Kto stworzył Putina?

Jaki ma majątek? Gdzie są jego źródła? Może w handlu bronią i narkobiznesie?

Ponoć do specjalnie zbudowanego portu w Petersburgu przypływały ładunki prosto z
Kolumbii. Ale kiedy to było? Czyżby w latach dziewięćdziesiątych, gdy był zastępcą mera,bossem petersburskiej administracji? Wprawdzie tych instalacji nie wypatrzyły satelity szpiegowskie USA ani, dziwnym trafem, statków nie przejęły okręty straży przybrzeżnejWolnego Świata, ale pewnie tak było. Coś o tym mówił jeden ze świadków na procesie wsprawie zabójstwa Litwinienki w Londynie. Stolicy ex imperium mającego historyczne porachunki z Rosją a i dzisiaj prowadzącego wobec niej najbardziej agresywną politykę spośród państw Zachodu. Słowa,słowa,słowa…
Jak powiedział kiedyś pewien mądry człowiek sformułowania pretendujące do miana
prawdy lecz nie mające oparcia w jednoznacznych faktach, są gorsze od jawnych kłamstw. Dają bowiem szansę na obudowywanie ich mitami, teoriami spiskowymi, których kolejne warstwy pozwalają powoływać się na poprzednie, jako wiarygodne i prawdziwe źródła. Dzięki temu nie trzeba już powracać do wątpliwych tez wyjściowych i można prowadzić debatę w wirtualnej rzeczywistości, wykreowanej przez mitotwórców. To zresztą metoda bardzo popularna, szczególnie w dyskredytującej przeciwników politycznych narracji, modnej ostatnio nie tylkow Polsce.
Tak więc różne media podniecają się (i swych odbiorców, bo o to przecież chodzi) rewelacjami wziętymi z publikacji, podobnych do tej, autorstwa Niemcowa i Martyniuka „Życie niewolnika na galerach”. Ów Putin z książki posiada piętnaście helikopterów, czterdzieści trzy samoloty,cztery jachty oraz dwadzieścia pałaców, willi i dacz. Tylko nikt nie uściśla, że są to środki transportu i obiekty w gestii administracji prezydenta, zresztą – do dyspozycji przedstawicieli najwyższych władz Rosji. To tak, jakby stwierdzić, przy uwzględnieniu różnicy potencjałów państw, że samoloty do przewozu VIP-ów i reprezentacyjne nieruchomości tudzież ośrodki wypoczynkowe są własnością głowy państwa – Prezydenta Rzeczypospolitej.
Dziennikarze śledczy węszą więc wszędzie skandale, podążając śladami wyimaginowanych choć czasem i rzeczywistych nadużyć władcy Rosji. Gdy zaś przychodzi do poparcia ich tez faktami powołują się na przykład na publikacje „Nowej Gaziety”, jako dysponenta prawdy objawionej, zważywszy na to, że to przecież opozycja. Nie stawiają sobie pytania, jakim cudem w tym autorytarnym krajobrazie, który opisują, uchowała się jakaś opozycja.
Tak więc większość „putinologów”, która to pseudonauka zastąpiła na dyżurze sowietologię, koncentruje się na tym jaki to ten Putin jest, kogo teraz prześladuje, jaki makiaweliczny plan trzyma w zanadrzu wobec wolnego, jak wiadomo,w odróżnieniu od Rosji, świata.
Skąd jawna bezwzględność prowadzonej przez niego polityki, w porównaniu z łagodną hipokryzją zachodnich jej standardów? I dlaczego, mimo wyrzeczeń i ograniczeń spadających na obywateli w wyniku jego ekspansjonizmu i autorytaryzmu, społeczeństwo rosyjskie w swojej masie wciąż go jednak popiera? A Zachód czuje się zobligowany do stosowania sankcji wobec Rosji ( najmniej uderzających w Putina a najbardziej właśnie w szeregowych obywateli jego kraju). Więcej, zmuszony jest do otaczania tego wciąż militarnie potężnego państwa łańcuchami baz pod auspicjami NATO, oczywiście mających na celu walkę o pokój a w najgorszym razie – przechwytywanie, najlepiej nad Europą, irańskich rakiet balistycznych skierowanych na USA, choć wiadomo, że w najbliższych latach Teheran nie wyprodukuje broni o takich parametrach.
Krótko mówiąc, medialno-propagandowe działania, których przedmiotem jest Putin a raczej jego fantom, obraz demiurga, adresowany do masowego, najczęściej pasywnego odbiorcy z globalnej wioski, skupiają się na skutkach pewnych wcześniejszych wydarzeń a nie na przyczynach, prowadzących do owych skutków.
Niewielu głośnych „putinologów” stawia sobie ( i publiczności) pytania: Jak doszło do tego, że pojawił się Putin? Kto stworzył Putina? Dlaczego jest taki, jaki jest? Czemu, mimo że jest taki,większość Rosjan go popiera ?
Przy czym pod pojęciem „Putin” należy rozumieć ten zbiór czynów, których dokonuje i cech charakterologicznych, które posiada. Mógłby na jego miejscu być ktokolwiek inny o podobnym profilu. Zaraz więc rozlegnie się głos mędrców twierdzących, że lud rosyjski potrzebuje tyrana i bata, podobnie jak Polacy – liberum veto. Sprawa jest jednak bardziej złożona i nie da się jej załatwić paroma komunałami okraszonymi sosem z frazesów.
Trzeba się trochę cofnąć w czasie i przeprowadzić analizę, niekoniecznie wygodną dla twórców obowiązującej dzisiaj, głównie w USA i Europie, putinowskiej sagi.
Europa i jej transatlantycki partner mają zadziwiającą umiejętność niewyciągania wniosków z historii. Po pierwszej wojnie światowej , po jej krwawych igrzyskach, państwa zwycięskiej Ententy narzuciły następczyni kajzerowskich Niemiec – Republice Weimarskiej żelazny reżim sankcji ekonomicznych, reparacji oraz ograniczeń w sferze militarnej. Cały ten aparat środków represji i, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, powstrzymywania, miał na celu złamanie karku pruskiego nacjonalizmu tudzież militaryzmu. Jaki był efekt końcowy tych działań-wiadomo.
Chociaż ta świadomość, w informatycznej i ahistorycznej społeczności globalnej, zapatrzonej w doczesność, niebezpiecznie zanika.
Teraz, uwzględniając niedoskonałość i nieprecyzyjność tego porównania i zachowując właściwe proporcje, wróćmy do putinowskiej Rosji a raczej – do jej korzeni.
Wiadomo,że jej teraźniejszy władca urodził się w 1952 roku, w ówczesnym Leningradzie, że w latach 1975-1990 był funkcjonariuszem KGB, w wywiadzie , m.in. w rezydenturze na terenie NRD, później zaistniał w latach 1990-1996 w administracji Petersburga , który w międzyczasie pozbył się bolszewickiej nazwy, następnie został dopuszczony do dworu prezydenta Jelcyna na którym działał od 1996 do 1998 roku aby w okresie 1998-1999 objąć funkcję szefa FSB. Stąd już tylko krok do stanowiska premiera sprawowanego od 1999 do 2000 roku i dalej, do prezydentury w tymże roku. Tak do dzisiaj, z przerwą na prezydencję Miedwiediewaw latach 2008 – 2012.
Te wszystkie mądrości pozna każdy, kto zechce poszperać w materiałach źródłowych. Ale to wciąż nie odpowiada na nasze fundamentalne pytanie: Kto stworzył Putina?
Po przegranym przez ZSRR wyścigu zbrojeń, po rzuceniu przez USA technologicznego wyzwania w postaci „wojen gwiezdnych”, któremu Moskwa nie była w stanie sprostać i wykreowaniu przez Ronalda Reagana nośnego w swej prostocie hasła propagandowego o „imperium zła”, które automatycznie sytuowało Stany Zjednoczone po dobrej stronie mocy, radziecki kolos zaczął trzeszczeć w posadach.
Polityka „pieriestrojki”(przebudowy) i „głasnosti”( jawności życia politycznego) realizowana przez Gorbaczowa, równolegle z ukłonami pod adresem Zachodu, przyspieszyła tylko jego zmierzch i rozpad.
Wbrew temu,co dzisiaj mówią niektórzy politolodzy, próbujący zaczarować przeszłość aby kontrolować przyszłość, po Gorbaczowie nie stwierdzono, że Rosja to już nie wróg lecz partner.
Zachód a w szczególności USA uznały Rosję za zlikwidowanego przeciwnika, za zwyciężonego wroga a siebie – za zwycięzcę, z wszystkimi wypływającymi stąd konsekwencjami. Werbalnemu opakowaniu tej polityki w przyjazne choć w rzeczywistości –paternalistyczne pustosłowie, przeczyły fakty. Zaczęło się pouczanie, jak powinna wyglądać prawdziwa demokracja do implantacji w Rosji.
Zaczęło się „wyrywanie jej zębów” w ramach układów o redukcji zbrojeń strategicznych START II czy europejskiego CFE o liczbie żołnierzy i o ograniczeniach flankowych oraz uzbrojeniu konwencjonalnym. Gdzieś w tle pozostawała pamięć o porozumieniu w sprawie ograniczenia systemów obrony przeciwrakietowej jeszcze z lat siedemdziesiątych, które nagle zyskało na aktualności. Sprzyjało temu i podobnym procesom pierwotne zauroczenie Jelcyna Stanami Zjednoczonymi i bezkrytyczne podejście do ich poczynań tak wobec Moskwy jak i wobec praktyki amerykańskiej w polityce międzynarodowej en block.
Koncerny takie jak Exxon Mobil, Chevron, Shell czy British Petroleum coraz odważniej, z coraz większymi pakietami udziałów, wkraczały na roponośne obszary Rosji, z wyraźną intencją ich przejęcia. Nie przypominało to partnerskiej współporacy lecz raczej podbój Dzikiego Zachodu,z tym, że tym razem chodziło o Wschód.
Za prezydentury rosyjskiej zapatrzonej w Amerykę i jej wzorce polityczno-gospodarcze było to możliwe.
Jednak te bezceremonialne działania Zachodu były realizowane na dyletanckim poziomie, bez uwzględniania psycho-socjologicznych, kulturowych i historycznych składowych rosyjskiego charakteru, bez znajomości specyfiki tego społeczeństwa.
Gdybyż sowietolodzy i kremlinolodzy czasów zimnej wojny, wyspecjalizowani w prognozach na temat tendencji politycznych Związku Radzieckego, wróżący jak z fusów, z kolejności ustawienia członków Biura Politycznego na trybunie mauzoleum Lenina podczas defilad na Placu Czerwonym, ostrzegli na czas nowych konkwistadorów!
Gdyby wskazali im na niesamowitą zdolność Rosjan a dzięki nim – Rosji do „podnoszenia się z kolan”, jak to ujął Putin a za nim – różnojęzyczni i różnoplemienni epigoni.
Gdyby uświadomili im, że najlepszą pożywką, najlepszym dopingiem dla konsolidacji tego narodu, dla reanimacji imperialnego ducha, jest okazywanie mu słabo maskowanej pogardy, zewnętrzne narzucanie obcych wzorców cywilizacyjnych i wdeptywanie w ziemię jako ostatecznie pokonanego przeciwnika!
Ale niestety wysłano ich na emeryturę a szkoda.
Pamiętam jak sam spytałem na początku lat siedemdziesiątych, gdy w Polsce panował relatywny gierkowski dostatek, pewnego szeregowego,szarego obywatela ZSRR: Jak sobie dajecie radę, przecież codziennie musicie walczyć o podstawowe dobra, zapewniające egzystencję?
Ten odpowiedział : Tak, ale za to jesteśmy mocarstwem i wszyscy muszą się z nami liczyć!
Nie była to ironia ani ten człowiek nie był odosobniony w swoich poglądach. To społeczeństwo, po jelcynowskich breweriach, nie mogło już wytrzymać poniżenia w jakim, według jego zbiorowego mniemania, znalazła się Matka- Rosja.
I wtedy pojawił się na firmamencie Władimir Władimirowicz Putin. Tak, to prawda,na pierwszym etapie wielkiej kariery popierał go swymi miliardami i mediami Bieriezowski. Miał nadzieję, że zyska sterowalną kukiełkę na rosyjskim tronie. Nic z tego nie wyszło.
Szefowie resortów siłowych i tzw. „rodzina” – czyli jelcynowska kamaryla, myśleli, że będą mieli posłusznego realizatora ich wytycznych. Nic z tego nie wyszło.
A gdyby Władimir Władimirowicz się nie pojawił? No cóż, wtedy wielkoruska społeczność,od wieków wyćwiczona w poświęceniach dla ojczyzny i tych, którzy byli jej ucieleśnieniem –carów, patriarchów, rewolucyjnych trybunów – wygenerowałaby kogoś podobnego.
I im większa byłaby arogancja „wychowawców” z Zachodu, tym większy byłby kredyt zaufania dla tego reprezentanta rosyjskich pragnień – odzyskania godności i wielkomocarstwowej pozycji w świecie .Tym większe przyzwolenie na autorytaryzm.
Trawestując niedawne powiedzenie pewnego rosyjskiego polityka, dziękującego Zachodowi za sankcje, które stworzyły unikalną szansę dla rozwoju szeregu gałęzi gospodarki narodowejRosji, obywatele rosyjscy mogliby chórem skandować:
Dziękujemy USA! Dziękujemy ich sojusznikom! Dziękujemy ich polityce za Putina! A odmienne głosy opozycji byłyby w tym chórze ledwie słyszalne.

PS. Warto dodać, że ten tekst napisałem 9 czerwca 2016 roku i opublikowałem jako epilog wydanej przez oficynę Melanż mojej książki sensacyjnej pt. Moskwa nie boi się krwi. Jak widać, uporczywe trwanie w błędach “putinologów” nie pozwala ciągle znaleźć Zachodowi właściwej recepty na Rosję i Putina. To, z czym dzisiaj mamy do czynienia, przypomina gróźne kołysanie globalną łodzią. Co gorsza, owo kołysanie nie jest związane z wyznaczaniem przez obie strony kursu w chybotliwej równowadze współczesnego świata, nie wspominając o roli innych, znaczących załogantów. No cóż, “errare humanum est, sed in errare perseverare diabolicum” / błądzić jest rzeczą ludzką, lecz trwać w błędzie diabelską (Seneca).

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

30 lat parkietu

Pierwsza piątka nie przetrwała, ale giełda jest nieodłącznym elementem polskiej gospodarki.
12 kwietnia 1991 r. podpisano akt założycielski spółki „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.”. Minęło właśnie 30 lat od pierwszej, inauguracyjnej sesji giełdowej w powojennej Polsce. Z okazji tego jubileuszu stosowne życzenia wygłosił prezydent Andrzej Duda.
„30 lat temu w Warszawie odrodziła się giełda papierów wartościowych. Świętujemy ten jubileusz z satysfakcją i dumą. Warszawską giełdę można wręcz uznać za ikonę odbudowanego w niepodległej Rzeczypospolitej wolnego rynku. Giełda jest jednym z symboli wolnej Polski. Tutaj na warszawskim parkiecie, Polska wytyczyła drogę, która może być lekcją i inspiracją dla innych narodów” – stwierdziła głowa państwa, choć nie sprecyzowała, dla jakich narodów polska giełda stała się inspiracją.
Zdaniem prezydenta RP „niezwykle wymownym znakiem” było także to, że warszawska giełda, serce wolnego rynku rozpoczęła swoją działalność w dawnej siedzibie partii marksistowskiej, w centrali komunistycznej władzy. Była to miara historycznego przełomu, jak niektórzy mówili: swoisty chichot historii. Giełda rośnie wraz z polskimi osiągnięciami, wraz rozwojem naszej gospodarki – dodał prezydent.
Na pierwszej sesji giełdowej 16 kwietnia zadebiutowało pięć starannie dobranych i przygotowanych do rynkowej działalności spółek: Tonsil, huta szkła Krosno, Próchnik, Śląska Fabryka Kabli, Exbud. Żadna z nich nie jest już notowana na giełdzie i nie istnieje w takiej formie organizacyjnej jak w latach 90.
Tonsil upadł i został zlikwidowany, ale potem prywatny polski inwestor wykupił pozostałości firmy i wznowił produkcję. Upadła też huta Krosno, później także wykupiona przez zagranicznego nabywcę. Śląska Fabryka Kabli również stała się częścią zagranicznej firmy, tak jak i Exbud. Mniej szczęścia miał Próchnik, zlikwidowany najpóźniej, bo w 2018 r., ale jak się wydaje, ostatecznie.
Wtedy, w 1991 r., obroty na pierwszej sesji wyniosły zaledwie 2 tys zł. Dziś na wszystkich parkietach GPW są notowane papiery wartościowe o łącznej wartości około 1 mld zł. Pierwszym prezesem warszawskiej giełdy został Wiesław Rozłucki, który kierował nią przez 15 lat. Ostatnia dekada to już karuzela prezesów – w tym czasie było ich sześciu. – Wbrew logice udało się stworzyć w Polsce rynek kapitałowy, który w ciągu 27 lat został zakwalifikowany do rynków rozwiniętych. Przeszliśmy tę drogę w ekspresowym tempie, dwa razy szybciej niż na przykład Korea Południowa. Dzisiaj, polski rynek kapitałowy i polska giełda jest modelem udanej transformacji i wprowadzenia instytucji wolnorynkowych do systemu gospodarczego. Wiele krajów zazdrości nam naszej giełdy i rynku kapitałowego – oświadczył obecny prezes GPW Marek Dietl.

Vjosa Osmani – wypędzona przez Serbów – prezydentem

Wojenni „dziadersi” do odstawki.

W obecności honorowej kompanii wojska, po odegraniu hymnu państwowego, we wtorek (6 bm.), Vjosa Osmani – Sadriu objęła urząd prezydenta Republiki Kosowa, na który została wybrana w minioną niedzielę przez Parlament na pięcioletnią kadencję. 38- letnia Osmani została piątym prezydentem i drugą kobietą sprawującą tę najwyższą funkcję w 13 letniej historii Kosowa, po Atifete Jahjaga.
Wojenni „dziadersi” odsunięci od władzy
Wybór Vjosy Osmani – Sadriu zapowiada koniec impasu politycznego, jaki w listopadzie ubiegłego roku stworzyła rezygnacja z urzędu ówczesnego prezydenta Hashima Thaciego, w związku z oskarżeniem go przed Sądem Specjalnym w Hadze o zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne podczas konfliktu z lat 1998 – 1999. Wówczas to Osmani, jako przewodnicząca Parlamentu Kosowa, objęła tę funkcję na okres kilku miesięcy do czasu przeprowadzenia wyborów.
Przysłowiowej oliwy do kosowskiego politycznego ognia dolał wyrok Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2020 roku, który stwierdził niezgodność z konstytucją powołania rządu premiera Avdullaha Hotiego (LDK ) w czerwcu 2020 r. To – wobec niemożności stworzenia rządu – wymusiło ogłoszenie nowych wyborów parlamentarnych.
W ciągu ostatnich czterech lat przedterminowe wybory parlamentarne odbyły się w Kosowie trzykrotnie. Mandaty uzyskiwały jak zwykle Demokratyczna Partia Kosowa (PDK) wywodząca się z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK alb. Ushtria Çlirimtare e Kosovës), centrowa Demokratyczna Liga Kosowa (LDK), wywodzący się też z UÇK – Sojusz na rzecz Przyszłości Kosowa (AAK – Aleanca për Ardhmërinë e Kosovës) i Serbska Lista – ugrupowanie wspierane przez rząd w Belgradzie. Te partie, pomimo różniących je programów i osobistych pretensji ich członków, niemal na siłę zawierały koalicje, po to by nie dopuścić do władzy Vetëvendosje, która to zapowiadała radykalną walkę z korupcją i starymi układami.
Największa partia opozycyjna, jaką jest Vetëvendosje (VV, Samostanowienie – lewicowa, o anty serbskim nastawieniu) bazuje na krytyce niemal wszystkiego, co wiąże się ze starym politycznym establishmentem. A społeczeństwo Kosowa jest rozczarowane tradycyjnymi partiami, z utrzymującym poziomem korupcji i nepotyzmu, ale także braku osiągnięć ludzi władzy w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Mająca poparcie kobiet, większości młodzieży i liczącej się w Kosowie diaspory – Vetëvendosje odniosła olbrzymi sukces wyborczy, kiedy to14 lutego br. „politycznym wojennym dziadersom” Kosowianie powiedzieli stanowcze „nie”, głosując na Vetëvendosje, z jej liderem Albinem Kurtim. Partia ta zdobyła 58 mandatów w 120 osobowym parlamencie Kosowa. Powołany gabinet Kurtiego składa się z 15 ministrów, w tym pięciu kobiet. Czterech członków gabinetu pochodzi z partii reprezentujących mniejszości narodowe, w tym jedna osoba z Srpskiej Listy, głównej partii reprezentującej społeczność etniczną Serbów, która zgodnie z konstytucją ma zagwarantowane miejsce w rządzie.
Co ciekawe, Albin Kurti został premierem pomimo, iż nie startował w wyborach parlamentarnych, gdyż zabraniało mu tego prawo. Ciążący na nim wyrok sądu sprzed trzech lat za wrzucenie i odpalenie gazu łzawiącego w parlamencie Kosowa zdyskwalifikował go jako przyszłego kandydata na posła. Prawo jednak nie zabroniło mu, jako szefowi zwycięskiej partii, objąć teki premiera.
Przed wyborami Kurti zapowiedział, że chce rozwiązać problemy z Serbią, dodał jednak, że głównym warunkiem jest uznanie niepodległości Kosowa przez Belgrad. Deklaracja normalizacji stosunków z Serbią była niezbędna, albowiem Kosowo podobnie jak Serbia ubiegają się o członkostwo w Unii Europejskiej, a dotychczasowe wysiłki Komisji Europejskiej i jej agend, łącznie z misją praworządności EULEX utknęły w miejscu i koniecznym jest ich normalizacja dla utrzymania spokoju na Bałkanach. Rząd Albina Kurtiego obiecuje przeprowadzenie reform, które mają pomóc wyjść z kryzysu i oskarża byłych przywódców Kosowa o złe zarządzanie krajem. Do jego celów należy walka z korupcją i tworzenie miejsc pracy dla młodych, wśród których bezrobocie sięga ponad 30 procent.
Tu warto przypomnieć, że były prezydent Kosowa Hashim Thaci przebywa w areszcie w Hadze, gdzie oczekuje na proces przed Sądem Specjalnym. Wraz z nim aresztowano i przewieziono do Holandii jeszcze trzech wysoko postawionych dowódców Armii Wyzwolenia Kosowa: Rexhep Selimi – obecnie deputowany do parlamentu Kosowa, Kadri Veseli – przewodniczący Demokratycznej Partii Kosowa, z którą związany jest także prezydent Thaci, a także Jakup Krasniqi – jeden z weteranów kosowskiej opozycji. Są oni oskarżani o nadzorowanie nielegalnych obozów, w których byli przetrzymywani w nieludzkich warunkach przedstawiciele serbskiej mniejszości i albańskiej opozycji. Jeńcy mieli być tam torturowani i mordowani.
Manipulacje i szantaż przed wyborem prezydenta
Konstytucja Republiki Kosowa przewiduje, że wakat na urzędzie prezydenta nie może trwać dłużej niż 6 miesięcy. Prezydenta wybierają posłowie przy frekwencji nie mniejszej niż 2/3 ogólnej liczby członków zgromadzenia. A w przypadku, gdy po nowych wyborach parlamentu nie uda się wybrać prezydenta, należy ogłosić nowe wybory parlamentarne, które muszą się odbyć w ciągu 45 dni. Terminem granicznym była więc data 5 maja, do której to należało dokonać wyboru nowej głowy państwa. Gdyby do tego nie doszło, Kosowu groziłby paraliż państwa, bowiem nie miałby kto później ogłosić nowego terminu wyborów, a takie ogłasza prezydent.
Nie mając prezydenckiej większości w parlamencie ekipa premiera Kurtiego przygotowała poprawkę ordynacji wyborczej, która miała umożliwić Kosowianom mieszkającym zagranicą (tzw. diasporze) głosowanie w ambasadach tego kraju, a nie pocztą jak to ma miejsce dotychczas. Miała to być gwarancja jeszcze większego sukcesu Vetëvendosje, gdyby niebawem ogłoszono nowe wybory. Projekt ten wprowadzono do porządku obrad na nadzwyczajnej sesji parlamentu 2 kwietnia, tuż przed przeprowadzeniem elekcji prezydenta kraju. Jednak nie uzyskał on wymaganej liczby głosów, a w efekcie licznych protestów posłów opozycyjnych i koalicjantów ( LDK i mniejszości ) Vetëvendosje go wycofało. Wytrącono jednocześnie przeciwnikom politycznym argument, że Kurti chciał w ten sposób szantażować opozycję, by poparła kandydaturę Osmani na prezydenta.
Następnego dnia, rozpoczęto procedowanie nad wyborem prezydenta i wówczas okazało się, że elekcja jest niemożliwa wobec braku wymaganego kworum. Wybór nowego prezydenta Kosowa wymaga obecności 80 posłów, a jeśli nie zostanie on wybrany w pierwszych dwóch turach głosowania, organizowana jest trzecia tura, w której prezydent może być wybrany 61 głosami, ale kworum 80 posłów jest niezbędne. W dwóch nieudanych próbach wyborów okazało się, że w pierwszej turze głosowało 78 posłów, a następnie 79 z 82 obecnych na sali. 
Liderzy opozycji, uzasadniając swoją odmowę udziału w głosowaniu, zarzucili Kurtiemu, że chce on wraz z prezydentem stworzyć autokratyczne rządy jednej partii, pozbawiając innych możliwości wpływania na losy Kosowa. PDK oskarżyło również, że Vetëvendosje wyrządziło „nieodwracalną szkodę demokracji kraju”, zajmując wszystkie trzy najważniejsze stanowiska w państwie – prezydenta, premiera i przewodniczącego parlamentu – po raz pierwszy w historii po odzyskaniu niepodległości przez Kosowo. Premier Kurti odpierał te zarzuty, argumentując, że jego partia dostała rekordową liczbę głosów (ponad 500 000) w minionych wyborach. Z kolei Vjosa Osmani została po raz czwarty wybrana do parlamentu i to ona dostała najwięcej głosów w lutowych wyborach. Kurti zaszantażował też opozycję, że jeśli nie zostanie wybrany nowy prezydent, kraj pójdzie do wyborów”.
W efekcie tego sesja została przerwana z braku kworum i została zwołana na następny dzień, to jest 4 kwietnia.
Vetëvendosje wystawiło, zgodnie z zapisami konstytucji, dwoje kandydatów na prezydenta Vjosę Osmani i 60 letniego Nasufa Beita. Osmani została wybrana na prezydenta w trzeciej turze głosowania. Za jej elekcją zagłosowało 71 posłów, 11 głosów było nieważnych. W głosowaniu wzięło udział 82 posłów.
Najpopularniejsza profesor i gra pozorów
Urodzona w Mitrovicy 38-letnia prawniczka, Vjosa Osmani, ukończyła studia licencjackie na Uniwersytecie w Prisztinie, a następnie studia magisterskie i doktoranckie na Uniwersytecie w Pittsburghu w Pensylwanii, gdzie była również profesorem wizytującym. Od ubiegłego roku kieruje katedrą Praw Międzynarodowego Uniwersytetu w Prisztinie. Będąc studentką, pracowała dla Misji ONZ w Kosowie (UNMIK). Współpracowała również z wieloma organizacjami międzynarodowymi – od Czerwonego Krzyża, poprzez Misję Rady Europy w Kosowie, aż po amerykańskie organizacje pomocowe (USAID).
Osmani przez wiele lat była aktywistką LDK, a w 2009 roku została szefem gabinetu ówczesnego prezydenta Kosowa Fatmira Sejdiu. Współtworzyła konstytucję Kosowa. Broniła deklaracji niepodległości Kosowa, kwestionowaną przez Serbię, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, który ostatecznie orzekł, że nie narusza ona prawa międzynarodowego. Bardzo zdecydowanie sprzeciwiała się wyborowi Hashima Thaci na prezydenta Kosowa w 2016 roku, przez co popadła w konflikt ze swoją partią LDK. W ubiegłym roku nawiązała współpracę z Albinem Kurtim i wstąpiła do Vetëvendosje, z którą to partią odniosła po raz kolejny sukces wyborczy. Jej mężem jest Prindon Sadriu, mają córki bliźniaczki. Oprócz ojczystego albańskiego, posługuje się językiem serbskim, hiszpańskim, tureckim i angielskim. 
Podczas konfliktu w Kosowie w latach dziewięćdziesiątych Vjosa Osmani została wypędzona ze swojego domu rodzinnego przez Serbów, podobnie jak wielu innych Albańczyków, co moralnie i prawnie daje jej silną pozycję do rozmów z Belgradem. W otwierającym kadencję przemówieniu powiedziała, że dialog powinien być sprawiedliwy i równy, zaś pokój można osiągnąć tylko wtedy, gdy Serbia przeprosi za zbrodnie wojenne popełnione w Kosowie. Oznacza to trudny powrót do dialogu z Belgradem, który nie będzie już mógł zasłaniać się argumentami, że nie jest możliwa rozmowa z przestępcami, za jakich uważa byłego prezydenta Hashima Thaci, czy byłego premiera Ramusha Haradinaja. W dodatku zapowiedź prezydent Osmani prowadzenia polityki „otwartych drzwi” dla wszystkich potrzebujących nabiera szczególnego znaczenia w dobie zbierającej śmiertelne żniwo pandemii dla mieszkających tu Kosowian i Serbów.
A przy tym władze Serbii mają świadomość, że powtarzanie dziś sloganu „Kosovo je Srbija” jest tylko propagandowym frazesem, który faktycznie nic nie oznacza i nie zmieni, a zaczyna wymuszać określone działania, wobec sąsiada, którego na pewno szybko się nie pokocha. Natomiast realizm geopolityczny nakazuje akceptację i współpracę, które w istocie rzeczy mają miejsce zarówno w Prisztinie jak i Belgradzie i przynoszą Kosowianom i Serbom korzyści, ale o których głośno się nie mówi. Taka bałkańska gra pozorów.

Michaiła Gorbaczowa rola w historii Rosji i świata

Ostatni przywódca Związku Radzieckiego kończy 2 marca dziewięćdziesiąt lat. Ta data to dobry pretekst, by zastanowić się nad rolą, jaką odegrał w historii własnej ojczyzny i całego świata. Ten wielki przywódca, jeden z najważniejszych polityków drugiej połowy ubiegłego wieku, nie potrzebuje urodzinowych laurek. W pełni zasługuje na poważną refleksję nad jego osiągnięciami a także nad przyczynami jego przegranej.

W długim, niemal trzydziestoletnim, okresie od rozwiązania Związku Radzieckiego i tym samym końca roli Michaiła Gorbaczowa jako ostatniego przywódcy tego supermocarstwa, wyraźnie ukształtowały się dwie, diametralnie różne, oceny jego roli w historii najnowszej. W jego własnej ojczyźnie Gorbaczow jest najczęściej oceniany negatywnie. Jedni mają do niego pretensję, że swymi reformami doprowadził do upadku ZSRR, co prezydent Władimir Putin nazwał kiedyś „największą katastrofą geopolityczną dwudziestego wieku”, a także o to, że doprowadził do antysocjalistycznej „kontrrewolucji”. Inni winią go o to, że nie był dostatecznie radykalny w swych reformach, że usiłował ocalić wielonarodowe państwo (w zasadniczo zmienionej postaci) i reformować, a nie demontować system socjalistyczny. Wśród krytyków polityki Gorbaczowa znaleźli się także jego dawni bliscy współpracownicy Aleksander Jakowlew (1923-2005) i Walentin Falin (1926-2018), którzy w swoich książkach przedstawili jego politykę w czarnych barwach. Wprawdzie rozmaite kierunki krytyki wyraźnie różnią się doborem formułowanych zarzutów, ale łączy je wysoce negatywna ocena polityki Gorbaczowa. Stosunkowo nieliczne są oceny pozytywne, pochodzące zwłaszcza od dawnych współpracowników Gorbaczowa, którzy pozostali mu wierni, jak Andriej Graczow (Gorbaczew, Moskwa 2001) i Wadim Miedwiediew (W komandie Gorbaczewa: wzgląd izwnutri, Moskwa 1994). Obaj ci autorzy dają ciekawy, nie pozbawiony akcentów krytycznych, obraz tego niezwykłego polityka i osąd jego działań. W Rosji są oni jednak raczej odosobnieni.
Poza Rosją dominuje natomiast radykalnie inna narracja. Poważni historycy i politolodzy podnoszą zasługi Gorbaczowa dla świata, widzą w nim tego polityka, który uruchomił proces zakończenia zimnej wojny i w pełni zasłużył na przyznaną mu w 1991 roku Pokojową Nagrodę Nobla. „Gorbaczow – pisał wybitny brytyjski historyk Archie Brown – ma silny tytuł do uznania go za jednego z największych reformatorów w historii Rosji i tego, kto wywarł największy wpływ na historię świata w drugiej połowie dwudziestego wieku” ( The Gorbachev Factor, Oxford 1996, s. 317). Ofiarowując mi swoją świeżo wydaną książkę autor ten powiedział mi o swoim wielkim uznaniu dla radzieckiego polityka, którego stawiał nieporównanie wyżej niż ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna.
Zarówno osiągnięcia, jak i porażki Gorbaczowa możemy lepiej zrozumieć teraz – gdy jesteśmy uzbrojeni w doświadczenie następnych trzydziestu lat. Zasługują one na poważną refleksję – bez laurkowego zachwytu, ale także bez jednostronnej krytyki. Wielcy ludzie, których działania zmieniają bieg historii, nie są pozbawieni ludzkich słabości i błędów. To nie one jednak decydują o tym, jak zostają zapamiętani, lecz to, co udało im się zdziałać dla zmienienia biegu dziejów. Dotyczy to także dzisiejszego jubilata. Ma rację Grzegorz Kołodko nazywając Gorbaczowa „Kolumbem transformacji” („Kołumb transformacji: wielikaja oszibka M. Gorbaczewa”, Mir Pieremien, 2020, nr.4, s. 73-77). Dotarł nie tam, gdzie zamierzał, ale zmienił losy świata.
Moja ocena historycznej roli Gorbaczowa nie jest całkowicie bezstronna. Nie jest taka z dwóch powodów. Po pierwsze: jako obywatel państwa, które w wielkiej mierze dzięki polityce Gorbaczowa uwolniło się od narzuconej mu w wyniku powojennego podziału Europy hegemonii radzieckiej, a także jako ktoś, kto od wielu lat angażował się w próby reformowania skostniałego systemu, mam powody do uznania i wdzięczności wobec polityka, którego działania uczyniły możliwym to, co dla tak wielu z nas wydawało się nieosiągalną utopią. Po drugie: poznałem Gorbaczowa osobiście (w 1994, gdy już nie był u władzy) a potem miałem z nim interesujący kontakt (w sprawach związanych z sejmowym postępowaniem w sprawie stanu wojennego, a następnie w czasie redagowania księgi pamiątkowej dla uczczenia dziewięćdziesięciolecia Wojciecha Jaruzelskiego). Wyniosłem z tych kontaktów dla niego wielki szacunek i nieco lepiej zrozumiałem dylematy, przed jakimi stał, gdy sprawował władzę.
Oceniając historyczną rolę Gorbaczowa zależy oddzielić dwa jej główne aspekty: międzynarodowy i krajowy. Nagrodę Nobla radziecki prezydent otrzymał za wkład w radykalną zmianę sytuacji podzielonego świata, a zwłaszcza za to, że swą polityka położył ostateczny kres ponurej – ale przez wiele lat traktowanej jako bardzo realna – perspektywie nowej wojny światowej, która musiałaby stać się nuklearną zagładą. „Nikt – pisze wybitny amerykański historyk Melvyn P. Leffler – nie jest bardziej odpowiedzialny za zakończenie Zimnej Wojny niż radziecki przywódca. Reagan był bardzo ważny, ale to Gorbaczow był niezbędnym sprawcą zmiany…Użył on swej władzy, by wycofać potęgę radziecką w sposób, który dla jego poprzedników był nie do pomyślenia” (For the Soul of Mankind: The United States, the Soviet Union, and the Cold War, New York 2007, s. 466). Wielu historyków tego okresu podziela tę opinię – moim zdaniem, słusznie.
By zrozumieć rolę Gorbaczowa w zakończeniu Zimnej Wojny, trzeba pamiętać o jej genezie. Nie była ona po prostu konsekwencją podziału Europy na strefy wpływu wielkich zwycięzców. Sam ten podział nie oznaczał nieuchronnego konfliktu. Wprost przeciwnie! U korzeni porozumień zawartych w Jałcie i w Poczdamie w 1945 roku leżała zgoda USA i Wielkiej Brytanii na to, ze nasza część Europy znajdzie się na dziesięciolecia pod hegemonią ZSRR. Zgoda ta wynikała z przekonania amerykańskich polityków, że tą drogą zapewniają światu trwały pokój. W Polsce było to przez bardzo wielu odbierane jako zdradzenie nas przez zachodnich sojuszników, co między innymi otwarcie przyznał pierwszy ambasador USA w powojennej Polsce Arthur Bliss-Lane (I Saw Poland Betrayed, Indianapolis 1948).
Zimna Wojna wynikła z przyjęcia przez stalinowski ZSRR strategii konfrontacyjnej w stosunku do Zachodu i w odpowiedzi na to – sformułowania przez Stany Zjednoczone doktryny „powstrzymywania” (containment), której istotą była gotowość udzielenia zbrojnej pomocy każdemu państwu zagrożonemu radziecką agresją. Rezultatem był wyścig zbrojeń – kosztowny dla obu stron, ale zabójczy dla słabszej gospodarki ZSRR i jego sojuszników. Rezultatem był także klimat trwale grożącej zagłady, co znalazło wyraz w licznych utworach literackich i filmach z tego okresu (jak choćby w sławnym „Ostatnim brzegu” Stanleya Kramera z 1959 roku). Rezultatem także były kolejne wojny lokalne – od koreańskiej (1950-1953) i wietnamskiej (1954-1975) po radziecką interwencję w Afganistanie (1979-1988).
Gorbaczow był jedynym przywódcą radzieckim, który nie tylko zrozumiał zgubne skutki Zimnej Wojny dla społeczeństwa radzieckiego, ale także miał odwagę dokonać zasadniczej rewizji radzieckiej doktryny stosunków międzynarodowych. Odrzucił komunistyczny dogmat o nieuchronnym konflikcie między państwami socjalistycznymi i światem kapitalistycznym, a także – co szło jeszcze dalej – o istocie stosunków międzynarodowych jako części walki klasowej w skali światowej. W jego miejsce sformułował koncepcję „wspólnego europejskiego domu” i stosunków międzynarodowych opartych na wspólnych wartościach humanistycznych. Nawiązywał tu do idei inspirujących helsińską konferencję na temat bezpieczeństwa w Europie (1975), ale to on – a nie jego poprzednicy – potraktował te idee z całą powagą. Ortodoksyjni komuniści nie bez powodu uznali to za frontalne odejście od marksizmu-leninizmu. Tyle, że było to odejście w kierunku dla ludzkości zbawiennym.
Nie były to tylko słowa. Gorbaczow zakończył interwencję w Afganistanie i wycofał tak zwaną „doktrynę Breżniewa” ideologicznie uzasadniającą radziecką interwencję zbrojną w „bratnich” państwach socjalistycznych, a tym samym stworzył warunki dla uruchomienia przemian demokratycznych – najpierw w Polsce, a następnie w innych państwach socjalistycznych w Europie (a poza Europą także w Mongolii). Bez zmiany polityki radzieckiej nie byłoby polskiego „okrągłego stołu”, wyborów czerwcowych i rządu Tadeusza Mazowieckiego. Podkreślał to wielokrotnie w rozmowach ze mną Wojciech Jaruzelski. Grzegorz Kołodko, sam głęboko zaangażowany w polski proces przemian, trafnie zauważył (i to nie w Polsce a na konferencji w Moskwie), że „gdyby nie ten gorbaczowowski epizod pierestrojki i głasnosti, to nie byłoby polskiego Okrągłego Stołu i nie tak przebiegałyby procesy polskich przemian” (Droga do Teraz, Warszawa 2014, s. 262-263). Nie byłoby także zjednoczenia Niemiec. Były to zmiany fundamentalne, o wręcz rewolucyjnym charakterze dla powstania nowego ładu międzynarodowego. Świat zawdzięcza Gorbaczowowi to, ze od ponad trzydziestu lat nie wisi nad nami groźba katastrofy nuklearnej. Gdy dziś prezydent Biden podejmuje wysiłek na rzecz powrotu do porozumień amerykańsko-rosyjskich o ograniczeniu broni strategicznych, można w tym widzieć echo tej polityki, którą starał się realizować Michaił Gorbaczow.
Nie spełniło się jednak marzenie Gorbaczowa o nowej erze światowej współpracy. Pojawiły się nowe zagrożenia i wyzwania: amerykański hegemonizm z jednej, a światowy terroryzm z drugiej strony. Regionalne mocarstwa, do których należy także dzisiejsza Rosja, nadal starają się wykorzystywać swą przewagę w stosunkach ze słabszymi sąsiadami. Nie żyjemy w świecie, który on sobie wymarzył, ale mimo wszystko – w świecie znacznie bezpieczniejszym niż ten, który Gorbaczow zastał, gdy obejmował władzę na Kremlu. W tej historycznej zmianie jego rola jest bezsporna. Na pokojowego Nobla zasłużył, jak mało kto.
Bardziej skomplikowana jest sprawa jego roli w przekształceniu systemu radzieckiego – czyli, mówiąc wprost – w zakończeniu wielkiego eksperymentu historycznego, jakim była władza partii bolszewickiej na obszarze dawnego państwa rosyjskich carów. Gorbaczow zainicjował proces przekształcania radzieckiego systemu politycznego – jednopartyjnej dyktatury z wciąż silnymi pozostałościami stalinowskiego totalitaryzmu – w demokratyczne państwo prawa. Efektem jego polityki było nie tylko radykalne zerwanie z polityką politycznych represji, ale także zaakceptowanie pluralizmu politycznego, zwłaszcza w postaci frontów narodowych (z których najgłośniejszym był litewski Sajudis) i coraz liczniejszych stowarzyszeń i organizacji obywatelskich. Wybory do ogólnozwiązkowego Zjazdu Deputowanych w 1989 roku, a zwłaszcza wybory do rad najwyższych republik związkowych w 1990 roku były jedynymi demokratycznymi wyborami, jakie państwo to znało od 1917 roku. Jeśli jednym z podstawowych warunków istnienia demokracji jest to, że rządzący mogą przegrać wybory i po ich przegraniu wynik taki akceptują, to w 1990 roku ZSRR test taki przeszedł. W sześciu republikach (na 15) partia komunistyczna wybory przegrała na rzecz frontów narodowych. Były to Armenia, Gruzja, Estonia, Litwa, Łotwa i Mołdowa. Co więcej, w wyborach do Rady Najwyższej Rosji wygrał, kierowany przez Borysa Jelcyna, blok radykalnych reformatorów (w większości jeszcze wtedy należących do KPZR),a on sam został wybrany przewodniczącym tej rady pokonując kandydata popieranego przez Gorbaczowa i kierownictwo partii komunistycznej. Mimo coraz silniejszego oporu skrzydła konserwatywnego, KPZR pod kierownictwem Gorbaczowa stopniowo zmierzała w kierunku przekształcenia się w partię typu socjaldemokratycznego, lub – co wydawało się bardziej realne – w kierunku rozłamu. Planowano dokonać tego w listopadzie 1991 roku – na kolejnym kongresie KPZR. Czasu na to nie starczyło. Ten kierunek demokratyzacji został przerwany puczem sierpniowym (1991 roku), pokonanym dzięki odważnemu oporowi mieszkańców Moskwy i Leningradu, a także stanowisku części sił zbrojnych. Historycy tego okresu wskazują na to, ze odmowa legitymizowania puczu przez prezydenta Gorbaczowa (uwięzionego w jego rezydencji na Krymie) walnie przyczyniła się do sparaliżowania przewrotu i do jego fiaska. Pucz sierpniowy przyniósł jednak załamanie stopniowej reformy realizowanej przez Gorbaczowa, delegalizacje partii komunistycznej i początek tego, co jest często uważane za dwudziestowieczny odpowiednik okresu wielkiej „smuty” – chaotyczne, łączące elementy autokracji i anarchii rządy Borysa Jelcyna. Z perspektywy trzydziestu lat krótki okres rządów Gorbaczowa jawi się jako najbardziej demokratyczny epizod w historii Rosji co najmniej od 1917 roku, gdyż tylko w tym krótkim okresie opozycja była w stanie wygrywać wybory.
Niepowodzeniem skończyły się próby zreformowania gospodarki radzieckiej. W reformatorskiej polityce Gorbaczowa gospodarka zajmowała wyraźnie dalsze miejsce w porównaniu ze zmianami politycznymi, czym jego reformy zasadniczo różniły się od – realizowanych owocnie już od 1978 roku – reform chińskich. Wycofanie się Gorbaczowa, pod naciskiem sił konserwatywnych, z reformatorskiego (ale zawierającego liczne błędy) programu „pięciuset dni” autorstwa zespołu Grigorija Jawlinskiego było prawdopodobnie błędem, gdyż nie przedstawiono realistycznej alternatywy reform. Nie zmienia tej oceny fakt, że radykalnie wolnorynkowa „szokowa terapia” zastosowana przez członka tego zespołu Jegora Gajdara – gdy został on premierem u boku prezydenta Jelcyna – przyniosła Rosji chaos i masowe zubożenie ludności. Brak poprawy sytuacji gospodarczej stał się jednym z powodów słabnięcia poparcia dla Gorbaczowa a tym samym zagrożeniem dla jego polityki reform.
Uważam jednak, że znaczna część winy spada na ówczesne rządy zamożnych państw zachodnich, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Zakończenie Zimnej Wojny stwarzało unikatową szansę pozyskania w zreformowanym Związku Radzieckim cennego sojusznika na nadchodzące dziesięciolecia. Wymagało to jednak poparcia polityki Gorbaczowa nie tylko słownymi deklaracjami (tych nie brakowało) lecz także potężnym zastrzykiem pomocy finansowej, jak to po wojnie zrobiono wobec pokonanych Niemiec. Nigdy nie dowiemy się, jak potoczyłaby się historia, gdyby Gorbaczowowi pomożono w przekształceniu ZSRR w demokratyczne i gospodarczo stabilne, a wobec Zachodu przyjazne, mocarstwom regionalne.
Ostatecznie jednak o przegranej radzieckiego przywódcy zdecydowała kwestia narodowa. Gorbaczow początkowo nie doceniał jej znaczenia, o czym dobitnie świadczy poświęcony problemowi narodowemu niewielki fragment jego podstawowej publikacji pod tytułem „Pierestrojka”, gdzie pisze on nawet, iż w ZSRR problem narodowy został rozwiązany dzięki kierowaniu się leninowskimi zasadami. Już wkrótce po ukazaniu się tej pracy konflikty na tle narodowym w Kazachstanie i Azerbejdżanie pokazały, że rzeczywistość daleko odbiega od tak optymistycznej oceny.
Problem narodowy w dawnym ZSRR był odziedziczony po carskiej Rosji, nie bez racji nazywanej „więzieniem narodów”. Bolszewicy tego problemu nie stworzyli, ale go też nie rozwiązali. Sloganom o internacjonalizmie i o powstaniu jednego „narodu radzieckiego” towarzyszyła w czasach rządów Stalina brutalna polityka rusyfikacji i prześladowania tak zwanych „nacjonalizmów” w łonie partii komunistycznej. Po śmierci Stalina najbardziej brutalne elementy tej polityki zostały zarzucone, ale wciąż daleko było do zaspokojenia aspiracji narodowych narodów nierosyjskich.
Sytuację komplikowały dwie okoliczności. Cztery republiki (Estonia, Litwa, Łotwa, Mołdowa) zostały wcielone do ZSRR w 1940 roku, w czasie współpracy z hitlerowskimi Niemcami, w wyniku brutalnego dyktatu i wbrew woli zainteresowanych narodów. Nie było przypadkiem, że właśnie tam najsilniej i najwcześniej do głosu doszły żądania niepodległościowe, na które Gorbaczow nie był przygotowany i którym początkowo usiłował zapobiegać. Drugą okolicznością komplikującą proces wychodzenia z dotychczasowego systemu było istnienie znacznych mniejszości rosyjskich w kilku nierosyjskich republikach. Etniczni Rosjanie stanowili 37.8 proc. ludności Kazachstanu, 34 proc. ludności Łotwy, 30.3 proc. ludności Estonii, 22.1 proc. ludności Ukrainy, 16,7 proc. proc. ludności Kirgistanu, 13 proc. ludności Mołdowy, 9.4 proc. ludności Litwy. Oderwanie tych republik od Rosji musiało budzić opory także z tego powodu.
Nigdzie zresztą demontaż wielonarodowego imperium nie odbywał się gładko, by chociażby przypomnieć losy kolonialnego imperium Francji, którego likwidacja przyniosła wiele lat wojen w Indochinach (1945-1954) i Algierii (1954-1962), a także wojskowy zamach stanu w maju 1958 roku i wieloletnią terrorystyczną kampanię konspiracyjnej organizacji nacjonalistycznej OAS. W porównaniu tym demontaż imperium radzieckiego wygląda na stosunkowo łagodny.
Był on jednak przekreśleniem ciekawego planu Gorbaczowa przekształcenia dawnego państwa radzieckiego w swego rodzaju konfederację dziewięciu „suwerennych republik”, przy zaakceptowaniu odejścia sześciu małych republik wyraźnie niezainteresowanych pozostaniem we wspólnocie – nawet bardzo zreformowanej. Porozumienie o utworzeniu „Związku Suwerennych Republik Radzieckich” miało być podpisane 21 sierpnia 1991. Przeszkodził temu pucz sierpniowy, a wkrótce potem rozwiązanie ZSRR. Nigdy już nie dowiemy się, czy realizacja planu Gorbaczowa wyszłaby dawnym republikom radzieckim na korzyść. Dla niego samego oznaczało to przedwczesny koniec sprawowania władzy.
Tracąc ją Gorbaczow miał uzasadnione poczucie krzywdy wyrządzonej mu przez mściwego rywala (Jelcyna) i zdradzieckich byłych współpracowników. Nie składał broni. Początkowo próbował – bezskutecznie – stworzyć w Rosji nowoczesną partię socjaldemokratyczną. Pozostał czynny na arenie międzynarodowej – już nie jako głowa państwa, ale jako wielki, szanowany w świecie autorytet. Podzielam opinię Adama Daniela Rotfelda (z jego wstępu do polskiego wydania wspomnianej wyżej książki Graczowa), że „nawet to, co – w jego rozumieniu – było niepowodzeniem, okazało się sukcesem”. Sukcesem nie dla niego osobiście, ale dla świata. Ten świat dzięki Gorbaczowowi stał się mniej niebezpieczny i nieco lepszy w wielkiej mierze dlatego, że radziecki prezydent miał odwagę podjąć się zadania przerastającego siły nawet tak wybitnego, jak on, polityka. Za to należy mu się wdzięczność następnych pokoleń.
Ad multos annos, Panie Prezydencie.

Gospodarka 48 godzin

Dobrymi chęciami
Przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotkali się z prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jarosławem Gowinem. Spotkanie w pałacu prezydenckim było wynikiem listu, wysłanego przez przedsiębiorców do prezydenta, w którym zwracali oni uwagę na negatywne efekty zamknięcia wielu dziedzin gospodarki. Prezydent zachowywał optymizm i początkowo chwalił efekty działań rządu PiS, oświadczając, że sytuacja w Polsce od strony gospodarczej nie wygląda źle – i na tle innych krajów poradziliśmy sobie z tym wielkim wyzwaniem, jakim jest pandemia. Później jednak prezydent dodał, iż: „Największym wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetrwać polskim firmom i polskim przedsiębiorcom”. W ten sposób prezydent RP jednoznacznie dał do zrozumienia, że rząd PiS dotychczas nie znalazł takich rozwiązań.
Podczas spotkania członkowie Rady Przedsiębiorczości – szefowie dziewięciu największych stowarzyszeń biznesowych w Polsce – zaproponowali decydentom zawarcie Paktu Antykryzysowego, w ramach którego prezydent, przedstawiciele rządu oraz szeroko rozumiany biznes mieliby wspólnie wypracować rozwiązania, z jednej strony pozwalające przetrwać firmom, a z drugiej minimalizujące ryzyko zakażeń koronawirusem. Jak relacjonował uczestnik spotkania, prezes Business Centre Club Marek Goliszewski, prezydent Duda przyjął do wiadomości pomysł zawarcia takiego paktu, natomiast wicepremier Gowin oświadczył, że opowiada się za szybszym odmrażaniem gospodarki i wsparciem branż deficytowych. Prezes Goliszewski dodał, że przesłaniem tego spotkania było podjęcie dialogu na rzecz gospodarki z prezydentem, jako osobą, która ma wpływ na podejmowane decyzje – i przekonywanie jej do rozwiązań, które są konieczne, żeby firmy miały wsparcie, a gospodarka odbiła się od dna i odbudowała. Przedsiębiorcy przedstawili postulaty kierowania w większym stopniu funduszy europejskich nie tylko na inwestycje publiczne, ale przede wszystkim do sektora prywatnego. Wskazywali na konieczność przestawienia polityki gospodarczej z prokonsumpcyjnej na inwestycyjną. Zgłoszono pod adresem prezydenta wniosek o poparcie zniesienia podatku bankowego i skierowania zaoszczędzonych z tego tytułu pieniędzy na kredyty dla firm. Nadzieje na większe środki dla firm rozwiał obecny na spotkaniu Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który wskazał, że środki europejskie z Funduszu Odbudowy i Restrukturyzacji dotrą do Polski najwcześniej w 2022 roku, a zapewne sporo później. Dużo czasu poświęcono na spotkaniu sposobowi stanowienia prawa w Polsce i ustawom gospodarczym, zbyt szybko uchwalanym i zmienianym przez Sejm, bez konsultacji z praktykami życia gospodarczego. Zaapelowano do prezydenta RP o zawetowanie ustaw, które w swoich zapisach stawiają każdego przedsiębiorcę w roli podejrzanego i zniechęcają do inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Rozmaitych paktów już wiele w Polsce zawierano i raczej nic z nich nie wynikało. Zapewne podobnie będzie i z propozycją obecnego Paktu Antykryzysowego. Tym bardziej, że podczas spotkania z prezydentem Dudą mówiono nie tyle o konkretach, co o dobrych chęciach, którymi – jak wiadomo – jest wybrukowana jedna droga.

Kogo skrzepi podatek cukrowy?

Andrzej Duda wygrał wybory, więc PiS już nie musi odkładać ustaw, bijących Polaków po kieszeni.

Z początkiem 2021 r. wchodzi w życie podatek cukrowy. PiS wymyślił go już w 2019 r. ale nowy podatek wywołał sprzeciw w branży rolno-spożywczej, więc ze względu na wybory, wstrzymano prace nad ustawą mającą go wprowadzić. Jarosław Kaczyński nie chciał bowiem tracić głosów pracowników branży (i ich rodzin).
Wybory już za nami, o głosy wyborców nie trzeba się martwić, więc ustawę sfinalizowano (przy sprzeciwie Senatu), a prezydent podpisał ją 27 sierpnia. Podatek cukrowy ma ratować pękający w szwach budżet państwa. Wprowadzony będzie pod pretekstem „promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów”, a oficjalna propaganda głosi, że ma on zmienić nawyki żywieniowe Polaków (ponoć żeby pili mniej słodkich napojów).
Ustawa zakłada wprowadzenie opłaty od napojów słodzonych, podzielonej na część stałą i zmienną. Opłata stała to 50 gr za litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, oraz dodatkowo 10 gr za litr napoju z dodatkiem substancji aktywnej (kofeina lub tauryna). Opłata zmienna to 5 gr za każdy gram cukru powyżej 5 gram/100 ml. Planowanym pierwotnie terminem wejścia w życie ustawy był 1 lipca 2020 roku, ale PiS zrezygnował z tej daty, żeby nie zmniejszyć szans Andrzeja Dudy w wyborach odbywających się 12 lipca.
Ważnym elementem nowego podatku są wysokie kary. W przypadku niedokonania wspomniaych opłat w terminie, naczelnik urzędu skarbowego będzie zobowiązany ustalić, w drodze decyzji, dodatkową opłatę (tzw. opłatę sankcyjną) na rzecz państwa.
O rezygnację z podatku cukrowego od miesięcy apelowali przedsiębiorcy z branży rolno-spożywczej. Wskazywali między innymi, że jego przyjęcie spowoduje katastrofalne skutki dla przedsiębiorców i branży spożywczej, w niełatwej już rzeczywistości gospodarczej spowodowanej COVID-19. Przekonywali, że na skutek nowej daniny pracę może stracić kilkanaście tysięcy ludzi.
Przekonywali bezskutecznie, a jedynym wynikiem ich protestów była decyzja PiS, że ustawa zostanie sfinalizowana już po wyborach, by nie szkodzić Andrzejowi Dudzie. Jeśli przedstawiciele branży mieli nadzieję, że PiS rzeczywiście ich wysłuchał i zrezygnował z podatku, to wykazali się duża naiwnością.
„Podatek cukrowy uderzy w wyniszczoną kryzysem branżę spożywczą, odchudzi portfele obywateli, a przede wszystkim zostanie uchwalony z naruszeniem elementarnych zasad legislacji. Prace nad podatkiem cukrowym trwały od grudnia ubiegłego roku i ostatecznie wstrzymane zostały na okres kampanii wyborczej. W trakcie kampanii Pana sztab deklarował, że jest Pan jedynym gwarantem powstrzymania wejścia w życie kolejnych podatków. Wielu przedsiębiorców odebrało tę deklarację jako zapowiedź, że pomysł podatku cukrowego już nie wróci” – tak pisali do Andrzeja Dudy przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Gospodarczym. Dziś dobrze widać, jak skutecznie zostali nabici w butelkę przez rządzących.
Przedsiębiorcy wskazywali, że dyskryminacja polskich producentów jest wpisana w samą konstrukcję podatku cukrowego. Nie zachęca on do zmian receptur na niskocukrowe, a wysoka opłata stała sprawia, że najsilniej dotknięci zostaną producenci napojów konkurujący ceną z globalnymi koncernami. Ich przewaga zostanie zlikwidowana i stracą klientów na rzecz zagranicznych graczy. Podatek cukrowy uderzy zaś w najuboższą cześć społeczeństwa, która boleśniej niż zamożniejsze grupy obywateli odczuje skutki podwyżek – bo producenci oczywiście będą chcieli przerzucić nowe opłaty na konsumentów.
Wytykano również pozorny tylko efekt prozdrowotny tego rozwiązania, podkreślając, że po jego wprowadzeniu spożycie cukru może wzrosnąć (jak stało się np. w Wielkiej Brytanii). Zwracano uwagę, że jedynym realnym rezultatem podatku będzie oddanie części rynku napojów na rzecz zagranicznych koncernów.
W konsekwencji, przedstawiciele branży prosili, aby prezydent: „z całą mocą wykorzystał swoje prerogatywy” i skierował podatek cukrowy do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny, bo „tylko w ten sposób może Pan przerwać chaos związany z wprowadzaniem nowych obciążeń w sposób skrajnie nieprzejrzysty i niezgodny z przepisami”.
Ta niezgodność z przepisami polega na tym, że rząd zmienił datę wejścia w życie podatku zapisaną w poprzednim projekcie. Aby to zrobić, musiał znowelizować ustawę, gdy była ona cały czas na etapie prac sejmowych. Taka nowelizacja ustawy jeszcze nieistniejącej jest łamaniem procedur legislacyjnych, ale PiS nie takie procedury i zasady już łamał.
Do Andrzeja Dudy apelowali też poszczególni, więksi producenci, jak np. Jan Kolański,
prezes krajowej grupy Colian. Pisał on: „Panie Prezydencie, jako reprezentant branży napojowej, mając na uwadze losy polskich przedsiębiorców, ale także zdrowie Polaków, apeluję do Pana o zorganizowanie otwartej debaty w sprawie ustawy cukrowej. Jeszcze nie jest za późno!. Rozpocznijmy dialog! Spotkajmy się, by wspólnie znaleźć odpowiedź na pytanie, jak dobrze skonstruować ustawę cukrową, by realnie realizowała dwa cele: zapewniła wpływ środków do budżetu na walkę z otyłością i cukrzycą, a nam – przedsiębiorcom, dała możliwość ocalenia dorobku wielu lat przed bankructwem. Zasiądźmy do stołu. Powołajmy radę ekspertów. Zaprośmy do niej specjalistów: dietetyków, diabetologów, kardiologów, polityków, ekonomistów, prawników. Oddajmy głos przedsiębiorcom z branży napojowej, sokowej, mlecznej, producentom energetyków, browarom. Określmy wysokość podatku na poziomie akceptowalnym dla wszystkich. Nie róbmy podziałów na lepszych i gorszych. Zadbajmy o edukację prozdrowotną, programy dla dzieci w zakresie zdrowego trybu życia, odżywiania, aktywności fizycznej. Panie Prezydencie, to są argumenty, które przemawiają za tym, by przeprocesować ustawę cukrową ponownie w sposób, który przyniesie zamierzony efekt prozdrowotny, a nie tylko fiskalny, skądinąd wątpliwy, ponieważ firmy, które zbankrutują na skutek podatku, przecież nie będą kontrybuować we wpływach do budżetu. Wierzę, że głos przedsiębiorców w końcu zostanie usłyszany i rozpoczniemy dialog społeczny. Doprowadźmy do wprowadzenia efektywnej ustawy prozdrowotnej, która umożliwi rozwój przedsiębiorcom i da nam wszystkim możliwość realnej walki z otyłością i cukrzycą”.
Jak już wiadomo, wszelkie argumenty i apele branży nie wpłynęły na Andrzeja Dudę. Głos przedsiębiorców nie został wysłuchany, ustawa nie została zmieniona, żadnego dialogu, rady ekspertów czy otwartej debaty nie było. Będzie za to nowy podatek.
Polacy spożywają około 51 kg cukru rocznie. Producenci napojów słodzonych, którzy będą płacić podatek cukrowy, dostarczają im około 10 kg cukru. W ostatnich latach konsumpcja cukru stopniowo spadała mimo braku podatku – w 2019 r. zmniejszyła się o 2,5 kg.
Warto też dodać, że przy okazji uchwalania podatku cukrowego wprowadzono zmiany dotyczące małpek – czyli niewielkich butelek wódki i wina, które w ostatnich latach bardzo zasłużyły się na polu upijania Polaków. Uchwalono, że firmy sprzedające małpki w sklepach (czyli przedsiębiorcy sprzedający napoje alkoholowe przeznaczone do spożycia poza miejscem sprzedaży) muszą wnosić opłatę za butelki o objętości nie przekraczającej 300 ml. Będzie to 25 zł od litra stuprocentowego alkoholu, co przykładowo oznacza 1 zł od 100 ml małpki wódki 40-procentowej, 2 zł od 200 ml małpki wódki 40-procentowej i 88 gr od 250 ml małpki wina 14-procentowego.
Tak więc, Polacy najprawdopodobniej przerzucą się na rozpijanie normalnych, dużych, co najmniej półlitrowych flaszek, jak pan Bóg przykazał.

Księga Wyjścia (52)

Ballada o kompromitacji państwa i słabości rządzących.

Nikt kto walczy z cieniem mgły, nie powiedział teraz ty,
Nikt nie wyzwał mnie do tego, bo nie jestem ich kolegą, Ich kolegą – bit.
Nic się nie martw – pomyślałem i choć przekaz zrozumiałem, Nominacji tej nie czuje czego nawet nie żałuję, Nie żałuję – bit
I choć tego nie żałuję to tym tekstem zarapuję, bo mam gdzieś Umizgi wszystkich, od artystów – typów śliskich, Przez ważniaków – nieboraków, typów którzy krajem trzęsą i pieniędzy sobie szczędzą – sobie szczędzą – bit.
Zamiast dać z państwowej kiesy robią własne interesy, ten kapmanię talmudyczną, inny zrobi koraniczną. Bo na katolickich bitach, polski faszyzm już rozkwita, już rozkwita – bit
Tak więc dziś rządzący krajem, zamiast działać to śpiewają, bo pomysłów już nie mają, już nie mają – bit
Choć śpiewają to udają, bo jedyne to gadają, co gadają? Co gadają? Bit
Wulgaryzmy, zwykle bzdury, bez ogłady i kultury. Że w tle rytm się dostosował to nie czyni rapoboga, ale gdzież mu do muzyki, choćby takiej „riki tiki”.
Czemu tak na pośmiewisko, siebie, kraj i w okół wszystko, wystawiają politycy, czy im nie wstyd, a muzycy? czy protokół przewiduje, by prezydent – choć lirycznie, bzdury gadał oczywiste, oczywiste – bit
Przekonywał, że on nie ma, że rodacy, niech dołożą z własnej kasy.
Czy ze skąpstwa? zanim jeden z drugim się nadąsa, niech popatrzy na się z boku, to mu kretyn błyśnie w oku. Tacy to są prominenci, politycznie niewyklęci, szybko znikną w niepamięci, albo w cieniach ostrej tęczy, wyliczanka, będzie bit Raz, dwa, trzy – na zakaźnym będziesz ty.
Kto, nikt tego jeszcze nie wie, bo gdy kraj ten jest w potrzebie, to zabawę urządzili, jak na dawnym dworze carskim, pamiętacie – to nie żarty, jaki koniec był tych uciech. Że czmychniecie w jednym bucie, jak Twardowski, że na księżyc? Chyba, po eLGieBeTe tęczy, kto was w drogę poprowadzi i o dachy nie zawadzi. Jak fachowców zmieniliście na gówniarzy oczywiście.
Politycy, warci tyle, co ich życie bez osiągnieć lecz na szczycie- lecz na szczycie.
Nawet bitem ich żałosnym, szczęściem mi nie spsują wiosny, wręcz przeciwnie, ubaw mam. I nie jestem pewnie sam.
Nienawiścią nakarmieni, szczują ludzi, miedzy swemi, ciekaw jestem, czy załapie ten co czelendż trzyma w łapie, w drugiej śmiało dzierży hot. Leczy czy wie skąd słowo to? ze jest obce kulturowo, posługiwać się niezdrowo. Zwłaszcza władzy, zwłaszcza tej, która patriotyczny rej, wiedzie prym, wiedzie że hej.
A na ziemiach tych niedawno, piękny język płynął wartko. Pełen gwar, anachronizmów, lecz w angielskim teraz przyszło, jak nie łapiesz toś nie stąd, bośmy gwiazdką wśród pasiaków, pięćdziesiątym pierwszym Stanów – Stanów – Stanów
Pozwolili nam bez wiz, tak naprawdę to jest pic, ale się niektórzy łapią i czelendża teraz dają – bit
Miast wyzwania, nominacji – tak, to wina demokracji, demokracji – bit
Są niewarci tych emocji, by wyklinać, bez wartości? Po co, toż już tombak więcej wart. Jak wydmuszki, które miast z państwowej puszki odwołują się do ludu, by się zrzucił w celu cudu, celu cudu – bit
Więc posłuchaj prezydencie, państwa rola, to jest rzecz, by choroba poszła precz, by w szpitalach ich personel, miał zarobki i nagrodę. Oni ryzykują życie, w pracy, w domu nie w zaszczycie.
Tobie jeno śmieszność grozi, nawet nie, boś ją przegonił, ze trzy okrążenia przed nią, ech zastanów się gdzie pędzisz, widzisz mur? Nie? Nie szkoda zresztą – bit
Ale się nie hamuj pędź, łeb roztrzaskaj jak masz chęć. A sympatyk PiSWinista niechaj wie, ze socjalista, również może zrobić bit, taki, że wam spadnie kit
Filozofia upadku
To było jedynie preludium do właściwej treści tekstu i kpina z akcji hot16chellenge2. Kpina, którą sprowokowały dwie przyczyny. Po pierwsze w formie nominacji politycy uczestniczą w rapowania na szczytny cel czyli wspomaganie szpitali i szeroko rozumianej służby zdrowia. Mogą przy okazji zabłysnąć mądrością lub głupotą, wykorzystując to do wyborów prezydenckich. Przynajmniej tak im się wydaje. Mają przy tym świetną zabawę.
Politycy, a zwłaszcza ci z obozu władzy są od tego, by nie prosić, a nawet żebrać o datki, lecz z państwowych pieniędzy dofinansować służbę zdrowia. Stać ich na prezenty dla toruńskiego konglomeratu religijno, medialno, szkolno geotermalnego – celowo nie napisałem akademickiego, bo klawiatura nie przyjęłaby tego określenia odnośnie szkoły medialnej dyrektora Rydzyka.
Przy okazji wyszło trochę wpadek, czego prawica nigdy obecnemu prezydentowi nie wybaczy, czyli rapowania talmudycznych treści, najwyraźniej piąta kolumna socjalistów działa i gdzie się da nogę podstawia. Mam jednak obawy, że zyska na tym Bosak, chyba, że i tam znajdzie się ktoś, kto przetłumaczy mu wersy Koranu, twierdząc, że to autorski tekst. Zobaczymy.
Też podkusiło mnie by bez nominacji napisać, ale kto powiedział, że w tej ich zabawie obowiązują jakieś reguły. To w zasadzie nie jest warte felietonu, ot wzmianka plus tekst i tyle. Dużo ważniejszą sprawą jest to od czego zacząłem, czyli filozofia upadku.
Przed wczoraj – we środę – wziąłem udział w audycji w Radiu Fa, dotyczyła ona nałogów i tego początku staczania się na dno. Temat jak najbardziej na czasie, bo mimo tzw. odmrażania gospodarki, cześć ludzi nadal nie ma z czego żyć.
Wciąż mają zamknięte zakłady pracy, a znaczna cześć występujących w mediach głównego nurtu dziennikarzy celebrytów, jest uzależniona od kokainy. Kto miał ten problem, doskonale wie jak rozpoznać człowieka pod wpływem. Narkoman wszystko ma w oczach, a uważny obserwator dostrzeże również w ruchach, pobudliwości i sposobie mówienia.
Podobnie jak alkoholik z górnej półki, zanim spadnie zaczyna od najdroższej whisky, by skończyć na denaturacie, tak i u nich moda na kokainę, najdroższy chyba teraz w Polsce narkotyk – moja wiedza zatrzymała się na trzystu złotych za gram, podobno było już pięćset. Nawet jeśli dużo zarabiali, to w przypadku głębokiego uzależnienia, gram nie wystarczy na długo – kokaina ma taką „paskudną” cechę, że dosyć krótko działa. Będzie wiec, ten i ów – człowiek z pierwszych stron gazet i gwiazda wszelkich programów publicystycznych – musiał szukać tańszych zamienników. Nie będzie to łatwe, trudno znaleźć coś, co działa na te same receptory, ale jeśli nie pokonają wstydu, nie będą umieli przyznać się do nałogu, to pewnie na początku, trudno będzie znaleźć im nawet dilera.
A jeśli już, to mogą liczyć co najwyżej na dopalacze. Opisuję pewien schemat, ale tak czy inaczej, apeluję do dawnych kompanów z ławki, by lekko się przesunęli robiąc miejsce nowym, ponieważ nadchodzi fala upadłości. I to nie upadłości zakładów, gdzie wystarczy odpowiednie zarządzanie, by wyprowadzić je na prostą, ale upadłości ludzi. A upadek każdego człowieka, jest upadkiem człowieczeństwa całej wspólnoty. W tym wypadku kraju.
Piszę to bez złośliwości i satysfakcji, bo naprawdę niektórych mi żal. Przez jakiś czas będzie pożyczanie pieniędzy od znajomych, potem wyprzedawanie wszelkich cennych przedmiotów, rozpadnie się kilka związków, gdy skończą się już te cenne przedmioty, zacznie się wyprzedaż wszystkiego. Nie jestem ekonomistą, ale wiem, że odmrażanie gospodarki do stanu sprzed pandemii, będzie procesem długotrwałym i nie każdy z beneficjentów sukcesu zostanie odmrożony.
Znowu miasta zapełnią się lombardami i aptekami, gdzie bez recepty, ale już z odpowiednią wiedzą można będzie zaopatrzyć się bez recepty w leki zawierające wszelkie narkotyki, domowym sposobem oddzielić substancje zbędne od tych psychoaktywnych i w odpowiedniej dawce może to zastąpić uwielbianą wcześniej kokainę, podobnie jak dawnemu miłośnikowi Jonny Walkera, będzie musiał wystarczyć denaturat. Bardzo trudno jest mi pisać ten scenariusz, mimo że nie dotyczy on ludzi z którymi utrzymuję towarzyskie relacje. Po prostu, sam to przeszedłem i już chyba wiem, potrafię usłyszeć sygnał startu dla wszystkich uczestników biegu po równi pochyłej. Smutne.
Obawiam się, jednak że nieuniknione. Czy możemy temu zaradzić? My jako społeczeństwo czy wspólnota? Nie, ale rząd mógłby. Wiązałoby się to jednak z pełnym powrotem do stanu poprzedniego, czyli ci sami celebryci, na tych samych stanowiskach, za ciut większe pieniądze, bo już zdążyli się zadłużyć.
Lub selekcja i wsparcie wszelkich państwowych przychodni i szpitali odwykowych. Co jak zakładam nie wchodzi w grę, jeśli prezydent rapuje fragmenty Talmudu, by zebrać kasę w trakcie pandemii, to nie ma co liczyć, że zareaguje na skutki pospandemiczne, takie jak nędza i uzależnienia. Bo chyba nikt się specjalnie nie ludzi, że wygra ktoś inny.
Konkurenci wystawili w tym wyścigu dość marną reprezentację i obawiam się jedynie kogoś, o kim nigdy bym nie przypuszczał, że na tym tle zabłyśnie. Tak, tło jest najważniejsze, wśród głupków, miernota będzie geniuszem, na bieli szary wyda się czarnym i odwrotnie. Tak więc z braku konkurencji jedynie (o zgrozo) Bosak – w co nie wierzę – może zagrozić Andrzejowi Dudzie.
Tak więc czeka nas kolejna kadencja rapowania Rygwedy czy Brahmany – święte księgi hinduizmu, bo zarówno Talmud jak i Tora w końcu zostaną w całości wyrapowane. Na całe szczęście świat zna wiele religii, że jest w czym wybierać.
Na zakończenie i ku pokrzepieniu polecam film „Shugaley”, którego przedpremierowy seans udało mi się obejrzeć. Jest to o tyle na czasie, że pokazuje inny ludzki problem, a mianowicie współczesny świat i współczesnych ludzi, przetrzymywanych w Libii. Jest to film oparty na faktach, którego tłem jest zdemolowanie tego kraju przez nasz nowy kraj, którego powoli stajemy się 51 stanem. Ale zanim nabierzemy pełnych praw, czekają nas plantacje bawełny i niewolnictwo. W tym ekonomicznym już jesteśmy, pora na prawdziwy bat i prawdziwych właścicieli. Smutne, co? Smutniejsze jednak jest to, że sami sobie to zgotowaliśmy. Na ochotnika. Hawaje na tym pewnie zyskały, Polska straci. Zgodnie z przysłowiem, że miłe złego początki, więc po satyrycznym wstępie, smutne zakończenie. A film szczerze polecam, wkrótce pojawi się na srebrnych ekranach.

Kandydaci na kandydatów

Przeprowadzenie wyborów w maju równoznaczne będzie z wyeliminowaniem z konkurencji wszystkich mniej popularnych kandydatów. Komu grozi nokaut?

W mediach obecni są Duda, Kidawa-Błońska, Biedroń, Kosiniak-Kamysz, Bosak, Hołownia i Jakubiak. A co z resztą polityków, którzy zarejestrowali w PKW swoje komitety? Dotarliśmy do kandydatów pozbawionych możliwości prowadzenia kampanii. Wszyscy domagają się pilnego przesunięcia terminu głosowania…
Wróg Unii Europejskiej
Stanisław Żółtek od lat jest jednym z filarów ruchu konserwatywno-liberalnego. Ekonomiczny kapitalista był w przeszłości prezesem kultowej w wielu kręgach Unii Polityki Realnej (dawna partia Korwin-Mikkego – przyp. aut.). Obecnie działa jako prezes Kongresu Nowej Prawicy i udziela się w ruchu Polexit. Eurosceptyczna organizacja wystawiła go jako kandydata w zbliżających się wyborach.
Lider KNP, jako jeden z niewielu przedstawicieli prawicy, przeciwny jest zorganizowaniu głosowania na początku maja. W rozmowie z nami nie zostawił na rządzących suchej nitki i oskarżył ich o lekceważący stosunek do życia obywateli.
– Już dotychczasowa organizacja wyborów (zbieranie podpisów, składanie przez komitety wyborcze kandydatów do komisji wyborczych) spowoduje zapewne zarażenie tysięcy i śmierć dziesiątek ludzi. Dalsza organizacja to śmierć następnych grup – wyjaśnił nam reprezentant PolExit.
– A samo głosowanie tylko dla uzyskania politycznego celu, to zbrodnia, a Kaczyński, Morawiecki i Duda mieliby na rękach krew Polaków. Choć część zła już się stała – ostro ocenił przewodniczący Żółtek.
Kandydat podkreślił również, że jego kampania nie może przebiegać w normalny sposób. Powodem jest zarówno koronawirus, jak i ograniczenia finansowe.
– Poza prezentacją swoich poglądów w internecie i w darmowym czasie antenowym nie ma innej możliwości prowadzenia kampanii: ani konwencje, ani spotkania, ani wiece, ani plakatowanie. Nie mam też możliwości pokazania się na bilbordach, bo to mogą tylko partie mające dotacje – przyznał wyraziście prawicowy polityk.
Nasz rozmówca nie ukrywa przy tym, że to właśnie radykalizm w kwestii podejścia do integracji europejskiej wyróżnia go spośród ogółu kandydatów.
– Jako jedyny chcę bezwarunkowego wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Część kandydatów to apologeci UE. Część (Duda, Bosak) stoi w rozkroku: czyli „Unia zła, trzeba coś zmienić, ale tak naprawdę to pozostajemy w Unii”. Ja wiem, że nic już nie można zmienić, a działania UE są nakierowane na zrobienie z Polski kolonii (surowce, siła robocza) dla Niemiec i Francji i zrobienie z nas pariasów Europy. Będę żądał referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii Europejskiej – skonkludował.
Centrowy narodowiec
Romuald Starosielec już w latach 80. zaangażował się w działalność opozycyjnych wydawnictw drugiego obiegu. Po przemianach ustrojowych przez kilka lat działał w Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym i zasiadał we władzach tego stronnictwa. Od pewnego czasu wyga narodowców przewodzi ugrupowaniu Jedność Narodu.
W rozmowie z nami kandydat udzielił poparcia idei przesunięcia wyborów. Równocześnie przyznał, że już samo zbieranie list poparcia było problematyczne. Zwolennicy zwyczajnie bali się opuścić mieszkania i wysłać paczki z podpisami pod jego kandydaturą. Również poczta miała trudności z prawidłowym działaniem. W tej sytuacji prowadzenie kampanii wyborczej stoi pod dużym znakiem zapytania.
– Przekaz medialny nastawiony jest na koronawirusa. Tylko urzędujący prezydent ma możliwość podróżowania i pokazywania jak „walczy z epidemią”. Jakakolwiek krytyka poczynań prezydenta spotyka się z potępieniem; on sam przedstawiany jest jako rycerz walczący z wirusem. Inni się nie liczą. To nie jest normalne… – zauważył.
Przedstawiciel opozycji jest niezwykle krytyczny wobec obozu PiS. W jego opinii ugrupowanie to jest absolutnie wodzowskie i podporządkowane woli Jarosława Kaczyńskiego. Nasz rozmówca uważa, że taka formuła rządów się wyczerpała i to właśnie on jest kandydatem zdolnym do wzniesienia się ponad podziałami.
– Nie oceniam się ani jako konserwatysta, ani liberał. Nie jestem ani prawicą, ani lewicą. Te podziały nie mają zastosowania i zaciemniają obraz tego, kto kim jest. Nam potrzebna jest elementarna jedność w najważniejszych dla wspólnoty sprawach. Nikt nie rozmawia na poważne tematy ustrojowe, gospodarcze, naukowo-badawcze. Klasa polityczna nie dorosła jeszcze do wyzwań czasów, w jakich funkcjonujemy. Obowiązująca formuła rządów partyjno-wodzowskich jest dla mnie nie do przyjęcia, jest przejawem patologii systemu – podsumował Starosielec.
Fan hawajskiej
Przedsiębiorca Paweł Tanajno działał w PO, Ruchu Palikota i planktonowej Demokracji Bezpośredniej. W 2015 r. wystartował w wyborach prezydenckich, zajmując w nich ostatnie, 11. miejsce (niespełna 30 tys. głosów). Ponownie spróbował sił w rywalizacji o tytuł mera miasta stołecznego jako pełnomocnik KWW Odkorkujemy Warszawę. Podczas kampanii obiecywał dowożenie mieszkańcom pizzy hawajskiej. Pomysł się nie przyjął, bo zaufało mu tylko 0,42% wyborców.
W tych wyborach fan hawajskiego przysmaku postawił na postulaty wolnorynkowe. Zapytany przez nas o sens głosowania w maju odpowiedział krótko.
– Nie obchodzi mnie to. W tej chwili najważniejszą sprawą jest uratowanie polskiej gospodarki, przedsiębiorstw i miejsc pracy. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy – stwierdził aktywista. – Nie interesuje mnie też prowadzenie kampanii. Czekam, aż PKW mnie zarejestruje, jeżeli mnie zarejestruje, to prawdopodobnie zrezygnuje.
Sam Tanajno nie ukrywa, że jest najoryginalniejszym kandydatem, jak sam przyznaje „nie żyje na koszt podatników, nie zajmuje się notorycznymi kłamstwami i ma honor”.
Przyjaciel o. Rydzyka
Profesor Mirosław Piotrowski przez trzy kadencje reprezentował prawicę w Parlamencie Europejskim. W 2018 r. pokłócił się z PiS-owcami i założył katolicki Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christi (RPE). Nieoficjalnie mówi się, że twór jest nowym politycznym eksperymentem redemptorysty z Torunia. Sam prof. Piotrowski prowadzi wykłady w niesławnej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej; współpracuje też z niemal wszystkimi kierowanymi przez o. Rydzyka mediami (Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik” i niezawodne Radio Maryja).
Walczący o rechrystianizację Starego Kontynentu kandydat pozostał dla nas nieuchwytny. Udało nam się za to skontaktować z wiceprzewodniczącym RPE, Krzysztofem Kawęckim, który w rozmowie z nami zasugerował, że wybory trzeba przełożyć na bardziej odległy termin.
– Mamy do czynienia z naruszeniem czynnego prawa wyborczego. Część osób, w trosce o zdrowie, nie pójdzie na wybory, podobnie postąpią osoby przebywające w kwarantannie. Również bierne prawo wyborcze nie zostało potraktowane poważnie, bo kampania wszystkich kandydatów ograniczona została na skutek epidemii, jak i rozporządzeń ministra zdrowia – powiedział współpracownik Piotrowskiego.
Spółdzielca
Przywódca Unii Pracy, Waldemar Witkowski, jest ostatnim z omawianych przez nas kandydatów. Od lat związany ze spółdzielczością, społecznik, były wicewojewoda wielkopolski swój główny atut widzi w nowoczesnym i progresywnym programie.
– Mój życiorys i moje doświadczenia pokazują, że realizuję program lewicowy, program ekologiczny. W mojej spółdzielni wszyscy zatrudnieni pracują realizując 35-godzinny tydzień pracy, kobiety i mężczyźni zarabiają tyle samo. W latach 90. zlikwidowałem wszystkie kotłownie węglowe i zastąpiłem je ekologicznymi źródłami ciepła. Jako wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Wielkopolskiego doprowadziłem też do wprowadzenia w Wielkopolsce uchwały antysmogowej: to jest rzeczywiście postępowy program. Pod hasłem lewicowość nie mogą kryć się tylko puste frazesy, trzeba je realizować. I ja to konsekwentnie robię – powiedział.
Socjaldemokrata domaga się m.in. skrócenia czasu pracy do siedmiu godzin dziennie, zacieśnienia relacji z UE, redukcji smogu i większych nakładów na ochronę środowiska. Żądaniem szefa UP jest też przełożenie wyborów.
– W trosce o dobro rodaków głosowanie nie powinno się odbyć, nawet jeśli będzie ono korespondencyjne. Mamy teraz czas, aby porozumieć się i wspólnie przesunąć wybory na później. Jak zostanie to zrealizowane, to już odrębny temat. Może 10. rocznica niepotrzebnej śmierci wielu wartościowych Polaków pod Smoleńskiem jest dobrą datą, żeby siąść do stołu ponad podziałami politycznymi – przyznał.
Polityk na zakończenie rozmowy odniósł się do tego, że przeprowadzenie wyborów jest zwyczajnie niemożliwe, ze względów czysto technicznych.
– Te wybory są organizowane na siłę… Prezes Kaczyński żyje jak w skorupie i nie widzi codziennych zagrożeń, nie widzi kolejek przed pocztami i sklepami. Przeprowadzenie wyborów nie jest możliwe, bo przecież ktoś je musi obsłużyć.

My decydujemy kogo zlustrować

Prawo i Sprawiedliwość pod pretekstem rzekomej lustracji dokonało skutecznego zamachu na niezależność Rady Dialogu Społecznego.
Przypomnijmy, że Senat wystąpił w obronie niezależności Rady Dialogu Społecznego i usunął z ustawy o tarczy antykryzysowej zapis, wprowadzony tam po cichu przez Prawo i Sprawiedliwość, dający premierowi prawo dowolnego odwoływania partnerów z Rady.
Niestety, po poprawkach Senatu ustawa wróciła do Sejmu, gdzie PiS-owska większość już czuwała – i w ramach swych totalitarnych zapędów, przywróciła ów zapis.
Tak więc, za sprawą Prawa i Sprawiedliwości , tarcza antykryzysowa zamieniła się w tarczę antyzwiązkową i antyspołeczną.
Oburzyło to Solidarność – i słusznie. Szkoda jednak, że ten związek wciąż nie chce dostrzec, jak bardzo antypracowniczą i wymierzoną przeciw związkom zawodowym politykę prowadzi PiS.
„Decyzja Sejmu RP o odrzuceniu poprawek Senatu RP dotyczących zapisów o Radzie Dialogu Społecznego podważa zaufanie „Solidarności” do Rządu i reprezentującej go większości parlamentarnej. W ramach walki ze skutkami kryzysu spowodowanego epidemią, tylnymi drzwiami wprowadzono do ustawy zapisy podważające suwerenność i ograniczające niezależność partnerów społecznych w RDS poprzez przyznanie Prezesowi Rady Ministrów uprawnienia do odwoływania członków Rady, niestety nie tylko z powodów lustracyjnych, ale także innych, bliżej nieokreślonych (czytaj: niepokornych). Tym samym zawłaszczono uprawnienia przysługujące wyłącznie Prezydentowi RP” – pisze w swoim oświadczeniu Piotr Duda, przewodniczący KK NSZZ „Solidarność”.
Szef „S” przypomina, iż „Solidarność” od roku zabiegała o lustrację w Radzie, naciskając na Rząd w celu zainicjowania niezbędnych zmian. Dotychczas nie spotkało się to z żadną reakcją, pomimo tego że na znak protestu „Solidarność” nie bierze udziału w plenarnych posiedzeniach z udziałem obecnego przewodniczącego. Jednak umieszczanie tej kwestii w „tarczy antykryzysowej” jest według Piotra Dudy zwyczajnym nieporozumieniem.
Przewodniczącemu „Solidarności” należy wyjaśnić, że tu nie może być mowy o żadnym nieporozumieniu. Po prostu Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje kwestię lustracji, jak wszelkie inne, wyłącznie instrumentalnie, do rozszerzana swojego panowania nad Polską.
Jeśli więc PiS, szermując rzekomą potrzebą lustracji, ma możliwość ograniczenia demokracji, dialogu społecznego, niezależności innych organów, to oczywiście sięga po argument lustracji, jak było na przykład w przypadku Sądu Najwyższego. Gdy zaś nie jest to przydatne, to PiS-owi lustracja nie jest do niczego potrzeba i woli się na nią nie powoływać, aby nie straszyć swych działaczy mających za sobą PRL-owską karierę i aktywne członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
I dlatego właśnie, jak przypomniał Piotr Duda, zlustrowanie Rady Dialogu Społecznego nie budziło dotychczas żadnego zainteresowania prominentów PiS. Nie budziło, bo lustracja nie była potrzebna do zamachu na Radę Dialogu Społecznego. Gdy natomiast okazała się przydatna, to po nią sięgnięto.
Piotr Duda w swym oświadczeniu stwierdza: „Oczekujemy od Prezydenta RP Andrzeja Dudy zdecydowanej reakcji, na ten bezprecedensowy atak na niezależny dialog społeczny w Polsce oraz bezsensowne podważenie prerogatyw Prezydenta RP”.
W ten sposób chce zagrać prezydentowi RP na ambicji, licząc, iż ten się poskarży do prezesa Kaczyńskiego, który poleci premierowi Morawieckiemu wydanie jakiegoś glejtu, czyli gwarancji nieodwołalności dla członków Rady Dialogu Społecznego. Akurat! Prezydent zna swoje miejsce w szyku i natychmiast bez zastrzeżeń podpisał ustawę o tarczy kryzysowej.
Żeby jednak pokazać rzekomą niezależność polskiej głowy państwa, jego rzecznik Błażej Spychalski poinformował (w prima aprilis), że Andrzej Duda skieruje do Trybunału Konstytucyjnego przepisy ze specustawy dotyczące funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego.
Podobno prezydent dostał zgodę na ów krok, gdyż ta kwestia była jednym z punktów narady jaką prezes Jarosław Kaczyński odbył ze swymi bliskimi współpracownikami. No cóż, może i kiedyś skieruje, co oczywiście nie będzie mieć najmniejszego znaczenia – ale być może uratuje prezydentowi trochę głosów w wyborach.
Natomiast szef „Solidarności” Piotr Duda dał wyraz swemu uzasadnionemu niezadowoleniu i stwierdził, że oburza nie tylko sam fakt wprowadzonych zmian, ale również ich tryb, miejsce i czas – czyli fakt, że stało się to w ramach niezwykle potrzebnej i pilnej ustawy łagodzącej skutki kryzysu wywołanego pandemią.
Zauważył też: „W poczuciu odpowiedzialności za szybkie uruchomienie wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników, oraz świadomi koniecznych ograniczeń w codziennym funkcjonowaniu, zostaliśmy praktycznie pozbawieni możliwości jakiekolwiek reakcji na bezpardonowy zamach na niezależny dialog społeczny”.
Wypada dodać, że dokładnie taki był cel działania prominentów PiS: właśnie dokonanie bezpardonowego zamachu na niezależny dialog społeczny, w sposób, który uniemożliwia jakąkolwiek reakcję.
Przewodniczący Piotr Duda podkreśla, że niestety – i to jest w tym wszystkim najgorsze – podważono zaufanie, a podważonego zaufania nie da się łatwo odbudować. Zapowiada więc, dość enigmatycznie, że: „„Solidarność” takich rzeczy nie zapomina i będzie to miało swoje negatywne konsekwencje w przyszłości”.
I tu się trzeba nie zgodzić z szefem „Solidarności”. Jego związek zapomni to raz dwa – i nie będzie to mieć żadnych konsekwencji dla rządzących. Przy najbliższych wyborach jak zawsze dostaną oni pełne poparcie od wiernych związkowców.

Bigos tygodniowy

Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Do sklepu czy na pocztę nie może wejść na raz więcej niż jedna osoba, a w kościele może przebywać jednocześnie 50 osób, które śpiewają i wygłaszają dziwne zdania, czyli rozprzestrzeniają wokół siebie ślinę w aerozolu. Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Jak się ma radykalny alert podtrzymywany przez rząd w związku z epidemią, jak się mają wszelkie wezwania ministra zdrowia i innych urzędników państwowych do zachowywania maksymalnych środków ostrożności, jak się ma zamknięcie szkół, wyższych uczelni, sądów, instytucji kultury, lokali gastronomicznych, supermarketów, zakładów usługowych, jak się ma wymóg wchodzenia pojedynczo do urzędów pocztowych i to do ściśle oznaczonej linii, do studiów telewizyjnych i radiowych, gdy odwołano mistrzostwa Europy w piłce nożnej, festiwal filmowy w Cannes i być może odwołana zostanie olimpiada w Japonii, etcetera, etcetera, etcetera, jak się ma praktyka licznych kwarantann, jak się ma wezwanie do nieprzychodzenia bez szczególnie uzasadnionej potrzeby do placówek służby zdrowia, jak się mają nieprzeliczone praktyki mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się epidemii, w tym między innymi zalecanie maksymalnie możliwego unikania bezpośrednich kontaktów, łącznie z unikaniem wspólnych spacerów – do trwania PiS przy przeprowadzeniu wyborów 10 maja? Jak się ten upór ma do definicji ewentualnego zagrożenia epidemiologicznego wypowiedzianej przed kamerą Polsat News przez dyrektora Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, która sprowadza się do sytuacji, w której co najmniej dwie osoby pracują w jednym pomieszczeniu przez co najmniej 15 minut? Jak się w końcu ma do tego osobisty apel Adriana do seniorów, by szczególnie chronili się przed zakażeniem – jak się to, do jasnej cholery, ma do uporczywego trwania władzy przy zachowaniu majowego terminu wyborów prezydenckich? Jojo Brudziński oficjalnie ogłosił zebranie 2 milionów podpisów pod kandydaturą Adriana. A przecież przeprowadzenie wyborów oznacza: konieczność zorganizowania tysięcy komisji wyborczych, czyli przebywania w jednym pomieszczeniu kilkorga osób przez wiele godzin, wzmożony, lawinowy ruch osobowy, w znaczącym stopniu osób starszych, zmierzający (pieszo lub środkami miejskiej komunikacji) do lokali wyborczych (dodatkowo dochodzi czynnik tempa przebiegu wyborów – jeśli głosujący będą wchodzili pojedynczo do lokali, to jak czas wyborów może zamknąć się w obrębie niedzieli?). Czy to nie będzie delikt kryminalny ze strony władzy, która w ten sposób narazi miliony ludzi na wzmożone ryzyko zakażenia, a więc zagrożenia zdrowia i życia? Czy to nie będzie delikt poważniejszy i bardziej karygodny niż łamanie Konstytucji, w którym to przypadku przynajmniej nie miało miejsca bezpośrednie narażenie ludzi na utratę zdrowia lub śmierć? Nawiasem: kilkuset lekarzy francuskich złożył pozew sądowy przeciw premierowi i minister zdrowia za przyzwolenie na wybory, co naraziło ludzi na śmierć. O tym, że de facto nikt, poza Adrianem, nie ma możliwości prowadzenia kampanii wyborczej już nawet nie wspomnę.

„W maju będziemy żyli w warunkach pandemii. Tylko wariat albo zbrodniarz mógłby proponować ludziom pójście do lokali wyborczych” – powiedział Donald Tusk. Z tej definicji wynika, że Kaczor, który kilka dni temu twardo opowiedział się za przeprowadzeniem wyborów 10 maja jest „wariatem lub zbrodniarzem”. Nie sprzeciwiam się tej opinii. Wystarczy poczytać relacje ze scen na lotniskach polskich, głównie Okęcia, w trakcie akcji „powrót do domu” obywateli polskich zza granicy. To co się działo na tych lotniskach i granicach zresztą też, nie było walką z wirusem, ale wspomaganiem go w intensywnych rozprzestrzenieniu się. I to przy zastosowaniu tzw. „procedur”. N.p. setki ludzi tłoczyły się w hali lotnisk, a inne setki przybywających na przejście w Zgorzelcu podpisywało oświadczenie o poddaniu się kwarantannie jednym podsuwanym im „służbowym” długopisem. Koronawirus mógł wesoło i żwawo przebiegać po tym długopisie z dłoni na dłoń. Nawiasem mówiąc, czyżby Prezesa, który poinformował, że „był w kościele” dotknął wirus Dzięgi. Oby w nie najcięższej postaci popychającej do korzystania z życiodajnej wody święconej ile dusza zapragnie. Życiodajnej w sensie życia wiecznego rzecz jasna.

Jedna z moich ulubionych posłanek, Klaudia Jachira (jaka szkoda, ze nie jest w Lewicy, tylko w KO, która do niej pasuje jak pięść do nosa) zwróciła uwagę na to, że epidemia uśpiła, a może po części sparaliżowała opozycję. Istotnie. Opozycja jakby zapomniała o niedawnym skandalu, jakim było przyznanie dwóch miliardów szczujni TVPiS, dwóch miliardów, które bardzo by się przydały na walkę z epidemią, zwłaszcza przy kolosalnych brakach przypomnianych przez samą pisówkę, Krynicką Bernadettę z Łomży. Opozycja powinna o tym nie mówić, a wyrykiwać donośnym głosem. Tymczasem nawet o szykowaniu się reżymu do wyborów prezydenckich mówi tak niemrawo, jakby chodziło o sprawę drugorzędną. Tymczasem powinna przez megafony ryczeć, że sam pomysł przeprowadzenia w terminie wyborów prezydenckich to skandal i głupstwo. Pojawił się mem z Adrianem stojącym obok urny cmentarnej i „zapraszającym do urn”

Mecenas Michał Wawrykiewicz mówi bez ogródek: już teraz, nie po ewentualnych wyborach można składać pozwy sądowe o zagrożenie zdrowia i o zaniechanie wyborów w nadzwyczajnych warunkach epidemii. Organizowanie wyborów tych warunkach jest działaniem prowadzącym do zagrożenia życia wielu osób. Artykuł 165 kodeksu karnego przewiduje za takie działania „sprowadzające niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej” karę do ośmiu lat więzienia, a w przypadku zaistnienia kwalifikowanej postaci tego przestępstwa: gdy następstwem tego czynu jest śmierć lub ciężki uszczerbek na zdrowiu – kara do dwunastu lat więzienia. Ten artykuł powinien być zaadresowany do prezydenta, premiera, marszałka Sejmu. „Sprawstwo nastąpi, jeśli wybory fatycznie zostaną zorganizowane w maju” – stwierdza Wawrykiewicz. Co do Kaczyńskiego, to prawnik jest zdania, że ten „szeregowy poseł” może zostać pociągnięty do odpowiedzialności za „podżeganie czy pomocnictwo”. „Dlatego w mojej ocenie – kontynuuje adwokat – w razie przeforsowania tej szalonej, zapewne tragicznej w skutki, decyzji można będzie mówić o odpowiedzialności karnej zarówno jego, jak i wielu innych osób, które uczestniczą w planowaniu wyborów, ryzykując życie milionów obywateli” – konkluduje. Ale to w odległej zapewne przyszłości. Na dziś, osobiście odmawiam, już teraz, uczestnictwa delikcie kryminalnym ludzi władzy, czyli pójścia na wybory na warunkach Kaczora. Czy ten człowiek jest obłąkany?

PS. Kącik poetycki
Ryszard Grosset

POMYSŁ GENIUSZA

Jest pomysł, co się zdaje durny
by emerytów gnać do urny
i ani trochę się nie zrażać
tym,że panuje w krąg zaraza.
Lecz ,gdy się trochę zastanowić,
wtedy w rozumie człowiekowi
myśl świta – prezes jest geniuszem
co problem chce rozwiązać z ZUSem.
Emeryt pójdzie – krzyżyk „walnie”,
złapie wirusa – skończy marnie.
Tą drogą siostry i braciszki
ZUS się uwolni od zadyszki.
Ruszaj do urny emerycie
Aby za państwo oddać życie.