Michaiła Gorbaczowa rola w historii Rosji i świata

Ostatni przywódca Związku Radzieckiego kończy 2 marca dziewięćdziesiąt lat. Ta data to dobry pretekst, by zastanowić się nad rolą, jaką odegrał w historii własnej ojczyzny i całego świata. Ten wielki przywódca, jeden z najważniejszych polityków drugiej połowy ubiegłego wieku, nie potrzebuje urodzinowych laurek. W pełni zasługuje na poważną refleksję nad jego osiągnięciami a także nad przyczynami jego przegranej.

W długim, niemal trzydziestoletnim, okresie od rozwiązania Związku Radzieckiego i tym samym końca roli Michaiła Gorbaczowa jako ostatniego przywódcy tego supermocarstwa, wyraźnie ukształtowały się dwie, diametralnie różne, oceny jego roli w historii najnowszej. W jego własnej ojczyźnie Gorbaczow jest najczęściej oceniany negatywnie. Jedni mają do niego pretensję, że swymi reformami doprowadził do upadku ZSRR, co prezydent Władimir Putin nazwał kiedyś „największą katastrofą geopolityczną dwudziestego wieku”, a także o to, że doprowadził do antysocjalistycznej „kontrrewolucji”. Inni winią go o to, że nie był dostatecznie radykalny w swych reformach, że usiłował ocalić wielonarodowe państwo (w zasadniczo zmienionej postaci) i reformować, a nie demontować system socjalistyczny. Wśród krytyków polityki Gorbaczowa znaleźli się także jego dawni bliscy współpracownicy Aleksander Jakowlew (1923-2005) i Walentin Falin (1926-2018), którzy w swoich książkach przedstawili jego politykę w czarnych barwach. Wprawdzie rozmaite kierunki krytyki wyraźnie różnią się doborem formułowanych zarzutów, ale łączy je wysoce negatywna ocena polityki Gorbaczowa. Stosunkowo nieliczne są oceny pozytywne, pochodzące zwłaszcza od dawnych współpracowników Gorbaczowa, którzy pozostali mu wierni, jak Andriej Graczow (Gorbaczew, Moskwa 2001) i Wadim Miedwiediew (W komandie Gorbaczewa: wzgląd izwnutri, Moskwa 1994). Obaj ci autorzy dają ciekawy, nie pozbawiony akcentów krytycznych, obraz tego niezwykłego polityka i osąd jego działań. W Rosji są oni jednak raczej odosobnieni.
Poza Rosją dominuje natomiast radykalnie inna narracja. Poważni historycy i politolodzy podnoszą zasługi Gorbaczowa dla świata, widzą w nim tego polityka, który uruchomił proces zakończenia zimnej wojny i w pełni zasłużył na przyznaną mu w 1991 roku Pokojową Nagrodę Nobla. „Gorbaczow – pisał wybitny brytyjski historyk Archie Brown – ma silny tytuł do uznania go za jednego z największych reformatorów w historii Rosji i tego, kto wywarł największy wpływ na historię świata w drugiej połowie dwudziestego wieku” ( The Gorbachev Factor, Oxford 1996, s. 317). Ofiarowując mi swoją świeżo wydaną książkę autor ten powiedział mi o swoim wielkim uznaniu dla radzieckiego polityka, którego stawiał nieporównanie wyżej niż ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna.
Zarówno osiągnięcia, jak i porażki Gorbaczowa możemy lepiej zrozumieć teraz – gdy jesteśmy uzbrojeni w doświadczenie następnych trzydziestu lat. Zasługują one na poważną refleksję – bez laurkowego zachwytu, ale także bez jednostronnej krytyki. Wielcy ludzie, których działania zmieniają bieg historii, nie są pozbawieni ludzkich słabości i błędów. To nie one jednak decydują o tym, jak zostają zapamiętani, lecz to, co udało im się zdziałać dla zmienienia biegu dziejów. Dotyczy to także dzisiejszego jubilata. Ma rację Grzegorz Kołodko nazywając Gorbaczowa „Kolumbem transformacji” („Kołumb transformacji: wielikaja oszibka M. Gorbaczewa”, Mir Pieremien, 2020, nr.4, s. 73-77). Dotarł nie tam, gdzie zamierzał, ale zmienił losy świata.
Moja ocena historycznej roli Gorbaczowa nie jest całkowicie bezstronna. Nie jest taka z dwóch powodów. Po pierwsze: jako obywatel państwa, które w wielkiej mierze dzięki polityce Gorbaczowa uwolniło się od narzuconej mu w wyniku powojennego podziału Europy hegemonii radzieckiej, a także jako ktoś, kto od wielu lat angażował się w próby reformowania skostniałego systemu, mam powody do uznania i wdzięczności wobec polityka, którego działania uczyniły możliwym to, co dla tak wielu z nas wydawało się nieosiągalną utopią. Po drugie: poznałem Gorbaczowa osobiście (w 1994, gdy już nie był u władzy) a potem miałem z nim interesujący kontakt (w sprawach związanych z sejmowym postępowaniem w sprawie stanu wojennego, a następnie w czasie redagowania księgi pamiątkowej dla uczczenia dziewięćdziesięciolecia Wojciecha Jaruzelskiego). Wyniosłem z tych kontaktów dla niego wielki szacunek i nieco lepiej zrozumiałem dylematy, przed jakimi stał, gdy sprawował władzę.
Oceniając historyczną rolę Gorbaczowa zależy oddzielić dwa jej główne aspekty: międzynarodowy i krajowy. Nagrodę Nobla radziecki prezydent otrzymał za wkład w radykalną zmianę sytuacji podzielonego świata, a zwłaszcza za to, że swą polityka położył ostateczny kres ponurej – ale przez wiele lat traktowanej jako bardzo realna – perspektywie nowej wojny światowej, która musiałaby stać się nuklearną zagładą. „Nikt – pisze wybitny amerykański historyk Melvyn P. Leffler – nie jest bardziej odpowiedzialny za zakończenie Zimnej Wojny niż radziecki przywódca. Reagan był bardzo ważny, ale to Gorbaczow był niezbędnym sprawcą zmiany…Użył on swej władzy, by wycofać potęgę radziecką w sposób, który dla jego poprzedników był nie do pomyślenia” (For the Soul of Mankind: The United States, the Soviet Union, and the Cold War, New York 2007, s. 466). Wielu historyków tego okresu podziela tę opinię – moim zdaniem, słusznie.
By zrozumieć rolę Gorbaczowa w zakończeniu Zimnej Wojny, trzeba pamiętać o jej genezie. Nie była ona po prostu konsekwencją podziału Europy na strefy wpływu wielkich zwycięzców. Sam ten podział nie oznaczał nieuchronnego konfliktu. Wprost przeciwnie! U korzeni porozumień zawartych w Jałcie i w Poczdamie w 1945 roku leżała zgoda USA i Wielkiej Brytanii na to, ze nasza część Europy znajdzie się na dziesięciolecia pod hegemonią ZSRR. Zgoda ta wynikała z przekonania amerykańskich polityków, że tą drogą zapewniają światu trwały pokój. W Polsce było to przez bardzo wielu odbierane jako zdradzenie nas przez zachodnich sojuszników, co między innymi otwarcie przyznał pierwszy ambasador USA w powojennej Polsce Arthur Bliss-Lane (I Saw Poland Betrayed, Indianapolis 1948).
Zimna Wojna wynikła z przyjęcia przez stalinowski ZSRR strategii konfrontacyjnej w stosunku do Zachodu i w odpowiedzi na to – sformułowania przez Stany Zjednoczone doktryny „powstrzymywania” (containment), której istotą była gotowość udzielenia zbrojnej pomocy każdemu państwu zagrożonemu radziecką agresją. Rezultatem był wyścig zbrojeń – kosztowny dla obu stron, ale zabójczy dla słabszej gospodarki ZSRR i jego sojuszników. Rezultatem był także klimat trwale grożącej zagłady, co znalazło wyraz w licznych utworach literackich i filmach z tego okresu (jak choćby w sławnym „Ostatnim brzegu” Stanleya Kramera z 1959 roku). Rezultatem także były kolejne wojny lokalne – od koreańskiej (1950-1953) i wietnamskiej (1954-1975) po radziecką interwencję w Afganistanie (1979-1988).
Gorbaczow był jedynym przywódcą radzieckim, który nie tylko zrozumiał zgubne skutki Zimnej Wojny dla społeczeństwa radzieckiego, ale także miał odwagę dokonać zasadniczej rewizji radzieckiej doktryny stosunków międzynarodowych. Odrzucił komunistyczny dogmat o nieuchronnym konflikcie między państwami socjalistycznymi i światem kapitalistycznym, a także – co szło jeszcze dalej – o istocie stosunków międzynarodowych jako części walki klasowej w skali światowej. W jego miejsce sformułował koncepcję „wspólnego europejskiego domu” i stosunków międzynarodowych opartych na wspólnych wartościach humanistycznych. Nawiązywał tu do idei inspirujących helsińską konferencję na temat bezpieczeństwa w Europie (1975), ale to on – a nie jego poprzednicy – potraktował te idee z całą powagą. Ortodoksyjni komuniści nie bez powodu uznali to za frontalne odejście od marksizmu-leninizmu. Tyle, że było to odejście w kierunku dla ludzkości zbawiennym.
Nie były to tylko słowa. Gorbaczow zakończył interwencję w Afganistanie i wycofał tak zwaną „doktrynę Breżniewa” ideologicznie uzasadniającą radziecką interwencję zbrojną w „bratnich” państwach socjalistycznych, a tym samym stworzył warunki dla uruchomienia przemian demokratycznych – najpierw w Polsce, a następnie w innych państwach socjalistycznych w Europie (a poza Europą także w Mongolii). Bez zmiany polityki radzieckiej nie byłoby polskiego „okrągłego stołu”, wyborów czerwcowych i rządu Tadeusza Mazowieckiego. Podkreślał to wielokrotnie w rozmowach ze mną Wojciech Jaruzelski. Grzegorz Kołodko, sam głęboko zaangażowany w polski proces przemian, trafnie zauważył (i to nie w Polsce a na konferencji w Moskwie), że „gdyby nie ten gorbaczowowski epizod pierestrojki i głasnosti, to nie byłoby polskiego Okrągłego Stołu i nie tak przebiegałyby procesy polskich przemian” (Droga do Teraz, Warszawa 2014, s. 262-263). Nie byłoby także zjednoczenia Niemiec. Były to zmiany fundamentalne, o wręcz rewolucyjnym charakterze dla powstania nowego ładu międzynarodowego. Świat zawdzięcza Gorbaczowowi to, ze od ponad trzydziestu lat nie wisi nad nami groźba katastrofy nuklearnej. Gdy dziś prezydent Biden podejmuje wysiłek na rzecz powrotu do porozumień amerykańsko-rosyjskich o ograniczeniu broni strategicznych, można w tym widzieć echo tej polityki, którą starał się realizować Michaił Gorbaczow.
Nie spełniło się jednak marzenie Gorbaczowa o nowej erze światowej współpracy. Pojawiły się nowe zagrożenia i wyzwania: amerykański hegemonizm z jednej, a światowy terroryzm z drugiej strony. Regionalne mocarstwa, do których należy także dzisiejsza Rosja, nadal starają się wykorzystywać swą przewagę w stosunkach ze słabszymi sąsiadami. Nie żyjemy w świecie, który on sobie wymarzył, ale mimo wszystko – w świecie znacznie bezpieczniejszym niż ten, który Gorbaczow zastał, gdy obejmował władzę na Kremlu. W tej historycznej zmianie jego rola jest bezsporna. Na pokojowego Nobla zasłużył, jak mało kto.
Bardziej skomplikowana jest sprawa jego roli w przekształceniu systemu radzieckiego – czyli, mówiąc wprost – w zakończeniu wielkiego eksperymentu historycznego, jakim była władza partii bolszewickiej na obszarze dawnego państwa rosyjskich carów. Gorbaczow zainicjował proces przekształcania radzieckiego systemu politycznego – jednopartyjnej dyktatury z wciąż silnymi pozostałościami stalinowskiego totalitaryzmu – w demokratyczne państwo prawa. Efektem jego polityki było nie tylko radykalne zerwanie z polityką politycznych represji, ale także zaakceptowanie pluralizmu politycznego, zwłaszcza w postaci frontów narodowych (z których najgłośniejszym był litewski Sajudis) i coraz liczniejszych stowarzyszeń i organizacji obywatelskich. Wybory do ogólnozwiązkowego Zjazdu Deputowanych w 1989 roku, a zwłaszcza wybory do rad najwyższych republik związkowych w 1990 roku były jedynymi demokratycznymi wyborami, jakie państwo to znało od 1917 roku. Jeśli jednym z podstawowych warunków istnienia demokracji jest to, że rządzący mogą przegrać wybory i po ich przegraniu wynik taki akceptują, to w 1990 roku ZSRR test taki przeszedł. W sześciu republikach (na 15) partia komunistyczna wybory przegrała na rzecz frontów narodowych. Były to Armenia, Gruzja, Estonia, Litwa, Łotwa i Mołdowa. Co więcej, w wyborach do Rady Najwyższej Rosji wygrał, kierowany przez Borysa Jelcyna, blok radykalnych reformatorów (w większości jeszcze wtedy należących do KPZR),a on sam został wybrany przewodniczącym tej rady pokonując kandydata popieranego przez Gorbaczowa i kierownictwo partii komunistycznej. Mimo coraz silniejszego oporu skrzydła konserwatywnego, KPZR pod kierownictwem Gorbaczowa stopniowo zmierzała w kierunku przekształcenia się w partię typu socjaldemokratycznego, lub – co wydawało się bardziej realne – w kierunku rozłamu. Planowano dokonać tego w listopadzie 1991 roku – na kolejnym kongresie KPZR. Czasu na to nie starczyło. Ten kierunek demokratyzacji został przerwany puczem sierpniowym (1991 roku), pokonanym dzięki odważnemu oporowi mieszkańców Moskwy i Leningradu, a także stanowisku części sił zbrojnych. Historycy tego okresu wskazują na to, ze odmowa legitymizowania puczu przez prezydenta Gorbaczowa (uwięzionego w jego rezydencji na Krymie) walnie przyczyniła się do sparaliżowania przewrotu i do jego fiaska. Pucz sierpniowy przyniósł jednak załamanie stopniowej reformy realizowanej przez Gorbaczowa, delegalizacje partii komunistycznej i początek tego, co jest często uważane za dwudziestowieczny odpowiednik okresu wielkiej „smuty” – chaotyczne, łączące elementy autokracji i anarchii rządy Borysa Jelcyna. Z perspektywy trzydziestu lat krótki okres rządów Gorbaczowa jawi się jako najbardziej demokratyczny epizod w historii Rosji co najmniej od 1917 roku, gdyż tylko w tym krótkim okresie opozycja była w stanie wygrywać wybory.
Niepowodzeniem skończyły się próby zreformowania gospodarki radzieckiej. W reformatorskiej polityce Gorbaczowa gospodarka zajmowała wyraźnie dalsze miejsce w porównaniu ze zmianami politycznymi, czym jego reformy zasadniczo różniły się od – realizowanych owocnie już od 1978 roku – reform chińskich. Wycofanie się Gorbaczowa, pod naciskiem sił konserwatywnych, z reformatorskiego (ale zawierającego liczne błędy) programu „pięciuset dni” autorstwa zespołu Grigorija Jawlinskiego było prawdopodobnie błędem, gdyż nie przedstawiono realistycznej alternatywy reform. Nie zmienia tej oceny fakt, że radykalnie wolnorynkowa „szokowa terapia” zastosowana przez członka tego zespołu Jegora Gajdara – gdy został on premierem u boku prezydenta Jelcyna – przyniosła Rosji chaos i masowe zubożenie ludności. Brak poprawy sytuacji gospodarczej stał się jednym z powodów słabnięcia poparcia dla Gorbaczowa a tym samym zagrożeniem dla jego polityki reform.
Uważam jednak, że znaczna część winy spada na ówczesne rządy zamożnych państw zachodnich, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Zakończenie Zimnej Wojny stwarzało unikatową szansę pozyskania w zreformowanym Związku Radzieckim cennego sojusznika na nadchodzące dziesięciolecia. Wymagało to jednak poparcia polityki Gorbaczowa nie tylko słownymi deklaracjami (tych nie brakowało) lecz także potężnym zastrzykiem pomocy finansowej, jak to po wojnie zrobiono wobec pokonanych Niemiec. Nigdy nie dowiemy się, jak potoczyłaby się historia, gdyby Gorbaczowowi pomożono w przekształceniu ZSRR w demokratyczne i gospodarczo stabilne, a wobec Zachodu przyjazne, mocarstwom regionalne.
Ostatecznie jednak o przegranej radzieckiego przywódcy zdecydowała kwestia narodowa. Gorbaczow początkowo nie doceniał jej znaczenia, o czym dobitnie świadczy poświęcony problemowi narodowemu niewielki fragment jego podstawowej publikacji pod tytułem „Pierestrojka”, gdzie pisze on nawet, iż w ZSRR problem narodowy został rozwiązany dzięki kierowaniu się leninowskimi zasadami. Już wkrótce po ukazaniu się tej pracy konflikty na tle narodowym w Kazachstanie i Azerbejdżanie pokazały, że rzeczywistość daleko odbiega od tak optymistycznej oceny.
Problem narodowy w dawnym ZSRR był odziedziczony po carskiej Rosji, nie bez racji nazywanej „więzieniem narodów”. Bolszewicy tego problemu nie stworzyli, ale go też nie rozwiązali. Sloganom o internacjonalizmie i o powstaniu jednego „narodu radzieckiego” towarzyszyła w czasach rządów Stalina brutalna polityka rusyfikacji i prześladowania tak zwanych „nacjonalizmów” w łonie partii komunistycznej. Po śmierci Stalina najbardziej brutalne elementy tej polityki zostały zarzucone, ale wciąż daleko było do zaspokojenia aspiracji narodowych narodów nierosyjskich.
Sytuację komplikowały dwie okoliczności. Cztery republiki (Estonia, Litwa, Łotwa, Mołdowa) zostały wcielone do ZSRR w 1940 roku, w czasie współpracy z hitlerowskimi Niemcami, w wyniku brutalnego dyktatu i wbrew woli zainteresowanych narodów. Nie było przypadkiem, że właśnie tam najsilniej i najwcześniej do głosu doszły żądania niepodległościowe, na które Gorbaczow nie był przygotowany i którym początkowo usiłował zapobiegać. Drugą okolicznością komplikującą proces wychodzenia z dotychczasowego systemu było istnienie znacznych mniejszości rosyjskich w kilku nierosyjskich republikach. Etniczni Rosjanie stanowili 37.8 proc. ludności Kazachstanu, 34 proc. ludności Łotwy, 30.3 proc. ludności Estonii, 22.1 proc. ludności Ukrainy, 16,7 proc. proc. ludności Kirgistanu, 13 proc. ludności Mołdowy, 9.4 proc. ludności Litwy. Oderwanie tych republik od Rosji musiało budzić opory także z tego powodu.
Nigdzie zresztą demontaż wielonarodowego imperium nie odbywał się gładko, by chociażby przypomnieć losy kolonialnego imperium Francji, którego likwidacja przyniosła wiele lat wojen w Indochinach (1945-1954) i Algierii (1954-1962), a także wojskowy zamach stanu w maju 1958 roku i wieloletnią terrorystyczną kampanię konspiracyjnej organizacji nacjonalistycznej OAS. W porównaniu tym demontaż imperium radzieckiego wygląda na stosunkowo łagodny.
Był on jednak przekreśleniem ciekawego planu Gorbaczowa przekształcenia dawnego państwa radzieckiego w swego rodzaju konfederację dziewięciu „suwerennych republik”, przy zaakceptowaniu odejścia sześciu małych republik wyraźnie niezainteresowanych pozostaniem we wspólnocie – nawet bardzo zreformowanej. Porozumienie o utworzeniu „Związku Suwerennych Republik Radzieckich” miało być podpisane 21 sierpnia 1991. Przeszkodził temu pucz sierpniowy, a wkrótce potem rozwiązanie ZSRR. Nigdy już nie dowiemy się, czy realizacja planu Gorbaczowa wyszłaby dawnym republikom radzieckim na korzyść. Dla niego samego oznaczało to przedwczesny koniec sprawowania władzy.
Tracąc ją Gorbaczow miał uzasadnione poczucie krzywdy wyrządzonej mu przez mściwego rywala (Jelcyna) i zdradzieckich byłych współpracowników. Nie składał broni. Początkowo próbował – bezskutecznie – stworzyć w Rosji nowoczesną partię socjaldemokratyczną. Pozostał czynny na arenie międzynarodowej – już nie jako głowa państwa, ale jako wielki, szanowany w świecie autorytet. Podzielam opinię Adama Daniela Rotfelda (z jego wstępu do polskiego wydania wspomnianej wyżej książki Graczowa), że „nawet to, co – w jego rozumieniu – było niepowodzeniem, okazało się sukcesem”. Sukcesem nie dla niego osobiście, ale dla świata. Ten świat dzięki Gorbaczowowi stał się mniej niebezpieczny i nieco lepszy w wielkiej mierze dlatego, że radziecki prezydent miał odwagę podjąć się zadania przerastającego siły nawet tak wybitnego, jak on, polityka. Za to należy mu się wdzięczność następnych pokoleń.
Ad multos annos, Panie Prezydencie.

Gospodarka 48 godzin

Dobrymi chęciami
Przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotkali się z prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jarosławem Gowinem. Spotkanie w pałacu prezydenckim było wynikiem listu, wysłanego przez przedsiębiorców do prezydenta, w którym zwracali oni uwagę na negatywne efekty zamknięcia wielu dziedzin gospodarki. Prezydent zachowywał optymizm i początkowo chwalił efekty działań rządu PiS, oświadczając, że sytuacja w Polsce od strony gospodarczej nie wygląda źle – i na tle innych krajów poradziliśmy sobie z tym wielkim wyzwaniem, jakim jest pandemia. Później jednak prezydent dodał, iż: „Największym wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetrwać polskim firmom i polskim przedsiębiorcom”. W ten sposób prezydent RP jednoznacznie dał do zrozumienia, że rząd PiS dotychczas nie znalazł takich rozwiązań.
Podczas spotkania członkowie Rady Przedsiębiorczości – szefowie dziewięciu największych stowarzyszeń biznesowych w Polsce – zaproponowali decydentom zawarcie Paktu Antykryzysowego, w ramach którego prezydent, przedstawiciele rządu oraz szeroko rozumiany biznes mieliby wspólnie wypracować rozwiązania, z jednej strony pozwalające przetrwać firmom, a z drugiej minimalizujące ryzyko zakażeń koronawirusem. Jak relacjonował uczestnik spotkania, prezes Business Centre Club Marek Goliszewski, prezydent Duda przyjął do wiadomości pomysł zawarcia takiego paktu, natomiast wicepremier Gowin oświadczył, że opowiada się za szybszym odmrażaniem gospodarki i wsparciem branż deficytowych. Prezes Goliszewski dodał, że przesłaniem tego spotkania było podjęcie dialogu na rzecz gospodarki z prezydentem, jako osobą, która ma wpływ na podejmowane decyzje – i przekonywanie jej do rozwiązań, które są konieczne, żeby firmy miały wsparcie, a gospodarka odbiła się od dna i odbudowała. Przedsiębiorcy przedstawili postulaty kierowania w większym stopniu funduszy europejskich nie tylko na inwestycje publiczne, ale przede wszystkim do sektora prywatnego. Wskazywali na konieczność przestawienia polityki gospodarczej z prokonsumpcyjnej na inwestycyjną. Zgłoszono pod adresem prezydenta wniosek o poparcie zniesienia podatku bankowego i skierowania zaoszczędzonych z tego tytułu pieniędzy na kredyty dla firm. Nadzieje na większe środki dla firm rozwiał obecny na spotkaniu Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który wskazał, że środki europejskie z Funduszu Odbudowy i Restrukturyzacji dotrą do Polski najwcześniej w 2022 roku, a zapewne sporo później. Dużo czasu poświęcono na spotkaniu sposobowi stanowienia prawa w Polsce i ustawom gospodarczym, zbyt szybko uchwalanym i zmienianym przez Sejm, bez konsultacji z praktykami życia gospodarczego. Zaapelowano do prezydenta RP o zawetowanie ustaw, które w swoich zapisach stawiają każdego przedsiębiorcę w roli podejrzanego i zniechęcają do inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Rozmaitych paktów już wiele w Polsce zawierano i raczej nic z nich nie wynikało. Zapewne podobnie będzie i z propozycją obecnego Paktu Antykryzysowego. Tym bardziej, że podczas spotkania z prezydentem Dudą mówiono nie tyle o konkretach, co o dobrych chęciach, którymi – jak wiadomo – jest wybrukowana jedna droga.

Kogo skrzepi podatek cukrowy?

Andrzej Duda wygrał wybory, więc PiS już nie musi odkładać ustaw, bijących Polaków po kieszeni.

Z początkiem 2021 r. wchodzi w życie podatek cukrowy. PiS wymyślił go już w 2019 r. ale nowy podatek wywołał sprzeciw w branży rolno-spożywczej, więc ze względu na wybory, wstrzymano prace nad ustawą mającą go wprowadzić. Jarosław Kaczyński nie chciał bowiem tracić głosów pracowników branży (i ich rodzin).
Wybory już za nami, o głosy wyborców nie trzeba się martwić, więc ustawę sfinalizowano (przy sprzeciwie Senatu), a prezydent podpisał ją 27 sierpnia. Podatek cukrowy ma ratować pękający w szwach budżet państwa. Wprowadzony będzie pod pretekstem „promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów”, a oficjalna propaganda głosi, że ma on zmienić nawyki żywieniowe Polaków (ponoć żeby pili mniej słodkich napojów).
Ustawa zakłada wprowadzenie opłaty od napojów słodzonych, podzielonej na część stałą i zmienną. Opłata stała to 50 gr za litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, oraz dodatkowo 10 gr za litr napoju z dodatkiem substancji aktywnej (kofeina lub tauryna). Opłata zmienna to 5 gr za każdy gram cukru powyżej 5 gram/100 ml. Planowanym pierwotnie terminem wejścia w życie ustawy był 1 lipca 2020 roku, ale PiS zrezygnował z tej daty, żeby nie zmniejszyć szans Andrzeja Dudy w wyborach odbywających się 12 lipca.
Ważnym elementem nowego podatku są wysokie kary. W przypadku niedokonania wspomniaych opłat w terminie, naczelnik urzędu skarbowego będzie zobowiązany ustalić, w drodze decyzji, dodatkową opłatę (tzw. opłatę sankcyjną) na rzecz państwa.
O rezygnację z podatku cukrowego od miesięcy apelowali przedsiębiorcy z branży rolno-spożywczej. Wskazywali między innymi, że jego przyjęcie spowoduje katastrofalne skutki dla przedsiębiorców i branży spożywczej, w niełatwej już rzeczywistości gospodarczej spowodowanej COVID-19. Przekonywali, że na skutek nowej daniny pracę może stracić kilkanaście tysięcy ludzi.
Przekonywali bezskutecznie, a jedynym wynikiem ich protestów była decyzja PiS, że ustawa zostanie sfinalizowana już po wyborach, by nie szkodzić Andrzejowi Dudzie. Jeśli przedstawiciele branży mieli nadzieję, że PiS rzeczywiście ich wysłuchał i zrezygnował z podatku, to wykazali się duża naiwnością.
„Podatek cukrowy uderzy w wyniszczoną kryzysem branżę spożywczą, odchudzi portfele obywateli, a przede wszystkim zostanie uchwalony z naruszeniem elementarnych zasad legislacji. Prace nad podatkiem cukrowym trwały od grudnia ubiegłego roku i ostatecznie wstrzymane zostały na okres kampanii wyborczej. W trakcie kampanii Pana sztab deklarował, że jest Pan jedynym gwarantem powstrzymania wejścia w życie kolejnych podatków. Wielu przedsiębiorców odebrało tę deklarację jako zapowiedź, że pomysł podatku cukrowego już nie wróci” – tak pisali do Andrzeja Dudy przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Gospodarczym. Dziś dobrze widać, jak skutecznie zostali nabici w butelkę przez rządzących.
Przedsiębiorcy wskazywali, że dyskryminacja polskich producentów jest wpisana w samą konstrukcję podatku cukrowego. Nie zachęca on do zmian receptur na niskocukrowe, a wysoka opłata stała sprawia, że najsilniej dotknięci zostaną producenci napojów konkurujący ceną z globalnymi koncernami. Ich przewaga zostanie zlikwidowana i stracą klientów na rzecz zagranicznych graczy. Podatek cukrowy uderzy zaś w najuboższą cześć społeczeństwa, która boleśniej niż zamożniejsze grupy obywateli odczuje skutki podwyżek – bo producenci oczywiście będą chcieli przerzucić nowe opłaty na konsumentów.
Wytykano również pozorny tylko efekt prozdrowotny tego rozwiązania, podkreślając, że po jego wprowadzeniu spożycie cukru może wzrosnąć (jak stało się np. w Wielkiej Brytanii). Zwracano uwagę, że jedynym realnym rezultatem podatku będzie oddanie części rynku napojów na rzecz zagranicznych koncernów.
W konsekwencji, przedstawiciele branży prosili, aby prezydent: „z całą mocą wykorzystał swoje prerogatywy” i skierował podatek cukrowy do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny, bo „tylko w ten sposób może Pan przerwać chaos związany z wprowadzaniem nowych obciążeń w sposób skrajnie nieprzejrzysty i niezgodny z przepisami”.
Ta niezgodność z przepisami polega na tym, że rząd zmienił datę wejścia w życie podatku zapisaną w poprzednim projekcie. Aby to zrobić, musiał znowelizować ustawę, gdy była ona cały czas na etapie prac sejmowych. Taka nowelizacja ustawy jeszcze nieistniejącej jest łamaniem procedur legislacyjnych, ale PiS nie takie procedury i zasady już łamał.
Do Andrzeja Dudy apelowali też poszczególni, więksi producenci, jak np. Jan Kolański,
prezes krajowej grupy Colian. Pisał on: „Panie Prezydencie, jako reprezentant branży napojowej, mając na uwadze losy polskich przedsiębiorców, ale także zdrowie Polaków, apeluję do Pana o zorganizowanie otwartej debaty w sprawie ustawy cukrowej. Jeszcze nie jest za późno!. Rozpocznijmy dialog! Spotkajmy się, by wspólnie znaleźć odpowiedź na pytanie, jak dobrze skonstruować ustawę cukrową, by realnie realizowała dwa cele: zapewniła wpływ środków do budżetu na walkę z otyłością i cukrzycą, a nam – przedsiębiorcom, dała możliwość ocalenia dorobku wielu lat przed bankructwem. Zasiądźmy do stołu. Powołajmy radę ekspertów. Zaprośmy do niej specjalistów: dietetyków, diabetologów, kardiologów, polityków, ekonomistów, prawników. Oddajmy głos przedsiębiorcom z branży napojowej, sokowej, mlecznej, producentom energetyków, browarom. Określmy wysokość podatku na poziomie akceptowalnym dla wszystkich. Nie róbmy podziałów na lepszych i gorszych. Zadbajmy o edukację prozdrowotną, programy dla dzieci w zakresie zdrowego trybu życia, odżywiania, aktywności fizycznej. Panie Prezydencie, to są argumenty, które przemawiają za tym, by przeprocesować ustawę cukrową ponownie w sposób, który przyniesie zamierzony efekt prozdrowotny, a nie tylko fiskalny, skądinąd wątpliwy, ponieważ firmy, które zbankrutują na skutek podatku, przecież nie będą kontrybuować we wpływach do budżetu. Wierzę, że głos przedsiębiorców w końcu zostanie usłyszany i rozpoczniemy dialog społeczny. Doprowadźmy do wprowadzenia efektywnej ustawy prozdrowotnej, która umożliwi rozwój przedsiębiorcom i da nam wszystkim możliwość realnej walki z otyłością i cukrzycą”.
Jak już wiadomo, wszelkie argumenty i apele branży nie wpłynęły na Andrzeja Dudę. Głos przedsiębiorców nie został wysłuchany, ustawa nie została zmieniona, żadnego dialogu, rady ekspertów czy otwartej debaty nie było. Będzie za to nowy podatek.
Polacy spożywają około 51 kg cukru rocznie. Producenci napojów słodzonych, którzy będą płacić podatek cukrowy, dostarczają im około 10 kg cukru. W ostatnich latach konsumpcja cukru stopniowo spadała mimo braku podatku – w 2019 r. zmniejszyła się o 2,5 kg.
Warto też dodać, że przy okazji uchwalania podatku cukrowego wprowadzono zmiany dotyczące małpek – czyli niewielkich butelek wódki i wina, które w ostatnich latach bardzo zasłużyły się na polu upijania Polaków. Uchwalono, że firmy sprzedające małpki w sklepach (czyli przedsiębiorcy sprzedający napoje alkoholowe przeznaczone do spożycia poza miejscem sprzedaży) muszą wnosić opłatę za butelki o objętości nie przekraczającej 300 ml. Będzie to 25 zł od litra stuprocentowego alkoholu, co przykładowo oznacza 1 zł od 100 ml małpki wódki 40-procentowej, 2 zł od 200 ml małpki wódki 40-procentowej i 88 gr od 250 ml małpki wina 14-procentowego.
Tak więc, Polacy najprawdopodobniej przerzucą się na rozpijanie normalnych, dużych, co najmniej półlitrowych flaszek, jak pan Bóg przykazał.

Księga Wyjścia (52)

Ballada o kompromitacji państwa i słabości rządzących.

Nikt kto walczy z cieniem mgły, nie powiedział teraz ty,
Nikt nie wyzwał mnie do tego, bo nie jestem ich kolegą, Ich kolegą – bit.
Nic się nie martw – pomyślałem i choć przekaz zrozumiałem, Nominacji tej nie czuje czego nawet nie żałuję, Nie żałuję – bit
I choć tego nie żałuję to tym tekstem zarapuję, bo mam gdzieś Umizgi wszystkich, od artystów – typów śliskich, Przez ważniaków – nieboraków, typów którzy krajem trzęsą i pieniędzy sobie szczędzą – sobie szczędzą – bit.
Zamiast dać z państwowej kiesy robią własne interesy, ten kapmanię talmudyczną, inny zrobi koraniczną. Bo na katolickich bitach, polski faszyzm już rozkwita, już rozkwita – bit
Tak więc dziś rządzący krajem, zamiast działać to śpiewają, bo pomysłów już nie mają, już nie mają – bit
Choć śpiewają to udają, bo jedyne to gadają, co gadają? Co gadają? Bit
Wulgaryzmy, zwykle bzdury, bez ogłady i kultury. Że w tle rytm się dostosował to nie czyni rapoboga, ale gdzież mu do muzyki, choćby takiej „riki tiki”.
Czemu tak na pośmiewisko, siebie, kraj i w okół wszystko, wystawiają politycy, czy im nie wstyd, a muzycy? czy protokół przewiduje, by prezydent – choć lirycznie, bzdury gadał oczywiste, oczywiste – bit
Przekonywał, że on nie ma, że rodacy, niech dołożą z własnej kasy.
Czy ze skąpstwa? zanim jeden z drugim się nadąsa, niech popatrzy na się z boku, to mu kretyn błyśnie w oku. Tacy to są prominenci, politycznie niewyklęci, szybko znikną w niepamięci, albo w cieniach ostrej tęczy, wyliczanka, będzie bit Raz, dwa, trzy – na zakaźnym będziesz ty.
Kto, nikt tego jeszcze nie wie, bo gdy kraj ten jest w potrzebie, to zabawę urządzili, jak na dawnym dworze carskim, pamiętacie – to nie żarty, jaki koniec był tych uciech. Że czmychniecie w jednym bucie, jak Twardowski, że na księżyc? Chyba, po eLGieBeTe tęczy, kto was w drogę poprowadzi i o dachy nie zawadzi. Jak fachowców zmieniliście na gówniarzy oczywiście.
Politycy, warci tyle, co ich życie bez osiągnieć lecz na szczycie- lecz na szczycie.
Nawet bitem ich żałosnym, szczęściem mi nie spsują wiosny, wręcz przeciwnie, ubaw mam. I nie jestem pewnie sam.
Nienawiścią nakarmieni, szczują ludzi, miedzy swemi, ciekaw jestem, czy załapie ten co czelendż trzyma w łapie, w drugiej śmiało dzierży hot. Leczy czy wie skąd słowo to? ze jest obce kulturowo, posługiwać się niezdrowo. Zwłaszcza władzy, zwłaszcza tej, która patriotyczny rej, wiedzie prym, wiedzie że hej.
A na ziemiach tych niedawno, piękny język płynął wartko. Pełen gwar, anachronizmów, lecz w angielskim teraz przyszło, jak nie łapiesz toś nie stąd, bośmy gwiazdką wśród pasiaków, pięćdziesiątym pierwszym Stanów – Stanów – Stanów
Pozwolili nam bez wiz, tak naprawdę to jest pic, ale się niektórzy łapią i czelendża teraz dają – bit
Miast wyzwania, nominacji – tak, to wina demokracji, demokracji – bit
Są niewarci tych emocji, by wyklinać, bez wartości? Po co, toż już tombak więcej wart. Jak wydmuszki, które miast z państwowej puszki odwołują się do ludu, by się zrzucił w celu cudu, celu cudu – bit
Więc posłuchaj prezydencie, państwa rola, to jest rzecz, by choroba poszła precz, by w szpitalach ich personel, miał zarobki i nagrodę. Oni ryzykują życie, w pracy, w domu nie w zaszczycie.
Tobie jeno śmieszność grozi, nawet nie, boś ją przegonił, ze trzy okrążenia przed nią, ech zastanów się gdzie pędzisz, widzisz mur? Nie? Nie szkoda zresztą – bit
Ale się nie hamuj pędź, łeb roztrzaskaj jak masz chęć. A sympatyk PiSWinista niechaj wie, ze socjalista, również może zrobić bit, taki, że wam spadnie kit
Filozofia upadku
To było jedynie preludium do właściwej treści tekstu i kpina z akcji hot16chellenge2. Kpina, którą sprowokowały dwie przyczyny. Po pierwsze w formie nominacji politycy uczestniczą w rapowania na szczytny cel czyli wspomaganie szpitali i szeroko rozumianej służby zdrowia. Mogą przy okazji zabłysnąć mądrością lub głupotą, wykorzystując to do wyborów prezydenckich. Przynajmniej tak im się wydaje. Mają przy tym świetną zabawę.
Politycy, a zwłaszcza ci z obozu władzy są od tego, by nie prosić, a nawet żebrać o datki, lecz z państwowych pieniędzy dofinansować służbę zdrowia. Stać ich na prezenty dla toruńskiego konglomeratu religijno, medialno, szkolno geotermalnego – celowo nie napisałem akademickiego, bo klawiatura nie przyjęłaby tego określenia odnośnie szkoły medialnej dyrektora Rydzyka.
Przy okazji wyszło trochę wpadek, czego prawica nigdy obecnemu prezydentowi nie wybaczy, czyli rapowania talmudycznych treści, najwyraźniej piąta kolumna socjalistów działa i gdzie się da nogę podstawia. Mam jednak obawy, że zyska na tym Bosak, chyba, że i tam znajdzie się ktoś, kto przetłumaczy mu wersy Koranu, twierdząc, że to autorski tekst. Zobaczymy.
Też podkusiło mnie by bez nominacji napisać, ale kto powiedział, że w tej ich zabawie obowiązują jakieś reguły. To w zasadzie nie jest warte felietonu, ot wzmianka plus tekst i tyle. Dużo ważniejszą sprawą jest to od czego zacząłem, czyli filozofia upadku.
Przed wczoraj – we środę – wziąłem udział w audycji w Radiu Fa, dotyczyła ona nałogów i tego początku staczania się na dno. Temat jak najbardziej na czasie, bo mimo tzw. odmrażania gospodarki, cześć ludzi nadal nie ma z czego żyć.
Wciąż mają zamknięte zakłady pracy, a znaczna cześć występujących w mediach głównego nurtu dziennikarzy celebrytów, jest uzależniona od kokainy. Kto miał ten problem, doskonale wie jak rozpoznać człowieka pod wpływem. Narkoman wszystko ma w oczach, a uważny obserwator dostrzeże również w ruchach, pobudliwości i sposobie mówienia.
Podobnie jak alkoholik z górnej półki, zanim spadnie zaczyna od najdroższej whisky, by skończyć na denaturacie, tak i u nich moda na kokainę, najdroższy chyba teraz w Polsce narkotyk – moja wiedza zatrzymała się na trzystu złotych za gram, podobno było już pięćset. Nawet jeśli dużo zarabiali, to w przypadku głębokiego uzależnienia, gram nie wystarczy na długo – kokaina ma taką „paskudną” cechę, że dosyć krótko działa. Będzie wiec, ten i ów – człowiek z pierwszych stron gazet i gwiazda wszelkich programów publicystycznych – musiał szukać tańszych zamienników. Nie będzie to łatwe, trudno znaleźć coś, co działa na te same receptory, ale jeśli nie pokonają wstydu, nie będą umieli przyznać się do nałogu, to pewnie na początku, trudno będzie znaleźć im nawet dilera.
A jeśli już, to mogą liczyć co najwyżej na dopalacze. Opisuję pewien schemat, ale tak czy inaczej, apeluję do dawnych kompanów z ławki, by lekko się przesunęli robiąc miejsce nowym, ponieważ nadchodzi fala upadłości. I to nie upadłości zakładów, gdzie wystarczy odpowiednie zarządzanie, by wyprowadzić je na prostą, ale upadłości ludzi. A upadek każdego człowieka, jest upadkiem człowieczeństwa całej wspólnoty. W tym wypadku kraju.
Piszę to bez złośliwości i satysfakcji, bo naprawdę niektórych mi żal. Przez jakiś czas będzie pożyczanie pieniędzy od znajomych, potem wyprzedawanie wszelkich cennych przedmiotów, rozpadnie się kilka związków, gdy skończą się już te cenne przedmioty, zacznie się wyprzedaż wszystkiego. Nie jestem ekonomistą, ale wiem, że odmrażanie gospodarki do stanu sprzed pandemii, będzie procesem długotrwałym i nie każdy z beneficjentów sukcesu zostanie odmrożony.
Znowu miasta zapełnią się lombardami i aptekami, gdzie bez recepty, ale już z odpowiednią wiedzą można będzie zaopatrzyć się bez recepty w leki zawierające wszelkie narkotyki, domowym sposobem oddzielić substancje zbędne od tych psychoaktywnych i w odpowiedniej dawce może to zastąpić uwielbianą wcześniej kokainę, podobnie jak dawnemu miłośnikowi Jonny Walkera, będzie musiał wystarczyć denaturat. Bardzo trudno jest mi pisać ten scenariusz, mimo że nie dotyczy on ludzi z którymi utrzymuję towarzyskie relacje. Po prostu, sam to przeszedłem i już chyba wiem, potrafię usłyszeć sygnał startu dla wszystkich uczestników biegu po równi pochyłej. Smutne.
Obawiam się, jednak że nieuniknione. Czy możemy temu zaradzić? My jako społeczeństwo czy wspólnota? Nie, ale rząd mógłby. Wiązałoby się to jednak z pełnym powrotem do stanu poprzedniego, czyli ci sami celebryci, na tych samych stanowiskach, za ciut większe pieniądze, bo już zdążyli się zadłużyć.
Lub selekcja i wsparcie wszelkich państwowych przychodni i szpitali odwykowych. Co jak zakładam nie wchodzi w grę, jeśli prezydent rapuje fragmenty Talmudu, by zebrać kasę w trakcie pandemii, to nie ma co liczyć, że zareaguje na skutki pospandemiczne, takie jak nędza i uzależnienia. Bo chyba nikt się specjalnie nie ludzi, że wygra ktoś inny.
Konkurenci wystawili w tym wyścigu dość marną reprezentację i obawiam się jedynie kogoś, o kim nigdy bym nie przypuszczał, że na tym tle zabłyśnie. Tak, tło jest najważniejsze, wśród głupków, miernota będzie geniuszem, na bieli szary wyda się czarnym i odwrotnie. Tak więc z braku konkurencji jedynie (o zgrozo) Bosak – w co nie wierzę – może zagrozić Andrzejowi Dudzie.
Tak więc czeka nas kolejna kadencja rapowania Rygwedy czy Brahmany – święte księgi hinduizmu, bo zarówno Talmud jak i Tora w końcu zostaną w całości wyrapowane. Na całe szczęście świat zna wiele religii, że jest w czym wybierać.
Na zakończenie i ku pokrzepieniu polecam film „Shugaley”, którego przedpremierowy seans udało mi się obejrzeć. Jest to o tyle na czasie, że pokazuje inny ludzki problem, a mianowicie współczesny świat i współczesnych ludzi, przetrzymywanych w Libii. Jest to film oparty na faktach, którego tłem jest zdemolowanie tego kraju przez nasz nowy kraj, którego powoli stajemy się 51 stanem. Ale zanim nabierzemy pełnych praw, czekają nas plantacje bawełny i niewolnictwo. W tym ekonomicznym już jesteśmy, pora na prawdziwy bat i prawdziwych właścicieli. Smutne, co? Smutniejsze jednak jest to, że sami sobie to zgotowaliśmy. Na ochotnika. Hawaje na tym pewnie zyskały, Polska straci. Zgodnie z przysłowiem, że miłe złego początki, więc po satyrycznym wstępie, smutne zakończenie. A film szczerze polecam, wkrótce pojawi się na srebrnych ekranach.

Kandydaci na kandydatów

Przeprowadzenie wyborów w maju równoznaczne będzie z wyeliminowaniem z konkurencji wszystkich mniej popularnych kandydatów. Komu grozi nokaut?

W mediach obecni są Duda, Kidawa-Błońska, Biedroń, Kosiniak-Kamysz, Bosak, Hołownia i Jakubiak. A co z resztą polityków, którzy zarejestrowali w PKW swoje komitety? Dotarliśmy do kandydatów pozbawionych możliwości prowadzenia kampanii. Wszyscy domagają się pilnego przesunięcia terminu głosowania…
Wróg Unii Europejskiej
Stanisław Żółtek od lat jest jednym z filarów ruchu konserwatywno-liberalnego. Ekonomiczny kapitalista był w przeszłości prezesem kultowej w wielu kręgach Unii Polityki Realnej (dawna partia Korwin-Mikkego – przyp. aut.). Obecnie działa jako prezes Kongresu Nowej Prawicy i udziela się w ruchu Polexit. Eurosceptyczna organizacja wystawiła go jako kandydata w zbliżających się wyborach.
Lider KNP, jako jeden z niewielu przedstawicieli prawicy, przeciwny jest zorganizowaniu głosowania na początku maja. W rozmowie z nami nie zostawił na rządzących suchej nitki i oskarżył ich o lekceważący stosunek do życia obywateli.
– Już dotychczasowa organizacja wyborów (zbieranie podpisów, składanie przez komitety wyborcze kandydatów do komisji wyborczych) spowoduje zapewne zarażenie tysięcy i śmierć dziesiątek ludzi. Dalsza organizacja to śmierć następnych grup – wyjaśnił nam reprezentant PolExit.
– A samo głosowanie tylko dla uzyskania politycznego celu, to zbrodnia, a Kaczyński, Morawiecki i Duda mieliby na rękach krew Polaków. Choć część zła już się stała – ostro ocenił przewodniczący Żółtek.
Kandydat podkreślił również, że jego kampania nie może przebiegać w normalny sposób. Powodem jest zarówno koronawirus, jak i ograniczenia finansowe.
– Poza prezentacją swoich poglądów w internecie i w darmowym czasie antenowym nie ma innej możliwości prowadzenia kampanii: ani konwencje, ani spotkania, ani wiece, ani plakatowanie. Nie mam też możliwości pokazania się na bilbordach, bo to mogą tylko partie mające dotacje – przyznał wyraziście prawicowy polityk.
Nasz rozmówca nie ukrywa przy tym, że to właśnie radykalizm w kwestii podejścia do integracji europejskiej wyróżnia go spośród ogółu kandydatów.
– Jako jedyny chcę bezwarunkowego wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Część kandydatów to apologeci UE. Część (Duda, Bosak) stoi w rozkroku: czyli „Unia zła, trzeba coś zmienić, ale tak naprawdę to pozostajemy w Unii”. Ja wiem, że nic już nie można zmienić, a działania UE są nakierowane na zrobienie z Polski kolonii (surowce, siła robocza) dla Niemiec i Francji i zrobienie z nas pariasów Europy. Będę żądał referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii Europejskiej – skonkludował.
Centrowy narodowiec
Romuald Starosielec już w latach 80. zaangażował się w działalność opozycyjnych wydawnictw drugiego obiegu. Po przemianach ustrojowych przez kilka lat działał w Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym i zasiadał we władzach tego stronnictwa. Od pewnego czasu wyga narodowców przewodzi ugrupowaniu Jedność Narodu.
W rozmowie z nami kandydat udzielił poparcia idei przesunięcia wyborów. Równocześnie przyznał, że już samo zbieranie list poparcia było problematyczne. Zwolennicy zwyczajnie bali się opuścić mieszkania i wysłać paczki z podpisami pod jego kandydaturą. Również poczta miała trudności z prawidłowym działaniem. W tej sytuacji prowadzenie kampanii wyborczej stoi pod dużym znakiem zapytania.
– Przekaz medialny nastawiony jest na koronawirusa. Tylko urzędujący prezydent ma możliwość podróżowania i pokazywania jak „walczy z epidemią”. Jakakolwiek krytyka poczynań prezydenta spotyka się z potępieniem; on sam przedstawiany jest jako rycerz walczący z wirusem. Inni się nie liczą. To nie jest normalne… – zauważył.
Przedstawiciel opozycji jest niezwykle krytyczny wobec obozu PiS. W jego opinii ugrupowanie to jest absolutnie wodzowskie i podporządkowane woli Jarosława Kaczyńskiego. Nasz rozmówca uważa, że taka formuła rządów się wyczerpała i to właśnie on jest kandydatem zdolnym do wzniesienia się ponad podziałami.
– Nie oceniam się ani jako konserwatysta, ani liberał. Nie jestem ani prawicą, ani lewicą. Te podziały nie mają zastosowania i zaciemniają obraz tego, kto kim jest. Nam potrzebna jest elementarna jedność w najważniejszych dla wspólnoty sprawach. Nikt nie rozmawia na poważne tematy ustrojowe, gospodarcze, naukowo-badawcze. Klasa polityczna nie dorosła jeszcze do wyzwań czasów, w jakich funkcjonujemy. Obowiązująca formuła rządów partyjno-wodzowskich jest dla mnie nie do przyjęcia, jest przejawem patologii systemu – podsumował Starosielec.
Fan hawajskiej
Przedsiębiorca Paweł Tanajno działał w PO, Ruchu Palikota i planktonowej Demokracji Bezpośredniej. W 2015 r. wystartował w wyborach prezydenckich, zajmując w nich ostatnie, 11. miejsce (niespełna 30 tys. głosów). Ponownie spróbował sił w rywalizacji o tytuł mera miasta stołecznego jako pełnomocnik KWW Odkorkujemy Warszawę. Podczas kampanii obiecywał dowożenie mieszkańcom pizzy hawajskiej. Pomysł się nie przyjął, bo zaufało mu tylko 0,42% wyborców.
W tych wyborach fan hawajskiego przysmaku postawił na postulaty wolnorynkowe. Zapytany przez nas o sens głosowania w maju odpowiedział krótko.
– Nie obchodzi mnie to. W tej chwili najważniejszą sprawą jest uratowanie polskiej gospodarki, przedsiębiorstw i miejsc pracy. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy – stwierdził aktywista. – Nie interesuje mnie też prowadzenie kampanii. Czekam, aż PKW mnie zarejestruje, jeżeli mnie zarejestruje, to prawdopodobnie zrezygnuje.
Sam Tanajno nie ukrywa, że jest najoryginalniejszym kandydatem, jak sam przyznaje „nie żyje na koszt podatników, nie zajmuje się notorycznymi kłamstwami i ma honor”.
Przyjaciel o. Rydzyka
Profesor Mirosław Piotrowski przez trzy kadencje reprezentował prawicę w Parlamencie Europejskim. W 2018 r. pokłócił się z PiS-owcami i założył katolicki Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christi (RPE). Nieoficjalnie mówi się, że twór jest nowym politycznym eksperymentem redemptorysty z Torunia. Sam prof. Piotrowski prowadzi wykłady w niesławnej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej; współpracuje też z niemal wszystkimi kierowanymi przez o. Rydzyka mediami (Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik” i niezawodne Radio Maryja).
Walczący o rechrystianizację Starego Kontynentu kandydat pozostał dla nas nieuchwytny. Udało nam się za to skontaktować z wiceprzewodniczącym RPE, Krzysztofem Kawęckim, który w rozmowie z nami zasugerował, że wybory trzeba przełożyć na bardziej odległy termin.
– Mamy do czynienia z naruszeniem czynnego prawa wyborczego. Część osób, w trosce o zdrowie, nie pójdzie na wybory, podobnie postąpią osoby przebywające w kwarantannie. Również bierne prawo wyborcze nie zostało potraktowane poważnie, bo kampania wszystkich kandydatów ograniczona została na skutek epidemii, jak i rozporządzeń ministra zdrowia – powiedział współpracownik Piotrowskiego.
Spółdzielca
Przywódca Unii Pracy, Waldemar Witkowski, jest ostatnim z omawianych przez nas kandydatów. Od lat związany ze spółdzielczością, społecznik, były wicewojewoda wielkopolski swój główny atut widzi w nowoczesnym i progresywnym programie.
– Mój życiorys i moje doświadczenia pokazują, że realizuję program lewicowy, program ekologiczny. W mojej spółdzielni wszyscy zatrudnieni pracują realizując 35-godzinny tydzień pracy, kobiety i mężczyźni zarabiają tyle samo. W latach 90. zlikwidowałem wszystkie kotłownie węglowe i zastąpiłem je ekologicznymi źródłami ciepła. Jako wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Wielkopolskiego doprowadziłem też do wprowadzenia w Wielkopolsce uchwały antysmogowej: to jest rzeczywiście postępowy program. Pod hasłem lewicowość nie mogą kryć się tylko puste frazesy, trzeba je realizować. I ja to konsekwentnie robię – powiedział.
Socjaldemokrata domaga się m.in. skrócenia czasu pracy do siedmiu godzin dziennie, zacieśnienia relacji z UE, redukcji smogu i większych nakładów na ochronę środowiska. Żądaniem szefa UP jest też przełożenie wyborów.
– W trosce o dobro rodaków głosowanie nie powinno się odbyć, nawet jeśli będzie ono korespondencyjne. Mamy teraz czas, aby porozumieć się i wspólnie przesunąć wybory na później. Jak zostanie to zrealizowane, to już odrębny temat. Może 10. rocznica niepotrzebnej śmierci wielu wartościowych Polaków pod Smoleńskiem jest dobrą datą, żeby siąść do stołu ponad podziałami politycznymi – przyznał.
Polityk na zakończenie rozmowy odniósł się do tego, że przeprowadzenie wyborów jest zwyczajnie niemożliwe, ze względów czysto technicznych.
– Te wybory są organizowane na siłę… Prezes Kaczyński żyje jak w skorupie i nie widzi codziennych zagrożeń, nie widzi kolejek przed pocztami i sklepami. Przeprowadzenie wyborów nie jest możliwe, bo przecież ktoś je musi obsłużyć.

My decydujemy kogo zlustrować

Prawo i Sprawiedliwość pod pretekstem rzekomej lustracji dokonało skutecznego zamachu na niezależność Rady Dialogu Społecznego.
Przypomnijmy, że Senat wystąpił w obronie niezależności Rady Dialogu Społecznego i usunął z ustawy o tarczy antykryzysowej zapis, wprowadzony tam po cichu przez Prawo i Sprawiedliwość, dający premierowi prawo dowolnego odwoływania partnerów z Rady.
Niestety, po poprawkach Senatu ustawa wróciła do Sejmu, gdzie PiS-owska większość już czuwała – i w ramach swych totalitarnych zapędów, przywróciła ów zapis.
Tak więc, za sprawą Prawa i Sprawiedliwości , tarcza antykryzysowa zamieniła się w tarczę antyzwiązkową i antyspołeczną.
Oburzyło to Solidarność – i słusznie. Szkoda jednak, że ten związek wciąż nie chce dostrzec, jak bardzo antypracowniczą i wymierzoną przeciw związkom zawodowym politykę prowadzi PiS.
„Decyzja Sejmu RP o odrzuceniu poprawek Senatu RP dotyczących zapisów o Radzie Dialogu Społecznego podważa zaufanie „Solidarności” do Rządu i reprezentującej go większości parlamentarnej. W ramach walki ze skutkami kryzysu spowodowanego epidemią, tylnymi drzwiami wprowadzono do ustawy zapisy podważające suwerenność i ograniczające niezależność partnerów społecznych w RDS poprzez przyznanie Prezesowi Rady Ministrów uprawnienia do odwoływania członków Rady, niestety nie tylko z powodów lustracyjnych, ale także innych, bliżej nieokreślonych (czytaj: niepokornych). Tym samym zawłaszczono uprawnienia przysługujące wyłącznie Prezydentowi RP” – pisze w swoim oświadczeniu Piotr Duda, przewodniczący KK NSZZ „Solidarność”.
Szef „S” przypomina, iż „Solidarność” od roku zabiegała o lustrację w Radzie, naciskając na Rząd w celu zainicjowania niezbędnych zmian. Dotychczas nie spotkało się to z żadną reakcją, pomimo tego że na znak protestu „Solidarność” nie bierze udziału w plenarnych posiedzeniach z udziałem obecnego przewodniczącego. Jednak umieszczanie tej kwestii w „tarczy antykryzysowej” jest według Piotra Dudy zwyczajnym nieporozumieniem.
Przewodniczącemu „Solidarności” należy wyjaśnić, że tu nie może być mowy o żadnym nieporozumieniu. Po prostu Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje kwestię lustracji, jak wszelkie inne, wyłącznie instrumentalnie, do rozszerzana swojego panowania nad Polską.
Jeśli więc PiS, szermując rzekomą potrzebą lustracji, ma możliwość ograniczenia demokracji, dialogu społecznego, niezależności innych organów, to oczywiście sięga po argument lustracji, jak było na przykład w przypadku Sądu Najwyższego. Gdy zaś nie jest to przydatne, to PiS-owi lustracja nie jest do niczego potrzeba i woli się na nią nie powoływać, aby nie straszyć swych działaczy mających za sobą PRL-owską karierę i aktywne członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
I dlatego właśnie, jak przypomniał Piotr Duda, zlustrowanie Rady Dialogu Społecznego nie budziło dotychczas żadnego zainteresowania prominentów PiS. Nie budziło, bo lustracja nie była potrzebna do zamachu na Radę Dialogu Społecznego. Gdy natomiast okazała się przydatna, to po nią sięgnięto.
Piotr Duda w swym oświadczeniu stwierdza: „Oczekujemy od Prezydenta RP Andrzeja Dudy zdecydowanej reakcji, na ten bezprecedensowy atak na niezależny dialog społeczny w Polsce oraz bezsensowne podważenie prerogatyw Prezydenta RP”.
W ten sposób chce zagrać prezydentowi RP na ambicji, licząc, iż ten się poskarży do prezesa Kaczyńskiego, który poleci premierowi Morawieckiemu wydanie jakiegoś glejtu, czyli gwarancji nieodwołalności dla członków Rady Dialogu Społecznego. Akurat! Prezydent zna swoje miejsce w szyku i natychmiast bez zastrzeżeń podpisał ustawę o tarczy kryzysowej.
Żeby jednak pokazać rzekomą niezależność polskiej głowy państwa, jego rzecznik Błażej Spychalski poinformował (w prima aprilis), że Andrzej Duda skieruje do Trybunału Konstytucyjnego przepisy ze specustawy dotyczące funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego.
Podobno prezydent dostał zgodę na ów krok, gdyż ta kwestia była jednym z punktów narady jaką prezes Jarosław Kaczyński odbył ze swymi bliskimi współpracownikami. No cóż, może i kiedyś skieruje, co oczywiście nie będzie mieć najmniejszego znaczenia – ale być może uratuje prezydentowi trochę głosów w wyborach.
Natomiast szef „Solidarności” Piotr Duda dał wyraz swemu uzasadnionemu niezadowoleniu i stwierdził, że oburza nie tylko sam fakt wprowadzonych zmian, ale również ich tryb, miejsce i czas – czyli fakt, że stało się to w ramach niezwykle potrzebnej i pilnej ustawy łagodzącej skutki kryzysu wywołanego pandemią.
Zauważył też: „W poczuciu odpowiedzialności za szybkie uruchomienie wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników, oraz świadomi koniecznych ograniczeń w codziennym funkcjonowaniu, zostaliśmy praktycznie pozbawieni możliwości jakiekolwiek reakcji na bezpardonowy zamach na niezależny dialog społeczny”.
Wypada dodać, że dokładnie taki był cel działania prominentów PiS: właśnie dokonanie bezpardonowego zamachu na niezależny dialog społeczny, w sposób, który uniemożliwia jakąkolwiek reakcję.
Przewodniczący Piotr Duda podkreśla, że niestety – i to jest w tym wszystkim najgorsze – podważono zaufanie, a podważonego zaufania nie da się łatwo odbudować. Zapowiada więc, dość enigmatycznie, że: „„Solidarność” takich rzeczy nie zapomina i będzie to miało swoje negatywne konsekwencje w przyszłości”.
I tu się trzeba nie zgodzić z szefem „Solidarności”. Jego związek zapomni to raz dwa – i nie będzie to mieć żadnych konsekwencji dla rządzących. Przy najbliższych wyborach jak zawsze dostaną oni pełne poparcie od wiernych związkowców.

Bigos tygodniowy

Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Do sklepu czy na pocztę nie może wejść na raz więcej niż jedna osoba, a w kościele może przebywać jednocześnie 50 osób, które śpiewają i wygłaszają dziwne zdania, czyli rozprzestrzeniają wokół siebie ślinę w aerozolu. Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Jak się ma radykalny alert podtrzymywany przez rząd w związku z epidemią, jak się mają wszelkie wezwania ministra zdrowia i innych urzędników państwowych do zachowywania maksymalnych środków ostrożności, jak się ma zamknięcie szkół, wyższych uczelni, sądów, instytucji kultury, lokali gastronomicznych, supermarketów, zakładów usługowych, jak się ma wymóg wchodzenia pojedynczo do urzędów pocztowych i to do ściśle oznaczonej linii, do studiów telewizyjnych i radiowych, gdy odwołano mistrzostwa Europy w piłce nożnej, festiwal filmowy w Cannes i być może odwołana zostanie olimpiada w Japonii, etcetera, etcetera, etcetera, jak się ma praktyka licznych kwarantann, jak się ma wezwanie do nieprzychodzenia bez szczególnie uzasadnionej potrzeby do placówek służby zdrowia, jak się mają nieprzeliczone praktyki mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się epidemii, w tym między innymi zalecanie maksymalnie możliwego unikania bezpośrednich kontaktów, łącznie z unikaniem wspólnych spacerów – do trwania PiS przy przeprowadzeniu wyborów 10 maja? Jak się ten upór ma do definicji ewentualnego zagrożenia epidemiologicznego wypowiedzianej przed kamerą Polsat News przez dyrektora Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, która sprowadza się do sytuacji, w której co najmniej dwie osoby pracują w jednym pomieszczeniu przez co najmniej 15 minut? Jak się w końcu ma do tego osobisty apel Adriana do seniorów, by szczególnie chronili się przed zakażeniem – jak się to, do jasnej cholery, ma do uporczywego trwania władzy przy zachowaniu majowego terminu wyborów prezydenckich? Jojo Brudziński oficjalnie ogłosił zebranie 2 milionów podpisów pod kandydaturą Adriana. A przecież przeprowadzenie wyborów oznacza: konieczność zorganizowania tysięcy komisji wyborczych, czyli przebywania w jednym pomieszczeniu kilkorga osób przez wiele godzin, wzmożony, lawinowy ruch osobowy, w znaczącym stopniu osób starszych, zmierzający (pieszo lub środkami miejskiej komunikacji) do lokali wyborczych (dodatkowo dochodzi czynnik tempa przebiegu wyborów – jeśli głosujący będą wchodzili pojedynczo do lokali, to jak czas wyborów może zamknąć się w obrębie niedzieli?). Czy to nie będzie delikt kryminalny ze strony władzy, która w ten sposób narazi miliony ludzi na wzmożone ryzyko zakażenia, a więc zagrożenia zdrowia i życia? Czy to nie będzie delikt poważniejszy i bardziej karygodny niż łamanie Konstytucji, w którym to przypadku przynajmniej nie miało miejsca bezpośrednie narażenie ludzi na utratę zdrowia lub śmierć? Nawiasem: kilkuset lekarzy francuskich złożył pozew sądowy przeciw premierowi i minister zdrowia za przyzwolenie na wybory, co naraziło ludzi na śmierć. O tym, że de facto nikt, poza Adrianem, nie ma możliwości prowadzenia kampanii wyborczej już nawet nie wspomnę.

„W maju będziemy żyli w warunkach pandemii. Tylko wariat albo zbrodniarz mógłby proponować ludziom pójście do lokali wyborczych” – powiedział Donald Tusk. Z tej definicji wynika, że Kaczor, który kilka dni temu twardo opowiedział się za przeprowadzeniem wyborów 10 maja jest „wariatem lub zbrodniarzem”. Nie sprzeciwiam się tej opinii. Wystarczy poczytać relacje ze scen na lotniskach polskich, głównie Okęcia, w trakcie akcji „powrót do domu” obywateli polskich zza granicy. To co się działo na tych lotniskach i granicach zresztą też, nie było walką z wirusem, ale wspomaganiem go w intensywnych rozprzestrzenieniu się. I to przy zastosowaniu tzw. „procedur”. N.p. setki ludzi tłoczyły się w hali lotnisk, a inne setki przybywających na przejście w Zgorzelcu podpisywało oświadczenie o poddaniu się kwarantannie jednym podsuwanym im „służbowym” długopisem. Koronawirus mógł wesoło i żwawo przebiegać po tym długopisie z dłoni na dłoń. Nawiasem mówiąc, czyżby Prezesa, który poinformował, że „był w kościele” dotknął wirus Dzięgi. Oby w nie najcięższej postaci popychającej do korzystania z życiodajnej wody święconej ile dusza zapragnie. Życiodajnej w sensie życia wiecznego rzecz jasna.

Jedna z moich ulubionych posłanek, Klaudia Jachira (jaka szkoda, ze nie jest w Lewicy, tylko w KO, która do niej pasuje jak pięść do nosa) zwróciła uwagę na to, że epidemia uśpiła, a może po części sparaliżowała opozycję. Istotnie. Opozycja jakby zapomniała o niedawnym skandalu, jakim było przyznanie dwóch miliardów szczujni TVPiS, dwóch miliardów, które bardzo by się przydały na walkę z epidemią, zwłaszcza przy kolosalnych brakach przypomnianych przez samą pisówkę, Krynicką Bernadettę z Łomży. Opozycja powinna o tym nie mówić, a wyrykiwać donośnym głosem. Tymczasem nawet o szykowaniu się reżymu do wyborów prezydenckich mówi tak niemrawo, jakby chodziło o sprawę drugorzędną. Tymczasem powinna przez megafony ryczeć, że sam pomysł przeprowadzenia w terminie wyborów prezydenckich to skandal i głupstwo. Pojawił się mem z Adrianem stojącym obok urny cmentarnej i „zapraszającym do urn”

Mecenas Michał Wawrykiewicz mówi bez ogródek: już teraz, nie po ewentualnych wyborach można składać pozwy sądowe o zagrożenie zdrowia i o zaniechanie wyborów w nadzwyczajnych warunkach epidemii. Organizowanie wyborów tych warunkach jest działaniem prowadzącym do zagrożenia życia wielu osób. Artykuł 165 kodeksu karnego przewiduje za takie działania „sprowadzające niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej” karę do ośmiu lat więzienia, a w przypadku zaistnienia kwalifikowanej postaci tego przestępstwa: gdy następstwem tego czynu jest śmierć lub ciężki uszczerbek na zdrowiu – kara do dwunastu lat więzienia. Ten artykuł powinien być zaadresowany do prezydenta, premiera, marszałka Sejmu. „Sprawstwo nastąpi, jeśli wybory fatycznie zostaną zorganizowane w maju” – stwierdza Wawrykiewicz. Co do Kaczyńskiego, to prawnik jest zdania, że ten „szeregowy poseł” może zostać pociągnięty do odpowiedzialności za „podżeganie czy pomocnictwo”. „Dlatego w mojej ocenie – kontynuuje adwokat – w razie przeforsowania tej szalonej, zapewne tragicznej w skutki, decyzji można będzie mówić o odpowiedzialności karnej zarówno jego, jak i wielu innych osób, które uczestniczą w planowaniu wyborów, ryzykując życie milionów obywateli” – konkluduje. Ale to w odległej zapewne przyszłości. Na dziś, osobiście odmawiam, już teraz, uczestnictwa delikcie kryminalnym ludzi władzy, czyli pójścia na wybory na warunkach Kaczora. Czy ten człowiek jest obłąkany?

PS. Kącik poetycki
Ryszard Grosset

POMYSŁ GENIUSZA

Jest pomysł, co się zdaje durny
by emerytów gnać do urny
i ani trochę się nie zrażać
tym,że panuje w krąg zaraza.
Lecz ,gdy się trochę zastanowić,
wtedy w rozumie człowiekowi
myśl świta – prezes jest geniuszem
co problem chce rozwiązać z ZUSem.
Emeryt pójdzie – krzyżyk „walnie”,
złapie wirusa – skończy marnie.
Tą drogą siostry i braciszki
ZUS się uwolni od zadyszki.
Ruszaj do urny emerycie
Aby za państwo oddać życie.

Nikomu nie będzie słodko

Prezydent Duda na podpisaniu ustawy o opłacie cukrowej może wyjść jak Zabłocki na mydle.

Wybory prezydenta traktowane są przez wszystkie główne siły polityczne jako plebiscyt za lub przeciw obecnemu obozowi władzy. Dlatego tenże obóz, zgodnie z logiką politycznych kampanii, powinien unikać ruchów, które zniechęcą do niego jakąkolwiek grupę społeczną.
W tym kontekście, należy dziwić się uporowi, z jakim wbrew krytyce ekspertów, przedsiębiorców i środowisk rolniczych, rząd i parlamentarna większość forsują ustawę, nakładającą kolejne podatki: tzw. ustawę o opłacie cukrowej – ocenia Instytut Staszica w analizie, poświęconej możliwemu wpływowi „podatku cukrowemu” na preferencje wyborcze Polaków. I wskazuje, że w związku z tym, nie jest wykluczone, że o wyborach prezydenckich w Polsce może rozstrzygnąć „efekt motyla”.
W tej chwili ustawa została przyjęta przez Sejm i zajmuje się nią Senat. W „izbie refleksji” jest szansa na rzeczywistą refleksję nad tą regulacją. Jak dotychczas żaden z istotnych postulatów ekspertów i producentów nie zyskał uznania rządzącej większości. Przesunięcie vacatio legis o trzy miesiące, przedstawiane jako wielkie ustępstwo, to jedynie efekt niepewności, czy proces legislacyjny dobiegnie końca przed 1 kwietnia, kiedy to pierwotnie miała wejść w życie rzeczona ustawa.
Od momentu zaprezentowania projektu wspomnianej ustawy (już kilka razy modyfikowanego) na ten temat wypowiadali się eksperci – w zdecydowanej większości krytycznie.
Wracając do wyborów prezydenckich: kluczowa zatem będzie mobilizacja wyborców, skłonnych do poparcia kandydata obozu władzy bądź kandydata opozycji. Każda decyzja szeroko pojętej władzy, którą określona grupa wyborców odczuje jako naruszającą jej podstawowe interesy, może przyczynić się do obniżenia frekwencji na niekorzyść kandydata popieranego przez obóz rządzący. – zauważa Instytut Staszica.
Wszystko wskazuje na to, że kluczowymi w rozpoczynającej się kampanii tematami będą kwestie związane z portfelami Polaków. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w styczniu 2020 r. odnotowano wzrost cen w rocznym stosunku 4,4 proc. – to najwięcej od grudnia 2011 r. Nie wszyscy Polacy większe wydatki mogą zrekompensować większymi dochodami. Nadchodzące – zdaniem ekonomistów, w drugiej połowie tego roku – wyraźne spowolnienie gospodarcze, spowoduje zmniejszenie optymizmu Polaków. To rozczarowanie w części uderzy w rządzącą większość.
W świetle tych danych logika nakazuje niepodejmowanie działań, które zwiększą odczuwalny wzrost cen – niezależnie, jak szlachetne byłoby uzasadnienie. Opłata cukrowa, wyjaśniana troską o zdrowie Polaków, jest właśnie podatkiem, który obciąży konsumentów. W dodatku, na co zwracają uwagę krytycy ustawy, podatek dotyka tylko wybranych producentów dosładzanej żywności, co trudno logicznie uzasadnić – wskazuje ekspertyza Instytutu Staszica zamieszczona w Kurierze365.pl. Konsumenci, czyli ogół wyborców, to jedna z grup, która odczuje finansowe skutki regulacji. Uderzy ona bowiem w setki polskich firm z branży rolno-spożywczej, w plantatorów buraka cukrowego, w rolników i sadowników.
Uderzy również we właścicieli małych sklepów. Co gorsza, uderzy nagle, bowiem nie dano czasu na przygotowanie się do jej skutków choćby do końca bieżącego roku. Założone (czas pokaże, czy rzeczywiste) wpływy z tytułu nowego podatku mogą okazać się śmiesznie niskim zyskiem w porównaniu z polityczną ceną, jaką może zapłacić obóz rządzący. Pytania, dlaczego do walki z nadmiernym spożyciem cukru przystąpiono bez przygotowań, wycinkowo, preferując w dodatku branżę piwną? – pozostają bez odpowiedzi. Eksperci obozu rządzącego i sztab prezydenta Andrzeja Dudy powinni uważnie przeanalizować argumentację opozycji, podnoszoną podczas prac nad tym projektem. Będzie ona bowiem wykorzystywana w kampanii – i w mediach, i podczas bezpośrednich spotkań z mieszkańcami. Oto najważniejsze z tych argumentów:
Ustawa, prezentowana jako prozdrowotna, jest tak naprawdę ustawą fiskalną, której głównym celem jest pozyskanie dochodów dla budżetu państwa. Przyznano to pośrednio w uzasadnieniu, wskazując, że regulacje – nominalnie mające zmniejszyć spożycie cukru – przyniosą stały dochód. A zatem, sam projektodawca przyznaje, że zakładane , zdrowotne skutki regulacji się nie ziszczą. Opłata cukrowa to – według wyliczeń opozycji – czterdziesty pierwszy podatek od 2015 r; stoi to w sprzeczności z zapewnieniami rządu na temat obniżania obciążeń fiskalnych i upraszczania systemu podatkowego.
Strona rządowa unika ą dyskusji o możliwych skutkach dla przedsiębiorców. Najczęściej pada tyleż niekonkretny, co bezpodstawny argument, że „branża sobie poradzi” – wbrew analizom samej branży. Tryb procedowania ustawy, jej geneza, nagłe i kilkakrotne zmiany w projekcie budzą, zdaniem opozycji, zastrzeżenia co do transparentności procesu legislacyjnego; i parlamentarzyści, i przedsiębiorcy krytykowali tryb pospiesznych konsultacji w Ministerstwie Zdrowia, których nie można było rejestrować.
Wycinkowa regulacja, uderzająca w producentów napojów, jest na rękę branży piwnej. Piwo stanie się jednym z najmniej obciążonych podatkami napojów – co w kontekście zrównywania się sprzedaży piwa ze sprzedażą wody butelkowanej – budzi obawy o sens prowadzonej polityki antyalkoholowej; ta sytuacja zwiększy też preferencje dla piwa wobec innych napojów alkoholowych – chociaż logika przemawiałaby za równie poważnym podejściem do potencjalnych zagrożeń, spowodowanych spożywaniem każdego rodzaju alkoholu. Jak pokazała dyskusja w parlamencie, zwolennicy ustawy nie dysponują rzeczowymi kontrargumentami. Powołują się raczej na pozytywną ocenę regulacji przez polskie i międzynarodowe gremia oraz na społeczne oczekiwania w zakresie polityki prozdrowotnej państwa. W bezpośredniej dyskusji kampanijnej, takie unikanie polemiki może przynieść szkody rządzącym.
W ocenie ekspertów Instytutu Staszica, zamieszczonej w Kurierze365pl, forsowane rozwiązania niosą groźbę demobilizacji dotkniętego ustawą elektoratu z mniejszych miast i wsi. Nierealne jest, by konserwatywni, przywiązani do wartości chrześcijańskich wyborcy w dużej części poparli kandydata liberalnego, ale mogą w ogóle nie wziąć udziału w wyborach – a przyczynić się do tego może opłata cukrowa. Jeśli zestawić to z wielce prawdopodobną wysoką frekwencją w wielkich miastach, tradycyjnie nieprzychylnych PiS-owi, to może to zaważyć na wyniku wyborów. Dodać należy, że umiejętne wykorzystanie słabości ustawy może pomóc kandydatce Koalicji Obywatelskiej zwiększyć poparcie w części mniejszych ośrodków miejskich (gdzie mieszczą się np. małe, polskie zakłady spożywcze, które odczują skutki wprowadzenia opłaty cukrowej). Otoczenie głowy państwa winno analizować potencjalne skutki procedowanego projektu – z przyczyn kampanijnych oraz z tego powodu, że to prezydent zdecyduje, czy złożyć swój podpis pod ustawą. Procedura legislacyjna jest na zaawansowanym etapie, już w Senacie. Czy obóz władzy ma jeszcze szansę naprawić popełnione błędy? Zdaniem Instytutu Staszica, owszem.
Po pierwsze, można postąpić tak, jak w przypadku matrycy VAT, nad którą debatowano rok temu. Z powodu rozwiązań uderzających w rolników, sadowników i polskich producentów napojów z sokiem, wycofano projekt z Sejmu i skierowano go do parlamentu ponownie, po wprowadzeniu istotnych poprawek. Warto zrobić to także teraz. Warto też, w dialogu z przedsiębiorcami i ekspertami od zdrowia, opracować nową, całościową ustawę – faktycznie prozdrowotną, a nie podatkową.
Po drugie, jasne stanowisko powinien zająć prezydent. To szansa, by pokazał, że słucha głosu przedsiębiorców i, wbrew zarzutom opozycji, potrafi zakwestionować decyzje partii rządzącej. Przedsiębiorcy, rolnicy, sadownicy czekają na ustosunkowanie się do ich argumentów i na uspokajający przekaz.
Po trzecie, rząd powinien zainwestować w kampanię społeczną, propagującą wybór zdrowszej żywności. Bez takiej kampanii każde rozwiązanie, nakładające obciążenia na produkty z dodatkiem cukru, zostanie odebrane jako represja wobec konsumentów. W tym samym czasie, kiedy procedowana jest ustawa „karząca” konsumentów za kupno np. nektaru z polskich owoców, politycy PiS wyśmiewają pomysły wprowadzenia podatku od mięsa. A przecież filozofia obu rozwiązań jest identyczna – i „prozdrowotne” uzasadnienie również.
I zdrowie Polaków, i ich pieniądze to zbyt ważne kwestie, by regulować je w sposób chaotyczny, pospieszny, mało przejrzysty.

Feralny Piątek prezydenta

Nic tak nie ożywia w Polsce narodowo-katolickiej kampanii wyborczej jak agitacja na grobach.
Pech prześladuje pana prezydenta Dudę od początku jego kampanii wyborczej. Zaczęło się od wyciągniętego w Sejmie palucha pani posłanki Lichockiej. Niby miał jej pomóc ufryzować rzęsę, ale szybko wyrósł na wielki, falliczny symbol pogardy dla wszystkich Polek i Polaków. Nowe logo spasionych już władzą elit ”Prawa i Sprawiedliwości”.
Zaraz potem ujawniła się jego nowa sztabs szefowa pani mecenas Jolanta Turczynowicz – Kieryłło. Miała dodać przysłowiowego zęba kampanii wyborczej robionej przez „tłuste koty” z Kancelarii Prezydenta. Miała być tym narwalem broniącym przyszłość Polski przed hordami obcych. Ale okazała się być kobietą z przeszłością i po licznych politycznych przejściach. Cóż z tego, że potrafi się odgryźć, skoro gryzie niezwykle groteskowo. Powagi swą szczęką prezydenckiej kampanii nie dodaje.
Niestety to dopiero początek rysującej się na horyzoncie przyszłej katastrofy wizerunkowej. Nieuchronnie zbliża się bowiem 10 kwietnia 2020 roku. Okrągła, dziesiąta rocznica katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. I osiemdziesiąta rocznica mordu katyńskiego.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to wspaniały, kalendarzowy prezent dla sztabu wyborczego narodowo-katolickiego kandydata, czyli pana prezydenta Dudy też. Bo przecież można by wykorzystać te rocznice narodowych tragedii do zademonstrowania i wzmocnienia narodowo- patriotyczno- katolickiego profilu kandydata.
Urządzić okolicznościowe obchody, odprawić uroczystą mszę w najgodniejszej oprawie, a potem jeszcze może marszo- procesję z pochodniami. Nic tak w Polsce nie ożywia narodowo-katolickiej kampanii wyborczej jak agitacja na grobach bohaterów.
Bez kiełbasy
Niestety w tym roku 10 kwietnia wypada w Wielki Piątek. W katolickiej tradycji to dzień zadumy nad Męką Chrystusa. Jak każdy wie, zaduma nie przystoi kampanii wyborczej. W Polsce wręcz obraża ją. Zatem w piątek dziesiątego kwietnia albo będzie zaduma, albo kampania. Ponieważ prezydencka kampania wyborcza wypada co pięć lat, a Wielki Piątek co rok, nietrudno zgadnąć co sztab wyborczy pana prezydenta wybierze. Niestety to nie jest pierwsza mina czyhająca tego feralnego dnia na pana prezydenta. Jak niektórzy polscy katolicy pamiętają w Wielki Piątek obowiązuje post ścisły. To oznacza, że wtedy każdy, nawet najcieńszy, plasterek kiełbasy, nawet wyborczej, łyknięty przez narodowo- katolickiego Polaka, grozi mu bezwzględnym, wiecznym smażeniem się w piekle. Wiem, bo wychowałem się w świętym mieście Częstochowie.
I tu pani mecenas Jolanta Turczynowicz- Kieryłło ma przysłowiowy orzech do zgryzienia. Jak przeprowadzić kampanię wyborczą w czasie ścisłego postu? Czy ma jakiś sens kampania wyborcza bez kiełbasy wyborczej?
Ale to jeszcze nie koniec zgryzot pani mecenas. W Wielki Piątek kościół katolicki, czyli polski też, nie sprawuje liturgii eucharystycznej, czyli nie odprawia mszy świętych. No i jak wtedy pan prezydent Duda ma prowadzić kampanię wyborczą bez udziału we mszy?
Przecież w czasie jego kampanii dzień bez mszy, to dzień stracony dla wyborczej kampanii.
Dzień na wychodźstwie
Oczywiście dla potrzeb kampanijnych można by te religijne rygory obejść. Nie takie zakazy już obchodzono w polskich kampaniach wyborczych.
Warto przypomnieć, że w Wielki Piątek dopuszcza się jedynie nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Można zatem włączyć Drogę Krzyżową do liturgii kampanii wyborczej pana prezydenta i git.
Ale, co od razu zauważy każdy spin doktor i każdy pijarowiec, Droga Krzyżowa jest bardzo skromną wizualnie celebracją. Ona zupełnie nie pasuje do amerykańskiego stylu kampanii wyborczych jaki przyjął teraz sztab wyborczy pana prezydenta Dudy. Do tego full wypasu, do lansu i balansu, zaprezentowanego obficie podczas niedawnej, warszawskiej konwencji pana prezydenta Dudy.
Tradycyjna Droga Krzyżowa to też celebracja bez udziału plutonu biskupów. Bez chórów małolatów, bez pląsów grup chirliderek. Bez dźwięku dzwonków i innych instrumentów muzycznych. Bez gwizdków. Bez pieśni na wejściu. Bez wyreżyserowanych, spontanicznych „Wow”. Bez przygrywania refrenów na organach podczas planowanych przerw na kawę.
Tradycyjna Droga Krzyżowa to tylko słowa, słowa, słowa. Czasem skromna melorecytacja. No i to leżenie krzyżem przed każdym mijanym ołtarzem. Leżenie, które źle się komponuje w telewizyjnej kamerze. Kamera leżenia nie bierze, potwierdzi wam to każdy spin doktor i pijarowiec.
Dodajmy jeszcze, że w Wielki Piątek katoliccy kapłani zakładają czerwone szaty liturgiczne. Tradycyjnie symbolizujące „miłość zwyciężającą na krzyżu”. Czy wyobrażacie sobie pana prezydenta Dudę leżącego krzyżem przed czerwonym?
Żaden ze sztabowych pijarowców pana prezydenta nie pozwoli na takie poniżenie ich kandydata.
Ale nie tylko sam dzień Wielkiego Piątku rzuca cień na kampanijne celebrowanie tych okrągłych rocznic. Problemem sztabowców pana prezydenta jest też miejsce ich celebrowania. Na razie do wyboru mają Polskę, Rosję, Białoruś lub Ukrainę. Wszędzie widzę wizerunkowe miny, straty punktów wyborczego poparcia.
Dlatego trudna decyzja do podjęcia jest. Bólu zębów można od tego dostać.

Następny prezydent durniem nie będzie

Kampania prezydencka się rozkręca. Powoli i ospale. Kandydaci oraz kandydatka na urząd Prezydenta RP jeżdżą po kraju.

Najchętniej wpadają do małych miast i miasteczek, bo tam na ogół ludzie przyjmują ich chętnie. Jak mawia pani Krawczykowa (Beata, mieszkanka Złotowa) – „Zawsze to jakaś atrakcja, a za co bardziej znanym kandydatem to i telewizja dojedzie i można potem w telewizji obejrzeć. Siebie. Bo kandydatów oraz kandydatkę to w telewizji można obejrzeć co dzień i nic z tego nie wynika. A siebie zobaczyć, to zawsze jakaś nowość. A jak kandydat (lub kandydatka) coś głupiego powie, to i w „Szkle” prosty człowiek w tle siebie zobaczy, a to już wyższa półka. Poza tym z tych kampanii dla ludzi coraz mniej wynika. Kiedyś to festyny były jakieś i coś za darmo rozdawali. Teraz to tylko te kolorowe śmieci rozwieszają i gadają, gadają, gadają. Żeby chociaż coś nowego opowiedzieli. Albo, żeby tak z nimi pogadać. Ale to niestety mało kiedy można”.

Może to i prawda, jednak ludzie swoje wiedzą i jak chcą coś kandydatowi powiedzieć, to powiedzą. Jak ten obywatel Mirosław (lat 65). Z Łowicza. Sławny się zrobił, choć sławy takiej nie pragnął chyba. Chciał tylko urzędującemu Prezydentowi oraz nam wszystkim poniekąd rzecz ważną powiedzieć. A że niespecjalnie pana Prezydenta przez te cztery z okładem lata polubił, to wiedział, że z rozmowy nici. Więc skrótem myślowym i cytatem na transparencie się posługując wykrzyczał – „Mamy durnia za prezydenta”. Pod spodem inicjały LW, bo to przecież były prezydent Wałęsa tak mówił o wówczas urzędującym prezydencie Lechu Kaczyńskim. Obywatel Łowicza podzielający zapewne pragnienie innych obywatelek i obywateli umieszczone na kolejnym, dzielnie w górze, mimo wysiłków łowickiej policji trzymanym transparencie „WyPAD2020” (PAD to skrót od zwrotu „prezydent Andrzej Duda” oraz solidaryzujący się z refleksją wyrażoną w słowach „Pan Duda chce być prezydentem. Dziwne. Przez 5 lat miał okazję. Ani razu nie skorzystał”, był absolutnie przekonany, że to co napisał nie jest niczym innym, jak prostym stwierdzeniem faktu.

Na dodatek – przecież Lech Wałęsa za określenie „dureń” (odnosiło się do kompromitującej prezydenta Kaczyńskiego tzw. afery z ujawnieniem raportu WSI) ukarany nie został. Trwające wtedy 2 lata postępowanie w sprawie zostało prawomocnie umorzone. Skoro tak, to i mnie wolno – pomyślał, napisał i poszedł z Prezydentem RP się przywitać. Zresztą, jak wynika ze słów pana Mirosława słowa „durny” nie uważa on za „obraźliwe”. „Myślę, że określa człowieka, który sam nie potrafi decydować o wszystkim i ulega wpływom, dlatego uznałem, że to będzie dobre słowo” – mówił dziennikarzom (i zapewne prokuratorowi). Bo jak wszyscy już wiemy, w Polsce i za granicami kraju, pan Mirosław został zatrzymany przez policję. I jako „zakłócający przebieg zgromadzenia” oraz mający „obraźliwy napis” przewieziony do Komendy Policji, gdzie go dokładnie wylegitymowano, sprawdzono skąd pochodzi i dokąd zmierza, przesłuchano wnikliwie i ku jego i naszemu zdumieniu jeszcze tego samego dnia usłyszał zarzut publicznego znieważenia Prezydenta RP. Zgodnie z Kodeksem karnym za „znieważenie” grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.

Nasze i pana Mirosława Zdziwienie wciąż budzi zarówno trafność polskiego przysłowia „uderz w stół…” – na transparencie nie widniało wszak nazwisko Andrzeja Dudy, a prezydentów jest ci u nas dostatek, każde miasto trochę od Łowicza większe ma swego, jak i błyskawiczne działanie organów ścigania w innych sprawach działających dużo wolniej.
Morał – co wolno było o prezydencie Lechu Kaczyńskim prezydentowi Wałęsie powiedzieć, to już panu Mirosławowi z Łowicza o prezydencie Andrzeju Dudzie powiedzieć nie wolno.

Pytanie – a dlaczego tak proszę zadawać prokuraturze w Łowiczu albo Ministrowi Sprawiedliwości, jeśli ktoś ma ochotę z nimi gadać.

Moja rada – następnym razem na transparencie napisać dużymi literami „Następny Prezydent durniem nie będzie”. I głosować 10 maja na kogoś, kto jest w stanie sprostać choćby i tym minimalnym standardom.