Wyklęty lud znowu przegrał

O tym, dlaczego Rumuni rozumieją, że ich kraj jest w rękach zagranicznego kapitału i nic z tym nie robią, Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim dziennikarzem i ekspertem ds. Rumunii.

Jak przewidywała większość komentatorów, Klaus Iohannis wygrał wybory i rozpocznie drugą kadencję prezydencką w Rumunii. Mówiłeś w wywiadzie dla Bloomberg Television Bulgaria, że Rumuni postanowili „dowieść swojej euroatlantyckiej lojalności”. Czy naprawdę dla większości obywateli Rumunii tak ważne są sprawy międzynarodowe i geopolityka?

Rumuński euroatlantyzm ma wiele przyczyn. Pierwsza z nich wiąże się z bezpieczeństwem – Rumuni, a zwłaszcza rumuńskie elity czują się zagrożone przez Rosję. Druga to tło kulturowe. W rumuńskiej elicie głęboko tkwią kompleksy, w myśl których Rumuni to naród łaciński, „zachodni”, którego tożsamość została podważona przez wpływy orientalne i euroazjatyckie. Rumuni zdają się ciągle wierzyć, że są „wyspą w słowiańskim morzu”, z którego chcieliby się wydostać. Wzmacnianie wpływów z zachodem, nawet jeśli oznacza podporządkowanie zachodnim interesom jest dla nich formą ucieczki z biednego, skorumpowanego regionu, w którym się znaleźli. Jednocześnie w ostatnich latach w Rumunii coraz mocniejszy jest nurt, który wskazuje, że kraj jest ekonomiczną kolonią zachodu. Rumuni już zrozumieli, że zasoby naturalne kraju, banki i spółki energetyczne są w rękach obcego kapitału.

Dlaczego więc nie powstał żaden poważny ruch protestu? W krajach Europy Wschodniej i prawica, i lewica próbowały zdobywać poparcie, organizując gniew społeczny wokół tych spraw, wzywając do prawdziwego wyzwolenia gospodarczego, apelując o poszukiwanie partnerów, a nie kolonizatorów.

Krytyka obecnej sytuacji narasta. Coraz silnejsze jest poczucie, że z powodu siły zagranicznego biznesu Rumunia nigdy nie przestanie być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej, co z kolei przekłada się na szereg problemów społecznych, jak ubóstwo i emigracja. Problem w tym, że przeciętny Rumun równocześnie może czuć, że pozycja jego kraju wobec Zachodu jest niesprawiedliwa i kultywować prozachodnie przekonania z powodów kulturalnych i popierać prozachodniego liberała. Poza tym na razie zwykły Rumun – podobnie jak Bułgar – poszukuje dostępnych, możliwych do zrealizowania rozwiązań swoich problemów. Dostępnych, czyli w ramach systemu, w którym teraz żyje.

Kto za to stoi za Iohannisem? Kto korzystał na jego rządach w pierwszej kadencji?

Tak, rumuńska klasa średnia i elita, w tym resorty siłowe, bardzo tę kandydaturę popierały. To są zwycięzcy rumuńskiej transformacji, ostatnich 30 lat. Ich interesuje biznes i walka z korupcją, przetasowania w elitach, nie radykalne zmiany i nowe przekształcenia rumuńskiego modelu społecznego i ekonomicznego. Oni chcą stabilności, a Iohannis ją uosabia. To jest stabilność jednoznacznie prozachodnia, bez niuansowania i uwzględniania lokalnych uwarunkowań. Miejska klasa średnia, która w ostatnim czasie protestowała przeciwko socjaldemokratycznej redefinicji pojęcia „walka z korupcją”, po tych wyborach czuje się wzmocniona.

Czy z prezydenturą Iohannisa wiążą się jakieś konkretne punkty zwrotne?

Tak naprawdę ten polityk zrobił niewiele. Uważano go za wycofanego, beznamiętnego, z opóźnieniem reagującego na bieżące wydarzenia. Z drugiej strony – przez to, że nie próbował wprowadzać zbyt wielu zmian, to również nie poniósł zbyt wielu porażek. Pierwsza rzecz, którą faktycznie doprowadził do końca, było zawarcie z innymi przywódcami partii politycznych „paktu dla obronności” – wszystkie partie zgodziły się, że 2 proc. PKB będzie przeznaczane na wojsko. I tak do dziś Rumunia się zbroi. Razem z sojusznikami z NATO realizowane są wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe. Następnie Iohannis starał się wdrożyć dość wizjonerską inicjatywę pt. „Wykształcona Rumunia”, ale ten projekt spotkał się już z krytyką – więcej było w nim ładnych rozmów ekspertów lub osób publicznych, raczej polityków niż nauczycieli. Po wyborach parlamentarnych w grudniu 2016 r., wygranych przez Partię Socjaldemokratyczną (PSD), Iohannis znalazł się w defensywie. Nie mógł nie zgodzić się na dymisję Laury Koveşi ze stanowiska głównej prokurator Krajowego Biura Antykorupcyjnego. Dopiero po tym, gdy socjaldemokraci źle wypadli w wyborach europejskich w maju 2019 r., Iohannis poczuł się pewniej i zaczął blokować bardziej aktywnie działalność PSD. Przez większość czasu grał rolę „Europejczyka”, oponenta PSD w polityce rumuńskiej, gwaranta przywiązania do „europejskich wartości”. Uosabiał poglądy miejskiej klasy średnie, anty-PSD. W tym sprawdzał się świetnie.

Mówisz, że „prezydent uosabia stabilność”. Co to znaczy w rumuńskim kontekście, czy prezydent jest w tamtejszym systemie politycznym ważną postacią?

Prezydent Rumunii powierza misję utworzenia rządu politykowi, którego wybiera na podstawie konsultacji z partiami reprezentowanymi w parlamencie i ich liderami. Może stać się bardzo wpływową figurą, zwłaszcza wtedy, gdy współpracuje z rządem, który w parlamencie wspiera jego koncepcje – a właśnie to wydarzyło się w Rumunii na krótko przed wyborami, gdy premierem został Ludovic Orban z Partii Wyzwolenia Narodowego, czyli właśnie partii Orbana. Jako prezydent Iohannis nominował również szefa tajnej służby, SRI, która w Rumunii jest silną, technokratyczną instytucją.

Skoro prezydent i premier oraz jego rząd pochodzą z jednej partii, to mogą kształtować Rumunię, jak tylko chcą. Czy to znaczy, że interesy klas niższych, przysłowiowego „wyklętego ludu ziemi”, będą teraz kompletnie ignorowane?

Tak. Wybór Iohannisa oznacza, że ci, którzy skorzystali na transformacji, nadal będą w niezagrożony sposób korzystać z dominującej pozycji w społeczeństwie. Miejska klasa średnia oraz zagraniczni, euroatlantyccy sojusznicy Rumunii mogą też być pewni, że nie będzie kontynuacji reform w wymiarze sprawiedliwości rozpoczętych przez socjaldemokratów. Rumunia nie zejdzie na krok z „właściwej ścieżki”, określonej przez wspomnianych już euroatlantyckich partnerów. Dyskurs publiczny będzie w moim przekonaniu coraz bardziej skupiony na sprawach zrównoważonego budżetu, na tym, żeby wskaźniki makroekonomiczne były dobre, na zagranicznych inwestorach. Spadną za to na drugi plan sprawy pracowników sektora państwowego czy emerytów. Nietrudno się domyślić, że dla tych ludzi upadek Partii Socjaldemokratycznej i wzrost znaczenia Partii Wyzwolenia Narodowego jest odczuwalnym zagrożeniem. To PSD sprawiła, że wzrosły dochody mieszkańców mniejszych miast, osób starszych, urzędników. Skoro wybrano Iohannisa, to znaczy, że polityka prospołeczna nie będzie miała wsparcia w osobie prezydenta. Podam pouczający przykład: krótko przed utworzeniem rządu Orbana parlament przegłosował ustawę o wzroście płacy minimalnej, w myśl której wzrost ten miał podążać za wzrostem cen tzw. podstawowego koszyka produków. Iohannis zawetował tę ustawę. Inny przykład: właśnie ten prezydent skierował do powtórnego sprawdzenia projekt ustawy, który zobowiązywał pracodawców do bezwzględnego opłacania wszystkich nadgodzin.

Rywalką Iohannisa w drugiej turze była Viorica Dancila z PSD. Nie dawałeś jej wielkich szans. Czy te szanse na zwycięstwo jednak były? Czy kandydatce PSD pomógłby lepszy program, bardziej pomysłowa kampania?

Nie sądzę. PSD jest w rumuńskiej przestrzeni publicznej silnie stygmatyzowana, jako „komuniści” (chociaż z ideą komunistyczną nie mają nic wspólnego), a klasa średnia nazywa ich wręcz „czerwoną zarazą”. Miejska klasa średnia pogardza PSD, reprezentacją ludzi z mniejszych miasteczek i wsi, biedniejszych, gorzej wykształconych. W dodatku Dancila wręcz uosabiała stereotypowego polityka tej partii. Gdy stała na czele rządu, nieustannie była obiektem hejtu, non stop wyśmiewano jej gafy. Inna sprawa, że Iohannis też miał pewien elektorat negatywny. Nie podobało się to, że uchylił się od debaty z Dancilą, a kiedy wystąpił na konferencji prasowej, to dopuszczono do niej tylko „sprawdzonych” dziennikarzy, którzy zadawali wygodne, ogólne pytania. Dancila odniosła sukces w pierwszej turze dzięki wcześniejszej polityce rządu PSD, którym kierowała. Chodzi o podwyżkę wynagrodzeń w sektorze publicznym oraz emerytur. Wielu ludzi nieuprzywilejowanych zobaczyło, że przy wszystkiwach wadach tej partii jednak PSD coś dla nich zrobiła – więc poparli tę kandydatkę. Ale Dancila i tak by nie wygrała. Iohannis ma zaufanie zachodnich partnerów, mówi językami obcymi. Klasa średnia zawsze będzie go mocno wspierać, bo nie życzy sobie takiej przywódczyni państwa jak Dancila.

Innym ważnym kandydatem był Dan Barna, który ostatecznie nie dostał się do drugiej tury. Nazywałeś go „człowiekiem Macrona w Rumunii”. Czy to znaczy, że Francja stara się rozszerzyć swoje wpływy w Rumunii i w regionie za jego pośrednictwem?

USR (Związek Zbawienia Rumunii) i Plus, partie, które wspierają Barnę, w Parlamencie Europejskim należą do frakcji łączonej z Macronem, a jedną z ich parlamentarzystek jest polityczka pochodzenia francuskiego – Clotilde Armand. Francja coraz bardziej interesuje się nie tylko Rumunią, ale także Serbią, gdzie Macron był w lecie 2019 r., oraz Grecją, której premier Mitsotakis mówi biegle po francusku. Może tylko Bułgaria jest tu wyjątkiem. W kręgach rządowych w Sofii czuje się wyraźną zazdrość, że Macron wspiera w regionie Serbię. Trudno mi oceniać, jak wielkie są francuskie wpływy w gospodarce rumuńskiej. Z pewnością kilka wielkich francuskich korporacji działa w Rumunii z powodzeniem. Renault Nissan jest właścicielem marki Dacia, która w kraju i regionie odnosi ogromne sukcesy. Co zaś samego Barny – przedstawia się on jako przedsiębiorca, polityk probiznesowy, który stara się zastąpić elity z okresu transformacji nowymi, młodszymi. Związek Zbawienia Rumunii tworzą i rozwijają młodzi ludzie. Jeśli zwolennicy Barny nie zniszczą swojego projektu wewnętrznymi sporami i skandalami, czas będzie pracował na ich korzyść.

Wspomniałeś o pewnych prospołecznych reformach wdrożonych przez rząd PSD z Vioricą Dancilą na czele. Czy nowy rząd odwoła te zmiany, wdroży klasyczną austerity? Czy może przestraszy się społecznego gniewu?

Nowy rząd już zapowiedział, że wyniki budżetu są gorsze od przewidywanych i że budżet będzie musiał być ponownie zbalansowany. Sądzę jednak, że faktycznie liberałowie boją się wybuchu niezadowolenia w razie obniżenia emerytur czy wynagrodzeń. Dlatego 20 listopada wicepremier Raluca Turcan uznała za stosowne zdementować plotki o takich cięciach. Wcześniej premier Orban zapewnił również, że zaplanowana na przyszły rok podwyżka emerytur o 40 proc. jest niezagrożona. Ale równocześnie minister finansów Florin Cîţu, wcześniej związany z sektorem finansowym, twierdzi, że rozwój wynika z polityki oszczędności. Jestem więc pesymistą. Uważam, że jeśli wyniki finansowe nadal będą się pogarszać, a ludzie przestaną upominać się o swoje prawa, rząd może faktycznie obniżyć wynagrodzenia w sektorze państwowym i emerytury.

W ostatnim czasie w Rumunii kilka razy miały miejsce masowe protesty. Czy można na tej podstawie wnioskować, że Rumuni mają dość antyspołecznej polityki, szukają alternatyw?

Niestety te alternatywy są wciąż bardzo słabe. Nie mają ani poparcia mediów, ani wyrazistych przywódców, ani szerszego poparcia. Ludzie zostali w dużej mierze zmanipulowani, że problemem państwa jest PSD i że warto popierać Iohannisa albo Związek Zbawienia Rumunii. Fakt, istnieje mała partia Demos, młoda, nowoczesna, europejska socjaldemokracja, ale ona nie była w stanie nawet zebrać podpisów pod listami poparcia, by wystartować w wyborach europarlamentarnych czy prezydenckich. Idee lewicowe, socjalistyczne są w rumuńskim społeczeństwie ciągle stygmatyzowane. Gdybym więc miał wskazać środowisko, gdzie szybciej urodzi się jakaś alternatywa, to szukałbym wśród organizacji pozarządowych, wydawnictw, centrów społecznych, inicjatyw takich jak letnia szkoła w Telciu, może w sztuce – np. teatrze politycznym. Pracując dla mediów lewicowych miałem ogromną przyjemność utrzymywać kontakt z tymi inicjatywami. To one pozwalają naprawdę formułować w Rumunii jakieś alternatywne diagnozy, nowe drogi myślenia; niestety, to nadal swoiste „podziemie” lub bardzo niszowe grupy. Niemniej w środowiskach intelektualistów, akademików, twórców tych nowych dróg się szuka. Sądzę, że trzeba te poszukiwania popularyzować i to nie tylko w Rumunii.

Zandberg pod żyrandol

Zaraz po wyborach do parlamentu miała się rzekomo rozpocząć kampania prezydencka.

Zaczął Duda, wygłaszając okrągłe banały 11 listopada, na święcie banału i pustosłowia, niesłusznie zwanym świętem niepodległości. Wychwalał tam III RP jako okres najlepszy w naszych dziejach niczym jakiś Bronisław Komorowski. Doprawdy, zabrakło tylko czekoladowego orła. Pospieszył się także PSL, wystawiając Kosiniaka-Kamysza, na fali entuzjazmu wynikłego z solidnych ośmiu procent w wyborach. Wróżono temu chłopu z Krakowa, że sztandar PSL-u każe wyprowadzić, ten jednak wywiódł działaczy z ziemi pozaparlamentarnej, domu niewoli dla tych, którzy chcieliby jeszcze kiedyś zasiąść w jakichś spółkach. A dodatkowo jeszcze Kukiza, tego naszego rewolucjonistę teraz już naprawdę jednomandatowego, bo ma jeden mandat poselski. Kosiniak i Duda są jakoś tam podobni. Obaj kościółkowi, obłe mają oblicza i poglądy. Standardowa formułka dla takich polityków to ‘’nadają się na zięciów’’. Dlatego lepiej już mieć synów.
W medialnych spekulacjach dołączył do nich niedawno Szymon Hołownia. Też do nich podobny, lecz bardziej otwarty. Kandydat partii o nazwie Tygodnik Powszechny wybić ma się za pomocą social mediów oraz – jak plotkują złośliwcy – dzięki kasie Dominiki Kulczyk. Z tych dwóch obiektów współczesnej wiary bardziej kluczowa jest jednak kasa. Dlatego nie skreślałbym tego kandydata, choć sondaże dają mu dziś poparcie w okolicach 4 proc.
Kolejne prawicowe partie – Konfederacja i Platforma Obywatelska – zorganizowały prawybory. Ta pierwsza posiada nadmiar kandydatów – aż 9, nie wiadomo, który gorszy. Staruszek Korwin, przysypiający na obradach, budzący się, gdy trzeba coś palnąć? Grzegorz Braun, mistrz mowy polskiej, która przydaje mu się, aby ukryć antysemickie poglądy? A może Krzysztof Bosak, wieczny polityk, utrzymanek przyjaciół biznesmenów? Tytułem kontrastu w Platformie wystąpił niedobór kandydatów. Najpierw zgłosiła się Kidawa-Błońska, aktualne stanowisko: zastępczyni Schetyny (aby ten nie stracił władzy w partii). A potem szukano, szukano, aż doszukano się pana Jaśkowiaka, ogólnopolsko nieznanego, ale to nie szkodzi, bo jego zadaniem jest pięknie przegrać. Bardzo polska postawa, muszę przyznać.
Mniejsza więc z nimi wszystkimi, nas interesują kandydaci okołolewicowi. Przed wyborami mówiono, że nieoficjalna umowa koalicyjna przewiduje, że to Robert Biedroń wystartuje na prezydenta. Czasy jednak się zmieniają i kandydat z Brukseli wydaje się dziś przebrzmiały. Przegrał bowiem prawie wszystko, choć miał przecież odmienić oblicze tej ziemi. Udało mu się ostatecznie zdobyć 3 miejsca w Europarlamencie i uhandlować miejsca dla swoich w koalicji z SLD i Razem. Ale czar prysł, a w trakcie kampanii Biedroń na tle Zandberga i Czarzastego wypadał blado. Za nadzieję polskiej polityki mógłby go uznać jedynie ktoś, kto ostatni rok przespał. To byłby fatalny wybór dla Lewicy, świadczący o tym, że nie chce nawet powalczyć.
Czarzasty? Temu chyba to do szczęścia niepotrzebne. Śpiewak? Niestety, za młody i zajęty procesami. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk? Z pewnością doskonała kandydatka, ale jeszcze bez szerokiej rozpoznawalności. Zostaje więc Zandberg, który swoje talenty ujawnił ostatnio podczas expose, gdzie publiczność została oczarowana nową formą parlamentarnego ględzenia.
Dziś to przekaz Razem, konsekwentnej socjaldemokracji daje Lewicy wzrost poparcia i umiejętność konkurowania z partią Schetyny. Gdyby nie razemici, można by było stwierdzić, że posłowie klubu parlamentarnego zachowują się po prostu jak liberałowie, kolejne ugrupowanie nachalnego antypisu. Kandydat lewicowego trójporozumienia również będzie musiał grać do tej bramki, choćby dla dobra formacji. Zandberg nawet jak nie chce, to startować musi.
I nie kupuję powszechnego mniemania, że lewicowy kandydat jest na starcie stracony. Przy takim rozdrobnieniu sceny opozycyjnej, aby dostać się do drugiej tury może się okazać, że wystarczy 20 proc. A potem to już z górki.

Wybory prezydenckie (cz. II)

Wybory prezydenckie coraz bliżej. W przyszłym roku, tak jak działo się to co pięć lat, wystartują wybitni, znani politycy, mniej wybitni politycy oraz osoby do tej pory wyborcom kompletnie nieznane, najczęściej bez żadnego doświadczenia politycznego i społecznego.

Dokończenie z poprzedniego numeru.

Miejsce trzecie daje w sporcie zasadny powód do radości i dumy, zawodnik staje na podium, otrzymuje medal, co prawda brązowy, ale jednak medal. W wyborach prezydenckich tylko miejsce drugie ma znaczenie, bo daje przepustkę do finałowej rundy, a nawet stwarza szansę na zwycięstwo co udało się Lechowi Kaczyńskiemu który przecież po I turze miał dopiero wynik drugi. Przypomnijmy tylko nazwiska tych którzy zajęli trzecie miejsce (ich wyniki były już podane) 1990 Tadeusz Mazowiecki, 1995 Jacek Kuroń, 2000 Marian Krzaklewski, 2005 Andrzej Lepper, 2010 Grzegorz Napieralski, 2015 Paweł Kukiz. Z tych kandydatów najlepszy wynik procentowo i ilościowo miał Paweł Kukiz, ale najbliżej do poprzedzającego go na liście miał Tadeusz Mazowiecki. Pierwsza trójka kandydatów zawsze zgarniała od ponad 77 proc. (w 1995), do prawie 92 proc. głosów (w 2010) zostawiając pozostałym do podziału skromne resztki. Dwukrotnie tylko czwarty wynik był na poziomie wartym odnotowania. W 1990 Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 9,21 proc. (1 514 025 głosów), a w 2005 (pod nieobecność – pamiętajmy – Cimoszewicza) Marek Borowski 10,33 proc. (1 544 642 głosy).
Od lat, przysłowiowym „języczkiem u wagi” jest PSL, tak po wyborach parlamentarnych jak i samorządowych. Warto więc ludowcom poświęcić nieco miejsca. Wyniki parlamentarne PSL nigdy nie były zbieżne z osiągnięciami ich kandydata w wyborach prezydenckich. Zawsze otrzymywał on mniej, a nawet znacznie mniej, niż jego partia w najbliższych kalendarzowo wyborach. Pierwszym kandydatem PSL-u (1990 rok) był wywodzący się z rolniczej Solidarności Roman Bartoszcze. Zajął co prawda miejsce przedostatnie, ale wobec niewielkiej stosunkowo liczby kandydatów było ono zarazem piąte, a więc to które zazwyczaj (cztery razy na sześć) kandydaci PSL zajmowali. Zdobył jednak najlepszy w wyborach prezydenckich jak dotąd wynik dla tej partii tak procentowo (7,15) jak i pod względem ilości głosów (1 176 175). Raz tylko lepsze miejsce, czwarte, zajął w 2000 Jarosław Kalinowski, lekko przekraczając milion głosów poparcia (1 047 949) co dało mu 5,95 proc. głosów. Najgorzej wypadł (w 2015) Adam Jarubas zajmując szóste miejsce i osiągając najniższy wynik z dotychczasowych to jest 1,60 proc. i 238 761 głosów. Kiedy wyborcy oddawali głosy na całą partię ludową wyniki zarówno procentowo i ilościowo były znacznie wyższe. Najlepszy wynik PSL osiągnęło w 1993 zajmując drugie miejsce (15,40 proc. i 2 124 367 głosów). Poza tą sytuacją zazwyczaj zajmowali oni czwarte lub piąte miejsce osiągając od 8,98 proc. do 5,13 proc. i od 1 805 598 do 779 875 głosów. Nieco inaczej oceniać trzeba rok 2019 z powodu powołania koalicji z resztkami ruchu Kukiz15, czego PSL (koalicji) nigdy wcześniej nie robił. Sumując – zawsze lepiej wypadała partia niż jej nominant w wyborach prezydenckich.
Czy przedstawiona analiza i zestawienia mogą mieć znaczenie dla aktualnych kalkulacji przedwyborczych? Czy mogą prowadzić do jakichkolwiek uogólnień lub formułowania reguł? Trudno powiedzieć, bo przecież każde wybory prezydenckie przynosiły różnego rodzaju zaskoczenia, niespodzianki, nieprzewidziane zdarzenia. Przypomnijmy casus Tymińskiego z 1990, przegraną będącego pewniakiem Wałęsy w 1995, druzgocący przeciwników, acz radosny nie tylko dla mnie, triumf Kwaśniewskiego w 2000, znaczącą porażkę Tuska w 2005 w II turze, gdy po pierwszej wyprzedzał o 3 proc. rywala, smoleński dramat z 2010 kładący się cieniem na listę kandydatów, czy zaskakujące zwycięstwo w obu turach „Pana Nikt” w roku 2015. Ale może właśnie dlatego warto zastanowić się jak podobnych niemiłych zdarzeń uniknąć. Radość z wywalczonego poletka normalności w Senacie nie ma zbyt mocnego fundamentu. Każdy dzień przynieść może złowrogą informację o kimś, kto w ślad za przekupnym śląskim radnym Kałużą, za nic mając swój honor i zaufanie wyborców, przejdzie na stronę „złej mocy” zadowalając się rzuconym mu ochłapkiem władzy czy suto opłaconą posadką. Chwała senatorowi Grodzkiemu, chwała innym, którzy odrzucili takie pokusy. Wybory prezydenckie albo wzmocnią i poszerzą owo senackie pole demokracji, albo niestety przedłużą na kolejne kilka lat jeszcze sejmową samo władzę prezesa, co mu pozwoli bez skrępowania i coraz głośniej podpowiadać marszałek Witek jak ta prowadzić winna obrady parlamentu.
Dość dawno już Andrzej Duda przestał mieć obawy czy prezes wystawi go do ponownej walki o urząd prezydenta. Od dawna jest pewnym i jedynym kandydatem prawicy. Od dawna, także w tej roli, objeżdża Polskę powiatową gromadząc na spotkaniach wzruszoną publiczność, której w zasadzie jest obojętne czy przyjechał do niej prezydent kraju, znany piosenkarz disco polo, ktoś prowadzący popularny teleturniej, czy prezenter telesprzedaży w regionalnej kablówce; ważne że daje to zgromadzonym pozór znalezienia się przez nich przez chwilę w wielkim świecie. A jeśli towarzyszy mu małżonka, w nie najgorzej skrojonej garsonce, wrażenie jest jeszcze większe. Raduje się więc suweren z tych wizyt, podobnie jak raduje się z otrzymywanych prezentów, które fundowane mu są z jego pieniędzy cichaczem wyciąganych z jego przecież portfela, uszczuplając jego oszczędności. Kiedy się zorientuje, że tak właśnie jest? Od początku Andrzej Duda wykazuje samodzielność adekwatną do poziomu, na jakim prezes mu ją koncesjonuje. Nikt rozsądny nie zakłada, iż może on w obszarze swych decyzji zrobić coś bez aprobaty swego szefa. Urząd prezydenta przestał kojarzyć się z samodzielnością, powagą, czy godnością. Przykre. Ale do odwrócenia możliwe.
Nie chcę wchodzić w dywagacje personalne, w oceny pojawiających się już i możliwych nowych kandydatur. Doświadczenie wskazuje, że mogą się objawić różne zaskakujące, mniej lub bardziej znane nazwiska, mniej lub bardziej nieprawdopodobne ambicje, tak że lista kandydatów niebezpiecznie się rozrośnie mącąc w głowach wyborcom i krusząc tak potrzebny wspólny front. Ktoś już forsuje publicystę i telewizyjnego celebrytę, któremu usłużne sondażownie podbijają ego, ktoś inny optuje za szefem ludowców, nie bacząc w jakie alianse był zdolny w wyborach parlamentarnych wchodzić. Na personalia za wcześnie, tym bardziej że nie o personalia mi teraz chodzi, a o ideę. Na pewno kontrkandydat urzędującego prezydenta musi zasadniczo się od niego różnić: powagą, poczuciem humoru, samodzielnością, obiektywnym poczuciem praworządności, odpowiedzialnością, a nawet wyglądem. W relacjach międzynarodowych kierować się musi racją stanu, a nie umacnianiem chwilowego i złudnego poczucia własnej wartości. Czy musi być profesorem, jak niedawno apelował na łamach Trybuny dr Gabriel Zmarzliński? Nie sądzę. Stary Bismarck miał na ten temat swoją teorię, co tytuł doktorski obecnego prezydenta może w części potwierdzać. Wystarczy że będzie od Andrzeja Dudy lepszy, a o to dość łatwo. Ale musi być ponadto skuteczniejszy i posiadać już teraz świetne zaplecze.
Wybory 2020 tym będą różniły się od poprzednich, że albo utrwalą nigdy wcześniej nie występującą, niebezpieczną dla demokracji i konstytucyjnych wolności obywatelskich, dla niezależności instytucji demokratycznych, hegemonię jednej partii; albo pozwolą na przywracanie ładu prawnego w naszym państwie. Sam wybór prezydenta z grona kandydatów opozycji i tak od razu tego nie załatwi, a jedynie proces ten pozwoli mozolnie rozpocząć, nie można bowiem złamanego prawa naprawiać kolejnym jego złamaniem. Dlatego uważam, że jedność opozycji powinna rozpocząć się już od pierwszej tury, wyrażając się we wspieraniu jednego kandydata. Rozproszenie głosów na wielu kandydatów po stronie opozycji grozi tym, że do drugiej tury może nie dojść. Walka (także programowa) między kandydatami Platformy, Lewicy czy PSL, nie dość że kosztowna, to nie osłabiać, a wzmacniać będzie Andrzeja Dudę. A na pewno pozwoli mu przejść do drugiej tury (o ile taka będzie) na pełnym rozbiegu, gdy jego rywal (rywalka!) zacznie dopiero łączyć siły i szukać wsparcia wśród partii, których kandydat do finału nie dotarł. Dziwią mnie i drażnią publicznie organizowane prawybory. Takie coś raczej toczyć się powinno w zaciszu gabinetów, gdy przedkładając argumenty i ważąc walory osobiste i spokojnie oceniając sondaże, wypracowywany powinien być konsensus w sprawie jednego kandydata (jednej kandydatki). Przy czym oczywiście rozumiem i popieram pogląd, iż własny kandydat na prezydenta każdą partię konsoliduje i umacnia jej elektorat. Ale ma to przede wszystkim sens wtedy, gdy wybory prezydenckie rozpoczynają, lub są na samym początku wyborczego maratonu. Te w 2020 zamykają zaś wyborczy kalendarz i stanowić będą albo o powrocie do normalności albo o utrwaleniu patologii. Czas na chwilę zapomnieć o oczywistych, ważnych różnicach, czas zjednoczyć się wokół jednego celu nadrzędnego i niespornego. O jednego kandydata więc apeluję, o jedną kandydatkę, o mądrość i skuteczność opozycji.

Przyszły Prezydent Polski

„1. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.
2. Prezydent czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.” Konstrukcja RP, art. 126
„Zwracam się do Narodu Polskiego – do wszystkich obywateli, którzy swą myślą i pracą tworzą nasz wspólny, społeczny i państwowy byt…
Musimy przebudować gospodarkę. Musimy ukształtować nowy, demokratyczny ład. Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków.”gen. Wojciech Jaruzelski

Przed nami kolejne wybory, tym razem prezydenckie. Mamy w pamięci-jeszcze na świeżo wrażenia, „gorące refleksje” po wyborach parlamentarnych 13 października. O czym świadczą-ciśnie się pytanie. Po pierwsze-o nas, wyborcach. Że poparliśmy partię, która 500+ zrealizowała jako swoją obietnicę i wzmocniła ją 13 emeryturą, czym uzyskała wyborczą siłę, nie tylko w miastach ale i na wsiach. Odrzuciliśmy informacje medialne, że w 2018 r. mimo właśnie 500+ przybyło prawie 100 tys. dzieci żyjących w skrajnej biedzie. Ubóstwo wzrosło z 4,7% do 6%, do czego przyczynił się wzrost inflacji i brak waloryzacji świadczeń socjalnych. Zapomnieliśmy, nie słuchaliśmy racji ekonomistów, np. prof. Grzegorza Kołodko, proszę przypomnieć sobie rozmowy w TVP i przeczytać rozmowę z Profesorem w Przeglądzie nr 28 z 8-14.7.2019) oraz kilku polityków Lewicy, publikacje w Trybunie. Ponadto, uwierzyliśmy że koszty te pokrywa partia rządząca z własnej kasy, co jest wierutnym kłamstwem. Też nie chcemy wiedzieć, że dotacje otrzymuje ze skarbu państwa, ok.18, 5 mln zł rocznie, więc są to nasze, wyborców pieniądze. Po drugie-przywódcy, przynajmniej dwóch partii opozycyjnych, mówiąc wprost PSL i PO mieli do szkoły „pod górkę” i nie mogli pojąć podstawowych reguł z takiego przedmiotu jak matematyka. Że ma wpływ na liczenie głosów, o czym w Polsce wiadomo od 2001 r. gdy obowiązuje metoda d’Hondta. Ale nie ma się co dziwić, to zaledwie albo aż 18 lat, choć powiedzenie „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”, znane jest od 2 wieków (może przed najbliższymi wyborami politycy dowiedzą się, kto i kiedy tę mądrość powiedział). W tej matematyce, szło o zatrzymanie dalszego procesu niszczenia demokracji i gospodarki poprzez populistyczne obietnice. Bo zmiana układu sił w Sejmie skłoniłaby rząd do rozsądku i korekty. Kilka milionów wyborców nie chce zrozumieć skutków swej decyzji. Za „głupotę” zapłaci każdy z nas, gdy budżet państwa będzie musiał szukać oszczędności, by „bronić” przed inflacją, m.in. przez podwyżki podatków, różnych dostaw, usług itp. Wtedy będziemy usprawiedliwiać to „ogólną sytuacją”, wskazując na UE, nie pamiętając już swoich pozornie „trafnych wyborów” Może zastanowimy się co zrobić by ta maksyma do bólu dosadnie, nie opisywała nas po kolejnych wyborach. Spodziewam się na łamach Trybuny publikacji naukowych i publicystycznych autorytetów, dokonujących wnikliwej, wyważonej i mądrej oceny kampanii. Liczę głównie na wnioski adresowane do wyborców i politycznych partii, z myślą o wyborach prezydenckich.

Kim jest Prezydent?

Nie idzie tu o personalia, ale o kompetencje, którym zgodnie z Konstytucją powinien sprostać. Ta odpowiedź – proszę raz jeszcze przeczytać cytowany na wstępie zapis art. 126, musi, dosłownie musi opierać się na wieloaspektowej ocenie stanu dzisiejszego Polski oraz na przewidywaniu przyszłości. I to „zadanie” musi, powinien wykonać każdy z nas wyborców. Po wyborach parlamentarnych, w których wzięło udział ponad 61% Polaków uprawnionych, jest iskierka nadziei, że zaczynamy odpowiedzialnie myśleć o sobie i Polsce. Co to znaczy, ktoś zapyta. Najprostsza odpowiedź jest taka. Wybrany przez nas Sejm czy Senat podejmuje ustawy, których część nie wymaga – z mocy prawa – zgodności z prawem UE. Możemy je dowolną ilość razy zmieniać i poprawiać. Dla przykładu – przez ostatnie 4 lata rządów 70 razy zmieniano ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych; 36 razy prawo energetyczne; 24 razy prawo telekomunikacyjne. I co, komu z tego powodu wstyd? Przecież wielu spośród tych posłów wybraliśmy kolejny raz, warto się zastanowić, kto nas ośmiesza. A jeśli zdarzyło się, że złamaliśmy prawo UE np. w kwestii „reformy” sądownictwa, to mamy proces sądowy przed trybunałem Unii, co niektórzy politycy i publicyści bagatelizują, obłudnie tłumacząc „naszym prawem do wolności”, czyniąc z kilku milionów Polaków, po prostu ciemniaków. Czy choćby pod tym względem Prezydent nie powinien znać reguł, prawodawstwa UE, być – wręcz nieustępliwym strażnikiem Konstytucji? Dlaczego tak nie było – pomyślcie Państwo. Ponadto, ma Polaków, reprezentować poza granicami kraju. Na czym to „przedstawicielstwo” ma polegać, wyrażać się? Właśnie wiedzą polityczno – gospodarczą, poziomem kultury i wyobraźnią cywilizacyjną. Każdy z nas potrafi zdefiniować te pojęcia i oczekiwania.
Właśnie myślenie, refleksje – wsparte zawodową i polityczną wiedzą, życiowym doświadczeniem i wyobraźnią – w tych wyborach będą szczególnie potrzebne. Jeśli Państwo Czytelnicy zechcą zapytać o tę „szczególność potrzeby” – proszę, zwróćcie uwagę na zapis art. 126 Konstytucji, cały V rozdział. Po przeczytaniu i chwili namysłu spróbujcie – odpowiedzieć na pytanie – jakie przymioty charakteru, wiedzę i doświadczenie w zakresie teorii i praktyki funkcjonowania władzy państwowej powinien posiadać kandydat, by mógł być „gwarantem ciągłości” tej władzy. Zastanówmy się na czym umiejętność realizacji tej „gwarancji” ma polegać? Czy na posłuszeństwie wobec „szefa partii sprawującej kierowniczą rolę”, czy na toczeniu „wojenek na górze” (wielu już zapomniało), czy całkowicie innym, koncyliacyjnym modelu pełnienia roli właśnie gwaranta trójpodziału władzy i demokratycznego ładu wewnętrznego. Czy nadal o stanowisku sędziego prokuratora ma decydować „życiorys”, czyli do „robił” w PRL, stanie wojennym. Jeśli tak – obyśmy się nie zdziwili, gdy za kilka lat nowe pokolenie zapyta „co pan robił w III RP, bo teraz mamy IV RP”. Jeśli był pan sędzią, prokuratorem z nadania „tamtej władzy” – to „czas na zmiany”. Jak długo będziemy „potępiać ludzi żyjących, uczących się i pracujących w PRL”, kto wreszcie temu położy stanowczy kres? Czy blisko 20 lat życia w 3 tysiącleciu nie nauczyło nas, że na polskiej ziemi jest i powinno być miejsce dla każdego, kto tu chce uczciwie żyć i pracować? Inaczej mówiąc-„pracą tworzyć nasz wspólny, społeczny i państwowy byt”, a nowy prezydent powinien „być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków”. Sięgnijcie Państwo do Autora tych słów, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, tamtego czasu, wyciągnijmy wnioski.

Prezydent z Lewicy

Szczególnie liczę na Lewicę – SLD i PPS, ich wyborców. Dlaczego tylko na nich, ktoś z przekąsem zapyta, mając na myśli „ogórkowy” eksperyment. Oczywiście, każda partia polityczna, obywatele mają prawo zgłaszać kandydata, zgodnie ze wspomnianym rozdziałem V Konstytucji. Bo poprzedniczki obu tych partii dowiodły, mają historyczne doświadczenia w odpowiedzialności za Polskę. Tak, nie pomylili się Państwo Czytelnicy – odpowiedzialność za Polskę i to najczęściej w ważnych historycznie, wręcz przełomowych momentach. Nie czas i miejsce by je opisywać. Dość wspomnieć – ostatni Prezydent PRL i pierwszy Prezydent III RP, gen. Wojciech Jaruzelski, po decyzjach ratujących głównie Solidarność przed „bratnią pomocą” w zrozumieniu przez nią ówczesnej sytuacji politycznej w Europie i pozycji Polski, co powinno być a nie było, głównie dla jej kręgów kierowniczych oczywiste i zrozumiałe. Wraz z gronem reformatorów czynił usilne starania poprzez PRON, Radę Konsultacyjną, wprowadzanie demokratycznych mechanizmów sprawowania władzy, np. trybunały, reformę gospodarczą – wreszcie Okrągły Stół, do przygotowania obywateli na konieczność dalszych reform i zmian. Do uświadomienia im tej konieczności i możliwości jej sprostania bez rozlewu krwi, metodą pokojową. Dziś dla wielu, szczególnie młodych może się to wydawać i dziwne i anachroniczne, bo przecież Polska, nasza państwowość istnieje, bez ofiar. Właśnie o tę „państwowość” szeroko, wieloaspektowo rozumianą na „dziś i jutro” idzie. Jak należy ją rozumieć w praktyce, w europejskiej i światowej rzeczywistości, dowiódł swoją 10. letnią prezydenturą Pan Aleksander Kwaśniewski, wprowadzając Polskę do polityczno-militarnego systemu bezpieczeństwa oraz systemu społeczno-gospodarczego i demokracji w krajach UE. Nam, wszystkim Polakom powinno, musi zależeć aby Polska korzystała z tych osiągnięć racjonalnie na dziś i wyobrażalnie możliwe na jutro. Tu celowo kładę akcent na wyobrażenie – jak zahamować dalszą dewastację by nie powiedzieć niszczenie już uzyskanych i wdrożonych reguł demokracji? Jeśli ktoś w tym miejscu zechce ocenić te moje wywody jako„górnolotne pustosłowie”, proszę bardzo. Tylko niech się zastanowi nad znanym już kilka razy w różnej tonacji wypowiadanym ostrzeżeniem Niemiec. Sprowadza się ono do wiązania przestrzegania zasad demokracji, prawa i praworządności przez dane państwo UE z wysokością finansowych dotacji właśnie z UE, które mogą na różne sposoby mocno uderzyć po kieszeni każdego z nas. Kto temu ostrzeżeniu nie daje wiary, niech zechce„pouczyć” się na przykładzie Wielkiej Brytanii – nie mogą doliczyć się zysków i strat z członkostwa w UE, „chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko”, choć nie idzie o łamanie zasad demokracji a zyski. My pamiętajmy, że Polsce daleko do potencjału ekonomicznego Anglików i pozycji w UE, a ich „kombinacje” mogą finansowo odbić się na naszych zasobach finansowych.

Profesor-Prezydent

Analiza obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej i społecznej w Polsce i Europie daje liczne sygnały do przyjęcia kilku podstawowych kryteriów wobec prezydenta Polski:
– po pierwsze: powinien być profesorem. Tak, profesorem, człowiekiem nauki o dość bogatym dorobku naukowym i zawodowym w swojej profesji. Byłaby też dobrze widziana praktyka na stanowisku państwowym, ministerialnym;
– po drugie: jednocześnie być znanym ekspertem, wprost specjalistą w „dziedzinie UE”. Właśnie Unia, z nią przecież Polska powinna wiązać swoją przyszłość, pisałem wyżej co jej zawdzięczamy. A czego oczekujemy? Obok wdrożenia obowiązujących zasad prawa i ładu demokratycznego, także zapewnienia bezpieczeństwa polityczno-militarnego. Ta sfera odpowiedzialności spoczywająca na członkostwie w NATO, wymaga innego spojrzenia. Nasze położenie geograficzne i doświadczenia przeszłości niezbicie wskazują, iż przyjaciół powinniśmy szukać blisko siebie. Po prostu być „sąsiadem potrzebnym” dla innych Warto spojrzeć na potencjały militarne i powiedzieć sobie jasno – przyszłość Polski to POKÓJ!;
– po trzecie: jest nam nieodzowny strategiczny plan przyszłości. Jeśli chcemy być krajem rozwijającym się wieloaspektowo, taki „plan” jest palącą potrzebą. Mam przekonanie, iż człowiek nauki, o szerokich horyzontach potrafi dobrać, skupić ekspertów i wskazać cele naukowych prognoz, np. w sferze: nauki i szkolnictwa, służby zdrowia, gospodarki i spraw socjalnych, praworządności, obrony i bezpieczeństwa (pokojowej współpracy).Taki przykład. Na użytek wyborczy eksponowano sprawę służby zdrowia, pokazując jakie są zaniedbania. Zapytam – czy brak lekarzy pojawił się dopiero 1-2 lata temu i nikt nie był w stanie tego przewidzieć? Proszę pokazać dziś, po wyborach jaki to program ochrony zdrowia miała i realizowała koalicja PSL – PO, co przez 4 lata zostało zmarnowane? A obecna władza – jakim to „programem zdrowia” i sukcesami w realizacji może się poszczycić? Dlaczego wyborcy są traktowani jak „bezmyślna masa”, a oczekuje się nich poparcia. Stanisław Cat-Mackiewicz jest autorem sentencji – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.
Państwa Czytelników zachęcam do poszukania odpowiedzi na pytanie – czy Lewica ma profesorów dających rękojmię spełnienia oczekiwań i wyzwań wobec Urzędu Prezydenta RP, trzeciej dekady XXI wieku?

Sri Lanka – Kandydat opozycji prezydentem

Wybrany na prezydenta Sri Lanki Gotabaya Radżapaksa został oficjalnie zaprzysiężony jako głowa państwa.

Radżapaksa, przywódca opozycyjnej partii Front Ludowy Sri Lanki (SLPP) wygrał w ubiegłą sobotę wybory prezydenckie uzyskując 52,2 proc. głosów. Jego najpoważniejszy spośród pozostałych 34 kandydatów rywal z rządzącego ugrupowania Zjednoczony Front Narodowy (UNP) Sajith Premadasa zdobył 41,99 proc. W wyborach tych zanotowano rekordową frekwencję na poziomie 85 proc. tj. o niemal 4 proc. wyższą niż w poprzednich przed czterema laty.
Wynik wyborów w Sri Lance odzwierciedla nie tylko poparcie dla programu politycznego poszczególnych kandydatów – zwłaszcza, że w trakcie kampanii obydwaj czołowi rywale za priorytet uznali kwestie bezpieczeństwa i reformy ekonomiczne – lecz także ostre a niekiedy krwawe podziały społeczne na tle narodowościowym i religijnym. Radżapaksa wywodzi się z syngaleskiej większości stanowiącej ponad 70 proc. ludności kraju, natomiast Premadasa należy do mniejszości tamilskiej liczącej 12,6 proc.
Każdego z tych dwóch kandydatów poparli mieszkańcy rejonów zamieszkałych głównie przez osoby z ich narodowości. Jednakże nowy prezydent w swoim inauguracyjnym przemówieniu zaznaczył, że choć do zwycięstwa wystarczyłyby mu głosy syngaleskiej większości, to prosił również Tamilów i muzułmanów o to, aby i oni byli współautorami jego sukcesu, dodając, że wzywa ich do „wspólnego budowania Sri Lanki”.
Wielu Tamilów wykazuje jednak nieufność wobec Radżapaksy. Pamiętają, że był on sekretarzem ds. obrony w okresie, gdy jego starszy brat Mahinda był prezydentem w latach 2005-2015 i był oskarżany o odpowiedzialność za stosowanie przemocy podczas wojny z tzw. Tamilskimi Tygrysami. Również sam nowo wybrany prezydent brał udział w walkach przeciwko Tamilom w ramach elitarnego oddziału Gayaba.
W trakcie kampanii wyborczej Radżapaksa starał się pozyskać głosy ludności muzułmańskiej stanowiącej 9.7 proc. mieszkańców. Unikał antyislamskiej retoryki pamiętając o tym, że utrata głosów muzułmanów w poprzednich wyborach przyczyniła się do jego porażki. Tym nie mniej działacze islamscy nie ufają nowo wybranemu prezydentowi. Jak twierdzi wiceprzewodniczący Muzułmańskiej Rady Sri Lanki Hilmy Ahamed, Radżapaksa jest powiązany z grupami syngaleskich nacjonalistów a antyislamska retoryka została wyciszona jedynie na czas kampanii. Zwraca uwagę na to że buddyjscy nacjonaliści starają się przekonać umiarkowanych Syngalezów, iż krajowi grozi islamizacja będąca jakoby zagrożeniem dla ich sposobu życia.
Po objęciu urzędu Gotabaya Radżapaksa będzie musiał zmierzyć się z parlamentarną większością bloku w którym czołową rolę odgrywa UNP. W liczącym 225 deputowanych ma on 106 posłów. Mając na uwadze ubiegłoroczny kryzys polityczny związany ze zdymisjonowaniem przez prezydenta a następnie przywróceniem przez Sąd Najwyższy na stanowisko premiera Ranila Wickremesinghe z SLPP, nie można wykluczyć przedterminowych wyborów parlamentarnych. Jednak najpoważniejsze wyzwania przed którymi stoi nowo wybrany prezydent to bezpieczeństwo w kraju w którym w ostatnim czasie dochodziło do krwawych zamachów pociągających za sobą ofiary śmiertelne – również w dniu wyborów doszło do niemal 70 aktów przemocy – oraz rozruszanie gospodarki. Kraj obarczony jest potężnym zadłużeniem, które ciągnie się jeszcze od czasów prezydentury jego brata. Obecnie zadłużenie zagraniczne osiągnęło poziom 34,4 miliarda dolarów a całkowity dług wynosi 82,9 proc. PKB. Jak twierdzi emerytowany profesor socjologii na uniwersytecie w Colombo Siri Hettig, to właśnie powolny wzrost gospodarczy i wysokie koszty utrzymania w głównej mierze przyczyniły się do zwycięstwa kandydata opozycji.
Kandydaturę Radżapaksy poparł też miejscowy biznes licząc na to, że jego prezydentura, jak twierdzą biznesmeni, przyczyni się do przyspieszenia rozwoju infrastruktury, zwiększenia pomocy ze strony państwa dla eksporterów, przyciągania zagranicznych inwestorów, łatwiejszego dostępu do kredytów czy też zniesienia „niesprawiedliwych” podatków. – Jesteśmy gotowi wspólnie pracować z nowym kierownictwem dla rozwoju gospodarki naszego kraju – oświadczył jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli biznesu, prezes stowarzyszenia producentów i sprzedawców słynnej cejlońskiej herbaty Jayantha Karunaratne.
Władza prezydenta jest połowiczna. Posiada co prawda uprawnienia wykonawcze, lecz musi działać przy współpracy z premierem. Formalnie powołuje też rząd rekomendowany przez premiera. Kadencja prezydenta trwa cztery lata i może on zostać pozbawiony urzędu jedynie głosami 2/3 deputowanych i za zgodą Sądu Najwyższego.

PO musiałaby wystawić Ogórek, by nie wejść do II tury

– Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu – wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W piątek prezydent zaprzysiągł nowy stary rząd Mateusza Morawieckiego. Co ciekawe, premier pełni też funkcję tymczasowego ministra sportu. Dziwne?

JAROSŁAW FLIS: Nie ma rzeczywiście żadnego zaskoczenia, przetasowania są chyba nawet mniejsze, niż przy powoływaniu drugiego rządu Donalda Tuska. Sprawa ministra sportu jest dość kuriozalna. Powszechnie wiadomo, jeżeli wierzyć, że minister Paruch jest osobą dobrze poinformowaną, a trudno to podważać, że funkcja ministra sportu była elementem rozgrywek o senat i to nieudanych. Już samo podejmowanie takich rozgrywek nie jest powodem do chwały, a jeżeli jeszcze nie wychodzą, to już w ogóle jakieś kuriozum. To oczywiście nie wywróci rządu, ale jest na pewno dodatkowym obciążeniem do ogólnego bilansu ostatnich wydarzeń.
Widać też, że entuzjazm, gdy po raz pierwszy zdobędzie się władzę, jest dużo większy, niż gdy robi się to po raz drugi. Teoretycznie jest to trudniejsze, także patrząc na ostatnie ćwierćwiecze, gdzie przypadków oddawania władzy było znacznie więcej, niż jej zachowania. Chociażby z tego względu premier powinien bardziej się cieszyć, a przynajmniej to pokazywać.

Może rząd ma zbyt dużo zmartwień? Jeszcze kilka dni temu premier mówił w Sejmie: „Skarbiec jest pełny, ludzie mają pracę, granicę są bezpieczne”. Tak długo się chwalił, że aż marszałek Witek musiała mu przerywać. Teraz okazuje się, że skarbiec nie jest wcale pełen. Pomysł zniesienia limitu składek, podniesienie akcyzy do 10 proc. na alkohol i papierosy, 13. emerytura z funduszu niepełnosprawnych. Te ruchy pokazują prawdziwe kłopoty władzy?

Mamy pierwsze kłopoty rządzących i to też nie jest nowość. Znamy to z przeszłości. PO podwyższała wiek emerytalny, choć w kampanii zastrzegała się, że tego nie zrobi. Potem tłumaczyła, że to konieczne, ale koniec końców za to zapłaciła.
Teraz też PiS w kampanii opowiadał, że na wszystko jest, a jednak po wyborach okazało się, że niekoniecznie. Widać, że kampanię prowadzi się dużo łatwiej, niż później zarządza się państwem. Kampania wszystko przyjmie, a teraz trzeba się z tym naprawdę mierzyć.
Jak patrzymy na doświadczenia po, to właśnie tuż po drugim zwycięstwie teflon zaczął się rysować. Pis powinien wyciągnąć z tego wnioski. Lecz – jak widać – słodki jest ten miód i ta muchołapka działa na wszystkich. Trudno się oprzeć pokusie, żeby jeszcze trochę obiecać, a potem się zobaczy. Tylko że potem to już tak łatwo nie wygląda.

Mam jednak wrażenie, że w takiej skali takiej bezczelności jeszcze nie było. Ledwo co nowy Sejm się zebrał, a już mamy poselski projekt dotyczący zniesienia limitu składek. Pęka teflon?

Tu wszystko dzieje się bardziej. Jakiś czas temu sformułowałem tezę, że Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu, czyli wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej, oczywiście po za tym, że teraz to „my” będziemy u władzy, a „wy” na aucie. To też jest jeden z elementów: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej.

Czy sprzeciw Jarosława Gowina może zachwiać rządem Morawieckiego?

Do tego jeszcze daleka droga, chociaż widać, że łatwo to już było. Teraz będzie już tylko trudniej.

Na ile istotny stał się teraz Senat?

To rzeczywiście nowość w polskiej polityce. Do tej pory Senat był na trzecim, jeżeli nie dalszym miejscu, bo chyba nawet samorządy wzbudzały większe zainteresowanie, niż wydarzenia w Senacie. Oczywiście te emocje, które wywoływały spekulacje, czy ktoś przejdzie na drugą stronę, też wzmogły to zainteresowanie. Ciekawe, że sondowany był sam senator Grodzki, aby przeszedł na stronę PiS za posadę ministra zdrowia. Spekulacje w sprawie podkupywania senatorów trafiły na istotną barierę i to najlepiej widać właśnie na przykładzie nowego marszałka.
Przejście na drugą stronę oznaczałoby, że w przyszłości musiałby się on pożegnać z mandatem senatorskim, bo prawdopodobieństwo, że kandydat PiS zdobędzie mandat w Szczecinie są takie, jak szanse, że kandydat ko zdobędzie mandat na Podhalu czy Podkarpaciu.
Oczywiście jest to teoretycznie możliwe, ale raczej nikt na takim założeniu nie będzie budować swojej kariery politycznej. Tym bardziej, że lepiej być senatorem, który nagle zyskuje wielką wagę, bo Senat staje się ważny, niż kimś, kto powtarza przekazy dnia i klepie ustawy w środku nocy.

Jak bardzo Senat napsuje krwi PS-owi? Nie pytam tylko o spowolnienie procesu legislacyjnego, ale też np. o wezwanie szefa NIK-u Mariana Banasia przed komisję.

Tu wiele zależy od pomysłowości. Sam Banaś dostarcza powodów do tego, ale ważne jest jeszcze, jak zareagują na to media. I to nie media jednoznacznie opowiadające się po jednej czy drugiej stronie, ale te próbujące zachować dystans. Na przykładzie telewizji możemy powiedzieć, że nie to, jak zareaguje TVP Info czy TVN24, ale to, jak to będzie przedstawiał Polsat.
Potrzeba pomysłów, aby pozycję instytucji budować. Wiemy, że to takie proste nie jest, wystarczy spojrzeć na samorządy, które są jeszcze ważniejszą instytucją, niż Senat – tam są realne pieniądze i władza. Ale od czasu zeszłorocznych wyborów do mediów przebiło się niewiele spraw, a tak naprawdę to tylko awaria Czajki w Warszawie.
Prof. Jan Zielonka przypomniał ostatnio porzekadło tenisistów: nie ma takiej piłki, której się nie da zepsuć. Senat to jest bardzo wygodna i dobra piłka, którą opozycja dostała, ale to nie oznacza, że nie może jej zepsuć.

Jak ocenia pan pomysł, aby Tomasz Grodzki był kandydatem na prezydenta?

Wydaje mi się, że to nie jest realny pomysł, choć dobrze pokazuje przy okazji posuchę po stronie opozycji, więc i taki wariant można rozważyć. Jednak marszałek Grodzki to nie jest jakieś wunderwaffe, choć z drugiej strony innego nie widać. To jest ciężki temat dla PO i na pewno musi się tam rozstrzygnąć i to w najbliższym czasie.

Czyli pana zdaniem Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest wunderwaffe?

Jej wynik w Warszawie, którym wszyscy się zachwycają, nie jest wcale taki spektakularny. W procentach głosów – nie jest to oczywiście najlepszy wskaźnik – zdobyła 71 proc. w obrębie listy PO. To jest mniej, niż Ewa Kopacz zdobyła 4 lata temu – 76 proc. Zatem jest porównywalną wunderwaffe do Ewy Kopacz, ale zobaczymy, co się zdarzy. Andrzej Duda też nie był zwalającym z nóg kandydatem, a jednak Bronisława Komorowskiego pokonał. Gdy teraz spojrzymy na wpadki prezydenta, chociażby z referendum, to wiadomo, że nie trzeba być jakimś super geniuszem, aby go pokonać, bo ma rozliczne słabości.

A Szymon Hołownia na prezydenta?

Jak wystartowałby w prawyborach i je wygrał, to byłoby to duże zaskoczenie. To jest jednak mało prawdopodobne. Oczywiście takie rzeczy się zdarzały – na przykład na Słowacji z prezydentem Andrejem Kiską. Jednak przyczyną było to, że tam scena polityczna poszła w kompletne drzazgi. Nasza scena polityczna akurat się pięknie poukładała.
Na dziś wygląda to tak, że kandydat PO zdobędzie najwięcej głosów, bo to partia, która istnieje 18 lat, zawsze była pierwsza albo druga. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę nieprawdopodobnego, np. PO musiałaby wystawić Magdalenę Ogórek, żeby nie wejść do II tury.
Chociaż oczywiście w polskiej polityce wszystko się może zdarzyć. Leszek Miller forsując nikomu nieznaną kandydatkę też zrobił coś, co wszystkich zaskoczyło. Nie sądzę jednak, by ktoś chciał spróbować zrobić coś podobnego raz jeszcze.

Bo jak nie my to kto

Po decyzji Donalda Tuska wszyscy komentatorzy prężą swoje intelekty, fali komentarzy nie ma końca. Zresztą i bardzo słusznie bo to niekonwencjonalna decyzja zwłaszcza dla obozu władzy i Prezydenta Andrzeja Dudy, który był zdeterminowany walczyć z Tuskiem o drugą kadencję mobilizując w pełni swój elektorat i elektorat antyplaformerski.

Dla Prawa i Sprawiedliwości i obozu prezydenta ta decyzja stanowi duże wyzwanie.Już naoliwione i pachnące prochem armaty wytoczone wobec Tuska mogą być zupełnie nieskuteczne wobec innych kandydatów, a tych będzie całkiem sporo w grze. Donald Tusk nosi w sobie gen kandydata obciążonego negatywnie polityką polską. To oczywiście scheda z czasów, kiedy był premierem. Z wielką satysfakcją, wręcz euforią PiS w trakcie kampanii wyborczej wyciągnąłby nagrania, z których wynika, że Tusk jest zwolennikiem podniesienia wieku emerytalnego, który PiS obniżył. Pięknym paliwem byłoby tez przypominanie Tuska mówiącego że nie ma pieniędzy na 500 plus Ach jaka szkoda, że nie będzie komu przywalić…

W moim głębokim przekonaniu nadchodzące wybory mogą być pierwszymi wygranymi dla opozycji od wielu elekcji i to niekoniecznie musi być super trudne. Niekonwencjonalnych kandydatów, niezużytych politycznie będzie cała masa. W Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna próbuje ocalić swoją skórę i jedyną szansą na jej ocalenie wydaje się zbliżająca kampania wyborcza. Właśnie w jej przededniu Grzegorz Schetyna zapewne powie: moment, to nie jest czas na rozliczenia w Platformie, czeka nas kolejna walka – zresztą najprawdopodobniej przegrana dla samego Schetyny, sam przecież w niej nie wystartuje. Wiedział to doskonale już dużo wcześniej, w związku z tym wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdaje się mieć swoje reperkusje także w kontekście zbliżającej się kampanii. To ona najprawdopodobniej będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Rafał Trzaskowski, pewnie wytłumaczy się, że absolutnie nie chce zostawić Warszawy, że będzie wspierał etc.Walka buldogów pod dywanem będzie jednak trwała do ostatniej chwili, frakcje w PO z nieukrywaną satysfakcją będą próbowały połączyć ogień z wodą z jednej strony nie szkodząc kandydatce w wyborach, a z drugiej przywalić Schetynie.

Absolutnie ciekawa sytuacja ma miejsce nie tylko w środowisku PO ale także po skrajnie prawej stronie polskiego parlamentu. Konfederacja, narodowcy zdobywając 13 mandatów udowodnili skuteczność, a ostatnie decyzje Prezydenta Andrzeja Dudy powołujące Marszałka Seniora Antoniego Macierewicza zdają się mobilizować twardy elektorat PiS i jednocześnie demobilizować elektorat satelitarny wokół partii rządzącej; w tym także Konfederacji, której działacze widząc co się dzieje zacierając ręce i pójdą z pewnością za ciosem wystawiając swojego kandydata.
Ciekawie jest nie tylko po prawej stronie sceny politycznej, ale także centrum i na lewicy.

Wiedząc wcześniej o decyzji Tuska (zanim oczywiście dowiedział się Schetyna) i widząc co się dzieje; wiatru w żagle próbuje nabrać Władysław Kosiniak-Kamysz, który ku zaskoczeniu wszystkich i samego PSL zdobył z Kukizem blisko 10 proc.

Pan Władysław zupełnie przypadkiem nagle leci do Brukseli na zupełnie przypadkowe spotkanie z Donaldem Tuskiem, po którym oznajmia i wymownie macha chorągwią już nie tylko zieloną ale biało-czerwoną… jestem gotowy do startu w wyborach prezydenckich i to ja będę oswobodzicielem narodu…Nie Grzegorz Schetyna, przecież nie jest on absolutnie już szefem opozycji o czym Władysław Kosiniak-Kamysz raczył już wspominać wielokrotnie.

A teraz lewicowo – tu także z wrażenia można… ano właśnie oceńcie Państwo sami. Oto na naszych oczach tworzy się właśnie lewicowy konglomerat – trzech formacji, które dopiero siadają do rozmów… Kto tak naprawdę ostatecznie będzie kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Choć jeden z potencjalnych kandydatów krzyczy na twitterze „Yes we can” i wprowadza wielką nerwowość u pozostałych graczy.

Czeka nas bardzo ciekawa batalio-kampania na różne modele Polski. Owa batalia rozpoczęła się 11 listopada 2019 w którym to dniu Andrzej Duda będzie prężył muskuły i pokazywał jak zasobna i mocna w świecie jest Polska za jego prezydentury.

Dla Polaków mam nadzieję nie tylko PR, wirtualna zasobność, ale i obrona Konstytucji ma na szczęście coraz większe znaczenie. I to będzie prawdziwe wyzwanie dla nowej Pani Prezydent lub nowego Pana Prezydenta.

Zatem obserwujmy, notujmy i zaopatrzmy się dużą ilość popcornu bo czeka nas niesamowita epopeja trwająca z górą 6 miesięcy. Bo jak nie my to kto to mądrze zrecenzuje i wybierze wizję Polski na kolejne 5 lat. Bardzo chcę, aby była demokratyczna i proeuropejska – czego i Państwu życzę!

Czego oczekuję od prezydenta?

Byłem na imieninach znajomego w jednej z podwarszawskich restauracji. Mieszane towarzystwo, w znacznej części zupełnie mi nieznane. Z rozmów wynikało, że można by w tym gronie utworzyć miniaturę naszego parlamentu – wszystkie opcje były reprezentowane.

Byli też tacy, którzy odcinają się od wszelkich nurtów politycznych, nikt im się nie podoba, nikogo nie zamierzają wspierać.

Kryteria wyboru

Konsumowano umiarkowane ilości alkoholi i wymieniano poglądy na różne tematy, w końcu doszło do zbliżających się wyborów prezydenckich. Słuchałem z zainteresowaniem i popadałem w coraz głębszą frustrację.

Niech mi uczestnicy tego spotkania wybaczą, ale jestem negatywnie zaskoczony. Wymieniano różne kandydatury, ale argumentacja wspierająca zawsze oscylowała wokół takich samych argumentów. Bo reprezentuje partię, która popieram, bo jest inteligentny i ma dobry życiorys, bo jest popularny, bo jest kobietą, albo przystojnym mężczyzną, bo ma realne szanse wejść do drugiej tury. Może nie dosłyszałem, ale chyba nikt nie powiedział, czego tak naprawdę oczekuje od prezydenta.
Jak każdy sklerotyk udający mędrca usiadłem więc na boku i usiłowałem kilku osobom wytłumaczyć, do czego właściwie – moim zdaniem – w naszych warunkach ustrojowych potrzebny nam jest prezydent. Nie jesteśmy krajem, w którym prezydent pełni jednocześnie (upraszczając) funkcje premiera i tym samym kieruje rządem. U nas ma ograniczony zakres kompetencji właściwie tylko w kształtowaniu polityki zagranicznej i obrony narodowej. Może – przez prawo veta i zakulisowe rozmowy – hamować wprowadzanie rozwiązań prawnych, które uważa za niesłuszne. W tym zakresie jest rodzajem bezpiecznika, w skomplikowanym pistolecie gospodarko – społecznym kraju, konstruowanym przez rząd i parlament. No i powinien być bezwzględnym strażnikiem konstytucji, czyli reagować na wszelkie próby jej omijania.
Reprezentant państwa
To wszystko powinien robić w miarę potrzeby. Natomiast, tak „na co dzień”, ma być głównym reprezentantem państwa – czyli naszym – na tzw. arenie międzynarodowej. Czym więcej na tej „arenie” ma kontaktów, czym bardziej jest znany z działalności politycznej lub naukowej, czym więcej „ważnych ludzi” z innych krajów go lubi i docenia – tym dla nas lepiej. Często tak bywa, że kraj – z różnych względów – ma na świecie lub w Europie nienajlepszą opinię, ale jest ona łagodzona właśnie osobowością jego prezydenta. Ale bywa i odwrotnie – kraj jest lubiany, ale prezydent ma złą opinię.

Niezależność i czujność

Prezydent powinien też mieć umiejętność oderwania się od zaplecza politycznego, z którym kiedyś był powiązany, albo (lub i) które popierało jego kandydaturę. To trudne, ale znam kilka osób, które nie popierają żadnej opcji politycznej, które są autentycznie neutralne w ocenach działania politycznych ugrupowań. Prezydent nie tylko może, ale wręcz musi mieć właśnie taką cechę. W powojennym okresie zbliżał się do niej tylko, choć też nie do końca konsekwentnie, jeden prezydent. Był nim Aleksander Kwaśniewski.
Czego jeszcze oczekuję od „mego” prezydenta? Powinien reagować na rażące przejawy nienormalności w naszym życiu społecznym. Jeżeli nasza ukochana policja zamienia się w irańskich strażników rewolucji, ścigając chłopca, który schował do kieszeni hostię zamiast ją połknąć – to trzeba, chociażby w formie żartu, zwrócić uwagę społeczeństwa, na absurdalność tej sytuacji w „demokratycznym państwie prawa”.

Końcowa kandydatura

Czy obecnie „panujący” prezydent ma wszystkie wymienione cechy? Kilka ma i muszę przyznać, że bywały sytuacje, w których mnie pozytywnie zaskakiwał. Ale kilku nie ma. Znaczna część „elektoratu” ma też do niego pretensje, że zbyt często popada w dwie skrajności – albo jest zbyt swobodny, albo przyjmuje pozy wieszcza, starszemu pokoleniu przypominające wodza przedwojennej Italii. Czy zatem wśród wymienianych potencjalnych kandydatów jest ktoś, kto tych pożądanych cech ma znacznie więcej, kto zbliża się do pożądanego ideału? Jest taka osoba i nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo Czytelnicy Trybuny są ludźmi inteligentnymi.

Nie przyniesie wstydu

Tą osobę kojarzą we wszystkich państwach świata, nawet tych najmniej znanych w Ameryce Południowej i Środkowej, nawet w państwie San Escobar, którego geograficzne położenie zna tylko były minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej. Wielokrotne kontakty procentujące wzajemnym zrozumieniem łączą tą osobę z większością europejskich przywódców na zachodzie i wschodzie, z establishmentem politycznym USA i politykami azjatyckimi.

Nie mam żadnych wątpliwości, że ta osoba nigdy nie skompromituje mego kraju i mnie w kontaktach zagranicznych, nie błyśnie niestosownym żartem w nieodpowiednich okolicznościach, że może skutecznie pomóc w „załatwianiu” spraw, wspomagających polską gospodarkę. Uważam też, że jej charyzma i naturalny prestiż mogą tonująco wpływać na nasze wewnętrzne spory, doprowadzać stopniowo nie tyle do „poczucia jedności”, bo to wydaje mi się na razie niemożliwe, ale do wzajemnego zrozumienia.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem może być przez wielu Czytelników uznane za niesłuszne lub nierealne. Bo przecież każde ugrupowanie polityczne chce w wyborach prezydenckich zaprezentować i popierać swego kandydata, który – ich zdaniem – jest najlepszy i może mieć szanse ich wygrania. Przykładem jest pan Korwin Mikke, jakże sympatyczny kandydat skrajnej prawicy, który startował już w kilku wyborach i zapewne wystartuje w tych nadchodzących. Jak zwykle bez pozytywnego rezultatu.

Rozumiem te tendencje i zarazem zwyczaj, nawet sam się w nie wpisuję, jako sympatyk lewicy. Ale jeśli zdecyduje się wystartować też osoba, o której piszę i będzie druga tura, to wtedy zagłosuję na nią. Bo to ona, i chyba w obecnej sytuacji tylko ona, może mi dać nadzieję na rzeczywiste wejście Polski do europejskiej pierwszej ligi.

Nasz prezydent

Czy Senat w rękach opozycji zatrzyma PiS? A może nowy Prezydent?

Utworzenie Senatu w 1989 roku było powrotem do kształtu polskiego parlamentu z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już pierwsze kadencje tej izby przekonały znaczną część polskiego społeczeństwa, że była to decyzja błędna. W 2005 roku w sondażu Biura Badania Rynku i Opinii Estymator aż 62 proc. respondentów opowiedziało się za likwidacją Senatu. Taki postulat zgłaszali zarówno politycy Platformy Obywatelskiej jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Tak pisałem o Senacie w czerwcu tego roku na łamach Trybuny. Również moje doświadczenie sejmowe potwierdzało tezę, że kosztująca rocznie ponad 100 milionów złotych izba wyższa parlamentu nie ma racji bytu. W ciągu czterech lat bytności w Sejmie tysiące razy miałem styczność z poprawkami wprowadzanymi do ustaw przez Senat. Problem w tym, że 99 procent poprawek dotyczyło kropek, przecinków, innego szyku zdań lub ewidentnych błędów w ustawach uchwalonych przez Sejm. Kilku dobrych prawników i legislatorów by wystarczyło – taka była moja ocena. Tymczasem dzisiaj na Senat zwrócone są oczy milionów Polek i Polaków.

Rządzą rządzący

Marginalizacja roli Senatu ma swoje uzasadnienie. Od wielu lat większość w Senacie miały te ugrupowania, które miały również większość w Sejmie. Największą ilością senatorów dysponowała rządząca od 2001 roku koalicja SLD-Unia Pracy. Było ich aż 75. Również koalicja PO-PSL nie miała problemów z większością w Senacie. W latach 2007-2011 Platforma i ludowcy mieli w sumie 60 mandatów w Senacie, a w latach 2011-2015 nawet 65 mandatów. Podobnie Prawo i Sprawiedliwość. Podczas swoich pierwszych rządów, PiS wraz z koalicjantami dysponował 59 mandatami senatorskimi, a w kończącej się właśnie IX kadencji 60 mandatami.
Rządząca w Sejmie większość nigdy nie oczekiwała od Senatu ani „refleksji”, ani „zadumy”. W żargonie parlamentarnym mówiło się, że ustawę trzeba „przepuścić” przez Senat. Gdy zaś ustawa była pilna, pilnując przy tym, by senatorom nie przyszło do głowy wprowadzanie poprawek. Bez poprawek ustawa prosto z Senatu trafiała na biurko prezydenta.
Zgodnie z art. 118 Konstytucji Senatowi przysługuje inicjatywa ustawodawcza. W trakcie mojej czteroletniej kadencji senatorowie korzystali z tej możliwości ponad 100 razy. W ostatniej kadencji – o połowę rzadziej. Trudno jednak oczekiwać, że PiS pochyli się nad projektami przygotowanymi przez opozycyjnych senatorów. Czy wobec tego Senat, w którym większość ma opozycja, jest w stanie zatrzymać PiS?

Zatrzymać PiS

Każda ustawa po uchwaleniu przez Sejm trafia do Senatu. Senat ma trzy możliwości. Może uchwalić odrzucenie ustawy w całości. Wprowadzić do ustawy dowolną liczbę poprawek – również zmieniających diametralnie pierwotny kształt projektu. Lub pozostawić projekt w niezmienionym kształcie. W dwóch pierwszych wypadkach projekt ustawy wraca z powrotem do Sejmu.
W Sejmie do odrzucenia senackich poprawek potrzebna jest większość bezwzględna. To oznacza, że ilość głosów przeciw poprawce musi być większa niż suma głosów za poprawką i głosów wstrzymujących się. Taka sama większość jest wymagana do odrzucenia senackiej uchwały o odrzuceniu ustawy w całości. Taką większość PiS w Sejmie ma. I z pewnością wykorzysta ją, by odrzucić każdą inicjatywę Senatu nie będącą po myśli Jarosława Kaczyńskiego.
Dodatkowo twórcy Konstytucji z 1997 roku zadbali, by w sytuacji gdy w Senacie rządzi opozycja, nie doprowadzono do paraliżu państwa. Artykuł 121 Konstytucji daje Senatowi 30 dni na uporanie się z projektami ustaw, które trafiły z Sejmu. W przypadku projektów uznanych za pilne – tylko 14 dni. Jeśli w tym czasie Senat nie podejmie decyzji, obowiązującą staje się wersja projektu uchwalona przez Sejm.

Debata

Konkluzja jest prosta: większość opozycyjna w Senacie nie zablokuje destrukcyjnych działań Prawa i Sprawiedliwości. Sejm – opanowany przez PiS – w dalszym ciągu będzie traktowany przez rządzących jak „maszynka do głosowania”. Dlatego głównym zadaniem Senatu stanie się przywrócenie debaty parlamentarnej. Szczególnie że – pisałem też o tym w czerwcu – Senat (podobnie jak Sejm) dysponuje możliwością przeprowadzania wysłuchań publicznych. Pozwalających uspołecznić proces legislacyjny i dających możliwość wypowiedzenia się ekspertom.
Nawet jeśli w ostatecznym rachunku dorobek Senatu zostanie zniweczony przez posłuszną Kaczyńskiemu większość sejmową, jedno jest pewne. Ekspresowe stanowienie prawa i jego psucie na jedno kiwnięcie palca Kaczyńskiego lub Ziobry nie będzie możliwe. To dlatego PiS tak walczy o Senat. Posuwając się nawet do kwestionowania wyników wyborów.

Przeliczenie

Pisząc ten tekst w środę, nie wiem jaka będzie decyzja sędziów Sądu Najwyższego dotycząca protestów złożonych przez Prawo i Sprawiedliwość. Ale jestem zdania, że licząc na powtórne przeliczenie głosów w sześciu okręgach – PiS się przeliczył. Dziennikarze Onetu przyjrzeli się bliżej głosom nieważnym w tych okręgach. Bo po wyborach samorządowych w 2014 roku, kiedy to liczba nieważnych głosów była rekordowa, wprowadzono do kodeksu wyborczego zapis dotyczący kwalifikacji tychże głosów w protokołach powyborczych. Najwięcej głosów nieważnych nie miało na karcie wyborczej zaznaczonego żadnego kandydata. Tu nie sposób mówić o jakimkolwiek „fałszerstwie”. Zdecydowanie mniej było kart wyborczych ze skreślonymi dwoma lub więcej kandydatami – to te głosy są teoretycznie „podejrzane”.
Onet podliczył, że w skali kraju ponad 72 proc. nieważnych głosów było pustymi kartkami, a tylko niespełna 28 proc. kartami do głosowania z podwójną (lub większą) liczbą skreśleń. Według dziennikarzy Onetu, gdyby nawet wszystkie karty do głosowania z podwójnymi skreśleniami zaliczyć na poczet głosów przegranego kontrkandydata, niewiele by to dało. Z sześciu zakwestionowanych przez PiS okręgów, jedynie w okręgu koszalińskim mogłoby to coś zmienić. Co? Tego nie wiemy. Bo w tym okręgu, oprócz kandydata PiS-u i kandydata popieranego przez KO (Stanisława Gawłowskiego), startował również Krzysztof Berezowski, będący kandydatem niezależnym. I zebrał zaledwie 1700 głosów mniej od kandydata PiS-u. Więc i on mógłby być beneficjentem tych rzekomo „sfałszowanych” głosów.
Jeden z komentatorów zwrócił uwagę, że zgoda Sądu Najwyższego na powtórne przeliczenie głosów miałaby trudne do przewidzenia konsekwencje w przyszłości. Zwłaszcza podczas przyszłych wyborów samorządowych. Tam bowiem w wielu wypadkach kandydaci wygrywają lub przegrywają nieznaczną ilością głosów. I protesty wyborcze żądające powtórnego liczenia głosów mogłyby iść w tysiące.

Trzecia kratka

Zupełnie na marginesie trwającej dyskusji o takiej, a nie innej liczbie głosów nieważnych, można zadać pytanie. Dlaczego wyborcy – w tym wypadku wyborcy senatorów – oddają tysiące głosów nieważnych. Odpowiedź wydaje się prosta. Lista kandydatów do Senatu jest z reguły bardzo krótka. Zawiera dwa lub trzy nazwiska. Zmuszając tym samym wyborcę – pod rygorem oddania głosu nieważnego – do wybrania któregoś z nich. Może warto zastanowić się nad dodaniem jeszcze jednej kratki. Opisanej jako „żaden z wymienionych”. Redukując tym samym liczbę głosów nieważnych. A przy okazji pokazując rzeczywiste poparcie startujących kandydatów.

Pakt senacki

Większość opozycji w Senacie nie powinna zaskakiwać. Przecież w wyborach do Sejmu opozycja też zebrała więcej głosów niż PiS. Spośród 18,5 mln wyborców, na Prawo i Sprawiedliwość głos oddało tylko nieco ponad 8 mln wyborców. Na opozycję (zaliczając do niej Konfederację i mniejsze komitety) – ponad 10 mln głosów.
Swoje zrobił również tak zwany pakt senacki, którego zadaniem było wytypowanie wspólnych kandydatów dla całej opozycji w każdym okręgu. Niestety, nie wszędzie to się udało. W Toruniu senatorem mógł zostać Jerzy Wenderlich. Zabrakło mu 5 tys. głosów. A tymczasem Józef Lewandowski – kandydat partii o nazwie Polska Lewica – zebrał prawie 10 tys. głosów. Tak, tej samej partii Polska Lewica, która próbowała zablokować w sądzie utworzenie wyborczego porozumienia SLD, Wiosny i Razem.
Polska Lewica okazała się „koniem trojańskim” Kaczyńskiego również w Jeleniej Górze. Startujący tam jako trzeci, Kazimierz Klimek – kandydat Polskiej Lewicy – walnie przyczynił się do zwycięstwa kandydata PiS-u. Który zebrał o 1200 głosów więcej niż Jerzy Pokój – kandydat uzgodniony w ramach paktu senackiego.
Już na przykładzie tych dwóch okręgów widać, że przewaga opozycji w Senacie mogła być większa. W Łodzi też starło się dwoje kandydatów z grona opozycji: wiceprzewodnicząca SLD, kandydatka wspólnej opozycji, Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz startujący jako kandydat niezależny, były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski. Tym razem, mimo rozłożenia się głosów opozycji, mandat nie trafił w ręce Prawa i Sprawiedliwości. Wygrał Krzysztof Kwiatkowski – zdobywając 5 tys. głosów więcej od kandydata PiS-u.

Nasz prezydent

Zdobycie większości przez opozycję w Senacie to dopiero przyczółek na drodze do odsunięcia ekipy Jarosława Kaczyńskiego od władzy. Porozumienie opozycji – powstanie Koalicji Europejskiej przed wyborami do Europarlamentu i Paktu senackiego przed wyborami so Senatu – to właściwy kierunek. Choć i tu i tam nie obyło się bez potknięć. W maju w Koalicji Europejskiej zabrakło Wiosny Roberta Biedronia i Lewicy Razem Adriana Zandberga. W wyborach do Senatu w kilku okręgach w bratobójczej walce starli się kandydaci antypisowskiej opozycji. Takie błędy trzeba wyeliminować w kolejnych wyborach. Prezydenckich.
Senat może jedynie utrudnić destrukcyjne działanie PiS-u. Prezydent może je zablokować. Bo PiS nie ma w Sejmie 276 posłów, by móc odrzucać prezydenckie weta.
W tym roku opozycja już dwa razy zdobyła więcej głosów od Prawa i Sprawiedliwości. W wyborach do Europarlamentu i w wyborach parlamentarnych. Przegrała z D’Hondtem – metodą liczenia głosów premiującą zwycięską partię. W wyborach prezydenckich nie ma D’Hondta. Wygra kandydat lub kandydatka, która zdobędzie najwięcej głosów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby był to ktoś z opozycji.

 

Niebezpieczeństwa strategii szaleńca

Dwa mocarstwa nie zamierzają oddawać pola na gospodarczym polu bitwy.

Zaostrzenie wojny handlowej USA – Chiny może mieć katastrofalne skutki nie tylko dla gospodarek tych krajów, ale także dla gospodarki globalnej. Tym bardziej, że opiera się na „strategii szaleńca”, czyli na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika.
Za chwilę nie będziemy wiedzieli, które decyzje są realne, a które „dezorientacyjne”. To wprowadza chaos, niepewność i znacząco zwiększa ryzyko globalne.
Na przełomie lipca i sierpnia na rynkach finansowych zapanował chaos. Nie było to coś, co można by uznać za typową dla lata flautę często przeradzającą się nawet w letnią hossę. Tym razem była to letnia bessa. Teoretycznie najważniejszym wydarzeniem miało być to, że 31 lipca amerykańska Rezerwa Federalna (Fed) podejmie decyzję o obniżce stóp procentowych. I rzeczywiście stopy zostały obniżone o 25 pb. (do 2,25 proc.).
Jerome Powell, szef Fed, zasmucił jednak inwestorów mówiąc podczas konferencji prasowej, że cięcie nie jest początkiem całej serii obniżek. Powiedział też jednak, że jego wypowiedź nie musi sygnalizować, iż lipcowa obniżka będzie ostatnią. W ten sposób zostawił sobie możliwość cięcia stóp w przyszłości o ile sytuacja gospodarki USA będzie tego wymagała. Prawda jest taka, że ta gospodarka trzyma się na razie bardzo dobrze i co prawda widać pierwsze sygnały spowolnienia (rynek pracy, rynek nieruchomości), ale i tak jest ona w dużo lepszej formie niż na przykład gospodarka strefy euro.
Reakcją Wall Street na niedostatecznie „gołębie” przesłanie Powella były jednoprocentowe spadki indeksów. Już następnego dnia rynek wrócił jednak do formy, bo przecież Powell nie powiedział nic, co usprawiedliwiałoby przecenę.
Indeksy w połowie sesji odrobiły całe spadki z 31 lipca, ale wtedy pojawiły się tweety prezydenta Donalda Trumpa i sesja zakończyła się jednoprocentowymi spadkami.
Dzień po zakończeniu rozmów USA-Chiny w Szanghaju, które miały być preludium do kontynuacji rozmów we wrześniu, prezydent poinformował, że 1 września nałoży 10. procentowe cło na 300 mld dolarów importu z Chin.
Smaczkiem tej decyzji jest to, że prezydent twierdzi, iż to Chiny zapłacą te cła, kiedy każdy wie, że zapłacą je amerykańscy konsumenci. Pretekstem do takiej decyzja miało być to, że rozmowy idą za wolno, a Chiny nie wywiązują się z zobowiązań kupna wystarczającej ilości produktów rolnych produkowanych w USA. Ta decyzja doprowadziła do potężnej przeceny na globalnych giełdach.
Wall Street twierdzi, że prawdziwy powód decyzji Trumpa mógł być inny. Szef Fed podczas swojej konferencji prasowej mówił, że Rezerwa Federalna stopy obniża niejako ostrożnościowo, bo obawia się skutków wojny handlowej na linii USA – Chiny (a potem zapewne USA – UE). Donald Trump bez przerwy krytykuje Fed za to, że ten utrzymuje wysokie stopy procentowe (niesłusznie krytykuje). Mógł sobie wymyślić, że jeśli podkręci ogień pod wojną handlową USA – Chiny to zmusi Fed do kolejnych obniżek stóp, a potem doprowadzi do zawarcia umowy z Chinami (a niskie stopy na dłużej zostaną).
Ta „strategia szaleńca” (nie obrażam prezydenta – eksperci twierdzą, że to znana strategia polegająca na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika), może doprowadzić do katastrofalnych skutków.
Donald Trump nie bierze według mnie pod uwagę tego, że dla Azjaty utrata twarzy jest dramatem, który np. w Japonii prowadził często do seppuku.
Xi Jinping, chiński prezydent, jest uważany za potężniejszego, niż w szczycie swojej władzy był Mao Zedong. On nie zostawi tego upokarzania Chin bez odpowiedzi. Być może nie natychmiast (Chiny potrafią czekać), ale z pewnością USA kiedyś za to wszystko zapłacą.
Na razie Chiny pozwoliły na dalsze osłabienie juana (pomagając w ten sposób eksporterom) oraz zakazały importu amerykańskich produktów rolnych. USA odpowiedziały twierdząc (po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat), że Chiny manipulują walutą (to akurat prawda) i żądając pomocy ze strony MFW.
W tej chwili Chiny zahamowały osłabianie się juana (za szybkie doprowadzałoby do ucieczki zagranicznych inwestorów), ale problemem jest to, że ciąg dalszy tej rozgrywki zależy jedynie od tego, co nowego wymyśli i zatweetuje prezydent USA. A tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.