Motoryzacja w obliczu pożądanych zmian

Nowe normy emisji dwutlenku węgla będą oznaczać konieczność wprowadzenia wielu ważnych zmian w funkcjonowaniu przemysłu samochodowego. To również kolejna, niewykorzystana szansa rozwojowa Polski.

Gdy 15 kwietnia 2019 r. przedstawiciele Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego zgodzili się na zredukowanie średnich emisji dwutlenku węgla przez nowe samochody osobowe o 15 proc. do końca 2025 r., i o 37.5 proc. do końca 2030, oznaczało to postawienie niełatwej do pokonania przeszkody przed unijnym przemysłem samochodowym.
Nie ma jednak przeszkód, których nie możnaby pokonać przy odrobinie wysiłku – i tak też będzie z dostosowaniem się do zaostrzonych norm emisji.

Trochę trudniej i drożej

Te nowe cele, określone już wcześniej w Porozumieniu Paryskim, są najambitniejsze z dotychczasowych, surowsze niż pierwotne propozycje (zakładające emisję zmniejszoną o 30 proc. do 2030 r.) – no i wyższe niż oczekiwali producenci samochodów.
Stawia to przed europejskim przemysłem motoryzacyjnym wyzwania na trzech polach – ocenia firma analityczno-ubezpieczeniowa Euler Hermes.
Po pierwsze, jest to wyzwanie przemysłowe, ponieważ takie cele będą wymagać zmiany proporcji produkcji układów napędowych, na rzecz pojazdów z alternatywnym źródłem zasilania, czyli głównie elektrycznych. Prognozuje się, że udział takich aut w całym rynku samochodowym powinien przekroczyć 25 proc. aby spełnić wymogi nowych przepisów unijnych.
Po drugie, wyzwanie finansowe. Na podstawie danych z minionych lat, można szacować, że suma kar, naliczonych dla najważniejszych producentów samochodów na rynku europejskim za nie dostosowanie się do norm wyznaczonych na lata 2025 i 2030, osiągnie łącznie około 30 mld euro. Do dziś żaden z nich nie zdołał spełnić wymagań ograniczenia emisji CO2 wyznaczonych na 2021 r (choć może zdążą, bo mają jeszcze półtora roku czasu). Przypomnijmy, że obecny limit to 130 gramów dwutlenku węgla na jeden przejechany kilometr, zaś od początku 2021 r. zostanie on zmniejszony do 95 g CO2/km.
Kary w wysokości ok. 30 mld euro stanowiłyby prawie 45 proc. łącznych zysków netto koncernów samochodowych w Europie, osiągniętych w 2018 r. (67 mld euro). Ponadto, wspomniana wcześniej korekta w proporcji stosowanych układów napędowych, która będzie konieczna do spełnienia celu emisji, pociągnie za sobą znaczący wzrost kosztów produkcji przemysłu samochodowego (o 7 proc. do 2020 r.).
W rzeczywistości jednak, skutki finansowe z pewnością nie będą tak dotkliwe. Nowe samochody będą przecież droższe, co znacząco zmniejszy łączny ubytek zysków przemysłu samochodowego.
Jest też wreszcie wyzwanie handlowe.
„Pełne przeniesienie dodatkowych kosztów produkcji na konsumentów doprowadzi do spadku (według szacunków o 9 proc.) w sprzedaży samochodów do końca 2020 r., i o 18 proc. do 2025 r.” – wskazuje Euler Hermes. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak to się ma do nowych norm emisji CO2, które są wyznaczone przecież na lata 2025 i 2030, ale przyjmijmy, że jakiś spadek sprzedaży nowych samochodów jednak nastąpi. I bardzo dobrze, że nastąpi.

W granicach błędu statystycznego

Mniej sprzedawanych samochodów to korzystna wiadomość dla grzęznącej w korkach i chmurach spalin Europy oraz jej mieszkańców – ale oczywiście nienajlepsza dla właścicieli fabryk motoryzacyjnych. Nie ma się jednak czym przejmować.
Jak ocenia Euler Hermes, konsekwencje wdrożenia zaostrzonych norm emisji dwutlenku węgla zmniejszą o 0.1 punktu procentowego tempo wzrostu francuskiego i niemieckiego produktu krajowego brutto (z niewiadomych powodów o włoskim PKB tu się nie wspomina).
Jest to więc minimalny ubytek, w granicach błędu statystycznego. Może on – choć nie musi – zagrozić istnieniu 60 tys. miejsc pracy w Europie, co w świetle różnych kryzysów przeżywanych wcześniej przez nasz kontynent nie byłoby czymś dramatycznym.
Producenci samochodów zrobią naturalnie wszystko co możliwe, aby ratować poziom swoich zysków. Wykorzystają rezerwy finansowe, zredukują koszty, przeprowadzą dalszą konsolidację branży. Te wszystkie, jak najbardziej korzystne i pożądane rozwiązania (których przecież by nie było, gdyby UE nie wprowadziła kolejnych ograniczeń w emisji CO2) umożliwią im częściowe dostosowanie się do nowych wymogów (w około 30 proc.).
W rezultacie, do końca 2020 r. może nastąpić wzrost średnich cen samochodów o 2.6 proc., spadek liczby rejestracji nowych aut o 3.1 proc, spadek przychodów ze sprzedaży samochodów o 2.9 mld euro. Takie mają być skutki wdrożenia tych norm emisji dwutlenku węgla, które zaczną obowiązywać od początku 2021 r.
Jakie będą konsekwencje zastosowania ostrzejszych norm emisji, przewidzianych na lata 2025 i 2030? Po prostu, nie wiadomo – choć można zakładać, że okażą się nieco dotkliwsze.

Europa sobie z tym poradzi

Czy wszystko to stanowić będzie problem dla Europy? Oczywiście nie. Nastąpi wprawdzie spadek zysków koncernów samochodowych (pogłębiony o ewentualne kary za niedostosowanie się do nowych norm emisji) – ale przecież to nie oznacza strat. Branża jako całość, i wszyscy jej ważniejsi przedstawiciele, pozostaną nadal zyskowni. Z spadku sprzedaży nowych samochodów na terenie UE wypada się tylko cieszyć.
Niekorzystną konsekwencją może być natomiast ewentualny ubytek tych 60 tys miejsc pracy, ale w skali całej Unii Europejskiej byłaby to naprawdę niewielka liczba, łatwa do wyrównania w jakiejkolwiek innej dziedzinie aktywności życiowej.
A co nowe ograniczenia w emisji CO2 przez samochody mogą oznaczać dla Polski? Chyba także niewiele. Przez to, że w Polsce dominuje produkcja części, a nie gotowych pojazdów, fabryki w naszym kraju są mniej narażone na skutki zawirowań w europejskiej motoryzacji.
Ponadto, na tle innych krajów europejskich u nas są znacznie niższe koszty pracy (to właśnie z tego powodu, że w Polsce gorzej się zarabia, niektóre koncerny motoryzacyjne ulokowały u nas część swej produkcji). Przy prognozowanym spadku zysków europejskiej branży motoryzacyjnej, możliwość osiągnięcia niższych kosztów produkcji będzie bardzo pożądana – zatem tania siła robocza może być powodem dalszego rozwijania zagranicznych inwestycji motoryzacyjnych w naszym kraju.

Nasza kolejna zmarnowana szansa

Tracimy natomiast inną, wielką szansę – ale nie z powodu wprowadzania kolejnych ograniczeń w wydzielaniu dwutlenku węgla, lecz w wyniku indolencji i cynizmu ekipy rządzącej z Prawa i Sprawiedliwości.
Zwiększone ograniczenia w emisji CO2 oznaczają coraz lepszą koniunkturę dla pojazdów elektrycznych. Polska mogłaby się włączyć w rozwój przemysłu elektro-motoryzacyjnego. Zamysł rozwijania elektromobilności, ogłoszony przez Mateusza Morawieckiego, przewidujący rozpoczęcie produkcji własnych aut elektrycznych, był całkiem rozsądną koncepcją, zakładającą aktywne uczestnictwo Polski w branży, która dopiero zaczyna się rozwijać, więc przewaga innych państw jeszcze nie jest znacząca – i możliwa do nadrobienia.
Ta szansa rozwojowa została już kompletnie zmarnowana. Okazało się, że program elektromobilności był wyłącznie chwytem propagandowym, przedstawionym przez PiS-owską ekipę rządzącą dla potrzeb lepszych notowań w sondażach popularności. Wiadomo już, że nie będzie masowej produkcji polskiego auta elektrycznego.
Inna sprawa, że liderzy PiS od początku nie traktowali serio swoich obietnic rozwoju elektromobilności (jak i bardzo wielu innych). Problem polega na tym, że część wyborców wciąż wierzy w ich, delikatnie mówiąc, bardzo dalekie od prawdy zapowiedzi, dotyczące unowocześniania naszej gospodarki.

Bez układu nie da rady

Mimo bierności polskiego rządu, nasi producenci wciąż mają szanse, aby skutecznie zaistnieć na chińskim rynku i zwiększyć eksport.

W Polsce określenie układ budzi pejoratywne skojarzenia. W Chinach guanxi, czyli układ, otwiera drogę do sukcesu. Sam fakt pochodzenia kontrahenta z zachodu, kojarzonego z pieniędzmi, uchyla w Chinach wiele drzwi. Tym niemniej, wiele z tych drzwi nie otworzy się szerzej, jeśli nie będziemy potrafili wejść w guanxi. Zatem znajomość chińskich realiów może znacząco wpłynąć na to, czy chiński partner będzie lubił i szanował swego polskiego kontrahenta, czy może większym szacunkiem obdarzy jego pieniądze.
Nie ma jednej recepty na udany biznes z Chinami. Nie ma określonego wzoru, przepisu czy magicznego zaklęcia, gwarantującego sukces na tym ogromnym rynku. Istnieje jednakże klucz do rozpoczęcia całego procesu tak, by szansa na powodzenie biznesu była jak największa. Tym kluczem jest wiedza, cenna dla wszystkich – importerów i eksporterów.
Taką wiedzą – użyteczną, popartą praktyką – podzielili się eksperci debat i seminariów organizowanych podczas trwania Kongresu Gospodarczego Europy Centralnej i Wschodniej. Jedna z ekspertek, Paulina Kiełbus-Jania mówiła właśnie o wpływie chińskiej kultury na negocjacje biznesowe.
Kongres odbywał się jednocześnie z China Homelife Poland, największymi w Europie Centralnej i Wschodniej targami artykułów chińskich. Ofertą wystawców zainteresowało się wiele tysięcy handlowców, przedsiębiorców i gości odwiedzających targi. Tegoroczna edycja została wzmocniona o filar eksportowy – targi Export Expo. Regionem patronackim targów było Mazowsze.
– Dynamika kolejnych edycji targów China Homelife w Polsce świadczy o rosnącej wadze tego wydarzenia. Ważne, że zdecydowano o zorganizowaniu targów Export Expo, co umożliwia ekspozycje towarów produkowanych w naszym regionie Europy – oświadczył marszałek Mazowsza Adam Struzik.
Na targi, odbywające się w Ptak Warsaw Expo w dniach 29-31 maja, przyjechało około 1100 wystawców ze wschodniego wybrzeża Chin (prowincje Zhejiang, Guangdond, Anhui, Shandong) oraz Hongkongu. Reprezentują ogromny potencjał. Sama tylko prowincja Zheijang zajmuje prawie jedną trzecią obszaru Polski. Zamieszkuje ją ponad 55 milionów ludzi. Stolica prowincji, Hangzhou jest ważnym centrum gospodarczym. W ubiegłym roku odwiedziło ją ponad 180 milionów turystów. Te liczby dają wyobrażenie o rynkowym potencjale chińskich partnerów.
W Polsce zjawili się przedstawiciele czołowych marek, jak ASD, Longliqi, Hengyi Petrochemical, Chunfeng Garment, Double Gun, Rider Intelligence, Jinfulai, Huajian i wiele innych. Proponowali produkty z branż takich jak elektronika, materiały budowlane, meble, odzież i tekstylia, oświetlenie, wyposażenie domów, dekoracje.
Na stoiskach obecni byli certyfikowani dostawcy i producenci, sprawdzeni już kontrahenci, gwarantujący jakość oferowanych wyrobów i sprawną dostawę.
Podkreślał te wartości Xu Ming, sekretarz generalny urzędu miasta Hangzhou, podczas gali Europejskich Laurów Przedsiębiorczości. Mówił o jakości działania: – Jakość jest życiem produktów. Ma szczególne znaczenie na rynku europejskim – a my stawiamy właśnie na jakość. Mam nadzieję, że dzięki jakości nasze wyroby zdobędą odbiorców na rynkach światowych.
Jak podsumował Marek Traczyk, prezes Warszawskiej Izby Gospodarczej, na zaproszenie WIG na targi przyjechało prawie 2000 handlowców z krajów z Europy Centralnej i Wschodniej – a także przedstawiciele ponad 50 izb i organizacji gospodarczych z Białorusi, Chorwacji, Czech, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski, Rosji, Słowacji, Ukrainy.
Warto tu zwrócić uwagę na Izbę Przemysłowo-Handlową z Petersburga bo to jedna z najstarszych i największych takich organizacji w Rosji. Zrzesza ponad 4000 rosyjskich i zagranicznych małych, średnich i dużych firm, współpracuje z izbami z 70 krajów. Teraz kolejną umowę o współpracy zawarła właśnie z Warszawską Izbą Gospodarczą.
O potrzebie rozwijania kontaktów gospodarczych z Chinami świadczy fakt, że wystawcy odnotowali wyraźny wzrost zainteresowania swymi produktami. Pomogło w tym zapraszanie handlowców do odwiedzenia targów z zapewnieniem im transportu i poczęstunku, a dla gości z zagranicy także noclegu. Łącznie przyjęto około 5000 przedsiębiorców.
Targi dały możliwość dokładnego zapoznania się z asortymentem oferowanych towarów. Przyjechali handlowcy z całej Polski, spotykali się kupcy z dostawcami. Przede wszystkim jednak można było umocnić to, co najważniejsze w relacjach biznesowych: wzajemne zaufanie – i przyczynić się do zacieśnienia współpracy pomiędzy przedsiębiorcami z Chin i Polski.
Organizatorzy zaproponowali dobrze przyjęty program, dzięki któremu do przedsiębiorców dobierani byli odpowiedni chińscy producenci. W przypadku bariery językowej zawsze można było rozmawiać za pośrednictwem tłumacza.
Targi China Homelife Poland organizowane są w naszym kraju przy współpracy z Warszawską Izbą Gospodarczą. Stanowią one międzynarodową markę – pod taką samą nazwą podobne targi odbywają się w 13 regionach świata. China Homelife Poland są jedyną w tej części Europy edycją tego wydarzenia i obejmują swym zasięgiem 16 krajów Europy Centralnej i Wschodniej.
Kolejna, dziewiąta edycja targów planowana jest na maj 2020 roku. Po raz czwarty będzie im towarzyszył Kongres Gospodarczy Krajów Europy Centralnej i Wschodniej. Wiadomo już, że więcej powierzchni zajmą wystawcy w strefie targów Export Expo – nie tylko z Polski, bo przyjadą także eksporterzy z innych państw Europy Centralnej i Wschodniej.
Dla Chin jest to ważna platforma do realizacji wielkiego projektu handlowego „Jeden Pas, jedna Droga”. Dla polskiej gospodarki – szansa, że skorzystamy z tego projektu jako liderzy tej części Europy.
O korzyściach płynących z obecności na targach i kongresie mówili przedstawiciele wszystkich zaproszonych izb, deklarując już udział w następnej edycji zjazdu samorządów gospodarczych Europy Centralnej i Wschodniej organizowanych pod egidą Warszawskiej Izby Gospodarczej.
Targi i kongres mogą stworzyć platformę wspólnego handlowego dialogu przedsiębiorców chińskich i europejskich. Na razie jest to raczej handlowy monolog, w którym rola głównego dostawcy przypada Chinom. Wiadomo, że nie zrównoważymy chińskiego eksportu, ale, zwłaszcza przy okazji takich imprez, trzeba robić wszystko, aby partnerów z Państwa Środka zainteresować polskimi wyrobami.
Dlatego na targach swoje produkty i usługi proponowali nasi przedsiębiorcy z branż takich jak przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka, kosmetyki, meble, spedycja międzynarodowa, platformy e-commerce.
Kontaktami z importerami z Chin szczególnie zainteresowana jest branża rolno-spożywcza, bo nadzieje na poprawę naszego bilansu handlowego eksperci pokładają zwłaszcza w żywności. Polska ma tu ogromne możliwości, ale w eksporcie przeszkadza zawiła biurokracja, bariery, celne, transportowe i kulturowe. Na razie do Państwa Środka wysyłamy głównie kurczaki i indyki, natomiast eksport wieprzowiny jest nadal blokowany. Niestety, rząd PiS praktycznie nic nie robi, aby wspomóc polskich eksporterów w działaniach na wielkim chińskim rynku.

PiS chce wrócić do gospodarki nakazowej

Na pierwszy ogień idzie branża owocowo-warzywna. Zamiast wolnego rynku będą sposoby rodem z głębokiego PRL-u: ceny ustalane odgórnie, administracyjne metody regulowania skupu, oraz wyjątki dla „swoich”.

Naszej branży owocowo – warzywnej grozi kryzys, mogący przerodzić się wręcz w bardzo głębokie załamanie.
Wszystko za sprawą działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zamierza regulować ten rynek za pomocą metod administracyjnych, zaczerpniętych z najgorszych czasów PRL-owskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

Powrót do nakazów i zakazów

Rząd w trybie pilnym przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych, oczywiście nie informując szerzej głównych zainteresowanych stron, a w szczególności polskich rolników.
Propozycja strony rządowej, przygotowana pod naciskiem niektórych największych lobbystów rolniczych, w tym głównie grup producenckich oraz dużych producentów porzeczek, aronii i jabłek zakłada wprowadzenie zasad obrotu owocami w sposób regulowany, co było właśnie praktyką centralnego planowania w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Głównym założeniem zmian do wspomnianej ustawy jest administracyjne regulowanie cen na owoce i warzywa (ceny ustalał będzie Minister Rolnictwa dwa razy w roku), a także szczegółowe zapisy dotyczące wielkości produkcji i czasu dostawy zawarte w umowach kontraktacyjnych. Polscy rolnicy zostaną w ten sposób zmuszeni do zawierania umów z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Kategorycznie zakazana będzie dla rolników sprzedaż produktów rolnych do przemysłu przetwórczego i do punktów skupu bez umów kontraktacyjnych!
Niekorzystne zapisy nowelizacji ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych powstały na rzecz lobby kilku podmiotów rynku – i tylko oni na tym zyskają. Stracą – wszyscy inni, a konsekwencje wprowadzenia tych zmian w życie doprowadzą do niekorzystnych zmian strukturalnych w całym sektorze.

Przepis na załamanie rynku

Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw wystosowało list otwarty do rolników, sadowników oraz firm uczestniczących w obrocie owocami i warzywami. Stwierdza w nim, odnosząc się do zamierzeń rządu:
„Następstwem takich działań będzie kryzys ekonomiczny tysięcy małych i średnich gospodarstw rolnych oraz widmo bankructwa i długotrwałej zapaści większości zakładów przetwórczych w Polsce.
Biorąc pod uwagę rozdrobnienie gospodarstw rolnych w Polsce i skalę produkcji indywidualnej, a także tradycyjne sposoby sprzedaży, należy spodziewać się znacznego pogorszenia sytuacji ekonomicznej polskiej wsi, a w niedalekiej przyszłości ograniczenia produkcji na rynek krajowy i rynki zagraniczne, utraty pozycji handlowej na rynku globalnym. Długo budowana pozycja konkurencyjna polskich produktów rolnych zostanie bezpowrotnie utracona, a koszty jej przywrócenia mogą być bardzo wysokie.
W założeniach ustawy przewiduje się stosowanie cen rynkowych – ale tylko i wyłącznie w zakresie ustalonych tzw. cen referencyjnych. Trudno zrozumieć w jaki sposób będą one ustalane skoro każdy rolnik przywiązany będzie tylko i wyłącznie do tego odbiorcy, z którym ma zawarty kontrakt. To odbiorca (punkt skupu, przetwórca) będzie mógł narzucać dowolną cenę w tych granicach, uznając ją za ceną rynkową. Taki stan rzeczy pozbawi polskiego rolnika podstawowej wolności wyboru, jaką gwarantuje mu mechanizm wolnego rynku i dobre praktyki handlu.
W tej sytuacji skorzystają konkurenci polskich firm przetwórczych (np. z Serbii, Ukrainy, Mołdawii, Bułgarii, Rumuni), którzy na wiele miesięcy przed sezonem będą znali ceny polskich produktów rolnych i kalkulując sprzedaż z 1-2 proc. obniżką cen sprzedadzą swoje towary na rynku. Takie działanie z czasem może wyeliminować polskie firmy przetwórcze z rynku europejskiego. Przetwórcy, dostosowując się do narzuconych warunków umów kontraktacyjnych, obawiając się strat i bankructw, ograniczą kontraktację tylko do bezpiecznego pułapu np. do około 50 proc. mocy przetwórczych. Wiele średnich i małych gospodarstw rolnych nie znajdzie chętnych na zakontraktowanie swoich produktów lub zakontraktuje tylko małą część.
W ustawie planowane jest uprzywilejowanie niektórych podmiotów rynkowych, czyli grup producenckich, spółdzielni zrzeszających producentów danego surowca oraz innych organizacji producentów owoców i warzyw, które będą miały możliwość obrotu bezkontraktowego. Uprzywilejowane podmioty z pewnością wykorzystają swoją przewagę rynkową, skupią nadwyżki surowców po zaniżonych cenach i będą oferować wyroby gotowe w cenach dumpingowych, ustalając niskie ceny na rynku zbytu, których poziom nie pokryje nawet kosztów wytworzenia produktu przez uczciwie działające przedsiębiorstwa przetwórcze.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba zadać sobie następujące pytania:
– Co zrobi rolnik w sytuacji, gdy nie znajdzie zainteresowania ze strony odbiorcy na zakontraktowanie swojej produkcji?
– Co zdarzy się wówczas, gdy odbiorca z którym rolnik zawarł kontrakt (często mała firma skupowa) okaże się nieuczciwy lub nie wypełni warunków kontraktu?
– Czy rolnik mając wiedzę, że odbiorca z którym zawarł umowę jest niewypłacalny, będzie mógł odmówić dostawy i sprzedać produkty innemu odbiorcy?
– Czy rolnik może sprzedać towar innemu odbiorcy który oferuje mu znacznie wyższą cenę?
Odpowiadając na te pytania, należy z całą stanowczością podkreślić, że rolnicy stają się zakładnikami umów kontraktacyjnych. Ustawa pozbawia ich możliwości wolnorynkowego handlu produktami rolnymi. Rolnicy bez umów kontraktacyjnych zostaną zmuszeni do pozostawiania swoich plonów na polu lub sprzedaży po niekorzystnych, drastycznie zaniżonych cenach uprzywilejowanym podmiotom, takim jak np. grupy producenckie czy spółdzielnie. W przypadku wiedzy o niewypłacalności odbiorcy, rolnik pozostanie w sytuacji bez wyjścia, gdyż z dnia na dzień nie będzie mógł zmienić umowy kontraktacyjnej a tym samym odbiorcy, ani sprzedać towaru w innym miejscu. W rezultacie rynek produktów rolnych zostanie zablokowany ustawowo, a rolnicy pozbawieni możliwości wolnorynkowej sprzedaży dla przetwórstwa..
Wszelkie odstępstwa od zapisów ustawy skutkują wysokimi karami ustalonymi przez ustawodawcę, zarówno dla rolników jak i odbiorców, które kształtują się od 8 do 15 proc. wartości transakcji kupna-sprzedaży. Ustawa, która miała wspierać polskich rolników i przetwórców w sprawnym funkcjonowaniu na rynku, spowoduje paraliż całego sektora, doprowadzając do strat ekonomicznych i społecznych.
Otwartym pozostaje pytanie, jaki i czy w ogóle jest sens tak szybkiego procedowania wadliwej ustawy, w roku, w którym rolnictwo dotknięte falą przymrozków wiosennych może osiągnąć dużo niższe zbiory a co za tym idzie, wysokie będą ceny zbytu, gwarantujące opłacalność produkcji. Należy pamiętać o rosnącej konkurencji zagranicznej, głównie ze strony rynku ukraińskiego”.

Trzeba się bronić

Tyle list stowarzyszenia. Ta sprawa dotyczy wielu tysięcy rolników indywidualnych oraz setek zakładów przetwórczych, których przyszłość w nowych realiach ustawowych może okazać się zagrożona.
Dlatego właśnie Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw zwraca się do wszystkich zainteresowanych rolników, samorządów lokalnych, organizacji pozarządowych i innych podmiotów, aby aktywnie włączyli się w dyskusję – i nie dopuścili do uchwalenia wadliwych przepisów.
Działacze PiS nie zwykli wprawdzie słuchać głosów przedstawicieli strony społecznej, ale trzeba próbować – i robić swoje.

Co wypije Polak po podwyżce?

Optymiści (czyli resort finansów) uważają, że po wzroście VAT-u na napoje owocowe zwiększy się konsumpcja soków. Pesymiści (producenci napojów owocowych) są zdania , że zaczniemy pić coraz więcej niezbyt zdrowych gazowanych słodkich trunków.

Ponad 22 mld zł wynosi obecnie wartość polskiego rynku soków, nektarów i napojów owocowych, z tendencją wzrostową. W przyszłym roku może on urosnąć do 24 mld złotych.
Najlepiej sprzedającym się produktem z tej grupy jest woda mineralna, drugie miejsce zajmują rozmaite napoje gazowane, zaś trzecie, soki, nektary i napoje owocowo-warzywne. Wartość tej ostatniej części rynku to ok. 5,9 mld zł. Z tej kwoty połowę (czyli niespełna 3 mld zł) stanowią napoje owocowe i owocowo-warzywne. I o ich opodatkowanie toczy się właśnie spór.
Jak planuje Ministerstwo Finansów, jedna stawka dla wszystkich soków i napojów owocowych zostanie – od początku przyszłego roku – zmieniona na trzy stawki, uzależnione od rodzaju napoju. Według najnowszych zamierzeń Ministerstwa Finansów, soki spełniające wymogi dla nich przeznaczone, w dalszym ciągu opodatkowane będą 5-procentowym VAT-em. Wzrośnie VAT na nektary (o 3 p. proc.), do 8 proc., oraz na napoje owocowo-warzywne (aż o 18 p. proc.), do 21 proc.
Można zrozumieć intencje resortu finansów, oprócz tych czysto fiskalnych. Choć sprzedaż soków w Polsce rokrocznie się podnosi, to wciąż ustępują one napojom i stanowią 38 proc. całej sprzedaży tych trzech trunków. Nektary stanowią 12 proc. struktury spożycia, a napoje 50 proc. Resort zakłada, że po takiej zmianie VAT-u napoje owocowo-warzywne staną się znacznie droższe, a wiec ludzie chętniej zaczną kupować, dużo bardziej wartościowe, soki.
Polacy są w czołówce społeczeństw konsumujących soki, nektary i napoje. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju wypija ich 35 litrów w ciągu roku.
Jest to więcej, niż średnia europejska. Z porównywalnych wielkością krajów, więcej tego rodzaju trunków niż piją jedynie Niemcy.
Rzecz jednak w tym, że jak wspomniano, soki stanowią zaledwie 38 proc. konsumpcji całej grupy tych trunków.
Polska jest też ważnym producentem owoców. Pod tym względem w Unii Europejskiej nasz kraj ustępuje jedynie Włochom, Hiszpanom, Grekom i Niemcom. W przypadku wielu rodzajów owoców jesteśmy liderami na rynku. Tak jest w przypadku jabłek, których Polska produkuje najwięcej w Unii Europejskiej, a na świecie ustępuje jedynie Chinom.
Unijnym liderem Polska jest także w produkcji malin, wiśni, porzeczek, aronii, borówki wysokiej. Czołowe miejsca polscy producenci zajmują również w produkcji truskawek (ustępując w UE jedynie Hiszpanii), agrestu i aronii.
Rocznie produkuje się u nas 300 tys. ton zagęszczonego soku jabłkowego oraz 40 tys. ton zagęszczonych soków z tzw. owoców kolorowych. Ponad 100 tysięcy gospodarstw rolnych uprawia drzewa owocowe. To wszystko sprawia, że przetwórstwo owocowo-warzywne jest ważną i eksportową częścią polskiego przemysłu spożywczego. Udział polskiego rynku w sprzedaży wynosi 6 proc. całej sprzedaży UE.
Producenci napojów owocowych alarmują, że żądana przez resort finansów zmiana może spowodować bardzo niebezpieczne skutki dla rynku napojów owocowych i sadowników.
Uważają oni, że konsumenci nie akceptujący podwyższonych cen na napoje owocowo-warzywne, mogą częściej wybierać różne trunki gazowane, które po planowanej podwyżce będą do kupienia dużo taniej od napojów owocowych.
Producenci napojów, dla zminimalizowania kosztów podwyżki podatków, mogą zaś obniżać jakość swoich produktów zmniejszając zawartość soku (z 20 proc. do nawet 10 proc. lub mniej), co wpłynie na ich wartości odżywcze (oraz dodatkowo, na zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa).
Wbrew opinii Ministerstwa Finansów proponowana podwyżka VAT nie wpłynie na poprawę jakości płynów kupowanych przez Polaków, a wręcz przeciwnie – sprawi, że zwiększy się udział w rynku słodzonych napojów gazowanych – ocenia Warsaw Enterprise Institute.
Zarówno producenci napojów jak i WEI, uważają, że klienci, z niewiadomych powodów nie zaczną trochę chętniej konsumować soków, które po zmianie VAT-u staną się przecież relatywnie tańsze w porównaniu z napojami. A soków, które są najcenniejsze dla zdrowia, Polacy wciąż przecież piją za mało. Mogłaby ich do tego zachęcić właśnie podwyżka VAT-u na napoje owocowe.
Sok otrzymuje się z owoców i warzyw. Zakazane jest dodanie do niego cukru, słodzików i innych substancji słodzących, barwników, konserwantów oraz wszelkich aromatów, za wyjątkiem tych powstałych z owoców i warzyw, z których sok jest wyprodukowany. Czyli, czysta natura. Dosłodzenie dozwolone jest jedynie w przypadku soków owocowo-warzywnych. Soki mogą być natomiast wzbogacone w witaminy i sole mineralne – dzięki czemu będą jeszcze zdrowsze.
Sok należy odróżnić od nektaru, który musi zawierać minimum od 25 proc. do 50 proc. soku bądź przecieru z owoców i warzyw. Pozostałą częścią nektaru może być woda, cukier, miód, czasami kwas cytrynowy. Podobnie jak w przypadku soków, do nektarów nie można dodawać barwników i konserwantów oraz aromatów innych, niż uzyskany z owocu bądź warzywa, z którego powstaje produkt. Procentowa obecność soku różni się w zależności od rodzaju nektaru. W przypadku nektaru z jabłek, ananasa czy brzoskwini udział soku musi wynosić co najmniej 50 proc. Mniej soku (min. 25 proc.) mogą zawierać nektary z owoców, z których nie produkuje się soków, bo byłyby za kwaśne lub zbyt intensywne i niesmaczne. To np. czarna porzeczka czy wiśnia.
Najszersza – i z największą gamą dodatków – jest grupa napojów. W Polsce mamy ich dwa rodzaje: napoje owocowo-warzywne z minimum 20-proc. zawartością soku czy przecieru, oraz pozostałe napoje (w tym gazowane) o dowolnym smaku, z zerową lub nieznaczną zawartością soku. Można dodawać do nich substancje, które zakazane są w przypadku soków i nektarów (sztuczne barwniki, aromaty, ulepszacze smaku). Nawet jeśli do 100-proc. soku owocowego doda się np. przyprawy bądź ich ekstrakty, to z prawnego punktu widzenia nie będą to już produkty określane mianem soków.

U nas mogą być gorsze

Zachodni producenci rzeczywiście sprzedają w Polsce wyroby, mające niższą jakość niż identyczne, sprzedawane u nich. NIK uważa, że trzeba im na to pozwolić.

Polacy od zawsze uważają, że szereg artykułów – zwłaszcza spożywczych i służących utrzymaniu czystości – dostarczanych na nasz rynek przez zachodnie firmy ma gorszą jakość, niż te same artykuły obecne na rodzimych rynkach tychże firm.
Przedstawiciele zachodnich firm od zawsze odpowiadają zaś, że nic podobnego, jakość zawsze jest na wszystkich rynkach identyczna, co najwyżej skład niektórych produktów może się minimalnie różnić, ze względu na nieco odmienne upodobania grup konsumentów w różnych krajach.
To oczywiście lipa, bo wiadomo, że nikt przecież nie bada, jaki skład takiego czy innego produktu bardziej odpowiada Polakom, a jaki np. Niemcom czy Francuzom.
Wiadomo też, że jeśli chodzi o proszki i płyny do prania czy zmywania, to rzeczywiście, te proszki, które firmy zachodnie sprzedają w Polsce, są gorsze od identycznie nazywanych i opisywanych proszków, sprzedawanych na zachodzie.
W tym przypadku nasza powszechna opinia okazała się słuszna, choć przedstawiciele zachodnich firm produkujących chemię domowa nadal utrzymują, że tak nie jest. Oczywiste jednak, że „chemia domowa z Niemiec” jest lepsza niż ta sama chemia domowa, wytwarzana przez niemieckie firmy w Polsce lub eksportowana na nasz rynek. Inna sprawa, czy różnica w jakości rzeczywiście jest tak znacząca, że warto za nią przepłacać.

Jaki olej woli Polak?

Pojawiają się też pierwsze twarde dowody na to, że niektóre zachodnie artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są bardziej dziadowskie, niż zachodnie artykuły spożywcze sprzedawane na zachodzie.
W ciągu dwóch ostatnich lat nasza Inspekcja Handlowa porównała jakość produktów oferowanych konsumentom z Polski i Europy Zachodniej. Sprawdzono jakość 101 par identycznych produktów. Istotne różnice dotyczyły 12 produktów. Te co trafiały do nas, były oczywiście gorsze.
Inspekcja Handlowa enigmatycznie stwierdza: „Częściej niższą jakość wykazywały produkty przeznaczone na polski rynek”.
I tak na przykład, według wyników badań przeprowadzonych przez Inspekcję Handlową, niemieckie chipsy paprykowe Crunchips sprzedawane w Polsce były smażone na oleju palmowym, zawierały glutaminian monosodowy oraz miały wyższą zawartość tłuszczu.
Tymczasem niemieckie chipsy Crunchips sprzedawane w Niemczech smażone były na oleju słonecznikowym, bez wzmacniacza smaku.
Jedna z czekolad z orzechami firmy Milka kupiona w polskim sklepie miała mniej orzechów niż ta sama Milka z rynku niemieckiego, a herbatniki w Polsce miały nieco większe opakowanie, ale za to zawierały o 25 g produktu mniej niż w Niemczech.
Kawa Nescafe Classic jest zaś mocniejsze w Niemczech niż w Polsce.
Wiadomo, że w tych i dziesiątkach innych przypadków nikt przecież nie badał upodobań polskich konsumentów i nie sprawdzał, czy bardziej wolą oni czipsy na oleju palmowym od czipsów na oleju słonecznikowym. Ani czy rzeczywiście bardziej im smakuje czekolada orzechowa z małą liczbą orzechów albo kawa słabsza od mocniejszej.

Wszystko nam można wcisnąć

Chodzi wyłącznie o to, że kierownictwa dużych zachodnich firm są przekonane, że w Polsce bez problemów można sprzedawać gorsze produkty za taką samą bądź wyższą cenę niż u siebie, bo polscy klienci nie są zbyt wybredni, ani nie zauważą różnicy. I przez długi czas mieli oni rację.
Ostatnie lata przyniosły jednak wzmożone wyjazdy Polaków za granicę, pojawiły się znacznie szersze możliwości porównywania róznych wyrobów u nas i u nich – i okazało się, że coraz częściej wydaje nam się, iż dostrzegamy różnice. A teraz, wiadomo już, że te różnice rzeczywiście istnieją.
I niczego tu nie zmienia fakt, że w dwóch z 12 identycznych produktów, różniących się jakością, lepsze były te przeznaczone na polski rynek. Czekolada Milka Oreo produkowana dla polskiego konsumenta zawierała mniej zamiennika tłuszczu kakaowego i miała lepszą jakość od tej samej czekolady sprzedawanej w Niemczech; natomiast napój Capri Sun Orange oferowany w Polsce miał w sobie 20 proc. soku pomarańczowego, podczas gdy ten sam napój ze sklepu w Niemczech, tylko 7 proc. soku pomarańczowego.
Z badania przeprowadzonego przez Inspekcję Handlową wynika także, że 22 produkty były droższe w Polsce niż w Niemczech – choć to Niemcy zarabiają lepiej od Polaków.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, nie chcąc zadrażnień z wielkimi niemieckimi firmami zastrzega, że próba badania jest jednak zbyt mała, żeby odnosić ją do całego rynku – i na tej podstawie stwiedzać, że ich produkty sprzedawane u nas są gorsze od ich produktów sprzedawanych u nich.
UOKiK zapowiada, że wyniki testów porównawczych przperowadzonych przez Inspekcję Handlową przekaże do Komisji Europejskiej, która od pewnego czasu zajmuje się problemem podwójnej jakośći żywności na rynkach Unii Europejskiej. UOKiK, delikatnie mówiąc, nie wykazuje tu specjalnego pośpiechu, bo testy zostały zakończone już kilka miesiecy temu i było aż nadto czasu, by je przesłać komu trzeba.
Już wcześniej niż w Polsce, podobne testy porównawcze produktów zostały przeprowadzone także w innych państwach członkowskich z Europy Środkowo – Wschodniej, czyli w Chorwacji, Czechach, Słowacji i na Węgrzech. Także stwierdzono w nich, że istnieje zjawisko podwójnej jakości.

Róbta tak dalej

Komisja Europejska, w której pierwsze skrzypce grają bogate, zamożne państwa zachodnie, ma pewien problem. Wiadomo przecież, że nie skrytykuje zachodnioeuropejskich producentów, a z drugiej, nie może całkiem zignorować jednoznacznych badań przeprowadzonych na wschodzie.
KE twierdzi zatem, że swobodny przepływ towarów nie oznacza koniecznie, że wszystkie produkty muszą być identyczne. Przedsiębiorcy mogą sprzedawać towary o różnym składzie lub właściwościach, pod warunkiem że w pełni przestrzegają ustawodawstwo UE.
Zdaniem Komisji, nawet produkty sprzedawane pod tą samą marką mogą mieć różne cechy uzasadnione czynnikami, takimi jak miejsce wytworzenia lub preferencje klientów. Jednak, z drugiej strony, to, co według KE może niepokoić, to wprowadzanie do obrotu towarów pod tą samą marką, ale z różnym składem, w sposób, który może wprowadzać konsumenta w błąd.
Komisja Europejska zastrzega więc, że w Unii, w której wszyscy są równi, nie może być konsumentów drugiej kategorii. W sukurs Komisji idzie nasza Najwyższa Izba Kontroli, która, broniąc zachodnich producentów, wskazuje, że organy kontroli nie mogą zakazać oferowania wyrobów, które spełniają wszystkie wymagania, tylko dlatego, że w Polsce mają one inny poziom jakości, np. inną zawartość tłuszczu, czy inną substancję słodzącą.

Firmy upadają, gospodarka kwitnie

Prawidłowością naszego życia gospodarczego jest to, że im szybciej rośnie produkcja, tym większa jest liczba przedsiębiorstw niewypłacalnych.

 

Liczba upadłości przedsiębiorstw w Polsce wciąż rośnie – a więc rośnie i ryzyko biznesowe prowadzenia działalności gospodarczej.
W pierwszym półroczu ogłosiło niewypłacalność 511 przedsiębiorstw wobec 418 w I półroczu 2017 r. – to jest o 22 proc. więcej niż przed rokiem. Rekordowy był czerwiec – zarówno pod względem liczby (105 niewypłacalności) jak i tempa ich przyrostu (wzrost o 48 proc. w stosunku do czerwca 2017 r.).

 

Nie zapłacimy – i co nam zrobicie?

Niewypłacalności te oznaczają niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców i innych partnerów, powodującą upadłość bądź konieczność podjęcia postępowania restrukturyzacyjnego. W żadnym z sektorów naszej gospodarki liczba plajt nie uległa zmniejszeniu.
Ciekawe, że choć mamy szybkie tempo rozwoju gospodarczego, liczba upadłości polskich firm wciąż rośnie – pomimo statystycznie wysokiego punktu odniesienia już w roku ubiegłym. Oznacza to, że polskie firmy w niezbyt wielkim stopniu korzystają z efektów tego wzrostu gospodarczego.
Owszem, produkcja i sprzedaż rosną, ale przy utrzymującej się z reguły niskiej rentowności oznacza to większe zaangażowanie kapitału własnego, bez proporcjonalnego wzrostu zysków.

 

Państwo nie pomaga firmom

Przedsiębiorcom utrudniają życie niekorzystne zmiany otoczenia biznesowego – rosną koszty pracy i zaopatrzenia.
Ponadto zaś, jak zauważa Euler Hermes, jeden z wiodących na świecie ubezpieczycieli należności handlowych, problemy polskich przedsiębiorstw wynikają z wprowadzania niekorzystnych dla nich zmian prawnych i podatkowych.
Znaczenie mają wreszcie czynniki leżące po stronie samego biznesu w naszym kraju: niewielka kreatywność, inercja, niewystarczająca aktywność, nie wykreowanie marek własnych – czyli wartości dodanej własnych produktów i usług – oraz brak poprawy efektywności zarządzania i zwrotu z kapitału.
Całe pierwsze półrocze 2018 r., a w szczególności drugi kwartał to zatem z jednej strony rosnące wskaźniki wzrostu gospodarczego, a z drugiej, równie szybko, a nawet bardziej intensywnie narastające sygnały ostrzegawcze dotyczące kondycji samych firm.

 

Koszty rosną szybciej od cen

Każdy sektor gospodarki ma specyficzne uwarunkowania, ale podstawowy powód tak szybkiego wzrostu liczby niewypłacalności jest jeden: koszty rosły szybciej niż ceny produktów i usług końcowych. W rezultacie spadały marże i wskaźniki rentowności. Szczególnie ciekawym przykładem jest budownictwo – osiąga kolejne rekordy, a jednocześnie ma coraz większe długi i problemy z płynnością.
Okazuje się, że wzrost popytu i konsumpcji pociąga za sobą większą skalę produkcji i sprzedaży ze strony polskich przedsiębiorstw – ale już niekoniecznie większe zyski, przynajmniej proporcjonalnie do skali wzrostu zaangażowanych środków własnych.
Nie rosną ceny, o czym świadczy niska dotychczas inflacja, zaś marże są ograniczane przez rosnące koszty. Zakaz handlu w niedzielę i wdrażanie przepisów RODO (nie mających żadnego znaczenia praktycznego, a wywołujących jedynie problemy) także rodzą dodatkowe koszty po stronie przedsiębiorstw.

 

Trudniej ale uczciwiej

– Można nawet powiedzieć, iż gremialnie firmy nie korzystają na zwiększonej konsumpcji, jak i na wzroście gospodarczym. One je finansują, i nie mówimy tu jedynie o „zacieśnianiu podatkowym” czy przeciwdziałaniu karuzelom vatowskim. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności może, przy zaletach tego rozwiązania dla budżetu mieć negatywny wpływ na płynność polskich firm – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Jego tezie o tym, że polskie firmy finansują wzrost gospodarczy, przeczą jednak w oczywisty sposób ogromne wolne środki leżące na kontach przedsiębiorstw.
Wspomniany mechanizm podzielonej płatności oznacza, że firmy nie będą mogły tak jak dotychczas obracać „podatkową” częścią otrzymywanych należności. Będą dysponować będą jedynie należnością netto, same jednocześnie płacąc swoim dostawcom pełną należność brutto.
Część przedsiębiorców narzeka więc, że w tej sytuacji ich firmy de facto kredytować będą podatki. Niewątpliwie jednak zmusi ich to do większej uczciwości w działaniu.

 

Bez pomysłu i innowacji

Patrząc na profil upadłości firm produkcyjnych w Polsce dostrzec można w tym gronie sporą grupę firm produkujących różne wyroby z metali. To poniekąd wynik tendencji ogólnoświatowych: nadwyżki w produkcji stali i wyrobów ją wykorzystujących, co prowadzi do ostrej konkurencji cenowej.
Towarzyszy temu dodatkowo wzrost kosztów spowodowany zwłaszcza wyższymi cenami energii. Producenci nie mogą go sobie w prosty sposób zrekompensować równorzędnym wzrostem cen wyrobów końcowych.
Na szybkie dostosowanie cen wyrobów do kosztów produkcji pozwolić sobie mogą jedynie firmy, których produkty wyróżniają się pod względem niepowtarzalności, marki, renomy.
Niestety, nie ma w tej branży polskich producentów (produkujących zazwyczaj komponenty na eksport, a nie wyroby końcowe), którzy posiadaliby silną, rozpoznawalną markę w kraju i za granicą.
Polskie firmy zderzają się już z barierami średnich efektywności i przychodu. Ich nazwy nie są z reguły kojarzone z nowoczesnością, automatyzacją, innowacyjnością. Wręcz przeciwnie, wiele z nich wydaje się być przedstawicielami bardzo tradycyjnie prowadzonych biznesów i wykazują niezbyt dużą efektywność działania.
Wiele z tych firm przegrało walkę konkurencyjną, a przy stosunkowo dużych kosztach stałych i małej elastyczności, musiały one rozpocząć procedury upadłościowe.

Kolorowe procenty chcą nas zachęcić

Producenci różnych alkoholi smakowych oraz nalewek narzekają na przepisy, które utrudniają im rozwinięcie skrzydeł.

 

Segment tzw. alkoholi kolorowych czy smakowych stanowi 5,5 proc. w całym polskim rynku spirytusowym i stopniowo rośnie.
Łączna sprzedaż nalewek, likierów oraz smakowych napojów spirytusowych przekracza ponoć rocznie 2,2 mld złotych, choć dane te są mało wiarygodne, bo podają je sami producenci.

 

Aroniowi potentaci

Zauważalna jest jednak tendencja, że nie tyle piwo czy wódka (choć Polacy wciąż piją jej dużo i chętnie), lecz alkohole smakowe, w tym również nalewki, zyskują w ostatnim czasie na wzroście konsumpcji. Sklepowe półki wypełniają się zaś barwnymi butelkami.
Popularność zyskują zarówno tradycyjne smaki, jak i trochę niecodzienne wersje alkoholi.
Rozchwytywane są znane od lat nalewki wiśniowe, a także te produkowane ze śliwek, czy też z aronii, która jest hitem eksportowym Polski. Przypomnijmy, że nasz kraj odpowiada za 90 proc. światowego zbioru tych owoców.
Oprócz takich dobrze znanych smaków rosnącą estymą cieszą się również mniej tradycyjne wyroby, takie jak nalewki z sosny, berberysu czy rokitnika.
Nalewki stają się popularne zwłaszcza w sezonie letnim, gdy konsumenci wolą sięgać po lżejsze trunki. W dodatku właśnie wtedy rozpoczyna się sezon na większość gatunków owoców, co przekłada się na rosnący zakup alkoholu w ulubionych smakach.

 

To, co pędzimy w domu

Cały ten dość prężny rynek, mimo sporych perspektyw rozwojowych, jest jednak ograniczany obowiązującym prawem. Produkcję alkoholi kolorowych regulują bowiem dość restrykcyjne, a przez to chętnie omijane przepisy, które powodują, że wiele alkoholi smakowych wyrabianych jest w domowych warunkach, bez odpowiednich uprawnień, i sprzedawanych bez koncesji.
To wprawdzie światowa tradycja, bo nalewki zawsze robiło się i robi w domu, po czym rozdaje się je lub sprzedaje w otoczeniu lokalnym. Jednakże polscy urzędnicy od kilku lat toczą zażartą walkę z tym procederem.
Szeroki echem odbiła się niedawna akcja funkcjonariuszy Izby Celnej z Przemyśla, którzy odwiedzili V Dzikowski Festiwal Nalewek w Tarnobrzegu na godzinę przed jego rozpoczęciem i zabronili sprzedaży nalewek wystawcom, którzy nie mieli opłaconej akcyzy.
Za sprawą ich, podkreślmy zgodnej z prawem interwencji, na festynie poświęconym w głównej mierze tym właśnie alkoholom, liczba oferowanych tam trunków gwałtownie spadła.

 

Prawo każe płacić

Oczywiście, prawo jest równe dla wszystkich. Ustawa dotycząca produkcji, przetwarzania i sprzedaży nakłada zatem wymogi na wszelkie podmioty produkujące i sprzedające alkohol, bez względu na ich skalę działania. Opłacenie akcyzy jest w związku z tym obowiązkiem każdego kto chce sprzedawać alkohol.
Może to niekiedy wzbudzać niezadowolenie u tych, co deklarują produkcję głównie na własny użytek, jednakże urzędnicy skarbowi mają swoje racje, nie tylko związane z dodatkowymi wpływami finansowym.
Odpowiednie oznakowanie alkoholu daje bowiem pewność, że produkt spełnia określone normy spożywcze, czego nie gwarantują nalewki domowe.
Przepisy chronią też rynek przed nadmiernym napływem zagranicznych wyrobów. Nie tylko Polacy potrafią bowiem produkować alkohol na własny użytek.
Bez obecnych regulacji prawnych mali, regionalni producenci na pewno zyskaliby na znaczeniu. Jednak nie ma gwarancji, że byliby to akurat polscy producenci.

 

Degustacja czy sprzedaż

Przepisy są jasne – w Polsce legalnie mogą być sprzedawane tylko wyroby alkoholowe z polskimi znakami akcyzy.
Producenci narzekają jednak, że utrudnieniem dla nich jest brak możliwości przeprowadzenia degustacji ich własnych alkoholi podczas imprez plenerowych. I nie ma znaczenia, że jest ona bezpłatna, a oferowany trunek to nalewki często domowej receptury.
Tyle, że – o czym producenci wolą już nie wspominać – taka degustacja często zamienia się właśnie w sprzedawanie.

 

Czy minister doceni?

Nowy szef resortu rolnictwa, Jan Krzysztof Ardanowski uważa, że produkcja przez rolników różnych destylatów i okowit oraz nalewek powinna być zalegalizowana, tak jak ma to miejsce w wielu krajach Unii Europejskiej.
Minister docenia bowiem turystyczną i promocyjną wagę lokalnych wyrobów alkoholowych, gdyż nalewki w Polsce mogą pełnić taką samą funkcję, jak whisky w Szkocji czy bourbon we Francji.
Za tymi opiniami nie idą jednak propozycje kroków prawnych, zaś rynek kolorowych alkoholi traci także na tym, że akcyza zawarta w cenie 0,5 litra napoju spirytusowego (40 proc. alkoholu) jest 36 razy większa niż akcyza zawarta w cenie 0,5 litrowej butelki piwa (4 proc. alkoholu), co oczywiście odbija się na cenie.
Trudno jednak oczekiwać, że najwyższe władze państwowe zaczną finansowo zachęcać do kupowania mocnych trunków.