Bigos tygodniowy

Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Do sklepu czy na pocztę nie może wejść na raz więcej niż jedna osoba, a w kościele może przebywać jednocześnie 50 osób, które śpiewają i wygłaszają dziwne zdania, czyli rozprzestrzeniają wokół siebie ślinę w aerozolu. Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Jak się ma radykalny alert podtrzymywany przez rząd w związku z epidemią, jak się mają wszelkie wezwania ministra zdrowia i innych urzędników państwowych do zachowywania maksymalnych środków ostrożności, jak się ma zamknięcie szkół, wyższych uczelni, sądów, instytucji kultury, lokali gastronomicznych, supermarketów, zakładów usługowych, jak się ma wymóg wchodzenia pojedynczo do urzędów pocztowych i to do ściśle oznaczonej linii, do studiów telewizyjnych i radiowych, gdy odwołano mistrzostwa Europy w piłce nożnej, festiwal filmowy w Cannes i być może odwołana zostanie olimpiada w Japonii, etcetera, etcetera, etcetera, jak się ma praktyka licznych kwarantann, jak się ma wezwanie do nieprzychodzenia bez szczególnie uzasadnionej potrzeby do placówek służby zdrowia, jak się mają nieprzeliczone praktyki mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się epidemii, w tym między innymi zalecanie maksymalnie możliwego unikania bezpośrednich kontaktów, łącznie z unikaniem wspólnych spacerów – do trwania PiS przy przeprowadzeniu wyborów 10 maja? Jak się ten upór ma do definicji ewentualnego zagrożenia epidemiologicznego wypowiedzianej przed kamerą Polsat News przez dyrektora Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, która sprowadza się do sytuacji, w której co najmniej dwie osoby pracują w jednym pomieszczeniu przez co najmniej 15 minut? Jak się w końcu ma do tego osobisty apel Adriana do seniorów, by szczególnie chronili się przed zakażeniem – jak się to, do jasnej cholery, ma do uporczywego trwania władzy przy zachowaniu majowego terminu wyborów prezydenckich? Jojo Brudziński oficjalnie ogłosił zebranie 2 milionów podpisów pod kandydaturą Adriana. A przecież przeprowadzenie wyborów oznacza: konieczność zorganizowania tysięcy komisji wyborczych, czyli przebywania w jednym pomieszczeniu kilkorga osób przez wiele godzin, wzmożony, lawinowy ruch osobowy, w znaczącym stopniu osób starszych, zmierzający (pieszo lub środkami miejskiej komunikacji) do lokali wyborczych (dodatkowo dochodzi czynnik tempa przebiegu wyborów – jeśli głosujący będą wchodzili pojedynczo do lokali, to jak czas wyborów może zamknąć się w obrębie niedzieli?). Czy to nie będzie delikt kryminalny ze strony władzy, która w ten sposób narazi miliony ludzi na wzmożone ryzyko zakażenia, a więc zagrożenia zdrowia i życia? Czy to nie będzie delikt poważniejszy i bardziej karygodny niż łamanie Konstytucji, w którym to przypadku przynajmniej nie miało miejsca bezpośrednie narażenie ludzi na utratę zdrowia lub śmierć? Nawiasem: kilkuset lekarzy francuskich złożył pozew sądowy przeciw premierowi i minister zdrowia za przyzwolenie na wybory, co naraziło ludzi na śmierć. O tym, że de facto nikt, poza Adrianem, nie ma możliwości prowadzenia kampanii wyborczej już nawet nie wspomnę.

„W maju będziemy żyli w warunkach pandemii. Tylko wariat albo zbrodniarz mógłby proponować ludziom pójście do lokali wyborczych” – powiedział Donald Tusk. Z tej definicji wynika, że Kaczor, który kilka dni temu twardo opowiedział się za przeprowadzeniem wyborów 10 maja jest „wariatem lub zbrodniarzem”. Nie sprzeciwiam się tej opinii. Wystarczy poczytać relacje ze scen na lotniskach polskich, głównie Okęcia, w trakcie akcji „powrót do domu” obywateli polskich zza granicy. To co się działo na tych lotniskach i granicach zresztą też, nie było walką z wirusem, ale wspomaganiem go w intensywnych rozprzestrzenieniu się. I to przy zastosowaniu tzw. „procedur”. N.p. setki ludzi tłoczyły się w hali lotnisk, a inne setki przybywających na przejście w Zgorzelcu podpisywało oświadczenie o poddaniu się kwarantannie jednym podsuwanym im „służbowym” długopisem. Koronawirus mógł wesoło i żwawo przebiegać po tym długopisie z dłoni na dłoń. Nawiasem mówiąc, czyżby Prezesa, który poinformował, że „był w kościele” dotknął wirus Dzięgi. Oby w nie najcięższej postaci popychającej do korzystania z życiodajnej wody święconej ile dusza zapragnie. Życiodajnej w sensie życia wiecznego rzecz jasna.

Jedna z moich ulubionych posłanek, Klaudia Jachira (jaka szkoda, ze nie jest w Lewicy, tylko w KO, która do niej pasuje jak pięść do nosa) zwróciła uwagę na to, że epidemia uśpiła, a może po części sparaliżowała opozycję. Istotnie. Opozycja jakby zapomniała o niedawnym skandalu, jakim było przyznanie dwóch miliardów szczujni TVPiS, dwóch miliardów, które bardzo by się przydały na walkę z epidemią, zwłaszcza przy kolosalnych brakach przypomnianych przez samą pisówkę, Krynicką Bernadettę z Łomży. Opozycja powinna o tym nie mówić, a wyrykiwać donośnym głosem. Tymczasem nawet o szykowaniu się reżymu do wyborów prezydenckich mówi tak niemrawo, jakby chodziło o sprawę drugorzędną. Tymczasem powinna przez megafony ryczeć, że sam pomysł przeprowadzenia w terminie wyborów prezydenckich to skandal i głupstwo. Pojawił się mem z Adrianem stojącym obok urny cmentarnej i „zapraszającym do urn”

Mecenas Michał Wawrykiewicz mówi bez ogródek: już teraz, nie po ewentualnych wyborach można składać pozwy sądowe o zagrożenie zdrowia i o zaniechanie wyborów w nadzwyczajnych warunkach epidemii. Organizowanie wyborów tych warunkach jest działaniem prowadzącym do zagrożenia życia wielu osób. Artykuł 165 kodeksu karnego przewiduje za takie działania „sprowadzające niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej” karę do ośmiu lat więzienia, a w przypadku zaistnienia kwalifikowanej postaci tego przestępstwa: gdy następstwem tego czynu jest śmierć lub ciężki uszczerbek na zdrowiu – kara do dwunastu lat więzienia. Ten artykuł powinien być zaadresowany do prezydenta, premiera, marszałka Sejmu. „Sprawstwo nastąpi, jeśli wybory fatycznie zostaną zorganizowane w maju” – stwierdza Wawrykiewicz. Co do Kaczyńskiego, to prawnik jest zdania, że ten „szeregowy poseł” może zostać pociągnięty do odpowiedzialności za „podżeganie czy pomocnictwo”. „Dlatego w mojej ocenie – kontynuuje adwokat – w razie przeforsowania tej szalonej, zapewne tragicznej w skutki, decyzji można będzie mówić o odpowiedzialności karnej zarówno jego, jak i wielu innych osób, które uczestniczą w planowaniu wyborów, ryzykując życie milionów obywateli” – konkluduje. Ale to w odległej zapewne przyszłości. Na dziś, osobiście odmawiam, już teraz, uczestnictwa delikcie kryminalnym ludzi władzy, czyli pójścia na wybory na warunkach Kaczora. Czy ten człowiek jest obłąkany?

PS. Kącik poetycki
Ryszard Grosset

POMYSŁ GENIUSZA

Jest pomysł, co się zdaje durny
by emerytów gnać do urny
i ani trochę się nie zrażać
tym,że panuje w krąg zaraza.
Lecz ,gdy się trochę zastanowić,
wtedy w rozumie człowiekowi
myśl świta – prezes jest geniuszem
co problem chce rozwiązać z ZUSem.
Emeryt pójdzie – krzyżyk „walnie”,
złapie wirusa – skończy marnie.
Tą drogą siostry i braciszki
ZUS się uwolni od zadyszki.
Ruszaj do urny emerycie
Aby za państwo oddać życie.

Nikomu nie będzie słodko

Prezydent Duda na podpisaniu ustawy o opłacie cukrowej może wyjść jak Zabłocki na mydle.

Wybory prezydenta traktowane są przez wszystkie główne siły polityczne jako plebiscyt za lub przeciw obecnemu obozowi władzy. Dlatego tenże obóz, zgodnie z logiką politycznych kampanii, powinien unikać ruchów, które zniechęcą do niego jakąkolwiek grupę społeczną.
W tym kontekście, należy dziwić się uporowi, z jakim wbrew krytyce ekspertów, przedsiębiorców i środowisk rolniczych, rząd i parlamentarna większość forsują ustawę, nakładającą kolejne podatki: tzw. ustawę o opłacie cukrowej – ocenia Instytut Staszica w analizie, poświęconej możliwemu wpływowi „podatku cukrowemu” na preferencje wyborcze Polaków. I wskazuje, że w związku z tym, nie jest wykluczone, że o wyborach prezydenckich w Polsce może rozstrzygnąć „efekt motyla”.
W tej chwili ustawa została przyjęta przez Sejm i zajmuje się nią Senat. W „izbie refleksji” jest szansa na rzeczywistą refleksję nad tą regulacją. Jak dotychczas żaden z istotnych postulatów ekspertów i producentów nie zyskał uznania rządzącej większości. Przesunięcie vacatio legis o trzy miesiące, przedstawiane jako wielkie ustępstwo, to jedynie efekt niepewności, czy proces legislacyjny dobiegnie końca przed 1 kwietnia, kiedy to pierwotnie miała wejść w życie rzeczona ustawa.
Od momentu zaprezentowania projektu wspomnianej ustawy (już kilka razy modyfikowanego) na ten temat wypowiadali się eksperci – w zdecydowanej większości krytycznie.
Wracając do wyborów prezydenckich: kluczowa zatem będzie mobilizacja wyborców, skłonnych do poparcia kandydata obozu władzy bądź kandydata opozycji. Każda decyzja szeroko pojętej władzy, którą określona grupa wyborców odczuje jako naruszającą jej podstawowe interesy, może przyczynić się do obniżenia frekwencji na niekorzyść kandydata popieranego przez obóz rządzący. – zauważa Instytut Staszica.
Wszystko wskazuje na to, że kluczowymi w rozpoczynającej się kampanii tematami będą kwestie związane z portfelami Polaków. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w styczniu 2020 r. odnotowano wzrost cen w rocznym stosunku 4,4 proc. – to najwięcej od grudnia 2011 r. Nie wszyscy Polacy większe wydatki mogą zrekompensować większymi dochodami. Nadchodzące – zdaniem ekonomistów, w drugiej połowie tego roku – wyraźne spowolnienie gospodarcze, spowoduje zmniejszenie optymizmu Polaków. To rozczarowanie w części uderzy w rządzącą większość.
W świetle tych danych logika nakazuje niepodejmowanie działań, które zwiększą odczuwalny wzrost cen – niezależnie, jak szlachetne byłoby uzasadnienie. Opłata cukrowa, wyjaśniana troską o zdrowie Polaków, jest właśnie podatkiem, który obciąży konsumentów. W dodatku, na co zwracają uwagę krytycy ustawy, podatek dotyka tylko wybranych producentów dosładzanej żywności, co trudno logicznie uzasadnić – wskazuje ekspertyza Instytutu Staszica zamieszczona w Kurierze365.pl. Konsumenci, czyli ogół wyborców, to jedna z grup, która odczuje finansowe skutki regulacji. Uderzy ona bowiem w setki polskich firm z branży rolno-spożywczej, w plantatorów buraka cukrowego, w rolników i sadowników.
Uderzy również we właścicieli małych sklepów. Co gorsza, uderzy nagle, bowiem nie dano czasu na przygotowanie się do jej skutków choćby do końca bieżącego roku. Założone (czas pokaże, czy rzeczywiste) wpływy z tytułu nowego podatku mogą okazać się śmiesznie niskim zyskiem w porównaniu z polityczną ceną, jaką może zapłacić obóz rządzący. Pytania, dlaczego do walki z nadmiernym spożyciem cukru przystąpiono bez przygotowań, wycinkowo, preferując w dodatku branżę piwną? – pozostają bez odpowiedzi. Eksperci obozu rządzącego i sztab prezydenta Andrzeja Dudy powinni uważnie przeanalizować argumentację opozycji, podnoszoną podczas prac nad tym projektem. Będzie ona bowiem wykorzystywana w kampanii – i w mediach, i podczas bezpośrednich spotkań z mieszkańcami. Oto najważniejsze z tych argumentów:
Ustawa, prezentowana jako prozdrowotna, jest tak naprawdę ustawą fiskalną, której głównym celem jest pozyskanie dochodów dla budżetu państwa. Przyznano to pośrednio w uzasadnieniu, wskazując, że regulacje – nominalnie mające zmniejszyć spożycie cukru – przyniosą stały dochód. A zatem, sam projektodawca przyznaje, że zakładane , zdrowotne skutki regulacji się nie ziszczą. Opłata cukrowa to – według wyliczeń opozycji – czterdziesty pierwszy podatek od 2015 r; stoi to w sprzeczności z zapewnieniami rządu na temat obniżania obciążeń fiskalnych i upraszczania systemu podatkowego.
Strona rządowa unika ą dyskusji o możliwych skutkach dla przedsiębiorców. Najczęściej pada tyleż niekonkretny, co bezpodstawny argument, że „branża sobie poradzi” – wbrew analizom samej branży. Tryb procedowania ustawy, jej geneza, nagłe i kilkakrotne zmiany w projekcie budzą, zdaniem opozycji, zastrzeżenia co do transparentności procesu legislacyjnego; i parlamentarzyści, i przedsiębiorcy krytykowali tryb pospiesznych konsultacji w Ministerstwie Zdrowia, których nie można było rejestrować.
Wycinkowa regulacja, uderzająca w producentów napojów, jest na rękę branży piwnej. Piwo stanie się jednym z najmniej obciążonych podatkami napojów – co w kontekście zrównywania się sprzedaży piwa ze sprzedażą wody butelkowanej – budzi obawy o sens prowadzonej polityki antyalkoholowej; ta sytuacja zwiększy też preferencje dla piwa wobec innych napojów alkoholowych – chociaż logika przemawiałaby za równie poważnym podejściem do potencjalnych zagrożeń, spowodowanych spożywaniem każdego rodzaju alkoholu. Jak pokazała dyskusja w parlamencie, zwolennicy ustawy nie dysponują rzeczowymi kontrargumentami. Powołują się raczej na pozytywną ocenę regulacji przez polskie i międzynarodowe gremia oraz na społeczne oczekiwania w zakresie polityki prozdrowotnej państwa. W bezpośredniej dyskusji kampanijnej, takie unikanie polemiki może przynieść szkody rządzącym.
W ocenie ekspertów Instytutu Staszica, zamieszczonej w Kurierze365pl, forsowane rozwiązania niosą groźbę demobilizacji dotkniętego ustawą elektoratu z mniejszych miast i wsi. Nierealne jest, by konserwatywni, przywiązani do wartości chrześcijańskich wyborcy w dużej części poparli kandydata liberalnego, ale mogą w ogóle nie wziąć udziału w wyborach – a przyczynić się do tego może opłata cukrowa. Jeśli zestawić to z wielce prawdopodobną wysoką frekwencją w wielkich miastach, tradycyjnie nieprzychylnych PiS-owi, to może to zaważyć na wyniku wyborów. Dodać należy, że umiejętne wykorzystanie słabości ustawy może pomóc kandydatce Koalicji Obywatelskiej zwiększyć poparcie w części mniejszych ośrodków miejskich (gdzie mieszczą się np. małe, polskie zakłady spożywcze, które odczują skutki wprowadzenia opłaty cukrowej). Otoczenie głowy państwa winno analizować potencjalne skutki procedowanego projektu – z przyczyn kampanijnych oraz z tego powodu, że to prezydent zdecyduje, czy złożyć swój podpis pod ustawą. Procedura legislacyjna jest na zaawansowanym etapie, już w Senacie. Czy obóz władzy ma jeszcze szansę naprawić popełnione błędy? Zdaniem Instytutu Staszica, owszem.
Po pierwsze, można postąpić tak, jak w przypadku matrycy VAT, nad którą debatowano rok temu. Z powodu rozwiązań uderzających w rolników, sadowników i polskich producentów napojów z sokiem, wycofano projekt z Sejmu i skierowano go do parlamentu ponownie, po wprowadzeniu istotnych poprawek. Warto zrobić to także teraz. Warto też, w dialogu z przedsiębiorcami i ekspertami od zdrowia, opracować nową, całościową ustawę – faktycznie prozdrowotną, a nie podatkową.
Po drugie, jasne stanowisko powinien zająć prezydent. To szansa, by pokazał, że słucha głosu przedsiębiorców i, wbrew zarzutom opozycji, potrafi zakwestionować decyzje partii rządzącej. Przedsiębiorcy, rolnicy, sadownicy czekają na ustosunkowanie się do ich argumentów i na uspokajający przekaz.
Po trzecie, rząd powinien zainwestować w kampanię społeczną, propagującą wybór zdrowszej żywności. Bez takiej kampanii każde rozwiązanie, nakładające obciążenia na produkty z dodatkiem cukru, zostanie odebrane jako represja wobec konsumentów. W tym samym czasie, kiedy procedowana jest ustawa „karząca” konsumentów za kupno np. nektaru z polskich owoców, politycy PiS wyśmiewają pomysły wprowadzenia podatku od mięsa. A przecież filozofia obu rozwiązań jest identyczna – i „prozdrowotne” uzasadnienie również.
I zdrowie Polaków, i ich pieniądze to zbyt ważne kwestie, by regulować je w sposób chaotyczny, pospieszny, mało przejrzysty.

Feralny Piątek prezydenta

Nic tak nie ożywia w Polsce narodowo-katolickiej kampanii wyborczej jak agitacja na grobach.
Pech prześladuje pana prezydenta Dudę od początku jego kampanii wyborczej. Zaczęło się od wyciągniętego w Sejmie palucha pani posłanki Lichockiej. Niby miał jej pomóc ufryzować rzęsę, ale szybko wyrósł na wielki, falliczny symbol pogardy dla wszystkich Polek i Polaków. Nowe logo spasionych już władzą elit ”Prawa i Sprawiedliwości”.
Zaraz potem ujawniła się jego nowa sztabs szefowa pani mecenas Jolanta Turczynowicz – Kieryłło. Miała dodać przysłowiowego zęba kampanii wyborczej robionej przez „tłuste koty” z Kancelarii Prezydenta. Miała być tym narwalem broniącym przyszłość Polski przed hordami obcych. Ale okazała się być kobietą z przeszłością i po licznych politycznych przejściach. Cóż z tego, że potrafi się odgryźć, skoro gryzie niezwykle groteskowo. Powagi swą szczęką prezydenckiej kampanii nie dodaje.
Niestety to dopiero początek rysującej się na horyzoncie przyszłej katastrofy wizerunkowej. Nieuchronnie zbliża się bowiem 10 kwietnia 2020 roku. Okrągła, dziesiąta rocznica katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. I osiemdziesiąta rocznica mordu katyńskiego.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to wspaniały, kalendarzowy prezent dla sztabu wyborczego narodowo-katolickiego kandydata, czyli pana prezydenta Dudy też. Bo przecież można by wykorzystać te rocznice narodowych tragedii do zademonstrowania i wzmocnienia narodowo- patriotyczno- katolickiego profilu kandydata.
Urządzić okolicznościowe obchody, odprawić uroczystą mszę w najgodniejszej oprawie, a potem jeszcze może marszo- procesję z pochodniami. Nic tak w Polsce nie ożywia narodowo-katolickiej kampanii wyborczej jak agitacja na grobach bohaterów.
Bez kiełbasy
Niestety w tym roku 10 kwietnia wypada w Wielki Piątek. W katolickiej tradycji to dzień zadumy nad Męką Chrystusa. Jak każdy wie, zaduma nie przystoi kampanii wyborczej. W Polsce wręcz obraża ją. Zatem w piątek dziesiątego kwietnia albo będzie zaduma, albo kampania. Ponieważ prezydencka kampania wyborcza wypada co pięć lat, a Wielki Piątek co rok, nietrudno zgadnąć co sztab wyborczy pana prezydenta wybierze. Niestety to nie jest pierwsza mina czyhająca tego feralnego dnia na pana prezydenta. Jak niektórzy polscy katolicy pamiętają w Wielki Piątek obowiązuje post ścisły. To oznacza, że wtedy każdy, nawet najcieńszy, plasterek kiełbasy, nawet wyborczej, łyknięty przez narodowo- katolickiego Polaka, grozi mu bezwzględnym, wiecznym smażeniem się w piekle. Wiem, bo wychowałem się w świętym mieście Częstochowie.
I tu pani mecenas Jolanta Turczynowicz- Kieryłło ma przysłowiowy orzech do zgryzienia. Jak przeprowadzić kampanię wyborczą w czasie ścisłego postu? Czy ma jakiś sens kampania wyborcza bez kiełbasy wyborczej?
Ale to jeszcze nie koniec zgryzot pani mecenas. W Wielki Piątek kościół katolicki, czyli polski też, nie sprawuje liturgii eucharystycznej, czyli nie odprawia mszy świętych. No i jak wtedy pan prezydent Duda ma prowadzić kampanię wyborczą bez udziału we mszy?
Przecież w czasie jego kampanii dzień bez mszy, to dzień stracony dla wyborczej kampanii.
Dzień na wychodźstwie
Oczywiście dla potrzeb kampanijnych można by te religijne rygory obejść. Nie takie zakazy już obchodzono w polskich kampaniach wyborczych.
Warto przypomnieć, że w Wielki Piątek dopuszcza się jedynie nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Można zatem włączyć Drogę Krzyżową do liturgii kampanii wyborczej pana prezydenta i git.
Ale, co od razu zauważy każdy spin doktor i każdy pijarowiec, Droga Krzyżowa jest bardzo skromną wizualnie celebracją. Ona zupełnie nie pasuje do amerykańskiego stylu kampanii wyborczych jaki przyjął teraz sztab wyborczy pana prezydenta Dudy. Do tego full wypasu, do lansu i balansu, zaprezentowanego obficie podczas niedawnej, warszawskiej konwencji pana prezydenta Dudy.
Tradycyjna Droga Krzyżowa to też celebracja bez udziału plutonu biskupów. Bez chórów małolatów, bez pląsów grup chirliderek. Bez dźwięku dzwonków i innych instrumentów muzycznych. Bez gwizdków. Bez pieśni na wejściu. Bez wyreżyserowanych, spontanicznych „Wow”. Bez przygrywania refrenów na organach podczas planowanych przerw na kawę.
Tradycyjna Droga Krzyżowa to tylko słowa, słowa, słowa. Czasem skromna melorecytacja. No i to leżenie krzyżem przed każdym mijanym ołtarzem. Leżenie, które źle się komponuje w telewizyjnej kamerze. Kamera leżenia nie bierze, potwierdzi wam to każdy spin doktor i pijarowiec.
Dodajmy jeszcze, że w Wielki Piątek katoliccy kapłani zakładają czerwone szaty liturgiczne. Tradycyjnie symbolizujące „miłość zwyciężającą na krzyżu”. Czy wyobrażacie sobie pana prezydenta Dudę leżącego krzyżem przed czerwonym?
Żaden ze sztabowych pijarowców pana prezydenta nie pozwoli na takie poniżenie ich kandydata.
Ale nie tylko sam dzień Wielkiego Piątku rzuca cień na kampanijne celebrowanie tych okrągłych rocznic. Problemem sztabowców pana prezydenta jest też miejsce ich celebrowania. Na razie do wyboru mają Polskę, Rosję, Białoruś lub Ukrainę. Wszędzie widzę wizerunkowe miny, straty punktów wyborczego poparcia.
Dlatego trudna decyzja do podjęcia jest. Bólu zębów można od tego dostać.

Następny prezydent durniem nie będzie

Kampania prezydencka się rozkręca. Powoli i ospale. Kandydaci oraz kandydatka na urząd Prezydenta RP jeżdżą po kraju.

Najchętniej wpadają do małych miast i miasteczek, bo tam na ogół ludzie przyjmują ich chętnie. Jak mawia pani Krawczykowa (Beata, mieszkanka Złotowa) – „Zawsze to jakaś atrakcja, a za co bardziej znanym kandydatem to i telewizja dojedzie i można potem w telewizji obejrzeć. Siebie. Bo kandydatów oraz kandydatkę to w telewizji można obejrzeć co dzień i nic z tego nie wynika. A siebie zobaczyć, to zawsze jakaś nowość. A jak kandydat (lub kandydatka) coś głupiego powie, to i w „Szkle” prosty człowiek w tle siebie zobaczy, a to już wyższa półka. Poza tym z tych kampanii dla ludzi coraz mniej wynika. Kiedyś to festyny były jakieś i coś za darmo rozdawali. Teraz to tylko te kolorowe śmieci rozwieszają i gadają, gadają, gadają. Żeby chociaż coś nowego opowiedzieli. Albo, żeby tak z nimi pogadać. Ale to niestety mało kiedy można”.

Może to i prawda, jednak ludzie swoje wiedzą i jak chcą coś kandydatowi powiedzieć, to powiedzą. Jak ten obywatel Mirosław (lat 65). Z Łowicza. Sławny się zrobił, choć sławy takiej nie pragnął chyba. Chciał tylko urzędującemu Prezydentowi oraz nam wszystkim poniekąd rzecz ważną powiedzieć. A że niespecjalnie pana Prezydenta przez te cztery z okładem lata polubił, to wiedział, że z rozmowy nici. Więc skrótem myślowym i cytatem na transparencie się posługując wykrzyczał – „Mamy durnia za prezydenta”. Pod spodem inicjały LW, bo to przecież były prezydent Wałęsa tak mówił o wówczas urzędującym prezydencie Lechu Kaczyńskim. Obywatel Łowicza podzielający zapewne pragnienie innych obywatelek i obywateli umieszczone na kolejnym, dzielnie w górze, mimo wysiłków łowickiej policji trzymanym transparencie „WyPAD2020” (PAD to skrót od zwrotu „prezydent Andrzej Duda” oraz solidaryzujący się z refleksją wyrażoną w słowach „Pan Duda chce być prezydentem. Dziwne. Przez 5 lat miał okazję. Ani razu nie skorzystał”, był absolutnie przekonany, że to co napisał nie jest niczym innym, jak prostym stwierdzeniem faktu.

Na dodatek – przecież Lech Wałęsa za określenie „dureń” (odnosiło się do kompromitującej prezydenta Kaczyńskiego tzw. afery z ujawnieniem raportu WSI) ukarany nie został. Trwające wtedy 2 lata postępowanie w sprawie zostało prawomocnie umorzone. Skoro tak, to i mnie wolno – pomyślał, napisał i poszedł z Prezydentem RP się przywitać. Zresztą, jak wynika ze słów pana Mirosława słowa „durny” nie uważa on za „obraźliwe”. „Myślę, że określa człowieka, który sam nie potrafi decydować o wszystkim i ulega wpływom, dlatego uznałem, że to będzie dobre słowo” – mówił dziennikarzom (i zapewne prokuratorowi). Bo jak wszyscy już wiemy, w Polsce i za granicami kraju, pan Mirosław został zatrzymany przez policję. I jako „zakłócający przebieg zgromadzenia” oraz mający „obraźliwy napis” przewieziony do Komendy Policji, gdzie go dokładnie wylegitymowano, sprawdzono skąd pochodzi i dokąd zmierza, przesłuchano wnikliwie i ku jego i naszemu zdumieniu jeszcze tego samego dnia usłyszał zarzut publicznego znieważenia Prezydenta RP. Zgodnie z Kodeksem karnym za „znieważenie” grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.

Nasze i pana Mirosława Zdziwienie wciąż budzi zarówno trafność polskiego przysłowia „uderz w stół…” – na transparencie nie widniało wszak nazwisko Andrzeja Dudy, a prezydentów jest ci u nas dostatek, każde miasto trochę od Łowicza większe ma swego, jak i błyskawiczne działanie organów ścigania w innych sprawach działających dużo wolniej.
Morał – co wolno było o prezydencie Lechu Kaczyńskim prezydentowi Wałęsie powiedzieć, to już panu Mirosławowi z Łowicza o prezydencie Andrzeju Dudzie powiedzieć nie wolno.

Pytanie – a dlaczego tak proszę zadawać prokuraturze w Łowiczu albo Ministrowi Sprawiedliwości, jeśli ktoś ma ochotę z nimi gadać.

Moja rada – następnym razem na transparencie napisać dużymi literami „Następny Prezydent durniem nie będzie”. I głosować 10 maja na kogoś, kto jest w stanie sprostać choćby i tym minimalnym standardom.

Prezydent – obywatel lepszego sortu

Zgodnie z artykułem 32 Konstytucji RP „wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Mimo to okazuje się, że polski system prawny jest niespójny, bo Kodeks karny zakłada, że prezydent RP jest obywatelem lepszego sortu, którego prawo chroni w większym stopniu niż innych obywateli.

Istnieje bowiem paragraf, który nie tylko chroni prezydenta przed krytyką, ale wręcz grozi więzieniem za znieważanie go. Zgodnie z artykułem 135 Kodeksu karnego „kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Każdy obywatel może chronić swoich praw w procesie cywilnym o naruszenie dóbr, ale prezydent ma prostą ścieżkę do procesu karnego. Innymi słowy prawo ostrzega przed krytyką głowy państwa.

Błyskawiczna interwencja

W tym kontekście niepokoi, ale nie dziwi fakt, że 65-letniemu mężczyźnie, który na spotkaniu z Andrzejem Dudą w Łowiczu miał baner z hasłem „Mamy durnia za prezydenta”, prokuratura już w kilka godzin po zatrzymaniu postawiła zarzut. Mężczyzna odpowie właśnie z artykułu 135.
Skądinąd gdyby konsekwentnie stosować przepis dotyczący znieważenia prezydenta, prokuratura musiałaby interweniować tysiące razy dziennie na facebooku, youtubie czy twitterze, gdzie w zasadzie non stop pada wiele, delikatnie mówiąc, nieprzychylnych określeń wobec Andrzeja Dudy.

Kara nieproporcjonalna?

Blisko 10 lat temu Sąd Okręgowy w Gdańsku zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem prawnym, czy wysoka kara za znieważenie prezydenta nie narusza prawa do wolności wypowiedzi. Sąd podkreślił, że przepis Kodeksu karnego w obowiązującym kształcie stanowi podstawę do zbyt dużej ingerencji państwa w prawo do debaty politycznej i wyrażania własnej opinii. Sąd stwierdził wtedy, że tak wysoka kara jest nieproporcjonalna do wymiaru kary.

W oświadczeniu z 6 lipca 2011 roku Trybunał Konstytucyjny nie zgodził się ze stanowiskiem Sądu Okręgowego. Stwierdził, że przepis art. 135 par.2 Kodeksu karnego jest zgodny z Konstytucją oraz nie narusza przepisów zawartych w umowach międzynarodowych, których Polska jest stroną. TK argumentował wtedy między innymi, że „Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”.

PiS kiedyś był przeciw

Co ciekawe, wtedy to politycy PiS opowiadali się za usunięciem art. 135. „Jestem zdecydowanym zwolennikiem zniesienia tego artykułu. Złożymy taki wniosek na początek nowego sezonu politycznego” – zapowiedział Jarosław Kaczyński w lipcu 2012 roku. Lata mijają, a przepis pozostał.

Niebezpieczny przepis

Artykuł 135 Kodeksu karnego jest archaiczny i niebezpieczny. Polityk to zawód zaufania publicznego, a obywatele powinni mieć pełną swobodę w ocenie najważniejszych osób w państwie. Dlatego prezydent, premier, poseł to osoby, które powinny liczyć się z ostrą i stanowczą krytyką ze strony społeczeństwa. Gdy władza nie dotrzymuje słowa, gdy ludzi krzywdzi, oszukuje, frustruje, to jej ostra krytyka jest w pełni zrozumiała.
Prezydent powinien budować swoją pozycję nie groźbami kar dla swoich krytyków, lecz wiarygodnością, charyzmą, wiedzą, przekonującą wizją kraju. A grożenie więzieniem za nazywanie prezydenta durniem nie zmieni przekonania części społeczeństwa, że prezydent durniem jest, a raczej je umocni.

Dobry początek Biedronia

Protest przeciwko zamknięciu szpitala w Nowej Rudzie, zapowiedź powołania rzecznika praw zwierząt, sprzeciw wobec podpisania ustawy kagańcowej – w pierwszych dniach swojej kampanii wyborczej kandydat Lewicy Robert Biedroń „wrzucił” do debaty publicznej więcej tematów, niż jego główni rywale razem wzięci.

A i to nie wszystko, bo europoseł Wiosny zdążył również powtórzyć hasła uwolnienia polskiej szkoły od kościelnej indoktrynacji, poprzez wyprowadzenie lekcji religii z powrotem do sal katechetycznych, a na dodatek oznajmił, że Kościół powinien płacić podatki jak każdy inny podmiot w Polsce.
Biedroń nie ma za sobą ani efektu urzędującego prezydenta, jak Andrzej Duda, ani maksymalnie zmobilizowanej puli wyborców liberalnych, którzy już wiedzą, że ich kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydat Lewicy nie ma już nawet tego efektu świeżości i nowości, który dodawał mu tyle sondażowych punktów w ubiegłym roku – chociaż niewątpliwy talent do bezpośrednich kontaktów z wyborcami i swoboda w obejściu mu pozostały, co było widać, gdy w otoczeniu sztabowców i doradców rozpoczął zbieranie podpisów pod warszawską stacją metra Centrum. O elektorat będzie musiał walczyć zupełnie dosłownie – ale pomysł na tę walkę jest, podobnie jak mocny sztab wyborczy, do którego zaangażowano najbardziej rozpoznawalne twarze parlamentarnej lewicy.
Świeżo po pierwszej, słupskiej konwencji Biedronia Tymoteusz Kochan pisał na łamach „Dziennika Trybuna”, że kluczem do sukcesu kandydata Lewicy mogą być miasta powiatowe, Polska daleka od metropolii. Ta, na którą spadały kolejne ciosy wraz z upadkiem przemysłu, ograniczeniem liczby województw, migracją do miast. Urodzony w Krośnie, budujący swój prestiż na prezydenturze w Słupsku Biedroń jest jednym z nielicznych – jeśli nie jedynym – kandydatem, który w swoich wystąpieniach jasno odwoływał się do specyficznych doświadczeń z życia poza wielkimi ośrodkami i udowadniał, że wie, jak rozwiązywać tamtejsze problemy. Do tego sytuując je w szerszym nurcie koniecznych zmian. Biorąc udział w demonstracji w obronie szpitala w Nowej Rudzie (woj. dolnośląskie) kandydat nie tylko wyraził solidarność z mieszkańcami konkretnej miejscowości, którzy wraz z likwidacją placówki poniosą poważną stratę, ale też stwierdził, że takich Nowych Rud jest w Polsce bardzo wiele. Zapaść służby zdrowia poza głównymi ośrodkami jest faktem, z którym rząd nie mierzy się w ogóle – podobnie jak ze sprawami służby zdrowia w ogólności. Za rządów PiS zamknięto ponad 300 oddziałów szpitalnych, przypominał Biedroń w związku z wyjazdem do Nowej Rudy.
Lewicowi politycy, pytani o obszary polskiego państwa wymagające pilnej naprawy, zwykli wymieniać jednym tchem, obok służby zdrowia, także mieszkalnictwo i edukację. Z Biedroniem nie jest inaczej (i dobrze). Zapytany 6 lutego w „Sygnałach dnia” o prezydencki program, wskazał te właśnie obszary. Wskazał również, skąd mogłaby pochodzić przynajmniej część pieniędzy na ambitne programy budowy mieszkań czy modernizację polskiej edukacji. – Trzeba opodatkować Kościół sprawiedliwie – oznajmił, mocno wchodząc w problematykę, w której na tle innych kandydatów, katolickich lub mocno katolickich, jest bezkonkurencyjny. I doprecyzował: księża powinni płacić podatki i cła tak samo, jak inni obywatele, a w kościołach mogłyby pojawić się kasy fiskalne. Równie jasne jest stanowisko Lewicy, jeśli chodzi o możliwość nauki religii: tak, ale dla zainteresowanych, nie na terenie państwowej szkoły. Co znamienne, te postulaty, stare i bynajmniej nie szczególnie radykalne, wystarczyły, by część prawych mediów zaczęła histerycznie wołać o „antykościelnej furii”.
Zwróciło to po prawej stronie większą nawet uwagę, niż równie stanowcza i sprawna reakcja kandydata Lewicy na podpisanie tzw. ustawy kagańcowej: gdy tylko media zaczęły informować o tym, że prezydent Duda złożył zapowiadany podpis, Biedroń udał się pod Pałac Prezydencki i jasno wskazał, co jako głowa państwa zrobi dla przywrócenia praworządności. Jednym z pierwszych projektów, jakie zamierza złożyć, korzystając z przysługujących mu prerogatyw, ma być nowelizacja ustawy o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, w której negatywne skutki PiS-owskiej „reformy” zostaną anulowane (jeśli oczywiście zgodzi się na to Sejm).
Wszystko razem to taktyka, którą dość skutecznie posługiwało się socjaldemokratyczne trójporozumienie przed wyborami parlamentarnymi: poruszać jak najwięcej tematów, przedstawiać pomysły na naprawę w możliwie każdym aspekcie życia w Polsce, umiejętnie równoważyć tematykę tzw. socjalną (usługi publiczne, płace) oraz sprawy światopoglądu (praw człowieka, ale i praw zwierząt, którym prezydent Biedroń przydzieliłby specjalnego rzecznika). I nieważne, że wiele tych zagadnień tylko w ograniczonym stopniu zależy od prezydenta. Polskie kampanie wyborcze od lat nie służą już debacie o tym, co akurat może realnie zrobić głowa państwa, parlament czy samorządy. Dyskutuje się w nich o bieżących bolączkach, nakręca emocje, demonstruje sprawczość i gotowość do bycia z ludźmi (albo przynajmniej skutecznego pozorowania tegoż). Podczas poprzedniej kampanii parlamentarnej Jarosław Kaczyński potrafił kilkoma mocnymi przemówieniami zmusić główne media i całą klasę polityczną do rozmów o płacy minimalnej. Robert Biedroń jest postacią na tyle wyrazistą, że też nie jest bez szans, by narzucać swoje tematy, takie, w których najbardziej merytoryczne i jasno podane propozycje płyną właśnie z lewicy. Wygrać walkę o Pałac Prezydencki będzie trudno, ale zyski na przyszłość mogą być znaczące.

Flaczki tygodnia

PiS kłamie rano, kłamie w południe, kłamie wieczorem, i w nocy też.
Kłamie, bo wierzy, że Polacy to jest jednak taki „ciemny lud” i znów na kit wciskany im przez elity PiS nabiorą się.
A wiara czasem czyni cuda.

Elity PiS kłamią skutecznie, bo czynią to zgodnie, skrupulatnie i regularnie. Osiągają niezwykle wysoką wydajność kłamstw z jednego parlamentarzysty, z jednego PiS publicysty.
Zauważycie to bez trudu oglądając programy informacyjne i publicystyczne w TVP info. Zwłaszcza w regionalnych stacjach TVP SA.
Jeśli posłuchacie tego samego dnia różnych parlamentarzystów PiS występujących w Rzeszowie, Szczecinie, Gdańsku, czy Olsztynie to zauważycie, że wszyscy oni mówią to samo. Niby każdy mówi z głowy, ale wszyscy oni przywołują takie same argumenty, polemizują z tym samym poglądem usłyszanych jakoby za granicą, używają takich samych definicji i określeń. Nawet wszyscy oni tego samego dnia opowiadają ten sam dowcip. Śmieją się z niego tak samo.
I wszyscy kłamią wtedy tak samo.

W zeszłym tygodniu wszyscy parlamentarzyści PiS występujący we wszystkich programach publicystycznych i informacyjnych we wszystkich telewizjach regionalnych TVP SA zgodnie przekonywali, że pan prezydent Duda był i jest niezależny od pana prezesa Kaczyńskiego, od rządu pana prezesa i parlamentarzystów pana prezesa.
Jako dowód prawdy na taką fałszywą tezę przytaczali, wszyscy jak jeden mąż, ten sam argument.
Oto on:
„Pan prezydent Duda w czasie swej kadencji zawetował osiem ustaw, a prezydent Komorowski tylko cztery”.
Ta matematyczna różnica czterech ustaw ma niezbicie dowodzić sączonej tezy, że pan Prezydent Duda w czasie swej prezydentury był bardziej niezależny i ponadpartyjny od prezydenta Komorowskiego.
Czyli było fajnie i fajnie może dalej być.

To prawda, że pan prezydent Duda zawetował osiem ustaw, a prezydent Komorowski tylko cztery.
Ale w czasie prezydentury Komorowskiego mieliśmy koalicję PO-PSL, która prowadziła politykę „ciepłej wody w kranie”, czyli politykę unikającą podejmowania fundamentalnych dla państwa polskiego decyzji.
Prezydent Komorowski wetował tylko cztery razy, bo koalicja PO- PSL nie forsowała ustaw godnych prezydenckiego weta. Zajmowała się trwaniem, konserwowaniem rzeczywistości, a nie jej zmianą. I nie dawała prezydentowi Komorowskiemu ustaw godnych zawetowania.
A pan prezydent Duda przynajmniej raz w miesiącu dostawał od parlamentu ustawę łamiącą Konstytucję RP i inne obowiązujące w Polsce prawa. Ale nie wetował ich.
Zawetował ustawy, które mogły totalnie zniszczyć władzę samorządową. Zrujnować życie ludziom ze wsi i miasteczek.
Zawetował, bo one sprawiłyby, że pan prezydent nie mógłby już objeżdżać powiatowych miasteczek i zabiegać tam o swą popularność. Tworzyć swój wizerunek, zakłamany rzecz jasna, fajnego chłopaka, który trzyma z prowincją, a dla elit Warszawki ma przysłowiowego „faka”.

Elity PiS ogłosiły narodowo- katolicka kontrrewolucję. Rozwalają system demokracji parlamentarno- gabinetowej, tworzą swój autorytarny model zarządzania państwem polskim. Kaczyńską wersję putinowskiej „Demokracji suwerennej”.
Swoją wersje takiej „Demokracji suwerennej” stworzył już jedyny zagraniczny sojusznik pana prezesa, węgierski premier Wiktor Orban.
Wrogą im demokrację parlamentarną elity PiS rozwalają powoli, systematycznie, stosując taktykę „krojenia salami”. Wiedzą doskonale, że taka, kaczyńska „Demokracja suwerenna”, nie pasuje do systemów politycznych i wartości obowiązujących w Unii Europejskiej.
Pewnie dlatego chcą z tej Unii wyjść. Ale ze względów taktycznych i finansowych gromko protestują przeciwko oskarżaniu ich o „Polexit”. Znowu kłamią, bo to świetnie potrafią.

Krzysztof Bosak, kandydat Konfederacji na prezydenta, jest politykiem uczciwym. Przyznaje publicznie, że jego formacja polityczna chce wyjścia z Unii Europejskiej i dlatego będzie prowadził systematyczną anty Unijną propagandę.
Pan prezes Kaczyński jego drużyna pragną tego samego co formacja Bosaka. Ale elity PiS nie głoszą tego publicznie, bo doskonale wiedzą, że większość obywateli naszego kraju dalej chce obecności Polski w Unii Europejskiej.
A elity PiS śpiewają tylko takie piosenki jakie Polacy teraz lubią lub polubić mogą. Program PiS zbudowany jest na sondażach opinii publicznej.

Dlatego elity PiS kłamią o swej chęci obecności w Unii Europejskiej i jednocześnie systematycznie uprawiają propagandę obrzydzająca obywatelom naszego kraju Unię Europejską.
Zauważcie, że elity PiS ciągle uważają Unię Europejską za obcą, zagraniczną instytucję. Coraz częściej „antypolską”. To Unia Europejska blokuje „dekomunizację” Polski. To Unia propaguje szatańską ideologię LGBT. To Unia dogaduje się z Rosją i Ukrainą ponad głowami elit PiS.

Elity PiS nie mają wspólnych wartości z Unia Europejską. Są w Unii, bo jest tam jeszcze kasa do pobrania. Kiedy strumień dotacji z Unii zacznie wysychać, elity PiS pójdą na wojnę ideologiczną z Unią Europejską. Zrobią wszystko żeby to Unia wypchnęła Polskę na swój margines. Wtedy wezwą „dumny naród polski” aby nie dawał się dalej tak upokarzać. I „honorowo” opuścił wrażą Brukselę.

Grunt do takiego „honorowego wyjścia” już tworzą media narodowo- katolickie. Redaktor Konrad Kołodziejski w tygodniku „Sieci” udowadnia, że Polska traci na członkostwie w Unii. Przytacza gołe liczby. Wynika z nich, że obecne w Polsce firmy z Unii Europejskiej transferują do swych central więcej pieniędzy niż Polska otrzymuje dotacji z Unii. Toma dowodzić, że już jesteśmy na minusie, że to my dokładamy do Unii. Za taką anty unijną propagandę redaktor Kołodziejski ma być nagrodzony ambasadorską posadą. Cóż, patriotyzm patriotyzmem, ale lepiej zarabiać w euro niż w złotówkach.

PS. Osiemnastego lutego o siedemnastej w krakowskim klubie „Kuźnica”, aleja Słowackiego 44, będzie spotkanie z redaktorem naczelnym „Trybuny” Piotrem Gadzinowski. Zapraszamy!

Ogary poszły w las

Można powiedzieć, że kampania prezydencka ruszyła, tylko lasów jakby mniej. A i przy zbliżaniu się do nich kandydaci powinni zachować ostrożność, zwłaszcza ci, mogący uchodzić za dzika. Niestety naszym myśliwym wszystko się z dzikiem kojarzy.
Wszyscy bawią się w historię albo historia bawi się nami. Nasi Politycy starają się bardzo, by Polska jak najbardziej przypominała te sanacyjną. Co prawda Prezydenta wybierają wszyscy Polacy, to znaczy wszyscy głosujący Polacy, a nie jak przed wojną Parlament. Pardon Zgromadzenie elektorów. Taki model zresztą pierwszemu prezesowi wszystkich prezesów pewnie najbardziej by się podobał. Ale na razie Prezydenta wybierają Polacy. Jak już zauważałem wybierają ci, którzy głosują. Wybierają spośród tych, którzy kandydują.
Co prawda wszyscy pełnoletni Polacy są elektorami, ale wielu zależy, by na zdanie elektorów wpłynąć. Od telewizji publiczno-narodowej i radia począwszy. Choć w sumie radio możemy sobie darować, niedługo prawie nikt go (tego publicznego) nie będzie słuchał, przynajmniej z tych którzy mają telewizję i są w stanie wyjść z domu.
Telewizja narodowa to potęga. Ktoś powiedział, że gdyby w III Rzeszy telewizja był powszechna to Niemcy nigdy by się nie dowiedzieli że przegrali wojnę. Nasza telewizja tez w gruncie rzeczy dba bardziej o to, by telewidzowie za dużo się nie dowiedzieli.
Ciekawe wnioski można wyciągnąć np. z sondażu opinii na temat sporu dotyczącego niezależności sędziów. Okazuje się, że to jaką kto ogląda (najczęściej) telewizję, wpływa na jego opinie nie mniej niż preferencje polityczne jakie posiada.
Spośród elektoratów partii politycznych niemal wszyscy wyborcy opozycji stoją po stronie niezależności sędziów. Tylko wyborcy PiS uważają, że to rząd ma rację i to w stosunku 45% do 20%. Co ciekawe podobnie jest wśród tych, którzy twierdzą, że nie brali udziału w wyborach – 42 do 30.
Natomiast jeszcze ciekawiej się robi, gdy przyjrzymy się audytoriom programów informacyjnych głównych stacji telewizyjnych. O ile widzowie Wiadomości raczej zdecydowanie wspierają racje rządu (39 proc.), widzowie Faktów TVN i Wydarzeń Polsatu równo tylko w 16 proc. . Różnica jest jedynie w niezdecydowanych oraz popierających racje sędziów odpowiednio 32 i 51 dla widzów TVN oraz 22 i 59 dla widzów Polsatu. Co ciekawe poparcie dla racji sędziów jest istotnie większe wśród widzów Polsatu. Może dlatego, że Polsat jest najbardziej popularny wśród wyborców lewicy a ci z kolei są najbardziej ze wszystkich ugrupowań krytyczni wobec działań PiS.
A co na to Kandydaci ? Robert Biedroń przewodzi w krytyce rządu, co raczej nikogo nie zdziwi. Platforma była ostatnio zajęta sobą ale nowo wybrany lider, Borys Budka zadeklarował, że wszyscy którzy teraz łamią prawo zostaną ukarani (w domyśle politycy PiS). Jak będzie, może się przekonamy, wspomnienia w tej sprawie nie są najlepsze, ponieważ PO odpuściła w 2007 stawianie przed Trybunałem Stanu polityków PiS (z ZEROZERO Ziobrą włącznie) a ostateczny finał spraw karnych dopadł tylko Mariusza Kamińskiego i jego zastępcę w CBA Macieja Wąsika. A w zasadzie nie dopadł, bo przed prawomocnym wyrokiem spłynęła na nich łaska Prezydenta. Po ewentualnym oddaniu władzy przez PiS stanie przed specjalistami od prawa konstytucyjnego ciekawy problem – czy Prezydent może ułaskawić sam siebie, bo idę o zakład, że takie ułaskawienie Andrzej Duda, ze swoim podpisem, nosi ze sobą wszędzie razem z dowodem osobistym.
No cóż. Kandydaci nie ogłosili jeszcze swoich programów ale jeśli ktoś naprawdę chce być PiS spotkała za ich czyny zgodna z prawem sprawiedliwość powinien głosować na kandydata lewicy. Nie ma innego wyjścia.
I tylko on dopuszcza możliwość wypowiedzenia konkordatu. A bez tego nie będzie powrotu Polski do teraźniejszości.

R. S. V. P.

Ku mojemu zdziwieniu, zaczynam mieć z prezesem PiS coraz więcej wspólnego, niźli samo imię. Mieszkamy niedaleko od siebie, to jest raz. Dwa: wczoraj na Górce Szczęśliwieckiej, na nartach, stłukłem sobie boleśnie kolano i dziś kuśtykm tak jak sam prezes albo i gorzej, bo jego kolano też nie domaga. No a trzy: i ja i On wiemy, że prezydent Duda jaki jest, taki jest, ale lojalny to on jest. Względem partii matki.

Wczoraj, na 17 popołudniu, prezydent zawezwał do siebie przedstawicieli opozycji, żeby zapoznać się z ich stanowiskiem odnośnie ustawy kagańcowej i innych ustaw, tyczących się Sądu Najwyższego. Jak mniemam, prezydent czyta gazety i słucha radia, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować twierdzenie, że wie, co na ten temat sądzą politycy Platformy czy Lewicy. Mimo tego, wolał osobiście to od nich usłyszeć, bo może coś źle przeczytał, albo nie wszystko zrozumiał. Przy okazji spotkania poinformowano naród, że pan prezydent chce wsłuchać się w głos opozycji, przed podjęciem ostatecznej decyzji, czy ustawę z Sejmu podpisać, czy zawetować. Tak jakby naród i opozycja w tym narodzie nie czytała gazet i nie słuchała radia, a w nim transmisji przemówień prezydenta z pobytu na Lubelszczyźnie i Ziemi Radomskiej, w których to pan prezydent dość jasno dał do zrozumienia, co sądzi o aktualnym stanie wymiaru sprawiedliwości i jaki ma stosunek do pisowskich reform.

To jednak za mało. Andrzej Duda organizuje miniszopkę z liderami opozycji, żeby pokazać, jak bardzo leży mu na sercu zdanie mniejszości i jak głęboko wsłuchuje się w każdy głos przed podjęciem kluczowych dla kraju decyzji. Doprawdy, dawno nie widziałem w praktyce większego kabotyństwa. Wizyty duszpasterskie księży „po kolędzie” mogą się równać się z prezydencką akcją; wysprzątany dom, stół, krucyfiks, święcona woda, koperta. Pośród stołu rodzina: senior rodu, na co dzień chleje i bije czym popadnie, zastraszone dzieci i matka, której od dawna już wszystko jedno, kiedy spada kolejny cios. Tymczasem, w obliczu wezwania, wszyscy gromadzą się wokół stołu, bo łączy ich siła uświęconej tradycji i osoba w sutannie spozierająca raz to na zegarek, raz to na kopertę.

Mimo tej całej do bólu żenującej fasadowości imprezy u prezydenta, uważam, że dobrze się stało, że opozycja się u niego pojawiła. Nie dlatego, że imprezy u Andrzeja są najlepsze, i każdy na mieście o tym wie. Idzie mi raczej o szacunek dla urzędu, który u nas od lat nie doczekał się odpowiedniego miejsca w historii i pragmatyce politycznej wojny, którą co dzień toczy ze sobą opozycja z koalicją, jak Pan Bóg przykazał. Kto by bowiem prezydentem nie był, nie wybrał się na urząd sam ani żaden abstrakt nie obwołał go głową państwa. Zrobili to ludzie, którzy poszli do urn i oddali głosy. Poszło ich więcej, niż tych, którzy chcieliby widzieć w Pałacu inną osobą i to przez szacunek dla woli ludu i woli większości należy do prezydenta chodzić, jeśli ten o to poprosi. Tak jak w mediach przyjęło się, że na wywiady chodzi się do prezydenta, a nie prezydent szlaja się po redakcjach, tak i w tym przypadku: jak prezydent wzywa, to się do niego idzie, ktokolwiek by nim nie był. Zaciska się zęby i się idzie. Zupełnie inną kwestią jest to, jakie intencje towarzyszą prezydentowi, kiedy zaprasza do siebie na rozmowę tych czy owych. Życzyłbym sobie, żeby prezydent równie ochoczo zapraszał do siebie, czy to opozycję, czy to naukowców, fachowców w danej dziedzinie, na samym początku procesu legislacyjnego, albo w czasie, kiedy dopiero zaczynają się pojawiać wątpliwości co do słuszności proponowanych zapisów prawnych, a nie kiedy mleko się rozlało i jest już dawno po herbacie. Wtedy prezydenckie zaproszenia miałyby jakiś sens i kto wie, może nawet część obywateli uwierzyłaby, że prezydentowi idzie rzeczywiści o zapoznanie się z wielogłosem społeczeństwa i słuchaniem mądrzejszych od siebie.

Z doświadczenia wiem, że na nudnych nasiadówkach służbowych, dobrze mieć ze sobą coś do czytania. Opakowuje się wtedy swoją lekturę własną w skoroszyt, który wnosi się na takie spotkanie. Kiedy nudziarze nawijają makaron na uszy, człowiek otwiera niby to dokumenty i udaje, że coś tam sprawdza albo notuje, a wówczas, spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, oddaje się lekturze. Na legalu i bez przypału.

Protesty przeciwko obozom dla uchodźców

Grecki parlament większością głosów wybrał na prezydenta sędzię Katerinę Sakellaropoulou. W tym samym dniu miały miejsce strajki i liczne protesty na wyspach, gdzie zlokalizowane są obozy dla uchodźców.

Grecki parlament po raz pierwszy na prezydenta wybrał kobietę – 63-letnią Katerinę Sakellaropoulou będącą aktualnie prezesem naczelnego sądu administracyjnego.
Obejmie ona urząd w dniu 13 marca, kiedy zakończy się kadencja obecnego prezydenta Prokopisa Pavlopoulosa. Sakellaropoulou nie jest powiązana z żadną partią polityczną co niewątpliwie zapewniło jej bezkonfliktowy wybór. Jej kandydaturę poparła zarówno rządząca prawicowa Nowa Demokracja, jak i lewicowa opozycyjna Syriza. Za jej kandydaturą opowiedziało się 261 spośród 300 deputowanych.
Przemawiając w parlamencie premier Kyriakos Mitsotakis nie krył swojego entuzjazmu mówiąc, iż nowo wybrana prezydent będąc postępową sędzią symbolizuje jedność greckiego narodu a wraz z jej wyborem „nadszedł czas aby Grecja otworzyła się na przyszłość”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, iż „Grecja wkroczyła w nowa erę równości”. Także zdaniem lidera Syrizy, byłego premiera Aleksisa Tsiprasa, Sakellaropoulou jest doświadczonym sędzią oraz obrońcą praw człowieka. Według niemieckiej Deutsche Welle, reprezentuje ona postępowe poglądy w kwestii walki z dyskryminacją i zmian klimatycznych.
Greccy analitycy uważają, iż nowa prezydent jest osobą koncyliacyjną unikającą konfrontacji, co, jak twierdzi politolożka Stella Ladi, jest szczególnie ważne w przypadku urzędu prezydenta. Grecka konstytucja przyznaje prezydentowi niewiele uprawnień.
Jest on co prawda nominalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych z prawem wypowiedzenia wojny, jednak może to uczynić jedynie za zgodą rządu.
W tym czasie, kiedy parlament dokonywał wyboru prezydenta na trzech greckich wyspach – Lesbos, Samos i Chios ich mieszkańcy protestowali przeciwko obecności zbyt dużej, ich zdaniem, liczbie uchodźców. Zamykano sklepy, nie działały usługi publiczne a liczne rzesze ludzi demonstrowały na ulicach powiewając greckimi flagami i skandując „chcemy z powrotem naszych wysp”.
Do protestów przyłączyły się miejscowe władze oraz związki zawodowe. Związkowcy oraz miejscowi samorządowcy domagają się od rządu, aby w trybie pilnym przetransportował uchodźców wgłąb kraju. Wskazują na to, że niektóre obozy są przeludnione i przebywa w nich 10 razy więcej osób niż przewiduje norma. Również burmistrz Wathi, największego miasta na wyspie Samos mówił, iż „nasza wyspa nie może być dłużej miejscem dla zagubionych dusz i cierpiących ludzi”. Gubernatorzy regionów administracyjnych obejmujących wyspy Morza Egejskiego oraz burmistrzowie miast mają zamiar udać się Aten aby swoje postulaty przekazać rządowi.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawicowy rząd Mitsotakiasa zapowiedział w październiku 2019, że do końca obecnego roku ma zamiar odesłać z powrotem do Turcji 10 tys. imigrantów.
Ciekawe jak do tego problemu podejdzie koncyliacyjna i czuła na prawa człowieka nowa pani prezydent.