Obiektywizm prezydenta

Wszyscy prezydenci III RP w czasie kampanii wyborczych podkreślali, że będą „prezydentami wszystkich Polaków”. Potem szybko się okazywało, że jednak czują się bardziej związani z ugrupowaniami politycznymi, z których się wywodzą.

To wobec tych ugrupowań byli mniej krytyczni. Rzadko im się zdarzało nie podpisać czegoś, na czym tym ugrupowaniom specjalnie zależało.
Z moich nieudolnych obserwacji wynika, że największy obiektywizm wykazywał Aleksander Kwaśniewski. Starał się to robić Lech Kaczyński, chociaż w w okresie, kiedy premierem był jego brat – bliźniak, niezależność prezydenta w ogóle nie była widoczna.

Prezydent dobry, czyli spolegliwy

Apogeum uzależnienia decyzji prezydenta od życzeń „partii i rządu” osiągnęliśmy jednak dopiero w czasie ostatnich czterech lat. Prezydent Andrzej Duda grzeszy wobec suwerena nie tylko łatwością podpisywania niedostatecznie przemyślanych ustaw. Jeszcze bardziej – moim zdaniem – grzeszy nienaturalną aktywnością w popieraniu rządowych koncepcji, pełnieniem roli agitatora w ich obronie przed krytyką opozycji i wątpliwościami obywateli, podsycanymi przez „ulicę i zagranicę”. Szczytem rozbieżności między deklaracjami pełnienia roli „prezydenta wszystkich Polaków” i politycznym zaangażowaniem w sankcjonowanie wątpliwych pomysłów władzy wykonawczej i ustawodawczej, jest trwająca od kilku miesięcy akcja walki z sądami i sędziami.

Atak na szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości ma charakter kompleksowy. Zaczął się od lekceważenia wyroków Trybunału Konstytucyjnego i opanowaniu go przez „swoich”, czyli uległych wobec rządzącej partii i jej rządu. Potem przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Tu bitwa nie była w pełni wygrana, bastiony trzech izb pozostały niezdobyte i budząca u Prezydenta odruchy wstydu i zniecierpliwienia Pierwsza Prezes SN też pozostała na swojej barykadzie. Ale udało się stworzyć nową, wewnętrzną fortecę, której zadaniem ma być pilnowanie porządku, wyłapywanie niepokornych sędziów i ich przykładne karanie. A Pierwszej Prezes kończy się kadencja, więc postanowiono poczekać i potem doprowadzić do powołania „swojego człowieka”. Kandydaci już stoją w kolejce.

Teraz zostało zadanie najbardziej szerokie i tym samym najtrudniejsze. Podporządkować jedynie słusznej władzy i jej niesprecyzowanym ideom sądy powszechne, czyli te, które mają bezpośredni i codzienny wpływ na życie suwerena.

Sędziowie – wrogowie

Teoretyczne podstawy tych dokonanych i planowanych zmian były by śmieszne, gdyby traktowano je jako ćwiczenie akademickie z teorii zarządzania. Ale – niestety – nie są teorią, mają w realu zrewolucjonizować nasze sądownictwo. Aby zyskać przychylność obywateli, wymyślono cały pakiet argumentów, wyjaśniających nieodpartą potrzebę tej rewolucji.

Po pierwsze – wygraliśmy pierwsze i drugie wybory, bo 80 proc. społeczeństwa chciało, aby usprawnić działanie wymiaru sprawiedliwości. I to właśnie – mimo oporów ze strony „kasty” – robimy, chociaż efekty nie są na razie widoczne.Po drugie – musimy zmienić większość kadry sędziowskiej bo nie chce dobrej zmiany i nie potrafi jej wprowadzić. Pamiętajmy, że – cześć tej kadry została powołana jeszcze za czasów PRL i jest splamiona współpracą z komunistycznymi służbami i wydawaniem niesprawiedliwych wyroków na działaczy demokratycznego podziemia;
– są wśród nich ludzie nieuczciwi, korzystający z każdej okazji aby ukraść kawałek kiełbasy, kilkadziesiąt złotych albo część do jakiegoś urządzenia;
– wielu z nich wydaje wyroki zaniżone, stosując tylko prawo i nie biorąc pod uwagę społecznych nastrojów;
– uważają władzę sądowniczą za niezależną, utrudniając tworzenie ustroju, w którym życie kraju jest bezbłędnie sterowane z jednego miejsca. To miejsce jest na razie na skromnej ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, ale dożyjemy czasów, kiedy będzie górować nad miastem w ogromnym wieżowcu. Może nawet dwuwieżowym.
Po trzecie – musimy zapewnić niezawisłość i swobodę działania nowej Krajowej Rady Sądowniczej – z trudem utworzonego organu, którego skład składa się z ludzi rozumiejących potrzebę i stosowane metody zmian. Nie możemy jednak ujawniać, kto popierał ich wybór, bo złośliwi ludzie drugiego sortu mogliby mieć do nich pretensje.
I po czwarte – nie możemy dopuścić do tego, aby totalna opozycja wykorzystywała swoje znajomości i przenosiła wewnętrzny spór za granicę – zwłaszcza do Unii Europejskiej. Jak słusznie wykrzyczał pan Prezydent Duda – „nikt nam nie będzie dyktował w obcych językach, jak mamy organizować nasz wymiar sprawiedliwości”.

Na progu kampanii wyborczej

Analizując ten bardzo uproszczony zestaw argumentów, uzasadniających partyjno – rządową koncepcję uzdrowienia systemu wymierzania sprawiedliwości, nie znalazłem żadnych znaczących sugestii poprawy jego organizacji. A – moim zdaniem – właśnie w organizacji sądownictwa i prokuratury „der Hund ist begraben”. Wprawdzie tow. Lenin mówił, że „kadry decydują o wszystkim” i tow. Stalin to powtarzał, jednak samymi zmianami kadrowymi można wprawdzie ułatwić życie ludziom sprawującym władzę, ale nie skróci się procesów sądowych, nie zmniejszy skali niesprawiedliwych wyroków i nie ograniczy biurokracji.
Pan prezydent tak bardzo przejął się zadaniem poprawy wymiaru sprawiedliwości, że w ostatnich tygodniach mówi o tym przy każdej okazji. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogarsza mu się ocena sytuacji w sądownictwie i traci resztki sympatii dla sędziów. Jego krzykliwe przemówienia na ten temat wywołują wrażenie, że nie jest prezydentem, tylko przedstawicielem rządu odpowiedzialnym za wprowadzenie konkretnej ustawy. Nie porównuje głosów „za” i „przeciw”, udaje, że nie widzi protestujących autorytetów w kraju i zagranicą, nie rozważa celowości i konsekwencji proponowanych ograniczeń niezawisłości sędziów. Nie zastanawia się nad innymi koncepcjami, zwłaszcza sugerowanymi „w obcych językach”. Świadomie lub podświadomie umacnia podział społeczeństwa, zwracając się przede wszystkim do tych, którzy nie lubią „obcych”, wierzą, że jesteśmy bezgrzesznym narodem wybranym, mają pretensje do wszystkich sąsiadów.

Na piwnej imprezie w Katowicach pan prezydent zwrócił się do górników i hutników o pomoc w przekonaniu społeczeństwa, że trzeba nałożyć sędziom kagańce, uniemożliwiające okazywanie nieufności wobec poglądów i życzeń nieomylnej władzy. Nie poprosił o pomoc prawników, ubolewając przy okazji, nad niezrozumieniem prawa przez profesorów, zajmujących się tą dziedziną. Współczuję. To musi być bolesne uczucie, jak dochodzi się do wniosku, że dobrzy prawnicy już odeszli do lepszego świata, albo kierują tylko odnowionym Trybunałem Konstytucyjnym.
Przez kilka takich wypowiedzi pan prezydent dał nam do zrozumienia, że już nie jest „prezydentem wszystkich Polaków”, że przystępując do bitwy o drugą kadencję, postanowił być przedstawicielem jednej, zwycięskiej partii politycznej i jej wielbicieli. Sądzę, że nie mamy co liczyć na obiektywizm i pojednawczo – rozjemcze działania Prezydenta Andrzeja Dudy, także w innych kontrowersyjnych sprawach, które na pewno pojawią się na naszym nerwowym politycznym rynku. A to oznacza, że przed wrzuceniem kartki w majowych wyborach prezydenckich, trzeba bardzo wnikliwie rozważyć zalety i wady kandydujących pań i panów. Kilku moich przyjaciół jeszcze nie wie, na kogo zagłosują. Ale już wiedzą, że na pewno nie będzie to obecny prezydent.

Mały

Niezwykle zdumiała mnie ostatnia zmiana stylu i środków wyrazu prezydenta Andrzeja Dudy podczas niedawnych wystąpień publicznych. Z budyniowego safanduły stał się tytanowym Andrzejem. Nie spodziewałem się takiej wolty, ale skłamałbym, gdybym napisał, że wolę starego, poczciwego, przymilnego Andrzejka od nowego pana Andrzeja. Tam gdzie po jednej stronie jest wyrazistość, a po drugiej jej brak, ja wybieram tą pierwszą. Tylko czy aby w tym przypadku to realna potrzeba serca czy polityczna kreacja skrojona na potrzeby?

Koledzy opowiadali mi, że kiedy załogi punkowe tworzyły się w mieście, każdy kto coś chciał znaczyć i jakoś zaistnieć weń towarzysko, musiał dorobić się ksywy. Pseudonim zazwyczaj wymyślany był przypadkiem. Wymyślał go najstarszy w grupie, albo ten, kto był obdarzony największym autorytetem, co zwykle szło w parze z wiekiem, choć niekoniecznie. Ksywy brały się więc najczęściej od przymiotów cielesnych (Mały, Duży, Chudy, Gruby, Rudy, Łysy etc.) albo właściwości charakteru (Komandos, Wariat, Lipa). Gdy się człek niczym nie wyróżniał ani nie charakteryzował, wtedy zazwyczaj szło po nazwisku. Gorzej, jeśli ktoś przedstawiał sobą obraz raczej mało wyszukany, a do tego miał jeszcze nazwisko niezbyt wdzięczne do kreacji; wtedy to już prawdziwa, czarna rozpacz.

Był pośród załogantów jeden chłopiec, który właśnie swoją osobą wpisywał się w tę prawidłowość. Nazwano go „Mały”, co i tak było dlań najmniejszym wymiarem kary. Jednak Mały nigdy do końca się nie pogodził ze swoją ksywą. No i oczywiście z tym, jak był przez nią postrzegany w grupie. Któregoś dnia przyszedł „na zbiórkę” odmieniony; nowa fryzura, ciuchy, okulary; i pewność siebie, jakby większa. Kiedy ktoś zdobył się na odwagę i zapytał go: „Mały, co z Tobą”, on dogasił papierosa, włożył okulary, splunął i powiedział: „Od dziś nie mówcie na mnie Mały. Od dziś jestem Klimat”. Koleś sam sobie wymyślił ksywkę, bo sądził, że to tak właśnie działa. No niestety, nie zadziałało.

Kiedy słucham „nowego” pana prezydenta, tego ze spotkań z wyborcami w Opolu Lubelskim, Zwoleniu czy na Śląsku, mam nieodparte wrażenie, że ktoś kiedyś opowiadał mi już podobną historię. Jest sobie człowiek niepewny siebie, zalękniony, nieprzekonany co do swojej własnej wartości. Ale posłuszny, wierzący w sprawę. Sterowalny. Podejmuje się zadania, które poczyna go przerastać, bo kiedy decyduje się zaangażować całym sobą, nie śni nawet o tym, że sukces jest możliwy. A ten przyjeżdża na pstrym koniu, nie wiadomo skąd. Sukces jednak zjada go od środka. Nie jest dla niego. Ale człowiek nie odrzuci tego, co los przyniósł mu na złotej tacy. Będzie wypełniał sobą przestrzeń, jak tylko potrafi. Niestety, przestrzeń okazuje się zbyt rozległa, a siła charakteru i odporność na stres, mizerne. Człowiek znajduje jednak w sobie dodatkową porcję boskiej mocy. Pewnego wieczoru, kiedy przegląda internet, wpada na pomysł, że musi coś w sobie zmienić. Że musi pokazać ludziom, że nie jest tylko „Mały”. Że ma ludziom naprawdę wiele do zaoferowania, ale przez ten ostatni czas trochę pokpił sprawę i teraz zamierza to wszystko nadgonić. Bierze do pomocy dwóch albo trzech tzw. fachowców. Jeden od mowy ciała, drugi od mowy polskiej a trzeci od mowy-trawy. Wespół w zespół przygotowują strategię, piszą przemówienia. Malują, ubierają, pudrują i wysyłają w Polskę. Zamiast „Małego” jedzie już „Klimat”. Mówi jak Klimat, zachowuje się jak Klimat, znakiem tego Człowiek to Klimat. Szacun na dzielni. Wizyty w zakładach pracy. Uwielbienie dam. I wszystko by się w tej układance zgadzało, gdyby nie to, że ta zmiana też kiedyś wreszcie zacznie „Małemu” ciążyć. Bo to nie jego buty. A lud zbożny to dostrzeże i szwindel się wyda. Szkoda tylko, że do czasu aż się ludzie zorientują, minie parę miesięcy. Może wystarczy. A może nie.

Bigos tygodniowy

„Panie Duda (…) jest pan złym człowiekiem, marnym prezydentem, ziejącym nienawiścią w imię swoich politycznych i partyjnych, doraźnych i partyjnych celów. Szkodzi Pan Polsce” – napisał sędzia Jarosław Ochocki z Poznania. Nic dodać nic ująć. Chociaż do dodania byłoby sporo o tej żałosnej figurze, jaką jest adresat twettu.

Reakcje polskich polityków i mediów na „rewelacje historyczne” ogłaszane przez Kreml przypominają OBŁĘD i jedną z jego cech, tzw. fiksację, polegającą na obsesyjnej koncentracji na jednym motywie, wątku, oraz na perseweracji, czyli na obsesyjnym jego powtarzaniu. Wiem co mówię, jako psycholog kliniczny z pierwszego, przedpotopowego co prawda wykształcenia, ale to i owo z zamierzchłych czasów zapamiętałem. Żeby jednak nie zadrażniać, nazwę to łagodnie grą w „pomidor”. Znacie? Znacie. Kreml o polskim antysemityzmie i współpracy obozu sanacyjnego z III Rzeszą, a oni (polscy politycy i media), że Polska była ofiarą II wojny światowej. Ano, była, była ofiarą, ale i współpraca była i antysemityzm był. Kreml przypomniał o – nieoficjalnym – udziale Polski w monachijskim podziale Hitler-Mussolini-Chamberlain-Daladier, a oni (polscy politycy i media) na to: „Polska była ofiarą II wojny światowej”. Ano była, była, ale Zaolzie od Hitlera wzięła, acz do wybuchu wojny się nie przyczyniła. Teraz znów Kreml przypomniał, że niektóre oddziały Armii Krajowej mordowały Żydów i Ukraińców. Polska na to: „Byliśmy ofiarą II wojny światowej, napadli na nas Hitler i Stalin”. Ano napadli, napadli, ale że są dokumenty świadczące o zbrodniach niektórych oddziałów AK, to też prawda. A gdzie są te dokumenty? W tym także osławiona wypowiedź z raportu Lipskiego, której wszystko się zaczęło? Otóż ów raport Lipskiego z 20 września 1938 roku, w którym relacjonował rozmowę z Hitlerem, znajduje się jako jak najbardziej oficjalny dokument w jak najbardziej oficjalnym zbiorze o nazwie „Polskie Dokumenty Dyplomatyczne”. Zatkało, kakało? – jak mawia pewien przebrzydły pisior. No nie, oni (politycy i media) dalej z uporem: „Polska była…” i tak dalej. Pomidor.

Senat odrzucił ustawę kagańcową o sędziach. Radość nie będzie długa, bo PiS to odkręci w Sejmie, a Adrian Dewot Ministrant (ADM) to klepnie. Nie jest to jednak bez znaczenia, bo daje efekt demonstracji: sygnał dla Unii Europejskiej, żeby nas nie odpuszczała, żeby się nie zniechęcała, bo w Polsce obóz opozycji demokratycznej jest – mimo wszystko – skoro odwojował z rąk PiS Senat. Marszałek Tomasz Grodzki, przeciw któremu PiS skoncentrował wszystkie siły propagandowe powiedział, że ta walka ma charakter cywilizacyjny.

A propos Adriana: spocony, z wytrzeszczonymi oczami i tzw. groźną miną (przypomina to jednego z sygnatariuszy paktu monachijskiego, lokatora Palazzo Venezia) nadymał się jak balon, warczał, wydzierał się w Zwoleniu, że nie będą nam czegoś tam dyktowali w obcych językach. Gdy obce języki zaczynają być traktowane w retoryce jako coś złego czy podejrzanego, to znaczy, że zaczyna ona – retoryka – przyjmować cechy, powiedzmy delikatnie, nazizujące. Nie żartuję ani trochę. Poza tym jak zwykle onanizował się swoim urzędem („ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „jestem prezydentem Rzeczypospolitej” itp.). Mam nadzieję, że już za pół roku będę mógł go słuchać w trybie „jaja kobyły” czyli „Ja jako były prezydent Rzeczypospolitej”
Wydzieranie się, podniesiony, drżący z wściekłości głos w ogóle charakteryzował ekspresję pisiorskich deputowanych podczas zeszłotygodniowej debaty w Brukseli. Drżącym, podniesionym od furii głosem darła się Szydło, darła się Kempa, wydzierał się Jaki, wydzierał się Brudziński. Nawet Zalewska próbowała się wydrzeć, ale warunki wokalne jej to uniemożliwiły.

Ziobro, jak wiadomo, za mądry nie jest, a tylko ma w głowie parę wodną pod silnym ciśnieniem. I jako taki dokonał, pewnie mimowolnie, autodemaskacji intencji swoich i swojej kamaryli. Stwierdził oto w Senacie, że jak opozycja wygra wybory, to se będzie mogła wybrać „swoich sędziów, Tuleyę, Żurka, Łączewskiego i tym podobnych”. To jest właśnie to, co potocznie, czyli upraszczająco zwykło się określać, jako freudystyczne, mimowolne ujawnienie skrytych instynktów i impulsów. Oni naprawdę nie chcą niezależnych sądów i niezawisłych sędziów, tylko zbudować korpus sędziów „swoich”, politycznych.

Jakoś ucichło wokół kościelnej pedofilii. A tymczasem kościelna walką z nią, to jawna ściema. Właśnie abepe Gądecki zatrudnił w kurii w Poznaniu księdza pedofila. A propos kościoła kat., na antenie TVPiS, w „Salonie” Karnowskich redaktor naczelny „idziemy” ksiądz Zieliński powiedział o zmarłym biskupie Stefanku, że „to był naprawdę wierzący biskup” i dobitnie to po chwili powtórzył. Aluzju poniali?

Wiotkie, androgyniczne, acz niegłupie „orlęcie-chłopięcie” („Ferdydurke” Witolda Gombrowicza), Krzyś Bosak został kandydatem Konfederacji w wyborach prezydenckich. Wygrał rywalizację z bardziej męskimi rywalami, nawet z męskim jak cholera, brodatym, testoteronowym, basowym Grzegorzem Braunem, tym co grozi „batożeniem sodomitów”. Z hipermęskim gronem, przypominającym reklamę „Mensilu”. Ostentacyjna męskość poległa. Dziwne dlaczego taki kandydat będzie reprezentował tak męską Konfederację. Czyżby Konfederacja była kobietą?

Na prezydenta ma też kandydować Jan hrabia Potocki. Uważa, że nadal jesteśmy w stanie wojny z III Rzeszą i obiecuje każdemu po 5 tysięcy złotych. Nie wyjaśnił jednak czy raz na miesiąc, rocznie, czy tylko jednorazowo.

Czy niemożliwe będzie możliwym?

Niedzielne Konwencje SLD i Wiosny wybiorą Roberta Biedronia
kandydatem polskiej lewicy na prezydenta RP.

Jaki jest Rober Biedroń każdy może zobaczyć. Bo każdy decydujący się na kandydowanie w wyborach prezydenckich przestaje być osobą prywatną. Zwłaszcza w czasach polskiej mediokratycznej demokracji.

Wtedy bowiem media, zwłaszcza te nieprzychylne kandydatowi, skrupulatnie prześwietlają każdy szczegół jego życia. Czasem nawet życia przed narodzeniem kandydata, bo w IV Rzeczpospolite narodowo – katolickie media sprawdzają również pochodzenie i genealogię kandydatów.
Ze starannością godną entuzjastów ustaw norymberskich z 1935 roku.
Nie zdziwcie się zatem, kiedy zobaczycie w Internecie wszystkie głupie wypowiedzi Roberta Biedronia i jego udziały w głupszych programach telewizyjnych. Nietrudno takie znaleźć, bo mądrych telewizyjnych programów wielce nam brakuje.
Warto przypomnieć sobie, że każdy kto dłużej uczestniczy w polskim życiu publicznym też zdążył nieraz głupio się wypowiedział i też nieraz uczestniczył w przeróżnych „teledurniejach”.
Na szczęście nie każdy z nas kandyduje na prezydenta RP. Dlatego może zachować w swej niepamięci chwile swej minionej głupoty.
Kampania rusza i pomimo, iż każdy z nas może, i będzie mógł zobaczyć jak wygląda Robert Biedroń, to nie każdy jeszcze wie jakim Robert Biedroń dzisiaj jest.
Znam go od ponad dwudziestu lat. Zaczynał jako lewicowy aktywista. Związany z grupami organizującymi pierwsze Parady Równości i środowiskiem młodych polityków SLD.
Potem Robert Biedroń kilkakrotnie udowadniał, że możliwe jest coś, co wszyscy śmiertelnie poważni politycy i dyżurni znawcy polskiej sceny politycznej, uważali za niemożliwe.
Został wybrany pierwszym posłem na Sejm RP otwarcie deklarującym swą homoseksualną orientację.
Potem został pierwszym progresywnym prezydentem miasta Słupska. Uchodzącego wtedy za biedną, konserwatywną, prowincjonalną dziurę. Wtedy ponownie przekroczył polską, mentalną barierę.
Kiedy w zeszłym roku został wybrany posłem do Parlamenty Europejskiego było już mniej zdziwień. Widać opinia publiczna uznała, że Biedroń jest bardziej europejskim politykiem niż tym swojsko-polskim.
Teraz w swoim Słupsku rozpocznie kampanię prezydencką. Jako jedyny kandydat polskiej lewicy. Jedyny kandydat lewej strony polskiej sceny politycznej. Progresywny, mówiąc po europejsku.
Minimum, maksimum
Każdy krajowy realista polityczny nie postawi dolarów na Roberta Biedronia w politycznym wyścigu do prezydenckiego pałacu.
Każdy realista stwierdzi, że plan minimum dla polskiej lewicy to dobrze przeprowadzona kampania wyborcza. Promująca kandydata Biedronia i lewicowy program całej formacji.
Aby to czynić Robert Biedroń musi przekroczyć kolejną mentalną granicę.
Dotychczasowy gej i lidera lewicy musi przekształcić się w lidera lewicy. O znanej powszechnie homoseksualnej orientacji.
Promocja programu polskiej lewicy może okazać się w tej kampanii wyborczej ważniejsza od promowania samej osoby kandydującego. Robert jest wystarczająco rozpoznawalny jako barwny, śmigający polityk młodszej generacji.
Teraz Robert musi udowodnić też, że jest kandydatem wszystkich lewicowców w naszym kraju. Nie tylko młodych, śmigających.
Prominenci PiS nie ukrywają, że uczynią wszystko aby kampania wyborcza była jak najkrótsza. Aby pan prezydent Duda wygrał już w I turze wyborczej. Bo doskonale wiedzą, że w II turze ma wielkie szanse aby przegrać z wspólną kandydaturą zjednoczonej opozycji. A taka przegrana zablokowałaby szaleństwa polityczne elit PiS.
Plan minimum dla lewicy i Roberta Biedronia to skuteczne rozpropagowanie lewicowych idei w każdym zakątku naszego kraju. I uzyskanie dwucyfrowego wyniku przez tego naszego kandydat.
A potem wspólna walka wyborcza, wsparcie najlepiej ocenionego kandydata wspólnej opozycji demokratycznej z urzędującym panem prezydentem Andrzejem Dudą.
Plan maksimum to udział jedynego kandydata lewicy w drugiej turze wyborczej. I wspólna walka wyborcza opozycji z narodowo – katolicką konserwą polityczną.
Czy to co dzisiaj uznawane za niemożliwe, może już jutro okazać się możliwym?
Wszystko jest w naszych głowach i naszych rękach. W naszych kartach wyborczych.
Trzeba dziś przyjąć, że skoro „Roma locuta, causa finta”, to Robert Biedroń jest naszym jedynym kandydatem.
To oznacza, że popieramy go niezależnie od jego wcześniejszych błędów.
Bo lewicowi wyborcy nie mogą zachowywać się jak mazgaje polityczni. Dawać się rozgrywać i wodzić przez narodowo – katolickich prominentów PiS.
W 1990 roku Włodzimierz Cimoszewicz kandydując jako ten z góry skazany na porażkę pokazał lewicowy wyborcom, że jeszcze lewica w Polsce nie umarła.
W roku 1995 Aleksander Kwaśniewski dowiódł, że niemożliwe może być możliwym. Że warto wybierać przyszłość zamiast ekshumować polityczne trumny z poprzedniego wieku.
Teraz Robert Biedroń i jego sztab wyborczy mają szansę udowodnić, że inna polityka jest możliwa. I przyszłość Polski to zjednoczona lewica.
Redakcja „Trybuny” będzie jawnie i aktywnie popierać kandydata lewicy na prezydenta RP, czyli Roberta Biedronia.

PS. Ale już po wyborach prezydenckich okres ochronny dla Roberta Biedronia na naszych lamach skończy się.

Dziwne wypowiedzi Trumpa w 2019 roku

Agencja CNN obliczyła 23 października 2019 r, że w ciągu ostatniego tygodnia Trump miał 87 błędnych wypowiedzi, w tym 40 błędnych wypowiedzi w ciągu jednego dnia. Co piąty dzień w roku 2019 prezydent grał w golfa.

• „Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę” (02.01.2019).
• „Jestem profesjonalistą jeżeli chodzi o technologię” (10.01.2019).
• „Świat nie jest dobry, my jesteśmy wielcy” (30.01.2019).
• „Czy jest jakiekolwiek miejsce bardziej radosne od wieży Trumpa?” (11.02.2019).
• „Wkrótce będziemy mówić uczyńmy Amerykę wielką” (11.02.2019).
• „Mówi się, że mury (na granicy – L.P.) nie spełniają swej roli. Mury spełniają ją w 100 proc.” (15.02.2019).
• „Wiecie, że nie zajmowałem się polityką wcześniej. Zajmuję się polityką dopiero teraz” (15.02.2019).
• Jak widzicie nie mam tekstu (przemówienia – L.P.) przed sobą. Dlatego zostałem wybrany, bo przemawiałem bez tekstu. To prawda” (02.03.2019).
• „Mam dość dobrą wizję. Biorąc pod uwagę mój wiek, mam dobra wizję. Przypuszczam, że jak na mój wiek mam wielką wizję” (02.02.2019).
• „Nikt nie był bardziej twardy wobec Rosji aniżeli ja” (27.03.2019).
• „Kiedy myślę o Pocahontas… to ja mam więcej Indiańskiej krwi od niej” (27.04.2019).
• „Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć” (27.04.2019).
• „Uważam, że mieszkańcy Portoryko są bardzo wdzięczni Donaldowi Trumpowi za to co zrobił dla nich” (08.05.2019).
• „Oni chcą rozwalić wszystkie budynki na Manhattanie i zbudować nowe bez okien” (20.05.2019).
• „Nasz kraj jest pełen ludzi. Nie chcemy, aby ludzie przyjeżdżali do nas. Chcemy, aby Meksyk wstrzymał przyjazdy”… Nie chcemy ich” (20.05.2019).
• „Miałem łatwe życie. Ludzie mówią, że miałem łatwe życie” (20.05.2019).
• „Uważam, że Nancy Pelosi jest hańbą. Nie uważam jej za utalentowaną osobę” (06.06.2019).
• „Nie jesteśmy już głupcami. Nie jesteśmy krajem głupców, którzy źle czynią” (10.06.2019).
• Przestępstwo popełnione zostało przez demokratów. Według mnie popełnili oni wiele przestępstw” (11.06.2019).
• „Uważam, że Biden jest mentalnie najsłabszy. Lubię rywalizować z ludźmi, którzy są słabi mentalnie” (11.06.2019).
• „Farmerzy są moimi najlepszymi przyjaciółmi” (11.06.2019).
• „Miałem spotkanie z osobą badająca opinię publiczną. Wygrywamy wszędzie” (16.06.2019).
• „Nikt nigdy nie był gorzej potraktowany ode mnie” (16.06.2019).
• „Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa… Nazywa się on Jerzy Waszyngton” (18.06.2019).
• „Głos na jakiegokolwiek demokratę w 2020 r. jest głosem na rzecz radykalnego socjalizmu i zniszczenia amerykańskiego marzenia” (18.06.2019).
• „Ok. Jimmy Carter był miłym człowiekiem. Ale był fatalnym prezydentem” (01.07.2019).
• „Nie martwcie się o deszcz. Parasolki funkcjonuję bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli są produkowane w Ameryce” (13.08.2019).
• „Prezydent Putin przechytrzył Obamę” (26.08.2019).
• „Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju” (09.09.2019).
• „Z historii Donalda Trumpa dowiecie się, że byłem cywilem. Nie miałem nic wspólnego z wojną w Iraku i byłem całkowicie jej przeciwny” (27.10.2019).
• „Nie śledzę notowań na giełdzie” (04.12.2019)
• „Okręg wyborczy Nancy Pelosi w Kalifornii jest najgorszym w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o bezdomność i przestępczość. Ona straciła całkowitą kontrolę” (26.12.2019).

Styl Ważny tunajt

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Prawdę mówiąc, zawsze byłem fatalny. Do dziś mi to zostało. Nic z niej nie rozumiem i nie poradziłbym sobie nawet z prostym równaniem. Wiem jednak, że w skomplikowanych obliczeniach na wielkich liczbach nie liczy się w finale porwany wynik, a przynajmniej nie tylko. Jest coś jeszcze.

Czytałem kiedyś o tym, jak dwóch młodych naukowców, fizyk i matematyk, przeprowadzało publicznie, w tej samej sali wykładowej, na oczach publiczności, wielogodzinne, skomplikowane obliczenia, żeby dowieść tego, czego należało dowieść. Ich rywalizacja była swego rodzaju konkursem. Używali metod i narzędzi według swojego uznania. Głosować miała publiczność, a nad całością konkursu czuwała komisja, złożona z profesury kilku technicznych uczelni. Zarówno fizyk jak i matematyk zakończyli swoje obliczenia mniej więcej w tym samym czasie. Osiągnęli te same wyniki. Głosy publiczności podzieliły się po równo. Zadecydować miał więc wyrok komisji. Ta debatowała długo i w końcu orzekła, że zwycięzcą zostaje jeden z nich, nie pamiętam, czy fizyk czy matematyk, ponieważ, mimo że obaj doszli do tych samych wniosków, obliczenia zwycięzcy były dla komisji bardziej „stylowe” i „zgrabniejsze”. Facet miał po prostu swój własny „styl”. I to przeważyło.
Na Lewicy trwały do niedawna dziwne gonitwy myśli, kogóż to biedaczka wystawi w wyborach prezydenckich jako swojego kandydata, i dlaczego będzie to ktoś z dwójki Biedroń-Zandberg. Pojawiały się głosy, że zwycięsko z tej rywalizacji wyjdzie ten trzeci, lub raczej, ta trzecia. Jak królika z kapelusza wyciągano wówczas kontrargument w postaci eksperymentu z Magdaleną Ogórek, i nie powiem, to mogło dawać do myślenia. Kiedy wszyscy, zarówno obserwatorzy polskiej scenki politycznej jak i sami ludzie Lewicy, pogodzili się z tym, że nazwisko kandydata poznają podług przyjętej i sprawdzonej metody: konwencja wyborcza, nazwisko w świetle jupiterów i konferencja prasowa, zwischenruf postanowił wykonać Włodzimierz Czarzasty, który między trzecią kawą a piątym papierosem zapowiedział, że kandydatem Lewicy będzie Robert Biedroń, a Razem musi to zaakceptować, bo nie ma innego wyjścia, gdyż tak się umówili. I kropka. Dopił kawę, dogasił papierosa i wrócił do swoich obowiązków. Pewnym było, że albo Biedroń albo Zandberg. Postawiono na Biedronia, niech ma. Ja postawiłbym pewnie na kogo innego, ale gra się zespołowo i do tego tak, jak przeciwnik pozwala. Ale czemu zrobiono to w tak marnym stylu. Na to nie mam wytłumaczenia. Ani usprawiedliwienia. Sprawy z wyborem własnego kandydata na najwyższy urząd w państwie, nie można potraktować jak uświadomionej konieczności. Po pierwsze trzeba to zrobić mądrze; utrzeć głosy, wypracować sensowną argumentację, dlaczego ten, a nie inny. Gdy się już to wszystko zrobi, postarać się nadać porządną i godną oprawę swoim własnym wyborom, a nie powiedzieć coś półgębkiem na korytarzu jakby człek wstydził się tego, co mówi.
Tak nie może zachowywać się ktoś, kto myśli o zwycięstwie. Kto chce zwyciężać, a nie być zwyciężanym. Przede wszystkim, nie może tak myśleć i postępować partia lewicowa ani lewicowy kandydat. On ma mieć styl. Własny, niepowtarzalny styl, którym zjedna wokół siebie ludzi. Dziś w Polsce, w starciu z astylowym Andrzejem Dudą i posłanką Kidawą w stylu retro, to wcale nie aż takie trudne. Trzeba jednak mieć świadomość, że coś takiego jak styl, w tym co się robi i mówi, jest istotny. I że pierwsze wrażenie, kiedy się je zepsuje, ciężko odzyskać. Komunały? Pewnie tak, ale w dobrym stylu.

Sterowana nienawiść

Z ust czołowych przedstawicieli rządzącej partii, jej rządu, i de facto jej prezydenta, coraz częściej słyszę przesiąknięte nienawiścią słowa i opinie o ciągle niedobitych i zagrażających narodowi komunistach, postkomunistach i w ogóle „lewakach”.

W tej kakofonii nienawiści wyróżnia się Pan Prezydent, który zawzięcie szuka komunistów wśród prawników, a zwłaszcza sędziów. Nie przeszkadza mu to jednak wręczać nominacji na sędziego Trybunału Konstytucyjnego znanemu prawnikowi i byłemu posłowi, prokuratorowi w czasach stanu wojennego.

Nieodparta potrzeba

Narasta we mnie przekonanie, że ta buńczucznie okazywana nienawiść ma podłoże czysto polityczne, staje się jednym z fundamentów modnego i zapewne potrzebnego rządzącej partii wypaczania historii i tworzenia wroga. Nienawiść do LGBT już się wyczerpuje, a powszechnie dostrzegany wróg był i jest zawsze niezbędny każdej sile politycznej, która świadomie lub podświadomie dąży do dyktatury. Zwłaszcza do dyktatury początkowo łagodnej i opakowanej pozorami demokracji. Bez wroga, na którym można koncentrować uwagę „suwerena” i którego można stopniowo niszczyć, trudno jest nawet opracowywać koncepcje dalszych „dobrych zmian”.
Moje przekonanie o strategicznej nienawiści obozu rządzącego do wszystkiego, co pachnie lewicą, ma racjonalne podstawy w bardzo długiej obserwacji naszej współczesnej historii.
Po II wojnie światowej obudziliśmy się w kraju formalnie niepodległym, ale politycznie i gospodarczo zależnym od wielkiego sąsiada – czyli wówczas ZSRR. Taki układ polityczny i geograficzny nie był naszym pomysłem, tylko trzech zwycięskich mocarstw. Jakoś znieśliśmy masową migrację części naszej ludności ze wschodu na zachód, ze Lwowa i Wilna do Wrocławia i Szczecina. To było bolesne, ale część „przesiedleńców” była nawet zadowolona z lepszych, poniemieckich mieszkań i domów. Wzięliśmy się za odbudowę miast, przemysł ponownie zaczął pracować, nie było bezrobocia.
Przez 10 pierwszych lat psuł nam humor nadmiernie aktywny aparat bezpieczeństwa zwalczający tych, którzy nie chcieli pogodzić się z trą polityczną rzeczywistością. Ten czynny opór powoli wygasał, represje stawały się łagodniejsze. W czasach gomułkowskiej odnowy po 1956 roku i w gierkowskiej dekadzie, naród w zdecydowanej większości przyzwyczajał się do istniejącej sytuacji, uczył się, pracował, z satysfakcją obserwował budowę i uruchamianie nowych przedsiębiorstw i osiedli mieszkaniowych, korzystał z przydziałów darmowych mieszkań i półdarmowych „wczasów”.
Centralnie zarządzana „gospodarka planowa” okazała się jednak niekonkurencyjna, zaczęła wpadać w kłopoty, które szybko przekształciły się w gospodarczo – polityczne objawy niezadowolenia. Podobne zjawiska wystąpiły w innych krajach zależnych od ZSRR i zakończyły się na początku lat 80-tych zmianą ustrojów, przejściem do rynkowych systemów gospodarczych i zakończeniem zależności od wielkiego sąsiada.

Kombatanci antykomunistyczni

Są w Polsce ludzie i rodziny, które w latach 1945 – 90 a zwłaszcza 1945 – 1956 były prześladowane za swoje poglądy i działania. Ktoś siedział kilka lat w więzieniu, ktoś stracił życie. Zadziwiające jednak, że te rodziny mówią i piszą najmniej o poniesionych ofiarach i nader rzadko kojarzą to z wątpliwościami, czy „państwo polskie w ogóle wtedy istniało”.
Wstydzę się, ale czasem rozbawiają mnie kurczowe poszukiwania uszlachetniającego kombatanctwa z tego okresu. Coraz częściej słyszę, że „wujek był żołnierzem wyklętym”, „ciocia roznosiła gazetki i wyrzucono ją ze studiów”. A jeszcze wcześniej „kuzynka dziadka podawała wodę rannym w warszawskim powstaniu, a kuzyn był u Andersa”. I – oczywiście – cała rodzina była antykomunistyczna, nie przyjaźniła się z tymi, którzy byli w PZPR, czyli ówcześnie rządzącej partii.
Z niezdrowej ciekawości sprawdzam czasem daty urodzenia najbardziej dzisiaj aktywnych antykomunistów. Jeśli – przykładowo – obecny Prezydent urodził się w 1972 roku, w początkach gierkowskiej dekady, to nie znajduję nigdzie informacji, że jako dziecię nieletnie był prześladowany przez „komunistów”. Jego inteligencka, krakowska rodzina mogła mieć poglądy „anty”, – ale żyło jej się nieźle. A już w III RP, w 1984 roku działał aktywnie w harcerstwie, tym tradycyjnym, bardziej bezbożnym, czyli Związku Harcerstwa Polskiego. Tego bardziej religijnego, konkurencyjnego Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej jeszcze nie było, bo powstało dopiero w 1989 roku. Kiedy pan Prezydent bezproblemowo zdał maturę, potem obronił magisterium i w końcu pracę doktorską – komuniści już nie rządzili, więc też chyba nie mogli go prześladować.
Mam więc czelność wątpić, czy deklarowana przez Pana Prezydenta nienawiść do „komunistów i postkomunistów” wynika z własnych, smutnych doświadczeń albo rodzinnych legend, czy też jest propagandową otoczką procesu zjednywania bardziej prawicowej części elektoratu.
Trochę inaczej trzeba spojrzeć na antykomunizm szeregowego, ale Najważniejszego Posła. Jarosław Kaczyński urodził się wraz ze swoim bratem, bliźniakiem, w 1949 roku, także w rodzinie inteligenckiej. Było to zaledwie 4 lata po zakończeniu wojny. Ponad 30 lat żył więc w Polsce Ludowej. Przez pewien czas był młodzieżowym celebrytą, bo w wieku 13 lat zagrali z bratem w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Studiował i obronił doktorat z prawa bez problemów, mimo, że działał aktywnie w organizacjach i ruchach studenckich, które nie lubiły „władzy ludowej”. Był „anty”, – ale wie jak się wtedy żyło w najweselszym baraku obozu, jakie były stosunki międzyludzkie. Swego antykomunizmu nie wyraża więc tak dosadnie, jak Pan Prezydent. Powiedział nawet kiedyś, że Edward Gierek też był patriotą, tylko wybrał niewłaściwą drogę polityczną. Nieśmiało oceniam, że nie jest z natury zagorzałym „lewicożercą”. Namiętnie natomiast tworzy strategie, które mają jego ugrupowanie prowadzić do kolejnych zwycięstw. I dla potrzeb tych politycznych konstrukcji świadomie, i jeszcze bardziej niż pan Prezydent, traktuje hipotetycznych komunistów bardziej, jako potrzebnego wroga, niż rzeczywiste zagrożenie.

Cele sterowanej nienawiści

Bardzo wielu działaczy i zwolenników partii rządzącej powtarza slogany o złych, antypatriotycznych komunistach tylko z dwóch przyczyn – bo tak mówią ich idole i komunizm kojarzy im się z Rosją. Czym, teoretycznie, miał być komunizm, którego w praktyce nigdzie nie było – nie bardzo się orientują. Rosji natomiast nie lubią „od małego”. Taka jest tradycja, którą wynieśli z domu. Naciskani mówią zawsze o „nożu w plecy” i o Katyniu. Ale nie mówią, bo to było dawniej i często o tym nie wiedzą – o „naszych” w Moskwie, Smoleńsku czy w Kijowie.

Zwolennicy odbitych

Przypuszczam, że sterowana przez rządzącą partię nienawiść do postkomunistów, a w rzeczywistości do wszystkich ugrupowań lewicowych ma – w założeniu – wzmocnić determinację twardego, prawicowego elektoratu i zachęcić do współpracy lub chociażby poparcia ludzi ze „środka” sceny politycznej, którzy z jakiś względów czują się „podrapani” w czasach PRL. Pan Prezydent też zapewne liczy na taki efekt w przyszłorocznych wyborach. Są to jednak – moim zdaniem – błędne nadzieje.
Jeszcze dwa lata temu PIS mógłby rzeczywiście przez pozorowany atak na lewicę zyskać trochę dodatkowych zwolenników „odbitych” ze środkowego nurtu PO, a nawet z samej lewicy. Dzisiaj już nie. Jego gwardia popełniła zbyt dużo błędów. Coraz częściej słyszę komentarze, że „prokuratura jest stronnicza i nie można pozwolić, aby sądy poszły jej śladem. Tak było i za PRL, ale robiono to mądrzej”. Albo – „ani za PRL ani za rządów Tuska nie popełniano tylu błędów kadrowych i nie traktowano posad w aparacie państwa, jako miejsca robienia osobistych i czasem lewych interesów”. „A kolejki do lekarzy specjalistów były krótsze!” Te krytyczne głosy nasilają się, mimo rozszerzenia 500+ i nowych obietnic w rodzaju 13 emerytury.
Sądzę zatem, że w majowych wyborach prezydenckich poglądy polityczne wyborców i ogólna ocena sytuacji w kraju nie będą miały tak decydującego znaczenia, jak spodziewają się sztaby wyborcze. Większej wagi nabiorą natomiast indywidualne cechy kandydatów, ich zachowanie, umiejętności nawiązywania kontaktów i sposoby autoprezentacji. To może bardziej wyrównywać szanse dotarcia do umysłów i serc wyborców. I znacznie większy wpływ może mieć fakt, czy kandydat(ka) jest mężczyzną, czy kobietą. Kłania się tu niedawny przykład Finlandii, który sztaby wyborcze powinny przeanalizować.

Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Zandberg pod żyrandol

Zaraz po wyborach do parlamentu miała się rzekomo rozpocząć kampania prezydencka.

Zaczął Duda, wygłaszając okrągłe banały 11 listopada, na święcie banału i pustosłowia, niesłusznie zwanym świętem niepodległości. Wychwalał tam III RP jako okres najlepszy w naszych dziejach niczym jakiś Bronisław Komorowski. Doprawdy, zabrakło tylko czekoladowego orła. Pospieszył się także PSL, wystawiając Kosiniaka-Kamysza, na fali entuzjazmu wynikłego z solidnych ośmiu procent w wyborach. Wróżono temu chłopu z Krakowa, że sztandar PSL-u każe wyprowadzić, ten jednak wywiódł działaczy z ziemi pozaparlamentarnej, domu niewoli dla tych, którzy chcieliby jeszcze kiedyś zasiąść w jakichś spółkach. A dodatkowo jeszcze Kukiza, tego naszego rewolucjonistę teraz już naprawdę jednomandatowego, bo ma jeden mandat poselski. Kosiniak i Duda są jakoś tam podobni. Obaj kościółkowi, obłe mają oblicza i poglądy. Standardowa formułka dla takich polityków to ‘’nadają się na zięciów’’. Dlatego lepiej już mieć synów.
W medialnych spekulacjach dołączył do nich niedawno Szymon Hołownia. Też do nich podobny, lecz bardziej otwarty. Kandydat partii o nazwie Tygodnik Powszechny wybić ma się za pomocą social mediów oraz – jak plotkują złośliwcy – dzięki kasie Dominiki Kulczyk. Z tych dwóch obiektów współczesnej wiary bardziej kluczowa jest jednak kasa. Dlatego nie skreślałbym tego kandydata, choć sondaże dają mu dziś poparcie w okolicach 4 proc.
Kolejne prawicowe partie – Konfederacja i Platforma Obywatelska – zorganizowały prawybory. Ta pierwsza posiada nadmiar kandydatów – aż 9, nie wiadomo, który gorszy. Staruszek Korwin, przysypiający na obradach, budzący się, gdy trzeba coś palnąć? Grzegorz Braun, mistrz mowy polskiej, która przydaje mu się, aby ukryć antysemickie poglądy? A może Krzysztof Bosak, wieczny polityk, utrzymanek przyjaciół biznesmenów? Tytułem kontrastu w Platformie wystąpił niedobór kandydatów. Najpierw zgłosiła się Kidawa-Błońska, aktualne stanowisko: zastępczyni Schetyny (aby ten nie stracił władzy w partii). A potem szukano, szukano, aż doszukano się pana Jaśkowiaka, ogólnopolsko nieznanego, ale to nie szkodzi, bo jego zadaniem jest pięknie przegrać. Bardzo polska postawa, muszę przyznać.
Mniejsza więc z nimi wszystkimi, nas interesują kandydaci okołolewicowi. Przed wyborami mówiono, że nieoficjalna umowa koalicyjna przewiduje, że to Robert Biedroń wystartuje na prezydenta. Czasy jednak się zmieniają i kandydat z Brukseli wydaje się dziś przebrzmiały. Przegrał bowiem prawie wszystko, choć miał przecież odmienić oblicze tej ziemi. Udało mu się ostatecznie zdobyć 3 miejsca w Europarlamencie i uhandlować miejsca dla swoich w koalicji z SLD i Razem. Ale czar prysł, a w trakcie kampanii Biedroń na tle Zandberga i Czarzastego wypadał blado. Za nadzieję polskiej polityki mógłby go uznać jedynie ktoś, kto ostatni rok przespał. To byłby fatalny wybór dla Lewicy, świadczący o tym, że nie chce nawet powalczyć.
Czarzasty? Temu chyba to do szczęścia niepotrzebne. Śpiewak? Niestety, za młody i zajęty procesami. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk? Z pewnością doskonała kandydatka, ale jeszcze bez szerokiej rozpoznawalności. Zostaje więc Zandberg, który swoje talenty ujawnił ostatnio podczas expose, gdzie publiczność została oczarowana nową formą parlamentarnego ględzenia.
Dziś to przekaz Razem, konsekwentnej socjaldemokracji daje Lewicy wzrost poparcia i umiejętność konkurowania z partią Schetyny. Gdyby nie razemici, można by było stwierdzić, że posłowie klubu parlamentarnego zachowują się po prostu jak liberałowie, kolejne ugrupowanie nachalnego antypisu. Kandydat lewicowego trójporozumienia również będzie musiał grać do tej bramki, choćby dla dobra formacji. Zandberg nawet jak nie chce, to startować musi.
I nie kupuję powszechnego mniemania, że lewicowy kandydat jest na starcie stracony. Przy takim rozdrobnieniu sceny opozycyjnej, aby dostać się do drugiej tury może się okazać, że wystarczy 20 proc. A potem to już z górki.

Wybory prezydenckie (cz. II)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Dokończenie z poprzedniego numeru.

Miejsce trzecie daje w sporcie zasadny powód do radości i dumy, zawodnik staje na podium, otrzymuje medal, co prawda brązowy, ale jednak medal. W wyborach prezydenckich tylko miejsce drugie ma znaczenie, bo daje przepustkę do finałowej rundy, a nawet stwarza szansę na zwycięstwo co udało się Lechowi Kaczyńskiemu który przecież po I turze miał dopiero wynik drugi. Przypomnijmy tylko nazwiska tych którzy zajęli trzecie miejsce (ich wyniki były już podane) 1990 Tadeusz Mazowiecki, 1995 Jacek Kuroń, 2000 Marian Krzaklewski, 2005 Andrzej Lepper, 2010 Grzegorz Napieralski, 2015 Paweł Kukiz. Z tych kandydatów najlepszy wynik procentowo i ilościowo miał Paweł Kukiz, ale najbliżej do poprzedzającego go na liście miał Tadeusz Mazowiecki. Pierwsza trójka kandydatów zawsze zgarniała od ponad 77 proc. (w 1995), do prawie 92 proc. głosów (w 2010) zostawiając pozostałym do podziału skromne resztki. Dwukrotnie tylko czwarty wynik był na poziomie wartym odnotowania. W 1990 Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 9,21 proc. (1 514 025 głosów), a w 2005 (pod nieobecność – pamiętajmy – Cimoszewicza) Marek Borowski 10,33 proc. (1 544 642 głosy).
Od lat, przysłowiowym „języczkiem u wagi” jest PSL, tak po wyborach parlamentarnych jak i samorządowych. Warto więc ludowcom poświęcić nieco miejsca. Wyniki parlamentarne PSL nigdy nie były zbieżne z osiągnięciami ich kandydata w wyborach prezydenckich. Zawsze otrzymywał on mniej, a nawet znacznie mniej, niż jego partia w najbliższych kalendarzowo wyborach. Pierwszym kandydatem PSL-u (1990 rok) był wywodzący się z rolniczej Solidarności Roman Bartoszcze. Zajął co prawda miejsce przedostatnie, ale wobec niewielkiej stosunkowo liczby kandydatów było ono zarazem piąte, a więc to które zazwyczaj (cztery razy na sześć) kandydaci PSL zajmowali. Zdobył jednak najlepszy w wyborach prezydenckich jak dotąd wynik dla tej partii tak procentowo (7,15) jak i pod względem ilości głosów (1 176 175). Raz tylko lepsze miejsce, czwarte, zajął w 2000 Jarosław Kalinowski, lekko przekraczając milion głosów poparcia (1 047 949) co dało mu 5,95 proc. głosów. Najgorzej wypadł (w 2015) Adam Jarubas zajmując szóste miejsce i osiągając najniższy wynik z dotychczasowych to jest 1,60 proc. i 238 761 głosów. Kiedy wyborcy oddawali głosy na całą partię ludową wyniki zarówno procentowo i ilościowo były znacznie wyższe. Najlepszy wynik PSL osiągnęło w 1993 zajmując drugie miejsce (15,40 proc. i 2 124 367 głosów). Poza tą sytuacją zazwyczaj zajmowali oni czwarte lub piąte miejsce osiągając od 8,98 proc. do 5,13 proc. i od 1 805 598 do 779 875 głosów. Nieco inaczej oceniać trzeba rok 2019 z powodu powołania koalicji z resztkami ruchu Kukiz15, czego PSL (koalicji) nigdy wcześniej nie robił. Sumując – zawsze lepiej wypadała partia niż jej nominant w wyborach prezydenckich.
Czy przedstawiona analiza i zestawienia mogą mieć znaczenie dla aktualnych kalkulacji przedwyborczych? Czy mogą prowadzić do jakichkolwiek uogólnień lub formułowania reguł? Trudno powiedzieć, bo przecież każde wybory prezydenckie przynosiły różnego rodzaju zaskoczenia, niespodzianki, nieprzewidziane zdarzenia. Przypomnijmy casus Tymińskiego z 1990, przegraną będącego pewniakiem Wałęsy w 1995, druzgocący przeciwników, acz radosny nie tylko dla mnie, triumf Kwaśniewskiego w 2000, znaczącą porażkę Tuska w 2005 w II turze, gdy po pierwszej wyprzedzał o 3 proc. rywala, smoleński dramat z 2010 kładący się cieniem na listę kandydatów, czy zaskakujące zwycięstwo w obu turach „Pana Nikt” w roku 2015. Ale może właśnie dlatego warto zastanowić się jak podobnych niemiłych zdarzeń uniknąć. Radość z wywalczonego poletka normalności w Senacie nie ma zbyt mocnego fundamentu. Każdy dzień przynieść może złowrogą informację o kimś, kto w ślad za przekupnym śląskim radnym Kałużą, za nic mając swój honor i zaufanie wyborców, przejdzie na stronę „złej mocy” zadowalając się rzuconym mu ochłapkiem władzy czy suto opłaconą posadką. Chwała senatorowi Grodzkiemu, chwała innym, którzy odrzucili takie pokusy. Wybory prezydenckie albo wzmocnią i poszerzą owo senackie pole demokracji, albo niestety przedłużą na kolejne kilka lat jeszcze sejmową samo władzę prezesa, co mu pozwoli bez skrępowania i coraz głośniej podpowiadać marszałek Witek jak ta prowadzić winna obrady parlamentu.
Dość dawno już Andrzej Duda przestał mieć obawy czy prezes wystawi go do ponownej walki o urząd prezydenta. Od dawna jest pewnym i jedynym kandydatem prawicy. Od dawna, także w tej roli, objeżdża Polskę powiatową gromadząc na spotkaniach wzruszoną publiczność, której w zasadzie jest obojętne czy przyjechał do niej prezydent kraju, znany piosenkarz disco polo, ktoś prowadzący popularny teleturniej, czy prezenter telesprzedaży w regionalnej kablówce; ważne że daje to zgromadzonym pozór znalezienia się przez nich przez chwilę w wielkim świecie. A jeśli towarzyszy mu małżonka, w nie najgorzej skrojonej garsonce, wrażenie jest jeszcze większe. Raduje się więc suweren z tych wizyt, podobnie jak raduje się z otrzymywanych prezentów, które fundowane mu są z jego pieniędzy cichaczem wyciąganych z jego przecież portfela, uszczuplając jego oszczędności. Kiedy się zorientuje, że tak właśnie jest? Od początku Andrzej Duda wykazuje samodzielność adekwatną do poziomu, na jakim prezes mu ją koncesjonuje. Nikt rozsądny nie zakłada, iż może on w obszarze swych decyzji zrobić coś bez aprobaty swego szefa. Urząd prezydenta przestał kojarzyć się z samodzielnością, powagą, czy godnością. Przykre. Ale do odwrócenia możliwe.
Nie chcę wchodzić w dywagacje personalne, w oceny pojawiających się już i możliwych nowych kandydatur. Doświadczenie wskazuje, że mogą się objawić różne zaskakujące, mniej lub bardziej znane nazwiska, mniej lub bardziej nieprawdopodobne ambicje, tak że lista kandydatów niebezpiecznie się rozrośnie mącąc w głowach wyborcom i krusząc tak potrzebny wspólny front. Ktoś już forsuje publicystę i telewizyjnego celebrytę, któremu usłużne sondażownie podbijają ego, ktoś inny optuje za szefem ludowców, nie bacząc w jakie alianse był zdolny w wyborach parlamentarnych wchodzić. Na personalia za wcześnie, tym bardziej że nie o personalia mi teraz chodzi, a o ideę. Na pewno kontrkandydat urzędującego prezydenta musi zasadniczo się od niego różnić: powagą, poczuciem humoru, samodzielnością, obiektywnym poczuciem praworządności, odpowiedzialnością, a nawet wyglądem. W relacjach międzynarodowych kierować się musi racją stanu, a nie umacnianiem chwilowego i złudnego poczucia własnej wartości. Czy musi być profesorem, jak niedawno apelował na łamach Trybuny dr Gabriel Zmarzliński? Nie sądzę. Stary Bismarck miał na ten temat swoją teorię, co tytuł doktorski obecnego prezydenta może w części potwierdzać. Wystarczy że będzie od Andrzeja Dudy lepszy, a o to dość łatwo. Ale musi być ponadto skuteczniejszy i posiadać już teraz świetne zaplecze.
Wybory 2020 tym będą różniły się od poprzednich, że albo utrwalą nigdy wcześniej nie występującą, niebezpieczną dla demokracji i konstytucyjnych wolności obywatelskich, dla niezależności instytucji demokratycznych, hegemonię jednej partii; albo pozwolą na przywracanie ładu prawnego w naszym państwie. Sam wybór prezydenta z grona kandydatów opozycji i tak od razu tego nie załatwi, a jedynie proces ten pozwoli mozolnie rozpocząć, nie można bowiem złamanego prawa naprawiać kolejnym jego złamaniem. Dlatego uważam, że jedność opozycji powinna rozpocząć się już od pierwszej tury, wyrażając się we wspieraniu jednego kandydata. Rozproszenie głosów na wielu kandydatów po stronie opozycji grozi tym, że do drugiej tury może nie dojść. Walka (także programowa) między kandydatami Platformy, Lewicy czy PSL, nie dość że kosztowna, to nie osłabiać, a wzmacniać będzie Andrzeja Dudę. A na pewno pozwoli mu przejść do drugiej tury (o ile taka będzie) na pełnym rozbiegu, gdy jego rywal (rywalka!) zacznie dopiero łączyć siły i szukać wsparcia wśród partii, których kandydat do finału nie dotarł. Dziwią mnie i drażnią publicznie organizowane prawybory. Takie coś raczej toczyć się powinno w zaciszu gabinetów, gdy przedkładając argumenty i ważąc walory osobiste i spokojnie oceniając sondaże, wypracowywany powinien być konsensus w sprawie jednego kandydata (jednej kandydatki). Przy czym oczywiście rozumiem i popieram pogląd, iż własny kandydat na prezydenta każdą partię konsoliduje i umacnia jej elektorat. Ale ma to przede wszystkim sens wtedy, gdy wybory prezydenckie rozpoczynają, lub są na samym początku wyborczego maratonu. Te w 2020 zamykają zaś wyborczy kalendarz i stanowić będą albo o powrocie do normalności albo o utrwaleniu patologii. Czas na chwilę zapomnieć o oczywistych, ważnych różnicach, czas zjednoczyć się wokół jednego celu nadrzędnego i niespornego. O jednego kandydata więc apeluję, o jedną kandydatkę, o mądrość i skuteczność opozycji.