nadmiarem dobroci użyczać im jeszcze przestrzeni drukarskiej w jedynej lewicowej trybunie na polskim rynku czytelniczym.

Omawianie raportów o światowym rozkładzie bogactwa, o wartości społecznej różnych zawodów, o coraz większym śladzie ekologicznym konsumpcjonizmu- takie informacje są cenne z perspektywy klas pracowniczych. Zamiast takich informacji i analiz na stronach poświęconych gospodarce znajdujemy w Trybunie coraz częściej gorzkie żale rzeczników polskiego biznesu – na wysokie koszty pracy, na podatki, na takie czy inne ograniczenia „wolności” gospodarczej. Brakuje tylko radosnego dziamborzenia konfederata Sławomira Mentzena.
Ostatnio w stałym kąciku liberała ukazało się omówienie raportu Index Wolności Gospodarczej (Trybuna 56-57/2021). Ogólny wniosek autora– „potrzeba więcej wolności gospodarczej”. Ten raport publikuje dorocznie wpływowy w USA prawicowy, konserwatywny, anarchokapitalistyczny think tank Heritage Foundation. Popularyzuje go organ finansjery Wall Street Journal. Angielski akademicki ekonomista Charles Hill, biorąc pod uwagę fakt, że ta fundacja jest zapleczem analityczno-programowym Republikanów i ich prezydentów – każe z dużą ostrożnością podchodzić do ich raportów i sugestii praktycznych. Dlaczego? Autentycznego zwolennika lewicy powinien ostrzec profil ideologiczny tej placówki: obróbka i popularyzacja doktryny neoliberalnej za czasów Reagana, Thatcher, Busha-juniora, zasilanie ekipy prezydenta Trumpa swoimi pracownikami, wspieranie negacjonistów klimatycznych, inicjowanie wojny kulturowej w imieniu „nowej prawicy”, wspieranie militarnego ekspansjonizmu kraju, bezpardonowa walka z państwem opiekuńczym itd., itd. Jaką to wolność gospodarczą może lansować syntetyczny indeks opracowany w tym środowisku, które finansują korporacje?
Można się spodziewać poradnika dla łowców rent kosztem taniej pracy, zasobów surowcowych i energetycznych peryferii, globalnego Południa, własnych pracowników i ich życia. Dlatego w tym indeksie państwo, które odnotowuje wyjątkowy w skali historycznej rozwój gospodarczy plasuje się dopiero na 107 miejscu, a na czele jest jedno z centrów finansowych kontynentu, praktycznie miasto-port byłej kolonii brytyjskiej – lilipuci Singapur? Otóż, twórców omawianego indeksu interesują tylko przeszkody w robienia dobrych interesów na całym świecie. Przede wszystkim zwraca ich uwagę to, jak wieki jest sektor publiczny, i co za tym idzie: wysokość podatków dla firm i podatków od dochodów osobistych. Następnie, jak chroniona jest własność prywatna: łatwość egzekwowani umów czy swobodny obrót nieruchomościami. Następnie, autorzy raportu starają się zmierzyć to, co interesuje każdego rentiera, a więc stopę inflacji, by nie spadła wartość aktywów, a także czy kapitał portfelowy może swobodnie krążyć między giełdami. No i czy można robić interesy ponad granicami państw – czy cła i bariery beztaryfowe utrudniają wymianę handlową. A szczególnie ważne są regulacje dotyczące kredytów (stopa procentowa) i regulacje rynku pracy. Broń boże, regulacje nie mogą obejmować warunków pracy, zwłaszcza zwalniania pracowników, płacy minimalnej; groźne dla korporacji są umowy zbiorowe, ewentualne koszty odpraw. Cenna jest za to swoboda inwestowania: brak licencji, norm środowiskowych, możliwość transferowania zysków. Indeks prowokuje kilka pytań, które powinien sobie postawić wrażliwy społecznie ekonomista. Wolał je przemilczeć i dlatego ukrył się pod inicjałami. Może następnym razem odniesie się do kilku poniższych kwestii.
Po pierwsze, dlaczego go nie zastanawia, że praktykujące wolność gospodarczą a`la Heritage Foundation wszystkie byłe gospodarki centralnie planowane stały się peryferiami globalnego kapitalizmu, z wyjątkiem Chin. Ale one idą inną drogą niż chcieliby amerykańscy „inwestorzy”. Narzucili oni światu reguły wolności gospodarczej, zwane konsensusem waszyngtońskim; narzucili siłą swego państwa i jednostronnych organizacji wielostronnych, kierowanych z tylnego siedzenia przez Departament Skarbu. Chińskie państwo (a fe!) nie dopuszcza portfelowego kapitału, nie jest sługą prywatnych korporacji (G. Kołodko). Państwo chińskie nie jest teoretyczne, nie jest wysuszone podatkowo, kontroluje kurs własnej waluty. Natomiast idące teraz za amerykańską panią-matką nadwiślańscy liberałowie zamienili Ursus na Factory, a polską gospodarkę w zaplecze poddostawców i podwykonawców niemieckiego Cesarstwa Przemysłowego; oferuje ona tanią pracę montażową, usługi biznesowe, logistykę. Nic więc dziwnego, że w filiach zagranicznych korporacji powstaje 2/3 polskiego eksportu i 42 proc. wartości dodanej. Co gorsza, własność majątku produkcyjnego zagranicznego kapitału, łącznie z udziałem w krajowych firmach można szacować na 45- 50 proc. . Z kolei udział artykułów importowanych w handlu wielkopowierzchniowym sięga 80 proc. (A. Karpiński). Znajduje to wszystko wyraz w transferze zysków, które stanowią około 3 proc. polskiego PKB.
Po drugie, na cenzurowanym w tym indeksie jest rola państwa w gospodarce. Tymczasem wytrawny badacz globalnego kapitalizmu Władysław Szymański, uważa wysuszenie podatkowe państwa i poddanie go władzy finansjery i rencistów za pomocą długu publicznego i arbitrażu regulacyjnego za główną słabość neoliberalnej globalizacji. Brak bowiem arbitra, który by reprezentował racjonalność ogólnospołeczną, i co ważniejsze obecnie – racjonalność planetarną. Ta z kolei jest konieczna, by wyznaczyć uzgodnione normy eksploatacji przyrody, regulacji obrotu kapitału, eksploatacji pracy i życia ludzkiego. Rezultatem spuszczania z keynesowskiej smyczy kapitału pieniężnego (zniesienie stałych kursów walut, Nixon 1971; ostateczne zniesienie rozdziału bankowości detalicznej i inwestycyjnej ustawą z 1999 r.) uczyniły z sektora finansowego główną gałąź gospodarki, i doprowadziły do powstania kapitalizmu kasyna. Dlatego powrót do współpracy państw, na początek w G20, może doprowadzić do ograniczenia optymalizacji podatkowej, a zwłaszcza likwidacji rajów podatkowych, dokąd emigrują zyski korporacji. Tylko na tym poziomie można sterować przebudową energetyki czy modelu konsumpcji. A więc tyle planowania, ile konieczne, tyle rynku, ile możliwe.
I po trzecie, czy autor naprawdę poleca klasom pracowniczym świata amerykański model stosunków pracy. W tym modelu głównym zadaniem menedżerów jest maksymalizacja zysków akcjonariuszy. Rezultat łatwy do przewidzenia. Współczynnik Giniego jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Trwałą tendencją jest rozchodzenie się produktywności pracy i mediany zarobków. O ile ta pierwsza w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc., to druga już tylko o 10 proc. . Według laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona, w 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa, przy czym pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. .
Właśnie ta wolność zatrudniania-zwalniania leży u podstaw stagnacji neoliberalnego turbokapitalizmu, który lansuje ten ideologiczny indeks. Mechanizm degradacji pracy jest następujący: arbitraż pracy w globalnej gospodarce => prekariat, spadek dochodów z pracy=> spadek popytu w krajach, potem popytu globalnego =>stąd stagnacja gospodarki, ucieczka w kredyty konsumpcyjne i hipoteczne => kasyno-kapitalizm (np. M. Husson, A. Karpiński, W. Szymański, J. B. Foster). W szczególności poza autocenzurą znajduje się aprobata dla asymetrycznej relacji między kapitalistą i jego pomocnikami a sprzedawcami siły roboczej, mobilizowanymi, by produkować coraz więcej za coraz niższą płacę. Autor pisze beztrosko, że wolność pracy to dla pracownika to „znalezienie możliwości zatrudnienia i pracy”. Właśnie sęk w tym, że to bywa półniewolnicza praca opiekuńcza w Niemczech dla kobiet ze Ściany Wschodniej, praca na zlecenie dla absolwenta wyższej uczelni, z dużą częścią płacy otrzymywanej pod stołem, bez urlopu i ubezpieczeń. Można zmienić pracę, lecz zawsze pozostaje się tylko właścicielem swojej siły roboczej. Druga zaś strona dysponuje kapitałem odtworzonym, a nawet powiększonym o wartość dodatkową. Może akumulować, stać ją na kupowanie kolejnych nieruchomości, pensjonatów, pałacyków jak byłego wójta Pcimia na posadzie w Orlenie. Na dodatek, system wyposaża go w tak cenną w indeksie „zdolność do swobodnego zawierania umów o pracę i zwalniania zbędnych pracowników, gdy nie są już potrzebni – co jest niezbędne do zwiększenia wydajności i utrzymania ogólnego wzrostu gospodarczego”. Z tej wolności korzysta prezes Lotu. Cieszmy się, czytelnicy Trybuny, z autorem z królestwa wolności dla korporacji, jej udziałowców, akcjonariuszy, menedżerów.
Czyżby Trybuna chciała odebrać chleb działaczom Forum Obywatelskiego Rozwoju – twierdzy fundamentalizmu rynkowego? Jeśli nie, to wypada się tylko cieszyć. Kapitalizmu nie obronią bowiem jego zwolennicy, bo on sam jest swoim największym wrogiem. Ich recepta to więcej kapitalizmu w kapitalizmie. I może na tym polega chytrość rozumu autora i kierownika działu.

Agencja Pracy Wyzysk

Do Pauliny trudno się dodzwonić, ciągle zajęte. Kiedy już się udaje, pada kilka prostych pytań, które można sprowadzić do jednego: czy nadaje się Pan/Pani do roboty? Praca jest w markecie w dużej galerii handlowej, przy wykładaniu towaru i na kasie. Każdy to potrafi. Trzeba mieć tylko książeczkę sanepidowską. Stawka? A studiuje Pan/Pani? Jeśli tak, 13 zł do ręki, jeśli nie, to niestety tylko 12. W tym momencie Paulina kłamie wprost.

Prawdziwe stawki są niższe, minimalne (około 10 zł netto za godzinę pracy), zupełnie nieprzystawalne do dzisiejszych stawek na rynku pracy, a już na pewno w stolicy. Ale ona dostaje niewielką prowizje za każdą zawartą umowę, więc ma to gdzieś. Chyba po cichu liczy, że nie wszyscy doczytają w umowie albo pomylą brutto z netto. Poza tym może się nie orientować w warszawskich realiach, bo właśnie siedzi w swoim mieszkaniu w Radomiu, gdzie odbiera telefony, wypełnia papiery i ściga się na ilość zawartych umów z koleżankami. Witamy w Agencji Pracy Tymczasowej Krzak spółka zoo z siedzibą w Warszawie (prawdziwej nazwy nie podaję, bo to bez znaczenia), w wirtualnym biurze (na co prawo nie pozwala) które można wynająć za 99 zł miesięcznie (+VAT). Rok założenia 2018.
Rozmowy kwalifikacyjne stają się zbędne, kto by jechał do Radomia? Paulina prosi ‘’klienta’’ o przysłanie danych SMS-em, z nich tworzy egzemplarz umowy i profil w internetowym systemie zleceń firmy. Wysyła link z umową, który wystarczy w owym systemie ‘’kliknąć, by zaakceptować’’ – nie potrzeba już nawet fizycznego podpisu. Szczegóły pracy? Do ustalenia z kierownikiem na miejscu. Od kiedy może zacząć? Od zaraz? No i gitara.
Praca dla desperatów
Umowa, oczywiście zlecenie, jest typową frajerską umową. Grafik ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem, trafia on do systemu i musi być wypełniony. Za brak obecności firma może potrącić całość (sic!) wynagrodzenia. Nikogo nie interesuje, czy jesteś chory, czy dziecko ci się pochorowało, czy zmarła ci matka. Obiecałeś – przychodź. Niektórzy pracownicy w takiej sytuacji wysyłają kogoś z rodziny albo znajomych, a kierownicy przymykają oko. Brakuje przecież personelu. Brak obowiązku osobistego świadczenia pracy zbija także zarzut, że jest to stosunek pracy – każdy sąd pracy to przyzna.
Grafik musi być raportowany, czyli potwierdzany w systemie. Jeśli nie będzie – pracownik może oczekiwać kar umownych (20 zł + 20 zł za każdorazowe przypomnienie SMS). Agencja Pracy pobiera z pensji 10 zł za każde wystawienie rachunku. Za każde rażące naruszenie obowiązków lub działania na szkodę Sklepu (tak w umowie; wszystko z wielkiej litery) 500 zł kary. Zleceniobiorca ponosi także odpowiedzialność za ewentualne niedobory kasowe, czyli manka. Warto podkreślić, że zwykły etatowy pracownik niekoniecznie za nie płaci; pracodawca bowiem musi wcześniej skierować sprawę do sądu i ją wygrać – rzadko mu się to opłaca. Poza tym manko nie oznacza zazwyczaj działania intencjonalnego, zdarza się, jak to w życiu, i jest wliczone w działanie w branży handlowej.
Wypłata wynagrodzenia odbywa się po 28 dniach od zakończenia miesiąca kalendarzowego. Za styczeń pieniądze można zobaczyć w marcu (lub ostatniego dnia lutego). Jeśli pracownikowi będzie potrzebne szkolenie, to oczywiście bezpłatne.
Każdy, kto podpisywał kiedykolwiek umowę zlecenia z agencją pracy zapewne wzruszy ramionami, bo są to zapisy standardowe. Często nie chodzi wcale o to, aby je wykorzystywać, lecz aby stanowiły straszak. Wykorzystuje się je zaś przy rozstaniu z pracownikiem, gdy wiadomo, że ten nie będzie już potrzebny. Żaden pracownik i pracowniczka nie zgodzi się przecież na upokarzającą karę umowną czy odebranie pensji i kontynuowanie współpracy z taką agencją. Nie pójdzie też do sądu, bo ma większe problemy na głowie. Zresztą i tak by pewnie przegrał.
Dotychczas działalność tej firmy skupiała się na ściąganiu pracowników z Ukrainy, a głównymi udziałowcami są obywatele ukraińscy. Można domniemywać, że rozszerzenie działalności na outsourcing polskich pracowników wynika z coraz większej niechęci przyjazdu Ukraińców do Polski – po raz pierwszy od czterech lat spadła liczba pracowników z Ukrainy. Firma musi więc naganiać do pracy zdesperowane emerytki lub naiwnych, rozpoczynających swoją przygodę z rynkiem pracy studentów (bo raczej tylko tacy podejmą się takiej pracy – przepraszam! – zlecenia).
Na popularnym portalu z ocenami pracodawców agencja ma dużo negatywnych opinii. Wiele z nich dotyczy opóźnień w wypłacie wynagrodzenia. Ktoś, kto dostał pensję o dwa tygodnie po czasie, dostaje gratulacje, bo inny czekał trzy miesiące.
Wiecznie tymczasowi
Kiedy mieliśmy ostatnio do czynienia z protestami grup zawodowych budżetówki, często padał argument, że to skandal, że zarabiają oni mniej niż ‘’na kasie’’. Brzmiało to tak, jakby praca w handlu miała być gorsza i z zasady mogła być mniej opłacana, bo nie potrzeba do niej żadnych kwalifikacji. Ale jest to przecież zajęcie ciężkie, nużące i monotonne. No i wbrew powstałemu wrażeniu nie zarabia się tam jakichś kokosów. Pracowników do Biedronki, Lidla czy Carrefoura znaleźć trudno, bo jest wiele innych zajęć, również niewymagających jakichś niesamowitych zdolności, ale za to lepiej płatnych. Ten niedobór pracowników połączony z brakiem chęci bądź możliwości zwiększenia wynagrodzeń powoduje sięganie po pracowników tymczasowych. Ciekawi mnie jednak, że nigdy taka wielka firma, która z tego korzysta, nie zadba, żeby tymczasowi mieli godne warunki – żeby nie byli tylko zasobem, który trzeba do końca wycisnąć i wypluć. Widocznie tak się bardziej opłaca. Humanistyczne zarządzanie ‘’zasobami ludzkimi’’ zawsze przegra ze słupkami w Excelu.
Ponieważ w Polsce płace rosną, bezrobocie jest niskie i zatrudniający muszą się bardziej starać, żeby znaleźć kogoś do roboty, temat agencji pracy tymczasowych, niegdyś często goszczący na łamach gazet i portali, jakoś zanikł. Ale same agencje nie zniknęły. Według raportu Polskiego Forum HR praca tymczasowa w 2017 roku dotyczyła 864 tys. osób. Agencji, które działały w zakresie pracy tymczasowej było 4815, a połowa z nich to nowe podmioty. Na tym rynku istnieje duża rotacja – ok. tysiąc nich co roku się zamyka, a nowe powstają w tym samym tempie. Rynek wart jest 7,4 mld zł i urósł o 2 proc. w ciągu roku. Nowsze szacunki mówią jednak o spadku zatrudnionych w ten sposób (do około 700 tys.) We wcześniejszych latach było to ponad milion pracowników.
Przeciętny pracownik tymczasowy był zatrudniony przez 60 dni w roku. Dla ponad połowy z nich okres zatrudnienia wynosił zaś poniżej 3 miesięcy. Dla około 15 proc. zatrudniających okres tymczasowości jest wstępem do zaoferowania pracownikowi etatu, swojego rodzaju okresem próbnym.
Agencje do zamknięcia?
Stopień penetracji rynku, czyli odsetek zatrudnienia tymczasowego (liczby godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych w przeliczeniu na pełne etaty) w odniesieniu do ogółu zatrudnienia w danym kraju wynosi u nas 1 proc. i z roku na rok spada. Ale to nie znaczy, że tę niewielką część pracujących powinniśmy pozostawić na pastwę powszechnego w tej branży wyzysku.
Państwowa Inspekcja Pracy w 2017 roku przeprowadziła kontrole, z których wynika, że aż 58 proc. agencji narusza przepisy. Najczęściej chodzi o niepłacenie w terminie składek na Fundusz Pracy, nieprzestrzeganie obowiązku przedstawiania corocznych sprawozdań czy wprost nielegalne świadczenie usług.
Dwa lata temu PiS podjął próbę regulacji branży, wprowadzając limit zatrudnienia u jednego pracodawcy do 18 miesięcy czy automatycznie przedłużając umowę tymczasową pracowniczki w ciąży (do dnia porodu; dzięki temu otrzyma zasiłek macierzyński) oraz inne szczegółowe przepisy, które mają walczyć z nadużyciami. Czy to coś dało dowiemy się w najbliższych miesiącach, gdy PIP opublikuje raporty już po wprowadzeniu owych nowelizacji. Jeśli jednak skala nieprzestrzegania prawa w agencjach zatrudnienia będzie nadal tak duża, warto rozważyć ich likwidację, tak aby zatrudniających i zatrudnione łączyły bezpośrednie relacje prawne.

Państwo vs. Człowiek Pracy Ważny tunajt

Jak powiedział dyrektor spółdzielni mieszkaniowej w serialu „Alternatywy 4” do oczekującego kilkadziesiąt lat na przydział lokalu najstarszego jej członka: „czekaliście, czekaliście, no i w końcu się doczekaliście”. Takoż i dzisiaj, naród czekał, czekał aż wreszcie się doczekał, i dostał od Platformy Obywatelskiej coś na kształt programu wyborczego, szumnie nazwanego „szóstką Schetyny”. Nie powiem, na papierze, momentami, jest to całkiem z sensem napisane. Ale jakby się tak bliżej przyjrzeć…

…to wyjdzie na to, że na te wszystkie pomysły nie bardzo jest skąd wziąć. Tzn. może i jest skąd, ale rachmistrze z PO nie mają rozeznania w rządowych rachunkach i jasno nie wskazują źródeł finasowania swoich własnych pomysłów. Może trochę z dywidendy spółek Skarbu Państwa, może zabrać TVP i IPN-owi. Ale jak się w końcu dobiorą do słupków w ministerstwach, to na pewno znajdą pieniądze pochowane po kątach i poupychane pod powałą. Jedna rzecz w tych propozycjach Platformy warta jest odnotowania i szerszego skomentowania. Platforma, chyba po raz pierwszy od czasu ogłoszenia swoich tez programowych w hali „Olivii” w Gdańsku pokazuje, że…chce niższych podatków. I to dla kogo? Nie dla przedsiębiorców, ale dla ludzi na etatach. Oczywiście nie tak od razu. Jeszcze by kto pomyślał, że PO zaproponuje zatrważający pomysł odwrotu od opodatkowania pracy. Do tego jeszcze nie dorośli, lub jak się tu u nas zwykło mawiać, nie ma odpowiedniego politycznego klimatu dla podobnych rozwiązań. Bo trzeba wiedzieć Szanownym Państwu, że pobieranie podatku od pracy nie jest czymś oczywistym, ale wymysłem stosunkowo niedawnym. Ongiś, pracę podatkiem okładano, gdy trzeba było znaleźć pieniądze na wojny czy inne łupieżcze wyprawy, a później jakoś to już poszło. No i tak w kapitalizmie zostało. Przez lata „wolnej Polski” kapitał wmówił tłuszczy, że PIT trzeba płacić, bo na nim ten kraj stoi, a bez tego wszystko się posypie. Ale już gdy się baczniej przyjrzeć liczbom okazuje się, że wpływy z PIT-u dla budżetu Bóg wie jak niezbędne nie są. Państwo poradziłoby sobie i bez nich. Trzeba by co prawda jakoś połatać kilka dziur i może nawet nieco przyciąć na początku socjal, ale wreszcie człowiek pracy, który uczciwie zarabia na chleb, nie byłby przez państwo okradany. Bo właśnie do konfliktu Państwo-Człowiek, proszę ja Was, sprowadza się dziś współczesny konflikt w Polsce, a może nawet i w Europie zachodniej.
Dziś w Polsce praca obłożona jest podatkami, niemal tak samo, jak używki-wódka czy papierosy. Jak mamy na papierku, że zarabiamy 5 koła, to do kieszeni dostaniemy 3 z kawałkiem. Innymi słowy, pieniądze z pracy ludzkich rąk i umysłów są grabione dodatkowo przez państwo, bo to nie wymyśliło jak dotąd lepszego sposobu żeby zadbać o swoich obywateli, niż okradanie ich samych. Państwo i jego ludzie od czarnej roboty powiedzą Wam, że to nie ono tak dużo zabiera, ale pracodawcy mało płacą. I jakby płacili więcej, powiedzmy, 6,5 tys. zamiast 5, to wtedy państwo zabrałoby co jego, a człowiek dostałby 5 na rękę. Ale nie mówi już to samo państwo, jak przedsiębiorca ma sfinansować tę podwyżkę, bo od tego już nie jest. Państwo, jak widać, jest od zabierania pracownikowi. Aaa, no i od dawania temu samemu pracownikowi, jemu podobnemu, lub bezrobotnemu, ochłapów z tego, co zabrało ludziom z pensji. Dopłacając 6 tysięcy złotych do podatku dochodowego, odbieram, w miesięcznych ratach, 6 tysięcy złotych rocznie na pierwsze dziecko. Przecież to zupełnie bez sensu. Po co robić takie idiotyczne przelewanie z kubka do szklani? Ano po to, żeby było widać, że państwo nie tylko zabiera. Że, jak dobry pan, również daje, a zły pan to dorobkiewicz, który was strzyże co miesiąc na zakładzie. I to myślenie, o zgrozo, do wielu trafia. Ci wszyscy, którzy widzą we współczesnym świecie alegoryczne odbicie „Kapitału”, obserwując stosunki państwo-człowiek pracy w Polsce, potwierdzają tylko swoją utopijną wizję: konflikt dzisiejszy, to nadal konflikt kapitał vesrus uspołecznienie środków produkcji. Państwo natomiast stoi na straży ludzi pracy i trzepie po kieszeni kapitalistę. Co do jednego zgoda-państwo nahajem łamie dziś kapitalistom ręce. I to nie tym wielkim, ci mają sztab ludzi do obrony. Dostaje się najbardziej średniakom. No i przy okazji też pracownikowi. O staniu na straży nie ma mowy, a wie to ten, kto widział jak się w firmach ewidencjonuje czas pracy, jak rozpisuje urlopy, jak na stacji benzynowej koleś z Sanepidu pije wódkę z kierownikiem zmiany, a w tym czasie szeregowy pracownik napełnia mu bak prywatnego auta państwową benzyną. Oczywiście, są w biznesie i tacy, którym zawsze będzie mało i nawet gdyby zwolnić ich z obowiązku łożenia opłat i podatków za pracę, i tak obetną pracownikom pensje i kupią sobie kolejny jacht. Ale jest też spora grupa, która dałaby ludziom zarobić, ale nie może, bo jak podniesie pobory, to wszyscy pójdą z torbami sczyszczeni przez fiskus.
Platforma niestety nie odwraca w swoich propozycjach tego paradygmatu. Dalej chce opodatkowywać pracę, ale proponuje jednocześnie dawanie premii za pracowniczą aktywność. Tylko po co. Wystarczy ludziom nie zabierać, żeby później im nie oddawać ułamka tego, co się nakradło niby to do wspólnego budżetu. Ten da się zbilansować bez konieczności drenowania pieniędzy z kieszeni pracownika. I to jest właśnie, moim zdaniem, myślenie progresywne, na które nawet polska lewica jak dotąd nie wpadła. Chcesz być po stronie ludzi pracy-to stań obok nich i nie pozwól ich okradać. Nie grubemu biznesmenowi z cygarem (a są nadal i tacy) jak z obrazka, ale państwu, bo to ono najwięcej zabiera.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Gniew żółtych kamizelek

Korespondencja z Paryża

 

To nie była demonstracja paryżan. Ich na manifestacji było stosunkowo mało, jeśli już – to klasy średnie zbiedniałe. Przedmieścia ludowo-imigranckie były bardzo słabo reprezentowane, poza paroma grupkami młodych. Widziałem również kilka kobiet w chustkach – bez problemy mieszały się z tłumem. Panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, która przerodziła się w gniew dopiero wtedy, gdy policja zaczęła rozpędzać tłum brutalnymi metodami, także przy pomocy trujących gazów importowanych z Niemiec. Pierwszy raz zetknąłem się z takimi metodami na manifestacji lewicowej, antyimperialistycznej, w Monachium w 1993 r. Za Sarkozy’ego takie twarde metody importowano na ulice Paryża. Widocznie stare sojusze z czasów Vichy i Petaina na salonach mieszczuchów przetrwały.

 

Manifestanci w dużej mierze pochodzili z prowincji.

Wielu było zabiedzonych emerytów oraz drobnych prekariuszy, którzy muszą dojeżdżać do pracy samochodem, bo linie kolejowe zostały zlikwidowane.

Stąd bunt przeciwko cenom paliwa i diesla… To nie są „rzecznicy samochodów i konsumpcji”, jak ich oskarżają centrolewicowi, „ekologiczni” mieszczanie, którzy owszem jeżdżą rowerami, ale lubią spalać tony paliwa na swoje lotnicze wyprawy „konferencyjno-intelektualno-polityczno-urlopowe” lub importować w zimie chilijskie truskawki. Spotkałem też licznych robotników z małych miast, drobnych sprzedawców produktów rolnych, młodych gniewnych prekariuszy. Szli w grupach zakładowych kolegów, Francuzi, migranci z krajów arabskich i przybyli z Hiszpanii. Dużo było bardzo konkretnych rozmów o tym, kto za co żyje, ile zarabia i w jaki sposób musi dorabiać. Popularny sposób? Uprawianie różnych warzyw i owoców na poletkach obok domów. Kwestia dorabiania nurtowała także emerytów. Niektórzy z nich z trudem wiążą koniec z końcem, inni pomagają bezrobotnym dzieciom lub wnukom. Takie realia „rozwiniętej” Francji B.

Słyszałem tę prowincję w języku. Jeden z młodych manifestantów zwrócił się do mnie: Przepraszam pana, czy pan może się posunąć, bardzo proszę, muszę przejść, budować barykadę! W języku paryskim nie da się już czegoś takiego usłyszeć.

Wieś, małe miasteczka i średnie miasta poszły na spotkanie „wielkiej stolicy”, w której wielu z nich wcześniej nie było nigdy. Stąd idea, by manifestować na Polach Elizejskich i obok Pałacu Elizejskiego, czyli prezydenckiego. Tradycyjnie paryska lewica demonstruje wokół placów Republiki, Narodu i Bastylii, co już nie przeszkadza burżuazji.

 

Żółte kamizelki o tym nie wiedziały.

Wkroczyły na tereny, gdzie wielka burżuazja się bawi, bo właśnie te miejsca ludziom z daleka kojarzyły się z Paryżem. Lud ze słomą wychodzącą z butów wszedł z butami na salony „cywilizowanych” burżujów i zagranicznych oligarchów (amerykańsko-arabsko-izraelsko-rosyjskich) – i nawet pojął to dopiero po czasie, jak można było sądzić po rozmowach. Dopiero wtedy, gdy był już na tych prestiżowych ulicach, już dekorowanych i oświetlonych na cześć zimowego święta konsumpcji, nazywanego nie wiadomo dlaczego Bożym Narodzeniem.

 

Cała przemoc na manifestacji pochodziła od policji.

Zebrani byli nastawieni całkiem pokojowi, powiedziałbym – dobrodusznie. Dopiero, gdy użyty został gaz i wjechały armatki wodne, demonstranci zaczęli spontanicznie budować barykady z czego popadło i palić ogniska, żeby pokazać swój gniew. Znamiennie – troszczyli się przy tym, by pożar nie dotarł do otaczających budynków.

Na Polach Elizejskich są bogate hotele, banki, drogie restauracje. Żadne z tych miejsc nie zostało tknięte przez manifestantów.

Mimo całego gniewu wobec bogaczy i próżniaków z całego świata, którzy tam się zwykle gromadzą. To należy podkreślić – chociaż ja sam zastanawiam się, czy nie należało raczej okupować obiektów należących do banksterów i służących im mediów.

Na całej demonstracji widziałem jednego jedynego przedstawiciela skrajnej prawicy. Niósł hasło „Front Narodowy was popiera” – sam chyba nawet nie wiedział, że Front zmienił nazwy już parę miesięcy temu. Dużo więcej było lewicowców – byli raczej przychylnie przyjęci. Widziałem trochę czerwonych flag, kilka portretów Che Guevary i kilka chustek palestyńskich. W skali całego wydarzenia było ich jednak niewiele. Większość uczestników nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Lider Nieuległej Francji Jean-Luc Melenchon apelował na Twitterze o poparcie manifestacji, ale widziałem tylko jednego posła z tego ugrupowania, Ruffina. Spokojnie rozmawiał, debatował z demonstrantami.

 

Nikt nie przyszedł z hasłami i partyjnymi znakami – z żadnego zresztą ugrupowania.

Tzw. „komuniści” mieli w ten dzień swój zjazd – doskonały pretekst, by nikogo nie wysyłać i ograniczyć się tylko do słownego „poparcia manifestantów”. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA) też nie przyszła, ale to nie zdziwiło. Ta grupa już od kilku lat woli zebrania salonowe i umoralniające przemowy niż kontakt z masami i działalność wśród dołów społecznych, wśród realnie istniejącego ludu. Małe a liczne inne ugrupowania „lewackie”, których we Francji jest mnóstwo, także się nie pojawiły. Jeśli nawet ktoś z tego grona był w tłumie, to starał się trzymać linię „pozornej apolityczności”. Według (niestety) przyjętego dziś standardu.

Manifestanci byli więc głównie ze środowisk, które dotąd nie były upolitycznione. Dopiero się uczą, dotychczas byli bierni, dopóki nie ogarnął ich gniew. Tym bardziej byli zszokowani tym, co w Paryżu znamy od dawna – z hipokryzją mediów i przemocą policyjną. Dopiero teraz się z nią zetknęli, zobaczyli kontrast między prawdą i medialnym obrazem na własne oczy. Dużo było dyskusji miedzy manifestantami. Każdy się w biegu uczył myśleć politycznie. Dzięki Macronowi !!! Wielkie jemu za to dzięki !!!

Tak więc brzmiały główne wątki – zasłyszane, zauważone, wykrzyczane:

Media kłamią! Macron musi odejść! Bankierzy kradną! Zabić banksterów! Długi są niesprawiedliwe! Trzeba atakować raje podatkowe! Kontrolować łamanie prawa podatkowego przez bogatych! Kontrolować eksport kapitału! Trzeba podnieść poziom życia, zabierając bogatym! Nie dajemy rady żyć z takimi pensjami! Nie walczymy dla siebie, ale o prawo do życia naszych dzieci! Koniec z kosztownymi wojnami w Afryce i krajach arabskich! Precz z handlarzami broni! Oskarżają nas o faszyzm, bo nie mają argumentów!

I dalej:

Wszyscy żyjemy we Francji, musimy razem walczyć! O nasze prawa do godnych zarobków i pracy! Mamy nadzieję, że przedmieścia (imigranckie – przyp. BD) się włączą, wtedy dopiero będzie prawdziwa walka! Partie polityczne i związki zawodowe zawaliły, my byliśmy grzeczni, a teraz trzeba być poważnym i się zorganizować! Dotychczas był bunt, czas przejść do rewolucji! Obalić system!

 

Obalić Macrona, obalić rząd, obalić system!

Nic o UE, nic o NATO. Widziałem jeszcze hasło: Społeczeństwo obywatelskie do parlamentu! Słyszałem też Marsyliankę. Fragment, gdzie śpiewa się „niech nieczysta krew użyźni naszą ziemię”. Tyle, że demonstranci przerabiali to na „krew Macrona”.

Zapamiętałem też dobrze jedną scenę. Jedna z libańskich stacji TV prowadziła wywiady z manifestantami. Nagle jeden z nich, widząc kamerę, zawołał: „Pierdolone media! Media prostytutki!”. Ale z tłumu ktoś odpowiedział: to Libańczycy, pozwól im robić swoją robotę, dzięki nim ludzie się dowiedzą, co tu naprawdę się dzieje. Media francuskie kłamią!

Na to znowu ktoś inny: Libańczycy już wiedzą, co to szczucie jednych na drugich w imię religii i rasy, my tu takiego czegoś nie chcemy, wszyscy mamy być razem, żeby walczyć o godną pracę w naszej wspólnej Francji!

Libańczycy byli rozradowani, uśmiechnięci… Za to dziennikarzy francuskich było bardzo mało. Widać, że się bali reakcji ludzi. Kiedy zbliżyła się ekipa prorządowej BFM TV, ludzi do niej krzyczeli: „Będziecie zadawać pytania, a potem tak to potniecie, że wyjdziemy na faszystów lub prowokatorów. Umiecie tylko kręcić i kłamać! Czy wam nie wstyd ?” Ekipa uciekła potem przed tlumem… A ci bardziej niby lewicujący, jak „Le Quotidien”? Gdy starali się nawiązać rozmowę, mówili coś w rodzaju: „No dobrze, wiecie, ze tak naprawdę Macron odejść nie może, bo takie są reguły demokracji. Więc co konkretnie chcecie, żeby zrobił ?”

 

Około 80 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

To wynik oficjalnych sondaży, który potwierdza się w terenie, nawet, gdy rozmawia się z policjantami. Oni też często myślami są po stronie manifestantów. To oznacza, że wśród manifestantów musiało być wielu takich, którzy głosowali na Macrona i na Le Pen. Ale ogólna atmosfera na proteście nawiązuje do pamięci o rewolucji francuskiej. Nikt otwarcie nie wypowiadał się w duchu prawicowym. W żadnej rozmowie nie usłyszałem niczego rasistowskiego czy w duchu Le Pen… Nie twierdzę, że tego nie ma, ale to znaczy, że oni wiedzą, że nie mogą wyjść ze swoimi poglądami, bo to nie „ich teren”. Słyszałem w bocznej ulicy rozmowę grupy młodych: „Musicie zrozumieć, trzeba przestać glosować na tę k… Le Pen jako na niby-opozycję. Dokładnie tego życzy sobie Macron!”. Co do Le Pen, z jednej strony chciała ona przejąć ten ruch, z drugiej – boi się go.

Nowe warstwy ludowe, biedni i średnio biedni, wchodzą do boju i kształcą się politycznie w sposób spontaniczny, w wielkiej próżni. Bo co się dzieje z lewicą? Wspomniany zjazd Francuskiej Partii Komunistycznej przyjął nowe logo. Bez sierpa i młota, z mapą Francji w kształcie podobnym do czerwonej gwiazdy, ukoronowanej ekologicznym drzewkiem … Nieuległa Francja już niemal definitywnie podzieliła się między radykałami, którzy chcą włączyć się do konkretnej walki klasowej i budować coś trwałego na dole, a tymi, co dążą do instytucjonalnego przejęcia resztek Partii Socjalistycznej i są gotowi do „kompromisów” w imię tzw. „realizmu” …

Generalna Konfederacja Pracy przygotowuje swój zjazd – tam też wyraźnie spór miedzy bazą lewicową, która chce znowu klasowego związku i powrotu do Światowej Federacji ZZ, a prawicą, która podtrzymuje linie Europejskiej Konfederacji ZZ i Międzynarodowej Konfederacji ZZ. Inne „umiarkowane” związki, szczególnie CFDT, są przeciwko manifestantom, poparcia udzieliła tylko jedna federacja Force Ouvriere. Ważne kiedyś ugrupowania trockizujące, anarchizujące, maoizujące, ekologizujące stały się w dużej mierze klubami dyskusyjnymi emerytów politycznych.

 

Tymczasem młodzież buduje od podstaw swoją wizję przez stowarzyszenia,

które zaczynają się na nowo dzielić na lewicujące i prawicujące, od rojalistow po ultra-maoistow lub „apolitycznych”. Coraz bardziej widać podział miedzy „lewicą moralną”, salonową, hasłową, intelektualno-mieszczańską, instytucjonalną, a „lewicą społeczną”, klasową, oddolną, ludową, skłonną do poniesienia ryzyka swych decyzji.

Ultraprawica także się odbudowuje. Konfrontacja wydaje się nieuniknione, ale nie z padającym Zgromadzeniem Narodowym Marine Le Pen, ale z twardogłowymi rzecznikami „tożsamości”, białej lub tej islamistycznej. Ci są na razie wyizolowani od mas, które chodzą bardziej twardo po ziemi i kalkulują na bazie interesów materialnych, niezależnie od tego, czy wierzą w Boga muzułmanów, katolików czy jakiegoś innego. Proces więc trwa, a „żółte kamizelki” przyspieszają okres dojrzewania. Rozgniewana ludność musiała się sama rzucić na ulice, bo awangardy nie było…

Historia Francji uczy, że lud najpierw debatuje w kawiarniach i na ulicy, gdy wychodzi protestować, główkuje samodzielnie, a potem dryfuje na lewo. Rozumie, że ludzie to ludzie, a ludzie pracy to ludzie pracy, nie ma ograniczeń rasowych, narodowościowych, religijnym. Traf chciał, że najbardziej rozbudowane myślenie zauważyłem wczoraj wśród robotników, w tym z zakładów na prowincji. Ten fakt potwierdza to, co lewica wie od mniej więcej 150 lat – świadomość bazuje na stosunkach produkcji.

Protesty trwają…

Wolni z wolnymi! równi z równymi! Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Nie palcie stosu

Rafał Woś – moim zdaniem, najwybitniejszy dziś w Polsce publicysta ekonomiczny – popełnił tekst polityczny, który jego pracodawców, a także kolegów z bliskiej mu formacji intelektualnej, wprawił w stan paniki. W ramach uświęconej klasyką tradycji – „Ja was proszę, towarzyszu Birkut, odetnijcie się” – od Wosia odcięła się „Polityka”, a także inni lewicowi publicyści, tacy jak Maciej Gdula. „Polityka” zrobiła to w zgodzie z najlepszymi tradycjami centralizmu demokratycznego, ogłaszając, iż Woś jest w niej „dziennikarzem ekonomicznym, nie politycznym”; zaś „naszą linię programową reprezentują m.in . Jerzy Baczyński, Mariusz Janicki, Wiesław Władyka i Adam Szostkiewicz”. Cóż takiego zrobił mądry, wykształcony i stroniący od sensacji Woś, żeby wzbudzić takie namiętności? Napisał otóż – na gazeta.pl – tekst, który już w tytule bluźni wszystkiemu, co najświętsze w szeregach „demokratycznej opozycji”. Tytuł brzmi: „Lewico, czas na współpracę z PiS. Trzeba budować z Kaczyńskim demokratyczny socjalizm”. (…) Wytłumaczył to na swój typowy, intelektualno-erudycyjny sposób, powołując się na znakomitą w swej syntetyczności teorię młodego amerykańskiego politologa Yaschy Mounka o konflikcie między niedemokratycznym liberalizmem i nieliberalną demokracją – czyli pozornym procesem demokratycznym, którego efekt w żaden sposób nie zaburza władzy finansowych elit z jednej strony, i łamiącą reguły demokratyczne, zmierzającą do autorytaryzmu antyelitarną władzą z drugiej. Woś trafnie odnotowuje, że w oczach człowieka lewicy oba te rozwiązania są fatalne; co go różni od liberała, dla którego to, że kasa rządzi, a demokracja jest tylko fasadą, jest zjawiskiem naturalnym i pożądanym. Na tym etapie wywód jest w zasadzie oczywisty, w każdym razie z punktu widzenia człowieka lewicy. Komplikuje się dalej. Woś pisze otóż, że lewica – realnie rzecz biorąc, Partia Razem i jej ewentualne przystawki – powinna podjąć się „misji ucywilizowania PiS”, poprzez wejście z nim w najpierw w dialog, a później w koalicję, na bazie programowej wspólnoty, którą Woś nazywa „demokratycznym socjalizmem”. I dalej lewica winna skorzystać z tej koalicji dla wybijania partnerowi z głowy co bardziej niedemokratycznych pomysłów. Ta idea wzbudziła histerię i, co gorsza, wrogość, także w kręgach lewicowych. Na wstępie – zanim ja też zostanę ukamienowana przez Czytelników – zaznaczę, że nie zgadzam się z Wosiem. Ale nie zgadzam się także z jego krytykami. „Tekst Wosia jest charakterystyczny i jednocześnie niepokojący, bo świadczy o duchowej niemocy jednego z najważniejszych lewicowych publicystów” – napisał Maciej Gdula, w żarliwej polemice, która niepozbawiona jest agresji. Niesłusznie. W mojej opinii Woś nie ma racji, sądząc, że PiS jest podatny na wpływy – szczególnie ze strony „lewaków”. Jako dowód, że proces taki jest możliwy, a nawet istniejący, przytacza on w zasadzie jeden tylko przykład – czarne protesty: „Zresztą to… już się dzieje. Pamiętacie czarne protesty? Zainicjowała je nowa lewica, i to właśnie one doprowadziły do wstrzymania prac nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej. Można powiedzieć, że w tym wypadku lewica wychowała prawicę”. Na co Gdula odpowiada że czarne protesty nie ucywilizowały, tylko zastraszyły PiS: „protest był nie żadnym dialogiem, tylko gwałtownym i masowym oporem wobec pomysłu prawicy. PiS nie przyjął argumentów, ale ugiął się przed siłą ulicy”. Moim zdaniem, obydwaj się mylą: czarne protesty nie miały żadnego wpływu na proces legislacyjny, był on bowiem z góry skazany na porażkę. Kaczyński po prostu nie jest zainteresowany zaostrzaniem ustawy antyaborcyjnej, czemu dał wyraz jeszcze w 2007 roku – wtedy, kiedy Marek Jurek, w proteście przeciw zablokowaniu przez Kaczyńskiego wpisania „ochrony życia poczętego” do konstytucji, odszedł z PiS i ze stanowiska marszałka Sejmu. W takim sensie, przykład z czarnymi protestami jako argument na rzecz otwarcia PiSu na proces cywilizowania przez lewicę – i alternatywnie, skuteczności walki z PiS-em metodą uliczną – jest po prostu chybiony. Ale ważniejsza jest inna kwestia. Gdula zarzuca Wosiowi „zdziecinnienie”, którego objawem jest „nawalanie w liberałów”. Albowiem, wykłada Gdula, liberałowie już od trzech lata nie rządzą – „i wcale nie wygląda na to, żeby zanosiło się na ich powrót do władzy” – a doktryna neoliberalna jest w odwrocie, toteż lewica dziś nie powinna zajmować się liberałami, tylko skupić się na walce z PiS. Moim zdaniem – w tym miejscu Gdula myli się wręcz zbrodniczo. Liberałowie – przywoływany przez Wosia „niedemokratyczny liberalizm”, cała ta idea, że „masz kapitał, to wynajmujesz sobie prezydentów albo komisarzy, którzy zabezpieczają twoje interesy. Nie masz? Demokracja kończy się dla ciebie na symbolicznym akcie wrzucenia kartki do wyborczej urny” – są źródłem zła, co do którego istnienia wszyscy się zgadzamy. Wyniosła alienacja elit, które dawały ludowi do zrozumienia, że powinien szanować bogatych, bo są po prostu lepsi, jest przyczyną, dla której wybory wygrywa Kaczyński, Orbán, Trump… Lewica nie może przestać „nawalać w liberałów”, ponieważ jedyną nadzieją na pokonanie prawicowego populizmu jest przekonanie ludzi, że niedemokratyczny liberalizm nie wróci. Że nie jest tak, że muszą wybierać między państwem praworządnym i państwem opiekuńczym, albowiem mogą mieć jedno i drugie.(…) I w tym względzie Woś ma rację, nawet kiedy się myli. Lewica musi podjąć dialog z PiS – nawet jeśli będzie to dialog jednostronny – i omawiać, i eksponować wspólnotę poglądów i programów w ramach, niech mu będzie, „demokratycznego socjalizmu”. Musi chwalić te punkty programu obecnej władzy, które zgodne są z lewicowymi wartościami – a także przyznać, że postępując zgoła przeciwnie zrobiła zasadnicze błędy w polityce społeczno-gospodarczej. Ale nie dlatego, żeby w konkluzji dojść do koalicji – tu zgadzam się z krytykami Wosia, że PiS nie da się ucywilizować, bo rządzi z pozycji siły i żadne kompromisy go nie obchodzą – tylko dlatego, żeby wykazać wyborcom, że to nie jest tak, że „oni cofną 500 plus”, jak mówił ostatnio premier Morawiecki na wiecu w Sandomierzu. Żeby być w tej mierze wiarygodnym, trzeba zdobyć się na powiedzenie, że PiS zrobił coś dobrze. Że 500 plus jest dobre, bo – przy wszystkich swoich wadach konstrukcyjnych i antyfeministycznych założeniach – zlikwidowało haniebne ubóstwo wśród dzieci i zmieniło równowagę na rynku pracy, skąd zniknęła zdesperowana quasidarmowa siła robocza, co zmusiło pracodawców do uczciwego płacenia pracownikom. Że minimalna stawa godzinowa jest dobra, bo pracownicy na zlecenie byli głównymi ofiarami wyzysku. Że wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej jest dobrym pomysłem, ponieważ progresja podatkowa jest w Polsce za niska – choć oczywiście idiotycznym wybiegiem jest nazywanie jej „daniną solidarnościową” i opowiadanie, że to wszystko wina kalek. Nie domagam się, aby lewica podchodziła do programu społeczno-gospodarczego PiS bezkrytycznie – od tego w końcu mamy PiS – tylko, żeby miała odwagę oceniać go obiektywnie, bez lęku, że powiedzenie czegoś pozytywnego oznacza „zdradę demokracji”. Prawdziwą zdradą demokracji jest pozostawienie państwa w rękach Kaczyńskiego. A stanie się tak, jeśli opozycja, zamiast wypracować przekonującą dla dzisiejszych zwolenników PiS alternatywę, będzie się nadal skupiać się na obrażaniu ich, jako ciemnych, chciwych i kupionych.
Obrażanie wyborców nie jest najlepszą metodą na wygrywanie wyborów.

Angielski sen cz. (1) NA WYSPACH

Od kilku miesięcy pracuję na Wyspach. Po dwóch tygodniach urlopu ponownie odwiedziłem Zjednoczone Królestwo – wciąż nie wiem na czym to ich jednoczenie polegało, ale mniejsza z tym.

 

 

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony będą ukazywać się w „Dzienniku Trybuna”. Ponieważ jest to jednak początek nowego cyklu, pierwszy z nich ma charakter wprowadzenia adresowanego do Czytelników, którzy nie mieli okazji czytać poprzednich, publikowanych wyłącznie w wersji elektronicznej.

 

Zanim tu przyleciałem chwytałem się w panice przeróżnych zajęć. Po kolejnej i mam nadzieję ostatniej terapii odwykowej, po raz kolejny rozpocząłem nowe życie. Ponieważ z samego pisania utrzymać się teraz nie sposób, a wiele więcej robić nie potrafię. Pomimo pewnych oporów, ale z nadzieją na stały dochód, zatrudniłem się na jakiś czas w telewizji państwowej. Niestety, wszędzie był ten sam problem, płatności. Owszem, zapewniali, że już za miesiąc zapłacą, wyrównają i że będzie już dobrze. Na pocieszenie dowiedziałem się, że z pewnością dostaniemy kasę na koniec grudnia, ponieważ księgowość przed nowym rokiem musi zrobić porządek w papierach. A to był chyba wrzesień.
Niewiele brakowało, bym już został nawet stajennym. Pomysł bardzo mi się spodobał, praca w sam raz – choć kwalifikacji brak, to zapału do cholery. W jednej ze stadnin, poszukiwali pomocnika. Pojechałem na rozmowę wstępną. Ponieważ jednak długo nie było odzewu, zdecydowałem się na wyjazd do mitycznej krainy funta szterlinga.
Znajomi znaleźli mi pracę, ogarnęli lokum, udzielili kilku wskazówek, pomogli pozałatwiać formalności, i tak zacząłem brytyjski rozdział mojego życia.
W listach publikowanych na FB opisałem początki pracy, trudy aklimatyzacji, problemy z jakimi borykałem się na co dzień, coś co potem przeradzało się w banał, stawało rutyną, by ostatecznie dojść do wniosku, że nawet na swój sposób lubię tę pracę. A życie, choć wydaje się dziwne i czasami głupie, jest w zasadzie znośne, choć wciąż coś mnie tu uwiera. Nie potrafię określić co, ale wiem, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Żeby nie stracić orientacji, każdego dnia zakładam zegarek, by nie stracić orientacji i nie pomylić lewej strony z prawą.
Wyleciałem z Polski jedynie na miesiąc, by poprawić swój byt i poczekać na kasę ze spodziewanej sprzedaży książki. Bytu jednak nie poprawiłem, a sprzedaż jest wciąż nieokreślona. Utknąłem więc w tym dziwnym kraju i trwam, bo zarobki dla takich jak ja, wystarczają jedynie na trwanie – chwilowe i niepiękne.
Plusem jest to, że nie od pierwszego do pierwszego, a od piątku do piątku. Płacą mi co tydzień, więc jeśli kasa skończy się na przykład we środę, to wystarczy przetrwać jedynie czwartek i życie, a raczej trwanie, zaczyna się od nowa. W międzyczasie zadzwonił właściciel stajni, żebym przyjechał do roboty, bo moja kandydatura najbardziej mu odpowiada. Tym razem ja się wahałem, bo szczerze mówiąc ledwo się zainstalowałem, zacząłem poznawać miejsca i ludzi. W magazynie gdzie piastuję odpowiedzialne stanowisko sprzątacza pracują ludzie z 69 krajów. Część z nich poznałem, z częścią się zaprzyjaźniłem, a moja nauka języka pasztu zadziwia nawet Pakistańczyków. Kiedyś jeden kierowca Ubera, prosił mnie bym nauczył go jak się przedstawić w tym języku, bo on wprawdzie Pakol, ale urodzony na Wyspach i całkowicie zasymilowany. Uczyłem go więc całą drogę: „Hapkakja name her?” (jak się nazywasz) i odpowiedź: „Mera name Jammi ha”, bo chyba Jammi miał na imię.
Planowany miesiąc pobytu w UK minął kilka miesięcy temu, a ja nadal mieszkam w kraju, którego pomimo szczerych chęci, nie udało mi się polubić. Wielka Brytania, to śmieci walające się po ulicach, to podłe jedzenie, Anglicy patrzący z góry na obcokrajowców, ludzie posługujący się językiem, w którym nie ma słowa „smacznego”, ale w zasadzie nie powinno to dziwić. Byłoby niesmacznym żartem powiedzenie komuś podczas typowego angielskiego obiadu „Smacznego”. Jedzenie naprawdę jest tu okropne. To kraj, w którym podobnie jak ruch uliczny, wszystko znajduje się z niewłaściwej strony.
To jedno z nielicznych na świecie miejsc, które kompletnie niczym mnie nie zachwyciło. Zdarzało się owszem, że zwiedzając jakieś miasteczko, myślałem „ale tu ładnie”, ale szybko dochodziłem do wniosku, że po prostu jest to posprzątane, zadbane, ale zupełnie przeciętne miejsce.
Zwiedzając Londyn obszedłem miejsca opisywane w powieściach Charlesa Dickensa – i nawet tego turpistycznego piękna z „Olivera Twista” nigdzie nie dostrzegłem. No, może w podziemnym przejściu w Luton, gdzie mieszka para bezdomnych dwudziestokilkulatków. Piękno dotyczy jedynie ich miłości, bo sytuacja w jakiej się znaleźli obciąża każdego z nas. A jeśli nie wydarzy się coś, jeśli nie zmienimy świata, to i tę miłość zabijemy. Patrząc na nich, zrozumiałem chyba co miał na myśli autor pisząc w Internecie o Luton: „W tym miejscu kończy się ludzkość”
Dotychczas mieszkałem w tym mieście. Według statystyk, Luton jest jednym z trzech najbrzydszych, najgorszych i najbardziej niebezpiecznych miast w UK. Znakomite rekomendacje dla kolekcjonerów wrażeń – pomyślałem – ale już po pierwszych tygodniach doszedłem do wniosku, że tu również jest przeciętnie. Handel narkotykami kwitnie praktycznie w każdym miejscu, nawet nie w ciemnych zaułkach, ale na głównych ulicach czy reprezentacyjnym deptaku. Sprytni dilerzy wpadli nawet na dość oryginalny pomysł. Rozdają wizytówki, na których w dwunastu językach napisane jest, co i za ile można kupić. Z numerem telefonu oczywiście. Dwukrotnie znalazłem dilpaki pełne białego proszku – zapewne kokaina, bo kto by sobie polską fetą (amfetamina) dupę zawracał.
Gdy kilka dni temu, po dwutygodniowym urlopie wróciłem z Polski, wsiadłem w pociąg, by jak najszybciej dojechać do znajomych. Zająłem miejsce… i tuż pod nogami zobaczyłem charakterystyczny, foliowy woreczek wypełniony białym proszkiem. „Good morning Anglio” – pomyślałem. Idealne miejsce dla kogoś, kto usiłuje wytrzeźwieć po 25 latach czynnego i hardkorowego uprawiania nałogów.
Jest jednak coś, czego Brytyjczykom zazdroszczę. Są równie niemili dla wszystkich. Tu nie wartościuje człowieka praca, którą wykonuje. Nie ma najmniejszego znaczenia w relacjach międzyludzkich, czy jest śmieciarzem, sprzątaczem, managerem, lekarzem czy kimkolwiek innym. Piastowane stanowisko jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy. „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – nie robi tutaj wrażenia.
Tutaj nie wzbudza sensacji para gejów czy lesbijek całujących się w autobusie lub na ulicy. Ale narzekają na imigrantów, ludzi z ich dawnych (i współczesnych) kolonii, których maksymalnie wyeksploatowali ze wszystkich wartościowych złóż, minerałów, niewolniczej pracy. Wycisnęli z nich wszystko, co zaspokajało ich próżność i stanowiło jakąkolwiek wartość, wpędzając tym samym w nędzę, A siebie w dobrobyt
Pewna doza sprytu i zmysł obserwacji, bardzo ułatwia życie. Komunikacja w Anglii jest potwornie droga. Bilet z Luton do Londynu w jedną tylko stronę kosztuje 22 funty. A to naprawdę niewielka odległość. W zależności od stacji 30-50 km.
Można jednak spokojnie przejechać tę trasę bezpłatnie, tylko w mniej dogodnych porach. Od 22.00 do 6.00 rano wszelkie bramki są otwarte, a stojąca obok obsługa kończy pracę. Można więc jeździć za free aż do oporu, czyli do 6.00 rano.
Kilka osób w pracy ucieszyło się z mojego powrotu. Ponieważ wcześniej zapowiedziałem, że prawdopodobnie zostanę w Polsce, to radość jaką zobaczyłem w ich oczach autentycznie mnie wzruszyła. Oczywiście Pasztuni, kilku Hindusów, Rumunów, i – co ciekawe – kilku Polaków, z którymi zdążyłem się już zakolegować. Znakomita większość wciąż się nawet ze mną nie wita. Najbardziej ucieszyła się dwójka Rumunów – Rokko i jego naprawdę piękna dziewczyna Made. Przez ostatni miesiąc jeździłem z nimi do pracy. Zaprzyjaźniliśmy się, a że pokrywał nam się grafik – oni też pracują na nocki – to miałem doskonały transport.
Od mojego miejsca zamieszkania do pracy to odległość ponad 30 km. Nie byłoby to nawet wielkim problemem, gdyby jeździły tam jakieś autobusy lub pociągi. Owszem istnieje kilka kombinacji dojazdu środkami publicznej komunikacji, ale wiążą się one z właściwym dla tego kraju ryzykiem. Ryzyko jest takie: autobus może przyjechać lub nie. Nie ma reguły. Niby jest na rozkładzie, niby elektroniczna tablica pokazuje, że za ileś tam minut przyjedzie, by w ostatniej minucie przeskoczyć i podać kolejny termin za 40 minut. Kiedyś z kolegą czekaliśmy w Old Hatfield ponad cztery godziny wierząc, że w końcu nadjedzie. Cztery czy pięć razy gapiliśmy się w minuty wyświetlane na przystankowym telebimie. Przypomniał mi się wtedy fragment piosenki Jacka Kaczmarskiego „i w duszach swych przeklinaliśmy, tę łatwą wiarę, w megafony”. Gdy jednak mamy już to szczęście i jednak przyjedzie, też nie należy jeszcze popadać w euforię.
Dwukrotnie dałem się nabrać i cieszyłem jak dziecko, gdy zobaczyłem nadjeżdżający pojazd o właściwym numerze. Jeszcze w pierwszym tygodniu pracy, wracałem do domu i marzyłem jedynie by coś zjeść, ochlapać i do łóżka. Jakieś cztery kilometry od mojego wynajętego pokoju na Stockwood Crescent w Luton, zatrzymał się i twierdząc, że auto ma awarię, wyrzucił wszystkich pasażerów. Drugim razem, na zupełnie innej trasie, w pewnym momencie, kierowca ogłosił, że właśnie skończył pracę i też wyrzucił wszystkich z autobusu. Czegoś takiego jak komunikacja zastępcza jeszcze tu nie widziałem.
Poza trudnościami komunikacyjnymi autobusów, pojawiają się dosyć często werbalne trudności komunikacyjne, gdy kupuję bilet. Odwiedzając znajomych w Borehamwood, często zostaję u nich na noc. Następnego dnia, jadąc do pracy z lękiem wypatruję autobusu o numerze 658.
Kupując bilet mówię kierowcy nazwę przystanku – Colney Fields. Kierowca powtarza: „London Colney?” Nie, odpowiadam, bo bilet który chce mi sprzedać jest droższy. Więc powtarzam Colney Fields, a ten swoje „London Colney”. I tak czasami po kilka, kilkanaście razy. W końcu kierowca załapuje „A! Colney Fields. Dlaczego od razu nie mówisz?” I patrzy na mnie jak na kretyna.
Zirytowany tymi wiecznymi problemami, by uprościć sprawę, zatrzymałem sobie w kieszeni stary bilet, gdzie jest napisana właściwa nazwa przystanku. Pomysł przeszedł spodziewane granice i już nie tylko nie muszę sie spierać o który Colney mi chodzi, ale również przestałem płacić za przejazd.
Wchodząc do autobusu mówię kierowcy „Colney Fields” i wyciągam ten stary bilet, by sobie jeszcze przeczytał. Kierowca w pierwszej chwili mówi „London Colney”, gdy jednak patrzy na ten stary bilet, który podtykam mu pod sam nos, mówi ok, masz bilet, siadaj możesz jechać. I tak na lewym bilecie, lewą stroną drogi dojeżdżam do roboty.

c.d.n.

Lewica to ludzie pracy

Wiele osób zastanawia się: co się stało z lewicą? Ale to, co mają na myśli, to nieobecność partii nazywających siebie lewicowymi w głównym nurcie bieżącej polityki.

 

Tymczasem istotą zadania lewicy nie jest zasiadanie w parlamencie osób z lewicową plakietką partyjną, tylko upodmiotowienie świata pracy. Można oczywiście odrzucić takie spojrzenie w nadziei, że wyrzeczenie się idei lewicowej pozwoli serfować na mainstreamowej fali, tylko po co?
Bo jeżeli nie chodzi wyłącznie o diety i prestiż, to takie wchodzenie do polityki bocznymi drzwiami nie da lewicy nawet cienia szansy na przejęcie władzy. Nie będzie też mowy o wcielaniu choćby umiarkowanego programu socjalliberalnych czy socjaldemokratycznych reform.
Upodmiotowienie ludzi pracy to nie tylko cel sam w sobie dający pracownikom udział w zarządzaniu firmami, w których pracują, a także udział w zyskach tych firm.
Chodzi także o upolitycznienie pracowników, uczynienie z nich świadomej swej siły i swych interesów grupy/klasy społecznej.
Ideolodzy panującego, neoliberalnego systemu wmawiają nam, że jesteśmy jedynie zasobami ludzkimi, które nie mają nic do gadania w miejscu pracy, a godni uwagi stajemy się dopiero jako konsumenci, mieszkańcy czy wyborcy. Stąd zamiast ruchu pracowniczego w centrum uwagi tej „lewicy light” są ruchy miejskie, których cele i horyzont ideowy sprowadza się do kwestii ważnych, lecz nie najważniejszych. Skoncentrowane są na racjonalizacji polityki przestrzennej, transportu, komunikacji i funkcjonowania miast i gmin, ale rzadko dotykają polityki społecznej, rozwarstwienia, a już nigdy praw pracowniczych.
Lewica powinna się angażować na szczeblu lokalnym w sprawy związane z projektowaniem przestrzeni publicznej, urbanistyką czy transportem zbiorowym, ale nie może zapominać, że jej głównym zadaniem jest organizowanie polityczne ludzi, którzy w społecznym podziale pracy i jej owoców są pomijani i dyskryminowani. Ma obowiązek mówić o wyzysku, głodowych płacach, nieludzkich warunkach pracy i niegodnym traktowaniu pracowników.
Tymczasem w środowiskach lewicowej inteligencji panuje nieufność wobec klasy pracującej.
Nieufność charakterystyczna dla drobnomieszczaństwa. Ludzie o zdawałoby się wysokim „kapitale kulturowym” zdają się nie rozumieć jak kapitalne znaczenie dla przyszłości formacji lewicowej ma interakcja inteligencji z ludem. To rodzi postawy paternalistyczne i koncepcje odgórnego uszczęśliwiania warstw ludowych. Stąd rozmaite koncepcje polityki społecznej jako głównego instrumentu wyrównywania różnic majątkowych i dochodowych. Koncepcja Bezwarunkowego Dochodu Gwarantowanego i pokrewne opierają się na założeniu, że robotnik, kierowca, budowlaniec czy pracownik na hali fabrycznej nie jest w stanie na siebie wystarczająco dużo zarobić i potrzebuje wspierać swe dochody zasiłkami z pomocy społecznej, czy innymi instrumentami transferu socjalnego. A przecież skoro rośnie dochód narodowy, to powinien rosnąć udział płac w tym dochodzie. Robotnicy zarabiają na swe utrzymanie, tylko są systematycznie okradani przy wypłacie, bo jest ona wyłącznie oparta o sytuację na rynku pracy, a nie efekty pracy załogi, która swym zbiorowym wysiłkiem gwarantuje firmie zyski.
Trzeba rzecz jasna oddzielić przedsiębiorstwa dochodowe, często notowane na giełdzie, gdzie zyski rosną lawinowo od mikrofirm, które płacą mało, bo często działają na granicy opłacalności. Tam gdzie zyski są małe, pensje powinny być uzupełniane z budżetu państwa tak, aby ludziom pracy i ich rodzinom zapewnić godny (nie minimalny) poziom życia. Kiedy prawica, liberałowie pytają nas, socjalistów, komu zabrać, żeby dać tym, którym brakuje, możemy spokojnie odpowiedzieć, że akt zabierania już się dokonał przy podziale dochodów firmy na zyski i płace pracowników.
Wystarczy nam godnie płacić, dopuścić nas pracowników do udziału w dobrach, które naszą pracą wytwarzamy, a potrzeba wyrównywania w drodze podatków i zasiłków znacząco zmaleje.
Redystrybucja budżetowa jest konieczna, żeby zapewnić każdemu z nas godny poziom życia w ramach różnych usług publicznych takich jak powszechna, bezpłatna służba zdrowia, mieszkalnictwo komunalne, czy pomoc społeczną dla tych, którzy utracili pracę lub zdolność do jej świadczenia. Nie może być ona jednak głównym sposobem zasypywania przepaści jaka rośnie między bogacącymi się elitami a niezamożną większością. Jeżeli nie nauczymy się liczyć zysków i domagać się w nich udziału, doczekamy świata, w którym demokrację zastąpi oligarchia. Rządy bogatych nad biednymi. W swojej istocie taki system już działa, choć oficjalnie zachowuje się jeszcze pozory.
I mimo, że nie ma już prawie wielkich zakładów pracy, zatrudniających tysiące ludzi, to jednak tylko ludzie pracy, zorganizowani w siłę polityczną mogą cofnąć ten proces i zapobiec nadejściu totalitarnej dyktatury wielkich korporacji i najbogatszych udziałowców.
Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy pod hasłami polityki prorodzinnej, nie pro-pracowniczej, mimo że formacja ta odwołuje się do „Solidarności”, wielkiego ruchu ludzi pracy, który ongiś liczył 10 milionów pracowników. W konfliktach między pracownikami a pracodawcami rząd Mateusza Morawieckiego twardo stoi po stronie kapitału. Próby strajku w wielu firmach, w tym w ZUS, Poczcie Polskiej czy PLL LOT stłumiono, zwalniając działaczy związkowych, a „Solidarność” odgrywa teraz zwykle rolę łamistrajka.
Jednym z głównych haseł wielkiego strajku brytyjskich górników w latach 80. było „Praca, nie zasiłek”. Praca już właściwie jest. Ale płace wciąż przypominają zasiłki, a nie godne wynagrodzenie. Jeżeli lewica ma się odrodzić, to tylko w walce o godność i podmiotowość ludzi pracy. Nie da się tego zastąpić ruchami miejskimi, ekologicznymi, które są niezbędne, ale lewicy nie zastąpią. Naszą wciąż niezastąpioną bronią muszą być znów strajki, ekonomiczne i polityczne. Tylko wtedy lewica się odrodzi, gdy na Wiejskiej zasiądą ludzie pracy, by przegłosować tych, którzy ich krzywdzą od początku transformacji ustrojowej.

Kongres żenady

Kongres Kobiet usiłował w tym roku przekonać, że naprawdę występuje w obronie wszystkich kobiet, także ubogich pracownic i prekariuszek. Skończyło się żenującą kompromitacją, kiedy wyszły na jaw warunki pracy ochroniarek pracujących podczas wydarzenia. Kolejnymi wypowiedziami w tej sprawie organizatorki tylko bardziej się pogrążały.

 

Przypomnijmy: jak poinformowała Maria Świetlik w artykule opublikowanym w serwisie gazeta.pl, ochroniarki pracujące podczas Kongresu Kobiet musiały stać na baczność przez kilkanaście godzin, nie mogąc ani na chwilę odpocząć na stojących obok krzesłach, nie miały również przerwy na posiłek czy skorzystanie z toalety. – Nie zbudujemy społeczeństwa prawdziwej wolności, jeśli nie będziemy jej zapewniać w relacjach pracy – podsumowała działaczka. Odpowiedź, jaką pod jej adresem sformułowała Magdalena Środa, była kuriozalna: zdaniem jednej z twarzy liberalnego feminizmu nic się w gruncie rzeczy nie stało, bo organizatorki kongresu też nie miały gdzie i kiedy usiąść, a ponadto to nie one, lecz pracodawcy ochroniarek podyktowali ich warunki pracy.

Kilka dni później ta argumentacja posypała się ostatecznie, gdy ochroniarki ujawniły, iż to organizatorka Kongresu Kobiet osobiście żądała od nich stania na baczność. – Organizatorka przekazała nam, że mamy stać na baczność i nie ruszać się z miejsca, nie wyraziła zgody na przerwy na jedzenie czy picie lub skorzystanie z toalety. Jeśli zrobiłyśmy choćby jeden krok, organizatorka po prostu wrzeszczała na nas, mówiąc „głąby”, „idiotki”. W ten sam pogardliwy sposób odnosiła się również do przebywających podczas Kongresu wystawców, do zespołu muzycznego i teatralnego. Wszyscy czuliśmy się tam jak niewolnicy – powiedziała jednak z kobiet. Na skandaliczne fakty Magdalena Środa zareagowała histerycznie. – „Nowa lewica” pod sztandarami bolszewickiej Inicjatywy Pracowniczej, dziennikarza Sroczyńskiego, Marii Świetlik (rozpętała piekło będąc na zwolnieniu zdrowotnym i uciekła na nie, by nie odpowiadać na pytanie, kto był insynuatorem tej zadymy) i anonimowego w napastliwych i kłamliwych tekstach „Codziennika Feministycznego” – rozciągnęła wojsko. Jest wreszcie wróg, nad którym można mieć łatwe zwycięstwo, można weń walić ile wlezie przy blasku fleszy, hejtować bez ograniczeń, bo rzeczywiście nic tak nie zagraża prawom kobiet, prawom człowieka, prawom pracowniczym i rozwojowi Nowej Lewicy jak Kongres Kobiet! – napisała Środa na Facebooku.

Z lepszej strony chciała się pokazać Dorota Warakomska, prezeska stowarzyszenia Kongres Kobiet. Goszcząc u Grzegorza Sroczyńskiego w audycji „Świat się chwieje” zapewniła, że jej organizacja wyraża ubolewanie „w związku z dyskusją wokół Kongresu Kobiet i sytuacją, w jakiej znajdują się pracownice firm ochroniarskich w ogóle”. Przekonywała także, że w przyszłości organizatorki bardziej zainteresują się tym, w jakich warunkach pracują osoby obsługujące feministyczne zjazdy. Jednak słowa te nie zabrzmiały szczególnie wiarygodnie w świetle innych wypowiedzi Warakomskiej. Organizatorka zjazdu oświadczyła, iż zarzuty ochroniarek nie potwierdziły się mimo przeprowadzenia wielu rozmów „z wszystkimi możliwymi osobami”.

Na pytanie Sroczyńskiego, czy Warakomska rozmawiała z samymi ochroniarkami, ta odpowiedziała przecząco. Przekonywała, że partnerami do takiej rozmowy byli dla niej… ich szefowie, kierownictwo zatrudniającej je firmy. Sugestie, iż w podobnej sytuacji należy dać wiarę relacji pokrzywdzonego pracownika, wręcz ją oburzyły. Zdobyła się najwyżej na stwierdzenie, że przeprasza osoby, które się „źle poczuły”.

Warakomska nie omieszkała za to dodać, że organizatorka Kongresu, której ochroniarki we wcześniejszej audycji Sroczyńskiego zarzuciły złe traktowanie, czuje się nękana przez pracownice i być może poda je do sądu.

Cała historia ostatecznie pokazuje, że jeśli jest w Polsce jakiś kobiecy kongres, na którym realnie występuje się w obronie pracownic, prekariuszek, lokatorek, kobiet nieuprzywilejowanych i wykluczonych, to była nim nie głośno reklamowana impreza w Łodzi, a Socjalny Kongres Kobiet, jaki odbył się w marcu w Poznaniu.